Marginesy, Warszawa 2025.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monografia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 stycznia 2026
sobota, 29 listopada 2025
Anita Tomanek: Francuska 12. Kalendarium działalności Domu Oświatowego na łamach "Polonii" i "Polski Zachodniej" (11 listopada 1934 - 1 września 1939 roku)
Biblioteka Śląska, Katowice 2023.
Genius loci
Żeby ocalić w świadomości katowiczan historię pewnego budynku, Anita Tomanek przedarła się przez przedwojenne dzienniki i stworzyła unikatową opowieść o historii Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej. „Francuska 12” to publikacja nietypowa i mocno hermetyczna a jednocześnie pokazująca czytelnikom, jak dużo ciekawostek czeka na odkrycie. Autorka składa tom z dwóch części – druga to kalendarium, zestaw wydarzeń tworzonych dzięki wzmiankom w gazetach (to kalendarium uzupełniane jest jeszcze co smakowitszymi wycinkami prasowymi, które pokazywały nie tylko ogrom wyobraźni dziennikarzy, ale też podejście do informowania społeczeństwa o różnych wydarzeniach w oryginalny sposób). Z perspektywy osób poszukujących lektury znacznie więcej wiadomości znajdzie się jednak w pierwszej, opisowej partii albumowego wydawnictwa. Tu bowiem Anita Tomanek stara się odtworzyć historię budynku – od pomysłu i zapotrzebowania na niego przez zbieranie pieniędzy aż po plany architektoniczne. Oczywiście nie opuszcza miejsca też po jego powstaniu – towarzyszy budynkowi aż do momentu wybuchu drugiej wojny światowej – wtedy bowiem kończą się inteligenckie spotkania i inicjatywy, które znajdowały swój kąt w Domu Oświatowym. Autorka precyzyjnie odnotowuje stowarzyszenia działające w budynku, ale także… zestaw odczytów tu wygłaszanych, żeby poinformować odbiorców, jakimi atrakcjami przyciągało się publiczność. Stara się jak najpełniej zaprezentować ofertę kulturalną, stąd ciągi wyliczeń, które pozwalają czytelnikom na sprawdzenie, jak wyglądała animacja życia kulturalnego w mieście przed wojną. „Francuska 12” opowiada o jednym zaledwie budynku. Budynek ten to nie tylko miejsce, które przyciąga wzrok ze względu na detale architektoniczne, ale przede wszystkim – tętno społecznych działań, miejsce spotkań owocnych i twórczych nie tylko z perspektywy zapraszanych gości. Anita Tomanek sięga po wypowiedzi tych, którzy mieli wpływ na kształt tego miejsca i zapewnia czytelnikom pełnowymiarowy przegląd koncepcji artystycznych i naukowych. Oprowadza po wnętrzach i wyjaśnia, co gdzie się znajdowało. Czytelnicy nie muszą w celu wizualizacji udawać się na wycieczkę, mogą skorzystać z bogatego materiału zdjęciowego – i tu dobrym pomysłem okazało się zestawienie zdjęć dawnych z dzisiejszym stanem. Porównań dokonuje się szybko i z przyjemnością, bo pojawiają się nawet podobne kadry, dzięki czemu jeszcze lepiej będzie zestawiać zmiany wywoływane przez czas. Anita Tomanek tworzy opracowanie naukowe, wyimek monografii, która trafi przede wszystkim do zainteresowanych historią Katowic. Ale pokazuje dzięki niej nie tylko historię jednego miejsca, a cały zestaw możliwości i planów zamkniętych w pięknym budynku. Przeprowadza odbiorców przez lokalne nadzieje i rozwiązania na miarę czasów, a trochę też uczy walki o realizowanie co bardziej odważnych koncepcji. „Francuska 12” to książka w sam raz dla wszystkich zainteresowanych ciekawymi miejscami – i tych, którzy cenią sobie uporządkowane wiadomości.
Genius loci
Żeby ocalić w świadomości katowiczan historię pewnego budynku, Anita Tomanek przedarła się przez przedwojenne dzienniki i stworzyła unikatową opowieść o historii Domu Oświatowego Biblioteki Śląskiej. „Francuska 12” to publikacja nietypowa i mocno hermetyczna a jednocześnie pokazująca czytelnikom, jak dużo ciekawostek czeka na odkrycie. Autorka składa tom z dwóch części – druga to kalendarium, zestaw wydarzeń tworzonych dzięki wzmiankom w gazetach (to kalendarium uzupełniane jest jeszcze co smakowitszymi wycinkami prasowymi, które pokazywały nie tylko ogrom wyobraźni dziennikarzy, ale też podejście do informowania społeczeństwa o różnych wydarzeniach w oryginalny sposób). Z perspektywy osób poszukujących lektury znacznie więcej wiadomości znajdzie się jednak w pierwszej, opisowej partii albumowego wydawnictwa. Tu bowiem Anita Tomanek stara się odtworzyć historię budynku – od pomysłu i zapotrzebowania na niego przez zbieranie pieniędzy aż po plany architektoniczne. Oczywiście nie opuszcza miejsca też po jego powstaniu – towarzyszy budynkowi aż do momentu wybuchu drugiej wojny światowej – wtedy bowiem kończą się inteligenckie spotkania i inicjatywy, które znajdowały swój kąt w Domu Oświatowym. Autorka precyzyjnie odnotowuje stowarzyszenia działające w budynku, ale także… zestaw odczytów tu wygłaszanych, żeby poinformować odbiorców, jakimi atrakcjami przyciągało się publiczność. Stara się jak najpełniej zaprezentować ofertę kulturalną, stąd ciągi wyliczeń, które pozwalają czytelnikom na sprawdzenie, jak wyglądała animacja życia kulturalnego w mieście przed wojną. „Francuska 12” opowiada o jednym zaledwie budynku. Budynek ten to nie tylko miejsce, które przyciąga wzrok ze względu na detale architektoniczne, ale przede wszystkim – tętno społecznych działań, miejsce spotkań owocnych i twórczych nie tylko z perspektywy zapraszanych gości. Anita Tomanek sięga po wypowiedzi tych, którzy mieli wpływ na kształt tego miejsca i zapewnia czytelnikom pełnowymiarowy przegląd koncepcji artystycznych i naukowych. Oprowadza po wnętrzach i wyjaśnia, co gdzie się znajdowało. Czytelnicy nie muszą w celu wizualizacji udawać się na wycieczkę, mogą skorzystać z bogatego materiału zdjęciowego – i tu dobrym pomysłem okazało się zestawienie zdjęć dawnych z dzisiejszym stanem. Porównań dokonuje się szybko i z przyjemnością, bo pojawiają się nawet podobne kadry, dzięki czemu jeszcze lepiej będzie zestawiać zmiany wywoływane przez czas. Anita Tomanek tworzy opracowanie naukowe, wyimek monografii, która trafi przede wszystkim do zainteresowanych historią Katowic. Ale pokazuje dzięki niej nie tylko historię jednego miejsca, a cały zestaw możliwości i planów zamkniętych w pięknym budynku. Przeprowadza odbiorców przez lokalne nadzieje i rozwiązania na miarę czasów, a trochę też uczy walki o realizowanie co bardziej odważnych koncepcji. „Francuska 12” to książka w sam raz dla wszystkich zainteresowanych ciekawymi miejscami – i tych, którzy cenią sobie uporządkowane wiadomości.
poniedziałek, 12 maja 2025
Katarzyna Jasiołek: Dom Mody Telimena. Co nosiły Polki
Marginesy, Warszawa 2025.
Ubrania
W tej książce mnóstwo jest prezentacji ubrań modnych i praktycznych, a jednocześnie… właściwie nie do dostania. Katarzyna Jasiołek przygląda się historii Domu Mody Telimena, żeby przy okazji ciekawostek dotyczących stylu przedstawić czytelnikom szereg wiadomości o trudach codziennej egzystencji w PRL-u. To nie jest do końca opowieść tylko o modzie – raczej książka o tym, jak Polki chciały wyglądać i dlaczego nie mogły. Z jednej strony jest tu dążenie do modowego naśladowania Paryża, projektantki, które prześcigają się w pomysłach, jak przenieść zachodnie rozwiązania na polski grunt – z drugiej strony ciągłe braki w zaopatrzeniu, problemy z materiałami, jakością surowców i niedbałością wśród wykonawców. To, co pojawia się na wybiegach i z założenia ma wyznaczać trendy w kolejnym sezonie, nie znajdzie się w sklepach – do pokazów mody używane są najlepsze jakościowo tkaniny, na masową produkcję takich nie wystarczy. Polki nie mogą pójść do sklepu i kupić sobie ubrania, które wypatrzyły podczas pokazu lub w prasie – w najlepszym razie trafią na miejsce, do którego przyszły tylko i wyłącznie za duże rozmiary, w najgorszym zobaczą, jak może wyglądać upragnione ubranie w wersji rzuconej na rynek. I na pewno nie będzie to obraz krzepiący i zachęcający do naśladowania. Gotowe stroje czasami trafiają się w sklepach – ale nie nadają się do noszenia, albo niszczą po pierwszym praniu. Z kolei gdyby ktoś miał to szczęście, że mógłby trafić do krawca (albo sam potrafił szyć), też nie udałoby mu się kopiować paryskiego szyku – ze względu na jakość tkanin rzucanych do sklepów. W efekcie można się tylko zastanawiać, jakim cudem ludzie w PRL-u ubierali się w cokolwiek. Katarzyna Jasiołek pokazuje rozdźwięk między założeniami i realiami, przedstawia frustracje społeczeństwa i nadzieje – podsycane przez pomysły z wybiegów. Wszystko przez pryzmat Łodzi – to tu powstawały tkaniny i kreacje, wreszcie – to tu w drugiej dekadzie lat 50. XX wieku został założony Dom Mody Telimena, miejsce, które wyznaczało trendy i proponowało odzież pożądaną przez wiele grup społecznych.
Jest to książka bogato ilustrowana: można sprawdzić, jak wyglądały zdjęcia z kolorowych magazynów i jak prasa opisywała kolejne projekty. Można zastanawiać się nad tym, co chciały nosić Polki – co im się podobało i co miało być modne według ekspertów. A jednocześnie Katarzyna Jasiołek odwołuje się do ponurej codzienności, roztacza przed oczami odbiorców wizje niezbyt krzepiące. Młodszym pokoleniom może uświadomić, na czym polegały braki w zaopatrzeniu i problemy z surowcami, starszym przypomni czas, który dzisiaj wydaje się wręcz abstrakcją. Jak zwykle Katarzyna Jasiołek nie zawodzi w swojej narracji, jest w stanie wyłapać ciekawe wydarzenia i zdradzić kulisy przygotowań do modowych popisów – proponuje czytelnikom sporą dawkę obyczajowości PRL-u przez pryzmat tematu przez wielu uznawanego za błahy i niespecjalnie wciągający. Tutaj o nudzie nie ma mowy: chce się podążać za autorką i tropić powody nieudanych odzieżowych eksperymentów.
Ubrania
W tej książce mnóstwo jest prezentacji ubrań modnych i praktycznych, a jednocześnie… właściwie nie do dostania. Katarzyna Jasiołek przygląda się historii Domu Mody Telimena, żeby przy okazji ciekawostek dotyczących stylu przedstawić czytelnikom szereg wiadomości o trudach codziennej egzystencji w PRL-u. To nie jest do końca opowieść tylko o modzie – raczej książka o tym, jak Polki chciały wyglądać i dlaczego nie mogły. Z jednej strony jest tu dążenie do modowego naśladowania Paryża, projektantki, które prześcigają się w pomysłach, jak przenieść zachodnie rozwiązania na polski grunt – z drugiej strony ciągłe braki w zaopatrzeniu, problemy z materiałami, jakością surowców i niedbałością wśród wykonawców. To, co pojawia się na wybiegach i z założenia ma wyznaczać trendy w kolejnym sezonie, nie znajdzie się w sklepach – do pokazów mody używane są najlepsze jakościowo tkaniny, na masową produkcję takich nie wystarczy. Polki nie mogą pójść do sklepu i kupić sobie ubrania, które wypatrzyły podczas pokazu lub w prasie – w najlepszym razie trafią na miejsce, do którego przyszły tylko i wyłącznie za duże rozmiary, w najgorszym zobaczą, jak może wyglądać upragnione ubranie w wersji rzuconej na rynek. I na pewno nie będzie to obraz krzepiący i zachęcający do naśladowania. Gotowe stroje czasami trafiają się w sklepach – ale nie nadają się do noszenia, albo niszczą po pierwszym praniu. Z kolei gdyby ktoś miał to szczęście, że mógłby trafić do krawca (albo sam potrafił szyć), też nie udałoby mu się kopiować paryskiego szyku – ze względu na jakość tkanin rzucanych do sklepów. W efekcie można się tylko zastanawiać, jakim cudem ludzie w PRL-u ubierali się w cokolwiek. Katarzyna Jasiołek pokazuje rozdźwięk między założeniami i realiami, przedstawia frustracje społeczeństwa i nadzieje – podsycane przez pomysły z wybiegów. Wszystko przez pryzmat Łodzi – to tu powstawały tkaniny i kreacje, wreszcie – to tu w drugiej dekadzie lat 50. XX wieku został założony Dom Mody Telimena, miejsce, które wyznaczało trendy i proponowało odzież pożądaną przez wiele grup społecznych.
Jest to książka bogato ilustrowana: można sprawdzić, jak wyglądały zdjęcia z kolorowych magazynów i jak prasa opisywała kolejne projekty. Można zastanawiać się nad tym, co chciały nosić Polki – co im się podobało i co miało być modne według ekspertów. A jednocześnie Katarzyna Jasiołek odwołuje się do ponurej codzienności, roztacza przed oczami odbiorców wizje niezbyt krzepiące. Młodszym pokoleniom może uświadomić, na czym polegały braki w zaopatrzeniu i problemy z surowcami, starszym przypomni czas, który dzisiaj wydaje się wręcz abstrakcją. Jak zwykle Katarzyna Jasiołek nie zawodzi w swojej narracji, jest w stanie wyłapać ciekawe wydarzenia i zdradzić kulisy przygotowań do modowych popisów – proponuje czytelnikom sporą dawkę obyczajowości PRL-u przez pryzmat tematu przez wielu uznawanego za błahy i niespecjalnie wciągający. Tutaj o nudzie nie ma mowy: chce się podążać za autorką i tropić powody nieudanych odzieżowych eksperymentów.
sobota, 8 lipca 2023
Mariusz Urbanek: Marian Eile. Poczciwy cynik z "Przekroju"
Iskry, Warszawa 2023.
Przywódca
Mariusz Urbanek przyzwyczaił czytelników do ciekawych i wypełnionych anegdotami biografii - przywołuje postacie znane i kojarzone, chociaż niekoniecznie w detalach trafiające do masowej wyobraźni. "Marian Eile. Poczciwy cynik z Przekroju" to kolejna książka w tej serii - i kolejna, która nie zawiedzie fanów tego autora. Urbanek zabiera odbiorców do redakcji, która przeszła do historii ze względu na nietypowe rozwiązania i decyzje wydawnicze oraz personalne - i przygląda się działaniom redaktora naczelnego. Bardzo mało interesuje go życie prywatne Mariana Eilego, zwłaszcza że te jego aspekty, które mogłyby przyciągnąć masowych odbiorców, raczej nie dają się odkryć. Więcej miejsca przeznacza Urbanek na zastanawianie się nad relacjami Eilego i Janiny Ipohorskiej niż nad małżeństwem bohatera tomu - a przecież i tak poprzestać musi na domysłach i przypuszczeniach, bo prawdy poznać nie może. W każdym razie Eile zawodowo jest znacznie bardziej interesującym obiektem niż Eile prywatnie - w związku z tym opowieść o naczelnym "Przekroju" chwilami zamienia się w opowieść o kulisach "Przekroju" i wcale nie jest to zarzut, bo "Przekrój" to przekrój pomysłów na czasopismo wyjątkowe - ale pomysłów zrodzonych przeważnie w głowie Eilego. Mariusz Urbanek przeprowadza odbiorców przez genezy rozmaitych rubryk i postaci, które trafiły do zbiorowej świadomości, przywołuje też relacje ze sławnymi twórcami, których teksty zasilały "Przekrój". Pokazuje, jak wyglądała współpraca i jak kształtowało się towarzystwo wokół "Przekroju" działające. Stopniowo przechodzi też do tematów mniej atrakcyjnych z perspektywy zwykłego czytelnika, między innymi do polityki wkraczającej na łamy "Przekroju" i do życia Eilego - raczej trudno o optymistyczne wiadomości wtedy, kiedy trzeba walczyć o byt i stawiać czoła przeciwnościom losu. Mariusz Urbanek dba jednak o to, żeby czytelnicy dostali też sporą dawkę śmiechu i ciekawostek - w końcu "Przekrój" jako miejsce aktywizacji życia towarzyskiego i literackiego zamieniał się w źródło anegdot. Marian Eile to człowiek, który spaja wszystko i realizuje odważne wizje w wyjątkowym piśmie.
Mariusz Urbanek rozszyfrowuje pseudonimy i tożsamości, sięga po recenzje i chwyty pozwalające rozpropagować "Przekrój". Opowiada o legendzie - i wiadomo, że największym szacunkiem darzy "Przekrój" ze złotych lat. Jednak nie odrzuca też pisma po zmianach naczelnych - prowadzi rozmowy z ludźmi, którzy kontynuowali dorobek Eilego i dołącza do książki rozbudowane wywiady, tak, żeby nie zatrzymać się na jednej perspektywie. I to również może dla czytelników stać się atrakcyjne - widać, że nawet przy potężnej osobowości na pierwszy plan wysuwa się dzieło, pismo tworzone nie tylko przez literatów, ale również przez rysowników. Eile jest tym, który planuje każdy detal w "Przekroju" i tym, który musi sporo się nakombinować, żeby swojego dzieła nie stracić na przykład za sprawą niesfornych piszących albo złych decyzji wydawniczych. Wiele tu będzie niespodzianek i wiadomości z biografii wielkich artystów - ale od strony "Przekrojowej" działalności, wiele też kreatywnych pomysłów i inspiracji. Twórczy ferment w "Przekroju" to coś, co przyciągać będzie dzisiejszych czytelników i coś, co pozwoli pielęgnować marzenia o tworzeniu wyjątkowych miejsc. Urbanek - do czego zdążył już odbiorców przyzwyczaić - wie, jak uchwycić niepowtarzalną atmosferę, międzyludzkie relacje i wyzwania związane z publikacjami. Oferuje czytelnikom wszystko to, na co czekają.
Przywódca
Mariusz Urbanek przyzwyczaił czytelników do ciekawych i wypełnionych anegdotami biografii - przywołuje postacie znane i kojarzone, chociaż niekoniecznie w detalach trafiające do masowej wyobraźni. "Marian Eile. Poczciwy cynik z Przekroju" to kolejna książka w tej serii - i kolejna, która nie zawiedzie fanów tego autora. Urbanek zabiera odbiorców do redakcji, która przeszła do historii ze względu na nietypowe rozwiązania i decyzje wydawnicze oraz personalne - i przygląda się działaniom redaktora naczelnego. Bardzo mało interesuje go życie prywatne Mariana Eilego, zwłaszcza że te jego aspekty, które mogłyby przyciągnąć masowych odbiorców, raczej nie dają się odkryć. Więcej miejsca przeznacza Urbanek na zastanawianie się nad relacjami Eilego i Janiny Ipohorskiej niż nad małżeństwem bohatera tomu - a przecież i tak poprzestać musi na domysłach i przypuszczeniach, bo prawdy poznać nie może. W każdym razie Eile zawodowo jest znacznie bardziej interesującym obiektem niż Eile prywatnie - w związku z tym opowieść o naczelnym "Przekroju" chwilami zamienia się w opowieść o kulisach "Przekroju" i wcale nie jest to zarzut, bo "Przekrój" to przekrój pomysłów na czasopismo wyjątkowe - ale pomysłów zrodzonych przeważnie w głowie Eilego. Mariusz Urbanek przeprowadza odbiorców przez genezy rozmaitych rubryk i postaci, które trafiły do zbiorowej świadomości, przywołuje też relacje ze sławnymi twórcami, których teksty zasilały "Przekrój". Pokazuje, jak wyglądała współpraca i jak kształtowało się towarzystwo wokół "Przekroju" działające. Stopniowo przechodzi też do tematów mniej atrakcyjnych z perspektywy zwykłego czytelnika, między innymi do polityki wkraczającej na łamy "Przekroju" i do życia Eilego - raczej trudno o optymistyczne wiadomości wtedy, kiedy trzeba walczyć o byt i stawiać czoła przeciwnościom losu. Mariusz Urbanek dba jednak o to, żeby czytelnicy dostali też sporą dawkę śmiechu i ciekawostek - w końcu "Przekrój" jako miejsce aktywizacji życia towarzyskiego i literackiego zamieniał się w źródło anegdot. Marian Eile to człowiek, który spaja wszystko i realizuje odważne wizje w wyjątkowym piśmie.
Mariusz Urbanek rozszyfrowuje pseudonimy i tożsamości, sięga po recenzje i chwyty pozwalające rozpropagować "Przekrój". Opowiada o legendzie - i wiadomo, że największym szacunkiem darzy "Przekrój" ze złotych lat. Jednak nie odrzuca też pisma po zmianach naczelnych - prowadzi rozmowy z ludźmi, którzy kontynuowali dorobek Eilego i dołącza do książki rozbudowane wywiady, tak, żeby nie zatrzymać się na jednej perspektywie. I to również może dla czytelników stać się atrakcyjne - widać, że nawet przy potężnej osobowości na pierwszy plan wysuwa się dzieło, pismo tworzone nie tylko przez literatów, ale również przez rysowników. Eile jest tym, który planuje każdy detal w "Przekroju" i tym, który musi sporo się nakombinować, żeby swojego dzieła nie stracić na przykład za sprawą niesfornych piszących albo złych decyzji wydawniczych. Wiele tu będzie niespodzianek i wiadomości z biografii wielkich artystów - ale od strony "Przekrojowej" działalności, wiele też kreatywnych pomysłów i inspiracji. Twórczy ferment w "Przekroju" to coś, co przyciągać będzie dzisiejszych czytelników i coś, co pozwoli pielęgnować marzenia o tworzeniu wyjątkowych miejsc. Urbanek - do czego zdążył już odbiorców przyzwyczaić - wie, jak uchwycić niepowtarzalną atmosferę, międzyludzkie relacje i wyzwania związane z publikacjami. Oferuje czytelnikom wszystko to, na co czekają.
piątek, 1 lipca 2022
Agnes Poirier: Notre Dame. Serce Paryża, dusza Francji
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2022.
Religia i kultura
Zaczyna się ta książka tak, że nawet jeśli ktoś nie byłby zainteresowany historią katedry Notre Dame, zaangażuje się w lekturę i później już nie odłoży tomu na półkę aż do końca rzeczowej i niezbyt rozbudowanej relacji. Agnes Poirier przedstawia bowiem - z wyczuleniem na detale - moment, który wszyscy pamiętają z doniesień medialnych, pożar w katedrze. Pożar, który błyskawicznie trafił do wszelkich serwisów informacyjnych i za sprawą zwykłych ludzi i ich amatorskich nagrań - do internetu. Autorka analizuje wydarzenia krok po kroku, opisuje, co działo się w pierwszych minutach katastrofy i jakie decyzje trzeba było na szybko podejmować, żeby uratować budowlę. Przedstawia dramatyczną walkę o ocalenie zabytku i naświetla momenty, które miały znaczenie symboliczne dla wierzących. Zajmuje się katedrą nie tylko w wymiarze architektonicznym, ale i duchowym. Pożar uświadamia, jak wiele można stracić: i nie chodzi tu wyłącznie o wyjątkowy budynek. Nic dziwnego, że służby podejmują rozmaite działania, żeby uratować jak najwięcej. Tymczasem także woda - i inne środki gaśnicze - mogą zaszkodzić przedmiotom znajdującym się w katedrze. Nie ma czasu na wybieranie mniejszego zła, liczy się każda sekunda.
Pożar Agnes Poirier opisuje z wyczuciem reporterskim. Sięga po sylwetki ludzi, którzy dowodzili akcją, pokazuje przepływ informacji i to, jak na wydarzenia reagowali ludzie (najpierw mieszkańcy Paryża, później - obserwatorzy z różnych miejsc na świecie). Jest tu dynamika, jest wyrazistość i jest nastawienie na sensację. Autorka potrafi zaangażować czytelników w emocje, jakie towarzyszyły bezpośrednim świadkom wydarzenia, pisze z wyczuciem i sprawia, że katedra staje się bliska wszystkim bez wyjątku. Dopiero kiedy zakończy się walka o ocalenie Notre Dame, może cofnąć się do przeszłości i zacząć stopniowo wyjaśniać, dlaczego to miejsce odgrywa tak ważną rolę nie tylko w zeświecczonej Francji. Istnienie Notre Dame w sztuce, znaczenie dla architektury, sam proces budowania i wizjonerskie pomysły projektanta - to wszystko znajdzie tu swoje miejsce. Kiedy już podstawy zostaną wytłumaczone, autorka przechodzi do opowieści o tym, czego świadkami były ściany Notre Dame - ujmuje specjalne momenty historyczne. Dzięki temu może przynajmniej odrobinę naświetlić wyjątkowość katedry. Nie pomija nawet tematów kontrowersyjnych - zwłaszcza gdy szerokim strumieniem od państwa i od zwykłych ludzi płyną pieniądze na renowację katedry - i to niejeden raz. Pojawia się temat roli wiary i znaczenia symboli - nagle okazuje się, że społeczeństwo, teoretycznie odrzucające już religię, w chwilach zagrożenia wraca do motywów duchowych, bez odwoływania się do racjonalizmu. Notre Dame najlepiej podkreśla skrajności, a poza tym działa na wyobraźnię. "Notre Dame. Serce Paryża, dusza Francji" to książka, w której mieści się zestaw podstawowych danych na temat powstawania i historii Notre Dame - ale autorce udaje się też zasygnalizować podejście ludzi, tych, dla których największą wartość mają zabytki i symbole. Co ciekawe, Agnes Poirier wykorzystuje tu dwa różne tony: na początku stawia na reportaż, później rezygnuje z fabularyzowania opowieści, na rzecz przytaczania zdobytych informacji jak najbardziej esencjonalnie i dokładnie. Dzięki temu lektura spodoba się różnym grupom odbiorców.
Religia i kultura
Zaczyna się ta książka tak, że nawet jeśli ktoś nie byłby zainteresowany historią katedry Notre Dame, zaangażuje się w lekturę i później już nie odłoży tomu na półkę aż do końca rzeczowej i niezbyt rozbudowanej relacji. Agnes Poirier przedstawia bowiem - z wyczuleniem na detale - moment, który wszyscy pamiętają z doniesień medialnych, pożar w katedrze. Pożar, który błyskawicznie trafił do wszelkich serwisów informacyjnych i za sprawą zwykłych ludzi i ich amatorskich nagrań - do internetu. Autorka analizuje wydarzenia krok po kroku, opisuje, co działo się w pierwszych minutach katastrofy i jakie decyzje trzeba było na szybko podejmować, żeby uratować budowlę. Przedstawia dramatyczną walkę o ocalenie zabytku i naświetla momenty, które miały znaczenie symboliczne dla wierzących. Zajmuje się katedrą nie tylko w wymiarze architektonicznym, ale i duchowym. Pożar uświadamia, jak wiele można stracić: i nie chodzi tu wyłącznie o wyjątkowy budynek. Nic dziwnego, że służby podejmują rozmaite działania, żeby uratować jak najwięcej. Tymczasem także woda - i inne środki gaśnicze - mogą zaszkodzić przedmiotom znajdującym się w katedrze. Nie ma czasu na wybieranie mniejszego zła, liczy się każda sekunda.
Pożar Agnes Poirier opisuje z wyczuciem reporterskim. Sięga po sylwetki ludzi, którzy dowodzili akcją, pokazuje przepływ informacji i to, jak na wydarzenia reagowali ludzie (najpierw mieszkańcy Paryża, później - obserwatorzy z różnych miejsc na świecie). Jest tu dynamika, jest wyrazistość i jest nastawienie na sensację. Autorka potrafi zaangażować czytelników w emocje, jakie towarzyszyły bezpośrednim świadkom wydarzenia, pisze z wyczuciem i sprawia, że katedra staje się bliska wszystkim bez wyjątku. Dopiero kiedy zakończy się walka o ocalenie Notre Dame, może cofnąć się do przeszłości i zacząć stopniowo wyjaśniać, dlaczego to miejsce odgrywa tak ważną rolę nie tylko w zeświecczonej Francji. Istnienie Notre Dame w sztuce, znaczenie dla architektury, sam proces budowania i wizjonerskie pomysły projektanta - to wszystko znajdzie tu swoje miejsce. Kiedy już podstawy zostaną wytłumaczone, autorka przechodzi do opowieści o tym, czego świadkami były ściany Notre Dame - ujmuje specjalne momenty historyczne. Dzięki temu może przynajmniej odrobinę naświetlić wyjątkowość katedry. Nie pomija nawet tematów kontrowersyjnych - zwłaszcza gdy szerokim strumieniem od państwa i od zwykłych ludzi płyną pieniądze na renowację katedry - i to niejeden raz. Pojawia się temat roli wiary i znaczenia symboli - nagle okazuje się, że społeczeństwo, teoretycznie odrzucające już religię, w chwilach zagrożenia wraca do motywów duchowych, bez odwoływania się do racjonalizmu. Notre Dame najlepiej podkreśla skrajności, a poza tym działa na wyobraźnię. "Notre Dame. Serce Paryża, dusza Francji" to książka, w której mieści się zestaw podstawowych danych na temat powstawania i historii Notre Dame - ale autorce udaje się też zasygnalizować podejście ludzi, tych, dla których największą wartość mają zabytki i symbole. Co ciekawe, Agnes Poirier wykorzystuje tu dwa różne tony: na początku stawia na reportaż, później rezygnuje z fabularyzowania opowieści, na rzecz przytaczania zdobytych informacji jak najbardziej esencjonalnie i dokładnie. Dzięki temu lektura spodoba się różnym grupom odbiorców.
sobota, 8 stycznia 2022
Sam Wasson: Piąta Aleja, piąta rano
Marginesy, Warszawa 2021.
Kulisy sławy
Ta historia stanowi obszerny i ciekawy przypis do filmu "Śniadanie u Tiffany'ego", obrazu ważnego dla kinomanów, ale też odgrywającego dużą rolę w kształtowaniu obyczajowości: między innymi o jego wpływ na modę analizuje Sam Wasson. Jest to monografia "Śniadania" i kolejnych wyborów reżyserskich - tak, by odbiorcy mogli łatwo zorientować się, z jakimi dylematami mierzyli się twórcy filmu i jakie przeszkody musieli pokonać, żeby zrealizować film. Są tu opowieści o powstawaniu piosenki i o wyborze aktorki do głównej roli, są starcia z pisarzem, wyznaczanie autora adaptacji i scenariuszowe pomysły, które stały się wypadkową fabuły oraz oczekiwań ludzi. "Piąta Aleja, piąta rano" to przewodnik po tytule. Sam Wasson nie opuszcza żadnego detalu, który wiąże się z anegdotami czy odkryciami dla fanów filmu, a jednocześnie próbuje odrobinę sfabularyzować tę opowieść. Na początku - na wzór kryminałów - przytacza zestaw osób występujących w książce, a także spis miejsc, w których toczy się "akcja". W zasadzie nie ma potrzeby, żeby przestudiować to wyliczenie dokładnie: wszystko staje się jasne w toku lektury (a nawet jeśli dla kogoś nie jest czytelne, można bez trudu wywnioskować sobie z opowieści). Najpierw myśli czytelników ściąga Truman Capote, później Audrey Hepburn (i "pojedynek" wielbicieli Audrey i Marylin Monroe).
Chodzi tu o stworzenie dzieła, które jednocześnie przyciągnie tłumy przed ekrany i zapewni dobry zarobek twórcom (chociaż nie ma jeszcze przepisu na film kasowy i kuszący masową widownię), ale też o ukazanie rozmaitych perypetii obyczajowych - w związku z pozafilmowym kontekstem. Sam Wasson tłumaczy, dlaczego niektóre zabiegi były ważne dla społeczeństwa, czego mogły od Audrey Hepburn nauczyć się odbiorczynie. Do tego oczywiście - mnóstwo szczegółów w interpersonalnych relacjach, spory i podstępy, animozje i wspólne radości. Autor zderza to wszystko z rzeczywistością Stanów Zjednoczonych w latach 50. i 60. - funduje więc również czytelnikom sporo informacji o zwyczajnym życiu. Dzięki temu łatwiej można zrozumieć przełomowy charakter kolejnych scen i rozwiązań. Autor nie streszcza fabuły, ale opowiada o znaczeniu wybranych tematów i o podejściu aktorów. Z jednej strony zyskuje świat jak z marzeń i baśniową historię - przedstawia pracę nad późniejszym, w pełni zasłużonym sukcesem. Z drugiej strony - może przedstawiać to, co dzisiaj urosłoby do rangi skandalu. Przeskakuje od motywu do motywu, każdy rozdział to odrębny temat, który Sam Wasson przedstawia reportażowo i z uwzględnieniem wygody odbiorców. Na pewno jest to publikacja przeznaczona przede wszystkim dla fanów filmu i dla wszystkich zainteresowanych kulturotwórczą rolą obrazów z wielkiego ekranu. Smakowicie przygotowana jest ta książka, uwzględnia różne aspekty tworzenia filmu wszech czasów i nadaje się do rozrywkowej lektury nie tylko ze względu na obfitość anegdot. Sam Wasson potrafi prowadzić zajmującą narrację - i to sprawia, że trafi do szerokiego grona czytelników.
Kulisy sławy
Ta historia stanowi obszerny i ciekawy przypis do filmu "Śniadanie u Tiffany'ego", obrazu ważnego dla kinomanów, ale też odgrywającego dużą rolę w kształtowaniu obyczajowości: między innymi o jego wpływ na modę analizuje Sam Wasson. Jest to monografia "Śniadania" i kolejnych wyborów reżyserskich - tak, by odbiorcy mogli łatwo zorientować się, z jakimi dylematami mierzyli się twórcy filmu i jakie przeszkody musieli pokonać, żeby zrealizować film. Są tu opowieści o powstawaniu piosenki i o wyborze aktorki do głównej roli, są starcia z pisarzem, wyznaczanie autora adaptacji i scenariuszowe pomysły, które stały się wypadkową fabuły oraz oczekiwań ludzi. "Piąta Aleja, piąta rano" to przewodnik po tytule. Sam Wasson nie opuszcza żadnego detalu, który wiąże się z anegdotami czy odkryciami dla fanów filmu, a jednocześnie próbuje odrobinę sfabularyzować tę opowieść. Na początku - na wzór kryminałów - przytacza zestaw osób występujących w książce, a także spis miejsc, w których toczy się "akcja". W zasadzie nie ma potrzeby, żeby przestudiować to wyliczenie dokładnie: wszystko staje się jasne w toku lektury (a nawet jeśli dla kogoś nie jest czytelne, można bez trudu wywnioskować sobie z opowieści). Najpierw myśli czytelników ściąga Truman Capote, później Audrey Hepburn (i "pojedynek" wielbicieli Audrey i Marylin Monroe).
Chodzi tu o stworzenie dzieła, które jednocześnie przyciągnie tłumy przed ekrany i zapewni dobry zarobek twórcom (chociaż nie ma jeszcze przepisu na film kasowy i kuszący masową widownię), ale też o ukazanie rozmaitych perypetii obyczajowych - w związku z pozafilmowym kontekstem. Sam Wasson tłumaczy, dlaczego niektóre zabiegi były ważne dla społeczeństwa, czego mogły od Audrey Hepburn nauczyć się odbiorczynie. Do tego oczywiście - mnóstwo szczegółów w interpersonalnych relacjach, spory i podstępy, animozje i wspólne radości. Autor zderza to wszystko z rzeczywistością Stanów Zjednoczonych w latach 50. i 60. - funduje więc również czytelnikom sporo informacji o zwyczajnym życiu. Dzięki temu łatwiej można zrozumieć przełomowy charakter kolejnych scen i rozwiązań. Autor nie streszcza fabuły, ale opowiada o znaczeniu wybranych tematów i o podejściu aktorów. Z jednej strony zyskuje świat jak z marzeń i baśniową historię - przedstawia pracę nad późniejszym, w pełni zasłużonym sukcesem. Z drugiej strony - może przedstawiać to, co dzisiaj urosłoby do rangi skandalu. Przeskakuje od motywu do motywu, każdy rozdział to odrębny temat, który Sam Wasson przedstawia reportażowo i z uwzględnieniem wygody odbiorców. Na pewno jest to publikacja przeznaczona przede wszystkim dla fanów filmu i dla wszystkich zainteresowanych kulturotwórczą rolą obrazów z wielkiego ekranu. Smakowicie przygotowana jest ta książka, uwzględnia różne aspekty tworzenia filmu wszech czasów i nadaje się do rozrywkowej lektury nie tylko ze względu na obfitość anegdot. Sam Wasson potrafi prowadzić zajmującą narrację - i to sprawia, że trafi do szerokiego grona czytelników.
piątek, 25 czerwca 2021
Sara Gay Forden: Dom Gucci
Marginesy, Warszawa 2021.
Konflikt rodzinny
Jest tu historia jak z filmu sensacyjnego i Sara Gay Forden ten motyw świadomie wykorzystuje, do tego stopnia, że na podstawie książki został stworzony potencjalny kinowy przebój Ridleya Scotta. „Dom Gucci” to kolejna ciekawa monografia przedstawiająca powstanie i wizjonerski rozwój firmy, a później – dramatyczny upadek i konflikt, który na zawsze zmienia międzyludzkie relacje. Autorka zaczyna od sceny morderstwa – tak, by móc poprowadzić opowieść następnie od początków rodowej fortuny do tragicznej sytuacji i zapewnić czytelnikom zestaw innych wstrząsów. Przy okazji wzbudza zainteresowanie wszystkich tych, którzy z modą za pan brat nie są i nie kojarzą znaczenia marki w konsumpcyjnym świecie. „Dom Gucci” nie jest wielką pochwałą firmy ani pomnikiem stawianym jej założycielom. Nie jest też przypomnieniem, dlaczego w ogóle ta nazwa zasługuje na rozgłos. Liczą się za to silne emocje. Autorka prowadzi niemal reporterskie śledztwo, przygląda się rodzinie Guccich, niesnaskom i porozumieniom, małżeństwom oraz konfliktom – tak, żeby móc wyciągać wnioski na temat wzajemnych animozji i ewentualnych powodów do zbrodni. Chociaż już wszystko wie, potrafi tę wiedzę odpowiednio czytelnikom sprzedać – tak, jakby prezentowała powieść detektywistyczną. Nie skupia się na kolejnych wprowadzanych na rynek nowinkach czy na powstawaniu samych pomysłów. W zamian funduje czytelnikom szereg wstrząsów bazujących na sporach o wielkie pieniądze. Pokazuje wizjonerskie zachowania Maurizia Gucciego, poprzedzając je skrótowym zobrazowaniem roli firmy w rodzinie oraz na rynku. Rejestruje wszelkiego rodzaju płaszczyzny sporów, z niewłaściwymi wyborami kandydatów na małżonków włącznie. Wie doskonale, co wywrze największe wrażenie na odbiorcach – i umiejętnie to wykorzystuje. Jednak Sara Gay Forden łowczynią sensacji nie jest. Najbardziej zależy jej na dobrej opowieści. Relacjonuje przy tym politykę rozwoju firmy, odczytuje kolejne dokumenty i odmalowuje przed odbiorcami wizje zarządzania niekoniecznie zgodnego z podręcznikami dla szefów, za to – pełnego świeżości i odważnych decyzji. Żeby uniknąć oskarżeń o poszukiwanie wyrazistych materiałów Sara Gay Forden naprawdę dokładnie przedstawia kolejne ciekawostki dotyczące kulis firmy, widać, że doskonale orientuje się w temacie. Do tego potrafi prowadzić opowieść. I to połączenie: językowa sprawność, narracja z pomysłem i zacięciem fabularnym oraz dostęp do wszelkich potrzebnych materiałów sprawiają, że „Dom Gucci” to monografia bardzo dobra. Gęsta, wypełniona detalami dotyczącymi prowadzenia marki i zmianami w trakcie przejmowania jej przez kolejne pokolenia – ale też napisana z pazurem, inteligentnie i rozrywkowo. Ta opowieść oddala się od stylu pop tak bardzo, jak to tylko możliwe, ponadto daje szansę podejrzenia wielkich namiętności i scen wyolbrzymianych do granic. Międzyludzkie relacje urastają tu do rangi najważniejszego celu istnienia i odsuwają w cień samą firmę.
Konflikt rodzinny
Jest tu historia jak z filmu sensacyjnego i Sara Gay Forden ten motyw świadomie wykorzystuje, do tego stopnia, że na podstawie książki został stworzony potencjalny kinowy przebój Ridleya Scotta. „Dom Gucci” to kolejna ciekawa monografia przedstawiająca powstanie i wizjonerski rozwój firmy, a później – dramatyczny upadek i konflikt, który na zawsze zmienia międzyludzkie relacje. Autorka zaczyna od sceny morderstwa – tak, by móc poprowadzić opowieść następnie od początków rodowej fortuny do tragicznej sytuacji i zapewnić czytelnikom zestaw innych wstrząsów. Przy okazji wzbudza zainteresowanie wszystkich tych, którzy z modą za pan brat nie są i nie kojarzą znaczenia marki w konsumpcyjnym świecie. „Dom Gucci” nie jest wielką pochwałą firmy ani pomnikiem stawianym jej założycielom. Nie jest też przypomnieniem, dlaczego w ogóle ta nazwa zasługuje na rozgłos. Liczą się za to silne emocje. Autorka prowadzi niemal reporterskie śledztwo, przygląda się rodzinie Guccich, niesnaskom i porozumieniom, małżeństwom oraz konfliktom – tak, żeby móc wyciągać wnioski na temat wzajemnych animozji i ewentualnych powodów do zbrodni. Chociaż już wszystko wie, potrafi tę wiedzę odpowiednio czytelnikom sprzedać – tak, jakby prezentowała powieść detektywistyczną. Nie skupia się na kolejnych wprowadzanych na rynek nowinkach czy na powstawaniu samych pomysłów. W zamian funduje czytelnikom szereg wstrząsów bazujących na sporach o wielkie pieniądze. Pokazuje wizjonerskie zachowania Maurizia Gucciego, poprzedzając je skrótowym zobrazowaniem roli firmy w rodzinie oraz na rynku. Rejestruje wszelkiego rodzaju płaszczyzny sporów, z niewłaściwymi wyborami kandydatów na małżonków włącznie. Wie doskonale, co wywrze największe wrażenie na odbiorcach – i umiejętnie to wykorzystuje. Jednak Sara Gay Forden łowczynią sensacji nie jest. Najbardziej zależy jej na dobrej opowieści. Relacjonuje przy tym politykę rozwoju firmy, odczytuje kolejne dokumenty i odmalowuje przed odbiorcami wizje zarządzania niekoniecznie zgodnego z podręcznikami dla szefów, za to – pełnego świeżości i odważnych decyzji. Żeby uniknąć oskarżeń o poszukiwanie wyrazistych materiałów Sara Gay Forden naprawdę dokładnie przedstawia kolejne ciekawostki dotyczące kulis firmy, widać, że doskonale orientuje się w temacie. Do tego potrafi prowadzić opowieść. I to połączenie: językowa sprawność, narracja z pomysłem i zacięciem fabularnym oraz dostęp do wszelkich potrzebnych materiałów sprawiają, że „Dom Gucci” to monografia bardzo dobra. Gęsta, wypełniona detalami dotyczącymi prowadzenia marki i zmianami w trakcie przejmowania jej przez kolejne pokolenia – ale też napisana z pazurem, inteligentnie i rozrywkowo. Ta opowieść oddala się od stylu pop tak bardzo, jak to tylko możliwe, ponadto daje szansę podejrzenia wielkich namiętności i scen wyolbrzymianych do granic. Międzyludzkie relacje urastają tu do rangi najważniejszego celu istnienia i odsuwają w cień samą firmę.
poniedziałek, 4 stycznia 2021
Beata Sabała-Zielińska: Pięć Stawów. Dom bez adresu
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
W górze
Schronisko w Pięciu Stawach, położone wysoko w górach, ma swoją wielką i ciekawą historię. Beata Sabała-Zielińska dzięki współpracy z dwiema właścicielkami tworzy obszerną i bardzo atrakcyjną w lekturze monografię miejsca. Udaje jej się nie tylko zebrać anegdoty i materiały składające się na historię obiektu, ale też - odtworzyć ducha miejsca, uświadomić odbiorcom, że mają do czynienia z nietypowym i wyjątkowym domem dla turystów oraz wspinaczy. Przeszłość odtwarza autorka między innymi dzięki niepublikowanym zapiskom Marii Krzeptowskiej, zapiskom, co trzeba zaznaczyć, dowcipnym. Czytelnicy będą mogli zanurzyć się w świecie wspomnień i bogatych charakterów. Tu każda postać, wkraczająca do opowieści, natychmiast skupia na sobie całą uwagę: daje szansę przeżywania na nowo kolejnych wydarzeń. Sabała-Zielińska zajmuje się przeplataniem trzech tematów: jeden to bohaterowie: właściciele miejsca, ale też stali bywalcy czy co barwniejsi turyści. Drugi - samo miejsce. Organizacja przestrzeni, ściany, przez które hula wiatr, brak udogodnień, do których dzisiejsi roszczeniowi turyści są przyzwyczajeni. Trzecie zagadnienie to warunki, które na pewne rozwiązania nie pozwalają, inne - wymuszają. Kwestie aprowizacji, elektryczności, docierania na górę lub... przymusowego mieszkania tu przez czas, w którym śnieg odetnie schronisko od świata - dodaje to smaku całości.
W pierwszej kolejności autorkę interesują ludzie. Rozmawia nie tylko z obecnymi właścicielkami schroniska, ale też ze stałymi bywalcami, tymi, którzy mogą przedstawiać życie schroniska i przypominać ciekawe wydarzenia. Sięga po spisywane materiały. To wszystko łączy się w opowieść anegdotyczną i wesołą, ale też spójną i wypełnioną intrygującymi charakterystykami. Dla tych, którzy w Pięciu Stawach bywają, nie będzie tu zaskoczeń - ale odbiorcy uzyskają fascynującą opowieść z życia górskiego schroniska. Zwykłym czytelnikom oraz fanom literatury górskiej spodobać się może zwłaszcza zestaw problemów związanych z prowadzeniem takiego miejsca. Autorka sprawdza, w jaki sposób dostarcza się tutaj ciężkie zakupy, jak wywozi śmieci czy ścieki - w końcu na taką wysokość nie da się dotrzeć samochodem. Perypetie związane z pokonywaniem trasy są mocno rozbudowane i rozciągnięte w czasie, uzależnione od pomysłowości górali i od technicznych możliwości w danym momencie. Odbiorcy dowiedzą się też, czego w schronisku na pewno nie będzie. Pojawiają się w książce historie legendarnych imprez i wypadków górskich, analizy współpracy z TOPR-em, ekstrawaganckie pomysły bywalców lub... noclegi na podłodze. Beata Sabała-Zielińska opisuje między innymi sytuacje dzisiaj już ze względu na zmieniające się przepisy niedozwolone, a kiedyś zapewniające dodatkowe atrakcje. Nie zabraknie opowieści o przyrodzie: o niedźwiedziach odwiedzających schronisko i o traktowaniu Pięciu Stawów jak podwórka przez dzieci.
Jest to książka bardzo gęsta i napisana ciekawie. Dynamiczna, wciągająca i zapewniająca spokój na długi czas lektury. Autorka przygląda się miejscu niezwykłemu i mającemu własną legendę - daje szansę na zakochanie się w tym schronisku: nie tylko umożliwia uświadomienie odbiorcom, jak ciężkiej pracy wymaga zaangażowanie się w działalność w Pięciu Stawach, ale też utrwala liczne humorystyczne historyjki, dowody na pomysłowość i nietuzinkowe osobowości. Bohaterowie z tej książki szybko stają się bliscy odbiorcom - można śledzić ich dokonania i docenić rozwiązania w warunkach trudnych do wyobrażenia. Beata Sabała-Zielińska tworzy pozycję, od której trudno się oderwać. To może przekonać czytelników do literatury górskiej.
W górze
Schronisko w Pięciu Stawach, położone wysoko w górach, ma swoją wielką i ciekawą historię. Beata Sabała-Zielińska dzięki współpracy z dwiema właścicielkami tworzy obszerną i bardzo atrakcyjną w lekturze monografię miejsca. Udaje jej się nie tylko zebrać anegdoty i materiały składające się na historię obiektu, ale też - odtworzyć ducha miejsca, uświadomić odbiorcom, że mają do czynienia z nietypowym i wyjątkowym domem dla turystów oraz wspinaczy. Przeszłość odtwarza autorka między innymi dzięki niepublikowanym zapiskom Marii Krzeptowskiej, zapiskom, co trzeba zaznaczyć, dowcipnym. Czytelnicy będą mogli zanurzyć się w świecie wspomnień i bogatych charakterów. Tu każda postać, wkraczająca do opowieści, natychmiast skupia na sobie całą uwagę: daje szansę przeżywania na nowo kolejnych wydarzeń. Sabała-Zielińska zajmuje się przeplataniem trzech tematów: jeden to bohaterowie: właściciele miejsca, ale też stali bywalcy czy co barwniejsi turyści. Drugi - samo miejsce. Organizacja przestrzeni, ściany, przez które hula wiatr, brak udogodnień, do których dzisiejsi roszczeniowi turyści są przyzwyczajeni. Trzecie zagadnienie to warunki, które na pewne rozwiązania nie pozwalają, inne - wymuszają. Kwestie aprowizacji, elektryczności, docierania na górę lub... przymusowego mieszkania tu przez czas, w którym śnieg odetnie schronisko od świata - dodaje to smaku całości.
W pierwszej kolejności autorkę interesują ludzie. Rozmawia nie tylko z obecnymi właścicielkami schroniska, ale też ze stałymi bywalcami, tymi, którzy mogą przedstawiać życie schroniska i przypominać ciekawe wydarzenia. Sięga po spisywane materiały. To wszystko łączy się w opowieść anegdotyczną i wesołą, ale też spójną i wypełnioną intrygującymi charakterystykami. Dla tych, którzy w Pięciu Stawach bywają, nie będzie tu zaskoczeń - ale odbiorcy uzyskają fascynującą opowieść z życia górskiego schroniska. Zwykłym czytelnikom oraz fanom literatury górskiej spodobać się może zwłaszcza zestaw problemów związanych z prowadzeniem takiego miejsca. Autorka sprawdza, w jaki sposób dostarcza się tutaj ciężkie zakupy, jak wywozi śmieci czy ścieki - w końcu na taką wysokość nie da się dotrzeć samochodem. Perypetie związane z pokonywaniem trasy są mocno rozbudowane i rozciągnięte w czasie, uzależnione od pomysłowości górali i od technicznych możliwości w danym momencie. Odbiorcy dowiedzą się też, czego w schronisku na pewno nie będzie. Pojawiają się w książce historie legendarnych imprez i wypadków górskich, analizy współpracy z TOPR-em, ekstrawaganckie pomysły bywalców lub... noclegi na podłodze. Beata Sabała-Zielińska opisuje między innymi sytuacje dzisiaj już ze względu na zmieniające się przepisy niedozwolone, a kiedyś zapewniające dodatkowe atrakcje. Nie zabraknie opowieści o przyrodzie: o niedźwiedziach odwiedzających schronisko i o traktowaniu Pięciu Stawów jak podwórka przez dzieci.
Jest to książka bardzo gęsta i napisana ciekawie. Dynamiczna, wciągająca i zapewniająca spokój na długi czas lektury. Autorka przygląda się miejscu niezwykłemu i mającemu własną legendę - daje szansę na zakochanie się w tym schronisku: nie tylko umożliwia uświadomienie odbiorcom, jak ciężkiej pracy wymaga zaangażowanie się w działalność w Pięciu Stawach, ale też utrwala liczne humorystyczne historyjki, dowody na pomysłowość i nietuzinkowe osobowości. Bohaterowie z tej książki szybko stają się bliscy odbiorcom - można śledzić ich dokonania i docenić rozwiązania w warunkach trudnych do wyobrażenia. Beata Sabała-Zielińska tworzy pozycję, od której trudno się oderwać. To może przekonać czytelników do literatury górskiej.
niedziela, 20 grudnia 2020
Leszek K. Talko, Karol Vesely: Królowie bajek. Opowieść o legendarnym Studiu Filmów Rysunkowych
Czarne, Wołowiec 2020.
Czar sentymentów
To jest publikacja, która trafi przede wszystkim do tych, którzy wychowywali się na przygodach Bolka i Lolka, Baltazara Gąbki czy Reksia. Leszek K. Talko i Karol Vesely podjęli się przedstawienia tematu pobudzającego wyobraźnię i pokazującego, jak ważne są marzenia. Oto grupa ludzi, którzy sami tworzą sobie stanowisko pracy, nie mają za bardzo na kim się wzorować - chyba że na Disneyu i jego współpracownikach, ale to za żelazną kurtynę dochodzi w szczątkowej formie, nie ma możliwości podglądania warsztatu pracy i rozwiązywania kolejnych problemów. Tych nie brakuje. Wszystko zaczyna się od ogłoszenia, jakie w prasie zamieszcza Zdzisław Lachur. Dotyczy ono pracy dla rysowników w nowo powstającym studiu filmów rysunkowych. Tylko że studio jest na razie w sferze fantazji. Trzeba je stworzyć od zera, wypracować sobie pomysły i zasady funkcjonowania. Trzeba będzie też przezwyciężyć mnóstwo problemów związanych z brakami w zaopatrzeniu. I z koniecznością podporządkowywania scenariuszy władzom. Wydaje się, że w takich warunkach nie ma w ogóle sensu podejmowanie jakichkolwiek działań promujących indywidualizm i wykorzystujących umiejętności ludzi. O wiele łatwiej byłoby poszukać zwykłych stanowisk, miejsc pracy może niedających satysfakcji, ale zapewniających stałą pensję. Być może - jednak o tym ani Lachur, ani Władysław Nehrebecki, ani kolejni zapaleńcy dołączający do studia nie myśleli. Próbowali stworzyć coś swojego - przestrzeń do spełniania marzeń. Jakkolwiek idealistycznie by to nie brzmiało, Studio Filmów Rysunkowych musiało borykać się z wieloma trudnościami, między innymi - lokalowymi. Potrzebna była siedziba dla rysowników (funkcjonująca nieoficjalnie również jako miejsce do mieszkania, bo przecież wszyscy szukali szansy na stworzenie studia, a nie - zarobków, przynajmniej na początku). Potrzebne były taśmy, na których pojawiałyby się rysunki (motyw odzyskiwania materiału ze starych zdjęć rentgenowskich to chyba najlepszy pokaz determinacji i pomysłowości bohaterów tomu). Wyobraźnię pobudza również szukanie kolorów i takich składników farb, które zapewniałyby trwałość i które nie rozpadałyby się po wyschnięciu. Takich problemów do przezwyciężenia jest bardzo dużo i dla czytelników najbardziej atrakcyjne może się stać relacjonowanie absolutnych początków studia.
W pewnym momencie autorzy przechodzą do powstawania konkretnych filmów, pokazuje historię poszczególnych scenariuszy. Nie zajmują się tym, co sprawiło, że dzisiaj dzieci nie mogą się cieszyć kontynuacjami historii o kultowych postaciach Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej: konfliktem między spadkobiercami. To jedynie zarysowują jako motyw w tle, nie przejmują się natomiast przytaczaniem racji żadnej ze stron. Dzięki tej książce można przypomnieć sobie nazwiska najlepszych rysowników i autorów scenariuszy, można powrócić myślami do kreskówkowych tradycji i sprawdzić, jak rozwijały się losy Studia. To ładnie prowadzona opowieść, pełna ciekawostek i dobrze zdynamizowana, tak, by odbiorcom nie znudziło się przechodzenie od biografii do historii bajek. "Królowie bajek" to tom, który po prostu znudzić się nie może - będzie dla czytelników ładnym przewodnikiem po świecie, w którym udaje się spełniać marzenia. Leszek K. Talko oraz Karol Vesely umiejętnie prowadzą odbiorców przez historię Studia Filmów Rysunkowych - i pozwalają przypomnieć sobie najciekawsze produkcje. Rodzice mogą znaleźć tu coś, co będą chcieli pokazać swoim pociechom.
Czar sentymentów
To jest publikacja, która trafi przede wszystkim do tych, którzy wychowywali się na przygodach Bolka i Lolka, Baltazara Gąbki czy Reksia. Leszek K. Talko i Karol Vesely podjęli się przedstawienia tematu pobudzającego wyobraźnię i pokazującego, jak ważne są marzenia. Oto grupa ludzi, którzy sami tworzą sobie stanowisko pracy, nie mają za bardzo na kim się wzorować - chyba że na Disneyu i jego współpracownikach, ale to za żelazną kurtynę dochodzi w szczątkowej formie, nie ma możliwości podglądania warsztatu pracy i rozwiązywania kolejnych problemów. Tych nie brakuje. Wszystko zaczyna się od ogłoszenia, jakie w prasie zamieszcza Zdzisław Lachur. Dotyczy ono pracy dla rysowników w nowo powstającym studiu filmów rysunkowych. Tylko że studio jest na razie w sferze fantazji. Trzeba je stworzyć od zera, wypracować sobie pomysły i zasady funkcjonowania. Trzeba będzie też przezwyciężyć mnóstwo problemów związanych z brakami w zaopatrzeniu. I z koniecznością podporządkowywania scenariuszy władzom. Wydaje się, że w takich warunkach nie ma w ogóle sensu podejmowanie jakichkolwiek działań promujących indywidualizm i wykorzystujących umiejętności ludzi. O wiele łatwiej byłoby poszukać zwykłych stanowisk, miejsc pracy może niedających satysfakcji, ale zapewniających stałą pensję. Być może - jednak o tym ani Lachur, ani Władysław Nehrebecki, ani kolejni zapaleńcy dołączający do studia nie myśleli. Próbowali stworzyć coś swojego - przestrzeń do spełniania marzeń. Jakkolwiek idealistycznie by to nie brzmiało, Studio Filmów Rysunkowych musiało borykać się z wieloma trudnościami, między innymi - lokalowymi. Potrzebna była siedziba dla rysowników (funkcjonująca nieoficjalnie również jako miejsce do mieszkania, bo przecież wszyscy szukali szansy na stworzenie studia, a nie - zarobków, przynajmniej na początku). Potrzebne były taśmy, na których pojawiałyby się rysunki (motyw odzyskiwania materiału ze starych zdjęć rentgenowskich to chyba najlepszy pokaz determinacji i pomysłowości bohaterów tomu). Wyobraźnię pobudza również szukanie kolorów i takich składników farb, które zapewniałyby trwałość i które nie rozpadałyby się po wyschnięciu. Takich problemów do przezwyciężenia jest bardzo dużo i dla czytelników najbardziej atrakcyjne może się stać relacjonowanie absolutnych początków studia.
W pewnym momencie autorzy przechodzą do powstawania konkretnych filmów, pokazuje historię poszczególnych scenariuszy. Nie zajmują się tym, co sprawiło, że dzisiaj dzieci nie mogą się cieszyć kontynuacjami historii o kultowych postaciach Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej: konfliktem między spadkobiercami. To jedynie zarysowują jako motyw w tle, nie przejmują się natomiast przytaczaniem racji żadnej ze stron. Dzięki tej książce można przypomnieć sobie nazwiska najlepszych rysowników i autorów scenariuszy, można powrócić myślami do kreskówkowych tradycji i sprawdzić, jak rozwijały się losy Studia. To ładnie prowadzona opowieść, pełna ciekawostek i dobrze zdynamizowana, tak, by odbiorcom nie znudziło się przechodzenie od biografii do historii bajek. "Królowie bajek" to tom, który po prostu znudzić się nie może - będzie dla czytelników ładnym przewodnikiem po świecie, w którym udaje się spełniać marzenia. Leszek K. Talko oraz Karol Vesely umiejętnie prowadzą odbiorców przez historię Studia Filmów Rysunkowych - i pozwalają przypomnieć sobie najciekawsze produkcje. Rodzice mogą znaleźć tu coś, co będą chcieli pokazać swoim pociechom.
niedziela, 27 września 2020
Corien van Zweden: Cycki. Czuła biografia piersi
Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2020.
Mowa pożegnalna
To jest książka, która na pewno przyciągnie wzrok i wzbudzi zainteresowanie odbiorców. Chociaż – twórcy przygotowujący okładkę niekoniecznie przejęli się treścią tomu, w którym różowy piętnuje się jako kolor związany z kobiecością. „Cycki. Czuła biografia piersi” Corien van Zweden to momentami ogólna, a momentami bardzo prywatna relacja dotycząca biustów. Impulsem do jej stworzenia stała się mastektomia: autorka najpierw przeszła operację ocalającą pierś, po kilku latach jednak rak wrócił i ratunkiem miała być już amputacja. Zresztą – Corien van Zweden zdążyła przejść drogę, którą opisuje: przez piersi jako część ciała ważną w erotyzmie i kuszeniu, przez macierzyństwo i karmienie potomstwa – aż do powrotu do łóżkowych igraszek. Tyle że kiedy jej pierś zaatakował nowotwór, zmieniło się postrzeganie własnego ciała: autorka przestała traktować tę część ciała z dotychczasową czułością. A ponieważ zebrało jej się całkiem sporo przemyśleń i doświadczeń związanych z „cyckami” – postanowiła przelać je na papier, w całkiem dobry zresztą sposób. Jedno, co można by z tej książki wyeliminować, to powtórzenia tematyczne – kilka razy autorka mówi o tym, że karmiła dzieci do czternastego miesiąca życia, wiele razy też powtarza, jak czuła się po odkryciu guzka. Do pewnych informacji – także tych zdobytych na potrzeby tomu – powraca z uporem, chociaż zdążyły się one już czytelnikom utrwalić. „Cycki” jednak mają działać również na emocje odbiorców – a w tym atmosfera zwierzenia bardzo pomaga.
Autorka traktuje pożegnanie swojej piersi dość reportażowo. Wykorzystuje znajomości z lekarzami i chirurgami, zadaje im wiele pytań, sprawdzając, czy wybrała najlepszą dla siebie drogę. Opowiada, co czeka kobiety, które muszą poddać się mastektomii – sporo miejsca zajmuje tu motyw rekonstrukcji piersi. W przypadku operacji ratującej życie można się zastanawiać, czy chirurgia plastyczna jest sposobem na przetrwanie trudnego czasu – Corien van Zweden postanawia bowiem zająć się tematem od mniej oczywistej strony i pokazać własny punkt widzenia oraz decyzje. Interesuje ją, jak reaguje sztuczna pierś na bodźce dotykowe i czy bardziej pomaga czy przeszkadza w zaakceptowaniu własnego stanu. Wprowadza kompletnie nieoczywiste dla szerokiego grona odbiorców kwestie – na przykład dotyczące zastępczych sutków. Kiedy jednak omawia rolę piersi w seksie i w intymności – temat podejmuje z innej perspektywy: przedstawia między innymi historię implantów i zastanawia się nad tym, jakie są ich wady. Rozmawia z kobietami, które sporo przeszły – i z tymi, które pozwalają uporać się ze stratą. Zbiera różne historie, chociaż za bazę przyjmuje tę swoją, którą najlepiej zna i rozumie. „Cycki” to książka, w której można się zatracić – pean na cześć kobiecych piersi, ale też przestroga. Corien van Zweden nie dostarcza prostej lektury, dba o to, żeby uświadamiać czytelniczki, jak kolejne zagadnienia funkcjonują w holenderskiej rzeczywistości (czasami może też wprowadzać porównania z innymi krajami). Zdarza się – chociaż rzadko – że trochę autorka filozofuje na temat piersi i ich znaczenia dla psychiki kobiety. Nie zamierza jednak w żaden sposób utrwalać przekonania, że biust ma definiować płeć piękną. Tę książkę można traktować jako inspirację lub pocieszenie, jako opowieść o temacie z jednej strony do przesady wykorzystywanym w popkulturze dla przyciągania uwagi, a z drugiej – wręcz tabuizowanym w procesie wychowywania. „Cycki” to książka, którą warto przeczytać.
Mowa pożegnalna
To jest książka, która na pewno przyciągnie wzrok i wzbudzi zainteresowanie odbiorców. Chociaż – twórcy przygotowujący okładkę niekoniecznie przejęli się treścią tomu, w którym różowy piętnuje się jako kolor związany z kobiecością. „Cycki. Czuła biografia piersi” Corien van Zweden to momentami ogólna, a momentami bardzo prywatna relacja dotycząca biustów. Impulsem do jej stworzenia stała się mastektomia: autorka najpierw przeszła operację ocalającą pierś, po kilku latach jednak rak wrócił i ratunkiem miała być już amputacja. Zresztą – Corien van Zweden zdążyła przejść drogę, którą opisuje: przez piersi jako część ciała ważną w erotyzmie i kuszeniu, przez macierzyństwo i karmienie potomstwa – aż do powrotu do łóżkowych igraszek. Tyle że kiedy jej pierś zaatakował nowotwór, zmieniło się postrzeganie własnego ciała: autorka przestała traktować tę część ciała z dotychczasową czułością. A ponieważ zebrało jej się całkiem sporo przemyśleń i doświadczeń związanych z „cyckami” – postanowiła przelać je na papier, w całkiem dobry zresztą sposób. Jedno, co można by z tej książki wyeliminować, to powtórzenia tematyczne – kilka razy autorka mówi o tym, że karmiła dzieci do czternastego miesiąca życia, wiele razy też powtarza, jak czuła się po odkryciu guzka. Do pewnych informacji – także tych zdobytych na potrzeby tomu – powraca z uporem, chociaż zdążyły się one już czytelnikom utrwalić. „Cycki” jednak mają działać również na emocje odbiorców – a w tym atmosfera zwierzenia bardzo pomaga.
Autorka traktuje pożegnanie swojej piersi dość reportażowo. Wykorzystuje znajomości z lekarzami i chirurgami, zadaje im wiele pytań, sprawdzając, czy wybrała najlepszą dla siebie drogę. Opowiada, co czeka kobiety, które muszą poddać się mastektomii – sporo miejsca zajmuje tu motyw rekonstrukcji piersi. W przypadku operacji ratującej życie można się zastanawiać, czy chirurgia plastyczna jest sposobem na przetrwanie trudnego czasu – Corien van Zweden postanawia bowiem zająć się tematem od mniej oczywistej strony i pokazać własny punkt widzenia oraz decyzje. Interesuje ją, jak reaguje sztuczna pierś na bodźce dotykowe i czy bardziej pomaga czy przeszkadza w zaakceptowaniu własnego stanu. Wprowadza kompletnie nieoczywiste dla szerokiego grona odbiorców kwestie – na przykład dotyczące zastępczych sutków. Kiedy jednak omawia rolę piersi w seksie i w intymności – temat podejmuje z innej perspektywy: przedstawia między innymi historię implantów i zastanawia się nad tym, jakie są ich wady. Rozmawia z kobietami, które sporo przeszły – i z tymi, które pozwalają uporać się ze stratą. Zbiera różne historie, chociaż za bazę przyjmuje tę swoją, którą najlepiej zna i rozumie. „Cycki” to książka, w której można się zatracić – pean na cześć kobiecych piersi, ale też przestroga. Corien van Zweden nie dostarcza prostej lektury, dba o to, żeby uświadamiać czytelniczki, jak kolejne zagadnienia funkcjonują w holenderskiej rzeczywistości (czasami może też wprowadzać porównania z innymi krajami). Zdarza się – chociaż rzadko – że trochę autorka filozofuje na temat piersi i ich znaczenia dla psychiki kobiety. Nie zamierza jednak w żaden sposób utrwalać przekonania, że biust ma definiować płeć piękną. Tę książkę można traktować jako inspirację lub pocieszenie, jako opowieść o temacie z jednej strony do przesady wykorzystywanym w popkulturze dla przyciągania uwagi, a z drugiej – wręcz tabuizowanym w procesie wychowywania. „Cycki” to książka, którą warto przeczytać.
piątek, 26 czerwca 2020
BTS. Wszystko, co trzeba wiedzieć o królach K-popu
Egmont, Warszawa 2020.
Przewodnik dla fanek
To publikacja dla nastolatek, młodych fanek K-popu – tych, które jeszcze zachwycają się członkami boysbandów. W dodatku – fanek odpornych na kicz, zwłaszcza w tym wypadku. Opowieść o BTS obfituje bowiem w naiwne zachwyty nad „słodkimi uśmiechami” chłopców oraz ich dołeczkami w policzkach. To nikogo nie zdziwi, że artyści – siedmiu chłopaków – wyglądają jak wyrośnięte dziewczyny, noszą kolczyki lub klipsy, farbują włosy i mają staranny makijaż. Gdzieś na marginesie pojawia się podejrzenie o fascynację stylem drag queen, ale tego tematu się nie rozwija, na wszelki wypadek (w końcu i tak dzieci nie wiedzą, o co chodzi). Tomik jest prezentacją charakterystyczną dla kolorowych magazynów młodzieżowych: mnóstwo zdjęć, szczątkowe informacje podawane w formie pojedynczych akapitów-podpisów pod materiałem graficznym, spora dawka ekscytacji.
„BTS. Wszystko, co trzeba wiedzieć o królach K-popu” to prosta i bogato zdobiona prezentacja zespołu. Jest tu wyjaśnienie, kto ma jakie pseudonimy i jak znalazł się w boysbandzie, hierarchia w zespole (podział na głównych i pomocniczych wokalistów, raperów czy tancerzy), wskazywanie źródeł inspiracji. Jest tu mowa o gadżetach sygnowanych przez BTS, krótkie i czasem komiczne opisy układów tanecznych, przewodnik po filmikach wartych obejrzenia albo najlepiej definiujących zespół. Co pewien czas pojawia się metryczka wybranego członka ekipy – jest tu siedmiu chłopaków, więc czytelnicy dowiedzą się też, skąd taki akurat skład i taka liczba. Jednozdaniowe anegdotki o BTS, migawki z różnych sesji oraz modowych poszukiwań, podkreślanie skromności chłopaków – czyli kreowanie ich na dziecięcych idoli. Nie ma mowy o żadnych skandalach. Królowie K-popu dają dobry przykład, jedyny sygnał, że są normalnymi ludźmi to informacja, że wszystkich obowiązuje zasada niepisania na Twitterze po alkoholu. Pisze się w tym niewielkim tomiku o karierze boysbandu w Korei Południowej, a potem też w Stanach, o kolejnych utworach, które przyniosły chłopcom sławę, o teledyskach, o zaletach chłopaków – w sam raz dla piszczących fanek, które potrzebują skrótowych danych i pamiątek, żeby jeszcze bardziej uwielbiać boysband, dopóki z niego nie wyrosną.
W tej książce tekst ma w ogóle mniejsze znaczenie niż zestawy fotografii – chodzi przecież o to, żeby podziwiać chłopaków i zyskiwać przestrzeń do poznawania ich. Chociaż to „zupełnie nieoficjalny przewodnik” to przygotowany został tak, żeby przedstawiać zespół w jak najlepszym świetle i konstruować wokół niego grono wiernych fanek. Chłopców przede wszystkim można oglądać na wielu zdjęciach (przy okazji odbiorcy dowiedzą się, który Koreańczyk uznawany jest za największego przystojniaka). Omawianie reakcji, jakie wyzwala BTS, to przy okazji nakreślanie różnic kulturowych – to, co w popkulturze Dalekiego Wschodu zupełnie nie dziwi, w innych stronach świata może wydawać się niemal brawurą. Dlatego też przyda się dzieciom taki przewodnik.
Wiadomo, że boysband to produkt marketingowy – więc w przewodniku o BTS analizuje się po prostu kolejne elementy machiny promocyjnej czy te pomysły, które trzeba zwłaszcza marketingowo wyeksponować. To analizy dalekie od opowieści o sztuce: liczy się wizerunek i to, co składa się na przekazy medialne. Chłopcy z zespołu sami w sobie nie zamienią się nagle w artystów, nawet gdyby któryś z nich miał jakiś talent, to nie da rady go ujawniać – boysbandy nie lubią indywidualizacji, każdy musi realizować przypisaną mu rolę. A z tym BTS radzi sobie najwyraźniej lepiej niż inne grupy.
Przewodnik dla fanek
To publikacja dla nastolatek, młodych fanek K-popu – tych, które jeszcze zachwycają się członkami boysbandów. W dodatku – fanek odpornych na kicz, zwłaszcza w tym wypadku. Opowieść o BTS obfituje bowiem w naiwne zachwyty nad „słodkimi uśmiechami” chłopców oraz ich dołeczkami w policzkach. To nikogo nie zdziwi, że artyści – siedmiu chłopaków – wyglądają jak wyrośnięte dziewczyny, noszą kolczyki lub klipsy, farbują włosy i mają staranny makijaż. Gdzieś na marginesie pojawia się podejrzenie o fascynację stylem drag queen, ale tego tematu się nie rozwija, na wszelki wypadek (w końcu i tak dzieci nie wiedzą, o co chodzi). Tomik jest prezentacją charakterystyczną dla kolorowych magazynów młodzieżowych: mnóstwo zdjęć, szczątkowe informacje podawane w formie pojedynczych akapitów-podpisów pod materiałem graficznym, spora dawka ekscytacji.
„BTS. Wszystko, co trzeba wiedzieć o królach K-popu” to prosta i bogato zdobiona prezentacja zespołu. Jest tu wyjaśnienie, kto ma jakie pseudonimy i jak znalazł się w boysbandzie, hierarchia w zespole (podział na głównych i pomocniczych wokalistów, raperów czy tancerzy), wskazywanie źródeł inspiracji. Jest tu mowa o gadżetach sygnowanych przez BTS, krótkie i czasem komiczne opisy układów tanecznych, przewodnik po filmikach wartych obejrzenia albo najlepiej definiujących zespół. Co pewien czas pojawia się metryczka wybranego członka ekipy – jest tu siedmiu chłopaków, więc czytelnicy dowiedzą się też, skąd taki akurat skład i taka liczba. Jednozdaniowe anegdotki o BTS, migawki z różnych sesji oraz modowych poszukiwań, podkreślanie skromności chłopaków – czyli kreowanie ich na dziecięcych idoli. Nie ma mowy o żadnych skandalach. Królowie K-popu dają dobry przykład, jedyny sygnał, że są normalnymi ludźmi to informacja, że wszystkich obowiązuje zasada niepisania na Twitterze po alkoholu. Pisze się w tym niewielkim tomiku o karierze boysbandu w Korei Południowej, a potem też w Stanach, o kolejnych utworach, które przyniosły chłopcom sławę, o teledyskach, o zaletach chłopaków – w sam raz dla piszczących fanek, które potrzebują skrótowych danych i pamiątek, żeby jeszcze bardziej uwielbiać boysband, dopóki z niego nie wyrosną.
W tej książce tekst ma w ogóle mniejsze znaczenie niż zestawy fotografii – chodzi przecież o to, żeby podziwiać chłopaków i zyskiwać przestrzeń do poznawania ich. Chociaż to „zupełnie nieoficjalny przewodnik” to przygotowany został tak, żeby przedstawiać zespół w jak najlepszym świetle i konstruować wokół niego grono wiernych fanek. Chłopców przede wszystkim można oglądać na wielu zdjęciach (przy okazji odbiorcy dowiedzą się, który Koreańczyk uznawany jest za największego przystojniaka). Omawianie reakcji, jakie wyzwala BTS, to przy okazji nakreślanie różnic kulturowych – to, co w popkulturze Dalekiego Wschodu zupełnie nie dziwi, w innych stronach świata może wydawać się niemal brawurą. Dlatego też przyda się dzieciom taki przewodnik.
Wiadomo, że boysband to produkt marketingowy – więc w przewodniku o BTS analizuje się po prostu kolejne elementy machiny promocyjnej czy te pomysły, które trzeba zwłaszcza marketingowo wyeksponować. To analizy dalekie od opowieści o sztuce: liczy się wizerunek i to, co składa się na przekazy medialne. Chłopcy z zespołu sami w sobie nie zamienią się nagle w artystów, nawet gdyby któryś z nich miał jakiś talent, to nie da rady go ujawniać – boysbandy nie lubią indywidualizacji, każdy musi realizować przypisaną mu rolę. A z tym BTS radzi sobie najwyraźniej lepiej niż inne grupy.
poniedziałek, 4 maja 2020
Phil Knight: Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy Nike
Rebis, Poznań 2019 (dodruk).
Legenda
Phil Knight wie doskonale, jak przyciągnąć do siebie odbiorców i jak przyczynić się do wzrostu zaufania do marki. Książka „Sztuka zwycięstwa” jest przecież produktem, działaniem marketingowym – i jednocześnie odpowiedzią na mody panujące na rynku wydawniczym. Ale jeśli kogoś nie odstrasza jednostronność, subiektywny punkt widzenia i nastawienie na odpieranie ewentualnych ataków – będzie się przy lekturze całkiem nieźle bawił. Droga od pucybuta do milionera jest tu zarysowana z dbałością o rozkład akcentów i tak, by czytelnicy mocno zaangażowali się w opowieść. Knight potrafi prowadzić narrację i w odpowiednich proporcjach przedstawiać czytelnikom dane ze swojego życia prywatnego i z prób wejścia na rynek. Dopiero pod koniec książki odnosi się do ataków, jakie były wymierzone w Nike i – do działań prowadzących do poprawy nieakceptowanych społecznie pomysłów. Wcześniej pozwala się zaangażować w relację burzliwą i pełną przygód, niewolną od ryzyka. „Sztuka zwycięstwa” to lektura bardzo ciekawa – i to nie tylko dla fanów marki.
Najpierw jest Blue Ribbon. Firma, którą dzięki drobnemu wsparciu ze strony ojca zakłada młody i ambitny człowiek. Firma, która sprowadza buty z Japonii i sprzedaje je na amerykańskim rynku. Firma bez biura, bez zaplecza logistycznego, bez planów marketingowych i – wydawałoby się – bez szans na powodzenie. Bankierzy, którzy słyszą o pomysłach młodego Knighta, przestrzegają go przed podejmowaniem nadmiernego ryzyka: działania handlowca nie mieszczą się w ich światopoglądach – ani w żadnych znanych zasadach zachowania się w biznesie. Tymczasem Knight sprowadza buty, sprzedaje je, bierze kredyt na następną partię butów, sprowadza i sprzedaje – tyle że tym razem więcej. Sukcesywnie tworzy sobie rynek i grono odbiorców, z czasem trafia też na ludzi, z którymi później będzie pracował. Pierwsze sukcesy wiążą się z pierwszymi poważnymi wyzwaniami: japoński partner nie chce przedłużać umowy, a konkurencja nie śpi i torpeduje plany. W końcu rozbudowana firma Blue Ribbon zamienia się w Nike – i budowanie marki trwa nadal, ale już w zupełnie innej przestrzeni: z kontraktami ze sportowcami i z realizowaniem najbardziej szalonych pomysłów.
W „Sztuce zwycięstwa” dużo miejsca Knight poświęca swojemu zespołowi (musi pokazać, że firma tworzona jest przez ludzi z pasją i z bogatą wyobraźnią, takimi się otacza, co daje okazję do przedstawiania mnóstwa anegdot i zabawnych scenek). Nieco mniej przeznacza na rodzinę: najpierw pokazuje relacje z rodzicami, później – poznanie przyszłej żony. Charakteryzuje Penny co jakiś czas, podkreślając jej spokój w obliczu potencjalnych katastrof finansowych. Opowiada też odrobinę o swoich synach – tak, żeby dla czytelników być postacią z krwi i kości. Przyznaje się do błędów, ale jeśli opowiada o błędach wytkniętych firmie – natychmiast pisze, jakie kroki zostały podjęte, żeby naprawić zło. I tak „Sztuka zwycięstwa” zamienia się w lekturę niebanalną. Dowcipną, pełną szczegółów z tworzenia firmy w drugiej połowie XX wieku, bardzo ludzką i napisaną z pomysłem. Tu nie można się nudzić.
Legenda
Phil Knight wie doskonale, jak przyciągnąć do siebie odbiorców i jak przyczynić się do wzrostu zaufania do marki. Książka „Sztuka zwycięstwa” jest przecież produktem, działaniem marketingowym – i jednocześnie odpowiedzią na mody panujące na rynku wydawniczym. Ale jeśli kogoś nie odstrasza jednostronność, subiektywny punkt widzenia i nastawienie na odpieranie ewentualnych ataków – będzie się przy lekturze całkiem nieźle bawił. Droga od pucybuta do milionera jest tu zarysowana z dbałością o rozkład akcentów i tak, by czytelnicy mocno zaangażowali się w opowieść. Knight potrafi prowadzić narrację i w odpowiednich proporcjach przedstawiać czytelnikom dane ze swojego życia prywatnego i z prób wejścia na rynek. Dopiero pod koniec książki odnosi się do ataków, jakie były wymierzone w Nike i – do działań prowadzących do poprawy nieakceptowanych społecznie pomysłów. Wcześniej pozwala się zaangażować w relację burzliwą i pełną przygód, niewolną od ryzyka. „Sztuka zwycięstwa” to lektura bardzo ciekawa – i to nie tylko dla fanów marki.
Najpierw jest Blue Ribbon. Firma, którą dzięki drobnemu wsparciu ze strony ojca zakłada młody i ambitny człowiek. Firma, która sprowadza buty z Japonii i sprzedaje je na amerykańskim rynku. Firma bez biura, bez zaplecza logistycznego, bez planów marketingowych i – wydawałoby się – bez szans na powodzenie. Bankierzy, którzy słyszą o pomysłach młodego Knighta, przestrzegają go przed podejmowaniem nadmiernego ryzyka: działania handlowca nie mieszczą się w ich światopoglądach – ani w żadnych znanych zasadach zachowania się w biznesie. Tymczasem Knight sprowadza buty, sprzedaje je, bierze kredyt na następną partię butów, sprowadza i sprzedaje – tyle że tym razem więcej. Sukcesywnie tworzy sobie rynek i grono odbiorców, z czasem trafia też na ludzi, z którymi później będzie pracował. Pierwsze sukcesy wiążą się z pierwszymi poważnymi wyzwaniami: japoński partner nie chce przedłużać umowy, a konkurencja nie śpi i torpeduje plany. W końcu rozbudowana firma Blue Ribbon zamienia się w Nike – i budowanie marki trwa nadal, ale już w zupełnie innej przestrzeni: z kontraktami ze sportowcami i z realizowaniem najbardziej szalonych pomysłów.
W „Sztuce zwycięstwa” dużo miejsca Knight poświęca swojemu zespołowi (musi pokazać, że firma tworzona jest przez ludzi z pasją i z bogatą wyobraźnią, takimi się otacza, co daje okazję do przedstawiania mnóstwa anegdot i zabawnych scenek). Nieco mniej przeznacza na rodzinę: najpierw pokazuje relacje z rodzicami, później – poznanie przyszłej żony. Charakteryzuje Penny co jakiś czas, podkreślając jej spokój w obliczu potencjalnych katastrof finansowych. Opowiada też odrobinę o swoich synach – tak, żeby dla czytelników być postacią z krwi i kości. Przyznaje się do błędów, ale jeśli opowiada o błędach wytkniętych firmie – natychmiast pisze, jakie kroki zostały podjęte, żeby naprawić zło. I tak „Sztuka zwycięstwa” zamienia się w lekturę niebanalną. Dowcipną, pełną szczegółów z tworzenia firmy w drugiej połowie XX wieku, bardzo ludzką i napisaną z pomysłem. Tu nie można się nudzić.
wtorek, 3 marca 2020
Grzegorz Piątek: Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949
W.A.B., Warszawa 2020.
Wskrzeszenie
W świadomości społeczeństwa „odbudowa Warszawy” funkcjonuje dość stereotypowo, jako powszechny zryw polegający prawdopodobnie na usuwaniu gruzu i wznoszeniu domów w miejscu tych zniszczonych podczas wojny. Grzegorz Piątek w swoim obszernym tomie „Najlepsze miasto świata” stara się uświadomić, jak naprawdę wyglądała praca nad przywróceniem przestrzeni do mieszkania, funkcjonowania i rządzenia. Motyw odbudowy stolicy rozbija na kolejne tematy – niekoniecznie równoległe pod względem ważności czy – chronologicznie wybijane z całej narracji. Sięga po bloki zagadnień, które pasują do opowieści o restaurowaniu Warszawy: między innymi o ocalonej Pradze, o domkach fińskich, o miejscu dla rządzących, o szabrowaniu, o uruchamianiu kolejnych zakładów, o miejscach dla powracających do stolicy... Grzegorz Piątek nie pomija mniej oczywistych aspektów odbudowy Warszawy – przypomina na przykład, że trzeba było najpierw wydobyć spod gruzów ciała zabitych – i to zanim mogła wybuchnąć epidemia. Przeprowadza czytelników przez rozmaite kwestie „techniczne”, choćby pomysły architektów i władz, jednak nie pomija również roli zwykłych mieszkańców, tych, którzy po prostu zakasali rękawy i wzięli się do pracy, bez względu na wszelkie plany. Odbudowa stolicy jest zatem prezentowana z dwóch perspektyw – jako działania ludzi i jako myśl urbanistyczna – nie wiadomo, która bardziej odbiorców zaskoczy.
Grzegorz Piątek w tej opowieści nie podejmuje entuzjazmu z Kroniki Filmowej, stawia na ton obiektywny i pozbawiony wielkich emocji, zresztą na naukowość jego pracy wskazują też liczne przypisy: autor stara się udokumentować każdą informację, jaką przedstawia czytelnikom. Unika gawędziarstwa i przegadania, dba za to o szczegóły, które inaczej odbiorcom ciężko byłoby znaleźć. Wymienia nazwiska i sprawdza, czym wsławili się poszczególni architekci czy projektanci. Pozwala, żeby historia odbudowy wybrzmiała w pełni, żeby odbiorcy znaleźli odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Jednocześnie chce zaproponować monografię tego wydarzenia, tak, by wiadomości, które zwykle stanowiły tło lub drugi plan podawanych faktów, teraz zamieniły się w obiekt zainteresowania. Suchy styl przełamuje Piątek cytatami – zdarza się, że o charakterze ciekawostek, kiedy wykorzystuje wspomnieniowe zapiski albo wypowiedzi spoza oficjalnego nurtu.
„Najlepsze miasto świata” to także książka, w której imponująco wypada szata graficzna. Nawet nie ze względu na opracowanie – wiadomo, że zdjęcia z czasów tużpowojennych nie będą olśniewały jakością – ale ze względu na obfitość materiału. Czytelnicy otrzymują tu zdjęcia z odbudowy (także kadry kojarzone z KF), ale również liczne plany zagospodarowania przestrzeni, fotokopie dokumentów, ogłoszenia z prasy lub nawołujące ludzi do pomocy, okładki publikacji poświęconych architekturze, makiety... wszystko, co wiąże się z procesem odbudowy i ma wartość historyczną (lub sentymentalną). „Najlepsze miasto świata” to lektura rzucająca nowe światło na działania, o których wie każdy – ale których większość odbiorców nie potrafiłaby wyodrębnić z ogólnikowego stwierdzenia.
Wskrzeszenie
W świadomości społeczeństwa „odbudowa Warszawy” funkcjonuje dość stereotypowo, jako powszechny zryw polegający prawdopodobnie na usuwaniu gruzu i wznoszeniu domów w miejscu tych zniszczonych podczas wojny. Grzegorz Piątek w swoim obszernym tomie „Najlepsze miasto świata” stara się uświadomić, jak naprawdę wyglądała praca nad przywróceniem przestrzeni do mieszkania, funkcjonowania i rządzenia. Motyw odbudowy stolicy rozbija na kolejne tematy – niekoniecznie równoległe pod względem ważności czy – chronologicznie wybijane z całej narracji. Sięga po bloki zagadnień, które pasują do opowieści o restaurowaniu Warszawy: między innymi o ocalonej Pradze, o domkach fińskich, o miejscu dla rządzących, o szabrowaniu, o uruchamianiu kolejnych zakładów, o miejscach dla powracających do stolicy... Grzegorz Piątek nie pomija mniej oczywistych aspektów odbudowy Warszawy – przypomina na przykład, że trzeba było najpierw wydobyć spod gruzów ciała zabitych – i to zanim mogła wybuchnąć epidemia. Przeprowadza czytelników przez rozmaite kwestie „techniczne”, choćby pomysły architektów i władz, jednak nie pomija również roli zwykłych mieszkańców, tych, którzy po prostu zakasali rękawy i wzięli się do pracy, bez względu na wszelkie plany. Odbudowa stolicy jest zatem prezentowana z dwóch perspektyw – jako działania ludzi i jako myśl urbanistyczna – nie wiadomo, która bardziej odbiorców zaskoczy.
Grzegorz Piątek w tej opowieści nie podejmuje entuzjazmu z Kroniki Filmowej, stawia na ton obiektywny i pozbawiony wielkich emocji, zresztą na naukowość jego pracy wskazują też liczne przypisy: autor stara się udokumentować każdą informację, jaką przedstawia czytelnikom. Unika gawędziarstwa i przegadania, dba za to o szczegóły, które inaczej odbiorcom ciężko byłoby znaleźć. Wymienia nazwiska i sprawdza, czym wsławili się poszczególni architekci czy projektanci. Pozwala, żeby historia odbudowy wybrzmiała w pełni, żeby odbiorcy znaleźli odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Jednocześnie chce zaproponować monografię tego wydarzenia, tak, by wiadomości, które zwykle stanowiły tło lub drugi plan podawanych faktów, teraz zamieniły się w obiekt zainteresowania. Suchy styl przełamuje Piątek cytatami – zdarza się, że o charakterze ciekawostek, kiedy wykorzystuje wspomnieniowe zapiski albo wypowiedzi spoza oficjalnego nurtu.
„Najlepsze miasto świata” to także książka, w której imponująco wypada szata graficzna. Nawet nie ze względu na opracowanie – wiadomo, że zdjęcia z czasów tużpowojennych nie będą olśniewały jakością – ale ze względu na obfitość materiału. Czytelnicy otrzymują tu zdjęcia z odbudowy (także kadry kojarzone z KF), ale również liczne plany zagospodarowania przestrzeni, fotokopie dokumentów, ogłoszenia z prasy lub nawołujące ludzi do pomocy, okładki publikacji poświęconych architekturze, makiety... wszystko, co wiąże się z procesem odbudowy i ma wartość historyczną (lub sentymentalną). „Najlepsze miasto świata” to lektura rzucająca nowe światło na działania, o których wie każdy – ale których większość odbiorców nie potrafiłaby wyodrębnić z ogólnikowego stwierdzenia.
czwartek, 6 lutego 2020
Bartosz Żurawiecki: Festiwale wyklęte
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019.
Wstydliwa karta
Udział w festiwalach, które w PRL-u były traktowane jak rozrywkowe – oraz jako trampolina do wielkiej kariery dla niektórych artystów – dzisiaj bywa czymś wstydliwym i pomijanym w monografiach zespołów czy autobiografiach muzyków. Bartosz Żurawiecki jednak postanawia przybliżyć czytelnikom istnienie „festiwali wyklętych”, zjawisk kulturowych, które dawniej rozpalały masową wyobraźnię i pozwalały na trafianie do szerokiej publiczności. Jeśli ocenia – to tylko wyśmiewa się z krytykanctwa i prób zmieniania przeszłości, to go drażni, sam udział w festiwalach traktuje naturalnie i prowadzi rozmowy z tymi artystami, którzy nie wykreślili uczestnictwa ze swoich życiorysów zawodowych. Dzięki temu dowiaduje się sporo o panującej na festiwalach na przykład w Kołobrzegu atmosferze, poznaje zakulisowe smaczki i ciekawostki, uczy się też kawałka historii. Odnotowuje nazwiska tych, którzy dzisiaj odcinają się od przeszłości i chcą o niej zapomnieć także przez unikanie tematu w wywiadach i autobiografiach. Książka „Festiwale wyklęte” jest dla czytelników nie manifestacją politycznych wyborów – a możliwością dotarcia do interesującej kulturoznawczo przygody. Bartosz Żurawiecki przekonuje, że festiwale miały swój urok – i atmosferę nie do powtórzenia dzisiaj. Próbuje uchwycić fenomen zjawiska i poznać stanowisko tych, którzy nie wypierają się występów przed wielką publicznością. Zielona Góra i Kołobrzeg były miejscami odkrywania kolejnych gwiazd estrady – niektórym jednak utrudniały karierę. Autor sprawdza, jak potoczyły się losy ówczesnych bożyszczy tłumów, doskonale się bawi, przeglądając fragmenty tekstów i przesłań, jakie ze sceny padały – ale czytelnikom nie oferuje zwykłej i nudnej ironii, raczej – prześmiewczy lekko komentarz przeplatany nostalgicznymi wywodami. Chce, żeby odrzucone dzisiaj i „wstydliwe” karty historii nie uległy zapomnieniu – udowadnia, że nawet dzieci artystów funkcjonujących choćby na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej mogą nie mieć pojęcia o poczynaniach rodziców – i ten stan rzeczy usiłuje zmienić. Owszem, jest w tym chęć rozdrażnienia niektórych środowisk, próba dania nauczki tym, którzy uciekają od prawdy. Ale Bartosz Żurawiecki robi znacznie więcej: ocala fragment wiadomości o przeszłości. W „Festiwalach wyklętych” próbuje stworzyć monografie obu przeglądów – bez odwoływania się do politycznych niesnasek.
Jedyne, co w jego książce jest niepotrzebne, to osobiste wtręty dotyczące wyznawanych poglądów (w zakresie obyczajowym, więc tym bardziej zbędne odbiorcom). Zdarza się autorowi złośliwy przytyk w kierunku tych, którzy przyklaskują władzy, utrwalając mało postępowe postawy i konserwatywne wartości. Podejmuje Żurawiecki w ten sposób polemikę z tym, co na polemikę właściwie nie zasługuje, bo i tak nie przyjmie żadnych argumentów – a w ten sposób autor tylko wkłada do ręki broń swoim przeciwnikom. Mógł skupić się na prowadzeniu faktograficznej opowieści, a felietonowe komentarze zostawić sobie na inną okazję. Nie pasują one do rytmu książki.
Wstydliwa karta
Udział w festiwalach, które w PRL-u były traktowane jak rozrywkowe – oraz jako trampolina do wielkiej kariery dla niektórych artystów – dzisiaj bywa czymś wstydliwym i pomijanym w monografiach zespołów czy autobiografiach muzyków. Bartosz Żurawiecki jednak postanawia przybliżyć czytelnikom istnienie „festiwali wyklętych”, zjawisk kulturowych, które dawniej rozpalały masową wyobraźnię i pozwalały na trafianie do szerokiej publiczności. Jeśli ocenia – to tylko wyśmiewa się z krytykanctwa i prób zmieniania przeszłości, to go drażni, sam udział w festiwalach traktuje naturalnie i prowadzi rozmowy z tymi artystami, którzy nie wykreślili uczestnictwa ze swoich życiorysów zawodowych. Dzięki temu dowiaduje się sporo o panującej na festiwalach na przykład w Kołobrzegu atmosferze, poznaje zakulisowe smaczki i ciekawostki, uczy się też kawałka historii. Odnotowuje nazwiska tych, którzy dzisiaj odcinają się od przeszłości i chcą o niej zapomnieć także przez unikanie tematu w wywiadach i autobiografiach. Książka „Festiwale wyklęte” jest dla czytelników nie manifestacją politycznych wyborów – a możliwością dotarcia do interesującej kulturoznawczo przygody. Bartosz Żurawiecki przekonuje, że festiwale miały swój urok – i atmosferę nie do powtórzenia dzisiaj. Próbuje uchwycić fenomen zjawiska i poznać stanowisko tych, którzy nie wypierają się występów przed wielką publicznością. Zielona Góra i Kołobrzeg były miejscami odkrywania kolejnych gwiazd estrady – niektórym jednak utrudniały karierę. Autor sprawdza, jak potoczyły się losy ówczesnych bożyszczy tłumów, doskonale się bawi, przeglądając fragmenty tekstów i przesłań, jakie ze sceny padały – ale czytelnikom nie oferuje zwykłej i nudnej ironii, raczej – prześmiewczy lekko komentarz przeplatany nostalgicznymi wywodami. Chce, żeby odrzucone dzisiaj i „wstydliwe” karty historii nie uległy zapomnieniu – udowadnia, że nawet dzieci artystów funkcjonujących choćby na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej mogą nie mieć pojęcia o poczynaniach rodziców – i ten stan rzeczy usiłuje zmienić. Owszem, jest w tym chęć rozdrażnienia niektórych środowisk, próba dania nauczki tym, którzy uciekają od prawdy. Ale Bartosz Żurawiecki robi znacznie więcej: ocala fragment wiadomości o przeszłości. W „Festiwalach wyklętych” próbuje stworzyć monografie obu przeglądów – bez odwoływania się do politycznych niesnasek.
Jedyne, co w jego książce jest niepotrzebne, to osobiste wtręty dotyczące wyznawanych poglądów (w zakresie obyczajowym, więc tym bardziej zbędne odbiorcom). Zdarza się autorowi złośliwy przytyk w kierunku tych, którzy przyklaskują władzy, utrwalając mało postępowe postawy i konserwatywne wartości. Podejmuje Żurawiecki w ten sposób polemikę z tym, co na polemikę właściwie nie zasługuje, bo i tak nie przyjmie żadnych argumentów – a w ten sposób autor tylko wkłada do ręki broń swoim przeciwnikom. Mógł skupić się na prowadzeniu faktograficznej opowieści, a felietonowe komentarze zostawić sobie na inną okazję. Nie pasują one do rytmu książki.
piątek, 26 października 2018
Bartow J. Elmore: Obywatel Coke
Rebis, Poznań 2018.
Zawsze marka
Marka, którą zna każdy, w różnych momentach rozwoju firmy kojarzona z różnymi aspektami życia społecznego. Bez trudu rozpoznawana, ale wciąż budząca ciekawość. Bartow J. Elmore przygląda się funkcjonowaniu Coca-Coli na światowych rynkach, sprawdza przeszłość - od początku działania firmy przez wizjonerskie posunięcia, stawianie czoła licznym wyzwaniom związanym albo z niezbędnymi surowcami, albo z problemami natury ekologicznej... “Obywatel Coke” to między innymi opowieść o poszukiwaniu idealnej receptury i o wpływie poszczególnych składników na zdrowie konsumentów. Nie ma tu mowy o uzależniających właściwościach tego, co stanowi o smaku coca-coli (koka i kofeina traktowane są jak stymulatory, ale nigdy – substancje kojarzone z używkami, chociaż ich dostępność z tego względu bywa ograniczona, cukier również nie zostaje w żaden sposób “oskarżany” o zły wpływ na organizmy konsumentów). Z drugiej strony Elmore nie interesuje się wizerunkiem marki jako takiej, a przynajmniej nie na tyle, żeby szeroko uśmiechnięci amerykańscy żołnierze lub świąteczne ciężarówki i sam Święty Mikołaj w wersji skomercjalizowanej zaprzątali jego uwagę na dłużej niż drobną wzmiankę. “Obywatel Coke” to publikacja reportażowa z naciskiem na rozwiązania w zarządzie firmy. Jednocześnie jest to kolejna książka po opowieści Raya Kroca o McDonald’s, która odwołuje się do symboli konsumpcjonizmu: monografia marki, zestaw ciekawostek dla klientów. W naturalny sposób po tę publikację sięgać będą rozsmakowani w coca-coli, jak i ci, którzy napoju próbować nie chcą, ekolodzy oraz czytelnicy spragnieni skandali. Wiadomo, że Bartow J. Elmore nie wystąpi przeciwko gigantowi na rynku, przyjrzy się natomiast co bardziej ciekawym mechanizmom funkcjonowania Coca-Coli i pokonywaniu trudności w rodzaju rosnących cen składników czy ataków konkurencji. Jest w “Obywatelu Coke” całkiem słuszny podziw dla twórców marki, jest też poszukiwanie przepisu na sukces i to już coś, czego autor nie będzie w stanie do końca odtworzyć. Rezygnuje bowiem z tego, co dla zwykłych czytelników byłoby niestrawne, czyli z różnego rodzaju decyzji osób zarządzających firmą, zabiegów dyplomatycznych czy negocjacji. Woli od razu przechodzić do faktów i przyglądać się skutkom działań. Odwołuje się do liczb i statystyk, ale zawsze o wiele lepiej czuje się, gdy może pokazywać firmę przez pryzmat konkretnych ludzi. W pełni to zrozumiałe, dzięki podobnym chwytom przybliża historię Coca-Coli i porusza wyobraźnię.
Wybiera sobie Elmore konkretne tematy, żeby nadać barw rozdziałom. Osobno zajmuje się motywem pozyskiwania koki i kofeiny, osobno kwestią wody (nie do pojęcia jest, że na początku coca-cola miała być leczniczym syropem do rozcieńczania przez poszczególnych sprzedawców - trudno w ogóle uwierzyć, że w taki sposób można było zbudować zaufanie do marki). Kiedy Coca-Cola na jakimś terenie spotka się z protestami, odnotowuje je autor, ale nie przykłada do nich większej wagi, nie wdaje się w polemiki ani próby zbijania argumentów drugiej strony, czasami tylko zaznacza, że mimo tworzenia wielu miejsc pracy czy zachęcania klientów do dbania o środowisko, Coca-Cola wciąż dużo zabiera. Dyskusyjne wydają się zwłaszcza fabryki w miejscach ubogich w wodę (z drugiej strony w części świata bezpieczniej jest pić coca-colę niż wodę). Dylematy nie do rozstrzygnięcia są tu wplatane w narrację, ale to czytelnicy mogą się nad nimi zastanowić. Autor nie stroni od podawania kontrowersyjnych wiadomości (cząsteczki mocznika w produkcji), ale też nie szuka w nich samych sensacji, raczej próbuje stworzyć w miarę pełny obraz firmy. Jest to książka atrakcyjna, dobrze napisana, chociaż momentami zestaw danych może aż przytłoczyć. Elmore przeprowadza odbiorców przez najciekawsze tematy dotyczące Coca-Coli (jako firmy) oraz coca-coli (produktu, który dzisiaj zna chyba każdy). Tworzy publikację od strony korporacyjnej, nie od konsumenckiej – ale proponuje też książkę, która będzie towarzyszyć firmie, stanie się jej portretem.
Zawsze marka
Marka, którą zna każdy, w różnych momentach rozwoju firmy kojarzona z różnymi aspektami życia społecznego. Bez trudu rozpoznawana, ale wciąż budząca ciekawość. Bartow J. Elmore przygląda się funkcjonowaniu Coca-Coli na światowych rynkach, sprawdza przeszłość - od początku działania firmy przez wizjonerskie posunięcia, stawianie czoła licznym wyzwaniom związanym albo z niezbędnymi surowcami, albo z problemami natury ekologicznej... “Obywatel Coke” to między innymi opowieść o poszukiwaniu idealnej receptury i o wpływie poszczególnych składników na zdrowie konsumentów. Nie ma tu mowy o uzależniających właściwościach tego, co stanowi o smaku coca-coli (koka i kofeina traktowane są jak stymulatory, ale nigdy – substancje kojarzone z używkami, chociaż ich dostępność z tego względu bywa ograniczona, cukier również nie zostaje w żaden sposób “oskarżany” o zły wpływ na organizmy konsumentów). Z drugiej strony Elmore nie interesuje się wizerunkiem marki jako takiej, a przynajmniej nie na tyle, żeby szeroko uśmiechnięci amerykańscy żołnierze lub świąteczne ciężarówki i sam Święty Mikołaj w wersji skomercjalizowanej zaprzątali jego uwagę na dłużej niż drobną wzmiankę. “Obywatel Coke” to publikacja reportażowa z naciskiem na rozwiązania w zarządzie firmy. Jednocześnie jest to kolejna książka po opowieści Raya Kroca o McDonald’s, która odwołuje się do symboli konsumpcjonizmu: monografia marki, zestaw ciekawostek dla klientów. W naturalny sposób po tę publikację sięgać będą rozsmakowani w coca-coli, jak i ci, którzy napoju próbować nie chcą, ekolodzy oraz czytelnicy spragnieni skandali. Wiadomo, że Bartow J. Elmore nie wystąpi przeciwko gigantowi na rynku, przyjrzy się natomiast co bardziej ciekawym mechanizmom funkcjonowania Coca-Coli i pokonywaniu trudności w rodzaju rosnących cen składników czy ataków konkurencji. Jest w “Obywatelu Coke” całkiem słuszny podziw dla twórców marki, jest też poszukiwanie przepisu na sukces i to już coś, czego autor nie będzie w stanie do końca odtworzyć. Rezygnuje bowiem z tego, co dla zwykłych czytelników byłoby niestrawne, czyli z różnego rodzaju decyzji osób zarządzających firmą, zabiegów dyplomatycznych czy negocjacji. Woli od razu przechodzić do faktów i przyglądać się skutkom działań. Odwołuje się do liczb i statystyk, ale zawsze o wiele lepiej czuje się, gdy może pokazywać firmę przez pryzmat konkretnych ludzi. W pełni to zrozumiałe, dzięki podobnym chwytom przybliża historię Coca-Coli i porusza wyobraźnię.
Wybiera sobie Elmore konkretne tematy, żeby nadać barw rozdziałom. Osobno zajmuje się motywem pozyskiwania koki i kofeiny, osobno kwestią wody (nie do pojęcia jest, że na początku coca-cola miała być leczniczym syropem do rozcieńczania przez poszczególnych sprzedawców - trudno w ogóle uwierzyć, że w taki sposób można było zbudować zaufanie do marki). Kiedy Coca-Cola na jakimś terenie spotka się z protestami, odnotowuje je autor, ale nie przykłada do nich większej wagi, nie wdaje się w polemiki ani próby zbijania argumentów drugiej strony, czasami tylko zaznacza, że mimo tworzenia wielu miejsc pracy czy zachęcania klientów do dbania o środowisko, Coca-Cola wciąż dużo zabiera. Dyskusyjne wydają się zwłaszcza fabryki w miejscach ubogich w wodę (z drugiej strony w części świata bezpieczniej jest pić coca-colę niż wodę). Dylematy nie do rozstrzygnięcia są tu wplatane w narrację, ale to czytelnicy mogą się nad nimi zastanowić. Autor nie stroni od podawania kontrowersyjnych wiadomości (cząsteczki mocznika w produkcji), ale też nie szuka w nich samych sensacji, raczej próbuje stworzyć w miarę pełny obraz firmy. Jest to książka atrakcyjna, dobrze napisana, chociaż momentami zestaw danych może aż przytłoczyć. Elmore przeprowadza odbiorców przez najciekawsze tematy dotyczące Coca-Coli (jako firmy) oraz coca-coli (produktu, który dzisiaj zna chyba każdy). Tworzy publikację od strony korporacyjnej, nie od konsumenckiej – ale proponuje też książkę, która będzie towarzyszyć firmie, stanie się jej portretem.
sobota, 31 marca 2018
Ewa Rzechorzek: Moda Polska. Warszawa
PWN, Warszawa 2018.
Monografia mody
Ewa Rzechorzek pasjonuje się historią mody i kolekcjonuje projekty Mody Polskiej – ma więc dobre podstawy do tego, by zabrać się za przygotowanie monografii marki. Miejsce na rynku zapewnia jej wydawniczy boom na opowieści o poszczególnych firmach, zwłaszcza odzieżowych. Zamiast pisać biografię Jadwigi Grabowskiej, autorka przygląda się rozwojowi jej „dziecka”, firmy, która zdobyła wielką sławę i do dziś dla wtajemniczonych jest znakiem jakości. Opowieść o Modzie Polskiej rozpoczyna jednak Rzechorzek tak, jakby nie miała żadnego (poza genologiczną wskazówką z biografii) pomysłu na wielkie otwarcie. Wyszukuje wycinki prasowe dotyczące różnych dziedzin życia codziennego (a stanowiące rzekomy kontekst do przyjścia na świat bohaterki tomu). Przydałoby się to może w relacji obyczajowej, ale tutaj sama obyczajowość nie odgrywa wielkiej roli. Moda Polska była salonem ekskluzywnym, a na projekty z niej nie zawsze mogły sobie pozwolić przeciętne mieszkanki stolicy. W tej historii liczy się jednak determinacja, zapał i kreatywność – zatem po wstępnych prezentacjach autorka szybko przechodzi do ludzi tworzących firmę. Rozmawia z projektantami, porównuje ich pomysły, próbuje wskazywać cechy charakterystyczne ubrań. Sprawdza, co Modę Polską wyróżniało – także jako miejsce dyktowania modowego stylu. Analizuje sposoby na przezwyciężanie trudności. Jednak nie zestawia w tej publikacji (a przynajmniej nie za często) rzeczywistości PRL-u i kolorowych pomysłów z Mody Polskiej: interesuje ją firma prawie bez kontekstów, samodzielny organizm niezależny od państwa. Woli autorka poświęcać czas na omawianie barwnych charakterów i realizacji marzeń pracowników niż powtarzać doskonale wszystkim znane wiadomości z historii, w temacie mody czuje się najlepiej. Widać to zresztą choćby po ciężarze narracji – gdy rzecz dotyczy fragmentu życiorysu, chętnie ucieka w dokumenty, zapiski Grabowskiej albo rozmaite cytaty z materiałów źródłowych. Unika budowania dłuższych scenek, zatrzymuje się na pojedynczych wiadomościach. Z kolei kiedy pochyla się nad zdjęciami dokumentującymi modowy dorobek firmy, gdy opisuje projekty albo wykorzystywane materiały – nie pomija najdrobniejszych szczegółów. Rozwija opowieść ponad miarę, jakby w przekonaniu, że tylko tak może podzielić się z czytelnikami swoim zachwytem i w konsekwencji poszerzyć krąg zainteresowanych Modą Polską po latach.
Ta publikacja sprawia wrażenie poszarpanej jak „wiersze” Grabowskiej co pewien czas cytowane. Ma na to wpływ wyraźna niechęć autorki do beletryzowania czy budowania większych narracji. Krótkie rozdziały są tu wyznaczane przez drobne tematy, te z kolei wydają się raczej dość statyczne. W efekcie powstaje wrażenie, jakby autorka tylko dla porządku odnotowywała pewne obszary działalności firmy i nie mogła się doczekać przejścia do kwestii ubrań. Jedynym wyjątkiem w beznamiętnych opisach są te momenty, w których spotyka się z pracownikami i uzyskuje od nich ciekawe komentarze na temat codzienności w Modzie Polskiej. Tu bardzo pomaga reportażowość, nastawienie na indywidualne i niepowtarzalne historie. Ewa Rzechorzek nie buduje jednak narracji potoczystej, płynnej i porywającej. Jedynie w chwilach, gdy oddaje się własnej pasji, schodzi na moment z kostycznych tonów.
Tom zdobiony jest licznymi zdjęciami z archiwów, a do tego przedrukami projektów, zdjęciami próbek tkanin itp. Można więc przyglądać się rewolucyjnym lub zupełnie klasycznym modowym propozycjom, sprawdzać, jak stroje prezentowały modelki (i jak fotografowie aranżowali konteksty ujęć) – pozostaje tylko żal, że przynajmniej części materiałów nie można zobaczyć w kolorze, temat aż się o to sam prosi. „Moda Polska. Warszawa” to tom bardzo obszerny, ale też wypełniony detalami istotnymi wyłącznie dla badaczy rozwoju mody. Stanowi ciekawą wizytówkę firmy. Ewa Rzechorzek porządkuje materiały, do których trudno byłoby zwykłym odbiorcom inaczej dotrzeć.
Monografia mody
Ewa Rzechorzek pasjonuje się historią mody i kolekcjonuje projekty Mody Polskiej – ma więc dobre podstawy do tego, by zabrać się za przygotowanie monografii marki. Miejsce na rynku zapewnia jej wydawniczy boom na opowieści o poszczególnych firmach, zwłaszcza odzieżowych. Zamiast pisać biografię Jadwigi Grabowskiej, autorka przygląda się rozwojowi jej „dziecka”, firmy, która zdobyła wielką sławę i do dziś dla wtajemniczonych jest znakiem jakości. Opowieść o Modzie Polskiej rozpoczyna jednak Rzechorzek tak, jakby nie miała żadnego (poza genologiczną wskazówką z biografii) pomysłu na wielkie otwarcie. Wyszukuje wycinki prasowe dotyczące różnych dziedzin życia codziennego (a stanowiące rzekomy kontekst do przyjścia na świat bohaterki tomu). Przydałoby się to może w relacji obyczajowej, ale tutaj sama obyczajowość nie odgrywa wielkiej roli. Moda Polska była salonem ekskluzywnym, a na projekty z niej nie zawsze mogły sobie pozwolić przeciętne mieszkanki stolicy. W tej historii liczy się jednak determinacja, zapał i kreatywność – zatem po wstępnych prezentacjach autorka szybko przechodzi do ludzi tworzących firmę. Rozmawia z projektantami, porównuje ich pomysły, próbuje wskazywać cechy charakterystyczne ubrań. Sprawdza, co Modę Polską wyróżniało – także jako miejsce dyktowania modowego stylu. Analizuje sposoby na przezwyciężanie trudności. Jednak nie zestawia w tej publikacji (a przynajmniej nie za często) rzeczywistości PRL-u i kolorowych pomysłów z Mody Polskiej: interesuje ją firma prawie bez kontekstów, samodzielny organizm niezależny od państwa. Woli autorka poświęcać czas na omawianie barwnych charakterów i realizacji marzeń pracowników niż powtarzać doskonale wszystkim znane wiadomości z historii, w temacie mody czuje się najlepiej. Widać to zresztą choćby po ciężarze narracji – gdy rzecz dotyczy fragmentu życiorysu, chętnie ucieka w dokumenty, zapiski Grabowskiej albo rozmaite cytaty z materiałów źródłowych. Unika budowania dłuższych scenek, zatrzymuje się na pojedynczych wiadomościach. Z kolei kiedy pochyla się nad zdjęciami dokumentującymi modowy dorobek firmy, gdy opisuje projekty albo wykorzystywane materiały – nie pomija najdrobniejszych szczegółów. Rozwija opowieść ponad miarę, jakby w przekonaniu, że tylko tak może podzielić się z czytelnikami swoim zachwytem i w konsekwencji poszerzyć krąg zainteresowanych Modą Polską po latach.
Ta publikacja sprawia wrażenie poszarpanej jak „wiersze” Grabowskiej co pewien czas cytowane. Ma na to wpływ wyraźna niechęć autorki do beletryzowania czy budowania większych narracji. Krótkie rozdziały są tu wyznaczane przez drobne tematy, te z kolei wydają się raczej dość statyczne. W efekcie powstaje wrażenie, jakby autorka tylko dla porządku odnotowywała pewne obszary działalności firmy i nie mogła się doczekać przejścia do kwestii ubrań. Jedynym wyjątkiem w beznamiętnych opisach są te momenty, w których spotyka się z pracownikami i uzyskuje od nich ciekawe komentarze na temat codzienności w Modzie Polskiej. Tu bardzo pomaga reportażowość, nastawienie na indywidualne i niepowtarzalne historie. Ewa Rzechorzek nie buduje jednak narracji potoczystej, płynnej i porywającej. Jedynie w chwilach, gdy oddaje się własnej pasji, schodzi na moment z kostycznych tonów.
Tom zdobiony jest licznymi zdjęciami z archiwów, a do tego przedrukami projektów, zdjęciami próbek tkanin itp. Można więc przyglądać się rewolucyjnym lub zupełnie klasycznym modowym propozycjom, sprawdzać, jak stroje prezentowały modelki (i jak fotografowie aranżowali konteksty ujęć) – pozostaje tylko żal, że przynajmniej części materiałów nie można zobaczyć w kolorze, temat aż się o to sam prosi. „Moda Polska. Warszawa” to tom bardzo obszerny, ale też wypełniony detalami istotnymi wyłącznie dla badaczy rozwoju mody. Stanowi ciekawą wizytówkę firmy. Ewa Rzechorzek porządkuje materiały, do których trudno byłoby zwykłym odbiorcom inaczej dotrzeć.
niedziela, 18 grudnia 2016
Elżbieta Baniewicz: Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego
Marginesy, Warszawa 2016.
Kariera
Elżbieta Baniewicz ma dobrą propozycję dla teatromanów. Jej „Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego” to książka, która – chociaż ukazała się w słynących z biografii Marginesach – jest monografią i w całości składa się z analiz dramatów i ich scenicznych realizacji. W „Dżanusie” elementy egzystencji Głowackiego są potrzebne tylko wtedy, gdy pisarz zmienia środowisko, co automatycznie pociąga za sobą status tekstów i recepcję. „Dżanus” to tom bardzo obszerny, ale nie ma w nim uciekania do biografii czy faktów, które nie przydają się w procesie interpretacji utworów. Elżbieta Baniewicz chce nauczyć odbiorców czytania Głowackiego, sprawdzić, dlaczego ten pisarz zrobił karierę za granicą – i za co powinno się go stawiać w jednym rzędzie z Gombrowiczem czy Mrożkiem, czołowymi prześmiewcami. W „Dramatycznych przypadkach Janusza Głowackiego” próżno byłoby szukać tematyzowanych odczytań choćby przez klucz humorologa. Autorka woli podejść do sprawy kompleksowo i sprawdzić, jakie znaczenia czy wartości odnaleźć można w utworach. Czasami odrabia też zadanie za nieuważnych recenzentów: opowiada, co nie zostało dostatecznie wyeksponowane lub co sprawia trudność interpretatorom. Krytyczne podejście wymusza na niej jednak w miarę dokładne przytaczanie treści. „Dżanus” to zatem książka o dziełach Janusza Głowackiego – z pominięciem jego samego (także autorecenzji).
Struktura tomu jest dość przejrzysta, a dla części odbiorców to może nawet stać się przeszkodą w lekturze – nadaje bowiem wrażenia monotonii rytmu. Dzieje się tak dlatego, że Elżbieta Baniewicz dba o rzetelne prezentowanie dorobku teatralnego Głowackiego. Najpierw pojawia się streszczenie fabuły dramatu – z nakreśleniem pomysłów na kreacje postaci. Następnie autorka przystępuje do krytycznego omówienia i uwzględnia płaszczyzny odczytań czy klucze interpretacyjne, wskazuje, co mogło zostać przeoczone (lub nadmiernie wyeksponowane). Zajmuje się również różnicami kulturowymi w odbiorze, bo to, co oczywiste dla rodaków Głowackiego, niekoniecznie mogło zostać zrozumiane przez zagranicznych odbiorców. Od czasu do czasu powraca zresztą motyw kontekstu, ważny przy utworach prześmiewczych i postawa autora jako satyryka. Elżbieta Baniewicz świetnie zdaje sobie sprawę z komplikacji i wyzwań. Punktuje je, ale nie po to, by wywołać współczucie czy sympatię do autora, liczą się u niej wyłącznie teksty, które skrzą się znaczeniami.
Elżbieta Baniewicz potrafi sama analizować sceniczne teksty Głowackiego i zestawiać je z realizacjami. Od czasu do czasu jednak wzbogaca swój „dramatyczny” przewodnik ocenami wybitnych krytyków i tworzonymi na gorąco zestawami odczytań. Pokazuje Janusza Głowackiego od strony wizji reżyserskich i odbioru krytycznego, a że do dyspozycji ma nie tylko teksty spektakli, książka zyskuje na znaczeniu. „Dżanus” jest publikacją potężną i dla tych, którzy chcą dogłębnie poznać warstwy znaczeń i pomysłów. Tworzy obraz pisarza przez pryzmat jego scenicznej wyobraźni, odsłania odrobinę warsztatu (na przykład motyw sprawdzania trafności stylu w głośnym czytaniu), ale nie więzi Janusza Głowackiego w utworach.
Tom został ozdobiony fotografiami z archiwum bohatera, plakatami czy zdjęciami z recenzji. Warstwa graficzna jest tu bogata, jak zawsze w biograficznej serii Marginesów. Ciekawostką staje się dodawanie przez Janusza Głowackiego komentarzy do zdjęć – to jakby druga narracja, nieoczekiwana, bo przecież autor w dyskursie Elżbiety Baniewicz jest właściwie nieobecny. „Dżanus” to publikacja dla miłośników teatru i fanów pisarstwa Janusza Głowackiego, zestaw interpretacji i wykorzystanych możliwości. Elżbieta Baniewicz zapewnia bogatą narrację, przegląd osiągnięć z pozycji specjalisty od utworów teatralnych.
Kariera
Elżbieta Baniewicz ma dobrą propozycję dla teatromanów. Jej „Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego” to książka, która – chociaż ukazała się w słynących z biografii Marginesach – jest monografią i w całości składa się z analiz dramatów i ich scenicznych realizacji. W „Dżanusie” elementy egzystencji Głowackiego są potrzebne tylko wtedy, gdy pisarz zmienia środowisko, co automatycznie pociąga za sobą status tekstów i recepcję. „Dżanus” to tom bardzo obszerny, ale nie ma w nim uciekania do biografii czy faktów, które nie przydają się w procesie interpretacji utworów. Elżbieta Baniewicz chce nauczyć odbiorców czytania Głowackiego, sprawdzić, dlaczego ten pisarz zrobił karierę za granicą – i za co powinno się go stawiać w jednym rzędzie z Gombrowiczem czy Mrożkiem, czołowymi prześmiewcami. W „Dramatycznych przypadkach Janusza Głowackiego” próżno byłoby szukać tematyzowanych odczytań choćby przez klucz humorologa. Autorka woli podejść do sprawy kompleksowo i sprawdzić, jakie znaczenia czy wartości odnaleźć można w utworach. Czasami odrabia też zadanie za nieuważnych recenzentów: opowiada, co nie zostało dostatecznie wyeksponowane lub co sprawia trudność interpretatorom. Krytyczne podejście wymusza na niej jednak w miarę dokładne przytaczanie treści. „Dżanus” to zatem książka o dziełach Janusza Głowackiego – z pominięciem jego samego (także autorecenzji).
Struktura tomu jest dość przejrzysta, a dla części odbiorców to może nawet stać się przeszkodą w lekturze – nadaje bowiem wrażenia monotonii rytmu. Dzieje się tak dlatego, że Elżbieta Baniewicz dba o rzetelne prezentowanie dorobku teatralnego Głowackiego. Najpierw pojawia się streszczenie fabuły dramatu – z nakreśleniem pomysłów na kreacje postaci. Następnie autorka przystępuje do krytycznego omówienia i uwzględnia płaszczyzny odczytań czy klucze interpretacyjne, wskazuje, co mogło zostać przeoczone (lub nadmiernie wyeksponowane). Zajmuje się również różnicami kulturowymi w odbiorze, bo to, co oczywiste dla rodaków Głowackiego, niekoniecznie mogło zostać zrozumiane przez zagranicznych odbiorców. Od czasu do czasu powraca zresztą motyw kontekstu, ważny przy utworach prześmiewczych i postawa autora jako satyryka. Elżbieta Baniewicz świetnie zdaje sobie sprawę z komplikacji i wyzwań. Punktuje je, ale nie po to, by wywołać współczucie czy sympatię do autora, liczą się u niej wyłącznie teksty, które skrzą się znaczeniami.
Elżbieta Baniewicz potrafi sama analizować sceniczne teksty Głowackiego i zestawiać je z realizacjami. Od czasu do czasu jednak wzbogaca swój „dramatyczny” przewodnik ocenami wybitnych krytyków i tworzonymi na gorąco zestawami odczytań. Pokazuje Janusza Głowackiego od strony wizji reżyserskich i odbioru krytycznego, a że do dyspozycji ma nie tylko teksty spektakli, książka zyskuje na znaczeniu. „Dżanus” jest publikacją potężną i dla tych, którzy chcą dogłębnie poznać warstwy znaczeń i pomysłów. Tworzy obraz pisarza przez pryzmat jego scenicznej wyobraźni, odsłania odrobinę warsztatu (na przykład motyw sprawdzania trafności stylu w głośnym czytaniu), ale nie więzi Janusza Głowackiego w utworach.
Tom został ozdobiony fotografiami z archiwum bohatera, plakatami czy zdjęciami z recenzji. Warstwa graficzna jest tu bogata, jak zawsze w biograficznej serii Marginesów. Ciekawostką staje się dodawanie przez Janusza Głowackiego komentarzy do zdjęć – to jakby druga narracja, nieoczekiwana, bo przecież autor w dyskursie Elżbiety Baniewicz jest właściwie nieobecny. „Dżanus” to publikacja dla miłośników teatru i fanów pisarstwa Janusza Głowackiego, zestaw interpretacji i wykorzystanych możliwości. Elżbieta Baniewicz zapewnia bogatą narrację, przegląd osiągnięć z pozycji specjalisty od utworów teatralnych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






