* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 października 2026

Bernadeta Prandzioch: Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie

Czarne, Wołowiec 2026.

Jeszcze raz

To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.

Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.

Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.

środa, 21 października 2026

Anna Kiedrzynek: Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce

Czarne, Wołowiec 2026.

Cierpienie

To zdecydowanie książka o różnych rodzajach schorzeń – bardziej i mniej znanych – ale powiązanych jednym tematem, indywidualnym cierpieniem, w które nie wszyscy chcą wierzyć. W efekcie ludzie borykają się nie tylko z problemem utrudniającym codzienne funkcjonowanie, ale i z podejrzliwością z zewnątrz – nie tylko ze strony rodzin czy przyjaciół, ale i lekarzy. Ból ma różne oblicza: czasami to ból podczas porodu, a czasami taki, który towarzyszy bohaterom reportaży Anny Kiedrzynek codziennie – bez szans na uśmierzenie. Ból "kobiecy" i ból "męski" - zjawiska, które rodzą szereg pytań pojawiają się tu na kolejnych stronach.

„Nie uszlachetnia. O leczeniu bólu w Polsce” to książka, która składa się z drobnych opowieści. Żeby przyciągnąć uwagę czytelników i uświadomić im, że to nie tylko sprawa dorosłych, rozpoczyna autorka od obrazów cierpiących dzieci: bolesne pęcherze na skórze powstające w wyniku najlżejszego nawet dotyku to bez wątpienia choroba ekstremalna (i trudna do wyobrażenia dla wielu) – ale też najłatwiej wyobrazić sobie ból na jej przykładzie. Bo jeśli nie widać ran, trudniej jest ocenić skalę czyjegoś cierpienia. Łatwo za to posądzić o nadwrażliwość, kombinowanie czy przesadę. I teraz: Anna Kiedrzynek rozmawia z kolejnymi ludźmi, żeby poznać ich historie i żeby sprawdzić, czy dostają odpowiednią pomoc medyczną. Ale – często (zbyt często) okazuje się, że lekarze są bezradni. Jest tu kilka problemów, które nakładają się na siebie i z których zwykli czytelnicy nie zdają sobie przeważnie sprawy, dopóki nie staną – sami, albo ktoś z ich bliskiego otoczenia – przed podobnym wyzwaniem. Jedno to kwestia różnych rodzajów bólu uprzykrzającego albo utrudniającego codzienność. Drugie – reakcje otoczenia. Trzecie – społeczny strach przed stosowaniem opioidów. Tu – pod koniec książki – autorka trochę walczy o to, żeby część ludzi dała sobie prawo do łagodzenia bólu. Przypomina, że zażywanie opioidów nie jest równoznaczne z braniem narkotyków, a jeśli robi się to pod kontrolą lekarza, nie stanowi niebezpieczeństwa. Z perspektywy czytelników przerażający może być nie sam fakt strachu, zwłaszcza ludzi starszych, przed rzekomymi narkotykami – co podejście ich bliskich, wyzywających od ćpunów. Dlatego dobrze, że książka „Nie uszlachetnia” powstała . Co ważne, Anna Kiedrzynek nie do końca chce się zajmować objaśnianiem tego, co nawet samym lekarzom sprawia czasami trudności – rezygnuje z wyjaśnień medycznych, chyba że są już absolutnie niezbędne do zrozumienia kontekstu. Częściej po prostu oddaje głos bohaterom, którzy przeszli już własną drogę do poznania tego, co najbardziej męczące – i w ich historiach zawiera niezbędne wyjaśnienia. Storytelling ma się tu doskonale: o wiele lepiej będzie przyjrzeć się tematowi bólu przy konkretach, z dala od abstrakcyjnych analiz. Zwłaszcza że widać dzięki temu dodatkowe, mniej kojarzone przez ogół, zmartwienia: problemy w pracy czy w związkach, konieczność rezygnowania z lubianych wcześniej rozrywek i daleko idące przewartościowania. Ból, którego z zewnątrz nie widać, potrafi kompletnie rozregulować życie. I Anna Kiedrzynek opowiada właśnie o tym: jak z bólem żyje się kolejnym bohaterom i co przysparza najwięcej kłopotów, kiedy lekarze rozkładają ręce. Anna Kiedrzynek chce się dowiedzieć – za sprawą swoich rozmówców – jak sami lekarze podchodzą do cierpienia pacjentów, czy łatwo jest rozwiązać problem bólu, czy też pozostawia się ludzi samym sobie. I to wszystko w erze nadużywania ogólnodostępnych leków przeciwbólowych, które jednak w tych wypadkach kompletnie nie mają sensu. Jest to publikacja atrakcyjna dla czytelników – i ważna dla społeczeństwa.

poniedziałek, 19 października 2026

Karolina Felberg, Radosław Młynarczyk: Hłasko/Osiecka. Byle nie o miłości

Znak, Kraków 2026.

Uczucie

Ta relacja działała na wyobraźnię – i do dzisiaj może budzić zainteresowanie, trochę na prawach podglądania sławnych ludzi – a trochę przez świadomość na temat życia miłosnego Agnieszki Osieckiej. Bo o ile Marek Hłasko powoli odchodzi do lamusa, nie jest już tym cenionym buntownikiem i twórcą obok głównego nurtu, to Agnieszka Osiecka wciąż funkcjonuje jako autorka piosenek „z tekstem”, wielkich miłosnych historii i dramatów zaklętych w drobnych lirycznych utworach. Lata temu na rynku pojawiły się „Listy na wyczerpanym papierze” – zapis uczucia, jakie na moment połączyło Agnieszkę Osiecką i Jeremiego Przyborę, teraz zainteresowanie tym motywem osłabło – więc przyszedł czas, żeby na nowo przypomnieć czytelnikom o relacjach wielkich artystów. „Hłasko/Osiecka. Byle nie o miłości” to tom monumentalny, przygotowany bardzo starannie i tak, żeby drobny epizod w życiorysach obojga przedstawić z pełną uwagą.

Kolejne rozdziały są tu przetykane fragmentami utworów oraz wyimkami z opracowań na temat Hłaski czy Osieckiej – tak, żeby nie rozbijać głównego nurtu narracji i żeby nie odbierać czytelnikom przyjemności obcowania z literaturą na najwyższym poziomie. Rolę przerywników odgrywają tu również zdjęcia z rodzinnych albumów – te prywatne fotografie pozwalające uchwycić chwile szczęścia. W ramach dodatków do książki wspomnieć można jeszcze o kalendarium miłości, o tekstach z pocztówek dołączonych w aneksie i o zestawie drobnych notek biograficznych osób pojawiających się w tekście. Są tu dwa systemy przypisów: końcowe, stanowiące odniesienia do konkretnych pozycji bibliograficznych i dolne – kiedy trzeba wytłumaczyć kolejnemu pokoleniu elementy rzeczywistości PRL-u. Mamy zatem do czynienia z potężnym i poważnym opracowaniem, w którym życiorysy nie przysłaniają siły efemerycznego uczucia.

Karolina Felberg i Radosław Młynarczyk to autorzy, którzy wnikliwie badają życie i twórczość bohaterów romansu. Karolina Felberg odkrywa czytelnikom Agnieszkę Osiecką – łącznie z teoriami na temat jej seksualności – Radosław Młynarczyk z kolei przedstawiał nieodkryte pisma Marka Hłaski. Teraz oboje podejmują dialog na temat swoich bohaterów – i w ramach rozmów próbują dojść do tego, jak w rzeczywistości mógł wyglądać romans, a także – dlaczego musiał się obejść bez happy endu. Rozmowa oznacza, że cała forma nabierze lekkości, chociaż i tak autorzy posługują się tu dość ambitnym językiem i odwołują do konkretów tak, żeby całość nie wybrzmiewała plotkarsko. Przerzucają się danymi, faktami i interpretacjami, a dzięki dobremu zorientowaniu w źródłach mogą też dokonywać analiz tego, co do tej pory niekoniecznie wyjaśnione. Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko zostają tu rozczytani na wiele różnych sposobów – a do tego dochodzą relacje ze znajomymi czy rodziną, nadzieje i plany wyznawane tylko w dziennikowych zapiskach, zwyczaje albo komentarze bliskich. Wszystkie zgromadzone dane autorzy tomu przefiltrowują, przedstawiają czytelnikom już gotową opowieść – pełną silnych emocji, ale bardzo konkretną przy tym. Tu nie ma mowy o koncentrowaniu się na nieuchwytności, chodzi o to, żeby czytelnikom uświadomić, jak wyglądał romans od kulis i co w jego ramach było możliwe.

I to bardzo sprytny sposób na ożywienie przeszłości i na przywrócenie zainteresowania wielkimi twórcami. Biograficzny przerywnik i ciekawostka, a jednocześnie opowieść o uniwersalnym uczuciu, które przetrwało w świadomości publicznej. Pięknie wydany tom.

piątek, 16 października 2026

Marta Orzeszyna: Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie

Rebis, Poznań 2026.

Atmosfera

Marta Orzeszyna fascynuje się Paryżem i z tej fascynacji tworzy monumentalną narrację o tym, co działo się w stolicy Francji w dwudziestoleciu międzywojennym. „Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie” to książka pełna faktów, ciekawostek, anegdot i odczytań. To tom bazujący na obyczajowości i sztuce, na tym, co zarejestrowane i co ukryte w źródłach. Na tym, co kształtowało genius loci i co wpływało na odmienność Paryża. Mniej liczy się tu polityka, o wiele bardziej – relacje międzyludzkie, artystyczne przyjaźnie, powiązania i inspiracje. Tu wojna przeplata się z modą, a malarstwo ze sportem.

Marta Orzeszyna starannie gromadzi informacje, które może udokumentować odpowiednimi cytatami – stara się nie zamęczać odbiorców kolażem z wypowiedzi innych, ale od czasu do czasu potrzebuje ich dla uchwycenia kolorytu lokalnego. Proponuje rozdziały tematyczne, żeby choć trochę uporządkować sytuację zastaną. Odkrywa więc Paryż stopniowo i po kawałku, w zależności od dyscypliny, rodzaju działania czy zasięgu. Przygląda się i sztuce, i wynalazkom, przemianom obyczajowym i mikroskali w kontaktach interpersonalnych. Sprawdza uważnie strefy wpływów i zależności, żeby przedstawiać czytelnikom już gotowe analizy. Za każdym razem szuka nowatorstwa i kierunków metamorfoz. Bada znaczenie symboli i gestów, odnosząc je do wielkiej polityki i historii, które muszą wpłynąć na losy jednostek. Paryż w jej ujęciu to przede wszystkim Paryż ludzi wybitnych, którzy wcale nie muszą sobie jeszcze zdawać sprawy z własnego znaczenia dla przyszłych pokoleń – tu będzie liczyć się pomysł na siebie i z rzadka uznanie współczesnych. Marta Orzeszyna wie doskonale, komu się powiodło i kto trafił do świadomości potomnych. Interesują ją zatem czasami tylko drobne wzmianki o kolejnych postaciach charakterystycznych dla pejzażu Paryża dwudziestolecia międzywojennego. Tak naprawdę na pierwszym planie stawia ludzi, dopiero w drugim ujęciu sięga po dodatkowe konteksty, plany związane z miejscami czy rozwojem miasta. Paryż to artyści i uczeni – a z drugiej strony to historia. Wydaje się zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, że Marta Orzeszyna będzie pisać kolejną książkę historyczną, tyle że tematyzowaną – tak bardzo bazuje na tym, co się wydarzyło. Dopiero kiedy wyjaśni już kontekst związany z przeszłością, może przejść do tego, co najbardziej kształtuje myślenie mas o Paryżu. Na uwagę zasługuje przede wszystkim jej uwikłanie w zależności. Przy czytaniu tej książki nie ma się wrażenia śledzenia biografii – tu o wiele bardziej wartościowe stają się kontakty i reakcje. Nagle wychodzi na jaw, że artyści potrzebują odbicia – natychmiastowych reakcji innych. I dzięki tej książce dużo zależności można rozpracować – Marta Orzeszyna bezbłędnie wyciąga to, co miało znaczenie dla dalszej kariery i rozwoju artystycznego, przypomina, że nie da się w pojedynkę działać w niektórych dziedzinach. Zaprasza do poznawania Paryża z różnych perspektyw i dzieli się własną pasją. Proponuje książkę bardzo rozbudowaną, wypełnioną ciekawostkami, danymi i przemyśleniami – nie zabraknie tu konkretów, co usatysfakcjonuje wszystkich poszukujących ambitnej literatury.

czwartek, 8 października 2026

Matthew Desmond: Bieda w Ameryce

Marginesy, Warszawa 2026.

Nierówności

W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).

Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.

piątek, 2 października 2026

Paulina Mazurek, Michał Myśliński: ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii

Marginesy, Warszawa 2026.

Ozdoby

Ta książka jest niezwykła i sięgną po nią nie tylko fani biżuterii retro, ale też wszyscy ci, którzy z nostalgii za PRL-em zrobili sobie sposób na życie. „ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii” to publikacja popularyzatorska, ale z pogranicza badań i hobby. To książka albumowa, wypełniona zdjęciami i ciekawostkami, do których zwykli czytelnicy samodzielnie raczej by nie dotarli. Ten tom zachęca do sięgania do szuflad babć i na stare strychy w poszukiwaniu skarbów, które być może przy zwyczajnym oglądaniu zostałyby odrzucone, jako mało efektowne albo wręcz niepasujące do dzisiejszych standardów.

Biżuteria z PRL-u to nie tylko cenne materiały: srebro i kamienie szlachetne. Znacznie częściej, zwłaszcza na początku – to wykorzystywanie surowców wtórnych, stal i blacha z odzysku, a do tego kamienie jubilerskie (a czasami zupełnie inne, w ogóle niepasujące do wyobrażeń o wartościowych minerałach). Z jednej strony to borykanie się z oczekiwaniami klientów liczących na odnowienie dawnych przedmiotów i przywrócenie im blasku, z drugiej – patyna, która tylko uszlachetnia elementy biżuterii. I w tym wszystkim ORNO – zapomniana niemal dzisiaj spółdzielnia, grono ludzi, którzy wykazywali się zręcznością, wyobraźnią i umiejętnością obrabiania metali za pomocą dostępnych akurat narzędzi. Tu nie ma mowy o produkcji seryjnej, wręcz przeciwnie: kolejne pomysły powielane były w niezbyt imponującej liczbie egzemplarzy, a to oznacza, że dzisiaj należą do rzadkości i ich znalezienie u bliskich w szkatułkach może być wielką niespodzianką i nagrodą jednocześnie. Co ciekawe, autorom udało się dotrzeć do jednego twórcy, którego projekty definiowały przez pewien czas jedną z linii ORNO-wskiej biżuterii – jego wspomnienia stanowią najbardziej interesującą część książki. Z kolei młodszym pokoleniom przyda się opowieść o dziełach wytwarzanych nie taśmowo, a w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Dzięki książce dowiemy się, kto ze znanych postaci stał się klientem ORNO – ale nie dostaniemy rejestru wszystkich klientów, zresztą to nie byłoby potrzebne.

Duża jest szansa, że taka publikacja zachęci influencerów i szafiarki do tworzenia stylizacji – ale w książce nie ma miejsca na dopasowywanie biżuterii do stroju. Za to otrzymują odbiorcy mnóstwo zdjęć prezentujących same dzieła: zwykle nie da się ani ustalić autorstwa, ani datować poszczególnych produktów, więc trzeba się będzie zadowolić ogólnikowymi danymi – za to oglądanie fotografii pozwoli na wyrobienie sobie zdania o pomysłach dawnych twórców. Jest tu mnóstwo pierścionków i broszek, ale poza nimi też między innymi bransoletki, kolie czy spinki do mankietów, są też przedmioty codziennego użytku – te w zdecydowanej mniejszości. Autorzy chcą też podsunąć odbiorcom przekonanie, że mają do czynienia z przedmiotami o dużej wartości, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak wyjątkowo cenne klejnoty – tu liczy się stan przedmiotu, ale też jakość wykonania czy projekt wymagający mniej lub więcej pracy. Uczą, jak oceniać znalezione elementy biżuterii – i rozpoznawać ich autentyczność. I dzięki temu „ORNO” to książka dla czytelników ciekawa. Tylko w razie kolejnych wydań przydałoby się poprawić "półkułeczka", bo razi...

poniedziałek, 28 września 2026

Aleksandra Wysocka: Rok raka. Moja onkohistoria. Podróż bez planu, mapy i przewodnika

Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.

Przeżywanie

Aleksandrę Wysocką da się polubić. To autorka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, a chociaż twierdzi, że na szpitalnych korytarzach sama nie nawiązywałaby kontaktów z innymi pacjentami, tylko odcinała się za pomocą słuchawek i książek – ma spore grono przyjaciółek i w trakcie choroby zdobywa nowe. „Rok raka” to jej osobista ale pozbawiona martyrologii opowieść o przeżyciach, które wiązały się z diagnozą i leczeniem najpierw raka piersi, a później innych zmian nowotworowych wykrywanych w trakcie badań. To opowieść o zmianach i o poświęceniach, ale kompletnie wolna od stereotypowych przemyśleń: autorka jasno podkreśla, że nie będzie szukała w sobie wdzięczności za chorobę ani – wielkich czynów, które musi w zamian za wyleczenie zaoferować światu. Proponuje za to książkę, która być może poprawi komuś w kryzysowej sytuacji humor, albo nastawi na rodzaj walki, która go czeka.

Czterdziestopięcioletnia kobieta – szczęśliwa żona i mama, która, zgodnie z dzisiejszymi trendami, nie da się zamknąć w domu, pracuje, cieszy się życiem, kocha podróżowanie (a wręcz nie potrafi bez niego istnieć ani wypoczywać), ma przyjaciół i uprawia sport regularnie – nagle staje przed wyzwaniem, jakiego się nie spodziewała. Na szczęście zmiana w piersi jest maleńka i błyskawicznie wykryta, nawet nie będzie chemii – to coś do usunięcia i szybkiego zapomnienia. Tak wygląda rzeczywistość na początku – i pozwala się trochę oswoić z niechcianą sytuacją. Aleksandra Wysocka przyznaje, że gdzieś tam musiała się wykrzyczeć i wypłakać, ale dość szybko nastawiła się na wyleczenie. Ogromną rolę odgrywał w tym… czarny humor, o który już na wstępie prosiła przyjaciółki i męża – a zapiski z wspierających rozmów w babskim gronie mogą wyzwolić uśmiech także u czytelników. Tyle że leczenie onkologiczne nigdy nie daje się do końca przewidzieć – po drodze wydarzy się jeszcze mnóstwo mniej lub bardziej przykrych niespodzianek i kolejnych wyzwań, przed którymi trzeba się będzie ratować pozytywnym myśleniem i wsparciem bliskich. Wysocka zdaje relację z zachowań swoich – i swoich bliskich. Nie ukrywa chwil, w których była nieszczęśliwa, zła albo potwornie zmęczona, ale też pokazuje, jak mimo trudnego i przedłużającego się leczenia próbowała wywalczyć momenty cenne dla siebie – realizowała marzenia lub wybierała się w podróże (podczas których wynikały kolejne wyzwania związane z koniecznością szukania lokalnych chirurgów).

I to wszystko pisze po to, żeby dodać otuchy czytelnikom znajdującym się w podobnej sytuacji. Tym, którzy chorych onkologicznie mają w swoim najbliższym otoczeniu, podpowiada, jak się zachowywać: co robić, a czego absolutnie nie oczekują od nich choćby w poczekalniach szpitalnych. Uświadamia, jak czasami wygląda walka z systemem (i przypomina, że sama miała wielkie szczęście, trafiając na odpowiednich ludzi w służbie zdrowia). Nie zamierza moralizować, chociaż raz pojawia się wzmianka o losie kolegi, który wybrał drogę alternatywną. Przypomina, ile znaczy nastawienie. Ale jeśli po ten tom sięgnie ktoś, kto nie był do tej pory przekonany do regularnych badań i do poddawania się leczeniu, prawdopodobnie pozostanie przy swoich ocenach sytuacji. Bo ta opowieść pokazuje, że łatwo nie będzie – chociaż da się przeżyć. Aleksandra Wysocka opowiada o zmianie myślenia, które w niej zaszła – i tłumaczy czytelnikom cały proces. Przydaje się jako przewodnik, ale też – nie oszukuje, że wszystko pójdzie gładko. I właśnie dlatego ludzie mogą jej uwierzyć.

wtorek, 22 września 2026

Sofi Thanhauser: Od podszewki. Prawdziwe historie naszych ubrań

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Co nosimy

Ten potężny tom w serii Mundus (chociaż równie dobrze sprawdziłby się z #nauka) to rozłożona na wiele reportaży opowieść o ubraniach – ale nie w kontekście mody czy pomysłów kolejnych projektantów. Sofi Thanhauser zajmuje się bowiem badaniem procesów wytwarzania materiałów, które zrewolucjonizowały przemysł odzieżowy – sprawdza ich wpływ na środowisko i na relacje społeczne, na możliwości, jakie zyskiwali zwykli ludzie – w kontekście dostępnych tkanin i sposobów tworzenia ubrań. „Od podszewki. Prawdziwe historie naszych ubrań” to książka o tym, jakie wartości kryją się za poszczególnymi rodzajami materiałów i gdzie można napotkać pułapki związane z produkowaniem odzieży na ogromną skalę. Tej publikacji nie należy się bać: nie będzie w niej niekończących się rozważań nad rolą falbanek, guzików czy kroju rękawów, same ubrania jako produkt końcowy nie mają już żadnego znaczenia – liczy się za to cała polityka kryjąca się za wykorzystywaniem różnych surowców. Czasem dramatyczna, jak w przypadku bawełny, czasem – mocno nawiązująca do przemian środowiskowych, jak w przypadku jedwabiu, innym razem ekonomiczna – kiedy na scenę wkracza denim. Sofi Thanhauser stara się pokazać, jak funkcjonowały kolejne materiały w historii rozwoju ludzkości, dlatego też początek tej książki to len. Kiedy już przejdzie przez wielkie fabryki i przemiany społeczne, dociera do powrotu do korzeni – pokazuje pasjonatów, którzy chcą wytwarzać odzież tak, jak robiło się to przed wiekami, bez użycia wielkich maszyn – i nie na masowy użytek (chociaż czynnik finansowy będzie tu odgrywać sporą rolę). „Od podszewki” to nie opowieść o ubraniach a o tym, co stoi za konkretnymi odzieżowymi wyborami – cała historia, o której zwykle konsumenci nie myślą i którą często nie kierują się przy decyzjach zakupowych. Trochę autorka próbuje zwiększyć świadomość ekologiczną, trochę – zaspokoić ciekawość czytelników. Dba o przedstawianie historii bez wybielania jej, nie szuka usprawiedliwień dla rozwiązań, które z perspektywy czasu okazały się złe dla ludzi lub środowiska. Chce, żeby czytelnicy bardziej świadomie podchodzili do ubrań – pozornie zwykły i wręcz banalny temat zyskuje tu świetne i rozłożyste opracowanie. A Sofi Thanhauser pisze w sposób niezwykle wciągający, stawia na reportaż wypełniony ciekawostkami i prowadzący odbiorców przez kolejne niespodzianki. Zbiera materiały, podróżując i umawiając się na ciekawe spotkania, pozwala czytelnikom współuczestniczyć w procesie gromadzenia danych – i to wszystko zamienia się w lekturę ambitną, wartościową i bardzo atrakcyjną. Odbiorcy mogą tu docenić nie tylko ilość informacji, ale też jakość ich przekazywania – to opowieść płynna i wartka, pozwalająca na błyskawiczne zorientowanie się w temacie, a jednocześnie na zagłębienie się w nim. I ma się podczas lektury wrażenie, że zebranych tu zagadnień wystarczyłoby na wielotomowe opracowanie – ale Thanhauser decyduje się na skondensowane treści, doskonale dobrane i przemyślane – a przedstawione tak, że literatura popularnonaukowa zamienia się w rozrywkową i przynosi sporo przyjemności czytającym. To książka z gatunku tych, które trudno odłożyć na półkę przed zakończeniem lektury.

wtorek, 15 września 2026

Sándor Márai: Patrol na Zachodzie

Czytelnik, Warszawa 2026.

Podróż

Każda wyprawa zmienia człowieka. Sándor Márai postanawia zatem potraktować ją jako źródło literackiej inspiracji i zaproponować swoim czytelnikom szereg przeżyć oraz spostrzeżeń związanych z poznawaniem miejsc, kultur i specyfiki społeczeństw (ale nie narodowości). Doświadczenia płynące z dość szybkiego przecież – bo związanego z podróżą a nie przeprowadzką - zmieniania miejsc pobytu dają się przerobić na niezwykle trafny i ponadczasowy filozoficzny reportaż. Sándor Márai jest tak samo uważnym obserwatorem w podróży jak i w tworzeniu literatury – a teraz pozwala czytelnikom podążać za sobą i budować sieć skojarzeń w oparciu o obserwacje. „Patrol na Zachodzie” to wyprawa z 1935 roku – jej celem są stolice państw uznawanych przez Węgrów (i nie tylko) za kwintesencję postępu i nowoczesności. Sándor Márai trafia do Paryża i do Londynu, a odbiorcom tego tomu pozwala wręcz podróżować ze sobą. Ma oczy szeroko otwarte i rejestruje kolejne zaskoczenia albo wrażenia. Nie zamierza – co ważne – przepisywać przewodników, nie interesuje go zwiedzanie czy wyprawa o charakterze turystycznym. Owszem, świetnie zdaje sobie sprawę z miejsc, które odwiedzić po prostu należy, a jednak pojawiają się one we wzmiankach bardziej niż jako sedno komentarzy. Márai jest wyczulony na ludzi, którzy go mijają, na rozpoznane już trasy, na odczucia i możliwości. Jest tym podróżnikiem, który ucieka od banałów, stara się zajrzeć pod powierzchnię, żeby znaleźć coś intrygującego i zaskakującego z perspektywy czytelników. A jednoczenie kolejne odkrycia prowadzą do ważnych i cennych refleksji na temat kondycji ludzkości. Co ciekawe, Márai często rezygnuje w tych przemyśleniach z tu i teraz na rzecz uniwersalności – dba o to, żeby zmiana miejsca i otoczenia pozwoliła mu na wyciąganie daleko idących wniosków na temat miejscowych. Nie wywyższa się przy tym – ale też nie stawia na piedestale ludzi innych narodowości, nie to jest jego zadaniem. „Patrol na Zachodzie” to książka, która dzisiaj stanowić może popis literacko-reportażowy. Nadaje się na przeciwwagę dla pospiesznie tworzonych wspomnień z wypraw – tu liczy się każdy drobiazg, który da się zamienić na istotę rzeczy w ocenie porządku świata. Ta książka objętościowo na pierwszy rzut oka może się wydawać niepozorna, ale mieści się w niej mnóstwo tematów wartych ocalenia i fraz, które nieodmiennie do tego autora przyciągają. Sándor Márai nie zamierza być dla czytelników przewodnikiem ani kompanem w podróży – chyba że ktoś chce odbyć akurat podróż mentalną, wymagającą uważności i solidnej dawki wiedzy. To lektura ambitna i mocno wyróżniająca się na rynku wydawniczym. Sándor Márai znany jest bardziej ze swojej prozy – jednak i tu charakterystyczny styl sklasyczniałego już twórcy jest wyrazisty i ciekawy. „Patrol na Zachodzie” to książka, w której droga do celu jest nawet ważniejsza niż sam cel – a autor pokazuje, jak można przeżywać zmianę miejsca pobytu, żeby trafić nawet do kolejnych pokoleń.

środa, 2 września 2026

Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji

Marginesy, Warszawa 2026.

Wsparcie

Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.

Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.

Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.

Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Katherine Eban: Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków

Czarne, Wołowiec 2026.

Zdrowie

To jest tak, że każdy chciałby jak najmniej pieniędzy zostawiać w aptekach – i często farmaceuci są pytani o tańsze zamienniki przepisywanych przez lekarzy medykamentów. Ale, jak się okazuje, ta droga może być pułapką, bo taniość to nie zawsze gwarancja odpowiednio dobranego składu czy zachowywania procedur. Fabryki w Indiach produkują lekarstwa i nie przejmują się ich nieskutecznością lub wręcz zagrożeniami płynącymi z ich stosowania, a do tego są w stanie omijać wszelkiego rodzaju wytyczne czy regulaminy. Fałszowanie składu leków to jedno, nieprzestrzeganie zasad przygotowywania drugie – a kombinacje prawne i oszustwa czy fałszowanie dokumentacji – trzecie. Jeśli ma się to na uwadze, trochę mniej atrakcyjne wydają się tańsze zamienniki leków. Zwłaszcza że owe zamienniki czasami trafiają na rynki choćby w Stanach Zjednoczonych – i mogą doprowadzić do wielkiej katastrofy – w najczarniejszym scenariuszu do śmierci pacjentów ufnych w dzisiejszą medycynę.

I książka „Gorzkie pigułki. Mroczna prawda o tańszych zamiennikach leków” to właśnie uważna analiza nadużyć popełnianych na rynku lekarstw. Katherine Eban przeprowadza wręcz dziennikarskie śledztwo – albo dzieli się informacjami dotyczącymi największych skandali w dziedzinie tańszych zamienników leków. Przedstawia odkrycia, które mogą wstrząsnąć czytelnikami – przede wszystkim przypomina, że zamiennik może nie przynieść oczekiwanych rezultatów z najróżniejszych powodów, od nieodpowiedniego składnika, przez niewłaściwe metody przygotowywania leku, aż po kompletnie zarzucone elementy przepisu. Tworzenie leków to wyścig do wielkich pieniędzy – w przypadku zamienników to wyścig do wielkich pieniędzy – pozostałości po wielkich koncernach. I autorka wyjaśnia między innymi, jakie regulacje pozwalają na zarabianiu na tańszych zamiennikach, w momencie gdy liczy się konkurencyjna cena. W pewnym momencie Katherine Eban zaczyna przechodzić do ludzi – tropi tych, których decyzje przyczyniały się do kolejnych nadużyć, naświetla ich reakcje w obliczu zagrożenia oraz ich postawy wobec wiadomości o śmierci pacjentów korzystających z oferty ich firmy. Konflikt pojawia się tu wyraźnie, a oskarżenia wydają się jednoznaczne – ludzie, którzy korzystają z tańszych zamienników leków, często nie byliby w stanie zapłacić pełnej kwoty za oryginalny lek – zamienniki to ich jedyna nadzieja na wyzdrowienie. W grę wchodzi też czynnik środowiskowy – miejsce zamieszkania czasami warunkuje dostęp do różnych wersji leków. Tymczasem dla firm produkujących takie medykamenty zdrowie ani życie anonimowych pacjentów nie ma żadnego znaczenia, więc koncentrują się jedynie na zarobku. „Gorzkie pigułki” to właśnie ta smutna prawda: życie jednostki nie liczy się w kontekście „dobra” firmy. Katherine Eban przygotowuje czytelników na wielkie i smutne niespodzianki w obliczu choroby – i pokazuje, skąd się one biorą.

Jest to książka niby utrzymana w tonie sensacji – przynajmniej pod kątem doboru tematów. Ale jeśli chodzi o narrację i dobór wiadomości – to autorka postawiła na rzetelność i szczegółowość. Oczywiście fabularyzuje pewne kwestie, tak, żeby czytelnikom przyjemniej śledziło się informacje, ale nie musiałaby tego robić: pisze dobrze i jest w stanie przyciągnąć uwagę czytelników dzięki samemu głównemu zagadnieniu. To odpowiedź na społeczne lęki i na niewyjaśnione często zjawiska, istotne z perspektywy pacjentów. Jest to obszerna książka, ale lektura nie należy do nudnych, wręcz przeciwnie – rzadko zdarza się na rynku literatury faktu tom aż tak frapujący.

sobota, 22 sierpnia 2026

Aneta Pawłowska-Krać: Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD

Czarne, Wołowiec 2026.

Skupienie

Wszyscy, którzy krzyczą, że ADHD nie istnieje, że to moda i wymysł dzisiejszych psychologów, mogą zweryfikować swoje poglądy, sięgając po książkę Anety Pawłowskiej-Krać „Milion myśli naraz. O dorosłych z ADHD”. To zestaw reportaży i rozmów, które autorka przeprowadziła dla lepszego zrozumienia tematu – i teraz prezentuje szerokiej publiczności, żeby uświadomić, że to nie moda a rosnąca świadomość sprawia, że obecnie u wielu dorosłych diagnozuje się taką dysfunkcję. ADHD jest rodzajem neuroatypowości, w tej książce często splata się z autyzmem (chociaż Pawłowska-Krać nie zajmuje się szczegółowymi rozróżnieniami). I przybiera naprawdę różne oblicza.

Rytm tej książki wydaje się sensowny, żeby nie zaburzać czytelnikom odbioru: autorka najpierw przedstawia nowego bohatera – kogoś, kto w dorosłym życiu mierzy się z ADHD, uzyskał diagnozę i musiał podporządkować swoje życie „inności”, żeby funkcjonować w rzeczywistości. W tych bohaterach oczywiście mogą kumulować się cechy różnych ludzi, ale Pawłowska-Krać bardziej liczy na indywidualności, które da się rozszerzyć – niż na modelowe zachowania. I dlatego przyciągnie czytelników możliwością podglądania zwykłych ludzi w ich codziennych perypetiach. Żeby zrozumieć, co działo się w ich domach, przedstawia rozdział później wybrany aspekt ADHD i badań nad nim z perspektywy specjalistów. To okazja do udzielania bardziej konkretnych wyjaśnień i do naświetlania kolejnych symptomów. Dzięki temu przesadne teoretyzowanie nie odbiera przyjemności czytania, a książka pełni też funkcję edukacyjną – przynosi czytelnikom wartościowe informacje. Jeśli czytelnicy uważali, że ADHD to tylko przeszkoda w funkcjonowaniu w mało wyrozumiałym świecie, dzięki temu tomowi przekonają się, że mogli się bardzo mylić. Autorka celowo sięga po życiorysy skrajne i różne – pojawi się tu między innymi mężczyzna, który z ADHD uczynił atut w pracy i osiągnął znacznie więcej niż przeciętni. Ale są tu też bohaterowie, którzy bez pomocy bliskich nie mogliby radzić sobie z najprostszymi sprawami. Opowieści prywatne – te o ludziach z ADHD – to też rejestr zachowań, które można podejrzeć jako przepis na ratunek. Jedni otaczają się przypominajkami i terminarzami, inni szukają diagnoz (i często błądzą), jeszcze inni nie są w stanie posprzątać swojego otoczenia, a kolejni fascynują, gdy są w towarzystwie, ale we własnym domu nie są w stanie wykrzesać z siebie odrobiny energii. ADHD to nie tylko nieumiejętność skupienia się czy zorganizowania wizyt u lekarza – to także regenerująca drzemka w ciągu dnia albo poczucie niewystarczalności. Autorce zależało w tej książce na naświetleniu jak największego spektrum zjawiska, które budzi ciekawość albo sprzeciw czytelników – jest tu niestrudzona w poszukiwaniu kolejnych przejawów neuroatypowości. Przyciągnie czytelników między innymi umiejętnym analizowaniem sytuacji, prowadzeniem wartościowych obserwacji, kiedy ma do czynienia z nowymi znajomymi borykającymi się z czyimś ADHD na co dzień. Dba o to, żeby nie piętnować, a pokazywać odmienność – bez oceniania. „Milion myśli naraz” to bardzo atrakcyjna publikacja – z pewnością spotka się z uznaniem na rynku i może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców, nie tylko do tych, którzy spotkali się z diagnozą ADHD u siebie lub kogoś bliskiego, ale też do tych, którzy chcą zgłębiać „fenomen” albo wyrobić sobie własne zdanie na temat „mody”. Po lekturze z pewnością będą bardziej ostrożni w swoich sądach.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Błażej Ciarkowski: Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u

Czarne, Wołowiec 2026.

Odpoczynek

Z fascynacji klimatami retro, nostalgii za PRL-em, mody, a może jeszcze z innych powodów mogą odbiorcy sięgać po książkę „Remontownia ciał i dusz. Domy wczasowe i sanatoria w PRL-u”. Błażej Ciarkowski zajmuje się tu możliwościami wypoczynku, jakie mieli – dzięki ówczesnej polityce i zakładom pracy – zwykli ludzie. Przynajmniej w pięknych i wzniosłych teoriach. Bo tak naprawdę książka „Remontownia ciał i dusz” to publikacja o rozdwojonej narracji. Jeden tor stanowią plany – ideały i oczekiwania, potrzeby i działania ludzi na szczycie – po to, żeby pokazać masom, jak bardzo się o nie dba. Żeby stłumić ewentualne narzekania. Żeby wzmocnić produktywność. Żeby trochę animować ruch turystyczny. Plany należą zawsze do ambitnych i zbyt pięknych, żeby mogły się ziścić. Drugi tor w narracji zapewniają prawdziwe doświadczenia, realizacja tego, co na papierze wyglądało idealnie. Kombinowanie, skargi, niezadowolenie lub pesymizm ludzi, którzy z atrakcji wczasowych korzystali.

I Błażej Ciarkowski przechodzi przez kolejne poziomy wtajemniczenia w kwestie domów wczasowych i sanatoriów – od pytania, komu przysługiwały w nich miejsca, kto mógł otrzymać szansę na wypoczynek lub miejsce na turnusie, a kto korzystał, chociaż niekoniecznie powinien. Już na tym etapie widać wyraźnie, że ludzie nie zrezygnują ze zdobywania dla siebie jak najwięcej – wykorzystają każdą sytuację, żeby tylko wyjść przed szereg i zapewnić sobie rozrywkę. Z kolei ci faktycznie potrzebujący odpoczynku, zwłaszcza takiego, jaki oferowały zakłady pracy, nie wierzyli w swoje prawo do wczasów – i, co za tym idzie, nie umieli o to zawalczyć. W „Remontowni” to rozdwojenie nie kończy się na wstępnych rozdziałach – autor przeprowadza czytelników przez kolejne zestawienia, między innymi kuchnię, organizowane na miejscu rozrywki czy instytucję kaowca. Bezlitośnie punktuje problemy płynące z niewiedzy: kiedy to chorzy trafiali do nieodpowiednich dla swoich problemów zdrowotnych miejsc – ze względu na brak świadomości tych, którzy przydzielali skierowania. Jest tu opowieść o architekturze i o rozwiązaniach lokalowych, o rozrywkach na miejscu i o zmianach, jakie zachodziły w miejscowościach uzdrowiskowych. I w tym wszystkim autorowi nie zabraknie goryczy – zwłaszcza kiedy przedstawia ludzi rozczarowanych albo oszukanych, tych, którzy nie mogli korzystać z atrakcji obmyślonych specjalnie dla nich. Do tego dochodzi zestaw fotografii podkreślających dzisiejszy upadek dawnych tętniących życiem ośrodków. Ciarkowski stara się pokazać całą kulturę funkcjonowania w ośrodkach wczasowych, dba o to, żeby nie przeoczyć żadnego detalu – proponuje czytelnikom przypomnienie zjawisk, które odeszły już do lamusa. Co ciekawe, czytelnicy ze starszych pokoleń, ci, którzy mogli jeszcze zaznać życia uzdrowiskowego, mogą mieć inne zdanie na tematy, w których Ciarkowski przedstawia własne opinie – dla młodszych i tak prezentowane zjawiska będą egzotyczne i niezrozumiałe. Autor chce, żeby czytelnicy mogli angażować się w opisywaną rzeczywistość – i dlatego czasami wprowadza konkretnych bohaterów, zwłaszcza – z nizin społecznych – żeby uniknąć suchego tonu. Nie będzie jednak przesadnie fabularyzować, żeby nie przyćmić w ten sposób niezbędnych wiadomości. Przygląda się zasadzie istnienia domów wczasowych i uzdrowisk – od momentu ich wymyślenia po (smutny) koniec.

środa, 12 sierpnia 2026

Catherine Bell: Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą

Marginesy, Warszawa 2026.

Życie literaturą

Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.

Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.

Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian

Rebis, Poznań 2026.

Bez bóstw

W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.

Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.

środa, 5 sierpnia 2026

Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia

Znak, Kraków 2026.

Igrzyska

Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.

Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.

Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.

piątek, 31 lipca 2026

Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin

Marginesy, Warszawa 2026.

Przyjazd

Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.

Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.

środa, 29 lipca 2026

Łukasz Modelski: Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL

Mando, Kraków 2026.

Smaki

Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.

Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.

niedziela, 26 lipca 2026

Arvind Narayanan, Sayash Kapoor: Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Pułapki

Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.

Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.

sobota, 18 lipca 2026

Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy

Marginesy, Warszawa 2026.

Schronienie

Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.

I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.

W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.