PWN, Warszawa 2019.
Dzielenie się pasją
Można nigdy w życiu nie być w operze. Można wzdrygać się na myśl, że da się tak spędzać czas. Można gardzić śpiewakami, utworami i samymi przybytkami kultury. Ale i tak nie można przejść obojętnie obok „Gawęd o operze” Jacka Marczyńskiego, książki, która popularyzuje ten rodzaj sztuki i przynosi odbiorcom szereg ciekawostek na temat najsławniejszych oper oraz ich twórców. Marczyński rzeczywiście jest gawędziarzem i felietonistą – ale zajmuje się przekazywaniem barwnych faktów, stawia na konkrety podsycane odrobinę poetyką plotki, wyjątkowe w realizacji. Proponuje czytelnikom zestaw krótkich tekstów – komentarzy do wybranych dzieł. Unika niepotrzebnych rozbiegówek (jedynie pierwszy rozdział tomu jest z konieczności nieco encyklopedyczny i gromadzi sporo suchych wiadomości), wszystko, co potrzebuje powiedzieć czytelnikom, wyjdzie w trakcie relacji. Wydaje się, że Jacek Marczyński nigdy nie ma problemu ze znalezieniem tematu dla kolejnego felietonu: wystarczy drobne skojarzenie biograficzne, adres, albo przynajmniej tytuł – żeby przed odbiorcami roztoczyć całą relację dotyczącą konkretnego momentu w sztuce. Zatrzymuje autor to, co w zasadzie nieuchwytne – ale nie zajmuje się analizowaniem oper od strony muzycznej czy – przeglądem arii. Pozostaje na płaszczyźnie fabuł w przypadku opowiadania o kolejnych utworach – przedstawia intertekstualia i inspiracje, przemyca całe intrygi – tak, żeby odbiorcy mogli się łatwo zorientować, czy będzie im odpowiadała tematyka. Analizuje zachowania bohaterów i wyjaśnia, co jest wpisane w ich losy. W taki sposób przybliża czytelnikom same dzieła. Równie ważne są dla niego życiorysy twórców. Sięga po wiadomości o artystach zapomnianych albo tych, którzy nie przebili się do szerokiego grona odbiorców – wykorzystuje ciekawostki z biografii i tak samo mocno angażuje się, gdy opowiada o perypetiach dyrektorów oper, ludzi podejmujących decyzje artystyczne. Pozwala pozostawać blisko tematu i gromadzić dane z różnych sfer powiązanych z gatunkiem. Sięga po ciekawostki z zamierzchłej przeszłości (czytanie libretta przy świecach), rozważa też możliwości, jakie stoją przed operą w przełomowych momentach, choćby przy okazji wielkich technicznych odkryć. Prezentuje operę jako historię przeniesioną na scenę dzięki muzyce – zatrzymuje się jednak na poziomie zrozumiałym przez wszystkich, tak, żeby nie zniechęcić do lektury żadnego czytelnika. „Gawędy o operze” to tom będący przeglądem co ciekawszych wiadomości z historii opery oraz jej twórców. Stanowić może pierwszy krok do zainteresowania się tą dziedziną sztuki – daje czytelnikom podstawy do dalszych poszukiwań, umożliwia lepsze zrozumienie opery jako takiej. Może nie stworzy nowych fanów gatunku, za to pozwoli zyskać dość rozległą wiedzę. „Gawędy o operze” funkcjonować mogą przede wszystkim jako ciekawostka.
Jacek Marczyński pisze tak, by zainteresować czytelników – wyszukuje zwykle elementy, które ubarwiają narrację bądź rzucają nowe światło na postać, zwraca uwagę na to, co niezwykłe, albo charakterystyczne dla pewnego okresu twórczości. Jest przewodnikiem po operze – dla ludzi niezorientowanych w temacie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PWN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PWN. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 grudnia 2019
środa, 19 grudnia 2018
Krzysztof Trojanowski: Świnie w kinie? Film w okupowanej Polsce
PWN, Warszawa 2018.
Na ekranie
Jedno i często jedyne, co potrafią powiedzieć przeciętni odbiorcy na temat kina w okupowanej Polsce, to hasło, które w skróconej wersji stanowi tytuł książki Krzysztofa Trojanowskiego. „Świnie w kinie” jako sygnał oporu społeczeństwa istnieje w zbiorowej świadomości i mało kto dzisiaj zastanawia się nad stanem faktycznym. Trojanowski rezygnuje z tonów patriotycznych i patetycznych, podchodzi do tematu z perspektywy badacza. Dzięki temu może przyjrzeć się repertuarowi kin czy wizerunkom aktorów. Robi to zresztą bardzo drobiazgowo, wydaje się, że pierwsza część tomu składa się wyłącznie z rejestru filmów do wyświetlania w kinach podczas wojny. Autor przytacza tytuły, nazwiska reżyserów i aktorów, podaje w ten sposób hasła, które niewiele odbiorcom powiedzą – ale mogą zachęcić do poszukiwań w archiwach. Nie ma przez to lektura rytmu czytadła, bardziej traktuje się ją w początkowej fazie jak indeks. Ale też „Świnie w kinie” mają dostarczać przede wszystkim rzetelnej wiedzy, a nie porywającej narracji. Po pierwszym zetknięciu z repertuarami kin autor postanawia bliżej przyjrzeć się poszczególnym produkcjom. Podaje przebieg fabuły i proste klasyfikujące oceny jakości – zaznacza, kiedy opowieść mogła się wydawać naiwna, kiedy nie przekonywała kinomanów i kiedy była podporządkowana najmniej wybrednej publiczności. Takie zasady wartościowania artystyczne a nie społeczne – pozwalają zrozumieć kierowane w stronę oferowanej przez Niemców podczas wojny rozrywki, przestaje to być puste hasło. Autor nie poprzestaje na komentowaniu fabuł – zajmuje się też opowiadaniem o aktorach (niemieckich i polskich), przedstawia ich cechy charakterystyczne, „specjalizacje” i przyczyny, dla których zapadali w pamięć widzom.
Przyjął autor kolejność inną niż spodziewana, a niektórym może i potrzebna. Skoro zaczyna od wyliczanki filmowej i aktorskiej, długo nie zajmie się tematami społecznymi. Na to przyjdzie czas dopiero pod koniec tomu – tu w narracji autor bardzo się rozkręci, będzie opowiadać o tym, kto bojkotował kina, a kto chodził do nich z przyjemnością (i z jakiego powodu), jakie dialogi można było usłyszeć na widowni w ciemnościach. Przygląda się akcjom sabotażowym, w szczególności rozlewaniu śmierdzących substancji w salach (tu pojawi się nawet nieoczekiwana anegdota, takie akcje nie zawsze musiały iść zgodnie z planem). Wyszukuje autor kilka ciekawostek, raczej z dala od oczywistości. O ile w pierwszej części tomu jest szczegółowy aż do przesady, o tyle w drugiej już nie stara się opowiedzieć wszystkiego. Krzysztof Trojanowski wybiera sobie temat mało poznany – o ile kabarety, rewie, teatrzyki i restauracje doczekały się już rozmaitych omówień, o tyle kino zawsze pozostawało na uboczu analiz rozrywek w kraju ogarniętym wojną. Autor wypełnia tę lukę, pokazuje, jakie filmy powstawały, jakie tematy były w nich poruszane. Trojanowski może rozbudzać ciekawość kinomanów, ale też w interesujący sposób uzupełnia wiedzę na temat codzienności w okupowanym kraju. Analityczne ujęcie i rezygnacja ze stereotypowych ocen to spore zalety tej publikacji, ale autor ma w zanadrzu sporo niespodzianek. Podróż po filmowych odkryciach – choćby i same obrazy nie imponowały jakością – sprawdza się jako materiał na opowieść kulturoznawczą i socjologiczną, Trojanowski nie marnuje tej okazji.
Na ekranie
Jedno i często jedyne, co potrafią powiedzieć przeciętni odbiorcy na temat kina w okupowanej Polsce, to hasło, które w skróconej wersji stanowi tytuł książki Krzysztofa Trojanowskiego. „Świnie w kinie” jako sygnał oporu społeczeństwa istnieje w zbiorowej świadomości i mało kto dzisiaj zastanawia się nad stanem faktycznym. Trojanowski rezygnuje z tonów patriotycznych i patetycznych, podchodzi do tematu z perspektywy badacza. Dzięki temu może przyjrzeć się repertuarowi kin czy wizerunkom aktorów. Robi to zresztą bardzo drobiazgowo, wydaje się, że pierwsza część tomu składa się wyłącznie z rejestru filmów do wyświetlania w kinach podczas wojny. Autor przytacza tytuły, nazwiska reżyserów i aktorów, podaje w ten sposób hasła, które niewiele odbiorcom powiedzą – ale mogą zachęcić do poszukiwań w archiwach. Nie ma przez to lektura rytmu czytadła, bardziej traktuje się ją w początkowej fazie jak indeks. Ale też „Świnie w kinie” mają dostarczać przede wszystkim rzetelnej wiedzy, a nie porywającej narracji. Po pierwszym zetknięciu z repertuarami kin autor postanawia bliżej przyjrzeć się poszczególnym produkcjom. Podaje przebieg fabuły i proste klasyfikujące oceny jakości – zaznacza, kiedy opowieść mogła się wydawać naiwna, kiedy nie przekonywała kinomanów i kiedy była podporządkowana najmniej wybrednej publiczności. Takie zasady wartościowania artystyczne a nie społeczne – pozwalają zrozumieć kierowane w stronę oferowanej przez Niemców podczas wojny rozrywki, przestaje to być puste hasło. Autor nie poprzestaje na komentowaniu fabuł – zajmuje się też opowiadaniem o aktorach (niemieckich i polskich), przedstawia ich cechy charakterystyczne, „specjalizacje” i przyczyny, dla których zapadali w pamięć widzom.
Przyjął autor kolejność inną niż spodziewana, a niektórym może i potrzebna. Skoro zaczyna od wyliczanki filmowej i aktorskiej, długo nie zajmie się tematami społecznymi. Na to przyjdzie czas dopiero pod koniec tomu – tu w narracji autor bardzo się rozkręci, będzie opowiadać o tym, kto bojkotował kina, a kto chodził do nich z przyjemnością (i z jakiego powodu), jakie dialogi można było usłyszeć na widowni w ciemnościach. Przygląda się akcjom sabotażowym, w szczególności rozlewaniu śmierdzących substancji w salach (tu pojawi się nawet nieoczekiwana anegdota, takie akcje nie zawsze musiały iść zgodnie z planem). Wyszukuje autor kilka ciekawostek, raczej z dala od oczywistości. O ile w pierwszej części tomu jest szczegółowy aż do przesady, o tyle w drugiej już nie stara się opowiedzieć wszystkiego. Krzysztof Trojanowski wybiera sobie temat mało poznany – o ile kabarety, rewie, teatrzyki i restauracje doczekały się już rozmaitych omówień, o tyle kino zawsze pozostawało na uboczu analiz rozrywek w kraju ogarniętym wojną. Autor wypełnia tę lukę, pokazuje, jakie filmy powstawały, jakie tematy były w nich poruszane. Trojanowski może rozbudzać ciekawość kinomanów, ale też w interesujący sposób uzupełnia wiedzę na temat codzienności w okupowanym kraju. Analityczne ujęcie i rezygnacja ze stereotypowych ocen to spore zalety tej publikacji, ale autor ma w zanadrzu sporo niespodzianek. Podróż po filmowych odkryciach – choćby i same obrazy nie imponowały jakością – sprawdza się jako materiał na opowieść kulturoznawczą i socjologiczną, Trojanowski nie marnuje tej okazji.
czwartek, 6 grudnia 2018
James Adonis: Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury
PWN, Warszawa 2018.
W co wierzyć
Są hasła wygodne, takie, które łatwo zapadają w pamięć i nadają się do powtarzania w różnych okolicznościach. To nic, że powielają stereotypy bądź w ogóle odwracają uwagę od prawdy – wystarczy, że funkcjonują w świadomości odbiorców i dają się łatwo zastosować. James Adonis postanawia zweryfikować to, co najczęściej powraca w powszechnych sądach, ale też - co staje się podstawą rozmaitych mów motywacyjnych, wystąpień zagrzewających do działania i poradników z dziedziny samorozwoju. “Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury” jest niewielką objętościowo książeczką o krzykliwej okładce. Składa się z bardzo krótkich rozdziałów napisanych w felietonowym stylu. Punktem wyjścia jest tu zawsze pojedynczy cytat, aforyzm i automatycznie “dogmat” tych czytelników, którzy potrzebują i poszukują prostych życiowych wskazówek. Sięga Adonis po tematy niezależne od zawodu, upodobań lub zdolności odbiorców. Odnosi się między innymi do kwestii szczęścia, połączenia pracy i pasji, do tematu pieniędzy, do sensu życia, filozofii pozytywnego myślenia, do roli marzeń. Do tego, co daje nadmierny nieuprawomocniony optymizm albo nadmierny pesymizm. W każdym rozdziale pojawia się coś, w co wygodnie wierzyć, bez względu na to, ile w tym prawdy albo chociaż przełożenia na zwyczajne życie. W związku z tym James Adonis zyskuje pole do popisu: może pozbawiać złudzeń w dowcipny sposób. Lubi ten autor odwoływać się do autorytetów i do ludzi, którzy wygłaszają zgrabne bon moty po to tylko, żeby ukazać płytkość rozmaitych gadek motywacyjnych. Jednocześnie zapewnia już we wstępie, że nie przeciwstawia się publikacjom motywacyjnym. Próbuje tylko zasygnalizować błędy w dedukowaniu czy płynące z uproszczeń. Tych, jak można się domyślić, znajduje sporo. Ale czasami wydaje się, że bardziej zależy mu na analizowaniu samych wypowiedzi niż płynących z nich znaczeń. “Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury” utrzymuje się w końcu z absurdu, a nie z analiz psychologicznych ludzkich postaw. James Adonis trochę uczula na spłycenia i stereotypy, przekonuje odbiorców, że warto myśleć samodzielnie i nie łapać się na pułapki błędnego wnioskowania. Do tego docenia dowcip płynący z braku komplikacji treściowych. Nie ma w tomie miejsca na przeprowadzanie długich i skomplikowanych wywodów - nie przejmuje się więc autor też szczegółowym uzasadnianiem spostrzeżeń. Oczywiście ma świadomość, że nie przekona odbiorców do swojego stanowiska: ludzie potrzebują stereotypów i zgrabnych twierdzeń, nawet jeśli mijają się one z prawdą.
W dążeniu do śmiechu - i tylko w tym – daje się wyjaśnić zakończenie każdego felietonu – autor postanawia przerobić nośne hasła tak, by lepiej oddawały prawdę. Przez taki zabieg w naturalny sposób tracą na jakości, przestają funkcjonować jako dopracowane aforyzmy. Stają się raczej toporne, albo w najlepszym wypadku niezręczne, co może częściowo wyjaśniać ich pierwotny kształt. Przeróbki nie muszą przekonywać. James Adonis proponuje oderwanie się od powagi i aforystycznych konstrukcji powielających niepotrzebnie stereotypy. Nie o to, by przekonać do swoich propozycji czytelników, ale żeby przy okazji rozrywki dostarczyć im też nieco refleksji, wybić z niebezpiecznej pewności, że oto znalazło się złoty środek na wszelkie życiowe bolączki - albo receptę na sukces. Adonis nie bawi się w rozwijanie argumentacji, wystarcza mu rozrywka. To malutki tomik w sam raz na oderwanie się od codziennego kieratu, lekturę - przerywnik w obowiązkach. Więcej odbiorcom nie trzeba.
W co wierzyć
Są hasła wygodne, takie, które łatwo zapadają w pamięć i nadają się do powtarzania w różnych okolicznościach. To nic, że powielają stereotypy bądź w ogóle odwracają uwagę od prawdy – wystarczy, że funkcjonują w świadomości odbiorców i dają się łatwo zastosować. James Adonis postanawia zweryfikować to, co najczęściej powraca w powszechnych sądach, ale też - co staje się podstawą rozmaitych mów motywacyjnych, wystąpień zagrzewających do działania i poradników z dziedziny samorozwoju. “Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury” jest niewielką objętościowo książeczką o krzykliwej okładce. Składa się z bardzo krótkich rozdziałów napisanych w felietonowym stylu. Punktem wyjścia jest tu zawsze pojedynczy cytat, aforyzm i automatycznie “dogmat” tych czytelników, którzy potrzebują i poszukują prostych życiowych wskazówek. Sięga Adonis po tematy niezależne od zawodu, upodobań lub zdolności odbiorców. Odnosi się między innymi do kwestii szczęścia, połączenia pracy i pasji, do tematu pieniędzy, do sensu życia, filozofii pozytywnego myślenia, do roli marzeń. Do tego, co daje nadmierny nieuprawomocniony optymizm albo nadmierny pesymizm. W każdym rozdziale pojawia się coś, w co wygodnie wierzyć, bez względu na to, ile w tym prawdy albo chociaż przełożenia na zwyczajne życie. W związku z tym James Adonis zyskuje pole do popisu: może pozbawiać złudzeń w dowcipny sposób. Lubi ten autor odwoływać się do autorytetów i do ludzi, którzy wygłaszają zgrabne bon moty po to tylko, żeby ukazać płytkość rozmaitych gadek motywacyjnych. Jednocześnie zapewnia już we wstępie, że nie przeciwstawia się publikacjom motywacyjnym. Próbuje tylko zasygnalizować błędy w dedukowaniu czy płynące z uproszczeń. Tych, jak można się domyślić, znajduje sporo. Ale czasami wydaje się, że bardziej zależy mu na analizowaniu samych wypowiedzi niż płynących z nich znaczeń. “Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury” utrzymuje się w końcu z absurdu, a nie z analiz psychologicznych ludzkich postaw. James Adonis trochę uczula na spłycenia i stereotypy, przekonuje odbiorców, że warto myśleć samodzielnie i nie łapać się na pułapki błędnego wnioskowania. Do tego docenia dowcip płynący z braku komplikacji treściowych. Nie ma w tomie miejsca na przeprowadzanie długich i skomplikowanych wywodów - nie przejmuje się więc autor też szczegółowym uzasadnianiem spostrzeżeń. Oczywiście ma świadomość, że nie przekona odbiorców do swojego stanowiska: ludzie potrzebują stereotypów i zgrabnych twierdzeń, nawet jeśli mijają się one z prawdą.
W dążeniu do śmiechu - i tylko w tym – daje się wyjaśnić zakończenie każdego felietonu – autor postanawia przerobić nośne hasła tak, by lepiej oddawały prawdę. Przez taki zabieg w naturalny sposób tracą na jakości, przestają funkcjonować jako dopracowane aforyzmy. Stają się raczej toporne, albo w najlepszym wypadku niezręczne, co może częściowo wyjaśniać ich pierwotny kształt. Przeróbki nie muszą przekonywać. James Adonis proponuje oderwanie się od powagi i aforystycznych konstrukcji powielających niepotrzebnie stereotypy. Nie o to, by przekonać do swoich propozycji czytelników, ale żeby przy okazji rozrywki dostarczyć im też nieco refleksji, wybić z niebezpiecznej pewności, że oto znalazło się złoty środek na wszelkie życiowe bolączki - albo receptę na sukces. Adonis nie bawi się w rozwijanie argumentacji, wystarcza mu rozrywka. To malutki tomik w sam raz na oderwanie się od codziennego kieratu, lekturę - przerywnik w obowiązkach. Więcej odbiorcom nie trzeba.
piątek, 23 listopada 2018
Psychoterapia dziś. Rozmowy pod redakcją Zofii Milskiej-Wrzosińskiej
PWN, Warszawa 2018.
Kiedy pomoc?
Założenie w tej publikacji jest nieco dziwne: tom ma się stać podręcznikiem psychoterapii. Jednak z tradycyjnym podręcznikiem rozmija się na etapie formy: tu kolejne rozdziały dotyczące różnych aspektów psychoterapii tworzone są z wywiadów-rzek, rozmów ze specjalistami, którzy bez trudu przybliżą czytelnikom wybrane aspekty zawodu. Właśnie: wybrane aspekty, a nie całość - to byłoby niemożliwe, a poza tym też nieopłacalne z różnych powodów, zwłaszcza ze względu na zainteresowanie odbiorców. Odczarowanie psychoterapii i tak już w opinii społecznej nastąpiło, teraz trzeba tylko wprowadzać wiadomości na temat poszczególnych elementów leczenia, powodów szukania pomocy czy podstawowych obaw potencjalnych pacjentów. “Psychoterapia dziś” to publikacja pełniąca rolę informacyjną. Co ciekawe, pierwsza rozmowa, ta, w której znajdują się definicje i podstawowe wyjaśnienia, powinna była chyba zostać przeniesiona na koniec tomu, a to ze względu na byt hermetyczny sposób prowadzenia dyskusji. Przede wszystkim w tym wywiadzie i Zofia Milska-Wrzosińska, i Tomasz Stawiszyński, który zadaje pytania, prześcigają się w podawaniu cytatów, teorii i nazwisk. W erudycyjnych popisach rzeczywiście daje się zauważyć dążenie do stworzenia podręcznika akademickiego, autorzy wyraźnie na moment zapominają, że mimo wszystko tworzą książkę dla mas i że warto byłoby odstąpić od fachowego języka czy teoretyzowania na rzecz wiadomości, które przemówią do wyobraźni odbiorców. Kolejnym autorom jest znacznie łatwiej, ponieważ nie muszą przedstawiać historii psychoterapii ani ogólnikowego przeglądu dokonań, zajmują się już konkretnymi rodzajami schorzeń albo odgałęzieniami tej dziedziny, odnosić się mogą do ściśle określonych sytuacji lub chociaż obrazowych przykładów. To wygodniejsze w lekturze – spodoba się zwykłym odbiorcom. Przyda się również w ocenianiu przypadków z najbliższego otoczenia. Rozmówcy (w każdym rozdziale inni) odwołują się do doświadczeń często spotykanych, rozwiewają wątpliwości co do kształtu terapii i kontaktów z psychoterapeutą, ale także zażywania leków. Wiedzą dobrze, czego mogą bać się pacjenci - “Psychoterapia dziś” to szansa na rozwiewanie mitów (na przykład tego, że kto zacznie zażywać leki, będzie musiał przyjmować je do końca życia).
Nie będą autorzy stawiać diagnoz ani pomagać przy ewentualnych autoocenach czytelników. Nie można po lekturze pomóc sobie z wyłączeniem udziału lekarza - można za to zastanowić się nad własnymi nastrojami i zdecydować, czy zgłosić się do specjalisty, czy sytuacja jeszcze nie jest na tyle poważna (rzecz jasna autorzy zachęcają, żeby korzystać z usług terapeutów jak najszybciej i jak najczęściej - i czasem potrafią do tego nakłonić). Nie znajdzie się w tomie zasad od przestrzegania albo podpowiedzi rodem z poradników samorozwoju – nie o to chodzi w lekturze. Autorzy pokazują swój fach niejako od kuchni: zamiast wprowadzać rozwiązania dla zaobserwowanych lub wyostrzonych na potrzeby opowieści przykładów, posługują się samymi scenkami z codzienności - tylko po to, żeby pokazać odbiorcom, kiedy potrzebna będzie interwencja psychoterapeuty. Sugerują, że od rozwiązywania poważniejszych problemów są specjaliści - i nie ma po co się męczyć. Psychoterapeuta znajdzie sposób na problemy małżeńskie, uzależnienia i zaburzenia snu, ułatwi budowanie trwałych relacji z bliskimi albo pozwoli uwolnić się od lęków. Wywiady podane jako tematyczne rozmowy z fachowcami podsuwają zatem zestaw możliwości i rozwiązań dla każdego, kto szuka pomocy.
Kiedy pomoc?
Założenie w tej publikacji jest nieco dziwne: tom ma się stać podręcznikiem psychoterapii. Jednak z tradycyjnym podręcznikiem rozmija się na etapie formy: tu kolejne rozdziały dotyczące różnych aspektów psychoterapii tworzone są z wywiadów-rzek, rozmów ze specjalistami, którzy bez trudu przybliżą czytelnikom wybrane aspekty zawodu. Właśnie: wybrane aspekty, a nie całość - to byłoby niemożliwe, a poza tym też nieopłacalne z różnych powodów, zwłaszcza ze względu na zainteresowanie odbiorców. Odczarowanie psychoterapii i tak już w opinii społecznej nastąpiło, teraz trzeba tylko wprowadzać wiadomości na temat poszczególnych elementów leczenia, powodów szukania pomocy czy podstawowych obaw potencjalnych pacjentów. “Psychoterapia dziś” to publikacja pełniąca rolę informacyjną. Co ciekawe, pierwsza rozmowa, ta, w której znajdują się definicje i podstawowe wyjaśnienia, powinna była chyba zostać przeniesiona na koniec tomu, a to ze względu na byt hermetyczny sposób prowadzenia dyskusji. Przede wszystkim w tym wywiadzie i Zofia Milska-Wrzosińska, i Tomasz Stawiszyński, który zadaje pytania, prześcigają się w podawaniu cytatów, teorii i nazwisk. W erudycyjnych popisach rzeczywiście daje się zauważyć dążenie do stworzenia podręcznika akademickiego, autorzy wyraźnie na moment zapominają, że mimo wszystko tworzą książkę dla mas i że warto byłoby odstąpić od fachowego języka czy teoretyzowania na rzecz wiadomości, które przemówią do wyobraźni odbiorców. Kolejnym autorom jest znacznie łatwiej, ponieważ nie muszą przedstawiać historii psychoterapii ani ogólnikowego przeglądu dokonań, zajmują się już konkretnymi rodzajami schorzeń albo odgałęzieniami tej dziedziny, odnosić się mogą do ściśle określonych sytuacji lub chociaż obrazowych przykładów. To wygodniejsze w lekturze – spodoba się zwykłym odbiorcom. Przyda się również w ocenianiu przypadków z najbliższego otoczenia. Rozmówcy (w każdym rozdziale inni) odwołują się do doświadczeń często spotykanych, rozwiewają wątpliwości co do kształtu terapii i kontaktów z psychoterapeutą, ale także zażywania leków. Wiedzą dobrze, czego mogą bać się pacjenci - “Psychoterapia dziś” to szansa na rozwiewanie mitów (na przykład tego, że kto zacznie zażywać leki, będzie musiał przyjmować je do końca życia).
Nie będą autorzy stawiać diagnoz ani pomagać przy ewentualnych autoocenach czytelników. Nie można po lekturze pomóc sobie z wyłączeniem udziału lekarza - można za to zastanowić się nad własnymi nastrojami i zdecydować, czy zgłosić się do specjalisty, czy sytuacja jeszcze nie jest na tyle poważna (rzecz jasna autorzy zachęcają, żeby korzystać z usług terapeutów jak najszybciej i jak najczęściej - i czasem potrafią do tego nakłonić). Nie znajdzie się w tomie zasad od przestrzegania albo podpowiedzi rodem z poradników samorozwoju – nie o to chodzi w lekturze. Autorzy pokazują swój fach niejako od kuchni: zamiast wprowadzać rozwiązania dla zaobserwowanych lub wyostrzonych na potrzeby opowieści przykładów, posługują się samymi scenkami z codzienności - tylko po to, żeby pokazać odbiorcom, kiedy potrzebna będzie interwencja psychoterapeuty. Sugerują, że od rozwiązywania poważniejszych problemów są specjaliści - i nie ma po co się męczyć. Psychoterapeuta znajdzie sposób na problemy małżeńskie, uzależnienia i zaburzenia snu, ułatwi budowanie trwałych relacji z bliskimi albo pozwoli uwolnić się od lęków. Wywiady podane jako tematyczne rozmowy z fachowcami podsuwają zatem zestaw możliwości i rozwiązań dla każdego, kto szuka pomocy.
poniedziałek, 12 listopada 2018
Ewa Bińczyk: Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu
PWN, Warszawa 2018.
Człowiek - niedumnie
Z jednej strony pomysł, żeby zaznaczyć obecność człowieka w dziejach i nazwać erę (albo epokę) w związku z tym istnieniem. Z drugiej – przedziwna skromność, która nakazuje zastanowić się nad innymi rozwiązaniami i nie akcentować przesadnie działalności, która często bywa niechlubna. “Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” to publikacja dotycząca w dużej mierze kontrowersji onomastycznych, ale też i filozoficznych refleksji nad tym, co powinno zdefiniować określony przedział czasowy. Tu człowiek często nie brzmi dumnie, a znajduje coraz więcej powodów do wstydu lub zażenowania. Autorka zatrzymuje się nad debatą dotyczącą antropocenu - sięga zarówno po argumenty za takim nazewnictwem, jak i po te, które coraz silniej utwierdzają odbiorców w przekonaniu, że jednak nie należy eksponować roli człowieka w procesie niszczenia planety. Ewa Bińczyk skupia się na narracjach akademickich, co oznacza, że poziom dyskusji wykracza przeważnie - również pod kątem stopnia abstrakcji – poza potrzeby i możliwości poznawcze przeciętnych odbiorców. Fakt, że do tych odbiorców nie dotrze też sedno problemu, zawęża target.
Antropocen – jakkolwiek nie byłby nazywany – zmusza do zatrzymania się nad najbardziej palącymi problemami. Będzie tu zatem mowa i o katastrofach ekologicznych, zmianach klimatycznych, zasadach eksploatowania zasobów Ziemi itp. Pojawiają się motywy przeciwdziałania przyszłym katastrofom, ale i decyzje hamujące ewentualny rozwój. W ramach rozmów dyplomatycznych coraz więcej będzie ostrożności i marazmu - być może takie właśnie podejście ostatecznie pozwoli zdefiniować antropocen. Jednak niezależnie od przyjętych kryteriów nazewniczych dość szybko stanie się jasne, że eksponowanie działalności człowieka w historii rozwoju Ziemi nie musi być powodem do chwały. “Epoka człowieka” to tom, który rejestruje rozwój tej myśli i opinii na jej temat – przy okazji uświadamiając czytelnikom dylematy uczonych. Nawet jeśli sama forma książki wyklucza pozaakademickie towarzystwo – to treść nie daje się zignorować.
Z jednej strony odwołuje się Ewa Bińczyk do komentarzy obrastających wstępną ideę i do ocen odnoszących się do działalności człowieka na rodzimej planecie. Z drugiej znajduje całkiem sporo miejsca na ukazywanie niepotrzebnych konfliktów wokół tematu, bojkotowania możliwości lub powstrzymywania eksperymentów. Antropocen jako kategoria budząca wciąż wiele wątpliwości stać się może zatem czymś w rodzaju zbiorowego sumienia, impulsem do działania. Niezależnie od zmian w podejściu, autorka stara się jak najpełniej - rzetelnie i zrozumiale - przedstawiać historię pojęcia oraz zawirowań wokół jego definicji. Tym samym sprawdza, jak ewoluuje pomysł - i w których momentach przestaje być przekonujący. Koncentruje się na niuansach, przybliża odbiorcom kolejne wątki i rozkłada je na czynniki pierwsze. To zajęcie wymagające dużej precyzji i zrozumienia całego tematu. Autorka umiejętnie przechodzi od konkretów w dziedzinie gospodarki, ekonomii czy polityki międzynarodowej do aspektów filozoficznych oraz etycznych. Antropocen jako kategoria jeszcze nie do końca zaakceptowana – zmusza do refleksji i nawet przewartościowań. “Epoka człowieka” każe się temu zagadnieniu przyjrzeć z perspektywy globalnej.
Człowiek - niedumnie
Z jednej strony pomysł, żeby zaznaczyć obecność człowieka w dziejach i nazwać erę (albo epokę) w związku z tym istnieniem. Z drugiej – przedziwna skromność, która nakazuje zastanowić się nad innymi rozwiązaniami i nie akcentować przesadnie działalności, która często bywa niechlubna. “Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” to publikacja dotycząca w dużej mierze kontrowersji onomastycznych, ale też i filozoficznych refleksji nad tym, co powinno zdefiniować określony przedział czasowy. Tu człowiek często nie brzmi dumnie, a znajduje coraz więcej powodów do wstydu lub zażenowania. Autorka zatrzymuje się nad debatą dotyczącą antropocenu - sięga zarówno po argumenty za takim nazewnictwem, jak i po te, które coraz silniej utwierdzają odbiorców w przekonaniu, że jednak nie należy eksponować roli człowieka w procesie niszczenia planety. Ewa Bińczyk skupia się na narracjach akademickich, co oznacza, że poziom dyskusji wykracza przeważnie - również pod kątem stopnia abstrakcji – poza potrzeby i możliwości poznawcze przeciętnych odbiorców. Fakt, że do tych odbiorców nie dotrze też sedno problemu, zawęża target.
Antropocen – jakkolwiek nie byłby nazywany – zmusza do zatrzymania się nad najbardziej palącymi problemami. Będzie tu zatem mowa i o katastrofach ekologicznych, zmianach klimatycznych, zasadach eksploatowania zasobów Ziemi itp. Pojawiają się motywy przeciwdziałania przyszłym katastrofom, ale i decyzje hamujące ewentualny rozwój. W ramach rozmów dyplomatycznych coraz więcej będzie ostrożności i marazmu - być może takie właśnie podejście ostatecznie pozwoli zdefiniować antropocen. Jednak niezależnie od przyjętych kryteriów nazewniczych dość szybko stanie się jasne, że eksponowanie działalności człowieka w historii rozwoju Ziemi nie musi być powodem do chwały. “Epoka człowieka” to tom, który rejestruje rozwój tej myśli i opinii na jej temat – przy okazji uświadamiając czytelnikom dylematy uczonych. Nawet jeśli sama forma książki wyklucza pozaakademickie towarzystwo – to treść nie daje się zignorować.
Z jednej strony odwołuje się Ewa Bińczyk do komentarzy obrastających wstępną ideę i do ocen odnoszących się do działalności człowieka na rodzimej planecie. Z drugiej znajduje całkiem sporo miejsca na ukazywanie niepotrzebnych konfliktów wokół tematu, bojkotowania możliwości lub powstrzymywania eksperymentów. Antropocen jako kategoria budząca wciąż wiele wątpliwości stać się może zatem czymś w rodzaju zbiorowego sumienia, impulsem do działania. Niezależnie od zmian w podejściu, autorka stara się jak najpełniej - rzetelnie i zrozumiale - przedstawiać historię pojęcia oraz zawirowań wokół jego definicji. Tym samym sprawdza, jak ewoluuje pomysł - i w których momentach przestaje być przekonujący. Koncentruje się na niuansach, przybliża odbiorcom kolejne wątki i rozkłada je na czynniki pierwsze. To zajęcie wymagające dużej precyzji i zrozumienia całego tematu. Autorka umiejętnie przechodzi od konkretów w dziedzinie gospodarki, ekonomii czy polityki międzynarodowej do aspektów filozoficznych oraz etycznych. Antropocen jako kategoria jeszcze nie do końca zaakceptowana – zmusza do refleksji i nawet przewartościowań. “Epoka człowieka” każe się temu zagadnieniu przyjrzeć z perspektywy globalnej.
wtorek, 6 listopada 2018
Paweł Matuszewski: CyberPlemiona. Analiza zachowań użytkowników Facebooka w trakcie kampanii parlamentarnej
PWN, Warszawa 2018.
Analiza wyborcza
Szybko przestanie być ważne to, co badał Paweł Matuszewski na facebooku jako najpopularniejszym społecznościowym portalu - już jest odrobinę przebrzmiałe, chociaż komentatorom życia politycznego w Polsce może się jeszcze przydać - a i przed wyborami zyska chwilową popularność. Natomiast ma ta publikacja pewien spory atut, a jest nim metodologia i cała teoretyczna otoczka, którą autor bardzo szczegółowo omawia. Pokazuje tym samym odbiorcom, jak przymierzać się do podobnych analiz i z jakimi wyzwaniami przyjdzie się mierzyć w przypadku oceniania działalności internautów. W tej książce Matuszewski śledzi z jednej strony reakcje na posty - zarówno konkretnych polityków, jak i stron fanowskich różnych partii – lajki czy udostępnienia, z drugiej strony informacje zamieszczane w komentarzach. Świadomy jest przy tym niedoskonałości przyjętej strategii badawczej. Programy komputerowe, które tworzy do analiz (niezbędne, żeby uporać się z tysiącami stron tekstu) nie odróżnią treści poważnych od ironicznych, przewrócą się też na literówkach, od których roi się w internecie. Poza tym nie ma wiadomości na temat samych komentujących - zdaje sobie sprawę, że to niereprezentatywna próba, nie da się zatem wyciągać na jej podstawie daleko idących wniosków, raczej można jedynie przedstawić wyniki badań, a nie ich interpretacje. Z wielu pułapek się tłumaczy, ale nie zmienia to faktu, że niemożliwe jest satysfakcjonujące uogólnienie badań oraz wskazanie ich dalekosiężnego sensu. Funkcjonuje ta książka bardziej jako ciekawostka socjologiczna, a i sugestia co do sensowności powodzenia kampanii wyborczych w mediach społecznościowych niż jako przedstawienie realnej wiedzy. Te zastrzeżenia nie dotyczą bardzo rozbudowanego wstępu, który pełni rolę wprowadzenia metodologicznego. Od razu w tym punkcie widać, że “CyberPlemiona” to praca naukowa, przygotowywana pod wymogi akademickie. Autor długo zatrzymuje się tu na definicjach i na uściślaniu terminologii płynącej z tych definicji, rozkłada na czynniki pierwsze elementy procesu badawczego. Interesuje go zestaw teorii, które później w części praktycznej powracać nie będą: wskazują jednak kierunki poszukiwań i pomagają w objaśnianiu podejścia autora. Część teoretyczna, chociaż momentami zbyt szczegółowa jak na lekturę dla zwykłych odbiorców, może być ciekawa dla fanów analiz badawczych. Zresztą oprawę samych przykładów stanowi nie tylko część metodologiczna. O dziwo to, co czasami spychane do noty edytorskiej, funkcjonuje tu jako jedna z bardziej atrakcyjnych opowieści. Autor bardzo drobiazgowo omawia problemy związane z korzystaniem z narzędzi facebooka i mielizny łączące się ze sprawdzaniem komentarzy. Nie jest w stanie określić intencji użytkowników, wie, że reakcje mogą być czysto emocjonalne, ale brakuje mu systemu, żeby to zmierzyć.
W efekcie same badania okazują się dość konwencjonalne, a ich rezultaty przedstawiane w formie wykresów i tabelek oraz zestawień procentowych w samym tekście - przyciągną tylko naprawdę zainteresowanych. Niewiele tu wiadomości, które można by przenieść na sferę poza książką: ale też ich efemeryczność - odniesienie do konkretnego momentu społeczno-politycznego – wyklucza rozległe zastosowania. Część praktyczna - więc w zasadzie sedno książki - to prezentacja kolejnych wyników, nawet nie omówienie konsekwencji odkryć. Nie pójdzie za tym – bo zwyczajnie pójść nie może - wyciąganie wniosków w szerszej perspektywie. Ta publikacja pokazuje, jak można przeprowadzać internetowe analizy i jak potężnym narzędziem w kampaniach promocyjnych staje się facebook.
Analiza wyborcza
Szybko przestanie być ważne to, co badał Paweł Matuszewski na facebooku jako najpopularniejszym społecznościowym portalu - już jest odrobinę przebrzmiałe, chociaż komentatorom życia politycznego w Polsce może się jeszcze przydać - a i przed wyborami zyska chwilową popularność. Natomiast ma ta publikacja pewien spory atut, a jest nim metodologia i cała teoretyczna otoczka, którą autor bardzo szczegółowo omawia. Pokazuje tym samym odbiorcom, jak przymierzać się do podobnych analiz i z jakimi wyzwaniami przyjdzie się mierzyć w przypadku oceniania działalności internautów. W tej książce Matuszewski śledzi z jednej strony reakcje na posty - zarówno konkretnych polityków, jak i stron fanowskich różnych partii – lajki czy udostępnienia, z drugiej strony informacje zamieszczane w komentarzach. Świadomy jest przy tym niedoskonałości przyjętej strategii badawczej. Programy komputerowe, które tworzy do analiz (niezbędne, żeby uporać się z tysiącami stron tekstu) nie odróżnią treści poważnych od ironicznych, przewrócą się też na literówkach, od których roi się w internecie. Poza tym nie ma wiadomości na temat samych komentujących - zdaje sobie sprawę, że to niereprezentatywna próba, nie da się zatem wyciągać na jej podstawie daleko idących wniosków, raczej można jedynie przedstawić wyniki badań, a nie ich interpretacje. Z wielu pułapek się tłumaczy, ale nie zmienia to faktu, że niemożliwe jest satysfakcjonujące uogólnienie badań oraz wskazanie ich dalekosiężnego sensu. Funkcjonuje ta książka bardziej jako ciekawostka socjologiczna, a i sugestia co do sensowności powodzenia kampanii wyborczych w mediach społecznościowych niż jako przedstawienie realnej wiedzy. Te zastrzeżenia nie dotyczą bardzo rozbudowanego wstępu, który pełni rolę wprowadzenia metodologicznego. Od razu w tym punkcie widać, że “CyberPlemiona” to praca naukowa, przygotowywana pod wymogi akademickie. Autor długo zatrzymuje się tu na definicjach i na uściślaniu terminologii płynącej z tych definicji, rozkłada na czynniki pierwsze elementy procesu badawczego. Interesuje go zestaw teorii, które później w części praktycznej powracać nie będą: wskazują jednak kierunki poszukiwań i pomagają w objaśnianiu podejścia autora. Część teoretyczna, chociaż momentami zbyt szczegółowa jak na lekturę dla zwykłych odbiorców, może być ciekawa dla fanów analiz badawczych. Zresztą oprawę samych przykładów stanowi nie tylko część metodologiczna. O dziwo to, co czasami spychane do noty edytorskiej, funkcjonuje tu jako jedna z bardziej atrakcyjnych opowieści. Autor bardzo drobiazgowo omawia problemy związane z korzystaniem z narzędzi facebooka i mielizny łączące się ze sprawdzaniem komentarzy. Nie jest w stanie określić intencji użytkowników, wie, że reakcje mogą być czysto emocjonalne, ale brakuje mu systemu, żeby to zmierzyć.
W efekcie same badania okazują się dość konwencjonalne, a ich rezultaty przedstawiane w formie wykresów i tabelek oraz zestawień procentowych w samym tekście - przyciągną tylko naprawdę zainteresowanych. Niewiele tu wiadomości, które można by przenieść na sferę poza książką: ale też ich efemeryczność - odniesienie do konkretnego momentu społeczno-politycznego – wyklucza rozległe zastosowania. Część praktyczna - więc w zasadzie sedno książki - to prezentacja kolejnych wyników, nawet nie omówienie konsekwencji odkryć. Nie pójdzie za tym – bo zwyczajnie pójść nie może - wyciąganie wniosków w szerszej perspektywie. Ta publikacja pokazuje, jak można przeprowadzać internetowe analizy i jak potężnym narzędziem w kampaniach promocyjnych staje się facebook.
niedziela, 28 października 2018
Ewa Sułek: Chłopak z pianinem. O sztuce i wojnie na Ukrainie
PWN, Warszawa 2018.
Walka sztuką
W doniesieniach medialnych, w podręcznikach do historii, ale i w społecznym postrzeganiu sztuka nie idzie w parze z polityką. Ewa Sułek stara się udowodnić czytelnikom, że jest inaczej: manifesty artystyczne mogą być wykorzystywane jako metoda wyrażania stosunku do władzy lub sytuacji politycznej. Walczyć można na różne sposoby, a sztuka pozwala dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Bywa też bardziej przejmująca niż „zwykła” walka. Tam, gdzie krzyk i przemoc już nie pomagają, akty twórcze zyskują nieoczekiwanie siłę wyrazu i stają się potęgą. W tomie „Chłopak z pianinem” autorka przygląda się wydarzeniom na Ukrainie – pod kątem działań artystów i performerów. Przygląda się reportażowo, nie stara się interpretować danych, ale oddaje głos ludziom stającym na barykadach z muzyką, malarstwem albo literaturą. Tym, którzy całe przemarsze podporządkowują ideom z happeningów i idą z pustymi transparentami albo zasłoniętymi oczami. Tym, którzy bez broni stają naprzeciwko uzbrojonych oddziałów policji i wojska. Autorka przedstawia w każdym rozdziale kilka sylwetek, żeby zdynamizować opowieść: przeplata pojedyncze relacje, urywa, by przejść do fragmentu innej narracji. Dzięki temu tworzy patchwork całkiem nieźle oddający istotę rzeczy. Stopniuje ciekawość odbiorców, zmusza do kibicowania kilku postaciom równocześnie.
Zwierzają się autorce różni rozmówcy: wszystkich łączy to, że nagle wielka polityka wdarła się w ich codzienność i wywróciła porządek świata. Ewa Sułek sprawdza przede wszystkim, dlaczego w ogóle interlokutorzy zdecydowali się na reakcję – i jak wyglądały ich początkowe zachowania w obliczu rewolucji. Pyta o członków rodziny. Obserwuje bohaterów w momencie zbliżającego się zagrożenia. Oczywiście odnotowuje też reakcje i odczucia z centrum wydarzeń, ale nie zależy jej na dokumentowaniu akcji społecznych, wybiera subiektywne spojrzenie. Pozwala rozmówcom zwierzać się z lęków lub brawury. Wreszcie przychodzi moment na opowieści o sztuce na barykadach. Ktoś tworzy wymowne murale, ktoś inny stawia pianino na placu, na którym gromadzą się protestujący, ktoś inny tworzy kolaże, zakrywając ciała zabitych żołnierzy na zdjęciach wykonanych telefonem… płatkami złota. Sztuka to obrazy i dźwięki, ale również zachowania odpowiednio pokierowanych mas. Wystarcza ktoś, kto zarazi entuzjazmem żądny zmian tłum – i nagle może stać się przywódcą, artystą słuchanym i poważanym. Ewa Sułek zbiera wyznania, a i artystyczne przekonania. Sprawdza, co jej rozmówcy chcieli osiągnąć i jak rodziły się spontaniczne pomysły na akcje. Umożliwia im opowiedzenie o stosowanych rozwiązaniach, wie, że to najlepiej przybliży czytelnikom sens działań, a dodatkowo wprowadzi jeszcze zestaw biograficznych ciekawostek, które do zwykłych interpretacji by nie trafiły. I tak ocala coś, co nie mogłoby przetrwać w beznamiętnych historycznych zapiskach. Przy okazji udowadnia też, jak wiele wymiarów może mieć sztuka. To sztuka jest właściwym bohaterem tej książki. Ewa Sułek nie tylko opowiada: przytacza tu mnóstwo zdjęć i reprodukcji obrazów, pozwala od razu obejrzeć to, o czym jest mowa. Tak zachęci do wnikliwego przyglądania się innej stronie rewolucji. Co ciekawe, nie tłumaczy zawiłości polityki – jej tom stanowi dopowiedzenie do kronik czy doniesień medialnych. Zajmuje się autorka tym, co pozostawione na marginesie, przywraca miejsce i rangę tym, którzy w walce o uwagę mediów mogliby zbyt łatwo przegrać. Pisze Ewa Sułek książkę, która przetrwa – na marginesie relacji społeczno-politycznej, utrwala w tomie zjawiska, które przeminą i które bez kontekstu nie przekonywałyby tak dobrze szerokiego grona odbiorców. Oczywiście przy mówieniu o sztuce może autorka poruszyć też szereg innych ważnych społecznie kwestii. „Chłopak z pianinem” to publikacja zaangażowana, zwraca uwagę na jeden z aspektów sztuki i inspiracji artystycznej.
Walka sztuką
W doniesieniach medialnych, w podręcznikach do historii, ale i w społecznym postrzeganiu sztuka nie idzie w parze z polityką. Ewa Sułek stara się udowodnić czytelnikom, że jest inaczej: manifesty artystyczne mogą być wykorzystywane jako metoda wyrażania stosunku do władzy lub sytuacji politycznej. Walczyć można na różne sposoby, a sztuka pozwala dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Bywa też bardziej przejmująca niż „zwykła” walka. Tam, gdzie krzyk i przemoc już nie pomagają, akty twórcze zyskują nieoczekiwanie siłę wyrazu i stają się potęgą. W tomie „Chłopak z pianinem” autorka przygląda się wydarzeniom na Ukrainie – pod kątem działań artystów i performerów. Przygląda się reportażowo, nie stara się interpretować danych, ale oddaje głos ludziom stającym na barykadach z muzyką, malarstwem albo literaturą. Tym, którzy całe przemarsze podporządkowują ideom z happeningów i idą z pustymi transparentami albo zasłoniętymi oczami. Tym, którzy bez broni stają naprzeciwko uzbrojonych oddziałów policji i wojska. Autorka przedstawia w każdym rozdziale kilka sylwetek, żeby zdynamizować opowieść: przeplata pojedyncze relacje, urywa, by przejść do fragmentu innej narracji. Dzięki temu tworzy patchwork całkiem nieźle oddający istotę rzeczy. Stopniuje ciekawość odbiorców, zmusza do kibicowania kilku postaciom równocześnie.
Zwierzają się autorce różni rozmówcy: wszystkich łączy to, że nagle wielka polityka wdarła się w ich codzienność i wywróciła porządek świata. Ewa Sułek sprawdza przede wszystkim, dlaczego w ogóle interlokutorzy zdecydowali się na reakcję – i jak wyglądały ich początkowe zachowania w obliczu rewolucji. Pyta o członków rodziny. Obserwuje bohaterów w momencie zbliżającego się zagrożenia. Oczywiście odnotowuje też reakcje i odczucia z centrum wydarzeń, ale nie zależy jej na dokumentowaniu akcji społecznych, wybiera subiektywne spojrzenie. Pozwala rozmówcom zwierzać się z lęków lub brawury. Wreszcie przychodzi moment na opowieści o sztuce na barykadach. Ktoś tworzy wymowne murale, ktoś inny stawia pianino na placu, na którym gromadzą się protestujący, ktoś inny tworzy kolaże, zakrywając ciała zabitych żołnierzy na zdjęciach wykonanych telefonem… płatkami złota. Sztuka to obrazy i dźwięki, ale również zachowania odpowiednio pokierowanych mas. Wystarcza ktoś, kto zarazi entuzjazmem żądny zmian tłum – i nagle może stać się przywódcą, artystą słuchanym i poważanym. Ewa Sułek zbiera wyznania, a i artystyczne przekonania. Sprawdza, co jej rozmówcy chcieli osiągnąć i jak rodziły się spontaniczne pomysły na akcje. Umożliwia im opowiedzenie o stosowanych rozwiązaniach, wie, że to najlepiej przybliży czytelnikom sens działań, a dodatkowo wprowadzi jeszcze zestaw biograficznych ciekawostek, które do zwykłych interpretacji by nie trafiły. I tak ocala coś, co nie mogłoby przetrwać w beznamiętnych historycznych zapiskach. Przy okazji udowadnia też, jak wiele wymiarów może mieć sztuka. To sztuka jest właściwym bohaterem tej książki. Ewa Sułek nie tylko opowiada: przytacza tu mnóstwo zdjęć i reprodukcji obrazów, pozwala od razu obejrzeć to, o czym jest mowa. Tak zachęci do wnikliwego przyglądania się innej stronie rewolucji. Co ciekawe, nie tłumaczy zawiłości polityki – jej tom stanowi dopowiedzenie do kronik czy doniesień medialnych. Zajmuje się autorka tym, co pozostawione na marginesie, przywraca miejsce i rangę tym, którzy w walce o uwagę mediów mogliby zbyt łatwo przegrać. Pisze Ewa Sułek książkę, która przetrwa – na marginesie relacji społeczno-politycznej, utrwala w tomie zjawiska, które przeminą i które bez kontekstu nie przekonywałyby tak dobrze szerokiego grona odbiorców. Oczywiście przy mówieniu o sztuce może autorka poruszyć też szereg innych ważnych społecznie kwestii. „Chłopak z pianinem” to publikacja zaangażowana, zwraca uwagę na jeden z aspektów sztuki i inspiracji artystycznej.
piątek, 19 października 2018
Stefan Stern, Cary Cooper: Mity zarządzania. Czego nie rozumieją szefowie?
PWN, Warszawa 2018.
Rozwiewanie wątpliwości
Zarządzanie to nie jest dziedzina, która podlegałaby stałym wytycznym i dawała się łatwo dookreślać. Tam, gdzie pojawiają się - nieprzewidywalni – ludzie, tam wszelkie teorie przestają mieć znaczenie. Przekonują się o tym podczas pracy, obserwacji, ale i rozmów z fachowcami w tej dziedzinie Stefan Stern i Cary Cooper, autorzy tomu “Mity zarządzania”, który ma odrobinę podważyć wszelkie “pewniki” w sferze korporacyjnej codzienności. Autorzy nie strzelają z armat do wróbli, raczej po prostu sięgają po kolejne tematy, które w krótkich - niemal felietonowych - rozdziałach przedefiniowują i reinterpretują, uzmysławiając czytelnikom, jakie błędy najczęściej pojawiają się w myśleniu o procesie zarządzania. “Mitów” znajdują 44, z czego ostatni wyraźnie pokazuje, że to wcale nie koniec – ale jasny staje się cały mechanizm i odbiorcom łatwiej będzie przełożyć tok myślenia na podważanie następnych zagadnień. Żeby przekonać do siebie, autorzy traktują szefów i menadżerów z przymrużeniem oka, bawią się schematami i wynaturzają typowe korporacyjne sytuacje. Sprawdzają, jak powinien zachowywać się lider, a na jakie pomyłki pozwalać sobie nie może, jak budować autorytet, kto ma najłatwiejszą, a kto najtrudniejszą pracę, czym kończy się otaczanie podobnymi ludźmi, czy nadgodziny prowadzą do lepszych efektów, czy wręcz przeciwnie, jak wygląda w firmie przepływ informacji, po co są oceny roczne, gdzie w firmie jest miejsce dla kobiet, czy można zmieniać poglądy i nie stracić przy tym twarzy, co daje wiedza o wszystkim w firmie, czy należy ukrywać wysokość zarobków, czym jest strategia, czy w korporacjach ważne są uczucia, co z autentycznością, jak funkcjonują uprzedzenia, jakie są podstawowe motywacje pracowników... Długo jeszcze można by wyliczać, niemal każdy temat, który trafił już do stereotypowego postrzegania pracowników korporacji, tutaj znajduje swoje rozwinięcie i omówienie w zgrabnym tekście. Przy okazji autorzy mogą powiedzieć, co sądzą o hermetycznym języku w obrębie firmy czy o lęku przed zmianami. W tym wszystkim nie ma może miejsca na drobiazgowe rozpatrywanie każdego kolejnego zagadnienia – ale Stern i Cooper piszą wystarczająco obrazowo, żeby dać odbiorcom obraz pełnych poglądów na “mity zarządzania”. Piszą lekko i przekonująco, odwołują się do czytelnych przykładów, a każdy rozdział jeszcze osobno dzielą na mniejsze części, w których podtytuły stanowią kolejne hasła i przesłania. Tak podawana wiedza łatwiej zapadnie w pamięć, a i przyczyni się do lepszego rozumienia specyfiki dużych firm w kontekście zarządzania.
Jednak Stefan Stern i Cary Cooper nie chcą być traktowani jak wyrocznie w kwestii strategii dla szefów i menadżerów, dlatego też przeprowadzają szereg rozmów z “wybitnymi specjalistami zarządzania” - wypytują o ich filozofię zarządzania ludźmi i podejście do poruszanych w tomie tematów, wysłuchują wyników badań i zbierają przydatne komentarze, które da się przekuwać na porady dla bezpośrednio zaangażowanych w te kwestie. “Mity zarządzania” to książka, której podstawową siłą jest prosty język i świadomość siły przekazu. Tu nikt nie stara się uciekać w niezrozumiały żargon ani nadawać objętości za pomocą napuszonych opisów: wszystko da się przekazać jasno i z dużą dawką humoru. W związku z tym proponują autorzy lekturę, jaka idealnie wpasowuje się w rynek dla masowego odbiorcy. Szukają rozwiązań poza typowymi ocenami, dbają o przekonujące argumenty i spostrzeżenia, a do tego podsuwają czytelnikom książkę dobrze napisaną.
Rozwiewanie wątpliwości
Zarządzanie to nie jest dziedzina, która podlegałaby stałym wytycznym i dawała się łatwo dookreślać. Tam, gdzie pojawiają się - nieprzewidywalni – ludzie, tam wszelkie teorie przestają mieć znaczenie. Przekonują się o tym podczas pracy, obserwacji, ale i rozmów z fachowcami w tej dziedzinie Stefan Stern i Cary Cooper, autorzy tomu “Mity zarządzania”, który ma odrobinę podważyć wszelkie “pewniki” w sferze korporacyjnej codzienności. Autorzy nie strzelają z armat do wróbli, raczej po prostu sięgają po kolejne tematy, które w krótkich - niemal felietonowych - rozdziałach przedefiniowują i reinterpretują, uzmysławiając czytelnikom, jakie błędy najczęściej pojawiają się w myśleniu o procesie zarządzania. “Mitów” znajdują 44, z czego ostatni wyraźnie pokazuje, że to wcale nie koniec – ale jasny staje się cały mechanizm i odbiorcom łatwiej będzie przełożyć tok myślenia na podważanie następnych zagadnień. Żeby przekonać do siebie, autorzy traktują szefów i menadżerów z przymrużeniem oka, bawią się schematami i wynaturzają typowe korporacyjne sytuacje. Sprawdzają, jak powinien zachowywać się lider, a na jakie pomyłki pozwalać sobie nie może, jak budować autorytet, kto ma najłatwiejszą, a kto najtrudniejszą pracę, czym kończy się otaczanie podobnymi ludźmi, czy nadgodziny prowadzą do lepszych efektów, czy wręcz przeciwnie, jak wygląda w firmie przepływ informacji, po co są oceny roczne, gdzie w firmie jest miejsce dla kobiet, czy można zmieniać poglądy i nie stracić przy tym twarzy, co daje wiedza o wszystkim w firmie, czy należy ukrywać wysokość zarobków, czym jest strategia, czy w korporacjach ważne są uczucia, co z autentycznością, jak funkcjonują uprzedzenia, jakie są podstawowe motywacje pracowników... Długo jeszcze można by wyliczać, niemal każdy temat, który trafił już do stereotypowego postrzegania pracowników korporacji, tutaj znajduje swoje rozwinięcie i omówienie w zgrabnym tekście. Przy okazji autorzy mogą powiedzieć, co sądzą o hermetycznym języku w obrębie firmy czy o lęku przed zmianami. W tym wszystkim nie ma może miejsca na drobiazgowe rozpatrywanie każdego kolejnego zagadnienia – ale Stern i Cooper piszą wystarczająco obrazowo, żeby dać odbiorcom obraz pełnych poglądów na “mity zarządzania”. Piszą lekko i przekonująco, odwołują się do czytelnych przykładów, a każdy rozdział jeszcze osobno dzielą na mniejsze części, w których podtytuły stanowią kolejne hasła i przesłania. Tak podawana wiedza łatwiej zapadnie w pamięć, a i przyczyni się do lepszego rozumienia specyfiki dużych firm w kontekście zarządzania.
Jednak Stefan Stern i Cary Cooper nie chcą być traktowani jak wyrocznie w kwestii strategii dla szefów i menadżerów, dlatego też przeprowadzają szereg rozmów z “wybitnymi specjalistami zarządzania” - wypytują o ich filozofię zarządzania ludźmi i podejście do poruszanych w tomie tematów, wysłuchują wyników badań i zbierają przydatne komentarze, które da się przekuwać na porady dla bezpośrednio zaangażowanych w te kwestie. “Mity zarządzania” to książka, której podstawową siłą jest prosty język i świadomość siły przekazu. Tu nikt nie stara się uciekać w niezrozumiały żargon ani nadawać objętości za pomocą napuszonych opisów: wszystko da się przekazać jasno i z dużą dawką humoru. W związku z tym proponują autorzy lekturę, jaka idealnie wpasowuje się w rynek dla masowego odbiorcy. Szukają rozwiązań poza typowymi ocenami, dbają o przekonujące argumenty i spostrzeżenia, a do tego podsuwają czytelnikom książkę dobrze napisaną.
środa, 17 października 2018
Anne Lene Johnsen: Rusz głową! Gimnastyka mózgu dla dzieci. Zabawne i mądre łamigłówki dla ciekawskich dzieciaków
PWN, Warszawa 2018.
Gry na inteligencję
Wprawdzie komputery i inne media elektroniczne nie są złe, potrafią nawet wyćwiczyć umiejętności przydatne w pewnych zawodach, jednak Anne Lene Johnsen radzi, żeby traktować je jako dodatek do zabaw, a nie sposób na rozrywkę. W zamian proponuje publikację, która przyciągnie na długo i dostarczy zróżnicowanych bodźców dziecku. “Rusz głową! Gimnastyka mózgu dla dzieci” to niezawodny sposób na wychowanie małych geniuszy – z odpowiednimi wskazówkami dla dorosłych, którzy zyskają pewność, jak postępować z pociechami. Książka zawiera, jak głosi podtytuł, “zabawne i mądre łamigłówki dla ciekawskich dzieciaków”, ale nie tylko. Każdy z dziesięciu rozdziałów rozpoczyna się zestawem porad i wyjaśnień kierowanych do dorosłych (wskazuje na to zresztą czcionka, średnio wygodna dla dzieci). Do tego autorka dodaje dziesięć sprytnych pomysłów dla rodziców, czyli znów zestaw poleceń i porad dotyczących organizowania maluchowi jak najlepszych warunków do pracy (są tu oczywistości w rodzaju odpowiedniej diety i dawki ruchu czy stanowiska “pracy”, miejsca, w którym dziecko w każdej chwili może przystąpić do twórczego działania, ale też i mniej stereotypowe podpowiedzi: stymulujące otoczenie czy pozytywne myślenie o działaniach pociech). Autorka próbuje objaśnić dorosłym, jak najmłodsi uczą się postrzegania świata, na jakie kategorie powinni zwracać uwagę i w jaki sposób ukierunkować kilkulatki na logiczne myślenie. Zachęca do wykonywania kolejnych prób, do eksperymentowania i poszukiwania coraz to nowych wyzwań. Nie zanudza, to ważne, zwłaszcza że dzieci czeka spory myślowy wysiłek. Już pierwsza część - zadania do przeanalizowania – to miniwersja testów na inteligencję: kształty i tabelki, w których “coś” nie pasuje, porównywanki, uzupełnianie wzorów (najpierw należy dostrzec prawidłowość, by uzupełnić zadanie). Łączenie kształtów i kolorów to z kolei zabawa dla całej rodziny, można wykorzystywać do tego klocki, z których każdy będzie układać swoją budowlę. Proste pytania i zestaw rysunków, wśród których trzeba wskazać ten właściwy - na tym polega praca dzieci. Czasami warto przeprowadzić eksperyment – to przyda się później w nauce: dziecko musi wymyślić, jak zachowywać się będzie sznurek przyczepiony do haczyka, a jak woda w naczyniu. W dalszej części przychodzi czas na rebusy, odbicia lustrzane, kierunki, znane gry (domino lub clustered, prawda czy fałsz), mierzenie temperatury, ćwiczenia na wiedzę i zdobywanie wiadomości. Pojawi się zestaw “układanek” - dopasowywania kształtów do określonej podstawy. Autorka świetnie wie, co spodoba się dzieciom, sięga więc i po szyfry czy ślady - i po tradycyjne zabawy z literami (lekcje czytania mogą być znacznie ciekawsze, kiedy wie się o palindromach. Jest tu i część matematyczna, i “kreatywna” - sposób na wyzwalanie pomysłów w szeregu urozmaiconych gier. Dla rodziców będą jeszcze wskazówki dotyczące właściwego doboru posiłków czy – typowych dla niektórych dzieci problemów z przyswajaniem wiedzy. Jest to więc książka, która kompleksowo przybliża odbiorcom kwestię zabawy i nauki. Objętościowo dość spora, zmieści się tu zatem wiele zagadek (chociaż autorka nie zachęca do pisania po tomiku, woli, by kserować albo przerysowywać zadania, co jeszcze może przedłużyć żywot publikacji), porady dla dorosłych należą do konkretnych i sensownie przygotowanych. “Rusz głową” przygotowuje maluchy do logicznego myślenia i do szkolnych obowiązków, ale stanowi też rozrywkę w klasycznym stylu - związaną z tym, co dzieci lubią najbardziej. Autorka przypomina dawne gry i pozwala ćwiczyć umysł - to z pewnością zaprocentuje.
Gry na inteligencję
Wprawdzie komputery i inne media elektroniczne nie są złe, potrafią nawet wyćwiczyć umiejętności przydatne w pewnych zawodach, jednak Anne Lene Johnsen radzi, żeby traktować je jako dodatek do zabaw, a nie sposób na rozrywkę. W zamian proponuje publikację, która przyciągnie na długo i dostarczy zróżnicowanych bodźców dziecku. “Rusz głową! Gimnastyka mózgu dla dzieci” to niezawodny sposób na wychowanie małych geniuszy – z odpowiednimi wskazówkami dla dorosłych, którzy zyskają pewność, jak postępować z pociechami. Książka zawiera, jak głosi podtytuł, “zabawne i mądre łamigłówki dla ciekawskich dzieciaków”, ale nie tylko. Każdy z dziesięciu rozdziałów rozpoczyna się zestawem porad i wyjaśnień kierowanych do dorosłych (wskazuje na to zresztą czcionka, średnio wygodna dla dzieci). Do tego autorka dodaje dziesięć sprytnych pomysłów dla rodziców, czyli znów zestaw poleceń i porad dotyczących organizowania maluchowi jak najlepszych warunków do pracy (są tu oczywistości w rodzaju odpowiedniej diety i dawki ruchu czy stanowiska “pracy”, miejsca, w którym dziecko w każdej chwili może przystąpić do twórczego działania, ale też i mniej stereotypowe podpowiedzi: stymulujące otoczenie czy pozytywne myślenie o działaniach pociech). Autorka próbuje objaśnić dorosłym, jak najmłodsi uczą się postrzegania świata, na jakie kategorie powinni zwracać uwagę i w jaki sposób ukierunkować kilkulatki na logiczne myślenie. Zachęca do wykonywania kolejnych prób, do eksperymentowania i poszukiwania coraz to nowych wyzwań. Nie zanudza, to ważne, zwłaszcza że dzieci czeka spory myślowy wysiłek. Już pierwsza część - zadania do przeanalizowania – to miniwersja testów na inteligencję: kształty i tabelki, w których “coś” nie pasuje, porównywanki, uzupełnianie wzorów (najpierw należy dostrzec prawidłowość, by uzupełnić zadanie). Łączenie kształtów i kolorów to z kolei zabawa dla całej rodziny, można wykorzystywać do tego klocki, z których każdy będzie układać swoją budowlę. Proste pytania i zestaw rysunków, wśród których trzeba wskazać ten właściwy - na tym polega praca dzieci. Czasami warto przeprowadzić eksperyment – to przyda się później w nauce: dziecko musi wymyślić, jak zachowywać się będzie sznurek przyczepiony do haczyka, a jak woda w naczyniu. W dalszej części przychodzi czas na rebusy, odbicia lustrzane, kierunki, znane gry (domino lub clustered, prawda czy fałsz), mierzenie temperatury, ćwiczenia na wiedzę i zdobywanie wiadomości. Pojawi się zestaw “układanek” - dopasowywania kształtów do określonej podstawy. Autorka świetnie wie, co spodoba się dzieciom, sięga więc i po szyfry czy ślady - i po tradycyjne zabawy z literami (lekcje czytania mogą być znacznie ciekawsze, kiedy wie się o palindromach. Jest tu i część matematyczna, i “kreatywna” - sposób na wyzwalanie pomysłów w szeregu urozmaiconych gier. Dla rodziców będą jeszcze wskazówki dotyczące właściwego doboru posiłków czy – typowych dla niektórych dzieci problemów z przyswajaniem wiedzy. Jest to więc książka, która kompleksowo przybliża odbiorcom kwestię zabawy i nauki. Objętościowo dość spora, zmieści się tu zatem wiele zagadek (chociaż autorka nie zachęca do pisania po tomiku, woli, by kserować albo przerysowywać zadania, co jeszcze może przedłużyć żywot publikacji), porady dla dorosłych należą do konkretnych i sensownie przygotowanych. “Rusz głową” przygotowuje maluchy do logicznego myślenia i do szkolnych obowiązków, ale stanowi też rozrywkę w klasycznym stylu - związaną z tym, co dzieci lubią najbardziej. Autorka przypomina dawne gry i pozwala ćwiczyć umysł - to z pewnością zaprocentuje.
poniedziałek, 15 października 2018
Jean-Philippe Aumasson: Nowoczesna kryptografia. Praktyczne wprowadzenie do szyfrowania
PWN, Warszawa 2018.
Dzisiejsze szyfrowanie
Wbrew entuzjastycznym zapowiedziom na czwartej stronie okładki, nie jest to książka, która przyda się początkującym i amatorom kryptografii, to raczej zaawansowany poradnik dla tych odbiorców, którzy chcą prześledzić konkretne wyzwania dotyczące szyfrowania za pomocą programów komputerowych. Nie będzie zatem “pirackich” rozwiązań, przyglądania się sztukom kodowania treści sprzed ery komputerów - drobne wzmianki o tym, jak szyfrowało się kiedyś, stanowią jedynie pomysł na element wstępu, koniecznego – ale wcale nie pasjonującego - wprowadzenia do przeglądu obecnych zabiegów. Oczywiście Jean-Philippe Aumasson do tematu podchodzi profesjonalnie i dba o to, by dostarczyć czytelnikom podstawowe informacje, definicje czy wiadomości niezbędne do rozumienia kryptografii – ale czyni to na marginesie bardziej zaawansowanej opowieści o szyfrach. Zapoznaje odbiorców z zasadami działania szyfrów i pokazuje, na czym polega ich zabezpieczanie. Będzie zatem rozwodzić się nad kluczami i nad szyfrowaniem kluczy, omówi systemy oceniania bezpieczeństwa (wzruszająca jest informacja, że jeśli przez kilka lat nie udaje się złamać sposobu kodowania kolejnych liter, to szyfr jest względnie bezpieczny). Zaproponuje czytelnikom zupełnie nową dla nich perspektywę, możliwość wejścia w rzeczywistość komputerową. Nie ma tu szansy na samodzielne tworzenie i łamanie szyfrów, wszystkim zajmują się już maszyny. Autor omawia jednak po kolei zasady działania danego rodzaju szyfru, przykłady oraz słabe i mocne strony. Posługuje się przy tym zestawem wzorów i danych, co zamienia lekturę w podręcznik do matematyki oraz informatyki w jednym. Trzeba będzie sporo samozaparcia i rzeczywistego zaangażowania w temat, żeby prześledzić wszelkie drogi rozumowania i dowody, jakie przeprowadza Aumasson w tej książce - a będzie ich mnóstwo, momentami autor w ogóle przechodzi na język kodów i znaków, odrzucając standardową narrację na rzecz tego, co specjalistom nieobojętne. Wprowadza rysunki i schematy, albo podaje odpowiednie linijki kodu. Z jednej strony chce zatem pokazać, na czym polega proces szyfrowania przez komputer - odnieść się do wyobraźni czytelników i wytłumaczyć im to, czego nie widać - łącznie z ciężarem przesyłanych danych – z drugiej usiłuje nakreślić zasady działania przez obliczenia. Wykazuje słabości szyfrów i sposoby zaradzania im – to wszystko obejmuje już praktykę, nie ma znaczenia dla przypadkowych odbiorców, ale też tacy po tę publikację nie sięgną. Jest to bowiem podręcznik dla zaawansowanych w temacie. Można się podczas lektury przekonać, jak dzisiaj wygląda dbanie o bezpieczeństwo danych – to już nie przesyłanie tajnych wiadomości, a kodowanie połączone z działaniami w świecie elektroniki. Aumasson próbuje usystematyzować wiedzę na temat, dostarcza odbiorcom kompendium, w którym szczegółowo analizuje możliwości w zakresie dzisiejszej kryptografii. “Praktyczne wprowadzenie do szyfrowania” nie będzie jednak oznaczać podnoszenia kwalifikacji w zakresie kodowania treści dla przeciętnego czytelnika. Da się za to skorzystać z tej książki, kiedy chce się zrozumieć, jak funkcjonują programy komputerowe do szyfrowania treści i w jakim kierunku będzie się ta dziedzina nauki rozwijać.
Dzisiejsze szyfrowanie
Wbrew entuzjastycznym zapowiedziom na czwartej stronie okładki, nie jest to książka, która przyda się początkującym i amatorom kryptografii, to raczej zaawansowany poradnik dla tych odbiorców, którzy chcą prześledzić konkretne wyzwania dotyczące szyfrowania za pomocą programów komputerowych. Nie będzie zatem “pirackich” rozwiązań, przyglądania się sztukom kodowania treści sprzed ery komputerów - drobne wzmianki o tym, jak szyfrowało się kiedyś, stanowią jedynie pomysł na element wstępu, koniecznego – ale wcale nie pasjonującego - wprowadzenia do przeglądu obecnych zabiegów. Oczywiście Jean-Philippe Aumasson do tematu podchodzi profesjonalnie i dba o to, by dostarczyć czytelnikom podstawowe informacje, definicje czy wiadomości niezbędne do rozumienia kryptografii – ale czyni to na marginesie bardziej zaawansowanej opowieści o szyfrach. Zapoznaje odbiorców z zasadami działania szyfrów i pokazuje, na czym polega ich zabezpieczanie. Będzie zatem rozwodzić się nad kluczami i nad szyfrowaniem kluczy, omówi systemy oceniania bezpieczeństwa (wzruszająca jest informacja, że jeśli przez kilka lat nie udaje się złamać sposobu kodowania kolejnych liter, to szyfr jest względnie bezpieczny). Zaproponuje czytelnikom zupełnie nową dla nich perspektywę, możliwość wejścia w rzeczywistość komputerową. Nie ma tu szansy na samodzielne tworzenie i łamanie szyfrów, wszystkim zajmują się już maszyny. Autor omawia jednak po kolei zasady działania danego rodzaju szyfru, przykłady oraz słabe i mocne strony. Posługuje się przy tym zestawem wzorów i danych, co zamienia lekturę w podręcznik do matematyki oraz informatyki w jednym. Trzeba będzie sporo samozaparcia i rzeczywistego zaangażowania w temat, żeby prześledzić wszelkie drogi rozumowania i dowody, jakie przeprowadza Aumasson w tej książce - a będzie ich mnóstwo, momentami autor w ogóle przechodzi na język kodów i znaków, odrzucając standardową narrację na rzecz tego, co specjalistom nieobojętne. Wprowadza rysunki i schematy, albo podaje odpowiednie linijki kodu. Z jednej strony chce zatem pokazać, na czym polega proces szyfrowania przez komputer - odnieść się do wyobraźni czytelników i wytłumaczyć im to, czego nie widać - łącznie z ciężarem przesyłanych danych – z drugiej usiłuje nakreślić zasady działania przez obliczenia. Wykazuje słabości szyfrów i sposoby zaradzania im – to wszystko obejmuje już praktykę, nie ma znaczenia dla przypadkowych odbiorców, ale też tacy po tę publikację nie sięgną. Jest to bowiem podręcznik dla zaawansowanych w temacie. Można się podczas lektury przekonać, jak dzisiaj wygląda dbanie o bezpieczeństwo danych – to już nie przesyłanie tajnych wiadomości, a kodowanie połączone z działaniami w świecie elektroniki. Aumasson próbuje usystematyzować wiedzę na temat, dostarcza odbiorcom kompendium, w którym szczegółowo analizuje możliwości w zakresie dzisiejszej kryptografii. “Praktyczne wprowadzenie do szyfrowania” nie będzie jednak oznaczać podnoszenia kwalifikacji w zakresie kodowania treści dla przeciętnego czytelnika. Da się za to skorzystać z tej książki, kiedy chce się zrozumieć, jak funkcjonują programy komputerowe do szyfrowania treści i w jakim kierunku będzie się ta dziedzina nauki rozwijać.
sobota, 13 października 2018
Bazy danych. The Manga Guide
PWN, Warszawa 2018.
Lekcja komputerowa
Bo to jest tak. Mangowa księżniczka musi się nauczyć tworzenia i zarządzania bazami danych, to umiejętność niezbędna, żeby zapanować nad tym, co dzieje się w królestwie. Ruruna jest ambitna i pasuje do dzisiejszych wizerunków odważnych i pomysłowych samodzielnych kobiet. Sama jednak nie poradzi sobie z zagadnieniem, nawet jeśli wspierać ją będzie wierny Cain. Tu nie wystarczy poznanie paru definicji czy prześledzenie kilku linijek kodu. Żeby nadrobić informatyczne zaległości, przyda się pomoc w postaci… wróżki. Z podręcznika wyfruwa takowa i staje się najlepszą nauczycielką dla Ruruny i Caina. Jest jednak pewien problem. Wróżki nikt poza tą dwójką nie może zobaczyć. Gdyby na zamku rozeszła się wieść, że księżniczka mówi do siebie… „Bazy danych” to pożenienie przeciwstawnych do tej pory kierunków działań autorów. Z jednej strony rozrywkowa forma, manga, specyficzny rodzaj komiksu i komizmu przy okazji. Fabuła przefiltrowana przez czytelne dla wszystkich stereotypy. Schematy scenariuszowe są tutaj wykorzystywane po przełamaniu, jako czynnik budzenia śmiechu. Księżniczka zakochuje się w mądrym i pracowitym chłopcu, na którego zawsze może liczyć, a książę-laluś, notoryczny podrywacz i narcyz dostaje (zasłużonego) kosza. Ta opowieść w osi fabularnej musi być upraszczana do granic możliwości i nastawiana na śmiech: nie ma miejsca na tworzenie skomplikowanych relacji, zresztą takie nie są w ogóle potrzebne bohaterom ani czytelnikom. Forma w tym wypadku ma tylko uzasadniać aspekt edukacyjny. Bo z drugiej strony czytelnicy otrzymują tu potężną porcję wiadomości na temat baz danych. Wiadomości te są praktyczne i autorom komiksu zależy na tym, by nikt nie miał problemu ze śledzeniem wyjaśnień. Tu schodzą z baśniowych motywów, pojawia się – wciąż pozostający w ramach komiksu rytm pytanie-odpowiedź, ewentualnie wątpliwość-wyjaśnienie. Bohaterowie korzystają z wiedzy wróżki i przejmują postawy odbiorców. Szukają sposobu, żeby dowiedzieć się jak najwięcej, ale w ich pytaniach nie ma chaosu: wszystko zostaje uporządkowane i przygotowane do sprawdzenia, czytelne przykłady służą wprowadzaniu nowych tematów oraz rodzajów działań. Odbiorcy dowiadują się też, po co w ogóle decydować się na korzystanie z baz danych – jak przekłada się to na zarządzanie firmą albo państwem. Wróżka w kolejnych rozdziałach rozbudowuje dane, wprowadza nowe definicje czy polecenia tak, żeby wyjaśnienia zapadły odbiorcom w pamięć. Ponadto po każdym rozdziale znajduje się esencja treści, tym razem już pozbawiony obrazków wyciąg z wiadomości i zarazem powtórzenie najważniejszych informacji. Takie rozwiązanie pozwala utrwalić świeżo zdobytą wiedzę. Odbiorcy mogą się też przekonać, czy bliższe są im podręcznikowe komentarze, czy nieco infantylne w formie – bo wtłoczone w mangowe ramki – takie same wyjaśnienia, ale rozbijane na dialogi. Można śledzić przygody wróżki i zyskać dodatkową płaszczyznę śmiechu – gry z konwencją – albo skupić się na tradycyjnej nauce. Dwutorowość w wyjaśnieniach nie przeszkadza, umożliwia określanie preferencji przy poznawaniu nowych tematów. Oczywiście niemożliwe jest potraktowanie książki jako publikacji czysto rozrywkowej, przygody księżniczki Ruruny nie są aż tak interesujące (mimo że śmieszne), żeby odbiorcy przebrnęli przez zawiłości informatyki – ale jeśli ktoś choćby odrobinę pragnął poznać tajniki baz danych, może wpaść w zachwyt. Nie ze względu na marketingowo nośny pomysł pożenienia komiksu i podręcznika – a przez realizację. Manga kierowana jest nie tylko do dorosłych – może wskazać młodzieży, czym warto się zająć.
Jest to tomik rozbudowany i rzetelnie przygotowywany. Napisany przystępnym językiem, uruchamiający pokłady dowcipu i nienudny w akcji, choć w dużej części oparty na schematach konstrukcyjnych. W sam raz na pierwsze spotkanie z problematyką baz danych.
Lekcja komputerowa
Bo to jest tak. Mangowa księżniczka musi się nauczyć tworzenia i zarządzania bazami danych, to umiejętność niezbędna, żeby zapanować nad tym, co dzieje się w królestwie. Ruruna jest ambitna i pasuje do dzisiejszych wizerunków odważnych i pomysłowych samodzielnych kobiet. Sama jednak nie poradzi sobie z zagadnieniem, nawet jeśli wspierać ją będzie wierny Cain. Tu nie wystarczy poznanie paru definicji czy prześledzenie kilku linijek kodu. Żeby nadrobić informatyczne zaległości, przyda się pomoc w postaci… wróżki. Z podręcznika wyfruwa takowa i staje się najlepszą nauczycielką dla Ruruny i Caina. Jest jednak pewien problem. Wróżki nikt poza tą dwójką nie może zobaczyć. Gdyby na zamku rozeszła się wieść, że księżniczka mówi do siebie… „Bazy danych” to pożenienie przeciwstawnych do tej pory kierunków działań autorów. Z jednej strony rozrywkowa forma, manga, specyficzny rodzaj komiksu i komizmu przy okazji. Fabuła przefiltrowana przez czytelne dla wszystkich stereotypy. Schematy scenariuszowe są tutaj wykorzystywane po przełamaniu, jako czynnik budzenia śmiechu. Księżniczka zakochuje się w mądrym i pracowitym chłopcu, na którego zawsze może liczyć, a książę-laluś, notoryczny podrywacz i narcyz dostaje (zasłużonego) kosza. Ta opowieść w osi fabularnej musi być upraszczana do granic możliwości i nastawiana na śmiech: nie ma miejsca na tworzenie skomplikowanych relacji, zresztą takie nie są w ogóle potrzebne bohaterom ani czytelnikom. Forma w tym wypadku ma tylko uzasadniać aspekt edukacyjny. Bo z drugiej strony czytelnicy otrzymują tu potężną porcję wiadomości na temat baz danych. Wiadomości te są praktyczne i autorom komiksu zależy na tym, by nikt nie miał problemu ze śledzeniem wyjaśnień. Tu schodzą z baśniowych motywów, pojawia się – wciąż pozostający w ramach komiksu rytm pytanie-odpowiedź, ewentualnie wątpliwość-wyjaśnienie. Bohaterowie korzystają z wiedzy wróżki i przejmują postawy odbiorców. Szukają sposobu, żeby dowiedzieć się jak najwięcej, ale w ich pytaniach nie ma chaosu: wszystko zostaje uporządkowane i przygotowane do sprawdzenia, czytelne przykłady służą wprowadzaniu nowych tematów oraz rodzajów działań. Odbiorcy dowiadują się też, po co w ogóle decydować się na korzystanie z baz danych – jak przekłada się to na zarządzanie firmą albo państwem. Wróżka w kolejnych rozdziałach rozbudowuje dane, wprowadza nowe definicje czy polecenia tak, żeby wyjaśnienia zapadły odbiorcom w pamięć. Ponadto po każdym rozdziale znajduje się esencja treści, tym razem już pozbawiony obrazków wyciąg z wiadomości i zarazem powtórzenie najważniejszych informacji. Takie rozwiązanie pozwala utrwalić świeżo zdobytą wiedzę. Odbiorcy mogą się też przekonać, czy bliższe są im podręcznikowe komentarze, czy nieco infantylne w formie – bo wtłoczone w mangowe ramki – takie same wyjaśnienia, ale rozbijane na dialogi. Można śledzić przygody wróżki i zyskać dodatkową płaszczyznę śmiechu – gry z konwencją – albo skupić się na tradycyjnej nauce. Dwutorowość w wyjaśnieniach nie przeszkadza, umożliwia określanie preferencji przy poznawaniu nowych tematów. Oczywiście niemożliwe jest potraktowanie książki jako publikacji czysto rozrywkowej, przygody księżniczki Ruruny nie są aż tak interesujące (mimo że śmieszne), żeby odbiorcy przebrnęli przez zawiłości informatyki – ale jeśli ktoś choćby odrobinę pragnął poznać tajniki baz danych, może wpaść w zachwyt. Nie ze względu na marketingowo nośny pomysł pożenienia komiksu i podręcznika – a przez realizację. Manga kierowana jest nie tylko do dorosłych – może wskazać młodzieży, czym warto się zająć.
Jest to tomik rozbudowany i rzetelnie przygotowywany. Napisany przystępnym językiem, uruchamiający pokłady dowcipu i nienudny w akcji, choć w dużej części oparty na schematach konstrukcyjnych. W sam raz na pierwsze spotkanie z problematyką baz danych.
środa, 10 października 2018
Diane Coyle: PKB. Krótka, lecz emocjonująca historia
PWN, Warszawa 2018.
Gospodarka w pigułce
Diane Coyle jest autorką, która - jako jedna z nielicznych - podejmuje się niezwykle trudnego zadania wyjaśnienia czytelnikom, czym jest kategoria stale powracająca w dyskursach polityków i specjalistów od ekonomii. Produkt Krajowy Brutto – PKB – to hasło, które powraca w mediach i jest wygodnym narzędziem do podawania informacji o wzroście gospodarczym, ewentualnie – o zmianach, jakie zaszły w ostatnim czasie w tym temacie. Tyle tylko, że większości zwykłych odbiorców hasło PKB, mimo że znane, niewiele w rzeczywistości mówi: to termin pozbawiony realnego znaczenia, a nawet - możliwości porównań. Staje się zatem pustym skrótowcem. Diane Coyle zdaje sobie sprawę z takiego stanu rzeczy i od tego wychodzi w swojej krótkiej publikacji “PKB. Krótka, lecz emocjonująca historia” - w nadziei, że przekona czytelników do tego pojęcia i przyczyni się w efekcie do lepszego zrozumienia doniesień medialnych. Stara się uwzględnić wartość PKB w zwyczajnym życiu, pokazać, jak przekłada się na codzienność - i udowodnić odbiorcom, że warto zaangażować się w poznawanie tajników PKB. Definicję oczywiście podaje na początku, uwzględniając rozmaite jej modyfikacje i dodatkowe objaśnienia: będzie tu autorka działać jak nauczyciel, tłumacząc zasady i związane z PKB kategorie. Świetnie zdaje sobie sprawę z rozmaitych zawiłości wokół terminu i jego interpretacji, pozwala zatem przyjrzeć się szczegółom. Odpowiada na niezadane pytania, rozwiewa wątpliwości. Odnosi się też do innych kategorii, zwłaszcza wprowadzanych w ostatnich latach medialnych próbach mierzenia poziomu szczęśliwości - i porównuje je z PKB.
Narracja jest przeglądem roli PKB od czasów sprzed stuleci. Takie podejście zapewnia Coyle brak zapętlania się na regułach i definicjach: autorka może przedstawiać zmiany i modyfikacje w obrębie PKB, a więc rodzaj ciekawostek, drogi, jaką przechodzili ekonomiści, żeby dochodzić do coraz lepszych rezultatów. Przyglądanie się gospodarkom z perspektywy PKB prowadzi do zadawania nośnych medialnie pytań (“czy Afryka jest biedna”). Podróż przez historię to analiza różnych kryzysów i wzlotów, ale i podejścia do statystyk czy gromadzenia danych. Autorka przygląda się zestawieniom PKB w różnych krajach, żeby uświadomić czytelnikom błędy w stosowaniu prostej arytmetyki do skomplikowanych ocen. Przy okazji niejako może odnotowywać, jak przemiany społeczne, kulturowe bądź historyczne wpływały na statystyki PKB, żeby odkryć, co powoduje jego wzrost. Zdarza się, że omawia różnice między oficjalnymi danymi a rzeczywistością. Właściwie nawet nie sam temat PKB pasjonuje ją najbardziej, co przyglądanie się przemianom gospodarczym: wykorzystuje PKB jako pretekst, żeby zatrzymać się nad wzajemnymi relacjami między zmianami w codzienności a gospodarką. Pisze prostym językiem i stawia na krótkie rozdziały (dzielone na jeszcze mniejsze części), nie zarzuca czytelników danymi liczbowymi, woli opisowość. Z rzadka posługuje się metaforami czy sformułowaniami z innych dziedzin, jeśli potrzebuje obrazowo opisać konkretną sytuację - z reguły wystarczają jej krótkie podsumowania i wyjaśnienia pozbawione przegadania. Jest ta publikacja precyzyjną opowieścią popularyzującą wiedzę o kategorii, która jest stale obecna w dyskursie publicznym, jednak przeciętnemu człowiekowi zwykle nie ujawnia swojego znaczenia. Oczywiście trudno tu mówić o “pasji” w samej lekturze, jednak jeśli ktoś potrzebuje informacji na temat istnienia PKB w gospodarce, znajdzie tu sporo wiadomości dostosowanych do lektury masowej.
Gospodarka w pigułce
Diane Coyle jest autorką, która - jako jedna z nielicznych - podejmuje się niezwykle trudnego zadania wyjaśnienia czytelnikom, czym jest kategoria stale powracająca w dyskursach polityków i specjalistów od ekonomii. Produkt Krajowy Brutto – PKB – to hasło, które powraca w mediach i jest wygodnym narzędziem do podawania informacji o wzroście gospodarczym, ewentualnie – o zmianach, jakie zaszły w ostatnim czasie w tym temacie. Tyle tylko, że większości zwykłych odbiorców hasło PKB, mimo że znane, niewiele w rzeczywistości mówi: to termin pozbawiony realnego znaczenia, a nawet - możliwości porównań. Staje się zatem pustym skrótowcem. Diane Coyle zdaje sobie sprawę z takiego stanu rzeczy i od tego wychodzi w swojej krótkiej publikacji “PKB. Krótka, lecz emocjonująca historia” - w nadziei, że przekona czytelników do tego pojęcia i przyczyni się w efekcie do lepszego zrozumienia doniesień medialnych. Stara się uwzględnić wartość PKB w zwyczajnym życiu, pokazać, jak przekłada się na codzienność - i udowodnić odbiorcom, że warto zaangażować się w poznawanie tajników PKB. Definicję oczywiście podaje na początku, uwzględniając rozmaite jej modyfikacje i dodatkowe objaśnienia: będzie tu autorka działać jak nauczyciel, tłumacząc zasady i związane z PKB kategorie. Świetnie zdaje sobie sprawę z rozmaitych zawiłości wokół terminu i jego interpretacji, pozwala zatem przyjrzeć się szczegółom. Odpowiada na niezadane pytania, rozwiewa wątpliwości. Odnosi się też do innych kategorii, zwłaszcza wprowadzanych w ostatnich latach medialnych próbach mierzenia poziomu szczęśliwości - i porównuje je z PKB.
Narracja jest przeglądem roli PKB od czasów sprzed stuleci. Takie podejście zapewnia Coyle brak zapętlania się na regułach i definicjach: autorka może przedstawiać zmiany i modyfikacje w obrębie PKB, a więc rodzaj ciekawostek, drogi, jaką przechodzili ekonomiści, żeby dochodzić do coraz lepszych rezultatów. Przyglądanie się gospodarkom z perspektywy PKB prowadzi do zadawania nośnych medialnie pytań (“czy Afryka jest biedna”). Podróż przez historię to analiza różnych kryzysów i wzlotów, ale i podejścia do statystyk czy gromadzenia danych. Autorka przygląda się zestawieniom PKB w różnych krajach, żeby uświadomić czytelnikom błędy w stosowaniu prostej arytmetyki do skomplikowanych ocen. Przy okazji niejako może odnotowywać, jak przemiany społeczne, kulturowe bądź historyczne wpływały na statystyki PKB, żeby odkryć, co powoduje jego wzrost. Zdarza się, że omawia różnice między oficjalnymi danymi a rzeczywistością. Właściwie nawet nie sam temat PKB pasjonuje ją najbardziej, co przyglądanie się przemianom gospodarczym: wykorzystuje PKB jako pretekst, żeby zatrzymać się nad wzajemnymi relacjami między zmianami w codzienności a gospodarką. Pisze prostym językiem i stawia na krótkie rozdziały (dzielone na jeszcze mniejsze części), nie zarzuca czytelników danymi liczbowymi, woli opisowość. Z rzadka posługuje się metaforami czy sformułowaniami z innych dziedzin, jeśli potrzebuje obrazowo opisać konkretną sytuację - z reguły wystarczają jej krótkie podsumowania i wyjaśnienia pozbawione przegadania. Jest ta publikacja precyzyjną opowieścią popularyzującą wiedzę o kategorii, która jest stale obecna w dyskursie publicznym, jednak przeciętnemu człowiekowi zwykle nie ujawnia swojego znaczenia. Oczywiście trudno tu mówić o “pasji” w samej lekturze, jednak jeśli ktoś potrzebuje informacji na temat istnienia PKB w gospodarce, znajdzie tu sporo wiadomości dostosowanych do lektury masowej.
poniedziałek, 8 października 2018
Mark Juddery: Coraz lepiej. Dlaczego świat nie schodzi na psy
PWN, Warszawa 2018.
Optymizm
Mark Juddery zamierza pocieszać tych wszystkich, którzy nie wierzą w poprawę losu i przekonywać, że mamy powody do radości - my, jako ludzie żyjący na przełomie wieków. Nie chce, żeby były to tylko puste słowa, więc zbiera argumenty przemawiające za taką tezą. “Coraz lepiej” to książka, w której mnożą się pokrzepiające wiadomości z przeróżnych dziedzin, niezależne od kraju czy sytuacji społeczno-politycznej. Świat dąży ku powszechnej szczęśliwości: niedługo nie będzie na co narzekać. To znaczy, owszem, autor nie wierzy w to, że ludzie przestaną narzekać: wie, że narzekanie jest wpisane w naszą naturę i świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że zawsze znajdzie się powód, nawet i taki, że jest za dobrze (więc pewnie wkrótce wszystko się zawali). Stawia jednak na niedopuszczanie do siebie i do narracji czarnych myśli, a w zamian proponuje niekończący się zestaw radości.
Rozdziały w tej książce są krótkie, bo też i Juddery nie zamierza w nieskończoność analizować wybranych przykładów ani wdawać się w szczegóły - bo jeszcze mogłoby się okazać, że zbierze za dużo dowodów przeciwko swojej odważnej i optymistycznej tezie. Zwięzłość przydaje mu się również jako źródło dowcipów - o wiele łatwiej o proste żarty w narracji, która nie jest przesadnie rozbudowana i nie przyćmi pomysłów. Na początek pokazuje, dlaczego ludzie są skłonni do narzekania czy oceniania świata gorzej niż na to zasługuje - podaje szereg przykładów, według których zawsze znajdzie się powód do niezadowolenia. Ale to tylko rodzaj szczepionki, uwrażliwienie czytelników na powody do radości. Za chwilę otrzymają całą książkę pocieszanek. Zaczyna od zmian w zakresie wojen i przywódców (“dzisiaj nikt nie jest Hitlerem”), przechodzi przez walkę z rasizmem lub uprzedzenia do osób niepełnosprawnych, homoseksualizm, prawa kobiet, morderstwa, pieniądze, internet, dostęp do wiedzy, choroby, głód, “dzisiejszą młodzież”, środowisko czy sport. Na końcu tej wyliczanki znajduje się ocena sytuacji w krajach, które do niedawna były uznawane za najgorsze do życia (sporo tu państw Afryki) - by po krótkiej analizie przeszłości dojść do wniosku, że sytuacja w większości tych miejsc się poprawia. Przy odpowiednim podejściu nawet plastikowe reklamówki stają się sygnałem zmian na lepsze, bo pierwotnie miał to być sposób na ograniczenie zapotrzebowania na kość słoniową. W “Coraz lepiej” wszystko zależy od perspektywy: jeśli ktoś znajdzie sobie powód do narzekania, Mark Juddery z pewnością wykaże, że kiedyś było inaczej, wcale nie tak dobrze, więc zmiany są konieczne i pokazują dobry kierunek. Żeby podtrzymać ton optymizmu, autor zachowuje się tak, jakby zdradzał czytelnikom wielkie sekrety i dowcipkował non stop. Nie brakuje mu tematów do zachwytów, ale jeśli coś zasługuje na bardziej złośliwy komentarz – z pewnością się go doczeka. Juddery potrafi zaakcentować puentę, bawi się ironią, nie pozwala czytelnikom na moment wytchnienia. Przekonuje, przekonuje, przekonuje i rozśmiesza, żeby jeszcze przychylniej nastawić do swojej opowieści. Snuje tę historię z przymrużeniem oka, świadomy, że nie wszyscy mu uwierzą. Ale znajduje oryginalny sposób na opowiedzenie o dokonaniach ludzkości i na ocenę pewnych dyskusyjnych kwestii z innej perspektywy. Nie ma tutaj banałów, raczej – szukanie nieoczywistych argumentów. “Coraz lepiej” to książkowy przerywnik, rodzaj gadżetu dla tych, którzy chcą sprawdzić, jak wyglądałaby opowieść optymisty o otaczającej go rzeczywistości.
Optymizm
Mark Juddery zamierza pocieszać tych wszystkich, którzy nie wierzą w poprawę losu i przekonywać, że mamy powody do radości - my, jako ludzie żyjący na przełomie wieków. Nie chce, żeby były to tylko puste słowa, więc zbiera argumenty przemawiające za taką tezą. “Coraz lepiej” to książka, w której mnożą się pokrzepiające wiadomości z przeróżnych dziedzin, niezależne od kraju czy sytuacji społeczno-politycznej. Świat dąży ku powszechnej szczęśliwości: niedługo nie będzie na co narzekać. To znaczy, owszem, autor nie wierzy w to, że ludzie przestaną narzekać: wie, że narzekanie jest wpisane w naszą naturę i świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że zawsze znajdzie się powód, nawet i taki, że jest za dobrze (więc pewnie wkrótce wszystko się zawali). Stawia jednak na niedopuszczanie do siebie i do narracji czarnych myśli, a w zamian proponuje niekończący się zestaw radości.
Rozdziały w tej książce są krótkie, bo też i Juddery nie zamierza w nieskończoność analizować wybranych przykładów ani wdawać się w szczegóły - bo jeszcze mogłoby się okazać, że zbierze za dużo dowodów przeciwko swojej odważnej i optymistycznej tezie. Zwięzłość przydaje mu się również jako źródło dowcipów - o wiele łatwiej o proste żarty w narracji, która nie jest przesadnie rozbudowana i nie przyćmi pomysłów. Na początek pokazuje, dlaczego ludzie są skłonni do narzekania czy oceniania świata gorzej niż na to zasługuje - podaje szereg przykładów, według których zawsze znajdzie się powód do niezadowolenia. Ale to tylko rodzaj szczepionki, uwrażliwienie czytelników na powody do radości. Za chwilę otrzymają całą książkę pocieszanek. Zaczyna od zmian w zakresie wojen i przywódców (“dzisiaj nikt nie jest Hitlerem”), przechodzi przez walkę z rasizmem lub uprzedzenia do osób niepełnosprawnych, homoseksualizm, prawa kobiet, morderstwa, pieniądze, internet, dostęp do wiedzy, choroby, głód, “dzisiejszą młodzież”, środowisko czy sport. Na końcu tej wyliczanki znajduje się ocena sytuacji w krajach, które do niedawna były uznawane za najgorsze do życia (sporo tu państw Afryki) - by po krótkiej analizie przeszłości dojść do wniosku, że sytuacja w większości tych miejsc się poprawia. Przy odpowiednim podejściu nawet plastikowe reklamówki stają się sygnałem zmian na lepsze, bo pierwotnie miał to być sposób na ograniczenie zapotrzebowania na kość słoniową. W “Coraz lepiej” wszystko zależy od perspektywy: jeśli ktoś znajdzie sobie powód do narzekania, Mark Juddery z pewnością wykaże, że kiedyś było inaczej, wcale nie tak dobrze, więc zmiany są konieczne i pokazują dobry kierunek. Żeby podtrzymać ton optymizmu, autor zachowuje się tak, jakby zdradzał czytelnikom wielkie sekrety i dowcipkował non stop. Nie brakuje mu tematów do zachwytów, ale jeśli coś zasługuje na bardziej złośliwy komentarz – z pewnością się go doczeka. Juddery potrafi zaakcentować puentę, bawi się ironią, nie pozwala czytelnikom na moment wytchnienia. Przekonuje, przekonuje, przekonuje i rozśmiesza, żeby jeszcze przychylniej nastawić do swojej opowieści. Snuje tę historię z przymrużeniem oka, świadomy, że nie wszyscy mu uwierzą. Ale znajduje oryginalny sposób na opowiedzenie o dokonaniach ludzkości i na ocenę pewnych dyskusyjnych kwestii z innej perspektywy. Nie ma tutaj banałów, raczej – szukanie nieoczywistych argumentów. “Coraz lepiej” to książkowy przerywnik, rodzaj gadżetu dla tych, którzy chcą sprawdzić, jak wyglądałaby opowieść optymisty o otaczającej go rzeczywistości.
piątek, 5 października 2018
Philip G. Zimbardo, Rosemary K. M. Sword: Żyj lepiej, kochaj mądrzej
PWN, Warszawa 2018.
Życiowe obserwacje
Różni się ta książka od typowych poradników pop z dziedziny psychologii, bardziej przypomina momentami podręcznik. Philip G. Zimbardo i Rosemary K. M. Sword poważnie traktują kwestię przybliżania czytelnikom życiowych wyborów i ich konsekwencji dla stanu psychiki. Chociaż nie zamierzają odbierać pracy psychologom, dążą do tego, by odbiorcy przynajmniej w części przypadków potrafili zdiagnozować swoje problemy i zaradzić innym, unikać powielania toksycznych scenariuszy oraz wypracować psychiczną równowagę. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, którą można polecić nawet bardzo wymagającym czytelnikom: gęsta od informacji, precyzyjna i przekonująca. Autorzy nie próbują tu odchodzić od standardów przyjętych w lekturach z tej dziedziny, jednak wszystko pogłębiają, unikają prostych porad bez wyjaśnień i dążą do tego, żeby czytelnicy pojęli mechanizmy działania, a nie tylko ich skutki. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, z której wiele podpowiedzi można w swoim życiu zastosować - trzeba jednak najpierw przejść przez lekturę i przemyśleć proponowane zmiany. Zimbardo i Sword odwołują się do zjawisk najczęściej spotykanych, sięgają tu do własnych praktyk i wybierają tematy, które cieszyły się największym powodzeniem wśród prasowych czytelników - wiedzą, że nikt nie szuka pomocy, kiedy jest mu dobrze i kiedy jest szczęśliwy, natomiast w sytuacjach kryzysowych przyda się pomocna dłoń. I taką dłoń do odbiorców wyciągają. Książka została podzielona na kilka tematycznych części, dominować ma teoria perspektywy czasu, ale dla odbiorców znacznie ważniejsze będą praktyczne realizacje scenariuszy. Autorzy odwołują się do relacji międzyludzkich i do charakterystycznych w określonych momentach reakcji czy relacji. Pokazują, jak zakończyć toksyczną relację, jak uwolnić się od złej przeszłości, a także - jakie negatywne skutki pociąga za sobą przyjęcie jednej z typowych postaw wobec trudności. Dalej uwagę skupiają na kilku łatwych do zaobserwowania sytuacjach: pokazują sytuację, w której ktoś jest dręczony (wszystko jedno: przez kolegów w szkole, małżonka czy przez szefa w pracy albo współpracowników), omawiają temat ostracyzmu i “niewidzialności” dla innych (to również sytuacja toksyczna, w której warto działać, by zachować zdrowie psychiczne). Tłumaczą, jak różne postawy wpływają na życie seksualne, jak podejście do rzeczywistości odwzorowuje się w procesie wychowywania dzieci (tu znowu pokazują szereg prawdopodobnych scenariuszy). Zajmują się tematem stresu - wywoływanego przez rozmaite czynniki – i jego wpływem na zdrowie człowieka.
Każdy rozdział został tu sensownie przygotowany: składa się przeważnie z obrazka rodzajowego, przykładu, który będzie zrozumiały dla wszystkich czytelników i mimo wysokiego stopnia uogólnienia - pozwoli odnaleźć w doświadczeniach bohaterów ślady własnych przeżyć, z wytłumaczenia przyczyn zachowań i wskazania drogi postępowania. Czasami dochodzą do tego jeszcze ramki z dodatkowymi wiadomościami czy kwestionariuszami w celu lepszego samopoznania. Takie podejście bardzo dobrze się sprawdza: można książkę czytać wybiórczo i szukać w niej rozwiązania własnych problemów, można też sięgać po konkretne wskazówki - albo próbować z całości wysnuć wnioski na temat typowych wyborów zwykłego człowieka. Autorzy pozostają blisko zwyczajnego życia, interesuje ich to, co codzienne i niewydumane. Z tego też względu sporą część “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” czyta się niemal jak powieść. To publikacja w sam raz dla czytelników, którzy cenią sobie konkrety i podpowiedzi w ramach psychologii.
Życiowe obserwacje
Różni się ta książka od typowych poradników pop z dziedziny psychologii, bardziej przypomina momentami podręcznik. Philip G. Zimbardo i Rosemary K. M. Sword poważnie traktują kwestię przybliżania czytelnikom życiowych wyborów i ich konsekwencji dla stanu psychiki. Chociaż nie zamierzają odbierać pracy psychologom, dążą do tego, by odbiorcy przynajmniej w części przypadków potrafili zdiagnozować swoje problemy i zaradzić innym, unikać powielania toksycznych scenariuszy oraz wypracować psychiczną równowagę. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, którą można polecić nawet bardzo wymagającym czytelnikom: gęsta od informacji, precyzyjna i przekonująca. Autorzy nie próbują tu odchodzić od standardów przyjętych w lekturach z tej dziedziny, jednak wszystko pogłębiają, unikają prostych porad bez wyjaśnień i dążą do tego, żeby czytelnicy pojęli mechanizmy działania, a nie tylko ich skutki. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, z której wiele podpowiedzi można w swoim życiu zastosować - trzeba jednak najpierw przejść przez lekturę i przemyśleć proponowane zmiany. Zimbardo i Sword odwołują się do zjawisk najczęściej spotykanych, sięgają tu do własnych praktyk i wybierają tematy, które cieszyły się największym powodzeniem wśród prasowych czytelników - wiedzą, że nikt nie szuka pomocy, kiedy jest mu dobrze i kiedy jest szczęśliwy, natomiast w sytuacjach kryzysowych przyda się pomocna dłoń. I taką dłoń do odbiorców wyciągają. Książka została podzielona na kilka tematycznych części, dominować ma teoria perspektywy czasu, ale dla odbiorców znacznie ważniejsze będą praktyczne realizacje scenariuszy. Autorzy odwołują się do relacji międzyludzkich i do charakterystycznych w określonych momentach reakcji czy relacji. Pokazują, jak zakończyć toksyczną relację, jak uwolnić się od złej przeszłości, a także - jakie negatywne skutki pociąga za sobą przyjęcie jednej z typowych postaw wobec trudności. Dalej uwagę skupiają na kilku łatwych do zaobserwowania sytuacjach: pokazują sytuację, w której ktoś jest dręczony (wszystko jedno: przez kolegów w szkole, małżonka czy przez szefa w pracy albo współpracowników), omawiają temat ostracyzmu i “niewidzialności” dla innych (to również sytuacja toksyczna, w której warto działać, by zachować zdrowie psychiczne). Tłumaczą, jak różne postawy wpływają na życie seksualne, jak podejście do rzeczywistości odwzorowuje się w procesie wychowywania dzieci (tu znowu pokazują szereg prawdopodobnych scenariuszy). Zajmują się tematem stresu - wywoływanego przez rozmaite czynniki – i jego wpływem na zdrowie człowieka.
Każdy rozdział został tu sensownie przygotowany: składa się przeważnie z obrazka rodzajowego, przykładu, który będzie zrozumiały dla wszystkich czytelników i mimo wysokiego stopnia uogólnienia - pozwoli odnaleźć w doświadczeniach bohaterów ślady własnych przeżyć, z wytłumaczenia przyczyn zachowań i wskazania drogi postępowania. Czasami dochodzą do tego jeszcze ramki z dodatkowymi wiadomościami czy kwestionariuszami w celu lepszego samopoznania. Takie podejście bardzo dobrze się sprawdza: można książkę czytać wybiórczo i szukać w niej rozwiązania własnych problemów, można też sięgać po konkretne wskazówki - albo próbować z całości wysnuć wnioski na temat typowych wyborów zwykłego człowieka. Autorzy pozostają blisko zwyczajnego życia, interesuje ich to, co codzienne i niewydumane. Z tego też względu sporą część “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” czyta się niemal jak powieść. To publikacja w sam raz dla czytelników, którzy cenią sobie konkrety i podpowiedzi w ramach psychologii.
wtorek, 2 października 2018
Chip Espinoza, Mick Ukleja: Zarządzanie milenialsami
PWN, Warszawa 2018.
Bez rodziców
Bardzo wychwalają milenialsów autorzy książki “Zarządzanie milenialsami”. Wygląda to trochę tak, jakby za wszelką cenę chcieli przekonać do siebie tę grupę wchodzącą obecnie na rynek pracy – i usiłowali kupić ją pochlebstwami. W dodatku pochlebstwami w ogóle nieumotywowanymi: po prostu są przekonani, że milenialsi należą do cudownego pokolenia i to przekonanie podtrzymują w narracji, ale nie podają żadnego dowodu na poparcie tej tezy. Idzie za tym w naturalny sposób nieufność części czytelników: tu huraoptymizm i sztuczny entuzjazm trochę nie pasują, nawet jeśli sprawdzają się w poradnikowej konwencji książki. Chris Espinoza i Mick Ukleja przekonują, że zarządzanie milenialsami może momentami do łatwych nie należy, ale warto podjąć wysiłek, bo... milenialsi są wspaniali. Nie jest to wymarzona argumentacja dla kogoś, kto musi radzić sobie z wyzwaniami w pracy i zarządzać grupą nastawionych roszczeniowo, pewnych siebie i niecierpliwych młodych ludzi. Bo o wadach milenialsów też jest tu mowa – wiadomo, że uogólnianie i stereotypy to nie idealny sposób na przedstawianie charakterystyki pokolenia, ale wiadomo też, że nie da się inaczej, jeśli chce się wyznaczać specyfikę grupy. W każdym razie milenialsi nie uznają autorytetów, nie mają doświadczenia, źle sobie radzą z przyjmowaniem krytyki... lista zarzutów pod ich adresem stale się wydłuża, ale przez cały czas autorzy tomu twardo pozostają na stanowisku, że mimo wszystko warto w milenialsów inwestować, a to zarządzający mają się dostosować do nowych warunków. O elastyczności menadżerów i umiejętnościach reagowania na nieoczekiwane problemy jest większa część tomu. Wskazówki bywają naprawdę banalne i niekoniecznie wiążą się z milenialsami jako takimi, raczej powinny być stosowane w szerszych relacjach z pracownikami - chociaż to obecność milenialsów i ich roszczeniowe postawy wyzwoliły potrzebę wprowadzenia owych zaleceń. Tu wychodzi na jaw przeznaczenie książki: rzeczywiście jest to podręcznik dla kadry menadżerskiej, która do problemu nie podejdzie w sposób kreatywny, a potrzebuje podstaw, udokumentowania nieszablonowych działań. Ale trzeba przyznać, że polityka ustępowania milenialsom we wszystkim nie brzmi zbyt zachęcająco, zwłaszcza jeśli w parze z nią idzie wychwalanie bez podstaw.
Trochę wygląda to tak, jakby autorzy – tak bardzo ceniący milenialsów - jednocześnie sugerowali, że mają do czynienia z dziećmi (mimo że dyskryminacja ze względu na wiek to jeden z podstawowych tematów w przestrogach). Milenialsi są kapryśni, obrażają się, kiedy zwróci im się uwagę, wszystko chcą robić po swojemu, a w skrajnych przypadkach u szefów... interweniują ich rodzice. Trzeba będzie rzeczywiście chcących pracować nad sobą przedstawicieli tej generacji, żeby lektura przyniosła korzyści: chociaż teoretycznie książka jest kierowana do ich szefów z innego pokolenia. Styl narracji jednak został dopasowany do poradników, nie ma tu ani skomplikowanych zwrotów, ani niepotrzebnych opisów, są wyliczenia, tabelki, podkreślenia co ważniejszych treści. Można by z powodzeniem zrezygnować natomiast z podawania cytatów podsumowujących problemy lub rozwiązania problemów w różnicy pokoleń. Te wypowiedzi nic nowego do treści nie wnoszą, za to męcząco powtarzają jeden i ten sam temat (zresztą zostały dobrane jako udokumentowanie konkretnego przykładu). “Zarządzanie milenialsami” to książka, w której znaleźć można całkiem sporo praktycznych uwag na temat pracy z nową na rynku generacją: przyda się jednak również nastawienie na szukanie własnych rozwiązań.
Bez rodziców
Bardzo wychwalają milenialsów autorzy książki “Zarządzanie milenialsami”. Wygląda to trochę tak, jakby za wszelką cenę chcieli przekonać do siebie tę grupę wchodzącą obecnie na rynek pracy – i usiłowali kupić ją pochlebstwami. W dodatku pochlebstwami w ogóle nieumotywowanymi: po prostu są przekonani, że milenialsi należą do cudownego pokolenia i to przekonanie podtrzymują w narracji, ale nie podają żadnego dowodu na poparcie tej tezy. Idzie za tym w naturalny sposób nieufność części czytelników: tu huraoptymizm i sztuczny entuzjazm trochę nie pasują, nawet jeśli sprawdzają się w poradnikowej konwencji książki. Chris Espinoza i Mick Ukleja przekonują, że zarządzanie milenialsami może momentami do łatwych nie należy, ale warto podjąć wysiłek, bo... milenialsi są wspaniali. Nie jest to wymarzona argumentacja dla kogoś, kto musi radzić sobie z wyzwaniami w pracy i zarządzać grupą nastawionych roszczeniowo, pewnych siebie i niecierpliwych młodych ludzi. Bo o wadach milenialsów też jest tu mowa – wiadomo, że uogólnianie i stereotypy to nie idealny sposób na przedstawianie charakterystyki pokolenia, ale wiadomo też, że nie da się inaczej, jeśli chce się wyznaczać specyfikę grupy. W każdym razie milenialsi nie uznają autorytetów, nie mają doświadczenia, źle sobie radzą z przyjmowaniem krytyki... lista zarzutów pod ich adresem stale się wydłuża, ale przez cały czas autorzy tomu twardo pozostają na stanowisku, że mimo wszystko warto w milenialsów inwestować, a to zarządzający mają się dostosować do nowych warunków. O elastyczności menadżerów i umiejętnościach reagowania na nieoczekiwane problemy jest większa część tomu. Wskazówki bywają naprawdę banalne i niekoniecznie wiążą się z milenialsami jako takimi, raczej powinny być stosowane w szerszych relacjach z pracownikami - chociaż to obecność milenialsów i ich roszczeniowe postawy wyzwoliły potrzebę wprowadzenia owych zaleceń. Tu wychodzi na jaw przeznaczenie książki: rzeczywiście jest to podręcznik dla kadry menadżerskiej, która do problemu nie podejdzie w sposób kreatywny, a potrzebuje podstaw, udokumentowania nieszablonowych działań. Ale trzeba przyznać, że polityka ustępowania milenialsom we wszystkim nie brzmi zbyt zachęcająco, zwłaszcza jeśli w parze z nią idzie wychwalanie bez podstaw.
Trochę wygląda to tak, jakby autorzy – tak bardzo ceniący milenialsów - jednocześnie sugerowali, że mają do czynienia z dziećmi (mimo że dyskryminacja ze względu na wiek to jeden z podstawowych tematów w przestrogach). Milenialsi są kapryśni, obrażają się, kiedy zwróci im się uwagę, wszystko chcą robić po swojemu, a w skrajnych przypadkach u szefów... interweniują ich rodzice. Trzeba będzie rzeczywiście chcących pracować nad sobą przedstawicieli tej generacji, żeby lektura przyniosła korzyści: chociaż teoretycznie książka jest kierowana do ich szefów z innego pokolenia. Styl narracji jednak został dopasowany do poradników, nie ma tu ani skomplikowanych zwrotów, ani niepotrzebnych opisów, są wyliczenia, tabelki, podkreślenia co ważniejszych treści. Można by z powodzeniem zrezygnować natomiast z podawania cytatów podsumowujących problemy lub rozwiązania problemów w różnicy pokoleń. Te wypowiedzi nic nowego do treści nie wnoszą, za to męcząco powtarzają jeden i ten sam temat (zresztą zostały dobrane jako udokumentowanie konkretnego przykładu). “Zarządzanie milenialsami” to książka, w której znaleźć można całkiem sporo praktycznych uwag na temat pracy z nową na rynku generacją: przyda się jednak również nastawienie na szukanie własnych rozwiązań.
sobota, 29 września 2018
Grady Klein, Alan Dabney: Komiksowe wprowadzenie do statystyki
PWN, Warszawa 2018.
Nosorożce w akcji
Pomysł świetny (chociaż nie oryginalny), realizacja w punkt. “Komiksowe wprowadzenie do statystyki” mogłoby sprawić, że wszyscy zostaną statystykami, a do tego pojmą sensowność codziennego podawania rozmaitych zestawień przez media. Będzie w tej, dosyć obszernej, ale nie nudnej książce mnóstwo śmiechu i zgrabnie podawanych wiadomości, będzie wiele wyjaśnień, które zapadną w pamięć dzięki absurdalnym przykładom i lekkości. To jak skrypt przerobiony na komedię - można się z niego uczyć podstaw statystyki właściwie bezwysiłkowo, bo wystarczy skupienie na podawanych treściach, można też sięgnąć po lekturę z ciekawości i cieszyć się prezentowanymi wizjami pełnymi żartów - a przy okazji zrozumieć co nieco z istoty obliczeń statystycznych i wyciągania wniosków.
W tej książce rzuca się jaszczurkami w mężów i pakuje nosorożce po kilkadziesiąt do worków, sprawdza się, czy wampiry mają nieświeży oddech po ugryzieniu cukrzyków, organizuje się konkurs lotów na smokach i odwiedza stodołę pełną wyimaginowanych robaków. W pewnym momencie odbiorcy w ogóle zaczną czekać na to, co jeszcze uda się wymyślić autorom. Niektóre motywy służą za kanwę rozdziałów - odwołania do nich pozwalają obrazowo omówić wybrane zagadnienie ze statystyki. Inne pojawiają się w formie pojedynczych obrazków - nie znaczy to jednak, że są gorsze czy mniej ciekawe – tu odbiorcy nie będą chcieli opuścić żadnego rysunku. Spodoba im się to tak samo jak choćby przygody Dilberta, mimo że cel jest odrobinę inny, bo poza rozrywkowym jeszcze – edukacyjny.
Nie ma jednej fabuły. Całość nastawiona jest na wykład, przez strony przewijają się pasjonaci statystyki, szaleni uczeni, którzy entuzjastycznie wykrzykują swoje odkrycia. Nie ma też stałej liczby kadrów na stronie. Pojawia się konkretne wyjaśnienie - bardzo krótkie, przygotowane tak, by nie budziło wątpliwości i zapadało w pamięć. Żeby mnemotechnika była skuteczna, rozbija się owo wyjaśnienie na zestaw kilku rysunków, których każdy jest dowcipnym podsumowaniem, puentą do wyjaśnienia i jednocześnie skojarzeniem poza nudnymi podręcznikami. Tu bohaterowie dokonują wartościowych odkryć, powtarzają zdobyte wiadomości mimochodem przy innej okazji. Nie ma przeładowania tekstem, notatki zajęłyby pewnie kilka stron (nie licząc dodatku po właściwej części książki) - ale z tej publikacji nie ma sensu robić notatek, wszystko zapamiętuje się samo dzięki śmiechowi.
Rysunki nie należą do starannie dopracowywanych - bliżej im do bazgrołów z zeszytów szkolnych niż do precyzji Charlesa M. Schulza. Dzięki swobodnemu traktowaniu konturów zyskują dynamikę, tak potrzebną, kiedy książka ma spełniać założenia edukacyjne – owa dynamika bardzo pasuje również do podsycania śmiechu. Autorzy dbają o to, by żaden rysunek nie był przypadkowy i by żaden nie spowalniał tempa opowieści. Eliminują to, co zbędne, żeby uzyskać abstrakt z wiedzy połączony z najlepszą esencją żartów. “Komiksowe wprowadzenie do statystyki” jako tytuł może brzmieć odstraszająco, ale warto do tej książki zajrzeć i przekonać się, jak wygląda zabawa nauką. To publikacja dla ciekawych, dla szukających inteligentnej rozrywki i ceniących sobie ironię. Bardzo wciąga, chociaż pewnie nie każdego z tych samych powodów. Realizacja pomysłu - najlepsza, jaką można sobie wyobrazić.
Nosorożce w akcji
Pomysł świetny (chociaż nie oryginalny), realizacja w punkt. “Komiksowe wprowadzenie do statystyki” mogłoby sprawić, że wszyscy zostaną statystykami, a do tego pojmą sensowność codziennego podawania rozmaitych zestawień przez media. Będzie w tej, dosyć obszernej, ale nie nudnej książce mnóstwo śmiechu i zgrabnie podawanych wiadomości, będzie wiele wyjaśnień, które zapadną w pamięć dzięki absurdalnym przykładom i lekkości. To jak skrypt przerobiony na komedię - można się z niego uczyć podstaw statystyki właściwie bezwysiłkowo, bo wystarczy skupienie na podawanych treściach, można też sięgnąć po lekturę z ciekawości i cieszyć się prezentowanymi wizjami pełnymi żartów - a przy okazji zrozumieć co nieco z istoty obliczeń statystycznych i wyciągania wniosków.
W tej książce rzuca się jaszczurkami w mężów i pakuje nosorożce po kilkadziesiąt do worków, sprawdza się, czy wampiry mają nieświeży oddech po ugryzieniu cukrzyków, organizuje się konkurs lotów na smokach i odwiedza stodołę pełną wyimaginowanych robaków. W pewnym momencie odbiorcy w ogóle zaczną czekać na to, co jeszcze uda się wymyślić autorom. Niektóre motywy służą za kanwę rozdziałów - odwołania do nich pozwalają obrazowo omówić wybrane zagadnienie ze statystyki. Inne pojawiają się w formie pojedynczych obrazków - nie znaczy to jednak, że są gorsze czy mniej ciekawe – tu odbiorcy nie będą chcieli opuścić żadnego rysunku. Spodoba im się to tak samo jak choćby przygody Dilberta, mimo że cel jest odrobinę inny, bo poza rozrywkowym jeszcze – edukacyjny.
Nie ma jednej fabuły. Całość nastawiona jest na wykład, przez strony przewijają się pasjonaci statystyki, szaleni uczeni, którzy entuzjastycznie wykrzykują swoje odkrycia. Nie ma też stałej liczby kadrów na stronie. Pojawia się konkretne wyjaśnienie - bardzo krótkie, przygotowane tak, by nie budziło wątpliwości i zapadało w pamięć. Żeby mnemotechnika była skuteczna, rozbija się owo wyjaśnienie na zestaw kilku rysunków, których każdy jest dowcipnym podsumowaniem, puentą do wyjaśnienia i jednocześnie skojarzeniem poza nudnymi podręcznikami. Tu bohaterowie dokonują wartościowych odkryć, powtarzają zdobyte wiadomości mimochodem przy innej okazji. Nie ma przeładowania tekstem, notatki zajęłyby pewnie kilka stron (nie licząc dodatku po właściwej części książki) - ale z tej publikacji nie ma sensu robić notatek, wszystko zapamiętuje się samo dzięki śmiechowi.
Rysunki nie należą do starannie dopracowywanych - bliżej im do bazgrołów z zeszytów szkolnych niż do precyzji Charlesa M. Schulza. Dzięki swobodnemu traktowaniu konturów zyskują dynamikę, tak potrzebną, kiedy książka ma spełniać założenia edukacyjne – owa dynamika bardzo pasuje również do podsycania śmiechu. Autorzy dbają o to, by żaden rysunek nie był przypadkowy i by żaden nie spowalniał tempa opowieści. Eliminują to, co zbędne, żeby uzyskać abstrakt z wiedzy połączony z najlepszą esencją żartów. “Komiksowe wprowadzenie do statystyki” jako tytuł może brzmieć odstraszająco, ale warto do tej książki zajrzeć i przekonać się, jak wygląda zabawa nauką. To publikacja dla ciekawych, dla szukających inteligentnej rozrywki i ceniących sobie ironię. Bardzo wciąga, chociaż pewnie nie każdego z tych samych powodów. Realizacja pomysłu - najlepsza, jaką można sobie wyobrazić.
piątek, 28 września 2018
Chip Espinoza, Joel Schwarzbart: Milenialsi zarządzają
PWN, Warszawa 2018.
Kariera najmłodszych
Rynek pracy ciągle się zmienia, a mają na to wpływ również kolejne pokolenia wkraczające w korposzeregi. Dostęp do mediów elektronicznych, zmiany w edukacji czy nastawienie na relacje międzyludzkie a nie na tradycje – to wszystko sprawia, że kariery młodszych stają się obiektem badań socjologów. “Milenialsi zarządzają” to jedna z książek opartych na takich obserwacjach – ale też próba gloryfikowania młodego pokolenia “szefów”. Autorzy – Chip Espinoza i Joel Schwarzbart wychodzą z założenia, że milenialsom należy się najwyższe uznanie: spoglądają na przedstawicieli generacji Y z zachwytem i nawet nie próbują owego zachwytu uzasadniać czy zaszczepiać czytelnikom. Entuzjazm staje się rodzajem kodu, sposobem dotarcia do grupy docelowej, którą też są milenialsi: autorzy szukają prostego chwytu, który zapewniłby im uwagę na czas trwania opowieści (stosunkowo krótkiej i skondensowanej). Zachwyt i wsparcie – to dwa motywy, którymi się posługują. Uważają, że milenialsi mają wszelkie predyspozycje do tego, żeby kierować swoimi zespołami - i że poradzą sobie z wyzwaniami. Sprawdzają jednocześnie, z jakimi zarzutami przeważnie spotykają się młodzi na wysokich stanowiskach – i podpowiadają, jak taki stan rzeczy zmieniać, żeby nie stracić szacunku podwładnych.
Najpierw autorzy zachęcają do ciągłego podnoszenia kwalifikacji, do nieustawania w byciu coraz lepszym i do poszerzania horyzontów. Nie ma tutaj stagnacji, czekania na awans lub rezygnowania z nowości: wszystko może posłużyć do poprawienia swojej pozycji na rynku pracy, trzeba tylko nie bać się ryzyka i sięgać po swoje. Milenialsom wprawdzie pewności siebie nie brakuje – to generacja, która na rynek pracy wchodzi bez kompleksów - ale i tak pewne elementy z dawnych struktur i układów mogą frustrować czy zniechęcać do działania. I dlatego właśnie autorzy zbierają informacje na temat postrzegania milenialsów na kierowniczych stanowiskach przez ich podwładnych. Dwie kategorie podlegają tu ocenie: jedna to pracownicy o całe pokolenia starsi, ci, którzy myślą schematami, są konserwatywnie nastawieni i trudno im podporządkować się człowiekowi bez doświadczenia (za to niecierpliwemu i entuzjastycznie nastawionemu do obowiązków), druga to rówieśnicy milenialsa, który został awansowany i teraz ma odpowiadać za grupę dawnych przyjaciół. W obu przypadkach pojawiają się problemy, z którymi trudno sobie bez pomocy poradzić. Nie dziwią zatem rozdziały gromadzące uwagi na temat plusów i minusów bycia szefem poniżej 35 roku życia, porady i wskazówki w postępowaniu z ludźmi. Milenialsi muszą - poza energią i witalnością - wykazać się również cechami, których do tej pory nie mieli często jak nabyć. Tu znajdą szereg przydatnych podpowiedzi. Autorzy odwołują się też do wielkich słów i wartości - poruszają kwestię autentyczności, godności, szacunku, albo samego procesu komunikacji. Odkrywają niby oczywiste sprawy: część odbiorców spoza grona docelowego może nawet znużyć uporczywe wracanie do tego, co wydawałoby się naturalne i zrozumiałe - ale wszystko po to, żeby podrzucić czytelnikom drogi postępowania. Zarządzanie ludźmi to już samo w sobie niezwykle trudne i wymagające wyczucia zajęcie - jeśli doda się do wyzwań stereotypowe oceny związane z wiekiem szefa, ilość problemów do przeskoczenia potęguje się. Nic dziwnego, że twórcy tej książki tak mocno próbują dopingować milenialsów i budować ich wiarę we własne możliwości. Jest to trochę poradnik, trochę książka motywacyjna – a dla czytelników z zewnątrz również próba scharakteryzowania pewnego pokolenia wkraczającego na rynek pracy.
Kariera najmłodszych
Rynek pracy ciągle się zmienia, a mają na to wpływ również kolejne pokolenia wkraczające w korposzeregi. Dostęp do mediów elektronicznych, zmiany w edukacji czy nastawienie na relacje międzyludzkie a nie na tradycje – to wszystko sprawia, że kariery młodszych stają się obiektem badań socjologów. “Milenialsi zarządzają” to jedna z książek opartych na takich obserwacjach – ale też próba gloryfikowania młodego pokolenia “szefów”. Autorzy – Chip Espinoza i Joel Schwarzbart wychodzą z założenia, że milenialsom należy się najwyższe uznanie: spoglądają na przedstawicieli generacji Y z zachwytem i nawet nie próbują owego zachwytu uzasadniać czy zaszczepiać czytelnikom. Entuzjazm staje się rodzajem kodu, sposobem dotarcia do grupy docelowej, którą też są milenialsi: autorzy szukają prostego chwytu, który zapewniłby im uwagę na czas trwania opowieści (stosunkowo krótkiej i skondensowanej). Zachwyt i wsparcie – to dwa motywy, którymi się posługują. Uważają, że milenialsi mają wszelkie predyspozycje do tego, żeby kierować swoimi zespołami - i że poradzą sobie z wyzwaniami. Sprawdzają jednocześnie, z jakimi zarzutami przeważnie spotykają się młodzi na wysokich stanowiskach – i podpowiadają, jak taki stan rzeczy zmieniać, żeby nie stracić szacunku podwładnych.
Najpierw autorzy zachęcają do ciągłego podnoszenia kwalifikacji, do nieustawania w byciu coraz lepszym i do poszerzania horyzontów. Nie ma tutaj stagnacji, czekania na awans lub rezygnowania z nowości: wszystko może posłużyć do poprawienia swojej pozycji na rynku pracy, trzeba tylko nie bać się ryzyka i sięgać po swoje. Milenialsom wprawdzie pewności siebie nie brakuje – to generacja, która na rynek pracy wchodzi bez kompleksów - ale i tak pewne elementy z dawnych struktur i układów mogą frustrować czy zniechęcać do działania. I dlatego właśnie autorzy zbierają informacje na temat postrzegania milenialsów na kierowniczych stanowiskach przez ich podwładnych. Dwie kategorie podlegają tu ocenie: jedna to pracownicy o całe pokolenia starsi, ci, którzy myślą schematami, są konserwatywnie nastawieni i trudno im podporządkować się człowiekowi bez doświadczenia (za to niecierpliwemu i entuzjastycznie nastawionemu do obowiązków), druga to rówieśnicy milenialsa, który został awansowany i teraz ma odpowiadać za grupę dawnych przyjaciół. W obu przypadkach pojawiają się problemy, z którymi trudno sobie bez pomocy poradzić. Nie dziwią zatem rozdziały gromadzące uwagi na temat plusów i minusów bycia szefem poniżej 35 roku życia, porady i wskazówki w postępowaniu z ludźmi. Milenialsi muszą - poza energią i witalnością - wykazać się również cechami, których do tej pory nie mieli często jak nabyć. Tu znajdą szereg przydatnych podpowiedzi. Autorzy odwołują się też do wielkich słów i wartości - poruszają kwestię autentyczności, godności, szacunku, albo samego procesu komunikacji. Odkrywają niby oczywiste sprawy: część odbiorców spoza grona docelowego może nawet znużyć uporczywe wracanie do tego, co wydawałoby się naturalne i zrozumiałe - ale wszystko po to, żeby podrzucić czytelnikom drogi postępowania. Zarządzanie ludźmi to już samo w sobie niezwykle trudne i wymagające wyczucia zajęcie - jeśli doda się do wyzwań stereotypowe oceny związane z wiekiem szefa, ilość problemów do przeskoczenia potęguje się. Nic dziwnego, że twórcy tej książki tak mocno próbują dopingować milenialsów i budować ich wiarę we własne możliwości. Jest to trochę poradnik, trochę książka motywacyjna – a dla czytelników z zewnątrz również próba scharakteryzowania pewnego pokolenia wkraczającego na rynek pracy.
niedziela, 16 września 2018
Bożena Fabiani: Rzym. Wędrówki z historią w tle
PWN, Warszawa 2018.
Historia na każdym kroku
Bożena Fabiani dała się czytelnikom poznać jako autorka niezrównanych gawęd o sztuce, teraz jednak sięga po opowieść o mieście - i to nie byle którym. Rzym w jej książce zamienia się w miejsce, jakie można poznawać bez końca i wciąż mieć powody do zachwytu. Autorka podąża wytyczanymi dla turystów szlakami tylko po to, żeby co chwilę z nich zbaczać, zaglądać do zamkniętych pomieszczeń, wkręcać się w obce wycieczki, zerkać przez uchylone okna, wpadać tam, gdzie na budowie odkryto właśnie ślady przeszłości. Wiele razy reaguje po prostu na nieoficjalne informacje o nowych znaleziskach, spotyka się z mieszkańcami, którzy podczas remontu odsłonili pod tynkiem freski sprzed wieków. Sprawdza reakcje na podobne rewelacje miejscowych i porównuje z emocjami tych, którzy przybyli do Rzymu w poszukiwaniu sztuki. Łączy wiedzę podręcznikowo-przewodnikową z własnymi wędrówkami po Wiecznym Mieście - i to najlepiej się sprawdza. W efekcie tom “Rzym. Wędrówki z historią w tle” bije na głowę wszelkie gawędy tej autorki – staje się najlepszą szansą na poznawanie ciekawostek związanych z kulturą i sztuką.
Dla spragnionych szybkiej wycieczki autorka proponuje zestaw skondensowany: na stronie mieści informacje, co, kiedy i gdzie zobaczyć - ale to już epilog książki. Pozwala jednak Bożena Fabiani odbywać niezwykłą literacką podróż bez ruszania się z domu. Jej uwagi zachęcają do natychmiastowej podróży, ale dostarczają też - obok zestawu wiadomości, anegdot i plotek - miłej lektury. Są dobrze napisane i umożliwiają czytanie dla rozrywki. To oznacza, że Bożena Fabiani unika dyskursów naukowych i beznamiętnych relacji znanych z podręczników. Angażuje się w opowieść i wplata w nią akcenty autobiograficzne (a może po prostu wrażenia turystki wyczulonej na piękno), tworzy minireportaże z kolejnych odkryć i nie pozwala z obojętnością przejść do porządku dziennego nad zabytkami.
Gawędy są osobnymi opowieściami z nadrzędnym tematem, w dużej części książki ów temat odwołuje się do sztuki sakralnej – i tak autorka wyrusza śladami pierwszych apostołów, genezą architektury kościołów i bazylik, ale też zajrzy do katakumb, sprawdzi, jak dzisiaj funkcjonują miejsca pochówku (robi wrażenie zwłaszcza cmentarz przerobiony na magazyn restauracji). Odkrywa ślady antyku i baroku, przygląda się też obyczajom. Bardzo wyczulona jest na urok drobiazgów: często zwraca uwagę odbiorców na drobny akcent w rzeźbie czy mozaice, wzruszający dowód zwyczajności utrwalonej w arcydziele. Nie poprzestaje na zachwytach estetycznych, bardzo zależy jej na przekazywaniu wiadomości o twórcach. Omawia więc obrazy, rzeźby, budowle i topografię miasta, ale zawsze starając się, żeby jakiś fragment przekazu odwoływał się do uczuć czytelników. Zaangażuje w lekturę zatem albo “ludzkimi” przywarami twórców, albo zdradzaniem ich sekretów bądź wykorzystywanych w dziełach nowatorskich rozwiązań. Jeśli wyłapie ciekawostkę w życiorysie - na tym może osnuć swoją opowieść. Jeżeli jednak już nie ma punktu zaczepienia w biografii albo anegdocie, zawsze może posłużyć się swoimi przygodami na drodze do artefaktu. Zwykle jednak historia dostarcza odpowiednio dużo materiałów do stworzenia barwnej i zabawnej relacji. Nie zauważa się w tej książce upływu czasu, ani ogromu wiadomości: to wszystko toczy się przy okazji. Lektura to zatem rozrywkowa, ale i przesycona danymi. Do tego Bożena Fabiani dba o odpowiednią liczbę reprodukcji i zdjęć, które pozwalają na lepsze zapamiętanie wiadomości i sprawdzenie, co właściwie świadczy o potędze kulturalnej Rzymu.
Historia na każdym kroku
Bożena Fabiani dała się czytelnikom poznać jako autorka niezrównanych gawęd o sztuce, teraz jednak sięga po opowieść o mieście - i to nie byle którym. Rzym w jej książce zamienia się w miejsce, jakie można poznawać bez końca i wciąż mieć powody do zachwytu. Autorka podąża wytyczanymi dla turystów szlakami tylko po to, żeby co chwilę z nich zbaczać, zaglądać do zamkniętych pomieszczeń, wkręcać się w obce wycieczki, zerkać przez uchylone okna, wpadać tam, gdzie na budowie odkryto właśnie ślady przeszłości. Wiele razy reaguje po prostu na nieoficjalne informacje o nowych znaleziskach, spotyka się z mieszkańcami, którzy podczas remontu odsłonili pod tynkiem freski sprzed wieków. Sprawdza reakcje na podobne rewelacje miejscowych i porównuje z emocjami tych, którzy przybyli do Rzymu w poszukiwaniu sztuki. Łączy wiedzę podręcznikowo-przewodnikową z własnymi wędrówkami po Wiecznym Mieście - i to najlepiej się sprawdza. W efekcie tom “Rzym. Wędrówki z historią w tle” bije na głowę wszelkie gawędy tej autorki – staje się najlepszą szansą na poznawanie ciekawostek związanych z kulturą i sztuką.
Dla spragnionych szybkiej wycieczki autorka proponuje zestaw skondensowany: na stronie mieści informacje, co, kiedy i gdzie zobaczyć - ale to już epilog książki. Pozwala jednak Bożena Fabiani odbywać niezwykłą literacką podróż bez ruszania się z domu. Jej uwagi zachęcają do natychmiastowej podróży, ale dostarczają też - obok zestawu wiadomości, anegdot i plotek - miłej lektury. Są dobrze napisane i umożliwiają czytanie dla rozrywki. To oznacza, że Bożena Fabiani unika dyskursów naukowych i beznamiętnych relacji znanych z podręczników. Angażuje się w opowieść i wplata w nią akcenty autobiograficzne (a może po prostu wrażenia turystki wyczulonej na piękno), tworzy minireportaże z kolejnych odkryć i nie pozwala z obojętnością przejść do porządku dziennego nad zabytkami.
Gawędy są osobnymi opowieściami z nadrzędnym tematem, w dużej części książki ów temat odwołuje się do sztuki sakralnej – i tak autorka wyrusza śladami pierwszych apostołów, genezą architektury kościołów i bazylik, ale też zajrzy do katakumb, sprawdzi, jak dzisiaj funkcjonują miejsca pochówku (robi wrażenie zwłaszcza cmentarz przerobiony na magazyn restauracji). Odkrywa ślady antyku i baroku, przygląda się też obyczajom. Bardzo wyczulona jest na urok drobiazgów: często zwraca uwagę odbiorców na drobny akcent w rzeźbie czy mozaice, wzruszający dowód zwyczajności utrwalonej w arcydziele. Nie poprzestaje na zachwytach estetycznych, bardzo zależy jej na przekazywaniu wiadomości o twórcach. Omawia więc obrazy, rzeźby, budowle i topografię miasta, ale zawsze starając się, żeby jakiś fragment przekazu odwoływał się do uczuć czytelników. Zaangażuje w lekturę zatem albo “ludzkimi” przywarami twórców, albo zdradzaniem ich sekretów bądź wykorzystywanych w dziełach nowatorskich rozwiązań. Jeśli wyłapie ciekawostkę w życiorysie - na tym może osnuć swoją opowieść. Jeżeli jednak już nie ma punktu zaczepienia w biografii albo anegdocie, zawsze może posłużyć się swoimi przygodami na drodze do artefaktu. Zwykle jednak historia dostarcza odpowiednio dużo materiałów do stworzenia barwnej i zabawnej relacji. Nie zauważa się w tej książce upływu czasu, ani ogromu wiadomości: to wszystko toczy się przy okazji. Lektura to zatem rozrywkowa, ale i przesycona danymi. Do tego Bożena Fabiani dba o odpowiednią liczbę reprodukcji i zdjęć, które pozwalają na lepsze zapamiętanie wiadomości i sprawdzenie, co właściwie świadczy o potędze kulturalnej Rzymu.
niedziela, 26 sierpnia 2018
Olga Śmiechowicz: Lupa, Warlikowski, Klata. Polski teatr po upadku komunizmu
PWN, Warszawa 2018.
Teatralne poszukiwania
Te nazwiska zna każdy, niekoniecznie z informacji teatralnych, czasami – z medialnych skandali, sztucznie rozdmuchiwanych przez dziennikarzy i ludzi, którzy wprawdzie spektaklu nie obejrzeli, ale na wszelki wypadek wyrobili sobie o nim zdanie zgodne z linią programową władzy. Olga Śmiechowicz zajmuje się w swojej pracy trzema reżyserami, twórcami i wizjonerami, którzy mieli wpływ na oblicze teatru po 1989 roku. Wybór jest oczywisty, chociaż nie doprowadzi do uogólnień ani prób wyznaczenia charakterystyki dzisiejszego teatru. Lupa, Warlikowski i Klata idą przecież własnymi drogami i nie oglądają się na mody ani na to, co chce obejrzeć masowy widz. Nie interesuje ich schlebianie gustom wszystkich, liczą się wyłącznie ich własne pomysły na teatr. Olga Śmiechowicz dzieli książkę na trzy części i w każdej zajmuje się jednym artystą, wychodząc jedynie od związków z poprzednikami: to element niezbędny dla nakreślenia pełni sylwetki twórczej, ale też raczej ograniczany, bo autorka stawia na podkreślanie indywidualności, a nie szukanie kontekstów.
“Lupa, Warlikowski, Klata. Polski teatr po upadku komunizmu” to publikacja naukowa i jako taka musi mieć pewne obowiązkowe punkty: stąd obowiązkowe i nużące wyliczenia we wstępie, stąd odchodzenie od beletrystycznego stylu, który przyciągnąłby do książki większą liczbę odbiorców. Autorka kieruje się do akademików oraz teatromanów, którzy nie poprzestaną na obejrzeniu spektaklu, a potrzebują dodatkowych komentarzy i wyznaczania tła działań twórców. Każdą część tomu pisze nie tyle według określonego szablonu (na szczęście), co według charakterystycznych tematów. Zawsze chce między innymi opowiedzieć o tym, jaki dany reżyser jest we współpracy według aktorów: sięga po wspomnienia i wywiady, spisuje opinie głośnych nazwisk, przygląda się samym zachowaniom, które czasami mogłyby wręcz odstraszać od wspólnej pracy nad spektaklem, tymczasem są traktowane jak niegroźne dziwactwa, które nie wpłyną na atmosferę w zespole. Sprawdza, kto lubi długie dyskusje i szukanie sensów, kto się obraża i wyrzuca ze spektaklu publiczność, kto ma jaki system pracy. To wiadomości, które spokojnie przyciągnęłyby do lektury także zwykłych odbiorców - są bowiem danymi z pogranicza plotki i obyczajowości. Jednak dla Śmiechowicz znacznie ważniejsze są efekty takich postaw – w dalszej części każdego szkicu obserwuje treści przemycane w spektaklach. Analizuje po kolei sceniczne wybory, interpretuje pewne chwyty i pokazuje, jakie znaczenie mają stosowane środki. Daje czytelnikom narzędzia do samodzielnego odczytywania przesłań spektakli, sprawdza, jak reżyserzy chcą osiągnąć swoje cele – i co do tych celów należy. Tu sztuka właściwie nie może istnieć dla siebie samej, musi być wspomagana przez wyższe aspiracje, motywy do przekazania dalej. Momentami wydaje się wręcz, że poszukiwanie sensów staje się obsesją, hołdem dla reżyserów albo nadinterpretacją, ale Olga Śmiechowicz bardzo chce w zabiegach teatralnych widzieć coś więcej niż zabawę tekstem.
Jest ta publikacja książką drobną i napisaną bez hermetycznej drętwoty. Olga Śmiechowicz potrafi prowadzić narrację naturalną (oczywiście wtedy, kiedy nie musi realizować wytycznych dyskursu i może pozwolić sobie na większy luz, jak w przypadku cytowania opinii aktorów), ma pomysły na komponowanie całości. Nie powtarza się, ma wystarczająco dużo materiału, żeby zapełnić cały tom, a momentami wydaje się nawet, że decyduje się na niepotrzebne skróty. “Lupa, Warlikowski, Klata” to książka dla tych, których interesuje sytuacja w teatrze i poszukiwania “skandalistów”.
Teatralne poszukiwania
Te nazwiska zna każdy, niekoniecznie z informacji teatralnych, czasami – z medialnych skandali, sztucznie rozdmuchiwanych przez dziennikarzy i ludzi, którzy wprawdzie spektaklu nie obejrzeli, ale na wszelki wypadek wyrobili sobie o nim zdanie zgodne z linią programową władzy. Olga Śmiechowicz zajmuje się w swojej pracy trzema reżyserami, twórcami i wizjonerami, którzy mieli wpływ na oblicze teatru po 1989 roku. Wybór jest oczywisty, chociaż nie doprowadzi do uogólnień ani prób wyznaczenia charakterystyki dzisiejszego teatru. Lupa, Warlikowski i Klata idą przecież własnymi drogami i nie oglądają się na mody ani na to, co chce obejrzeć masowy widz. Nie interesuje ich schlebianie gustom wszystkich, liczą się wyłącznie ich własne pomysły na teatr. Olga Śmiechowicz dzieli książkę na trzy części i w każdej zajmuje się jednym artystą, wychodząc jedynie od związków z poprzednikami: to element niezbędny dla nakreślenia pełni sylwetki twórczej, ale też raczej ograniczany, bo autorka stawia na podkreślanie indywidualności, a nie szukanie kontekstów.
“Lupa, Warlikowski, Klata. Polski teatr po upadku komunizmu” to publikacja naukowa i jako taka musi mieć pewne obowiązkowe punkty: stąd obowiązkowe i nużące wyliczenia we wstępie, stąd odchodzenie od beletrystycznego stylu, który przyciągnąłby do książki większą liczbę odbiorców. Autorka kieruje się do akademików oraz teatromanów, którzy nie poprzestaną na obejrzeniu spektaklu, a potrzebują dodatkowych komentarzy i wyznaczania tła działań twórców. Każdą część tomu pisze nie tyle według określonego szablonu (na szczęście), co według charakterystycznych tematów. Zawsze chce między innymi opowiedzieć o tym, jaki dany reżyser jest we współpracy według aktorów: sięga po wspomnienia i wywiady, spisuje opinie głośnych nazwisk, przygląda się samym zachowaniom, które czasami mogłyby wręcz odstraszać od wspólnej pracy nad spektaklem, tymczasem są traktowane jak niegroźne dziwactwa, które nie wpłyną na atmosferę w zespole. Sprawdza, kto lubi długie dyskusje i szukanie sensów, kto się obraża i wyrzuca ze spektaklu publiczność, kto ma jaki system pracy. To wiadomości, które spokojnie przyciągnęłyby do lektury także zwykłych odbiorców - są bowiem danymi z pogranicza plotki i obyczajowości. Jednak dla Śmiechowicz znacznie ważniejsze są efekty takich postaw – w dalszej części każdego szkicu obserwuje treści przemycane w spektaklach. Analizuje po kolei sceniczne wybory, interpretuje pewne chwyty i pokazuje, jakie znaczenie mają stosowane środki. Daje czytelnikom narzędzia do samodzielnego odczytywania przesłań spektakli, sprawdza, jak reżyserzy chcą osiągnąć swoje cele – i co do tych celów należy. Tu sztuka właściwie nie może istnieć dla siebie samej, musi być wspomagana przez wyższe aspiracje, motywy do przekazania dalej. Momentami wydaje się wręcz, że poszukiwanie sensów staje się obsesją, hołdem dla reżyserów albo nadinterpretacją, ale Olga Śmiechowicz bardzo chce w zabiegach teatralnych widzieć coś więcej niż zabawę tekstem.
Jest ta publikacja książką drobną i napisaną bez hermetycznej drętwoty. Olga Śmiechowicz potrafi prowadzić narrację naturalną (oczywiście wtedy, kiedy nie musi realizować wytycznych dyskursu i może pozwolić sobie na większy luz, jak w przypadku cytowania opinii aktorów), ma pomysły na komponowanie całości. Nie powtarza się, ma wystarczająco dużo materiału, żeby zapełnić cały tom, a momentami wydaje się nawet, że decyduje się na niepotrzebne skróty. “Lupa, Warlikowski, Klata” to książka dla tych, których interesuje sytuacja w teatrze i poszukiwania “skandalistów”.
poniedziałek, 30 lipca 2018
Zasław Adamaszek: Anatomia człowieka
PWN, Warszawa 2018.
Zrób sobie człowieka
Przedziwna jest ta publikacja i chociaż podtrzymuje ideę ogłoszoną w tytule serii (Laboratorium w szufladzie), paru odbiorców zaskoczy rozwiązaniami i pomysłami na poznawanie szczegółów anatomicznych. Zasław Adamaszek bowiem nie skupia się na tym, żeby przedstawiać czytelnikom elementy biologii czy nauki o człowieku jako takim. Interesuje go natomiast, jak w warunkach domowych skonstruować mechanizmy podobne do tych, które działają w ludzkim ciele. Namawia do prac ręcznych w dość zaawansowanym zakresie – a wszystko po to, żeby stworzyć model płuc, układu wydalniczego albo dłoni. Wszystko przypominać może dziecięcą zabawę: w ruch pójdzie piankolina, rurki do napojów, paski papieru, baloniki i stare butelki. Czasami autor będzie jednak zachęcał do bardziej precyzyjnych i skomplikowanych prac: trzeba będzie coś polutować, użyć baterii i sprawić, że gotowy produkt zaświeci. A wszystko w imię poznawania człowieka i fascynacji jego organizmem.
“Anatomia człowieka” to publikacja wykorzystująca dotychczasowe zdobycze serii. Zasław Adamaszek nie zamierza tutaj robić nic poza gruntem przygotowanym przez poprzedników. Dzieli książkę na części - w tym wypadku poświęcone kolejnym elementom ludzkiego ciała (osobno omawiać będzie kręgosłup, serce, mięśnie czy mózg. Za każdym razem uważnie przyglądać się będzie stanowi nauki: tak, by dostarczyć odbiorcom solidne podstawy wiedzy. Takie wprowadzenia są niezbędne, żeby uniknąć późniejszych nieporozumień albo pytań o celowość działania. W końcu to, do czego Adamaszek zachęca, nie należy do zwyczajnych zadań domowych z biologii ani nawet do zwykłych praktyk studentów medycyny. Rzadko nawet spotyka się ludzi z podobnymi pasjami: trzeba więc sporej dawki teorii, żeby przekonać odbiorców do praktyki, czyli do konstruowania sobie poszczególnych modeli elementów ludzkiego ciała dla zabawy i sprawdzenia, jak działają.
Autor traktuje pojedyncze konstrukcje bardzo poważnie i dba nie tylko o zgodność z zasadami fizyki czy wykorzystanie prostych do zdobycia materiałów, ale nawet o efekt wizualny: stąd wykorzystywanie materiałów kojarzonych dotąd raczej z plastyką młodszych klas niż z pracą nad ludzkim ciałem. Ponadto dba o to, by nie pozostawiać wątpliwości młodym konstruktorom: proponuje niemal przepisy, wzorowane na tych kulinarnych, z dokładnym podaniem, co będzie potrzebne i co należy przed przystąpieniem do pracy przygotować. W kolejnych krokach omawia działania, co pewien czas przywołując ich znaczenie czy sens. Ponieważ angażuje czytelników do sporej i wytężonej pracy, musi dość dobrze umotywować działania, żeby nie zniechęcić dzieci, a zaprosić je do ciekawej przygody. Skupia się tu przy tym na anatomii, mniej na zasadach fizyki (te sygnalizuje). Jest to publikacja dobra nie tylko dla uczniów: przydać się może również rodzicom, których pociechy są ciekawe świata, a jeszcze za małe na konstruktorskie wyzwania: prawie wszystkie z tych propozycji nadają się na prezentację “magicznych” możliwości ludzkiego ciała: każdy ojciec zaimponuje swojemu dziecku, kiedy zamiast zbywać jego pytania i odsyłać do lektur, zabierze się do pracy i pokaże efekt funkcjonowania ludzkiego ciała na prostym modelu. Ale żeby stworzyć sobie części człowieka, trzeba sporo czasu - więc Adamaszek nie każdemu przypadnie do gustu. Nacisk w tej publikacji kładzie się nie na edukowanie odbiorców, a na zabawę, która edukację ma wpisaną w rezultaty. To książka dla czytelników, którzy chcą rozumieć funkcjonowanie ludzkiego organizmu, a do tego mają ochotę na manualne wyzwania.
Zrób sobie człowieka
Przedziwna jest ta publikacja i chociaż podtrzymuje ideę ogłoszoną w tytule serii (Laboratorium w szufladzie), paru odbiorców zaskoczy rozwiązaniami i pomysłami na poznawanie szczegółów anatomicznych. Zasław Adamaszek bowiem nie skupia się na tym, żeby przedstawiać czytelnikom elementy biologii czy nauki o człowieku jako takim. Interesuje go natomiast, jak w warunkach domowych skonstruować mechanizmy podobne do tych, które działają w ludzkim ciele. Namawia do prac ręcznych w dość zaawansowanym zakresie – a wszystko po to, żeby stworzyć model płuc, układu wydalniczego albo dłoni. Wszystko przypominać może dziecięcą zabawę: w ruch pójdzie piankolina, rurki do napojów, paski papieru, baloniki i stare butelki. Czasami autor będzie jednak zachęcał do bardziej precyzyjnych i skomplikowanych prac: trzeba będzie coś polutować, użyć baterii i sprawić, że gotowy produkt zaświeci. A wszystko w imię poznawania człowieka i fascynacji jego organizmem.
“Anatomia człowieka” to publikacja wykorzystująca dotychczasowe zdobycze serii. Zasław Adamaszek nie zamierza tutaj robić nic poza gruntem przygotowanym przez poprzedników. Dzieli książkę na części - w tym wypadku poświęcone kolejnym elementom ludzkiego ciała (osobno omawiać będzie kręgosłup, serce, mięśnie czy mózg. Za każdym razem uważnie przyglądać się będzie stanowi nauki: tak, by dostarczyć odbiorcom solidne podstawy wiedzy. Takie wprowadzenia są niezbędne, żeby uniknąć późniejszych nieporozumień albo pytań o celowość działania. W końcu to, do czego Adamaszek zachęca, nie należy do zwyczajnych zadań domowych z biologii ani nawet do zwykłych praktyk studentów medycyny. Rzadko nawet spotyka się ludzi z podobnymi pasjami: trzeba więc sporej dawki teorii, żeby przekonać odbiorców do praktyki, czyli do konstruowania sobie poszczególnych modeli elementów ludzkiego ciała dla zabawy i sprawdzenia, jak działają.
Autor traktuje pojedyncze konstrukcje bardzo poważnie i dba nie tylko o zgodność z zasadami fizyki czy wykorzystanie prostych do zdobycia materiałów, ale nawet o efekt wizualny: stąd wykorzystywanie materiałów kojarzonych dotąd raczej z plastyką młodszych klas niż z pracą nad ludzkim ciałem. Ponadto dba o to, by nie pozostawiać wątpliwości młodym konstruktorom: proponuje niemal przepisy, wzorowane na tych kulinarnych, z dokładnym podaniem, co będzie potrzebne i co należy przed przystąpieniem do pracy przygotować. W kolejnych krokach omawia działania, co pewien czas przywołując ich znaczenie czy sens. Ponieważ angażuje czytelników do sporej i wytężonej pracy, musi dość dobrze umotywować działania, żeby nie zniechęcić dzieci, a zaprosić je do ciekawej przygody. Skupia się tu przy tym na anatomii, mniej na zasadach fizyki (te sygnalizuje). Jest to publikacja dobra nie tylko dla uczniów: przydać się może również rodzicom, których pociechy są ciekawe świata, a jeszcze za małe na konstruktorskie wyzwania: prawie wszystkie z tych propozycji nadają się na prezentację “magicznych” możliwości ludzkiego ciała: każdy ojciec zaimponuje swojemu dziecku, kiedy zamiast zbywać jego pytania i odsyłać do lektur, zabierze się do pracy i pokaże efekt funkcjonowania ludzkiego ciała na prostym modelu. Ale żeby stworzyć sobie części człowieka, trzeba sporo czasu - więc Adamaszek nie każdemu przypadnie do gustu. Nacisk w tej publikacji kładzie się nie na edukowanie odbiorców, a na zabawę, która edukację ma wpisaną w rezultaty. To książka dla czytelników, którzy chcą rozumieć funkcjonowanie ludzkiego organizmu, a do tego mają ochotę na manualne wyzwania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






