* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2026

Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji

Marginesy, Warszawa 2026.

Wsparcie

Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.

Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.

Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.

Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Katherine Eban: Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków

Czarne, Wołowiec 2026.

Zdrowie

To jest tak, że każdy chciałby jak najmniej pieniędzy zostawiać w aptekach – i często farmaceuci są pytani o tańsze zamienniki przepisywanych przez lekarzy medykamentów. Ale, jak się okazuje, ta droga może być pułapką, bo taniość to nie zawsze gwarancja odpowiednio dobranego składu czy zachowywania procedur. Fabryki w Indiach produkują lekarstwa i nie przejmują się ich nieskutecznością lub wręcz zagrożeniami płynącymi z ich stosowania, a do tego są w stanie omijać wszelkiego rodzaju wytyczne czy regulaminy. Fałszowanie składu leków to jedno, nieprzestrzeganie zasad przygotowywania drugie – a kombinacje prawne i oszustwa czy fałszowanie dokumentacji – trzecie. Jeśli ma się to na uwadze, trochę mniej atrakcyjne wydają się tańsze zamienniki leków. Zwłaszcza że owe zamienniki czasami trafiają na rynki choćby w Stanach Zjednoczonych – i mogą doprowadzić do wielkiej katastrofy – w najczarniejszym scenariuszu do śmierci pacjentów ufnych w dzisiejszą medycynę.

I książka „Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków” to właśnie uważna analiza nadużyć popełnianych na rynku lekarstw. Katherine Eban przeprowadza wręcz dziennikarskie śledztwo – albo dzieli się informacjami dotyczącymi największych skandali w dziedzinie tańszych zamienników leków. Przedstawia odkrycia, które mogą wstrząsnąć czytelnikami – przede wszystkim przypomina, że zamiennik może nie przynieść oczekiwanych rezultatów z najróżniejszych powodów, od nieodpowiedniego składnika, przez niewłaściwe metody przygotowywania leku, aż po kompletnie zarzucone elementy przepisu. Tworzenie leków to wyścig do wielkich pieniędzy – w przypadku zamienników to wyścig do wielkich pieniędzy – pozostałości po wielkich koncernach. I autorka wyjaśnia między innymi, jakie regulacje pozwalają na zarabianiu na tańszych zamiennikach, w momencie gdy liczy się konkurencyjna cena. W pewnym momencie Katherine Eban zaczyna przechodzić do ludzi – tropi tych, których decyzje przyczyniały się do kolejnych nadużyć, naświetla ich reakcje w obliczu zagrożenia oraz ich postawy wobec wiadomości o śmierci pacjentów korzystających z oferty ich firmy. Konflikt pojawia się tu wyraźnie, a oskarżenia wydają się jednoznaczne – ludzie, którzy korzystają z tańszych zamienników leków, często nie byliby w stanie zapłacić pełnej kwoty za oryginalny lek – zamienniki to ich jedyna nadzieja na wyzdrowienie. W grę wchodzi też czynnik środowiskowy – miejsce zamieszkania czasami warunkuje dostęp do różnych wersji leków. Tymczasem dla firm produkujących takie medykamenty zdrowie ani życie anonimowych pacjentów nie ma żadnego znaczenia, więc koncentrują się jedynie na zarobku. „Gorzkie pigułki” to właśnie ta smutna prawda: życie jednostki nie liczy się w kontekście „dobra” firmy. Katherine Eban przygotowuje czytelników na wielkie i smutne niespodzianki w obliczu choroby – i pokazuje, skąd się one biorą.

Jest to książka niby utrzymana w tonie sensacji – przynajmniej pod kątem doboru tematów. Ale jeśli chodzi o narrację i dobór wiadomości – to autorka postawiła na rzetelność i szczegółowość. Oczywiście fabularyzuje pewne kwestie, tak, żeby czytelnikom przyjemniej śledziło się informacje, ale nie musiałaby tego robić: pisze dobrze i jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelników dzięki samemu głównemu zagadnieniu. To odpowiedź na społeczne lęki i na niewyjaśnione często zjawiska, istotne z perspektywy pacjentów. Jest to obszerna książka, ale lektura nie należy do nudnych, wręcz przeciwnie – rzadko zdarza się na rynku literatury faktu tom aż tak frapujący.

sobota, 22 sierpnia 2026

Aneta Pawłowska-Krać: Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD

Czarne, Wołowiec 2026.

Skupienie

Wszyscy, którzy krzyczą, że ADHD nie istnieje, że to moda i wymysł dzisiejszych psychologów, mogą zweryfikować swoje poglądy, sięgając po książkę Anety Pawłowskiej-Krać „Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD”. To zestaw reportaży i rozmów, które autorka przeprowadziła dla lepszego zrozumienia tematu – i teraz prezentuje szerokiej publiczności, żeby uświadomić, że to nie moda a rosnąca świadomość sprawia, że obecnie u wielu dorosłych diagnozuje się taką dysfunkcję. ADHD jest rodzajem neuroatypowości, w tej książce często splata się z autyzmem (chociaż Pawłowska-Krać nie zajmuje się szczegółowymi rozróżnieniami). I przybiera naprawdę różne oblicza.

Rytm tej książki wydaje się sensowny, żeby nie zaburzać czytelnikom odbioru: autorka najpierw przedstawia nowego bohatera – kogoś, kto w dorosłym życiu mierzy się z ADHD, uzyskał diagnozę i musiał podporządkować swoje życie „inności”, żeby funkcjonować w rzeczywistości. W tych bohaterach oczywiście mogą kumulować się cechy różnych ludzi, ale Pawłowska-Krać bardziej liczy na indywidualności, które da się rozszerzyć – niż na modelowe zachowania. I dlatego przyciągnie czytelników możliwością podglądania zwykłych ludzi w ich codziennych perypetiach. Żeby zrozumieć, co działo się w ich domach, przedstawia rozdział później wybrany aspekt ADHD i badań nad nim z perspektywy specjalistów. To okazja do udzielania bardziej konkretnych wyjaśnień i do naświetlania kolejnych symptomów. Dzięki temu przesadne teoretyzowanie nie odbiera przyjemności czytania, a książka pełni też funkcję edukacyjną – przynosi czytelnikom wartościowe informacje. Jeśli czytelnicy uważali, że ADHD to tylko przeszkoda w funkcjonowaniu w mało wyrozumiałym świecie, dzięki temu tomowi przekonają się, że mogli się bardzo mylić. Autorka celowo sięga po życiorysy skrajne i różne – pojawi się tu między innymi mężczyzna, który z ADHD uczynił atut w pracy i osiągnął znacznie więcej niż przeciętni. Ale są tu też bohaterowie, którzy bez pomocy bliskich nie mogliby radzić sobie z najprostszymi sprawami. Opowieści prywatne – te o ludziach z ADHD – to też rejestr zachowań, które można podejrzeć jako przepis na ratunek. Jedni otaczają się przypominajkami i terminarzami, inni szukają diagnoz (i często błądzą), jeszcze inni nie są w stanie posprzątać swojego otoczenia, a kolejni fascynują, gdy są w towarzystwie, ale we własnym domu nie są w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. ADHD to nie tylko nieumiejętność skupienia się czy zorganizowania wizyt u lekarza – to także regenerująca drzemka w ciągu dnia albo poczucie niewystarczalności. Autorce zależało w tej książce na naświetleniu jak największego spektrum zjawiska, które budzi ciekawość albo sprzeciw czytelników – jest tu niestrudzona w poszukiwaniu kolejnych przejawów neuroatypowości. Przyciągnie czytelników między innymi umiejętnym analizowaniem sytuacji, prowadzeniem wartościowych obserwacji, kiedy ma do czynienia z nowymi znajomymi borykającymi się z czyimś ADHD na co dzień. Dba o to, żeby nie piętnować, a pokazywać odmienność – bez oceniania. „Milion myśli naraz” to bardzo atrakcyjna publikacja – z pewnością spotka się z uznaniem na rynku i może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców, nie tylko do tych, którzy spotkali się z diagnozą ADHD u siebie lub kogoś bliskiego, ale też do tych, którzy chcą zgłębiać „fenomen” albo wyrobić sobie własne zdanie na temat „mody”. Po lekturze z pewnością będą bardziej ostrożni w swoich sądach.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Błażej Ciarkowski: Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u

Czarne, Wołowiec 2026.

Odpoczynek

Z fascynacji klimatami retro, nostalgii za PRL-em, mody, a może jeszcze z innych powodów mogą odbiorcy sięgać po książkę „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”. Błażej Ciarkowski zajmuje się tu możliwościami wypoczynku, jakie mieli – dzięki ówczesnej polityce i zakładom pracy – zwykli ludzie. Przynajmniej w pięknych i wzniosłych teoriach. Bo tak naprawdę książka „Remontownia ciał i dusz” to publikacja o rozdwojonej narracji. Jeden tor stanowią plany – ideały i oczekiwania, potrzeby i działania ludzi na szczycie – po to, żeby pokazać masom, jak bardzo się o nie dba. Żeby stłumić ewentualne narzekania. Żeby wzmocnić produktywność. Żeby trochę animować ruch turystyczny. Plany należą zawsze do ambitnych i zbyt pięknych, żeby mogły się ziścić. Drugi tor w narracji zapewniają prawdziwe doświadczenia, realizacja tego, co na papierze wyglądało idealnie. Kombinowanie, skargi, niezadowolenie lub pesymizm ludzi, którzy z atrakcji wczasowych korzystali.

I Błażej Ciarkowski przechodzi przez kolejne poziomy wtajemniczenia w kwestie domów wczasowych i sanatoriów – od pytania, komu przysługiwały w nich miejsca, kto mógł otrzymać szansę na wypoczynek lub miejsce na turnusie, a kto korzystał, chociaż niekoniecznie powinien. Już na tym etapie widać wyraźnie, że ludzie nie zrezygnują ze zdobywania dla siebie jak najwięcej – wykorzystają każdą sytuację, żeby tylko wyjść przed szereg i zapewnić sobie rozrywkę. Z kolei ci faktycznie potrzebujący odpoczynku, zwłaszcza takiego, jaki oferowały zakłady pracy, nie wierzyli w swoje prawo do wczasów – i, co za tym idzie, nie umieli o to zawalczyć. W „Remontowni” to rozdwojenie nie kończy się na wstępnych rozdziałach – autor przeprowadza czytelników przez kolejne zestawienia, między innymi kuchnię, organizowane na miejscu rozrywki czy instytucję kaowca. Bezlitośnie punktuje problemy płynące z niewiedzy: kiedy to chorzy trafiali do nieodpowiednich dla swoich problemów zdrowotnych miejsc – ze względu na brak świadomości tych, którzy przydzielali skierowania. Jest tu opowieść o architekturze i o rozwiązaniach lokalowych, o rozrywkach na miejscu i o zmianach, jakie zachodziły w miejscowościach uzdrowiskowych. I w tym wszystkim autorowi nie zabraknie goryczy – zwłaszcza kiedy przedstawia ludzi rozczarowanych albo oszukanych, tych, którzy nie mogli korzystać z atrakcji obmyślonych specjalnie dla nich. Do tego dochodzi zestaw fotografii podkreślających dzisiejszy upadek dawnych tętniących życiem ośrodków. Ciarkowski stara się pokazać całą kulturę funkcjonowania w ośrodkach wczasowych, dba o to, żeby nie przeoczyć żadnego detalu – proponuje czytelnikom przypomnienie zjawisk, które odeszły już do lamusa. Co ciekawe, czytelnicy ze starszych pokoleń, ci, którzy mogli jeszcze zaznać życia uzdrowiskowego, mogą mieć inne zdanie na tematy, w których Ciarkowski przedstawia własne opinie – dla młodszych i tak prezentowane zjawiska będą egzotyczne i niezrozumiałe. Autor chce, żeby czytelnicy mogli angażować się w opisywaną rzeczywistość – i dlatego czasami wprowadza konkretnych bohaterów, zwłaszcza – z nizin społecznych – żeby uniknąć suchego tonu. Nie będzie jednak przesadnie fabularyzować, żeby nie przyćmić w ten sposób niezbędnych wiadomości. Przygląda się zasadzie istnienia domów wczasowych i uzdrowisk – od momentu ich wymyślenia po (smutny) koniec.

środa, 12 sierpnia 2026

Catherine Bell: Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą

Marginesy, Warszawa 2026.

Życie literaturą

Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.

Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.

Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian

Rebis, Poznań 2026.

Bez bóstw

W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.

Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.

środa, 5 sierpnia 2026

Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia

Znak, Kraków 2026.

Igrzyska

Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.

Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.

Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.

piątek, 31 lipca 2026

Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin

Marginesy, Warszawa 2026.

Przyjazd

Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.

Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.

środa, 29 lipca 2026

Łukasz Modelski: Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL

Mando, Kraków 2026.

Smaki

Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.

Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.

niedziela, 26 lipca 2026

Arvind Narayanan, Sayash Kapoor: Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Pułapki

Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.

Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.

sobota, 18 lipca 2026

Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy

Marginesy, Warszawa 2026.

Schronienie

Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.

I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.

W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.

niedziela, 12 lipca 2026

Anna Rudnicka-Litwinek: Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie

Marginesy, Warszawa 2026.

Bez granic

Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.

Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.

Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.

piątek, 10 lipca 2026

Anupreeta Das: Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne

Helion, Gliwice 2026.

Nerd

Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.

Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.

środa, 8 lipca 2026

Mariusz Urbanek: Gałczyński. Kanarek w klatce

Iskry, Warszawa 2026.

Czary

Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.

Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.

sobota, 4 lipca 2026

Paweł Dybicz: Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP

Iskry, Warszawa 2026.

Wspomnienia

Z pewnością nie jest to książka dla wszystkich, chociaż dla wszystkich być powinna – ale jeśli ktoś nie interesuje się historią ani polityką, nie znajdzie nic dla siebie w rozpisanej na głosy opowieści o przemianie ustrojowej. „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” to potężny tom, w którym kilkunastu rozmówców – ludzi ze sceny politycznej oraz analityków wydarzeń – wspomina swoje obserwacje, osobiste doświadczenia oraz przemyślenia na temat tego, co działo się w końcówce XX wieku.

Paweł Dybicz prowadzi rozmowy tak, żeby czytelnicy mogli samodzielnie dokonywać porównań między poszczególnymi wyznaniami. Sam przyznaje na początku, że stara się zadawać w miarę podobne pytania, sięgać do konkretnych momentów zawsze – i w ten sposób daje odbiorcom szansę na zbudowanie wielowymiarowej opowieści. Liczy się tu jednostkowe podejście do tego, co ważne (albo co nabrało pozorów ważności, chociaż w wymiarze politycznym niekoniecznie istotne było) – i próba zrozumienia nie tylko nastrojów wśród ludzi związanych z rządzeniem, ale i wpływu poszczególnych działań i momentów na społeczeństwo.

Co ciekawe, ta książka nie służy udzielaniu wyjaśnień. To przypis do historii – ale przypis, który polega raczej na dopowiedzeniach emocjonalno-refleksyjnych niż na precyzyjnych i fachowych analizach – to znaczy, owszem, rozmówcy Dybicza mogą wykazać się ogromną wiedzą i wyjaśniać pewne sprawy czytelnikom, jednak znacznie częściej stawiają na opowieści prywatne, na to, co nie miało szans trafić do szkolnych podręczników i do kronik historycznych. Tu wreszcie pojawia się miejsce na zaangażowane wspomnienia i na odejście od oficjalnych tonów. Nie ma potrzeby prowadzenia autokreacji, bo szczerość staje się największym atutem. I Paweł Dybicz doskonale wie, jak uruchomić ją w rozmówcach – szuka w wywiadach możliwości przedstawienia czytelnikom innej perspektywy wydarzeń. Sięga do momentów przełomowych i do sytuacji, które zapisały się w historii kraju – punktów nie do pominięcia w procesie opowiadania o kształcie państwa. Ale nie interesują go już reinterpretacje – w zamian przynosi czytelnikom rodzaj nowości, wyznania, które niekoniecznie kiedyś wiązano by z tym zestawem wydarzeń. Rozmówcy wybierają różne drogi – zwykle starają się przemycić w swoich opowieściach elementy wiedzy politologicznej, ale dalecy są od pouczania czy wskazywania jedynej słusznej drogi oceny sytuacji – a to sprawia, że książka Pawła Dybicza zaczyna funkcjonować jako bardzo atrakcyjna lektura dla wtajemniczonych. To trochę wspomnienia w pigułce – książka, która stanie na półce obok wielkich memuarów historyczno-politycznych, którymi Iskry sukcesywnie zapełniają rynek. Tu nie ma czasu na przedzieranie się przez kwestie nieistotne, forma wywiadu wymusza zwięzłość i nawiązywanie do przemyśleń oraz przeżyć. I taka historia staje się dla odbiorców znowu żywa i wyjątkowa w swoim wymiarze. „Pożegnanie z Polską Ludową” to tom, który odnosi się do wycinka przeszłości, niewielkiego, ale bardzo znaczącego – i zapewnia bogatej galerii rozmówców możliwość pochylenia się nad indywidualną oceną przeszłości.

wtorek, 23 czerwca 2026

Joanna Podsadecka: Mężczyźni Osieckiej

Mando, Kraków 2026.

Cena

Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.

Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.

Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.

„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.

piątek, 19 czerwca 2026

Elizabeth Gilbert: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu

Rebis, Poznań 2026.

Uzależnienie

Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.

„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.

niedziela, 14 czerwca 2026

Krzysztof R. Apt: Jak (nie) zostać emigrantem

Iskry, Warszawa 2026.

Życie

Krzysztof R. Apt proponuje czytelnikom zestaw swoich tematyzowanych wspomnień dotyczących życia poza granicami kraju i tworzenia w trudnych często warunkach – rzeczy, które przetrwały i które dzisiaj przyciągną do książki przede wszystkim humanistów. „Jak (nie) zostać emigrantem to publikacja memuarowa i jednocześnie pozwalająca odbiorcom poznać kulisy działalności – w ramach tworzenia elementów życia kulturalnego – na obczyźnie. Krzysztof R. Apt na początku tej historii jest nauczycielem logiki. Jako ścisłowiec będzie zatem z uwagą przyglądać się między innymi początkom informatyzacji – i to motyw, który pobrzmiewa w tle opowieści, a jest bardzo atrakcyjny dla zainteresowanych. Szybko jednak okazuje się, że uwagę autora zaprzątają inne motywy: kontakt z osobami ważnymi w Solidarności, czy – tworzenie „Zeszytów Literackich”. Dopiero kiedy Krzysztof R. Apt pokaże czytelnikom, czym się zajmował i jakie znajomości nawiązywał, przejdzie do analizowania własnego życia. Podzieli się z odbiorcami uwagami na temat tworzenia rodziny, przedstawi kolejne żony, opowie też o swoim domu rodzinnym. I to wszystko bez zadęcia czy potrzeby gloryfikowania własnych dokonań – po prostu książka bazująca na doświadczeniach życiowych, a napisana w stylu, który kojarzy się z dawną szkołą pisania. Nie będzie w niej uproszczeń ani kolokwialności, nie będzie też bylejakości. Tu nawet pisanie o czymś, co dla czytelników nie ma większego znaczenia, a liczyło się tylko dla wprowadzenia kolejnego przeżycia autora – zamieni się w literacką przygodę.

Krzysztof R. Apt ma oczywiście także sporo przemyśleń na temat funkcjonowania poza granicami kraju – i tym chętnie podzieli się z odbiorcami tomu. Pokaże, z jakimi wyzwaniami musiał się mierzyć jako imigrant, przybysz z tej strony świata, w której wolność nie była czymś oczywistym. Ale nie zamierza tu uprawiać martyrologii ani grać na pseudokombatanckich wynurzeniach, liczy się najbardziej normalność i możliwość przedstawienia jej dzisiejszym czytelnikom, niekoniecznie zaangażowanym w przedstawiane zestawy wydarzeń. To książka nie dla wszystkich – zwłaszcza młode pokolenie odbiorców nie dostrzeże w niej tego, co najbardziej wartościowe i przydatne, pokazywania kontekstu życia kulturalnego poza granicami PRL. Pewnych wiadomości autor nie będzie przecież wyjaśniał, powinny być dla grona jego odbiorców oczywiste – i tu pojawi się właśnie podstawowe ograniczenie kręgu czytelników.

Ta książka jest drobnym przypisem do podręczników historii najnowszej, ciekawostką, która pokazuje wielkie sprawy z jednostkowej perspektywy – to coś, co przyda się zwłaszcza odkrywającym zależności, powiązania i relacje z rodzimego środowiska kulturalnego z drugiej połowy XX wieku. Krzysztof R. Apt funduje czytelnikom podróż w czasie (i obyczajowości) bez ruszania się z miejsca – dzieli się tym, co ważne dla niego i co sam przeżył, a dzięki przefiltrowaniu wspomnień przez czas, może wydobyć to, co wydaje mu się najbardziej istotne dla zrozumienia przeszłości i dokonywanych wyborów. Jest to książka wykorzystująca indywidualną perspektywę – ale budująca znacznie wykraczającą ponad tę perspektywę świadomość.

niedziela, 7 czerwca 2026

Bernadetta Darska: Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku

Iskry, Warszawa 2026.

Ośrodek

Nie jest to książka fabularyzowana, nie jest to publikacja do rozrywkowej lektury. Bernadetta Darska stawia na wnikliwe analizowanie kolejnych dokumentów i materiałów dotyczących tworzenia się Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka w Bartoszycach: domu dziecka, który ma zmienić postrzeganie losu sierot (co zwłaszcza po drugiej wojnie światowej ma ogromne znaczenie) i jednocześnie wyznaczyć trendy. Zadanie zaprojektowane z rozmachem i odwagą – wypełnione licznymi wyzwaniami i pokazujące trochę przemiany społeczne i obyczajowe.

W koszarach Ludendorffa ma powstać nowoczesna placówka zajmująca się dziećmi. To odrestaurowywane stopniowo budynki i cała masa papierkowej roboty – tak, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Liczy się możliwość odnotowania kolejnych sukcesów i wypracowania dobrych – przyszłościowych rozwiązań. Ale w tym przeglądaniu archiwów Bernadetta Darska nie zapomina też o wychowankach ośrodka – zdarza się od czasu do czasu, że oddaje im głos (sprawdza zwłaszcza ich wspomnienia dotyczące Bartoszyc) lub pokazuje reakcje na konkretne sytuacje. Odpowiada odbiorcom na pytanie, dlaczego dzieci z Bartoszyc nie chciały być adoptowane i ukrywały się w lasach przed potencjalnymi rodzicami – i to ma najlepiej pokazywać, jak miejsce wpływało na młodych ludzi i co im oferowało.

Bernadetta Darska sprawdza skrupulatnie kolejne zapiski i materiały – wiedzę czerpie z oficjalnych dokumentów, nie starając się nawet ich oceniać czy komentować, bo przecież musi zachować dystans do przedmiotu badań. Zatem nawet jeśli coś wydaje się nie do końca trafionym pomysłem, pojawi się jedynie na zasadzie wzmianki – a nie jako źródło przeszkód i traum. Samo przygotowywanie ośrodka wymaga wytężonej pracy i działań nie tylko urzędniczych – i fragmenty książki, które odnoszą się do kształtowania placówki wydają się w lekturze bardzo suche, zupełnie jakby autorka mimowolnie przejmowała styl dokumentów. Dopiero kiedy w opowieści przyjdzie czas na ludzi, historia nabierze życia. Nawet jeśli momentami nie będą to wiadomości optymistyczne (jak w przypadku zbiorowego zatrucia pokarmowego). Odtwarzanie losów miejsca przede wszystkim z zachowanych dokumentów nie jest proste, Bernadetta Darska zdecydowała się na styl beznamiętny – dzięki temu może skupić się na przywoływaniu kolejnych odkryć, a nie na budowaniu własnej wizji ośrodka. Daje czytelnikom pojęcie o przedsięwzięciu dzisiaj zapomnianym, o pomyśle, z którym wiązano ogromne nadzieje i który miał prowadzić do zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa tym, którzy nie odnaleźliby go we własnych domach. Co ważne, bardzo rzadko autorka może porozmawiać z osobami, które mają na temat Bartoszyc własne zdanie – i które doświadczyły tego, co w domu dziecka się działo. Dlatego też woli odczytywać zdjęcia i spisane wspomnienia – to daje jej pewien pogląd na rzeczywistość.

„Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” to książka, która niejeden raz zaskoczy czytelników zwłaszcza połączeniem polityki społecznej i efektami działań prowadzących do zapewnienia beztroskiego dzieciństwa osieroconym dzieciom. Jest to książka, która nie dostarcza relaksu, za to mówi sporo ważnych rzeczy o zjawisku obecnie zapomnianym.

czwartek, 4 czerwca 2026

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini

Mando, WAM, Kraków 2026.

Ikona

Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.

Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.

Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.