Kropka, Warszawa 2026.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą humor. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 16 sierpnia 2026
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
BAJKI Z UŚMIECHEM - część 8
czyta Władysław Sikora:
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
niedziela, 2 sierpnia 2026
Marek Maruszczak: Głupie robaki i inne takie Polski. Przewodnik świadomego obserwatora
Znak, Kraków 2026.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
poniedziałek, 22 czerwca 2026
Justyna Bednarek: Tata w tarapatach. Ładne kwiatki
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podróż
To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.
Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.
Podróż
To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.
Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.
środa, 10 czerwca 2026
Sławomir Mrożek: Opowiadania zebrane. Tom 2
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
poniedziałek, 8 czerwca 2026
Jory John, Pete Oswald: Niesforne ziarenko idzie do biblioteki
Harperkids, Warszawa 2026.
Książki
Jak przekonać dzieci do czytania? Po prostu: powiedzieć im, że czytanie jest fajne. Brzmi banalnie, ale nie w wykonaniu duetu Jory John-Pete Oswald. Tu faktycznie dzieci mogą uwierzyć w podobne zapewnienia, bo wplątane w nie zostało sporo humoru. „Niesforne ziarenko idzie do biblioteki” w podserii Tryb czytania to drobne opowiadanie dla dzieci, które muszą ćwiczyć czytanie. Jeśli muszą ćwiczyć czytanie, z pewnością zdążyły się już do tego zadania zniechęcić – warto więc uświadomić im, że czytanie bywa zabawą i przyjemnością, a najlepiej zrobi to bohater, co do którego odbiorcy mają gwarancję, że nie stawia na grzeczność i zachowania zgodne z jakimikolwiek kanonami. Nieprzypadkowo bohater – od którego nazwę bierze cała seria – ma przydomek Niesforny. Ziarenko robi, na co ma ochotę – i już samą tą wolnością przyciągnie do siebie małych czytelników. A to dopiero początek.
W tej podserii – w książkach przeznaczonych do ćwiczenia czytania – dzieci otrzymują picture booki z mocno ograniczoną warstwą tekstową. Chodzi przecież o to, żeby tomiki nie przytłaczały ogromem pracy do wykonania. Tekstu jest niewiele, druk duży – żeby łatwo było śledzić kolejne wyrazy. Do tego bardzo dowcipne ilustracje, które jeszcze podbijają humor zawarty w tekście, przyciągają wzrok i zapraszają do czytania. To wszystko musi się sprawdzić.
Jory John i Pete Oswald zajmują się w tym tomiku najmniej medialnym z możliwych zajęć. Oto Niesforne ziarenko przekonuje wszystkich, że uwielbia przebywać w bibliotece, że traktuje to jako część gry, w której ciągle można wygrywać. Jasne, bohater przyswaja sobie zasady panujące w tym miejscu – na przykład tę, że w bibliotece trzeba zachowywać się cicho – ale wykorzystuje to jako kolejny element gry. Najbardziej liczy się jednak fakt, że w bibliotece ma się dostęp do mnóstwa ciekawych książek. Niesforne ziarenko wybiera sobie jedną, zabiera ją do domu, a potem czyta na okrągło, wydając przy tym okrzyki radości czy zdumienia. Nie wiadomo, co czyta – nie padają tu żadne tytuły ani żadne wskazówki co do treści, zresztą to przecież nieistotne, ważny staje się sam fakt czytania dla przyjemności. Kiedy już odbiorcy pozazdroszczą Ziarenku jego rozrywki, staje się rzecz straszna: przychodzi ponaglenie z biblioteki. Ulubioną książkę trzeba oddać, bo czekają na nią inni. W ten sposób autorzy budują przekonanie, że czytanie jest super – i że jest to zajęcie popularne i powszechne do tego stopnia, że nie można nawet przetrzymać lektury w domu. Niesforne ziarenko przechodzi zatem proces wybierania kolejnej książki na najbliższe dwa tygodnie i szybko przekonuje się, że nowa pozycja stanie się jego najulubieńszą... Tę historię można by zapętlić, ale dla dzieci najbardziej będzie się liczył fakt, że Niesforne ziarenko doskonale się bawi w swoim świecie. Każdy może sprawdzić, czy to prawda – czy książki dają tyle rozrywki i tyle przyjemności, ile dały bohaterowi tego tomiku. A stąd już prosta droga do zaszczepienia czytelnikom takiego sposobu spędzania wolnego czasu. Oby udało się z tym tomikiem trafić do jak największego grona młodych odbiorców.
Książki
Jak przekonać dzieci do czytania? Po prostu: powiedzieć im, że czytanie jest fajne. Brzmi banalnie, ale nie w wykonaniu duetu Jory John-Pete Oswald. Tu faktycznie dzieci mogą uwierzyć w podobne zapewnienia, bo wplątane w nie zostało sporo humoru. „Niesforne ziarenko idzie do biblioteki” w podserii Tryb czytania to drobne opowiadanie dla dzieci, które muszą ćwiczyć czytanie. Jeśli muszą ćwiczyć czytanie, z pewnością zdążyły się już do tego zadania zniechęcić – warto więc uświadomić im, że czytanie bywa zabawą i przyjemnością, a najlepiej zrobi to bohater, co do którego odbiorcy mają gwarancję, że nie stawia na grzeczność i zachowania zgodne z jakimikolwiek kanonami. Nieprzypadkowo bohater – od którego nazwę bierze cała seria – ma przydomek Niesforny. Ziarenko robi, na co ma ochotę – i już samą tą wolnością przyciągnie do siebie małych czytelników. A to dopiero początek.
W tej podserii – w książkach przeznaczonych do ćwiczenia czytania – dzieci otrzymują picture booki z mocno ograniczoną warstwą tekstową. Chodzi przecież o to, żeby tomiki nie przytłaczały ogromem pracy do wykonania. Tekstu jest niewiele, druk duży – żeby łatwo było śledzić kolejne wyrazy. Do tego bardzo dowcipne ilustracje, które jeszcze podbijają humor zawarty w tekście, przyciągają wzrok i zapraszają do czytania. To wszystko musi się sprawdzić.
Jory John i Pete Oswald zajmują się w tym tomiku najmniej medialnym z możliwych zajęć. Oto Niesforne ziarenko przekonuje wszystkich, że uwielbia przebywać w bibliotece, że traktuje to jako część gry, w której ciągle można wygrywać. Jasne, bohater przyswaja sobie zasady panujące w tym miejscu – na przykład tę, że w bibliotece trzeba zachowywać się cicho – ale wykorzystuje to jako kolejny element gry. Najbardziej liczy się jednak fakt, że w bibliotece ma się dostęp do mnóstwa ciekawych książek. Niesforne ziarenko wybiera sobie jedną, zabiera ją do domu, a potem czyta na okrągło, wydając przy tym okrzyki radości czy zdumienia. Nie wiadomo, co czyta – nie padają tu żadne tytuły ani żadne wskazówki co do treści, zresztą to przecież nieistotne, ważny staje się sam fakt czytania dla przyjemności. Kiedy już odbiorcy pozazdroszczą Ziarenku jego rozrywki, staje się rzecz straszna: przychodzi ponaglenie z biblioteki. Ulubioną książkę trzeba oddać, bo czekają na nią inni. W ten sposób autorzy budują przekonanie, że czytanie jest super – i że jest to zajęcie popularne i powszechne do tego stopnia, że nie można nawet przetrzymać lektury w domu. Niesforne ziarenko przechodzi zatem proces wybierania kolejnej książki na najbliższe dwa tygodnie i szybko przekonuje się, że nowa pozycja stanie się jego najulubieńszą... Tę historię można by zapętlić, ale dla dzieci najbardziej będzie się liczył fakt, że Niesforne ziarenko doskonale się bawi w swoim świecie. Każdy może sprawdzić, czy to prawda – czy książki dają tyle rozrywki i tyle przyjemności, ile dały bohaterowi tego tomiku. A stąd już prosta droga do zaszczepienia czytelnikom takiego sposobu spędzania wolnego czasu. Oby udało się z tym tomikiem trafić do jak największego grona młodych odbiorców.
niedziela, 31 maja 2026
Artur Nowicki: Auto z kapelusza. Nauka rysowania bez czarowania
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Nauka jazdy
W Naszej Księgarni ukazało się polskie wydanie serii Zacznij od ziemniaczka – krótki i bardzo dowcipny kurs rysowania absolutnie wszystkiego, w którym to punktem wyjścia jest nieforemna kulka – ziemniaczek. Kto przerabiał już ziemniaczki na wszystko, teraz może poprzerabiać kapelusze na samochody. „Auto z kapelusza” to znakomita odpowiedź Artura Nowickiego na zagraniczną propozycję – kierowana przede wszystkim do małych fanów motoryzacji. I Artur Nowicki przekona dzieci między innymi tym, że odróżnia rodzaje aut – inaczej wyglądają minivany, inaczej dostawczaki, wyścigówki, pick-upy, auta elektryczne, garbusy czy kabriolety, a inaczej spychacze, betoniarki, wozy strażackie, wózki widłowe czy lokomotywy. Za każdym razem punktem wyjścia jest kapelusz, dlatego też na początek dzieci mogą poćwiczyć rysowanie kapeluszy. Gdyby ktoś miał problemy, autor proponuje całą rozkładówkę wypełnioną różnymi kształtami – można więc się przekonać, jak detale decydują o ostatecznym wyglądzie i jak niewiele potrzeba, żeby zacząć rysować. Artur Nowicki wie, że to rozrywka dostępna każdemu i przypomina, żeby nie kupować drogich przyborów – wystarczy zwykła kartka i ołówek, wszystko rozgrywa się w wyobraźni i jest efektem ćwiczeń.
Przeprowadza autor małych odbiorców przez mnóstwo maszyn – i za każdym razem najpierw mówi, jaki kapelusz trzeba narysować. Kształt, z którym poradzi sobie każde dziecko (i nie tylko dziecko) da się łatwo przerobić na samochód – i to nie byle jaki samochód, a pojazd, który będzie robił wielkie wrażenie na oglądających rysunek (a prawdopodobnie też na samych rysujących). Nagle okazuje się, że wcale nie jest trudno stworzyć maszynę z charakterem, a to prosta droga do rysowania większych form. Ten ilustrator imponuje maluchom między innymi w książkach o samochodach – więc skoro teraz mówi, jak sobie poradzić z takim wyzwaniem, warto skorzystać na jego podpowiedziach. Kapelusz zyskuje w kilku kolejnych krokach rozwinięcie – trzeba dodawać drobne wstawki, żeby uzyskać na końcu widok „prawdziwego” auta w zależności od potrzeb. Dla dzieci to nie tylko zachęta do ćwiczeń, ale też szansa na poszerzenie umiejętności. Przyda się odbiorcom taki kurs – z przymrużeniem oka, sensowny i konkretny, wyraźnie kierowany do konkretnej grupy odbiorców – do dzieci, które chcą rysować samochody (nie można tu wykluczyć, że nie tylko chłopcy zechcą po ten tomik sięgnąć).
Rysowane kroki wyjaśniają wszystko, ale od czasu do czasu autor wprowadza drobne, jednozdaniowe komentarze do kolejnych działań – tak, żeby odbiorcy nie zastanawiali się nad tym, co zostało dodane albo co właśnie dorysowali do własnego kapelusza. Żaglówka, helikopter i ufo to dodatek do tej propozycji – bo autor zawsze sięga po dowcip, za który zresztą odbiorcy go kochają. Jeśli ktoś uważa, że nie umie rysować, powinien wypróbować wskazówki zawarte w tej książce – nie pożałuje, bo kapelusze to w zasadzie gotowe samochody. Artur Nowicki uczy dzieci czarowania – i zapowiada ponowne spotkanie, można więc zacząć już kompletować serię, która zafascynuje nie tylko najmłodszych. To bardzo przyjemny poradnik, który ma potencjał na to, żeby stać się międzynarodowym bestsellerem. A wszystko dzięki odpowiedniemu pomysłowi zapewniającemu dzieci, że rysowanie nie jest trudne.
Nauka jazdy
W Naszej Księgarni ukazało się polskie wydanie serii Zacznij od ziemniaczka – krótki i bardzo dowcipny kurs rysowania absolutnie wszystkiego, w którym to punktem wyjścia jest nieforemna kulka – ziemniaczek. Kto przerabiał już ziemniaczki na wszystko, teraz może poprzerabiać kapelusze na samochody. „Auto z kapelusza” to znakomita odpowiedź Artura Nowickiego na zagraniczną propozycję – kierowana przede wszystkim do małych fanów motoryzacji. I Artur Nowicki przekona dzieci między innymi tym, że odróżnia rodzaje aut – inaczej wyglądają minivany, inaczej dostawczaki, wyścigówki, pick-upy, auta elektryczne, garbusy czy kabriolety, a inaczej spychacze, betoniarki, wozy strażackie, wózki widłowe czy lokomotywy. Za każdym razem punktem wyjścia jest kapelusz, dlatego też na początek dzieci mogą poćwiczyć rysowanie kapeluszy. Gdyby ktoś miał problemy, autor proponuje całą rozkładówkę wypełnioną różnymi kształtami – można więc się przekonać, jak detale decydują o ostatecznym wyglądzie i jak niewiele potrzeba, żeby zacząć rysować. Artur Nowicki wie, że to rozrywka dostępna każdemu i przypomina, żeby nie kupować drogich przyborów – wystarczy zwykła kartka i ołówek, wszystko rozgrywa się w wyobraźni i jest efektem ćwiczeń.
Przeprowadza autor małych odbiorców przez mnóstwo maszyn – i za każdym razem najpierw mówi, jaki kapelusz trzeba narysować. Kształt, z którym poradzi sobie każde dziecko (i nie tylko dziecko) da się łatwo przerobić na samochód – i to nie byle jaki samochód, a pojazd, który będzie robił wielkie wrażenie na oglądających rysunek (a prawdopodobnie też na samych rysujących). Nagle okazuje się, że wcale nie jest trudno stworzyć maszynę z charakterem, a to prosta droga do rysowania większych form. Ten ilustrator imponuje maluchom między innymi w książkach o samochodach – więc skoro teraz mówi, jak sobie poradzić z takim wyzwaniem, warto skorzystać na jego podpowiedziach. Kapelusz zyskuje w kilku kolejnych krokach rozwinięcie – trzeba dodawać drobne wstawki, żeby uzyskać na końcu widok „prawdziwego” auta w zależności od potrzeb. Dla dzieci to nie tylko zachęta do ćwiczeń, ale też szansa na poszerzenie umiejętności. Przyda się odbiorcom taki kurs – z przymrużeniem oka, sensowny i konkretny, wyraźnie kierowany do konkretnej grupy odbiorców – do dzieci, które chcą rysować samochody (nie można tu wykluczyć, że nie tylko chłopcy zechcą po ten tomik sięgnąć).
Rysowane kroki wyjaśniają wszystko, ale od czasu do czasu autor wprowadza drobne, jednozdaniowe komentarze do kolejnych działań – tak, żeby odbiorcy nie zastanawiali się nad tym, co zostało dodane albo co właśnie dorysowali do własnego kapelusza. Żaglówka, helikopter i ufo to dodatek do tej propozycji – bo autor zawsze sięga po dowcip, za który zresztą odbiorcy go kochają. Jeśli ktoś uważa, że nie umie rysować, powinien wypróbować wskazówki zawarte w tej książce – nie pożałuje, bo kapelusze to w zasadzie gotowe samochody. Artur Nowicki uczy dzieci czarowania – i zapowiada ponowne spotkanie, można więc zacząć już kompletować serię, która zafascynuje nie tylko najmłodszych. To bardzo przyjemny poradnik, który ma potencjał na to, żeby stać się międzynarodowym bestsellerem. A wszystko dzięki odpowiedniemu pomysłowi zapewniającemu dzieci, że rysowanie nie jest trudne.
piątek, 9 stycznia 2026
Olga Rudnicka: Jedną nogą w grobie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2025.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
piątek, 19 grudnia 2025
Christophe Cazenove, William Maury: Sisters. Tom 19. Przeprowadzka
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Zmiany
Nie chce się wierzyć, że to już dziewiętnasty zeszyt z przygodami sióstr – ale „Przeprowadzka” to kolejny tom, który może czytelników rozśmieszać. Dwie siostry – starsza, nastoletnia Wendy i młodsza od niej Marine – wciąż się kłócą i przekomarzają, dokuczają sobie wzajemnie i próbują walki na podstępy, a jednocześnie, jak to każde rodzeństwo, kochają się i stają za sobą murem, gdy wymagają tego okoliczności. Zmieni się jednak tym razem rozkład sił: wszystkich czeka przeprowadzka do nowego domu. I nawet jeśli na początku młodsza siostra myślała, że starsza zostanie w starym miejscu zamieszkania, to radości z przeprowadzki nie przyćmi nic.
Cazenove i Maury stali się już znakomitym komiksowym duetem, który nie tylko świetnie ze sobą współpracuje, ale też bardzo dobrze rozumie potrzeby odbiorców. Sisters to seria kierowana przede wszystkim do nastoletnich czytelniczek, ale sprawdzi się nawet jako lektura dla dorosłych – rozrywka trochę w stylu Calvina i Hobbesa czy Fistaszków. Jest tu odrobinę bardziej naiwnie i mniej filozoficznie, ale nie jest gorzej – więc kto sięgnie po taką propozycję, nie pożałuje. Wendy i Marine stają się bliskie odbiorcom za sprawą naturalności i drobnych złośliwości, których sobie wzajemnie nie szczędzą. Młodsza siostra zawsze szpieguje, próbuje znaleźć pamiętnik i poznać sekrety starszej, albo naśladuje ją we wszystkim. Starsza z kolei przeżywa właśnie kryzys w związku ze swoim chłopakiem i wszystko wskazuje na to, że dąży do rozstania – więc Wendy postanawia ratować tę relację. Na wszystko nakłada się rozgardiasz przeprowadzkowy, w sam raz, żeby zaintrygować czytelników i przyciągnąć ich do śledzenia barwnych przygód. W „Przeprowadzce” – jak i w poprzednich tomach cyklu – autorzy stawiają na krótkie, często jednostronicowe historie – kilka lub kilkanaście kadrów pozwala na przemycenie istoty relacji siostrzanych i aktualnych konfliktów lub wyzwań. Do sióstr dołączają przyjaciele – którzy znakomicie rozumieją to, co dzieje się między Wendy i Marine – oraz, od czasu do czasu, rodzice. Przeważnie jednak to świat wolny od dorosłych. Chyba że autorzy akurat wybierają się w nie tak odległą przeszłość i portretują obie siostry jako dorosłe już piękności – bo i tak się zdarza. Poszczególne historie są humorystycznie puentowane, chodzi tu zwłaszcza o wywoływanie śmiechu czytelników – bo przecież nie o pouczanie czy wskazywanie wzorowych relacji. Liczy się zabawa, a tej Cazenove i Maury nie szczędzą. O nastoletnim odbiorcy przypominają też kolory: Sisters to seria barwna, nawiązująca bardziej do lektury dla młodych. A przecież sporą część spostrzeżeń dałoby się spokojnie wykorzystać w uniwersalnej lekturze dla młodszych i starszych. Sisters to ciągła huśtawka emocji, kaskada pomysłów, w których chodzi zwykle o przechytrzenie drugiej strony. Tu nie sposób się nudzić – bohaterki zapewniają sporą dawkę wrażeń. A do tego nic nie rozerwie ich więzi.
Zmiany
Nie chce się wierzyć, że to już dziewiętnasty zeszyt z przygodami sióstr – ale „Przeprowadzka” to kolejny tom, który może czytelników rozśmieszać. Dwie siostry – starsza, nastoletnia Wendy i młodsza od niej Marine – wciąż się kłócą i przekomarzają, dokuczają sobie wzajemnie i próbują walki na podstępy, a jednocześnie, jak to każde rodzeństwo, kochają się i stają za sobą murem, gdy wymagają tego okoliczności. Zmieni się jednak tym razem rozkład sił: wszystkich czeka przeprowadzka do nowego domu. I nawet jeśli na początku młodsza siostra myślała, że starsza zostanie w starym miejscu zamieszkania, to radości z przeprowadzki nie przyćmi nic.
Cazenove i Maury stali się już znakomitym komiksowym duetem, który nie tylko świetnie ze sobą współpracuje, ale też bardzo dobrze rozumie potrzeby odbiorców. Sisters to seria kierowana przede wszystkim do nastoletnich czytelniczek, ale sprawdzi się nawet jako lektura dla dorosłych – rozrywka trochę w stylu Calvina i Hobbesa czy Fistaszków. Jest tu odrobinę bardziej naiwnie i mniej filozoficznie, ale nie jest gorzej – więc kto sięgnie po taką propozycję, nie pożałuje. Wendy i Marine stają się bliskie odbiorcom za sprawą naturalności i drobnych złośliwości, których sobie wzajemnie nie szczędzą. Młodsza siostra zawsze szpieguje, próbuje znaleźć pamiętnik i poznać sekrety starszej, albo naśladuje ją we wszystkim. Starsza z kolei przeżywa właśnie kryzys w związku ze swoim chłopakiem i wszystko wskazuje na to, że dąży do rozstania – więc Wendy postanawia ratować tę relację. Na wszystko nakłada się rozgardiasz przeprowadzkowy, w sam raz, żeby zaintrygować czytelników i przyciągnąć ich do śledzenia barwnych przygód. W „Przeprowadzce” – jak i w poprzednich tomach cyklu – autorzy stawiają na krótkie, często jednostronicowe historie – kilka lub kilkanaście kadrów pozwala na przemycenie istoty relacji siostrzanych i aktualnych konfliktów lub wyzwań. Do sióstr dołączają przyjaciele – którzy znakomicie rozumieją to, co dzieje się między Wendy i Marine – oraz, od czasu do czasu, rodzice. Przeważnie jednak to świat wolny od dorosłych. Chyba że autorzy akurat wybierają się w nie tak odległą przeszłość i portretują obie siostry jako dorosłe już piękności – bo i tak się zdarza. Poszczególne historie są humorystycznie puentowane, chodzi tu zwłaszcza o wywoływanie śmiechu czytelników – bo przecież nie o pouczanie czy wskazywanie wzorowych relacji. Liczy się zabawa, a tej Cazenove i Maury nie szczędzą. O nastoletnim odbiorcy przypominają też kolory: Sisters to seria barwna, nawiązująca bardziej do lektury dla młodych. A przecież sporą część spostrzeżeń dałoby się spokojnie wykorzystać w uniwersalnej lekturze dla młodszych i starszych. Sisters to ciągła huśtawka emocji, kaskada pomysłów, w których chodzi zwykle o przechytrzenie drugiej strony. Tu nie sposób się nudzić – bohaterki zapewniają sporą dawkę wrażeń. A do tego nic nie rozerwie ich więzi.
czwartek, 20 listopada 2025
Umberto Eco: Rozważania niepoważne
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Na marginesie
Nie jest to zaskakujący przypadek, nie jest jednostkowy ani dziwny: oto wybitny twórca, znudzony podczas konferencji czy spotkań, wymyśla sobie intelektualną rozrywkę dostarczającą czystej radości. Zjawisko dość powszechne, chociaż nie każda twórczość z marginesów dotrze do świadomości szerokiego grona odbiorców. W przypadku „Rozważań niepoważnych” (spora część tych tekstów pojawiła się na polskim rynku w innej publikacji ponad dwie dekady temu) liczy się nie tylko zestaw humorystycznych streszczeń i zabaw, ale też popis translatorski. Książka, którą czytelnicy otrzymują, przyda się zwłaszcza amatorom filozofii – wszyscy ci, którzy z filozofią nie mieli wcześniej do czynienia, powinni zacząć od końca, to jest od wyjaśnień Tomasza Stawiszyńskiego. Tomasz Stawiszyński bowiem przygotowuje krótkie i celne omówienia dotyczące poszczególnych – pojawiających się w tomie – postaci, tak, żeby czytelnicy zyskali kontekst żartu i mogli go właściwie docenić.
„Rozważania niepoważne” to zestaw rymowanek poświęconych najpierw filozofom, później też wielkim pisarzom. W rymowankach liczy się przede wszystkim dystans, zebranie najważniejszych tez lub osiągnięć i przepuszczenie ich przez filtr ironii, tak, żeby łatwiej zapadały w pamięć czytelnikom. Nieprzypadkowo z tego zbiorku – jak głosi wprowadzenie autora – niektórzy uczyli się do egzaminów z filozofii. Można i tak, ale żeby czerpać przyjemność z zabaw literackich, trzeba najpierw zagłębić się w przesłania i znaczenia i wiedzieć, z czego śmieje się autor. Dopiero wtedy da się odkrywać źródła dowcipu – i go docenić. Umberto Eco niczego tu nie musi osiągać, na pewno dałoby się bardziej skondensować frazy, znaleźć celniejsze omówienia albo przywołać jeszcze bardziej czytelne dla ogółu odnośniki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zamienić znane – interesującym się filozofią – motywy w literacki żart. Czy ten żart wytrzyma proces przekładu to już inna kwestia – i ocenią to sami czytelnicy, kiedy zostaną zaskoczeni wybranymi frazami. Zapewne nie wszystkie ich olśnią czy zachwycą, ale znajdzie się parę wyjątkowych. „Rozważania niepoważne” przeplatane są jeszcze ilustracjami – znów rysunki satyryczne dotyczące filozofii wymagają znajomości tematu, choćby pobieżnej, ale pokazują też potencjał komizmotwórczy tkwiący w tym właśnie zakresie tematycznym. Umberto Eco funduje swoim czytelnikom skrócony przegląd odkryć i fascynacji, a przy okazji pokazuje, jak można zabijać czas intelektualnymi rozrywkami.
„Rozważania niepoważne” to także książka dla tych wszystkich, którzy potrzebują przewodnika po filozofii na szybko – chcą się zorientować, o co chodziło jakim myślicielom – i wtedy nie będzie się w ogóle szukać żartów ani śladów zabaw, a jedynie strzępków informacji do wynotowania i zapamiętania. Umberto Eco zdaje sobie sprawę, że można na różne sposoby tę akurat książkę odbierać – i sam we wstępie to czytelnikom przekazuje. Dzieli się wytworami, które miały być efemeryczne i wydane w niewielkim nakładzie, ale za sprawą zainteresowania szerokiego grona odbiorców rozrosły się i stanowią teraz ciekawy dodatek do twórczości.
Na marginesie
Nie jest to zaskakujący przypadek, nie jest jednostkowy ani dziwny: oto wybitny twórca, znudzony podczas konferencji czy spotkań, wymyśla sobie intelektualną rozrywkę dostarczającą czystej radości. Zjawisko dość powszechne, chociaż nie każda twórczość z marginesów dotrze do świadomości szerokiego grona odbiorców. W przypadku „Rozważań niepoważnych” (spora część tych tekstów pojawiła się na polskim rynku w innej publikacji ponad dwie dekady temu) liczy się nie tylko zestaw humorystycznych streszczeń i zabaw, ale też popis translatorski. Książka, którą czytelnicy otrzymują, przyda się zwłaszcza amatorom filozofii – wszyscy ci, którzy z filozofią nie mieli wcześniej do czynienia, powinni zacząć od końca, to jest od wyjaśnień Tomasza Stawiszyńskiego. Tomasz Stawiszyński bowiem przygotowuje krótkie i celne omówienia dotyczące poszczególnych – pojawiających się w tomie – postaci, tak, żeby czytelnicy zyskali kontekst żartu i mogli go właściwie docenić.
„Rozważania niepoważne” to zestaw rymowanek poświęconych najpierw filozofom, później też wielkim pisarzom. W rymowankach liczy się przede wszystkim dystans, zebranie najważniejszych tez lub osiągnięć i przepuszczenie ich przez filtr ironii, tak, żeby łatwiej zapadały w pamięć czytelnikom. Nieprzypadkowo z tego zbiorku – jak głosi wprowadzenie autora – niektórzy uczyli się do egzaminów z filozofii. Można i tak, ale żeby czerpać przyjemność z zabaw literackich, trzeba najpierw zagłębić się w przesłania i znaczenia i wiedzieć, z czego śmieje się autor. Dopiero wtedy da się odkrywać źródła dowcipu – i go docenić. Umberto Eco niczego tu nie musi osiągać, na pewno dałoby się bardziej skondensować frazy, znaleźć celniejsze omówienia albo przywołać jeszcze bardziej czytelne dla ogółu odnośniki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zamienić znane – interesującym się filozofią – motywy w literacki żart. Czy ten żart wytrzyma proces przekładu to już inna kwestia – i ocenią to sami czytelnicy, kiedy zostaną zaskoczeni wybranymi frazami. Zapewne nie wszystkie ich olśnią czy zachwycą, ale znajdzie się parę wyjątkowych. „Rozważania niepoważne” przeplatane są jeszcze ilustracjami – znów rysunki satyryczne dotyczące filozofii wymagają znajomości tematu, choćby pobieżnej, ale pokazują też potencjał komizmotwórczy tkwiący w tym właśnie zakresie tematycznym. Umberto Eco funduje swoim czytelnikom skrócony przegląd odkryć i fascynacji, a przy okazji pokazuje, jak można zabijać czas intelektualnymi rozrywkami.
„Rozważania niepoważne” to także książka dla tych wszystkich, którzy potrzebują przewodnika po filozofii na szybko – chcą się zorientować, o co chodziło jakim myślicielom – i wtedy nie będzie się w ogóle szukać żartów ani śladów zabaw, a jedynie strzępków informacji do wynotowania i zapamiętania. Umberto Eco zdaje sobie sprawę, że można na różne sposoby tę akurat książkę odbierać – i sam we wstępie to czytelnikom przekazuje. Dzieli się wytworami, które miały być efemeryczne i wydane w niewielkim nakładzie, ale za sprawą zainteresowania szerokiego grona odbiorców rozrosły się i stanowią teraz ciekawy dodatek do twórczości.
czwartek, 23 października 2025
Goscinny, Uderzo: Asteriks. Tom 15. Niezgoda
Świat Komiksu, Egmont, Warszawa 2025.
Intrygi
Uniwersalna jest ta historia i z pewnością przekona nie tylko starszych fanów cyklu. Asteriks i Obeliks to bohaterowie, którzy rzadko kłócą się przy ludziach – przeważnie załatwiają swoje sprawy w domowym zaciszu. Zdarza się jednak, że komuś puszczą nerwy, a ktoś inny nie powstrzyma się przed wygłoszeniem złośliwego komentarza w porę. I to wystarczy, żeby uruchomić cały cykl reakcji. O historii sporów między przyjaciółmi odbiorcy dowiedzą się z opracowania, które okala komiks – warto więc prześledzić je przed lekturą części rysunkowej. W „Niezgodzie” Tuliusz Destrukcjusz, wyjątkowo nikczemnie wyglądający intrygant, próbuje zaszczepić w wiosce Galów podejrzliwość i nieufność wobec innych. Nie musi specjalnie się wysilać – wystarczy tu i ówdzie rzucić jakiś komentarz, postarać się, żeby ktoś, kto ma bujną wyobraźnię, usłyszał nawet niepotwierdzone pogłoski niby to mimochodem – to wystarczy, żeby zasiać ziarno niezgody i Destrukcjusz świetnie zdaje sobie z tego sprawę. W grę wchodzi też zdobycie przepisu na magiczny wywar – i wiadomo, że Panoramiks pilnie go strzeże, czy jednak da się podważyć zaufanie do niego? Tuliusz Destrukcjusz ma sporo pracy, ale ma też pojętnych uczniów, którzy potrafią mu odpłacić za wszelkie komplikacje.
Porywczy Galowie radzą sobie z widzialnymi przeciwnikami – trudniej im jednak zmierzyć się z własnymi słabościami i ograniczeniami. A to właśnie w „Niezgodzie” wysuwa się na pierwszy plan. Rene Goscinny i Albert Uderzo wykazali się tutaj wyjątkowo dobrą znajomością ludzkich charakterów i umiejętnością prowadzenia trafnych obserwacji psychologicznych – nie ma tu żadnych wątpliwości co do autentyzmu działań i reakcji. W dodatku nawet bohaterowie zwykle stawiający czoła najbardziej niebezpiecznym sytuacjom i wrogom – teraz są bezsilni, przynajmniej dopóki nie znajdą odtrutki na intrygi.
Komiks jest sednem tego wydania i okazją do przypomnienia sobie klasyki – ale poza nim odbiorcy otrzymują jeszcze starannie wykonane opracowanie kontekstu i pracy rysownika i scenarzysty. Ciekawostki obyczajowe, dodatki z rzeczywistości, nawiązania, których sens może czasami umknąć w przekładzie – to wszystko składa się na relację ciekawą zwłaszcza dla dorosłych fanów cyklu o Asteriksie – to również pretekst do uzupełnienia biblioteczki: w końcu nie chodzi tu wyłącznie o rozrywkę, ale też o przygotowanie odbiorców do pełnowartościowej, wielowymiarowej lektury. Takie opracowanie, chociaż niekonieczne do tego, żeby dobrze się bawić, pozwala na odkrywanie kolejnych płaszczyzn humoru czy aluzji w Asteriksie. Oczywiście nie zabraknie tu i wskazówek z zakresu historii, i rozszyfrowywania inspiracji czy analizowania decyzji twórców. Pojedyncze kadry pozwalają zwrócić uwagę na technikę autorów, na nieistniejących do tej pory bohaterów albo na humorystyczne drobiazgi w detalach. To nie tylko komiks – nie tylko przywołanie klasyki, która wciąż ma się dobrze, ale też narzędzia, dzięki którym odbiorcy mogą bardziej świadomie śledzić zatrzymane w kadrach wiadomości.
Intrygi
Uniwersalna jest ta historia i z pewnością przekona nie tylko starszych fanów cyklu. Asteriks i Obeliks to bohaterowie, którzy rzadko kłócą się przy ludziach – przeważnie załatwiają swoje sprawy w domowym zaciszu. Zdarza się jednak, że komuś puszczą nerwy, a ktoś inny nie powstrzyma się przed wygłoszeniem złośliwego komentarza w porę. I to wystarczy, żeby uruchomić cały cykl reakcji. O historii sporów między przyjaciółmi odbiorcy dowiedzą się z opracowania, które okala komiks – warto więc prześledzić je przed lekturą części rysunkowej. W „Niezgodzie” Tuliusz Destrukcjusz, wyjątkowo nikczemnie wyglądający intrygant, próbuje zaszczepić w wiosce Galów podejrzliwość i nieufność wobec innych. Nie musi specjalnie się wysilać – wystarczy tu i ówdzie rzucić jakiś komentarz, postarać się, żeby ktoś, kto ma bujną wyobraźnię, usłyszał nawet niepotwierdzone pogłoski niby to mimochodem – to wystarczy, żeby zasiać ziarno niezgody i Destrukcjusz świetnie zdaje sobie z tego sprawę. W grę wchodzi też zdobycie przepisu na magiczny wywar – i wiadomo, że Panoramiks pilnie go strzeże, czy jednak da się podważyć zaufanie do niego? Tuliusz Destrukcjusz ma sporo pracy, ale ma też pojętnych uczniów, którzy potrafią mu odpłacić za wszelkie komplikacje.
Porywczy Galowie radzą sobie z widzialnymi przeciwnikami – trudniej im jednak zmierzyć się z własnymi słabościami i ograniczeniami. A to właśnie w „Niezgodzie” wysuwa się na pierwszy plan. Rene Goscinny i Albert Uderzo wykazali się tutaj wyjątkowo dobrą znajomością ludzkich charakterów i umiejętnością prowadzenia trafnych obserwacji psychologicznych – nie ma tu żadnych wątpliwości co do autentyzmu działań i reakcji. W dodatku nawet bohaterowie zwykle stawiający czoła najbardziej niebezpiecznym sytuacjom i wrogom – teraz są bezsilni, przynajmniej dopóki nie znajdą odtrutki na intrygi.
Komiks jest sednem tego wydania i okazją do przypomnienia sobie klasyki – ale poza nim odbiorcy otrzymują jeszcze starannie wykonane opracowanie kontekstu i pracy rysownika i scenarzysty. Ciekawostki obyczajowe, dodatki z rzeczywistości, nawiązania, których sens może czasami umknąć w przekładzie – to wszystko składa się na relację ciekawą zwłaszcza dla dorosłych fanów cyklu o Asteriksie – to również pretekst do uzupełnienia biblioteczki: w końcu nie chodzi tu wyłącznie o rozrywkę, ale też o przygotowanie odbiorców do pełnowartościowej, wielowymiarowej lektury. Takie opracowanie, chociaż niekonieczne do tego, żeby dobrze się bawić, pozwala na odkrywanie kolejnych płaszczyzn humoru czy aluzji w Asteriksie. Oczywiście nie zabraknie tu i wskazówek z zakresu historii, i rozszyfrowywania inspiracji czy analizowania decyzji twórców. Pojedyncze kadry pozwalają zwrócić uwagę na technikę autorów, na nieistniejących do tej pory bohaterów albo na humorystyczne drobiazgi w detalach. To nie tylko komiks – nie tylko przywołanie klasyki, która wciąż ma się dobrze, ale też narzędzia, dzięki którym odbiorcy mogą bardziej świadomie śledzić zatrzymane w kadrach wiadomości.
środa, 15 października 2025
Justyna Bednarek: Tata w tarapatach. Jaja nie z tej ziemi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Poszukiwania w kosmosie
Pamiętacie tatę, który został wyekspediowany daleko w kosmos? Wieczorkowie nie mogą go tak zostawić. Mama przejmuje dowodzenie i razem z czwórką dzieci i czwórką zwierzaków oraz całą masą wynalazków podąża za ukochanym. Nie jest to proste, ale ponieważ po kosmosie podróżują między innymi także wielkie międzygalaktyczne kury, zdarzyć się może absolutnie wszystko. W tomiku „Jaja nie z tej ziemi” trzeba będzie sporo wysiłku – oraz dużo zmniejszania i powiększania – żeby na nowo połączyć rodzinę. A wszystko dzięki niesporczakowi – kolejnemu towarzyszowi wyprawy, który natychmiast wpasowuje się w nietypowe stado i służy pomocą w najbardziej krytycznych momentach. Tata znajduje się najprawdopodobniej w jednym z kilku jajek, w których zamknięte są całe krainy. Ale jeśli tak, to wcale nie będzie łatwo do niego dotrzeć. W ogóle nie będzie łatwo. I na tym cała rzecz polega.
Justyna Bednarek stawia na dynamiczną akcję i poczucie humoru – i z tych dwóch składników lepi serię, która – z rysunkami Bartka Brosza – ma szansę podbić świat. Liczy się tu śmiech i nawet jeśli nie ma zbyt dużo fabularnych odnóg, dzieci nie będą mogły się oderwać od lektury. Tu autorka wybiera wyliczanki jako sposób porządkowania wiadomości – najpierw Mirosław w butach z tytanowymi sprężynami musi skoczyć po zapomniane zakupy (a ponieważ w butach wystarczy chwila nieuwagi, żeby trafić w przypadkowe miejsce – pozwiedza trochę świata), później między innym światy z jajek będą się prezentować najmłodszym. Pościg za tatą oznacza w tym wypadku szereg pomysłów, które trzeba będzie wcielić w życie. Autorka wykorzystuje te wynalazki, które już na potrzeby pierwszej części zostały wynalezione – operuje nimi w miarę potrzeb, wiedząc, że nie może przesadzić w tym zakresie, żeby nie ułatwić nadmiernie bohaterom ich misji. Ale czy misja, w której bierze udział niesporczak, może być zwyczajna i prosta?
„Jaja nie z tej ziemi” to druga książka o przygodach Taty w tarapatach – i nie rozczaruje. Podobnie jak pierwsza, to stworzona dla rozrywki nie tylko najmłodszych szalona i bardzo dynamiczna opowieść bazująca na wyobraźni oraz na śmiechu. Tu nie ma mowy o morałach, jedyne, co da się przenieść do zwyczajności odbiorców, to przekonanie, że na rodzinę można liczyć w każdych warunkach i w każdych okolicznościach. Najważniejsza jest akcja i to akcji poświęcone są kolejne pomysły. Przy tak pomysłowych bohaterach (i przy tak odważnej autorce) nie trzeba się bać o tatę, nawet jeśli ten łamie zasady fizyki i przesadza w oddalaniu się od bliskich. W tej rodzinie każdy znajdzie swoje miejsce i spotka się ze zrozumieniem, każdy dostanie to, czego potrzebuje. Miłość dodaje sił, a kreatywność (i wiedza) pozwalają wyjść z każdych tarapatów. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Justyna Bednarek proponuje dzieciom szaloną eskapadę pozbawioną jakichkolwiek granic – zachęci najmłodszych do samodzielnego czytania i pokaże im, dlaczego książki mogą sprawiać przyjemność.
Poszukiwania w kosmosie
Pamiętacie tatę, który został wyekspediowany daleko w kosmos? Wieczorkowie nie mogą go tak zostawić. Mama przejmuje dowodzenie i razem z czwórką dzieci i czwórką zwierzaków oraz całą masą wynalazków podąża za ukochanym. Nie jest to proste, ale ponieważ po kosmosie podróżują między innymi także wielkie międzygalaktyczne kury, zdarzyć się może absolutnie wszystko. W tomiku „Jaja nie z tej ziemi” trzeba będzie sporo wysiłku – oraz dużo zmniejszania i powiększania – żeby na nowo połączyć rodzinę. A wszystko dzięki niesporczakowi – kolejnemu towarzyszowi wyprawy, który natychmiast wpasowuje się w nietypowe stado i służy pomocą w najbardziej krytycznych momentach. Tata znajduje się najprawdopodobniej w jednym z kilku jajek, w których zamknięte są całe krainy. Ale jeśli tak, to wcale nie będzie łatwo do niego dotrzeć. W ogóle nie będzie łatwo. I na tym cała rzecz polega.
Justyna Bednarek stawia na dynamiczną akcję i poczucie humoru – i z tych dwóch składników lepi serię, która – z rysunkami Bartka Brosza – ma szansę podbić świat. Liczy się tu śmiech i nawet jeśli nie ma zbyt dużo fabularnych odnóg, dzieci nie będą mogły się oderwać od lektury. Tu autorka wybiera wyliczanki jako sposób porządkowania wiadomości – najpierw Mirosław w butach z tytanowymi sprężynami musi skoczyć po zapomniane zakupy (a ponieważ w butach wystarczy chwila nieuwagi, żeby trafić w przypadkowe miejsce – pozwiedza trochę świata), później między innym światy z jajek będą się prezentować najmłodszym. Pościg za tatą oznacza w tym wypadku szereg pomysłów, które trzeba będzie wcielić w życie. Autorka wykorzystuje te wynalazki, które już na potrzeby pierwszej części zostały wynalezione – operuje nimi w miarę potrzeb, wiedząc, że nie może przesadzić w tym zakresie, żeby nie ułatwić nadmiernie bohaterom ich misji. Ale czy misja, w której bierze udział niesporczak, może być zwyczajna i prosta?
„Jaja nie z tej ziemi” to druga książka o przygodach Taty w tarapatach – i nie rozczaruje. Podobnie jak pierwsza, to stworzona dla rozrywki nie tylko najmłodszych szalona i bardzo dynamiczna opowieść bazująca na wyobraźni oraz na śmiechu. Tu nie ma mowy o morałach, jedyne, co da się przenieść do zwyczajności odbiorców, to przekonanie, że na rodzinę można liczyć w każdych warunkach i w każdych okolicznościach. Najważniejsza jest akcja i to akcji poświęcone są kolejne pomysły. Przy tak pomysłowych bohaterach (i przy tak odważnej autorce) nie trzeba się bać o tatę, nawet jeśli ten łamie zasady fizyki i przesadza w oddalaniu się od bliskich. W tej rodzinie każdy znajdzie swoje miejsce i spotka się ze zrozumieniem, każdy dostanie to, czego potrzebuje. Miłość dodaje sił, a kreatywność (i wiedza) pozwalają wyjść z każdych tarapatów. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Justyna Bednarek proponuje dzieciom szaloną eskapadę pozbawioną jakichkolwiek granic – zachęci najmłodszych do samodzielnego czytania i pokaże im, dlaczego książki mogą sprawiać przyjemność.
sobota, 4 października 2025
Grażyna Bąkiewicz: W co wierzyliście, Słowianie?
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Domek w lesie
Lekcje u pana Cebuli zawsze wiążą się ze świetnymi przygodami, nic więc dziwnego, że uczniowie chętnie przystępują od poszukiwania wiadomości w odległych czasach. Szkoła przyszłości to… ławki z demobilu, przestarzały sprzęt, który jednak da się wykorzystywać do podróży w czasie. Pan Cebula czuwa nad bezpieczeństwem nastolatków, a do tego mają oni do dyspozycji cały zestaw wynalazków, między innymi osłonę gamma, która pozwala upodobnić się do miejscowych, możliwość włączania lub wyłączania widzialności, komunikatory w małym palcu – dostęp do całej istniejącej wiedzy. Jednak wnioski trzeba wyciągać samodzielnie, to się nie zmieniło. W tej klasie – której kolejnych uczniów czytelnicy poznają od kilkunastu tomów – wszyscy cechują się jeszcze wyjątkowymi i unikatowymi zdolnościami. Stało się tak po wybuchu błyskacza: jedni potrafią wyjmować z kieszeni niezbędne w danym momencie przedmioty, inni błyskawicznie przemieszczają się z miejsca na miejsce, a Rysio – bohater tej części serii („W co wierzyliście, Słowianie”) wie, jak się rozdwoić. To przydatna umiejętność, kiedy trzeba być w dwóch miejscach jednocześnie, albo… żeby było raźniej. Poza magicznymi zdolnościami, które trochę ułatwiają realizowanie szkolnych zadań, każdy z uczniów ma jeszcze całkiem normalne zainteresowania nadające indywidualnego charakteru bohaterom i uzupełniające ich misję. Rysio zajmuje się smakami: z każdej wyprawy w przeszłość stara się przywieźć wspomnienia o nowych potrawach, interesuje się też ziołami i jadalnymi roślinami. Zadanie dotyczące wierzeń Słowian jest mu wyjątkowo na rękę. Pan Cebula tym razem wyznacza swoim uczniom zadanie dotyczące poznania mitologii słowiańskiej – chrześcijaństwo miało skutecznie wyplenić tradycje i dawne przekonania, tymczasem ślady wierzeń ocalały w zwyczajach i sformułowaniach przechowywanych przez całe pokolenia. Wprawdzie sporą część mitologii Słowian trzeba żmudnie odtwarzać, ale nie ulega wątpliwości, że była ona bogata i ciekawa.
Ale zadanie dla uczniów jest prostsze niż odbudowywanie mitologii. Podopieczni pana Cebuli muszą poznać tajemnicę Baby Jagi. I to z wiedźmą – kobietą wiedzącą – wiąże się większa część fabuły. Grażyna Bąkiewicz jak zwykle potrafi zaangażować czytelników w przygody podbarwione aspektami edukacyjnymi – czyta się te powieści jak prawdziwe przygodówki, przy okazji chłonąc wiedzę na temat historii. Część wyjaśnień, która rozbijałaby narrację, przenoszona jest do humorystycznych komiksów Artura Nowickiego. Można zatem dowiedzieć się czegoś również na marginesie warstwy graficznej. W tych opowieściach liczy się dowcip i dynamika akcji, uczniowie pana Cebuli nie nudzą się podczas lekcji – angażują się w wydarzenia, zawierają nowe znajomości, a do tego rozwijają też relacje między sobą, niekoniecznie te modelowe – nie wszyscy się lubią, nie wszyscy się ze sobą dogadują, ale tworzą się też zalążki par i przyjaźni. Liczy się możliwość znalezienia bratniej duszy, czasami – po prostu wsparcia lub pomocy w magicznych umiejętnościach. Wszystko po to, żeby zrealizować misję i na lekcji odpowiedzieć na pytania nauczyciela. Pan Cebula wie, co robi, wysyłając dzieci w przeszłość – tak najlepiej i najszybciej nauczą się historii w sposób, który zapadnie im w pamięć na długo. A najlepsze, że zapadnie też na długo w pamięć samym odbiorcom.
Domek w lesie
Lekcje u pana Cebuli zawsze wiążą się ze świetnymi przygodami, nic więc dziwnego, że uczniowie chętnie przystępują od poszukiwania wiadomości w odległych czasach. Szkoła przyszłości to… ławki z demobilu, przestarzały sprzęt, który jednak da się wykorzystywać do podróży w czasie. Pan Cebula czuwa nad bezpieczeństwem nastolatków, a do tego mają oni do dyspozycji cały zestaw wynalazków, między innymi osłonę gamma, która pozwala upodobnić się do miejscowych, możliwość włączania lub wyłączania widzialności, komunikatory w małym palcu – dostęp do całej istniejącej wiedzy. Jednak wnioski trzeba wyciągać samodzielnie, to się nie zmieniło. W tej klasie – której kolejnych uczniów czytelnicy poznają od kilkunastu tomów – wszyscy cechują się jeszcze wyjątkowymi i unikatowymi zdolnościami. Stało się tak po wybuchu błyskacza: jedni potrafią wyjmować z kieszeni niezbędne w danym momencie przedmioty, inni błyskawicznie przemieszczają się z miejsca na miejsce, a Rysio – bohater tej części serii („W co wierzyliście, Słowianie”) wie, jak się rozdwoić. To przydatna umiejętność, kiedy trzeba być w dwóch miejscach jednocześnie, albo… żeby było raźniej. Poza magicznymi zdolnościami, które trochę ułatwiają realizowanie szkolnych zadań, każdy z uczniów ma jeszcze całkiem normalne zainteresowania nadające indywidualnego charakteru bohaterom i uzupełniające ich misję. Rysio zajmuje się smakami: z każdej wyprawy w przeszłość stara się przywieźć wspomnienia o nowych potrawach, interesuje się też ziołami i jadalnymi roślinami. Zadanie dotyczące wierzeń Słowian jest mu wyjątkowo na rękę. Pan Cebula tym razem wyznacza swoim uczniom zadanie dotyczące poznania mitologii słowiańskiej – chrześcijaństwo miało skutecznie wyplenić tradycje i dawne przekonania, tymczasem ślady wierzeń ocalały w zwyczajach i sformułowaniach przechowywanych przez całe pokolenia. Wprawdzie sporą część mitologii Słowian trzeba żmudnie odtwarzać, ale nie ulega wątpliwości, że była ona bogata i ciekawa.
Ale zadanie dla uczniów jest prostsze niż odbudowywanie mitologii. Podopieczni pana Cebuli muszą poznać tajemnicę Baby Jagi. I to z wiedźmą – kobietą wiedzącą – wiąże się większa część fabuły. Grażyna Bąkiewicz jak zwykle potrafi zaangażować czytelników w przygody podbarwione aspektami edukacyjnymi – czyta się te powieści jak prawdziwe przygodówki, przy okazji chłonąc wiedzę na temat historii. Część wyjaśnień, która rozbijałaby narrację, przenoszona jest do humorystycznych komiksów Artura Nowickiego. Można zatem dowiedzieć się czegoś również na marginesie warstwy graficznej. W tych opowieściach liczy się dowcip i dynamika akcji, uczniowie pana Cebuli nie nudzą się podczas lekcji – angażują się w wydarzenia, zawierają nowe znajomości, a do tego rozwijają też relacje między sobą, niekoniecznie te modelowe – nie wszyscy się lubią, nie wszyscy się ze sobą dogadują, ale tworzą się też zalążki par i przyjaźni. Liczy się możliwość znalezienia bratniej duszy, czasami – po prostu wsparcia lub pomocy w magicznych umiejętnościach. Wszystko po to, żeby zrealizować misję i na lekcji odpowiedzieć na pytania nauczyciela. Pan Cebula wie, co robi, wysyłając dzieci w przeszłość – tak najlepiej i najszybciej nauczą się historii w sposób, który zapadnie im w pamięć na długo. A najlepsze, że zapadnie też na długo w pamięć samym odbiorcom.
wtorek, 19 sierpnia 2025
Iwona Banach: Trup z recyklingu
Skarpa Warszawska, Warszawa 2025.
Osiedle
Iwona Banach nie potrzebuje wiele, żeby stworzyć komedię kryminalną. W „Trupie z recyklingu” sięga do charakterów, które znają absolutnie wszyscy: czepialskich starych bab, które terroryzują osiedla swoimi wymaganiami i komentarzami. Sylwetki zwłaszcza dwóch – Walerii i Stefanii – doprowadza wręcz do absurdów, chociaż czytelnicy będą przekonani, że to nie satyra a portret. Emerytki, które dostały zawiadomienie o karnych opłatach za niesegregowane śmieci dopatrują się w tym spisku. Nie zamierzają dopłacać do nieuświadomionych ekologicznie sąsiadów, są wręcz przekonane, że ktoś złośliwie będzie mieszał śmieci w osiedlowym śmietniku, żeby tylko wyłudzić pieniądze. I tak zaczyna się potrzeba przeprowadzenia śledztwa, które bardzo szybko schodzi na dalszy plan – bo jeden z lokalnych meneli, Szopen (właściciel szopy), przynosi ze śmietnika zakrwawioną damską nogę. Teraz dopiero trzeba będzie przyjrzeć się uważnie sytuacji i zawartości kontenerów.
„Trup z recyklingu” to komedia kryminalna, w której śledztwo jest mniej ważne niż charakterystyki barwnych postaci. Bez przerwy ktoś przeszkadza w tropieniu niedookreślonej zbrodni, trupy się mnożą, a największą rolę w akcji odgrywają przedstawiciele marginesu. Zwykłych obywateli tu jak na lekarstwo, autorka bawi się społeczeństwem w Boligłowie – przedstawia między innymi piękną i kompletnie bezmyślną policjantkę, która ma zaprowadzić porządek na osiedlu i przynajmniej trochę próbować opanować chaos, tymczasem sama go jeszcze potęguje. A Stefania i Waleria nie ustają w komplikowaniu rzeczywistości. Nie wystarcza im bierna obserwacja i komentowanie poczynań innych lokatorów – one chcą włączyć się do działania, nie przeszkadza im nawet, kiedy tracą sojuszniczkę w nierównej walce. Iwona Banach przygląda się to ofiarom śledczych zapędów dwóch emerytek, to – przedstawicielom władzy. Problem segregowania śmieci spada na daleki plan – teraz istotne jest, jakie konsekwencje wywołuje wiara w spisek i w złe intencje innych. Samozwańcze strażniczki porządku na osiedlu potrafią nieźle namieszać. Ich mężowie w tym wszystkim zasługują na współczucie.
Blokowiska mają swoje tajemnice, chociaż pozornie wszyscy wszystko wiedzą o sąsiadach. „Trup z recyklingu” to humorystyczna i lekka powieść dla tych, którzy potrzebują szybkiej rozrywki i grania na stereotypach. Iwona Banach celnie wychwytuje – i umiejętnie rozdmuchuje – wady zwykłych z pozoru ludzi, prowadząc do serii kataklizmów, których celem jest wywołanie śmiechu. Ta powieść przyniesie sporo radości – ale obok niej znajdzie się też miejsce na refleksję na temat granic, jakie stawia się drugiemu człowiekowi. Iwona Banach stawia na dowcipy językowe, ale równie mocno rozbudowuje komizm sytuacyjny, wiele tu wydarzeń, które same w sobie rozśmieszą czytelników i rozbudzą ich ciekawość. Podglądanie sąsiadów to rozrywka naganna, ale tu inaczej się nie da: zresztą niektórzy zrobili sobie z voyeuryzmu życiową ambicję. To książka dla wszystkich, którzy lubią przesadę jako źródło żartu, a do tego potrzebują odskoczni od codzienności.
Osiedle
Iwona Banach nie potrzebuje wiele, żeby stworzyć komedię kryminalną. W „Trupie z recyklingu” sięga do charakterów, które znają absolutnie wszyscy: czepialskich starych bab, które terroryzują osiedla swoimi wymaganiami i komentarzami. Sylwetki zwłaszcza dwóch – Walerii i Stefanii – doprowadza wręcz do absurdów, chociaż czytelnicy będą przekonani, że to nie satyra a portret. Emerytki, które dostały zawiadomienie o karnych opłatach za niesegregowane śmieci dopatrują się w tym spisku. Nie zamierzają dopłacać do nieuświadomionych ekologicznie sąsiadów, są wręcz przekonane, że ktoś złośliwie będzie mieszał śmieci w osiedlowym śmietniku, żeby tylko wyłudzić pieniądze. I tak zaczyna się potrzeba przeprowadzenia śledztwa, które bardzo szybko schodzi na dalszy plan – bo jeden z lokalnych meneli, Szopen (właściciel szopy), przynosi ze śmietnika zakrwawioną damską nogę. Teraz dopiero trzeba będzie przyjrzeć się uważnie sytuacji i zawartości kontenerów.
„Trup z recyklingu” to komedia kryminalna, w której śledztwo jest mniej ważne niż charakterystyki barwnych postaci. Bez przerwy ktoś przeszkadza w tropieniu niedookreślonej zbrodni, trupy się mnożą, a największą rolę w akcji odgrywają przedstawiciele marginesu. Zwykłych obywateli tu jak na lekarstwo, autorka bawi się społeczeństwem w Boligłowie – przedstawia między innymi piękną i kompletnie bezmyślną policjantkę, która ma zaprowadzić porządek na osiedlu i przynajmniej trochę próbować opanować chaos, tymczasem sama go jeszcze potęguje. A Stefania i Waleria nie ustają w komplikowaniu rzeczywistości. Nie wystarcza im bierna obserwacja i komentowanie poczynań innych lokatorów – one chcą włączyć się do działania, nie przeszkadza im nawet, kiedy tracą sojuszniczkę w nierównej walce. Iwona Banach przygląda się to ofiarom śledczych zapędów dwóch emerytek, to – przedstawicielom władzy. Problem segregowania śmieci spada na daleki plan – teraz istotne jest, jakie konsekwencje wywołuje wiara w spisek i w złe intencje innych. Samozwańcze strażniczki porządku na osiedlu potrafią nieźle namieszać. Ich mężowie w tym wszystkim zasługują na współczucie.
Blokowiska mają swoje tajemnice, chociaż pozornie wszyscy wszystko wiedzą o sąsiadach. „Trup z recyklingu” to humorystyczna i lekka powieść dla tych, którzy potrzebują szybkiej rozrywki i grania na stereotypach. Iwona Banach celnie wychwytuje – i umiejętnie rozdmuchuje – wady zwykłych z pozoru ludzi, prowadząc do serii kataklizmów, których celem jest wywołanie śmiechu. Ta powieść przyniesie sporo radości – ale obok niej znajdzie się też miejsce na refleksję na temat granic, jakie stawia się drugiemu człowiekowi. Iwona Banach stawia na dowcipy językowe, ale równie mocno rozbudowuje komizm sytuacyjny, wiele tu wydarzeń, które same w sobie rozśmieszą czytelników i rozbudzą ich ciekawość. Podglądanie sąsiadów to rozrywka naganna, ale tu inaczej się nie da: zresztą niektórzy zrobili sobie z voyeuryzmu życiową ambicję. To książka dla wszystkich, którzy lubią przesadę jako źródło żartu, a do tego potrzebują odskoczni od codzienności.
piątek, 1 sierpnia 2025
Goscinny, Uderzo: Asteriks i Normanowie
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Strach
Normanowie są przekonani, że strach dodaje skrzydeł – a ponieważ są niezwyciężeni, nie mają pojęcia jak to jest się bać i potrzebują w tej kwestii dobrego nauczyciela. Świadomi, że Galowie słyną z odwagi, postanawiają znaleźć wśród nich kogoś, kto pozwoli im poczuć strach. Porywają Skandaliksa, młodego bratanka wodza Galów – i liczą na to, że dzięki chłopakowi zrealizują swój plan. Jeśli będą umieli latać, przemieszczą się z łatwością do każdego miejsca na świecie. A skoro wystarczy tylko się przestraszyć…
„Asteriks i Normanowie” to kolejny tomik wydany z opracowaniem – dla koneserów i fanów Asteriksa, a także dla wszystkich dorosłych, którzy potrzebują usprawiedliwienia dla dopieszczania swojego wewnętrznego dziecka. Jeśli ktoś uwielbia przygody sympatycznych Galów (przy czym raczej nie istnieją ich przeciwnicy), może wzbogacić swoją kolekcję pod pozorami edukacyjności. Te komiksy bowiem są wydawane w twardej oprawie i z całą otoczką – opracowaniem dotyczącym powstawania, szkiców, pomysłów, kontekstu społecznego i obyczajowego czy wprowadzanych zmian. Autorzy serii wyręczają czytelników w pracy badawczej: podsuwają między innymi wyjaśnienia rozmaitych żartów (zwłaszcza tych, które nie przenoszą się przez granice i poza konkretnym krajem mogą być nie do końca zrozumiałe). To doskonałe miejsce nie tylko na analizy zastosowanych chwytów i nawiązania do prawdziwej historii, ale też na utwierdzanie odbiorców w przekonaniu, że uniwersum Asteriksa jest jedyne w swoim rodzaju.
Wprowadzenie i zakończenie tomu składa się właśnie z popularyzatorskich opowieści i ciekawostek, danych, do których przeciętni odbiorcy nie są w stanie samodzielnie dotrzeć – albo też nie myślą o tym, ciesząc się lekturą. Pozwala to trochę napowietrzyć objętość zeszytu i nadać mu automatycznie większą wartość. Centralną częścią książki jest oczywiście sam komiks – już bez dodatkowych przypisów. Do lektury przystąpić można już z większym zasobem wiedzy – i zwracać uwagę na motywy, które normalnie mogłyby zostać przeoczone – detale w stylu nawiązań do muzyki z lat 60. XX wieku – coś, co pojawia się w pojedynczych kadrach i stanowi rzeczywiście tylko tło wydarzeń. Goscinny i Uderzo wiedzą, jak wydobywać komizm z opowieści – stawiają na czytelne i mocne puenty i na dowcipy dla różnych pokoleń. Ta seria nie starzeje się mimo upływu czasu – i będzie cieszyć kolejnych czytelników. Dobrze, że na rynku pojawia się w wersji z opracowaniem – dzięki temu łatwiej będzie docenić rozwiązania stosowane w komiksie. Jeśli ktoś dobrze czuje się w świecie Galów i chce jak najlepiej poznawać świat z perspektywy małej galijskiej wioski z niezłomnymi wojownikami i magicznym napojem, może tu znaleźć całkiem sporo dla siebie i zwiedzać ukochane miejsca z przewodnikiem. Wiadomo, że z Asteriksa się nie wyrasta – dlatego też cieszy pomysł na przedłużenie istnienia komiksów na rynku i w świadomości czytelników.
Strach
Normanowie są przekonani, że strach dodaje skrzydeł – a ponieważ są niezwyciężeni, nie mają pojęcia jak to jest się bać i potrzebują w tej kwestii dobrego nauczyciela. Świadomi, że Galowie słyną z odwagi, postanawiają znaleźć wśród nich kogoś, kto pozwoli im poczuć strach. Porywają Skandaliksa, młodego bratanka wodza Galów – i liczą na to, że dzięki chłopakowi zrealizują swój plan. Jeśli będą umieli latać, przemieszczą się z łatwością do każdego miejsca na świecie. A skoro wystarczy tylko się przestraszyć…
„Asteriks i Normanowie” to kolejny tomik wydany z opracowaniem – dla koneserów i fanów Asteriksa, a także dla wszystkich dorosłych, którzy potrzebują usprawiedliwienia dla dopieszczania swojego wewnętrznego dziecka. Jeśli ktoś uwielbia przygody sympatycznych Galów (przy czym raczej nie istnieją ich przeciwnicy), może wzbogacić swoją kolekcję pod pozorami edukacyjności. Te komiksy bowiem są wydawane w twardej oprawie i z całą otoczką – opracowaniem dotyczącym powstawania, szkiców, pomysłów, kontekstu społecznego i obyczajowego czy wprowadzanych zmian. Autorzy serii wyręczają czytelników w pracy badawczej: podsuwają między innymi wyjaśnienia rozmaitych żartów (zwłaszcza tych, które nie przenoszą się przez granice i poza konkretnym krajem mogą być nie do końca zrozumiałe). To doskonałe miejsce nie tylko na analizy zastosowanych chwytów i nawiązania do prawdziwej historii, ale też na utwierdzanie odbiorców w przekonaniu, że uniwersum Asteriksa jest jedyne w swoim rodzaju.
Wprowadzenie i zakończenie tomu składa się właśnie z popularyzatorskich opowieści i ciekawostek, danych, do których przeciętni odbiorcy nie są w stanie samodzielnie dotrzeć – albo też nie myślą o tym, ciesząc się lekturą. Pozwala to trochę napowietrzyć objętość zeszytu i nadać mu automatycznie większą wartość. Centralną częścią książki jest oczywiście sam komiks – już bez dodatkowych przypisów. Do lektury przystąpić można już z większym zasobem wiedzy – i zwracać uwagę na motywy, które normalnie mogłyby zostać przeoczone – detale w stylu nawiązań do muzyki z lat 60. XX wieku – coś, co pojawia się w pojedynczych kadrach i stanowi rzeczywiście tylko tło wydarzeń. Goscinny i Uderzo wiedzą, jak wydobywać komizm z opowieści – stawiają na czytelne i mocne puenty i na dowcipy dla różnych pokoleń. Ta seria nie starzeje się mimo upływu czasu – i będzie cieszyć kolejnych czytelników. Dobrze, że na rynku pojawia się w wersji z opracowaniem – dzięki temu łatwiej będzie docenić rozwiązania stosowane w komiksie. Jeśli ktoś dobrze czuje się w świecie Galów i chce jak najlepiej poznawać świat z perspektywy małej galijskiej wioski z niezłomnymi wojownikami i magicznym napojem, może tu znaleźć całkiem sporo dla siebie i zwiedzać ukochane miejsca z przewodnikiem. Wiadomo, że z Asteriksa się nie wyrasta – dlatego też cieszy pomysł na przedłużenie istnienia komiksów na rynku i w świadomości czytelników.
wtorek, 29 lipca 2025
Goscinny, Uderzo: Tarcza Arwernów
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Dzik na Winie
Można czytać przygody Asteriksa bez znajomości kontekstu historycznego – i cieszyć się wielopłaszczyznowym humorem. Można jednak skorzystać z popularyzatorskiego opracowania i dowiedzieć się, jak wyglądało tło wydarzeń z perspektywy dziejopisów. „Tarcza Arwernów” to kolejny tom przygód Asteriksa z historycznym i społecznym komentarzem – wersja dla koneserów klasyki i dla tych, którym nie wystarcza sam rozrywkowy aspekt komiksowych zeszytów. Tym razem wprowadzenie obejmuje zwłaszcza zwyczaje i wydarzenia z przeszłości – to, co wpłynęło na kształt doświadczeń dzielnego galijskiego wodza. Nie zabraknie analiz poszczególnych postaci, wiadomo, że karykaturalne portrety pełnią funkcję komizmotwórczą, ale przecież nie tylko – bohaterowie są też nośnikiem informacji o przeszłości i budowani są na bazie rzeczywistych danych. Wszelkie inspiracje, wątki i zapożyczenia z realizmu rozszyfrowują autorzy opracowania – można tutaj naprawdę docenić bogaty zestaw wiadomości. Jeszcze przed przystąpieniem do właściwej lektury odbiorcy otrzymają pełen pakiet danych, które potem można będzie odnosić bezpośrednio do wybranych partii komiksu. Okazuje się, że przygody Asteriksa nie są wyłącznie dziełem wyobraźni – twórcy przemycają sporo ciekawostek i skojarzeń. Co ważne, ponieważ nie wszystko da się przetłumaczyć z zachowaniem humoru, w tomie znalazło się też miejsce na opowiadanie o żartach i o dowcipach zagubionych w tłumaczeniu: czytelnicy dowiedzą się, na czym polegał kunszt duetu w tej kwestii. Są tu też oryginalne rysunki i szkice – fragmenty dzieł Uderzo albo próby uchwycenia pomysłu – tak, żeby odbiorcy mogli poczuć się jak włączeni w proces tworzenia, w mechanizm uruchamiania żartu na różnych poziomach.
W „Tarczy Arwernów” ważnym tematem staje się odchudzanie. Wszystko przez niekończące się galijskie uczty – wódz zawsze po okazjach do świętowania czuje się tak, jakby niebo spadło mu na głowę. Wątroba nie wytrzymuje, trzeba zatem udać się na specjalną kurację. Z kolei Juliusz Cezar pragnie odzyskać tarczę Wercyngetoryksa, prawdopodobnie zagubioną gdzieś w Galii. Jak zawsze jest tu wielowątkowo i zabawnie, karykaturalnie i dynamicznie – autorzy budują tę opowieść tak, żeby przyciągnąć odbiorców z różnych powodów. Cieszą się tworzeniem i to odzwierciedla się w ambitnym rozrywkowym komiksie.
Bardzo ciekawym dodatkiem do opracowania staje się informacja o tym, jak przygody Asteriksa publikowane były w Polsce (to również miejsce na wyjaśnienia dotyczące rozwiązań z przekładu) oraz kolejny motyw – inspiracje rysunkowe. Dzięki takim komentarzom można zagłębiać się w historię Asteriksa i nie tylko cieszyć się fabułą oraz wychwytywanymi detalami z narracji, ale również doceniać kunszt twórców w płaszczyźnie nawiązań do rzeczywistości. Wydawać by się mogło, że stworzona dla rozrywki bajka nie musi zbytnio trzymać się prawdy historycznej – tymczasem Goscinny i Uderzo udowadniają, że weryfikowanie faktów dostarcza kolejne poziomy dla żartów. „Tarcza Arwernów” to kolejna publikacja w cyklu, który połączy pokolenia i na długo zatrzyma odbiorców przy przygodach dzielnego Gala.
Dzik na Winie
Można czytać przygody Asteriksa bez znajomości kontekstu historycznego – i cieszyć się wielopłaszczyznowym humorem. Można jednak skorzystać z popularyzatorskiego opracowania i dowiedzieć się, jak wyglądało tło wydarzeń z perspektywy dziejopisów. „Tarcza Arwernów” to kolejny tom przygód Asteriksa z historycznym i społecznym komentarzem – wersja dla koneserów klasyki i dla tych, którym nie wystarcza sam rozrywkowy aspekt komiksowych zeszytów. Tym razem wprowadzenie obejmuje zwłaszcza zwyczaje i wydarzenia z przeszłości – to, co wpłynęło na kształt doświadczeń dzielnego galijskiego wodza. Nie zabraknie analiz poszczególnych postaci, wiadomo, że karykaturalne portrety pełnią funkcję komizmotwórczą, ale przecież nie tylko – bohaterowie są też nośnikiem informacji o przeszłości i budowani są na bazie rzeczywistych danych. Wszelkie inspiracje, wątki i zapożyczenia z realizmu rozszyfrowują autorzy opracowania – można tutaj naprawdę docenić bogaty zestaw wiadomości. Jeszcze przed przystąpieniem do właściwej lektury odbiorcy otrzymają pełen pakiet danych, które potem można będzie odnosić bezpośrednio do wybranych partii komiksu. Okazuje się, że przygody Asteriksa nie są wyłącznie dziełem wyobraźni – twórcy przemycają sporo ciekawostek i skojarzeń. Co ważne, ponieważ nie wszystko da się przetłumaczyć z zachowaniem humoru, w tomie znalazło się też miejsce na opowiadanie o żartach i o dowcipach zagubionych w tłumaczeniu: czytelnicy dowiedzą się, na czym polegał kunszt duetu w tej kwestii. Są tu też oryginalne rysunki i szkice – fragmenty dzieł Uderzo albo próby uchwycenia pomysłu – tak, żeby odbiorcy mogli poczuć się jak włączeni w proces tworzenia, w mechanizm uruchamiania żartu na różnych poziomach.
W „Tarczy Arwernów” ważnym tematem staje się odchudzanie. Wszystko przez niekończące się galijskie uczty – wódz zawsze po okazjach do świętowania czuje się tak, jakby niebo spadło mu na głowę. Wątroba nie wytrzymuje, trzeba zatem udać się na specjalną kurację. Z kolei Juliusz Cezar pragnie odzyskać tarczę Wercyngetoryksa, prawdopodobnie zagubioną gdzieś w Galii. Jak zawsze jest tu wielowątkowo i zabawnie, karykaturalnie i dynamicznie – autorzy budują tę opowieść tak, żeby przyciągnąć odbiorców z różnych powodów. Cieszą się tworzeniem i to odzwierciedla się w ambitnym rozrywkowym komiksie.
Bardzo ciekawym dodatkiem do opracowania staje się informacja o tym, jak przygody Asteriksa publikowane były w Polsce (to również miejsce na wyjaśnienia dotyczące rozwiązań z przekładu) oraz kolejny motyw – inspiracje rysunkowe. Dzięki takim komentarzom można zagłębiać się w historię Asteriksa i nie tylko cieszyć się fabułą oraz wychwytywanymi detalami z narracji, ale również doceniać kunszt twórców w płaszczyźnie nawiązań do rzeczywistości. Wydawać by się mogło, że stworzona dla rozrywki bajka nie musi zbytnio trzymać się prawdy historycznej – tymczasem Goscinny i Uderzo udowadniają, że weryfikowanie faktów dostarcza kolejne poziomy dla żartów. „Tarcza Arwernów” to kolejna publikacja w cyklu, który połączy pokolenia i na długo zatrzyma odbiorców przy przygodach dzielnego Gala.
sobota, 12 kwietnia 2025
Ewa Kozyra-Pawlak: Miś i Zając. Dobrzy sąsiedzi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Drzwi w drzwi
Tacy bohaterowie przechodzą do historii. Tacy bohaterowie przekraczają granice. Tacy bohaterowie trafiają do zbiorowej wyobraźni całych pokoleń, jeśli tylko uda się wykreować modę na nich. Miś i Zając mogą zachwycić nie tylko dziecięcych czytelników – przypadną do gustu też ich rodzicom czy dziadkom i zachęcą do wspólnej wieczornej lektury. Dowcipne przygody przedstawiane w krótkich scenkach pozwalają zaprzyjaźnić się z postaciami, które do istnienia powołała Ewa Kozyra-Pawlak. Miś i Zając pokazują czytelnikom, że można się różnić w wielu kwestiach, a mimo to świetnie się ze sobą dogadywać. Dwaj bohaterowie mieszkają blisko siebie, ale każdy dobrze czuje się we własnych czterech ścianach. I Miś, i Zając wiedzą jednak, jak sprawić przyjemność temu drugiemu – myślą o sobie wzajemnie i wspierają się we wszystkim.
Autorka wprowadza sytuacje i scenki, które wynikają wprost ze zwyczajnego życia, tylko że po przeniesieniu ich w nowy kontekst – rzeczywistość bajkowych postaci – zyskują one zupełnie nowy wymiar. Bohaterowie są wobec siebie wyrozumiali i bardzo się lubią, wiedzą też, jak iść na kompromis. Nie chcą sobie sprawiać przykrości, kierują się empatią w stopniu większym niż wrażliwcy ze świata ludzi – Ewa Kozyra-Pawlak dyskretnie zaszczepia dzieciom wyczulenie na kłopoty i zmartwienia innych. I udaje jej się przemycić w książce kilka ważnych prawd o relacjach międzyludzkich. W tej książce i w tych opowiadaniach zwyczajność zamienia się w niezwyczajność – dzięki temu chce się zagłębiać w przygody Misia i Zająca, krótkie i celnie puentowane. Jest tu wszystko, czego potrzeba, żeby przyciągnąć dzieci: dowcip, dobra zabawa, ale też więź, która dodaje otuchy. Łatwo polubić Misia i Zająca, a potem wspólnie z nimi przeżywać kolejne codzienne sprawy. Każdy dzień to przecież szansa na rozrywki.
Dla autorki celem podstawowym – jak się wydaje podczas czytania – jest rozśmieszanie dzieci i budowanie pozytywnej atmosfery. Pouczanie i prawienie morałów to coś daleko w tle narracji, raczej – idące w stronę wniosków do samodzielnego wyciągania podczas lektury. Miś i Zając wiedzą, czego chcą, bo wie to ich autorka – i konsekwentnie do tego dąży. Jest w tych drobnych opowiadaniach głęboka wiedza o życiu, coś, co chciałoby się przekazać najmłodszemu pokoleniu. Miś i Zając mają wielką szansę na to, żeby podbić serca nie tylko najmłodszych odbiorców. Ich świat jest bardzo prosty – ale przez to też bardzo filozoficzny, daje się przenieść na sytuacje znane ze zwykłego życia i pomaga w rozwiązywaniu rozmaitych problemów płynących z funkcjonowania w społeczeństwie. Zając i Miś pokazują, czym jest prawdziwa przyjaźń, ale nie muszą się nad tym zastanawiać. Wśród historii zalewających rynek na takie właśnie publikacje warto zwracać uwagę: pozostaje mieć nadzieję, że to dopiero początek serii – i że przygody Misia i Zająca podbiją cały świat, zwłaszcza że Paweł Pawlak ilustruje tę książeczkę fantastycznie. To publikacja gotowa do wychodzenia poza ramy: raju i języka, ale też wieku.
Drzwi w drzwi
Tacy bohaterowie przechodzą do historii. Tacy bohaterowie przekraczają granice. Tacy bohaterowie trafiają do zbiorowej wyobraźni całych pokoleń, jeśli tylko uda się wykreować modę na nich. Miś i Zając mogą zachwycić nie tylko dziecięcych czytelników – przypadną do gustu też ich rodzicom czy dziadkom i zachęcą do wspólnej wieczornej lektury. Dowcipne przygody przedstawiane w krótkich scenkach pozwalają zaprzyjaźnić się z postaciami, które do istnienia powołała Ewa Kozyra-Pawlak. Miś i Zając pokazują czytelnikom, że można się różnić w wielu kwestiach, a mimo to świetnie się ze sobą dogadywać. Dwaj bohaterowie mieszkają blisko siebie, ale każdy dobrze czuje się we własnych czterech ścianach. I Miś, i Zając wiedzą jednak, jak sprawić przyjemność temu drugiemu – myślą o sobie wzajemnie i wspierają się we wszystkim.
Autorka wprowadza sytuacje i scenki, które wynikają wprost ze zwyczajnego życia, tylko że po przeniesieniu ich w nowy kontekst – rzeczywistość bajkowych postaci – zyskują one zupełnie nowy wymiar. Bohaterowie są wobec siebie wyrozumiali i bardzo się lubią, wiedzą też, jak iść na kompromis. Nie chcą sobie sprawiać przykrości, kierują się empatią w stopniu większym niż wrażliwcy ze świata ludzi – Ewa Kozyra-Pawlak dyskretnie zaszczepia dzieciom wyczulenie na kłopoty i zmartwienia innych. I udaje jej się przemycić w książce kilka ważnych prawd o relacjach międzyludzkich. W tej książce i w tych opowiadaniach zwyczajność zamienia się w niezwyczajność – dzięki temu chce się zagłębiać w przygody Misia i Zająca, krótkie i celnie puentowane. Jest tu wszystko, czego potrzeba, żeby przyciągnąć dzieci: dowcip, dobra zabawa, ale też więź, która dodaje otuchy. Łatwo polubić Misia i Zająca, a potem wspólnie z nimi przeżywać kolejne codzienne sprawy. Każdy dzień to przecież szansa na rozrywki.
Dla autorki celem podstawowym – jak się wydaje podczas czytania – jest rozśmieszanie dzieci i budowanie pozytywnej atmosfery. Pouczanie i prawienie morałów to coś daleko w tle narracji, raczej – idące w stronę wniosków do samodzielnego wyciągania podczas lektury. Miś i Zając wiedzą, czego chcą, bo wie to ich autorka – i konsekwentnie do tego dąży. Jest w tych drobnych opowiadaniach głęboka wiedza o życiu, coś, co chciałoby się przekazać najmłodszemu pokoleniu. Miś i Zając mają wielką szansę na to, żeby podbić serca nie tylko najmłodszych odbiorców. Ich świat jest bardzo prosty – ale przez to też bardzo filozoficzny, daje się przenieść na sytuacje znane ze zwykłego życia i pomaga w rozwiązywaniu rozmaitych problemów płynących z funkcjonowania w społeczeństwie. Zając i Miś pokazują, czym jest prawdziwa przyjaźń, ale nie muszą się nad tym zastanawiać. Wśród historii zalewających rynek na takie właśnie publikacje warto zwracać uwagę: pozostaje mieć nadzieję, że to dopiero początek serii – i że przygody Misia i Zająca podbiją cały świat, zwłaszcza że Paweł Pawlak ilustruje tę książeczkę fantastycznie. To publikacja gotowa do wychodzenia poza ramy: raju i języka, ale też wieku.
piątek, 4 kwietnia 2025
Eliza Piotrowska: Kapibara Barbara
Agora, Warszawa 2025.
Filozofia spokoju
Eliza Piotrowska ma talent do tworzenia bohaterów, którzy świetnie tłumaczą świat, chociaż wcale się tym nie zajmują. Kiedyś ciocia Jadzia trafiała do wyobraźni najmłodszych i pozwalała oswoić się z całą gamą silnych uczuć. Obecnie wyprze ją z rynku postać znacznie bardziej egzotyczna – i do pokochania przez dzieci oraz dorosłych – kapibara Barbara. Przeniesienie ludzkich dylematów i pytań do świata, w którym filozofia życia wydaje się prosta, to strzał w dziesiątkę. W kolejnych opowiadaniach z codzienności rodziny kapibar pojawiają się rozterki ludzi i odzwierciedlają pytania dzieci – nie ma tu miejsca tylko na jedno, na nudę. Eliza Piotrowska wie, jak wykorzystywać skrót, tworzy książkę, która przejdzie do klasyki literatury czwartej, powinna sobie zapewnić miejsce w kanonie lektur – i trafić do szerokiego grona odbiorców, znacznie szerszego niż zakładana grupa docelowa. Bo z przygód kapibary Barbary ucieszą się nie tylko kilkulatki – nawet dorośli, którzy zechcą czytać tę książkę swoim pociechom przed snem (a warto!) odkryją tu sporo dla siebie. Przede wszystkim kapibara Barbara to w założeniu istotka niezbyt skomplikowana – jednak okazuje się świetną obserwatorką i radzi sobie z komentowaniem nawet najbardziej zadziwiających aspektów jej rzeczywistości. Jest dociekliwa i sprytna, a do tego sporo przeżywa – każde opowiadanie to inna samodzielna historyjka, w której śmiech jest równie ważny co akcja. Eliza Piotrowska unika przegadania czy rutyny, u niej każde zjawisko jest przygodą i ciekawostką, każde wiąże się też z kolejną lekcją do wyciągnięcia przez małych odbiorców. Kapibara może wyjaśniać sprawy niezrozumiałe dla dzieci w sposób, który pomoże im pojąć sedno problemu, daje sobie radę z rozśmieszaniem i z wskazywaniem właściwej drogi. Nie moralizuje – raczej ze zdumieniem (właściwym gatunkowi) wszystkiemu się przygląda. I właśnie w naiwności kapibary tkwi źródło jej uroku – to bohaterka, która nawet nie zdaje sobie sprawy z własnej mądrości, a ma do zaoferowania naprawdę dużo. Warto zatem przyjrzeć się kapibarze i jej rodzinie – tu wiele spraw zyska swoje wytłumaczenie, wiele zjawisk stanie się bardziej oczywistych dzięki spojrzeniu przez pryzmat naiwnego odkrywcy. Kapibara Barbara to postać, którą po prostu trzeba pokochać: zachwyca w samym pomyśle, a potem ten zachwyt podtrzymuje za sprawą rozwiązań fabularnych i umiejętnego podkreślania charakteru. Jest w tym tomiku zapowiedź całej niebanalnej serii, kapibara Barbara powinna spotkać się z Wesołym Ryjkiem, przynajmniej na jednej półce w domu każdego, nie tylko małego, czytelnika – to doskonały poprawiacz humoru, niezawodne remedium na smutki i zmartwienia. To, że wszyscy uwielbiają kapibary, nie ulega wątpliwości. Ale kapibara Barbara pokazuje, że to bardzo mądre i rezolutne stworzenia, które nie tylko wyglądem budzić będą zachwyt. Dobrze, że to właśnie Eliza Piotrowska powołała do istnienia tę postać – uda jej się zaintrygować szerokie grono odbiorców.
Filozofia spokoju
Eliza Piotrowska ma talent do tworzenia bohaterów, którzy świetnie tłumaczą świat, chociaż wcale się tym nie zajmują. Kiedyś ciocia Jadzia trafiała do wyobraźni najmłodszych i pozwalała oswoić się z całą gamą silnych uczuć. Obecnie wyprze ją z rynku postać znacznie bardziej egzotyczna – i do pokochania przez dzieci oraz dorosłych – kapibara Barbara. Przeniesienie ludzkich dylematów i pytań do świata, w którym filozofia życia wydaje się prosta, to strzał w dziesiątkę. W kolejnych opowiadaniach z codzienności rodziny kapibar pojawiają się rozterki ludzi i odzwierciedlają pytania dzieci – nie ma tu miejsca tylko na jedno, na nudę. Eliza Piotrowska wie, jak wykorzystywać skrót, tworzy książkę, która przejdzie do klasyki literatury czwartej, powinna sobie zapewnić miejsce w kanonie lektur – i trafić do szerokiego grona odbiorców, znacznie szerszego niż zakładana grupa docelowa. Bo z przygód kapibary Barbary ucieszą się nie tylko kilkulatki – nawet dorośli, którzy zechcą czytać tę książkę swoim pociechom przed snem (a warto!) odkryją tu sporo dla siebie. Przede wszystkim kapibara Barbara to w założeniu istotka niezbyt skomplikowana – jednak okazuje się świetną obserwatorką i radzi sobie z komentowaniem nawet najbardziej zadziwiających aspektów jej rzeczywistości. Jest dociekliwa i sprytna, a do tego sporo przeżywa – każde opowiadanie to inna samodzielna historyjka, w której śmiech jest równie ważny co akcja. Eliza Piotrowska unika przegadania czy rutyny, u niej każde zjawisko jest przygodą i ciekawostką, każde wiąże się też z kolejną lekcją do wyciągnięcia przez małych odbiorców. Kapibara może wyjaśniać sprawy niezrozumiałe dla dzieci w sposób, który pomoże im pojąć sedno problemu, daje sobie radę z rozśmieszaniem i z wskazywaniem właściwej drogi. Nie moralizuje – raczej ze zdumieniem (właściwym gatunkowi) wszystkiemu się przygląda. I właśnie w naiwności kapibary tkwi źródło jej uroku – to bohaterka, która nawet nie zdaje sobie sprawy z własnej mądrości, a ma do zaoferowania naprawdę dużo. Warto zatem przyjrzeć się kapibarze i jej rodzinie – tu wiele spraw zyska swoje wytłumaczenie, wiele zjawisk stanie się bardziej oczywistych dzięki spojrzeniu przez pryzmat naiwnego odkrywcy. Kapibara Barbara to postać, którą po prostu trzeba pokochać: zachwyca w samym pomyśle, a potem ten zachwyt podtrzymuje za sprawą rozwiązań fabularnych i umiejętnego podkreślania charakteru. Jest w tym tomiku zapowiedź całej niebanalnej serii, kapibara Barbara powinna spotkać się z Wesołym Ryjkiem, przynajmniej na jednej półce w domu każdego, nie tylko małego, czytelnika – to doskonały poprawiacz humoru, niezawodne remedium na smutki i zmartwienia. To, że wszyscy uwielbiają kapibary, nie ulega wątpliwości. Ale kapibara Barbara pokazuje, że to bardzo mądre i rezolutne stworzenia, które nie tylko wyglądem budzić będą zachwyt. Dobrze, że to właśnie Eliza Piotrowska powołała do istnienia tę postać – uda jej się zaintrygować szerokie grono odbiorców.
poniedziałek, 24 marca 2025
Rene Goscinny, Albert Uderzo: Asterix u Brytów
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Beczka
Jeśli ktoś wstydzi się przyznać, że uwielbia klasykę komiksu i propozycje spod szyldu Asterixa chce trzymać na półce pod ręką, może skorzystać z edycji kolekcjonerskiej i uzasadnić swoje słabostki pędem do wiedzy. „Asterix u Brytów” to bowiem drobna historyjka opatrzona kilkudziesięciostronicowymi komentarzami dotyczącymi kontekstu, ale też przedstawiającymi charakterystyczne rozwiązania lub szkice do kadrów. To gratka dla odbiorców, którzy chcą nie tylko rozrywki w związku z lekturą, ale też – próbują rozszyfrować nie zawsze oczywiste żarty i nawiązania. Przy okazji widać tu nastawienie na coraz młodszych czytelników, bo część żartów na bazie stereotypów – w pełni zrozumiała dla starszych pokoleń – także zyskuje omówienie.
Asterix u Brytów nie ma specjalnie wymyślnej misji do zrealizowania, musi tylko bezpiecznie dostarczyć beczkę z magicznym napojem, żeby Brytowie nie musieli się poddawać, a mogli stawić czoła Juliuszowi Cezarowi. Zresztą Brytowie jako tacy nie grzeszą specjalnie sprytem, a do tego lubią ciepłe piwo i dziki gotowane w mięcie, nie da się tam przeżyć zbyt długo. Codziennie o 17:00 przerywają swoje zadania, żeby wypić filiżankę wrzątku, dbają o swoje trawniki do przesady – charakterystyka nie wypada na ich korzyść, jednak nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg. Jeśli społeczności zagrażają Rzymianie, trzeba uruchomić wszystkie możliwe środki ochrony. A magiczny napój jest najlepszym wyborem.
Można by przegapić smakowite detale, między innymi obecność Beatlesów w jednym z kadrów – ale tu z pomocą przychodzi opracowanie. W ramach omówienia komiksu odbiorcy otrzymają pełen zestaw wskazówek i informacji, które pomogą w docenieniu ponadczasowego przecież humoru – i zwrócą uwagę na konkretne miejsca w opowieści. Kunszt „Asterixów” to przecież nie tylko pomysły na fabułę, ale i cały zbiór pobocznych wątków, dodatków i subtelnych dowcipów, kadrów wypełnianych osobnymi pomysłami, które wzmacniają koloryt lokalny i wyzwalają śmiech. Opowieści o dzielnych Galach nie potrzebują dodatkowej reklamy – to gwarancja dobrej zabawy i to dla kolejnych pokoleń, nie ma w tym przesady. Warto zatem sięgnąć po lekturę opracowaną tak, żeby jej naukowość nie znudziła i nie odstraszyła, ale żeby przynieść odbiorcom trochę wiadomości na temat kontekstu czy zastosowanych chwytów. Oczywiście przygody Asterixa zna niemal każdy – i to często na pamięć – a sama akcja podporządkowana jest konkretnym celom, które nie należą do przesadnie skomplikowanych – dlatego też przydaje się w takim wypadku opracowanie, które wprowadza w bardziej ambitne sposoby odczytywania treści. Nie są to szkolne analizy ani naukowe dysertacje – po prostu przewodnik po rozwiązaniach i pomysłach sprawdzających się w tej historyjce. „Asterix u Brytów” to możliwość bardziej ekskluzywnego wydania komiksowego zeszytu – dla kolekcjonerów i tych, którzy chcą zrozumieć, dlaczego ta seria bawi tak szerokie kręgi społeczeństwa. Chociaż może tym razem poza Brytyjczykami?...
Beczka
Jeśli ktoś wstydzi się przyznać, że uwielbia klasykę komiksu i propozycje spod szyldu Asterixa chce trzymać na półce pod ręką, może skorzystać z edycji kolekcjonerskiej i uzasadnić swoje słabostki pędem do wiedzy. „Asterix u Brytów” to bowiem drobna historyjka opatrzona kilkudziesięciostronicowymi komentarzami dotyczącymi kontekstu, ale też przedstawiającymi charakterystyczne rozwiązania lub szkice do kadrów. To gratka dla odbiorców, którzy chcą nie tylko rozrywki w związku z lekturą, ale też – próbują rozszyfrować nie zawsze oczywiste żarty i nawiązania. Przy okazji widać tu nastawienie na coraz młodszych czytelników, bo część żartów na bazie stereotypów – w pełni zrozumiała dla starszych pokoleń – także zyskuje omówienie.
Asterix u Brytów nie ma specjalnie wymyślnej misji do zrealizowania, musi tylko bezpiecznie dostarczyć beczkę z magicznym napojem, żeby Brytowie nie musieli się poddawać, a mogli stawić czoła Juliuszowi Cezarowi. Zresztą Brytowie jako tacy nie grzeszą specjalnie sprytem, a do tego lubią ciepłe piwo i dziki gotowane w mięcie, nie da się tam przeżyć zbyt długo. Codziennie o 17:00 przerywają swoje zadania, żeby wypić filiżankę wrzątku, dbają o swoje trawniki do przesady – charakterystyka nie wypada na ich korzyść, jednak nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg. Jeśli społeczności zagrażają Rzymianie, trzeba uruchomić wszystkie możliwe środki ochrony. A magiczny napój jest najlepszym wyborem.
Można by przegapić smakowite detale, między innymi obecność Beatlesów w jednym z kadrów – ale tu z pomocą przychodzi opracowanie. W ramach omówienia komiksu odbiorcy otrzymają pełen zestaw wskazówek i informacji, które pomogą w docenieniu ponadczasowego przecież humoru – i zwrócą uwagę na konkretne miejsca w opowieści. Kunszt „Asterixów” to przecież nie tylko pomysły na fabułę, ale i cały zbiór pobocznych wątków, dodatków i subtelnych dowcipów, kadrów wypełnianych osobnymi pomysłami, które wzmacniają koloryt lokalny i wyzwalają śmiech. Opowieści o dzielnych Galach nie potrzebują dodatkowej reklamy – to gwarancja dobrej zabawy i to dla kolejnych pokoleń, nie ma w tym przesady. Warto zatem sięgnąć po lekturę opracowaną tak, żeby jej naukowość nie znudziła i nie odstraszyła, ale żeby przynieść odbiorcom trochę wiadomości na temat kontekstu czy zastosowanych chwytów. Oczywiście przygody Asterixa zna niemal każdy – i to często na pamięć – a sama akcja podporządkowana jest konkretnym celom, które nie należą do przesadnie skomplikowanych – dlatego też przydaje się w takim wypadku opracowanie, które wprowadza w bardziej ambitne sposoby odczytywania treści. Nie są to szkolne analizy ani naukowe dysertacje – po prostu przewodnik po rozwiązaniach i pomysłach sprawdzających się w tej historyjce. „Asterix u Brytów” to możliwość bardziej ekskluzywnego wydania komiksowego zeszytu – dla kolekcjonerów i tych, którzy chcą zrozumieć, dlaczego ta seria bawi tak szerokie kręgi społeczeństwa. Chociaż może tym razem poza Brytyjczykami?...
sobota, 15 marca 2025
Cazenove, Maury: Zombiaczek. Tom 2. Bez serca
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Danie z zombie
Smutny obrazek w tomiku, w którym śmierć jest wszechobecna, pojawia się tylko raz. Margotka, nastolatka, która jest w gruncie rzeczy całkiem zwyczajną dziewczyną rozmiłowaną w modzie gotów, wraca po swoje rzeczy do rodzinnego domu. I przekonuje się, że nic się nie zmieniło: nieobecni w kadrach rodzice wciąż obrzucają się niewyszukanymi inwektywami i tworzą patologiczne stadło – nic dziwnego, że dziewczynie lepiej jest wśród nieboszczyków i przy Zombiaczku. Margotka to dziewczyna wrażliwa, wciąż pisze – ale też angażuje się w codzienność zombie. Obserwuje, śmieje się z przyjaciół, ale przede wszystkim funkcjonuje już bez stresów. Na cmentarzu jej dobrze, nawet jeśli ktoś sadzi zombie, żeby mieć posiłek, a Zombiaczek w przypływie głodu działa jak kosiarka. Tu śmierć jest codziennością – a posiłki bywają jeszcze w momencie ugryzienia żywe, po czym po paru kadrach nic z nich nie zostaje.
Cazenove i Maury nie zamierzają jednak epatować turpizmem. Bawią się czarnym humorem, wykorzystują tematy rzadko eksploatowane w satyrycznych pomysłach. Uczą dystansu i innego spojrzenia na problemy. Śmierć śmieszy – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale w drugim tomie serii Zombiaczek nie wystarczy już kontrast między rzeczywistością znaną odbiorcom a tą, którą wybiera na swój dom Margotka. Dziwności – chociaż wciąż wypełniają kadry – to za mało, żeby przyciągnąć uwagę. Dlatego też autor wprowadza potężną rywalkę bohaterki. Wysoka niebieska kobieta zombie jest jak superbohaterka, radzi sobie z każdym wyzwaniem i nikt z nią nie wygra. Gorzej, że nowa postać podporządkowuje sobie Zombiaczka – a przecież to miał być ukochany Margotki. Walka o serce Zombiaczka trwa i będzie wymagała pomysłowości, Margotka na szczęście nie podda się w walce o swoje marzenia. Zombiaczek jako taki nie jest ani piękny, ani dobry, ani niezwykły – a jednak to w tym bohaterze durzy się Margotka. Odbiorcom nie trzeba będzie tłumaczyć tych zawiłości. Z jednej strony jest tu codzienność, w której epatuje się śmiercią, z drugiej – bliskie zagrożenie powiązane z nowym rozkładem sił. Na cmentarzu nie ma mowy o nudzie. Cazenove stawia na to, co wiele razy się już sprawdziło: jednostronicowe opowieści komiksowe, w których puenty wybrzmiewają silnie. Liczy się rozrywka i czasami szokowanie czytelników za sprawą wyjaśniania im zawiłości zwyczajów zombie. Lepiej tego komiksu nie czytać przy jedzeniu, bo niekiedy autor planuje obrazowe przedstawienie ofiar (czyli posiłków), nie boi się prezentowania ohydy i brzydoty, zależy mu na odejściu od tego, co faktycznie przerażające – czyli od obecności innych ludzi. Przeważnie owi inni, kiedy trafiają do fabuły, pełnią funkcję posiłków dla zombie. Przed śmiercią czeka ich trochę strachu, po śmierci – nic atrakcyjnego. W tym świecie odnaleźć się może wyłącznie ktoś, kto z żywymi nie mógł się porozumieć. Zombiaczek to wykorzystanie satyryczne tematu śmierci – bardzo udane, chociaż raczej dla nieco starszych czytelników. Tu trzeba pamiętać o wykorzystaniu konwencji dla czystej rozrywki – czarny humor sprawdza się zwłaszcza dzięki ucieczce od tego, co prawdopodobne i eksponowaniu tego, co niezwykłe.
Danie z zombie
Smutny obrazek w tomiku, w którym śmierć jest wszechobecna, pojawia się tylko raz. Margotka, nastolatka, która jest w gruncie rzeczy całkiem zwyczajną dziewczyną rozmiłowaną w modzie gotów, wraca po swoje rzeczy do rodzinnego domu. I przekonuje się, że nic się nie zmieniło: nieobecni w kadrach rodzice wciąż obrzucają się niewyszukanymi inwektywami i tworzą patologiczne stadło – nic dziwnego, że dziewczynie lepiej jest wśród nieboszczyków i przy Zombiaczku. Margotka to dziewczyna wrażliwa, wciąż pisze – ale też angażuje się w codzienność zombie. Obserwuje, śmieje się z przyjaciół, ale przede wszystkim funkcjonuje już bez stresów. Na cmentarzu jej dobrze, nawet jeśli ktoś sadzi zombie, żeby mieć posiłek, a Zombiaczek w przypływie głodu działa jak kosiarka. Tu śmierć jest codziennością – a posiłki bywają jeszcze w momencie ugryzienia żywe, po czym po paru kadrach nic z nich nie zostaje.
Cazenove i Maury nie zamierzają jednak epatować turpizmem. Bawią się czarnym humorem, wykorzystują tematy rzadko eksploatowane w satyrycznych pomysłach. Uczą dystansu i innego spojrzenia na problemy. Śmierć śmieszy – nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ale w drugim tomie serii Zombiaczek nie wystarczy już kontrast między rzeczywistością znaną odbiorcom a tą, którą wybiera na swój dom Margotka. Dziwności – chociaż wciąż wypełniają kadry – to za mało, żeby przyciągnąć uwagę. Dlatego też autor wprowadza potężną rywalkę bohaterki. Wysoka niebieska kobieta zombie jest jak superbohaterka, radzi sobie z każdym wyzwaniem i nikt z nią nie wygra. Gorzej, że nowa postać podporządkowuje sobie Zombiaczka – a przecież to miał być ukochany Margotki. Walka o serce Zombiaczka trwa i będzie wymagała pomysłowości, Margotka na szczęście nie podda się w walce o swoje marzenia. Zombiaczek jako taki nie jest ani piękny, ani dobry, ani niezwykły – a jednak to w tym bohaterze durzy się Margotka. Odbiorcom nie trzeba będzie tłumaczyć tych zawiłości. Z jednej strony jest tu codzienność, w której epatuje się śmiercią, z drugiej – bliskie zagrożenie powiązane z nowym rozkładem sił. Na cmentarzu nie ma mowy o nudzie. Cazenove stawia na to, co wiele razy się już sprawdziło: jednostronicowe opowieści komiksowe, w których puenty wybrzmiewają silnie. Liczy się rozrywka i czasami szokowanie czytelników za sprawą wyjaśniania im zawiłości zwyczajów zombie. Lepiej tego komiksu nie czytać przy jedzeniu, bo niekiedy autor planuje obrazowe przedstawienie ofiar (czyli posiłków), nie boi się prezentowania ohydy i brzydoty, zależy mu na odejściu od tego, co faktycznie przerażające – czyli od obecności innych ludzi. Przeważnie owi inni, kiedy trafiają do fabuły, pełnią funkcję posiłków dla zombie. Przed śmiercią czeka ich trochę strachu, po śmierci – nic atrakcyjnego. W tym świecie odnaleźć się może wyłącznie ktoś, kto z żywymi nie mógł się porozumieć. Zombiaczek to wykorzystanie satyryczne tematu śmierci – bardzo udane, chociaż raczej dla nieco starszych czytelników. Tu trzeba pamiętać o wykorzystaniu konwencji dla czystej rozrywki – czarny humor sprawdza się zwłaszcza dzięki ucieczce od tego, co prawdopodobne i eksponowaniu tego, co niezwykłe.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






