Poradnia K, Warszawa 2026.
Tęsknota
Małgorzata Kalicińska po raz kolejny pokazuje, że nie dba o schematy pojawiające się w powieściach obyczajowych i szuka własnego sposobu wyrazu i swoich tematów. „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” to propozycja, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko osobistym pomysłem na opowieść o normalnych miłościach, ale też specyficznym językiem, czasami wpadającym w nieprzezroczyste nastroje. To opowieść, która zaczyna się od śmierci – i która sięga w daleką przeszłość. Bohaterka, Maria, przedstawia tu historię swoich dwóch wielkich miłości, Piotra i Filipa. Piotr umiera na raka – i o tym czytelnicy dowiedzą się od razu. Jednak następne retrospekcje i rozdziały wspomnieniowe pokażą, jak budowała się ta relacja. Maria jest wdową po Filipie – i szczęście znalazła także w drugim, niesformalizowanym związku. Ale tęskni za obydwoma partnerami, nie może się pogodzić z tym, że została sama, próbuje nawet zawierać nowe znajomości, ale im poświęca niewiele miejsca. Najbardziej liczy się to, co było. Rozmyślaniom sprzyja duży dom na pustkowiu – wokół są tylko dzikie chaszcze, łąki i lisica, która przychodzi po jedzenie i pomieszkuje w starej, rozpadającej się szopie. A może nawet kilka pokoleń lisic. Maria nie wie, nie ingeruje przesadnie w życie zwierzaka, ma dość swoich spraw.
Piotr to nastoletnia miłość, którą przerwały przyziemne sprawy. Rozstanie, a później spotkanie po wielu latach sprawia, że miłość na nowo wybucha. Maria i Piotr chcą spróbować tego, czego nie zaznali w młodości. A ponieważ Piotr zaczyna chorować i dużo czasu spędza w łóżku, kobieta może snuć rozmaite opowieści, które odwrócą jego uwagę od cierpienia i bólu. Piotr chce wiedzieć wszystko, nie tylko wspominać własne doświadczenia, ale też poznać małżeństwo Marii. I tak czytelnicy dowiedzą się o Filipie, ponurym magistrze ze starannie skrywanym talentem.
Te dwie historie wplata Małgorzata Kalicińska do opowieści niemal szkatułkowo, ale przez nacisk kładziony na przeszłość, trudniej będzie uwierzyć w teraźniejszość – preteksty do rozważań i wspomnień stają się zbyt banalne, żeby były przekonujące. I tak każdy czeka na wyznania dotyczące minionych chwil szczęścia. Autorka nie szuka powodów do euforii, raczej pokazuje miłość zwyczajną, wręcz zbanalizowaną – chociaż przecież piękną i prawdziwą. Nie sprawi, że czytelniczki zapałają wielkim uczuciem do Filipa albo do Piotra, raczej będą się zastanawiały, co bohaterka w nich widziała. Zderzy odbiorczynie z trudami ciężkiej choroby, zmianami charakteru i zachowania – tym wszystkim, o czym przeważnie nie mówi się w idealizowanych historiach. Tu idealizowania nie ma. „Nostalgia” to opowieść spokojna, wyczyszczona z wielkich namiętności – i przez to bardziej przekonująca zwłaszcza starsze grono odbiorczyń. Co ciekawe, autorka na początku chce unikać wchodzenia bohaterom do sypialni, ale z czasem wpada w przedziwne tematy i sformułowania, które kłócą się z jej pierwszymi założeniami (smak fiutka i waginki – nawet jeśli wyzwala przyjemne skojarzenia – nie pasuje kompletnie do przyjętego trybu raczej pruderyjnego opisywania kontaktów między bohaterami). „Nostalgia” jest opowieścią o tęsknocie, a nie o miłości – i jako taka będzie przekonywać odbiorczynie, że mimo wszystko warto się zakochać i iść za marzeniami.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 1 lipca 2026
wtorek, 30 czerwca 2026
Bluey. Wielkie, wielkie urodziny. Zabawy i zadania z naklejkami
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawa
Ta propozycja zaskoczy dzieci przyzwyczajone już do łamigłówkowych zeszytów ćwiczeń. Zwykle publikacje gadżetowe – związane z popularnymi bohaterami kreskówek – wykorzystują po prostu tradycyjne łamigłówki odpowiednio przygotowane, podrasowane dzięki grafikom i powiązaniom tematycznym z animacjami, które dzieci znają. Tym razem jest inaczej: wprawdzie książka „Bluey. Wielkie, wielkie urodziny. Zabawy i zadania z naklejkami” to wielkoformatowy tomik, w którego środku znajdą się wkładki z naklejkami do wykorzystania podczas pracy, ale liczy się tu wyjście poza świat bajki i poza kartki z zadaniami. Dzieci co pewien czas będą mogły usiąść nad tomikiem i znaleźć różnice, połączyć kropki albo przejść labirynt – w tym nie ma nic dziwnego, tego zresztą wszyscy się spodziewają po podobnych tomikach, jakich wiele już pojawiło się na rynku. Ale ponieważ teraz temat to urodziny, zabawa przeniesie się o wiele dalej. Razem z postaciami ze świata Bluey będzie można przygotowywać konkretne ozdoby na urodzinowe przyjęcia – albo drobne przekąski. Pojawią się tu algorytmy – diagramy do przejścia, a także odpowiednie przygotowania do przyjęcia, tak, żeby dzieci wiedziały, za co się zabrać, jeśli planują zaprosić gości na wspólną zabawę. Można będzie podejmować decyzje dotyczące konkretnych punktów zabawy – bez względu na to, czy rzeczywiście planuje się wielką urodzinową imprezę, czy po prostu chce się pomóc bajkowym bohaterom. Znajdą się tu żarty na imprezę (oczywiście takie, które rozbawią tylko najmłodszych) i odgadywanie prezentów. Do części zadań trzeba będzie wykorzystać naklejki, część zadań nadaje się do przeniesienia do prawdziwego życia, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiadomo, co robić z wolnym czasem. Tomik pojawia się zatem na rynku w bardzo dobrym momencie – sprawdzi się jako wakacyjna podpowiedź na nietypowe rozrywki. Zmieściło się tu naprawdę sporo podpowiedzi i zabaw, więc dzieci mogą korzystać z tomiku długo – chociaż wydawałoby się, że to zeszyt ćwiczeń na szybko. Wszystkim zadaniom oczywiście towarzyszą bohaterowie ze świata Bluey, to oni są siłą napędową i zachętą do działania dla dzieci – trzeba im pomagać albo przygotowywać coś za nich, trzeba ich wspierać i podpowiadać rozwiązania. Od czasu do czasu przenosi się to na zwyczajność dzieci – i dzięki temu odbiorcy mogą popisywać się kreatywnością oraz korzystać z książki nawet jeśli nie przepadają za Bluey. Jest tu bardzo kolorowo, dzieci mogą sprawdzić swoje umiejętności i postępy podczas uzupełniania zadań, sporo miejsca pozostaje na ich inwencję – a jednocześnie nie dałoby się już więcej wyzwań i kolorowych propozycji zmieścić w tej objętości. Jest to oczywiście sposób na zaproszenie dzieci do śledzenia fabuł z Blue i jej rodziną: taką rolę ma książka spełniać, jest przecież dodatkiem do znanej bajki i funkcjonuje jako przyjemna ciekawostka, sposób na przedłużenie funkcjonowania w uniwersum Bluey.
Zabawa
Ta propozycja zaskoczy dzieci przyzwyczajone już do łamigłówkowych zeszytów ćwiczeń. Zwykle publikacje gadżetowe – związane z popularnymi bohaterami kreskówek – wykorzystują po prostu tradycyjne łamigłówki odpowiednio przygotowane, podrasowane dzięki grafikom i powiązaniom tematycznym z animacjami, które dzieci znają. Tym razem jest inaczej: wprawdzie książka „Bluey. Wielkie, wielkie urodziny. Zabawy i zadania z naklejkami” to wielkoformatowy tomik, w którego środku znajdą się wkładki z naklejkami do wykorzystania podczas pracy, ale liczy się tu wyjście poza świat bajki i poza kartki z zadaniami. Dzieci co pewien czas będą mogły usiąść nad tomikiem i znaleźć różnice, połączyć kropki albo przejść labirynt – w tym nie ma nic dziwnego, tego zresztą wszyscy się spodziewają po podobnych tomikach, jakich wiele już pojawiło się na rynku. Ale ponieważ teraz temat to urodziny, zabawa przeniesie się o wiele dalej. Razem z postaciami ze świata Bluey będzie można przygotowywać konkretne ozdoby na urodzinowe przyjęcia – albo drobne przekąski. Pojawią się tu algorytmy – diagramy do przejścia, a także odpowiednie przygotowania do przyjęcia, tak, żeby dzieci wiedziały, za co się zabrać, jeśli planują zaprosić gości na wspólną zabawę. Można będzie podejmować decyzje dotyczące konkretnych punktów zabawy – bez względu na to, czy rzeczywiście planuje się wielką urodzinową imprezę, czy po prostu chce się pomóc bajkowym bohaterom. Znajdą się tu żarty na imprezę (oczywiście takie, które rozbawią tylko najmłodszych) i odgadywanie prezentów. Do części zadań trzeba będzie wykorzystać naklejki, część zadań nadaje się do przeniesienia do prawdziwego życia, zwłaszcza wtedy, kiedy nie wiadomo, co robić z wolnym czasem. Tomik pojawia się zatem na rynku w bardzo dobrym momencie – sprawdzi się jako wakacyjna podpowiedź na nietypowe rozrywki. Zmieściło się tu naprawdę sporo podpowiedzi i zabaw, więc dzieci mogą korzystać z tomiku długo – chociaż wydawałoby się, że to zeszyt ćwiczeń na szybko. Wszystkim zadaniom oczywiście towarzyszą bohaterowie ze świata Bluey, to oni są siłą napędową i zachętą do działania dla dzieci – trzeba im pomagać albo przygotowywać coś za nich, trzeba ich wspierać i podpowiadać rozwiązania. Od czasu do czasu przenosi się to na zwyczajność dzieci – i dzięki temu odbiorcy mogą popisywać się kreatywnością oraz korzystać z książki nawet jeśli nie przepadają za Bluey. Jest tu bardzo kolorowo, dzieci mogą sprawdzić swoje umiejętności i postępy podczas uzupełniania zadań, sporo miejsca pozostaje na ich inwencję – a jednocześnie nie dałoby się już więcej wyzwań i kolorowych propozycji zmieścić w tej objętości. Jest to oczywiście sposób na zaproszenie dzieci do śledzenia fabuł z Blue i jej rodziną: taką rolę ma książka spełniać, jest przecież dodatkiem do znanej bajki i funkcjonuje jako przyjemna ciekawostka, sposób na przedłużenie funkcjonowania w uniwersum Bluey.
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Allen Levi: Theo z Golden
Media Rodzina, Poznań 2026.
Dary
Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.
Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.
Dary
Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.
Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.
niedziela, 28 czerwca 2026
Justyna Kesler, Klaudyna Gębacka: Potworny angielski dla przedszkolaków
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026 (gra)
Zwroty
Nie słówka a zwroty. W dodatku konkretne, takie, które można wykorzystać w prawdziwej – a nie podręcznikowej – rozmowie, chociaż jest w nich też spora dawka absurdu pozwalającego na wywołanie śmiechu przedszkolaków. „Potworny angielski dla przedszkolaków” to pudełko z zabawą przygotowaną przez Justynę Kesler, Klaudynę Gębacką i Adama Święckiego (w warstwie graficznej). I od razu robi się interesująco, bo w pudełku znajduje się tekturowy talerzyk (zwykłe kółko z grubej tektury – ale można je wykorzystać do tworzenia potraw i opowiadania o nich) oraz… drewniany widelec bez ostrych krawędzi. I to właśnie prawdziwość widelca może przyciągnąć maluchy do zabawy – chociaż pozostałe składniki są już tekturowe, obecność takiego „poważnego” gadżetu nadaje zabawie inny wymiar.
Są tu tekturowe karty z drobnymi porcjami angielskich zwrotów (od razu z tłumaczeniami). Żeby dzieciom lepiej utrwalić to, co usłyszą od rodziców lub opiekunów, pojawiają się jeszcze podpowiedzi graficzne. Czasami wręcz karty są kadrami komiksowymi: miniaturowymi dialogami. Pytanie i odpowiedź zachęcają do prowadzenia konwersacji i jednocześnie do utrwalania sobie konkretnych zwrotów. Dzieciom spodobać się może zwłaszcza absurd niektórych sformułowań – kiedy bohater – pewien sympatyczny potwór – zastanawia się nad swoim jadłospisem i wybiera do jedzenia przedmioty, które na talerzu znaleźć się nie powinny. Jest w tym pudełku wprawdzie instrukcja, zasady gry dla tych wszystkich, którzy chcą wykorzystywać karty zgodnie z pomysłem autorów – ale trzeba przyznać, że przygotowanie ich w formie kart do gry właśnie kusi, żeby wymyślać własne zasady i korzystać z obrazków na swój sposób – tu wszystko może zależeć od wyobraźni użytkowników, a ta jest przecież nieograniczona. Ale tu jeszcze nie ma prawdziwego hitu. Prawdziwym hitem będzie sylwetka potwora z grubej tektury i w formie, która umożliwia postawienie bohatera. Wyposażonego w dwa otwory. Ten gębowy służyć będzie do karmienia. Ten po przeciwnej stronie potwora… tak, dokładnie do tego. W pudełku z grą znajdują się elementy z grubej tektury (żeby łatwiej było nimi operować) z nadrukiem różnych przedmiotów lub pokarmów. Do tego odbiorcy znajdą… dwie kupy. I te dwie kupy to element motywacyjny, zachęta do poprawnego wykonywania ćwiczenia – można ich użyć (to znaczy przecisnąć przez drugi otwór tekturowego potwora) w ramach nagrody za poprawne wykonywanie zadań. To rozwiązanie, które przedszkolaki naprawdę powinno ucieszyć i zapewnić ich zaangażowanie. Jeśli wkuwanie słówek kojarzy się z niepotrzebną rywalizacją lub wysiłkiem umysłowym, to bawienie się w defekującego potwora będzie miłym urozmaiceniem ćwiczeń – i zachętą do korzystania z tej gry. Bardzo dobry pomysł, estetyczne wykonanie i humor – to wszystko sprawia, że po grę „Potworny angielski dla przedszkolaków” sięgać się będzie chętnie, a same zwroty bardzo szybko zapiszą się w pamięci maluchów. Pozostaje mieć nadzieję, że taka gra będzie kontynuowana.
Zwroty
Nie słówka a zwroty. W dodatku konkretne, takie, które można wykorzystać w prawdziwej – a nie podręcznikowej – rozmowie, chociaż jest w nich też spora dawka absurdu pozwalającego na wywołanie śmiechu przedszkolaków. „Potworny angielski dla przedszkolaków” to pudełko z zabawą przygotowaną przez Justynę Kesler, Klaudynę Gębacką i Adama Święckiego (w warstwie graficznej). I od razu robi się interesująco, bo w pudełku znajduje się tekturowy talerzyk (zwykłe kółko z grubej tektury – ale można je wykorzystać do tworzenia potraw i opowiadania o nich) oraz… drewniany widelec bez ostrych krawędzi. I to właśnie prawdziwość widelca może przyciągnąć maluchy do zabawy – chociaż pozostałe składniki są już tekturowe, obecność takiego „poważnego” gadżetu nadaje zabawie inny wymiar.
Są tu tekturowe karty z drobnymi porcjami angielskich zwrotów (od razu z tłumaczeniami). Żeby dzieciom lepiej utrwalić to, co usłyszą od rodziców lub opiekunów, pojawiają się jeszcze podpowiedzi graficzne. Czasami wręcz karty są kadrami komiksowymi: miniaturowymi dialogami. Pytanie i odpowiedź zachęcają do prowadzenia konwersacji i jednocześnie do utrwalania sobie konkretnych zwrotów. Dzieciom spodobać się może zwłaszcza absurd niektórych sformułowań – kiedy bohater – pewien sympatyczny potwór – zastanawia się nad swoim jadłospisem i wybiera do jedzenia przedmioty, które na talerzu znaleźć się nie powinny. Jest w tym pudełku wprawdzie instrukcja, zasady gry dla tych wszystkich, którzy chcą wykorzystywać karty zgodnie z pomysłem autorów – ale trzeba przyznać, że przygotowanie ich w formie kart do gry właśnie kusi, żeby wymyślać własne zasady i korzystać z obrazków na swój sposób – tu wszystko może zależeć od wyobraźni użytkowników, a ta jest przecież nieograniczona. Ale tu jeszcze nie ma prawdziwego hitu. Prawdziwym hitem będzie sylwetka potwora z grubej tektury i w formie, która umożliwia postawienie bohatera. Wyposażonego w dwa otwory. Ten gębowy służyć będzie do karmienia. Ten po przeciwnej stronie potwora… tak, dokładnie do tego. W pudełku z grą znajdują się elementy z grubej tektury (żeby łatwiej było nimi operować) z nadrukiem różnych przedmiotów lub pokarmów. Do tego odbiorcy znajdą… dwie kupy. I te dwie kupy to element motywacyjny, zachęta do poprawnego wykonywania ćwiczenia – można ich użyć (to znaczy przecisnąć przez drugi otwór tekturowego potwora) w ramach nagrody za poprawne wykonywanie zadań. To rozwiązanie, które przedszkolaki naprawdę powinno ucieszyć i zapewnić ich zaangażowanie. Jeśli wkuwanie słówek kojarzy się z niepotrzebną rywalizacją lub wysiłkiem umysłowym, to bawienie się w defekującego potwora będzie miłym urozmaiceniem ćwiczeń – i zachętą do korzystania z tej gry. Bardzo dobry pomysł, estetyczne wykonanie i humor – to wszystko sprawia, że po grę „Potworny angielski dla przedszkolaków” sięgać się będzie chętnie, a same zwroty bardzo szybko zapiszą się w pamięci maluchów. Pozostaje mieć nadzieję, że taka gra będzie kontynuowana.
sobota, 27 czerwca 2026
Ante Tomić: Czymże jest mężczyzna bez wąsów
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Na nowo
Ante Tomić tworzy dzisiejszą wersję Szwejka, z całym absurdem i doskonałym wyczuciem klimatu zapomnianych wiosek. Smilijevo to wieś na dwa tysiące mieszkańców, a w tej wsi niewiele się dzieje, chyba że akurat odbywają się manewry wojskowe, bo cień wojny gdzieś od czasu do czasu się przewija. Głównie jednak czas spędza się w sklepie, na dyskotece, względnie w konfesjonale. Czas płynie leniwie, wszystko przybiera kształty sielanki, chyba że akurat wybuchnie jakiś konflikt między miejscowymi – to przecież jest na porządku dziennym. Silne charaktery muszą co jakiś czas się ścierać. A poza tym wszystko jak w piramidzie potrzeb – zaspokajanie najbardziej podstawowych prowadzi często do komicznych dla postronnych konfrontacji. A Ante Tomić nie boi się w tym wszystkim wykorzystywania ironii w tekście. I w efekcie opowiada, ale pozwala czytelnikom dotrzeć samodzielnie do sedna i pobawić się nieoczekiwanymi puentami ukrytymi w szybkich dialogach i zgryźliwych komentarzach.
Ludzie w Smilijevie są prości, ale nie znaczy to, że zrezygnują z rozważań okołofilozoficznych (czy silikonowe piersi są wbrew Pismu Świętemu), grają w szachy z dziwnymi zasadami i piją piwo w sklepie, bo tam jest dużo taniej. Od czasu do czasu przeżywają rozterki bardzo przyziemne, co nakłania ich do kolejnych refleksji, innym razem zaglądają do życia innym i komentują je bez skrępowania. Wiedzą, jakie są reguły gry: tu wszyscy interesują się wszystkimi, a że każdy ma w zanadrzu trupy w szafie, warto wiedzieć, czego się spodziewać po sąsiadach.
Bez przerwy Ante Tomić łamie tabu. Dzięki bohaterom-prostaczkom może sobie pozwolić na zagrania, które normalnie wykluczyłaby mu poprawność polityczna. Dzięki bohaterom-prostaczkom może dawać poczucie wyższości czytelnikom. Toczy się tutaj wielka gra, w której wygrają tylko ci, którzy żyją po swojemu i nie poddają się żadnym narzucanym odgórnie porządkom. Ante Tomić w tle wprowadza drobne i wielkie historie miłosne, a także dylematy związane z czyimś nałogiem. Obnaża bezsens wojskowego drylu – a właściwie obnażają go sami (nie)zainteresowani. Relacjonuje codzienność we wsi, koncentrując się na charakterach ludzi i na ich nieprzewidywalnych dla odbiorców z zewnątrz zachowaniach – dzięki temu wprowadzaniu barwnej galerii postaci ani przez moment nie będzie nudził. Tu nikt nie czeka na akcję w klasycznym stylu: Tomić jest świetny jako portrecista i karykaturzysta – i to w zasadzie mogłoby wystarczyć w lekturze. Każdy kolejny akapit jest błyskotliwym komentarzem na temat przywar i słabości ludzkich, każdy przynosi sporo śmiechu podszytego jednak refleksją na temat kondycji ludzkości ogólnie – i to tak naprawdę powód do sięgania po „Czymże jest mężczyzna bez wąsów”.
Jest to powieść, która nie jest powieścią, a krzywym zwierciadłem, sowizdrzalskim w dodatku, jest formą, która drwi sobie z form i prezentacją, która obnaża absurdy schematów. Ante Tomić po raz kolejny pokazuje, że ma dar przerabiania celnych obserwacji na żarty literackie. Najśmieszniejsze jest to, że nikt się nie obrazi, a przecież wielu mogłoby się rozpoznać w tych przerysowywanych obrazkach rodzajowych. Smilijevo to miejsce, które ucieka od powagi po to, żeby przedstawiać rzeczy, jakich ludzie o sobie nie chcieliby usłyszeć.
Na nowo
Ante Tomić tworzy dzisiejszą wersję Szwejka, z całym absurdem i doskonałym wyczuciem klimatu zapomnianych wiosek. Smilijevo to wieś na dwa tysiące mieszkańców, a w tej wsi niewiele się dzieje, chyba że akurat odbywają się manewry wojskowe, bo cień wojny gdzieś od czasu do czasu się przewija. Głównie jednak czas spędza się w sklepie, na dyskotece, względnie w konfesjonale. Czas płynie leniwie, wszystko przybiera kształty sielanki, chyba że akurat wybuchnie jakiś konflikt między miejscowymi – to przecież jest na porządku dziennym. Silne charaktery muszą co jakiś czas się ścierać. A poza tym wszystko jak w piramidzie potrzeb – zaspokajanie najbardziej podstawowych prowadzi często do komicznych dla postronnych konfrontacji. A Ante Tomić nie boi się w tym wszystkim wykorzystywania ironii w tekście. I w efekcie opowiada, ale pozwala czytelnikom dotrzeć samodzielnie do sedna i pobawić się nieoczekiwanymi puentami ukrytymi w szybkich dialogach i zgryźliwych komentarzach.
Ludzie w Smilijevie są prości, ale nie znaczy to, że zrezygnują z rozważań okołofilozoficznych (czy silikonowe piersi są wbrew Pismu Świętemu), grają w szachy z dziwnymi zasadami i piją piwo w sklepie, bo tam jest dużo taniej. Od czasu do czasu przeżywają rozterki bardzo przyziemne, co nakłania ich do kolejnych refleksji, innym razem zaglądają do życia innym i komentują je bez skrępowania. Wiedzą, jakie są reguły gry: tu wszyscy interesują się wszystkimi, a że każdy ma w zanadrzu trupy w szafie, warto wiedzieć, czego się spodziewać po sąsiadach.
Bez przerwy Ante Tomić łamie tabu. Dzięki bohaterom-prostaczkom może sobie pozwolić na zagrania, które normalnie wykluczyłaby mu poprawność polityczna. Dzięki bohaterom-prostaczkom może dawać poczucie wyższości czytelnikom. Toczy się tutaj wielka gra, w której wygrają tylko ci, którzy żyją po swojemu i nie poddają się żadnym narzucanym odgórnie porządkom. Ante Tomić w tle wprowadza drobne i wielkie historie miłosne, a także dylematy związane z czyimś nałogiem. Obnaża bezsens wojskowego drylu – a właściwie obnażają go sami (nie)zainteresowani. Relacjonuje codzienność we wsi, koncentrując się na charakterach ludzi i na ich nieprzewidywalnych dla odbiorców z zewnątrz zachowaniach – dzięki temu wprowadzaniu barwnej galerii postaci ani przez moment nie będzie nudził. Tu nikt nie czeka na akcję w klasycznym stylu: Tomić jest świetny jako portrecista i karykaturzysta – i to w zasadzie mogłoby wystarczyć w lekturze. Każdy kolejny akapit jest błyskotliwym komentarzem na temat przywar i słabości ludzkich, każdy przynosi sporo śmiechu podszytego jednak refleksją na temat kondycji ludzkości ogólnie – i to tak naprawdę powód do sięgania po „Czymże jest mężczyzna bez wąsów”.
Jest to powieść, która nie jest powieścią, a krzywym zwierciadłem, sowizdrzalskim w dodatku, jest formą, która drwi sobie z form i prezentacją, która obnaża absurdy schematów. Ante Tomić po raz kolejny pokazuje, że ma dar przerabiania celnych obserwacji na żarty literackie. Najśmieszniejsze jest to, że nikt się nie obrazi, a przecież wielu mogłoby się rozpoznać w tych przerysowywanych obrazkach rodzajowych. Smilijevo to miejsce, które ucieka od powagi po to, żeby przedstawiać rzeczy, jakich ludzie o sobie nie chcieliby usłyszeć.
piątek, 26 czerwca 2026
Joanna Kencka: Świnki morskie same w domu. Ogródek
Media Rodzina, Poznań 2026.
Wolność
Prawdopodobnie każde dziecko, które ma zwierzątko domowe trzymane w klatce, akwarium lub terrarium, zastanawia się, co owo zwierzątko robi, gdy zostaje samo w domu. Joanna Kencka prezentuje zatem przygody dwóch sympatycznych świnek morskich – czyli kawii domowych – Lisi i Lusi. Lisia i Lusia to urocze stworzonka o miłych pyszczkach. Opiekuje się nimi Julka, która dba o to, żeby świnki miały zawsze świeżą wodę, warzywa do pochrupania, żeby miały czysto na wybiegu i oczywiście żeby nie zabrakło sianka, które te gryzonie uwielbiają. Julka robi to wszystko przed wyjściem do przedszkola, a potem żegna się ze świnkami i do wieczora znika z horyzontu. I to jest moment, w którym dwie bohaterki mogą zacząć działać. Ale Joanna Kencka rezygnuje z bajkowości: świnki morskie, kiedy dziewczynka znika im z oczu, jedynie bajkowo odryglowują sobie wybieg (i robią jeszcze kilka drobiazgów) i przechodzą do ogrodu, ale nie stają się gadającymi stworzeniami z historyjek dla dzieci – to dalej te same zwierzątka, które dziecko zna na co dzień – tyle że w wersji nieco bardziej rozbrykanej. Lisia i Lusia schodzą po gałęzi z parapetu do ogrodu, chodzą do swoich ulubionych smakołyków (w ogródku rosną marchewki i rzodkiewki. Tu można się zdrzemnąć albo wypocząć podczas słuchania śpiewu ptaków. Wprawdzie gdy na horyzoncie pojawi się kot, robi się trochę niebezpiecznie, a gdyby któraś ze świnek pobrudziła swoje piękne futerko błotem, trzeba będzie się umyć zanim Julka wróci do domu i odkryje, że świnki morskie prowadzą drugie życie z dala od niej, ale to tylko niewielka cena za zabawy.
Warto po takiej lekturze przypomnieć pociechom, że bajki bajkami, ale przed wyjściem lepiej upewnić się, że zwierzęta nie opuszczą swoich bezpiecznych przestrzeni – i to jedyna rzecz, którą trzeba będzie dopowiedzieć po lekturze. Joanna Kencka stawia na historyjkę interaktywną: czasami należy pomóc świnkom w przejściu labiryntu, innym razem pogłaskać obrazkowe świnki po pyszczkach, żeby pocieszyć je po przeżytym właśnie stresie, czasami trzeba coś policzyć albo coś wskazać, sprawdzić, czy uda się zrealizować plan (możliwy tylko pod warunkiem wystąpienia określonej liczby osobników na obrazku). Dzieci zatem wciągną się w wir zabawy. Mogą tę książkę czytać samodzielnie, nie ma tu zbyt dużo tekstu, za to pojawiają się bardzo często propozycje zabaw. To jest publikacja obrazkowa, więc mnóstwo tu oglądania i tematów, które maluchy mogą wychwycić same. Propozycja w sam raz dla dzieci, które chcą mieć własne zwierzątko albo kochają świnki morskie i mogą się z nimi ciągle bawić. Kilkulatki, które chcą spędzić czas z wesołymi stworzeniami, Lisią i Lusią, utwierdzą się w przekonaniu, że książki mogą służyć również do zabawy.
Wolność
Prawdopodobnie każde dziecko, które ma zwierzątko domowe trzymane w klatce, akwarium lub terrarium, zastanawia się, co owo zwierzątko robi, gdy zostaje samo w domu. Joanna Kencka prezentuje zatem przygody dwóch sympatycznych świnek morskich – czyli kawii domowych – Lisi i Lusi. Lisia i Lusia to urocze stworzonka o miłych pyszczkach. Opiekuje się nimi Julka, która dba o to, żeby świnki miały zawsze świeżą wodę, warzywa do pochrupania, żeby miały czysto na wybiegu i oczywiście żeby nie zabrakło sianka, które te gryzonie uwielbiają. Julka robi to wszystko przed wyjściem do przedszkola, a potem żegna się ze świnkami i do wieczora znika z horyzontu. I to jest moment, w którym dwie bohaterki mogą zacząć działać. Ale Joanna Kencka rezygnuje z bajkowości: świnki morskie, kiedy dziewczynka znika im z oczu, jedynie bajkowo odryglowują sobie wybieg (i robią jeszcze kilka drobiazgów) i przechodzą do ogrodu, ale nie stają się gadającymi stworzeniami z historyjek dla dzieci – to dalej te same zwierzątka, które dziecko zna na co dzień – tyle że w wersji nieco bardziej rozbrykanej. Lisia i Lusia schodzą po gałęzi z parapetu do ogrodu, chodzą do swoich ulubionych smakołyków (w ogródku rosną marchewki i rzodkiewki. Tu można się zdrzemnąć albo wypocząć podczas słuchania śpiewu ptaków. Wprawdzie gdy na horyzoncie pojawi się kot, robi się trochę niebezpiecznie, a gdyby któraś ze świnek pobrudziła swoje piękne futerko błotem, trzeba będzie się umyć zanim Julka wróci do domu i odkryje, że świnki morskie prowadzą drugie życie z dala od niej, ale to tylko niewielka cena za zabawy.
Warto po takiej lekturze przypomnieć pociechom, że bajki bajkami, ale przed wyjściem lepiej upewnić się, że zwierzęta nie opuszczą swoich bezpiecznych przestrzeni – i to jedyna rzecz, którą trzeba będzie dopowiedzieć po lekturze. Joanna Kencka stawia na historyjkę interaktywną: czasami należy pomóc świnkom w przejściu labiryntu, innym razem pogłaskać obrazkowe świnki po pyszczkach, żeby pocieszyć je po przeżytym właśnie stresie, czasami trzeba coś policzyć albo coś wskazać, sprawdzić, czy uda się zrealizować plan (możliwy tylko pod warunkiem wystąpienia określonej liczby osobników na obrazku). Dzieci zatem wciągną się w wir zabawy. Mogą tę książkę czytać samodzielnie, nie ma tu zbyt dużo tekstu, za to pojawiają się bardzo często propozycje zabaw. To jest publikacja obrazkowa, więc mnóstwo tu oglądania i tematów, które maluchy mogą wychwycić same. Propozycja w sam raz dla dzieci, które chcą mieć własne zwierzątko albo kochają świnki morskie i mogą się z nimi ciągle bawić. Kilkulatki, które chcą spędzić czas z wesołymi stworzeniami, Lisią i Lusią, utwierdzą się w przekonaniu, że książki mogą służyć również do zabawy.
czwartek, 25 czerwca 2026
Masud Husain: Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu
Znak, Kraków 2026.
Inna rzeczywistość
Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.
Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.
Inna rzeczywistość
Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.
Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.
środa, 24 czerwca 2026
Bluey. Super mega kolorowanka
Harperkids, Warszawa 2026.
Barwy
Kolorowanka – jak to kolorowanka, nie ma w sobie przeważnie żadnych fajerwerków, chyba że twórcy wymyślili, jak przekonać do niej małych odbiorców. W tym wypadku Bluey to podstawowy wabik, wiadomo, że kwadratowy niebieski pies – i jego rodzina – przyciągają najmłodszych jak magnes. Drugim wabikiem dla tej gadżetowej publikacji jest objętość – rzadko się zdarza kolorowanka o tak dużej liczbie stron, a kiedy już się trafia – to często zostaje tą najulubieńszą na długo, bo nie da się zbyt szybko wypełnić barwami kolejnych obrazków. „Bluey. Super mega kolorowanka” to 128 stron do kolorowania – więc dzieci powinny być usatysfakcjonowane.
Scenki z życia Blue i Bingo oraz ich rodziny pojawiają się tu na niemal każdej stronie. Niemal każdej, bo czasami zastępowane są przez portrety bohaterów – zwykle w konkretnych okolicznościach, a czasami przez strony z deseniami. Dzięki temu można wykorzystywać tomik kreatywnie i z gotowych prac robić rysunki na ścianę czy elementy innych wyklejanek – warto jednak przemyśleć swoje zabawy, bo druk dwustronny wyklucza naprawienie pomyłki. Oznacza to wprawdzie, że zmieściło się tu więcej zadań i obrazków do kolorowania, ale warto sięgnąć po kredki, a nie flamastry czy farby. „Bluey. Super mega kolorowanka” to książka dla najmłodszych i może być przeznaczona nawet dla dzieci, które nie potrafią samodzielnie czytać. Pojawia się co pewien czas jakieś zdanie nawiązujące do codzienności ze świata Bluey, ale bez przeczytania go też da się spokojnie kolorować – nie ma obaw, że autorzy tomiku zaczną zmuszać dzieci do poznawania liter albo do śledzenia poleceń. Polecenie jest jedno: to dobra zabawa przy nadawaniu kolorów stworzeniom, które są dość monotonne w ubarwieniu i nieszczególnie skomplikowane w kształtach ciał. Co ciekawe, zastosowane tu zostały kontury różnej grubości, a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystać różne odcienie tego samego koloru do wypełniania przestrzeni na kartce. Dawniej takie rozwiązania nie były specjalnie popularne, teraz, przy komputerowych grafikach, sprawdzają się całkiem nieźle - i nikogo już nie dziwią, dzieci bez problemu odgadną, na czym polega zadanie.
Moda na Bluey nie słabnie, więc nic dziwnego, że pojawiają się na rynku propozycje nawiązujące bezpośrednio do tego hitu. Najmłodszych łatwiej będzie przekonać do podjęcia pracy – do kolorowania książeczki – i do ćwiczenia małej motoryki, kiedy towarzyszyć im w tym będą ulubione bohaterki. Dodatkowo da się tu odkrywać nawiązania do konkretnych momentów z bajki, więc dzieci poczują się usatysfakcjonowane przypominaniem sobie, które fragmenty dostarczyły im najwięcej radości, albo które wiążą się z określoną sytuacją. To propozycja na dobrą zabawę dla maluchów – i można po nią sięgnąć, kiedy chce się odwiedzać Blue. „Super mega kolorowanka” to zachęta do pracy i do powrotów do popularnej wciąż bajki.
Barwy
Kolorowanka – jak to kolorowanka, nie ma w sobie przeważnie żadnych fajerwerków, chyba że twórcy wymyślili, jak przekonać do niej małych odbiorców. W tym wypadku Bluey to podstawowy wabik, wiadomo, że kwadratowy niebieski pies – i jego rodzina – przyciągają najmłodszych jak magnes. Drugim wabikiem dla tej gadżetowej publikacji jest objętość – rzadko się zdarza kolorowanka o tak dużej liczbie stron, a kiedy już się trafia – to często zostaje tą najulubieńszą na długo, bo nie da się zbyt szybko wypełnić barwami kolejnych obrazków. „Bluey. Super mega kolorowanka” to 128 stron do kolorowania – więc dzieci powinny być usatysfakcjonowane.
Scenki z życia Blue i Bingo oraz ich rodziny pojawiają się tu na niemal każdej stronie. Niemal każdej, bo czasami zastępowane są przez portrety bohaterów – zwykle w konkretnych okolicznościach, a czasami przez strony z deseniami. Dzięki temu można wykorzystywać tomik kreatywnie i z gotowych prac robić rysunki na ścianę czy elementy innych wyklejanek – warto jednak przemyśleć swoje zabawy, bo druk dwustronny wyklucza naprawienie pomyłki. Oznacza to wprawdzie, że zmieściło się tu więcej zadań i obrazków do kolorowania, ale warto sięgnąć po kredki, a nie flamastry czy farby. „Bluey. Super mega kolorowanka” to książka dla najmłodszych i może być przeznaczona nawet dla dzieci, które nie potrafią samodzielnie czytać. Pojawia się co pewien czas jakieś zdanie nawiązujące do codzienności ze świata Bluey, ale bez przeczytania go też da się spokojnie kolorować – nie ma obaw, że autorzy tomiku zaczną zmuszać dzieci do poznawania liter albo do śledzenia poleceń. Polecenie jest jedno: to dobra zabawa przy nadawaniu kolorów stworzeniom, które są dość monotonne w ubarwieniu i nieszczególnie skomplikowane w kształtach ciał. Co ciekawe, zastosowane tu zostały kontury różnej grubości, a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystać różne odcienie tego samego koloru do wypełniania przestrzeni na kartce. Dawniej takie rozwiązania nie były specjalnie popularne, teraz, przy komputerowych grafikach, sprawdzają się całkiem nieźle - i nikogo już nie dziwią, dzieci bez problemu odgadną, na czym polega zadanie.
Moda na Bluey nie słabnie, więc nic dziwnego, że pojawiają się na rynku propozycje nawiązujące bezpośrednio do tego hitu. Najmłodszych łatwiej będzie przekonać do podjęcia pracy – do kolorowania książeczki – i do ćwiczenia małej motoryki, kiedy towarzyszyć im w tym będą ulubione bohaterki. Dodatkowo da się tu odkrywać nawiązania do konkretnych momentów z bajki, więc dzieci poczują się usatysfakcjonowane przypominaniem sobie, które fragmenty dostarczyły im najwięcej radości, albo które wiążą się z określoną sytuacją. To propozycja na dobrą zabawę dla maluchów – i można po nią sięgnąć, kiedy chce się odwiedzać Blue. „Super mega kolorowanka” to zachęta do pracy i do powrotów do popularnej wciąż bajki.
wtorek, 23 czerwca 2026
Joanna Podsadecka: Mężczyźni Osieckiej
Mando, Kraków 2026.
Cena
Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.
Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.
Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.
„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.
Cena
Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.
Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.
Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.
„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.
Claire Pisarra: Tato, co to znaczy kochać?
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Słowa
Tata czyta sobie magazyn o urządzaniu gawr, kiedy mały miś zadaje mu pytanie wymagające uwagi. „Tato, co to znaczy kochać?” to publikacja, która połączy w lekturze ojców i kilkulatki – w sam raz, żeby zastanowić się nad sednem wzajemnych relacji i nazwać to, czego później nazywać już nie trzeba, bo staje się oczywiste. Claire Pisarra i Nathalie Ragondet przygotowały tomik wypełniony silnym uczuciem, które ma być naturalne dla odbiorców – i pomagają we wprowadzeniu pierwszego, najistotniejszego wyjaśnienia. Tata z tomiku staje na wysokości zadania – nie wchodzi w abstrakcyjne rozważania, odwołuje się za to do tego, co znane dzieciom z codzienności. I podpowiada, że oznakami miłości może być posiłek przygotowywany ze zdrowych składników, zakazy, ale i nocne pobudki, kiedy dziecko czegoś potrzebuje lub czegoś się boi, wspólne zabawy, wygłupy aż do utraty tchu, pośpiech, żeby zdążyć na spotkanie z czekającym maluchem. Miłość przejawia się na wiele sposobów, wszystkie prowadzą do jednego: pozwalają wyrazić silne uczucie.
Zanim wszystko stanie się oczywiste, dzieci muszą zrozumieć, o co właściwie chodzi. Książeczka pomaga im zamienić abstrakcyjne pojęcie na konkrety – i to takie konkrety, które mają w zasięgu ręki, niekoniecznie tylko w rodzinie misiów. Dzięki takiej lekturze maluch może docenić wszystkie zachowania dorosłego, nawet te, które go irytują lub przygnębiają: bo okazuje się, że przejawem miłości staje się nawet protest dorosłego, kiedy dziecko chce coś zniszczyć lub narazić się na niebezpieczeństwo. A przecież wspólne zabawy, cieszenie się z drobiazgów, odkrywanie świata i spędzanie razem czasu to też jest miłość. W tej książeczce nie dzieje się zbyt dużo – cały tomik to wyliczanka niedźwiedzia, który odpowiada na pytanie zadane przez dziecko – aż do czasu na wspólną zabawę. Liczy się jednak przesłanie i sam fakt, że bohater nie zbagatelizował tematu, a postarał się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafi – i tym samym chce uzmysłowić coś najmłodszym. W warstwie graficznej też nie ma zbyt dużo miejsca na eksperymenty i poszukiwania: liczy się pokazanie dwóch misiów – starszego i młodszego – w zwykłych codziennych sytuacjach, które teraz nabierają nowego znaczenia – bo funkcjonują już jako wyznanie miłości. Obrazki są utrzymane w stonowanej kolorystyce, nie będzie przebodźcowywania dzieci ani zamęczania ich szczegółami, liczy się przede wszystkim relacja łącząca dziecko i rodzica. Misie narysowane zostały prosto, ale urokliwie, z widocznymi śladami kredki i z delikatnym cieniowaniem – to książeczka przygotowana z miłością. Picture book, który dzieci mogłyby przeczytać samodzielnie, ale który znacznie lepiej wypadnie, kiedy będzie wspólną lekturą przed zaśnięciem. „Tato, co to znaczy kochać?” to książeczka, która przygotowuje na rozmowy o uczuciach i pokazuje dzieciom i dorosłym, że da się je wyrażać na wiele różnych sposobów.
Słowa
Tata czyta sobie magazyn o urządzaniu gawr, kiedy mały miś zadaje mu pytanie wymagające uwagi. „Tato, co to znaczy kochać?” to publikacja, która połączy w lekturze ojców i kilkulatki – w sam raz, żeby zastanowić się nad sednem wzajemnych relacji i nazwać to, czego później nazywać już nie trzeba, bo staje się oczywiste. Claire Pisarra i Nathalie Ragondet przygotowały tomik wypełniony silnym uczuciem, które ma być naturalne dla odbiorców – i pomagają we wprowadzeniu pierwszego, najistotniejszego wyjaśnienia. Tata z tomiku staje na wysokości zadania – nie wchodzi w abstrakcyjne rozważania, odwołuje się za to do tego, co znane dzieciom z codzienności. I podpowiada, że oznakami miłości może być posiłek przygotowywany ze zdrowych składników, zakazy, ale i nocne pobudki, kiedy dziecko czegoś potrzebuje lub czegoś się boi, wspólne zabawy, wygłupy aż do utraty tchu, pośpiech, żeby zdążyć na spotkanie z czekającym maluchem. Miłość przejawia się na wiele sposobów, wszystkie prowadzą do jednego: pozwalają wyrazić silne uczucie.
Zanim wszystko stanie się oczywiste, dzieci muszą zrozumieć, o co właściwie chodzi. Książeczka pomaga im zamienić abstrakcyjne pojęcie na konkrety – i to takie konkrety, które mają w zasięgu ręki, niekoniecznie tylko w rodzinie misiów. Dzięki takiej lekturze maluch może docenić wszystkie zachowania dorosłego, nawet te, które go irytują lub przygnębiają: bo okazuje się, że przejawem miłości staje się nawet protest dorosłego, kiedy dziecko chce coś zniszczyć lub narazić się na niebezpieczeństwo. A przecież wspólne zabawy, cieszenie się z drobiazgów, odkrywanie świata i spędzanie razem czasu to też jest miłość. W tej książeczce nie dzieje się zbyt dużo – cały tomik to wyliczanka niedźwiedzia, który odpowiada na pytanie zadane przez dziecko – aż do czasu na wspólną zabawę. Liczy się jednak przesłanie i sam fakt, że bohater nie zbagatelizował tematu, a postarał się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafi – i tym samym chce uzmysłowić coś najmłodszym. W warstwie graficznej też nie ma zbyt dużo miejsca na eksperymenty i poszukiwania: liczy się pokazanie dwóch misiów – starszego i młodszego – w zwykłych codziennych sytuacjach, które teraz nabierają nowego znaczenia – bo funkcjonują już jako wyznanie miłości. Obrazki są utrzymane w stonowanej kolorystyce, nie będzie przebodźcowywania dzieci ani zamęczania ich szczegółami, liczy się przede wszystkim relacja łącząca dziecko i rodzica. Misie narysowane zostały prosto, ale urokliwie, z widocznymi śladami kredki i z delikatnym cieniowaniem – to książeczka przygotowana z miłością. Picture book, który dzieci mogłyby przeczytać samodzielnie, ale który znacznie lepiej wypadnie, kiedy będzie wspólną lekturą przed zaśnięciem. „Tato, co to znaczy kochać?” to książeczka, która przygotowuje na rozmowy o uczuciach i pokazuje dzieciom i dorosłym, że da się je wyrażać na wiele różnych sposobów.
poniedziałek, 22 czerwca 2026
Justyna Bednarek: Tata w tarapatach. Ładne kwiatki
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podróż
To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.
Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.
Podróż
To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.
Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.
niedziela, 21 czerwca 2026
Sylwia Trojanowska: Król tanga
Marginesy, Warszawa 2026.
Na nowo
Tadeusz Miller wraz z żoną, ukochaną Luną, po wojnie przybywa do Szczecina. Tu próbuje założyć dom: chociaż wszystkiego brakuje i są problemy z przydziałami mieszkań, a wieczorami nie można wychodzić na ulice, bo wszędzie grasują bandy, normalność jest potrzebna. Małżonkowie starają się więc stworzyć rodzinę i być dla siebie wsparciem. A ponieważ stabilizację zapewnia też praca, Tadeusz Miller chce wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – czyli do śpiewania. Udaje mu się znaleźć pracę w lokalnej rozgłośni radiowej, ale nie przy mikrofonie. Do tego jeszcze długa droga i tę właśnie drogę – drogę na szczyt – Sylwia Trojanowska przedstawia. „Król tanga” to obyczajowa historia bazująca na faktach – autorka dość dokładnie przeanalizowała biografię tego artysty, a ze swoich poszukiwań i rozwiązań tłumaczy się w rozłożystym posłowiu (znajdą się tu nie tylko adresy bibliograficzne, ale też wyjaśnienia konkretnych motywów, zaznaczanie prawdopodobieństwa wydarzeń lub bazowania na dokumentach, a nawet – cały zestaw zdjęć, kilka z rodzinnego albumu Tadeusza Millera, trochę ze spektaklu jemu poświęconego, a trochę – ze zdjęć syna, który w książce też się pojawi).
Sylwia Trojanowska koncentruje się na relacji Tadeusza i Luny i w zasadzie ta opowieść jej by wystarczyła, jednak dla dobra relacji – i dla możliwości popisania się warsztatem – wprowadza tu dalszoplanowych bohaterów, którzy wprowadzają trochę różnorodnych emocji do tła historii. Nie liczy się kompletnie koloryt lokalny: poza zagrożeniami płynącymi z obecności bandytów na wieczornych ulicach raczej trudno będzie wskazać konkretne miejsca. Autorka o wiele bardziej woli zajmować się przeżyciami bohaterów niż opisami przyrody – ku uciesze czytelniczek szukających u niej opowieści o wielkiej małżeńskiej miłości. Tadeusz Miller jako artysta występujący publicznie jest narażony na kolejne awanse i flirty ze strony fanek, co autorka zaznacza w powieści – prezentując od razu postawy jego żony. Miłość do Luny objawia się na kilka różnych sposobów, jednym z nich staje się możliwość przemycenia uczuć do wykonywanych piosenek. Miller dba o to, żeby nie dawać swojej ukochanej powodów do zazdrości i żeby w odpowiednim momencie reagować na jej humory, z kolei Luna potrafi opiekować się zagubionym artystą, a nawet zadbać o jego interesy zawodowe – to ona w pewnym momencie prowadzi negocjacje i przygotowuje męża do wyjścia na scenę, dopinguje go i komplementuje nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie idealnie. I Sylwia Trojanowska doskonale się bawi, przedstawiając relację tych dwojga. Przypomina przy okazji sylwetkę bohatera nieco dzisiaj usuwanego w cień. Wprowadza drobne cytaty z piosenek i chociaż w ten sposób nie nauczy odróżniać Millera od Fogga, to jednak może wzbudzić zainteresowanie powojennymi szlagierami.
Jest to powieść niespieszna i pozbawiona burzliwych wydarzeń, toczy się powolnym rytmem, ale dla czytelników będzie dobrą odskocznią od tego, co nieprzyjemne czy stresujące. Sylwia Trojanowska pisze tak, żeby dać wytchnienie, przypomnieć o artyście i żeby przekonać czytelników, że prawdziwe uczucia nie składają się z wielkich słów a z małych gestów
Na nowo
Tadeusz Miller wraz z żoną, ukochaną Luną, po wojnie przybywa do Szczecina. Tu próbuje założyć dom: chociaż wszystkiego brakuje i są problemy z przydziałami mieszkań, a wieczorami nie można wychodzić na ulice, bo wszędzie grasują bandy, normalność jest potrzebna. Małżonkowie starają się więc stworzyć rodzinę i być dla siebie wsparciem. A ponieważ stabilizację zapewnia też praca, Tadeusz Miller chce wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – czyli do śpiewania. Udaje mu się znaleźć pracę w lokalnej rozgłośni radiowej, ale nie przy mikrofonie. Do tego jeszcze długa droga i tę właśnie drogę – drogę na szczyt – Sylwia Trojanowska przedstawia. „Król tanga” to obyczajowa historia bazująca na faktach – autorka dość dokładnie przeanalizowała biografię tego artysty, a ze swoich poszukiwań i rozwiązań tłumaczy się w rozłożystym posłowiu (znajdą się tu nie tylko adresy bibliograficzne, ale też wyjaśnienia konkretnych motywów, zaznaczanie prawdopodobieństwa wydarzeń lub bazowania na dokumentach, a nawet – cały zestaw zdjęć, kilka z rodzinnego albumu Tadeusza Millera, trochę ze spektaklu jemu poświęconego, a trochę – ze zdjęć syna, który w książce też się pojawi).
Sylwia Trojanowska koncentruje się na relacji Tadeusza i Luny i w zasadzie ta opowieść jej by wystarczyła, jednak dla dobra relacji – i dla możliwości popisania się warsztatem – wprowadza tu dalszoplanowych bohaterów, którzy wprowadzają trochę różnorodnych emocji do tła historii. Nie liczy się kompletnie koloryt lokalny: poza zagrożeniami płynącymi z obecności bandytów na wieczornych ulicach raczej trudno będzie wskazać konkretne miejsca. Autorka o wiele bardziej woli zajmować się przeżyciami bohaterów niż opisami przyrody – ku uciesze czytelniczek szukających u niej opowieści o wielkiej małżeńskiej miłości. Tadeusz Miller jako artysta występujący publicznie jest narażony na kolejne awanse i flirty ze strony fanek, co autorka zaznacza w powieści – prezentując od razu postawy jego żony. Miłość do Luny objawia się na kilka różnych sposobów, jednym z nich staje się możliwość przemycenia uczuć do wykonywanych piosenek. Miller dba o to, żeby nie dawać swojej ukochanej powodów do zazdrości i żeby w odpowiednim momencie reagować na jej humory, z kolei Luna potrafi opiekować się zagubionym artystą, a nawet zadbać o jego interesy zawodowe – to ona w pewnym momencie prowadzi negocjacje i przygotowuje męża do wyjścia na scenę, dopinguje go i komplementuje nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie idealnie. I Sylwia Trojanowska doskonale się bawi, przedstawiając relację tych dwojga. Przypomina przy okazji sylwetkę bohatera nieco dzisiaj usuwanego w cień. Wprowadza drobne cytaty z piosenek i chociaż w ten sposób nie nauczy odróżniać Millera od Fogga, to jednak może wzbudzić zainteresowanie powojennymi szlagierami.
Jest to powieść niespieszna i pozbawiona burzliwych wydarzeń, toczy się powolnym rytmem, ale dla czytelników będzie dobrą odskocznią od tego, co nieprzyjemne czy stresujące. Sylwia Trojanowska pisze tak, żeby dać wytchnienie, przypomnieć o artyście i żeby przekonać czytelników, że prawdziwe uczucia nie składają się z wielkich słów a z małych gestów
Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów
Harperkids, Warszawa 2026.
Przyjaźń
Skoro istnieje moda na K-pop, trzeba ją wykorzystać także w produkcjach kierowanych do młodszych nastolatek. Film „K-popowe łowczynie demonów” to opowieść, która doczekała się gadżetowych produkcji książkowych – nic w tym dziwnego, wydawcy bazują na zainteresowaniu, które wzbudza animacja i przedłużają jej istnienie w świadomości odbiorców. Czasami owo przedłużanie przybiera intrygujące lub interesujące dla czytelników formy, tak jest w przypadku dziennika kreatywnego „Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów”. W zasadzie nawet nie trzeba znać fabuły filmu, żeby skorzystać z takiego dziennika, ale całość została przygotowana pod kątem promocji obrazu i zachęcenia młodych odbiorczyń do spędzania czasu ze swoimi ulubionymi bohaterami.
Dziennik ten składa się z zadań dla odbiorców. Za każdym razem punktem wyjścia jest jakiś motyw z filmu – przy czym twórcy dziennika zakładają, że najwygodniej będzie się posiłkować stylem plotkarsko-przyjacielskim, tak, żeby nastolatki miały wrażenie pracy z rówieśniczkami i czuły się dobrze zrozumiane. Te, które uczciwie wezmą się do wypełniania kolejnych stron, nie zauważą nawet, że wykonują przy tym sporo pracy umysłowej – to jak zadania szkolne, tylko znacznie przyjemniejsze i nastawione na prywatne zwierzenia. Nastolatki mogą tutaj zastanawiać się nad zabawami z ulubionym zwierzęciem, albo nad czasem spędzanym z przyjaciółkami. Będą analizować zachowania bohaterów (wcześniej odpowiednio nazwane i skomentowane, więc znajomość kontekstu wprawdzie się przyda, ale nie jest tak do końca niezbędna przy wykonywaniu ćwiczeń). Pojawią się zadania rysunkowe, projekty i oceny momentów z filmu, pojawią się też wyzwania dla młodych odbiorczyń. Jest miejsce na własne zapiski, jest i miejsce na rysunki. Można się artystycznie wyżyć, a do tego dać upust swoim pomysłom, można się poważnie zastanowić nad treściami przekazywanymi w filmie – tak, żeby pozostało po nim coś więcej niż tylko estetyczne wrażenia. Ten dziennik kreatywny nie zajmuje zbyt wiele miejsca, więc jeśli odbiorczynie będą chciały, mogą go zabierać ze sobą wszędzie – i uzupełniać w miarę możliwości oraz nowych pomysłów. Co ciekawe, sporo pytań dotyczy normalności odbiorczyń, ale pojawiają się też takie, które wymagają wyobraźniowych odpowiedzi – i to już uruchamianie umiejętności wolnego tworzenia, wprawdzie na razie w formie odpowiadania na pytania, ale to dobry wstęp i ćwiczenie przed samodzielnym tworzeniem fabuł oraz narracji. W ten sposób pozornie prosta zabawa zamienia się w rozwój umiejętności i talentów. „Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów” to próba zwrócenia uwagi na efemeryczną produkcję – ale też przy okazji propozycja spędzania czasu twórczo i niebanalnie. Odbiorczyniom może się spodobać stałe nawiązywanie do bohaterów z animacji, rozpracowywanie poszczególnych elementów fabuły i przyglądanie się postaciom – to propozycja, przy której znacznie więcej się samodzielnie tworzy niż czyta, więc być może nastolatki dzięki takiej publikacji nauczą się trochę pracować z obejrzanymi filmami.
Przyjaźń
Skoro istnieje moda na K-pop, trzeba ją wykorzystać także w produkcjach kierowanych do młodszych nastolatek. Film „K-popowe łowczynie demonów” to opowieść, która doczekała się gadżetowych produkcji książkowych – nic w tym dziwnego, wydawcy bazują na zainteresowaniu, które wzbudza animacja i przedłużają jej istnienie w świadomości odbiorców. Czasami owo przedłużanie przybiera intrygujące lub interesujące dla czytelników formy, tak jest w przypadku dziennika kreatywnego „Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów”. W zasadzie nawet nie trzeba znać fabuły filmu, żeby skorzystać z takiego dziennika, ale całość została przygotowana pod kątem promocji obrazu i zachęcenia młodych odbiorczyń do spędzania czasu ze swoimi ulubionymi bohaterami.
Dziennik ten składa się z zadań dla odbiorców. Za każdym razem punktem wyjścia jest jakiś motyw z filmu – przy czym twórcy dziennika zakładają, że najwygodniej będzie się posiłkować stylem plotkarsko-przyjacielskim, tak, żeby nastolatki miały wrażenie pracy z rówieśniczkami i czuły się dobrze zrozumiane. Te, które uczciwie wezmą się do wypełniania kolejnych stron, nie zauważą nawet, że wykonują przy tym sporo pracy umysłowej – to jak zadania szkolne, tylko znacznie przyjemniejsze i nastawione na prywatne zwierzenia. Nastolatki mogą tutaj zastanawiać się nad zabawami z ulubionym zwierzęciem, albo nad czasem spędzanym z przyjaciółkami. Będą analizować zachowania bohaterów (wcześniej odpowiednio nazwane i skomentowane, więc znajomość kontekstu wprawdzie się przyda, ale nie jest tak do końca niezbędna przy wykonywaniu ćwiczeń). Pojawią się zadania rysunkowe, projekty i oceny momentów z filmu, pojawią się też wyzwania dla młodych odbiorczyń. Jest miejsce na własne zapiski, jest i miejsce na rysunki. Można się artystycznie wyżyć, a do tego dać upust swoim pomysłom, można się poważnie zastanowić nad treściami przekazywanymi w filmie – tak, żeby pozostało po nim coś więcej niż tylko estetyczne wrażenia. Ten dziennik kreatywny nie zajmuje zbyt wiele miejsca, więc jeśli odbiorczynie będą chciały, mogą go zabierać ze sobą wszędzie – i uzupełniać w miarę możliwości oraz nowych pomysłów. Co ciekawe, sporo pytań dotyczy normalności odbiorczyń, ale pojawiają się też takie, które wymagają wyobraźniowych odpowiedzi – i to już uruchamianie umiejętności wolnego tworzenia, wprawdzie na razie w formie odpowiadania na pytania, ale to dobry wstęp i ćwiczenie przed samodzielnym tworzeniem fabuł oraz narracji. W ten sposób pozornie prosta zabawa zamienia się w rozwój umiejętności i talentów. „Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów” to próba zwrócenia uwagi na efemeryczną produkcję – ale też przy okazji propozycja spędzania czasu twórczo i niebanalnie. Odbiorczyniom może się spodobać stałe nawiązywanie do bohaterów z animacji, rozpracowywanie poszczególnych elementów fabuły i przyglądanie się postaciom – to propozycja, przy której znacznie więcej się samodzielnie tworzy niż czyta, więc być może nastolatki dzięki takiej publikacji nauczą się trochę pracować z obejrzanymi filmami.
sobota, 20 czerwca 2026
Debbie Tung: Moje doskonale niedoskonałe ciało
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Jedzenie
Debbie Tung po raz kolejny udowadnia, że nie tylko jest doskonałą rysowniczką, ale też potrafi oddać w rozłożystych komiksach cały wachlarz emocji i uczuć, z jakimi mierzą się nastolatki. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to jej kolejna propozycja kierowana nie tylko do młodych odbiorców – po tę książkę sięgnąć powinni wszyscy wrażliwcy i wszyscy ci, którzy kiedykolwiek zastanawiali się nad mocą słów.
Bohaterka tej opowieści rozrysowanej na precyzyjne i robiące wielkie wrażenie kadry na początku jest zwyczajną nastolatką. Nie myśli przesadnie o swoim wyglądzie (chociaż wie, że nie mieści się w spodnie pożyczone od siostry), cieszy się życiem i robi wszystko to, co lubi. Wydaje się szczęśliwa, a do tego jest utalentowana sportowo – wygrywa szkolne wyścigi, dobrze sobie radzi z wyzwaniami w tej dziedzinie. Wszystko zaczyna się psuć od maleńkich kroków, detali, na które nikt postronny nie zwróciłby uwagi: mama rzuca uwagi dotyczące posiłków, wolałaby, żeby nastolatka nie brała potężnych dokładek. Koledzy w szkole bez skrępowania dzielą się opiniami na temat rówieśniczek – zwłaszcza bezlitośnie komentują niedoskonałości w ich ciałach, nawet jeśli sami są dalecy od ideału. Bohaterka książki w pewnym momencie przekonuje się, że wygląd ma znaczenie. Próbuje zrobić coś z cerą i cellulitem, ale najważniejsze zmiany zachodzą w kwestii jedzenia: dziewczyna zaczyna obsesyjnie kontrolować posiłki i uzależnia się od codziennego wysiłku fizycznego. Katuje się, żeby osiągnąć wymarzoną – a raczej narzuconą kulturowo, nieosiągalną – sylwetkę. Tylko że robi się coraz gorzej.
I Debbie Tung wprowadza tu osłony dla odbiorczyń. Przypomina, że zdjęcia w reklamach są poprawiane cyfrowo i nikt nie wygląda tak jak idealne modelki, tłumaczy, że ciała są różne i nie ma kanonu piękna, że każdy może być tym, kim chce – i równolegle prowadzi opowieść o dziewczynie, która wpadła w pułapkę własnych myśli i nie chce jeszcze szukać profesjonalnej pomocy, bo wydaje jej się, że poradzi sobie sama z obciążeniami, w które się uwikłała. Cenna jest ta książka ze względu na dwie perspektywy: Debbie Tung pokazuje otoczenie dziewczyny i jej najskrytsze myśli oraz uczucia – dzięki temu czytelniczki borykające się z podobnymi problemami poczują się zrozumiane i być może inaczej spojrzą na siebie, z kolei rodzice czy opiekunowie przekonają się, że rzeczywistość bywa złudna i warto czasem zagłębić się w temat, żeby zapobiec katastrofie.
Ale poza przesłaniami – to po prostu wciągająca i mocna opowieść. Debbie Tung stawia na minimalizm w słowach i obrazkach, ale zdarza się, że poszczególne myśli rozbija na frazy i na kolejne kadry – tak, żeby silniej wybrzmiały, żeby można było dotrzeć do czytelników i zapewnić im zestaw naprawdę mocnych wrażeń. Jest to tomik znakomicie narysowany, pokazuje nie tylko kunszt Debbie Tung, ale też pomysłowość i umiejętność wyciągania esencji z tematu. To bardzo ważna historia – która automatycznie buduje grono odbiorców zainteresowanych jej autorką. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to publikacja, którą trzeba podsuwać młodym ludziom – żeby scenariusze w niej zawarte już się nie powtarzały.
Jedzenie
Debbie Tung po raz kolejny udowadnia, że nie tylko jest doskonałą rysowniczką, ale też potrafi oddać w rozłożystych komiksach cały wachlarz emocji i uczuć, z jakimi mierzą się nastolatki. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to jej kolejna propozycja kierowana nie tylko do młodych odbiorców – po tę książkę sięgnąć powinni wszyscy wrażliwcy i wszyscy ci, którzy kiedykolwiek zastanawiali się nad mocą słów.
Bohaterka tej opowieści rozrysowanej na precyzyjne i robiące wielkie wrażenie kadry na początku jest zwyczajną nastolatką. Nie myśli przesadnie o swoim wyglądzie (chociaż wie, że nie mieści się w spodnie pożyczone od siostry), cieszy się życiem i robi wszystko to, co lubi. Wydaje się szczęśliwa, a do tego jest utalentowana sportowo – wygrywa szkolne wyścigi, dobrze sobie radzi z wyzwaniami w tej dziedzinie. Wszystko zaczyna się psuć od maleńkich kroków, detali, na które nikt postronny nie zwróciłby uwagi: mama rzuca uwagi dotyczące posiłków, wolałaby, żeby nastolatka nie brała potężnych dokładek. Koledzy w szkole bez skrępowania dzielą się opiniami na temat rówieśniczek – zwłaszcza bezlitośnie komentują niedoskonałości w ich ciałach, nawet jeśli sami są dalecy od ideału. Bohaterka książki w pewnym momencie przekonuje się, że wygląd ma znaczenie. Próbuje zrobić coś z cerą i cellulitem, ale najważniejsze zmiany zachodzą w kwestii jedzenia: dziewczyna zaczyna obsesyjnie kontrolować posiłki i uzależnia się od codziennego wysiłku fizycznego. Katuje się, żeby osiągnąć wymarzoną – a raczej narzuconą kulturowo, nieosiągalną – sylwetkę. Tylko że robi się coraz gorzej.
I Debbie Tung wprowadza tu osłony dla odbiorczyń. Przypomina, że zdjęcia w reklamach są poprawiane cyfrowo i nikt nie wygląda tak jak idealne modelki, tłumaczy, że ciała są różne i nie ma kanonu piękna, że każdy może być tym, kim chce – i równolegle prowadzi opowieść o dziewczynie, która wpadła w pułapkę własnych myśli i nie chce jeszcze szukać profesjonalnej pomocy, bo wydaje jej się, że poradzi sobie sama z obciążeniami, w które się uwikłała. Cenna jest ta książka ze względu na dwie perspektywy: Debbie Tung pokazuje otoczenie dziewczyny i jej najskrytsze myśli oraz uczucia – dzięki temu czytelniczki borykające się z podobnymi problemami poczują się zrozumiane i być może inaczej spojrzą na siebie, z kolei rodzice czy opiekunowie przekonają się, że rzeczywistość bywa złudna i warto czasem zagłębić się w temat, żeby zapobiec katastrofie.
Ale poza przesłaniami – to po prostu wciągająca i mocna opowieść. Debbie Tung stawia na minimalizm w słowach i obrazkach, ale zdarza się, że poszczególne myśli rozbija na frazy i na kolejne kadry – tak, żeby silniej wybrzmiały, żeby można było dotrzeć do czytelników i zapewnić im zestaw naprawdę mocnych wrażeń. Jest to tomik znakomicie narysowany, pokazuje nie tylko kunszt Debbie Tung, ale też pomysłowość i umiejętność wyciągania esencji z tematu. To bardzo ważna historia – która automatycznie buduje grono odbiorców zainteresowanych jej autorką. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to publikacja, którą trzeba podsuwać młodym ludziom – żeby scenariusze w niej zawarte już się nie powtarzały.
piątek, 19 czerwca 2026
Elizabeth Gilbert: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu
Rebis, Poznań 2026.
Uzależnienie
Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.
„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.
Uzależnienie
Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.
„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.
czwartek, 18 czerwca 2026
Ralf Butschkow: Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej
Media Rodzina, Poznań 2026.
W stajni
Ta seria stale się rozwija – ku uciesze maluchów i ich rodziców. Nie ma obecnie na rynku wydawniczym lepszej prezentacji różnych zawodów – i pokazywania dzieciom, jak wiele możliwości w dorosłym życiu mają. Za każdym razem opowieść rozwija się podobnie: ramą jest posiadanie przez małego bohatera przyjaciela – przeważnie sąsiada, ale nie jest to reguła – który ma ciekawy zawód i postanawia zaprezentować tajniki tego fachu dziecku. Bohater w ten sposób zyskuje możliwość wejścia tam, gdzie zwykle dzieci nie są wpuszczane – i zadawania kolejnych pytań, tak, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o zajęciu. Wszystko ma charakter informacji i rozpoznawania przez maluchy oryginalnych zawodów – a prowadzi do zapowiedzi, że młody przewodnik chce zostać przedstawicielem tego zawodu, który właśnie poznał od podszewki. Dzięki takiej narracji odbiorcy dowiadują się bardzo dużo o różnych pracach i może to wpłynąć na ich decyzje dotyczące kariery – lub na razie na marzenia.
Rama kompozycyjna pozwala tu różnym twórcom na działania – Ralf Butschkow to autor, którego nazwisko często pojawia się w serii – jest bowiem znakomitym ilustratorem i twórcą, który dobrze czuje się w cyklu i wie, jak opowiadać dzieciom o kolejnych zajęciach. Tym razem tomik nosi tytuł „Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej” – więc najmłodsi wybiorą się do stajni i sprawdzą, jak pracować z końmi.
Bohaterka tego tomiku przygląda się między innymi, jak wyglądają lekcje dla dzieci: ale to temat dostępny dla wielu odbiorców zainteresowanych chociaż trochę końskimi motywami – lektura musi zatem poprowadzić czytelników dalej. Ania, która pracuje przy koniach, zabiera bohaterkę do boksów, uczy, jak wyczyścić konia po treningu i jak zadbać o jego boks, co zrobić, żeby koń się nie przeziębił i jak nie dać się kopnąć zwierzęciu. Bohaterka czuje respekt wobec ogromnych stworzeń – uczy się zatem, jakie są zasady ostrożności, żeby nic się jej nie stało. Dieta konia, przybijanie podków, siodłanie konia – to wszystko się tu pojawia, a jest odpowiedzią na niezadawane przez małych odbiorców pytania. Autor znajduje nawet sposób na przekonanie dzieci, jak ćwiczyć umiejętności przydatne do pracy z końmi jeszcze bez kontaktu ze zwierzętami – dzięki temu uświadamia maluchom, że pobyt w stadninie czy w stajniach nie jest tak do końca niezbędny, bo można trenować samodzielnie i w zaciszu własnego domu.
Ralf Butschkow zajął się też stroną graficzną, proponuje realistycznie wyglądające i komiksowe jednocześnie obrazki, które przykuwają uwagę i pozwalają utrwalać zdobywane wiadomości – to cenne zwłaszcza kiedy autor opowiada o różnych rasach koni albo o elementach wyposażenia. Poza tym nie należy zapominać, że mamy tu do czynienia z książką dla najmłodszych – więc rysunki pełnią też rolę wabika. I chociaż to tomik, który został przygotowany jako edukacyjno-informacyjny, daje się go potraktować też jako publikację rozrywkową – nie tylko przynosi wiadomości o zawodzie, ale też rozbudza wyobraźnię najmłodszych odbiorców.
W stajni
Ta seria stale się rozwija – ku uciesze maluchów i ich rodziców. Nie ma obecnie na rynku wydawniczym lepszej prezentacji różnych zawodów – i pokazywania dzieciom, jak wiele możliwości w dorosłym życiu mają. Za każdym razem opowieść rozwija się podobnie: ramą jest posiadanie przez małego bohatera przyjaciela – przeważnie sąsiada, ale nie jest to reguła – który ma ciekawy zawód i postanawia zaprezentować tajniki tego fachu dziecku. Bohater w ten sposób zyskuje możliwość wejścia tam, gdzie zwykle dzieci nie są wpuszczane – i zadawania kolejnych pytań, tak, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o zajęciu. Wszystko ma charakter informacji i rozpoznawania przez maluchy oryginalnych zawodów – a prowadzi do zapowiedzi, że młody przewodnik chce zostać przedstawicielem tego zawodu, który właśnie poznał od podszewki. Dzięki takiej narracji odbiorcy dowiadują się bardzo dużo o różnych pracach i może to wpłynąć na ich decyzje dotyczące kariery – lub na razie na marzenia.
Rama kompozycyjna pozwala tu różnym twórcom na działania – Ralf Butschkow to autor, którego nazwisko często pojawia się w serii – jest bowiem znakomitym ilustratorem i twórcą, który dobrze czuje się w cyklu i wie, jak opowiadać dzieciom o kolejnych zajęciach. Tym razem tomik nosi tytuł „Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej” – więc najmłodsi wybiorą się do stajni i sprawdzą, jak pracować z końmi.
Bohaterka tego tomiku przygląda się między innymi, jak wyglądają lekcje dla dzieci: ale to temat dostępny dla wielu odbiorców zainteresowanych chociaż trochę końskimi motywami – lektura musi zatem poprowadzić czytelników dalej. Ania, która pracuje przy koniach, zabiera bohaterkę do boksów, uczy, jak wyczyścić konia po treningu i jak zadbać o jego boks, co zrobić, żeby koń się nie przeziębił i jak nie dać się kopnąć zwierzęciu. Bohaterka czuje respekt wobec ogromnych stworzeń – uczy się zatem, jakie są zasady ostrożności, żeby nic się jej nie stało. Dieta konia, przybijanie podków, siodłanie konia – to wszystko się tu pojawia, a jest odpowiedzią na niezadawane przez małych odbiorców pytania. Autor znajduje nawet sposób na przekonanie dzieci, jak ćwiczyć umiejętności przydatne do pracy z końmi jeszcze bez kontaktu ze zwierzętami – dzięki temu uświadamia maluchom, że pobyt w stadninie czy w stajniach nie jest tak do końca niezbędny, bo można trenować samodzielnie i w zaciszu własnego domu.
Ralf Butschkow zajął się też stroną graficzną, proponuje realistycznie wyglądające i komiksowe jednocześnie obrazki, które przykuwają uwagę i pozwalają utrwalać zdobywane wiadomości – to cenne zwłaszcza kiedy autor opowiada o różnych rasach koni albo o elementach wyposażenia. Poza tym nie należy zapominać, że mamy tu do czynienia z książką dla najmłodszych – więc rysunki pełnią też rolę wabika. I chociaż to tomik, który został przygotowany jako edukacyjno-informacyjny, daje się go potraktować też jako publikację rozrywkową – nie tylko przynosi wiadomości o zawodzie, ale też rozbudza wyobraźnię najmłodszych odbiorców.
środa, 17 czerwca 2026
Cornelia Funke: Król złodziei
Kropka, Warszawa 2026.
Kino
Cornelia Funke ma rękę do bestsellerów i do książek, które z pewnością wejdą do kanonu literatury czwartej. Po doskonale przyjętej Atramentowej serii przychodzi czas na „Króla złodziei”, kolejny ukłon w stronę przygodowych lektur z dzieciństwa. Tu nie ma taryfy ulgowej – wszystko zostało stworzone tak, jak spodziewaliby się badacze klasyki, a jednocześnie tak, by zachęcić najmłodszych do czytania dla przyjemności. Dzieje się mnóstwo, w dodatku to, co się dzieje, ma posmak awanturniczości. I – o dziwo – sprawdza się to wszystko w lekturze, która nie poucza, a przypomina podstawowe prawdy: jedni chcieliby jak najdłużej zostać dziećmi, drudzy marzą o tym, żeby z tego dzieciństwa jak najszybciej się wydostać.
W „Królu złodziei” autorka przedstawia czytelnikom dwóch braci: Prosper opiekuje się pięcioletnim Bo. To dzieci, które nie mają już rodziców, a wkrótce nie będą też mieć wspólnego kochającego domu: ciotka zamierza przygarnąć młodszego z braci, a starszego wysłać jak najdalej, najlepiej do szkoły z internatem – kompletnie przy tym nie przejmuje się więzią między dziećmi. Prosper wie, że nie może pozwolić na to, by ktokolwiek przejął opiekę nad Bo – ucieka więc z bratem do Wenecji. A tu trafia na Króla złodziei, rówieśnika, który jest w stanie zapewnić mu schronienie. Król złodziei to Scipio. To on wyznacza grupie dzieci, którymi zarządza, kolejne cele do zrealizowania. W tej bandzie jest tylko jedna dziewczyna, a teraz będzie też tylko jeden pięciolatek. Wszystkie dzieci słuchają Scipia – ten przynosi najlepsze fanty i zawsze wie, co zrobić. W dodatku jest nieuchwytny, jako złodziej ma na koncie najlepsze łupy. Wreszcie – to Scipio sprawił, że dzieci mają się gdzie podziać. Mieszkają w starym nieczynnym kinie: to miejsce staje się ich prawdziwym domem. Trzymają się razem i starają się wzajemnie o siebie troszczyć, a do tego bez wahania podporządkowują się Scipiowi. I to właśnie ta gromada przyjmuje teraz Prospera i Bo, a nawet zwierzęta, którymi trzeba się zaopiekować. Ci, którzy nie mają nic, są najbardziej skłonni do dzielenia się z innymi – i to może krzepić odbiorców i nie tylko ich.
Oczywiście na sielankę nie ma czasu, bo już wkrótce u weneckiego detektywa pojawiają się ci, którzy chcą opiekować się samym Bo – a to oznacza, że dzieci znajdą się na celowniku. O ile starsze są zawsze sprytne i potrafią wywieść w pole niejednego dorosłego, o tyle naiwny kilkulatek liczy na przyjaźń i pomoc. Cornelia Funke stawia jednak czasami na zdrowy rozsądek: gromadka dzieci nie poradzi sobie bez wsparcia dorosłych, wprowadza więc z czasem bohaterów, którzy będą mogli pomóc ekipie króla złodziei i wydobyć jej członków z opresji. Bo dzieci bez wątpienia w kłopoty się nieraz wpakują. Wszystko jednak zmieni się, kiedy na jaw wyjdzie tajemnica króla złodziei: tu wejdzie w grę nie tylko ucieczka i pokonywanie trudności wprowadzanych przez dorosłych, ale też walka o władzę i próba zachowania tożsamości. Jakby tego było mało, autorka dodaje między innymi wielką misję, którą musi wypełnić skłócony zespół – robi wszystko, żeby wciągnąć odbiorców w atrakcyjną, barwną i niebanalną fabułę i zagrać im na wyobraźni. I udaje jej się to znakomicie.
Kino
Cornelia Funke ma rękę do bestsellerów i do książek, które z pewnością wejdą do kanonu literatury czwartej. Po doskonale przyjętej Atramentowej serii przychodzi czas na „Króla złodziei”, kolejny ukłon w stronę przygodowych lektur z dzieciństwa. Tu nie ma taryfy ulgowej – wszystko zostało stworzone tak, jak spodziewaliby się badacze klasyki, a jednocześnie tak, by zachęcić najmłodszych do czytania dla przyjemności. Dzieje się mnóstwo, w dodatku to, co się dzieje, ma posmak awanturniczości. I – o dziwo – sprawdza się to wszystko w lekturze, która nie poucza, a przypomina podstawowe prawdy: jedni chcieliby jak najdłużej zostać dziećmi, drudzy marzą o tym, żeby z tego dzieciństwa jak najszybciej się wydostać.
W „Królu złodziei” autorka przedstawia czytelnikom dwóch braci: Prosper opiekuje się pięcioletnim Bo. To dzieci, które nie mają już rodziców, a wkrótce nie będą też mieć wspólnego kochającego domu: ciotka zamierza przygarnąć młodszego z braci, a starszego wysłać jak najdalej, najlepiej do szkoły z internatem – kompletnie przy tym nie przejmuje się więzią między dziećmi. Prosper wie, że nie może pozwolić na to, by ktokolwiek przejął opiekę nad Bo – ucieka więc z bratem do Wenecji. A tu trafia na Króla złodziei, rówieśnika, który jest w stanie zapewnić mu schronienie. Król złodziei to Scipio. To on wyznacza grupie dzieci, którymi zarządza, kolejne cele do zrealizowania. W tej bandzie jest tylko jedna dziewczyna, a teraz będzie też tylko jeden pięciolatek. Wszystkie dzieci słuchają Scipia – ten przynosi najlepsze fanty i zawsze wie, co zrobić. W dodatku jest nieuchwytny, jako złodziej ma na koncie najlepsze łupy. Wreszcie – to Scipio sprawił, że dzieci mają się gdzie podziać. Mieszkają w starym nieczynnym kinie: to miejsce staje się ich prawdziwym domem. Trzymają się razem i starają się wzajemnie o siebie troszczyć, a do tego bez wahania podporządkowują się Scipiowi. I to właśnie ta gromada przyjmuje teraz Prospera i Bo, a nawet zwierzęta, którymi trzeba się zaopiekować. Ci, którzy nie mają nic, są najbardziej skłonni do dzielenia się z innymi – i to może krzepić odbiorców i nie tylko ich.
Oczywiście na sielankę nie ma czasu, bo już wkrótce u weneckiego detektywa pojawiają się ci, którzy chcą opiekować się samym Bo – a to oznacza, że dzieci znajdą się na celowniku. O ile starsze są zawsze sprytne i potrafią wywieść w pole niejednego dorosłego, o tyle naiwny kilkulatek liczy na przyjaźń i pomoc. Cornelia Funke stawia jednak czasami na zdrowy rozsądek: gromadka dzieci nie poradzi sobie bez wsparcia dorosłych, wprowadza więc z czasem bohaterów, którzy będą mogli pomóc ekipie króla złodziei i wydobyć jej członków z opresji. Bo dzieci bez wątpienia w kłopoty się nieraz wpakują. Wszystko jednak zmieni się, kiedy na jaw wyjdzie tajemnica króla złodziei: tu wejdzie w grę nie tylko ucieczka i pokonywanie trudności wprowadzanych przez dorosłych, ale też walka o władzę i próba zachowania tożsamości. Jakby tego było mało, autorka dodaje między innymi wielką misję, którą musi wypełnić skłócony zespół – robi wszystko, żeby wciągnąć odbiorców w atrakcyjną, barwną i niebanalną fabułę i zagrać im na wyobraźni. I udaje jej się to znakomicie.
wtorek, 16 czerwca 2026
Sarah Pekkanen: Dom ze szkła
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Ostrza
Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.
Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.
Ostrza
Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.
Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.
poniedziałek, 15 czerwca 2026
Monika Skikiewicz: Kamyki
Media Rodzina, Poznań 2026.
Wakacje
Wakacje to sama przyjemność. A wakacje nad morzem to zestaw zabaw, które dzieci lubią najbardziej. Olo i Awa to rodzeństwo – starszy brat i młodsza siostra – doskonale zdające sobie sprawę z uroków spędzania wolnego czasu na plaży. Mają w planach cały zestaw zabaw, które warto będzie kultywować, gdy nadejdą ciepłe dni. I wreszcie przychodzi czas na wyjazd, mama i tata chcą, żeby dzieci samodzielnie przygotowały rzeczy do zabrania na wyjazd – a potem pomogą się im spakować. A nad samym morzem – można uciekać przed mewami, robić zamki z piasku, organizować wodne wyścigi piłek, przeprowadzać piłkę do zakopanego w piasku wiaderka albo zamieniać się w rozgwiazdy. Możliwości jest mnóstwo, Olo i Awa chcą wykorzystać wszystkie – więc „Kamyki” to książeczka pełna radości i uśmiechów. Najmłodszym udzieli się nastrój odbiorców. Autorka przygotowuje rodziców do pracy z dziećmi i z tą publikacją, proponuje sposób korzystania – by jak najpełniej rozwijać maluchy. „Kamyki” to bowiem kolejna drobna kwadratowa książeczka do „czytania na okrągło” – a ukazująca się w cyklu Olo i Awa logopedyczna zabawa. Monika Skikiewicz wstawia tu poza elementami fabuły składającymi się w zasadzie na opis rozrywek znad morza jeszcze zadania dla najmłodszych – i to zadania interaktywne. Jeśli ktoś będzie akurat na plaży, może skorzystać z podpowiedzi gier i zabaw, jakie mają do dyspozycji bohaterowie tej książeczki – nie trzeba do tego żadnych wymyślnych zabawek, wielu zresztą dostarcza sama natura. Natomiast dzieci, które będą tylko słuchać tej książki (albo czytać ją samodzielnie, nikt tego nie wyklucza, tekstu jest niewiele) nie zostały tak zupełnie bez rozrywek. Monika Skikiewicz proponuje bowiem zestaw prostych czynności do wykonywania w każdych warunkach, nawet tak wymagających jak podróż. Można zakręcić książką jak kołem, poklepać, jakby się robiło babkę z piasku albo przejechać palcem labirynt dla piłki – to niby drobiazgi, ale z takich drobiazgów składa się zestaw nieoczekiwanych atrakcji dla najmłodszych. Olo i Awa to bohaterowie dość sympatyczni – zwyczajne dzieci, z którymi odbiorcy mogą się identyfikować. I to jeden z powodów sięgania po lekturę. Drugim może być strona graficzna. Tomasz Samojlik – znany odbiorcom przede wszystkim z cyklu o żubrze Pompiku – tworzy obrazki klasyczne w duchu i kreskówkowe, sympatyczne i wywołujące uśmiech. Dzięki temu chętniej będzie się zaglądać do tomiku – i traktować go jak zestaw podpowiedzi na zabawy czy rozrywek. „Kamyki” to książeczka, która przywołuje na myśl lato i wszystkie związane z nim atrakcje – dlatego też nie ma obaw, to tomik, który przypadnie do gustu dzieciom.
A skoro już uda się zdobyć ich uwagę i zaangażowanie, to można też zaprosić do aktywności przy okazji lektury – to dobre rozwiązanie, pokazuje bowiem czytelnikom, że czytanie nie musi być jednostajnym zachowaniem. Monika Skikiewicz po raz kolejny przekonuje najmłodszych, dlaczego powinni zaprzyjaźnić się z książkami. Tekst jest niewielki objętościowo, za to obrazki cieszą oczy – to coś dla najmłodszych i dla tych, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje za każdym razem, kiedy otwierają tomik.
Wakacje
Wakacje to sama przyjemność. A wakacje nad morzem to zestaw zabaw, które dzieci lubią najbardziej. Olo i Awa to rodzeństwo – starszy brat i młodsza siostra – doskonale zdające sobie sprawę z uroków spędzania wolnego czasu na plaży. Mają w planach cały zestaw zabaw, które warto będzie kultywować, gdy nadejdą ciepłe dni. I wreszcie przychodzi czas na wyjazd, mama i tata chcą, żeby dzieci samodzielnie przygotowały rzeczy do zabrania na wyjazd – a potem pomogą się im spakować. A nad samym morzem – można uciekać przed mewami, robić zamki z piasku, organizować wodne wyścigi piłek, przeprowadzać piłkę do zakopanego w piasku wiaderka albo zamieniać się w rozgwiazdy. Możliwości jest mnóstwo, Olo i Awa chcą wykorzystać wszystkie – więc „Kamyki” to książeczka pełna radości i uśmiechów. Najmłodszym udzieli się nastrój odbiorców. Autorka przygotowuje rodziców do pracy z dziećmi i z tą publikacją, proponuje sposób korzystania – by jak najpełniej rozwijać maluchy. „Kamyki” to bowiem kolejna drobna kwadratowa książeczka do „czytania na okrągło” – a ukazująca się w cyklu Olo i Awa logopedyczna zabawa. Monika Skikiewicz wstawia tu poza elementami fabuły składającymi się w zasadzie na opis rozrywek znad morza jeszcze zadania dla najmłodszych – i to zadania interaktywne. Jeśli ktoś będzie akurat na plaży, może skorzystać z podpowiedzi gier i zabaw, jakie mają do dyspozycji bohaterowie tej książeczki – nie trzeba do tego żadnych wymyślnych zabawek, wielu zresztą dostarcza sama natura. Natomiast dzieci, które będą tylko słuchać tej książki (albo czytać ją samodzielnie, nikt tego nie wyklucza, tekstu jest niewiele) nie zostały tak zupełnie bez rozrywek. Monika Skikiewicz proponuje bowiem zestaw prostych czynności do wykonywania w każdych warunkach, nawet tak wymagających jak podróż. Można zakręcić książką jak kołem, poklepać, jakby się robiło babkę z piasku albo przejechać palcem labirynt dla piłki – to niby drobiazgi, ale z takich drobiazgów składa się zestaw nieoczekiwanych atrakcji dla najmłodszych. Olo i Awa to bohaterowie dość sympatyczni – zwyczajne dzieci, z którymi odbiorcy mogą się identyfikować. I to jeden z powodów sięgania po lekturę. Drugim może być strona graficzna. Tomasz Samojlik – znany odbiorcom przede wszystkim z cyklu o żubrze Pompiku – tworzy obrazki klasyczne w duchu i kreskówkowe, sympatyczne i wywołujące uśmiech. Dzięki temu chętniej będzie się zaglądać do tomiku – i traktować go jak zestaw podpowiedzi na zabawy czy rozrywek. „Kamyki” to książeczka, która przywołuje na myśl lato i wszystkie związane z nim atrakcje – dlatego też nie ma obaw, to tomik, który przypadnie do gustu dzieciom.
A skoro już uda się zdobyć ich uwagę i zaangażowanie, to można też zaprosić do aktywności przy okazji lektury – to dobre rozwiązanie, pokazuje bowiem czytelnikom, że czytanie nie musi być jednostajnym zachowaniem. Monika Skikiewicz po raz kolejny przekonuje najmłodszych, dlaczego powinni zaprzyjaźnić się z książkami. Tekst jest niewielki objętościowo, za to obrazki cieszą oczy – to coś dla najmłodszych i dla tych, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje za każdym razem, kiedy otwierają tomik.
niedziela, 14 czerwca 2026
Krzysztof R. Apt: Jak (nie) zostać emigrantem
Iskry, Warszawa 2026.
Życie
Krzysztof R. Apt proponuje czytelnikom zestaw swoich tematyzowanych wspomnień dotyczących życia poza granicami kraju i tworzenia w trudnych często warunkach – rzeczy, które przetrwały i które dzisiaj przyciągną do książki przede wszystkim humanistów. „Jak (nie) zostać emigrantem to publikacja memuarowa i jednocześnie pozwalająca odbiorcom poznać kulisy działalności – w ramach tworzenia elementów życia kulturalnego – na obczyźnie. Krzysztof R. Apt na początku tej historii jest nauczycielem logiki. Jako ścisłowiec będzie zatem z uwagą przyglądać się między innymi początkom informatyzacji – i to motyw, który pobrzmiewa w tle opowieści, a jest bardzo atrakcyjny dla zainteresowanych. Szybko jednak okazuje się, że uwagę autora zaprzątają inne motywy: kontakt z osobami ważnymi w Solidarności, czy – tworzenie „Zeszytów Literackich”. Dopiero kiedy Krzysztof R. Apt pokaże czytelnikom, czym się zajmował i jakie znajomości nawiązywał, przejdzie do analizowania własnego życia. Podzieli się z odbiorcami uwagami na temat tworzenia rodziny, przedstawi kolejne żony, opowie też o swoim domu rodzinnym. I to wszystko bez zadęcia czy potrzeby gloryfikowania własnych dokonań – po prostu książka bazująca na doświadczeniach życiowych, a napisana w stylu, który kojarzy się z dawną szkołą pisania. Nie będzie w niej uproszczeń ani kolokwialności, nie będzie też bylejakości. Tu nawet pisanie o czymś, co dla czytelników nie ma większego znaczenia, a liczyło się tylko dla wprowadzenia kolejnego przeżycia autora – zamieni się w literacką przygodę.
Krzysztof R. Apt ma oczywiście także sporo przemyśleń na temat funkcjonowania poza granicami kraju – i tym chętnie podzieli się z odbiorcami tomu. Pokaże, z jakimi wyzwaniami musiał się mierzyć jako imigrant, przybysz z tej strony świata, w której wolność nie była czymś oczywistym. Ale nie zamierza tu uprawiać martyrologii ani grać na pseudokombatanckich wynurzeniach, liczy się najbardziej normalność i możliwość przedstawienia jej dzisiejszym czytelnikom, niekoniecznie zaangażowanym w przedstawiane zestawy wydarzeń. To książka nie dla wszystkich – zwłaszcza młode pokolenie odbiorców nie dostrzeże w niej tego, co najbardziej wartościowe i przydatne, pokazywania kontekstu życia kulturalnego poza granicami PRL. Pewnych wiadomości autor nie będzie przecież wyjaśniał, powinny być dla grona jego odbiorców oczywiste – i tu pojawi się właśnie podstawowe ograniczenie kręgu czytelników.
Ta książka jest drobnym przypisem do podręczników historii najnowszej, ciekawostką, która pokazuje wielkie sprawy z jednostkowej perspektywy – to coś, co przyda się zwłaszcza odkrywającym zależności, powiązania i relacje z rodzimego środowiska kulturalnego z drugiej połowy XX wieku. Krzysztof R. Apt funduje czytelnikom podróż w czasie (i obyczajowości) bez ruszania się z miejsca – dzieli się tym, co ważne dla niego i co sam przeżył, a dzięki przefiltrowaniu wspomnień przez czas, może wydobyć to, co wydaje mu się najbardziej istotne dla zrozumienia przeszłości i dokonywanych wyborów. Jest to książka wykorzystująca indywidualną perspektywę – ale budująca znacznie wykraczającą ponad tę perspektywę świadomość.
Życie
Krzysztof R. Apt proponuje czytelnikom zestaw swoich tematyzowanych wspomnień dotyczących życia poza granicami kraju i tworzenia w trudnych często warunkach – rzeczy, które przetrwały i które dzisiaj przyciągną do książki przede wszystkim humanistów. „Jak (nie) zostać emigrantem to publikacja memuarowa i jednocześnie pozwalająca odbiorcom poznać kulisy działalności – w ramach tworzenia elementów życia kulturalnego – na obczyźnie. Krzysztof R. Apt na początku tej historii jest nauczycielem logiki. Jako ścisłowiec będzie zatem z uwagą przyglądać się między innymi początkom informatyzacji – i to motyw, który pobrzmiewa w tle opowieści, a jest bardzo atrakcyjny dla zainteresowanych. Szybko jednak okazuje się, że uwagę autora zaprzątają inne motywy: kontakt z osobami ważnymi w Solidarności, czy – tworzenie „Zeszytów Literackich”. Dopiero kiedy Krzysztof R. Apt pokaże czytelnikom, czym się zajmował i jakie znajomości nawiązywał, przejdzie do analizowania własnego życia. Podzieli się z odbiorcami uwagami na temat tworzenia rodziny, przedstawi kolejne żony, opowie też o swoim domu rodzinnym. I to wszystko bez zadęcia czy potrzeby gloryfikowania własnych dokonań – po prostu książka bazująca na doświadczeniach życiowych, a napisana w stylu, który kojarzy się z dawną szkołą pisania. Nie będzie w niej uproszczeń ani kolokwialności, nie będzie też bylejakości. Tu nawet pisanie o czymś, co dla czytelników nie ma większego znaczenia, a liczyło się tylko dla wprowadzenia kolejnego przeżycia autora – zamieni się w literacką przygodę.
Krzysztof R. Apt ma oczywiście także sporo przemyśleń na temat funkcjonowania poza granicami kraju – i tym chętnie podzieli się z odbiorcami tomu. Pokaże, z jakimi wyzwaniami musiał się mierzyć jako imigrant, przybysz z tej strony świata, w której wolność nie była czymś oczywistym. Ale nie zamierza tu uprawiać martyrologii ani grać na pseudokombatanckich wynurzeniach, liczy się najbardziej normalność i możliwość przedstawienia jej dzisiejszym czytelnikom, niekoniecznie zaangażowanym w przedstawiane zestawy wydarzeń. To książka nie dla wszystkich – zwłaszcza młode pokolenie odbiorców nie dostrzeże w niej tego, co najbardziej wartościowe i przydatne, pokazywania kontekstu życia kulturalnego poza granicami PRL. Pewnych wiadomości autor nie będzie przecież wyjaśniał, powinny być dla grona jego odbiorców oczywiste – i tu pojawi się właśnie podstawowe ograniczenie kręgu czytelników.
Ta książka jest drobnym przypisem do podręczników historii najnowszej, ciekawostką, która pokazuje wielkie sprawy z jednostkowej perspektywy – to coś, co przyda się zwłaszcza odkrywającym zależności, powiązania i relacje z rodzimego środowiska kulturalnego z drugiej połowy XX wieku. Krzysztof R. Apt funduje czytelnikom podróż w czasie (i obyczajowości) bez ruszania się z miejsca – dzieli się tym, co ważne dla niego i co sam przeżył, a dzięki przefiltrowaniu wspomnień przez czas, może wydobyć to, co wydaje mu się najbardziej istotne dla zrozumienia przeszłości i dokonywanych wyborów. Jest to książka wykorzystująca indywidualną perspektywę – ale budująca znacznie wykraczającą ponad tę perspektywę świadomość.
sobota, 13 czerwca 2026
Tamar Weiss Gabbay, Shiraz Fuman: Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność
Kropka, Warszawa 2026.
Jak żyli
Do zgłębiania tajników historii można małych odbiorców przekonać właśnie tak – nie zestawem wiadomości podręcznikowych z picture booków, a za sprawą fabuł. Tamar Weiss Gabbay i Shiraz Fuman decydują się na dwugłos (teksty – ilustracje) pozwalający dzieciom na nie byle jakie podróże w czasie i przestrzeni. „Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność” to książka, która umożliwi małym czytelnikom rozwijanie wyobraźni i spostrzegawczości, a do tego zaintryguje przeszłością. Czerpie się tu z fantazji – chociaż bazującej na odkryciach i na prawdopodobnych wydarzeniach. Odbiorcy otrzymują zestaw historyjek – przygód dzieci z różnych kultur i z różnych epok, przy czym pierwsze prezentowane dziecko to sąsiad neandertalczyków (reprezentant homo sapiens, który zastanawia się nad możliwością oswojenia szczenięcia wilka), a ostatnie historie najmłodsi stworzą sami dzięki rozmowom z dziadkami. Przeskakiwanie do kolejnych pokoleń lub epok sprawia, że dzieci w przyspieszonym tempie przetestują całą historię ludzkości z perspektywy tych pozornie mało ważnych i często pomijanych. Ale tu nie ma mowy o krzywdzie dzieci czy o traktowaniu, które zaburzałoby poczucie bezpieczeństwa odbiorców. Owszem, niektórzy muszą pracować, żeby pomóc dorosłym, niektórzy nie mają zabawek albo w ogóle nie wiedzą, jak się bawić – ale wszystkie dzieci są kochane i potrzebne, a do tego otaczane bardzo troskliwą opieką. Matczyne uczucia nie ulegają zmianom, przynajmniej w tych narracjach – a czasy dobierane są tak, by trafiać pomiędzy kataklizmy i nieszczęścia. Czasem nawet się je sygnalizuje, jak w przypadku zarazy – ale to i tak na tyle odległe problemy, żeby mali bohaterowie nie musieli się tym przejmować.
„Było sobie dziecko” to również historia wynalazków z perspektywy najmłodszych, a czasem przy ich aktywnym udziale – i tu już pojawia się trochę fantazji przy kreowaniu świata przedstawionego, bo to niekoniecznie dziecko przyniosło ogień do swojego plemienia, niekoniecznie dziecko namalowało na ścianie w jaskini polowanie i niekoniecznie dziecko wynalazło papier toaletowy, kiedy nie mogło domyć rodzeństwa. W tej książce sugeruje się, że tak jednak mogło być i nawet jeśli to dorośli rozsławili później jakieś rozwiązanie, to pomysłowość małych bohaterów krzepi i ma wielkie znaczenie. To oczywiście dodatki na marginesie kolejnych przygód – ale dodatki cenne i zachęcające odbiorców do kreatywności. Liczy się tu możliwość podglądania dzieci z różnych czasów – każde z nich jest zajęte czymś innym i każde pokazuje jakiś przełom w historii rozwoju ludzkości: pierwsze dzieci odkrywają korzyści płynące z mieszkania w jaskiniach, kolejne już – wiedzą, że będą musiały pomagać na roli, żeby było co jeść, jeszcze następne pójdą do szkoły i zaczną się uczyć pisania na glinianych tabliczkach. Tematów nie zabraknie, a czytelnicy otrzymają tu błyskawiczną i ciepłą podróż przez epoki i etapy w rozwoju ludzkości. To doskonały sposób na zaangażowanie najmłodszych – nie da się od tej lektury oderwać, a ponieważ każdy bohater ma inne zadania i inne cele, każdy skupi na sobie uwagę czytelników. Tu nie ma miejsca na rutynę i powtarzalność. Jakby wiadomości przemycanych sprytnie w emocjonalnych opowiadaniach było mało, po każdym rozdziale dzieci otrzymują jeszcze krótką infografikę na temat równoległych wydarzeń – to coś dla dociekliwych czytelników. Książka świetna.
Jak żyli
Do zgłębiania tajników historii można małych odbiorców przekonać właśnie tak – nie zestawem wiadomości podręcznikowych z picture booków, a za sprawą fabuł. Tamar Weiss Gabbay i Shiraz Fuman decydują się na dwugłos (teksty – ilustracje) pozwalający dzieciom na nie byle jakie podróże w czasie i przestrzeni. „Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność” to książka, która umożliwi małym czytelnikom rozwijanie wyobraźni i spostrzegawczości, a do tego zaintryguje przeszłością. Czerpie się tu z fantazji – chociaż bazującej na odkryciach i na prawdopodobnych wydarzeniach. Odbiorcy otrzymują zestaw historyjek – przygód dzieci z różnych kultur i z różnych epok, przy czym pierwsze prezentowane dziecko to sąsiad neandertalczyków (reprezentant homo sapiens, który zastanawia się nad możliwością oswojenia szczenięcia wilka), a ostatnie historie najmłodsi stworzą sami dzięki rozmowom z dziadkami. Przeskakiwanie do kolejnych pokoleń lub epok sprawia, że dzieci w przyspieszonym tempie przetestują całą historię ludzkości z perspektywy tych pozornie mało ważnych i często pomijanych. Ale tu nie ma mowy o krzywdzie dzieci czy o traktowaniu, które zaburzałoby poczucie bezpieczeństwa odbiorców. Owszem, niektórzy muszą pracować, żeby pomóc dorosłym, niektórzy nie mają zabawek albo w ogóle nie wiedzą, jak się bawić – ale wszystkie dzieci są kochane i potrzebne, a do tego otaczane bardzo troskliwą opieką. Matczyne uczucia nie ulegają zmianom, przynajmniej w tych narracjach – a czasy dobierane są tak, by trafiać pomiędzy kataklizmy i nieszczęścia. Czasem nawet się je sygnalizuje, jak w przypadku zarazy – ale to i tak na tyle odległe problemy, żeby mali bohaterowie nie musieli się tym przejmować.
„Było sobie dziecko” to również historia wynalazków z perspektywy najmłodszych, a czasem przy ich aktywnym udziale – i tu już pojawia się trochę fantazji przy kreowaniu świata przedstawionego, bo to niekoniecznie dziecko przyniosło ogień do swojego plemienia, niekoniecznie dziecko namalowało na ścianie w jaskini polowanie i niekoniecznie dziecko wynalazło papier toaletowy, kiedy nie mogło domyć rodzeństwa. W tej książce sugeruje się, że tak jednak mogło być i nawet jeśli to dorośli rozsławili później jakieś rozwiązanie, to pomysłowość małych bohaterów krzepi i ma wielkie znaczenie. To oczywiście dodatki na marginesie kolejnych przygód – ale dodatki cenne i zachęcające odbiorców do kreatywności. Liczy się tu możliwość podglądania dzieci z różnych czasów – każde z nich jest zajęte czymś innym i każde pokazuje jakiś przełom w historii rozwoju ludzkości: pierwsze dzieci odkrywają korzyści płynące z mieszkania w jaskiniach, kolejne już – wiedzą, że będą musiały pomagać na roli, żeby było co jeść, jeszcze następne pójdą do szkoły i zaczną się uczyć pisania na glinianych tabliczkach. Tematów nie zabraknie, a czytelnicy otrzymają tu błyskawiczną i ciepłą podróż przez epoki i etapy w rozwoju ludzkości. To doskonały sposób na zaangażowanie najmłodszych – nie da się od tej lektury oderwać, a ponieważ każdy bohater ma inne zadania i inne cele, każdy skupi na sobie uwagę czytelników. Tu nie ma miejsca na rutynę i powtarzalność. Jakby wiadomości przemycanych sprytnie w emocjonalnych opowiadaniach było mało, po każdym rozdziale dzieci otrzymują jeszcze krótką infografikę na temat równoległych wydarzeń – to coś dla dociekliwych czytelników. Książka świetna.
piątek, 12 czerwca 2026
Patricia G. Bertényi: Ostatni pacjent
Mando, Kraków 2026.
Ze szpitala
Patricia G. Bertényi pracowała na intensywnej terapii jako pielęgniarka i nie wyparłaby się tego – jej powieść „Ostatni pacjent”, thriller medyczny, jest bowiem mocno zakorzeniony w szpitalnych salach, a sama autorka niejeden raz zaszokuje odbiorców pomysłami na rozwój akcji w tym miejscu. Śledztwo prowadzone oczywiście oficjalnie ma swoją drugą odnogę – a jest nią Janka, imigrantka, która pracuje jako skromna salowa, jednak ma dar do kojarzenia faktów i wydobywania informacji, do których zawodowcy nie docierają. Janka nie musi rozmawiać z ludźmi, zresztą nawet tego nie lubi, chociaż udaje jej się na oddziale znaleźć przyjaciółkę – co wydaje się mocnym wyłomem w charakterze kobiety. Liczy się jednak umiejętność wyciągania wniosków z tego, czego bohaterka dowiaduje się nie zawsze w legalny sposób. Janka wie, że jeśli coś nie daje jej spokoju, oznacza zwykle, że wpadła na trop tajemnicy. I tak dzieje się przy okazji dziwnego zapachu unoszącego się nad łóżkami zmarłych pacjentów. Nikt inny nie zwraca na to uwagi, jednak Janka dzięki tej subtelnej wskazówce domyśla się, że śmierci należałoby ze sobą powiązać – i że takie przypadki nie istnieją, więc trzeba uważnie szukać mordercy, który być może ukrywa się gdzieś na oddziale.
I tak rozpoczyna się historia, w której wątki obyczajowe, chociaż istniejące, usuwają się na dalszy plan, a najbardziej rzuca się czytelnikom w oczy szpitalne tu i teraz. Janka może wejść wszędzie – jako salowa ma swobodny dostęp do różnych pomieszczeń, chociaż nie może dać po sobie poznać, że interesuje ją jakakolwiek informacja na temat śledztwa. Ci, którzy wiedzą za dużo, znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie. Na szczęście Janka jest też kreatywna i odważna, zdobywa wiedzę w tajemnicy przed wszystkimi, jest inteligentna – a że nikt nie zadał sobie trudu, żeby to odkryć, może stanowić prawdziwą zagadkę dla wszystkich zaangażowanych w sprawę. Autorka buduje tę powieść przede wszystkim z sytuacji i scenek zaobserwowanych na szpitalnych korytarzach i na salach. Momentami wręcz zadręczać będzie czytelników precyzją i szczegółowością w przedstawianiu wydarzeń, a nawet – statycznymi obrazkami, które mają uwiarygodnić akcję, a wysuwają się na czoło opowieści. Patricia G. Bertényi wie, jak wszystko w szpitalu może wyglądać – i nie da czytelnikom o tym zapomnieć ani na chwilę. To bardzo pompuje objętość powieści i przysłuży się do budowania atmosfery zagrożenia – co w tym gatunku staje się bardzo pożądanym rozwiązaniem. „Ostatni pacjent” to zatem powieść obszerna objętościowo i książka, w której nie idzie się na łatwiznę w kreśleniu kolorytu lokalnego. Tam, gdzie autorzy kryminałów zwykle uciekają w nić intrygi, tam Patricia G. Bertényi mówi wszystko, co mogłoby zainteresować czytelników – a czego oni sami nie byliby w stanie wydobyć ze szpitalnych doświadczeń. „Ostatni pacjent” to książka, w której przemierza się bez przerwy szpitalne korytarze i pomieszczenia po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania śledczych - te odpowiedzi, których zmarli już nie mogą udzielić.
Ze szpitala
Patricia G. Bertényi pracowała na intensywnej terapii jako pielęgniarka i nie wyparłaby się tego – jej powieść „Ostatni pacjent”, thriller medyczny, jest bowiem mocno zakorzeniony w szpitalnych salach, a sama autorka niejeden raz zaszokuje odbiorców pomysłami na rozwój akcji w tym miejscu. Śledztwo prowadzone oczywiście oficjalnie ma swoją drugą odnogę – a jest nią Janka, imigrantka, która pracuje jako skromna salowa, jednak ma dar do kojarzenia faktów i wydobywania informacji, do których zawodowcy nie docierają. Janka nie musi rozmawiać z ludźmi, zresztą nawet tego nie lubi, chociaż udaje jej się na oddziale znaleźć przyjaciółkę – co wydaje się mocnym wyłomem w charakterze kobiety. Liczy się jednak umiejętność wyciągania wniosków z tego, czego bohaterka dowiaduje się nie zawsze w legalny sposób. Janka wie, że jeśli coś nie daje jej spokoju, oznacza zwykle, że wpadła na trop tajemnicy. I tak dzieje się przy okazji dziwnego zapachu unoszącego się nad łóżkami zmarłych pacjentów. Nikt inny nie zwraca na to uwagi, jednak Janka dzięki tej subtelnej wskazówce domyśla się, że śmierci należałoby ze sobą powiązać – i że takie przypadki nie istnieją, więc trzeba uważnie szukać mordercy, który być może ukrywa się gdzieś na oddziale.
I tak rozpoczyna się historia, w której wątki obyczajowe, chociaż istniejące, usuwają się na dalszy plan, a najbardziej rzuca się czytelnikom w oczy szpitalne tu i teraz. Janka może wejść wszędzie – jako salowa ma swobodny dostęp do różnych pomieszczeń, chociaż nie może dać po sobie poznać, że interesuje ją jakakolwiek informacja na temat śledztwa. Ci, którzy wiedzą za dużo, znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie. Na szczęście Janka jest też kreatywna i odważna, zdobywa wiedzę w tajemnicy przed wszystkimi, jest inteligentna – a że nikt nie zadał sobie trudu, żeby to odkryć, może stanowić prawdziwą zagadkę dla wszystkich zaangażowanych w sprawę. Autorka buduje tę powieść przede wszystkim z sytuacji i scenek zaobserwowanych na szpitalnych korytarzach i na salach. Momentami wręcz zadręczać będzie czytelników precyzją i szczegółowością w przedstawianiu wydarzeń, a nawet – statycznymi obrazkami, które mają uwiarygodnić akcję, a wysuwają się na czoło opowieści. Patricia G. Bertényi wie, jak wszystko w szpitalu może wyglądać – i nie da czytelnikom o tym zapomnieć ani na chwilę. To bardzo pompuje objętość powieści i przysłuży się do budowania atmosfery zagrożenia – co w tym gatunku staje się bardzo pożądanym rozwiązaniem. „Ostatni pacjent” to zatem powieść obszerna objętościowo i książka, w której nie idzie się na łatwiznę w kreśleniu kolorytu lokalnego. Tam, gdzie autorzy kryminałów zwykle uciekają w nić intrygi, tam Patricia G. Bertényi mówi wszystko, co mogłoby zainteresować czytelników – a czego oni sami nie byliby w stanie wydobyć ze szpitalnych doświadczeń. „Ostatni pacjent” to książka, w której przemierza się bez przerwy szpitalne korytarze i pomieszczenia po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania śledczych - te odpowiedzi, których zmarli już nie mogą udzielić.
czwartek, 11 czerwca 2026
Anita Głowińska: Kicia Kocia. Kto zepsuł samochód?
Media Rodzina, Poznań 2026.
Odpowiedzialność
W przedszkolu trwa zabawa, którą najmłodsi mogą powtarzać we własnych warunkach – niekoniecznie w placówkach, bo nawet i w domach znajdzie się trochę klocków i tekturek do zbudowania toru dla pojazdów. Kicia Kocia, Pacek, Julianek i Adelka są niezwykle zajęci: najpierw przygotowują tor z przeszkodami dla nakręcanych zabawek, później puszczają koparkę i radiowóz, sprawdzając, które z nich szybciej pokona tekturowe wzniesienie. Muszą też przy tym dzieci wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością wyciągania wniosków. Nikt nie będzie tu odbiorców zamęczał fizyką, nie czas na to – ale maluchy zastanawiają się, dlaczego radiowóz bez przeszkód pokonuje stromy zjazd z toru przeszkód, a koparka bez przerwy się przewraca. Żeby potwierdzić słuszność swoich spostrzeżeń, dzieci wykonują kolejny test: puszczają koparkę po mniej stromym podjeździe. To zachęta także dla odbiorców, by testowali przygotowane miejsca i obserwowali, co trzeba zmienić, jeśli zabawka nie porusza się tak, jak powinna według przypuszczeń. Dzieci bawią się tak dobrze, że także mali czytelnicy zapomną na chwilę o kontekście przedszkola – liczyć się będzie sam wyścig i to, które autko nadaje się do najszybszego pokonania ładnie zbudowanego toru. A ponieważ autorka koncentruje się na zagadnieniu zasygnalizowanym już w tytule, nie komplikuje prostej fabuły nadmiernie – dzieci tym razem się nie kłócą, świetnie się ze sobą dogadują i kibicują sobie w działaniach. Nie ma ani sprzeczek o kształt toru, ani odrzucania propozycji innych – kto ma pomysł, jak udoskonalić tor, może to zrobić przy aprobacie reszty. I wszystko wyglądałoby rzeczywiście sielankowo, gdyby nie pewien techniczny problem: radiowóz wjeżdża pod górę i nie chce ruszyć dalej. Pojawia się pytanie, kto zepsuł samochód – dzieci postanawiają opowiedzieć o swoim zmartwieniu pani.
I tu Anita Głowińska pokazuje bardzo ważną kwestię: chociaż bohaterowie zastanawiają się nad tym, czy nie odłożyć zabawki na półkę i nie udawać, że nic się nie stało, wygrywa uczciwość i lęk przed wyrzutami sumienia – dzieci nie wiedzą, czy nie spotka ich kara za zepsucie radiowozu – jednak wolą się przyznać. A pani zna sposób, żeby wszystko działało jak przedtem. Warto więc odsunąć na bok strachy i przekonać się, że nie zawsze konsekwencje należą do nieprzyjemnych.
Książeczki z serii o Kici Koci zapraszają do samodzielnego czytania. Anita Głowińska proponuje dzieciom rodzimą serię z pięknymi ręcznymi ilustracjami (widać tu nierówne kontury i plamy koloru), naiwnymi w duchu – tak, żeby odbiorcy mogli sobie samodzielnie poćwiczyć rysowanie postaci – i z niewielką ilością tekstu. Chodzi o to, żeby najmłodsi nie zniechęcali się do lektury, a dawali wciągnąć w opowieść o małej rezolutnej bohaterce i jej rówieśnikach. „Kto zepsuł samochód” to przyjemna historyjka z wartościowym przesłaniem – jeśli mali odbiorcy lubią ten cykl, z pewnością zainteresuje ich przedszkolna przygoda przyjaciół Kici Koci. Anita Głowińska wie, jak tworzyć dla dzieci.
Odpowiedzialność
W przedszkolu trwa zabawa, którą najmłodsi mogą powtarzać we własnych warunkach – niekoniecznie w placówkach, bo nawet i w domach znajdzie się trochę klocków i tekturek do zbudowania toru dla pojazdów. Kicia Kocia, Pacek, Julianek i Adelka są niezwykle zajęci: najpierw przygotowują tor z przeszkodami dla nakręcanych zabawek, później puszczają koparkę i radiowóz, sprawdzając, które z nich szybciej pokona tekturowe wzniesienie. Muszą też przy tym dzieci wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością wyciągania wniosków. Nikt nie będzie tu odbiorców zamęczał fizyką, nie czas na to – ale maluchy zastanawiają się, dlaczego radiowóz bez przeszkód pokonuje stromy zjazd z toru przeszkód, a koparka bez przerwy się przewraca. Żeby potwierdzić słuszność swoich spostrzeżeń, dzieci wykonują kolejny test: puszczają koparkę po mniej stromym podjeździe. To zachęta także dla odbiorców, by testowali przygotowane miejsca i obserwowali, co trzeba zmienić, jeśli zabawka nie porusza się tak, jak powinna według przypuszczeń. Dzieci bawią się tak dobrze, że także mali czytelnicy zapomną na chwilę o kontekście przedszkola – liczyć się będzie sam wyścig i to, które autko nadaje się do najszybszego pokonania ładnie zbudowanego toru. A ponieważ autorka koncentruje się na zagadnieniu zasygnalizowanym już w tytule, nie komplikuje prostej fabuły nadmiernie – dzieci tym razem się nie kłócą, świetnie się ze sobą dogadują i kibicują sobie w działaniach. Nie ma ani sprzeczek o kształt toru, ani odrzucania propozycji innych – kto ma pomysł, jak udoskonalić tor, może to zrobić przy aprobacie reszty. I wszystko wyglądałoby rzeczywiście sielankowo, gdyby nie pewien techniczny problem: radiowóz wjeżdża pod górę i nie chce ruszyć dalej. Pojawia się pytanie, kto zepsuł samochód – dzieci postanawiają opowiedzieć o swoim zmartwieniu pani.
I tu Anita Głowińska pokazuje bardzo ważną kwestię: chociaż bohaterowie zastanawiają się nad tym, czy nie odłożyć zabawki na półkę i nie udawać, że nic się nie stało, wygrywa uczciwość i lęk przed wyrzutami sumienia – dzieci nie wiedzą, czy nie spotka ich kara za zepsucie radiowozu – jednak wolą się przyznać. A pani zna sposób, żeby wszystko działało jak przedtem. Warto więc odsunąć na bok strachy i przekonać się, że nie zawsze konsekwencje należą do nieprzyjemnych.
Książeczki z serii o Kici Koci zapraszają do samodzielnego czytania. Anita Głowińska proponuje dzieciom rodzimą serię z pięknymi ręcznymi ilustracjami (widać tu nierówne kontury i plamy koloru), naiwnymi w duchu – tak, żeby odbiorcy mogli sobie samodzielnie poćwiczyć rysowanie postaci – i z niewielką ilością tekstu. Chodzi o to, żeby najmłodsi nie zniechęcali się do lektury, a dawali wciągnąć w opowieść o małej rezolutnej bohaterce i jej rówieśnikach. „Kto zepsuł samochód” to przyjemna historyjka z wartościowym przesłaniem – jeśli mali odbiorcy lubią ten cykl, z pewnością zainteresuje ich przedszkolna przygoda przyjaciół Kici Koci. Anita Głowińska wie, jak tworzyć dla dzieci.
środa, 10 czerwca 2026
Sławomir Mrożek: Opowiadania zebrane. Tom 2
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
wtorek, 9 czerwca 2026
Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio odkrywają... Polska
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wyprawa
Przed wakacjami to całkiem niezły pomysł. Feluś i Gucio odkrywają to podseria rysunkowych opowiastek o przygodach chłopca i jego pluszowego misia – teraz w tym podcyklu pojawia się książka „Polska”, która może przygotować dzieci na spotkania z przedstawicielami różnych narodów i kultur – i wprowadza garść wiadomości o własnym kraju. Katarzyna Kozłowska nadaje wszystkiemu rangę zabawy – odkrywa się tu kolejne tematy dzięki wyprawom w różne miejsca, a tematyzowanie rozkładówek pozwala przyjrzeć się Polsce z różnych stron.
Pojawi się w tej książce mapa Polski – oczywiście nie w wersji, którą dzieci dostaną w szkolnych atlasach, a znacznie bardziej bajkowa, z cechami charakterystycznymi największych miast – po to, żeby zainteresować małych odbiorców zawartością tomiku. Kolejne rozkładówki będą bowiem prezentować wybrane miejsca z uwzględnieniem ich turystycznych atrakcji lub legend i ciekawostek. Tak najmłodsi zwiedzą między innymi Warszawę (i zajrzą na Stadion Narodowy), wybiorą się nad Bałtyk, sprawdzając, jakie gatunki fauny można tu znaleźć, a także – co robi się na plaży. Odwiedzą Trójmiasto. Wyruszą też do Poznania i Torunia, Wrocławia czy Krakowa. Ponadto autorka zajmie się przygotowaniem do celów różnych podróży: dzieci przekonają się, czego można się dowiedzieć w muzeach albo w podręcznikach czy podaniach ludowych od przewodników, przyjrzy się rzekom i jeziorom, puszczom i lasom, górom i jaskiniom. To wszystko w dużym skrócie, tak, żeby zaintrygować najmłodszych i nie zmęczyć ich nadmiarem wiadomości. Tu liczy się przede wszystkim dobra zabawa, a także oswojenie maluchów z najbardziej charakterystycznymi i typowymi wiadomościami dotyczącymi poszczególnych rejonów i miejsc. W razie zainteresowania lub potrzeb odbiorcy będą mogli rozwijać wiadomości.
Nie ma tu bardzo rozbudowanej narracji, Katarzyna Kozłowska stawia na krótkie i wręcz hasłowe akapity, do których wplata drobne definicje albo ciekawostki – i podpisy do rysunków. Najwięcej miejsca na rozkładówkach tradycyjnie w całej serii zajmują ilustracje Marianny Schoett, która teraz może popisać się odwzorowywaniem tego wszystkiego, co uznajemy za koloryt lokalny – w najpiękniejszym możliwym wydaniu. Każda rozkładówka to zatem całe szeregi obrazków, między którymi przewijają się bohaterowie – zwłaszcza Gucio co pewien czas lubi wtrącić swoje trzy grosze do odwiedzanych miejsc i wprowadzić do świadomości maluchów coś interesującego. Pojawiają się pocztówki lub migawki, komiksowe kadry, ilustracje imitujące zdjęcia, a czasami też wyliczanki na marginesach – chodzi o to, żeby urozmaicać sposób przedstawiania wiadomości, by nie zmęczyć dzieci rutyną albo przewidywalnością. Książka jest bardzo kolorowa i bardzo przyjemna, spodoba się wielu maluchom i będzie długo im służyć – można za każdym razem podczas oglądania jej odkrywać coś nowego i sięgać do kolejnych ciekawostek nie tylko przy okazji wakacyjnych wojaży. Jest to książka dobrze obmyślona – w sam raz dla najmłodszych, którzy nie skupią się zbyt długo na tekście, wypełniona ładnymi dla oka obrazkami i zapadającymi w pamięć hasłami. Można wykorzystać ten tomik jako pierwszy przewodnik w stylu picture book dla maluchów.
Wyprawa
Przed wakacjami to całkiem niezły pomysł. Feluś i Gucio odkrywają to podseria rysunkowych opowiastek o przygodach chłopca i jego pluszowego misia – teraz w tym podcyklu pojawia się książka „Polska”, która może przygotować dzieci na spotkania z przedstawicielami różnych narodów i kultur – i wprowadza garść wiadomości o własnym kraju. Katarzyna Kozłowska nadaje wszystkiemu rangę zabawy – odkrywa się tu kolejne tematy dzięki wyprawom w różne miejsca, a tematyzowanie rozkładówek pozwala przyjrzeć się Polsce z różnych stron.
Pojawi się w tej książce mapa Polski – oczywiście nie w wersji, którą dzieci dostaną w szkolnych atlasach, a znacznie bardziej bajkowa, z cechami charakterystycznymi największych miast – po to, żeby zainteresować małych odbiorców zawartością tomiku. Kolejne rozkładówki będą bowiem prezentować wybrane miejsca z uwzględnieniem ich turystycznych atrakcji lub legend i ciekawostek. Tak najmłodsi zwiedzą między innymi Warszawę (i zajrzą na Stadion Narodowy), wybiorą się nad Bałtyk, sprawdzając, jakie gatunki fauny można tu znaleźć, a także – co robi się na plaży. Odwiedzą Trójmiasto. Wyruszą też do Poznania i Torunia, Wrocławia czy Krakowa. Ponadto autorka zajmie się przygotowaniem do celów różnych podróży: dzieci przekonają się, czego można się dowiedzieć w muzeach albo w podręcznikach czy podaniach ludowych od przewodników, przyjrzy się rzekom i jeziorom, puszczom i lasom, górom i jaskiniom. To wszystko w dużym skrócie, tak, żeby zaintrygować najmłodszych i nie zmęczyć ich nadmiarem wiadomości. Tu liczy się przede wszystkim dobra zabawa, a także oswojenie maluchów z najbardziej charakterystycznymi i typowymi wiadomościami dotyczącymi poszczególnych rejonów i miejsc. W razie zainteresowania lub potrzeb odbiorcy będą mogli rozwijać wiadomości.
Nie ma tu bardzo rozbudowanej narracji, Katarzyna Kozłowska stawia na krótkie i wręcz hasłowe akapity, do których wplata drobne definicje albo ciekawostki – i podpisy do rysunków. Najwięcej miejsca na rozkładówkach tradycyjnie w całej serii zajmują ilustracje Marianny Schoett, która teraz może popisać się odwzorowywaniem tego wszystkiego, co uznajemy za koloryt lokalny – w najpiękniejszym możliwym wydaniu. Każda rozkładówka to zatem całe szeregi obrazków, między którymi przewijają się bohaterowie – zwłaszcza Gucio co pewien czas lubi wtrącić swoje trzy grosze do odwiedzanych miejsc i wprowadzić do świadomości maluchów coś interesującego. Pojawiają się pocztówki lub migawki, komiksowe kadry, ilustracje imitujące zdjęcia, a czasami też wyliczanki na marginesach – chodzi o to, żeby urozmaicać sposób przedstawiania wiadomości, by nie zmęczyć dzieci rutyną albo przewidywalnością. Książka jest bardzo kolorowa i bardzo przyjemna, spodoba się wielu maluchom i będzie długo im służyć – można za każdym razem podczas oglądania jej odkrywać coś nowego i sięgać do kolejnych ciekawostek nie tylko przy okazji wakacyjnych wojaży. Jest to książka dobrze obmyślona – w sam raz dla najmłodszych, którzy nie skupią się zbyt długo na tekście, wypełniona ładnymi dla oka obrazkami i zapadającymi w pamięć hasłami. Można wykorzystać ten tomik jako pierwszy przewodnik w stylu picture book dla maluchów.
poniedziałek, 8 czerwca 2026
Jory John, Pete Oswald: Niesforne ziarenko idzie do biblioteki
Harperkids, Warszawa 2026.
Książki
Jak przekonać dzieci do czytania? Po prostu: powiedzieć im, że czytanie jest fajne. Brzmi banalnie, ale nie w wykonaniu duetu Jory John-Pete Oswald. Tu faktycznie dzieci mogą uwierzyć w podobne zapewnienia, bo wplątane w nie zostało sporo humoru. „Niesforne ziarenko idzie do biblioteki” w podserii Tryb czytania to drobne opowiadanie dla dzieci, które muszą ćwiczyć czytanie. Jeśli muszą ćwiczyć czytanie, z pewnością zdążyły się już do tego zadania zniechęcić – warto więc uświadomić im, że czytanie bywa zabawą i przyjemnością, a najlepiej zrobi to bohater, co do którego odbiorcy mają gwarancję, że nie stawia na grzeczność i zachowania zgodne z jakimikolwiek kanonami. Nieprzypadkowo bohater – od którego nazwę bierze cała seria – ma przydomek Niesforny. Ziarenko robi, na co ma ochotę – i już samą tą wolnością przyciągnie do siebie małych czytelników. A to dopiero początek.
W tej podserii – w książkach przeznaczonych do ćwiczenia czytania – dzieci otrzymują picture booki z mocno ograniczoną warstwą tekstową. Chodzi przecież o to, żeby tomiki nie przytłaczały ogromem pracy do wykonania. Tekstu jest niewiele, druk duży – żeby łatwo było śledzić kolejne wyrazy. Do tego bardzo dowcipne ilustracje, które jeszcze podbijają humor zawarty w tekście, przyciągają wzrok i zapraszają do czytania. To wszystko musi się sprawdzić.
Jory John i Pete Oswald zajmują się w tym tomiku najmniej medialnym z możliwych zajęć. Oto Niesforne ziarenko przekonuje wszystkich, że uwielbia przebywać w bibliotece, że traktuje to jako część gry, w której ciągle można wygrywać. Jasne, bohater przyswaja sobie zasady panujące w tym miejscu – na przykład tę, że w bibliotece trzeba zachowywać się cicho – ale wykorzystuje to jako kolejny element gry. Najbardziej liczy się jednak fakt, że w bibliotece ma się dostęp do mnóstwa ciekawych książek. Niesforne ziarenko wybiera sobie jedną, zabiera ją do domu, a potem czyta na okrągło, wydając przy tym okrzyki radości czy zdumienia. Nie wiadomo, co czyta – nie padają tu żadne tytuły ani żadne wskazówki co do treści, zresztą to przecież nieistotne, ważny staje się sam fakt czytania dla przyjemności. Kiedy już odbiorcy pozazdroszczą Ziarenku jego rozrywki, staje się rzecz straszna: przychodzi ponaglenie z biblioteki. Ulubioną książkę trzeba oddać, bo czekają na nią inni. W ten sposób autorzy budują przekonanie, że czytanie jest super – i że jest to zajęcie popularne i powszechne do tego stopnia, że nie można nawet przetrzymać lektury w domu. Niesforne ziarenko przechodzi zatem proces wybierania kolejnej książki na najbliższe dwa tygodnie i szybko przekonuje się, że nowa pozycja stanie się jego najulubieńszą... Tę historię można by zapętlić, ale dla dzieci najbardziej będzie się liczył fakt, że Niesforne ziarenko doskonale się bawi w swoim świecie. Każdy może sprawdzić, czy to prawda – czy książki dają tyle rozrywki i tyle przyjemności, ile dały bohaterowi tego tomiku. A stąd już prosta droga do zaszczepienia czytelnikom takiego sposobu spędzania wolnego czasu. Oby udało się z tym tomikiem trafić do jak największego grona młodych odbiorców.
Książki
Jak przekonać dzieci do czytania? Po prostu: powiedzieć im, że czytanie jest fajne. Brzmi banalnie, ale nie w wykonaniu duetu Jory John-Pete Oswald. Tu faktycznie dzieci mogą uwierzyć w podobne zapewnienia, bo wplątane w nie zostało sporo humoru. „Niesforne ziarenko idzie do biblioteki” w podserii Tryb czytania to drobne opowiadanie dla dzieci, które muszą ćwiczyć czytanie. Jeśli muszą ćwiczyć czytanie, z pewnością zdążyły się już do tego zadania zniechęcić – warto więc uświadomić im, że czytanie bywa zabawą i przyjemnością, a najlepiej zrobi to bohater, co do którego odbiorcy mają gwarancję, że nie stawia na grzeczność i zachowania zgodne z jakimikolwiek kanonami. Nieprzypadkowo bohater – od którego nazwę bierze cała seria – ma przydomek Niesforny. Ziarenko robi, na co ma ochotę – i już samą tą wolnością przyciągnie do siebie małych czytelników. A to dopiero początek.
W tej podserii – w książkach przeznaczonych do ćwiczenia czytania – dzieci otrzymują picture booki z mocno ograniczoną warstwą tekstową. Chodzi przecież o to, żeby tomiki nie przytłaczały ogromem pracy do wykonania. Tekstu jest niewiele, druk duży – żeby łatwo było śledzić kolejne wyrazy. Do tego bardzo dowcipne ilustracje, które jeszcze podbijają humor zawarty w tekście, przyciągają wzrok i zapraszają do czytania. To wszystko musi się sprawdzić.
Jory John i Pete Oswald zajmują się w tym tomiku najmniej medialnym z możliwych zajęć. Oto Niesforne ziarenko przekonuje wszystkich, że uwielbia przebywać w bibliotece, że traktuje to jako część gry, w której ciągle można wygrywać. Jasne, bohater przyswaja sobie zasady panujące w tym miejscu – na przykład tę, że w bibliotece trzeba zachowywać się cicho – ale wykorzystuje to jako kolejny element gry. Najbardziej liczy się jednak fakt, że w bibliotece ma się dostęp do mnóstwa ciekawych książek. Niesforne ziarenko wybiera sobie jedną, zabiera ją do domu, a potem czyta na okrągło, wydając przy tym okrzyki radości czy zdumienia. Nie wiadomo, co czyta – nie padają tu żadne tytuły ani żadne wskazówki co do treści, zresztą to przecież nieistotne, ważny staje się sam fakt czytania dla przyjemności. Kiedy już odbiorcy pozazdroszczą Ziarenku jego rozrywki, staje się rzecz straszna: przychodzi ponaglenie z biblioteki. Ulubioną książkę trzeba oddać, bo czekają na nią inni. W ten sposób autorzy budują przekonanie, że czytanie jest super – i że jest to zajęcie popularne i powszechne do tego stopnia, że nie można nawet przetrzymać lektury w domu. Niesforne ziarenko przechodzi zatem proces wybierania kolejnej książki na najbliższe dwa tygodnie i szybko przekonuje się, że nowa pozycja stanie się jego najulubieńszą... Tę historię można by zapętlić, ale dla dzieci najbardziej będzie się liczył fakt, że Niesforne ziarenko doskonale się bawi w swoim świecie. Każdy może sprawdzić, czy to prawda – czy książki dają tyle rozrywki i tyle przyjemności, ile dały bohaterowi tego tomiku. A stąd już prosta droga do zaszczepienia czytelnikom takiego sposobu spędzania wolnego czasu. Oby udało się z tym tomikiem trafić do jak największego grona młodych odbiorców.
niedziela, 7 czerwca 2026
Bernadetta Darska: Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku
Iskry, Warszawa 2026.
Ośrodek
Nie jest to książka fabularyzowana, nie jest to publikacja do rozrywkowej lektury. Bernadetta Darska stawia na wnikliwe analizowanie kolejnych dokumentów i materiałów dotyczących tworzenia się Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka w Bartoszycach: domu dziecka, który ma zmienić postrzeganie losu sierot (co zwłaszcza po drugiej wojnie światowej ma ogromne znaczenie) i jednocześnie wyznaczyć trendy. Zadanie zaprojektowane z rozmachem i odwagą – wypełnione licznymi wyzwaniami i pokazujące trochę przemiany społeczne i obyczajowe.
W koszarach Ludendorffa ma powstać nowoczesna placówka zajmująca się dziećmi. To odrestaurowywane stopniowo budynki i cała masa papierkowej roboty – tak, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Liczy się możliwość odnotowania kolejnych sukcesów i wypracowania dobrych – przyszłościowych rozwiązań. Ale w tym przeglądaniu archiwów Bernadetta Darska nie zapomina też o wychowankach ośrodka – zdarza się od czasu do czasu, że oddaje im głos (sprawdza zwłaszcza ich wspomnienia dotyczące Bartoszyc) lub pokazuje reakcje na konkretne sytuacje. Odpowiada odbiorcom na pytanie, dlaczego dzieci z Bartoszyc nie chciały być adoptowane i ukrywały się w lasach przed potencjalnymi rodzicami – i to ma najlepiej pokazywać, jak miejsce wpływało na młodych ludzi i co im oferowało.
Bernadetta Darska sprawdza skrupulatnie kolejne zapiski i materiały – wiedzę czerpie z oficjalnych dokumentów, nie starając się nawet ich oceniać czy komentować, bo przecież musi zachować dystans do przedmiotu badań. Zatem nawet jeśli coś wydaje się nie do końca trafionym pomysłem, pojawi się jedynie na zasadzie wzmianki – a nie jako źródło przeszkód i traum. Samo przygotowywanie ośrodka wymaga wytężonej pracy i działań nie tylko urzędniczych – i fragmenty książki, które odnoszą się do kształtowania placówki wydają się w lekturze bardzo suche, zupełnie jakby autorka mimowolnie przejmowała styl dokumentów. Dopiero kiedy w opowieści przyjdzie czas na ludzi, historia nabierze życia. Nawet jeśli momentami nie będą to wiadomości optymistyczne (jak w przypadku zbiorowego zatrucia pokarmowego). Odtwarzanie losów miejsca przede wszystkim z zachowanych dokumentów nie jest proste, Bernadetta Darska zdecydowała się na styl beznamiętny – dzięki temu może skupić się na przywoływaniu kolejnych odkryć, a nie na budowaniu własnej wizji ośrodka. Daje czytelnikom pojęcie o przedsięwzięciu dzisiaj zapomnianym, o pomyśle, z którym wiązano ogromne nadzieje i który miał prowadzić do zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa tym, którzy nie odnaleźliby go we własnych domach. Co ważne, bardzo rzadko autorka może porozmawiać z osobami, które mają na temat Bartoszyc własne zdanie – i które doświadczyły tego, co w domu dziecka się działo. Dlatego też woli odczytywać zdjęcia i spisane wspomnienia – to daje jej pewien pogląd na rzeczywistość.
„Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” to książka, która niejeden raz zaskoczy czytelników zwłaszcza połączeniem polityki społecznej i efektami działań prowadzących do zapewnienia beztroskiego dzieciństwa osieroconym dzieciom. Jest to książka, która nie dostarcza relaksu, za to mówi sporo ważnych rzeczy o zjawisku obecnie zapomnianym.
Ośrodek
Nie jest to książka fabularyzowana, nie jest to publikacja do rozrywkowej lektury. Bernadetta Darska stawia na wnikliwe analizowanie kolejnych dokumentów i materiałów dotyczących tworzenia się Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka w Bartoszycach: domu dziecka, który ma zmienić postrzeganie losu sierot (co zwłaszcza po drugiej wojnie światowej ma ogromne znaczenie) i jednocześnie wyznaczyć trendy. Zadanie zaprojektowane z rozmachem i odwagą – wypełnione licznymi wyzwaniami i pokazujące trochę przemiany społeczne i obyczajowe.
W koszarach Ludendorffa ma powstać nowoczesna placówka zajmująca się dziećmi. To odrestaurowywane stopniowo budynki i cała masa papierkowej roboty – tak, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Liczy się możliwość odnotowania kolejnych sukcesów i wypracowania dobrych – przyszłościowych rozwiązań. Ale w tym przeglądaniu archiwów Bernadetta Darska nie zapomina też o wychowankach ośrodka – zdarza się od czasu do czasu, że oddaje im głos (sprawdza zwłaszcza ich wspomnienia dotyczące Bartoszyc) lub pokazuje reakcje na konkretne sytuacje. Odpowiada odbiorcom na pytanie, dlaczego dzieci z Bartoszyc nie chciały być adoptowane i ukrywały się w lasach przed potencjalnymi rodzicami – i to ma najlepiej pokazywać, jak miejsce wpływało na młodych ludzi i co im oferowało.
Bernadetta Darska sprawdza skrupulatnie kolejne zapiski i materiały – wiedzę czerpie z oficjalnych dokumentów, nie starając się nawet ich oceniać czy komentować, bo przecież musi zachować dystans do przedmiotu badań. Zatem nawet jeśli coś wydaje się nie do końca trafionym pomysłem, pojawi się jedynie na zasadzie wzmianki – a nie jako źródło przeszkód i traum. Samo przygotowywanie ośrodka wymaga wytężonej pracy i działań nie tylko urzędniczych – i fragmenty książki, które odnoszą się do kształtowania placówki wydają się w lekturze bardzo suche, zupełnie jakby autorka mimowolnie przejmowała styl dokumentów. Dopiero kiedy w opowieści przyjdzie czas na ludzi, historia nabierze życia. Nawet jeśli momentami nie będą to wiadomości optymistyczne (jak w przypadku zbiorowego zatrucia pokarmowego). Odtwarzanie losów miejsca przede wszystkim z zachowanych dokumentów nie jest proste, Bernadetta Darska zdecydowała się na styl beznamiętny – dzięki temu może skupić się na przywoływaniu kolejnych odkryć, a nie na budowaniu własnej wizji ośrodka. Daje czytelnikom pojęcie o przedsięwzięciu dzisiaj zapomnianym, o pomyśle, z którym wiązano ogromne nadzieje i który miał prowadzić do zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa tym, którzy nie odnaleźliby go we własnych domach. Co ważne, bardzo rzadko autorka może porozmawiać z osobami, które mają na temat Bartoszyc własne zdanie – i które doświadczyły tego, co w domu dziecka się działo. Dlatego też woli odczytywać zdjęcia i spisane wspomnienia – to daje jej pewien pogląd na rzeczywistość.
„Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” to książka, która niejeden raz zaskoczy czytelników zwłaszcza połączeniem polityki społecznej i efektami działań prowadzących do zapewnienia beztroskiego dzieciństwa osieroconym dzieciom. Jest to książka, która nie dostarcza relaksu, za to mówi sporo ważnych rzeczy o zjawisku obecnie zapomnianym.
sobota, 6 czerwca 2026
Michele Assaarasakorn: Akcja Psiaki. Hazel ma ręce pełne roboty
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Samodzielność
Michele Assaarasakorn w serii komiksów z serii Akcja Psiaki stara się przedstawiać różne problemy, z jakimi dzisiaj borykają się nastolatki – a jednocześnie nadać tym problemom rys uniwersalności tak, żeby czytelniczki nie wyrosły tak szybko z opowieści o kilku przyjaciółkach, które postanowiły połączyć chęć dorabiania do kieszonkowego z miłością do czworonogów. „Hazel ma ręce pełne roboty” to kolejny tom w serii – i tym razem autorka przygląda się uważniej bohaterce, która później dołączyła do paczki. Hazel porusza się na wózku inwalidzkim, cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) – co wcześniej nie zostało wyjaśnione, a autorka ze swojej decyzji tłumaczy się w posłowiu. Bohaterka musi chodzić na fizjoterapię, a ponadto przyjmuje jeden z najdroższych leków na świecie – żeby zahamować postępy choroby i jak najdłużej móc funkcjonować bez wsparcia innych. Jednak właśnie ta kwestia – pomoc ze strony innych – ma w tej książce wielkie znaczenie.
Zbliżają się wakacje i każda z dziewczyn z Psiaków ma swoje plany. Jedna musi pojechać do ojca, który ożeni się powtórnie i chciałby przedstawić wybrankę serca swojej córce. Do innej przyjeżdża znajoma – i trzeba będzie się nią zająć, a na pewno zapewnić jej trochę rozrywek w nieznanym otoczeniu. I kiedy Hazel dowiaduje się, że ojciec i syn (również poruszający się na wózku) nie mogą znaleźć opiekunów dla swoich zwierzaków, postanawia im pomóc. Radzi sobie świetnie: przede wszystkim sama jest rezolutna i przewidująca, ma bardzo silne ręce i wie, jak sobie radzić z różnymi wyzwaniami. Dom nowych klientów Psiaków jest przystosowany do osób jeżdżących na wózkach, więc łatwo będzie dziewczynie poruszać się nawet w nieznanym otoczeniu. Ale problemem jest mama Hazel – kobieta, która swoją nadopiekuńczością doprowadza do rozpaczy nastolatkę. Mama nie chce, żeby Hazel robiła coś bez towarzystwa, boi się o córkę – i to najzupełniej zrozumiałe. Ale swoim strachem blokuje działania dziewczyny, która chce udowodnić, że zasługuje na zaufanie i że poradzi sobie w każdej sytuacji. Dlatego też Hazel musi po raz pierwszy w życiu okłamać mamę, żeby nie musieć rezygnować ze swoich planów. Oczywiście każde kłamstwo wcześniej czy później wyjdzie na jaw, więc czytelniczki będą się skupiać na tym, jak bohaterka rozwiązuje swój problem i jak wyjaśnia mamie, czego potrzebuje. Obie bohaterki zresztą zyskują tu szansę na wyrażenie swoich uczuć i spokojną rozmowę – w której emocji wprawdzie nie zabraknie, ale to wskazówka także dla odbiorczyń i ich rodziców – warto wypracowywać kompromisy zamiast doprowadzać do sytuacji granicznych.
Jest to książka w sam raz dla wszystkich czytelniczek, które kochają opowieści o zwierzętach – jak zawsze mamy tu do czynienia z bogatą galerią psów i kotów o rozmaitych charakterach, nie można się oderwać od ich przygód i pomysłów. To rodzaj nagrody dla czytelniczek – bo otrzymują w komiksie jak zwykle całą serię tematów społecznych, ważnych w gronie rówieśniczek albo w relacjach z dorosłymi. To bardzo dobrze przygotowana seria. Na uwagę zasługuje też warstwa obrazkowa – trochę w stylu anime, co przyciągnie wzrok młodszych nastolatek i nakłoni je do sięgnięcia po mądrą i wartościową opowieść.
Samodzielność
Michele Assaarasakorn w serii komiksów z serii Akcja Psiaki stara się przedstawiać różne problemy, z jakimi dzisiaj borykają się nastolatki – a jednocześnie nadać tym problemom rys uniwersalności tak, żeby czytelniczki nie wyrosły tak szybko z opowieści o kilku przyjaciółkach, które postanowiły połączyć chęć dorabiania do kieszonkowego z miłością do czworonogów. „Hazel ma ręce pełne roboty” to kolejny tom w serii – i tym razem autorka przygląda się uważniej bohaterce, która później dołączyła do paczki. Hazel porusza się na wózku inwalidzkim, cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) – co wcześniej nie zostało wyjaśnione, a autorka ze swojej decyzji tłumaczy się w posłowiu. Bohaterka musi chodzić na fizjoterapię, a ponadto przyjmuje jeden z najdroższych leków na świecie – żeby zahamować postępy choroby i jak najdłużej móc funkcjonować bez wsparcia innych. Jednak właśnie ta kwestia – pomoc ze strony innych – ma w tej książce wielkie znaczenie.
Zbliżają się wakacje i każda z dziewczyn z Psiaków ma swoje plany. Jedna musi pojechać do ojca, który ożeni się powtórnie i chciałby przedstawić wybrankę serca swojej córce. Do innej przyjeżdża znajoma – i trzeba będzie się nią zająć, a na pewno zapewnić jej trochę rozrywek w nieznanym otoczeniu. I kiedy Hazel dowiaduje się, że ojciec i syn (również poruszający się na wózku) nie mogą znaleźć opiekunów dla swoich zwierzaków, postanawia im pomóc. Radzi sobie świetnie: przede wszystkim sama jest rezolutna i przewidująca, ma bardzo silne ręce i wie, jak sobie radzić z różnymi wyzwaniami. Dom nowych klientów Psiaków jest przystosowany do osób jeżdżących na wózkach, więc łatwo będzie dziewczynie poruszać się nawet w nieznanym otoczeniu. Ale problemem jest mama Hazel – kobieta, która swoją nadopiekuńczością doprowadza do rozpaczy nastolatkę. Mama nie chce, żeby Hazel robiła coś bez towarzystwa, boi się o córkę – i to najzupełniej zrozumiałe. Ale swoim strachem blokuje działania dziewczyny, która chce udowodnić, że zasługuje na zaufanie i że poradzi sobie w każdej sytuacji. Dlatego też Hazel musi po raz pierwszy w życiu okłamać mamę, żeby nie musieć rezygnować ze swoich planów. Oczywiście każde kłamstwo wcześniej czy później wyjdzie na jaw, więc czytelniczki będą się skupiać na tym, jak bohaterka rozwiązuje swój problem i jak wyjaśnia mamie, czego potrzebuje. Obie bohaterki zresztą zyskują tu szansę na wyrażenie swoich uczuć i spokojną rozmowę – w której emocji wprawdzie nie zabraknie, ale to wskazówka także dla odbiorczyń i ich rodziców – warto wypracowywać kompromisy zamiast doprowadzać do sytuacji granicznych.
Jest to książka w sam raz dla wszystkich czytelniczek, które kochają opowieści o zwierzętach – jak zawsze mamy tu do czynienia z bogatą galerią psów i kotów o rozmaitych charakterach, nie można się oderwać od ich przygód i pomysłów. To rodzaj nagrody dla czytelniczek – bo otrzymują w komiksie jak zwykle całą serię tematów społecznych, ważnych w gronie rówieśniczek albo w relacjach z dorosłymi. To bardzo dobrze przygotowana seria. Na uwagę zasługuje też warstwa obrazkowa – trochę w stylu anime, co przyciągnie wzrok młodszych nastolatek i nakłoni je do sięgnięcia po mądrą i wartościową opowieść.
piątek, 5 czerwca 2026
Helena Piecuch: Mamuna
Czarne, Wołowiec 2026.
Mrok natury
Takie historie nigdy się nie zestarzeją, oparte na ludowych wierzeniach i na tradycjach zapominanych, a odgrzebywanych od czasu do czasu przez pasjonatów. „Mamuna” Heleny Piecuch to powieść, w której ważniejsze niż to, co się wydarza, jest to, co się nie dzieje, albo co funkcjonuje na pograniczu realizmu i świata niezrozumiałego dla większości postronnych. Wioletta z pozoru ma szczęśliwą rodzinę – jej mąż zajmuje się badaniem płazów i doskonale rozumie istoty, na widok których inni odwracają wzrok. Trzy córki – Iza, Agata i Ruta – muszą nauczyć się samodzielności znacznie szybciej, niż w normalnych rodzinach. Matka dystansuje się od nich i nie jest w stanie uspokoić szalejących w niej efektów zewu natury. W sielankę wkracza mamuna – i tak naprawdę nie wiadomo, czy pochodzi ona z jestestwa Wioletty, czy to stwory z wierzeń ludowych owładnęły kobietę tak, że ta nie jest w stanie im się oprzeć i poświęci nawet najbliższych, byle tylko znaleźć spokój i swoje miejsce na świecie. „Mamuna” to książka kilkugłosowa: po kolei historię przedstawiają tu Wioletta, Jerzy, Iza, Agata i Ruta – a każda z nich ma do opowiedzenia zupełnie inny fragment codzienności. Każda z nich też zwraca uwagę na różne aspekty funkcjonowania w domu na skraju wsi – Wiolettę najmniej interesuje przyziemność, z kolei Jerzy stara się porzucić łatkę naukowca interesującego się wyłącznie własnymi badaniami – chociaż nie do końca to potrafi, próbuje scementować rodzinę, a przynajmniej zareagować na to, co niewytłumaczalne, a co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Iza najrozsądniej ucieka z domu, kiedy to tylko możliwe – nie czuje się w żaden sposób odpowiedzialna za młodsze siostry i nie zamierza brać na siebie problemów rodziców. Agata wie, co się dzieje, ale zareagować nie może. A Ruta – ta, która imię dostała od przyrody – widzi najwięcej i znowu – może stać się pomostem między światem bajań a rzeczywistością.
Nie ma tu spektakularnych wydarzeń ani fabuły, która trzymałaby w napięciu, nawet jeśli Helena Piecuch dba o to, żeby od czasu do czasu coś się działo, to walka o uwagę czytelników rozgrywa się w zupełnie innej płaszczyźnie, w płaszczyźnie narracji i opisów. A te są naprawdę magiczne i mocne – wciągają odbiorców i urzekają rytmem, są niespokojne, ale jednocześnie uporządkowane. Odbiegają od tego, co odbiorcy kojarzą z poczytnych lektur – są migotliwe i nieuchwytne do końca. A niosą w sobie treści, które mają wywierać najsilniejsze wrażenie na wszystkich wrażliwcach i tych, którzy mają nadzieję, że uda się ocalić coś z ludowej kultury. Helena Piecuch tworzy powieść na kanwie dawnych przekazów – a jednocześnie zanurza ją mocno we współczesności. Karmi czytelników niezwykłym połączeniem, zestawieniem tego, co przyziemne i dosłowne z tym, co nie do opowiedzenia. W słowach tkwi jej wielka siła, siła, która nawet psychologię postaci pokonuje – nie liczy się tu nic poza sztuką opowiadania i powrotem do legend. „Mamuna” to książka, która bazuje na niepokoju, na nieoczywistości i na porażce w tworzeniu utopii w wymiarze mikro.
Mrok natury
Takie historie nigdy się nie zestarzeją, oparte na ludowych wierzeniach i na tradycjach zapominanych, a odgrzebywanych od czasu do czasu przez pasjonatów. „Mamuna” Heleny Piecuch to powieść, w której ważniejsze niż to, co się wydarza, jest to, co się nie dzieje, albo co funkcjonuje na pograniczu realizmu i świata niezrozumiałego dla większości postronnych. Wioletta z pozoru ma szczęśliwą rodzinę – jej mąż zajmuje się badaniem płazów i doskonale rozumie istoty, na widok których inni odwracają wzrok. Trzy córki – Iza, Agata i Ruta – muszą nauczyć się samodzielności znacznie szybciej, niż w normalnych rodzinach. Matka dystansuje się od nich i nie jest w stanie uspokoić szalejących w niej efektów zewu natury. W sielankę wkracza mamuna – i tak naprawdę nie wiadomo, czy pochodzi ona z jestestwa Wioletty, czy to stwory z wierzeń ludowych owładnęły kobietę tak, że ta nie jest w stanie im się oprzeć i poświęci nawet najbliższych, byle tylko znaleźć spokój i swoje miejsce na świecie. „Mamuna” to książka kilkugłosowa: po kolei historię przedstawiają tu Wioletta, Jerzy, Iza, Agata i Ruta – a każda z nich ma do opowiedzenia zupełnie inny fragment codzienności. Każda z nich też zwraca uwagę na różne aspekty funkcjonowania w domu na skraju wsi – Wiolettę najmniej interesuje przyziemność, z kolei Jerzy stara się porzucić łatkę naukowca interesującego się wyłącznie własnymi badaniami – chociaż nie do końca to potrafi, próbuje scementować rodzinę, a przynajmniej zareagować na to, co niewytłumaczalne, a co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Iza najrozsądniej ucieka z domu, kiedy to tylko możliwe – nie czuje się w żaden sposób odpowiedzialna za młodsze siostry i nie zamierza brać na siebie problemów rodziców. Agata wie, co się dzieje, ale zareagować nie może. A Ruta – ta, która imię dostała od przyrody – widzi najwięcej i znowu – może stać się pomostem między światem bajań a rzeczywistością.
Nie ma tu spektakularnych wydarzeń ani fabuły, która trzymałaby w napięciu, nawet jeśli Helena Piecuch dba o to, żeby od czasu do czasu coś się działo, to walka o uwagę czytelników rozgrywa się w zupełnie innej płaszczyźnie, w płaszczyźnie narracji i opisów. A te są naprawdę magiczne i mocne – wciągają odbiorców i urzekają rytmem, są niespokojne, ale jednocześnie uporządkowane. Odbiegają od tego, co odbiorcy kojarzą z poczytnych lektur – są migotliwe i nieuchwytne do końca. A niosą w sobie treści, które mają wywierać najsilniejsze wrażenie na wszystkich wrażliwcach i tych, którzy mają nadzieję, że uda się ocalić coś z ludowej kultury. Helena Piecuch tworzy powieść na kanwie dawnych przekazów – a jednocześnie zanurza ją mocno we współczesności. Karmi czytelników niezwykłym połączeniem, zestawieniem tego, co przyziemne i dosłowne z tym, co nie do opowiedzenia. W słowach tkwi jej wielka siła, siła, która nawet psychologię postaci pokonuje – nie liczy się tu nic poza sztuką opowiadania i powrotem do legend. „Mamuna” to książka, która bazuje na niepokoju, na nieoczywistości i na porażce w tworzeniu utopii w wymiarze mikro.
czwartek, 4 czerwca 2026
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini
Mando, WAM, Kraków 2026.
Ikona
Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.
Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.
Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.
Ikona
Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.
Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.
Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.
środa, 3 czerwca 2026
Joseph Cox: Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości
Czarne, Wołowiec 2026.
Podstęp
Zwykle to przestępcy wyprzedzają tych, którzy mają ich śledzić – jednak Joseph Cox pokazuje sytuację, w której śledczy – FBI – wymyśliło sposób, jak zwabić w pułapkę osoby zajmujące się między innymi handlem narkotykami na wielką skalę. „Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości” to opowieść wypełniona silnymi emocjami w tle, a precyzją i trafnymi obrazkami na pierwszym planie. Mamy tu reportaż śledczy – i mocno działające na wyobraźnię sceny. Najpierw Joseph Cox pokazuje odbiorcom, jak funkcjonowały gangi i z jakiego powodu trudno było dostać się do wiadomości potrzebnych do rozbicia struktur zorganizowanych grup przestępczych. To nie budzi wątpliwości i raczej wszystkim wydaje się oczywiste. Jednak wodzeni za nos śledczy też mogą wykorzystać zdobycze technologiczne, żeby zwiększyć szanse na wygraną w tej nierównej walce – i tak dzieje się w tym przypadku. „Anom” to książka o tym, jak FBI stworzyło produkt, którym zainfekowało gangi – żeby zyskać dostęp do niezbędnych danych. Z jednej strony mamy tutaj start-upy, działania, które mocno ułatwiają przestępcom komunikowanie się – produkty i usługi, które wprawdzie oficjalnie nie mogą być wykorzystywane do łamania prawa, ale w praktyce są lubiane przez mafijnych bossów i siatki przestępczych kontaktów. Komunikatory i telefony muszą być bezpieczne, a do tego przestępcy chcą jeszcze mieć pewność, że w razie wpadki uda im się szybko skasować obciążające ich wiadomości – tu nie mogą zatem liczyć na istniejących na rynku poważnych graczy, bo ci z pewnością chętnie będą współpracować ze śledczymi. Z pomocą przychodzą zatem małe firmy i start-upy. Z drugiej strony mamy FBI – które samo wymyśla i wprowadza na rynek – w tym przede wszystkim rynek przestępczy – Anoma – sposób na komunikowanie się bezpieczne i wolne od podsłuchów (a w rzeczywistości dostarczające wiadomości bezpośrednio na monitory śledczych). Przestępcy zachłystują się możliwościami, jakie zapewnia im Anom – i nie mają pojęcia, że właśnie dostarczają dowodów na swoją nielegalną działalność.
Joseph Cox nie spieszy się z opowieścią. Przedstawia ją po kawałku, tak, żeby zapewnić odbiorcom sporo emocji i adrenaliny – i żeby uzmysłowić im, jak skomplikowaną akcją było wypuszczenie na czarny rynek nowego sposobu na komunikowanie się – tak, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Prezentuje i mafiozów, którzy szukali dla swoich ludzi najlepszych możliwych telefonów i aplikacji – i śledczych, którzy musieli działać ostrożnie, żeby nie zdradzić się przedwcześnie i żeby uzyskać materiały pozwalające oskarżyć nie płotki, ale szefów. To akcja o zasięgu międzynarodowym i wymuszająca na autorach sięganie po nowoczesne rozwiązania. Nie ma miejsca na przypadek ani na pomyłki czy błędy – i właśnie ta misterna konstrukcja zostaje w książce ładnie rozrysowana. „Anom” to lektura niemal kryminalna, wypełniona bardzo atrakcyjnymi z perspektywy zwykłych czytelników treściami – tu wszystko jest pokazane bardzo dokładnie, tak, żeby odbiorcy mieli wrażenie oglądania akcji w zwolnionym tempie – po to, by zdążyli wszystko zaobserwować i przeanalizować. Jest to publikacja wyjątkowa, dobra nie tylko jako źródło ciekawostek, ale i jako rozrywkowa lektura.
Podstęp
Zwykle to przestępcy wyprzedzają tych, którzy mają ich śledzić – jednak Joseph Cox pokazuje sytuację, w której śledczy – FBI – wymyśliło sposób, jak zwabić w pułapkę osoby zajmujące się między innymi handlem narkotykami na wielką skalę. „Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości” to opowieść wypełniona silnymi emocjami w tle, a precyzją i trafnymi obrazkami na pierwszym planie. Mamy tu reportaż śledczy – i mocno działające na wyobraźnię sceny. Najpierw Joseph Cox pokazuje odbiorcom, jak funkcjonowały gangi i z jakiego powodu trudno było dostać się do wiadomości potrzebnych do rozbicia struktur zorganizowanych grup przestępczych. To nie budzi wątpliwości i raczej wszystkim wydaje się oczywiste. Jednak wodzeni za nos śledczy też mogą wykorzystać zdobycze technologiczne, żeby zwiększyć szanse na wygraną w tej nierównej walce – i tak dzieje się w tym przypadku. „Anom” to książka o tym, jak FBI stworzyło produkt, którym zainfekowało gangi – żeby zyskać dostęp do niezbędnych danych. Z jednej strony mamy tutaj start-upy, działania, które mocno ułatwiają przestępcom komunikowanie się – produkty i usługi, które wprawdzie oficjalnie nie mogą być wykorzystywane do łamania prawa, ale w praktyce są lubiane przez mafijnych bossów i siatki przestępczych kontaktów. Komunikatory i telefony muszą być bezpieczne, a do tego przestępcy chcą jeszcze mieć pewność, że w razie wpadki uda im się szybko skasować obciążające ich wiadomości – tu nie mogą zatem liczyć na istniejących na rynku poważnych graczy, bo ci z pewnością chętnie będą współpracować ze śledczymi. Z pomocą przychodzą zatem małe firmy i start-upy. Z drugiej strony mamy FBI – które samo wymyśla i wprowadza na rynek – w tym przede wszystkim rynek przestępczy – Anoma – sposób na komunikowanie się bezpieczne i wolne od podsłuchów (a w rzeczywistości dostarczające wiadomości bezpośrednio na monitory śledczych). Przestępcy zachłystują się możliwościami, jakie zapewnia im Anom – i nie mają pojęcia, że właśnie dostarczają dowodów na swoją nielegalną działalność.
Joseph Cox nie spieszy się z opowieścią. Przedstawia ją po kawałku, tak, żeby zapewnić odbiorcom sporo emocji i adrenaliny – i żeby uzmysłowić im, jak skomplikowaną akcją było wypuszczenie na czarny rynek nowego sposobu na komunikowanie się – tak, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Prezentuje i mafiozów, którzy szukali dla swoich ludzi najlepszych możliwych telefonów i aplikacji – i śledczych, którzy musieli działać ostrożnie, żeby nie zdradzić się przedwcześnie i żeby uzyskać materiały pozwalające oskarżyć nie płotki, ale szefów. To akcja o zasięgu międzynarodowym i wymuszająca na autorach sięganie po nowoczesne rozwiązania. Nie ma miejsca na przypadek ani na pomyłki czy błędy – i właśnie ta misterna konstrukcja zostaje w książce ładnie rozrysowana. „Anom” to lektura niemal kryminalna, wypełniona bardzo atrakcyjnymi z perspektywy zwykłych czytelników treściami – tu wszystko jest pokazane bardzo dokładnie, tak, żeby odbiorcy mieli wrażenie oglądania akcji w zwolnionym tempie – po to, by zdążyli wszystko zaobserwować i przeanalizować. Jest to publikacja wyjątkowa, dobra nie tylko jako źródło ciekawostek, ale i jako rozrywkowa lektura.
wtorek, 2 czerwca 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Spisek w metrze
Kropka, Warszawa 2026.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






