* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 29 września 2026

Joanna Jagiełło: Plażowy rabuś

Harperkids, Warszawa 2026.

Kradzież

W literaturze czwartej ogromnym powodzeniem cieszą się powieści detektywistyczne – i to nie jest moda nowa ani chwilowy trend. Powieści przygodowe bardzo często niosły w sobie pierwiastek śledztw lub tropienia groźnych przestępców, dzieci rozwiązywały zagadki albo bagatelizowane przez dorosłych, albo nie do rozwiązania bez (nieoficjalnego przecież) udziału młodych bohaterów. Nie zmienia się to, chociaż książki przygodowe coraz częściej ulegają uproszczeniom narracyjnym i skupiają się już nie na budowaniu prawdziwości, a na przedstawianiu samej przygody – esencji śledztwa. W ten sposób nie tylko uczy się odbiorców logicznego myślenia, ale też podsuwa się im ciekawe fabuły, które przyciągają, a nie męczą – wiadomo, że obecnie dzieci wybierają raczej krótsze narracje i historie, przy których nie muszą się zbyt długo skupiać.

Ale „Plażowy rabuś” Joanny Jagiełło – autorki, która niejeden raz już udowodniła, że potrafi budować intrygi kryminalne dla różnych wiekowo grup odbiorców – to książka, która właśnie powinna mieć trochę bardziej rozbudowaną narrację. Pojawia się na trzecim poziomie serii Czytam sobie, więc składa się już bardziej z tekstu niż z ilustracji (chociaż Marta Krzywicka robi, co może, żeby dzieciom podobała się ta opowieść od strony wizualnej). Co więcej: w tekście będzie całkiem dużo wyrazów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku na końcu (i to, co zabawne, twórcy tych przypisów wiedzą, że trzeba wyjaśnić, czym są „manele” i „zwiady”, ale już „donut” jest czymś oczywistym). W „Plażowym rabusiu” dzieci spędzają miłe wakacje w miejscowości na plaży. Nie mogą ujawnić, w jakim dokładnie miejscu, żeby nie przybyło tam mnóstwo turystów, ale i bez tej wiadomości odbiorcy uznają za pewnik prawdziwość historii. Na plaży jest bardzo miło, ale najwyraźniej grasuje tam złodziej – ludziom giną cenne przedmioty pozostawione na moment bez opieki. Sprawca wydaje się być nieuchwytny, nikt nawet nie wie, jak on wygląda – a ratownik mówi bohaterom, że cenna będzie każda informacja o jego tożsamości. To znaczy, że trzeba będzie zastawić pułapkę – i to bez informowania rodziców o całym wydarzeniu, bo przecież – i to się nie zmienia od lat – dorośli na pewno udaremniliby próbę wykrycia złodzieja. Cenne przedmioty trafiają zatem do pieluchy, której nikt na pewno nie ruszy, a na wabia dzieci podkładają portfel z zabawkowymi pieniędzmi. Potem już wystarczy uważnie obserwować i potwierdzić podejrzenia. Joanna Jagiełło pokazuje odbiorcom przygodę, w której młodzi bohaterowie odgrywają najważniejsze role – bez nich nic by się nie udało. Schwytanie złodzieja, który uprzykrzał pobyt wszystkim w tej miejscowości to wielki wyczyn – i sprawia, że odbiorcy będą chcieli śledzić tę historię, czytać o przygodach postaci i kibicować im. Nie zauważą w związku z tym, że wykonują pracę polegającą na ćwiczeniu czytania – o to przecież w tej lekturze naprawdę chodzi. „Plażowy rabuś” to książka, w której liczą się silne emocje i szansa na podsycanie ciekawości czytelników. To książka, która przypomina też, że czytanie jest przyjemne – i że sięga się po lektury dla rozrywki. Takie podejście bardzo cieszy, Joanna Jagiełło pokazuje najmłodszym, że przygody czają się na każdym kroku.

poniedziałek, 28 września 2026

Aleksandra Wysocka: Rok raka. Moja onkohistoria. Podróż bez planu, mapy i przewodnika

Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.

Przeżywanie

Aleksandrę Wysocką da się polubić. To autorka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, a chociaż twierdzi, że na szpitalnych korytarzach sama nie nawiązywałaby kontaktów z innymi pacjentami, tylko odcinała się za pomocą słuchawek i książek – ma spore grono przyjaciółek i w trakcie choroby zdobywa nowe. „Rok raka” to jej osobista ale pozbawiona martyrologii opowieść o przeżyciach, które wiązały się z diagnozą i leczeniem najpierw raka piersi, a później innych zmian nowotworowych wykrywanych w trakcie badań. To opowieść o zmianach i o poświęceniach, ale kompletnie wolna od stereotypowych przemyśleń: autorka jasno podkreśla, że nie będzie szukała w sobie wdzięczności za chorobę ani – wielkich czynów, które musi w zamian za wyleczenie zaoferować światu. Proponuje za to książkę, która być może poprawi komuś w kryzysowej sytuacji humor, albo nastawi na rodzaj walki, która go czeka.

Czterdziestopięcioletnia kobieta – szczęśliwa żona i mama, która, zgodnie z dzisiejszymi trendami, nie da się zamknąć w domu, pracuje, cieszy się życiem, kocha podróżowanie (a wręcz nie potrafi bez niego istnieć ani wypoczywać), ma przyjaciół i uprawia sport regularnie – nagle staje przed wyzwaniem, jakiego się nie spodziewała. Na szczęście zmiana w piersi jest maleńka i błyskawicznie wykryta, nawet nie będzie chemii – to coś do usunięcia i szybkiego zapomnienia. Tak wygląda rzeczywistość na początku – i pozwala się trochę oswoić z niechcianą sytuacją. Aleksandra Wysocka przyznaje, że gdzieś tam musiała się wykrzyczeć i wypłakać, ale dość szybko nastawiła się na wyleczenie. Ogromną rolę odgrywał w tym… czarny humor, o który już na wstępie prosiła przyjaciółki i męża – a zapiski z wspierających rozmów w babskim gronie mogą wyzwolić uśmiech także u czytelników. Tyle że leczenie onkologiczne nigdy nie daje się do końca przewidzieć – po drodze wydarzy się jeszcze mnóstwo mniej lub bardziej przykrych niespodzianek i kolejnych wyzwań, przed którymi trzeba się będzie ratować pozytywnym myśleniem i wsparciem bliskich. Wysocka zdaje relację z zachowań swoich – i swoich bliskich. Nie ukrywa chwil, w których była nieszczęśliwa, zła albo potwornie zmęczona, ale też pokazuje, jak mimo trudnego i przedłużającego się leczenia próbowała wywalczyć momenty cenne dla siebie – realizowała marzenia lub wybierała się w podróże (podczas których wynikały kolejne wyzwania związane z koniecznością szukania lokalnych chirurgów).

I to wszystko pisze po to, żeby dodać otuchy czytelnikom znajdującym się w podobnej sytuacji. Tym, którzy chorych onkologicznie mają w swoim najbliższym otoczeniu, podpowiada, jak się zachowywać: co robić, a czego absolutnie nie oczekują od nich choćby w poczekalniach szpitalnych. Uświadamia, jak czasami wygląda walka z systemem (i przypomina, że sama miała wielkie szczęście, trafiając na odpowiednich ludzi w służbie zdrowia). Nie zamierza moralizować, chociaż raz pojawia się wzmianka o losie kolegi, który wybrał drogę alternatywną. Przypomina, ile znaczy nastawienie. Ale jeśli po ten tom sięgnie ktoś, kto nie był do tej pory przekonany do regularnych badań i do poddawania się leczeniu, prawdopodobnie pozostanie przy swoich ocenach sytuacji. Bo ta opowieść pokazuje, że łatwo nie będzie – chociaż da się przeżyć. Aleksandra Wysocka opowiada o zmianie myślenia, które w niej zaszła – i tłumaczy czytelnikom cały proces. Przydaje się jako przewodnik, ale też – nie oszukuje, że wszystko pójdzie gładko. I właśnie dlatego ludzie mogą jej uwierzyć.

niedziela, 27 września 2026

Riina i Sami Kaarla: Muminki. Psoty Małej Mi

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygody

To jest absolutnie najlepszy sposób na przekonanie najmłodszych do czytania. I nie chodzi nawet o powrót do klasyki – bo wiadomo, że pewne historie się nie zestarzeją i będą kolejnym pokoleniom działać silnie na wyobraźnię – a o zestaw emocji niepotrzebnie przez wielu wydawców ucinanych w dzisiaj tworzonych historiach. Tomik „Muminki. Psoty Małej Mi” to nie jest rodzimy zbiorek – składa się z dwóch bajek na bazie historii Tove Jansson, stworzonych przez duet Riina i Sami Kaarla, a w polskiej wersji -przez Zofię Stanecką, czyli autorkę znaną, uznaną i cenioną nie tylko przez najmłodszych, ale też ich rodziców.

Dwie opowieści – dzięki pierwszej odbiorcy dowiedzą się, skąd wzięła się Mała Mi w domu Muminków. To wizyta Mimbli, która przyprowadza mnóstwo małych Mimbli – po zmroku ta gromadka trafia do domu Muminków i wywraca go do góry nogami. Wszędzie robi się pełno maluchów, które robią chaos, przewracają przedmioty, znajdują dla nich nowe zastosowania. W efekcie zwyczajni mieszkańcy domu Muminków mogą tylko obserwować tornado przetaczające się przez kolejne pokoje – tu nie ma sposobu na okiełznanie dzikiego stada, a przecież małe Mimble chcą się tylko bawić. W końcu Mimbla zbiera gromadkę i rusza w drogę powrotną. Ale przy takiej liczbie dzieci bardzo łatwo kogoś przeoczyć… Druga historyjka dotyczy już obecności Małej Mi w gronie Muminków. Dolinę Muminków opanowuje upał, a to oznacza, że można spać w hamaku na zewnątrz i sadzić egzotyczne rośliny. Ale kto może wpaść na pomysł, że zwierzętom w zoo należy się wolność? Otwarcie klatek sprawia, że dzikie stworzenia wdzierają się w codzienność doskonale znanych i bardzo łagodnych bohaterów – ale dopasowują się do tego klimatu, nie robią nikomu krzywdy, za to cieszą się z wolności. I tu Muminki spotyka niespodziewana przygoda, która jeszcze bardziej przybliża je do tropików.

„Muminki. Psoty Małej Mi” to książeczka na drugim poziomie serii Czytam sobie – bardzo przyjemna i wciągająca. Drugi poziom serii to trochę więcej tekstu, kilka linijek na stronie i dzielenie na sylaby wybranych wyrazów. Co ciekawe, ilustracje są tu bardzo dopasowane do propozycji Tove Jansson, zresztą w przypadku Muminków – autoryzowanych bohaterów – nie może być inaczej. Jednak Riina i Sami Kaarla decydują się na zwiększenie szczegółowości obrazków, chodzi o to, żeby na dłużej zatrzymać dzieci, żeby pozwolić im na oglądanie ilustracji i wyszukiwanie ciekawych detali. To propozycja, która dba o to, żeby dzieci, które ćwiczą czytanie, dostawały od razu nagrodę za wysiłek intelektualny – żeby mogły powrócić do dawnego stylu śledzenia opowiastek czytanych przez innych. Ten tomik – dzięki temu, że zawiera aż dwie historyjki – może dzieciom wydawać się bardziej gęsty, bardziej atrakcyjny i automatycznie łatwiejszy do przyswojenia – można przecież podzielić lekturę na dwie części i stopniowo poznawać doświadczenia Muminków. To bohaterowie, którzy nie zawodzą i którzy zawsze będą z dziećmi. Zofia Stanecka bardzo dobrze przedstawia tę opowieść – po raz kolejny udowadnia, że w pisaniu dla dzieci właściwie nie ma sobie równych.

sobota, 26 września 2026

Borysław Czyżak: Gruppa. Buntownicy sztuki

Marginesy, Warszawa 2026.

Sztuka

Sześciu artystów, którzy działali jako Gruppa i dali się poznać w latach 80. jako utalentowani i bezkompromisowi twórcy przedstawia teraz Borysław Czyżak w rozbudowanej i bardzo ciekawej dla szerokiego grona odbiorców książce „Gruppa. Buntownicy sztuki”. To kolejna publikacja popularyzatorska z zakresu historii sztuki i kolejna książka Borysława Czyżaka. To, co dawniej funkcjonowało jako zestaw ciekawostek i wzmianek, teraz doczekało się porządnego opracowania. Dwa rozwiązania narracyjne autor chętnie stosuje, z jednej strony – wybiera relację odnoszącą się do Gruppy jako całości, do ruchów i działań, które pozwoliły na uformowanie się tego środowiska artystycznego. Z drugiej strony jednak decyduje się na przedstawienie dorobku i dokonań poszczególnych członków Gruppy z osobna – każdemu z twórców poświęca osobny i rozbudowany rozdział, w którym nie tylko pokazuje dorobek, ale też ścieżki kariery i wybory artystyczne. Tu autor dodaje trochę reportażowości, bo przekazuje czytelnikom także scenki i sytuacje, które były jego udziałem – albo proste, wtrąceniowe relacje z wypraw do poszczególnych artystów.

„Gruppa” to książka, w której sztuka stale przeplata się z rzeczywistością społeczną i polityczną – i tu daje o sobie znać wyczulenie Czyżaka na przemiany w odbiorze – wiele informacji mogłoby umknąć zwłaszcza młodszym pokoleniom, gdyby autor nie zdecydował się na szereg komentarzy i uwag pozwalających wychwycić związki malarstwa i szeroko pojętej publicystyki. To znaczy: odbiorcy nie będą musieli się domyślać znaczeń i przesłań, nie będą też zajmować się samodzielnym interpretowaniem obrazów, bo Czyżak wszystkie potrzebne wiadomości podsunie i przedstawi w bardzo lekkiej formie. Ta lekka forma trochę kontrastuje z pogłębianiem wiadomości i interpretacji. Kiedy Borysław Czyżak wprowadza do narracji informację o istnieniu jakiegoś dzieła, jest w stanie nie tylko opisać to wszystko, co odbiorcy samodzielnie mogą zaobserwować, ale też – przedstawić zestaw sensów. A to sprawia, że na sztukę patrzy się automatycznie inaczej: więcej tu możliwości i więcej znaków, nie mówiąc już o tym, że więcej sposobności do zapamiętania dzieła i autora. Czyżak czasami w swoich interpretacjach idzie daleko, ale nie narzuca swoich ocen czytelnikom, co najwyżej sugeruje, że rozmawiał z autorami na temat swoich odczytań – i nie spotkał się z protestami.

Zresztą odbiorcy sami będą mogli porównać wrażenia (i przyjrzeć się sensowności komentarzy Czyżaka) – bo książka wypełniona jest barwnymi reprodukcjami dobrej jakości. To doskonały sposób na zapoznanie się z tematem i wciągnięcie w historię Gruppy tych, którzy nie mieli pojęcia o takiej formacji, albo na przypomnienie o Gruppie w najbardziej kolorowej postaci. To książka, w której historia sztuki staje się żywa i atrakcyjna dla czytelników – mimo przemian społecznych i mimo zmian w samych decyzjach artystycznych. Czyżak wie, jak przyciągnąć czytelników i też – jak opisywać przeszłość malarzy bez budowania im pomników niestrawnych z perspektyw odbiorców. Warto zwrócić uwagę na tę publikację – nawet jeśli nie dla samych nazwisk, to z powodu dobrej narracji popularyzatorskiej.

piątek, 25 września 2026

Daniel Kehlmann: Iluzjon

Rebis, Poznań 2026.

Cena

To jest książka, która może zgarnąć naprawdę wiele nagród na międzynarodowym rynku, a do tego zapisać się na stałe w kanonie literatury pięknej. I właściwie szkoda tylko jednego – że Daniel Kehlmann sięga po temat oczywisty, motyw, który jednocześnie zdejmuje mu z głowy troskę o drugie dno historii. Ciekawie by było zobaczyć jego propozycję bez protezy w postaci drugiej wojny światowej, ale wiadomo, że obecnie trwa moda na akcje odnoszące się właśnie do tego czasu – i owa moda nie słabnie.

W „Iluzjonie” Daniel Kehlmann zabiera czytelników do świata reżysera. Georg Wilhelm Pabst ma już sławę i uznanie, ma wiernych fanów i osiągnięcia, które nakazują się z nim liczyć. Niczego nie musi udowadniać innym, nie powinien walczyć o swoje – wszystko mu się należy. To zresztą on stoi za sukcesem Grety Garbo – i już to mocno definiuje bohatera. Przed Pabstem jednak podwójne wyzwanie: po pierwsze – chociaż Europa bardzo go ceni, to droga do Hollywood wcale nie jest prosta ani możliwa – w Kalifornii Pabst nie ma szans na przebicie się do wielkich produkcji, tu musi budować wszystko od zera, na co niekoniecznie ma siły i ochotę. Ale nie dlatego podejmuje decyzję o powrocie: wyrusza do Austrii na wieść o ciężko chorej matce. I wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie fakt, że trafia na najgorszy możliwy moment: Austria nie jest Austrią, a Marchią Wschodnią, a za moment wybuchnie wojna. Teraz wszyscy przypominają sobie o sławnym reżyserze. Na jego nieszczęście. Pabst otrzymuje propozycje nie do odrzucenia – i wprawdzie nikt nie grozi mu wprost, ale starannie przemycane informacje o tym, co może się stać, jeśli postawi na swoim, zniechęcają do podejmowania ryzyka. Trzeba przeczekać.

To początek „Iluzjonu”, książki, w której znacznie ważniejsze od tego, co się dzieje, jest to, co się wydarzyć nie może. Pabst wie doskonale, jak działać na widzów, jak nimi sterować i co robić, żeby uwypuklać filmowe treści – ale nie może wykorzystać swojej wiedzy, kiedy musi realizować filmy propagandowe. Nie ma też szans na wycofanie się z niewygodnego dla siebie układu. Sława, za którą tęsknił w Stanach, w Austrii okazuje się ciężarem – bo wymusza posłuszeństwo władzy, przez co zresztą bohater od środka poznaje mechanizmy, o których przypuszczalnie nie chciałby wiedzieć. I Kehlmann wykorzystuje tutaj wstawki dotyczące kręcenia filmów, kadrowania czy znaczenia ruchów kamer, przytacza je, żeby uwiarygodnić bohatera i żeby trochę podbarwić tło wydarzeń – i tak to, co najważniejsze, dzieje się na styku wypowiedzianego i niewypowiedzianego. Atmosfera grozy i zagrożenia to coś, co będzie czytelników jednocześnie odpychać od tej książki i do niej przyciągać. Autor skupia się na psychice postaci i na moralności w niemoralnych czasach, zadaje niewygodne pytania i sprawia, że sztuka przestaje mieć wymiar wyłącznie estetyczny, a zaczyna grać etyką. „Iluzjon” to jest książka niewygodna w treści i w akcji, ale za to napisana językiem, który przyciąga, który pulsuje znaczeniami i który bez większego trudu przedstawia czytelnikom cały – nawet ten nieopowiedziany – koloryt lokalny. Tu trochę bazuje się na wiedzy i świadomości odbiorców, ale jednocześnie można się skupiać na rejestrowaniu psychologicznych zagrywek, przerażających nawet w oderwaniu od czasów.

czwartek, 24 września 2026

Dariusz Gizak: Dzicz

Media Rodzina, Poznań 2026.

Poszukiwania

Mafiozo o sporej sile rażenia może mieć swój słaby punkt – jak każdy człowiek. Koniu, czyli Maciej Konikiewicz, cierpi z powodu tajemniczego zniknięcia jedynej córki: młoda kobieta zaangażowana w protesty ekologów pewnego dnia znika bez śladu – i ostatnie tropy prowadzą do Birczy. Ale Koniu, mimo całej swojej władzy i pieniędzy, nie może się dowiedzieć, co stało się z Kaśką. I zdesperowany decyduje się na zaangażowanie najlepszego śledczego, jakiego zna, Jacka Kowalika, byłego policjanta, a obecnie detektywa. Jacek Kowalik jest bystry i wybiera nieszablonowe metody działania, dzięki czemu osiąga znacznie lepsze efekty niż wielu jego kolegów. Co tu dużo mówić: Kowalik jest bezkonkurencyjny i dlatego właśnie Koniu decyduje się na ten kontakt.

I Dariusz Gizak pisze książkę, która spodoba się przede wszystkim żeńskiej części publiczności literackiej. Bardzo dobry kryminał, bez epatowania turpistycznymi scenami, za to z mocno rozbudowaną intrygą, wielowątkowy i ciekawy. Dariusz Gizak wie o wiele więcej niż to, co przekazuje czytelnikom – a jednak nie daje po sobie poznać poczucia wyższości czy chęci manipulowania odbiorcami. Kupuje ich naturalnością i pomysłami, także na rozwój pozakryminalnych części książki. „Dzicz” to trzeci tom cyklu o Jacku Kowaliku – ale jeśli dla kogoś będzie pierwszym zetknięciem z tym detektywem, z pewnością nie stanie się lekturowym problemem. Tu wszystko jest logiczne i jasne, a do tego wartościowe. Autor stale operuje nietypowymi i pozaoficjalnymi powiązaniami – żeby zyskać niektóre wiadomości, trzeba będzie komuś wyświadczyć przysługę – żeby wyświadczyć przysługę – należy wywiązać się z różnych zobowiązań. Tak to się kręci, wszystko z siebie wynika, a śledztwo, które – jak mogłoby się wydawać – na moment utknęło w martwym punkcie, przynosi coraz to nowe informacje.

Gizak wykorzystuje tu dwa rodzaje emocji nadających rytm fabule. Z jednej strony to uczucia z otoczenia Kowalika. Pojawia się w jego życiu ktoś, o kogo warto zawalczyć. Ale nie tylko w tej kwestii detektyw zaczyna przyciągać uwagę, liczą się też jego kontakty z dziećmi, podejście do rozwiązywania problemów i zapobiegania katastrofom w skali mikro. Dla Kowalika nie ma spraw beznadziejnych – ale tak samo angażuje się w poszukiwania zaginionej córki mafioza, co w rozprawienie się ze szkolnymi chuliganami. Nie mówiąc już o wieczornych historiach. Jacek Kowalik to twardziel, którego da się odpowiednio podejść – zyskuje w tej książce rodzaj specyficznego azylu. Z drugiej strony w emocjach w książce liczą się uczucia drugiego twardziela: Koniu przyznaje się tylko detektywowi do ogromu rodzicielskich uczuć. I porozumienie dwóch samców alfa nie może zostać ujawnione – obaj znają niepisane reguły i obaj będą ich przestrzegać, ku radości czytelników.

„Dzicz” to książka, która obywa się bez epatowania złem i brutalnością, ale która trzyma w napięciu i wciąga od początku – nie pozwala na odłożenie lektury na potem. Jacek Kowalik jest tym typem bohatera, który wprawdzie bazuje na scenariuszowych schematach, ale jednak budzi ciepłe uczucia i przynosi satysfakcję czytelniczą. „Dzicz” to bardzo dobra historia – opowiedziana w sposób, który pozwala na dołączenie do grona fanów Gizaka.

środa, 23 września 2026

Harry SIdebottom: Idący na śmierć. Gladiatorzy w starożytnym Rzymie

Rebis, Poznań 2026.

Nieznane

Harry Sidebottom stara się odkryć przed czytelnikami to, co ci znać mogą jedynie w wersji mocno przetworzonej – z filmów. Przygląda się dobie z życia gladiatora w starożytnym Rzymie, a jego tom „Idący na śmierć. Gladiatorzy w starożytnym Rzymie” to wyjątkowo sprawnie napisana książka popularnonaukowa z mocno rozbudowaną sekcją przypisów (odniesienia, przede wszystkim do anglojęzycznych opracowań, zajmują tu prawie sto stron). Autor decyduje się na formę przyjazną dzisiejszym czytelnikom – to znaczy sugeruje im podział doby na kolejne etapy – zaczyna od nocnych wart, a kończy całość na szykowaniu się do snu. W tym czasie udaje mu się uporządkować zgromadzone wiadomości dotyczące gladiatorów – samego „zawodu”, specyfiki, zmian zależnych od kontekstu, zarobków, jadłospisu, zasad walk, sytuacji na arenie, a nawet… samobójstw. „Idący na śmierć” to opowieść oddalająca czytelników od tego, co być może kojarzą dzięki stereotypom i popkulturze – tu liczy się zgodność ze źródłami, a także prawidłowe – to jest zgodne ze stanem faktycznym – interpretacje historii. Tak naprawdę przyjęty sposób podziału książki to tylko formalność przyciągająca uwagę – autor stawia na rzeczywisty podział tematyczny, każda pora dnia (lub nocy) to kilka zagadnień dotyczących gladiatorów. Zdarza się, że odnoszą się one do konkretnych postaci z przeszłości, ale równie dobrze mogą wywoływać obrazy bardziej ogólne.

Sidebottom nie unika obrazów, które wyłamują się z widowiskowych produkcji. Gladiatorzy nie muszą wcale być wspaniale zbudowani, często ze względu na dietę cechują się zepsutymi zębami. Autor przedstawia ich czasem wtedy, gdy siedzą w toalecie publicznej i w chwilach największych słabości. Tu nie ma miejsca na tworzenie wizerunków ideałów. Nie ma też epatowania śmiercią: w walkach gladiatorów nie zawsze chodzi o ostateczne rozprawienie się z przeciwnikiem. Autor wprowadza rozróżnienia gladiatorów ze względu na to, z kim (albo z czym) mierzą się na arenie. Przygląda się ich działaniom nie tylko podczas walk i sprawdza, jak rekrutowało się do tego grona. „Idący na śmierć” to książka, która odpowie na naprawdę wiele pytań dotyczących funkcjonowania gladiatorów w kulturze starożytnego Rzymu. To opowieść pogłębiona, ale przystosowana do lektury podejmowanej przez masowego odbiorcę – liczy się nie tylko przekazywanie wiedzy, ale też sama forma, narracja, która przyciąga nie gorzej niż popprodukcje. Sidebottom wie, że ma do dyspozycji tematy czasem wręcz filmowe – ale nie powinien dawać się ponieść wyobraźni. Pozostawanie przy faktach to czynnik, który odbiorcom wystarczy i który ich przyciągnie. Ta lektura należy do atrakcyjnych bez względu na poziom zaawansowania odbiorców w temacie – po prostu została wymyślona tak, żeby zaoferować czytelnikom mnóstwo wiadomości i nie zmęczyć ich jednocześnie nadmiarem naukowości. Gladiatorzy rozbudzają ciekawość – a Sidebottom prowadzi narrację tak, żeby w trakcie lektury rósł apetyt na kolejne dane i wiadomości odpowiednio przygotowane. To książka, która zapewnia ambitną rozrywkę i dostarcza czytelnikom wiedzy w dziedzinie, której nawet nie spodziewali się zgłębiać.

wtorek, 22 września 2026

Sofi Thanhauser: Od podszewki. Prawdziwe historie naszych ubrań

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Co nosimy

Ten potężny tom w serii Mundus (chociaż równie dobrze sprawdziłby się z #nauka) to rozłożona na wiele reportaży opowieść o ubraniach – ale nie w kontekście mody czy pomysłów kolejnych projektantów. Sofi Thanhauser zajmuje się bowiem badaniem procesów wytwarzania materiałów, które zrewolucjonizowały przemysł odzieżowy – sprawdza ich wpływ na środowisko i na relacje społeczne, na możliwości, jakie zyskiwali zwykli ludzie – w kontekście dostępnych tkanin i sposobów tworzenia ubrań. „Od podszewki. Prawdziwe historie naszych ubrań” to książka o tym, jakie wartości kryją się za poszczególnymi rodzajami materiałów i gdzie można napotkać pułapki związane z produkowaniem odzieży na ogromną skalę. Tej publikacji nie należy się bać: nie będzie w niej niekończących się rozważań nad rolą falbanek, guzików czy kroju rękawów, same ubrania jako produkt końcowy nie mają już żadnego znaczenia – liczy się za to cała polityka kryjąca się za wykorzystywaniem różnych surowców. Czasem dramatyczna, jak w przypadku bawełny, czasem – mocno nawiązująca do przemian środowiskowych, jak w przypadku jedwabiu, innym razem ekonomiczna – kiedy na scenę wkracza denim. Sofi Thanhauser stara się pokazać, jak funkcjonowały kolejne materiały w historii rozwoju ludzkości, dlatego też początek tej książki to len. Kiedy już przejdzie przez wielkie fabryki i przemiany społeczne, dociera do powrotu do korzeni – pokazuje pasjonatów, którzy chcą wytwarzać odzież tak, jak robiło się to przed wiekami, bez użycia wielkich maszyn – i nie na masowy użytek (chociaż czynnik finansowy będzie tu odgrywać sporą rolę). „Od podszewki” to nie opowieść o ubraniach a o tym, co stoi za konkretnymi odzieżowymi wyborami – cała historia, o której zwykle konsumenci nie myślą i którą często nie kierują się przy decyzjach zakupowych. Trochę autorka próbuje zwiększyć świadomość ekologiczną, trochę – zaspokoić ciekawość czytelników. Dba o przedstawianie historii bez wybielania jej, nie szuka usprawiedliwień dla rozwiązań, które z perspektywy czasu okazały się złe dla ludzi lub środowiska. Chce, żeby czytelnicy bardziej świadomie podchodzili do ubrań – pozornie zwykły i wręcz banalny temat zyskuje tu świetne i rozłożyste opracowanie. A Sofi Thanhauser pisze w sposób niezwykle wciągający, stawia na reportaż wypełniony ciekawostkami i prowadzący odbiorców przez kolejne niespodzianki. Zbiera materiały, podróżując i umawiając się na ciekawe spotkania, pozwala czytelnikom współuczestniczyć w procesie gromadzenia danych – i to wszystko zamienia się w lekturę ambitną, wartościową i bardzo atrakcyjną. Odbiorcy mogą tu docenić nie tylko ilość informacji, ale też jakość ich przekazywania – to opowieść płynna i wartka, pozwalająca na błyskawiczne zorientowanie się w temacie, a jednocześnie na zagłębienie się w nim. I ma się podczas lektury wrażenie, że zebranych tu zagadnień wystarczyłoby na wielotomowe opracowanie – ale Thanhauser decyduje się na skondensowane treści, doskonale dobrane i przemyślane – a przedstawione tak, że literatura popularnonaukowa zamienia się w rozrywkową i przynosi sporo przyjemności czytającym. To książka z gatunku tych, które trudno odłożyć na półkę przed zakończeniem lektury.

poniedziałek, 21 września 2026

Anita Głowińska: Kicia Kocia w podróży. Kicia Kocia i Pacek zwiedzają miasta w Polsce

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wakacje

Ten tomik pojawia się w podserii Rysuj z Kicią Kocią – i jest dużym zeszytem ćwiczeń dla najmłodszych. Anita Głowińska proponuje szereg rysunkowych zabaw dla najmłodszych, trochę ćwiczeń, które można wykorzystywać jako wstęp do nauki pisania i ćwiczenia małej motoryki – i zestaw wiadomości. Kicia Kocia i Pacek to bohaterowie świetnie znani najmłodszym odbiorcom – przyjaciele z przedszkola, którzy świetnie się razem czują, teraz spędzają wakacje w różnych miastach Polski. „Kicia Kocia w podróży. Kicia Kocia i Pacek zwiedzają miasta w Polsce” to książeczka, która równie dobrze może się znaleźć w księgarniach na półkach z rysowankami, jak i… z lekturami edukacyjnymi. Książka zawiera dwa rodzaje stron – jedne są czarno-białe i na tych można znaleźć propozycje obrazków dla odbiorców. Obrazki trzeba pokolorować, ale czasami też dorobić na nich odpowiednie desenie lub dokończyć kształty według wzoru zaproponowanego przez autorkę. Tu nie ma zbyt zawiłych zadań, liczy się praca z kolorowanką – a same obrazki tematycznie odnoszą się do przedstawianych w pojedynczych akapitach motywów. Dzięki temu odbiorcy mogą zwiedzać kraj razem z Kicią Kocią i Packiem – i utrwalać sobie najbardziej ciekawe wiadomości. Tak przygotowana książka przyda się podczas wakacyjnych wojaży – bo dzieci razem z rodzicami mogą ruszyć w ślad bohaterów. Wprawdzie nie odhaczą rozrzuconych po różnych częściach Polski miast od razu – ale mogą korzystać z tomiku przy okazji wypraw z rodzicami lub szkołą.

Kicia Kocia i Pacek nie będą oczywiście przewodnikami po miastach: w każdym z nich koncentrują się na jednym znaku rozpoznawczym, na charakterystycznym motywie albo czymś, co rozsławiło dane miejsce. O wiele bardziej niż kolekcjonowanie zabytków i miejsc do zwiedzania bohaterów będzie interesowało pójście na lody – i tu Anita Głowińska pokazuje, że wie, jak dotrzeć do małych czytelników. Za każdym razem najpierw przedstawia w dwóch akapitach swoich bohaterów już w konkretnym miejscu i podczas zdobywania nowych wiadomości: ale nie przesadza z danymi. Miejsce na ciekawostki dotyczące miasta znajduje się na dolnym marginesie. Tutaj Anita Głowińska może podawać kilka wybranych informacji – takich, które raczej powinny zapaść w pamięć odbiorcom. Kiedy dzieci znajdą się w miejscu odwiedzonym już przez Kicię Kocię i Packa, będą mogły wyszukać to, co poznały dzięki książeczce. Dane i scenki z wakacyjnej codzienności bohaterów znajdują się na stronach kolorowych – tutaj Anita Głowińska przypomina o cechach, za które dzieci serię o Kici Koci pokochały. Proste ilustracje – w duchu pozornie naiwne – zachęcają dzieci do samodzielnego tworzenia i do szlifowania własnych umiejętności w tym zakresie. Tu można będzie od razu przystąpić do pracy – więc łatwiej namówić odbiorców na podjęcie wysiłku i na spróbowanie swoich sił w rysowaniu. Co ważne – w rysowankach kształty są duże i wyraziste, więc tomik sprawdzi się nawet dla kilkulatków. Anita Głowińska po raz kolejny cieszy pomysłami na podserię.

niedziela, 20 września 2026

Bora Chung: Łowcy bólu

Znak, Kraków 2026.

Rany

Powieść psychologiczna wyrastająca na kanwie kryminału może czytelników szokować – ale może też pokazać im, jakie ślady – nie tylko na ciele – pozostawia przemoc w różnych wydaniach. „Łowcy bólu” to książka, w której Bora Chung zatrzymuje się na temacie niewygody – tej najbardziej drażniącej i prowadzącej do powstawania blizn także w umysłach bohaterów. Nie boi się też sięgania po zagadnienia, które wciąż jeszcze nie należą do oswojonych czy rozczytanych w literaturze rozrywkowej. „Łowcy bólu” to zestaw problemów w skali przerastającej wyobrażenia odbiorców. To też zetknięcie się z kulturą, w której nieco inaczej patrzy się na poświęcenie i zestaw wyzwań. Autorka prowadzi akcję dość nietypowo i wskazuje na to już sam rozkład rozdziałów – prowadzonych wokół obszarów, do których dociera ból. Ale to nie fizyczny ból zyskuje tu najwięcej miejsca – i przestrzeni do analiz – a ten w głowach postaci. I owszem, czasem wiąże się on z bliznami na ciele – ale przeważnie jest wynikiem bardziej złożonych procesów. Jednak ból nadaje rytm fabule.

Organizacja religijna, która przekonuje swoich członków do cierpienia w imię wyższych celów (a tak naprawdę – w celu ułatwienia rządzenia jej członkami) stosuje wszelkie dostępne metody, żeby spotęgować fizyczne odczuwanie bólu. Idealny w tym celu okazuje się niedawno wynaleziony lek – w krótkiej perspektywie uśmierza on ból, ale kiedy przestaje działać, dyskomfort powraca w spotęgowanej wersji. W strukturach tej organizacji pojawia się ktoś, kto chce wymierzyć sprawiedliwość, a może ukrócić działania władz – i wykorzystuje do tego rozwiązania radykalne. Jedno jest pewne, bólu nie zabraknie. I na takim tle rysuje autorka wizję związku, który nie doszedłby do skutku, gdyby nie dramatyczne wydarzenia. Ale odchodzi od klasycznych schematów, żeby zaproponować czytelnikom coś bardziej zaskakującego i automatycznie – wolnego od oczywistych skojarzeń.

Ta proza ma wywoływać niepokój – treściami, nie formą. Dominika Chybowska-Jang przekłada tekst tak, żeby wypadał przezroczyście, żeby nie odciągać uwagi odbiorców od przesłań. Silna zmysłowość rządzi lekturą – odwołuje się i do cierpienia, i do interpersonalnych relacji. Psychologia bólu zyskuje tu mocno urozmaicane oblicza. Autorka wprowadza coraz to nowe zaskakujące z perspektywy czytelników zagadnienia w miarę rozwoju opowieści – dba o to, żeby nie zabrakło materiału do przemyśleń i – do niezgody na prezentowaną tu rzeczywistość. Ale Bora Chung nie boi się szokowania – ma do zaoferowania sporo, a odbiorcy uwierzą jej bez większych zastrzeżeń. I nawet przekonanie, że nie jest to opowieść realistyczna, a dystopijna baśń, nie przeszkodzi w przyswajaniu wiadomości. To książka, w której akcja ustępuje czasami wrażeniom – bardziej liczą się w niej przemycane niemal mimochodem poglądy oraz ostrzeżenia, a także – możliwość wprowadzania bohaterów spoza tradycyjnego uniwersum, zwyczajnych dzisiaj, ale nie do pomyślenia kilka dekad temu. Bora Chung łamie zasady – i robi to z wyjątkowym wyczuciem.

sobota, 19 września 2026

Jamie Smart: Looshkin. Psoty, śmieszki i inne heheszki

Egmont, Warszawa 2026.

Barwny chaos

Szaleństwo proponuje Jamie Smart w drugiej części przygód Looshkina, niebieskiego kota, który rozstawia wszystkich po kątach. „Psoty, śmieszki i inne heheszki” to publikacja, która przypadnie do gustu młodym czytelnikom – i przypomni, że komiksy zawsze były źródłem rozrywki, bez względu na to, jakie role próbuje im się przypisywać w różnych momentach historii. Looshkin to kot, który wie, co znaczy być nieposkromionym i robić wszystko, na co ma się ochotę. Beztroska i śmiech rządzą tą książką i sprawiają, że dzieci mogą wybierać taką pozycję jako metodę na dobrą zabawę. Looshkin łamie zasady (albo się nimi nie przejmuje), jest czystą ekspresją i energią, niezależnie od tego, co akurat wymyśli.

Każda historia zajmuje kilka stron – a książka została podzielona na części odpowiadające dniom tygodnia. To rodzaj bajkowego eksperymentu: liczy się, ile dziwnych rzeczy wymyślił Looshkin w kolejnych dniach, każda opowieść to wyimek z jednego dnia, po kilka historii składa się na każdy dzień. To zapewnia nie tylko dynamikę publikacji, ale też rodzaj powiązania fabularnego w wielkim popisie. Jamie Smart zdobył popularność jako autor „Królika kontra Małpy”, teraz może zatem zrobić wszystko – i nic go nie powstrzyma. To najlepszy wabik dla odbiorców. Krótkie historie to szansa na uruchomienie absurdalnego humoru i nonsensownych drobnych fabuł. Ten bohater ma nieograniczoną wyobraźnię – ale też wydarzenia, w jakich uczestniczy, nie pozwalają na nic innego.

Co ciekawe, Jamie Smart wybiera kadry pozbawione tematów wiodących, zarzuca obrazki detalami i wybuchowymi scenkami, czasem trudno jest w ogóle wydobyć na pierwszy rzut oka przesłanie z kolejnego rysunku – to trochę nawiązanie do japońskich kreskówek, a trochę – do gryzmołów z zeszytów szkolnych. Nie ma w tych opowieściach miejsca na morały ani na pouczenia, chodzi wyłącznie o to, żeby zapewnić rozrywkę na różnych poziomach. W fabułach minirozdziałów Looshkin jawi się jako ten, który może wszystko – i wobec którego nie ma żadnych oczekiwań. Bohaterowie kreśleni są tutaj niedbale, jakby nie liczyli się w ramach kolejnych opowieści – niezależnie od tego, z którego planu komiksowego pochodzą. Trzeba więc będzie wysiłku i uwagi, żeby dowiedzieć się, czego dotyczy akcja – i tak samo jeśli chodzi o puenty. Jamie Smart kieruje się własnym poczuciem humoru oraz przekonaniem, jakimi kwestiami trafi do małych odbiorców – czasami zdarzają mu się żarty bardziej hermetyczne lub zatupane przez inne rozwiązania prowadzące do finału.

Looshkin to bohater, który z jednej strony nie wymaga od czytelników wiedzy albo zaangażowania emocjonalnego, z drugiej – ma towarzyszyć im w chwilach wytchnienia. To komiks, który bazuje na modzie, a jednocześnie nie zestarzeje się – chyba że zmieni się poczucie humoru i młodszych odbiorców. Burza i chaos w zamkniętych całostkach.

piątek, 18 września 2026

The Depression Project. Poznaj język depresji. Jak pokonywać bariery komunikacyjne, by zapewnić osobom z depresją poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia

Rebis, Poznań 2026.

Szyfr

Książka stworzona z doświadczeń, które zostały zebrane w ramach The Depression Project jest podręcznym poradnikiem dla tych wszystkich, którzy potrzebują natychmiastowego wsparcia, reakcji i pomocy w procesie komunikowania się z osobą cierpiącą na depresję – w najbardziej podstawowych komunikatach. Nie ma tu ani pogłębionych teorii, ani rozpracowywania choroby, ani nawet sposobów działania (wiadomo, że trzeba zgłosić się po profesjonalną pomoc psychiatryczną – i nie robić nic na własną rękę). Twórcy tej książki koncentrują się na barierach w porozumieniu i na błędach, jakie można popełnić przy interpretowaniu komunikatów. I tyle. Podpierają się w tym uwagami samych chorych – tych, którzy uczestniczą w projekcie i zdecydowali się na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami, żeby budować platformę porozumienia. To wystarczy, bo też książka jest pierwszym krokiem do utworzenia trwałej więzi.

Tomik kierowany jest do dwóch grup czytelników – jedna grupa to sami chorzy, którzy akurat chcą dowiedzieć się, dlaczego tak trudno im przebić się do świadomości społeczeństwa, albo – w wymiarze mikro – dlaczego ktoś z zewnątrz niewłaściwie odczytuje ich intencje. Druga grupa to osoby, których bliscy cierpią na depresję – i tu już znaczenie książki jest znacznie większe, bo też i ludziom niezaangażowanym bezpośrednio w proces mierzenia się z pułapkami własnego umysłu trudniej czasem zrozumieć pewne kwestie i punkty sporne. Duża część książki to przekładanie z języka choroby na język zdrowych ludzi znaczeń i przesłań – odbiorcy dowiadują się, o co chodzi choremu, który mówi, że jest zmęczony, który prosi, żeby dać mu spokój, który odmawia jedzenia, twierdzi, że ma co robić, albo który dzieli się zaskakującą dla wielu informacją, że ma dobry dzień. Autorzy książki zbierają wyjaśnienia samych chorych oraz autoanalizy, przedstawienie prawdziwych sensów, niewidocznych przy powierzchownym odbiorze. Są tu też rozdziały poświęcone sygnałom alarmowym – na przykład motywom, które mogą sugerować myśli samobójcze chorego – wtedy nie ma czasu na rozważania i dyplomację, reagować trzeba jak najszybciej, ale – reagować z sensem. Są rozdziały poświęcone mimice i barierom komunikacyjnym. Liczy się to, żeby jak najlepiej zrozumieć chorego, dowiedzieć się, czym naprawdę jest wygłaszany przez niego komunikat – jakie treści ze sobą niesie. Bo choroba wypacza postrzeganie rzeczywistości. „Poznaj język depresji” to książka, która przekonuje czytelników, że w przypadku kontaktu z chorym nie można bazować na intuicji, trzeba natomiast wypracować sobie określone reakcje – i kierować się fachowymi komentarzami. Dzięki temu będzie można uniknąć rozmaitych konfliktów czy frustracji (zarówno po stronie chorego jak i – jego otoczenia).

„Poznaj język depresji” to nie jest lektura do poduszki, to książka skoncentrowana na budowaniu porozumienia i na udzielaniu praktycznych porad, można się zastanawiać, czy potrzeba aż tak rozbudowanych przykładów – ale to wsparcie dla chorych, którzy poczują się lepiej zrozumiani i będą mogli sami starać się wyjaśniać pewne sprawy swoim bliskim.

czwartek, 17 września 2026

Victor Nordahl: Dzikie Łapy 3. Sekrety miasta

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Wolność

Wielowymiarowy jest ten komiks i chociaż Victor Nordahl w tle cały czas mówi o ochronie dzikich zwierząt i o ekologii, to jednak przemyca także informacje z zupełnie innych dziedzin – za to ważne dla dorastających czytelników, szukających własnej tożsamości. W „Sekretach miasta”, trzecim tomie serii Dzikie Łapy, Lukas i Trym próbują znaleźć mamę małego łosia. Podejmują ogromne ryzyko, zbliżając się do siedzib ludzkich – wiadomo, że ludzie to nic dobrego, już samo wspomnienie fermy powinno bohaterów powstrzymać, ale chęć pomocy nieznajomemu (i niemówiącemu w ich języku) młodemu jest silniejsza. Okazuje się zresztą, że nie wszyscy ludzie są źli: ugryziony przez lisa mężczyzna nie żywi złych uczuć i nie szuka zemsty, a w napotkanej zagrodzie znajdują się – obok zwierząt gospodarskich – także te dzikie, ratowane od złego losu. Ale Lukas i Trym nie muszą znać prawdziwych intencji ludzi – najlepiej by było, gdyby uwierzyli wilkowi, ludzie to zło, którego trzeba po prostu unikać. Lukas marzy o tym, że uda mu się spotkać z mamą i siostrą, które wcześniej uciekły z fermy. Trym wie doskonale, jak mógł wyglądać scenariusz, którego przyjacielowi nie zdradzi. Przecież jest tyle ważniejszych spraw, a nawet… zwierzeń. Pomiędzy ucieczkami i pościgami znajdzie się czas na refleksję o sobie – zwierzęta nie są przecież pozbawione uczuć, mało tego – bywają bardziej emocjonalne niż ludzie. Cała historia ma kilka odnóg, zresztą to prawo serii – można budować rozłożystą opowieść i koncentrować się tylko na wyimkach. Dzięki temu autor buduje sobie publiczność literacką i sprawia, że młodzi odbiorcy chętnie wrócą do jego opowieści. Nie jest to komiks tylko i wyłącznie rozrywkowy, liczy się tutaj chęć przekazania ważnych prawd o przyrodzie, środowisku naturalnym i roli człowieka w tym wszystkim.

Victor Nordahl jednoznacznie opowiada się po stronie dzikich stworzeń. Ludzie w komiksie porozumiewają się w sposób absolutnie niezrozumiały dla bohaterów i dla czytelników (w komiksowych dymkach pojawiają się tylko nieprzekładalne na słowa gryzmoły i esy-floresy). Z kolei zwierzęta mogą dojść do porozumienia bez względu na gatunek, jaki reprezentują – a to sprawia, że znajdą sojuszników wśród rozmaitych czworonogów. Jest to komiks wypełniony silnymi emocjami – słowa pełnią tu rolę drugorzędną, warto zaznaczyć, że tylko w razie wyższej konieczności pojawiają się komiksowe dymki, a teksty w nich są sprowadzone do krótkich haseł – zupełnie jakby autor chciał całkiem odrzucić słowną narrację na rzecz obrazów, znacznie bardziej wymownych. „Sekrety miasta” to mnóstwo wyrazistych kadrów, starannie kreślonych uczuć i wzruszających czasem scen. To komiks dobrze przemyślany pod kątem zawartości kadrów – można będzie się tu cieszyć stroną graficzną – obok oczywistych przesłań. Victor Nordahl to autor, któremu warto zaufać – ma do powiedzenia coś, co przyciągnie młodych odbiorców i co sprawi, że zaufają mu bez zastrzeżeń.

środa, 16 września 2026

Liz Hoggard: Jak być szczęśliwym

Rebis, Poznań 2026 (wznowienie).

Szczęście

Ta książka wraca na rynek – i nic dziwnego, Liz Hoggard bowiem święcie wierzy w to, że da się nauczyć bycia szczęśliwym i wprowadzić w swoje życie zmiany, które doprowadzą do poprawy komfortu codzienności i w efekcie przyniosą zwiększone poczucie szczęśliwości. A jeśli to tylko kwestia ćwiczeń – warto pokierować odbiorcami tak, żeby zmienili nawyki i poprawili jakość życia. Z jednej strony – autorka wie, że uczy się ludzi, żeby wychodzili z kryzysu. Ale jeśli mogą robić coś więcej dla siebie – to dlaczego nie. „Jak być szczęśliwym” to kompleksowy poradnik, w którym znajduje się mnóstwo podpowiedzi z różnych obszarów.

Najważniejsza wiadomość – wielokrotnie powtarzana – dotyczy mitu o związku szczęśliwości z majątkiem – autorka wie, że pieniądze szczęścia nie dają i o tym przypomina bez wahania. Nawet jeśli zastrzyk finansowy na chwilę podniesie radość z życia, to szybko poziom szczęśliwości spadnie. Co bardziej zaskakujące – ciężka choroba nie sprawia, że ludzie są mniej szczęśliwi niż wcześniej, organizm szybko wyrównuje sobie emocje i zapewnia stabilność i równowagę. Skoro szczęście da się zmierzyć – i skoro konkretne działania zwiększają jego poziom – to zadanie odbiorców wydaje się oczywiste: należy wdrożyć te działania, o których wiadomo, że są skuteczne. I w tym ma pomóc poradnik „Jak być szczęśliwym”. Autorka przygląda się obszarom naturalnym dla funkcjonowania czytelników, sprawdza, jakie znaczenie ma praca (i współpracownicy, atmosfera w miejscu pracy to czynnik bardzo istotny w budowaniu poczucia szczęśliwości, nawet bardziej niż same zarobki), a jakie – związki. Pyta o szczęście, które daje rodzina i seks. Przypomina o roli lokalnej społeczności i o poczuciu bycia przydatnym dla społeczeństwa. Analizuje jedzenie – dieta pełni ważną rolę w budowaniu szczęścia i w książce pojawią się nawet przepisy do wykorzystania. Czasami trzeba zdecydować się na urlop, a czasami wystarczy… poćwiczyć uśmiech. Szczęście to także ruch – i Liz Hoggard pisze o znaczeniu gimnastyki, niekoniecznie w jakiejś bardzo skomplikowanej czy wyczynowej formie. Dla odważnych jest też temat duchowości czy religijności – nie wszyscy odbiorcy mogą zaakceptować tę część bez zastrzeżeń, ale nie ulega wątpliwości, że jasno określone cele czy sensy pomagają. To ma być zestaw porad do zastosowania od razu, niewymagających wielkich przygotowań.

Liz Hoggard bardzo dba o to, żeby czytelnicy jej książki mieli gotowe rozwiązania na wszystkie problemy i dylematy. Ale nie poprzestaje na tym: proponuje jeszcze szereg kwestionariuszy i testów, które pozwolą na dokonanie autoanaliz i przyjęcie odpowiedniej postawy. Dzięki błyskawicznym quizom czytelnicy łatwiej zorientują się, czy mogą skorzystać ze wskazówki – czy powinni zdecydować się na inny obszar życia wymagający ulepszeń. Trochę może to rozbijać rytm narracji, ale książka jest nastawiona na praktyczny poradnik, więc i tak czyta się ją z przerwami. Liz Hoggard stworzyła bardzo esencjonalny poradnik, warto zatem jej zaufać i przyjrzeć się książce.

wtorek, 15 września 2026

Sándor Márai: Patrol na Zachodzie

Czytelnik, Warszawa 2026.

Podróż

Każda wyprawa zmienia człowieka. Sándor Márai postanawia zatem potraktować ją jako źródło literackiej inspiracji i zaproponować swoim czytelnikom szereg przeżyć oraz spostrzeżeń związanych z poznawaniem miejsc, kultur i specyfiki społeczeństw (ale nie narodowości). Doświadczenia płynące z dość szybkiego przecież – bo związanego z podróżą a nie przeprowadzką - zmieniania miejsc pobytu dają się przerobić na niezwykle trafny i ponadczasowy filozoficzny reportaż. Sándor Márai jest tak samo uważnym obserwatorem w podróży jak i w tworzeniu literatury – a teraz pozwala czytelnikom podążać za sobą i budować sieć skojarzeń w oparciu o obserwacje. „Patrol na Zachodzie” to wyprawa z 1935 roku – jej celem są stolice państw uznawanych przez Węgrów (i nie tylko) za kwintesencję postępu i nowoczesności. Sándor Márai trafia do Paryża i do Londynu, a odbiorcom tego tomu pozwala wręcz podróżować ze sobą. Ma oczy szeroko otwarte i rejestruje kolejne zaskoczenia albo wrażenia. Nie zamierza – co ważne – przepisywać przewodników, nie interesuje go zwiedzanie czy wyprawa o charakterze turystycznym. Owszem, świetnie zdaje sobie sprawę z miejsc, które odwiedzić po prostu należy, a jednak pojawiają się one we wzmiankach bardziej niż jako sedno komentarzy. Márai jest wyczulony na ludzi, którzy go mijają, na rozpoznane już trasy, na odczucia i możliwości. Jest tym podróżnikiem, który ucieka od banałów, stara się zajrzeć pod powierzchnię, żeby znaleźć coś intrygującego i zaskakującego z perspektywy czytelników. A jednoczenie kolejne odkrycia prowadzą do ważnych i cennych refleksji na temat kondycji ludzkości. Co ciekawe, Márai często rezygnuje w tych przemyśleniach z tu i teraz na rzecz uniwersalności – dba o to, żeby zmiana miejsca i otoczenia pozwoliła mu na wyciąganie daleko idących wniosków na temat miejscowych. Nie wywyższa się przy tym – ale też nie stawia na piedestale ludzi innych narodowości, nie to jest jego zadaniem. „Patrol na Zachodzie” to książka, która dzisiaj stanowić może popis literacko-reportażowy. Nadaje się na przeciwwagę dla pospiesznie tworzonych wspomnień z wypraw – tu liczy się każdy drobiazg, który da się zamienić na istotę rzeczy w ocenie porządku świata. Ta książka objętościowo na pierwszy rzut oka może się wydawać niepozorna, ale mieści się w niej mnóstwo tematów wartych ocalenia i fraz, które nieodmiennie do tego autora przyciągają. Sándor Márai nie zamierza być dla czytelników przewodnikiem ani kompanem w podróży – chyba że ktoś chce odbyć akurat podróż mentalną, wymagającą uważności i solidnej dawki wiedzy. To lektura ambitna i mocno wyróżniająca się na rynku wydawniczym. Sándor Márai znany jest bardziej ze swojej prozy – jednak i tu charakterystyczny styl sklasyczniałego już twórcy jest wyrazisty i ciekawy. „Patrol na Zachodzie” to książka, w której droga do celu jest nawet ważniejsza niż sam cel – a autor pokazuje, jak można przeżywać zmianę miejsca pobytu, żeby trafić nawet do kolejnych pokoleń.

poniedziałek, 14 września 2026

Morris, Pearce, Léturgie: Lucky Luke. Oklahoma Jim

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Szkoła

J. Léturgie i Pearce stworzyli scenariusz, Morris i Pearce – rysunki do kolejnego tomu przygód Lucky Luke’a – tym razem z czasów, kiedy jeszcze nie nazywał się Lucky Luke. Dziki Zachód rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę nie da się dopasować rzeczywistości spoza westernów do jego realiów, przynajmniej do czasu. Bo Old Timer próbuje – opiekun Lucky Luke’a przybywa z nim do jednej z mieścin i postanawia oddać go pod opiekę miejscowej nauczycielki. Jest w tym nieprzejednany, bo ktoś musi wiedzieć, jak napisać poprawnie jego nazwisko na nagrobku – inwestuje zatem w przyszłość i nie zamierza się przejmować tym, że najwyraźniej Kid ma inne plany. Lucky Luke powinien zdobyć wykształcenie – na razie jednak w szkole uczy się, jak przechytrzyć nauczycielkę i jeszcze na tym zarobić. W dodatku nie podoba mu się, że miałby być jedynym uczniem, skazanym na siedzenie w ławce, kiedy wszyscy inni świetnie się bawią, na przykład w wymierzanie sprawiedliwości. Old Timer planuje w tym czasie grać w karty. I Mushroom City byłoby miejscem idealnie spokojnym, gdyby nie fakt, że pewnego dnia pojawia się tutaj Oklahoma Jim – wyjątkowo sprytny rzezimieszek, który uczy dzieci strzelania, rozdaje im rewolwery i pod ich osłoną napada na niczego niespodziewających się obywateli. Okazja do przedstawienia fragmentu dzieciństwa Lucky Luke’a to też szansa na pierwsze spotkanie z Daltonami – i opowiedzenie o tym, dlaczego stali się oni przestępcami, których samotny kowboj przez całe życie ściga. „Oklahoma Jim” to komiks, który spodoba się fanom klasyki i który pokazuje rozwiązania znane z „późniejszych” (pod względem czasu akcji) komiksów.

Autorzy nie odchodzą od stylu znanego z klasycznych komiksów, starają się go podtrzymywać, ale mocno ułatwiają sobie zadanie tym, że bohaterowie zostali przeniesieni do czasów młodości i mogą mieć nieco inne rysy twarzy. Popisują się też w wielu miejscach humorem charakterystycznym dla przygód Lucky Luke’a, czyli takim bazującym na wieloznacznościach i prezentowanym na różnych poziomach (w tym – zrozumiałym najbardziej dla dorosłych). W samych kadrach dominuje ruch, widać tu nie tylko komiksowość, ale też chęć tworzenia rozbudowanej przestrzeni. Autorzy nie upraszczają nadmiernie obrazków, wiedzą doskonale, że dla odbiorców ważne było także prezentowanie całego uniwersum, nie tylko gadających głów. A że Dziki Zachód to temat niezwykle wdzięczny w prezentowaniu w komiksie – wykorzystują to na literacko-rysunkowy popis.

Lucky Luke to bohater klasyczny, ceniony ze względu na dowcip i realizowanie stereotypów, postać budząca zawsze sympatię kolejnych pokoleń. Z nim nie można się nudzić – więc warto wejść w świat Dzikiego Zachodu i oglądać go z perspektywy Jolly Jumpera oraz jego wiernego jeźdźca. „Oklahoma Jim” to retrospekcja, powrót do przeszłości i do początków – nie rozbija dorosłych narracji, ale nie męczy infantylizowaniem dzieciństwa znanego bohatera. Jest tu dużo powodów do śmiechu.

niedziela, 13 września 2026

Jacek Getner: Podejrzany na bank

Lira, Warszawa 2026.

Konflikt przodków

Grunt to dobry pomysł, wtedy ze wszystkiego można zrobić kryminał. Tym razem Basia Kotula w widocznej już ciąży przeprowadza się do domu na Kaszubach. Dom miał być niespodzianką, wybrany przez męża i zaakceptowany tylko na zdjęciach, ukrywa znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Basia Kotula będzie miała zatem sporo zajęć na miejscu – a niekoniecznie ją to uszczęśliwi. Rafał Martuś, jej mąż i wkrótce szczęśliwy ojciec, skupia się na pozytywach – ale i on nie może pozostać obojętny, kiedy na szybie pojawia się tajemnicze ostrzeżenie. Trzeba wymyślić, jak przeprowadzić remont, żeby można było się rozpakować. Ale też… wejść w komitywę z miejscowymi – dwoma konkurującymi ze sobą plemionami, które postanowiły żyć jak ich przodkowie i bić się jak oni. Germanie i Słowianie gardzą zdobyczami cywilizacji i pielęgnują tradycje, przynajmniej te, które najbardziej pasują starszyźnie plemiennej. Wojny w bliskim sąsiedztwie to niekoniecznie przepis na sielankową egzystencję, ale tego zaślepiony możliwościami Rafał Martuś na razie jeszcze nie dostrzega. I tak największy problem polega na tym, że to w jego nowym domu ma znajdować się coś, czego jak na razie bezskutecznie poszukują Alderyk i Gniewosz.

„Podejrzany na bank” to opowieść, w której kryminał schodzi na bardzo daleki plan. To znaczy od początku pojawiają się w niej wątki mające sugerować niebezpieczeństwo (czy wręcz grozę), ale autora wyraźnie ciągnie w stronę komedii i to komedii ciosanej momentami toporem. Liczy się tu śmiech i czasami nawiązania do dawnych motywów z powieści detektywistycznych. Zwłaszcza kiedy Basia Kotula odkryje, co znajduje się w jej domu. To ona jest tą rozsądną – zwłaszcza kiedy musi zadbać o siebie i nienarodzonego jeszcze potomka. Kazimierz staje się więc świadkiem kolejnych monologów matki wtedy, kiedy ta nie ma zamiaru wdawać się w dyskusje z irytującym ją niekiedy małżonkiem. Jacek Getner w fabule łączy plany, przechodząc od domu byłego policjanta do skansenu (który bardziej niż ów dom tętni życiem). Lepiej nawet czuje się tam, gdzie w grę wchodzi wyobraźnia pozbawiona współczesnych motywów. Czytelnicy dzięki temu otrzymają trochę oryginalnych historii i zabawnych scenek. Chociaż to jest czwarty tom cyklu, można go spokojnie czytać samodzielnie, bez znajomości wcześniejszych wydarzeń.

Są dwa motywy, które mogą budzić sprzeciw czytelników, oba w planie narracji. Pierwszym jest uporczywe powtarzanie, że kryminał to romans z trupem – pojawia się to w powieści tyle razy, że nawet bohaterowie w pewnym momencie się buntują – i trudno im się dziwić. Nawet najlepsze spostrzeżenie może się przejeść. Druga rzecz to lekki brak wyczucia w synonimach – autor nie zawsze dopasowuje określenie do klimatu sceny, zwłaszcza jeśli chodzi o bohatera, którego personalia nadają się na ksywę. Nie jest to straszne wykroczenie, ale czasami budzi wątpliwości jako wybijające z rytmu narracji. „Podejrzany na bank” to szybka powieść kryminalno-obyczajowa, stworzona dla prostej rozrywki i uciechy odbiorców. Wakacyjne wytchnienie bez zobowiązań.

Bajki z uśmiechem - część 9

Zapraszam do wysłuchania i komentowania dziewiątej części Bajek z uśmiechem.
czyta PIOTR SKUCHA
muzyka Klaudia Rabiega

https://youtu.be/OamnpWTI_6I

sobota, 12 września 2026

Judith Peignen: Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Test

Zora budzi sympatię. To jedna z nielicznych młodych czarownic w świecie zdominowanym przez osoby liczące sobie po kilkaset lat. W związku ze swoim wiekiem zresztą Zora ma największe szanse na zyskanie sporego grona młodych fanek. Żeby to się jednak udało, musi przeżywać przygody budujące więź z odbiorczyniami, a zatem – powiązane nie tylko ze światem czarownic. Piąty tom jej doświadczeń, „Skała Czarownicy” to udane połączenie tych dwóch zagadnień.

Zora chodzi do szkoły i musi zachowywać pozory – udaje, że jest zwyczajną dziewczyną, jej koleżanki nie mogą się niczego domyślać. Podobnie jak koledzy. Zorze podoba się Louis – i na tym polega problem w nowej próbie. Przede wszystkim podczas kolejnego etapu wtajemniczenia w sprawy czarownic wszystkie kobiety tworzące magiczny krąg, będą pozbawione swojej mocy – a więc narażone na niebezpieczeństwo. Wszystkie zakładają, że Zora śpiewająco przejdzie próbę skały – a to oznacza, że będzie ich ratunkiem w razie zagrożenia. Tymczasem sama Zora ma wątpliwości: łamie właśnie podstawową zasadę czarownic, podoba jej się chłopak ze świata ludzi. Na to nie powinna sobie pozwolić – ze względu na odwieczne prawo. Skała Czarownicy jest bezlitosna i nie toleruje błędów, a nie da się ukryć przed nią prawdziwych uczuć. Na razie Zora nie mówi nikomu o swoich uczuciach, ale być może będzie musiała się do nich przyznać w najgorszym możliwym momencie. A przecież nawet jeszcze sama nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, czego by chciała i czego by oczekiwała od chłopaka, do którego wzdycha: tymczasem być może wszyscy odkryją jej tajemnicę.

Nic dziwnego, że przygody Zory cieszą się powodzeniem wśród młodszych odbiorczyń: to bohaterka stworzona specjalnie dla nich, wykorzystująca „dziewczyńskie” tematy i nawiązująca też do modnych spraw w literaturze czwartej – związanych z magią. Warto podkreślić tu nie tylko dobrze przemyślaną stronę tekstowo-narracyjną, ale też graficzną. Ariane Delrieu stawia tu na malarskie obrazy, tworzone z rozmachem i przechodzące od kreskówki bardziej w stronę baśniowych ilustracji. Wypełnione detalami i deseniami naprawdę mogą się podobać odbiorczyniom i idealnie wpasowują się w klimat opowieści o czarownicy. To komiks pięknie wydany – poza malarskimi obrazkami jest tu też ekskluzywna, twarda oprawa – coś, co automatycznie podnosi wartość komiksu i podkreśla jego atrakcyjność wizualną.

„Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy” to kolejny epizod i kolejne wtajemniczenie dla młodej bohaterki – temat do przemyśleń dla odbiorczyń i szereg zaskoczeń w ramach samej fabuły. Zora zabiera czytelniczki do świata, w którym sama ma ważną rolę do odegrania – i przekonuje się, że warto mieć wokół siebie ludzi, na których można liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zora to bohaterka, która da się lubić.

piątek, 11 września 2026

Falynn Koch: Epidemie. Niewidoczne zagrożenie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Bakterie i wirusy

Ta książka powstała przed 2020 rokiem, chociaż na polski rynek wydawniczy wchodzi dopiero teraz. Warto to wiedzieć, bo tom w serii Naukomiks poświęcony epidemiom, pozbawiony jest narracji o covidzie. To – paradoksalnie – może okazać się zaletą z perspektywy czytelników, którym temat się przejadł, a także dla tych, którzy baliby się zdominowania opowieści jednym, za to bardzo aktualnym zagadnieniem. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to książka, którą Falynn Koch pokazuje młodym odbiorcom wyzwania stojące przed badaczami – i postępy w dziedzinie medycyny. Przedstawia wielkie epidemie z historii (na marginesie relacji) i powody ich rozprzestrzeniania się. Komentuje sytuacje, w których przekonania ludzi mogą stać się całkiem dosłownie zabójcze – a jednocześnie pokazuje, co należy zrobić, żeby uchronić się przed śmiertelną chorobą – na poziomie mikroorganizmów.

Już na początku odbiorcy poznają nietypowych bohaterów – Dżumę i Żółtą Febrę. Zwalcza je Limfocyt T – raczej niespecjalnie entuzjastycznie nastawiony do swojej misji. A to dlatego, że Limfocyt T świetnie wie, w czym bierze udział – w odróżnieniu od małych agresorów. Badaczka Elena tworzy symulację ataku wirusów i bakterii – oraz reakcji organizmu – żeby móc szukać metod zapobiegania groźnym chorobom. A ponieważ Febra i Dżuma chciałyby się dowiedzieć, w czym biorą udział i dlaczego nie udaje im się replikować, chociaż do tego zostały przystosowane – przychodzi czas na obszerne wyjaśnienia. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to opowieść dla dociekliwych dzieci, dla odbiorców, którzy potrzebują fachowych wyjaśnień – nawet niekoniecznie ubieranych w formę bajkowego komiksu. Widać tu nawiązania do „Było sobie życie” i próby stworzenia równie udanej historii, Falynn Koch jednak zależy na stworzeniu własnej narracji. Wszystkie wiadomości, które się tu pojawiają, wynikać muszą bezpośrednio z akcji, nie ma podporządkowywania fabuły wiadomościom – dzięki temu naukomiks o epidemiach bardzo dobrze wypada i może zaintrygować czytelników bez trudu. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwość uchronienia się przed groźnymi chorobami, raczej o pokazanie odbiorcom, co kryje się za tajemniczymi dla nich hasłami o epidemiach czy zaraźliwości. Jest to książka, której można zaufać – przekazuje wiedzę, ale przy tym może bez problemu rozbawić. I chociaż kwestie tu poruszane są dość trudne, Falynn Koch radzi sobie z nimi idealnie. Jest to komiks naukowy, który przyciąga wzrok ze względu na sylwetki bohaterów o wyrazistej mimice i zachowania nacechowane ekspresją. Nie chodzi tu wyłącznie o usunięcie zagrożenia płynącego z obecności groźnych wirusów czy bakterii, a o pokazanie, co kryje się pod walką o zdrowie.

Ponieważ to komiks, liczą się dynamiczne kadry – tych autorka w zanadrzu ma wiele. Jako że zabiera odbiorców w głąb ludzkiego organizmu, może popuścić wodze fantazji w tłach i deseniach, zdarza się, że tworzy bardzo skomplikowane przestrzenie dla swoich postaci. Wykorzystuje też wtrącenia, żeby wprowadzać drobne informacje poboczne. I tak podane wiadomości będą zapadać w pamięć dzieciom – sprawią, że odbiorcy bardziej zainteresują się tematami mikroorganizmów i ich wpływu na zdrowie człowieka.

czwartek, 10 września 2026

Hannah Deitch: Zabójczy potencjał

Marginesy, Warszawa 2026.

Ucieczka

Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.

Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.

Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.

środa, 9 września 2026

Dinuś nie chce spać. Wspólnie czytamy o zasypianiu

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygotowania do snu

Dinuś to ten bohater, który robi wszystko, co kilkulatki – i który pokazuje kolejne sekwencje czynności, żeby utrwalić je u małych odbiorców. Nic dziwnego, że tematy są tu brane bezpośrednio z życia maluchów – a tomik „Dinuś nie chce spać” to wsparcie rodziców układających swoje pociechy do spania. Można jeszcze przeżyć jedną przygodę z sympatycznym bohaterem, żeby w końcu przekonać się, że trzeba iść do łóżka – tylko dzięki temu będzie się miało siły do zabawy następnego dnia. Na razie jednak Dinuś szuka sojuszników w swojej niechęci do pójścia spać – spotyka kolejnych przyjaciół (którzy jednak do snu się przygotowują) i namawia ich do rozrywek – albo naśladuje ich zachowania. Haczyk tkwi w tym, że jego przyjaciele nie mają wątpliwości w kwestii przygotowywania się do snu i wykonują po prostu te czynności, w których Dinuś nie ma ochoty uczestniczyć. Kiedy jednak dołączy do nich… może być całkiem przyjemnie.

„Dinuś nie chce spać” to książeczka pisana prozą, z rymowanymi fragmentami – tłumaczenie przygotowała Natalia Usenko. Dzięki refrenom dzieci będą mogły przekonać się do rytmu opowieści. Pojawiają się tu też nawiasowe wtrącenia – uzupełniane wyliczenia, które sprawią, że kolejne etapy przygotowań do snu zapadną dzieciom lepiej w pamięć. Dinuś nie tylko działa – ale też przechodzi niezbędne zadania do wykonania wieczorem. To uświadomi dzieciom, że muszą umyć zęby czy wykąpać się, miłym dodatkiem staje się też wieczorna wspólna lektura – to sposób na przypomnienie rodzicom, że takie rozrywki nie wychodzą z mody i że zawsze powinno się znaleźć czas na czytanie przed snem – to nie tylko rozwija wyobraźnię, ale też buduje silne więzi i miłe wspomnienia. Dinuś przekonuje się, że przygotowania do snu wcale nie muszą być nudne czy męczące – i że na pewno nie są niepotrzebne. Długo trwa w swojej pewności, że nie chce iść spać – a jednak w końcu się zmęczy, jak każdy maluch.

Taka lektura pozwoli na wyciszenie najmłodszych, ale zapewni im też trochę zabawy. Nie polega bowiem tylko na śledzeniu tekstu czytanego przez rodziców czy na oglądaniu urokliwych ilustracji Pauli Bowles – a na czynnym udziale w czytaniu za sprawą odpowiednio przygotowanych kartonowych stron. Są tu miejsca zakryte, niespodzianki dla oglądających, są też scenki pop-up, co może być zaskoczeniem dla najmłodszych – nieprzygotowanych jeszcze na techniczne możliwości konstruowania książek. To zatem przygoda wykraczająca poza motyw zwykłego czytania, w sam raz dla dzieci, którym wydaje się, że w książkach nie da się znaleźć nic ciekawego. „Dinuś nie chce spać” to tomik nastawiony na usypianie najmłodszych i jednocześnie dostarczający wielu powodów do uśmiechu – ładnie przygotowany i dobrze przemyślany. W sam raz nie tylko dla tych dzieci, które zwlekają z momentem pójścia do łóżka.

wtorek, 8 września 2026

WIll Gompertz: Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka

Rebis, Poznań 2026.

Przewodnik

Ta książka jest mniej prezentacją historii sztuki nowoczesnej, a bardziej opowieścią przewodnika przekutą na książkę. WIll Gompertz wybiera sobie styl, który przypadnie do gustu szerokiemu gronu odbiorców – zwłaszcza tych potrzebujących poprowadzenia przez ostatnie piętnaście dekad zmian w sztuce. Autor nie zamierza koncentrować się na datach, faktach i wydarzeniach, a na anegdotach, spotkaniach i działaniach. Oczywiście punkty obowiązkowe to dzieła – będzie prowadził od jednego do drugiego, pokazywał związki pomiędzy nimi i tłumaczył przesłania czy przełomowość. Ale to nie wszystko. Dla Gompertza poszukiwanie przepisu na sztukę to poszukiwanie relacji międzyludzkich. I właśnie dzięki temu książka „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka” może na rynku zrobić furorę – i zostać na nim na długo. Zwłaszcza że dzieła tu omawiane trzeba znać – a nie ma lepszego sposobu na poznanie ich i przyswojenie sobie ich znaczenia niż śledzenie barwnej, krwistej narracji.

Faktycznie Gompertz chce pisać pospiesznie. Nie próbuje tworzyć przystanków encyklopedycznych, jeśli więc ktoś potrzebuje notek biograficznych i dat – będzie musiał czytać tę książkę z notesem, a ponadto uporządkować wiadomości dzięki korzystaniu z innych opracowań. Tutaj najważniejsza jest bowiem forma przekazu, trochę plotkarska, bardzo osobista i przesycona obyczajowością. Kto z kim, dlaczego i co z tego wynikało – to przepis na przełomowe momenty w sztuce. I wcale nie chodzi tu o kontakty łóżkowe, raczej o wzajemne wpływy i inspiracje, o komentarze i odpowiedzi do zastanego stanu rzeczy. Artyści nie działają w próżni, bez przerwy odnoszą się do tego, co było i starają się kreować przestrzeń dla siebie. Radzą sobie z tym na różne sposoby, ale warto wychwycić ich wyczulenie na konteksty społeczne. Tu znów okazuje się, jak wielkie znaczenie mogą mieć albo konotacje seksualne, albo – skandale obyczajowe. Tak naprawdę ta książka nie daje wiedzy, daje radość odkrywania – co jest następstwem tej wiedzy. To rozwiązanie dla niecierpliwych i dla ciekawskich, dla ludzi lubiących podglądanie rzeczywistości trochę od kulis. Zabawa wiąże się tu z możliwością uzyskania klucza do zrozumienia artystów – to niebagatelne narzędzie. Will Gompertz jeszcze raz opowiada to, co odbiorcy już powinni wiedzieć (ale być może przeoczyli, a chcą pozować na znawców) – więc serwuje metodę odświeżenia wiadomości. Rzuca tytułami i nazwiskami, co pewien czas wprowadza elementy analizy dzieł czy sposoby tworzenia – dba o to, żeby nie popaść w rutynę i żeby czytelnicy za każdym razem otrzymywali inny punkt zaczepienia. Bardzo zgrabnie prowadzi tę narrację, to coś, co czytelników szybko przekona. Zaproszenie do poznawania sztuki nowoczesnej wypełnione jest zaskoczeniami i niespodziankami dla czytelników – ale też radością odkrywania u samego autora. „Na co patrzymy” to rodzaj przewodnika dla dorosłych – szansa na zwiększenie świadomości co do historii sztuki. Jeśli ktoś ma potrzebę pozowania przed znajomymi na eksperta od najbardziej popularnych dzieł, znajdzie tu sporo motywów wartych zapamiętania. Do tego dochodzą reprodukcje (tych zawsze jest za mało) i specyficzne lekcje.

poniedziałek, 7 września 2026

Kelly DiPucchio: Gaston

Tako, Toruń 2026.

Różnice

Ten picture book może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z najmłodszymi o tym, co znaczy być sobą, a co – dopasowywać się do otoczenia. W prostej historii Kelly DiPucchio prezentuje małym odbiorcom kwestie tożsamości i odpowiadania na oczekiwania innych – bez wielkich słów i abstrakcyjnych fraz, koncentruje się na tym, co najważniejsze nie tylko z perspektywy dzieci. Są tu dwie psie rodziny: Pani Pudelka ma troje grzecznych szczeniaczków i Gastona. Pani Buldożka z kolei – trzy rozbrykane pieski i nieśmiałą Antoinette. Łatwo odkryć, że małe buldogi wyglądają podobnie jak Gaston, a rodzeństwo Gastona jest łudząco podobne do Antoinette – rozwiązanie problemu wydaje się zatem na wyciągnięcie ręki: jeśli Pani Pudelka i Pani Buldożka wymienią się jednym dzieckiem, nikt nie będzie poszkodowany, a najmłodsi wreszcie trafią do otoczenia, które ich rozumie. Tylko że Gaston przywykł już do ciszy i elegancji, a Antoinette uwielbia funkcjonować wśród rozbrykanych maluchów.

„Gaston” to książka, która skrywa naprawdę sporo ważnych treści – nie tylko z perspektywy dzieci. Najmłodsi będą tu śledzić doświadczenia nie do powtórzenia w ludzkim świecie – ale przy okazji też przekonają się, że niektóre pomysły powinny pozostać w sferze teorii, nawet jeśli pasowałyby do prób uporządkowania świata. Nie ma znaczenia, że coś wydaje się łatwe do zrealizowania i logiczne – żywe organizmy to nie układanka, w której można do woli zmieniać klocki: tu w grę wchodzą emocje, przyzwyczajenia i nadzieje. Kiedy obie mamy umawiają się na wymianę tych najbardziej „problemowych” dzieci, nie robią nikomu krzywdy – zwłaszcza że sytuacja jest odwracalna, i to bardzo szybko.

Christian Robinson ma tu pracę, od której dużo zależy: tworzy ilustracje, dzięki którym dzieci, nawet te najmłodsze i niekoniecznie nadążające za fabułą tekstową, zrozumieją błyskawicznie, na czym polega problem i jak powinno wyglądać jego rozwiązanie w dążącym do porządku świecie. W jego ujęciu zawsze trzy pieski są identyczne, czwarty różni się znacząco – ale nie na tyle, żeby przenosić w inny świat. Stawia ten ilustrator na duże i wyraziste kształty, może to robić, ma na to sporo miejsca – nie zarzuca odbiorców tematami spoza tekstu, nie musi niczego dopowiadać. „Gaston” to książka dopracowana pod każdym względem – musi więc robić ogromne wrażenie. Dla małych czytelników to nie tylko okazja do spotkania z bajkowymi sympatycznymi bohaterami, ale także do przemyśleń na temat swojego miejsca na ziemi. To książka, która ma ważne i wartościowe przesłanie – nie zdradza tego na pierwszy rzut oka, a jednak to o wiele więcej niż zwyczajny picture book dla najmłodszych. „Gaston” to propozycja, którą warto po wspólnej lekturze jeszcze przedyskutować – zastanowić się nad tym, czego o sobie dowiedzieli się bohaterowie i w jaki sposób wpłynęło to na ich późniejsze życiowe wybory.

Jest to opowieść, której znaczenie wykracza poza świat przedstawiony – i historia, którą należy dzieciom prezentować, żeby uświadomić im złożoność świata i jego wyzwań.

niedziela, 6 września 2026

Daniel Wyszogrodzki: Sycyliada

Marginesy, Warszawa 2026.

Z oddali

Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.

sobota, 5 września 2026

Bluey. Papugowanie

Harperkids, Warszawa 2026.

Oswajanie smutku

„Papugowanie” to tomik, który tylko z pozoru zabiera odbiorców do pełnego zabaw i pozbawionego trosk świata Bluey. W rzeczywistości jest to historia o śmierci – tyle że przedstawionej tak, żeby nie przygnębić przesadnie najmłodszych ani ich nie przestraszyć. Wszystko zaczyna się od gry w przedrzeźnianie – Blue od rana chce koniecznie robić wszystko to, co tata – naśladuje każdy jego gest i każde zdanie, nawet jeśli oznacza to trochę niepochlebnych komentarzy pod własnym adresem. Tata wie doskonale – jak wszyscy rodzice – że żadne sztuczki nie pomogą, przedrzeźniacz musi się znudzić swoim zadaniem, żeby skończyły się irytujące powtórzenia. Tylko że zabawa w papugowanie to jedynie wstęp do zupełnie innej historii: Blue znajduje na ulicy ranną papużkę. Razem z tatą próbuje ją uratować – wkłada do pudełeczka i wiezie do weterynarza. Tylko że ta przygoda nie może mieć dobrego finału. A po powrocie do domu Blue chce się bawić z młodszą siostrą w nieudane ratowanie chorego ptaszka – w ten sposób radzi sobie z trudnymi emocjami.

Liczy się tu zestaw zachowań i reakcji wokół śmierci: kiedy recepcjonistka przekazuje informację o papużce, mówi łagodnym głosem. Mama w domu także ścisza głos, kiedy odzywa się do swojej córki. Blue jednak potrzebuje uporządkowania doświadczeń – pokazuje to w zabawie z siostrą. Teraz również „papużka”, czyli Bingo, ma nie przeżyć akcji ratunkowej – bohaterka dowiaduje się, że na pewne sprawy nie ma żadnego wpływu. Chce jednak przeżyć swój smutek jeszcze raz, w warunkach kontrolowanych.

Dzieci zawsze mocno przeżywają rozstanie z ukochanym pupilem. Szokiem może być dla nich również świadomość, że śmierć nie oszczędza nikogo, bez względu na to, czy pospieszy się z pomocą, czy nie – i oczywiście zawsze warto próbować ocalić nawet najmniejsze życie, ale niekiedy taka misja po prostu musi się zakończyć niepowodzeniem. Dobrze, że w świecie Blue znalazło się miejsce i na takie historie – w ten sposób można przynajmniej próbować wytłumaczyć dzieciom, że czasami w codzienność wkracza śmierć – i że to oznacza bezpowrotne rozstanie. Blue jeszcze ma nadzieję, że los papużki się odmieni, ale rodzice nie zamierzają jej w tym względzie okłamywać. Razem z Blue dzieci będą oswajać się z trudnym zagadnieniem. „Papugowanie” to niewielki tomik – jak zawsze w cyklu – opowieść w sam raz do przeczytania i przemyślenia. I owszem, jest w niej całkiem sporo czynników humorystycznych, wprowadzonych, żeby przyciągnąć najmłodszych do lektury – ale jest też dużo materiału do refleksji. W świecie Blue i Bingo jest miejsce na różne odczucia – i dzięki temu dorosłym łatwiej będzie przeprowadzać ze swoimi pociechami poważne rozmowy.

Jest to picture book, więc można będzie znaleźć bardzo wiele kadrów z ulubionymi bohaterami, a także rysunkowe dopowiedzenia do narracji tekstowej. Blue nie pozostawia wątpliwości: przeżywa mnóstwo. I można razem z nią przystąpić do odkrywania uroków i przykrości świata.

piątek, 4 września 2026

Cazenove, WIlliam: Sisters. 20. Ja pierwsza!

Egmont, Warszawa 2026.

Rywalizacja

Te dwie siostry nie mogą się znudzić. Nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine to kwintesencja domowych dram i zabaw, potyczek i porozumień. Marine marzy o tym, żeby dorwać pamiętnik Wendy i poznać w szczegółach jej życie uczuciowe, Wendy z kolei wie doskonale, jakie grzeszki na sumieniu ma Marine i co wyczyniała na wczesnym etapie swojego dzieciństwa – tymi wiadomościami dzieli się chętnie, kiedy siostra próbuje ją skompromitować przed znajomymi. Zwłaszcza przed bardzo przystojnym Bartkiem z sąsiedztwa. Bartek to chłopak, którego obecność niepokoi Maksa, aktualnego partnera Wendy – chociaż Wendy twierdzi, że jej związkowi nic nie grozi, nadzwyczaj chętnie spędza czas z nowym znajomym. A Marine chciałaby dowiedzieć się, co dzieje się w sercu siostry. I Maks z jego dylematami staje się tylko pretekstem…

„Sisters. Ja pierwsza!” to dwudziesty tom stworzonego przez Williama i Cazenove’go cyklu – i wciąż zachwyca trafnością spostrzeżeń i nastawieniem na wykorzystywanie domowych stereotypów. Od czasu do czasu autorzy wybierają się w przyszłość, żeby pokazać dwie siostry jako piękności już mniej ze sobą rywalizujące – albo w przeszłość, żeby przypomnieć, że Wendy też była kiedyś dzieciakiem podobnym do dzisiejszej wersji Marine. Najczęściej jednak zajmują się codziennością, a w niej znajdują całą masę niespodzianek i żartów.

Chociaż Sisters to cykl, który w takim samym stopniu ucieszy dzieci co ich rodziców (zwłaszcza tych borykających się na co dzień z wyzwaniami płynącymi z wychowywania dziewczyn), młodzieżowy w duchu i bazujący na humorze. Wielopoziomowe żarty z pewnością spodobają się nie tylko młodszej publiczności. Wendy i Marine nigdy nie mają czasu na nudę, zwykle drą koty albo szukają sposobu na przechytrzenie drugiej strony. Zdarza im się porozumienie – ale raczej rzadko i w jakimś konkretnym celu. Źródłem komizmu stają się bowiem kłótnie i spory, walki i dyskusje, przepychanki i szukanie winnych. Bardzo dobrze się to sprawdza, zwłaszcza za sprawą formy. Autorzy postawili tu na klasyczny komiks dziecięcy, bardzo kolorowy, ale z mocno zdynamizowanymi sylwetkami i kreskówkową mimiką postaci. Wendy i Marine żyją w chaosie, mnóstwo tu wydarzeń, które przeradzają się w ekstremalnie wypełnione kadry. Autorzy są przekonani, że dzieci i nastolatki nie zamierzają utrzymywać wokół siebie porządku – i to odzwierciedlają w kolejnych obrazkach. Dodają zatem do rysunków informacje, których próżno by szukać w tekście. Dzięki temu wykazują się jeszcze wyjątkowym zrozumieniem postaci – i uprawdopodobniają je. Chociaż Wendy i Marine i tak są do końca prawdziwe, nie da się o nich zapomnieć – właśnie dzięki temu, że są prezentowane wyjątkowo trafnie. To komiks – a właściwie cała seria – pozwalający zrozumieć istotę siostrzanych sporów. Ta książka ma przynosić śmiech – sprawdza się jako poprawiacz humoru i zapewnia rozrywkę wysokiej klasy. Każdy, kto sięgnie po przygody sióstr, a właściwie po jednostronicowe rozpisane na szczegółowe kadry historyjki z życia wzięte – będzie chciał sprawdzić poprzednie pomysły. Cazenove i William nie zawodzą.

czwartek, 3 września 2026

Agnieszka Łubkowska: Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Liczenie

Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.

Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.

Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.

Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.

Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.

środa, 2 września 2026

Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji

Marginesy, Warszawa 2026.

Wsparcie

Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.

Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.

Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.

Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.

wtorek, 1 września 2026

Jory John, Pete Oswald: Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę

Harperkids, Warszawa 2026.

Grupa

Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.

Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.

„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Hanna Januszewska: Pyza na polskich dróżkach

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Szlaki

To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem. Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.

Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.

Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.

niedziela, 30 sierpnia 2026

Arttu Unkari: Tataman i koszmarny braciszek

Kropka, Warszawa 2026.

Rodzina

Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.

Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.

„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.

W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.

sobota, 29 sierpnia 2026

Dinuś chce być duży. Wspólnie czytamy o zdrowym jedzeniu

Harperkids, Warszawa 2026.

Nadzieja

Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).

Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.