Ale, Warszawa 2026.
Po latach
Wejście w dorosłość nie udało się bohaterom tej powieści. Love jako nastolatka skrycie podkochiwała się w swoim przyjacielu z dzieciństwa, Brandonie. Wiedziała, że nie ma szans na związek z nim, zwłaszcza kiedy zdarzyło się coś, co cieniem położyło się na jej późniejszych doświadczeniach. Brandon tymczasem zniszczył swoje życie przez wydarzenie, do którego by nie doszło, gdyby nie był świadkiem źródła traumy Love. Właśnie zakończył odsiadywanie ośmioletniego wyroku – może wrócić do normalności, chociaż nic nie ma. Love tymczasem wraca w rodzinne strony na pogrzeb mamy. I tak przecinają się drogi dwóch osób, które kiedyś były sobie bardzo bliskie.
K. N. Haner pisze książkę z pogranicza erotyku i romansu, opowieść, w której wszystko od pierwszych stron jest oczywiste (a to, co niedopowiedziane, łatwo daje się domyślić) – a jednak wprowadza tu jeden motyw, który przyda się bardzo czytelniczkom masowym, tym, które zwykle nie sięgają po pogłębiane analizy psychologiczne i poprzestają na prostej rozrywce. Kiedy relacja między Love a jej narzeczonym zaczyna się psuć, mężczyzna wykazuje pierwsze oznaki agresji i dominacji. Nie walczy o ukochaną kobietę, walczy o władzę – i to wszystkimi dostępnymi środkami. Na szczęście tę sytuację obserwuje z pewnego dystansu przełożona Love i to ona jest w stanie otworzyć bohaterce oczy na to, co się dzieje – i bardzo dobrze, że wcześnie uświadamia Love, przed czym należy uciekać. Bardzo dobrze nie tyle dla fabuły – bo w tej autorka wyraźnie potrzebowała powodu zmiany wektora sympatii – a dla odbiorczyń, które po tę literaturę sięgają dla rozrywki. Żeby nie było zbyt różowo, K. N. Haner w swoim obrazku bad boya, który najpierw zamordował, a teraz uzależnia się od narkotyków, nie ma hamulca: najgorsze jest to, że bohaterka wierzy, że dla niej Brandon się zmieni. Zwłaszcza – że odstawi narkotyki i będzie po problemie. Jednak ten temat jest społecznie znacznie bardziej uświadamiany niż przemoc psychiczna, więc można go potraktować po prostu jako wątek włączony do dosmaczenia akcji.
Jest tu banalna fabuła. Przewidywalność w uczuciach. Jest jednokierunkowość dla wszystkich czytelna. Ale jednak K. N. Haner pisze lepiej niż spora część autorek erotyków z rodzimego rynku. Pracuje nad narracją, stara się, żeby w jej książce było coś więcej niż intryga miłosna – i przekonuje do siebie czytelniczki właśnie w tym obszarze. Mierzy się ze stereotypami dotyczącymi literatury rozrywkowej dla mas i sama kilka z nich podtrzymuje, ale też wykorzystuje całkiem sensownie gatunek, żeby z przestrogą dotrzeć do grona, które po psychologiczne poradniki nie sięgnie. „Tajemnice, które nas niszczą” to powieść, która nie chce wspinać się na wyższe półki księgarskie – ale w swojej dziedzinie jest zupełnie wystarczająca. Zwłaszcza jeśli ktoś poszukuje nie prostego dążenia od jednego do drugiego łóżkowego spotkania, a obserwowania, jak buduje się relacja bazująca na trudnych doświadczeniach z przeszłości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agora. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 maja 2026
niedziela, 12 kwietnia 2026
Dr Monika Łukasiewicz, Jagna Kaczanowska: Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie
Agora, Warszawa 2026.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
sobota, 4 kwietnia 2026
Marta Górna: Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie
Agora, Warszawa 2026.
Kariera
Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.
Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.
Kariera
Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.
Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.
wtorek, 17 marca 2026
Kama Wojtkiewicz: Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej
Agora, Warszawa 2026.
Moda
Kama Wojtkiewicz zastanawia się nad tym, co dzisiejszemu społeczeństwu zapewnia moda na psychologię – oraz psychologia w wersji pop. „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” to książka, w której autorka przygląda się kolejnym zagadnieniom dotyczącym samorozwoju – po to, żeby wskazać najbardziej charakterystyczne wyzwania i niedociągnięcia pseudofachowców albo tych, którzy nie pogłębiają swojej wiedzy, a oferują usługi psychoterapeutyczne. Ubolewa nad faktem, że rynek nie reguluje kwalifikacyjnych wymogów i w efekcie psychoterapeutą może zostać niemal każdy – a to otwiera pole do nadużyć, na których cierpieć będą w ostateczności szukający pomocy. Z drugiej strony nadprodukcja poradników z zakresu psychologii i samorozwoju sprawia, że ludzie coraz chętniej stawiają sobie autodiagnozy, niekoniecznie zbliżone do prawdy. Czy poppsychologia jest nam dzisiaj potrzebna i co może oznaczać nadmierne zaufanie jej – autorka rozmawia z kolejnymi zaproszonymi do książki gośćmi. Zastanawia się razem z nimi nad kolejnymi wyborami i tematami. Książka podzielona została na trzy części, żeby uporządkować zgromadzone refleksje – w pierwszej nacisk kładziony jest na temat pracy nad sobą i poszukiwanie pomocy u specjalistów, w drugiej – na rozmaite praktyki duchowe i okołoduchowe, te, które otwierają choćby modę na medytację bez refleksji nad jej korzeniami i konsekwencjami. W trzeciej części odwołuje się już do motywu relacji z innymi, zwłaszcza do budowania związku w świecie nastawionym na konsumpcjonizm.
Zaproszeni do rozmowy goście mogą rzucić światło na aktualne trendy w psychologii i w rynku literatury samorozwojowej, uwrażliwić czytelników zwłaszcza na problemy wynikające z nadmiernego zaufania upraszczanym systemom – to kioskowe porady, które mają przyspieszyć proces poznawania siebie czy życia w zgodzie ze sobą podlegają tu krytyce, podobnie jak nie do końca uczciwe praktyki samozwańczych specjalistów. Rozmówcy bronią prawdziwych fachowców, ale uświadamiają czytelnikom, że nie każdy, kto potrafi się zareklamować, jest godny zaufania – a ponieważ porusza się w delikatnej sferze uczuć i psychiki pacjentów, warto sprawdzać, czy na pewno nie zrobi psychicznej krzywdy. „Sobą zajęci” to jednocześnie próba pokazania, że rośnie świadomość wagi higieny psychicznej – zarówno nadprodukcja psychoterapeutów w wersji pop, jak i popularność ich usług to efekt przyglądania się sobie i analizowania własnych problemów, niegdyś skrzętnie przed światem skrywanych. Kama Wojtkiewicz w procesie rozmowy wydobywa warte uwagi lektury, przywołuje nazwiska i teorie, które mogą czytelników zainspirować, a także analizuje dzisiejszy rynek usług. Chce, żeby czytelnicy zapamiętali fakt istnienia poppsychologii – i żeby nie ulegali zbyt łatwo jej podszeptom. Uwrażliwia, wyczula na to, co najważniejsze w kontekście troski o własne zdrowie psychiczne, a do tego zainteresowanym tematem może podsunąć całkiem sporo nie tylko lekturowych inspiracji. Rozmowy sprawiają wszystkim dużą przyjemność, są bowiem skoncentrowane nie na – jak do tej pory na rynku było – zdrowie pacjenta, a na samych psychoterapeutów i ich możliwości oraz ograniczenia. I to może stać się ciekawą przeciwwagą dla poradników psychologicznych.
Moda
Kama Wojtkiewicz zastanawia się nad tym, co dzisiejszemu społeczeństwu zapewnia moda na psychologię – oraz psychologia w wersji pop. „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” to książka, w której autorka przygląda się kolejnym zagadnieniom dotyczącym samorozwoju – po to, żeby wskazać najbardziej charakterystyczne wyzwania i niedociągnięcia pseudofachowców albo tych, którzy nie pogłębiają swojej wiedzy, a oferują usługi psychoterapeutyczne. Ubolewa nad faktem, że rynek nie reguluje kwalifikacyjnych wymogów i w efekcie psychoterapeutą może zostać niemal każdy – a to otwiera pole do nadużyć, na których cierpieć będą w ostateczności szukający pomocy. Z drugiej strony nadprodukcja poradników z zakresu psychologii i samorozwoju sprawia, że ludzie coraz chętniej stawiają sobie autodiagnozy, niekoniecznie zbliżone do prawdy. Czy poppsychologia jest nam dzisiaj potrzebna i co może oznaczać nadmierne zaufanie jej – autorka rozmawia z kolejnymi zaproszonymi do książki gośćmi. Zastanawia się razem z nimi nad kolejnymi wyborami i tematami. Książka podzielona została na trzy części, żeby uporządkować zgromadzone refleksje – w pierwszej nacisk kładziony jest na temat pracy nad sobą i poszukiwanie pomocy u specjalistów, w drugiej – na rozmaite praktyki duchowe i okołoduchowe, te, które otwierają choćby modę na medytację bez refleksji nad jej korzeniami i konsekwencjami. W trzeciej części odwołuje się już do motywu relacji z innymi, zwłaszcza do budowania związku w świecie nastawionym na konsumpcjonizm.
Zaproszeni do rozmowy goście mogą rzucić światło na aktualne trendy w psychologii i w rynku literatury samorozwojowej, uwrażliwić czytelników zwłaszcza na problemy wynikające z nadmiernego zaufania upraszczanym systemom – to kioskowe porady, które mają przyspieszyć proces poznawania siebie czy życia w zgodzie ze sobą podlegają tu krytyce, podobnie jak nie do końca uczciwe praktyki samozwańczych specjalistów. Rozmówcy bronią prawdziwych fachowców, ale uświadamiają czytelnikom, że nie każdy, kto potrafi się zareklamować, jest godny zaufania – a ponieważ porusza się w delikatnej sferze uczuć i psychiki pacjentów, warto sprawdzać, czy na pewno nie zrobi psychicznej krzywdy. „Sobą zajęci” to jednocześnie próba pokazania, że rośnie świadomość wagi higieny psychicznej – zarówno nadprodukcja psychoterapeutów w wersji pop, jak i popularność ich usług to efekt przyglądania się sobie i analizowania własnych problemów, niegdyś skrzętnie przed światem skrywanych. Kama Wojtkiewicz w procesie rozmowy wydobywa warte uwagi lektury, przywołuje nazwiska i teorie, które mogą czytelników zainspirować, a także analizuje dzisiejszy rynek usług. Chce, żeby czytelnicy zapamiętali fakt istnienia poppsychologii – i żeby nie ulegali zbyt łatwo jej podszeptom. Uwrażliwia, wyczula na to, co najważniejsze w kontekście troski o własne zdrowie psychiczne, a do tego zainteresowanym tematem może podsunąć całkiem sporo nie tylko lekturowych inspiracji. Rozmowy sprawiają wszystkim dużą przyjemność, są bowiem skoncentrowane nie na – jak do tej pory na rynku było – zdrowie pacjenta, a na samych psychoterapeutów i ich możliwości oraz ograniczenia. I to może stać się ciekawą przeciwwagą dla poradników psychologicznych.
piątek, 13 marca 2026
Mark Brzezinski, Olga Leonowicz w rozmowie z Anną Pamułą: Partnerstwo
Agora, Warszawa 2026.
Związek
Prawdopodobnie mało kto wyobraża sobie, jak wygląda praca ambasadora, tym bardziej – ambasadora USA w Polsce. I Mark Brzezinski też o wszystkim otwarcie opowiadać nie będzie, raczej dyplomatycznie poprześlizguje się przez kolejne zagadnienia, ale zrobi to przynajmniej z humorem i interesująco dla szerokiego grona odbiorców, dla tych, którzy nie chcą się wikłać w sprawy polityczne ani poznawać kulis spraw między państwami. Anna Pamuła rozmawia z parą funkcjonującą w niesformalizowanym związku, bo Mark Brzezinski do rozmowy zaprasza też Olgę Leonowicz, swoją partnerkę – trochę dla ocieplania wizerunku, a trochę, żeby pokazać różne aspekty bycia ambasadorem. „Partnerstwo” to książka wypełniona interesującymi fotograficznymi portretami i trochę przedstawiająca wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć dyplomaci.
Oczywiście nie na wszystkie pytania będzie bohater tomu odpowiadać oględnie: jest po prostu bardziej wylewny w jednych tematach, a inne nie pojawią się w książce, żeby nie pozostawiać czytelników w przekonaniu, że o czymś mówić nie wolno. A skoro nie da się zbyt wiele powiedzieć o części działań, Mark Brzezinski akcentuje te, które należały do wybieranych przez niego strategii: tłumaczy między innymi, dlaczego pojawił się z flagą mniejszości seksualnych – angażował się w kwestie równości płci czy walkę o prawa osób z niepełnosprawnościami. Zwraca uwagę na różnice w mentalności między Polakami i Amerykanami, opowiada też o współpracy z przedstawicielami różnych rządów – i różnych stron politycznych. Próbuje wyjść z cienia ojca – Anna Pamuła przyznaje, że dla jej pokolenia ten ojciec nie jest już postacią charakterystyczną czy istotną, ale starsi z pewnością będą wciąż dokonywać porównań. Zresztą nie da się inaczej, bo i sam Mark Brzezinski bardzo często zastanawia się nad prawdopodobnymi reakcjami rodzica. O mamie wypowiada się znacznie bardziej serdecznie – wciąż stara się podkreślać znaczenie bliskich w codziennych wyzwaniach, także tych zawodowych, ale jednocześnie bardzo chroni prywatność i o osobistej przeszłości nie opowiada, koncentrując się na Oldze. Olga Leonowicz funkcjonuje tu jako kobieta, która nie zamierza pozostawać w cieniu partnera, rozwija własną karierę i najbardziej zastanawia się nad prawami kobiet w Polsce – czy nad (nie)obecnością płci pięknej w dyplomacji. To ona będzie zwracać uwagę na małżonków ambasadorów – ludzi bezustannie ocenianych i prowadzących własne działania na rzecz wspierania partnera bez wynagrodzenia czy podstawowych świadczeń, to ona będzie podkreślać wyzwania, jakie czekają na osobę, która zdecyduje się funkcjonować w kulisach polityki. W „Partnerstwie” Olga Leonowicz sprawia wrażenie, jakby zawsze wiedziała, jakich wyznań się od niej oczekuje – i konsekwentnie je wprowadzała do opowieści. Ale może też podzielić się z czytelnikami wieloma wartościowymi spostrzeżeniami na temat obecności kobiet w życiu publicznym. Może stanowić wzór dla wielu – nauczyć jednocześnie przebojowości, wrażliwości i obecności na własnych warunkach, zupełnie jak w wywiadzie.
Jest to książka autoprezentacyjna, co do tego nie ma wątpliwości – ale stworzona została tak, żeby zapewnić czytelnikom trochę wzruszeń i trochę materiału do przemyśleń. To, co pod powierzchnią, jest równie ważne jak to, co wielokrotnie powtarzane. „Partnerstwo” to nie tylko kreacja, ale też ujawnienie – w granicach możliwości – przepisu na współczesny, nietradycyjny związek.
Związek
Prawdopodobnie mało kto wyobraża sobie, jak wygląda praca ambasadora, tym bardziej – ambasadora USA w Polsce. I Mark Brzezinski też o wszystkim otwarcie opowiadać nie będzie, raczej dyplomatycznie poprześlizguje się przez kolejne zagadnienia, ale zrobi to przynajmniej z humorem i interesująco dla szerokiego grona odbiorców, dla tych, którzy nie chcą się wikłać w sprawy polityczne ani poznawać kulis spraw między państwami. Anna Pamuła rozmawia z parą funkcjonującą w niesformalizowanym związku, bo Mark Brzezinski do rozmowy zaprasza też Olgę Leonowicz, swoją partnerkę – trochę dla ocieplania wizerunku, a trochę, żeby pokazać różne aspekty bycia ambasadorem. „Partnerstwo” to książka wypełniona interesującymi fotograficznymi portretami i trochę przedstawiająca wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć dyplomaci.
Oczywiście nie na wszystkie pytania będzie bohater tomu odpowiadać oględnie: jest po prostu bardziej wylewny w jednych tematach, a inne nie pojawią się w książce, żeby nie pozostawiać czytelników w przekonaniu, że o czymś mówić nie wolno. A skoro nie da się zbyt wiele powiedzieć o części działań, Mark Brzezinski akcentuje te, które należały do wybieranych przez niego strategii: tłumaczy między innymi, dlaczego pojawił się z flagą mniejszości seksualnych – angażował się w kwestie równości płci czy walkę o prawa osób z niepełnosprawnościami. Zwraca uwagę na różnice w mentalności między Polakami i Amerykanami, opowiada też o współpracy z przedstawicielami różnych rządów – i różnych stron politycznych. Próbuje wyjść z cienia ojca – Anna Pamuła przyznaje, że dla jej pokolenia ten ojciec nie jest już postacią charakterystyczną czy istotną, ale starsi z pewnością będą wciąż dokonywać porównań. Zresztą nie da się inaczej, bo i sam Mark Brzezinski bardzo często zastanawia się nad prawdopodobnymi reakcjami rodzica. O mamie wypowiada się znacznie bardziej serdecznie – wciąż stara się podkreślać znaczenie bliskich w codziennych wyzwaniach, także tych zawodowych, ale jednocześnie bardzo chroni prywatność i o osobistej przeszłości nie opowiada, koncentrując się na Oldze. Olga Leonowicz funkcjonuje tu jako kobieta, która nie zamierza pozostawać w cieniu partnera, rozwija własną karierę i najbardziej zastanawia się nad prawami kobiet w Polsce – czy nad (nie)obecnością płci pięknej w dyplomacji. To ona będzie zwracać uwagę na małżonków ambasadorów – ludzi bezustannie ocenianych i prowadzących własne działania na rzecz wspierania partnera bez wynagrodzenia czy podstawowych świadczeń, to ona będzie podkreślać wyzwania, jakie czekają na osobę, która zdecyduje się funkcjonować w kulisach polityki. W „Partnerstwie” Olga Leonowicz sprawia wrażenie, jakby zawsze wiedziała, jakich wyznań się od niej oczekuje – i konsekwentnie je wprowadzała do opowieści. Ale może też podzielić się z czytelnikami wieloma wartościowymi spostrzeżeniami na temat obecności kobiet w życiu publicznym. Może stanowić wzór dla wielu – nauczyć jednocześnie przebojowości, wrażliwości i obecności na własnych warunkach, zupełnie jak w wywiadzie.
Jest to książka autoprezentacyjna, co do tego nie ma wątpliwości – ale stworzona została tak, żeby zapewnić czytelnikom trochę wzruszeń i trochę materiału do przemyśleń. To, co pod powierzchnią, jest równie ważne jak to, co wielokrotnie powtarzane. „Partnerstwo” to nie tylko kreacja, ale też ujawnienie – w granicach możliwości – przepisu na współczesny, nietradycyjny związek.
sobota, 7 marca 2026
Łukasz Dynowski: Atomowi. Testy nuklearne na ludziach
Agora, Warszawa 2026.
Broń
Przerażająca jest ta książka w swojej wymowie, a do tego Łukasz Dynowski trafia w czas, w którym przypomina się odbiorcom, jakie niebezpieczeństwa pociąga za sobą wyścig zbrojeń. „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” to opowieść o tym, co działo się w drugiej połowie XX wieku – a co swoje konsekwencje ma do tej pory. Łukasz Dynowski podąża za atomowymi weteranami – a właściwie ostatnimi żyjącymi z tych, którzy uczestniczyli w najbardziej koszmarnych eksperymentach w dziejach ludzkości. Sprawdza, jak wyglądają ich wspomnienia i zestawia dzisiejszy stan wiedzy na temat bomb atomowych czy wodorowych z tym, co dopiero było sprawdzane kilka dekad wcześniej. Zabiera autor odbiorców do miejsc, w których wybuchały bomby – te najgroźniejsze – żeby sprawdzić, jaki wpływ miały te wydarzenia na egzystencję normalnych ludzi, czasem prostych żołnierzy, a czasem miejscowych, których nikt w porę nie ostrzegł przed dalekosiężnymi zagrożeniami. I tak rozwija się przed oczami czytelników cały zestaw okropieństw powiązanych z ekspozycją na opady nuklearne. Coś, co dla starszego pokolenia było codziennością – świadomość toczącej się zimnej wojny i wyścigu zbrojeń – teraz przybiera o wiele bardziej ludzkie kształty.
Trochę autor opowiada o tym, jak wyglądało konstruowanie bomb atomowych i – jakie było tło polityczne takich działań. Wyjaśnia dążenie ludzi do stworzenia broni masowego rażenia, chociaż mniej interesuje go pęd w kierunku zagłady, a bardziej – konsekwencje niebezpiecznego wynalazku. Rozumie mechanizmy wojny w zestawieniu z prywatnymi reakcjami każdego człowieka – co nie zmienia faktu, że tu lista ofiar wydłuża się ze wzrostem świadomości na temat skutków użycia bomby atomowej. Z jednej strony są tu historyczne momenty – chwile, kiedy rządy skonfliktowanych państw zdecydowały się na wykorzystanie najpotężniejszej broni ze swojego arsenału – Hiroszima i Nagasaki pozostają tu punktem odniesienia. Z drugiej – istnieje cały wachlarz tajnych testów, wybuchów w warunkach teoretycznie kontrolowanych – a w praktyce przynoszących dopiero wiedzę na temat bomb atomowych. I Łukasz Dynowski sięga do opowieści tych, którzy jeszcze coś opowiedzieć mogą – wielu świadków wydarzeń tajemnicę zabrało do grobu, między innymi za sprawą polityki medialnej, która nakazywała tuszowanie działań i niewzbudzanie powszechnej paniki. Spotyka się z weteranami lub ich potomstwem, analizuje wspomnienia i zestawia je z obrazkami dla prasy. Będzie tu mowa o możliwości zobaczenia kości kolegi przez zamknięte oczy i mowa o skórze ściąganej jak rękawiczki, będzie mowa o całym zestawie raków atakujących organizm nawet po wielu latach i o chorobach, które dziedziczy kolejne pokolenie. Ale autor dociera też do tematów skrzętnie skrywanych: opowiada, z czego brały się błędy pomiarowe, jak wyznaczano granice niebezpieczeństwa i jakie miało to przełożenie na rzeczywistość. Podsuwa odbiorcom mnóstwo dowodów na to, że ludzie nie mogli ufać informacjom uzyskiwanym od rządu – i przedstawia dramat tych, którzy stracili bliskich w wyniku bezpośredniego kontaktu z testami nuklearnymi. Ta książka jest mocna. A jednak autor unika tanich sensacji, stara się po prostu tłumaczyć i pokazywać wydarzenia z przeszłości – jako ostrzeżenie. Trafi do odbiorców przez dynamikę narracji – ale wiele razy będzie ich szokował.
Broń
Przerażająca jest ta książka w swojej wymowie, a do tego Łukasz Dynowski trafia w czas, w którym przypomina się odbiorcom, jakie niebezpieczeństwa pociąga za sobą wyścig zbrojeń. „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” to opowieść o tym, co działo się w drugiej połowie XX wieku – a co swoje konsekwencje ma do tej pory. Łukasz Dynowski podąża za atomowymi weteranami – a właściwie ostatnimi żyjącymi z tych, którzy uczestniczyli w najbardziej koszmarnych eksperymentach w dziejach ludzkości. Sprawdza, jak wyglądają ich wspomnienia i zestawia dzisiejszy stan wiedzy na temat bomb atomowych czy wodorowych z tym, co dopiero było sprawdzane kilka dekad wcześniej. Zabiera autor odbiorców do miejsc, w których wybuchały bomby – te najgroźniejsze – żeby sprawdzić, jaki wpływ miały te wydarzenia na egzystencję normalnych ludzi, czasem prostych żołnierzy, a czasem miejscowych, których nikt w porę nie ostrzegł przed dalekosiężnymi zagrożeniami. I tak rozwija się przed oczami czytelników cały zestaw okropieństw powiązanych z ekspozycją na opady nuklearne. Coś, co dla starszego pokolenia było codziennością – świadomość toczącej się zimnej wojny i wyścigu zbrojeń – teraz przybiera o wiele bardziej ludzkie kształty.
Trochę autor opowiada o tym, jak wyglądało konstruowanie bomb atomowych i – jakie było tło polityczne takich działań. Wyjaśnia dążenie ludzi do stworzenia broni masowego rażenia, chociaż mniej interesuje go pęd w kierunku zagłady, a bardziej – konsekwencje niebezpiecznego wynalazku. Rozumie mechanizmy wojny w zestawieniu z prywatnymi reakcjami każdego człowieka – co nie zmienia faktu, że tu lista ofiar wydłuża się ze wzrostem świadomości na temat skutków użycia bomby atomowej. Z jednej strony są tu historyczne momenty – chwile, kiedy rządy skonfliktowanych państw zdecydowały się na wykorzystanie najpotężniejszej broni ze swojego arsenału – Hiroszima i Nagasaki pozostają tu punktem odniesienia. Z drugiej – istnieje cały wachlarz tajnych testów, wybuchów w warunkach teoretycznie kontrolowanych – a w praktyce przynoszących dopiero wiedzę na temat bomb atomowych. I Łukasz Dynowski sięga do opowieści tych, którzy jeszcze coś opowiedzieć mogą – wielu świadków wydarzeń tajemnicę zabrało do grobu, między innymi za sprawą polityki medialnej, która nakazywała tuszowanie działań i niewzbudzanie powszechnej paniki. Spotyka się z weteranami lub ich potomstwem, analizuje wspomnienia i zestawia je z obrazkami dla prasy. Będzie tu mowa o możliwości zobaczenia kości kolegi przez zamknięte oczy i mowa o skórze ściąganej jak rękawiczki, będzie mowa o całym zestawie raków atakujących organizm nawet po wielu latach i o chorobach, które dziedziczy kolejne pokolenie. Ale autor dociera też do tematów skrzętnie skrywanych: opowiada, z czego brały się błędy pomiarowe, jak wyznaczano granice niebezpieczeństwa i jakie miało to przełożenie na rzeczywistość. Podsuwa odbiorcom mnóstwo dowodów na to, że ludzie nie mogli ufać informacjom uzyskiwanym od rządu – i przedstawia dramat tych, którzy stracili bliskich w wyniku bezpośredniego kontaktu z testami nuklearnymi. Ta książka jest mocna. A jednak autor unika tanich sensacji, stara się po prostu tłumaczyć i pokazywać wydarzenia z przeszłości – jako ostrzeżenie. Trafi do odbiorców przez dynamikę narracji – ale wiele razy będzie ich szokował.
piątek, 6 marca 2026
Magdalena Parys: Floren
Agora, Warszawa 2026.
Sterowanie
Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.
Sterowanie
Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.
poniedziałek, 2 marca 2026
Magdalena Parys: Książę
Agora, Warszawa 2026 (wznowienie).
Armia
Magdalena Parys bierze pod lupę mało znane wydarzenie historyczne i na jego podstawie osnuwa całą historię ze znanymi już z „Magika” bohaterami. Ale w „Księciu” trochę mniej koncentruje się na otoczeniu, a bardziej na samych charakterach postaci. Na pierwszy plan wysuwa Dagmarę, energiczną dziennikarkę, która nie boi się wyzwań. Dagmara ma zdobywać informacje na temat, który szczególnie intryguje jej kochanka – jednak nie zamierza się dzielić odkryciami, ani komplikacjami w śledztwie. A tych nie zabraknie – kobieta będzie musiała się wykazać wyjątkowym sprytem i przy okazji wielką odwagą, żeby się czegoś dowiedzieć.
Jeśli motywem przewodnim w ramach turpistycznych opisów w „Magiku” był krawat, to w „Księciu” stają się nim skrzydła – ponownie mamy do czynienia z okaleczonymi zwłokami, a to, co oprawca robi z ciałami, ma świadczyć o wyjątkowym kunszcie. Tu rzecz rozgrywa się w środowisku księży, a sami zabici mają sporo wspólnych cech. Kolekcja martwych Jezusów pozwala na snucie refleksji o działaniach psychopatycznych morderców - a jednak i tak coś ją przyćmiewa. Magdalena Parys powraca co pewien czas do cichego dramatu, ofiar i ich bezradności. A i tak to, co dzieje się w podskórnym nurcie polityki narodowej niepokoi bardziej. W „Księciu” temat historyczny zahacza o drugą wojnę światową, a właściwie o jej następstwa – oto pojawia się tajne zgromadzenie, które ma skupiać potencjalnych obrońców Niemiec. Zgromadzenie jest nielegalne i sprzeczne z polityką międzynarodową, jego istnienie musi zatem być utrzymane w sekrecie. Trudno o to, kiedy bezpośrednio zaangażowani są przekonani o swoich racjach.
W tomie „Książę” Magdalena Parys rezygnuje z obrazów obskurnego Berlina na rzecz sztuki, która przewija się w tle. Odwołuje się do dzieł, które zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach podczas drugiej wojny światowej i nie wróciły do prawowitych właścicieli. Widać to też w samej narracji, bo istnieje wyraźne przejście estetyczne: autorka stawia mniej na kontekst wydarzeń, pejzaże miejskie nie mają już znaczenia, liczą się za to prywatne domy i miejsca spotkań – a za tą decyzją idzie kolejna, tym razem łącząca się z większym nastawieniem na sedno międzyludzkich relacji. Oczywiście nie będzie tu miejsca na sielanki i na budowanie pewnej przyszłości, ale powiązania między postaciami mogą nieraz zaskoczyć czytelników. Mnóstwo tu wyzwań wiążących się jednak nie z organizacją codzienności, a z łączeniem prowadzonych śledztw z pozorną zwyczajnością. „Książę” to powieść bardziej skondensowana niż „Magik”, ale i w niej Magdalena Parys nie chce ulec pokusie prowadzenia linearnego śledztwa. O wiele bardziej bawi ją budowanie sieci powiązań między przeszłością, teraźniejszością i życiem bohaterów. Jest to kryminał historyczny bazujący jeszcze bardziej na decyzjach politycznych i na zawirowaniach w najwyższych sferach. To coś dla koneserów gatunku – i tych, którzy nie boją się okrucieństwa ani epatowania grozą w sensacyjnej fabule.
Armia
Magdalena Parys bierze pod lupę mało znane wydarzenie historyczne i na jego podstawie osnuwa całą historię ze znanymi już z „Magika” bohaterami. Ale w „Księciu” trochę mniej koncentruje się na otoczeniu, a bardziej na samych charakterach postaci. Na pierwszy plan wysuwa Dagmarę, energiczną dziennikarkę, która nie boi się wyzwań. Dagmara ma zdobywać informacje na temat, który szczególnie intryguje jej kochanka – jednak nie zamierza się dzielić odkryciami, ani komplikacjami w śledztwie. A tych nie zabraknie – kobieta będzie musiała się wykazać wyjątkowym sprytem i przy okazji wielką odwagą, żeby się czegoś dowiedzieć.
Jeśli motywem przewodnim w ramach turpistycznych opisów w „Magiku” był krawat, to w „Księciu” stają się nim skrzydła – ponownie mamy do czynienia z okaleczonymi zwłokami, a to, co oprawca robi z ciałami, ma świadczyć o wyjątkowym kunszcie. Tu rzecz rozgrywa się w środowisku księży, a sami zabici mają sporo wspólnych cech. Kolekcja martwych Jezusów pozwala na snucie refleksji o działaniach psychopatycznych morderców - a jednak i tak coś ją przyćmiewa. Magdalena Parys powraca co pewien czas do cichego dramatu, ofiar i ich bezradności. A i tak to, co dzieje się w podskórnym nurcie polityki narodowej niepokoi bardziej. W „Księciu” temat historyczny zahacza o drugą wojnę światową, a właściwie o jej następstwa – oto pojawia się tajne zgromadzenie, które ma skupiać potencjalnych obrońców Niemiec. Zgromadzenie jest nielegalne i sprzeczne z polityką międzynarodową, jego istnienie musi zatem być utrzymane w sekrecie. Trudno o to, kiedy bezpośrednio zaangażowani są przekonani o swoich racjach.
W tomie „Książę” Magdalena Parys rezygnuje z obrazów obskurnego Berlina na rzecz sztuki, która przewija się w tle. Odwołuje się do dzieł, które zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach podczas drugiej wojny światowej i nie wróciły do prawowitych właścicieli. Widać to też w samej narracji, bo istnieje wyraźne przejście estetyczne: autorka stawia mniej na kontekst wydarzeń, pejzaże miejskie nie mają już znaczenia, liczą się za to prywatne domy i miejsca spotkań – a za tą decyzją idzie kolejna, tym razem łącząca się z większym nastawieniem na sedno międzyludzkich relacji. Oczywiście nie będzie tu miejsca na sielanki i na budowanie pewnej przyszłości, ale powiązania między postaciami mogą nieraz zaskoczyć czytelników. Mnóstwo tu wyzwań wiążących się jednak nie z organizacją codzienności, a z łączeniem prowadzonych śledztw z pozorną zwyczajnością. „Książę” to powieść bardziej skondensowana niż „Magik”, ale i w niej Magdalena Parys nie chce ulec pokusie prowadzenia linearnego śledztwa. O wiele bardziej bawi ją budowanie sieci powiązań między przeszłością, teraźniejszością i życiem bohaterów. Jest to kryminał historyczny bazujący jeszcze bardziej na decyzjach politycznych i na zawirowaniach w najwyższych sferach. To coś dla koneserów gatunku – i tych, którzy nie boją się okrucieństwa ani epatowania grozą w sensacyjnej fabule.
piątek, 27 lutego 2026
Magdalena Parys: Magik
Agora, Warszaw 2026. (wznowienie)
Niemiecki koszmar
Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.
Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.
Niemiecki koszmar
Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.
Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.
niedziela, 9 listopada 2025
Weronika Jaczewska: Rzym na chwilę
Wydawnictwo Ale, Warszawa 2025.
Rozwiązanie problemów
To jest naprawdę cudowne w romansach, że ten wyjątkowo przystojny, wyjątkowo bogaty i wyjątkowo wyrozumiały mężczyzna zawsze jest wolny, samotny i nie szuka związków, dzięki czemu można mu niemal od razu wskoczyć do łóżka. To jest naprawdę cudowne w romansach, że ona – pokaleczona, porzucona przez partnera, zdradzona, zrozpaczona i wyłączona z życia na długo, może przyjąć stereotypowo męski punkt widzenia i liczyć tylko i wyłącznie na seks i dobrą zabawę – a dzięki temu znaleźć miłość na całe życie. Weronika Jaczewska dobrze zna mechanizmy romansów oraz powieści erotycznych i pozwala swoim bohaterom na spełnianie marzeń w tym zakresie, w konwencjonalnej fabule, która idealistkom przecież się i tak spodoba.
Ona to Victoria. Pretensjonalne imię nadali jej rodzice dla przełamania codziennej szarzyzny, więcej wyjaśnień nie ma, wprawdzie równie dobrze mogłaby być Anką, ale już Szekspir pisał o znaczeniu nazwy. W tym wypadku Victoria musi się sprawdzić w wielkim świecie, a przynajmniej poza granicami kraju. Z Polski wyrzuca ją na przymusową trzymiesięczną rezydencję we Włoszech szefowa i jednocześnie przyjaciółka: w końcu autorka poczytnych romansów, która przez sytuację osobistą straciła wenę, musi ją jakoś odzyskać, najlepiej u boku gorącego Włocha. Gorący Włoch trafia się niemal od razu, młody, zdolny i ambitny perkusista, który mieszka w sąsiedztwie, idealnie wpasowuje się w obraz przystojniaka na przelotny flirt. A dalej to już wiadomo: od seksu do seksu, z małymi przerwami na poznawanie własnych traum i kręgów znajomych. Trzeba przyznać, że Weronika Jaczewska lawiruje nieźle w tych zakresach, zapomina tylko o tym, że bohaterka coś powinna w przerwach od łóżkowych wyczynów pisać – ale z motywu powieści czyni w zasadzie ramę kompozycyjną, więc da się przeżyć. I tak ważniejsze jest przecież budowanie relacji z kimś, kto do tej relacji pozornie w ogóle się nie nadaje.
„Rzym na chwilę” to książka dla tych czytelniczek, którym niestraszne są koleiny scenariuszowe. Gorącokrwisty Włoch z wielkim – powiedzmy, że talentem – nie jest kobieciarzem, ale biegłym w sztuce uwodzenia kochankiem na stałe. Victoria wie, jak podgrzewać zmysły i atmosferę w sypialni. W grę wchodzą jeszcze wielkie pieniądze i niedowartościowani rodzice (z obu stron), żeby nie było zbyt słodko. Rozrywkowa powieść na szybko daje się nawet polubić – za lekkość mimo naiwnych rozwiązań fabularnych i za opisy fantazji erotycznych, od których nie trzeba z zażenowaniem odwracać wzroku. Świadomość, z jakim gatunkiem ma się tu do czynienia, pozwala przejść przez infantylne elementy fabuły – w końcu to opowieść o wielkiej, przypadkowo znalezionej miłości, która rozwiąże absolutnie wszystkie problemy. Spełnienie marzeń czytelniczek pozbawionych szans na podobne przeżycia w swojej codzienności. Tym Weronika Jaczewska może do siebie przekonywać.
Rozwiązanie problemów
To jest naprawdę cudowne w romansach, że ten wyjątkowo przystojny, wyjątkowo bogaty i wyjątkowo wyrozumiały mężczyzna zawsze jest wolny, samotny i nie szuka związków, dzięki czemu można mu niemal od razu wskoczyć do łóżka. To jest naprawdę cudowne w romansach, że ona – pokaleczona, porzucona przez partnera, zdradzona, zrozpaczona i wyłączona z życia na długo, może przyjąć stereotypowo męski punkt widzenia i liczyć tylko i wyłącznie na seks i dobrą zabawę – a dzięki temu znaleźć miłość na całe życie. Weronika Jaczewska dobrze zna mechanizmy romansów oraz powieści erotycznych i pozwala swoim bohaterom na spełnianie marzeń w tym zakresie, w konwencjonalnej fabule, która idealistkom przecież się i tak spodoba.
Ona to Victoria. Pretensjonalne imię nadali jej rodzice dla przełamania codziennej szarzyzny, więcej wyjaśnień nie ma, wprawdzie równie dobrze mogłaby być Anką, ale już Szekspir pisał o znaczeniu nazwy. W tym wypadku Victoria musi się sprawdzić w wielkim świecie, a przynajmniej poza granicami kraju. Z Polski wyrzuca ją na przymusową trzymiesięczną rezydencję we Włoszech szefowa i jednocześnie przyjaciółka: w końcu autorka poczytnych romansów, która przez sytuację osobistą straciła wenę, musi ją jakoś odzyskać, najlepiej u boku gorącego Włocha. Gorący Włoch trafia się niemal od razu, młody, zdolny i ambitny perkusista, który mieszka w sąsiedztwie, idealnie wpasowuje się w obraz przystojniaka na przelotny flirt. A dalej to już wiadomo: od seksu do seksu, z małymi przerwami na poznawanie własnych traum i kręgów znajomych. Trzeba przyznać, że Weronika Jaczewska lawiruje nieźle w tych zakresach, zapomina tylko o tym, że bohaterka coś powinna w przerwach od łóżkowych wyczynów pisać – ale z motywu powieści czyni w zasadzie ramę kompozycyjną, więc da się przeżyć. I tak ważniejsze jest przecież budowanie relacji z kimś, kto do tej relacji pozornie w ogóle się nie nadaje.
„Rzym na chwilę” to książka dla tych czytelniczek, którym niestraszne są koleiny scenariuszowe. Gorącokrwisty Włoch z wielkim – powiedzmy, że talentem – nie jest kobieciarzem, ale biegłym w sztuce uwodzenia kochankiem na stałe. Victoria wie, jak podgrzewać zmysły i atmosferę w sypialni. W grę wchodzą jeszcze wielkie pieniądze i niedowartościowani rodzice (z obu stron), żeby nie było zbyt słodko. Rozrywkowa powieść na szybko daje się nawet polubić – za lekkość mimo naiwnych rozwiązań fabularnych i za opisy fantazji erotycznych, od których nie trzeba z zażenowaniem odwracać wzroku. Świadomość, z jakim gatunkiem ma się tu do czynienia, pozwala przejść przez infantylne elementy fabuły – w końcu to opowieść o wielkiej, przypadkowo znalezionej miłości, która rozwiąże absolutnie wszystkie problemy. Spełnienie marzeń czytelniczek pozbawionych szans na podobne przeżycia w swojej codzienności. Tym Weronika Jaczewska może do siebie przekonywać.
poniedziałek, 3 listopada 2025
Eliza Piotrowska: Kapibara Barbara i karnawał
Agora, Warszawa 2025.
Spokój
U kapibar nie ma mowy o wstrząsach, ale to nie oznacza, że nie przeżywają one rozmaitych przygód. Wręcz przeciwnie – rodzina kapibary Barbary otwarta jest na nowe odkrycia i zjawiska, nie boi się inności i chętnie poznaje wszystko, co nietypowe – a to oznacza, że ma wiele szans na owocne znajomości i twórcze wyzwania. „Kapibara Barbara i karnawał” to drugi tom przygód sympatycznej bohaterki i jej bliskich – w sam raz dla dzieci, które zaczynają samodzielnie czytać i potrzebują dowcipnych i ciekawych opowiadań, które zatrzymają je przy książce.
Eliza Piotrowska od czasu do czasu wprowadza w narracji drobne wyjaśnienia, jak to jest z kapibarami – że nie piją kawy ani herbaty albo że cenią sobie spokój – ale te ciekawostki z prawdziwego życia to tylko uprawdopodobnienie bajkowych bohaterów. Kapibary bowiem mają cały czas coś do zrobienia. Oto na przykład organizują karnawał dla wszystkich znajomych stworzeń – tak, żeby każdy mógł iść w kolorowym pochodzie i dzielić się z innymi radością, niezależnie od tego, jak wygląda jego środowisko naturalne – bo kapibary chętnie nawiązują przyjaźnie. Chociaż czasami bywa to trochę niebezpieczne, na przykład jak wtedy, kiedy jedna z bohaterek poznaje piranię i pała chęcią spotkania się z jej rodziną. Barbara przekonuje się, że od nadmiernego zamartwiania się można się rozchorować, a najlepszym lekarstwem na nieszczęśliwą miłość jest… miłość spełniona. Poznaje bobra Valdemara, narzeczonego jednej z ciotek – egzotyczny związek wydaje się być naprawdę udany. Przewinie się też przez karty książki pancernik, który nade wszystko ceni sobie spokój i samotność.
„Kapibara Barbara i karnawał” to to, co w pisarstwie Elizy Piotrowskiej odbiorcy lubią najbardziej – sporo poczucia humoru, dużo pomysłów z różnych dziedzin i szybka narracja. Eliza Piotrowska sprawia, że rysunkowych bohaterów bardzo łatwo polubić, a świat kapibar zaczyna kusić nie tylko najmłodszych. Kapibary są oazą spokoju – dają się lubić ze względu na brak wrogów i uroczy wygląd. Jak się okazuje, mają też sporą ciekawość świata i odwagę w realizowaniu marzeń. Kapibara Barbara to wdzięczna postać, która szybko przypadnie do gustu wszystkim czytelnikom: rozśmiesza i rozczula już samym swoim istnieniem, trudno sobie wyobrazić bez niej świat nie tylko dziecięcych lektur. Kapibara Barbara szturmem podbija serca czytelników – bo uosabia to wszystko, za czym mogą oni tęsknić. Jest w tym zbiorze opowiadań sporo ciepłego humoru i rodzinność, jest zestaw doświadczeń nietypowych i wytrącających z rutyny, a jednocześnie dobrze umotywowanych. Eliza Piotrowska potrafi się bawić tematem, nawiązuje do tego, co modne, ale nawet kiedy kapibary przestaną być trendy, Barbara nie zaginie – zbuduje sobie bowiem wierną publiczność. To bohaterka urocza w każdej płaszczyźnie – zachęci zatem dzieci do czytania i do traktowania lektur jako rozrywki. A przy okazji autorka zaprasza do odkrywania świata, do otwierania się na nowe doświadczenia i podejmowania – umiarkowanego – ryzyka w celu poszerzania horyzontów.
Spokój
U kapibar nie ma mowy o wstrząsach, ale to nie oznacza, że nie przeżywają one rozmaitych przygód. Wręcz przeciwnie – rodzina kapibary Barbary otwarta jest na nowe odkrycia i zjawiska, nie boi się inności i chętnie poznaje wszystko, co nietypowe – a to oznacza, że ma wiele szans na owocne znajomości i twórcze wyzwania. „Kapibara Barbara i karnawał” to drugi tom przygód sympatycznej bohaterki i jej bliskich – w sam raz dla dzieci, które zaczynają samodzielnie czytać i potrzebują dowcipnych i ciekawych opowiadań, które zatrzymają je przy książce.
Eliza Piotrowska od czasu do czasu wprowadza w narracji drobne wyjaśnienia, jak to jest z kapibarami – że nie piją kawy ani herbaty albo że cenią sobie spokój – ale te ciekawostki z prawdziwego życia to tylko uprawdopodobnienie bajkowych bohaterów. Kapibary bowiem mają cały czas coś do zrobienia. Oto na przykład organizują karnawał dla wszystkich znajomych stworzeń – tak, żeby każdy mógł iść w kolorowym pochodzie i dzielić się z innymi radością, niezależnie od tego, jak wygląda jego środowisko naturalne – bo kapibary chętnie nawiązują przyjaźnie. Chociaż czasami bywa to trochę niebezpieczne, na przykład jak wtedy, kiedy jedna z bohaterek poznaje piranię i pała chęcią spotkania się z jej rodziną. Barbara przekonuje się, że od nadmiernego zamartwiania się można się rozchorować, a najlepszym lekarstwem na nieszczęśliwą miłość jest… miłość spełniona. Poznaje bobra Valdemara, narzeczonego jednej z ciotek – egzotyczny związek wydaje się być naprawdę udany. Przewinie się też przez karty książki pancernik, który nade wszystko ceni sobie spokój i samotność.
„Kapibara Barbara i karnawał” to to, co w pisarstwie Elizy Piotrowskiej odbiorcy lubią najbardziej – sporo poczucia humoru, dużo pomysłów z różnych dziedzin i szybka narracja. Eliza Piotrowska sprawia, że rysunkowych bohaterów bardzo łatwo polubić, a świat kapibar zaczyna kusić nie tylko najmłodszych. Kapibary są oazą spokoju – dają się lubić ze względu na brak wrogów i uroczy wygląd. Jak się okazuje, mają też sporą ciekawość świata i odwagę w realizowaniu marzeń. Kapibara Barbara to wdzięczna postać, która szybko przypadnie do gustu wszystkim czytelnikom: rozśmiesza i rozczula już samym swoim istnieniem, trudno sobie wyobrazić bez niej świat nie tylko dziecięcych lektur. Kapibara Barbara szturmem podbija serca czytelników – bo uosabia to wszystko, za czym mogą oni tęsknić. Jest w tym zbiorze opowiadań sporo ciepłego humoru i rodzinność, jest zestaw doświadczeń nietypowych i wytrącających z rutyny, a jednocześnie dobrze umotywowanych. Eliza Piotrowska potrafi się bawić tematem, nawiązuje do tego, co modne, ale nawet kiedy kapibary przestaną być trendy, Barbara nie zaginie – zbuduje sobie bowiem wierną publiczność. To bohaterka urocza w każdej płaszczyźnie – zachęci zatem dzieci do czytania i do traktowania lektur jako rozrywki. A przy okazji autorka zaprasza do odkrywania świata, do otwierania się na nowe doświadczenia i podejmowania – umiarkowanego – ryzyka w celu poszerzania horyzontów.
sobota, 25 października 2025
Aleksandra Szarłat: Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies
Agora, Warszawa 2025.
Mistrz
W erze mody na biografie pop, tworzone szybko i w ramach promocji aktorów, książka Aleksandry Szarłat musi robić wrażenie – rozmiarami i precyzją przygotowania. Autorka zajmuje się tu biografią – prywatnym i zawodowym życiem Jana Nowickiego – i rzeczywiście stara się wyczerpująco przedstawić postać, która przeszła do legendy polskiego aktorstwa. Co ważne, autorka nie ukrywa sympatii do bohatera swojej książki, ale nie rezygnuje z tego powodu z przedstawiania jego mniej chlubnych dokonań czy zachowań – słowem, buduje pomnik, ale z rysami.
„Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” to książka, w której odbiorcy znajdą odpowiedzi na wiele pytań, dowiedzą się też, skąd tak wielka sława Nowickiego (to zwłaszcza dla tych, którzy portret aktora zbudowali sobie wyłącznie na Wielkim Szu). Aleksandra Szarłat dba o to, żeby bardzo precyzyjnie zaakcentować kolejne przełomowe role – tu odwołuje się nie tylko do kreacji scenicznej, ale do całej pracy nad postacią czy do komentarzy reżyserów i kolegów ze sceny lub planu filmowego – tak, żeby można było zrozumieć fenomen Nowickiego. Bardzo dużo miejsca poświęca w tej monumentalnej biografii także kwestii kobiet i na początku zaznacza, że wiele z nich odmówiło rozmowy przy okazji pracy nad książką. Aleksandra Szarłat zostaje zaledwie z kilkoma interlokutorkami, które uległy czarowi aktora – większość spraw pozostaje w ukryciu i nie będzie możliwa do odtworzenia bez pomocy bezpośrednio zainteresowanych. A tej pomocy autorka nie uzyska. Wystarczy jednak to, co napisze, żeby wytworzyć sobie portret bohatera tomu jako wyjątkowo pracowitego donżuana. Bez względu na to, jak bardzo będzie Aleksandra Szarłat akcentować znaczenie poszczególnych ról czy postawy na planie, i tak kwestie intymne będą się wybijać na plan pierwszy. A przecież narracja w tej książce prowadzona jest tak, żeby za wszelką cenę uniknąć zbyt oczywistego do wywołania skandalu. Autorka nie może przecież nie wspomnieć także o dzieciach aktora – i tu znajdzie się trochę tematów rzucających cień na gwiazdę.
Jan Nowicki to człowiek, który nie musi się nikomu podporządkowywać. Wie, czego chce od życia i od innych i potrafi to egzekwować aż do końca. W biografii, którą tworzy Aleksandra Szarłat, widać wyraźnie silny charakter i swoisty egoizm, który uniemożliwia empatię w niektórych momentach. I właśnie dlatego bohater tej książki będzie tak bardzo intrygował czytelników. Aleksandra Szarłat wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom – dba o to, żeby w książce nie zabrakło ciekawostek i anegdot, sięga po fragmenty rozmów i wywiadów, sama też na potrzeby publikacji przeprowadza szereg wywiadów (chociaż nie zawsze mogą się one skończyć sukcesem, jak wtedy, kiedy do wieloletniej partnerki aktora dociera zbyt późno). Pisze tę książkę z pomysłem na formę i na narrację, sprawiając, że artystyczny portret Jana Nowickiego stale uzupełniany jest o detale z codzienności. Fenomen aktora, który stał się już legendą, podkreślają także ludzie, którzy go znali – jednak Aleksandra Szarłat na szczęście unika tak częstego dzisiaj na rynku wydawniczym kolażu cytatów, dba o to, żeby każdą wypowiedź odpowiednio oprawić i wprowadzić z pożytkiem dla kontekstu. „Trochę anioł, trochę bies” to książka dla wszystkich zainteresowanych teatrem i filmem – bo dzięki charyzmatycznej sylwetce aktora autorka znajduje miejsce na to, żeby uruchomić konteksty twórcze. To czytelnicy będą mogli docenić.
Mistrz
W erze mody na biografie pop, tworzone szybko i w ramach promocji aktorów, książka Aleksandry Szarłat musi robić wrażenie – rozmiarami i precyzją przygotowania. Autorka zajmuje się tu biografią – prywatnym i zawodowym życiem Jana Nowickiego – i rzeczywiście stara się wyczerpująco przedstawić postać, która przeszła do legendy polskiego aktorstwa. Co ważne, autorka nie ukrywa sympatii do bohatera swojej książki, ale nie rezygnuje z tego powodu z przedstawiania jego mniej chlubnych dokonań czy zachowań – słowem, buduje pomnik, ale z rysami.
„Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” to książka, w której odbiorcy znajdą odpowiedzi na wiele pytań, dowiedzą się też, skąd tak wielka sława Nowickiego (to zwłaszcza dla tych, którzy portret aktora zbudowali sobie wyłącznie na Wielkim Szu). Aleksandra Szarłat dba o to, żeby bardzo precyzyjnie zaakcentować kolejne przełomowe role – tu odwołuje się nie tylko do kreacji scenicznej, ale do całej pracy nad postacią czy do komentarzy reżyserów i kolegów ze sceny lub planu filmowego – tak, żeby można było zrozumieć fenomen Nowickiego. Bardzo dużo miejsca poświęca w tej monumentalnej biografii także kwestii kobiet i na początku zaznacza, że wiele z nich odmówiło rozmowy przy okazji pracy nad książką. Aleksandra Szarłat zostaje zaledwie z kilkoma interlokutorkami, które uległy czarowi aktora – większość spraw pozostaje w ukryciu i nie będzie możliwa do odtworzenia bez pomocy bezpośrednio zainteresowanych. A tej pomocy autorka nie uzyska. Wystarczy jednak to, co napisze, żeby wytworzyć sobie portret bohatera tomu jako wyjątkowo pracowitego donżuana. Bez względu na to, jak bardzo będzie Aleksandra Szarłat akcentować znaczenie poszczególnych ról czy postawy na planie, i tak kwestie intymne będą się wybijać na plan pierwszy. A przecież narracja w tej książce prowadzona jest tak, żeby za wszelką cenę uniknąć zbyt oczywistego do wywołania skandalu. Autorka nie może przecież nie wspomnieć także o dzieciach aktora – i tu znajdzie się trochę tematów rzucających cień na gwiazdę.
Jan Nowicki to człowiek, który nie musi się nikomu podporządkowywać. Wie, czego chce od życia i od innych i potrafi to egzekwować aż do końca. W biografii, którą tworzy Aleksandra Szarłat, widać wyraźnie silny charakter i swoisty egoizm, który uniemożliwia empatię w niektórych momentach. I właśnie dlatego bohater tej książki będzie tak bardzo intrygował czytelników. Aleksandra Szarłat wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom – dba o to, żeby w książce nie zabrakło ciekawostek i anegdot, sięga po fragmenty rozmów i wywiadów, sama też na potrzeby publikacji przeprowadza szereg wywiadów (chociaż nie zawsze mogą się one skończyć sukcesem, jak wtedy, kiedy do wieloletniej partnerki aktora dociera zbyt późno). Pisze tę książkę z pomysłem na formę i na narrację, sprawiając, że artystyczny portret Jana Nowickiego stale uzupełniany jest o detale z codzienności. Fenomen aktora, który stał się już legendą, podkreślają także ludzie, którzy go znali – jednak Aleksandra Szarłat na szczęście unika tak częstego dzisiaj na rynku wydawniczym kolażu cytatów, dba o to, żeby każdą wypowiedź odpowiednio oprawić i wprowadzić z pożytkiem dla kontekstu. „Trochę anioł, trochę bies” to książka dla wszystkich zainteresowanych teatrem i filmem – bo dzięki charyzmatycznej sylwetce aktora autorka znajduje miejsce na to, żeby uruchomić konteksty twórcze. To czytelnicy będą mogli docenić.
wtorek, 8 lipca 2025
Aga Kozak, Paweł Goźliński: Sztuka męskości, czyli jak nie być chu*em
Agora, Warszawa 2025.
Bez empatii
Ta seria – zapoczątkowana „Sztuką obsługi penisa” – rozwija się prężnie i cieszy się na rynku sporym uznaniem. Nic dziwnego: wykorzystuje modę na psychologiczne rozmowy, wywiady ze specjalistami – które to wywiady dzięki przystępnej formie trafiają do szerokiego grona odbiorców. Ale w pewnym momencie trzeba było podsycić jakoś zainteresowanie kolejnymi tytułami. I tak powstała „Sztuka męskości, czyli jak nie być chu*em”. Ocenzurowane zostało tylko określenie w tytule, w środku to trochę motyw przewodni w rozmowach. Aga Kozak i Paweł Goźliński zapraszają do rozmów mężczyzn z różnych sfer i przestrzeni, przedstawicieli różnych zawodów (jest wśród nich nawet pastor, ale i wykładowcy akademiccy, którym bycie chu*em nie mieściło się być może i w światopoglądzie, a na pewno w dyskursie). Zaczerpnięcie frazy z języka ulicy nikomu nie przeszkadza – szkicuje po prostu oczywisty dla wszystkich portret psychologiczny. Prowadzi bezpośrednio do rozmów o tym, jak być mężczyzną w dzisiejszym świecie – i jak nie popełniać błędów charakterystycznych jeszcze w poprzednim pokoleniu. Każdy z rozmówców ma na ten temat swoje przemyślenia – czy to osobiste, czy związane z wykonywaną pracą. Może podzielić się zatem wskazówkami i wyzwaniami – bo przecież tytułowym organem nie chce być żaden ze współczesnych mężczyzn. Albo przynajmniej nie powinien chcieć. Wzorzec negatywny funkcjonuje tu zatem jako wyłącznie hipotetyczna struktura. A wszystko prowadzi do informacji, czego oczekuje się dzisiaj od płci brzydszej.
Tak luźny temat pozwala na szeroki zakres zagadnień, festiwal luźnych skojarzeń i ciekawostek. Nie ma tu miejsca na tworzenie uporządkowanych struktur, wszystko zależy od nastroju i od przemyśleń odbiorców. Dzięki temu odbiorcy mogą przypadkiem trafić na satysfakcjonujące spostrzeżenia – albo właśnie sprawdzać po kolei, co do zaoferowania ma każdy wywiad. Nie trzeba tej publikacji traktować jak poradnika, można cieszyć się lekturą i odkryciami płynącymi ze spotkań. „Sztuka męskości” to wyzwanie – to także próba wykreślenia z rzeczywistości rozwiązań powszechnie nieakceptowanych czy groźnych. W tej publikacji troje rozmówców dzieli się ze sobą uwagami i kontekstami, znajduje sposób na wyrażanie siebie w odniesieniu do norm społecznych.
Jest to publikacja cenna i przystępna. To lektura absolutnie dla wszystkich (bo chu*em, według wypracowanych instrukcji, może być każdy, niezależnie od płci – i tu zaczyna się robić ciekawie; tak samo jak każdy może chcieć się takiego osobnika wystrzegać). Liczy się obraz dzisiejszego mężczyzny – funkcjonującego w obecnej rzeczywistości. Nie mają znaczenia obciążenia kulturowe czy społeczne, nie mają znaczenia też aspekty psychologiczne i cechy jednostki. W sztuce męskości najważniejsza jest dzisiaj samoświadomość – tylko ona pozwoli na uniknięcie błędów. I to będzie istotna lekcja dla odbiorców – w tych rozmowach uda się naświetlić parę kwestii, bez których trudno by się dzisiaj obyć.
Bez empatii
Ta seria – zapoczątkowana „Sztuką obsługi penisa” – rozwija się prężnie i cieszy się na rynku sporym uznaniem. Nic dziwnego: wykorzystuje modę na psychologiczne rozmowy, wywiady ze specjalistami – które to wywiady dzięki przystępnej formie trafiają do szerokiego grona odbiorców. Ale w pewnym momencie trzeba było podsycić jakoś zainteresowanie kolejnymi tytułami. I tak powstała „Sztuka męskości, czyli jak nie być chu*em”. Ocenzurowane zostało tylko określenie w tytule, w środku to trochę motyw przewodni w rozmowach. Aga Kozak i Paweł Goźliński zapraszają do rozmów mężczyzn z różnych sfer i przestrzeni, przedstawicieli różnych zawodów (jest wśród nich nawet pastor, ale i wykładowcy akademiccy, którym bycie chu*em nie mieściło się być może i w światopoglądzie, a na pewno w dyskursie). Zaczerpnięcie frazy z języka ulicy nikomu nie przeszkadza – szkicuje po prostu oczywisty dla wszystkich portret psychologiczny. Prowadzi bezpośrednio do rozmów o tym, jak być mężczyzną w dzisiejszym świecie – i jak nie popełniać błędów charakterystycznych jeszcze w poprzednim pokoleniu. Każdy z rozmówców ma na ten temat swoje przemyślenia – czy to osobiste, czy związane z wykonywaną pracą. Może podzielić się zatem wskazówkami i wyzwaniami – bo przecież tytułowym organem nie chce być żaden ze współczesnych mężczyzn. Albo przynajmniej nie powinien chcieć. Wzorzec negatywny funkcjonuje tu zatem jako wyłącznie hipotetyczna struktura. A wszystko prowadzi do informacji, czego oczekuje się dzisiaj od płci brzydszej.
Tak luźny temat pozwala na szeroki zakres zagadnień, festiwal luźnych skojarzeń i ciekawostek. Nie ma tu miejsca na tworzenie uporządkowanych struktur, wszystko zależy od nastroju i od przemyśleń odbiorców. Dzięki temu odbiorcy mogą przypadkiem trafić na satysfakcjonujące spostrzeżenia – albo właśnie sprawdzać po kolei, co do zaoferowania ma każdy wywiad. Nie trzeba tej publikacji traktować jak poradnika, można cieszyć się lekturą i odkryciami płynącymi ze spotkań. „Sztuka męskości” to wyzwanie – to także próba wykreślenia z rzeczywistości rozwiązań powszechnie nieakceptowanych czy groźnych. W tej publikacji troje rozmówców dzieli się ze sobą uwagami i kontekstami, znajduje sposób na wyrażanie siebie w odniesieniu do norm społecznych.
Jest to publikacja cenna i przystępna. To lektura absolutnie dla wszystkich (bo chu*em, według wypracowanych instrukcji, może być każdy, niezależnie od płci – i tu zaczyna się robić ciekawie; tak samo jak każdy może chcieć się takiego osobnika wystrzegać). Liczy się obraz dzisiejszego mężczyzny – funkcjonującego w obecnej rzeczywistości. Nie mają znaczenia obciążenia kulturowe czy społeczne, nie mają znaczenia też aspekty psychologiczne i cechy jednostki. W sztuce męskości najważniejsza jest dzisiaj samoświadomość – tylko ona pozwoli na uniknięcie błędów. I to będzie istotna lekcja dla odbiorców – w tych rozmowach uda się naświetlić parę kwestii, bez których trudno by się dzisiaj obyć.
niedziela, 29 czerwca 2025
Katarzyna Gacek: Wypadek? Nie sądzę
Agora, Warszawa 2025.
Żałoba
Katarzyna Gacek ma rękę do obyczajowych kryminałów – do powieści, w których intryga jest równie ważna jak zwyczajność bohaterów (dzisiaj daje się to wtłoczyć pod szyld „cosy crime”, zupełnie jakby kryminały oferujące coś więcej niż śledztwo nie miały racji bytu). „Wypadek? Nie sądzę” to kolejna powieść, którą można się zachwycić, nawet mimo trudnego tła. Oto bowiem do Nałęczowa powraca Gabriela. Była policjantka ma spędzić miesiąc u rodziców – poproszona przez nich o dopilnowanie rozwoju pensjonatu Jaśminowy Dwór. Matka skarży się na problemy z synem, który nie radzi sobie w recepcji, zatrudnia kucharza, który wprawdzie legitymuje się wybitnym wykształceniem kulinarnym, ale dostarcza klientom potraw niejadalnych, a do tego jej synowa produkuje bardzo brzydkie gobeliny, którymi ozdabia pensjonat. Gabriela ma zająć tym wszystkim myśli i oderwać się od złych wspomnień. Niedawno straciła męża w wypadku samochodowym – nie pogodziła się ze stratą, a ponieważ wciąż się obwinia, postanowiła zrezygnować z przyjemności. Powrót do rodzinnego domu może być wystarczającą pokutą, zwłaszcza że w Nałęczowie wszyscy się znają i chętniej żyją życiem sąsiadów niż własnym. I Gabriela mogłaby wziąć się do działania, żeby polepszyć funkcjonowanie pensjonatu, gdyby nie nagła wieść o samobójstwie w sąsiedztwie. Znana aktorka, Sandra Herman, wyskakuje z balkonu. Owszem, była gwiazdą znienawidzoną przez opinię publiczną, owszem, miała hejterów i trudne przeprawy z dawnymi fanami – jednak charakterologicznie nie pasowała do profilu samobójcy. I dlatego Gabriela postanawia na własną rękę dowiedzieć się czegoś o tajemniczej śmierci. A że jej ulubioną metodą działania jest prowokacja, wie, jak zdobywać informacje, do których inni nie mają dostępu.
Katarzyna Gacek zabiera czytelników na rzekomą prowincję – Nałęczów jako taki staje się bardzo dobrym tłem do zbrodni. W razie potrzeby wiadomości można porozsiewać dzięki plotkom, starsze pokolenie jest doskonale poinformowane, kto z kim i dlaczego, ewentualni rozmówcy, którzy byliby w stanie rzucić nowe światło na sytuację Sandry, są na wyciągnięcie ręki. Gabriela powoli wraca do życia – skoro i tak sprawy związane z pensjonatem torpeduje matka, kobieta może swoją energię ukierunkować na coś innego. Zbrodnia przypomina jej o dawnym życiu zawodowym i o chwilach, w których była szczęśliwa. Prowadzi do pogodzenia się z losem i do przeanalizowania sytuacji już bez obezwładniającego bólu. Zmiana perspektywy – w tym wypadku miejsca zamieszkania i optyki – oznacza nowe informacje, które wcześniej nie miały szans na przebicie się do świadomości bohaterki. I tak powoli odsłania się nie tylko historia aktorki, która lubiła się bawić innymi, ale też samej Gabrieli – kobiety mocno pokaleczonej przez życie. Katarzyna Gacek wie, jak pisać, żeby przyciągnąć uwagę. Nieważne, czy stawia na współpracę kilku przyjaciółek, czy – jak tutaj – na samotne działanie w tajemnicy przed wszystkimi – buduje przestrzeń, w której odbiorcy czują się doskonale. Proponuje – jak zwykle – powieść gęstą i wypełnioną ciekawymi szczegółami, obserwacjami psychologicznymi i wydarzeniami. Tu liczy się zrozumienie dla postaci – a dopiero w drugiej kolejności intryga kryminalna.
Żałoba
Katarzyna Gacek ma rękę do obyczajowych kryminałów – do powieści, w których intryga jest równie ważna jak zwyczajność bohaterów (dzisiaj daje się to wtłoczyć pod szyld „cosy crime”, zupełnie jakby kryminały oferujące coś więcej niż śledztwo nie miały racji bytu). „Wypadek? Nie sądzę” to kolejna powieść, którą można się zachwycić, nawet mimo trudnego tła. Oto bowiem do Nałęczowa powraca Gabriela. Była policjantka ma spędzić miesiąc u rodziców – poproszona przez nich o dopilnowanie rozwoju pensjonatu Jaśminowy Dwór. Matka skarży się na problemy z synem, który nie radzi sobie w recepcji, zatrudnia kucharza, który wprawdzie legitymuje się wybitnym wykształceniem kulinarnym, ale dostarcza klientom potraw niejadalnych, a do tego jej synowa produkuje bardzo brzydkie gobeliny, którymi ozdabia pensjonat. Gabriela ma zająć tym wszystkim myśli i oderwać się od złych wspomnień. Niedawno straciła męża w wypadku samochodowym – nie pogodziła się ze stratą, a ponieważ wciąż się obwinia, postanowiła zrezygnować z przyjemności. Powrót do rodzinnego domu może być wystarczającą pokutą, zwłaszcza że w Nałęczowie wszyscy się znają i chętniej żyją życiem sąsiadów niż własnym. I Gabriela mogłaby wziąć się do działania, żeby polepszyć funkcjonowanie pensjonatu, gdyby nie nagła wieść o samobójstwie w sąsiedztwie. Znana aktorka, Sandra Herman, wyskakuje z balkonu. Owszem, była gwiazdą znienawidzoną przez opinię publiczną, owszem, miała hejterów i trudne przeprawy z dawnymi fanami – jednak charakterologicznie nie pasowała do profilu samobójcy. I dlatego Gabriela postanawia na własną rękę dowiedzieć się czegoś o tajemniczej śmierci. A że jej ulubioną metodą działania jest prowokacja, wie, jak zdobywać informacje, do których inni nie mają dostępu.
Katarzyna Gacek zabiera czytelników na rzekomą prowincję – Nałęczów jako taki staje się bardzo dobrym tłem do zbrodni. W razie potrzeby wiadomości można porozsiewać dzięki plotkom, starsze pokolenie jest doskonale poinformowane, kto z kim i dlaczego, ewentualni rozmówcy, którzy byliby w stanie rzucić nowe światło na sytuację Sandry, są na wyciągnięcie ręki. Gabriela powoli wraca do życia – skoro i tak sprawy związane z pensjonatem torpeduje matka, kobieta może swoją energię ukierunkować na coś innego. Zbrodnia przypomina jej o dawnym życiu zawodowym i o chwilach, w których była szczęśliwa. Prowadzi do pogodzenia się z losem i do przeanalizowania sytuacji już bez obezwładniającego bólu. Zmiana perspektywy – w tym wypadku miejsca zamieszkania i optyki – oznacza nowe informacje, które wcześniej nie miały szans na przebicie się do świadomości bohaterki. I tak powoli odsłania się nie tylko historia aktorki, która lubiła się bawić innymi, ale też samej Gabrieli – kobiety mocno pokaleczonej przez życie. Katarzyna Gacek wie, jak pisać, żeby przyciągnąć uwagę. Nieważne, czy stawia na współpracę kilku przyjaciółek, czy – jak tutaj – na samotne działanie w tajemnicy przed wszystkimi – buduje przestrzeń, w której odbiorcy czują się doskonale. Proponuje – jak zwykle – powieść gęstą i wypełnioną ciekawymi szczegółami, obserwacjami psychologicznymi i wydarzeniami. Tu liczy się zrozumienie dla postaci – a dopiero w drugiej kolejności intryga kryminalna.
poniedziałek, 23 czerwca 2025
Capucine Lewalle: Tata kocha cię tak mocno
Agora, Warszawa 2025.
Różnice
To książka o czynach. Bo tata wcale nie musi wyznawać miłości słowami, a przynajmniej – nie każdy to potrafi. Jednak tata znacznie chętniej przekonuje, że kocha swoje dziecko, kolejnymi zadaniami, wyzwaniami i czynnościami, których znaczenie dość łatwo przegapić. Dlatego tomik „Tata kocha cię tak mocno” Capucine Lewalle to właśnie opowieść o tych postawach, rodzaj deszyfrowania zachowań rodzica. Cała seria rodzinna oparta jest na podobnym schemacie, więc i tutaj na początku Capucine Lewalle przypomina, jak bardzo mogą się różnić od siebie poszczególni ojcowie – może być trudno znaleźć punkt wspólny dla taty – hodowcy królików i dla taty – mieszkańca egzotycznego kraju. Ale każdy tata będzie dla swojego dziecka próbował wszystkiego: nauczy się uprawiać ogródek albo robić obiad, grać na ukulele albo obserwować gwiazdy. Najważniejsze jednak dla każdego z ojców będzie robienie czegoś wspólnie z dziećmi – obok realizowania własnych pasji. Każdy tata może być w jakiejś dziedzinie utalentowany – albo może nie być utalentowany w tych, które akurat by się przydały. Niezależnie od tego, czy coś potrafi, czy nie radzi sobie z tym, co podniosłoby jego wartość w oczach innych, każdy tata bardzo kocha swoje dziecko – i chętnie spędza z nim czas.
Capucine Lewalle koncentruje się w tej książce na zwyczajności, którą łatwo da się przekuć w wyznanie uczucia. Tata realizuje się przez działania, nieważne, czy wyimaginowane, czy rutynowe – tata zawsze musi coś robić. Magdalena i Jarosław Mikołajewscy stawiają w tłumaczeniu bardziej na akcentowanie absurdów niż na koncentrowanie się na formie. Wybierają swobodną rymowankę, zarzucają sylabotonik i starają się część treści podporządkowywać znalezionym rymom – jest to rozwiązanie, które nigdy nie budzi zachwytów, bo też i wydaje się wymuszone i nienaturalne. Ale też dopasowywanie tekstu do rymów nie prowadzi do olśniewających efektów. O wiele bardziej przyciągnąć dzieci mogą obrazki – Maud Legrand stawia na naiwne i proste rysunki imitujące trochę rysunki dziecka, a trochę – rozwiązania z kolorowanek. Widać ślady kredek na części kształtów, co nakłoni odbiorców do samodzielnego rysowania i do uzupełniania historii w związku z własnymi obserwacjami. „Tata kocha cię tak mocno” to przede wszystkim książka, która ma przypominać o sile więzi ojców i ich pociech – dla małych czytelników to także klucz do zrozumienia zachowań dorosłych i do sprawdzania, czy prawidłowo odczytują ich postawy. W tym tomiku pojawia się sporo tematów do przeanalizowania czy przegadania z maluchem – warto przyjrzeć się mu pod kątem potencjalnych kwestii do przedyskutowania. Nie ma klasycznej fabuły, da się więc dopasowywać treść do własnych doświadczeń, co sprawi, że dla dzieci lektura będzie ciekawsza.
Różnice
To książka o czynach. Bo tata wcale nie musi wyznawać miłości słowami, a przynajmniej – nie każdy to potrafi. Jednak tata znacznie chętniej przekonuje, że kocha swoje dziecko, kolejnymi zadaniami, wyzwaniami i czynnościami, których znaczenie dość łatwo przegapić. Dlatego tomik „Tata kocha cię tak mocno” Capucine Lewalle to właśnie opowieść o tych postawach, rodzaj deszyfrowania zachowań rodzica. Cała seria rodzinna oparta jest na podobnym schemacie, więc i tutaj na początku Capucine Lewalle przypomina, jak bardzo mogą się różnić od siebie poszczególni ojcowie – może być trudno znaleźć punkt wspólny dla taty – hodowcy królików i dla taty – mieszkańca egzotycznego kraju. Ale każdy tata będzie dla swojego dziecka próbował wszystkiego: nauczy się uprawiać ogródek albo robić obiad, grać na ukulele albo obserwować gwiazdy. Najważniejsze jednak dla każdego z ojców będzie robienie czegoś wspólnie z dziećmi – obok realizowania własnych pasji. Każdy tata może być w jakiejś dziedzinie utalentowany – albo może nie być utalentowany w tych, które akurat by się przydały. Niezależnie od tego, czy coś potrafi, czy nie radzi sobie z tym, co podniosłoby jego wartość w oczach innych, każdy tata bardzo kocha swoje dziecko – i chętnie spędza z nim czas.
Capucine Lewalle koncentruje się w tej książce na zwyczajności, którą łatwo da się przekuć w wyznanie uczucia. Tata realizuje się przez działania, nieważne, czy wyimaginowane, czy rutynowe – tata zawsze musi coś robić. Magdalena i Jarosław Mikołajewscy stawiają w tłumaczeniu bardziej na akcentowanie absurdów niż na koncentrowanie się na formie. Wybierają swobodną rymowankę, zarzucają sylabotonik i starają się część treści podporządkowywać znalezionym rymom – jest to rozwiązanie, które nigdy nie budzi zachwytów, bo też i wydaje się wymuszone i nienaturalne. Ale też dopasowywanie tekstu do rymów nie prowadzi do olśniewających efektów. O wiele bardziej przyciągnąć dzieci mogą obrazki – Maud Legrand stawia na naiwne i proste rysunki imitujące trochę rysunki dziecka, a trochę – rozwiązania z kolorowanek. Widać ślady kredek na części kształtów, co nakłoni odbiorców do samodzielnego rysowania i do uzupełniania historii w związku z własnymi obserwacjami. „Tata kocha cię tak mocno” to przede wszystkim książka, która ma przypominać o sile więzi ojców i ich pociech – dla małych czytelników to także klucz do zrozumienia zachowań dorosłych i do sprawdzania, czy prawidłowo odczytują ich postawy. W tym tomiku pojawia się sporo tematów do przeanalizowania czy przegadania z maluchem – warto przyjrzeć się mu pod kątem potencjalnych kwestii do przedyskutowania. Nie ma klasycznej fabuły, da się więc dopasowywać treść do własnych doświadczeń, co sprawi, że dla dzieci lektura będzie ciekawsza.
piątek, 30 maja 2025
Lena M. Bielska: Bitterful
Ale, Warszawa 2025.
Żar
Powieści erotyczne charakteryzują się jednym, powtarzalnym kształtem narracji, prowadzonej przez parę głównych bohaterów na przemian. To oczywiście najprostszy sposób na zaprezentowanie argumentów i uczuć – i na odsłonięcie najbardziej skrywanych przemyśleń. Dla odbiorczyń to szansa na dotarcie do źródeł potencjalnych konfliktów jeszcze zanim dotrą do nich bohaterowie. A dotrą na pewno, bo poza płomiennym seksem trzeba jeszcze odrobiny komplikacji, żeby zapracować na „długo i szczęśliwie”. Lena M. Bielska nie rezygnuje ze sprawdzonych metod, „Bitterful” to opowieść dokładnie na tym schemacie rozpinana.
Autorka stawia w tej powieści na kwestię podległości w seksie i na większą niż zwyczajowo przyjmowana różnicę wieku między bohaterami (chociaż i tak jest ostrożna w swoich rachunkach: piętnaście lat starszy mężczyzna to nie bariera nie do przejścia). Ana ma dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczyna wchodzić w dorosłość: do tej pory zachowywała się raczej jak zbuntowana i zdystansowana od świata nastolatka. Właśnie została zdradzona i straciła jednocześnie chłopaka i najlepszą przyjaciółkę – nic dziwnego, że marzy o zmianie środowiska. Bjarne z kolei to przyjaciel jej wujka. Bjarne próbuje się wydostać z nieudanego małżeństwa i nie stracić przy tym odziedziczonego po rodzicach majątku w postaci firm, które kocha i prowadzi zgodnie z zamysłem twórców. Bjarne jest wycofany i mrukliwy, wygląda jak Wiking, tak zresztą traktuje go Ana, rozmiłowana w tym typie urody. Bohaterka ma wspomóc mężczyznę w prowadzeniu kont społecznościowych jego firm. Zna się na tym i jest w tym świetna – tu nie trzeba doświadczenia a kreatywności. Oczywiście między tym dwojgiem wybucha najpierw gwałtowne pożądanie, później miłość – co do tego w ogóle nie ma wątpliwości, po to przecież Lena M. Bielska tę historię opowiada. W tle jest niezgoda bliskich Any na taki związek (pikanterii ma dodać fakt, że to sama Ana nie mogła zaakceptować znacznie młodszej żony wujka). Autorka pozwala swoim bohaterom na odkrywanie wzajemnych łóżkowych upodobań i przeprowadza od ostrego seksu (tu potrzebne jest nawet hasło bezpieczeństwa, żeby można się było bawić bez ograniczeń) do czułości i romantyzmu (co dziwne, nie da się tego w „Bitterful” łączyć, albo pożądanie bez miłości, albo miłość bez spełniania wzajemnych fantazji spoza waniliowego seksu). Autorka ucieka do świata, który jest pozbawiony problemów finansowych (wujek Any to jeden z najbogatszych ludzi w ogóle, przynajmniej tak kobieta go postrzega, zabezpieczona przez niego na przyszłość), więc można wypracowywać tu zupełnie inne kłopoty, które mogą się stać przeszkodą na drodze do szczęścia. Trochę pułapek musi się przecież wydarzyć, żeby Ana wykazała się rozsądkiem i żeby Bjarne wyszedł ze swojej skorupy. Wszystko razem jest jednoznaczne i przewidywalne – ale też nie dla zaskoczeń po ten gatunek będą odbiorczynie sięgać. Wszystko rozgrywa się w romantycznej scenerii: na pustkowiu, pod zorzą polarną, z dala od imprez i pokus, które mogłyby zaburzyć widmo związku w przyszłości. Ale sceny seksu Lena M. Bielska rozpisuje tak, żeby odbiorczynie nie czuły się zawiedzione.
Żar
Powieści erotyczne charakteryzują się jednym, powtarzalnym kształtem narracji, prowadzonej przez parę głównych bohaterów na przemian. To oczywiście najprostszy sposób na zaprezentowanie argumentów i uczuć – i na odsłonięcie najbardziej skrywanych przemyśleń. Dla odbiorczyń to szansa na dotarcie do źródeł potencjalnych konfliktów jeszcze zanim dotrą do nich bohaterowie. A dotrą na pewno, bo poza płomiennym seksem trzeba jeszcze odrobiny komplikacji, żeby zapracować na „długo i szczęśliwie”. Lena M. Bielska nie rezygnuje ze sprawdzonych metod, „Bitterful” to opowieść dokładnie na tym schemacie rozpinana.
Autorka stawia w tej powieści na kwestię podległości w seksie i na większą niż zwyczajowo przyjmowana różnicę wieku między bohaterami (chociaż i tak jest ostrożna w swoich rachunkach: piętnaście lat starszy mężczyzna to nie bariera nie do przejścia). Ana ma dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczyna wchodzić w dorosłość: do tej pory zachowywała się raczej jak zbuntowana i zdystansowana od świata nastolatka. Właśnie została zdradzona i straciła jednocześnie chłopaka i najlepszą przyjaciółkę – nic dziwnego, że marzy o zmianie środowiska. Bjarne z kolei to przyjaciel jej wujka. Bjarne próbuje się wydostać z nieudanego małżeństwa i nie stracić przy tym odziedziczonego po rodzicach majątku w postaci firm, które kocha i prowadzi zgodnie z zamysłem twórców. Bjarne jest wycofany i mrukliwy, wygląda jak Wiking, tak zresztą traktuje go Ana, rozmiłowana w tym typie urody. Bohaterka ma wspomóc mężczyznę w prowadzeniu kont społecznościowych jego firm. Zna się na tym i jest w tym świetna – tu nie trzeba doświadczenia a kreatywności. Oczywiście między tym dwojgiem wybucha najpierw gwałtowne pożądanie, później miłość – co do tego w ogóle nie ma wątpliwości, po to przecież Lena M. Bielska tę historię opowiada. W tle jest niezgoda bliskich Any na taki związek (pikanterii ma dodać fakt, że to sama Ana nie mogła zaakceptować znacznie młodszej żony wujka). Autorka pozwala swoim bohaterom na odkrywanie wzajemnych łóżkowych upodobań i przeprowadza od ostrego seksu (tu potrzebne jest nawet hasło bezpieczeństwa, żeby można się było bawić bez ograniczeń) do czułości i romantyzmu (co dziwne, nie da się tego w „Bitterful” łączyć, albo pożądanie bez miłości, albo miłość bez spełniania wzajemnych fantazji spoza waniliowego seksu). Autorka ucieka do świata, który jest pozbawiony problemów finansowych (wujek Any to jeden z najbogatszych ludzi w ogóle, przynajmniej tak kobieta go postrzega, zabezpieczona przez niego na przyszłość), więc można wypracowywać tu zupełnie inne kłopoty, które mogą się stać przeszkodą na drodze do szczęścia. Trochę pułapek musi się przecież wydarzyć, żeby Ana wykazała się rozsądkiem i żeby Bjarne wyszedł ze swojej skorupy. Wszystko razem jest jednoznaczne i przewidywalne – ale też nie dla zaskoczeń po ten gatunek będą odbiorczynie sięgać. Wszystko rozgrywa się w romantycznej scenerii: na pustkowiu, pod zorzą polarną, z dala od imprez i pokus, które mogłyby zaburzyć widmo związku w przyszłości. Ale sceny seksu Lena M. Bielska rozpisuje tak, żeby odbiorczynie nie czuły się zawiedzione.
wtorek, 27 maja 2025
Iga Dzieciuchowicz: Teatr. Rodzina patologiczna
Agora, Warszawa 2025.
Relacje mistrzowskie
Ta książka ma usunięty (zaznaczony) rozdział i zaczernionych kilka fragmentów, których treści – ze względu na toczące się postępowanie – rozpowszechniać nie wolno. I to może zadziałać jak największy wabik na czytelników. „Teatr. Rodzina patologiczna” to naświetlenie sytuacji, która co pewien czas przedziera się do mediów, po czym – spala się błyskawicznie i gaśnie, żeby po paru latach powrócić, znów w glorii odkrycia. Iga Dzieciuchowicz prowadzi reporterskie śledztwa, żeby dotrzeć wszędzie tam, gdzie ludziom związanym ze sztuką performatywną dzieje się krzywda. I zatrzymuje ją… właściwie nie wiadomo, co. Kilka kręgów tematycznych się tu pojawia: po pierwsze motyw fuksówki, na którą nie zgadzają się młode pokolenia adeptów aktorstwa. Fuksówka jako tradycja przestała być zabawą, zamieniła się w znęcanie się starszych roczników nad młodszymi – była o tym mowa jeszcze w latach 90. XX wieku, jest i teraz. Kolejne szkoły teatralne rezygnują z umożliwiania studentom tego typu praktyk, ale wciąż jeszcze problem istnieje. Po drugie – to nadużywanie pozycji. Zarówno przez wykładowców, którzy studentom prezentują najgorszą wersję siebie, wybierają sobie kozły ofiarne albo niszczą człowieka bez konkretnego powodu, ale też przez reżyserów, którzy wybuchowością i zmiennością nastrojów oraz brakiem pomysłu na przebieg prób zaburzają rytm dnia nie tylko aktorów, ale całych pionów technicznych w teatrach. Po trzecie – tematem są Gardzienice, teatr, który zamienił się prawie w sektę i całkowicie wypaczył postrzeganie pracy artystycznej. A po czwarte to temat molestowania seksualnego – znowu w różnych wymiarach. Iga Dzieciuchowicz zastanawia się nad tym, dlaczego istnieje w ogóle przyzwolenie na takie warunki pracy, dlaczego nic nie robi się z reżyserami-cholerykami, z tymi, którzy upust własnym seksualnym frustracjom muszą dawać w świątyni sztuki i z tymi, którzy czerpią przyjemność ze znęcania się nad innymi. Z tej opowieści wyłania się jednak jeszcze jeden ważny wątek: wizja studenta jako dziecka. Rozmówcy podkreślają, że student aktorstwa nie jest osobą ukształtowaną, nie reaguje jak dorosły i nie wie, jak się bronić (poza kilkoma wyjątkami, które wiedzą i które praktykę przypłaciły problemami psychicznymi). Autorka na marginesie tworzy profil psychologiczny ofiary – osoby, która jest zaszczuta i która z różnych powodów nie może przeciwstawić się złu – chyba że ktoś inny zacznie pierwszy. I to być może jest jeszcze bardziej przerażający obraz niż wizja ciągłych nadużyć w zawodzie.
Iga Dzieciuchowicz sięga po nazwiska największe, artystów, którzy wypracowali w teatrze własne nurty, albo o których biją się polskie teatry. Nie zajmuje się pomniejszymi twórcami – zupełnie jakby tylko bycie na świeczniku miało gwarantować nieskazitelność. Koncentruje się na konkretnych osobach – a być może na omówienie zasługiwałoby zjawisko jako takie. Jest w tej książce mowa o zmianach, jakie czekają teatr (albo jakie już są powoli wprowadzane w życie), jest mowa o różnicach między relacją mistrz-czeladnik dawniej i dzisiaj. I jest najważniejsze: absolutny brak zgody na nadużycia, które mogą zniszczyć egzystencję. Nie ma za to jednoznacznej odpowiedzi: dlaczego. Bo jednak argument, że złamanie człowieka na ścieżce zawodowej pozwoli mu być lepszym aktorem nie przemówi do większości.
Relacje mistrzowskie
Ta książka ma usunięty (zaznaczony) rozdział i zaczernionych kilka fragmentów, których treści – ze względu na toczące się postępowanie – rozpowszechniać nie wolno. I to może zadziałać jak największy wabik na czytelników. „Teatr. Rodzina patologiczna” to naświetlenie sytuacji, która co pewien czas przedziera się do mediów, po czym – spala się błyskawicznie i gaśnie, żeby po paru latach powrócić, znów w glorii odkrycia. Iga Dzieciuchowicz prowadzi reporterskie śledztwa, żeby dotrzeć wszędzie tam, gdzie ludziom związanym ze sztuką performatywną dzieje się krzywda. I zatrzymuje ją… właściwie nie wiadomo, co. Kilka kręgów tematycznych się tu pojawia: po pierwsze motyw fuksówki, na którą nie zgadzają się młode pokolenia adeptów aktorstwa. Fuksówka jako tradycja przestała być zabawą, zamieniła się w znęcanie się starszych roczników nad młodszymi – była o tym mowa jeszcze w latach 90. XX wieku, jest i teraz. Kolejne szkoły teatralne rezygnują z umożliwiania studentom tego typu praktyk, ale wciąż jeszcze problem istnieje. Po drugie – to nadużywanie pozycji. Zarówno przez wykładowców, którzy studentom prezentują najgorszą wersję siebie, wybierają sobie kozły ofiarne albo niszczą człowieka bez konkretnego powodu, ale też przez reżyserów, którzy wybuchowością i zmiennością nastrojów oraz brakiem pomysłu na przebieg prób zaburzają rytm dnia nie tylko aktorów, ale całych pionów technicznych w teatrach. Po trzecie – tematem są Gardzienice, teatr, który zamienił się prawie w sektę i całkowicie wypaczył postrzeganie pracy artystycznej. A po czwarte to temat molestowania seksualnego – znowu w różnych wymiarach. Iga Dzieciuchowicz zastanawia się nad tym, dlaczego istnieje w ogóle przyzwolenie na takie warunki pracy, dlaczego nic nie robi się z reżyserami-cholerykami, z tymi, którzy upust własnym seksualnym frustracjom muszą dawać w świątyni sztuki i z tymi, którzy czerpią przyjemność ze znęcania się nad innymi. Z tej opowieści wyłania się jednak jeszcze jeden ważny wątek: wizja studenta jako dziecka. Rozmówcy podkreślają, że student aktorstwa nie jest osobą ukształtowaną, nie reaguje jak dorosły i nie wie, jak się bronić (poza kilkoma wyjątkami, które wiedzą i które praktykę przypłaciły problemami psychicznymi). Autorka na marginesie tworzy profil psychologiczny ofiary – osoby, która jest zaszczuta i która z różnych powodów nie może przeciwstawić się złu – chyba że ktoś inny zacznie pierwszy. I to być może jest jeszcze bardziej przerażający obraz niż wizja ciągłych nadużyć w zawodzie.
Iga Dzieciuchowicz sięga po nazwiska największe, artystów, którzy wypracowali w teatrze własne nurty, albo o których biją się polskie teatry. Nie zajmuje się pomniejszymi twórcami – zupełnie jakby tylko bycie na świeczniku miało gwarantować nieskazitelność. Koncentruje się na konkretnych osobach – a być może na omówienie zasługiwałoby zjawisko jako takie. Jest w tej książce mowa o zmianach, jakie czekają teatr (albo jakie już są powoli wprowadzane w życie), jest mowa o różnicach między relacją mistrz-czeladnik dawniej i dzisiaj. I jest najważniejsze: absolutny brak zgody na nadużycia, które mogą zniszczyć egzystencję. Nie ma za to jednoznacznej odpowiedzi: dlaczego. Bo jednak argument, że złamanie człowieka na ścieżce zawodowej pozwoli mu być lepszym aktorem nie przemówi do większości.
piątek, 23 maja 2025
Jefferson Fisher: Powiedzmy to sobie jasno. Jak prosto się komunikować, by dojść do porozumienia
Agora, Warszawa 2025.
Komunikaty
Jefferson Fisher dołącza do grona tych, którzy radzą czytelnikom, jak formułować komunikaty i jak prezentować siebie, żeby znaleźć sposób dotarcia do trudnego często rozmówcy. Najpierw zyskał popularność na filmikach internetowych – skrótowych wskazówkach dla odbiorców – a później mógł swoje spostrzeżenia zamienić w książkę. I to książkę nie byle jaką. „Powiedzmy to sobie jasno” to publikacja nastawiona na skuteczność, a tworzona przez… prawnika, który doradza swoim klientom, jak nie dać się wyprowadzić z równowagi wtedy, kiedy przeciwnikowi najbardziej na tym zależy. A to oznacza, że rzeczywiście zyskuje się dzięki lekturze potężne narzędzie do reagowania w różnych relacjach: zawodowych i osobistych.
Jak wszyscy autorzy psychologicznych poradników, tak i Fisher decyduje się na wprowadzanie modelowych dialogów, ale zdaje sobie sprawę z ich znikomej użyteczności w praktyce – sięga więc po takie ilustracje tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę niezbędne. Zwykle po prostu podsuwa czytelnikom rozwiązania, na jakie sami by nie wpadli. Uczy między innymi o znaczeniu oddechu zamiast pierwszej odpowiedzi: chce, żeby czytelnicy nie dawali się ponieść emocjom tylko dali sobie czas na zastanowienie się i na prowadzenie dyskusji według własnych reguł. Dzięki tym podpowiedziom nawet odbiorcy, którzy na co dzień mają problemy z opanowaniem, poradzą sobie w najbardziej burzliwych kłótniach. Wystarczy, że porządnie odrobią lekcję. W tym celu trzeba nie tylko uważnie przeczytać książkę, ale też wyłuskać z niej istotne informacje – a następnie jeszcze je przećwiczyć. To wymaga zwiększenia samoświadomości i trochę wytrzymałości – ale efekt może być wart uwagi. Chociaż wychodzi autor od kwestii prawniczych i starć na sali sądowej, nie chodzi mu o wygrywanie słownych pojedynków – a rzeczywiście o budowanie porozumienia z innymi. Przedstawia najczęściej popełniane błędy podczas domowych sprzeczek lub w relacji ze znajomymi – tłumaczy, kiedy bardziej się chce przeforsować swój głos a nie słuchać innych i co to może oznaczać dla znajomości. Podpowiada jednak także, jak walczyć o swoje i jak nie dać się w toksycznych relacjach – tym nie poświęca zbyt dużo uwagi, świadomy, że to osobny psychologiczny temat – ale sygnalizuje istnienie metod, które pomogą w opanowaniu sytuacji. Najważniejsze jest zyskanie przez odbiorców świadomości pozwalającej na prowadzenie satysfakcjonujących i efektywnych rozmów niezależnie od okoliczności. To zjawisko niewiarygodnie trudne – o czym świadczy choćby liczba poradników dotyczących skutecznego komunikowania się. Ale chociaż Fisher pozornie nie tworzy niczego nowego w obrębie formy, to w treści podsuwa odbiorcom zagadnienia, na które sami by nie wpadli – i których raczej nie znajdą w innych poradnikach. Książka nastawiona jest na wyeliminowanie charakterystycznych i częstych błędów popełnianych przez rozmówców i umożliwia autoanalizę. Efekty da się z kolei zaobserwować szybko, co zachęci czytelników do wdrażania w życie następnych podpowiedzi. Rzadko spotyka się poradniki, które wydają się do tego stopnia skuteczne i wartościowe w różnych zastosowaniach – a to oznacza, że „Powiedzmy to sobie jasno” może na długo zagościć na półkach odbiorców.
Komunikaty
Jefferson Fisher dołącza do grona tych, którzy radzą czytelnikom, jak formułować komunikaty i jak prezentować siebie, żeby znaleźć sposób dotarcia do trudnego często rozmówcy. Najpierw zyskał popularność na filmikach internetowych – skrótowych wskazówkach dla odbiorców – a później mógł swoje spostrzeżenia zamienić w książkę. I to książkę nie byle jaką. „Powiedzmy to sobie jasno” to publikacja nastawiona na skuteczność, a tworzona przez… prawnika, który doradza swoim klientom, jak nie dać się wyprowadzić z równowagi wtedy, kiedy przeciwnikowi najbardziej na tym zależy. A to oznacza, że rzeczywiście zyskuje się dzięki lekturze potężne narzędzie do reagowania w różnych relacjach: zawodowych i osobistych.
Jak wszyscy autorzy psychologicznych poradników, tak i Fisher decyduje się na wprowadzanie modelowych dialogów, ale zdaje sobie sprawę z ich znikomej użyteczności w praktyce – sięga więc po takie ilustracje tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę niezbędne. Zwykle po prostu podsuwa czytelnikom rozwiązania, na jakie sami by nie wpadli. Uczy między innymi o znaczeniu oddechu zamiast pierwszej odpowiedzi: chce, żeby czytelnicy nie dawali się ponieść emocjom tylko dali sobie czas na zastanowienie się i na prowadzenie dyskusji według własnych reguł. Dzięki tym podpowiedziom nawet odbiorcy, którzy na co dzień mają problemy z opanowaniem, poradzą sobie w najbardziej burzliwych kłótniach. Wystarczy, że porządnie odrobią lekcję. W tym celu trzeba nie tylko uważnie przeczytać książkę, ale też wyłuskać z niej istotne informacje – a następnie jeszcze je przećwiczyć. To wymaga zwiększenia samoświadomości i trochę wytrzymałości – ale efekt może być wart uwagi. Chociaż wychodzi autor od kwestii prawniczych i starć na sali sądowej, nie chodzi mu o wygrywanie słownych pojedynków – a rzeczywiście o budowanie porozumienia z innymi. Przedstawia najczęściej popełniane błędy podczas domowych sprzeczek lub w relacji ze znajomymi – tłumaczy, kiedy bardziej się chce przeforsować swój głos a nie słuchać innych i co to może oznaczać dla znajomości. Podpowiada jednak także, jak walczyć o swoje i jak nie dać się w toksycznych relacjach – tym nie poświęca zbyt dużo uwagi, świadomy, że to osobny psychologiczny temat – ale sygnalizuje istnienie metod, które pomogą w opanowaniu sytuacji. Najważniejsze jest zyskanie przez odbiorców świadomości pozwalającej na prowadzenie satysfakcjonujących i efektywnych rozmów niezależnie od okoliczności. To zjawisko niewiarygodnie trudne – o czym świadczy choćby liczba poradników dotyczących skutecznego komunikowania się. Ale chociaż Fisher pozornie nie tworzy niczego nowego w obrębie formy, to w treści podsuwa odbiorcom zagadnienia, na które sami by nie wpadli – i których raczej nie znajdą w innych poradnikach. Książka nastawiona jest na wyeliminowanie charakterystycznych i częstych błędów popełnianych przez rozmówców i umożliwia autoanalizę. Efekty da się z kolei zaobserwować szybko, co zachęci czytelników do wdrażania w życie następnych podpowiedzi. Rzadko spotyka się poradniki, które wydają się do tego stopnia skuteczne i wartościowe w różnych zastosowaniach – a to oznacza, że „Powiedzmy to sobie jasno” może na długo zagościć na półkach odbiorców.
wtorek, 29 kwietnia 2025
Capucine Lewalle: Mama kocha cię tak mocno!
Agora, Warszawa 2025.
Rodzaje mam
Capucine Lewalle bawi się motywem bliskim każdemu dziecku: temat mam zagospodarowuje książeczkę „Mama kocha cię tak mocno!”, jedną z trzech charakterystycznych w serii. Według rymowanej opowieści mamy są różne, każda zajmuje się czymś innym, ale też istnieje ktoś taki, jak „moja” mama – ta wyjątkowa, najlepsza na świecie, ta, która też ma mnóstwo na głowie i czasami czymś się przejmuje, a czasami musi oderwać się od zabawy, żeby zrobić coś w pracy. Ale najważniejsze, że mama kocha najbardziej na świecie, zawsze wie, kiedy przytulić, pocałować albo połaskotać, żeby było przyjemnie. Mama ukrywa swoje smutki, nawet jeśli o nich wiadomo – nie chce nikogo martwić. Mama jest dzielna i wyjątkowa. A jeszcze bardziej wyjątkowa jest więź między mamą i jej dzieckiem. Są tu bardzo przyjemne dla oka ilustracje – naiwne i rysunkowe, a jednocześnie pełne uroku i naturalne, w stylu, który może się podobać młodszym i starszym czytelnikom. I w prostej historii pojawiają się tematy, które wszystkim dzieciom są doskonale znane – to będzie znakomita lektura na wieczór dla pociech i ich mam. Jednak Magdalena i Jarosław Mikołajewscy może niepotrzebnie (wiadomo, że przekład rządzi się swoimi prawami, ale jednak) zdecydowali się na rymowankę. Jest to para, która niekoniecznie daje sobie radę z wynajdowaniem oryginalnych i ciekawych współbrzmień, znacznie częściej posługuje się rymami gramatycznymi, tymi, które nie przynoszą chluby ani nie są zbyt przyjemne w odbiorze (mimo identyczności końcówek fleksyjnych). W tym wypadku jednak problem tkwi gdzie indziej, nie w szukaniu rymów. Ta para tłumaczy nie przejmuje się sylabotonikiem w najmniejszym stopniu – tymczasem kiedy tworzy się dla dzieci, rytmiczność tekstu wydaje się dość istotna, zwłaszcza jeśli lektura jest przeznaczona do głośnego wspólnego czytania przed snem. Autorzy przekładu swobodnie podchodzą do tematu rozkładu akcentów i liczby sylab w wersach: jest tak, jak im się uda (a już kiedy z niewiadomych przyczyn wprowadzają inwersję, żeby dopasować układ sylab do jakiegoś sobie tylko znanego wzorca rytmicznego, budzą zaskoczenie). To sprawia, że dużo gorzej czyta się tekst – przede wszystkim kiedy po dwóch wersach w miarę podobnych pojawia się trzeci całkowicie przełamujący dotychczasowy rytm.
Można by przyjąć, że ekwilibrystyka akcentowa to kwestia uznania: być może nikt nie chciał sylabotonika ani dobrych rymów. Ale przydałoby się przynajmniej ujednolicić zwroty do odbiorców, bo i one na przestrzeni całego wierszyka są różne. Pierwszy wers – za sprawą rymu – to wezwanie do wielu odbiorców. Ale już ostatni wers na pierwszej rozkładówce zaprzecza temu, co działo się linijkę wyżej: „swoją mamę znajdziecie, / która kocha cię najbardziej na świecie” to już rażący brak zdecydowania w kwestii odbiorcy. „Mama kocha cię tak mocno!” to książka z olbrzymim potencjałem, nadająca się do lektury samodzielnej i do wspólnych wyznań – jednak przygotowanie tłumaczenia budzi sporo wątpliwości.
Rodzaje mam
Capucine Lewalle bawi się motywem bliskim każdemu dziecku: temat mam zagospodarowuje książeczkę „Mama kocha cię tak mocno!”, jedną z trzech charakterystycznych w serii. Według rymowanej opowieści mamy są różne, każda zajmuje się czymś innym, ale też istnieje ktoś taki, jak „moja” mama – ta wyjątkowa, najlepsza na świecie, ta, która też ma mnóstwo na głowie i czasami czymś się przejmuje, a czasami musi oderwać się od zabawy, żeby zrobić coś w pracy. Ale najważniejsze, że mama kocha najbardziej na świecie, zawsze wie, kiedy przytulić, pocałować albo połaskotać, żeby było przyjemnie. Mama ukrywa swoje smutki, nawet jeśli o nich wiadomo – nie chce nikogo martwić. Mama jest dzielna i wyjątkowa. A jeszcze bardziej wyjątkowa jest więź między mamą i jej dzieckiem. Są tu bardzo przyjemne dla oka ilustracje – naiwne i rysunkowe, a jednocześnie pełne uroku i naturalne, w stylu, który może się podobać młodszym i starszym czytelnikom. I w prostej historii pojawiają się tematy, które wszystkim dzieciom są doskonale znane – to będzie znakomita lektura na wieczór dla pociech i ich mam. Jednak Magdalena i Jarosław Mikołajewscy może niepotrzebnie (wiadomo, że przekład rządzi się swoimi prawami, ale jednak) zdecydowali się na rymowankę. Jest to para, która niekoniecznie daje sobie radę z wynajdowaniem oryginalnych i ciekawych współbrzmień, znacznie częściej posługuje się rymami gramatycznymi, tymi, które nie przynoszą chluby ani nie są zbyt przyjemne w odbiorze (mimo identyczności końcówek fleksyjnych). W tym wypadku jednak problem tkwi gdzie indziej, nie w szukaniu rymów. Ta para tłumaczy nie przejmuje się sylabotonikiem w najmniejszym stopniu – tymczasem kiedy tworzy się dla dzieci, rytmiczność tekstu wydaje się dość istotna, zwłaszcza jeśli lektura jest przeznaczona do głośnego wspólnego czytania przed snem. Autorzy przekładu swobodnie podchodzą do tematu rozkładu akcentów i liczby sylab w wersach: jest tak, jak im się uda (a już kiedy z niewiadomych przyczyn wprowadzają inwersję, żeby dopasować układ sylab do jakiegoś sobie tylko znanego wzorca rytmicznego, budzą zaskoczenie). To sprawia, że dużo gorzej czyta się tekst – przede wszystkim kiedy po dwóch wersach w miarę podobnych pojawia się trzeci całkowicie przełamujący dotychczasowy rytm.
Można by przyjąć, że ekwilibrystyka akcentowa to kwestia uznania: być może nikt nie chciał sylabotonika ani dobrych rymów. Ale przydałoby się przynajmniej ujednolicić zwroty do odbiorców, bo i one na przestrzeni całego wierszyka są różne. Pierwszy wers – za sprawą rymu – to wezwanie do wielu odbiorców. Ale już ostatni wers na pierwszej rozkładówce zaprzecza temu, co działo się linijkę wyżej: „swoją mamę znajdziecie, / która kocha cię najbardziej na świecie” to już rażący brak zdecydowania w kwestii odbiorcy. „Mama kocha cię tak mocno!” to książka z olbrzymim potencjałem, nadająca się do lektury samodzielnej i do wspólnych wyznań – jednak przygotowanie tłumaczenia budzi sporo wątpliwości.
piątek, 4 kwietnia 2025
Eliza Piotrowska: Kapibara Barbara
Agora, Warszawa 2025.
Filozofia spokoju
Eliza Piotrowska ma talent do tworzenia bohaterów, którzy świetnie tłumaczą świat, chociaż wcale się tym nie zajmują. Kiedyś ciocia Jadzia trafiała do wyobraźni najmłodszych i pozwalała oswoić się z całą gamą silnych uczuć. Obecnie wyprze ją z rynku postać znacznie bardziej egzotyczna – i do pokochania przez dzieci oraz dorosłych – kapibara Barbara. Przeniesienie ludzkich dylematów i pytań do świata, w którym filozofia życia wydaje się prosta, to strzał w dziesiątkę. W kolejnych opowiadaniach z codzienności rodziny kapibar pojawiają się rozterki ludzi i odzwierciedlają pytania dzieci – nie ma tu miejsca tylko na jedno, na nudę. Eliza Piotrowska wie, jak wykorzystywać skrót, tworzy książkę, która przejdzie do klasyki literatury czwartej, powinna sobie zapewnić miejsce w kanonie lektur – i trafić do szerokiego grona odbiorców, znacznie szerszego niż zakładana grupa docelowa. Bo z przygód kapibary Barbary ucieszą się nie tylko kilkulatki – nawet dorośli, którzy zechcą czytać tę książkę swoim pociechom przed snem (a warto!) odkryją tu sporo dla siebie. Przede wszystkim kapibara Barbara to w założeniu istotka niezbyt skomplikowana – jednak okazuje się świetną obserwatorką i radzi sobie z komentowaniem nawet najbardziej zadziwiających aspektów jej rzeczywistości. Jest dociekliwa i sprytna, a do tego sporo przeżywa – każde opowiadanie to inna samodzielna historyjka, w której śmiech jest równie ważny co akcja. Eliza Piotrowska unika przegadania czy rutyny, u niej każde zjawisko jest przygodą i ciekawostką, każde wiąże się też z kolejną lekcją do wyciągnięcia przez małych odbiorców. Kapibara może wyjaśniać sprawy niezrozumiałe dla dzieci w sposób, który pomoże im pojąć sedno problemu, daje sobie radę z rozśmieszaniem i z wskazywaniem właściwej drogi. Nie moralizuje – raczej ze zdumieniem (właściwym gatunkowi) wszystkiemu się przygląda. I właśnie w naiwności kapibary tkwi źródło jej uroku – to bohaterka, która nawet nie zdaje sobie sprawy z własnej mądrości, a ma do zaoferowania naprawdę dużo. Warto zatem przyjrzeć się kapibarze i jej rodzinie – tu wiele spraw zyska swoje wytłumaczenie, wiele zjawisk stanie się bardziej oczywistych dzięki spojrzeniu przez pryzmat naiwnego odkrywcy. Kapibara Barbara to postać, którą po prostu trzeba pokochać: zachwyca w samym pomyśle, a potem ten zachwyt podtrzymuje za sprawą rozwiązań fabularnych i umiejętnego podkreślania charakteru. Jest w tym tomiku zapowiedź całej niebanalnej serii, kapibara Barbara powinna spotkać się z Wesołym Ryjkiem, przynajmniej na jednej półce w domu każdego, nie tylko małego, czytelnika – to doskonały poprawiacz humoru, niezawodne remedium na smutki i zmartwienia. To, że wszyscy uwielbiają kapibary, nie ulega wątpliwości. Ale kapibara Barbara pokazuje, że to bardzo mądre i rezolutne stworzenia, które nie tylko wyglądem budzić będą zachwyt. Dobrze, że to właśnie Eliza Piotrowska powołała do istnienia tę postać – uda jej się zaintrygować szerokie grono odbiorców.
Filozofia spokoju
Eliza Piotrowska ma talent do tworzenia bohaterów, którzy świetnie tłumaczą świat, chociaż wcale się tym nie zajmują. Kiedyś ciocia Jadzia trafiała do wyobraźni najmłodszych i pozwalała oswoić się z całą gamą silnych uczuć. Obecnie wyprze ją z rynku postać znacznie bardziej egzotyczna – i do pokochania przez dzieci oraz dorosłych – kapibara Barbara. Przeniesienie ludzkich dylematów i pytań do świata, w którym filozofia życia wydaje się prosta, to strzał w dziesiątkę. W kolejnych opowiadaniach z codzienności rodziny kapibar pojawiają się rozterki ludzi i odzwierciedlają pytania dzieci – nie ma tu miejsca tylko na jedno, na nudę. Eliza Piotrowska wie, jak wykorzystywać skrót, tworzy książkę, która przejdzie do klasyki literatury czwartej, powinna sobie zapewnić miejsce w kanonie lektur – i trafić do szerokiego grona odbiorców, znacznie szerszego niż zakładana grupa docelowa. Bo z przygód kapibary Barbary ucieszą się nie tylko kilkulatki – nawet dorośli, którzy zechcą czytać tę książkę swoim pociechom przed snem (a warto!) odkryją tu sporo dla siebie. Przede wszystkim kapibara Barbara to w założeniu istotka niezbyt skomplikowana – jednak okazuje się świetną obserwatorką i radzi sobie z komentowaniem nawet najbardziej zadziwiających aspektów jej rzeczywistości. Jest dociekliwa i sprytna, a do tego sporo przeżywa – każde opowiadanie to inna samodzielna historyjka, w której śmiech jest równie ważny co akcja. Eliza Piotrowska unika przegadania czy rutyny, u niej każde zjawisko jest przygodą i ciekawostką, każde wiąże się też z kolejną lekcją do wyciągnięcia przez małych odbiorców. Kapibara może wyjaśniać sprawy niezrozumiałe dla dzieci w sposób, który pomoże im pojąć sedno problemu, daje sobie radę z rozśmieszaniem i z wskazywaniem właściwej drogi. Nie moralizuje – raczej ze zdumieniem (właściwym gatunkowi) wszystkiemu się przygląda. I właśnie w naiwności kapibary tkwi źródło jej uroku – to bohaterka, która nawet nie zdaje sobie sprawy z własnej mądrości, a ma do zaoferowania naprawdę dużo. Warto zatem przyjrzeć się kapibarze i jej rodzinie – tu wiele spraw zyska swoje wytłumaczenie, wiele zjawisk stanie się bardziej oczywistych dzięki spojrzeniu przez pryzmat naiwnego odkrywcy. Kapibara Barbara to postać, którą po prostu trzeba pokochać: zachwyca w samym pomyśle, a potem ten zachwyt podtrzymuje za sprawą rozwiązań fabularnych i umiejętnego podkreślania charakteru. Jest w tym tomiku zapowiedź całej niebanalnej serii, kapibara Barbara powinna spotkać się z Wesołym Ryjkiem, przynajmniej na jednej półce w domu każdego, nie tylko małego, czytelnika – to doskonały poprawiacz humoru, niezawodne remedium na smutki i zmartwienia. To, że wszyscy uwielbiają kapibary, nie ulega wątpliwości. Ale kapibara Barbara pokazuje, że to bardzo mądre i rezolutne stworzenia, które nie tylko wyglądem budzić będą zachwyt. Dobrze, że to właśnie Eliza Piotrowska powołała do istnienia tę postać – uda jej się zaintrygować szerokie grono odbiorców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






