Rebis, Poznań 2026.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naukowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naukowe. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
sobota, 30 maja 2026
Christopher Brousseau, Matt Sharp: LLMs w akcji. Od modeli językowych do dochodowych produktów
Helion, Gliwice 2026.
Tworzenie bota
Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.
Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.
Tworzenie bota
Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.
Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.
czwartek, 22 stycznia 2026
Monika Kwaśniewska-Mikuła: #MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
poniedziałek, 1 grudnia 2025
Formuła wygrywania. Bez filtra o przywództwie, w którym liczą się wyniki, nie etykiety. Red. dr Anna Kieszkowska-Grudny, dr Ewa Szymczak
Studio Emka, Warszawa 2025.
Głos kobiet
Czytelnicy otrzymują zbiór krótkich opracowań naukowych dotyczących roli kobiet w procesie zarządzania. O tym, jakie powinny być współczesne liderki, czego się od nich wymaga i czego się oczekuje po nieuchronnych zmianach na różnych szczeblach zarządzania, piszą autorki kolejnych wystąpień czy szkiców. I trudno się oprzeć wrażeniu, że krążą wokół tematu, do którego pogłębienia brakuje im narzędzi – bardzo wiele prac opiera się po prostu na analizach ankiet, bez większego komentarza na temat uzyskanych wyników. W efekcie stawiane hipotezy, które potwierdzają się (rzadziej – nie) w wyniku zbierania danych są jedynym czynnikiem pokazującym kondycję kobiet w sferze biznesu. Zupełnie jakby autorki bały się bardziej nowatorskiego czy oryginalnego podejścia i korzystały ze sprawdzonych schematów. To spory problem dla czytelników, bo żeby wydobyć z publikacji wartościowe spostrzeżenia, trzeba często przedzierać się przez kolejne metodologie i omówienia okoliczności przeprowadzania badań. I owszem, każdy tekst jest tu opatrzony bibliografią, każde twierdzenie – udokumentowane odpowiednio. Tyle że niewiele wniosków wysnują z tego zwyczajni odbiorcy. Bo pojawia się tu kłopot dość często w publikacjach zbiorczych spotykany – brak moderacji tekstów. Każdy nadsyła swój, nie interesując się, jak wypadnie on w całości – część informacji teoretycznych będzie się zatem do znudzenia powtarzać, podobnie zresztą jak część założeń. A przecież nie chodzi o to, żeby jeden zespół badawczy tworzył podwaliny pod odkrycia drugiego zespołu, a o to, żeby wiadomości uzupełniały się wzajemnie i składały na jeden spójny wywód. „Formuła wygrywania” to bardziej opowieść o tęsknocie i niemożności dotarcia na szczyt niż o faktycznych przemianach, jakie gwarantuje obecność płci pięknej na ważnych stanowiskach. I oczywiście takie uogólnienie też jest krzywdzące, pojawią się tu teksty naprawdę wartościowe, takie, które przyciągają uwagę i takie, które prowokują do dyskusji – ale trochę znikają w gąszczu powtarzalnych fraz. A szkoda. Co ciekawe, w samym budowaniu hipotez trzeba korzystać ze stereotypów, z którymi przecież powinno się już walczyć – płeć w żaden sposób nie gwarantuje określonego stylu zarządzania, tymczasem autorki kolejnych tekstów zdają się nie zwracać na ten fakt uwagi – konsekwentnie przypisują liderkom zachowania dawniej funkcjonujące w świadomości społeczeństwa jako typowo kobiece. I to podczas lektury może budzić silny sprzeciw. Daje się też dostrzec zachwianie proporcji między tabelkami i wykresami – prezentującymi wyniki ankiet – a samym omówieniem tych wyników (które często bazuje po prostu na wyliczeniu procentowym). Z pewnością „Formuła wygrywania” mogłaby dostarczyć czytelnikom więcej wartościowych wskazówek, gdyby przesunąć nacisk z metodologii i bazowania na ankietach na analizowanie dostrzeżonych zjawisk, słowem – nie: co się dzieje na rynku, a dlaczego tak się dzieje.
Bez wątpienia kobiety w biznesie są mniej reprezentowane – jednak te, którym się udało, nie potrzebują wsparcia w rodzaju akcentowania siły ich płci – wydaje się, że autorki zamieszczonych tu tekstów przeoczyły fakt, że poza typowymi kulturowo przypisywanymi do płci cechami istnieje jeszcze cały wachlarz charakterów czy skutków określonego wychowania – i to równie silnie jak stereotypy płciowe może definiować osobę na kierowniczym stanowisku. „Formuła wygrywania” jest zatem dopiero pierwszym krokiem na drodze do poznania możliwości płynących z zarządzania.
Głos kobiet
Czytelnicy otrzymują zbiór krótkich opracowań naukowych dotyczących roli kobiet w procesie zarządzania. O tym, jakie powinny być współczesne liderki, czego się od nich wymaga i czego się oczekuje po nieuchronnych zmianach na różnych szczeblach zarządzania, piszą autorki kolejnych wystąpień czy szkiców. I trudno się oprzeć wrażeniu, że krążą wokół tematu, do którego pogłębienia brakuje im narzędzi – bardzo wiele prac opiera się po prostu na analizach ankiet, bez większego komentarza na temat uzyskanych wyników. W efekcie stawiane hipotezy, które potwierdzają się (rzadziej – nie) w wyniku zbierania danych są jedynym czynnikiem pokazującym kondycję kobiet w sferze biznesu. Zupełnie jakby autorki bały się bardziej nowatorskiego czy oryginalnego podejścia i korzystały ze sprawdzonych schematów. To spory problem dla czytelników, bo żeby wydobyć z publikacji wartościowe spostrzeżenia, trzeba często przedzierać się przez kolejne metodologie i omówienia okoliczności przeprowadzania badań. I owszem, każdy tekst jest tu opatrzony bibliografią, każde twierdzenie – udokumentowane odpowiednio. Tyle że niewiele wniosków wysnują z tego zwyczajni odbiorcy. Bo pojawia się tu kłopot dość często w publikacjach zbiorczych spotykany – brak moderacji tekstów. Każdy nadsyła swój, nie interesując się, jak wypadnie on w całości – część informacji teoretycznych będzie się zatem do znudzenia powtarzać, podobnie zresztą jak część założeń. A przecież nie chodzi o to, żeby jeden zespół badawczy tworzył podwaliny pod odkrycia drugiego zespołu, a o to, żeby wiadomości uzupełniały się wzajemnie i składały na jeden spójny wywód. „Formuła wygrywania” to bardziej opowieść o tęsknocie i niemożności dotarcia na szczyt niż o faktycznych przemianach, jakie gwarantuje obecność płci pięknej na ważnych stanowiskach. I oczywiście takie uogólnienie też jest krzywdzące, pojawią się tu teksty naprawdę wartościowe, takie, które przyciągają uwagę i takie, które prowokują do dyskusji – ale trochę znikają w gąszczu powtarzalnych fraz. A szkoda. Co ciekawe, w samym budowaniu hipotez trzeba korzystać ze stereotypów, z którymi przecież powinno się już walczyć – płeć w żaden sposób nie gwarantuje określonego stylu zarządzania, tymczasem autorki kolejnych tekstów zdają się nie zwracać na ten fakt uwagi – konsekwentnie przypisują liderkom zachowania dawniej funkcjonujące w świadomości społeczeństwa jako typowo kobiece. I to podczas lektury może budzić silny sprzeciw. Daje się też dostrzec zachwianie proporcji między tabelkami i wykresami – prezentującymi wyniki ankiet – a samym omówieniem tych wyników (które często bazuje po prostu na wyliczeniu procentowym). Z pewnością „Formuła wygrywania” mogłaby dostarczyć czytelnikom więcej wartościowych wskazówek, gdyby przesunąć nacisk z metodologii i bazowania na ankietach na analizowanie dostrzeżonych zjawisk, słowem – nie: co się dzieje na rynku, a dlaczego tak się dzieje.
Bez wątpienia kobiety w biznesie są mniej reprezentowane – jednak te, którym się udało, nie potrzebują wsparcia w rodzaju akcentowania siły ich płci – wydaje się, że autorki zamieszczonych tu tekstów przeoczyły fakt, że poza typowymi kulturowo przypisywanymi do płci cechami istnieje jeszcze cały wachlarz charakterów czy skutków określonego wychowania – i to równie silnie jak stereotypy płciowe może definiować osobę na kierowniczym stanowisku. „Formuła wygrywania” jest zatem dopiero pierwszym krokiem na drodze do poznania możliwości płynących z zarządzania.
sobota, 29 listopada 2025
Anita Tomanek: Francuska 12. Kalendarium działalności Domu Oświatowego na łamach "Polonii" i "Polski Zachodniej" (11 listopada 1934 - 1 września 1939 roku)
Biblioteka Śląska, Katowice 2023.
Genius loci
Żeby ocalić w świadomości katowiczan historię pewnego budynku, Anita Tomanek przedarła się przez przedwojenne dzienniki i stworzyła unikatową opowieść o historii Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej. „Francuska 12” to publikacja nietypowa i mocno hermetyczna a jednocześnie pokazująca czytelnikom, jak dużo ciekawostek czeka na odkrycie. Autorka składa tom z dwóch części – druga to kalendarium, zestaw wydarzeń tworzonych dzięki wzmiankom w gazetach (to kalendarium uzupełniane jest jeszcze co smakowitszymi wycinkami prasowymi, które pokazywały nie tylko ogrom wyobraźni dziennikarzy, ale też podejście do informowania społeczeństwa o różnych wydarzeniach w oryginalny sposób). Z perspektywy osób poszukujących lektury znacznie więcej wiadomości znajdzie się jednak w pierwszej, opisowej partii albumowego wydawnictwa. Tu bowiem Anita Tomanek stara się odtworzyć historię budynku – od pomysłu i zapotrzebowania na niego przez zbieranie pieniędzy aż po plany architektoniczne. Oczywiście nie opuszcza miejsca też po jego powstaniu – towarzyszy budynkowi aż do momentu wybuchu drugiej wojny światowej – wtedy bowiem kończą się inteligenckie spotkania i inicjatywy, które znajdowały swój kąt w Domu Oświatowym. Autorka precyzyjnie odnotowuje stowarzyszenia działające w budynku, ale także… zestaw odczytów tu wygłaszanych, żeby poinformować odbiorców, jakimi atrakcjami przyciągało się publiczność. Stara się jak najpełniej zaprezentować ofertę kulturalną, stąd ciągi wyliczeń, które pozwalają czytelnikom na sprawdzenie, jak wyglądała animacja życia kulturalnego w mieście przed wojną. „Francuska 12” opowiada o jednym zaledwie budynku. Budynek ten to nie tylko miejsce, które przyciąga wzrok ze względu na detale architektoniczne, ale przede wszystkim – tętno społecznych działań, miejsce spotkań owocnych i twórczych nie tylko z perspektywy zapraszanych gości. Anita Tomanek sięga po wypowiedzi tych, którzy mieli wpływ na kształt tego miejsca i zapewnia czytelnikom pełnowymiarowy przegląd koncepcji artystycznych i naukowych. Oprowadza po wnętrzach i wyjaśnia, co gdzie się znajdowało. Czytelnicy nie muszą w celu wizualizacji udawać się na wycieczkę, mogą skorzystać z bogatego materiału zdjęciowego – i tu dobrym pomysłem okazało się zestawienie zdjęć dawnych z dzisiejszym stanem. Porównań dokonuje się szybko i z przyjemnością, bo pojawiają się nawet podobne kadry, dzięki czemu jeszcze lepiej będzie zestawiać zmiany wywoływane przez czas. Anita Tomanek tworzy opracowanie naukowe, wyimek monografii, która trafi przede wszystkim do zainteresowanych historią Katowic. Ale pokazuje dzięki niej nie tylko historię jednego miejsca, a cały zestaw możliwości i planów zamkniętych w pięknym budynku. Przeprowadza odbiorców przez lokalne nadzieje i rozwiązania na miarę czasów, a trochę też uczy walki o realizowanie co bardziej odważnych koncepcji. „Francuska 12” to książka w sam raz dla wszystkich zainteresowanych ciekawymi miejscami – i tych, którzy cenią sobie uporządkowane wiadomości.
Genius loci
Żeby ocalić w świadomości katowiczan historię pewnego budynku, Anita Tomanek przedarła się przez przedwojenne dzienniki i stworzyła unikatową opowieść o historii Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej. „Francuska 12” to publikacja nietypowa i mocno hermetyczna a jednocześnie pokazująca czytelnikom, jak dużo ciekawostek czeka na odkrycie. Autorka składa tom z dwóch części – druga to kalendarium, zestaw wydarzeń tworzonych dzięki wzmiankom w gazetach (to kalendarium uzupełniane jest jeszcze co smakowitszymi wycinkami prasowymi, które pokazywały nie tylko ogrom wyobraźni dziennikarzy, ale też podejście do informowania społeczeństwa o różnych wydarzeniach w oryginalny sposób). Z perspektywy osób poszukujących lektury znacznie więcej wiadomości znajdzie się jednak w pierwszej, opisowej partii albumowego wydawnictwa. Tu bowiem Anita Tomanek stara się odtworzyć historię budynku – od pomysłu i zapotrzebowania na niego przez zbieranie pieniędzy aż po plany architektoniczne. Oczywiście nie opuszcza miejsca też po jego powstaniu – towarzyszy budynkowi aż do momentu wybuchu drugiej wojny światowej – wtedy bowiem kończą się inteligenckie spotkania i inicjatywy, które znajdowały swój kąt w Domu Oświatowym. Autorka precyzyjnie odnotowuje stowarzyszenia działające w budynku, ale także… zestaw odczytów tu wygłaszanych, żeby poinformować odbiorców, jakimi atrakcjami przyciągało się publiczność. Stara się jak najpełniej zaprezentować ofertę kulturalną, stąd ciągi wyliczeń, które pozwalają czytelnikom na sprawdzenie, jak wyglądała animacja życia kulturalnego w mieście przed wojną. „Francuska 12” opowiada o jednym zaledwie budynku. Budynek ten to nie tylko miejsce, które przyciąga wzrok ze względu na detale architektoniczne, ale przede wszystkim – tętno społecznych działań, miejsce spotkań owocnych i twórczych nie tylko z perspektywy zapraszanych gości. Anita Tomanek sięga po wypowiedzi tych, którzy mieli wpływ na kształt tego miejsca i zapewnia czytelnikom pełnowymiarowy przegląd koncepcji artystycznych i naukowych. Oprowadza po wnętrzach i wyjaśnia, co gdzie się znajdowało. Czytelnicy nie muszą w celu wizualizacji udawać się na wycieczkę, mogą skorzystać z bogatego materiału zdjęciowego – i tu dobrym pomysłem okazało się zestawienie zdjęć dawnych z dzisiejszym stanem. Porównań dokonuje się szybko i z przyjemnością, bo pojawiają się nawet podobne kadry, dzięki czemu jeszcze lepiej będzie zestawiać zmiany wywoływane przez czas. Anita Tomanek tworzy opracowanie naukowe, wyimek monografii, która trafi przede wszystkim do zainteresowanych historią Katowic. Ale pokazuje dzięki niej nie tylko historię jednego miejsca, a cały zestaw możliwości i planów zamkniętych w pięknym budynku. Przeprowadza odbiorców przez lokalne nadzieje i rozwiązania na miarę czasów, a trochę też uczy walki o realizowanie co bardziej odważnych koncepcji. „Francuska 12” to książka w sam raz dla wszystkich zainteresowanych ciekawymi miejscami – i tych, którzy cenią sobie uporządkowane wiadomości.
wtorek, 28 października 2025
Doris L. Bergen: Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Sprzeczności
W ramach badań nad drugą wojną światową coraz trudnej znaleźć niszę, temat, który nie byłby dokładnie opracowany i przeanalizowany czy to przez badaczy, czy przez bezpośrednich świadków wydarzeń. Ale Doris L. Bergen ma w tej kwestii podwójne szczęście: nie dość, że trafia na trop, który warty jest opracowania, to jeszcze za sprawą wydarzeń z 11 września 2001 roku staje się cenionym i potrzebnym ekspertem w temacie zależności religii i przemocy. Jej książka „Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu” to efekt wieloletnich i żmudnych kwerend oraz uważności na drobne strzępki informacji przemycane mimochodem w wypowiedziach na inne tematy. Autorka przygląda się pracy księży w warunkach, które na pewno nie będą się nikomu kojarzyć z akcentowanymi przez chrześcijaństwo wartościami.
Jest to opracowanie naukowe, przygotowane tak, żeby nie porażać czytelników nadmiernym hermetyzmem, ale trudno po nim oczekiwać lekkości i wątków anegdotycznych: tu każdy motyw musi być dokładnie udokumentowany i opisany tak, żeby nie pozostawiał wątpliwości. Z rzadka wstęp do narracji mają domniemania czy sprawy, których nie da się ostatecznie rozstrzygnąć: liczą się suche fakty i to nimi autorka operuje. Przestrzeń na emocje znajduje jednak w bezpośrednich wypowiedziach kapelanów – cytuje czasem ich zapiski i pozostawione dokumenty, dzięki którym może uzyskać odpowiedź na ważne pytania nie tylko dotyczące sumienia i postaw wobec zła. Autorka przygląda się roli, jaką odgrywali kapelani wojskowi i sprawdza, do czego i komu byli potrzebni. Odnotowuje ich działania, przywołuje też konwencjonalne reakcje na spowszedniałą śmierć – z rzadka portretuje tych, którzy dostrzegli niespójność celów w swojej posłudze i zdecydowali się porzucić wojsko, albo przynajmniej uspokajać własne sumienie cichym buntem. Tacy oczywiście się pojawiają, chociaż trudno sobie wyobrazić, że ktoś o jasno ukształtowanym kodeksie moralnym jest w stanie przyjąć nazistowskie poglądy za swoje. Jeśli jednak opamiętanie przychodzi odrobinę za późno, kapelani mogą albo szukać usprawiedliwienia dla swoich czynów, albo walczyć z systemem w miarę własnych możliwości. Większość zostaje przy wypełnianiu rozkazów – i ich drogi też się w tej książce pojawiają. Doris L. Bergen przygląda się między innymi temu, jak kapelani występowali o odznaczenia za swoją pracę – co jednoznacznie pokazuje ich zdanie na temat politycznych uwarunkowań. Autorka przechodzi przez tematy często powtarzane w kontekście drugiej wojny światowej, ale dociera do głębi wydarzeń, przedstawiając znaczenie i zakres wyborów życiowych i zawodowych kolejnych kapelanów. „Między Bogiem a Hitlerem” to książka w sam raz dla tych czytelników, którzy lubią szczegółowe analizy pozbawione naiwnych rozwiązań kompozycyjnych. Lektura stanowić może wyzwanie ze względu na zestawienie tematów – nazistowskiego zła i działania w imię Boga. W dobie podważania religijnych autorytetów i weryfikowania postaw osób duchownych ta książka może i tak szokować – chociaż nie tyle odkryciami na temat roli kapelanów w życiu żołnierzy, a samym istnieniem przedstawicieli tego zawodu w centrum piekła XX wieku.
Warto docenić w tej publikacji niezwykłą staranność, z jaką Doris L. Bergen prowadzi opowieść – unika łatwych ocen i emocjonalności, stawia na suche fakty, które czytelnicy sami sobie zinterpretują, ale zamiast sensacyjnych tonów podsuwa naukową ciekawość i rzetelność. Przygotowuje książkę o niełatwej tematyce, ale z tej próby wychodzi zwycięsko.
Sprzeczności
W ramach badań nad drugą wojną światową coraz trudnej znaleźć niszę, temat, który nie byłby dokładnie opracowany i przeanalizowany czy to przez badaczy, czy przez bezpośrednich świadków wydarzeń. Ale Doris L. Bergen ma w tej kwestii podwójne szczęście: nie dość, że trafia na trop, który warty jest opracowania, to jeszcze za sprawą wydarzeń z 11 września 2001 roku staje się cenionym i potrzebnym ekspertem w temacie zależności religii i przemocy. Jej książka „Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu” to efekt wieloletnich i żmudnych kwerend oraz uważności na drobne strzępki informacji przemycane mimochodem w wypowiedziach na inne tematy. Autorka przygląda się pracy księży w warunkach, które na pewno nie będą się nikomu kojarzyć z akcentowanymi przez chrześcijaństwo wartościami.
Jest to opracowanie naukowe, przygotowane tak, żeby nie porażać czytelników nadmiernym hermetyzmem, ale trudno po nim oczekiwać lekkości i wątków anegdotycznych: tu każdy motyw musi być dokładnie udokumentowany i opisany tak, żeby nie pozostawiał wątpliwości. Z rzadka wstęp do narracji mają domniemania czy sprawy, których nie da się ostatecznie rozstrzygnąć: liczą się suche fakty i to nimi autorka operuje. Przestrzeń na emocje znajduje jednak w bezpośrednich wypowiedziach kapelanów – cytuje czasem ich zapiski i pozostawione dokumenty, dzięki którym może uzyskać odpowiedź na ważne pytania nie tylko dotyczące sumienia i postaw wobec zła. Autorka przygląda się roli, jaką odgrywali kapelani wojskowi i sprawdza, do czego i komu byli potrzebni. Odnotowuje ich działania, przywołuje też konwencjonalne reakcje na spowszedniałą śmierć – z rzadka portretuje tych, którzy dostrzegli niespójność celów w swojej posłudze i zdecydowali się porzucić wojsko, albo przynajmniej uspokajać własne sumienie cichym buntem. Tacy oczywiście się pojawiają, chociaż trudno sobie wyobrazić, że ktoś o jasno ukształtowanym kodeksie moralnym jest w stanie przyjąć nazistowskie poglądy za swoje. Jeśli jednak opamiętanie przychodzi odrobinę za późno, kapelani mogą albo szukać usprawiedliwienia dla swoich czynów, albo walczyć z systemem w miarę własnych możliwości. Większość zostaje przy wypełnianiu rozkazów – i ich drogi też się w tej książce pojawiają. Doris L. Bergen przygląda się między innymi temu, jak kapelani występowali o odznaczenia za swoją pracę – co jednoznacznie pokazuje ich zdanie na temat politycznych uwarunkowań. Autorka przechodzi przez tematy często powtarzane w kontekście drugiej wojny światowej, ale dociera do głębi wydarzeń, przedstawiając znaczenie i zakres wyborów życiowych i zawodowych kolejnych kapelanów. „Między Bogiem a Hitlerem” to książka w sam raz dla tych czytelników, którzy lubią szczegółowe analizy pozbawione naiwnych rozwiązań kompozycyjnych. Lektura stanowić może wyzwanie ze względu na zestawienie tematów – nazistowskiego zła i działania w imię Boga. W dobie podważania religijnych autorytetów i weryfikowania postaw osób duchownych ta książka może i tak szokować – chociaż nie tyle odkryciami na temat roli kapelanów w życiu żołnierzy, a samym istnieniem przedstawicieli tego zawodu w centrum piekła XX wieku.
Warto docenić w tej publikacji niezwykłą staranność, z jaką Doris L. Bergen prowadzi opowieść – unika łatwych ocen i emocjonalności, stawia na suche fakty, które czytelnicy sami sobie zinterpretują, ale zamiast sensacyjnych tonów podsuwa naukową ciekawość i rzetelność. Przygotowuje książkę o niełatwej tematyce, ale z tej próby wychodzi zwycięsko.
wtorek, 9 września 2025
Susan Hawthorne: Biblioróżnorodność. Manifest wydawców niezależnych
Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2025.
Na rynku
Niewielka książeczka, która niesie w sobie bardzo ważne treści, pojawia się na rynku jako niszowa publikacja – jednak warto zwrócić na nią uwagę i rozpromować ją ze względu na dobro czytelników. I to nie czytelników masowych, którzy zadowolą się literaturą rozrywkową z wyprzedaży w hipermarketach, a tych świadomych, poszukujących ambitniejszych pozycji. „Biblioróżnorodność” to stworzony przez Susan Hawthorne „Manifest wydawców niezależnych”: zestaw komentarzy i przestróg dotyczących niebezpieczeństw homogenizacji rynku wydawniczego. Susan Hawthorne pisze tu z perspektywy wydawców publikacji niezbyt popularnych – odwołuje się między innymi do wydawnictw mniejszościowych, literatury feministycznej czy kwestii politycznych, równości i wolności słowa czy do różnorodności w świecie cyfrowym. Pokazuje pułapki płynące z dostosowywania oferty do tego, co aktualnie modne lub – co się sprzedaje, tłumaczy, dlaczego nie wolno poprzestawać na komercyjnych projektach i co oznacza konieczność wprowadzania biblioróżnorodności. Tematy, jak łatwo się zorientować choćby po prostym wyliczeniu, należą do dość ciężkich – ale są konieczne, jeśli chce się odpowiednio scharakteryzować zjawiska na rynku wydawniczym i perspektywy tegoż rynku. Autorka dzieli opowieść na krótkie rozdziały wypełnione spostrzeżeniami na temat wydawnictw i wyboru publikacji – walczy o to, żeby dostrzegać małe firmy i ambitniejsze rozwiązania. Tutaj pojawiają się – bez konkretnych tytułów – opowieści o znaczeniu biblioróżnorodności: jeśli rynek dopuści do wykluczenia części gatunków lub tematów, znacznie trudniej będzie w przyszłości wywalczyć dla nich miejsce z powrotem – a ponieważ książki, o których mowa, mają już potężny wpływ na zasób wiadomości i poglądy odbiorców, nie można doprowadzić do ich usunięcia. Niezależnie od tego, który temat wyda się czytelnikom niewygodny czy niepotrzebny – tylko współistnienie wszystkich na rynku prowadzi do zdrowej konkurencji. Jednak nie o same książki tutaj chodzi: kolejne tematy prowadzą do zwrócenia uwagi na społeczne kwestie, analizy Susan Hawthorne pokazują rozłamy w społeczeństwie i globalne problemy (na przykład kwestia pornografii dla Hawthorne zawsze wiąże się z wyzyskiem i upodleniem kobiet, nie ma tu mowy o uzasadnieniu jej istnienia).
W tym wypadku nie chodzi o komercyjny zarobek i zyski wydawnictw – chodzi o miejsce na rynku, możliwość wprowadzania na niego tytułów istotnych i konieczność zmian w mentalności społeczeństw – tak, żeby były świadome znaczenia publikacji niszowych. „Biblioróżnorodność” sama w sobie nie jest lekturą wygodną, za to sporo rzeczy świadomym czytelnikom może wyjaśnić – lub przedstawić. Jest to książka, w której zmieściła się analiza świata wydawniczego, jego wyzwań i pułapek. Jednak Susan Hawthorne koncentruje się wyłącznie na literaturze niszowej, nie zajmuje się twórczością dla mas – to zasługiwałoby na osobny komentarz, co najmniej tej samej objętości.
Na rynku
Niewielka książeczka, która niesie w sobie bardzo ważne treści, pojawia się na rynku jako niszowa publikacja – jednak warto zwrócić na nią uwagę i rozpromować ją ze względu na dobro czytelników. I to nie czytelników masowych, którzy zadowolą się literaturą rozrywkową z wyprzedaży w hipermarketach, a tych świadomych, poszukujących ambitniejszych pozycji. „Biblioróżnorodność” to stworzony przez Susan Hawthorne „Manifest wydawców niezależnych”: zestaw komentarzy i przestróg dotyczących niebezpieczeństw homogenizacji rynku wydawniczego. Susan Hawthorne pisze tu z perspektywy wydawców publikacji niezbyt popularnych – odwołuje się między innymi do wydawnictw mniejszościowych, literatury feministycznej czy kwestii politycznych, równości i wolności słowa czy do różnorodności w świecie cyfrowym. Pokazuje pułapki płynące z dostosowywania oferty do tego, co aktualnie modne lub – co się sprzedaje, tłumaczy, dlaczego nie wolno poprzestawać na komercyjnych projektach i co oznacza konieczność wprowadzania biblioróżnorodności. Tematy, jak łatwo się zorientować choćby po prostym wyliczeniu, należą do dość ciężkich – ale są konieczne, jeśli chce się odpowiednio scharakteryzować zjawiska na rynku wydawniczym i perspektywy tegoż rynku. Autorka dzieli opowieść na krótkie rozdziały wypełnione spostrzeżeniami na temat wydawnictw i wyboru publikacji – walczy o to, żeby dostrzegać małe firmy i ambitniejsze rozwiązania. Tutaj pojawiają się – bez konkretnych tytułów – opowieści o znaczeniu biblioróżnorodności: jeśli rynek dopuści do wykluczenia części gatunków lub tematów, znacznie trudniej będzie w przyszłości wywalczyć dla nich miejsce z powrotem – a ponieważ książki, o których mowa, mają już potężny wpływ na zasób wiadomości i poglądy odbiorców, nie można doprowadzić do ich usunięcia. Niezależnie od tego, który temat wyda się czytelnikom niewygodny czy niepotrzebny – tylko współistnienie wszystkich na rynku prowadzi do zdrowej konkurencji. Jednak nie o same książki tutaj chodzi: kolejne tematy prowadzą do zwrócenia uwagi na społeczne kwestie, analizy Susan Hawthorne pokazują rozłamy w społeczeństwie i globalne problemy (na przykład kwestia pornografii dla Hawthorne zawsze wiąże się z wyzyskiem i upodleniem kobiet, nie ma tu mowy o uzasadnieniu jej istnienia).
W tym wypadku nie chodzi o komercyjny zarobek i zyski wydawnictw – chodzi o miejsce na rynku, możliwość wprowadzania na niego tytułów istotnych i konieczność zmian w mentalności społeczeństw – tak, żeby były świadome znaczenia publikacji niszowych. „Biblioróżnorodność” sama w sobie nie jest lekturą wygodną, za to sporo rzeczy świadomym czytelnikom może wyjaśnić – lub przedstawić. Jest to książka, w której zmieściła się analiza świata wydawniczego, jego wyzwań i pułapek. Jednak Susan Hawthorne koncentruje się wyłącznie na literaturze niszowej, nie zajmuje się twórczością dla mas – to zasługiwałoby na osobny komentarz, co najmniej tej samej objętości.
wtorek, 22 lipca 2025
Maria Molicka: Jak układać bajki terapeutyczne? Profilaktyka i terapia dzieci poprzez bajkoterapię
Media Rodzina, Poznań 2025.
Ratunek dla dziecka
Maria Molicka w niewielkiej książce „Jak układać bajki terapeutyczne” koncentruje się nie tyle na samym konstruowaniu fabuł czy charakterów postaci z bajek, ile na znaczeniu bajek w kojeniu traum czy przykrych sytuacji spotykających dzieci. Autorka na początku odżegnuje się od hermetycznego języka, jednak w trakcie narracji powraca do naukowego wywodu: i tak wiadomo, że po tego typu publikację sięgną raczej specjaliści niż rodzice zainteresowani rolą lektur w życiu dziecka, nie będzie to zatem problematyczne. Maria Molicka wprowadza podział na bajki psychoedukacyjne, psychoterapeutyczne i relaksacyjne: każde z nich pojawiają się w innym momencie egzystencji malucha (chociaż mowa tu o dzieciach w wieku od 4 do 9 lat): pierwszy rodzaj to bajki, które mają działanie profilaktyczne, zapowiadają przyszłe utrudnienia i przygotowują na nie odbiorców. Bajki psychoterapeutyczne są remedium na już doznane krzywdy i przykrości. Istoty bajek relaksacyjnych tłumaczyć raczej nie trzeba. Autorka zajmuje się opowiadaniem o znaczeniu takich bajek – odpowiednio przygotowanych fabuł – w procesie wychowywania dziecka. Większą część niedużego objętościowo tomu poświęca Maria Molicka na argumentowanie, dlaczego bajki terapeutyczne są potrzebne i ważne w rozwoju dziecka. Od czasu do czasu wprowadza w ramkach przykłady problemów, z którymi uporała się za pomocą bajek, gdy zwrócili się do niej z prośbą o radę rodzice. W związku z tym zawartość bajek automatycznie wiąże się z zapotrzebowaniem na konkretny temat. Nie będzie tu jednotorowego przepisu na bajkę jako taką – autorka skupia się raczej na tym, za co odpowiadają kolejne elementy. To rozwiązanie, które może pomóc w tworzeniu, ale jeszcze bardziej w przekonywaniu co do roli specyficznych bajek. Sprawdzi się to ze względu na podejście dzisiejszych wydawców – najczęściej chcą oni, żeby utwory dla najmłodszych nie były wyłącznie rozrywkowe, ale niosły ze sobą jeszcze ważne i wartościowe dla dziecka treści. Co zresztą stoi w sprzeczności z dorosłym podejściem do książki jako źródła relaksu i rozrywki: ale to temat na inny wywód. Na końcu tomu pojawiają się jeszcze przykłady bajek terapeutycznych – już z objaśnieniami, który element opowieści odpowiada za jakie aspekty wychowawcze czy terapeutyczne. Cechą charakterystyczną tego rodzaju bajek – na które jest dzisiaj moda – staje się niestety przewidywalność i widoczny dydaktyzm, to niekoniecznie spodoba się starszym pociechom, już świadomym sztuczek i zabiegów stosowanych przez autorów. Nikt nie lubi być ciągle pouczany, tymczasem jeśli to pomoc psychologiczna ma być nadrzędnym efektem bajki, często wpada się w koleiny psujące radość czytania. O tym tu się nie wspomina – a przydałoby się jeszcze zwrócić uwagę na to, że dobra bajka terapeutyczna powinna mieć przesłanie odrobinę zamaskowane, do wyłuskania przez samych małych odbiorców – wtedy lepiej zapadają w pamięć i dostarczają więcej emocji. Najwyraźniej jednak dorośli obecnie nie chcą utrudniać swoim dzieciom zadania i przez to wybierają drogę na skróty. Maria Molicka przekonuje, że bajki terapeutyczne są niezbędne w procesie wychowywania kilkulatka – ale nie zajmuje się zanadto samą strukturą takiego tekstu.
Ratunek dla dziecka
Maria Molicka w niewielkiej książce „Jak układać bajki terapeutyczne” koncentruje się nie tyle na samym konstruowaniu fabuł czy charakterów postaci z bajek, ile na znaczeniu bajek w kojeniu traum czy przykrych sytuacji spotykających dzieci. Autorka na początku odżegnuje się od hermetycznego języka, jednak w trakcie narracji powraca do naukowego wywodu: i tak wiadomo, że po tego typu publikację sięgną raczej specjaliści niż rodzice zainteresowani rolą lektur w życiu dziecka, nie będzie to zatem problematyczne. Maria Molicka wprowadza podział na bajki psychoedukacyjne, psychoterapeutyczne i relaksacyjne: każde z nich pojawiają się w innym momencie egzystencji malucha (chociaż mowa tu o dzieciach w wieku od 4 do 9 lat): pierwszy rodzaj to bajki, które mają działanie profilaktyczne, zapowiadają przyszłe utrudnienia i przygotowują na nie odbiorców. Bajki psychoterapeutyczne są remedium na już doznane krzywdy i przykrości. Istoty bajek relaksacyjnych tłumaczyć raczej nie trzeba. Autorka zajmuje się opowiadaniem o znaczeniu takich bajek – odpowiednio przygotowanych fabuł – w procesie wychowywania dziecka. Większą część niedużego objętościowo tomu poświęca Maria Molicka na argumentowanie, dlaczego bajki terapeutyczne są potrzebne i ważne w rozwoju dziecka. Od czasu do czasu wprowadza w ramkach przykłady problemów, z którymi uporała się za pomocą bajek, gdy zwrócili się do niej z prośbą o radę rodzice. W związku z tym zawartość bajek automatycznie wiąże się z zapotrzebowaniem na konkretny temat. Nie będzie tu jednotorowego przepisu na bajkę jako taką – autorka skupia się raczej na tym, za co odpowiadają kolejne elementy. To rozwiązanie, które może pomóc w tworzeniu, ale jeszcze bardziej w przekonywaniu co do roli specyficznych bajek. Sprawdzi się to ze względu na podejście dzisiejszych wydawców – najczęściej chcą oni, żeby utwory dla najmłodszych nie były wyłącznie rozrywkowe, ale niosły ze sobą jeszcze ważne i wartościowe dla dziecka treści. Co zresztą stoi w sprzeczności z dorosłym podejściem do książki jako źródła relaksu i rozrywki: ale to temat na inny wywód. Na końcu tomu pojawiają się jeszcze przykłady bajek terapeutycznych – już z objaśnieniami, który element opowieści odpowiada za jakie aspekty wychowawcze czy terapeutyczne. Cechą charakterystyczną tego rodzaju bajek – na które jest dzisiaj moda – staje się niestety przewidywalność i widoczny dydaktyzm, to niekoniecznie spodoba się starszym pociechom, już świadomym sztuczek i zabiegów stosowanych przez autorów. Nikt nie lubi być ciągle pouczany, tymczasem jeśli to pomoc psychologiczna ma być nadrzędnym efektem bajki, często wpada się w koleiny psujące radość czytania. O tym tu się nie wspomina – a przydałoby się jeszcze zwrócić uwagę na to, że dobra bajka terapeutyczna powinna mieć przesłanie odrobinę zamaskowane, do wyłuskania przez samych małych odbiorców – wtedy lepiej zapadają w pamięć i dostarczają więcej emocji. Najwyraźniej jednak dorośli obecnie nie chcą utrudniać swoim dzieciom zadania i przez to wybierają drogę na skróty. Maria Molicka przekonuje, że bajki terapeutyczne są niezbędne w procesie wychowywania kilkulatka – ale nie zajmuje się zanadto samą strukturą takiego tekstu.
niedziela, 23 lutego 2025
Carl R. Rogers: O stawaniu się osobą
Rebis, Poznań 2025.
Sedno
To książka, która jest sposobem na zachowanie efemerycznych tekstów – głównie wystąpień z konferencji, ale także esejów i zachowanych przemyśleń, które pozwalały wyznaczać psychologiczne drogi – i znakomita przeciwwaga dla tego, co dzisiaj dzieje się na rynku publikacji popularnonaukowych, zwłaszcza z dziedziny psychologii. Carl R. Rogers przedstawia swoją drogę naukową – docieranie do prawd, które głosi, dzięki pracy z pacjentami (i rejestrowaniu spotkań i relacji klient-terapeuta), a także licznym lekturom oraz… upodobaniu do filozofowania. Co ciekawe, Carl R. Rogers chętnie łączy dyskurs filozoficzny z psychologią, pokazuje powiązania między tymi dziedzinami, zwłaszcza w zakresie szukania własnej tożsamości i docierania do własnego ja. Krótki wstęp w tej książce dobrze sygnalizuje znaczenie oraz miejsce publikacji w historii psychologii, zwłaszcza informuje o kontekście kulturowym i naukowym, w jakim Rogers funkcjonuje. Książka zawiera przecież teksty sprzed kilku dekad i raczej trudno byłoby traktować ją jako przełomową dzisiaj – jednak ze względu na przyjętą formę może pokazać odbiorcom podejście do problemów pacjentów z nowej obecnie perspektywy. Powrót do przeszłości zamienia się zatem w odkrycia – chociaż sama lektura do prostych nie należy.
„O stawaniu się osobą” to książka budowana po latach ze zgromadzonych artykułów i prac, wystąpień konferencyjnych i refleksji utrwalonych na papierze. Autor dodaje do kolejnych szkiców swoje komentarze, prowadzi dodatkową nawigację i wyjaśnia odbiorcom, na co zwracać uwagę w poszczególnych fragmentach. Dzieli się dość szczodrze cytatami – zapisami ze spotkań terapeutycznych, tłumaczy się też z przyjętych strategii działania (i tutaj może zafundować dzisiejszym czytelnikom, odbiorcom po latach, przegląd technik i pomysłów na mierzenie się z typowymi i mniej typowymi wyzwaniami z gabinetu terapeuty). „O stawaniu się osobą” to rozbudowana publikacja, objętościowo w niczym nie przypomina dzisiejszych tekstów tworzonych przez psychologów – tutaj najbardziej liczy się konkret i staranna analiza dostępnych materiałów, prowadzenie czytelników przez perypetie zawodowe i naukowe. Carl R. Rogers przynosi odbiorcom wiele informacji, chociaż aktualnie najczęściej sięga się po tego typu książki z ciekawości i dla zabicia czasu, z tej można się mnóstwo dowiedzieć, chociaż nie tylko do psychologów autor się kieruje, przynajmniej według jego własnych założeń. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie jest to książka popularyzatorska, lekka, łatwa i przyjemna. To coś w sam raz dla zainteresowanych historią psychologii i podejściem do pacjentów. A przecież Rogers lubi pisać i mówić o sobie i nawet dwa pierwsze „zapoznawcze” artykuły nie wyczerpują tej potrzeby – to autor, który bez przerwy odwołuje się do swojego życia (zwłaszcza zawodowego, ale nie tylko). Ten charakterystyczny niepodrabialny styl będzie towarzyszyć odbiorcom przez całą lekturę i na pewno część czytelników będzie w stanie przekonać do zgłębiania tajników warsztatu psychologa i terapeuty. „O stawaniu się osobą” to zatem publikacja przedstawiająca od kulis wybrane metody pracy z pacjentami.
Sedno
To książka, która jest sposobem na zachowanie efemerycznych tekstów – głównie wystąpień z konferencji, ale także esejów i zachowanych przemyśleń, które pozwalały wyznaczać psychologiczne drogi – i znakomita przeciwwaga dla tego, co dzisiaj dzieje się na rynku publikacji popularnonaukowych, zwłaszcza z dziedziny psychologii. Carl R. Rogers przedstawia swoją drogę naukową – docieranie do prawd, które głosi, dzięki pracy z pacjentami (i rejestrowaniu spotkań i relacji klient-terapeuta), a także licznym lekturom oraz… upodobaniu do filozofowania. Co ciekawe, Carl R. Rogers chętnie łączy dyskurs filozoficzny z psychologią, pokazuje powiązania między tymi dziedzinami, zwłaszcza w zakresie szukania własnej tożsamości i docierania do własnego ja. Krótki wstęp w tej książce dobrze sygnalizuje znaczenie oraz miejsce publikacji w historii psychologii, zwłaszcza informuje o kontekście kulturowym i naukowym, w jakim Rogers funkcjonuje. Książka zawiera przecież teksty sprzed kilku dekad i raczej trudno byłoby traktować ją jako przełomową dzisiaj – jednak ze względu na przyjętą formę może pokazać odbiorcom podejście do problemów pacjentów z nowej obecnie perspektywy. Powrót do przeszłości zamienia się zatem w odkrycia – chociaż sama lektura do prostych nie należy.
„O stawaniu się osobą” to książka budowana po latach ze zgromadzonych artykułów i prac, wystąpień konferencyjnych i refleksji utrwalonych na papierze. Autor dodaje do kolejnych szkiców swoje komentarze, prowadzi dodatkową nawigację i wyjaśnia odbiorcom, na co zwracać uwagę w poszczególnych fragmentach. Dzieli się dość szczodrze cytatami – zapisami ze spotkań terapeutycznych, tłumaczy się też z przyjętych strategii działania (i tutaj może zafundować dzisiejszym czytelnikom, odbiorcom po latach, przegląd technik i pomysłów na mierzenie się z typowymi i mniej typowymi wyzwaniami z gabinetu terapeuty). „O stawaniu się osobą” to rozbudowana publikacja, objętościowo w niczym nie przypomina dzisiejszych tekstów tworzonych przez psychologów – tutaj najbardziej liczy się konkret i staranna analiza dostępnych materiałów, prowadzenie czytelników przez perypetie zawodowe i naukowe. Carl R. Rogers przynosi odbiorcom wiele informacji, chociaż aktualnie najczęściej sięga się po tego typu książki z ciekawości i dla zabicia czasu, z tej można się mnóstwo dowiedzieć, chociaż nie tylko do psychologów autor się kieruje, przynajmniej według jego własnych założeń. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie jest to książka popularyzatorska, lekka, łatwa i przyjemna. To coś w sam raz dla zainteresowanych historią psychologii i podejściem do pacjentów. A przecież Rogers lubi pisać i mówić o sobie i nawet dwa pierwsze „zapoznawcze” artykuły nie wyczerpują tej potrzeby – to autor, który bez przerwy odwołuje się do swojego życia (zwłaszcza zawodowego, ale nie tylko). Ten charakterystyczny niepodrabialny styl będzie towarzyszyć odbiorcom przez całą lekturę i na pewno część czytelników będzie w stanie przekonać do zgłębiania tajników warsztatu psychologa i terapeuty. „O stawaniu się osobą” to zatem publikacja przedstawiająca od kulis wybrane metody pracy z pacjentami.
piątek, 22 listopada 2024
Anya von Bremzen: Kuchnia narodowa. Osobista podróż przez kultury, historię i smaki
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024.
Smaki
To książka, która łączy pasję do podróży z pasją do odkrywania smaków – i z wielką erudycją w zakresie kultury. W tym wypadku powiązanej z kulinariami. Anya von Bremzen odwiedza kolejne kraje, żeby przekonywać się, czy istnieje coś takiego jak potrawy narodowe (często funkcjonujące w stereotypach) i sprawdza, w jaki sposób zmieniały się kanoniczne dania typowe dla poszczególnych miejsc. Spotyka się oczywiście z ludźmi, którzy próbują ocalać przeszłość lub na jej bazie budują sobie kolejne propozycje dla smakoszy. „Kuchnia narodowa. Osobista podróż przez kultury, historię i smaki” to zestaw bardzo nietypowych opowieści o kuchni. Nietypowość polega tu przede wszystkim na dyskursie – niemal naukowym. Tekst jest gęsty i przesycony nawiązaniami, erudycyjny i daleki od banalności. Autorka nie skręca w stronę literackiego popu, nie karmi czytelników fast foodami – woli niespieszne przygotowania i uważne opisy, troszczy się tak samo o żołądki jak i o mózgi odbiorców – a to przekłada się na ambitną lekturę. Autorka wie mnóstwo i chętnie dowiaduje się jeszcze więcej, gromadzi informacje, wypytuje swoich kulinarnych przewodników o to, czego brakuje w jej materiałach. Zdarza się zresztą, że stawia sobie tezy, których nie sposób udowodnić – i co do tego też musi się przekonać na miejscu. Wybiera za każdym razem jedną charakterystyczną dla miejsca potrawę i wykazuje jej znaczenie czy wartość dla historii i współczesności, sprawdza, czy zmieniło się społeczne podejście do niej (i w jaki sposób), a także naświetla znaczenie dania dla lokalnej kultury. Bywa, że błądzi – jeśli wybrana przez nią potrawa nie ma większego znaczenia dla miejscowych. To prowadzi do refleksji na temat istnienia narodowych kuchni i narodowych potraw – w efekcie książka nabiera jeszcze lekko filozoficznego charakteru.
Jest tu sporo osobistych wstawek, całe reportaże Anya von Bremzen przepuszcza przez siebie i częstuje czytelników własnymi doświadczeniami. Chętnie dzieli się z odbiorcami drogą do zdobywania przepisów, funkcjonuje jako przewodnik po kuchniach świata. Nie rzuca się na każde dostępne lokalne jedzenie, raczej koncentruje się na zbieraniu informacji na jeden temat – nie chce, żeby czytelnicy mieli przesyt wiadomości. A przecież wprowadza mnóstwo detali, aż zaskakuje drobiazgowością w podejściu do kuchni z różnych krajów. Radzi sobie z wychwytywaniem znaczeń, odbiorcom proponując wyrafinowane podejście do zwyczajnych czasem dań. Jest w „Kuchni narodowej” sporo ciekawostek i mnóstwo smaków, to książka, która niby realizuje rynkowe trendy – a jednak jest w tym zupełnie inna niż najczęściej pojawiające się publikacje reportażowo-podróżnicze. Pozwala poznawać nie tyle miejsca, co metody przygotowywania potraw powiązane z tradycjami czy zwyczajami regionów. „Kuchnia narodowa” to publikacja ciekawa i wartościowa, dla tych, którzy nie zadowalają się prostymi naiwnymi narracjami. Anya von Bremzen na pewno nie będzie ani przez moment budować infantylnych opowieści – zabierze czytelników w prawdziwą podróż pełną wiedzy i smaku.
Smaki
To książka, która łączy pasję do podróży z pasją do odkrywania smaków – i z wielką erudycją w zakresie kultury. W tym wypadku powiązanej z kulinariami. Anya von Bremzen odwiedza kolejne kraje, żeby przekonywać się, czy istnieje coś takiego jak potrawy narodowe (często funkcjonujące w stereotypach) i sprawdza, w jaki sposób zmieniały się kanoniczne dania typowe dla poszczególnych miejsc. Spotyka się oczywiście z ludźmi, którzy próbują ocalać przeszłość lub na jej bazie budują sobie kolejne propozycje dla smakoszy. „Kuchnia narodowa. Osobista podróż przez kultury, historię i smaki” to zestaw bardzo nietypowych opowieści o kuchni. Nietypowość polega tu przede wszystkim na dyskursie – niemal naukowym. Tekst jest gęsty i przesycony nawiązaniami, erudycyjny i daleki od banalności. Autorka nie skręca w stronę literackiego popu, nie karmi czytelników fast foodami – woli niespieszne przygotowania i uważne opisy, troszczy się tak samo o żołądki jak i o mózgi odbiorców – a to przekłada się na ambitną lekturę. Autorka wie mnóstwo i chętnie dowiaduje się jeszcze więcej, gromadzi informacje, wypytuje swoich kulinarnych przewodników o to, czego brakuje w jej materiałach. Zdarza się zresztą, że stawia sobie tezy, których nie sposób udowodnić – i co do tego też musi się przekonać na miejscu. Wybiera za każdym razem jedną charakterystyczną dla miejsca potrawę i wykazuje jej znaczenie czy wartość dla historii i współczesności, sprawdza, czy zmieniło się społeczne podejście do niej (i w jaki sposób), a także naświetla znaczenie dania dla lokalnej kultury. Bywa, że błądzi – jeśli wybrana przez nią potrawa nie ma większego znaczenia dla miejscowych. To prowadzi do refleksji na temat istnienia narodowych kuchni i narodowych potraw – w efekcie książka nabiera jeszcze lekko filozoficznego charakteru.
Jest tu sporo osobistych wstawek, całe reportaże Anya von Bremzen przepuszcza przez siebie i częstuje czytelników własnymi doświadczeniami. Chętnie dzieli się z odbiorcami drogą do zdobywania przepisów, funkcjonuje jako przewodnik po kuchniach świata. Nie rzuca się na każde dostępne lokalne jedzenie, raczej koncentruje się na zbieraniu informacji na jeden temat – nie chce, żeby czytelnicy mieli przesyt wiadomości. A przecież wprowadza mnóstwo detali, aż zaskakuje drobiazgowością w podejściu do kuchni z różnych krajów. Radzi sobie z wychwytywaniem znaczeń, odbiorcom proponując wyrafinowane podejście do zwyczajnych czasem dań. Jest w „Kuchni narodowej” sporo ciekawostek i mnóstwo smaków, to książka, która niby realizuje rynkowe trendy – a jednak jest w tym zupełnie inna niż najczęściej pojawiające się publikacje reportażowo-podróżnicze. Pozwala poznawać nie tyle miejsca, co metody przygotowywania potraw powiązane z tradycjami czy zwyczajami regionów. „Kuchnia narodowa” to publikacja ciekawa i wartościowa, dla tych, którzy nie zadowalają się prostymi naiwnymi narracjami. Anya von Bremzen na pewno nie będzie ani przez moment budować infantylnych opowieści – zabierze czytelników w prawdziwą podróż pełną wiedzy i smaku.
wtorek, 19 listopada 2024
Anthony Sattin: Nomadzi. Wędrowni twórcy cywilizacji
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Kraków 2024.
Przenosiny
Anthony Sattin zamierza ocalić to, nad czym niewielu historyków się pochyla. „Nomadzi. Wędrowni twórcy cywilizacji” to opowieść o przeszłości tych, którzy nie dbali specjalnie o to, żeby zostawiać po sobie jakieś ślady – nie tylko w postaci spisanych materiałów, ale też skupisk czy siedzib. W końcu życie nomadów polega na tym, by umieć się jak najszybciej zwinąć i przenieść na inne miejsce. Jednak to właśnie dzięki nomadom kształtują się cywilizacje i pojawia się postęp. W obszernym tomie Anthony Sattin przygląda się głębokiej przeszłości – zaznacza na mapkach, do którego regionu będzie się odnosił – i rejestruje to, co udało się ocalić albo odtworzyć z istniejących dokumentów. Czasami musi wypełniać luki w narracji wyobraźnią, ale przeważnie jest w stanie dostarczyć czytelnikom wartościowych i rzeczowych informacji. Nie zajmuje się wyłącznie technicznymi aspektami koczowniczego życia, zresztą to byłoby niezbyt długą opowieścią – liczy się za to istnienie grup, które przenosiły się z miejsca na miejsce i pełniły ważną rolę w kształtowaniu się postępu. Przede wszystkim Anthony Sattin stara się zarejestrować to, co ulotne i pomijane często przez dziejopisarzy, sprawdza, jak budowała się historia. Nie chce proponować pracy naukowej ani monografii – o tym czytelnikom przypomina. Ważne, że często o nomadach mówi się w kontekście konfliktów, które stawały się ich udziałem – niewielu badaczy chciało w ogóle zastanowić się nad codziennością – a przecież zdarzały się w przeszłości okresy, w których nomadzi stanowili większość populacji (takie zestawienia otwierają kolejne rozdziały i pomagają w zorientowaniu się w znaczeniu koczownictwa w historii ludzkości. Nie tylko odtwarza autor funkcjonowanie plemion koczowniczych, ale też przedstawia czytelnikom sposoby odkrywania tajemnic z dawnych czasów.
Ta książka jest dobrą propozycją dla czytelników, którzy chcieliby odrzucić stereotypy związane z koczownictwem – nie ma w niej podkreślania tego, co wydaje się oczywiste, autor zagłębia się w codzienność i próbuje zbudować w miarę pełny obraz nomadów w różnych kulturach i miejscach – to motyw ważny i wartościowy, zwłaszcza że chce przekonywać czytelników do ich znaczenia w procesie budowania społeczności. Są w tej książce pomysły, których na pewno nikt nie kojarzyłby z koczowniczym życiem: rozmach władców może imponować albo intrygować – na pewno przyciągnie uwagę czytelników. Jest to historia z zupełnie innej perspektywy – z nieoczekiwanymi rozwiązaniami i pomysłami, które brzmią mocno egzotycznie. Anthony Sattin, chociaż twierdzi, że nie chce tworzyć naukowej monografii, jednak stawia na rzetelną narrację, wypełnioną faktami i ciekawostkami. „Nomadzi. Wędrowni twórcy cywilizacji” to tom oryginalny i pokazujący inne podejście do tematów przeszłości – może zatem spodobać się czytelnikom, którzy potrzebują oderwania od standardowych narracji. Można dzięki tej książce poznawać fakty, które nie mieszczą się w typowym dyskursie historiozoficznym.
Przenosiny
Anthony Sattin zamierza ocalić to, nad czym niewielu historyków się pochyla. „Nomadzi. Wędrowni twórcy cywilizacji” to opowieść o przeszłości tych, którzy nie dbali specjalnie o to, żeby zostawiać po sobie jakieś ślady – nie tylko w postaci spisanych materiałów, ale też skupisk czy siedzib. W końcu życie nomadów polega na tym, by umieć się jak najszybciej zwinąć i przenieść na inne miejsce. Jednak to właśnie dzięki nomadom kształtują się cywilizacje i pojawia się postęp. W obszernym tomie Anthony Sattin przygląda się głębokiej przeszłości – zaznacza na mapkach, do którego regionu będzie się odnosił – i rejestruje to, co udało się ocalić albo odtworzyć z istniejących dokumentów. Czasami musi wypełniać luki w narracji wyobraźnią, ale przeważnie jest w stanie dostarczyć czytelnikom wartościowych i rzeczowych informacji. Nie zajmuje się wyłącznie technicznymi aspektami koczowniczego życia, zresztą to byłoby niezbyt długą opowieścią – liczy się za to istnienie grup, które przenosiły się z miejsca na miejsce i pełniły ważną rolę w kształtowaniu się postępu. Przede wszystkim Anthony Sattin stara się zarejestrować to, co ulotne i pomijane często przez dziejopisarzy, sprawdza, jak budowała się historia. Nie chce proponować pracy naukowej ani monografii – o tym czytelnikom przypomina. Ważne, że często o nomadach mówi się w kontekście konfliktów, które stawały się ich udziałem – niewielu badaczy chciało w ogóle zastanowić się nad codziennością – a przecież zdarzały się w przeszłości okresy, w których nomadzi stanowili większość populacji (takie zestawienia otwierają kolejne rozdziały i pomagają w zorientowaniu się w znaczeniu koczownictwa w historii ludzkości. Nie tylko odtwarza autor funkcjonowanie plemion koczowniczych, ale też przedstawia czytelnikom sposoby odkrywania tajemnic z dawnych czasów.
Ta książka jest dobrą propozycją dla czytelników, którzy chcieliby odrzucić stereotypy związane z koczownictwem – nie ma w niej podkreślania tego, co wydaje się oczywiste, autor zagłębia się w codzienność i próbuje zbudować w miarę pełny obraz nomadów w różnych kulturach i miejscach – to motyw ważny i wartościowy, zwłaszcza że chce przekonywać czytelników do ich znaczenia w procesie budowania społeczności. Są w tej książce pomysły, których na pewno nikt nie kojarzyłby z koczowniczym życiem: rozmach władców może imponować albo intrygować – na pewno przyciągnie uwagę czytelników. Jest to historia z zupełnie innej perspektywy – z nieoczekiwanymi rozwiązaniami i pomysłami, które brzmią mocno egzotycznie. Anthony Sattin, chociaż twierdzi, że nie chce tworzyć naukowej monografii, jednak stawia na rzetelną narrację, wypełnioną faktami i ciekawostkami. „Nomadzi. Wędrowni twórcy cywilizacji” to tom oryginalny i pokazujący inne podejście do tematów przeszłości – może zatem spodobać się czytelnikom, którzy potrzebują oderwania od standardowych narracji. Można dzięki tej książce poznawać fakty, które nie mieszczą się w typowym dyskursie historiozoficznym.
sobota, 16 listopada 2024
Piotr Kołodziejczyk: Tam, gdzie mieszka wiatr. Archeologiczne zagadki Bliskiego Wschodu
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024.
Ślady ludzi
Imprint Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego rozwija ciekawe serie, proponując odbiorcom możliwość przyjrzenia się rozmaitym aspektom badań z różnych dziedzin. „Tam, gdzie mieszka wiatr” to praca naukowa, którą jednak z powodzeniem można uznać za popularyzatorską – przybliża czytelnikom znaczenie prac archeologicznych, najważniejsze ośrodki i odkrycia – ale też pokazuje elementy dawnych kultur, informacje, które można prześledzić dzięki wykopaliskom. W powszechnej świadomości archeolog może funkcjonować jako poszukiwacz skarbów – rzeczywistość jednak znacznie różni się od choćby filmowych prezentacji. Piotr Kołodziejczyk jest w stanie zmienić sposób myślenia o archeologach i ich zadaniach – dzięki rzetelnej i wypełnionej detalami opowieści. „Tam, gdzie mieszka wiatr” to historia wykopywana na Bliskim Wschodzie – ośrodki archeologiczne, które ujawniają wielkie tajemnice cywilizacyjne, ale też drobne świadectwa dawnej mentalności i egzystencji powiązane barwną narracją. Jest tu autor badaczem, który wie, jak powinien relacjonować kolejne odkrycia – ale jest też pewnego rodzaju fanem działań archeologów, zaraża entuzjazmem i jest w stanie podzielić się pasją z czytelnikami. A to – w przypadku pracy naukowej o dość wąskiej specjalizacji – trudne zadanie. Piotr Kołodziejczyk musi nie tylko zająć się referowaniem odkryć – stara się też przełożyć znaczenie na opowieść zrozumiałą dla szerokiego grona odbiorców. Rezygnuje zatem z hermetycznego dyskursu na rzecz przejrzystości. Nigdy nie traci z oczu znaczenia odkryć – z perspektywy cywilizacji czy ludzkości, nie tylko lokalnych społeczeństw. Na bazie zdobywanych informacji snuje historie o społecznościach, o ich dążeniach i strategiach przetrwania, o organizacji życia codziennego i o zaspokajaniu potrzeb w różnych czasach. Sprawdza, jak wyglądały najstarsze miasta, prowadzi odbiorców przez osiągnięcia mistrzów kowalstwa oraz przez szlaki handlowe. Nie zapomina o kształtowaniu się struktur państwowości i o temacie obronności – w kontekście pojawiania się nowych pomysłów i możliwości technologicznych. Ale Piotr Kołodziejczyk nie poprzestaje na tym: przypomina, że stanowiska archeologiczne mogą powiedzieć sporo o kulinariach z dawnych czasów: i to już spora niespodzianka dla odbiorców. „Tam, gdzie mieszka wiatr” to również okazja do naświetlenia zagadek archeologicznych – żeby jeszcze bardziej zaintrygować czytelników i uzmysłowić im, że poza odkrywaniem tajemnic archeolodzy borykają się z rozmaitymi niewiadomymi. „Tam, gdzie mieszka wiatr. Archeologiczne zagadki Bliskiego Wschodu” to publikacja obszerna i satysfakcjonująca czytelników spragnionych dawki wiedzy w połączeniu z klasyczną niemal przygodą. Można z tej książki czerpać wiedzę, ale można też sprawdzić, jaką wyobraźnią musi dysponować ktoś, kto odtwarza dzieje na podstawie drobnych znalezisk. Piotr Kołodziejczyk pokazuje odbiorcom, jak buduje się historie na bazie odkryć archeologicznych – jak resztki przeszłości zamieniają się w puzzle, dzięki którym można wysnuwać przypuszczenia na temat przodków, albo – jak odpowiadają na pytania. Archeo to seria, która umożliwia odbiorcom zanurzanie się w przeszłości i odbywanie podróży w czasie – odnosi się do tematów historycznych, ale niekoniecznie w stereotypowym ujęciu. Dzięki temu może stać się rodzajem przewodnika dla tych, którzy poszukują swojej drogi i dla tych, którzy zwyczajnie są zainteresowani rozwojem dziejów.
Ślady ludzi
Imprint Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego rozwija ciekawe serie, proponując odbiorcom możliwość przyjrzenia się rozmaitym aspektom badań z różnych dziedzin. „Tam, gdzie mieszka wiatr” to praca naukowa, którą jednak z powodzeniem można uznać za popularyzatorską – przybliża czytelnikom znaczenie prac archeologicznych, najważniejsze ośrodki i odkrycia – ale też pokazuje elementy dawnych kultur, informacje, które można prześledzić dzięki wykopaliskom. W powszechnej świadomości archeolog może funkcjonować jako poszukiwacz skarbów – rzeczywistość jednak znacznie różni się od choćby filmowych prezentacji. Piotr Kołodziejczyk jest w stanie zmienić sposób myślenia o archeologach i ich zadaniach – dzięki rzetelnej i wypełnionej detalami opowieści. „Tam, gdzie mieszka wiatr” to historia wykopywana na Bliskim Wschodzie – ośrodki archeologiczne, które ujawniają wielkie tajemnice cywilizacyjne, ale też drobne świadectwa dawnej mentalności i egzystencji powiązane barwną narracją. Jest tu autor badaczem, który wie, jak powinien relacjonować kolejne odkrycia – ale jest też pewnego rodzaju fanem działań archeologów, zaraża entuzjazmem i jest w stanie podzielić się pasją z czytelnikami. A to – w przypadku pracy naukowej o dość wąskiej specjalizacji – trudne zadanie. Piotr Kołodziejczyk musi nie tylko zająć się referowaniem odkryć – stara się też przełożyć znaczenie na opowieść zrozumiałą dla szerokiego grona odbiorców. Rezygnuje zatem z hermetycznego dyskursu na rzecz przejrzystości. Nigdy nie traci z oczu znaczenia odkryć – z perspektywy cywilizacji czy ludzkości, nie tylko lokalnych społeczeństw. Na bazie zdobywanych informacji snuje historie o społecznościach, o ich dążeniach i strategiach przetrwania, o organizacji życia codziennego i o zaspokajaniu potrzeb w różnych czasach. Sprawdza, jak wyglądały najstarsze miasta, prowadzi odbiorców przez osiągnięcia mistrzów kowalstwa oraz przez szlaki handlowe. Nie zapomina o kształtowaniu się struktur państwowości i o temacie obronności – w kontekście pojawiania się nowych pomysłów i możliwości technologicznych. Ale Piotr Kołodziejczyk nie poprzestaje na tym: przypomina, że stanowiska archeologiczne mogą powiedzieć sporo o kulinariach z dawnych czasów: i to już spora niespodzianka dla odbiorców. „Tam, gdzie mieszka wiatr” to również okazja do naświetlenia zagadek archeologicznych – żeby jeszcze bardziej zaintrygować czytelników i uzmysłowić im, że poza odkrywaniem tajemnic archeolodzy borykają się z rozmaitymi niewiadomymi. „Tam, gdzie mieszka wiatr. Archeologiczne zagadki Bliskiego Wschodu” to publikacja obszerna i satysfakcjonująca czytelników spragnionych dawki wiedzy w połączeniu z klasyczną niemal przygodą. Można z tej książki czerpać wiedzę, ale można też sprawdzić, jaką wyobraźnią musi dysponować ktoś, kto odtwarza dzieje na podstawie drobnych znalezisk. Piotr Kołodziejczyk pokazuje odbiorcom, jak buduje się historie na bazie odkryć archeologicznych – jak resztki przeszłości zamieniają się w puzzle, dzięki którym można wysnuwać przypuszczenia na temat przodków, albo – jak odpowiadają na pytania. Archeo to seria, która umożliwia odbiorcom zanurzanie się w przeszłości i odbywanie podróży w czasie – odnosi się do tematów historycznych, ale niekoniecznie w stereotypowym ujęciu. Dzięki temu może stać się rodzajem przewodnika dla tych, którzy poszukują swojej drogi i dla tych, którzy zwyczajnie są zainteresowani rozwojem dziejów.
niedziela, 26 maja 2024
Carole Hooven: T jak testosteron. Hormon, który rządzi i dzieli
Rebis, Poznań 2024.
Rywalizacja
Carole Hooven w książce „T jak testosteron. Hormon, który rządzi i dzieli” zajmuje się obalaniem mitów i informowaniem odbiorców, jaki wpływ na codzienne życie ma testosteron. Rzecz nie dotyczy wyłącznie ludzi (i autorka nie ogranicza się też do „klasycznego” podziału na płcie, bierze pod uwagę również osoby trans i to, jak na nie wpływa przyjmowanie lub redukowanie testosteronu). Znacznie łatwiej część zagadnień wytłumaczyć na podstawie obserwacji ze świata zwierząt, więc i w tym kierunku narracja idzie wielokrotnie. Przede wszystkim „T jak testosteron” to książka spora objętościowo – różni się tym od rozmaitych publikacji popularyzatorskich. Tutaj nie ma przybliżania tematu masowym odbiorcom, Carole Hooven kieruje się raczej do tych czytelników, którzy chcieliby wiedzieć więcej i nie boją się naukowego dyskursu. Wiele razy będzie wybierać wywody zaawansowane – żeby jak najwięcej informacji podać i żeby jak najpełniej wyjaśniać temat. A to oznacza, że „T jak testosteron” trafi przede wszystkim do czytelników zafascynowanych tematem. Żeby jednak nie zamykać się wyłącznie w świecie nauki, Carole Hooven często nawiązuje do obiegowych osądów albo do scenek, które wszyscy znają z własnego doświadczenia. Wykorzystuje takie migawki, żeby odciążyć trochę narrację i żeby pokazać, że zagadnienie, które przedstawia, wpływa na różne aspekty życia. Testosteron pojawia się zatem tutaj jako element łóżkowych doznań i podbojów miłosnych, ale także jako składnik agresji – element wyzwalający rywalizację i walkę. Hooven pokazuje różnice między zachowaniami kobiet i mężczyzn i tłumaczy, jakie postawy są kształtowane przez testosteron. Do tego wprowadza też biologiczne aspekty – wyjaśnia, z czym wiąże się produkowanie testosteronu dla organizmu. Przygląda się ludziom z zaburzoną gospodarką hormonalną – wprowadza przypadki interesujące z punktu widzenia medycyny i ze sporą dawką empatii przedstawia czytelnikom konsekwencje ich „odmienności”. Sprawdza, czy na podziały płciowe ma znaczenie wychowanie, czy jednak hormony lub geny – przeprowadza odbiorców przez cały proces dochodzenia do prawdy, żeby uniknąć wątpliwości i komplikacji. Próbuje jednoznacznie ustalić, za co testosteron odpowiada, a za co odpowiedzialny być nie może – a żeby uświadomić to odbiorcom, musi rozbijać skostniałe przekonania i od podstaw tłumaczyć poszczególne pojęcia. Przeprowadza zatem rozbudowany kurs na temat testosteronu, wypełniony nie tylko danymi z zakresu biologii czy endokrynologii, ale też – spotkaniami z ciekawymi ludźmi. Jest w tomie „T jak testosteron” bardzo dużo wiedzy podręcznikowej wykładanej w odpowiedni sposób, tak, żeby przyswoili sobie ją nawet chętni laicy – ale jest też całkiem sporo dobrej lektury. Carole Hooven przede wszystkim zależy na tym, żeby ludzie zrozumieli znaczenie hormonu T – żeby wiedzieli, z czym go powiązać i jak przejawia się jego obecność w organizmach. Przy okazji może nauczyć czegoś nowego, dać do myślenia albo wręcz usunąć nieprawdziwe przekonania. Funduje czytelnikom naukową podróż – ważną i cenną (chociaż dość trudną), a do tego bardzo ciekawą. W jej ujęciu testosteron staje się wręcz zjawiskiem – odpowiedzialnym za wiele zachowań i reakcji.
Rywalizacja
Carole Hooven w książce „T jak testosteron. Hormon, który rządzi i dzieli” zajmuje się obalaniem mitów i informowaniem odbiorców, jaki wpływ na codzienne życie ma testosteron. Rzecz nie dotyczy wyłącznie ludzi (i autorka nie ogranicza się też do „klasycznego” podziału na płcie, bierze pod uwagę również osoby trans i to, jak na nie wpływa przyjmowanie lub redukowanie testosteronu). Znacznie łatwiej część zagadnień wytłumaczyć na podstawie obserwacji ze świata zwierząt, więc i w tym kierunku narracja idzie wielokrotnie. Przede wszystkim „T jak testosteron” to książka spora objętościowo – różni się tym od rozmaitych publikacji popularyzatorskich. Tutaj nie ma przybliżania tematu masowym odbiorcom, Carole Hooven kieruje się raczej do tych czytelników, którzy chcieliby wiedzieć więcej i nie boją się naukowego dyskursu. Wiele razy będzie wybierać wywody zaawansowane – żeby jak najwięcej informacji podać i żeby jak najpełniej wyjaśniać temat. A to oznacza, że „T jak testosteron” trafi przede wszystkim do czytelników zafascynowanych tematem. Żeby jednak nie zamykać się wyłącznie w świecie nauki, Carole Hooven często nawiązuje do obiegowych osądów albo do scenek, które wszyscy znają z własnego doświadczenia. Wykorzystuje takie migawki, żeby odciążyć trochę narrację i żeby pokazać, że zagadnienie, które przedstawia, wpływa na różne aspekty życia. Testosteron pojawia się zatem tutaj jako element łóżkowych doznań i podbojów miłosnych, ale także jako składnik agresji – element wyzwalający rywalizację i walkę. Hooven pokazuje różnice między zachowaniami kobiet i mężczyzn i tłumaczy, jakie postawy są kształtowane przez testosteron. Do tego wprowadza też biologiczne aspekty – wyjaśnia, z czym wiąże się produkowanie testosteronu dla organizmu. Przygląda się ludziom z zaburzoną gospodarką hormonalną – wprowadza przypadki interesujące z punktu widzenia medycyny i ze sporą dawką empatii przedstawia czytelnikom konsekwencje ich „odmienności”. Sprawdza, czy na podziały płciowe ma znaczenie wychowanie, czy jednak hormony lub geny – przeprowadza odbiorców przez cały proces dochodzenia do prawdy, żeby uniknąć wątpliwości i komplikacji. Próbuje jednoznacznie ustalić, za co testosteron odpowiada, a za co odpowiedzialny być nie może – a żeby uświadomić to odbiorcom, musi rozbijać skostniałe przekonania i od podstaw tłumaczyć poszczególne pojęcia. Przeprowadza zatem rozbudowany kurs na temat testosteronu, wypełniony nie tylko danymi z zakresu biologii czy endokrynologii, ale też – spotkaniami z ciekawymi ludźmi. Jest w tomie „T jak testosteron” bardzo dużo wiedzy podręcznikowej wykładanej w odpowiedni sposób, tak, żeby przyswoili sobie ją nawet chętni laicy – ale jest też całkiem sporo dobrej lektury. Carole Hooven przede wszystkim zależy na tym, żeby ludzie zrozumieli znaczenie hormonu T – żeby wiedzieli, z czym go powiązać i jak przejawia się jego obecność w organizmach. Przy okazji może nauczyć czegoś nowego, dać do myślenia albo wręcz usunąć nieprawdziwe przekonania. Funduje czytelnikom naukową podróż – ważną i cenną (chociaż dość trudną), a do tego bardzo ciekawą. W jej ujęciu testosteron staje się wręcz zjawiskiem – odpowiedzialnym za wiele zachowań i reakcji.
poniedziałek, 29 stycznia 2024
Andrzej Friszke: Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989
Iskry, Warszawa 2024.
Przegląd
To jest publikacja monumentalna (i powracająca na rynek), chociaż sam autor – zgodnie zresztą z konwencją – umniejsza swoje zasługi, pisząc o „skromnym” przedstawieniu losów państwa i narodu polskiego w półwieczu (trzeba przyznać, że wyjątkowo burzliwym, bo w latach 1939–1989). Andrzej Friszke przypomina, że historycy nie powinni wikłać się w politykę i podsuwać narzędzi tym, którzy wykorzystują przeszłość we własnych interpretacjach i różnych celach – stwierdza, że rolą historyka jest rejestrowanie faktów, a nie komentowanie ich – i zgodnie z tym postulatem buduje swoją opowieść. Opowieść syntetyzującą fakty, zbierającą najważniejsze momenty z przeszłości i wypraną z ocen, przynajmniej tam, gdzie jest to możliwe. „Polska. Losy państwa i narodu 1939–1989” to tom, który może być traktowany jako źródło wiedzy choćby przez studentów – natomiast niewielu odbiorców z masowego grona zdecyduje się na tak wymagającą i rozbudowaną lekturę. Przede wszystkim Andrzej Friszke rezygnuje z narracji w stylu pop. Nie będzie uwodzić czytelników fabularyzowaniem treści ani tworzeniem skryptowych notatek – tutaj znikają wyliczenia rodem z poradników kioskowych czy próby mnemotechniczne. Liczy się rzetelny opis faktów, w miarę możliwości obiektywny, co widać nawet przy wskazywaniu sprawstwa: często autor ucieka się do bezosobowych form, żeby przenieść uwagę czytelników z tego, kto stoi za danym wydarzeniem, na sam jego efekt.
Najwięcej miejsca w tym tomie – pod względem objętościowym, ale też emocjonalnym – zabierają lata 50. XX wieku. Druga wojna światowa to zagadnienie omówione dogłębnie w wielu źródłach, a autor uznaje, że należy przedstawić rzeczywistość, która istnieje jeszcze w pamięci potencjalnych odbiorców (lub ich bliskich) – stąd też konkretne decyzje narracyjne. Warto tu zauważyć, że w drugim wydaniu książki Andrzej Friszke zajmuje się między innymi weryfikowaniem (lub podawaniem aktualnych) danych liczbowych – korzysta z rozmaitych statystyk, sprawdza i uzupełnia wiadomości, skupia się na informacjach jak najbardziej mierzalnych – bo to pozwala mu na podkreślanie obiektywizmu w relacji. Oczywiście nie da się całkowicie wyeliminować z własnej twórczości osobistych poglądów – ale Friszke dba o to, żeby nie wysuwały się na pierwszy plan i nie odwracały uwagi od tekstu. Pokazuje rzeczywistość społeczną i polityczną – ta druga wydaje się oczywista w tomie historyka, ta pierwsza – niezbędna dla nakreślania kontekstu i budowania przestrzeni porozumienia z czytelnikami. Jest tu Andrzej Friszke raczej sprawozdawcą niż komentatorem – nie zatrzymuje się nad interpretacjami faktów, a szuka samych danych, przez co chwilami tom może pobrzmiewać nieco ascetycznie – to jednak nie będzie przeszkadzać w lekturze, skoro najważniejsze jest w niej przedstawianie rzeczywistości. Przeszłość w tym wypadku nie domaga się podsumowań i ustaleń – jest po prostu opowiadana, z pewnym dystansem i świadomością nadużyć, gdy staje się elementem gry politycznej. Wydawałoby się, że dzisiaj na rynku nie ma już miejsca na takie książki – na narrację pozbawioną kontaktu z czytelnikiem, nieinkrustowaną w żaden sposób. A jednak Andrzej Friszke pozwala skupić się na tym, co najważniejsze: na historii jako takiej. Historii z perspektywy jednego narodu – ale też historii, która pełna jest szarości zamiast czarno-białych ocen.
Zwykle w tego typu publikacjach zaangażowani w jakiś temat próbują odnaleźć jego rozszerzenie. Andrzej Friszke dba o to, żeby sprawiedliwie traktować kolejne dekady i nie skupiać przesadnie na wybranych – powraca tu wrażenie równowagi, odpowiednich proporcji, dzięki którym rzeczywiście można przekrojowo prześledzić najważniejsze wydarzenia z prezentowanego okresu. To może być dla części czytelników wadą – ale spore grono odbiorców uzna to za zaletę tomu. Najważniejsza jest tu jednak stonowana narracja.
Przegląd
To jest publikacja monumentalna (i powracająca na rynek), chociaż sam autor – zgodnie zresztą z konwencją – umniejsza swoje zasługi, pisząc o „skromnym” przedstawieniu losów państwa i narodu polskiego w półwieczu (trzeba przyznać, że wyjątkowo burzliwym, bo w latach 1939–1989). Andrzej Friszke przypomina, że historycy nie powinni wikłać się w politykę i podsuwać narzędzi tym, którzy wykorzystują przeszłość we własnych interpretacjach i różnych celach – stwierdza, że rolą historyka jest rejestrowanie faktów, a nie komentowanie ich – i zgodnie z tym postulatem buduje swoją opowieść. Opowieść syntetyzującą fakty, zbierającą najważniejsze momenty z przeszłości i wypraną z ocen, przynajmniej tam, gdzie jest to możliwe. „Polska. Losy państwa i narodu 1939–1989” to tom, który może być traktowany jako źródło wiedzy choćby przez studentów – natomiast niewielu odbiorców z masowego grona zdecyduje się na tak wymagającą i rozbudowaną lekturę. Przede wszystkim Andrzej Friszke rezygnuje z narracji w stylu pop. Nie będzie uwodzić czytelników fabularyzowaniem treści ani tworzeniem skryptowych notatek – tutaj znikają wyliczenia rodem z poradników kioskowych czy próby mnemotechniczne. Liczy się rzetelny opis faktów, w miarę możliwości obiektywny, co widać nawet przy wskazywaniu sprawstwa: często autor ucieka się do bezosobowych form, żeby przenieść uwagę czytelników z tego, kto stoi za danym wydarzeniem, na sam jego efekt.
Najwięcej miejsca w tym tomie – pod względem objętościowym, ale też emocjonalnym – zabierają lata 50. XX wieku. Druga wojna światowa to zagadnienie omówione dogłębnie w wielu źródłach, a autor uznaje, że należy przedstawić rzeczywistość, która istnieje jeszcze w pamięci potencjalnych odbiorców (lub ich bliskich) – stąd też konkretne decyzje narracyjne. Warto tu zauważyć, że w drugim wydaniu książki Andrzej Friszke zajmuje się między innymi weryfikowaniem (lub podawaniem aktualnych) danych liczbowych – korzysta z rozmaitych statystyk, sprawdza i uzupełnia wiadomości, skupia się na informacjach jak najbardziej mierzalnych – bo to pozwala mu na podkreślanie obiektywizmu w relacji. Oczywiście nie da się całkowicie wyeliminować z własnej twórczości osobistych poglądów – ale Friszke dba o to, żeby nie wysuwały się na pierwszy plan i nie odwracały uwagi od tekstu. Pokazuje rzeczywistość społeczną i polityczną – ta druga wydaje się oczywista w tomie historyka, ta pierwsza – niezbędna dla nakreślania kontekstu i budowania przestrzeni porozumienia z czytelnikami. Jest tu Andrzej Friszke raczej sprawozdawcą niż komentatorem – nie zatrzymuje się nad interpretacjami faktów, a szuka samych danych, przez co chwilami tom może pobrzmiewać nieco ascetycznie – to jednak nie będzie przeszkadzać w lekturze, skoro najważniejsze jest w niej przedstawianie rzeczywistości. Przeszłość w tym wypadku nie domaga się podsumowań i ustaleń – jest po prostu opowiadana, z pewnym dystansem i świadomością nadużyć, gdy staje się elementem gry politycznej. Wydawałoby się, że dzisiaj na rynku nie ma już miejsca na takie książki – na narrację pozbawioną kontaktu z czytelnikiem, nieinkrustowaną w żaden sposób. A jednak Andrzej Friszke pozwala skupić się na tym, co najważniejsze: na historii jako takiej. Historii z perspektywy jednego narodu – ale też historii, która pełna jest szarości zamiast czarno-białych ocen.
Zwykle w tego typu publikacjach zaangażowani w jakiś temat próbują odnaleźć jego rozszerzenie. Andrzej Friszke dba o to, żeby sprawiedliwie traktować kolejne dekady i nie skupiać przesadnie na wybranych – powraca tu wrażenie równowagi, odpowiednich proporcji, dzięki którym rzeczywiście można przekrojowo prześledzić najważniejsze wydarzenia z prezentowanego okresu. To może być dla części czytelników wadą – ale spore grono odbiorców uzna to za zaletę tomu. Najważniejsza jest tu jednak stonowana narracja.
niedziela, 30 kwietnia 2023
Molly Smith, Juno Mac: Rewolta prostytutek
Czarna Owca, Warszawa 2023.
Prawa
Ta książka może zmienić skostniałe schematy w myśleniu o osobach świadczących usługi seksualne, pracujących na ulicy i sprzedających własne ciała - wszystko jedno, z wyboru czy z konieczności. Molly Smith i Juno Mac wiedzą doskonale, o czym piszą: same parają się prostytucją i znają to środowisko doskonale. Zdają sobie sprawę z bolączek i wyzwań wiążących się z próbami społecznego uporządkowania zjawiska. Zwracają uwagę zwłaszcza na metody, którymi chce się zlikwidować prostytucję jako zjawisko - podkreślają niebezpieczeństwa, które płyną z wprowadzanych przez władze ograniczeń. Porównują sytuację w różnych krajach, żeby uświadomić odbiorcom, do czego doprowadzą kolejne działania obciążające karami raz prostytutki, raz - ich klientów. Może to wywołać różne skutki, jednak nie pozwoli na pozbycie się zjawiska. Zwiększy za to ryzyko: zmusi kobiety (i nie tylko je) do przyjmowania klientów, których w innych warunkach uznałyby za zbyt groźnych - i narażają swoje życie i zdrowie. W końcu dla wielu pracownic seksualnych prostytucja to jedyna dostępna forma zarobkowania. I to jeden z tematów, które Molly Smith i Juno Mac podkreślają w swoich wywodach całkiem często. Walczą o prawa prostytutek do godnego życia, przypominają, że i one zasługują na ochronę oraz wsparcie. Uczą w zasadzie nowego podejścia do tematu prostytucji, oswajają z nim i wyjaśniają czytelnikom, ile zagadnień z tym się wiąże. Próbują uświadomić odbiorcom, że rynek usług seksualnych będzie możliwy do kontrolowania dopiero wtedy, gdy zrezygnuje się z systemu opresyjnego i ze ścigania zaangażowanych stron.
Seks za pieniądze to temat, który rozpala zbiorową wyobraźnię. Tymczasem "Rewolta prostytutek" to bardzo skrupulatnie przygotowywana książka wypełniona szczegółowymi analizami i danymi. Smith i Mac przedstawiają nie tylko samo zjawisko prostytucji, interesują się zwłaszcza motywami społecznymi. Dużo miejsca poświęcają kwestiom bezpieczeństwa, ale w książce znalazło się też miejsce na opowieści o - między innymi - osobach ze środowiska LGBTQ świadczących usługi seksualne, o prostytutkach o różnych kolorach skóry - przypominają, że walka nie dotyczy wyłącznie białych kobiet, one i tak mogą być uprzywilejowane. Ale w tomie nie ma zbyt dużo opinii i wrażeń. Molly Smith i Juno Mac chcą opierać się na faktach - bardzo rzadko pozwalają sobie na ujawnianie poglądów w rodzaju chęci odebrania bogactwa ludziom ze szczytów list zamożności i przekazania go biednym. Zwykle zajmują się starannym argumentowaniem swoich racji - rzeczywiście są w stanie uświadomić czytelnikom bolączki nieakceptowanego społecznie zawodu i naświetlić zagadnienia z innej niż zwykle perspektywy. Tutaj prostytucja nie jest zła jako taka - złe są nieprzemyślane działania rządzących lub samych lokalnych społeczności, złe są próby wyeliminowania prostytucji jako takiej - bo dla części ludzi to po prostu jedyna szansa na przeżycie. I o tym najczęściej zapominają ci, którym obecność ludzi zarabiających na życie seksem przeszkadza. Jest "Rewolta prostytutek" nie tylko nawoływaniem do potrzebnych zmian. Jest przede wszystkim bardzo ważnym głosem w przestrzeni publicznej. Głosem, którego nie można zignorować. Ta książka nie tylko funkcjonuje jako dokument i świadectwo czasów - ważna jest również ze względu na daleki od infantylizmu głos przedstawicieli zawodu odrzucanego i krytykowanego.
Prawa
Ta książka może zmienić skostniałe schematy w myśleniu o osobach świadczących usługi seksualne, pracujących na ulicy i sprzedających własne ciała - wszystko jedno, z wyboru czy z konieczności. Molly Smith i Juno Mac wiedzą doskonale, o czym piszą: same parają się prostytucją i znają to środowisko doskonale. Zdają sobie sprawę z bolączek i wyzwań wiążących się z próbami społecznego uporządkowania zjawiska. Zwracają uwagę zwłaszcza na metody, którymi chce się zlikwidować prostytucję jako zjawisko - podkreślają niebezpieczeństwa, które płyną z wprowadzanych przez władze ograniczeń. Porównują sytuację w różnych krajach, żeby uświadomić odbiorcom, do czego doprowadzą kolejne działania obciążające karami raz prostytutki, raz - ich klientów. Może to wywołać różne skutki, jednak nie pozwoli na pozbycie się zjawiska. Zwiększy za to ryzyko: zmusi kobiety (i nie tylko je) do przyjmowania klientów, których w innych warunkach uznałyby za zbyt groźnych - i narażają swoje życie i zdrowie. W końcu dla wielu pracownic seksualnych prostytucja to jedyna dostępna forma zarobkowania. I to jeden z tematów, które Molly Smith i Juno Mac podkreślają w swoich wywodach całkiem często. Walczą o prawa prostytutek do godnego życia, przypominają, że i one zasługują na ochronę oraz wsparcie. Uczą w zasadzie nowego podejścia do tematu prostytucji, oswajają z nim i wyjaśniają czytelnikom, ile zagadnień z tym się wiąże. Próbują uświadomić odbiorcom, że rynek usług seksualnych będzie możliwy do kontrolowania dopiero wtedy, gdy zrezygnuje się z systemu opresyjnego i ze ścigania zaangażowanych stron.
Seks za pieniądze to temat, który rozpala zbiorową wyobraźnię. Tymczasem "Rewolta prostytutek" to bardzo skrupulatnie przygotowywana książka wypełniona szczegółowymi analizami i danymi. Smith i Mac przedstawiają nie tylko samo zjawisko prostytucji, interesują się zwłaszcza motywami społecznymi. Dużo miejsca poświęcają kwestiom bezpieczeństwa, ale w książce znalazło się też miejsce na opowieści o - między innymi - osobach ze środowiska LGBTQ świadczących usługi seksualne, o prostytutkach o różnych kolorach skóry - przypominają, że walka nie dotyczy wyłącznie białych kobiet, one i tak mogą być uprzywilejowane. Ale w tomie nie ma zbyt dużo opinii i wrażeń. Molly Smith i Juno Mac chcą opierać się na faktach - bardzo rzadko pozwalają sobie na ujawnianie poglądów w rodzaju chęci odebrania bogactwa ludziom ze szczytów list zamożności i przekazania go biednym. Zwykle zajmują się starannym argumentowaniem swoich racji - rzeczywiście są w stanie uświadomić czytelnikom bolączki nieakceptowanego społecznie zawodu i naświetlić zagadnienia z innej niż zwykle perspektywy. Tutaj prostytucja nie jest zła jako taka - złe są nieprzemyślane działania rządzących lub samych lokalnych społeczności, złe są próby wyeliminowania prostytucji jako takiej - bo dla części ludzi to po prostu jedyna szansa na przeżycie. I o tym najczęściej zapominają ci, którym obecność ludzi zarabiających na życie seksem przeszkadza. Jest "Rewolta prostytutek" nie tylko nawoływaniem do potrzebnych zmian. Jest przede wszystkim bardzo ważnym głosem w przestrzeni publicznej. Głosem, którego nie można zignorować. Ta książka nie tylko funkcjonuje jako dokument i świadectwo czasów - ważna jest również ze względu na daleki od infantylizmu głos przedstawicieli zawodu odrzucanego i krytykowanego.
wtorek, 31 stycznia 2023
Piotr M. Majewski: Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu
Krytyka Polityczna, Warszawa 2019.
Analiza
Ta książka jest z wyglądu potężna - ponad pół tysiąca stron to gratka dla wszystkich, którzy cenią sobie rozłożyste lektury. Ale Piotr M. Majewski pisze jak rasowy reportażysta i automatycznie pokazuje, że język historyka i popularyzatora nauki nie musi być nudny czy sztampowy. "Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu" to opowieść poświęcona wydarzeniom sprzed wybuchu drugiej wojny światowej - politycznym aspektom działań prowadzących do konfliktu zbrojnego. Autor przygląda się zwłaszcza temu, co działo się w Czechosłowacji, zahacza też czasem o Polskę, Rumunię czy Węgry, z rzadka przenosi się do Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch czy ZSRR. Czechosłowacja pozostaje jednak bazą wypadową, to, co w tym miejscu się rozgrywa, stanowi przedmiot analiz. Autor rozczytuje kolejne postawy i wydarzenia, reakcje dyplomatów oraz nadciągające niebezpieczeństwa, z których jeszcze nie do końca zaangażowani zdają sobie sprawę. Sam zachowuje styl obiektywny, przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe - nie wyprzedza wypadków, skupia się na tym, co tu i teraz (głównie "tu i teraz" w Czechosłowacji, korzysta też z czeskojęzycznych opracowań, co zaznacza w przypisach). Opowiada o kryzysie monachijskim z prawdziwą pasją - nawet jeśli zależy mu na badawczym stonowaniu. I na tym będzie polegać właśnie wartość tej książki dla zwyczajnych czytelników. Wszyscy ci, którzy nie zajmują się historią zawodowo, mogą czerpać przyjemność z takiej lektury: autor bardzo starannie opisuje wydarzenia z Czechosłowacji z 1938 roku, nie pozwala czytelnikom oderwać się od komentarzy i obrazów. Roztacza przed odbiorcami wizję skomplikowanych intryg i planów - i chociaż wiadomo, jak się wszystko skończy, autor sprawia, że chce się śledzić jego wywód i czekać na finał relacji.
Sam Piotr M. Majewski decyduje się na wybór stylu reporterskiego. Pisze tak, jakby był naocznym świadkiem wydarzeń i to samo funduje czytelnikom. Przenosi się w czasie (chronologicznie, przeskakuje najwyżej o parę dni lub tygodni, ale czasami relacjonuje w kolejnych rozdziałach wydarzenia rozgrywające się w tym samym momencie w różnych miejscach) i w przestrzeni - sygnalizuje to za każdym razem odpowiednią notką w tytule rozdziału. Przypomina to rozwiązania z filmów sensacyjnych i bardzo dobrze sprawdza się jako skrót. Zajmuje się także warstwą "obyczajową" wydarzeń, komentuje nie tylko to, co można znaleźć w wersji syntezy w podręcznikach do historii - chce swoich bohaterów przedstawiać jako ludzi z krwi i kości, z rozmaitymi słabościami i z prywatnymi sprawami do rozwiązania. Sprawia, że kolejne sytuacje nabierają barw i funkcjonują między innymi jako atrakcyjne - wypełnione ciekawostkami - sceny oddziałujące na wyobraźnię. Czytelnicy będą mogli z tej książki nie tylko czerpać wiedzę na temat kryzysu monachijskiego i wydarzeń sprzed wybuchu drugiej wojny światowej - poznają charaktery zaangażowanych w to polityków i wzajemne relacje między wysoko postawionymi. Dobrze się ten autor czuje w popularyzatorskiej narracji i to odbiorcy bez wątpienia docenią.
Analiza
Ta książka jest z wyglądu potężna - ponad pół tysiąca stron to gratka dla wszystkich, którzy cenią sobie rozłożyste lektury. Ale Piotr M. Majewski pisze jak rasowy reportażysta i automatycznie pokazuje, że język historyka i popularyzatora nauki nie musi być nudny czy sztampowy. "Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu" to opowieść poświęcona wydarzeniom sprzed wybuchu drugiej wojny światowej - politycznym aspektom działań prowadzących do konfliktu zbrojnego. Autor przygląda się zwłaszcza temu, co działo się w Czechosłowacji, zahacza też czasem o Polskę, Rumunię czy Węgry, z rzadka przenosi się do Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch czy ZSRR. Czechosłowacja pozostaje jednak bazą wypadową, to, co w tym miejscu się rozgrywa, stanowi przedmiot analiz. Autor rozczytuje kolejne postawy i wydarzenia, reakcje dyplomatów oraz nadciągające niebezpieczeństwa, z których jeszcze nie do końca zaangażowani zdają sobie sprawę. Sam zachowuje styl obiektywny, przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe - nie wyprzedza wypadków, skupia się na tym, co tu i teraz (głównie "tu i teraz" w Czechosłowacji, korzysta też z czeskojęzycznych opracowań, co zaznacza w przypisach). Opowiada o kryzysie monachijskim z prawdziwą pasją - nawet jeśli zależy mu na badawczym stonowaniu. I na tym będzie polegać właśnie wartość tej książki dla zwyczajnych czytelników. Wszyscy ci, którzy nie zajmują się historią zawodowo, mogą czerpać przyjemność z takiej lektury: autor bardzo starannie opisuje wydarzenia z Czechosłowacji z 1938 roku, nie pozwala czytelnikom oderwać się od komentarzy i obrazów. Roztacza przed odbiorcami wizję skomplikowanych intryg i planów - i chociaż wiadomo, jak się wszystko skończy, autor sprawia, że chce się śledzić jego wywód i czekać na finał relacji.
Sam Piotr M. Majewski decyduje się na wybór stylu reporterskiego. Pisze tak, jakby był naocznym świadkiem wydarzeń i to samo funduje czytelnikom. Przenosi się w czasie (chronologicznie, przeskakuje najwyżej o parę dni lub tygodni, ale czasami relacjonuje w kolejnych rozdziałach wydarzenia rozgrywające się w tym samym momencie w różnych miejscach) i w przestrzeni - sygnalizuje to za każdym razem odpowiednią notką w tytule rozdziału. Przypomina to rozwiązania z filmów sensacyjnych i bardzo dobrze sprawdza się jako skrót. Zajmuje się także warstwą "obyczajową" wydarzeń, komentuje nie tylko to, co można znaleźć w wersji syntezy w podręcznikach do historii - chce swoich bohaterów przedstawiać jako ludzi z krwi i kości, z rozmaitymi słabościami i z prywatnymi sprawami do rozwiązania. Sprawia, że kolejne sytuacje nabierają barw i funkcjonują między innymi jako atrakcyjne - wypełnione ciekawostkami - sceny oddziałujące na wyobraźnię. Czytelnicy będą mogli z tej książki nie tylko czerpać wiedzę na temat kryzysu monachijskiego i wydarzeń sprzed wybuchu drugiej wojny światowej - poznają charaktery zaangażowanych w to polityków i wzajemne relacje między wysoko postawionymi. Dobrze się ten autor czuje w popularyzatorskiej narracji i to odbiorcy bez wątpienia docenią.
piątek, 12 sierpnia 2022
Łukasz Kamieński: Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości
Czarne, Wołowiec 2022.
Granice wyobraźni
Dwa światy zestawia ze sobą i nieustannie przywołuje Łukasz Kamieński, który w "Mimowolnych cyborgach" zastanawia się nad tym, jak ludzie będą dzięki nauce i rozwoju komputerów doskonalić swoje ciała albo likwidować ułomności. Pierwszy świat to starożytne eposy, wizje mężnych wojowników lub wręcz bogów i herosów, którzy nie ulękną się wroga i poradzą sobie w każdych sytuacjach wymagających nadludzkiej siły i sprawności. Drugi świat - to dzisiejsze wojsko, a dokładniej - próby wykorzystania nowoczesnych technologii w walkach. Tym tematem Łukasz Kamieński się pasjonuje, widać, że zależy mu na pokazywaniu, że postęp technologiczny może być wykorzystywany nie tylko do poszerzania granic możliwości człowieka, ale również do odnoszenia sukcesów na polu walki. Dehumanizacja to jeden z aspektów w dyskusji o wkraczaniu komputerów do życia codziennego i do ludzkiego ciała - łatwo zachłysnąć się możliwościami i szansami dla chorych, ale należy również pamiętać o tym, co stanie się, gdy rozwiązania zostaną wykorzystane w złych celach. Łukasz Kamieński pokazuje, jak łatwo ziścić się może najgorszy koszmar. Jednak nie może w związku z tym przemilczać obecnego stanu rzeczy: prób połączenia biologii i informatyki. "Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości" to książka popularnonaukowa, w której liczy się pościg za nowoczesnością. Autor nie skupia się tu na ekstremalnych doświadczeniach: owszem, zdaje sobie sprawę, że są ludzie, którzy celowo dokonują operacji i wzbogacają swoje ciała o rozmaite wynalazki, żeby poszerzyć doznania zmysłowe (mogą na przykład odbierać fale sejsmiczne albo przyciągać metale przez magnesy wszczepione w palce), ale zamiast oddawać im głos, pozwala wybrzmieć nauce. Sprawdza, co można w dzisiejszych czasach zrobić z ciałem i jak oszukiwać zmysły, które zmysły da się zastąpić albo zmodyfikować - i czy nauka da szansę walki z niepełnosprawnością ciała. Często podkreśla autor, jakie znaczenie dla żołnierzy ma postęp technologiczny: odnotowuje kolejne możliwości i "supermoce", jakie zyska się wraz ze specjalnymi tatuażami czy chipami pod skórą. Opowiada o walkach dronów i o egzoszkieletach. Chce, żeby czytelnicy uświadomili sobie, że przemiana dokonuje się niemal na ich oczach i że to, co do niedawna było jedynie wymysłem pisarzy albo scenarzystów, wkracza do rzeczywistości i przestaje dziwić.
"Mimowolne cyborgi" to książka, w której sporo miejsca poświęca się tematowi mózgu i wpływania na neurologię: człowiek zamienia się w maszynę i zyskuje nowe umiejętności. Jednak nie posłużą mu one do ulepszania rzeczywistości: mogą stać się śmiercionośną bronią. Cały czas Łukasz Kamieński skręca w stronę walk przyszłości: wie, że konflikty zbrojne będą istniały i będzie się je rozwiązywać w coraz bardziej bezwzględny (z perspektywy zwykłego człowieka) sposób, próbuje nakierować wyobraźnię czytelników na tę sferę. Odwołuje się jednak stale i do historii medycyny czy do najnowszych odkryć w zakresie badania mózgu - żeby pokazać, jakie mechanizmy mogą pozwolić na wprowadzanie zmian. "Mimowolne cyborgi" to doskonała lektura naukowa dla tych, którzy chcą się dowiedzieć jak najwięcej o związkach biologii i komputeryzacji przyszłości, a także dla tych, którzy zastanawiają się nad kształtem wojen w obliczu postępującej technicyzacji.
Granice wyobraźni
Dwa światy zestawia ze sobą i nieustannie przywołuje Łukasz Kamieński, który w "Mimowolnych cyborgach" zastanawia się nad tym, jak ludzie będą dzięki nauce i rozwoju komputerów doskonalić swoje ciała albo likwidować ułomności. Pierwszy świat to starożytne eposy, wizje mężnych wojowników lub wręcz bogów i herosów, którzy nie ulękną się wroga i poradzą sobie w każdych sytuacjach wymagających nadludzkiej siły i sprawności. Drugi świat - to dzisiejsze wojsko, a dokładniej - próby wykorzystania nowoczesnych technologii w walkach. Tym tematem Łukasz Kamieński się pasjonuje, widać, że zależy mu na pokazywaniu, że postęp technologiczny może być wykorzystywany nie tylko do poszerzania granic możliwości człowieka, ale również do odnoszenia sukcesów na polu walki. Dehumanizacja to jeden z aspektów w dyskusji o wkraczaniu komputerów do życia codziennego i do ludzkiego ciała - łatwo zachłysnąć się możliwościami i szansami dla chorych, ale należy również pamiętać o tym, co stanie się, gdy rozwiązania zostaną wykorzystane w złych celach. Łukasz Kamieński pokazuje, jak łatwo ziścić się może najgorszy koszmar. Jednak nie może w związku z tym przemilczać obecnego stanu rzeczy: prób połączenia biologii i informatyki. "Mimowolne cyborgi. Mózg i wojna przyszłości" to książka popularnonaukowa, w której liczy się pościg za nowoczesnością. Autor nie skupia się tu na ekstremalnych doświadczeniach: owszem, zdaje sobie sprawę, że są ludzie, którzy celowo dokonują operacji i wzbogacają swoje ciała o rozmaite wynalazki, żeby poszerzyć doznania zmysłowe (mogą na przykład odbierać fale sejsmiczne albo przyciągać metale przez magnesy wszczepione w palce), ale zamiast oddawać im głos, pozwala wybrzmieć nauce. Sprawdza, co można w dzisiejszych czasach zrobić z ciałem i jak oszukiwać zmysły, które zmysły da się zastąpić albo zmodyfikować - i czy nauka da szansę walki z niepełnosprawnością ciała. Często podkreśla autor, jakie znaczenie dla żołnierzy ma postęp technologiczny: odnotowuje kolejne możliwości i "supermoce", jakie zyska się wraz ze specjalnymi tatuażami czy chipami pod skórą. Opowiada o walkach dronów i o egzoszkieletach. Chce, żeby czytelnicy uświadomili sobie, że przemiana dokonuje się niemal na ich oczach i że to, co do niedawna było jedynie wymysłem pisarzy albo scenarzystów, wkracza do rzeczywistości i przestaje dziwić.
"Mimowolne cyborgi" to książka, w której sporo miejsca poświęca się tematowi mózgu i wpływania na neurologię: człowiek zamienia się w maszynę i zyskuje nowe umiejętności. Jednak nie posłużą mu one do ulepszania rzeczywistości: mogą stać się śmiercionośną bronią. Cały czas Łukasz Kamieński skręca w stronę walk przyszłości: wie, że konflikty zbrojne będą istniały i będzie się je rozwiązywać w coraz bardziej bezwzględny (z perspektywy zwykłego człowieka) sposób, próbuje nakierować wyobraźnię czytelników na tę sferę. Odwołuje się jednak stale i do historii medycyny czy do najnowszych odkryć w zakresie badania mózgu - żeby pokazać, jakie mechanizmy mogą pozwolić na wprowadzanie zmian. "Mimowolne cyborgi" to doskonała lektura naukowa dla tych, którzy chcą się dowiedzieć jak najwięcej o związkach biologii i komputeryzacji przyszłości, a także dla tych, którzy zastanawiają się nad kształtem wojen w obliczu postępującej technicyzacji.
niedziela, 18 lipca 2021
Bohdan Tadeusz Woronowicz: Zachowania, które mogą zranić. O uzależnieniach behawioralnych i nie tylko
Media Rodzina, Poznań 2021.
Niepokoje
Ludzie uzależniają się od różnych rzeczy i potrzebują czasami dziwnych (a czasami powszechnie akceptowanych) bodźców, żeby zachować dobry nastrój i poczucie szczęścia. Jednak uzależnienia są groźne dla zdrowia i prowadzą do problemów społecznych, zawodowych czy rodzinnych – Bohdan Tadeusz Woronowicz stara się zatem nakreślić ich specyfikę i wytłumaczyć odbiorcom, kiedy można mówić o niezdrowym podejściu do hobby i jakie kroki w związku z tym podjąć. „Zachowania, które mogą zranić. O uzależnieniach behawioralnych i nie tylko” to książka-podręcznik, stworzona tak, by nie tylko dostarczać potrzebnych wiadomości, ale też porządkować wiedzę i utrwalać ją. Czytelnicy otrzymują tutaj zestaw rozdziałów posegregowanych tematycznie. Autor przygląda się między innymi problemom z hazardem, z uzależnieniem od internetu (w różnych wymiarach: inaczej podchodzi się do tych, którzy w sieci uprawiają cyberseks, inaczej do tych, którzy nie mogą oderwać się od mediów społecznościowych, a inaczej do tych poszukujących przepisu na samobójstwo). Analizuje przypadki pracoholizmu i uzależnienia od seksu (znów: z podziałem na między innymi pornografię czy chemseks). Podobnie traktuje zagrożenia płynące z uzależnienia od smartfonów (co ciekawe, nawet robienie selfie może przerodzić się w obsesję). Charakteryzuje kolejno różne rodzaje chorób płynących z nieprawidłowego odżywiania się, ale też zjawiska dla większości ludzi dość abstrakcyjne – jak uzależnienie od ćwiczeń fizycznych. Przy zakupoholizmie nie przyjmuje do wiadomości, że określenie, które zostało spopularyzowane, wyparło jego propozycję „kupnoholizmu”, ale można mu to wybaczyć. Po przeglądzie najważniejszych zjawisk przychodzi czas na opowiadanie o kilku innych – rzadziej spotykanych, chociaż równie niebezpiecznych tematach – wśród nich jest uzależnienie od władzy, od kłamstw, od poszukiwania miłości czy od... sekt. Następnie podaje zestaw terapii, które stosuje się w określonych okolicznościach i przypomina, czym jest współuzależnienie: przestrzega przed angażowaniem się w pomaganie bliskim bez fachowego wsparcia i podpowiada, co robić, kiedy rzeczywiście chce się pomóc. Jest ta książka przygotowana bardzo rzetelnie. Autorowi nie zależy na popularyzowaniu wiedzy: chce stworzyć faktycznie wartościowy podręcznik, stawia na systematyzację wiadomości, proponuje przejrzyste rozdziały i pełne wyjaśnienia. Każde zagadnienie stara się wyczerpująco omówić, podając przy tym zbiory wskazówek i wypunktowane sposoby odkrycia uzależnienia (tak, żeby czytelnicy mogli samodzielnie zdiagnozować przynajmniej wstępnie problem). Może i nie dostarczy lekturowej satysfakcji, ale też nie o to tu chodzi: liczy się bowiem możliwość prześledzenia konkretów i fachowych ocen. „Zachowania, które mogą zranić” to książka będąca kompendium wiedzy na temat różnych uzależnień. Autor nie wpada w ogólniki, nie przekonuje, że każde uzależnienie wiąże się z podobnym mechanizmem – usiłuje za to dokładnie przestudiować kolejne zjawiska i dać czytelnikom podstawy do oceniania tego, co dzieje się wokół nich. Nie pozostawia bez wsparcia – może zatem przyczynić się do rozwoju samoświadomości. Ważne jest też to, że chociaż wybiera tony klasyczne, pisze także o zjawiskach charakterystycznych dla dzisiejszych czasów, nie rezygnuje z tego, co zbadane jeszcze dość słabo.
Niepokoje
Ludzie uzależniają się od różnych rzeczy i potrzebują czasami dziwnych (a czasami powszechnie akceptowanych) bodźców, żeby zachować dobry nastrój i poczucie szczęścia. Jednak uzależnienia są groźne dla zdrowia i prowadzą do problemów społecznych, zawodowych czy rodzinnych – Bohdan Tadeusz Woronowicz stara się zatem nakreślić ich specyfikę i wytłumaczyć odbiorcom, kiedy można mówić o niezdrowym podejściu do hobby i jakie kroki w związku z tym podjąć. „Zachowania, które mogą zranić. O uzależnieniach behawioralnych i nie tylko” to książka-podręcznik, stworzona tak, by nie tylko dostarczać potrzebnych wiadomości, ale też porządkować wiedzę i utrwalać ją. Czytelnicy otrzymują tutaj zestaw rozdziałów posegregowanych tematycznie. Autor przygląda się między innymi problemom z hazardem, z uzależnieniem od internetu (w różnych wymiarach: inaczej podchodzi się do tych, którzy w sieci uprawiają cyberseks, inaczej do tych, którzy nie mogą oderwać się od mediów społecznościowych, a inaczej do tych poszukujących przepisu na samobójstwo). Analizuje przypadki pracoholizmu i uzależnienia od seksu (znów: z podziałem na między innymi pornografię czy chemseks). Podobnie traktuje zagrożenia płynące z uzależnienia od smartfonów (co ciekawe, nawet robienie selfie może przerodzić się w obsesję). Charakteryzuje kolejno różne rodzaje chorób płynących z nieprawidłowego odżywiania się, ale też zjawiska dla większości ludzi dość abstrakcyjne – jak uzależnienie od ćwiczeń fizycznych. Przy zakupoholizmie nie przyjmuje do wiadomości, że określenie, które zostało spopularyzowane, wyparło jego propozycję „kupnoholizmu”, ale można mu to wybaczyć. Po przeglądzie najważniejszych zjawisk przychodzi czas na opowiadanie o kilku innych – rzadziej spotykanych, chociaż równie niebezpiecznych tematach – wśród nich jest uzależnienie od władzy, od kłamstw, od poszukiwania miłości czy od... sekt. Następnie podaje zestaw terapii, które stosuje się w określonych okolicznościach i przypomina, czym jest współuzależnienie: przestrzega przed angażowaniem się w pomaganie bliskim bez fachowego wsparcia i podpowiada, co robić, kiedy rzeczywiście chce się pomóc. Jest ta książka przygotowana bardzo rzetelnie. Autorowi nie zależy na popularyzowaniu wiedzy: chce stworzyć faktycznie wartościowy podręcznik, stawia na systematyzację wiadomości, proponuje przejrzyste rozdziały i pełne wyjaśnienia. Każde zagadnienie stara się wyczerpująco omówić, podając przy tym zbiory wskazówek i wypunktowane sposoby odkrycia uzależnienia (tak, żeby czytelnicy mogli samodzielnie zdiagnozować przynajmniej wstępnie problem). Może i nie dostarczy lekturowej satysfakcji, ale też nie o to tu chodzi: liczy się bowiem możliwość prześledzenia konkretów i fachowych ocen. „Zachowania, które mogą zranić” to książka będąca kompendium wiedzy na temat różnych uzależnień. Autor nie wpada w ogólniki, nie przekonuje, że każde uzależnienie wiąże się z podobnym mechanizmem – usiłuje za to dokładnie przestudiować kolejne zjawiska i dać czytelnikom podstawy do oceniania tego, co dzieje się wokół nich. Nie pozostawia bez wsparcia – może zatem przyczynić się do rozwoju samoświadomości. Ważne jest też to, że chociaż wybiera tony klasyczne, pisze także o zjawiskach charakterystycznych dla dzisiejszych czasów, nie rezygnuje z tego, co zbadane jeszcze dość słabo.
środa, 16 czerwca 2021
Owen Beattie, John Geiger: Na zawsze w lodzie. Śladami tragicznej wyprawy Johna Franklina
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021.
Klęska
Jest to książka, która - jak zaznacza Margaret Atwood w przedmowie - może wywołać koszmary. A jednocześnie zawsze będzie czytelników przyciągać i fascynować, choćby przez gigantyczną klęskę, przegraną cywilizacji i humanizmu. Akcja początkowo przenosi się do połowy XIX wieku i pokazuje ludzką pychę czy chęć rzucania wyzwań światu. Potężna wyprawa Johna Franklina na Arktykę zakończyła się śmiercią wszystkich jej uczestników. Ale nie to najbardziej przez dekady wstrząsało opinią publiczną. Najgorsze, że członkowie eskapady dopuszczali się aktów kanibalizmu w dramatycznej walce o przetrwanie. Ponadto jest tu też wielka wiara w zdobycze cywilizacji, również przyczyniająca się do katastrofy. Sam szlak nie ma tak wielkiego znaczenia, skoro wyobraźnię porusza przede wszystkim jego kres. Przegrana człowieka w starciu z naturą, lód, który miażdży kadłuby statków i zmusza załogę do wielokilometrowego marszu z potężnym obciążeniem - to wszystko składało się na pewny koniec ekspedycji. Owen Beattie i John Geiger zajmują się tu jednak także sprawdzaniem, jak szukano informacji o zaginionych i jak weryfikowano coraz bardziej sensacyjne doniesienia. Innuici znali prawdę i przekazywali ją z przerażeniem - a przecież załoga Franklina miała się szczycić izolacją od "dzikich" zastanych zwyczajów. W pierwszej części tomu można znaleźć informacje na temat działań załogi - i poszukiwań, w których wielką rolę odegrała wdowa po Franklinie. Tu poza motywem kanibalizmu ważny jest jeszcze temat szkorbutu i sposobów leczenia go. Pojawia się kwestia zatrucia ołowiem - oraz zepsutych zapasów ze źle uszczelnionych puszek. Mnóstwo detali i przeoczeń, które ostatecznie złożyły się na gigantyczną tragedię. Do tego zestaw pytań tych, którzy nie mogli wyprawić się na Arktykę i sprawdzić, co się stało. Druga część tomu zwłaszcza ze względu na fotografie przeznaczona jest dla czytelników o mocnych nerwach. Badacze po ponad wieku docierają do ciał trzech członków załogi. Mają do czynienia nie z rozkładającymi się szczątkami, a z doskonale zachowanymi za sprawą lodu ciałami, w których tylko wewnętrzne tkanki uległy zniszczeniu. W tej części książki pojawiają się szczegółowe opisy związane z pracami badawczymi, ale też rozterki moralne: konieczność badania ciał ludzi, którzy wyglądają, jakby dopiero przed chwilą zasnęli. Zdjęcia mogą czytelników zaszokować tak, jak emocjonowały badaczy same odkrycia - jednak nie da się oderwać od opowieści o trudnościach technicznych. W dobie mody na ekspedycje ekstremalne - przekraczanie granic wytrzymałości człowieka, bicie rekordów i testowanie zdrowia - ta książka staje się ponurym przypomnieniem gigantycznej porażki, a jednocześnie przestrogą dla odbiorów. Nie skupia się na możliwościach człowieka, raczej na jego ograniczeniach. Dokumentuje wydarzenia, które wciąż mogą być pouczające. Jest to najbardziej szczegółowe wyjaśnienie zagadkowej wyprawy, pokazanie sytuacji granicznych. Reportaż wypełniony danymi, tworzony w oparciu o wiadomości wstrząsające w chwili odkrycia, ale i niezbyt wygodne po wielu latach, zasługuje na uwagę.
Klęska
Jest to książka, która - jak zaznacza Margaret Atwood w przedmowie - może wywołać koszmary. A jednocześnie zawsze będzie czytelników przyciągać i fascynować, choćby przez gigantyczną klęskę, przegraną cywilizacji i humanizmu. Akcja początkowo przenosi się do połowy XIX wieku i pokazuje ludzką pychę czy chęć rzucania wyzwań światu. Potężna wyprawa Johna Franklina na Arktykę zakończyła się śmiercią wszystkich jej uczestników. Ale nie to najbardziej przez dekady wstrząsało opinią publiczną. Najgorsze, że członkowie eskapady dopuszczali się aktów kanibalizmu w dramatycznej walce o przetrwanie. Ponadto jest tu też wielka wiara w zdobycze cywilizacji, również przyczyniająca się do katastrofy. Sam szlak nie ma tak wielkiego znaczenia, skoro wyobraźnię porusza przede wszystkim jego kres. Przegrana człowieka w starciu z naturą, lód, który miażdży kadłuby statków i zmusza załogę do wielokilometrowego marszu z potężnym obciążeniem - to wszystko składało się na pewny koniec ekspedycji. Owen Beattie i John Geiger zajmują się tu jednak także sprawdzaniem, jak szukano informacji o zaginionych i jak weryfikowano coraz bardziej sensacyjne doniesienia. Innuici znali prawdę i przekazywali ją z przerażeniem - a przecież załoga Franklina miała się szczycić izolacją od "dzikich" zastanych zwyczajów. W pierwszej części tomu można znaleźć informacje na temat działań załogi - i poszukiwań, w których wielką rolę odegrała wdowa po Franklinie. Tu poza motywem kanibalizmu ważny jest jeszcze temat szkorbutu i sposobów leczenia go. Pojawia się kwestia zatrucia ołowiem - oraz zepsutych zapasów ze źle uszczelnionych puszek. Mnóstwo detali i przeoczeń, które ostatecznie złożyły się na gigantyczną tragedię. Do tego zestaw pytań tych, którzy nie mogli wyprawić się na Arktykę i sprawdzić, co się stało. Druga część tomu zwłaszcza ze względu na fotografie przeznaczona jest dla czytelników o mocnych nerwach. Badacze po ponad wieku docierają do ciał trzech członków załogi. Mają do czynienia nie z rozkładającymi się szczątkami, a z doskonale zachowanymi za sprawą lodu ciałami, w których tylko wewnętrzne tkanki uległy zniszczeniu. W tej części książki pojawiają się szczegółowe opisy związane z pracami badawczymi, ale też rozterki moralne: konieczność badania ciał ludzi, którzy wyglądają, jakby dopiero przed chwilą zasnęli. Zdjęcia mogą czytelników zaszokować tak, jak emocjonowały badaczy same odkrycia - jednak nie da się oderwać od opowieści o trudnościach technicznych. W dobie mody na ekspedycje ekstremalne - przekraczanie granic wytrzymałości człowieka, bicie rekordów i testowanie zdrowia - ta książka staje się ponurym przypomnieniem gigantycznej porażki, a jednocześnie przestrogą dla odbiorów. Nie skupia się na możliwościach człowieka, raczej na jego ograniczeniach. Dokumentuje wydarzenia, które wciąż mogą być pouczające. Jest to najbardziej szczegółowe wyjaśnienie zagadkowej wyprawy, pokazanie sytuacji granicznych. Reportaż wypełniony danymi, tworzony w oparciu o wiadomości wstrząsające w chwili odkrycia, ale i niezbyt wygodne po wielu latach, zasługuje na uwagę.
piątek, 23 kwietnia 2021
Paweł Majerski: Nowocześni i nowoczesne. Konstelacje wyobraźni
Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2020.
Odkrycia
Nie jest zadaniem literaturoznawców mówienie o oczywistościach i o tym, co dostępne w podstawowej płaszczyźnie poznania utworu. Powinni oni za to wskazywać mechanizmy tworzenia, ukryte zależności i przyczyny pisarskich wyborów. Niektórzy do perfekcji doprowadzili zagłębianie się w niuanse literatury oraz w szereg odczytań - warto ich potraktować jako przewodników po wyobraźni twórców, zwłaszcza że sami jako badacze wolni są od schematów i potrafią zabrać czytelników w wielowymiarową podróż. "Nowocześni i nowoczesne. Konstelacje wyobraźni" Pawła Majerskiego to tom dla fachowców w dziedzinie literatury: siłą rzeczy książka hermetyczna, która nie dotrze do każdego. Ale zainteresowani tematyką znajdą tu zestaw inspirujących i rzeczywiście niebanalnych omówień. Paweł Majerski zajmuje się twórcami powszechnie kojarzonymi (Tadeusz Peiper, Tymoteusz Karpowicz, Tytus Czyżewski), jak i mniej znanymi (Mila Elin). Sprawdza też, jak inni literaturoznawcy lub praktycy literatury czytali swoich mistrzów - lektury zapośredniczone pozwalają przecież znaleźć odkrywcze tony i zależności. "Nowocześni i nowoczesne" to tom, w którym mieści się mnóstwo wskazówek, także tych bibliograficznych. Paweł Majerski pisze eseje niezbyt długie, za to skondensowane i wypełnione konkretami. Nie ma tu poszukiwań ani błądzenia, jest pewność w wytyczaniu kierunków odczytań. Dzięki takim podpowiedziom można wyjść poza standardowe skojarzenia i oddalić się od podręcznikowych wykładni. Nie da się do lektury podejść bez podstawowych wiadomości na temat charakterystyk, nurtów czy zjawisk literackich, autor kieruje się do świadomych odbiorców - ale nie wyklucza to możliwości przedstawiania im nowych inspiracji i kierunków badań. Pogłębianie interpretacji prowadzi zatem nie tylko do odsłaniania tajników warsztatowych - a te, w przypadku twórców mocno nastawionych na formę i rozwiązania konstrukcyjne - wciąż pozostają interesujące. W tomie złożonym z drobnych ale esencjonalnych omówień archaiczna dziś raczej nowoczesność odkrywa pokłady aktualności. Paweł Majerski prowadzi czytelników wprost do zestawów znaczeń, bardzo uważa na to, by zapewnić im dostęp do głębszych przesłań. Jednocześnie może dzielić się swoimi pasjami badawczymi, zachowując przy tym obiektywizm. Bezemocjonalny styl komentarzy nie kłóci się tutaj z zaangażowaniem w tematy.
Paweł Majerski bardzo mocno podbudowuje swoje teksty zestawami opracowań. Rozłożyste przypisy pozwalają lepiej zorientować się w stanie badań i wprowadzają dodatkowe komentarze na temat kolejnych utworów albo zależności literackich. Autor prezentuje konteksty działań literatów, naświetla też rozwiązania, które wymykają się typowym klasyfikacjom, a prowadzą do wychwycenia dodatkowych sensów. Umiejętność prowadzenia przejrzystego dyskursu w połączeniu z głębokim zrozumieniem zasad literatury nowoczesnej przynosi satysfakcjonujące efekty. Chociaż autor nie zamierza przedstawiać całościowych charakterystyk twórczości kolejnych literatów, nie pozostawia uczucia niedosytu. Jego analizy pomagają w odkrywaniu mechanizmów rządzących poetyckimi decyzjami. Paweł Majerski umożliwia powrót do lektur sklasyczniałych już, ale nie zawsze rzeczywiście dobrze poznanych. Strategia wybrana przez tego badacza polega na uważnej lekturze i prześledzeniu warsztatu literackiego oraz sprawdzaniu opracowań - ale poza przytaczaniem płynących z takiej kwerendy wniosków Paweł Majerski jest w stanie podać jeszcze kolejną warstwę odczytań. Dzięki temu nie poprzestaje na przedstawianiu tego, co znane, a próbuje zainspirować odbiorców i zachęcić ich do ponownego odkrywania nowoczesności.
Odkrycia
Nie jest zadaniem literaturoznawców mówienie o oczywistościach i o tym, co dostępne w podstawowej płaszczyźnie poznania utworu. Powinni oni za to wskazywać mechanizmy tworzenia, ukryte zależności i przyczyny pisarskich wyborów. Niektórzy do perfekcji doprowadzili zagłębianie się w niuanse literatury oraz w szereg odczytań - warto ich potraktować jako przewodników po wyobraźni twórców, zwłaszcza że sami jako badacze wolni są od schematów i potrafią zabrać czytelników w wielowymiarową podróż. "Nowocześni i nowoczesne. Konstelacje wyobraźni" Pawła Majerskiego to tom dla fachowców w dziedzinie literatury: siłą rzeczy książka hermetyczna, która nie dotrze do każdego. Ale zainteresowani tematyką znajdą tu zestaw inspirujących i rzeczywiście niebanalnych omówień. Paweł Majerski zajmuje się twórcami powszechnie kojarzonymi (Tadeusz Peiper, Tymoteusz Karpowicz, Tytus Czyżewski), jak i mniej znanymi (Mila Elin). Sprawdza też, jak inni literaturoznawcy lub praktycy literatury czytali swoich mistrzów - lektury zapośredniczone pozwalają przecież znaleźć odkrywcze tony i zależności. "Nowocześni i nowoczesne" to tom, w którym mieści się mnóstwo wskazówek, także tych bibliograficznych. Paweł Majerski pisze eseje niezbyt długie, za to skondensowane i wypełnione konkretami. Nie ma tu poszukiwań ani błądzenia, jest pewność w wytyczaniu kierunków odczytań. Dzięki takim podpowiedziom można wyjść poza standardowe skojarzenia i oddalić się od podręcznikowych wykładni. Nie da się do lektury podejść bez podstawowych wiadomości na temat charakterystyk, nurtów czy zjawisk literackich, autor kieruje się do świadomych odbiorców - ale nie wyklucza to możliwości przedstawiania im nowych inspiracji i kierunków badań. Pogłębianie interpretacji prowadzi zatem nie tylko do odsłaniania tajników warsztatowych - a te, w przypadku twórców mocno nastawionych na formę i rozwiązania konstrukcyjne - wciąż pozostają interesujące. W tomie złożonym z drobnych ale esencjonalnych omówień archaiczna dziś raczej nowoczesność odkrywa pokłady aktualności. Paweł Majerski prowadzi czytelników wprost do zestawów znaczeń, bardzo uważa na to, by zapewnić im dostęp do głębszych przesłań. Jednocześnie może dzielić się swoimi pasjami badawczymi, zachowując przy tym obiektywizm. Bezemocjonalny styl komentarzy nie kłóci się tutaj z zaangażowaniem w tematy.
Paweł Majerski bardzo mocno podbudowuje swoje teksty zestawami opracowań. Rozłożyste przypisy pozwalają lepiej zorientować się w stanie badań i wprowadzają dodatkowe komentarze na temat kolejnych utworów albo zależności literackich. Autor prezentuje konteksty działań literatów, naświetla też rozwiązania, które wymykają się typowym klasyfikacjom, a prowadzą do wychwycenia dodatkowych sensów. Umiejętność prowadzenia przejrzystego dyskursu w połączeniu z głębokim zrozumieniem zasad literatury nowoczesnej przynosi satysfakcjonujące efekty. Chociaż autor nie zamierza przedstawiać całościowych charakterystyk twórczości kolejnych literatów, nie pozostawia uczucia niedosytu. Jego analizy pomagają w odkrywaniu mechanizmów rządzących poetyckimi decyzjami. Paweł Majerski umożliwia powrót do lektur sklasyczniałych już, ale nie zawsze rzeczywiście dobrze poznanych. Strategia wybrana przez tego badacza polega na uważnej lekturze i prześledzeniu warsztatu literackiego oraz sprawdzaniu opracowań - ale poza przytaczaniem płynących z takiej kwerendy wniosków Paweł Majerski jest w stanie podać jeszcze kolejną warstwę odczytań. Dzięki temu nie poprzestaje na przedstawianiu tego, co znane, a próbuje zainspirować odbiorców i zachęcić ich do ponownego odkrywania nowoczesności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






