Studio Emka, Warszawa 2026.
Utrwalanie
Każdy, kto sięgnie po „Myślenie pytaniami”, książkę Marilee Adams, będzie przekonany, że wystarczy prosta lektura bez większego wysiłku, żeby uzyskać określone efekty i żeby móc wdrożyć w życie konieczne zmiany. I chociaż sama autorka przestrzega przed takim podejściem bezpośrednio w książce, to jednak fabularyzowanie porad nie sprzyja wykonywaniu ćwiczeń – nawet mimo dodania do tomu zestawu wskazówek do działania. A ponieważ odbiorcy z natury są leniwi i nie ma się co im dziwić, pojawia się dodatek – zeszyt ćwiczeń (a właściwie workbook, żeby uniknąć skojarzeń ze szkolnymi obowiązkami) z zestawem uwag i zadań dla chętnych. „Myślenie pytaniami. Jak odmienić swoje życie poprzez właściwe pytania. Workbook” to propozycja dla wszystkich, którzy są zdecydowani nie tylko na zapoznanie się z zestawem narzędzi proponowanych przez Adams, ale też na wypracowanie sobie mechanizmów i reguł pozwalających na korzystanie z tej metody.
Od powtórzeń informacji z głównej książki się tu nie ucieknie – nie ma na to szans. Jednak zupełnie inaczej została tu poprowadzona narracja. Nie ma już opowieści o fikcyjnym bohaterze, ale sam Ben z podstawowej książki pojawia się w przykładach – po to, żeby czytelnicy zorientowali się, na czym polega dane zadanie. Autorka tym razem koncentruje się na omawianiu kolejnych narzędzi od strony psychologicznej: informuje czytelników o tym, jak zachowują się na co dzień i jakie przełożenie mają ich wybory na relacje międzyludzkie czy jakość codziennego życia zawodowego. Wydaje się, że takich wyjaśnień brakowało w podręczniku – bo tam nastawienie na emocje bohaterów były zbyt silne, żeby przedstawiać część teoretyczną.
Ale część teoretyczna to tylko jeden z elementów pracy nad sobą – na wypadek, gdyby czytelnicy nie mieli czasu lub nie chcieli zapoznawać się z pełnowymiarową historią Bena. Marilee Adams kieruje się tu bezpośrednio do odbiorców i zmusza ich do konfrontacji ze swoimi obawami lub niepowodzeniami – a następnie wprowadza zestaw pytań, które mają poprowadzić do autorefleksji. I znowu coś, co Ben przeprowadzał niemal odruchowo, teraz staje się udziałem czytelników – w książce jest miejsce na notatki i uzupełnienia, widać zatem, które zadania zostaną potraktowane poważnie i które polecenia odbiorcy zrealizują. W ramach tych ćwiczeń trzeba będzie wcielać się w sędziego lub ucznia (to dwie postawy kluczowe dla zrozumienia teorii myślenia pytaniami) i kreatywnie podchodzić do części zadań – to oznacza, że nie będzie tu wyłącznie autoanaliz, raczej – praca nad samą teorią i jej przydatnością w zwyczajnym życiu. Jeśli odbiorcy zrozumieją proces – będą w stanie zastosować kolejne reguły do własnej egzystencji i tylko w ten sposób zyskają biegłość w metodzie, którą chcą opanować. Workbook do teorii myślenia pytaniami przypomina znacznie bardziej typowy poradnik skryptowy dla czytelników, którzy nie przepadają za gęstą i refleksyjną lekturą, za to chcieliby jak najszybciej zobaczyć efekty. Dlatego też jest to książka, którą można potraktować jako samodzielną publikację.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 15 sierpnia 2026
piątek, 14 sierpnia 2026
Marilee Adams: Myślenie pytaniami. Czternaście narzędzi skutecznych w przywództwie, coachingu i osiąganiu najlepszych rezultatów
Studio Emka, Warszawa 2026.
Dążenie do sukcesu
Marilee Adams po raz kolejny wraca na rynek poradników – stworzyła zestaw narzędzi, które mogą się przydać wszystkim dążącym do osiągania sukcesów. „Myślenie pytaniami” to już piąte wydanie książki – która nie przypomina standardowych kioskowych poradników. Co ciekawe, skrypt w wersji, która mogłaby zostać wprowadzona w życie przez użytkowników, zająłby prawdopodobnie kilka akapitów – ale autorce zależy na tym, żeby przedstawić proponowane narzędzia w formie o wiele bardziej rozbudowanej i przez to też być może bardziej przekonującej szerokie grono czytelników. Dlatego też decyduje się na coś wyjątkowo rzadkiego w poradnikach dotyczących samorozwoju – stawia na przypowieść. Tłumaczy to oczywiście tym, że emocjami i historiami fabularnymi znacznie łatwiej będzie jej trafić do wyobraźni odbiorców i dzięki temu gra też mnemotechniką – nie da się jednak ukryć faktu, że przez zamianę porad na fabułę zyskuje sporo objętości. Najbardziej zaskakujące dla czytelników będzie przejście na narrację w rodzaju męskim – bohaterem i narratorem właściwej części staje się Ben. Ben znajduje się w dość stresującym momencie życiowym: właśnie postanawia złożyć wypowiedzenie w pracy, bo zorientował się, że nie jest w stanie realizować celów na swoim stanowisku. Wypowiedzenie jest gotowe, ale Alexis, która powinna je przyjąć, ma inną propozycję. Wysyła Bena do Josepha, mistrza metody myślenia pytaniami, QT. U Josepha Ben zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia – zyskuje kilka podpowiedzi, które może zastosować w zwyczajnym życiu, nie tylko zawodowym. Joseph tłumaczy, jak zadawać pytania, żeby zmienić wyjściowe nastawienie. Nie ma w tym magii – liczy się za to znajomość ludzkiej psychiki i najczęstszych reakcji czy emocji. Pod tym względem Ben nie jest wyjątkiem – nawet jeśli przed innymi nie chce się przyznawać do najskrytszych myśli, to przecież czytelnicy mają dostęp do jego refleksji. Każdy kolejny rozdział to odrębna historyjka z życia Bena – zaglądanie do jego życia zawodowego to nie wszystko – Ben pozostaje w małżeństwie z Grace i w tym małżeństwie trochę mu się nie układa, zwłaszcza że przenosi emocje z pracy na dom, a nie chce rozmawiać z Grace o swoich problemach czy dylematach. Jednak kiedy uczy się techniki myślenia pytaniami, udaje mu się zaszczepić pewne schematy i u partnerki. Grace wdraża tę metodę w swojej codzienności bardzo szybko – i trochę na wzór przykładów z książek psychologicznych – nie ma w niej ani lęku, ani emocji zaciemniających działania – podręcznikowo reaguje i uświadamia nawet Benowi, jak poprawnie korzystać z nowych wskazówek. To oznacza, że bohater w życiu zawodowym jest kontrolowany przez Josepha, w domu z kolei – przez Grace – jedno z nich osiąga mistrzostwo, drugie dąży do doskonałości – Benowi nie pozostaje zatem miejsce na wątpliwości. W razie potrzeby może korzystać z uwag ludzi w swoim otoczeniu – a to sprawia, że doskonali technikę.
W opowieści pojawiają się jednak ramki z wybranymi cytatami, tak, żeby czytelnicy mogli sobie utrwalić najważniejsze punkty i informacje – i to zabieg, który przypomina publikacje skryptowe. Na końcu książki pojawiają się jeszcze omówienia narzędzi z poszczególnych rozdziałów (dla mniej uważnych czytelników i tych, którzy nie potrafią wyciągnąć wiadomości z fabularyzowanej historii) i ćwiczenia dla odbiorców, którzy chcą przyswoić sobie tę metodę.
Dążenie do sukcesu
Marilee Adams po raz kolejny wraca na rynek poradników – stworzyła zestaw narzędzi, które mogą się przydać wszystkim dążącym do osiągania sukcesów. „Myślenie pytaniami” to już piąte wydanie książki – która nie przypomina standardowych kioskowych poradników. Co ciekawe, skrypt w wersji, która mogłaby zostać wprowadzona w życie przez użytkowników, zająłby prawdopodobnie kilka akapitów – ale autorce zależy na tym, żeby przedstawić proponowane narzędzia w formie o wiele bardziej rozbudowanej i przez to też być może bardziej przekonującej szerokie grono czytelników. Dlatego też decyduje się na coś wyjątkowo rzadkiego w poradnikach dotyczących samorozwoju – stawia na przypowieść. Tłumaczy to oczywiście tym, że emocjami i historiami fabularnymi znacznie łatwiej będzie jej trafić do wyobraźni odbiorców i dzięki temu gra też mnemotechniką – nie da się jednak ukryć faktu, że przez zamianę porad na fabułę zyskuje sporo objętości. Najbardziej zaskakujące dla czytelników będzie przejście na narrację w rodzaju męskim – bohaterem i narratorem właściwej części staje się Ben. Ben znajduje się w dość stresującym momencie życiowym: właśnie postanawia złożyć wypowiedzenie w pracy, bo zorientował się, że nie jest w stanie realizować celów na swoim stanowisku. Wypowiedzenie jest gotowe, ale Alexis, która powinna je przyjąć, ma inną propozycję. Wysyła Bena do Josepha, mistrza metody myślenia pytaniami, QT. U Josepha Ben zdobywa kolejne stopnie wtajemniczenia – zyskuje kilka podpowiedzi, które może zastosować w zwyczajnym życiu, nie tylko zawodowym. Joseph tłumaczy, jak zadawać pytania, żeby zmienić wyjściowe nastawienie. Nie ma w tym magii – liczy się za to znajomość ludzkiej psychiki i najczęstszych reakcji czy emocji. Pod tym względem Ben nie jest wyjątkiem – nawet jeśli przed innymi nie chce się przyznawać do najskrytszych myśli, to przecież czytelnicy mają dostęp do jego refleksji. Każdy kolejny rozdział to odrębna historyjka z życia Bena – zaglądanie do jego życia zawodowego to nie wszystko – Ben pozostaje w małżeństwie z Grace i w tym małżeństwie trochę mu się nie układa, zwłaszcza że przenosi emocje z pracy na dom, a nie chce rozmawiać z Grace o swoich problemach czy dylematach. Jednak kiedy uczy się techniki myślenia pytaniami, udaje mu się zaszczepić pewne schematy i u partnerki. Grace wdraża tę metodę w swojej codzienności bardzo szybko – i trochę na wzór przykładów z książek psychologicznych – nie ma w niej ani lęku, ani emocji zaciemniających działania – podręcznikowo reaguje i uświadamia nawet Benowi, jak poprawnie korzystać z nowych wskazówek. To oznacza, że bohater w życiu zawodowym jest kontrolowany przez Josepha, w domu z kolei – przez Grace – jedno z nich osiąga mistrzostwo, drugie dąży do doskonałości – Benowi nie pozostaje zatem miejsce na wątpliwości. W razie potrzeby może korzystać z uwag ludzi w swoim otoczeniu – a to sprawia, że doskonali technikę.
W opowieści pojawiają się jednak ramki z wybranymi cytatami, tak, żeby czytelnicy mogli sobie utrwalić najważniejsze punkty i informacje – i to zabieg, który przypomina publikacje skryptowe. Na końcu książki pojawiają się jeszcze omówienia narzędzi z poszczególnych rozdziałów (dla mniej uważnych czytelników i tych, którzy nie potrafią wyciągnąć wiadomości z fabularyzowanej historii) i ćwiczenia dla odbiorców, którzy chcą przyswoić sobie tę metodę.
czwartek, 13 sierpnia 2026
Matthäus Bär: Kapibary. Operacja "Flaming"
Kropka, Warszawa 2026.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
środa, 12 sierpnia 2026
Catherine Bell: Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą
Marginesy, Warszawa 2026.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
wtorek, 11 sierpnia 2026
Magdalena Kordel: Jeszcze jedno lato
Znak, Kraków 2026.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian
Rebis, Poznań 2026.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
BAJKI Z UŚMIECHEM - część 8
czyta Władysław Sikora:
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
niedziela, 9 sierpnia 2026
Kelsey McKinney: Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować
Mando, Kraków 2026.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
sobota, 8 sierpnia 2026
Olga Rudnicka: Nie odpuszczę ci aż do śmierci
Prószyński i S-ka, Warszawa 2026.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
piątek, 7 sierpnia 2026
Mieczysław Gorzka: Spadek po mojemu
Skarpa Warszawska, Warszawa 2026.
Zadanie dla wnuków
Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.
Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.
Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.
Zadanie dla wnuków
Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.
Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.
Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.
czwartek, 6 sierpnia 2026
Bill Clinton, James Patterson: Pierwszy dżentelmen
Rebis, Poznań 2026.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
środa, 5 sierpnia 2026
Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia
Znak, Kraków 2026.
Igrzyska
Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.
Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.
Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.
Igrzyska
Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.
Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.
Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.
wtorek, 4 sierpnia 2026
Anna Brook-Mitchell: Kto by się spodziewał?
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Empatia
Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.
Empatia
Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Hiro Kamigaki & IC4Design: Detektyw Pierre w labirycie. Sprawa zaginionej piramidy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.
Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.
Poszukiwania
Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.
Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.
niedziela, 2 sierpnia 2026
Marek Maruszczak: Głupie robaki i inne takie Polski. Przewodnik świadomego obserwatora
Znak, Kraków 2026.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
sobota, 1 sierpnia 2026
Lucy Score: Dawne błędy w Story Lake
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
piątek, 31 lipca 2026
Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin
Marginesy, Warszawa 2026.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
czwartek, 30 lipca 2026
Agnieszka Krawczyk: W cztery strony szczęścia
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
środa, 29 lipca 2026
Łukasz Modelski: Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL
Mando, Kraków 2026.
Smaki
Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.
Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.
Smaki
Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.
Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.
wtorek, 28 lipca 2026
Fredrik Backman: Moi przyjaciele
Marginesy, Warszawa 2026.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
poniedziałek, 27 lipca 2026
Agata Matraś: Mamo, tato, mów do mnie. Mój dzień
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
niedziela, 26 lipca 2026
Arvind Narayanan, Sayash Kapoor: Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Pułapki
Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.
Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.
Pułapki
Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.
Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.
sobota, 25 lipca 2026
Alicja Krzanik: Wielokropek i przyjaciele. Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Interpunkcja
To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.
„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.
Interpunkcja
To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.
„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.
piątek, 24 lipca 2026
dr Dale E. Bredesen: Mózg wiecznie młody. Jak wyostrzyć umysł i chronić go przez całe życie
Sensus, Gliwice 2026.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
czwartek, 23 lipca 2026
Aleksandra Belta-Iwacz: Kazik i obowiązki domowe
Media Rodzina, Poznań 2026.
Sprzątanie
Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.
Sprzątanie
Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.
środa, 22 lipca 2026
Merryn Allingham: Morderstwo w bibliotece
Mando, Kraków 2026.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
wtorek, 21 lipca 2026
Umiem rysować morski świat
Kropka, Warszawa 2026.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
poniedziałek, 20 lipca 2026
Ewelina Podrez-Siama: Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania
Onepress, Gliwice 2026.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
niedziela, 19 lipca 2026
Christian Tielmann: Maks korzysta z toalety
Media Rodzina, Poznań 2026.
Bez pieluchy
Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.
Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.
Bez pieluchy
Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.
Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.
sobota, 18 lipca 2026
Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy
Marginesy, Warszawa 2026.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
piątek, 17 lipca 2026
Justyna Kesler, Małgorzata Szczepkowicz: Sylaby. Nauka czytania. Gra i pomoc edukacyjna
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026. (gra)
Krok dalej
Tych bohaterów już mali odbiorcy znają. W serii gier edukacyjnych Naszej Księgarni pojawia się kolejna propozycja pozwalająca na ćwiczenie sztuki czytania. „Sylaby” to pomoc naukowa, którą najmłodsi użytkownicy nie pogardzą – zwłaszcza że wywołuje skojarzenia z zabawą. Eleganckie pudełko skrywa w sobie instrukcję obsługi – małą książeczkę przybliżającą zasady całej serii i pomysły, które można wykorzystać w zabawach z najmłodszymi – oraz mnóstwo kart. Chodzi tu o nauczenie dzieci rozpoznawania sylab – i ćwiczenia rozpoznawania liter. Podstawowa lekcja dotyczy sylab otwartych i zamkniętych: tu z pomocą przychodzi warstwa graficzna. Sylaby otwarte to te zakończone samogłoską, ale w wersji tej gry – to te z białym tłem. Sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską, mają tło czarne – i da się je łączyć w pary. Do kart sylab (jest ich aż sto, więc można będzie ułożyć nie tylko sporo par (zdradzam sekret: 24, co oznacza, że da się grać tymi kartami jak w Czarnego Piotrusia), ale i sporo wyrazów) dodane zostały karty liter – samogłosek i spółgłosek oraz karty specjalne (bo czasami trzeba użyć jokera, żeby wywiązać się z zadania). Jeśli komuś brakuje konkretnej sylaby, będzie mógł zbudować ją sobie z kart liter. Na karcie sylab mamy też mały rysuneczek podpowiadający, jakie słowo należy ułożyć, wykorzystując posiadany element (i w jakiej kolejności połączyć karty). Są też wskazówki kolorystyczne: inaczej zaznacza się w podpowiedziach rzeczowniki i czasowniki, można zatem rozwijać zabawę dalej.
W książeczce z instrukcją mamy propozycję zabaw dla dzieci – w zależności od ich umiejętności i czynionych postępów. I to rozwiązanie pozwoli rodzicom na ocenianie pracy dzieci, ale też na dobieranie gier do możliwości maluchów. Przydadzą się (opcjonalnie) łapki na muchy – co oznacza, że zabawę da się urozmaicać i to w sposób, który absolutnie nie kojarzy się odbiorcom z grami edukacyjnymi. I o to właśnie chodzi – żeby zaskoczyć dzieci i żeby podsunąć ich rodzicom pomysły na ciekawe urozmaicenie nauki. Odbiorcy dostają tu narzędzia i szereg wskazówek, jak z nich korzystać. Ale nie oznacza to, że nie będzie wolno działać zgodnie z własnymi wyobrażeniami i pomysłami – tak przygotowana gra wręcz zaprasza do wprowadzania swoich reguł i modyfikowania ich, żeby nie znudzić małych odbiorców ćwiczeniem czytania sylabami. Jest to bardzo dobry pomysł, bo maluchy przekonają się, że lekcje czytania nie muszą być męczące – mogą kojarzyć się z dobrą rozrywką i rywalizacją w rodzinnym gronie. Jeśli doda się element losowości do tego wyzwania – szanse się wyrównują i rodzice mogą też brać udział w graniu. A to najlepsza zachęta do działania i zaproszenie do zabawy dla kilkulatków. Po raz kolejny Nasza Księgarnia pokazuje, że da się powiązać rozrywkę i naukę bez zadęcia i wielkich teorii – tu liczy się po prostu radość dzieci.
Krok dalej
Tych bohaterów już mali odbiorcy znają. W serii gier edukacyjnych Naszej Księgarni pojawia się kolejna propozycja pozwalająca na ćwiczenie sztuki czytania. „Sylaby” to pomoc naukowa, którą najmłodsi użytkownicy nie pogardzą – zwłaszcza że wywołuje skojarzenia z zabawą. Eleganckie pudełko skrywa w sobie instrukcję obsługi – małą książeczkę przybliżającą zasady całej serii i pomysły, które można wykorzystać w zabawach z najmłodszymi – oraz mnóstwo kart. Chodzi tu o nauczenie dzieci rozpoznawania sylab – i ćwiczenia rozpoznawania liter. Podstawowa lekcja dotyczy sylab otwartych i zamkniętych: tu z pomocą przychodzi warstwa graficzna. Sylaby otwarte to te zakończone samogłoską, ale w wersji tej gry – to te z białym tłem. Sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską, mają tło czarne – i da się je łączyć w pary. Do kart sylab (jest ich aż sto, więc można będzie ułożyć nie tylko sporo par (zdradzam sekret: 24, co oznacza, że da się grać tymi kartami jak w Czarnego Piotrusia), ale i sporo wyrazów) dodane zostały karty liter – samogłosek i spółgłosek oraz karty specjalne (bo czasami trzeba użyć jokera, żeby wywiązać się z zadania). Jeśli komuś brakuje konkretnej sylaby, będzie mógł zbudować ją sobie z kart liter. Na karcie sylab mamy też mały rysuneczek podpowiadający, jakie słowo należy ułożyć, wykorzystując posiadany element (i w jakiej kolejności połączyć karty). Są też wskazówki kolorystyczne: inaczej zaznacza się w podpowiedziach rzeczowniki i czasowniki, można zatem rozwijać zabawę dalej.
W książeczce z instrukcją mamy propozycję zabaw dla dzieci – w zależności od ich umiejętności i czynionych postępów. I to rozwiązanie pozwoli rodzicom na ocenianie pracy dzieci, ale też na dobieranie gier do możliwości maluchów. Przydadzą się (opcjonalnie) łapki na muchy – co oznacza, że zabawę da się urozmaicać i to w sposób, który absolutnie nie kojarzy się odbiorcom z grami edukacyjnymi. I o to właśnie chodzi – żeby zaskoczyć dzieci i żeby podsunąć ich rodzicom pomysły na ciekawe urozmaicenie nauki. Odbiorcy dostają tu narzędzia i szereg wskazówek, jak z nich korzystać. Ale nie oznacza to, że nie będzie wolno działać zgodnie z własnymi wyobrażeniami i pomysłami – tak przygotowana gra wręcz zaprasza do wprowadzania swoich reguł i modyfikowania ich, żeby nie znudzić małych odbiorców ćwiczeniem czytania sylabami. Jest to bardzo dobry pomysł, bo maluchy przekonają się, że lekcje czytania nie muszą być męczące – mogą kojarzyć się z dobrą rozrywką i rywalizacją w rodzinnym gronie. Jeśli doda się element losowości do tego wyzwania – szanse się wyrównują i rodzice mogą też brać udział w graniu. A to najlepsza zachęta do działania i zaproszenie do zabawy dla kilkulatków. Po raz kolejny Nasza Księgarnia pokazuje, że da się powiązać rozrywkę i naukę bez zadęcia i wielkich teorii – tu liczy się po prostu radość dzieci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






