* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozoficzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozoficzne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 listopada 2025

Umberto Eco: Rozważania niepoważne

Noir sur Blanc, Warszawa 2025.

Na marginesie

Nie jest to zaskakujący przypadek, nie jest jednostkowy ani dziwny: oto wybitny twórca, znudzony podczas konferencji czy spotkań, wymyśla sobie intelektualną rozrywkę dostarczającą czystej radości. Zjawisko dość powszechne, chociaż nie każda twórczość z marginesów dotrze do świadomości szerokiego grona odbiorców. W przypadku „Rozważań niepoważnych” (spora część tych tekstów pojawiła się na polskim rynku w innej publikacji ponad dwie dekady temu) liczy się nie tylko zestaw humorystycznych streszczeń i zabaw, ale też popis translatorski. Książka, którą czytelnicy otrzymują, przyda się zwłaszcza amatorom filozofii – wszyscy ci, którzy z filozofią nie mieli wcześniej do czynienia, powinni zacząć od końca, to jest od wyjaśnień Tomasza Stawiszyńskiego. Tomasz Stawiszyński bowiem przygotowuje krótkie i celne omówienia dotyczące poszczególnych – pojawiających się w tomie – postaci, tak, żeby czytelnicy zyskali kontekst żartu i mogli go właściwie docenić.

„Rozważania niepoważne” to zestaw rymowanek poświęconych najpierw filozofom, później też wielkim pisarzom. W rymowankach liczy się przede wszystkim dystans, zebranie najważniejszych tez lub osiągnięć i przepuszczenie ich przez filtr ironii, tak, żeby łatwiej zapadały w pamięć czytelnikom. Nieprzypadkowo z tego zbiorku – jak głosi wprowadzenie autora – niektórzy uczyli się do egzaminów z filozofii. Można i tak, ale żeby czerpać przyjemność z zabaw literackich, trzeba najpierw zagłębić się w przesłania i znaczenia i wiedzieć, z czego śmieje się autor. Dopiero wtedy da się odkrywać źródła dowcipu – i go docenić. Umberto Eco niczego tu nie musi osiągać, na pewno dałoby się bardziej skondensować frazy, znaleźć celniejsze omówienia albo przywołać jeszcze bardziej czytelne dla ogółu odnośniki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zamienić znane – interesującym się filozofią – motywy w literacki żart. Czy ten żart wytrzyma proces przekładu to już inna kwestia – i ocenią to sami czytelnicy, kiedy zostaną zaskoczeni wybranymi frazami. Zapewne nie wszystkie ich olśnią czy zachwycą, ale znajdzie się parę wyjątkowych. „Rozważania niepoważne” przeplatane są jeszcze ilustracjami – znów rysunki satyryczne dotyczące filozofii wymagają znajomości tematu, choćby pobieżnej, ale pokazują też potencjał komizmotwórczy tkwiący w tym właśnie zakresie tematycznym. Umberto Eco funduje swoim czytelnikom skrócony przegląd odkryć i fascynacji, a przy okazji pokazuje, jak można zabijać czas intelektualnymi rozrywkami.

„Rozważania niepoważne” to także książka dla tych wszystkich, którzy potrzebują przewodnika po filozofii na szybko – chcą się zorientować, o co chodziło jakim myślicielom – i wtedy nie będzie się w ogóle szukać żartów ani śladów zabaw, a jedynie strzępków informacji do wynotowania i zapamiętania. Umberto Eco zdaje sobie sprawę, że można na różne sposoby tę akurat książkę odbierać – i sam we wstępie to czytelnikom przekazuje. Dzieli się wytworami, które miały być efemeryczne i wydane w niewielkim nakładzie, ale za sprawą zainteresowania szerokiego grona odbiorców rozrosły się i stanowią teraz ciekawy dodatek do twórczości.

wtorek, 29 października 2024

Tomasz Stawiszyński: Powrót fatum

Znak, Kraków 2024.

Zależności

Punkt wyjścia jest w tej książce taki, że przyciągnie odbiorców, bez względu na ich upodobania do gatunku. Tomasz Stawiszyński bowiem zauważa ciekawą prawidłowość: ludzie, niezależnie od tego, ku jakiej opcji się skłaniają: tłumaczeniu świata przez religię, przez naukę czy przez ezoterykę – rozmijają się ze sobą, nie mają płaszczyzny porozumienia, ale też nie szukają miejsca na dialog. W ogóle go nie podejmują. I w związku z tym, chociaż chodzi im w gruncie rzeczy o to samo – o znalezienie wytłumaczenia sensu istnienia – nie mogą się ze sobą dogadać. „Powrót fatum” to opowieść o dzisiejszym poszukiwaniu postaw i autorytetów – ale przefiltrowana przez możliwości. Upadek religii jako wzorca funkcjonowania wiąże się nie z odejściem społeczeństwa w stronę nauki, a w stronę „magii”. Niektórzy bardzo poważnie traktują wszelkiego rodzaju horoskopy, pomysły z astrologii, wróżby itp. Nie chcą jednak pogodzić się z odkryciami naukowymi – jako wyrocznię traktują wróżbitów i samozwańczych uzdrowicieli. A przecież przedstawiciele wszystkich trzech grup potrzebują najbardziej punktu oparcia, świadomości, że istnieje jakaś odgórna siła, która wszystkim kieruje i która nie pozwoli na nadejście chaosu. Im trudniej jest ludziom, tym chętniej wypatrują szansy na receptę na życie i istnienie.

Ale chociaż trójpodział książki wynika z trafnego osądu rzeczywistości, to nie jest źródłem wiedzy. W części poświęconej nauce liczy się przede wszystkim przypadek, świadomość niewiedzy, która ogólnie nie może dać pocieszenia ani spokoju, ale prowadzi do udoskonalania świata. Rozwój technologiczny wynika właśnie z pogoni za wiedzą, z uzmysłowienia sobie, że wie się wciąż za mało. W przypadku ezoteryki bardzo łatwo jest wpaść w tony krytyczne i wyśmiewać zjawisko – jednak Tomasz Stawiszyński umiejętnie operuje ironią, nie przesadza w niej, a pozwala czytelnikom samodzielnie wyciągać wnioski z lektury. Teorie okultystyczne i astrologiczne szaleństwo podważają same siebie – ale funkcjonują jako narzędzie pocieszania i tego autor nie kwestionuje. Tłumaczy dzięki odwołaniom do ezoteryki ludzką potrzebę posiadania schematu funkcjonowania – nieważne, że ów schemat nie ma racjonalnych podstaw, że się nie sprawdzi, że łatwo go podważyć albo wręcz wyśmiać – spełnia swoją rolę w pozaracjonalnej przestrzeni. Dla tych, którzy nie chcą uważać życia za przypadek (do czego przekonuje nauka) albo do działania fatum (do czego sprowadza się ezoteryka), zostaje religia. I czyta autor chrześcijaństwo jako szansę na ucieczkę od strachu. „Powrót fatum” to książka z esejami filozoficznymi, które bardzo dobrze naświetlają dzisiejszą rzeczywistość – i dzięki temu dla odbiorców będą najbardziej atrakcyjne. Można tu nie tylko sprawdzić, jakie pułapki czyhają na tych, którzy potrzebują wsparcia – ale też jak wygląda kondycja dzisiejszego społeczeństwa. Stawiszyński proponuje zestaw przemyśleń, które zachwycają trafnością i możliwością charakteryzowania współczesności. Mało tego: eseje, które Tomasz Stawiszyński proponuje, są ciekawie napisane, ta narracja ma dobry rytm – teksty funkcjonują niemal jak felietony.

czwartek, 29 sierpnia 2024

Marcin Król: Podróż romantyczna

Iskry, Warszawa 2024.

Analiza rodaków

Książka ważna, książka zapomniana. Marcin Król w świadomości odbiorców funkcjonuje, chociaż niekoniecznie jako autor „Podróży romantycznej” – nie tylko ze względu na perypetie wydawnicze, ale też przemiany pokoleniowe, które młodszych od tego typu lektur zwykle odstraszają. Mowa tu bowiem o historii i o polityce, o splotach fikcji i rzeczywistości, które później przekładają się na obraz społeczeństwa. I nawet trafność uwag czy spostrzeżeń zawartych w rozłożystym eseju nie poszerzy kręgu czytelników: „Podróż romantyczna” jest erudycyjna i nie pozwala na płytką, pospieszną i bezrefleksyjną lekturę. Autor zamierza czytelnikom pokazać, jak kształtuje się świadomość narodowa i od jakich pułapek wolna nie jest. Mierzy się nie tylko z zestawem obserwacji czynionych w latach 80. XX wieku – jako przenikliwym tu i teraz, ale też z całym wachlarzem podsumowań i komentarzy tworzonych przez literatów czy myślicieli. Obala mity, ale najpierw przedstawia ich fundamenty, sprawdza, na czym zostały wzniesione. Wydaje surowe oceny dotyczące najgorszej strony polskości, pyta o moralność i o przyczyny kolejnych wyborów. Jednocześnie bardzo trafnie (chociaż gorzko) podsumowuje tendencję choćby do upodobania do spisków. Przygląda się rzeczywistości polskiej przez pryzmat romantycznych ideałów i fantazji – analizuje dychotomiczne podziały, które kształtują tożsamość narodową, przynajmniej w jej podstawowej, spopularyzowanej i pospolitej równocześnie wersji. Odczytuje romantyków po to, by znaleźć w nich klucz do zrozumienia rzeczywistości – i takie narzędzia od czasu do czasu prezentuje też czytelnikom, zamienia ich w świadomych wad i problemów. Uczy rozumienia procesu tworzenia się historii: zupełnie jakby wierzył, że nadbudowa z sentymentów i nadziei mogła ulec przemianie po wyjaśnieniu najbardziej czytelnych błędów. Podejmuje ryzyko krytykowania i naprostowywania, ale też raczej zdaje sobie sprawę z bezsensowności podobnych działań – przecież nic się przez wieki w mentalności ludzi nie zmienia.

Przeglądanie się w lustrze, jakie podsuwa Marcin Król, wygodne ani miłe nie jest, bo też i nie może być – skoro autor dostrzega i piętnuje zestaw narodowych pomyłek. Stawia przecież na praktyczność, a tej w kolejnych działaniach, zwłaszcza zrywach ogólnokrajowych, trudno się dopatrywać. Król widzi, co dzieje się z wielkimi tradycjami i z zestawem przekonań chętnie wykorzystywanych w roli politycznego oręża dowolnej strony sceny. Widzi, przestrzega, ale też zdaje sobie sprawę z braku możliwości dotarcia do sumień. Polacy – to zjawisko nie do przekształcenia na drodze rozumowej. Owszem, znajduje autor cały zestaw rozwiązań, tyle tylko, że świadomy jest ich nieprzydatności w kontekście polskiej „wiedzy”. Od literatów przechodzi do filozofów, od filozofów do wiary – wszystko po to, żeby uchwycić i wypunktować potrzebne zmiany. Nakreśla wprawdzie pewną szansę na ocalenie – ale jej sukces uwarunkowany jest od samego społeczeństwa, które potrzeb metamorfozy nie zauważa. W „Podróży romantycznej” zatem ściera się erudycja i intertekstualność z absolutnym odrzuceniem ideałów przez tych, którzy ocenie podlegają. Marcin Król nie może ratować – może jedynie naświetlać to, co już zostało powiedziane, przypominać i konfrontować opinie, żeby z takiego zestawu wyłoniła się esencja natury Polaka w kontekście wypracowanych przez romantyków postaw.

czwartek, 1 września 2022

Daniel Simpson: Prawda jogi. Przewodnik po historii, filozofii, praktyce

Czarna Owca, Warszawa 2022.

Duchowość ciała

Moda na jogę wybuchła nagle i ogarnęła szerokie rzesze ludzi, którzy dzięki ćwiczeniom odkryli drogę do aktywności fizycznej. Masy raczej nie zastanawiają się nad duchowymi aspektami jogi: ćwiczą, ale nie zagłębiają się w całą filozofię zjawiska, zresztą trudno o dobrych nauczycieli, którzy poprowadziliby w tej sferze laików. Dlatego też powszechnie traktuje się jogę jako alternatywę wobec aerobiku czy gimnastyki: kierowanie się modą jeszcze ułatwia podjęcie decyzji o rozpoczęciu praktyk. Daniel Simpson postanawia jednak przygotować podręcznik dla tych, którym porcja ćwiczeń fizycznych nie wystarczy - bez względu na to, czy dążą oni do osiągnięcia perfekcji w jakimś aspekcie na matach, czy szukają wyciszenia i odpoczynku od codziennego zabiegania - prowadzi wywód na temat całej teoretycznej podbudowy jogi, tak, żeby zainteresowani odbiorcy mogli od razu zająć się analizami i komentarzami pozbawionymi komplikacji. Sam autor zdaje sobie sprawę z tego, że nawet tłumaczenia mogą wprowadzać chaos, wie doskonale, że różnice w przekładach prowadzą często do zniechęcenia tych, którzy na własną rękę chcieliby zajmować się filozofią jogi. Stara się zatem przeprowadzić przez proces poznawania przeszłości i teraźniejszości jogi, obalać mity i rozwiewać wątpliwości odbiorców. Zapewnia im rzetelną opowieść, w której aspekty praktyczne schodzą na daleki plan. To, czym zwykle nie zajmują się nauczyciele w licznie powstających szkołach jogi, zyskuje tutaj rozwinięcie i omówienie - tak, żeby odbiorcy mogli liczyć na uzupełnienie swoich praktyk.

Wyjaśnia Daniel Simpson, na czym polega joga i czym zajmują się jogini, jak wyglądają ich wyrzeczenia i podporządkowywanie się praktykom medytacyjnym. Odnosi się do sytuacji ekstremalnych i zjawisk, które raczej nie staną się udziałem masowych odbiorców zafascynowanych modą - ale dzięki temu może chociaż trochę przybliżyć historię jogi i zwrócić uwagę na pomijane obecnie aspekty. Zajmuje się opowiadaniem o mantrach i o naukach wyłuskiwanych ze świętych źródeł, o sposobach na wyzwolenie i o rytuałach powiązanych z praktykowaniem jogi. Odwraca znaczenia: pozycje jogi są tu wręcz nieistotne, liczy się to, co pozwala na uporządkowanie wiedzy i przekonanie do filozofii. Oznacza to jednocześnie, że lektura będzie raczej dla ambitnych czytelników i tych, którzy potrzebują przewodnika duchowego - niekoniecznie dla przypadkowych odbiorców trafiających za namową znajomych na kursy jogi. Nie ma tu przecież wskazówek, jak wybierać nauczyciela i czym kierować się przy ocenianiu dostępnych kursów: ścieżka duchowa to coś, co każdy musi odkryć dla siebie samodzielnie. Daniel Simpson skupia się na przybliżaniu najważniejszych przesłań związanych z uprawianiem jogi, od czasu do czasu skłaniając się też ku sprawom nurtującym także szerokie grono odbiorców (jak w przypadku seksu tantrycznego, któremu poświęca kilka akapitów dla porządku). Szuka przepisu na poprowadzenie czytelników zainteresowanych tematem filozofii i praktyk wywodzących się ze starożytnych Indii.

piątek, 4 lutego 2022

Thich Nhat Hanh: Cisza

Czarna Owca, Warszawa 2022.

Uważność do potęgi

Po raz kolejny na rynku pojawia się pochwała uważności, tom (niewielki objętościowo, w odróżnieniu od pierwszych propozycji w tym temacie) polegający na nakłanianiu odbiorców do medytacji i trenowania uważności. "Cisza" to przygotowana przez buddyjskiego mnicha przemowa motywująca do wprowadzenia w życie potrzebnych zmian. Nie ma tu porządkowania medytacji od strony technicznej, raczej podpowiedzi, jak oczyścić umysł, żeby móc wprowadzić w życie efekt uważności. To właściwie miniwykłady dotyczące wyciszania się: autor pokazuje, jak nie bać się ciszy, jak wyłączyć "radio Myślotok" i jak doprowadzić do ładu wrażenia zmysłowe. Przypomina o tym, co ogólnie znane: jak negatywne myśli mogą wpływać na zdrowie i po co otaczać się dobrem, a zrezygnować z tego, co minorowe. "Cisza" to próba nauczenia odbiorców stanu prowadzącego do medytacji. Już same uwagi zamieszczone w książce mogą zostać potraktowane jak wprowadzenie do treningu uważności, Thich Nhat Hanh pisze tak, by zainspirować czytelników. Nie zarzuca ich szczegółami ani konkretami, chociaż co pewien czas wprowadza tezy, które dadzą się przełożyć na lepsze rozumienie uważności jako takiej - przybliża świat za pomocą dźwięków i bezdźwięków, prowadzi do tego, żeby tytułowa cisza nabrała charakteru i była rozumiana przez wszystkich. Przygotowuje także na to, co nastąpi po wyłączeniu hałasów i zakłóceń z otoczenia: wie, że nie wszyscy odbiorcy potrafią przyjąć stan ciszy i wsłuchiwać się w samych siebie, zwłaszcza dzisiaj, gdy dominuje konsumpcyjny styl życia i zabieganie. Tu cisza ma wyjątkowe znaczenie - i autor do uwypuklenia go dąży. Przez cały tom prowadzi narrację łagodnie i bez prawienia morałów, odbiorcy mają potraktować go jak przewodnika po świecie uważności. Zrozumieją, dlaczego uważność jest tak istotna w codziennym życiu - i co da im praktykowanie takiej sztuki. Nie wprowadza wrażenia wyjątkowości czy zagłębiania się w różne aspekty duchowości, stara się, żeby książka mogła przekonać jak najszerszą grupę odbiorców - i w związku z tym rezygnuje z tematów pobocznych. "Cisza" koncentruje się na wyciszeniu, na osobistym doznaniu każdego z odbiorców. Analizuje indywidualne przeżycia i odnosi się do tego, co może być dla czytelników niezrozumiałe, zaskakujące czy po prostu nowe - szuka wyjaśnień i komentarzy nastawiających na konkretne reakcje. "Cisza" to tom, który wydaje się - w dobie zalewu poradników kioskowych i tych dotyczących samorozwoju - relacją rozmytą i przegadaną, pozbawioną rzeczowości i niezbyt esencjonalną. A przecież na tym polega jej istota, książka ma pokazać, czym zająć myśli i na czym się skupić, kiedy będzie się próbowało wprowadzić w życie niełatwy obecnie trening uważności.

piątek, 21 stycznia 2022

Tomasz S. Markiewka: Zmienić świat raz jeszcze

Czarna Owca, Warszawa 2021.

Katastrofa

Jest to książka, która - ze względu na stopień ogólności - raczej podsunie czytelnikom materiały do refleksji nad kondycją dzisiejszego świata niż recepty i rozwiązania najbardziej prawdopodobnych kryzysów. Tomasz S. Markiewka zastanawia się bowiem nad kłopotami, które ściąga na siebie ludzkość w wymiarze globalnym, za to nie zajmuje się tym, co jednostka może zrobić dla poprawy sytuacji. Wieszczy i podkreśla trafność dramatycznych ocen w oparciu o konkretne wydarzenia (na przykład obecną pandemię). Usiłuje przekonać odbiorców, że należy zadbać o klimat i skupić się na wprowadzaniu zmian o charakterze ponadlokalnym, żeby móc uratować świat. Łączy przy okazji kwestie natury z polityką - i tym może największą liczbę czytelników przyciągnąć. "Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat" to opowieść o ludzkiej nonszalancji i o koniecznych zmianach w mentalności społeczeństw. Katastrofę klimatyczną można zatrzymać - albo spowolnić - pod warunkiem przeniesienia dyskusji i wdrażanych rozwiązań na poziom władzy. Zwłaszcza że konsekwencje konkretnych wyborów spadną na całe kraje. Dostrzega autor, jakie działania wyzwalają efekt domina - i może wyczulić na to czytelników. Nie może jednak podsunąć im prostych narzędzi do rozwiązywania najbardziej palących problemów. Samo zmuszenie do myślenia nad kierunkiem działań to nie wszystko - musiałby Tomasz S. Markiewka dotrzeć przede wszystkim do najbardziej wpływowych polityków, a później... nakłonić ich do filozoficznego spojrzenia na rzeczywistość. Ponieważ to raczej nierealne, pozostaje mu tylko uświadamianie społeczeństwa w kwestii zagrożeń i źródeł kryzysów. Omawia autor kolejne zjawiska kształtujące dzisiejsze myślenie o klimacie - i rozprawia się z idealistycznymi wizjami (między innymi z modelem "etycznej konsumpcji". Pokazuje mechanizmy rozumowania zwykłych ludzi, prowadzące do wybierania niekoniecznie skutecznych strategii działania. Rejestruje błędy poznawcze i politykę firm, które tylko udają proekologiczne. Wyczula na niebezpieczeństwa - a jednocześnie nie może zapewnić prostego przepisu na to, by uciec od zagrożenia na skalę światową. Filozofię łączy z politologią, a wszystko podlewa jeszcze sosem z etyki, żeby wstrząsnąć odbiorcami i przekonać ich, że zmiany są konieczne - ale zmiany na szczeblu władz, a nie tylko w zachowaniach przeciętnego obywatela. Podnosi do dyskusji wielkie kategorie (choćby ideę dobra wspólnego), posługuje się określonym systemem wartości - nie zauważając, że pieniądz wyparł już część kategorii. Najgorsze jest to, że nawet jeśli znajdzie jakiś czynnik, który mógłby pomóc w dbaniu o środowisko - okazuje się on nierealny do zastosowania w praktyce, bez odgórnych mechanizmów regulujących wybory zwykłych ludzi. I tu prawdopodobnie pojawi się impas. "Zmienić świat raz jeszcze" to zatem nawoływanie do koniecznych modyfikacji codziennych przyzwyczajeń - ale wołanie, które samo w sobie efektów nie przyniesie, co najwyżej jeszcze bardziej przygnębi najzagorzalszych ekologów. Tomasz S. Markiewka pokazuje, jak polityka wpływać będzie na naturę - i raczej nie ma dla odbiorców budujących wniosków.

wtorek, 14 grudnia 2021

Karolina Lewestam: Mała Księżniczka

W.A.B., Warszawa 2021.

Równouprawnienie

Jest to książka, która łączy inspirację "Małym Księciem" i nawiązań do Exupery'ego nie ukrywa w żaden sposób, także w warstwie graficznej - z rynkowymi trendami. I chociaż takie działania zwykle obarczone są ogromnym ryzykiem, bo szalenie łatwo jest zepsuć efekt i rozczarować fanów oryginalnej historii, Karolina Lewestam nawet nieźle radzi sobie z zadaniem. Amelia Earhart, od dziecka pasjonująca się tematem latania - jako dorosła pilotuje samoloty. Pewnego dnia rozbija się na bezludnej wyspie. Nie jest w stanie samodzielnie naprawić maszyny - brakuje jej części, nie udaje się też nawiązać radiowej łączności i wezwać pomocy. Amelia, która czuje się samotna - zostaje wówczas poproszona przez małą dziewczynkę - Małą Księżniczkę - o narysowanie jednorożca. I tak autorka będzie podążać za fabułą "Małego Księcia", rozszerzając i modyfikując narrację. Namalowanie jednorożca w pudełku wcale nie rozwiązuje problemu: to, co usatysfakcjonowało Małego Księcia, tutaj się nie sprawdza. W dodatku dziewczynka zyskuje miejsce do wprowadzenia ważnego komentarza: "jak ktoś nie chce rysować jednorożca, powinien powiedzieć od razu". Takich stwierdzeń i podsumowań - które może nie mają lekkości aforyzmów, ale wprowadzają ważne zagadnienia z zakresu relacji międzyludzkich i asertywności - znajdzie się w książce znacznie więcej. Mała Księżniczka na swojej malutkiej planecie ma Tulipana - pielęgnuje go i usługuje mu, chociaż w zamian otrzymuje tylko kaprysy i narzekania. Kiedy decyduje się opuścić planetę - bo dusi się w relacji z marudzącym kwiatkiem - trafia na kolejne planety i poznaje ich mieszkańców. Oś fabularna nie zaskoczy: to realizacja punktów z "Małego Księcia", tyle że w bardziej rozbudowanej narracyjnie wersji. Oczywiście same spotkania też wypadają inaczej, bo autorka nie powtarza już raz wymyślonych rozwiązań i przesłań. Szuka natomiast przestrzeni, by przedstawiać czytelnikom ważne w procesie wychowywania dziewczynek prawdy. Chce, żeby małe czytelniczki stały się samodzielne, pewne siebie i niepodatne na wpływy z zewnątrz. Wdrukowuje im zasady zachowania i postępowania, przypomina o wewnętrznej sile. To książka, która pozwala uwierzyć we własne możliwości oraz wypracować odpowiednie postawy - w oparciu o przesłania płynące z tomiku "Mała Księżniczka". Karolina Lewestam wplata celne podpowiedzi do historii, skłania do przemyśleń i czasem po prostu zmusza do walki o siebie. Zależy jej na tym, żeby czytelniczki nie dawały się zaszufladkować, żeby miały odwagę marzyć i żyć po swojemu - do tego potrzebna jej postać Małej Księżniczki.

Oczywiście wszystkie te relacje i komentarze wypadałyby jeszcze silniej, gdyby były wplecione w zupełnie samodzielną opowieść - nawet hołd składany klasycznej lekturze nie zapewni trwałości tej publikacji na rynku. Karolina Lewestam nie zawiedzie nawet sceptycznie nastawionych do "kontynuacji" i pastiszy czytelników - jednak będzie tylko autorką książki wtórnej. A przecież ma sporo do powiedzenia, zabrakło jej tylko spoiwa, pomysłu na kształt całej książki w oderwaniu od powszechnie znanej lektury. Autorzy kontynuacji zawsze skazują się na zapomnienie - a "Mała Księżniczka" na takie zapomnienie zdecydowanie nie zasługuje.

niedziela, 7 listopada 2021

Adam Rutherford: Tak samo inni. Dlaczego rasizm jest bez sensu

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Geny

Adam Rutheford stawia na filozoficzne wyjaśnienie bezsensu zjawiska rasizmu. Tom „Tak samo inni. Dlaczego rasizm jest bez sensu” to dość długi wywód pokazujący, jak funkcjonują ludzie – i dlaczego nie da się wyznaczyć granic „ras”. Autor opiera książkę na tezie, że każdy człowiek jest inny – ma wspólne geny z najbliższymi, dzieli po połowie pulę genotypową rodziców, jednak nie jest możliwe wskazanie punktów wspólnych pokazujących zjawisko rasy. Owszem, można zwrócić uwagę na oczywiste i wyłapywalne na pierwszy rzut oka różnice w kolorze skóry czy proporcjach w rysach twarzy – ale przecież żaden z tych motywów nie powinien prowadzić do kategoryzowania i dzielenia ludzi. Adam Rutheford podchodzi do tematu od strony filozoficznej, przekonuje w zasadzie już przekonanych, przypominając im, dlaczego nie powinno się postępować według stereotypów. Z kolei dla nieprzekonanych nie ma wiele: „Tak samo inni” to książka wypełniona analizami z perspektywy biologii i genetyki. Autor przygląda się badaniom DNA (także tym historycznym) i przypomina, że nikt z ludzi nie może czuć się lepszy od innych: nie ma do takiego zachowania podstaw. I nawet jeśli zdarza się, że jakaś choroba dotyka w większym stopniu konkretną grupę „rasową”, nie można mówić o rasizmie nawet w wymiarze biologii.

Można przy tej lekturze zatęsknić za podejściem psychologicznym: brakuje tutaj prób wyjaśniania, dlaczego w ogóle ktoś posługuje się rasistowskimi kliszami, skąd popularność takich postaw i dlaczego niektórzy nie dostrzegają niewłaściwości tego typu kategoryzacji. Zupełnie jakby Adam Rutherford – który przecież wie, że nie da się na drodze racjonalnej przekonać zwolennika teorii spiskowych do przyjęcia naukowych wywodów (bo sam o tym pisze) – nie zamierzał wnikać w umysły agresorów i odcinał się od nich. Wybiera argumenty na bazie nauki – podczas gdy walczy z emocjami. W tym rozedrganiu pojawia się dysonans dla czytelników – autor niby przekonuje, a jednak nie chce docierać do źródła problemu, unika jego charakterystyki, która prowadziłaby – być może – do stworzenia rzeczywistych płaszczyzn dialogu. Bardziej zamierza pokazać to, co zaznaczone w tytule, niż zmienić sposób podejścia do innych – i w tym wszystkim traci miejsce na szansę wprowadzenia zmian. Rasizm funkcjonuje tu wyłącznie jako bezpodstawne wytykanie zmian na płaszczyźnie biologii – a przecież nie w tym rzecz. Dobrze, że Rutherford pokazuje brak logiki w postawach rasistowskich – ale szkoda, że nie pokusił się jeszcze dodatkowo o wskazówki, jak powstrzymać to zjawisko. Czytelnikom dostarcza materiału do refleksji, przekonuje, że nie można oceniać nikogo po wyglądzie – ale do takiej lektury rasiści nie dotrą.

piątek, 3 września 2021

Maxime Rovere: Co zrobić z idiotami. I jak samemu nie wyjść na idiotę.

Znak, Kraków 2021.

Dla zirytowanych

Maxime Rovere wybiera sobie chwytliwy tytuł książki: „Co zrobić z idiotami i jak samemu nie wyjść na idiotę” to lektura bardziej filozoficzna niż poradnikowa, autor zatrzymuje się na paradoksach związanych z obecnością idiotów w społeczeństwie i w dobie poprawności politycznej decyduje się poruszyć temat nośny i chwytliwy. Uznaje, że idiotą nie jest się stale, a bywa w określonych okolicznościach (oczywiście niektórym wychodzi to lepiej niż innym), ale zastanawia się też nad tym, jak nie wpaść w pułapkę. Wiadomo bowiem, że kto zadaje się z idiotą, zostaje błyskawicznie sprowadzony do jego poziomu – a w takiej potyczce nie ma dalej szans. Maxime Rovere analizuje znane wszystkim sytuacje, częściej jednak zajmuje się komentowaniem na okrągło przypadku, w którym człowiek myślący zostaje zbity z tropu przez logikę idioty. Notuje błędy w myśleniu o spotkaniach z idiotami, pokazuje, dlaczego ludzie nie potrafią poradzić sobie z tytułowymi bohaterami tomu. Przedstawia mechanizmy funkcjonujące w społeczeństwie. Dzięki temu będzie mógł uświadomić czytelnikom, że emocje, jakie przeżywają podczas takiego spotkania, nie należą do dziwnych czy nienaturalnych – wręcz przeciwnie, składają się na jasno określony schemat, dzięki któremu łatwiej będzie wypracować sobie strategie obronne. Maxime Rovere raczej ucieka od konkretów, jakby bał się, że przedstawianie ich wykluczy część czytelników książki (zupełnie jakby nie wierzył w inteligencję tych czytelników). Krótkie i ogólnikowe rozdziały podsumowuje jedną poradą, za każdym razem odnoszącą się do przeczytanych właśnie treści. W ten sposób próbuje połączyć filozofię i modę na lektury poradnikowe. Daje do myślenia – uczy refleksyjnego podejścia i zapewnia, że temat idiotyzmu wcale nie musi wiązać się ze spłycaniem narracji czy brakiem ambicji. Trzeba jednak lubować się w wywodach filozofów, żeby bezkrytycznie przechodzić przez tę opowieść. Części odbiorców będzie się wydawało, że autor jednak nie uchwycił dobrze zjawiska, części – że posługuje się prostymi chwytami. „Co zrobić z idiotami” to publikacja-przerywnik, książka, która nie wyczerpuje zagadnienia, za to może nasunąć odbiorcom sposoby postępowania w sytuacjach mało komfortowych. Na pewno można traktować tę pozycję jako ciekawostkę, część publiczności literackiej sięgnie po nią ze względu na tytuł (co tylko pokaże skalę zjawiska). Nie ma tu fajerwerków, pojawi się natomiast kilka celnych uwag, nad którymi warto się pochylić. A ponieważ większość ludzi zmęczonych idiotami chciałaby sprawić, żeby zmienili oni swoje postępowanie, Rovere podejmie się i takiego wyzwania, prezentując kilka podpowiedzi. Nie wiadomo, czy będą one skuteczne, ale zapewnią czytelnikom przynajmniej pozorną ochronę. Jedno jest pewne: idioci nie znikną nagle ze świata i trzeba po prostu nauczyć się z nimi żyć i dystansować od ich postaw – a to Maxime Rovere akurat całkiem nieźle komentuje. „Co zrobić z idiotami” to publikacja dla tych, którzy mają dość.

środa, 9 czerwca 2021

Sándor Márai: Śladami bogów

Czytelnik, Warszawa 2021.

Na wschód

Są takie książki podróżnicze, które się nie starzeją i mimo upływu czasu wciąż wywierają na czytelnikach silne wrażenie. Sándor Márai w zbiorze refleksji z wyprawy między innymi do Egiptu, Turcji, Syrii i Włoch urzeka odbiorców warsztatem pisarskim, ale też jakością spostrzeżeń. Jest w stanie z ciekawością przybysza przyglądać się każdemu przejawowi inności, odnotowywać egzotyczne motywy i pochylać się nad detalami, które na pewno nie znalazłyby się w przewodnikach. Pisze tak, by rejestrować ulotne chwile i nadawać im rangę przez sposób poprowadzenia narracji. Wprowadza bardzo malarskie opisy, atrakcyjne po dekadach – z uwagi na przesłania, a nie tylko proste obserwacje. Kiedy Sándor Márai podróżuje, to nie po to, żeby oglądać zabytki, a przynajmniej – nie tylko po to. Zależy mu natomiast na głębokim poznawaniu kultur, na analizowaniu zjawisk, których nie da się doświadczyć gdzie indziej. Jest mocno nastawiony na odczytywanie śladów przeszłości i na snucie narracji wykorzystującej wiedzę i własne wnioski. Zdarza się, że Sándor Márai długo rozwodzi się nad pojedynczą scenką i na niej opiera całe puenty. Pisze gęsto: oddaje słowami wszelkiego rodzaju zmysłowe wrażenia, interesuje go zestaw atrakcji nie w rozumieniu turystycznym – a filozoficznym. Kiedy w zadumie spogląda na swoje odkrycie, jest w stanie dojrzeć w nim rzeczy, których nie zauważy zwykły obieżyświat. Kieruje uwagę czytelników – tutaj widzów – na kolejne aspekty wydarzeń, dodaje do tego interpretacje. Zamienia się w iluzjonistę. Przenosi czytelników w konkretne miejsca i serwuje im zestawy wrażeń wyrazistych, a do tego – odkrywczych. Nie przemierza nieznanych szlaków, a jednak to, co powstaje na styku zwykłej podróży i kulturowego dziedzictwa owocuje niezwykłymi przeżyciami. „Śladami bogów” to książka bardzo przemyślana – eseje wprowadzane pod pretekstem odwiedzania kolejnych krajów wiążą się z możliwością przemycania wiadomości. Nigdy jednak po to, by po prostu pouczać czytelników. Márai postępuje zupełnie inaczej: zapewnia dawkę wiedzy i dawkę obrazów rozbudzających wyobraźnię, ale wyciąganie wniosków na temat tego połączenia w dużej części zostawia odbiorcom. Proponuje im szkice erudycyjne i głębokie, a jednak również takie, które nie przytłaczają i nie męczą nadmiarem danych. Wie, jak wyeksponować literackość, zestaw zmysłowych wrażeń. Dzięki temu „Śladami bogów” staje się piękną historią, nie świadectwem podróży czy kwerend, a literaturą w najlepszym znaczeniu tego słowa. Trudno się nie zachwycać tą publikacją – Márai funkcjonuje tu jako przewodnik po kulturze, jako dziennikarz, któremu nie umknie żadne przełomowe wydarzenie, ale także jako literat, który dostrzega urok detali oraz jako filozof, który na bazie zaobserwowanych wydarzeń – tych najmniej istotnych – jest w stanie stworzyć całą opowieść. Nic dziwnego, że mimo upływu czasu książka się nie starzeje - „Śladami bogów” powraca na rynek i wciąż może funkcjonować jako wielkie wydarzenie literackie.

czwartek, 27 lutego 2020

Ken Wilber: Śmiertelni nieśmiertelni

Czarna Owca, Warszawa 2019.

Odchodzenie

Niby podobna jest ta książka w przebiegu opowieści do standardowych ukazujących się na rynku historii z literatury chorobowej, a jednak inna przez ogromny nacisk kładziony na kwestię filozofii i medytacji w procesie oswajania się z problemami. Bohaterowie próbują przekonać odbiorców do swoich postaw życiowych – a ponieważ Ken Wilber znany jest nie z wywodów szpitalnych, a z psychologicznych i filozoficznych publikacji, tutaj również pozwala sobie na prezentację własnych zainteresowań. Czasami – przez publikowanie wywiadów lub ich fragmentów, czasami przez rozważania na tematy związane z wyznawanymi wartościami. Okazji do spowalniania fabuły (która wcale nie jest w tomie najważniejsza) będzie naprawdę wiele – jako że czymś trzeba wypełnić czas oczekiwania na diagnozy czy przełomy w leczeniu. A że w codzienności jest coraz trudniej – bohaterowie niekoniecznie i nie zawsze chcą dzielić się zmartwieniami. Chociaż i tak bywa ostro, „Śmiertelni nieśmiertelni” w pewnym momencie zamienia się w studium poważnego kryzysu w wydawałoby się sielankowym związku.

Najpierw – przesłodzenie, cukierkowość do przesady, aż nieznośna dla zwykłych odbiorców. Wiara w porozumienie dusz, w przeznaczenie czy w miłość od pierwszego wejrzenia jest tu eksponowana tak, że niemal zastępuje zwykłe prezentacje. Ken i Treya (jeszcze wtedy pod innym imieniem) nie przypominają o pożądaniu – skupiają się na duchowym aspekcie znajomości. Nie mają żadnych wątpliwości co do tego, że chcą być razem, po dziesięciu dniach są już zaręczeni. Baśniowość przerywa dość szybko informacja o guzku w piersi kobiety. To jeszcze nie budzi podejrzeń lekarzy – wszystko wskazuje na to, że Treya będzie mogła udać się na miesiąc miodowy, a po powrocie na spokojnie pozbyć się intruza. Tyle tylko, że w tym wypadku rutynowe zachowania nie mają sensu: nowotwór okazuje się złośliwy i agresywny, a krótko po pierwszej operacji Treya dowiaduje się, że choruje na kolejnego raka – również usytuowanego w piersi, jednak o innym charakterze niż poprzedni. I tak stopniowo coraz bardziej zanurza się w chorobie. Z pełnej życia i nadziei na wspaniałą przyszłość kobiety przed czterdziestką zamienia się w obiekt ciągłych badań. Swoje frustracje próbuje opanować za pomocą medytacji, której jest gorliwą wyznawczynią – ale z czasem jej postępowanie wobec partnera nabiera znamion tortury dla tego ostatniego. Ken stara się być wsparciem, ale w końcu i jemu puszczają nerwy przez życie w ciągłym stresie.

„Śmiertelni nieśmiertelni” to książka napisana przez Kena Wilbera – z uzupełniającymi jego narrację wstawkami z pamiętników Treyi. Autorzy nie zawsze koncentrują się na chorobach – najpierw liczy się dla nich wzajemna obecność, szukanie wspólnych przyzwyczajeń i zachowań, wypracowywanie kodu związku. Później – uczenie się rozmawiania o własnych potrzebach, kiedy już ogrom poświęcenia zaczyna przytłaczać. To nie jest lukrowana opowieść o rozstawaniu się ze światem w zgodzie i z pokorą – a ciągła walka. Tom miejscami okazuje się strasznie przegadany, kiedy chce się dowiedzieć, co stało się dalej z bohaterami, trzeba uzbroić się w cierpliwość i przebijać przez wywody teoretyczne. Ale też Ken Wilber pokazuje jeden z możliwych sposobów na rozprawianie się z prywatnymi dramatami, szuka drogi ratunku, kiedy wszystko inne – dla psychiki – zawodzi.

poniedziałek, 25 marca 2019

Michael Harris: Inna samotność

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Bez mediów

Michael Harris wcale nie oferuje czytelnikom kompleksowego ujęcia samotności jako takiej, nie odwołuje się także do przemian socjologicznych, które wrażenie samotności by potęgowały, wprost przeciwnie. Znacznie bardziej zajmuje go tłumaczenie odbiorcom, że nie powinni bać się samotności czy unikać jej – bo możliwość przyjrzenia się sekretom własnego umysłu (dostępna wyłącznie w samotności) jest bezcenna. “Inna samotność” to książka, która pokazuje, z jakich dobrodziejstw nie należałoby rezygnować - ale też - co robią ludzie, żeby samotność zagłuszyć. Wygląda to trochę tak, jakby autor nie chciał zaakceptować gadżetów elektronicznych i traktował je jako zło utrudniające samopoznanie. Krytykuje nadmierne przywiązanie do telefonów, walkę o uznanie innych w mediach społecznościowych - ale też zjawiska, które dopiero wkraczają w codzienność, choćby internet rzeczy. Ostrzega, że coraz trudniej jest zdobyć się na planowaną twórczą samotność - inni wciąż oczekują interakcji (z drugiej jednak strony przyznaje się, że przez siedem lat nie używał facebooka, co automatycznie uniemożliwia stawianie go w roli autorytetu w tej kwestii).

Nakreśla autor różnicę między samotnością (jako pożądanym procesem) a osamotnieniem (stanem emocjonalnym) i przypomina o roli wspomnień. Świadomy jest tego, że dzisiejsze społeczeństwa boją się samotności - trzeba dopiero przypomnieć im, jakie korzyści z tego płyną. Dlatego też opisuje dobre strony śnienia na jawie, proces odpoczywania a nawet poczucie szczęścia. Tłumaczy, jak samotność może prowadzić do olśnień. Pierwsza część tomu dotyczy społecznych i twórczych aspektów samotności, tego wszystkiego, co dziś ulega zapomnieniu lub modyfikacjom. Następnie autor przechodzi do tematyki mediów elektronicznych: opisuje rolę emotek, ale i prace nad sztuczną inteligencją. W ogarnianiu ucieczki od samotności pomaga mu wyszukiwarka Google oraz.... internetowe mapy. Nawet zawód pisarza, do niedawna mocno przecież kojarzony z samotnością, staje się “uspołeczniony” - kiedy można swoje prace natychmiast prezentować szerokiej grupie czytelników i liczyć na szybki odzew. I tak w pewnym momencie przestaje być w narracji ważne, dlaczego warto pozwalać sobie na samotność - przegrywa to z opowiadaniem, dlaczego dziś nie umiemy być samotni.

Nie o samotność w sensie emocjonalnym w całym tomie chodzi, Harris woli relacjonować dochodzenie człowieka do głębszych autorefleksji. Interesuje się schematami coraz powszechniejszej ucieczki do tłumu, łącząc ją z potrzebą akceptacji (doświadczenie, w którym badani łatwo ulegają sugestiom aktorów). Nie chce za to dopatrywać się innych przyczyn niż kierowanie się mechanizmami z elektronicznych mediów - zupełnie jakby społeczny pęd do identyfikowania się z masami miał tylko jedną, niezłożoną przyczynę. Przez to “Inna samotność” oznacza tylko jeden z rodzajów nie-samotności, nawet autobiograficzne wstawki płynące z odrzucenia za sprawą homofobii nie wystarczają, żeby rozszerzyć wachlarz spostrzeżeń. Harris zamyka się w swojej klatce przed napierającym na niego tłumem i nie może zrozumieć, dlaczego inni ludzie nie chcą podążać jego śladem, tworząc sobie własne samotne wyspy.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Artur Przybysławski: Pustka jest radością, czyli filozofia buddyjska z przymrużeniem (trzeciego) oka

Iskry, Warszawa 2018.

Uśmiech myślenia

Książki dotyczące filozofii a napisane z humorem to rzadkość na rynku wydawniczym – a przecież miałyby największą szansę na dotarcie do szerokiego grona odbiorców, także tych niezainteresowanych tematem. Publikacja „Pustka jest radością”, którą przygotowuje czytelnikom Artur Przybysławski, to umiejętne połączenie wiedzy i talentów w argumentowaniu, humoru i zdolności narracyjnych. Autor potrafi do tego w niewielkiej formie przedstawiać esencję tematów w sposób przystępny dla wszystkich. Odwołuje się do zagadnień w pełni zrozumiałych. Żeby prześledzić jego wywody przyda się na przykład świadomość, z czego składa się stół, albo – do czego prowadzi spóźnienie się do pracy. Znajduje miejsce i na bardziej teoretyczne (mniej namacalne) tematy – choćby kwestię samoświadomości. I tak stopniowo przez odwołania do codzienności buduje wiedzę czytelników i poszerza o kolejne ciekawostki. Wiadomo, że nie dostarczy podręcznikowych wiadomości, ale może zaintrygować, nakłonić do przeprowadzenia dalszej lekturowej kwerendy, a przynajmniej otworzyć na nowe doświadczenia. Pokazuje, jak umysł przyzwyczaja się do schematów w postrzeganiu – które dzięki filozofom wcale nie muszą okazywać się prawdziwe, mimo że jeszcze na początku każdego rozdziału odbiorcy byliby w stanie im przyklasnąć.

Jedną mocną stroną tomu są odpowiednio dobrane argumenty, uzasadnienia dla kolejnych szokujących odbiorców odkryć. Drugą – dowcip przesycający wyjaśnienia. Czytelnicy mają więc na przemian zestaw zaskoczeń albo czystą rozrywkę w planie formy. Będą równie dobrze bawić się rozszyfrowywaniem toku myślenia autora, co kształtem jego wywodów. Artur Przybysławski zachowuje się tu jak rasowy satyryk, precyzyjnie konstruuje dowcipy, dba nie tylko o puenty anegdot, ale i o ironiczne komentarze wtrącane w opowieść. Wie, że bezinteresownym śmiechem najszybciej przekona do siebie odbiorców. Jednocześnie nie męczy wygłupami na siłę, ma dobre wyczucie tego, co powinno się znaleźć w publikacji popularnonaukowej. Zmienia proporcje, albo jego wyjaśnienia okazują się tak czytelne, że wszystko staje się jasne. Filozofia buddyjska przestaje wydawać się tajemnicą nie do ogarnięcia, jawi się jako przystępna i zrozumiała. Aż chce się zgłębiać zagadnienia poruszane przez innych myślicieli, pod warunkiem, że opracuje je ten autor.

Jest ta publikacja wypadkową pasji i śmiechu. Wyjątkowo lekka, nawet ci czytelnicy, którzy na ogół mają problemy z przyswojeniem sobie filozoficznych tematów i uważają język filozofów za hermetyczny, docenią konkrety przywoływane przez tego autora. Przybysławski zajmuje się tematem pustki w filozofii buddyjskiej – definiuje pustkę w postrzeganiu otoczenia i w samookreślaniu. To trudne zagadnienie, ale w ujęciu tego autora okazuje się wręcz fascynujące, zachęcające przez umiejętną transpozycję egzotyki na to, co bliskie. Przybysławski pokazuje „nic” bez odwoływania się do wydumanych teorii, udaje mu się zatrzymać czytelników dzięki bliskości poruszanych kwestii.

Pojawia się ta publikacja na rynku w momencie, gdy odbiorcy chętnie podchwytują to, co odmienne kulturowo: Przybysławski sugeruje może nie tyle sposób na życie, ale namiastkę innego stylu postrzegania świata. Znajduje elementy funkcjonujące na prawach ciekawostek – dobry punkt zaczepienia dla późniejszych studiów. W ujęciu Artura Przybysławskiego filozofia zamienia się w dowcip, niepozbawiony mądrości. Do tej książki łatwo się przekonać, wystarczy prześledzić kilka zgrabnych akapitów, by pozostać z autorem w jego podróży.

niedziela, 27 marca 2016

Oscar Brenifier: Piękno i sztuka. Co to takiego?

Zakamarki, Poznań 2016.

Estetyczne wybory

Na niektóre z pytań zadawanych przez Oscara Brenifiera i dorosłym trudno byłoby znaleźć dobrą odpowiedź. A w związku z tym, że dobrych odpowiedzi właściwie nie ma, autor wykorzystuje filozoficzną możliwość zadawania kolejnych pytań. W ten sposób wprawdzie nie stworzy definicji podstawowych pojęć, ale pokaże, jak się nad nimi zastanowić i jak rozstrzygać wątpliwości (bądź też wykorzystywać je do lepszego rozumienia istoty rzeczy). Dzięki temu nie boi się pojęć fundamentalnych, zjawisk i odczuć bliskich każdemu, a niewyobrażalnie trudnych do prostego opisania. Oscar Brenifier proponuje cały cykl arcyzgrabnych książeczek, które pomogą wytłumaczyć dzieciom istotne sprawy. Tomik „Piękno i sztuka. Co to takiego” jest już piątą publikacją w serii, a dotyczy estetyki oraz tworzenia.

Tomik przygotowany jest jak organizery – strony z wyciętymi zakładkami sygnalizują sześć nadrzędnych tematów służących do określania tytułowego zagadnienia. Tym razem piękno i sztukę ocenia się przez pryzmat uniwersalności, zrozumienia, artysty, wolności i użyteczności – oraz ze względu na indywidualne oceny i wybory. Każdy dział to jedno pytanie i zestaw nasuwających się najczęściej odpowiedzi. Żadna z odpowiedzi nie jest (i nie może być) pełna, a rytm książki polega na wskazywaniu słabych punktów w rozumowaniu – bądź na wyznaczaniu innych skojarzeń. Pojedyncza odpowiedź wyzwala zatem szereg kolejnych pytań zmuszających do zweryfikowania poprzedniej opinii: niby jest ona prawdziwa, ale wymaga doprecyzowania – i następnych uzupełnień. Przygotowane pytania pomocnicze nie tylko wywołują refleksję, ale mogą uruchomić dalszą lawinę wątpliwości oraz uwag, w tekście niezamieszczonych. I o to właśnie chodzi – prowokowanie do samodzielnego myślenia to w tym wypadku podstawa lektury. Tak przygotowany rozdział zamykany jest małym podsumowaniem, próbą zebrania ustaleń i poruszanych kwestii. Dla dziecka to rodzaj porządkowania materiału i odkryć, bardzo przydatny, by tomik nabrał edukacyjnej wartości i by mali odbiorcy w ogóle chcieli podjąć oryginalną filozoficzną grę.

Nie zawsze pojawiają się tu pytania ogólnikowe i uniwersalne – zdarzają się i konkrety (na pytanie, co jest piękne, pada odpowiedź: mój chłopak lub – sukienka w kropki) – to pomaga utrzymywać uwagę małych odbiorców i wpasowuje się w ich świat. Brenifier wie, że nie może porzucić rzeczywistości maluchów na rzecz abstrakcji, bo nie osiągnie oczekiwanego porozumienia. W utrzymywaniu konkretów i lepszym kojarzeniu genezy kolejnych pytań pomaga ilustrator, Réni Courgeon. Pod wtórnymi pytaniami przedstawia on miniaturki bohaterów w rzeczowych, dosłownych scenkach. Owszem, czasami te sytuacje wymagają pomocy rodziców w wyjaśnianiu znaczeń, ale są też pierwszym krokiem do odkrywania przesłań. Dzieci otrzymują tym samym ściągę ze skojarzeń i wiedzą, jak interpretować pytania autora. Drobne rysuneczki odejmują też nieco patosu, dzięki nim książka staje się lekką lekturą.

Courgeon zresztą bardzo lubi zabawę filozoficznymi motywami. Udziela licznych odpowiedzi i miniaturowych komentarzy, raz chce ułatwić dziecku odpowiedź, raz ją utrudnia przez podsuwanie rozbieżnych możliwości – a wszystko w komiksowych i dowcipnych rysunkach. W tej publikacji liczą się kolory i dowcip, czyli czynniki, które nie wiążą się bezpośrednio z filozofowaniem czy budowaniem prostych definicji. Trudno jednak byłoby sobie wyobrazić taki tomik bez ilustracji. „Piękno i sztuka” zamienia się momentami w picture booka, rysunki stanowią ważne uzupełnienie wiadomości, mają również funkcję mnemotechniczną, utrwalają zdobyte informacje oraz przemyślenia – można do nich wracać i rozwijać tomik zgodnie z cyklem pytań i odpowiedzi. Nie należy bać się dorosłych tematów i rozmów, warto podsuwać najmłodszym lektury rozwijające ich wyobraźnię oraz świadomość. Temat piękna i sztuki nie będzie kilkulatkom obcy, a ten tomik pomoże w zastanowieniu się nad estetycznymi wyborami.

czwartek, 29 maja 2014

Maciej Wojtyszko: Bromba i filozofia

Czarna Owca, Warszawa 2014.

Przemyślenia

Bromba gromadzi swoich przyjaciół po to, by dyskutować z nimi na tematy filozoficzne. Nie zagłębia się jednak w konkretne teorie i pojęcia, które przeciętnemu odbiorcy do niczego się nie przydadzą, kieruje się za to ku postawom pozwalającym przynajmniej trochę zrozumieć życie. Bromba stroni od dwóch wielkich pojęć (Człowiek i Bóg), zajmuje się za to elementami logiki, zastanawia się nad sensem zadawania pytań, nad istnieniem jako takim, nad prawdą, rozmową, definicjami, wątpliwościami, nad wolnością czy przemijaniem. Kiedy teoretyczne rozważania robią się zbyt trudne, bohaterowie nie boją się zdecydowanych działań: czasami na przykład trzeba kogoś kopnąć w ogonek, by dyskutować nad postawami i zamiarami. Bromba wie, jak przybliżać swoim przyjaciołom ważne zagadnienia – i jak nakłonić ich do myślenia, bo przecież na myśleniu wszystko się opiera.

Tom „Bromba i filozofia” konstrukcyjnie nie zaskoczy. Bromba spotyka się z bliskimi, żeby podzielić się rozmaitymi poglądami i spostrzeżeniami. Z wymiany zdań zdarza się bohaterom (i czytelnikom) wyciągać ważne wnioski. Z filozoficznego punktu widzenia to dość owocne dyskusje. Każdy rozdział ma formę dialogu na wybrany temat, odrobinę tylko ozdobionego akcją, ale – pozbawiony jest bajkowej fabuły. Świat Bromby zapełniają stworzenia różnych gatunków i różnych umysłowych możliwości – dlatego ich zetknięcie się okazuje się bogate w efekty. Bromba może być zadowolona ze spotkań, podobnie jak inni bohaterowie, którzy zyskają cenną – mimo że z pozoru teoretyczną – wiedzę. Bromba potrafi zmusić do wysiłku intelektualnego – na przykład wtedy, gdy siada, doskonale widoczna, na tarasie, a dla przyjaciół wywiesza kartkę, że nie ma jej w domu. Maciej Wojtyszko wychodzi od prostych skojarzeń, aby pokazać złożoność filozoficznych problemów – i chyba mu się to udaje.

Żeby trochę odciążyć teksty, autor wprowadza po każdym rozdziale notatki bibliotekarza Pućka. Puciek uważnie wysłuchuje dyskusji, ale jego wnioski nie są nigdy prostym skryptem dla czytelników i skrótowym przedstawieniem efektów dyskusji. Puciek nie wartościuje informacji, więc obok filozoficznych i uniwersalnych odkryć przedstawia też zupełnie nieistotne zapiski o uczestnikach spotkań. W ten sposób Wojtyszko może wprowadzić do swojej książki trochę humoru – i przynieść odprężenie po wymagających umysłowego wysiłku rozdziałach. Śledzenie dialogów o tym poziomie teoretyzowania (mimo prób ukazania praktycznej strony filozofii) do łatwych nie należy, dlatego też „Bromba i filozofia” ot tom nie dla każdego – do tej lektury trzeba dojrzeć.

Wojtyszko dodaje także żartobliwe libretto – niemal pozbawioną treści „operę filozoficzną”. Warto jednak przede wszystkim zwrócić uwagę na pierwszy dodatek do tomu – zestaw kilku bardzo krótkich i dających do myślenia dialogów oraz scenek. Na ich podstawie można by zbudować kolejne „filozoficzne” rozdziały. Drobiazgi te charakteryzują się nastawieniem na wyrazistą puentę, ale w odróżnieniu od dowcipów wywołają refleksję zamiast śmiechu. Nie wiadomo, czy zadziałałyby na młodych odbiorców bez wcześniejszego przygotowania i odpowiedniego filozoficznego nastawienia – jako aneks do książki sprawdzają się jednak świetnie i stanowią esencję refleksyjnego oglądu świata. Tom „Bromba i filozofia” nie dostarcza rozrywki, wymaga sporego skupienia i prześledzenia argumentów stosowanych przez bohaterów. Na pewno nie nauczy filozoficznych teorii – za to da pewne pojęcie o tym, czym filozofia jest i do jakich zagadnień może się odnosić.

środa, 2 października 2013

Osho: Inteligencja. Twórcza odpowiedź na nasze czasy

Czarna Owca, Warszawa 2013.

Przekonywanie dla przekonanych

Książka Osho „Inteligencja”, gdyby przerobić ją na fabularną historię, funkcjonowałaby wśród odbiorców podobnie jak „Alchemik” Coelho – jedni dostrzegaliby w niej głębokie spostrzeżenia zdolne całkowicie odmienić życie ludzi, inni – duchową szarlatanerię połączoną z grą na emocjach zbiorowości. Na „Inteligencji” zresztą dokładnie widać mechanizmy przekonywania Osho – zawarte w tomie tezy nie zostały podbudowane odpowiednio silną argumentacją, za to sporą dawką emocji – więc też dotarcie do wrażeń i wrażliwości czytelników okazuje się ważniejsze niż racjonalizm i zestaw faktów. Osho próbuje przekonać do swoich tez, przez wiele stron tłumaczy rozbieżność inteligencji i intelektu oraz rzuca oskarżenia w kierunku tych wszystkich, którzy starają się ukształtować (czyli wykształcić) dziecko, rzekomo zabijając w nim inteligencję. Osho sam chciałby przejąć rolę mentora i zamyka się na wewnętrzną sprzeczność: podąża drogą krytykowanych „mistrzów”, ale pragnie posłuchu.

Poza nielogicznymi postawami tom charakteryzuje kaznodziejska w stylu retoryka. Zamiast dyskursu filozoficznego Osho wybiera perswazję, zwraca się bezpośrednio do swoich odbiorców tonem, który w zasadzie wyklucza odrzucenie twierdzeń i obserwacji. Autor nie dopuszcza myśli o dyskusji, mówi to, co czytelnicy chcieliby w książce znaleźć, by stać się dla nich guru. To dosyć naiwne podejście, które bez trudu demaskuje krytyczna lektura. niebezpieczeństwo pojawia się jedynie w przypadku ludzi zagubionych i poszukujących duchowego przewodnika – tym może się spodobać sposób wnioskowania autora. Ale „Inteligencja” rozczarowuje i pod względem samego stylu. Osho bardzo często stosuje powtórzenia (i nie chodzi tu o powtórzenia w tłumaczeniu, a w przekonywaniu), niby dąży do utrwalania myśli w odbiorcach, a przez naiwne chwyty stwarza wrażenie pogardzania nimi. Czytelnicy mają bezrefleksyjnie rzucić się na metody proponowane przez autora – oto oznaka inteligencji według Osho. Czarno-białe wizje świata są wygodne jedynie w przypadku bezmyślnej lektury. Osho nie prowokuje do filozoficznych rozważań, a szuka wyznawców, którymi łatwo kierować.

W wywodach z „Inteligencji” pojawia się specyficzny i dziwny jak na tego typu literaturę system potwierdzania obserwacji przez przytaczanie anegdot oraz obiegowych żartów. Mają one wzmacniać w odbiorcach przekonanie o słuszności poglądów Osho. Są wygodne, bo powielają dualistyczną koncepcję świata, a także przydają się ze względu na doprowadzane do karykatury charaktery ludzi – niczym wyraziste ilustracje. Nie jest dobrze, gdy obiegowe dowcipy funkcjonują na prawach rzeczywistych wydarzeń. Osho zresztą nie stroni od ostrego tonu – w jego ujęciu wielu jest idiotów i głupców, oczywiście zawsze po drugiej stronie. Autor przez cały czas dzieli świat na „mój” (w domyśle – dobry i pozbawiony błędów) oraz „wasz” (ten, z którego trzeba uciec, by ocalić siebie). To, że głosi populistyczne hasła, nie przeszkadzałoby tak bardzo, gdyby postarał się o lepszy styl tekstu. Osho zatrzymał się na takim poziomie retoryki, który dzisiaj brzmi mocno archaicznie. Naiwne pytania do odbiorców, silne emocje, wytykanie błędów i dyskredytowanie przeciwników – to niekoniecznie dobry pomysł na sukces. U Osho infantylny styl narracji idzie w parze z płytkimi sądami, jedno potęguje drugie. Ratunkiem według autora jest medytacja – ale na niej się nie skupia, chodzi mu bowiem bardziej o przekonywanie odbiorców do siebie. Znajdą się tacy, którym ten styl będzie odpowiadał – ale raczej rekrutować się będą spośród już przekonanych do Osho niż nowych odbiorców. Próżno w „Inteligencji” szukać czegoś inspirującego czy odkrywczego – bo nawet ilustrujące wywód anegdoty to już dowcipy z brodą…

sobota, 15 października 2011

Jean d'Ormesson: Traktat o szczęściu

Znak, Kraków 2011.

Przepis na zadowolenie

Czym jest „Traktat o szczęściu”? Łatwiej byłoby powiedzieć, czym nie jest. Nie jest kolejnym tomem o próbie dążenia do osiągnięcia szczęścia, nie jest świadectwem osoby, której udało się zmienić swoje życie na lepsze i nie jest także zbiorem wskazówek, jak żyć. Jean d’Ormesson rozczłonkowuje filozoficzną opowieść o rozwoju ludzkości na maleńkie, za to dające sporo do myślenia fragmenty, z których można wysnuć budujące wnioski. Można – ale wcale nie trzeba, równie dobrze da się „Traktat o szczęściu” czytać jako zestaw krzepiących osiągnięć i trudności, jakie wielcy tego świata musieli przemóc. Albo jako podstawę do poszukiwań egzystencjalnych. Albo jako przyspieszony i wybiórczy kurs filozofii oraz osiągnięć naukowych.

W „Traktacie o szczęściu” mieszczą się tak naprawdę dwie opowieści. Pierwsza daje się czytać przez pryzmat religii i nauki. W „marzeniach Starca” widać ludzi okiem pesymistycznie do nich nastawionego Boga – sarkastycznego i niezadowolonego. W „nici Ariadny” z kolei liczą się osiągnięcia ludzi, teorie, które zrewolucjonizowały myślenie, odkrycia i zaskoczenia, niosące z sobą wiarę w możliwości i siłę człowieka. Rozdziały z tymi dwiema narracjami przeplatają się i czasem wzajemnie, jakby niechcący, komentują. Nikt jednak nie może wygrać tych potyczek – czy raczej: to, kto zwycięży, pozostawia autor do rozstrzygnięcia czytelnikom. Bóg-malkontent i człowiek-cudotwórca czasami zamieniają się rolami, więc rozwikłanie zagadki, kto jest silniejszy, pod koniec zaczyna przypominać odpowiedź na pytanie, czy pierwsze było jajko czy kura.

Druga część tomu przynosi zestaw luźnych i już nieuporządkowanych chronologicznie refleksji nad kondycją człowieka i świata. Punktem wyjścia stają się tu odwieczne pytania o przyczyny rozmaitych zjawisk, istotę życia i śmierci, sens myślenia i snucia filozoficznych rozważań. Niekiedy, trochę nieśmiało, wkracza do tekstu sam autor, ujawniając się w krótkich autotematycznych wyjaśnieniach, zupełnie jakby nie do końca ufał intuicji czytelników i pozostawił na wszelki wypadek wskazać im tropy lekturowe. Sam siebie kreuje na wiecznie zdziwionego prostaczka (znany przecież gest ironiczny), który przygląda się światu, cieszy się nim i boi go jednocześnie. Próbuje zrozumieć historię ludzkości i motywy kierujące ludźmi, a także znaleźć powiązania między wykluczającymi się zbiorami.

„Traktat o szczęściu” w wymiarze jednostkowym da się czytać jako zestaw inspiracji, prywatnych zachwyceń, olśnień i wzruszeń. W wymiarze uniwersalnym przybiera jednak ta książka kształt skarbnicy mądrości, zbiór wartych zachowania uwag i komentarzy. To tom paradoksów – wykazuje na przemian wielkość człowieka i jego słabości.
Szczęście można rozumieć na wiele sposobów – dlatego też autor nie pokusił się o konkretną na nie receptę i uciekł od wyrazistych rozwiązań w stronę luźnych i pozornie niepowiązanych ze sobą refleksji. W tej książce każdy znajdzie coś dla siebie – jeśli nie warte zapamiętania cytaty i celne wskazówki, to przynajmniej pytania, które wymagają dłuższego zastanowienia.

poniedziałek, 29 marca 2010

José Antonio Marina: Porażka inteligencji czyli głupota w teorii i praktyce

WAM, Kraków 2010.


Esencja głupoty


Filozoficznych traktatów poświęconych głupocie było już sporo, jednak nie każdemu odpowiada specyficzny dyskurs, jakim z reguły posługują się myśliciele. Klasyka rozważań może zatem zniechęcać lub nużyć. Wydaje mi się, że do takich odbiorców przede wszystkim kieruje José Antonio Marina swoją książkę „Porażka inteligencji czyli głupota w teorii i praktyce”. Opublikowana w katolickim wydawnictwie pozycja nie ma tym razem nic wspólnego z kwestiami wyznaniowymi, przynosi za to intrygujące przemyślenia i logiczny, spójny, dobrze skonstruowany wywód.

Umieszczenie w tytule „głupoty” staje się zabiegiem marketingowym, w rzeczywistości autor nie zniża się do epatowania kolokwializmami, chociaż stara się także pisać w sposób jak najprostszy, by dotrzeć do szerokich rzesz czytelników. Wartościujący termin „głupota” zastępuje zatem opisową i łagodniejszą „porażką inteligencji” i analizuje te sytuacje, w których człowieka zawodzi rozsądek. Uzyskuje dzięki temu książkę z pogranicza filozofii, socjologii i psychologii, bo do swoich przemyśleń często wprowadza elementy doświadczeń i badań nad ludzkim zachowaniem. To prowadzi do uatrakcyjnienia i tak już ciekawych opowieści.

W „Porażce inteligencji” uderza przede wszystkim precyzja w budowaniu książki. Autor dokładnie tłumaczy wykorzystywane pojęcia i określenia, odwołuje się do konkretnych definicji i przedstawia strukturę swojej pracy, tak, by łatwo było się zorientować w jego założeniach. Do lektury „Porażki inteligencji” nie trzeba streszczeń ani przewodników, wszystko zostało jasno wyłożone. Do przekładającej się na czytelnicze zadowolenie lekkości tej książki przyczynia się także – poza wyraźnym szkieletem konstrukcyjnym – nasycenie publikacji barwnymi przykładami. Autor odwołuje się – zgodnie z tytułem – do „głupoty w teorii i praktyce”, przy czym znakomicie dobrane do tej teorii ilustracje ułatwiają przyswajanie dokonań twórcy. José Antonio Marina wzoruje się na głośnych, medialnych tytułach z zakresu psychologii, bez trudu żongluje obrazkami wziętymi z prawdziwego życia, a ponieważ rzecz dotyczy wszelkich odchyleń od normy, zachowań, które nie mogą zyskać aprobaty społeczeństw – „Porażka inteligencji” zamienia się miejscami w rejestr nietypowych przypadków. Marina wychodzi z założenia, że głupota może porazić każdego – i przez swój traktat na jej temat próbuje zaszczepić czytelników przeciwko temu doznaniu. Co ciekawe, sam autor zdaje sobie sprawę z przyczyn atrakcyjności tekstu – lojalnie uprzedza czytelników przed mniej porywającym rozdziałem. Świadomość literacka rozwinięta do tego stopnia pozwala cieszyć się lekturą.

Schematy zachowań, matryce – i niebanalne przykłady (z codzienności, ale też i z literatury) – to połączenie wyważył autor na tyle dobrze, że lektura „Porażki inteligencji” przebiega błyskawicznie. José Antonio Marina nie tylko opowiada o przyczynach i skutkach głupoty – on stara się obnażyć mechanizmy zjawiska, wskazuje najczęściej popełniane błędy, by można było ich uniknąć. Naświetla słabości, jakim przeważnie ulegają ludzie, podkreśla niebezpieczne myślowe koleiny, analizuje władzę emocji, ale odwołuje się nawet i do nauki o języku.

Marina zajmuje się przede wszystkim człowiekiem jako jednostką. Porządkuje najbardziej charakterystyczne błędy i pułapki, w których zapewne większość odbiorców znajdzie ślady własnych przyzwyczajeń. Choć autor celowo preparuje kolejne postawy, oczyszcza je i przedstawia nieco wyostrzone, pomoże czytelnikom odkryć sporo niebezpieczeństw uproszczonego (nie)myślenia. Nie jest więc „Porażka inteligencji” zwykłym przeglądem stanów świadomości i odruchowych reakcji człowieka, ale też lustrem, w którym każdy może się przejrzeć.