Marginesy, Warszawa 2026.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 lipca 2026
piątek, 10 lipca 2026
Anupreeta Das: Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne
Helion, Gliwice 2026.
Nerd
Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.
Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.
Nerd
Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.
Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.
środa, 8 lipca 2026
Mariusz Urbanek: Gałczyński. Kanarek w klatce
Iskry, Warszawa 2026.
Czary
Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.
Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.
Czary
Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.
Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.
wtorek, 5 maja 2026
Phoebe Hoban: Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki
Rebis, Poznań 2026.
Buntownik
Ta książka robi wrażenie jako wnikliwa i ciekawa analiza życia i twórczości artysty próbującego wymykać się schematom (i jednocześnie podbudowującego liczne stereotypy swoimi zachowaniami). Jean-Michel Basquiat – funkcjonujący tu jako nie tylko obiekt badań, ale i źródło fascynacji, żył krótko, jednak pozostawił po sobie nie tylko liczne prace i wspomnienia u największych artystów – ale też szereg życiowych komplikacji. Phoebe Hoban sukcesywnie je rozplątuje, wyjaśniając czytelnikom, na czym polegał fenomen Basquiata w życiu i w sztuce. Buduje bardzo obszerną książkę, w której nawet szczeniackim wybrykom nadaje odpowiednie znaczenie i wymiar – przez interpretację sytuacji z życia młodego buntowniczego artysty może ułożyć jego portret niepozbawiony sentymentu. Czytelnicy i tak wyrobią sobie własne zdanie – bo Basquiat jako artysta niepokorny nie daje się zamknąć w żadnych ramach. Co ciekawe, są tu zdjęcia z albumu rodzinnego, ale nie ma reprodukcji – mówienie o sztuce w tym wypadku musi ustąpić życiorysowym fragmentom.
Kolejni przyjaciele i znajomi twórcy, po których wspomnienia sięga Hoban, dzielą się własnymi doświadczeniami oraz obserwacjami – wiele z nich będzie się powtarzać i składać na portret ekscentryka, który w drogich garniturach poplamionych farbą nosi zwitki pieniędzy i rozdaje je będącym akurat w potrzebie przyjaciołom. Ale zza tych działań wyłania się też obraz człowieka uzależnionego od narkotyków i poszukującego wrażeń w ramionach kolejnych kobiet – to także element osobowości Basquiata. Nie ulega wątpliwości, że młodzieńcze wybryki i wykroczenia poza powszechnie przyjęte standardy składać się będą na element autoprezentacji – mamy tu do czynienia z artystą, który zrozumiał, że skoro świat postrzega go jako geniusza sztuki, to daje mu automatycznie pozwolenie na odejście od norm czy to społecznych, czy kulturowych. Basquiat pozbawiony talentu byłby po prostu nieznośnym wyrzutkiem społecznym – jednak w wersji natchnionego artysty jawi się jako wybitny człowiek. I Phoebe Hoban zdaje się wydobywać ten kontrast w swojej książce. Dba o to, żeby nie zabrakło czytelnikom informacji o towarzyskich relacjach i łamaniu reguł – przy tym wszystkim sztuka musi zejść na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. To bardziej biografia twórcy niż analiza jego dokonań artystycznych, ale przez poważne pochylenie się nad niepoważną egzystencją Phoebe Hoban może zwrócić uwagę na sztukę samą w sobie. To się właśnie dzieje w tym sporym tomie. Co ciekawe, mimo stałego odciągania uwagi przez codzienność artysty, autorka tomu jest w stanie nakreślić jego prace w kontekście – pokazać czytelnikom, jakie kierunki w sztuce mogły Basquiata ukształtować i co miało największy wpływ na jego twórczość. Dzięki temu czytelnicy zyskają szerszą perspektywę i będą umieli umieścić dzieła w pewnej przestrzeni. Jest „Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki” książką starannie przygotowaną – zresztą Phoebe Hoban nie może sobie pozwolić na pobieżne traktowanie wybranych wątków, bo naraziłaby się wówczas na krytykę za poszukiwanie sensacji. Spokojna analiza wydarzeń i przedstawianie ich z różnych ujęć – między innymi dzięki świadectwom bliskich – zapewnia jej znacznie więcej możliwości. I te wykorzystuje.
Buntownik
Ta książka robi wrażenie jako wnikliwa i ciekawa analiza życia i twórczości artysty próbującego wymykać się schematom (i jednocześnie podbudowującego liczne stereotypy swoimi zachowaniami). Jean-Michel Basquiat – funkcjonujący tu jako nie tylko obiekt badań, ale i źródło fascynacji, żył krótko, jednak pozostawił po sobie nie tylko liczne prace i wspomnienia u największych artystów – ale też szereg życiowych komplikacji. Phoebe Hoban sukcesywnie je rozplątuje, wyjaśniając czytelnikom, na czym polegał fenomen Basquiata w życiu i w sztuce. Buduje bardzo obszerną książkę, w której nawet szczeniackim wybrykom nadaje odpowiednie znaczenie i wymiar – przez interpretację sytuacji z życia młodego buntowniczego artysty może ułożyć jego portret niepozbawiony sentymentu. Czytelnicy i tak wyrobią sobie własne zdanie – bo Basquiat jako artysta niepokorny nie daje się zamknąć w żadnych ramach. Co ciekawe, są tu zdjęcia z albumu rodzinnego, ale nie ma reprodukcji – mówienie o sztuce w tym wypadku musi ustąpić życiorysowym fragmentom.
Kolejni przyjaciele i znajomi twórcy, po których wspomnienia sięga Hoban, dzielą się własnymi doświadczeniami oraz obserwacjami – wiele z nich będzie się powtarzać i składać na portret ekscentryka, który w drogich garniturach poplamionych farbą nosi zwitki pieniędzy i rozdaje je będącym akurat w potrzebie przyjaciołom. Ale zza tych działań wyłania się też obraz człowieka uzależnionego od narkotyków i poszukującego wrażeń w ramionach kolejnych kobiet – to także element osobowości Basquiata. Nie ulega wątpliwości, że młodzieńcze wybryki i wykroczenia poza powszechnie przyjęte standardy składać się będą na element autoprezentacji – mamy tu do czynienia z artystą, który zrozumiał, że skoro świat postrzega go jako geniusza sztuki, to daje mu automatycznie pozwolenie na odejście od norm czy to społecznych, czy kulturowych. Basquiat pozbawiony talentu byłby po prostu nieznośnym wyrzutkiem społecznym – jednak w wersji natchnionego artysty jawi się jako wybitny człowiek. I Phoebe Hoban zdaje się wydobywać ten kontrast w swojej książce. Dba o to, żeby nie zabrakło czytelnikom informacji o towarzyskich relacjach i łamaniu reguł – przy tym wszystkim sztuka musi zejść na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. To bardziej biografia twórcy niż analiza jego dokonań artystycznych, ale przez poważne pochylenie się nad niepoważną egzystencją Phoebe Hoban może zwrócić uwagę na sztukę samą w sobie. To się właśnie dzieje w tym sporym tomie. Co ciekawe, mimo stałego odciągania uwagi przez codzienność artysty, autorka tomu jest w stanie nakreślić jego prace w kontekście – pokazać czytelnikom, jakie kierunki w sztuce mogły Basquiata ukształtować i co miało największy wpływ na jego twórczość. Dzięki temu czytelnicy zyskają szerszą perspektywę i będą umieli umieścić dzieła w pewnej przestrzeni. Jest „Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki” książką starannie przygotowaną – zresztą Phoebe Hoban nie może sobie pozwolić na pobieżne traktowanie wybranych wątków, bo naraziłaby się wówczas na krytykę za poszukiwanie sensacji. Spokojna analiza wydarzeń i przedstawianie ich z różnych ujęć – między innymi dzięki świadectwom bliskich – zapewnia jej znacznie więcej możliwości. I te wykorzystuje.
sobota, 4 kwietnia 2026
Marta Górna: Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie
Agora, Warszawa 2026.
Kariera
Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.
Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.
Kariera
Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.
Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.
czwartek, 26 lutego 2026
Emily van Duyne: Kochając Sylvię Plath. Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylvię za jej życia i po śmierci
Znak, Kraków 2026.
Przemoc domowa
Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.
Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.
Przemoc domowa
Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.
Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.
środa, 11 lutego 2026
Katarzyna Rzehak: Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne
Marginesy, Warszawa 2026.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
poniedziałek, 12 stycznia 2026
Katarzyna Stoparczyk: Tym. Człowiek szczery na trzy litery
Otwarte, Kraków 2025.
Za uśmiechem
O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.
Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.
Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.
Za uśmiechem
O tej książce na pewno mówiłoby się więcej, gdyby nie smutne okoliczności jej zaistnienia na rynku wydawniczym: Katarzyna Stoparczyk zginęła w wypadku samochodowym po oddaniu tekstu do druku. Sama też nie mogła gromadzić wiadomości dzięki rozmowom z mistrzem humoru, bo ze Stanisławem Tymem przed jego śmiercią spotkała się zaledwie raz. I w efekcie powstał niewielki tom, który budzi spory niedosyt i być może wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby był czas na cyzelowanie szczegółów. A może po prostu założenie było takie, żeby Katarzyna Stoparczyk przygotowała książkę w wersji pop, dla szerokiego grona czytelników, tych, którzy Tyma podziwiali i kojarzyli, ale niekoniecznie mieli ochotę zagłębiać się w zawiłe ścieżki biografii. Czytelnicy, którzy tego twórcę kojarzyli, raczej większość faktów z tomu znają – nie znajdą tu żadnych skandali ani niezwykłości, mało tego – nie znajdą wielu ciekawych epizodów lub pomysłów: w tym celu muszą poszukać albo we wspomnieniach innych satyryków, albo w materiałach cyfrowych. Mało Tyma w Tymie – nawet jeśli to, co jest, jest stworzone z humorem i przyjaźnią.
Nie doczekał się tym razem bohater książki monumentalnej opowieści o życiu i zmaganiach z tworzywem satyrycznym, bo „Tym. Człowiek szczery na trzy litery” to zaledwie jednostronny portret, bazujący na podziwie i sympatii, ale też niepozwalający na odkrycia i olśnienia. Wydaje się, że najwięcej miejsca autorka poświęciła na relacje Stanisława Tyma i Stanisława Barei – wątek to atrakcyjny, zwłaszcza że komedie tego ostatniego wciąż są określane mianem kultowych i funkcjonują w świadomości społecznej – ale szkoda, że w ten sam sposób nie przedstawiała innych dokonań tego artysty. Jest tu Tym-felietonista, jest Tym-prześmiewca, jest Tym-wielbiciel zwierząt, ale nie wynika z tego zbyt dużo dla odbiorców, którzy słyszeli o fenomenie, a rozminęli się pokoleniowo albo i ideowo. Przy tej lekturze ma się często wrażenie, że autorka budowała całe akapity na bazie jednego zdania – którego już potem nie próbowała w żaden sposób weryfikować ani uzupełniać. I tak powstała książka ogólnikowa, książka, którą dobrze się czyta ze względu na przyjemną i udaną narrację, książka bazująca na emocjach odbiorców – ale książka do błyskawicznej i jednokrotnej lektury. Wiadomo, trudno tu oczekiwać czegokolwiek więcej – stała się ta publikacja rodzajem podwójnego pożegnania, a nie źródłem wiedzy na temat życia i twórczości Stanisława Tyma – ale boleśnie zaostrza apetyty na więcej, przy świadomości, że żadne z tego duetu „więcej” nie zaoferuje w dziedzinie lekturowej.
Ale to dobry wstęp do poznawania Stanisława Tyma i do poszukiwania nie tylko anegdot, ale też śladów jego zawodowych wyborów w dziełach, felietonach, wystąpieniach scenicznych i decyzjach filmowych. Człowiek, który wszystkim kojarzy się ze śmiechem, nie może być przecież przedstawiany pomnikowo i ponuro.
wtorek, 6 stycznia 2026
Marcel Woźniak: Pospieszalscy. Rodzina
Marginesy, Warszawa 2025.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
poniedziałek, 22 grudnia 2025
Denitza Bantcheva, Liliana Rosca: Alain Delon. Buntownik i legenda
Familium, Republika Czeska 2025.
Historia kina
Wielki album dla miłośników dobrego aktorstwa i przy okazji dla tych, którzy uważają, że tylko kobiety są postrzegane przez pryzmat urody. „Alain Delon. Buntownik i legenda” to książka albumowa przeznaczona na prezent dla fanów – przygotowana tak, żeby dostarczać wrażeń różnego rodzaju. Denitza Bantcheva i Liliana Rosca zajmują się tu stworzeniem kilku warstw narracyjnych. Alain Delon zostaje w tomie sportretowany na różne sposoby. Przede wszystkim – przez biografię. Dość skrótową, szybką, taką, żeby nie zamęczać odbiorców, którzy potrzebowaliby czegoś innego – tu liczą się konkrety i kamienie milowe w życiorysie, osiągnięcia i motywacje podejmowanych decyzji. Tak, żeby dla czytelników szybko stało się jasne, z jakimi wyzwaniami Delon się mierzył i co go najbardziej frustrowało, jak radził sobie z kolejnymi rolami i z kim wstępował w związki. To, co najistotniejsze, bez zbędnego przegadania i niepotrzebnych drobnych faktów układa się tu w spójną całość albo dla fanów, albo dla tych, którzy Delona z ekranu nie pamiętają i dopiero zaczynają go poznawać.
Pierwsza narracja wiąże się zatem z biografią. Druga, znacznie bardziej rzucająca się w oczy, to warstwa graficzna. Ta publikacja – wydana w twardych okładkach, z wszytą zakładką i na kredowym, bardzo grubym papierze, który znacząco wpływa na wagę książki – służy przede wszystkim podziwianiu fotosów. Zdjęcia z planów filmowych, pamiątki, oficjalne i mniej oficjalne ujęcia przedstawiające Delona i jego bliskich, kadry filmowe – to wszystko buduje tu osobną opowieść, wcale nie mniej ważną niż dane biograficzne. Trzecią narrację odbiorcy kojarzyć mogą ze standardowych książek o kimś – zwykle w ramach przedstawiania sławy sięga się też po opinie jej bliskich lub współpracowników, tak, żeby zyskać nowe perspektywy i inne punkty widzenia. I tutaj inaczej nie będzie – co pewien czas głos zabierają ludzie z orbity Delona – po to, żeby naświetlić swoje związki z nim albo spróbować uchwycić charakter. Obecność tamtych trzech nie dziwi – tego mniej więcej można by się spodziewać po książce tego rodzaju, biografii pretendującej do miana albumu (a nawet i po niepretendującej dzisiaj – to norma). Ale to wydawnictwo ma w zanadrzu jeszcze jedną narrację. Od czasu do czasu pojawiają się tu bowiem kolejne filmy z Delonem – i te filmy zyskują krótką notkę obejmującą fabułę czy ważne dla historii kina momenty. I wprawdzie ta opowieść trochę wytrąca z podstawowej lektury, ale nie będzie to nikomu przeszkadzało, jeśli da się dzięki temu uporządkować wiadomości na temat najsławniejszych dokonań Delona przed kamerą.
Jest to książka stworzona z pomysłem. W skromniejszej oprawie i w mniejszym rozmiarze być może pozostawiałaby odrobinę niedosytu, ale w wersji do oglądania sprawdza się idealnie – to sposób na przypomnienie światu o aktorze-bożyszczu tłumów i o jego dorobku, a przy tym przewodnik po filmografii (w osobnym dodatku czytelnicy otrzymają metryczki do filmów z Delonem – z wykazem twórców, jako ściąga i przewodnik po tym, co oglądać w dalszej kolejności, może się to bardzo przydawać).
Historia kina
Wielki album dla miłośników dobrego aktorstwa i przy okazji dla tych, którzy uważają, że tylko kobiety są postrzegane przez pryzmat urody. „Alain Delon. Buntownik i legenda” to książka albumowa przeznaczona na prezent dla fanów – przygotowana tak, żeby dostarczać wrażeń różnego rodzaju. Denitza Bantcheva i Liliana Rosca zajmują się tu stworzeniem kilku warstw narracyjnych. Alain Delon zostaje w tomie sportretowany na różne sposoby. Przede wszystkim – przez biografię. Dość skrótową, szybką, taką, żeby nie zamęczać odbiorców, którzy potrzebowaliby czegoś innego – tu liczą się konkrety i kamienie milowe w życiorysie, osiągnięcia i motywacje podejmowanych decyzji. Tak, żeby dla czytelników szybko stało się jasne, z jakimi wyzwaniami Delon się mierzył i co go najbardziej frustrowało, jak radził sobie z kolejnymi rolami i z kim wstępował w związki. To, co najistotniejsze, bez zbędnego przegadania i niepotrzebnych drobnych faktów układa się tu w spójną całość albo dla fanów, albo dla tych, którzy Delona z ekranu nie pamiętają i dopiero zaczynają go poznawać.
Pierwsza narracja wiąże się zatem z biografią. Druga, znacznie bardziej rzucająca się w oczy, to warstwa graficzna. Ta publikacja – wydana w twardych okładkach, z wszytą zakładką i na kredowym, bardzo grubym papierze, który znacząco wpływa na wagę książki – służy przede wszystkim podziwianiu fotosów. Zdjęcia z planów filmowych, pamiątki, oficjalne i mniej oficjalne ujęcia przedstawiające Delona i jego bliskich, kadry filmowe – to wszystko buduje tu osobną opowieść, wcale nie mniej ważną niż dane biograficzne. Trzecią narrację odbiorcy kojarzyć mogą ze standardowych książek o kimś – zwykle w ramach przedstawiania sławy sięga się też po opinie jej bliskich lub współpracowników, tak, żeby zyskać nowe perspektywy i inne punkty widzenia. I tutaj inaczej nie będzie – co pewien czas głos zabierają ludzie z orbity Delona – po to, żeby naświetlić swoje związki z nim albo spróbować uchwycić charakter. Obecność tamtych trzech nie dziwi – tego mniej więcej można by się spodziewać po książce tego rodzaju, biografii pretendującej do miana albumu (a nawet i po niepretendującej dzisiaj – to norma). Ale to wydawnictwo ma w zanadrzu jeszcze jedną narrację. Od czasu do czasu pojawiają się tu bowiem kolejne filmy z Delonem – i te filmy zyskują krótką notkę obejmującą fabułę czy ważne dla historii kina momenty. I wprawdzie ta opowieść trochę wytrąca z podstawowej lektury, ale nie będzie to nikomu przeszkadzało, jeśli da się dzięki temu uporządkować wiadomości na temat najsławniejszych dokonań Delona przed kamerą.
Jest to książka stworzona z pomysłem. W skromniejszej oprawie i w mniejszym rozmiarze być może pozostawiałaby odrobinę niedosytu, ale w wersji do oglądania sprawdza się idealnie – to sposób na przypomnienie światu o aktorze-bożyszczu tłumów i o jego dorobku, a przy tym przewodnik po filmografii (w osobnym dodatku czytelnicy otrzymają metryczki do filmów z Delonem – z wykazem twórców, jako ściąga i przewodnik po tym, co oglądać w dalszej kolejności, może się to bardzo przydawać).
piątek, 5 grudnia 2025
Jackie Wullschläger: Chagall
Marginesy, Warszawa 2025.
Z obrazów
Jackie Wullschläger nie ma łatwego zadania. Przedstawienie biografii artysty, który walczyć musiał nie tylko z własnymi demonami, ale i ze światem ogarniętym antysemickimi dążeniami znacznie przekracza objętość pojedynczego tomu, nawet tak obszernego. „Chagall” to wielka opowieść – wielka pod kątem artystycznych poszukiwań i pod kątem układania sobie prywatnego życia, zawsze w opozycji do nastrojów społecznych czy czasów. A jednocześnie autorka rezygnuje z jednoznacznie akademickich relacji, chociaż sporo energii wkłada w to, żeby uświadomić czytelnikom, na czym polegała przełomowość w podejściu do sztuki bohatera książki. Liczy się dla niej w pierwszej kolejności artyzm, pogląd na tworzenie i same twórcze akty – działania, które mają ukształtować wybitnego artystę, a przy tym zapewnić mu byt. Dość szybko jednak w życiu Chagalla pojawia się Bella, największa miłość i późniejsza żona oraz matka jego córki – i tu już odpowiedzialność za utrzymanie rodziny coraz bardziej będzie się kłócić z powinnościami artysty. To rozedrganie autorka tomu próbuje odzwierciedlić w narracji. Bardzo chętnie zajmuje się życiem osobistym Chagalla, bez przerwy do tego wraca, żeby naświetlić czytelnikom kolejne wyzwania i trudy codzienności – zwłaszcza gdy ruchy społeczne wpędzają w ubóstwo i wymuszają na artystach szukanie kompromisów.
Chagall to w dużym stopniu kolorysta, ale z drobnych czarno-białych reprodukcji rozsianych po tomie trudno będzie to wywnioskować, pojawia się mało (zawsze zbyt mało) kolorowych prac – ale Jackie Wullschläger stara się oddać ten motyw w barwnych opisach, zajmuje się technikami i kompozycjami bohatera książki, wprowadza komentarze dotyczące samych dzieł tak, żeby poprowadzić czytelników, żeby pozwolić im na samodzielne odkrywanie tej twórczości. Równolegle prowadzi opowieść dodatkową – o życiu towarzyskim czy o kontekstach społecznych, o tym, w jakim świecie przyszło Chagallowi funkcjonować. I dopiero na tej podstawie buduje relację dotyczącą rodziny i wyborów sercowych oraz związków z przyjaciółmi – tak, żeby odbiorcy uzyskali jak najbardziej nasyconą nie tylko artystycznymi zagadnieniami książkę. To rozwiązanie okazuje się skuteczne, bo „Chagall” to tom, który czytelników zatrzyma na dłużej. Co ważne, autorka rezygnuje tu z nawiązywania kontaktu z odbiorcami, nie chce się im podporządkowywać – przez dłuższy czas prowadzi opowieść w stylu klasycznej popularnonaukowej lektury, dopiero zmuszona koniecznością – to jest obyczajowymi zawirowaniami – wprowadza odrobinę uczuć do opowieści. Chagall jest tu rozczytywany z różnych perspektyw i nie zawsze efekty takich obserwacji będą dla odbiorców oczywiste: tym lepiej dla publikacji. „Chagall” to trochę pozycja, która przywraca malarza do powszechnej świadomości, a trochę pokazuje świat utrwalany przez niego – świat, który przestał istnieć. Jackie Wullschläger nie kieruje się sentymentami ani poprawnością polityczną, szuka za to sposobu na uzmysłowienie odbiorcom, jak ważna jest sztuka w codziennym życiu.
Z obrazów
Jackie Wullschläger nie ma łatwego zadania. Przedstawienie biografii artysty, który walczyć musiał nie tylko z własnymi demonami, ale i ze światem ogarniętym antysemickimi dążeniami znacznie przekracza objętość pojedynczego tomu, nawet tak obszernego. „Chagall” to wielka opowieść – wielka pod kątem artystycznych poszukiwań i pod kątem układania sobie prywatnego życia, zawsze w opozycji do nastrojów społecznych czy czasów. A jednocześnie autorka rezygnuje z jednoznacznie akademickich relacji, chociaż sporo energii wkłada w to, żeby uświadomić czytelnikom, na czym polegała przełomowość w podejściu do sztuki bohatera książki. Liczy się dla niej w pierwszej kolejności artyzm, pogląd na tworzenie i same twórcze akty – działania, które mają ukształtować wybitnego artystę, a przy tym zapewnić mu byt. Dość szybko jednak w życiu Chagalla pojawia się Bella, największa miłość i późniejsza żona oraz matka jego córki – i tu już odpowiedzialność za utrzymanie rodziny coraz bardziej będzie się kłócić z powinnościami artysty. To rozedrganie autorka tomu próbuje odzwierciedlić w narracji. Bardzo chętnie zajmuje się życiem osobistym Chagalla, bez przerwy do tego wraca, żeby naświetlić czytelnikom kolejne wyzwania i trudy codzienności – zwłaszcza gdy ruchy społeczne wpędzają w ubóstwo i wymuszają na artystach szukanie kompromisów.
Chagall to w dużym stopniu kolorysta, ale z drobnych czarno-białych reprodukcji rozsianych po tomie trudno będzie to wywnioskować, pojawia się mało (zawsze zbyt mało) kolorowych prac – ale Jackie Wullschläger stara się oddać ten motyw w barwnych opisach, zajmuje się technikami i kompozycjami bohatera książki, wprowadza komentarze dotyczące samych dzieł tak, żeby poprowadzić czytelników, żeby pozwolić im na samodzielne odkrywanie tej twórczości. Równolegle prowadzi opowieść dodatkową – o życiu towarzyskim czy o kontekstach społecznych, o tym, w jakim świecie przyszło Chagallowi funkcjonować. I dopiero na tej podstawie buduje relację dotyczącą rodziny i wyborów sercowych oraz związków z przyjaciółmi – tak, żeby odbiorcy uzyskali jak najbardziej nasyconą nie tylko artystycznymi zagadnieniami książkę. To rozwiązanie okazuje się skuteczne, bo „Chagall” to tom, który czytelników zatrzyma na dłużej. Co ważne, autorka rezygnuje tu z nawiązywania kontaktu z odbiorcami, nie chce się im podporządkowywać – przez dłuższy czas prowadzi opowieść w stylu klasycznej popularnonaukowej lektury, dopiero zmuszona koniecznością – to jest obyczajowymi zawirowaniami – wprowadza odrobinę uczuć do opowieści. Chagall jest tu rozczytywany z różnych perspektyw i nie zawsze efekty takich obserwacji będą dla odbiorców oczywiste: tym lepiej dla publikacji. „Chagall” to trochę pozycja, która przywraca malarza do powszechnej świadomości, a trochę pokazuje świat utrwalany przez niego – świat, który przestał istnieć. Jackie Wullschläger nie kieruje się sentymentami ani poprawnością polityczną, szuka za to sposobu na uzmysłowienie odbiorcom, jak ważna jest sztuka w codziennym życiu.
czwartek, 6 listopada 2025
Elżbieta Sieradzińska: Serce w ogniu. Burzliwe życie Josephine Baker
Marginesy, Warszawa 2025.
Uśmiech
Elżbieta Sieradzińska proponuje czytelnikom kolejną monumentalną biografię połączoną z badaniem tropów i sprawdzaniem wiadomości zostawionych przez samą bohaterkę jej tomu. A że Josephine Baker była mistrzynią kreacji, pracy jest mnóstwo – nic dziwnego, że „Serce w ogniu. Burzliwe życie Josephine Baker” to książka potężna, a zarazem bardzo ciekawa. Autorka darzy swoją bohaterkę sympatią i dobrze czuje się w jej świecie, nawet jeśli na początku tomu musi razem z wydawcą umieścić ostrzeżenie przed określeniami, które dzisiaj uważane są za obraźliwe i niepoprawne politycznie. Josephine Baker w tej wersji opowieści jest całkowicie bezpieczna – otoczona serdecznością i podziwem, niezależnie od tego, co stanie się w jej życiu.
Najpierw – ogromna bieda. Dziewczyna, która ma talent do tańczenia i przekonanie, że musi sama zapracować na siebie, żeby przetrwać. Dziewczyna, która w wieku trzynastu lat wychodzi za mąż po raz pierwszy. Dziewczyna, która ma marzenia i nie boi się ich spełniać – a może po prostu nie ma innego wyjścia, bo jej być albo nie być zależy od tego, czy znajdzie sobie miejsce w niegościnnym – a zwłaszcza dla osób o ciemnym kolorze skóry nieprzyjaznym świecie. Josephine Baker szybko uczy się prawdy o tym, że taniec wyzwala. Ma przy okazji wyczucie komizmu – wie, jak zwrócić na siebie uwagę widzów, zwłaszcza kiedy dostaje szansę na wyjście na scenę jako ostatnia z tancerek. Stroi miny, celowo błaznuje, żeby tylko wyróżnić się z grupy – i ta strategia przynosi efekty. Obojętnie, co się dzieje wokół, Josephine Baker dzieli się z odbiorcami szerokim olśniewającym uśmiechem – nie daje po sobie poznać, że coś jest nie tak, śmieje się, żeby nie płakać. I już wkrótce zaczyna podbijać świat.
To książka najpierw o tańcu, później o rewolucji w tej dziedzinie sztuki: Baker musi podjąć wysiłek autokreacji, co czasami wiąże się ze skandalami lub wyrzeczeniami. Ciężka praca to jedno – drugie to konieczność występowania nago lub prawie nago. I to w swojej karierze tancerka ma. Elżbieta Sieradzińska podąża tanecznym krokiem za Baker przez jej kolejne związki (nie odnotowuje jednak długiej listy kochanków, przypomina jedynie, że seks był przez tę bohaterkę traktowany jako rozrywka czy przyjemność i często pozbawiony głębszych uczuć). Przechodzi przez liczne ekstrawagancje (między innymi opiekę nad gepardem). Dociera do pierwszych rozczarowań i sytuacji, w których Baker przekonuje się, że talent to nie wszystko, kiedy trzeba zmierzyć się z uprzedzeniami społecznymi i rasizmem. Przedstawia komplikacje związane z drugą wojną światową, a później – sposoby na realizację uczuć macierzyńskich. Wreszcie historia zatacza koło, Josephine Baker musi pracować, żeby zarobić na swoje marzenia i utrzymać stale powiększającą się gromadkę dzieci oraz ciągle przygarnianych zwierząt. I w tym wszystkim przez cały czas jest wyczulona na najdrobniejsze przesłanki dotyczące osobistych wyborów bohaterki tomu. Josephine Baker oglądana jest z czułością i z delikatnością jednocześnie – a przecież Sieradzińska buduje gigantyczną opowieść o kobiecie, która potrafiła wypracować sobie szansę na sukces w niegościnnym świecie. I tę opowieść czyta się znakomicie.
Uśmiech
Elżbieta Sieradzińska proponuje czytelnikom kolejną monumentalną biografię połączoną z badaniem tropów i sprawdzaniem wiadomości zostawionych przez samą bohaterkę jej tomu. A że Josephine Baker była mistrzynią kreacji, pracy jest mnóstwo – nic dziwnego, że „Serce w ogniu. Burzliwe życie Josephine Baker” to książka potężna, a zarazem bardzo ciekawa. Autorka darzy swoją bohaterkę sympatią i dobrze czuje się w jej świecie, nawet jeśli na początku tomu musi razem z wydawcą umieścić ostrzeżenie przed określeniami, które dzisiaj uważane są za obraźliwe i niepoprawne politycznie. Josephine Baker w tej wersji opowieści jest całkowicie bezpieczna – otoczona serdecznością i podziwem, niezależnie od tego, co stanie się w jej życiu.
Najpierw – ogromna bieda. Dziewczyna, która ma talent do tańczenia i przekonanie, że musi sama zapracować na siebie, żeby przetrwać. Dziewczyna, która w wieku trzynastu lat wychodzi za mąż po raz pierwszy. Dziewczyna, która ma marzenia i nie boi się ich spełniać – a może po prostu nie ma innego wyjścia, bo jej być albo nie być zależy od tego, czy znajdzie sobie miejsce w niegościnnym – a zwłaszcza dla osób o ciemnym kolorze skóry nieprzyjaznym świecie. Josephine Baker szybko uczy się prawdy o tym, że taniec wyzwala. Ma przy okazji wyczucie komizmu – wie, jak zwrócić na siebie uwagę widzów, zwłaszcza kiedy dostaje szansę na wyjście na scenę jako ostatnia z tancerek. Stroi miny, celowo błaznuje, żeby tylko wyróżnić się z grupy – i ta strategia przynosi efekty. Obojętnie, co się dzieje wokół, Josephine Baker dzieli się z odbiorcami szerokim olśniewającym uśmiechem – nie daje po sobie poznać, że coś jest nie tak, śmieje się, żeby nie płakać. I już wkrótce zaczyna podbijać świat.
To książka najpierw o tańcu, później o rewolucji w tej dziedzinie sztuki: Baker musi podjąć wysiłek autokreacji, co czasami wiąże się ze skandalami lub wyrzeczeniami. Ciężka praca to jedno – drugie to konieczność występowania nago lub prawie nago. I to w swojej karierze tancerka ma. Elżbieta Sieradzińska podąża tanecznym krokiem za Baker przez jej kolejne związki (nie odnotowuje jednak długiej listy kochanków, przypomina jedynie, że seks był przez tę bohaterkę traktowany jako rozrywka czy przyjemność i często pozbawiony głębszych uczuć). Przechodzi przez liczne ekstrawagancje (między innymi opiekę nad gepardem). Dociera do pierwszych rozczarowań i sytuacji, w których Baker przekonuje się, że talent to nie wszystko, kiedy trzeba zmierzyć się z uprzedzeniami społecznymi i rasizmem. Przedstawia komplikacje związane z drugą wojną światową, a później – sposoby na realizację uczuć macierzyńskich. Wreszcie historia zatacza koło, Josephine Baker musi pracować, żeby zarobić na swoje marzenia i utrzymać stale powiększającą się gromadkę dzieci oraz ciągle przygarnianych zwierząt. I w tym wszystkim przez cały czas jest wyczulona na najdrobniejsze przesłanki dotyczące osobistych wyborów bohaterki tomu. Josephine Baker oglądana jest z czułością i z delikatnością jednocześnie – a przecież Sieradzińska buduje gigantyczną opowieść o kobiecie, która potrafiła wypracować sobie szansę na sukces w niegościnnym świecie. I tę opowieść czyta się znakomicie.
poniedziałek, 27 października 2025
Marek Szymański: Samotność Janosika. Biografia Marka Perepeczki
Rebis, Poznań 2025.
Życiowe role
Marek Szymański decyduje się na zaprezentowanie publiczności literackiej książki o Marku Perepeczce – i wie, że będzie się borykać z zadaniem niełatwym. Przedstawia w końcu legendę, człowieka, którego część widowni kocha za Janosika, druga część za komendanta z „13 posterunku” – i to bez względu na pokoleniową przynależność. Jego Marek Perepeczko jest pełny sprzeczności i komplikacji, a jednocześnie daje się lubić. To postać o silnym charakterze i nie zawsze wpasowująca się w realia społeczne – intryguje ze względu na role i na życiowe decyzje. Pewnych pytań Szymański nie ma komu zadać, pewnych wątpliwości nie może rozwiać, dlatego też szuka sposobu na przedstawianie swojego bohatera przez pryzmat wywiadów i wspomnień innych. Konfrontuje zdobywane wiadomości z dokumentami, starannie łata dziury w życiorysie. Zależy mu na tym, żeby nie poprzestawać na powierzchownym obrazku, liczy się możliwość uchwycenia psychiki aktora, którego kojarzą wszyscy.
Jest to opowieść, która tylko częściowo stanowi efekt podążania za rolami. Marek Perepeczko to człowiek, który początkowo spełnia wymogi reżyserów, później przestaje się wpasowywać w trendy kina moralnego niepokoju ze względu na zbyt wyrzeźbioną sylwetkę, jeszcze później – pada ofiarą klątwy rozpoznawalności i długo nie może przestać dla widzów być Janosikiem. A przy tym przyjmuje propozycję z czeskiej kinematografii i pojawia się na ekranie w roli, która może szokować nawet dzisiaj. Nie da się jednak prowadzić narracji o Perepeczce bez odwołania do jego życia prywatnego – i tutaj bohater tomu daje się poznać jako ten, który przez całą swoją egzystencję pozostaje wierny jednej kobiecie. Relacja z Agnieszką Fitkau-Perepeczko, początkowo burzliwa i pełna uniesień, z czasem zamienia się w rodzaj więzienia – rozstanie rozłożone na raty nikomu nie wychodzi na dobre, a w dodatku przyczynia się do pewnego odsunięcia bohatera od świata filmu i teatru (w takiej właśnie kolejności). Marek Szymański odwołuje się tutaj do wyznań Agnieszki, zbiera informacje, komentarze i interpretacje, żeby wyrobić sobie zdanie na temat dylematów Marka Perepeczki. Dba o to, żeby nie stworzyć jednostronnej oceny – chociaż wiadomo, że jeśli kibicuje swojemu bohaterowi, trudno będzie przekonać czytelników do racji drugiej strony. Kiedy już uda się rozplątać kwestie wyborów sercowych i perypetii osobistych, Marek Perepeczko powraca w kolejnych rolach zawodowych – nie tylko tych na scenie czy przed kamerą, ale też chociażby w ramach prowadzenia teatru. Jest to książka pisana z pasją i wypełniona mnóstwem szczegółów z życia osobistego i zawodowego Marka Perepeczki. Dla fanów aktora to znakomita opowieść uzupełniająca role wizerunkiem człowieka zamkniętego w sobie, skrytego i uciekającego od blichtru i sławy. Wiele tu portretów tworzonych na bieżąco, po to, żeby rzucić nowe światło na sytuacje i wydarzenia z przeszłości tajemnicze dla biografa. Marek Perepeczko w tym ujęciu jawi się jako postać wyjątkowo interesująca, wiele w jego doświadczeniach tajemnic, ale równie dużo nieujawnianego bólu lub cierpienia, które nie przerodziło się w skandal.
Co ważne z perspektywy czytelników, Marek Szymański bardzo umiejętnie opracowuje zdobywane wiadomości. Podaje wprawdzie spore partie cytatów, ale nie męczy nimi odbiorców, dobrze je wprowadza do książki. Wypełnia kolejne strony nie tylko opowieściami o kolejnych etapach życia Marka Perepeczki, ale też bogatą galerią zdjęć, która jednak nie rozrzedza narracji.
Życiowe role
Marek Szymański decyduje się na zaprezentowanie publiczności literackiej książki o Marku Perepeczce – i wie, że będzie się borykać z zadaniem niełatwym. Przedstawia w końcu legendę, człowieka, którego część widowni kocha za Janosika, druga część za komendanta z „13 posterunku” – i to bez względu na pokoleniową przynależność. Jego Marek Perepeczko jest pełny sprzeczności i komplikacji, a jednocześnie daje się lubić. To postać o silnym charakterze i nie zawsze wpasowująca się w realia społeczne – intryguje ze względu na role i na życiowe decyzje. Pewnych pytań Szymański nie ma komu zadać, pewnych wątpliwości nie może rozwiać, dlatego też szuka sposobu na przedstawianie swojego bohatera przez pryzmat wywiadów i wspomnień innych. Konfrontuje zdobywane wiadomości z dokumentami, starannie łata dziury w życiorysie. Zależy mu na tym, żeby nie poprzestawać na powierzchownym obrazku, liczy się możliwość uchwycenia psychiki aktora, którego kojarzą wszyscy.
Jest to opowieść, która tylko częściowo stanowi efekt podążania za rolami. Marek Perepeczko to człowiek, który początkowo spełnia wymogi reżyserów, później przestaje się wpasowywać w trendy kina moralnego niepokoju ze względu na zbyt wyrzeźbioną sylwetkę, jeszcze później – pada ofiarą klątwy rozpoznawalności i długo nie może przestać dla widzów być Janosikiem. A przy tym przyjmuje propozycję z czeskiej kinematografii i pojawia się na ekranie w roli, która może szokować nawet dzisiaj. Nie da się jednak prowadzić narracji o Perepeczce bez odwołania do jego życia prywatnego – i tutaj bohater tomu daje się poznać jako ten, który przez całą swoją egzystencję pozostaje wierny jednej kobiecie. Relacja z Agnieszką Fitkau-Perepeczko, początkowo burzliwa i pełna uniesień, z czasem zamienia się w rodzaj więzienia – rozstanie rozłożone na raty nikomu nie wychodzi na dobre, a w dodatku przyczynia się do pewnego odsunięcia bohatera od świata filmu i teatru (w takiej właśnie kolejności). Marek Szymański odwołuje się tutaj do wyznań Agnieszki, zbiera informacje, komentarze i interpretacje, żeby wyrobić sobie zdanie na temat dylematów Marka Perepeczki. Dba o to, żeby nie stworzyć jednostronnej oceny – chociaż wiadomo, że jeśli kibicuje swojemu bohaterowi, trudno będzie przekonać czytelników do racji drugiej strony. Kiedy już uda się rozplątać kwestie wyborów sercowych i perypetii osobistych, Marek Perepeczko powraca w kolejnych rolach zawodowych – nie tylko tych na scenie czy przed kamerą, ale też chociażby w ramach prowadzenia teatru. Jest to książka pisana z pasją i wypełniona mnóstwem szczegółów z życia osobistego i zawodowego Marka Perepeczki. Dla fanów aktora to znakomita opowieść uzupełniająca role wizerunkiem człowieka zamkniętego w sobie, skrytego i uciekającego od blichtru i sławy. Wiele tu portretów tworzonych na bieżąco, po to, żeby rzucić nowe światło na sytuacje i wydarzenia z przeszłości tajemnicze dla biografa. Marek Perepeczko w tym ujęciu jawi się jako postać wyjątkowo interesująca, wiele w jego doświadczeniach tajemnic, ale równie dużo nieujawnianego bólu lub cierpienia, które nie przerodziło się w skandal.
Co ważne z perspektywy czytelników, Marek Szymański bardzo umiejętnie opracowuje zdobywane wiadomości. Podaje wprawdzie spore partie cytatów, ale nie męczy nimi odbiorców, dobrze je wprowadza do książki. Wypełnia kolejne strony nie tylko opowieściami o kolejnych etapach życia Marka Perepeczki, ale też bogatą galerią zdjęć, która jednak nie rozrzedza narracji.
sobota, 25 października 2025
Aleksandra Szarłat: Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies
Agora, Warszawa 2025.
Mistrz
W erze mody na biografie pop, tworzone szybko i w ramach promocji aktorów, książka Aleksandry Szarłat musi robić wrażenie – rozmiarami i precyzją przygotowania. Autorka zajmuje się tu biografią – prywatnym i zawodowym życiem Jana Nowickiego – i rzeczywiście stara się wyczerpująco przedstawić postać, która przeszła do legendy polskiego aktorstwa. Co ważne, autorka nie ukrywa sympatii do bohatera swojej książki, ale nie rezygnuje z tego powodu z przedstawiania jego mniej chlubnych dokonań czy zachowań – słowem, buduje pomnik, ale z rysami.
„Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” to książka, w której odbiorcy znajdą odpowiedzi na wiele pytań, dowiedzą się też, skąd tak wielka sława Nowickiego (to zwłaszcza dla tych, którzy portret aktora zbudowali sobie wyłącznie na Wielkim Szu). Aleksandra Szarłat dba o to, żeby bardzo precyzyjnie zaakcentować kolejne przełomowe role – tu odwołuje się nie tylko do kreacji scenicznej, ale do całej pracy nad postacią czy do komentarzy reżyserów i kolegów ze sceny lub planu filmowego – tak, żeby można było zrozumieć fenomen Nowickiego. Bardzo dużo miejsca poświęca w tej monumentalnej biografii także kwestii kobiet i na początku zaznacza, że wiele z nich odmówiło rozmowy przy okazji pracy nad książką. Aleksandra Szarłat zostaje zaledwie z kilkoma interlokutorkami, które uległy czarowi aktora – większość spraw pozostaje w ukryciu i nie będzie możliwa do odtworzenia bez pomocy bezpośrednio zainteresowanych. A tej pomocy autorka nie uzyska. Wystarczy jednak to, co napisze, żeby wytworzyć sobie portret bohatera tomu jako wyjątkowo pracowitego donżuana. Bez względu na to, jak bardzo będzie Aleksandra Szarłat akcentować znaczenie poszczególnych ról czy postawy na planie, i tak kwestie intymne będą się wybijać na plan pierwszy. A przecież narracja w tej książce prowadzona jest tak, żeby za wszelką cenę uniknąć zbyt oczywistego do wywołania skandalu. Autorka nie może przecież nie wspomnieć także o dzieciach aktora – i tu znajdzie się trochę tematów rzucających cień na gwiazdę.
Jan Nowicki to człowiek, który nie musi się nikomu podporządkowywać. Wie, czego chce od życia i od innych i potrafi to egzekwować aż do końca. W biografii, którą tworzy Aleksandra Szarłat, widać wyraźnie silny charakter i swoisty egoizm, który uniemożliwia empatię w niektórych momentach. I właśnie dlatego bohater tej książki będzie tak bardzo intrygował czytelników. Aleksandra Szarłat wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom – dba o to, żeby w książce nie zabrakło ciekawostek i anegdot, sięga po fragmenty rozmów i wywiadów, sama też na potrzeby publikacji przeprowadza szereg wywiadów (chociaż nie zawsze mogą się one skończyć sukcesem, jak wtedy, kiedy do wieloletniej partnerki aktora dociera zbyt późno). Pisze tę książkę z pomysłem na formę i na narrację, sprawiając, że artystyczny portret Jana Nowickiego stale uzupełniany jest o detale z codzienności. Fenomen aktora, który stał się już legendą, podkreślają także ludzie, którzy go znali – jednak Aleksandra Szarłat na szczęście unika tak częstego dzisiaj na rynku wydawniczym kolażu cytatów, dba o to, żeby każdą wypowiedź odpowiednio oprawić i wprowadzić z pożytkiem dla kontekstu. „Trochę anioł, trochę bies” to książka dla wszystkich zainteresowanych teatrem i filmem – bo dzięki charyzmatycznej sylwetce aktora autorka znajduje miejsce na to, żeby uruchomić konteksty twórcze. To czytelnicy będą mogli docenić.
Mistrz
W erze mody na biografie pop, tworzone szybko i w ramach promocji aktorów, książka Aleksandry Szarłat musi robić wrażenie – rozmiarami i precyzją przygotowania. Autorka zajmuje się tu biografią – prywatnym i zawodowym życiem Jana Nowickiego – i rzeczywiście stara się wyczerpująco przedstawić postać, która przeszła do legendy polskiego aktorstwa. Co ważne, autorka nie ukrywa sympatii do bohatera swojej książki, ale nie rezygnuje z tego powodu z przedstawiania jego mniej chlubnych dokonań czy zachowań – słowem, buduje pomnik, ale z rysami.
„Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” to książka, w której odbiorcy znajdą odpowiedzi na wiele pytań, dowiedzą się też, skąd tak wielka sława Nowickiego (to zwłaszcza dla tych, którzy portret aktora zbudowali sobie wyłącznie na Wielkim Szu). Aleksandra Szarłat dba o to, żeby bardzo precyzyjnie zaakcentować kolejne przełomowe role – tu odwołuje się nie tylko do kreacji scenicznej, ale do całej pracy nad postacią czy do komentarzy reżyserów i kolegów ze sceny lub planu filmowego – tak, żeby można było zrozumieć fenomen Nowickiego. Bardzo dużo miejsca poświęca w tej monumentalnej biografii także kwestii kobiet i na początku zaznacza, że wiele z nich odmówiło rozmowy przy okazji pracy nad książką. Aleksandra Szarłat zostaje zaledwie z kilkoma interlokutorkami, które uległy czarowi aktora – większość spraw pozostaje w ukryciu i nie będzie możliwa do odtworzenia bez pomocy bezpośrednio zainteresowanych. A tej pomocy autorka nie uzyska. Wystarczy jednak to, co napisze, żeby wytworzyć sobie portret bohatera tomu jako wyjątkowo pracowitego donżuana. Bez względu na to, jak bardzo będzie Aleksandra Szarłat akcentować znaczenie poszczególnych ról czy postawy na planie, i tak kwestie intymne będą się wybijać na plan pierwszy. A przecież narracja w tej książce prowadzona jest tak, żeby za wszelką cenę uniknąć zbyt oczywistego do wywołania skandalu. Autorka nie może przecież nie wspomnieć także o dzieciach aktora – i tu znajdzie się trochę tematów rzucających cień na gwiazdę.
Jan Nowicki to człowiek, który nie musi się nikomu podporządkowywać. Wie, czego chce od życia i od innych i potrafi to egzekwować aż do końca. W biografii, którą tworzy Aleksandra Szarłat, widać wyraźnie silny charakter i swoisty egoizm, który uniemożliwia empatię w niektórych momentach. I właśnie dlatego bohater tej książki będzie tak bardzo intrygował czytelników. Aleksandra Szarłat wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom – dba o to, żeby w książce nie zabrakło ciekawostek i anegdot, sięga po fragmenty rozmów i wywiadów, sama też na potrzeby publikacji przeprowadza szereg wywiadów (chociaż nie zawsze mogą się one skończyć sukcesem, jak wtedy, kiedy do wieloletniej partnerki aktora dociera zbyt późno). Pisze tę książkę z pomysłem na formę i na narrację, sprawiając, że artystyczny portret Jana Nowickiego stale uzupełniany jest o detale z codzienności. Fenomen aktora, który stał się już legendą, podkreślają także ludzie, którzy go znali – jednak Aleksandra Szarłat na szczęście unika tak częstego dzisiaj na rynku wydawniczym kolażu cytatów, dba o to, żeby każdą wypowiedź odpowiednio oprawić i wprowadzić z pożytkiem dla kontekstu. „Trochę anioł, trochę bies” to książka dla wszystkich zainteresowanych teatrem i filmem – bo dzięki charyzmatycznej sylwetce aktora autorka znajduje miejsce na to, żeby uruchomić konteksty twórcze. To czytelnicy będą mogli docenić.
piątek, 24 października 2025
Zofia Turowska: Mariusz Walter. Miłość i telewizja
Marginesy, Warszawa 2025.
Ryzyko
„Miłość i telewizja” to książka, która wpisuje się w nurt mitów założycielskich, a pokazuje drogę do potęgi Mariusza Waltera – przez pryzmat jego zapisków i przemyśleń jego bliskich. Zofia Turowska zabiera tu głos jedynie pośrednio, jako autorka wyboru cytatów, które składają się na spójną i pełną zawirowań narrację. Obszerne wypowiedzi nie potrzebują już dodatkowych komentarzy ani opracowań, sprawdzają się jako zestaw ciekawostek i jednocześnie wiadomości z pierwszej ręki. Oczywiście w takim ujęciu nie ma mowy o obiektywności, czytelnicy dostaną tylko jeden punkt widzenia – ale perspektywa Mariusza Waltera, Bożeny Walterowej i współpracowników oraz przyjaciół wystarczy, żeby zaspokoić ciekawość odbiorców, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak zakładało się w Polsce prywatną telewizję.
Ale tak naprawdę w tym tomie znacznie więcej jest miłości niż telewizji. Mariusz Walter w tym ujęciu daje się poznać jako człowiek, dla którego szalenie ważna była żona – ale też jako postać niestroniąca od ryzykownych decyzji. Telewizja znajduje się dopiero na końcu drogi. Zanim będzie można ją rozkręcić, będzie się działo jeszcze bardzo dużo. „Miłość i telewizja” to w dużej części zapis walki o możliwość spełniania marzeń. Mariusz Walter musi najpierw zdobyć pieniądze na robienie w życiu tego, na co ma ochotę – rzeczywistość wymaga od niego często stawiania wszystkiego na jedną kartę, poszukiwania wyjść z sytuacji bez wyjścia, radykalnych decyzji i brania spraw w swoje ręce. Walter twierdzi, że lubi się otaczać ludźmi, którzy wiedzą więcej od niego – tak, żeby stworzyć niepokonaną w negocjacjach ekipę. Ta strategia wiele razy będzie mu się przydawać w walce o swoje.
Po początkowych osobistych wynurzeniach książka zamienia się w raport z bezwzględnej walki. W tym świecie nie ma miejsca na sentymenty, trzeba działać szybko i bez oglądania się na innych. Mariusz Walter wie, jak zarządzać – ale podejmie się w życiu całego mnóstwa działań, które w ogóle nie kojarzą się ani z robieniem telewizji, ani z robieniem biznesu, tylko po to, żeby przetrwać. Oczywiście motywy związane z dziennikarstwem, z budowaniem wizji zawodu też się tu znajdą – ale schodzą na drugi plan przy perypetiach związanych ze sposobami na zarabianie. Z czasem w rzeczywistość wchodzi też wielka polityka, a tu już nie ma żartów. Mariusz Walter jawi się jako postać charyzmatyczna, potrafiąca postawić na swoim. I w tym akurat tomie nie będzie miejsca na krytykę albo na odmienne spojrzenie – trzeba przyjąć perspektywę samego bohatera książki, śledzić jego wersję wydarzeń i pozostać przy jego analizach.
Udało się Zofii Turowskiej tak posklejać obszerne cytaty, żeby nie potrzebowały już dodatkowych wstawek narracyjnych. Płynnie przebiega ta opowieść i pokazuje, że sukces nie musi przychodzić łatwo – czasami trzeba sporo wyrzeczeń, odwagi i wsparcia ze strony bliskich, żeby móc działać według własnych potrzeb. „Miłość i telewizja” to jednostronna ciekawostka na temat kulis powstawania TVN – i nie tylko.
Ryzyko
„Miłość i telewizja” to książka, która wpisuje się w nurt mitów założycielskich, a pokazuje drogę do potęgi Mariusza Waltera – przez pryzmat jego zapisków i przemyśleń jego bliskich. Zofia Turowska zabiera tu głos jedynie pośrednio, jako autorka wyboru cytatów, które składają się na spójną i pełną zawirowań narrację. Obszerne wypowiedzi nie potrzebują już dodatkowych komentarzy ani opracowań, sprawdzają się jako zestaw ciekawostek i jednocześnie wiadomości z pierwszej ręki. Oczywiście w takim ujęciu nie ma mowy o obiektywności, czytelnicy dostaną tylko jeden punkt widzenia – ale perspektywa Mariusza Waltera, Bożeny Walterowej i współpracowników oraz przyjaciół wystarczy, żeby zaspokoić ciekawość odbiorców, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak zakładało się w Polsce prywatną telewizję.
Ale tak naprawdę w tym tomie znacznie więcej jest miłości niż telewizji. Mariusz Walter w tym ujęciu daje się poznać jako człowiek, dla którego szalenie ważna była żona – ale też jako postać niestroniąca od ryzykownych decyzji. Telewizja znajduje się dopiero na końcu drogi. Zanim będzie można ją rozkręcić, będzie się działo jeszcze bardzo dużo. „Miłość i telewizja” to w dużej części zapis walki o możliwość spełniania marzeń. Mariusz Walter musi najpierw zdobyć pieniądze na robienie w życiu tego, na co ma ochotę – rzeczywistość wymaga od niego często stawiania wszystkiego na jedną kartę, poszukiwania wyjść z sytuacji bez wyjścia, radykalnych decyzji i brania spraw w swoje ręce. Walter twierdzi, że lubi się otaczać ludźmi, którzy wiedzą więcej od niego – tak, żeby stworzyć niepokonaną w negocjacjach ekipę. Ta strategia wiele razy będzie mu się przydawać w walce o swoje.
Po początkowych osobistych wynurzeniach książka zamienia się w raport z bezwzględnej walki. W tym świecie nie ma miejsca na sentymenty, trzeba działać szybko i bez oglądania się na innych. Mariusz Walter wie, jak zarządzać – ale podejmie się w życiu całego mnóstwa działań, które w ogóle nie kojarzą się ani z robieniem telewizji, ani z robieniem biznesu, tylko po to, żeby przetrwać. Oczywiście motywy związane z dziennikarstwem, z budowaniem wizji zawodu też się tu znajdą – ale schodzą na drugi plan przy perypetiach związanych ze sposobami na zarabianie. Z czasem w rzeczywistość wchodzi też wielka polityka, a tu już nie ma żartów. Mariusz Walter jawi się jako postać charyzmatyczna, potrafiąca postawić na swoim. I w tym akurat tomie nie będzie miejsca na krytykę albo na odmienne spojrzenie – trzeba przyjąć perspektywę samego bohatera książki, śledzić jego wersję wydarzeń i pozostać przy jego analizach.
Udało się Zofii Turowskiej tak posklejać obszerne cytaty, żeby nie potrzebowały już dodatkowych wstawek narracyjnych. Płynnie przebiega ta opowieść i pokazuje, że sukces nie musi przychodzić łatwo – czasami trzeba sporo wyrzeczeń, odwagi i wsparcia ze strony bliskich, żeby móc działać według własnych potrzeb. „Miłość i telewizja” to jednostronna ciekawostka na temat kulis powstawania TVN – i nie tylko.
niedziela, 12 października 2025
Agnes Gabriel: Madame Schiaparelli. Ekstrawagancka krawcowa
Marginesy, Warszawa 2025.
Garderoba
Beletryzowane biografie bardzo dobrze sprawdzają się przy przedstawianiu mitologii założycielskiej i mogą budować sympatię do marki – nawet jeśli nie jest to ich zamierzona podstawowa rola. Agnes Gabriel wykorzystuje zatem miejsce na rynku do tego, żeby stworzyć dla odbiorców (a może bardziej dla odbiorczyń) historię Madame Schiaparelli – przynajmniej od momentu, w którym staje się ona naprawdę intrygująca.
Przełomem dla Elsy Schiaparelli jest zdrada: mąż daje się skusić na wdzięki popularnej tancerki. I to punkt zwrotny w egzystencji bohaterki tomu – zbliżony do tych wszystkich powieści obyczajowych, w których kobiety zaczynają żyć na własny rachunek bez oglądania się na krzywdy z przeszłości. I Elsa podąża taką właśnie drogą, chociaż czasy nie są tak do końca sprzyjające samotnemu macierzyństwu i budowaniu własnej potęgi na rynku pracy. Schiaparelli porzuca Amerykę na rzecz Paryża – to tu chce znaleźć swoje szczęście, z dala od mężczyzn, przynajmniej na początku. Razem z Elsą w podróż wyrusza jej mała córeczka, Gogo (sama wybrała sobie imię) – dziewczynka z porażeniem mózgowym. Gogo wymagać będzie dostępu do najlepszych lekarzy, żeby mogła przeżyć i rozwijać się w miarę normalnie – i tym będzie się też musiała zająć samotna matka. Madame Schiaparelli zawsze pozostaje blisko mody, pracuje jako krawcowa, wie, jak zadowolić najbardziej wymagające klientki. W końcu postanawia dyktować modę innym – zostaje projektantką, która nie boi się wyzwań. Potrafi zainspirować się twórczością Salvadora Dali (nawet tą związaną z wygłupami towarzyskimi), nawiązuje do najnowszych trendów, ale nigdy ich niewolniczo nie kopiuje. Podejmuje decyzje, które zmuszają do refleksji nad modą, jej stroje nie dla wszystkich się nadają, a jednak pierwszy sweter podbija Paryż i sprawia, że Elsa Schiaparelli będzie musiała bardzo szybko rozbudować swoją firmę. I „Madame Schiaparelli. Ekstrawagancka krawcowa” to właśnie opowieść o samodzielności, odwadze i pomysłowości kobiety, która szuka własnej drogi. Dopiero kiedy Elsa Schiaparelli czuje się już pewnie od strony finansowej, może pomyśleć o realizowaniu kobiecych pragnień – i znów na przekór obyczajowości to ona może zrobić pierwszy krok, dać odpowiedni sygnał mężczyznom, którzy jej się podobają. Tyle że jej wybory nie zawsze będą realne i osiągalne. Agnes Gabriel koncentruje się właściwie na dwóch wątkach: miłości do mody i miłości w życiu osobistym – wątek córki powraca po długim czasie i nie może już zbyt zaprzątać myśli bohaterki, nie powstała zbyt silna więź, która wymagałaby pielęgnowania, a kiedy Gogo jest dorosła, świetnie radzi sobie sama, tak jak radziła sobie jako dziecko w szkole z internatem i z najbliższą przyjaciółką. Elsa Schiaparelli przekonuje się, że walka o marzenia wymaga poświęceń. Ale idzie za głosem serca i nie musi opierać się na innych. Sama tworzy własny świat i drogi do realizacji swoich potrzeb, sama walczy o to, żeby zyskać szczęście.
W tej historii liczy się sposób prowadzenia narracji. Mnóstwo uwagi poświęca tu autorka odzieżowym detalom, nie jest to fabuła sensacyjna, a niespieszne przyglądanie się kolejnym drobiazgom. Rozsmakowywanie się w szczegółach to wręcz wyznacznik tej powieści.
Garderoba
Beletryzowane biografie bardzo dobrze sprawdzają się przy przedstawianiu mitologii założycielskiej i mogą budować sympatię do marki – nawet jeśli nie jest to ich zamierzona podstawowa rola. Agnes Gabriel wykorzystuje zatem miejsce na rynku do tego, żeby stworzyć dla odbiorców (a może bardziej dla odbiorczyń) historię Madame Schiaparelli – przynajmniej od momentu, w którym staje się ona naprawdę intrygująca.
Przełomem dla Elsy Schiaparelli jest zdrada: mąż daje się skusić na wdzięki popularnej tancerki. I to punkt zwrotny w egzystencji bohaterki tomu – zbliżony do tych wszystkich powieści obyczajowych, w których kobiety zaczynają żyć na własny rachunek bez oglądania się na krzywdy z przeszłości. I Elsa podąża taką właśnie drogą, chociaż czasy nie są tak do końca sprzyjające samotnemu macierzyństwu i budowaniu własnej potęgi na rynku pracy. Schiaparelli porzuca Amerykę na rzecz Paryża – to tu chce znaleźć swoje szczęście, z dala od mężczyzn, przynajmniej na początku. Razem z Elsą w podróż wyrusza jej mała córeczka, Gogo (sama wybrała sobie imię) – dziewczynka z porażeniem mózgowym. Gogo wymagać będzie dostępu do najlepszych lekarzy, żeby mogła przeżyć i rozwijać się w miarę normalnie – i tym będzie się też musiała zająć samotna matka. Madame Schiaparelli zawsze pozostaje blisko mody, pracuje jako krawcowa, wie, jak zadowolić najbardziej wymagające klientki. W końcu postanawia dyktować modę innym – zostaje projektantką, która nie boi się wyzwań. Potrafi zainspirować się twórczością Salvadora Dali (nawet tą związaną z wygłupami towarzyskimi), nawiązuje do najnowszych trendów, ale nigdy ich niewolniczo nie kopiuje. Podejmuje decyzje, które zmuszają do refleksji nad modą, jej stroje nie dla wszystkich się nadają, a jednak pierwszy sweter podbija Paryż i sprawia, że Elsa Schiaparelli będzie musiała bardzo szybko rozbudować swoją firmę. I „Madame Schiaparelli. Ekstrawagancka krawcowa” to właśnie opowieść o samodzielności, odwadze i pomysłowości kobiety, która szuka własnej drogi. Dopiero kiedy Elsa Schiaparelli czuje się już pewnie od strony finansowej, może pomyśleć o realizowaniu kobiecych pragnień – i znów na przekór obyczajowości to ona może zrobić pierwszy krok, dać odpowiedni sygnał mężczyznom, którzy jej się podobają. Tyle że jej wybory nie zawsze będą realne i osiągalne. Agnes Gabriel koncentruje się właściwie na dwóch wątkach: miłości do mody i miłości w życiu osobistym – wątek córki powraca po długim czasie i nie może już zbyt zaprzątać myśli bohaterki, nie powstała zbyt silna więź, która wymagałaby pielęgnowania, a kiedy Gogo jest dorosła, świetnie radzi sobie sama, tak jak radziła sobie jako dziecko w szkole z internatem i z najbliższą przyjaciółką. Elsa Schiaparelli przekonuje się, że walka o marzenia wymaga poświęceń. Ale idzie za głosem serca i nie musi opierać się na innych. Sama tworzy własny świat i drogi do realizacji swoich potrzeb, sama walczy o to, żeby zyskać szczęście.
W tej historii liczy się sposób prowadzenia narracji. Mnóstwo uwagi poświęca tu autorka odzieżowym detalom, nie jest to fabuła sensacyjna, a niespieszne przyglądanie się kolejnym drobiazgom. Rozsmakowywanie się w szczegółach to wręcz wyznacznik tej powieści.
środa, 24 września 2025
Magdalena Stopa: Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny
Marginesy, Warszawa 2025.
Sztuka tkania
O Magdalenie Abakanowicz słyszeli niemal wszyscy, o Eleonorze Plutyńskiej – znacznie mniejsze grono. I teraz Magdalena Stopa stara się naprawić ten błąd i jedną z nauczycielek Magdaleny Abakanowicz prezentuje w biografii „Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny”. Nie jest to zbyt duża objętościowo książka, ale wpisuje się znakomicie w wydawane przez Marginesy serie – między innymi uzupełnia wiadomości o tkaninach w sztuce.
Autorka na początku dość długo opisuje życie króla nafty, Stanisława Szczepanowskiego, ojca Eleonory – potrzebuje takiego wstępu, żeby uświadomić odbiorcom, z jakiej rodziny wywodziła się artystka i jakimi wartościami nasiąkała. To wprowadzenie, które wydaje się pozbawione wyraźnego związku ze światem tkanin, ale autorka tomu zdecydowała się nie na monografię artystyczną, a na prezentację życia w zestawieniu z twórczością. Jest tutaj ciekawy wątek oskarżeń o niszczenie tradycji – Eleonora Plutyńska wiele czasu spędza na Podlasiu i nakłania miejscowe tkaczki do przywracania klasycznych wzorów ludowych – tyle że wybiera kilka i potem namawia do ich odtwarzania i udoskonalania. I tu pojawiają się według niektórych kontrowersje – bo jakikolwiek wpływ na twórców ma automatycznie przekreślać naturalność. Z drugiej strony Eleonora Plutyńska pozwala ocalać dokonania rzemieślników z polskich wsi. Zwraca uwagę swoich uczennic na potrzebę ratowania dorobku miejscowych, umożliwia także przywrócenie do zbiorowej świadomości charakterystycznych wzorów lub samych tkanin.
Magdalena Stopa zajmuje się prezentowaniem tkanin i konieczności ich zakotwiczenia w szerokiej świadomości. Jednak w przerwach od analizowania splotów powraca do egzystencji Eleonory Plutyńskiej: pisze o tym, jak zdobywała wiedzę i kim się inspirowała, jak wielka polityka i wielka historia wpłynęły na jej biografię. Magdalena Stopa buduje charakterystykę Plutyńskiej i zatrzymuje się nad jej małżeństwem. Opowiada też o karierze na uczelni – koncentruje się na wychowywaniu kolejnych pokoleń fascynatek tkanin ludowych albo ludowością inspirowanych. Trafiło do tomu trochę zdjęć – żeby odbiorcy mogli sobie uświadomić, jak wyglądały charakterystyczne wzory, żeby utrwalili je sobie w pamięci i potrafili rozpoznać.
Jeśli ktoś interesuje się tkaninami i ich rolą w sztuce i kulturze, z pewnością znajdzie coś dla siebie w tej niezbyt rozbudowanej publikacji. Eleonora Plutyńska nie jest jedyną bohaterką tej książki – na równi z nią liczy się tu temat dokonań artystycznych i poszukiwania tego, co trzeba uchronić przed zapomnieniem. W tym zadaniu zresztą przydatne mogą być mody, które nakazują społeczeństwom zainteresowanie tym, co wytwarzane przez rzemieślników w dawnym stylu i w dawny sposób. Ta pozycja udowadnia, że piękno czasami jest bardzo blisko i czeka tylko na odkrycie: coś, co dawniej funkcjonowało jako przedmiot użytkowy, dzisiaj staje się wartościowe ze względu na sposób wytworzenia. Ale w tym wypadku nie chodzi wyłącznie o nostalgię.
Sztuka tkania
O Magdalenie Abakanowicz słyszeli niemal wszyscy, o Eleonorze Plutyńskiej – znacznie mniejsze grono. I teraz Magdalena Stopa stara się naprawić ten błąd i jedną z nauczycielek Magdaleny Abakanowicz prezentuje w biografii „Eleonora Plutyńska. Wielka dama polskiej tkaniny”. Nie jest to zbyt duża objętościowo książka, ale wpisuje się znakomicie w wydawane przez Marginesy serie – między innymi uzupełnia wiadomości o tkaninach w sztuce.
Autorka na początku dość długo opisuje życie króla nafty, Stanisława Szczepanowskiego, ojca Eleonory – potrzebuje takiego wstępu, żeby uświadomić odbiorcom, z jakiej rodziny wywodziła się artystka i jakimi wartościami nasiąkała. To wprowadzenie, które wydaje się pozbawione wyraźnego związku ze światem tkanin, ale autorka tomu zdecydowała się nie na monografię artystyczną, a na prezentację życia w zestawieniu z twórczością. Jest tutaj ciekawy wątek oskarżeń o niszczenie tradycji – Eleonora Plutyńska wiele czasu spędza na Podlasiu i nakłania miejscowe tkaczki do przywracania klasycznych wzorów ludowych – tyle że wybiera kilka i potem namawia do ich odtwarzania i udoskonalania. I tu pojawiają się według niektórych kontrowersje – bo jakikolwiek wpływ na twórców ma automatycznie przekreślać naturalność. Z drugiej strony Eleonora Plutyńska pozwala ocalać dokonania rzemieślników z polskich wsi. Zwraca uwagę swoich uczennic na potrzebę ratowania dorobku miejscowych, umożliwia także przywrócenie do zbiorowej świadomości charakterystycznych wzorów lub samych tkanin.
Magdalena Stopa zajmuje się prezentowaniem tkanin i konieczności ich zakotwiczenia w szerokiej świadomości. Jednak w przerwach od analizowania splotów powraca do egzystencji Eleonory Plutyńskiej: pisze o tym, jak zdobywała wiedzę i kim się inspirowała, jak wielka polityka i wielka historia wpłynęły na jej biografię. Magdalena Stopa buduje charakterystykę Plutyńskiej i zatrzymuje się nad jej małżeństwem. Opowiada też o karierze na uczelni – koncentruje się na wychowywaniu kolejnych pokoleń fascynatek tkanin ludowych albo ludowością inspirowanych. Trafiło do tomu trochę zdjęć – żeby odbiorcy mogli sobie uświadomić, jak wyglądały charakterystyczne wzory, żeby utrwalili je sobie w pamięci i potrafili rozpoznać.
Jeśli ktoś interesuje się tkaninami i ich rolą w sztuce i kulturze, z pewnością znajdzie coś dla siebie w tej niezbyt rozbudowanej publikacji. Eleonora Plutyńska nie jest jedyną bohaterką tej książki – na równi z nią liczy się tu temat dokonań artystycznych i poszukiwania tego, co trzeba uchronić przed zapomnieniem. W tym zadaniu zresztą przydatne mogą być mody, które nakazują społeczeństwom zainteresowanie tym, co wytwarzane przez rzemieślników w dawnym stylu i w dawny sposób. Ta pozycja udowadnia, że piękno czasami jest bardzo blisko i czeka tylko na odkrycie: coś, co dawniej funkcjonowało jako przedmiot użytkowy, dzisiaj staje się wartościowe ze względu na sposób wytworzenia. Ale w tym wypadku nie chodzi wyłącznie o nostalgię.
poniedziałek, 14 lipca 2025
Jacek Antczak, Hanna Krall: Reporterka
Marginesy, Warszawa 2025 (wznowienie).
Kulisy
Ta książka na rynek wraca, nie jest absolutną nowością, a wywiad, który został w niej zamieszczony, nigdy nie powstał w takiej formie. Jacek Antczak świadomy tego, że Hanna Krall nie daje się namówić na wywiad rzekę i nie chce długo zwierzać się ze swoich spraw dziennikarzom, postanowił wykonać literacki kolaż, pozbierać co ciekawsze i co bardziej osobiste wyznania i połączyć je w jeden wyrazisty ciąg rozmów. Tak powstaje „Reporterka” – rodzaj przedstawienia się autorki, której nazwisko kojarzą wszyscy. Takie rozwiązanie ma swoje zalety: pozwala w miarę szybko prześledzić osobiste opowieści i co bardziej konfesyjne komentarze. Jednak czasem pozostawia uczucie niedosytu, pokazuje, w jakim kierunku mogły potoczyć się jeszcze rozmowy – wtedy nie pozostaje nic innego jak przeprowadzenie kwerendy i znalezienie odpowiednich cytatów dla sprawdzenia, czy z rozmowy nie umknęło coś jeszcze. „Reporterka” to jednak książka bardzo sycąca i – co ciekawe – łącząca trzy wielkie zagadnienia. Po pierwsze to Hanna Krall, która jednak twierdzi, że nie przepada za mówieniem o sobie – trzeba zatem podstępu, żeby znaleźć drogę do osobistych wynurzeń. Po drugie – to sam reportaż i tworzenie go. Hanna Krall znacznie chętniej niż o sobie, mówi o swojej pracy i o tajnikach warsztatu. Sporo się można dowiedzieć dzięki tej lekturze o tym, jak powstawały najsłynniejsze teksty – a to pomaga również młodym dziennikarzom poszukującym własnej drogi. Po trzecie Hanna Krall koncentruje się na innych ludziach, na tych, którzy mieli na nią wpływ, ale też na tych spotkanych na reporterskiej drodze.
Pierwsza część książki – bardziej obszerna, można by rzec, że podstawowa, to wywiad zlepiany z innych wywiadów. Druga część złożona została z komentarzy innych na temat Hanny Krall – to cytaty z przedmów i artykułów, wypowiedzi znanych ludzi pióra, repliki i komentarze odnoszące się do osoby. Jacek Antczak stara się, żeby to właśnie Hanna Krall pozostała w centrum zainteresowania, bez względu na to, jak ważne i wartościowe są jej dzieła. Dość zabawnie wypada to, że bohaterka tomu chętnie wchodzi w polemiki z rozmówcami, krytykuje ich albo coś im zarzuca: jeśli weźmie się pod uwagę, że tu autorzy pytań są w zasadzie anonimowi, można się zastanawiać, jak daleko trzeba się posunąć w uprawdopodobnieniu kontekstu wywiadu, żeby czytelnicy zapomnieli o patchworkowej formie. Ale to nie znaczy, że zlepek jest widoczny – Antczak starannie maskuje szwy, pozwala na pozostawanie z bohaterką książki, wysłuchiwanie jej przemyśleń i skojarzeń bez zastanawiania się nad kształtem całego wywiadu i nad kontekstem powstawania. To Hanna Krall w pigułce, dla wygodnych i leniwych – i dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z poznawaniem zaplecza reporterskiego. Wraca na rynek ta książka – bo to najlepszy i najszybszy sposób na poznawanie Hanny Krall.
Kulisy
Ta książka na rynek wraca, nie jest absolutną nowością, a wywiad, który został w niej zamieszczony, nigdy nie powstał w takiej formie. Jacek Antczak świadomy tego, że Hanna Krall nie daje się namówić na wywiad rzekę i nie chce długo zwierzać się ze swoich spraw dziennikarzom, postanowił wykonać literacki kolaż, pozbierać co ciekawsze i co bardziej osobiste wyznania i połączyć je w jeden wyrazisty ciąg rozmów. Tak powstaje „Reporterka” – rodzaj przedstawienia się autorki, której nazwisko kojarzą wszyscy. Takie rozwiązanie ma swoje zalety: pozwala w miarę szybko prześledzić osobiste opowieści i co bardziej konfesyjne komentarze. Jednak czasem pozostawia uczucie niedosytu, pokazuje, w jakim kierunku mogły potoczyć się jeszcze rozmowy – wtedy nie pozostaje nic innego jak przeprowadzenie kwerendy i znalezienie odpowiednich cytatów dla sprawdzenia, czy z rozmowy nie umknęło coś jeszcze. „Reporterka” to jednak książka bardzo sycąca i – co ciekawe – łącząca trzy wielkie zagadnienia. Po pierwsze to Hanna Krall, która jednak twierdzi, że nie przepada za mówieniem o sobie – trzeba zatem podstępu, żeby znaleźć drogę do osobistych wynurzeń. Po drugie – to sam reportaż i tworzenie go. Hanna Krall znacznie chętniej niż o sobie, mówi o swojej pracy i o tajnikach warsztatu. Sporo się można dowiedzieć dzięki tej lekturze o tym, jak powstawały najsłynniejsze teksty – a to pomaga również młodym dziennikarzom poszukującym własnej drogi. Po trzecie Hanna Krall koncentruje się na innych ludziach, na tych, którzy mieli na nią wpływ, ale też na tych spotkanych na reporterskiej drodze.
Pierwsza część książki – bardziej obszerna, można by rzec, że podstawowa, to wywiad zlepiany z innych wywiadów. Druga część złożona została z komentarzy innych na temat Hanny Krall – to cytaty z przedmów i artykułów, wypowiedzi znanych ludzi pióra, repliki i komentarze odnoszące się do osoby. Jacek Antczak stara się, żeby to właśnie Hanna Krall pozostała w centrum zainteresowania, bez względu na to, jak ważne i wartościowe są jej dzieła. Dość zabawnie wypada to, że bohaterka tomu chętnie wchodzi w polemiki z rozmówcami, krytykuje ich albo coś im zarzuca: jeśli weźmie się pod uwagę, że tu autorzy pytań są w zasadzie anonimowi, można się zastanawiać, jak daleko trzeba się posunąć w uprawdopodobnieniu kontekstu wywiadu, żeby czytelnicy zapomnieli o patchworkowej formie. Ale to nie znaczy, że zlepek jest widoczny – Antczak starannie maskuje szwy, pozwala na pozostawanie z bohaterką książki, wysłuchiwanie jej przemyśleń i skojarzeń bez zastanawiania się nad kształtem całego wywiadu i nad kontekstem powstawania. To Hanna Krall w pigułce, dla wygodnych i leniwych – i dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z poznawaniem zaplecza reporterskiego. Wraca na rynek ta książka – bo to najlepszy i najszybszy sposób na poznawanie Hanny Krall.
niedziela, 6 lipca 2025
Sylwia Góra: W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz
Marginesy, Warszawa 2025.
Miłość
Niewielu badaczy chce się zastanawiać nad relacją, jaka łączyła Jarosława Iwaszkiewicza i jego żonę, Annę. Anna jednak jest postacią, która musi pojawiać się w opowieściach i wspomnieniach, bo przecież dla licznych gości Stawiska była personą ważną, bez względu na chorobę czy brak sukcesów literackich. Anna funkcjonowała jako dobra partnerka, wyrozumiała i cierpliwa, zapewniająca ciepło domowego ogniska. Zapisywała swoje doświadczenia i przemyślenia w listach czy dziennikach – ani jedne, ani drugie nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego, ale teraz są cennym dokumentem, który może próbować wyjaśniać badaczom to, co nie do wyjaśnienia. Bo Anna zawsze pozostawała w cieniu. A przy świadomości homoseksualnych wyborów jej męża – jej postawa rodzi kolejne pytania. Sylwia Góra nie zamierza budować klasycznej biografii, o czym uprzedza czytelników już w pierwszym zdaniu książki. Przyjrzy się za to Annie w kontekście wielkich zagadnień z nią związanych. Po pierwsze – to relacja z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Pełna tajemnic, niedopowiedzeń i niemożliwych już do uchwycenia zasad regulujących codzienność Stawiska jest to publikacja – dla zainteresowanych pobocznymi wątkami z literatury. Tu chodzi o obyczajowość i o międzyludzkie kwestie, delikatne, czasami oparte na domysłach.
„W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz” to książka zaspokajająca ciekawość, przynajmniej w tych aspektach, w których uda się zgromadzić rzeczowe wiadomości. Sylwia Góra dąży do wytłumaczenia swojej bohaterki i jej zachowań, kontrowersyjnych dzisiaj, ale dawniej całkiem do zniesienia (przynajmniej niegenerujących poważnych konsekwencji dla związku). Dużo miejsca poświęca autorka tematowi choroby psychicznej Anny Iwaszkiewiczowej – według dzisiejszych lekarzy da się już nawet postawić ostrożne diagnozy, dawniej postawy bohaterki książki były uznawane raczej za dziwactwa niż za objaw poważnych dolegliwości zdrowotnych. Równolegle z kwestią choroby psychicznej toczy się jeszcze analiza dochodzącej do absurdu religijności. Anna popada w dewocję, ma momenty, w których potrzebuje wsparcia siły wyższej, zatapia się w potrzebie modlitwy i szokuje wręcz otoczenie świętoszkowatością. Autorka może się zastanawiać, czy to wiara, czy zachowanie na pokaz – wie jednak, że obecnie tego typu postawy byłyby odbierane jako poza, ale w czasach Iwaszkiewiczów niekoniecznie.
Jest ta publikacja próbą zaprzyjaźnienia się z postacią trudną i pomijaną niesłusznie w historii literatury – chociaż Anna nie tworzyła dzieł, funkcjonowała obok wielkich artystów. Będzie tu zatem mowa i o jej przyjaźni z Antonim Słonimskim, i o homoerotycznej fascynacji Marią Morską – wielkim niespełnionym uczuciem, które mogło być odwzajemnione. W części tajemnic pomagają wnuki Iwaszkiewiczów, które wprowadzają czytelników w codzienność Stawiska za sprawą własnych wspomnień. Gęsta jest ta książka, ładna od strony narracyjnej – Sylwia Góra nie popełnia typowych błędów związanych z zarzucaniem odbiorców kolażami z cytatów, wie, jak prezentować postać, żeby wypadała atrakcyjnie. Dobrze się ją czyta – a Sylwia Góra nie wymusza na odbiorcach ciągłego zakorzenienia w życiu literackim dwudziestolecia międzywojennego. Udaje jej się oderwać od środowiska skamandrytów, pisze coś z zupełnie innej perspektywy.
Miłość
Niewielu badaczy chce się zastanawiać nad relacją, jaka łączyła Jarosława Iwaszkiewicza i jego żonę, Annę. Anna jednak jest postacią, która musi pojawiać się w opowieściach i wspomnieniach, bo przecież dla licznych gości Stawiska była personą ważną, bez względu na chorobę czy brak sukcesów literackich. Anna funkcjonowała jako dobra partnerka, wyrozumiała i cierpliwa, zapewniająca ciepło domowego ogniska. Zapisywała swoje doświadczenia i przemyślenia w listach czy dziennikach – ani jedne, ani drugie nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego, ale teraz są cennym dokumentem, który może próbować wyjaśniać badaczom to, co nie do wyjaśnienia. Bo Anna zawsze pozostawała w cieniu. A przy świadomości homoseksualnych wyborów jej męża – jej postawa rodzi kolejne pytania. Sylwia Góra nie zamierza budować klasycznej biografii, o czym uprzedza czytelników już w pierwszym zdaniu książki. Przyjrzy się za to Annie w kontekście wielkich zagadnień z nią związanych. Po pierwsze – to relacja z Jarosławem Iwaszkiewiczem. Pełna tajemnic, niedopowiedzeń i niemożliwych już do uchwycenia zasad regulujących codzienność Stawiska jest to publikacja – dla zainteresowanych pobocznymi wątkami z literatury. Tu chodzi o obyczajowość i o międzyludzkie kwestie, delikatne, czasami oparte na domysłach.
„W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz” to książka zaspokajająca ciekawość, przynajmniej w tych aspektach, w których uda się zgromadzić rzeczowe wiadomości. Sylwia Góra dąży do wytłumaczenia swojej bohaterki i jej zachowań, kontrowersyjnych dzisiaj, ale dawniej całkiem do zniesienia (przynajmniej niegenerujących poważnych konsekwencji dla związku). Dużo miejsca poświęca autorka tematowi choroby psychicznej Anny Iwaszkiewiczowej – według dzisiejszych lekarzy da się już nawet postawić ostrożne diagnozy, dawniej postawy bohaterki książki były uznawane raczej za dziwactwa niż za objaw poważnych dolegliwości zdrowotnych. Równolegle z kwestią choroby psychicznej toczy się jeszcze analiza dochodzącej do absurdu religijności. Anna popada w dewocję, ma momenty, w których potrzebuje wsparcia siły wyższej, zatapia się w potrzebie modlitwy i szokuje wręcz otoczenie świętoszkowatością. Autorka może się zastanawiać, czy to wiara, czy zachowanie na pokaz – wie jednak, że obecnie tego typu postawy byłyby odbierane jako poza, ale w czasach Iwaszkiewiczów niekoniecznie.
Jest ta publikacja próbą zaprzyjaźnienia się z postacią trudną i pomijaną niesłusznie w historii literatury – chociaż Anna nie tworzyła dzieł, funkcjonowała obok wielkich artystów. Będzie tu zatem mowa i o jej przyjaźni z Antonim Słonimskim, i o homoerotycznej fascynacji Marią Morską – wielkim niespełnionym uczuciem, które mogło być odwzajemnione. W części tajemnic pomagają wnuki Iwaszkiewiczów, które wprowadzają czytelników w codzienność Stawiska za sprawą własnych wspomnień. Gęsta jest ta książka, ładna od strony narracyjnej – Sylwia Góra nie popełnia typowych błędów związanych z zarzucaniem odbiorców kolażami z cytatów, wie, jak prezentować postać, żeby wypadała atrakcyjnie. Dobrze się ją czyta – a Sylwia Góra nie wymusza na odbiorcach ciągłego zakorzenienia w życiu literackim dwudziestolecia międzywojennego. Udaje jej się oderwać od środowiska skamandrytów, pisze coś z zupełnie innej perspektywy.
wtorek, 1 kwietnia 2025
Przemysław Pawlak: Witkacy. Biografia
Iskry, Warszawa 2025.
Wymyślanie życia
Z dużym sentymentem podchodzi Przemysław Pawlak do egzystencji Witkacego – tworzy obszerną biografię, która świetnie wpisuje się w Iskrowy cykl publikacji życiorysowych, ale przy okazji pozwala poznać i polubić bohatera tomu z dalekiej od sztuki strony. Bo Przemysław Pawlak skupiać się będzie w dużej części na zwykłej egzystencji. Już sam fakt, jak rozpisuje się na temat dzieciństwa swojego bohatera, może pokazywać, jak mocno angażuje się w tę opowieść – i jak bardzo chce, żeby w Witkacym-ekscentryku odbiorcy dostrzegli przede wszystkim człowieka. Zadania łatwego nie ma, jednak radzi sobie z tym, eksponując określone wydarzenia – i kierując uwagę czytelników na konkretne scenki z życia. Witkacy jest tu zafascynowany góralską sztuką, zbiera informacje na temat zdobień domów, ale i – samej twórczości ludowej. Do tego ciągle konsumuje sztukę mistrzów, podgląda warsztaty malarzy, grafików, szuka mariaży gatunków – ale i rozwiązań formalnych, które same w sobie mogą stać się tworzywem. Funkcjonuje w rodzinie – na początku w biografii znaczącą rolę odgrywają rodzice i ich twórcze i zawodowe poszukiwania – także tu Przemysław Pawlak zatrzymuje się na dłużej, przekonany, że późniejsze zainteresowania są po prostu pochodną doświadczeń z najmłodszych lat. I tak udaje się wyrwać „Stasia” z kontekstów, w które zwykle jest wpisywany. Do końca książki liczyć się będą zwłaszcza relacje międzyludzkie oraz zmagania z codziennością – sztuka to plan drugi. I takie podejście, chociaż niektórych może zaskoczyć, pozwala odkryć inną twarz Witkacego – jest ciekawym rozwiązaniem, bo wybija czytelników z kolein i powtarzanych do znudzenia schematów. Tutaj schematycznie nie będzie ani przez chwilę. Autor nie zamienia się w przewodnika i historyka sztuki, za to chętnie sprawdza, jak jego bohater mógł funkcjonować w swoim otoczeniu – i na ile na nie wpływał. Witkacy to postać, która łatwo może zdominować narrację, jednak Przemysław Pawlak czuwa nad rytmem opowieści, udaje mu się bardzo dobrze kierować wyobraźnią czytelników i sprawiać, że nie tylko zainteresują się życiem prywatnym Witkacego, ale też całym społeczno-kulturowym kontekstem, w którym funkcjonował. Chociaż to bardzo obszerna publikacja (i wypełniona interesującymi materiałami graficznymi: reprodukcjami ale i zdjęciami), stanowi po prostu dopowiedzenie do odkryć związanych z twórczością Witkacego. To opowieść na marginesie dzieł pozostawionych przez tego artystę. Opowieść niemal konfesyjna, a na pewno domowa – na pewno nie do końca typowa. Dobrze wpasowuje się w serię biografii proponowanych przez Iskry, popularyzatorskich i zajmujących, napisanych z werwą i pomysłem, ale też ze specjalnym wyczuleniem na potrzeby i wybory dokonywane przez bohaterów. Jest to książka, którą czyta się niemal jak powieść, z dużym uznaniem: sprawdza się dla szerokiej publiczności dobór wydarzeń i ich interpretacja, ale też pomysł na narrację – lektura przebiega płynnie i pozwala lepiej orientować się w realiach przestrzeni twórczej i życiowej Witkacego. Przemysław Pawlak pozwala zanurzyć się w świecie dzisiaj pobrzmiewającym mocno egzotycznie.
Wymyślanie życia
Z dużym sentymentem podchodzi Przemysław Pawlak do egzystencji Witkacego – tworzy obszerną biografię, która świetnie wpisuje się w Iskrowy cykl publikacji życiorysowych, ale przy okazji pozwala poznać i polubić bohatera tomu z dalekiej od sztuki strony. Bo Przemysław Pawlak skupiać się będzie w dużej części na zwykłej egzystencji. Już sam fakt, jak rozpisuje się na temat dzieciństwa swojego bohatera, może pokazywać, jak mocno angażuje się w tę opowieść – i jak bardzo chce, żeby w Witkacym-ekscentryku odbiorcy dostrzegli przede wszystkim człowieka. Zadania łatwego nie ma, jednak radzi sobie z tym, eksponując określone wydarzenia – i kierując uwagę czytelników na konkretne scenki z życia. Witkacy jest tu zafascynowany góralską sztuką, zbiera informacje na temat zdobień domów, ale i – samej twórczości ludowej. Do tego ciągle konsumuje sztukę mistrzów, podgląda warsztaty malarzy, grafików, szuka mariaży gatunków – ale i rozwiązań formalnych, które same w sobie mogą stać się tworzywem. Funkcjonuje w rodzinie – na początku w biografii znaczącą rolę odgrywają rodzice i ich twórcze i zawodowe poszukiwania – także tu Przemysław Pawlak zatrzymuje się na dłużej, przekonany, że późniejsze zainteresowania są po prostu pochodną doświadczeń z najmłodszych lat. I tak udaje się wyrwać „Stasia” z kontekstów, w które zwykle jest wpisywany. Do końca książki liczyć się będą zwłaszcza relacje międzyludzkie oraz zmagania z codziennością – sztuka to plan drugi. I takie podejście, chociaż niektórych może zaskoczyć, pozwala odkryć inną twarz Witkacego – jest ciekawym rozwiązaniem, bo wybija czytelników z kolein i powtarzanych do znudzenia schematów. Tutaj schematycznie nie będzie ani przez chwilę. Autor nie zamienia się w przewodnika i historyka sztuki, za to chętnie sprawdza, jak jego bohater mógł funkcjonować w swoim otoczeniu – i na ile na nie wpływał. Witkacy to postać, która łatwo może zdominować narrację, jednak Przemysław Pawlak czuwa nad rytmem opowieści, udaje mu się bardzo dobrze kierować wyobraźnią czytelników i sprawiać, że nie tylko zainteresują się życiem prywatnym Witkacego, ale też całym społeczno-kulturowym kontekstem, w którym funkcjonował. Chociaż to bardzo obszerna publikacja (i wypełniona interesującymi materiałami graficznymi: reprodukcjami ale i zdjęciami), stanowi po prostu dopowiedzenie do odkryć związanych z twórczością Witkacego. To opowieść na marginesie dzieł pozostawionych przez tego artystę. Opowieść niemal konfesyjna, a na pewno domowa – na pewno nie do końca typowa. Dobrze wpasowuje się w serię biografii proponowanych przez Iskry, popularyzatorskich i zajmujących, napisanych z werwą i pomysłem, ale też ze specjalnym wyczuleniem na potrzeby i wybory dokonywane przez bohaterów. Jest to książka, którą czyta się niemal jak powieść, z dużym uznaniem: sprawdza się dla szerokiej publiczności dobór wydarzeń i ich interpretacja, ale też pomysł na narrację – lektura przebiega płynnie i pozwala lepiej orientować się w realiach przestrzeni twórczej i życiowej Witkacego. Przemysław Pawlak pozwala zanurzyć się w świecie dzisiaj pobrzmiewającym mocno egzotycznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






