Czytelnik, Warszawa 2026.
Dziennik z przeżycia
Takich dzienników już się dzisiaj nie pisze. A ten też nie powstał dzisiaj, a dekadę temu. Tomasz Jastrun w „Roku Szczura” dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem dotyczącym depresji i nieudanej próby samobójczej, a później – metod na powrót do normalności. Niewielki w gruncie rzeczy tom jest wstrząsającym studium bezradności i najtrudniejszych chwil. Jastrun opowiada o chorobie i związanych z nią zmaganiach z rzeczywistością od środka, z pełną szczerością i bez upiększeń. Prowadzi dziennik, którego nie cenzuruje. Pisze książki i spotyka się z odbiorcami, dzieli się swoimi przemyśleniami na temat depresji jako takiej, ale w tej publikacji przedstawia własne odczucia przetykane codziennością. Tomasz Jastrun – wzorem wielkich literatów z minionych epok – rejestruje odwiedziny ważnych gości, sprawdza, co dzieje się w kraju (szczególną irytację wywołują w nim prawicowe rządy), pisze o telefonach od znajomych i o pomysłach dzieci, a także o książce, którą przygotowuje (bez nadziei na dofinansowanie po tym, jak zmienia się dyrektor jednej z instytucji kultury). Miesza w dzienniku życie zawodowe, prywatne i uczestnictwo w świecie jako takim. I nad tym wszystkim stopniowo rozsnuwa się widmo depresji, na początku bez autodiagnoz i nazywania problemu. Jastrun daje się owładnąć negatywnym myślom, przestaje czerpać satysfakcję z egzystencji, dziwi się, że udaje mu się oddać na czas zamówione teksty – ale wszystko, co dzieje się wokół, przygniata go coraz bardziej i doprowadza do targnięcia się na własne życie. Autor fabularyzuje własną śmierć, pisze wiersz pożegnalny i łyka tabletki – ale publikacja w mediach społecznościowych nie pozostaje bez echa i znajomym udaje się zdążyć z pomocą. Stąd bierze się środkowa część książki, o pobycie w szpitalu. Tu Tomasz Jastrun zastanawia się nad znaczeniem ratowania samobójców, ale o wiele bardziej interesuje go wszystko, co na zewnątrz niego – stąd ciągłe obserwacje, prezentowanie kolejnych pacjentów przewijających się przez szpitalne korytarze, ich absurdalnych często zachowań i symbolicznych wręcz gestów – wszystko staje się tu tworzywem niemal literackim i odciąga myśli od chęci odejścia ze świata. Nawet jeśli w pobliżu pojawiają się inni odratowani, Jastrun tym razem dąży do wyleczenia się, do opanowania wewnętrznego mroku. Rozumie istotę choroby, wie, że przeplata się ona przez jego drzewo genealogiczne i szuka dla siebie ratunku. Po wyjściu ze szpitala odbywa dramatyczne walki – wie doskonale, jak blisko mu do poddania się czarnym myślom, czuje czającą się w pobliżu depresję – i nie chce wracać do tego, co już ledwo przetrwał. Podejmuje decyzje odważne, żeby tylko naprawić swój mózg. A jednocześnie przez cały czas jest bardzo wyczulony na literackość, na sztukę i na potencjał intelektualny czy twórczy kolejnych wydarzeń. Częstuje czytelników codziennością w wymiarze mikro – i buduje narrację, której dzisiaj na rynku się już nie spotyka. Dziennik klasyczny w duchu i mocno aktualny w treści sprawia, że odbiorcy mogą inaczej spojrzeć na dylematy twórców i zastanowić się nad udrękami ludzi cierpiących na depresję.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytelnik. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 marca 2026
środa, 18 marca 2026
Sandor Marai: Csutora. Psia powieść
Czytelnik, Warszawa 2026.
Inna perspektywa
Powraca na rynek ta powieść, która – zupełnie niesłusznie – jest w twórczości Sandora Maraiego odsuwana na margines. „Csutora. Psia powieść” nie ma w sobie bowiem nic naiwnego, a jej fabuła może wstrząsnąć czytelnikami. Na początku autor może przyciągnąć czytelników zmianą perspektywy. Narrator traktuje bowiem ludzkich bohaterów z niemal psiej perspektywy i to jeszcze zanim jakikolwiek czworonóg pojawi się na horyzoncie. Mamy „pana” i „panią” – a relacja między nimi wymusza wręcz określone reakcje czy zachowania. To pan wpada na pomysł, żeby zrobić pani prezent – chociaż wyrażona bezpośrednio umowa głosi, że święta mają przejść bez upominków, pan wie, że to tylko gra, że powinien wymyślić coś, co nie będzie odczytane jako lekceważenie (czy po prostu podporządkowanie się zasadom ustalonym w domu) – kierowany przedziwnym impulsem kieruje się do ulicznego sprzedawcy i nabywa od niego pudla (przynajmniej – według słów owego handlarza, bo żadnego dokumentu ani rodowodu nie jest on w stanie przedstawić). Tak Csutora trafia do domu, w którym jest traktowany trochę jako zabawka, a trochę jak kuriozum, zaskakuje swoich właścicieli kolejnymi zachowaniami i zmusza ich, by skoncentrowali się nie na własnych sprawach, a na rządach psiej osobowości. Csutora czasami budzi zachwyty, czasami jednak – i to już niepokojące – męczy swoją obecnością i instynktem. Tu nie będzie rozczulania się nad rozmaitymi pomysłami zwierzęcia. Jego inteligencja jest przedmiotem analiz, ale nie prowadzi do wylewu bezgranicznej miłości w narracji. Csutora to mimo wszystko indywidualista, który może i potrafi skupić na sobie uwagę właścicieli, ale nie zbuduje z nimi ostatecznej więzi charakterystycznej dla wszystkich rozpieszczanych nad miarę czworonogów. Autor prowadzi czytelników aż do szokującej sceny walki, w której dwa samce ścierają się ze sobą i omal nie pozbawiają życia – żeby naświetlić w finale konkretne uczucie żywione do psa.
„Csutora” to książka, która do dzisiaj może budzić żywe emocje, chociaż zapewne diametralnie inne niż w czasach, w których powstała – ale tu dystans czasowy pozwala tylko na naruszanie schematów społecznych i na przypominanie odbiorcom, jak obecnie traktuje się domowych pupili. Marai decyduje się na przedstawienie relacji pozbawionej stereotypowych naleciałości, szuka sposobu na wyrażenie podziwu i przywiązania – żeby nie stracić przy tym literackiego potencjału. „Csutora” to miniatura literacka, ale o wielkiej sile rażenia, książka, w której wielu czytelników będzie mogło odkryć ślady tęsknot i wzruszeń. Psia historia staje się punktem wyjścia do rozważań o człowieczeństwie – a samo zwierzę nie jest w stanie zinfantylizować tekstu. Sandor Marai zapewnia czytelnikom wyraziste przesłanie i prowadzi do refleksji nad losem zwierząt. Oczywiście czytelnicy otrzymują tu kawał klasyki w nowym przekładzie – będzie to zatem znakomita okazja do uzupełnienia biblioteczek o pozycję ważną i niepowtarzalną.
Inna perspektywa
Powraca na rynek ta powieść, która – zupełnie niesłusznie – jest w twórczości Sandora Maraiego odsuwana na margines. „Csutora. Psia powieść” nie ma w sobie bowiem nic naiwnego, a jej fabuła może wstrząsnąć czytelnikami. Na początku autor może przyciągnąć czytelników zmianą perspektywy. Narrator traktuje bowiem ludzkich bohaterów z niemal psiej perspektywy i to jeszcze zanim jakikolwiek czworonóg pojawi się na horyzoncie. Mamy „pana” i „panią” – a relacja między nimi wymusza wręcz określone reakcje czy zachowania. To pan wpada na pomysł, żeby zrobić pani prezent – chociaż wyrażona bezpośrednio umowa głosi, że święta mają przejść bez upominków, pan wie, że to tylko gra, że powinien wymyślić coś, co nie będzie odczytane jako lekceważenie (czy po prostu podporządkowanie się zasadom ustalonym w domu) – kierowany przedziwnym impulsem kieruje się do ulicznego sprzedawcy i nabywa od niego pudla (przynajmniej – według słów owego handlarza, bo żadnego dokumentu ani rodowodu nie jest on w stanie przedstawić). Tak Csutora trafia do domu, w którym jest traktowany trochę jako zabawka, a trochę jak kuriozum, zaskakuje swoich właścicieli kolejnymi zachowaniami i zmusza ich, by skoncentrowali się nie na własnych sprawach, a na rządach psiej osobowości. Csutora czasami budzi zachwyty, czasami jednak – i to już niepokojące – męczy swoją obecnością i instynktem. Tu nie będzie rozczulania się nad rozmaitymi pomysłami zwierzęcia. Jego inteligencja jest przedmiotem analiz, ale nie prowadzi do wylewu bezgranicznej miłości w narracji. Csutora to mimo wszystko indywidualista, który może i potrafi skupić na sobie uwagę właścicieli, ale nie zbuduje z nimi ostatecznej więzi charakterystycznej dla wszystkich rozpieszczanych nad miarę czworonogów. Autor prowadzi czytelników aż do szokującej sceny walki, w której dwa samce ścierają się ze sobą i omal nie pozbawiają życia – żeby naświetlić w finale konkretne uczucie żywione do psa.
„Csutora” to książka, która do dzisiaj może budzić żywe emocje, chociaż zapewne diametralnie inne niż w czasach, w których powstała – ale tu dystans czasowy pozwala tylko na naruszanie schematów społecznych i na przypominanie odbiorcom, jak obecnie traktuje się domowych pupili. Marai decyduje się na przedstawienie relacji pozbawionej stereotypowych naleciałości, szuka sposobu na wyrażenie podziwu i przywiązania – żeby nie stracić przy tym literackiego potencjału. „Csutora” to miniatura literacka, ale o wielkiej sile rażenia, książka, w której wielu czytelników będzie mogło odkryć ślady tęsknot i wzruszeń. Psia historia staje się punktem wyjścia do rozważań o człowieczeństwie – a samo zwierzę nie jest w stanie zinfantylizować tekstu. Sandor Marai zapewnia czytelnikom wyraziste przesłanie i prowadzi do refleksji nad losem zwierząt. Oczywiście czytelnicy otrzymują tu kawał klasyki w nowym przekładzie – będzie to zatem znakomita okazja do uzupełnienia biblioteczek o pozycję ważną i niepowtarzalną.
sobota, 27 grudnia 2025
Mieczysław Jałowiecki: Gaudeamus. Szkice z lat minionych
Czytelnik, Warszawa 2025.
Młodość
Przełom XIX i XX wieku. Mieczysław Jałowiecki studiuje na Politechnice Ryskiej i jest w pełni świadomy wykorzystywania wszystkich chwil naukowych i towarzyskich. Swoje wspomnienia rejestruje w serii szkiców oraz akwareli, a niepozorny z wyglądu tomik „Gaudeamus. Szkice z lat minionych” to opowieść o najczęściej pomijanych w oficjalnych biografiach tematach i motywach. Przeważnie okres młodości kwituje się w dokumentach i opracowaniach jednym zdaniem, tym razem jednak odbiorcy mogą się przekonać, co kryje się pod enigmatycznymi i suchymi stwierdzeniami. A kryje się mnóstwo, chociaż nie wszystkie zagadki autor rozszyfruje. Bo na przykład kwestie wstąpienia do bractwa, które Jałowiecki sobie starannie wybrał, są owiane tajemnicą. Odbiorcy będą tu mieć do czynienia z czymś na kształt niemal powieści przygodowej – kwestia honoru, przestrzegania zasad i wewnętrznej organizacji przy jednoczesnym dbaniu o życie towarzyskie i robienie sobie iście młodzieńczych kawałów – to coś, co nieraz zaskoczy. Mieczysław Jałowiecki przygląda się latom studiów z sentymentem i świadomością ocalania tego, co obecnie niezwykłe.
„Gaudeamus” to świat, który już nie istnieje, przede wszystkim w kindersztubie, wzajemnych relacjach i sposobach rozwiązywania problemów. Czasami można zatęsknić za pomysłami, które pozwalały likwidować konflikty jeszcze zanim te zaczęły się rozrastać, innym razem wizje przedstawiane przez Jałowieckiego przerażają – jak skłonność do pojedynkowania się. Zdarza się, że humor wkracza do codzienności i pozwala zachować zdrowe zmysły w kryzysowych sytuacjach, innym razem po prostu ubarwia wspomnienia. W tym świecie dzieją się rzeczy niezrozumiałe dla dzisiejszych czytelników, egzotyczne przez to, że już od dawna niefunkcjonujące. Jałowiecki uczestniczy w nich z pełną energią, a do tego potrafi zachować je w pamięci i opisać. I właśnie język tej książki to jej dodatkowy bohater: styl, który obecnie jest uznawany za archaiczny, jest odzwierciedleniem dawnej edukacji i wychowania, a do tego kultury językowej. Frazy są tu nasycone i wyraziste, nawet kiedy autor skupia się na relacjonowaniu wydarzeń towarzyskich, dba o to, żeby nie popaść w kolokwialne tony. Będą zatem dzisiejsi odbiorcy dobrze się bawić przy obserwowaniu, jak mężczyzna postrzega bal i uczestniczące w nim kobiety – takie ujęcie to rzadkość, więc warto poznać inną perspektywę. Czas nauki i beztroskiej zabawy zostaje tu zaprezentowany z wyczuleniem i delikatnością, do części wrażeń nie będzie można się przyznać, część musi zostać zaszyfrowana – i to wpłynie na odbiór tomiku. „Gaudeamus” to zaproszenie do przeżywania młodości w wersji obecnie przebrzmiałej – a jednak bardzo barwnej i wypełnionej niezwykłościami. Mieczysław Jałowiecki odmalowuje tę część przeszłości, która zwykle wymyka się postrzeganiu, a rzeczywiście może upiększyć wspomnienia. Przeprowadza czytelników przez towarzyskie aspekty studiowania, kształt międzyludzkich relacji i snucie marzeń na przyszłość u progu dorosłości. Pokazuje, że wszystko jest kwestią osobistej perspektywy i każde, nawet najbardziej rutynowe zadanie, może zyskać nowy wymiar dzięki sposobowi przedstawienia go. Faktycznie tu poza zwyczajami już archaicznymi daje się wskazać kreacyjną rolę języka, który również ocala. „Gaudeamus” to nie są zwyczajne wspomnienia ze studiów. To magia zamknięta w niewielkiej książce.
Młodość
Przełom XIX i XX wieku. Mieczysław Jałowiecki studiuje na Politechnice Ryskiej i jest w pełni świadomy wykorzystywania wszystkich chwil naukowych i towarzyskich. Swoje wspomnienia rejestruje w serii szkiców oraz akwareli, a niepozorny z wyglądu tomik „Gaudeamus. Szkice z lat minionych” to opowieść o najczęściej pomijanych w oficjalnych biografiach tematach i motywach. Przeważnie okres młodości kwituje się w dokumentach i opracowaniach jednym zdaniem, tym razem jednak odbiorcy mogą się przekonać, co kryje się pod enigmatycznymi i suchymi stwierdzeniami. A kryje się mnóstwo, chociaż nie wszystkie zagadki autor rozszyfruje. Bo na przykład kwestie wstąpienia do bractwa, które Jałowiecki sobie starannie wybrał, są owiane tajemnicą. Odbiorcy będą tu mieć do czynienia z czymś na kształt niemal powieści przygodowej – kwestia honoru, przestrzegania zasad i wewnętrznej organizacji przy jednoczesnym dbaniu o życie towarzyskie i robienie sobie iście młodzieńczych kawałów – to coś, co nieraz zaskoczy. Mieczysław Jałowiecki przygląda się latom studiów z sentymentem i świadomością ocalania tego, co obecnie niezwykłe.
„Gaudeamus” to świat, który już nie istnieje, przede wszystkim w kindersztubie, wzajemnych relacjach i sposobach rozwiązywania problemów. Czasami można zatęsknić za pomysłami, które pozwalały likwidować konflikty jeszcze zanim te zaczęły się rozrastać, innym razem wizje przedstawiane przez Jałowieckiego przerażają – jak skłonność do pojedynkowania się. Zdarza się, że humor wkracza do codzienności i pozwala zachować zdrowe zmysły w kryzysowych sytuacjach, innym razem po prostu ubarwia wspomnienia. W tym świecie dzieją się rzeczy niezrozumiałe dla dzisiejszych czytelników, egzotyczne przez to, że już od dawna niefunkcjonujące. Jałowiecki uczestniczy w nich z pełną energią, a do tego potrafi zachować je w pamięci i opisać. I właśnie język tej książki to jej dodatkowy bohater: styl, który obecnie jest uznawany za archaiczny, jest odzwierciedleniem dawnej edukacji i wychowania, a do tego kultury językowej. Frazy są tu nasycone i wyraziste, nawet kiedy autor skupia się na relacjonowaniu wydarzeń towarzyskich, dba o to, żeby nie popaść w kolokwialne tony. Będą zatem dzisiejsi odbiorcy dobrze się bawić przy obserwowaniu, jak mężczyzna postrzega bal i uczestniczące w nim kobiety – takie ujęcie to rzadkość, więc warto poznać inną perspektywę. Czas nauki i beztroskiej zabawy zostaje tu zaprezentowany z wyczuleniem i delikatnością, do części wrażeń nie będzie można się przyznać, część musi zostać zaszyfrowana – i to wpłynie na odbiór tomiku. „Gaudeamus” to zaproszenie do przeżywania młodości w wersji obecnie przebrzmiałej – a jednak bardzo barwnej i wypełnionej niezwykłościami. Mieczysław Jałowiecki odmalowuje tę część przeszłości, która zwykle wymyka się postrzeganiu, a rzeczywiście może upiększyć wspomnienia. Przeprowadza czytelników przez towarzyskie aspekty studiowania, kształt międzyludzkich relacji i snucie marzeń na przyszłość u progu dorosłości. Pokazuje, że wszystko jest kwestią osobistej perspektywy i każde, nawet najbardziej rutynowe zadanie, może zyskać nowy wymiar dzięki sposobowi przedstawienia go. Faktycznie tu poza zwyczajami już archaicznymi daje się wskazać kreacyjną rolę języka, który również ocala. „Gaudeamus” to nie są zwyczajne wspomnienia ze studiów. To magia zamknięta w niewielkiej książce.
wtorek, 18 listopada 2025
Masza Potocka: Ja
Czytelnik, Warszawa 2025.
Perspektywa
Masza Potocka chce żyć jak nieprzyzwoita kobieta, czyli jak przeciętny mężczyzna. Nie daje o tym czytelnikom swojej autobiografii zatytułowanej „Ja” zapomnieć – bo zamiast zajmować się kwestiami zawodowymi i artystycznymi poszukiwaniami, zwłaszcza tymi, które wyzwoliły wiele kontrowersji – bez przerwy powraca do swoich łóżkowych podbojów i przedstawia kolejnych mężczyzn, z którymi dzieliła seksualne wzloty. W efekcie ten, kto szuka wiadomości ze świata historii sztuki i relacji z prezentowania tejże sztuki w różnych warunkach, okolicznościach (społecznych i politycznych) oraz w obliczu swoistego braku zaufania do kultury – może się rozczarować. Kto jednak potrzebuje buduarowych wspomnień i wyznań, a nade wszystko galerii kochanków szczegółowo przedstawionych, będzie czuł się usatysfakcjonowany lekturą. „Ja” to książka wyjątkowo przechylająca ciężar narracji w stronę intymności – niekoniecznie nawet przez odbiorców pożądanej. Staje się performensem samym w sobie, bez większych nadziei na odniesienia do burzliwych momentów z życia zawodowego.
Autorka przedstawia siebie jako kobietę wyzwoloną i gotową na kolejne seksualne przygody. Podbojów erotycznych jej nie brakuje, chwali się nimi bez przerwy – ale co pewien czas przypomina sobie, że prawdopodobnie taka postawa nie będzie mile widziana przez ogół czytelników – wprowadza więc do opowieści drobne usprawiedliwienia i komentarze podkreślające jej racje. I to robi zupełnie niepotrzebnie: nieprzekonanych nie przekona, a reszcie da do zrozumienia, że sama niekoniecznie czuje się komfortowo z własnymi wyborami. Co z kolei każe zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście wierzyć w głoszone przez nią przekonania, czy to tylko kreacja dla wywoływania kolejnych skandali (chociaż otwarte przyznanie się do aborcji już samo w sobie zapewne dla sporej części czytelników takim skandalem będzie).
O galeriach i twórcach będzie tu naprawdę niewiele – MOCAK przewija się tylko w tle w pewnym momencie, chyba najwięcej energii przeznacza Masza Potocka na zobrazowanie domowej galerii w pustym pokoju – prowadzonej razem z mężem. Jeśli więc ktoś ma nadzieję na poznawanie kulis działań wystawienniczych, może ją szybko porzucić.
Ale nie porzuci przy tym raczej książki, bo bez względu na silny subiektywizm i przekonanie o własnej nieomylności, bez względu na swoiste zadufanie, które wyziera z kolejnych opowieści (autorka nie ogląda się na innych i nie zamierza wykazywać się empatią), pisze ciekawie. I nie o treść chodzi, a o styl – język tej publikacji zatrzymuje odbiorców, kieruje uwagę na melodyjne frazy i na sprawność w posługiwaniu się piórem. Masza Potocka pisać może – robi to kąśliwie i bez krygowania się. Jest szczególnie wprawna w portretach, potrafi w krótkich zdaniach uchwycić sens osobowości swojego modela – a że w ten sposób buduje momentami konterfekty wręcz bezlitosne, tym lepiej dla książki. Kto po nią sięgnie, może przeżyć parę wstrząsów – co oznacza, że na rynku wydawniczym pojawia się coś nietypowego i przełamującego schematy. Masza Potocka chce sprawiać wrażenie osoby, której nie zależy na tym, jak oceniają ją inni – i to widać we fragmentach, w których odmalowuje siebie. A jednak dodatkowe usprawiedliwienia i nawet żale przenikające do narracji uświadamiają czytelnikom coś zupełnie innego.
„Ja” to z pewnością książka, jakich niezbyt wiele na rynku – nie przynosi ani autopromocji (chyba że na bazie sensacji), ani wyjaśnień. Jest rejestrem osobistych przystanków autorki, przefiltrowanym przez jej system wartości i przekonań. Jest głosem, do którego nie wolno dopuszczać innych głosów – bo inne głosy rozbiłyby tę strukturę, którą Masza Potocka buduje.
Perspektywa
Masza Potocka chce żyć jak nieprzyzwoita kobieta, czyli jak przeciętny mężczyzna. Nie daje o tym czytelnikom swojej autobiografii zatytułowanej „Ja” zapomnieć – bo zamiast zajmować się kwestiami zawodowymi i artystycznymi poszukiwaniami, zwłaszcza tymi, które wyzwoliły wiele kontrowersji – bez przerwy powraca do swoich łóżkowych podbojów i przedstawia kolejnych mężczyzn, z którymi dzieliła seksualne wzloty. W efekcie ten, kto szuka wiadomości ze świata historii sztuki i relacji z prezentowania tejże sztuki w różnych warunkach, okolicznościach (społecznych i politycznych) oraz w obliczu swoistego braku zaufania do kultury – może się rozczarować. Kto jednak potrzebuje buduarowych wspomnień i wyznań, a nade wszystko galerii kochanków szczegółowo przedstawionych, będzie czuł się usatysfakcjonowany lekturą. „Ja” to książka wyjątkowo przechylająca ciężar narracji w stronę intymności – niekoniecznie nawet przez odbiorców pożądanej. Staje się performensem samym w sobie, bez większych nadziei na odniesienia do burzliwych momentów z życia zawodowego.
Autorka przedstawia siebie jako kobietę wyzwoloną i gotową na kolejne seksualne przygody. Podbojów erotycznych jej nie brakuje, chwali się nimi bez przerwy – ale co pewien czas przypomina sobie, że prawdopodobnie taka postawa nie będzie mile widziana przez ogół czytelników – wprowadza więc do opowieści drobne usprawiedliwienia i komentarze podkreślające jej racje. I to robi zupełnie niepotrzebnie: nieprzekonanych nie przekona, a reszcie da do zrozumienia, że sama niekoniecznie czuje się komfortowo z własnymi wyborami. Co z kolei każe zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście wierzyć w głoszone przez nią przekonania, czy to tylko kreacja dla wywoływania kolejnych skandali (chociaż otwarte przyznanie się do aborcji już samo w sobie zapewne dla sporej części czytelników takim skandalem będzie).
O galeriach i twórcach będzie tu naprawdę niewiele – MOCAK przewija się tylko w tle w pewnym momencie, chyba najwięcej energii przeznacza Masza Potocka na zobrazowanie domowej galerii w pustym pokoju – prowadzonej razem z mężem. Jeśli więc ktoś ma nadzieję na poznawanie kulis działań wystawienniczych, może ją szybko porzucić.
Ale nie porzuci przy tym raczej książki, bo bez względu na silny subiektywizm i przekonanie o własnej nieomylności, bez względu na swoiste zadufanie, które wyziera z kolejnych opowieści (autorka nie ogląda się na innych i nie zamierza wykazywać się empatią), pisze ciekawie. I nie o treść chodzi, a o styl – język tej publikacji zatrzymuje odbiorców, kieruje uwagę na melodyjne frazy i na sprawność w posługiwaniu się piórem. Masza Potocka pisać może – robi to kąśliwie i bez krygowania się. Jest szczególnie wprawna w portretach, potrafi w krótkich zdaniach uchwycić sens osobowości swojego modela – a że w ten sposób buduje momentami konterfekty wręcz bezlitosne, tym lepiej dla książki. Kto po nią sięgnie, może przeżyć parę wstrząsów – co oznacza, że na rynku wydawniczym pojawia się coś nietypowego i przełamującego schematy. Masza Potocka chce sprawiać wrażenie osoby, której nie zależy na tym, jak oceniają ją inni – i to widać we fragmentach, w których odmalowuje siebie. A jednak dodatkowe usprawiedliwienia i nawet żale przenikające do narracji uświadamiają czytelnikom coś zupełnie innego.
„Ja” to z pewnością książka, jakich niezbyt wiele na rynku – nie przynosi ani autopromocji (chyba że na bazie sensacji), ani wyjaśnień. Jest rejestrem osobistych przystanków autorki, przefiltrowanym przez jej system wartości i przekonań. Jest głosem, do którego nie wolno dopuszczać innych głosów – bo inne głosy rozbiłyby tę strukturę, którą Masza Potocka buduje.
wtorek, 15 lipca 2025
Jan Wołek: Ktokolwiek. Wiersze na szary papier i czarny atrament
Czytelnik, Warszawa 2025.
Refleksje
Jan Wołek to nazwisko, które gwarantuje atrakcyjne teksty – ten autor czuje i rozumie znaczenia słów, jest w stanie zatem budować frazy, które na długo zapadają w pamięć odbiorcom i które przynoszą nowe spojrzenie na rzeczywistość. „Ktokolwiek. Wiersze na szary papier i czarny atrament” to zestaw przemyśleń niekoniecznie zabawnych – akcentowane w podtytule ciemne tony powracają też w samych strofach. Materiał na wiersz znaleźć można wszędzie: nie tylko w refleksji na temat własnej śmierci, ale i choćby w przeżywanym masażu – to zresztą również okazja do rozmyślań nad przemijalnością. Jan Wołek stale powraca do tego motywu, jest świadomy upływu czasu i nieuchronności umierania – ale nie jest to zagadnienie, które przygnębia w tym ujęciu. Owszem, nie pozwala na beztroskę i radość bez ograniczeń, jednak postać z tych utworów wydaje się być pogodzona z losem. To ważne, bo atmosfera wierszy przeniesie się bezpośrednio na czytelników.
Jan Wołek bywa sarkastyczny i złośliwy, potrafi w wierszu przekląć, jeśli ma to podkreślać puentę. Jest wyczulony na obrazki rodzajowe, które niosą ze sobą nowe znaczenia i treści niespodziewane na pierwszy rzut oka. Zwyczajność zostaje tu zamieniona na niezwykłość – wiersze kryją się w każdym momencie codzienności. Najlepiej oczywiście wypadają zderzenia wzniosłości i przyziemności, Jan Wołek wie, jak bawić się skojarzeniami. Nie rozczaruje czytelników, którzy oczekują czegoś oryginalnego i świeżego. Co ciekawe, od czasu do czasu ten autor wraca do form piosenkowych (chociaż większa część utworów z tomiku nie ma melodyjnych fraz, bardziej liczą się tu zgrzyty i niedopasowania), przypominając, czym zasłynął w świadomości czytelników.
Obok śmierci to Bóg i autotematyzm królują w wierszach. Jan Wołek zwraca się raz do sił wyższych, raz do abstrakcyjnych pojęć, szukając za każdym razem wyjaśnień, których znaleźć się nie da. „Z wiekiem coraz bardziej / składam się z myśli” zaznacza w jednym z utworów. I te myśli uwodzą czytelników, pokazują im, jak można próbować pogodzić się z tym, co nieuchronne. Jan Wołek staje się przewodnikiem po trudnych kwestiach. Nie ucieka od motywów przykrych, zdarza się, że wiersz staje się okazją do pożegnania lub utrwalenia kogoś. „Ktokolwiek” to zestaw bardzo silnych emocji zamkniętych w formie wierszy – utworów bardzo udanych i przejmujących. Jan Wołek wie, jak sterować wyobraźnią czytelników, ale też – jak poruszać odbiorców. Nie stroni od spraw aktualnych, ale zamienia je w uniwersalne utwory. „Ktokolwiek” to książka również dla nieprzekonanych do dzisiejszej poezji. Przede wszystkim dzięki temu, że Jan Wołek nie zna tematów tabu, nie boi się pisać o tym, co trudne. Imponuje czytelnikom umiejętnością prowadzenia niezwykłych skojarzeń, podążania za obserwacjami, które tylko z pozoru mogą być zwyczajne. W tych wierszach kryją się całe narracje – opowieści w miejsce liryki. Skondensowane są te utwory, warto odkrywać je powoli i sięgać do nich, żeby szukać życiowych prawd ubranych w urzekające frazy.
Refleksje
Jan Wołek to nazwisko, które gwarantuje atrakcyjne teksty – ten autor czuje i rozumie znaczenia słów, jest w stanie zatem budować frazy, które na długo zapadają w pamięć odbiorcom i które przynoszą nowe spojrzenie na rzeczywistość. „Ktokolwiek. Wiersze na szary papier i czarny atrament” to zestaw przemyśleń niekoniecznie zabawnych – akcentowane w podtytule ciemne tony powracają też w samych strofach. Materiał na wiersz znaleźć można wszędzie: nie tylko w refleksji na temat własnej śmierci, ale i choćby w przeżywanym masażu – to zresztą również okazja do rozmyślań nad przemijalnością. Jan Wołek stale powraca do tego motywu, jest świadomy upływu czasu i nieuchronności umierania – ale nie jest to zagadnienie, które przygnębia w tym ujęciu. Owszem, nie pozwala na beztroskę i radość bez ograniczeń, jednak postać z tych utworów wydaje się być pogodzona z losem. To ważne, bo atmosfera wierszy przeniesie się bezpośrednio na czytelników.
Jan Wołek bywa sarkastyczny i złośliwy, potrafi w wierszu przekląć, jeśli ma to podkreślać puentę. Jest wyczulony na obrazki rodzajowe, które niosą ze sobą nowe znaczenia i treści niespodziewane na pierwszy rzut oka. Zwyczajność zostaje tu zamieniona na niezwykłość – wiersze kryją się w każdym momencie codzienności. Najlepiej oczywiście wypadają zderzenia wzniosłości i przyziemności, Jan Wołek wie, jak bawić się skojarzeniami. Nie rozczaruje czytelników, którzy oczekują czegoś oryginalnego i świeżego. Co ciekawe, od czasu do czasu ten autor wraca do form piosenkowych (chociaż większa część utworów z tomiku nie ma melodyjnych fraz, bardziej liczą się tu zgrzyty i niedopasowania), przypominając, czym zasłynął w świadomości czytelników.
Obok śmierci to Bóg i autotematyzm królują w wierszach. Jan Wołek zwraca się raz do sił wyższych, raz do abstrakcyjnych pojęć, szukając za każdym razem wyjaśnień, których znaleźć się nie da. „Z wiekiem coraz bardziej / składam się z myśli” zaznacza w jednym z utworów. I te myśli uwodzą czytelników, pokazują im, jak można próbować pogodzić się z tym, co nieuchronne. Jan Wołek staje się przewodnikiem po trudnych kwestiach. Nie ucieka od motywów przykrych, zdarza się, że wiersz staje się okazją do pożegnania lub utrwalenia kogoś. „Ktokolwiek” to zestaw bardzo silnych emocji zamkniętych w formie wierszy – utworów bardzo udanych i przejmujących. Jan Wołek wie, jak sterować wyobraźnią czytelników, ale też – jak poruszać odbiorców. Nie stroni od spraw aktualnych, ale zamienia je w uniwersalne utwory. „Ktokolwiek” to książka również dla nieprzekonanych do dzisiejszej poezji. Przede wszystkim dzięki temu, że Jan Wołek nie zna tematów tabu, nie boi się pisać o tym, co trudne. Imponuje czytelnikom umiejętnością prowadzenia niezwykłych skojarzeń, podążania za obserwacjami, które tylko z pozoru mogą być zwyczajne. W tych wierszach kryją się całe narracje – opowieści w miejsce liryki. Skondensowane są te utwory, warto odkrywać je powoli i sięgać do nich, żeby szukać życiowych prawd ubranych w urzekające frazy.
wtorek, 4 marca 2025
Tomasz Jastrun: Oddani istnieniu. Wiersze wybrane
Czytelnik, Warszawa 2025.
Przejście przez życie
46 lat wierszy – wybranych z różnych tomików, ułożonych chronologicznie. Tomasz Jastrun proponuje odbiorcom książkę, której lekturę odrobinę we wstępie programuje, a niekoniecznie powinien: zwraca uwagę na tematy dla niego ważne i na rozwiązania, które mogły się zestarzeć (wyjaśnia między innymi, czego nie wolno odczytywać bez rozumienia czy znajomości kontekstu). Na szczęście później już głosu nie zabiera, przemawiają same wiersze – i to znacznie lepsze z perspektywy czytelników. Zwłaszcza że same decyzje dotyczące zamieszczenia w „Oddanych istnieniu” konkretnych utworów już tworzą swoistą mapę myśli, emocji i wrażeń.
„Oddani istnieniu” to książka, w której istotne są kwestie międzyludzkie – autor funkcjonować może przeważnie w odniesieniu albo do członków najbliższej rodziny, albo do nienazwanych, anonimowych postaci z własnego życiorysu. Wiele razy przygląda się w wierszach żonie i synowi, specjalne miejsce ma dla mamy – i na kartach tomiku z przeszłości przeżywa jej śmierć, a teraz przywołuje tamte doświadczenia. Parę razy próbuje zabrać głos w sprawach publicznych czy politycznych – ale już po latach może się przekonać, że wiersze agitacyjne źle się starzeją i nie mają już tego wydźwięku co dawniej, nie wyzwalają też równie silnych reakcji, zupełnie jakby wyblakły w wyobraźni czytających. Tu nie pomoże ani datowanie, ani świadomość kontekstów: angażowanie się w sprawy społeczne wierszom zdecydowanie nie służy. Na szczęście Tomasz Jastrun znacznie chętniej zabiera czytelników w zacisze swojego domu, dzieli się intymnymi chwilami. Obserwuje rzeczywistość w skali mikro i w wymiarze codziennym, poza wielkimi wydarzeniami jest tu też kilka spraw błahych, prowadzących do rejestrowania ulotnych chwil – które nabierają znaczenia dopiero w obliczu przemijania. Bo Tomasz Jastrun nie jest oryginalny w doborze tematów, najpierw interesują go bardziej kwestie miłości, budowania rodziny, z czasem uwaga przenosi się na przemijanie i na oznaki starzenia się. Zamyka to w zgrabnych wierszach: przeważnie stara się czytelników nie pouczać, daje im za to szansę na przyjrzenie się egzystencji w ujęciu lirycznym. Unika tanich sentymentów, chociaż jeśli wzruszenie własne przebija się przez wersy, zyskuje większe znaczenie. Tomasz Jastrun dobrze wie, jak sterować uczuciami odbiorców: wprowadza ich do własnego świata i rozbudza tęsknoty za lokalną sielanką, idyllą, która tylko od czasu do czasu zakłócana jest przez nieubłagane prawa natury. Starannie wytycza szlak puent, wie dobrze, że czytelnicy potrzebują w wierszach elementu, który wyjaśni im, dlaczego w ogóle sięgać po tego typu literaturę – i dostarcza go. Do tego stopnia dobrze, że – jak pokazuje przekrojowy wybór z prawie pół wieku – może stale intrygować i przyciągać do siebie. „Oddani istnieniu” to wiersze, które komentują się same, nie potrzebują dodatkowo przewodnika ani wskazówek, wystarczy dawkować je sobie, przeżywać po swojemu i pozwolić się zaprosić do prywatnego świata (w którym tylko czasami sprawy z zewnątrz zyskują głos – ale na krótko i tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie przestrzeni poza azylem).
Przejście przez życie
46 lat wierszy – wybranych z różnych tomików, ułożonych chronologicznie. Tomasz Jastrun proponuje odbiorcom książkę, której lekturę odrobinę we wstępie programuje, a niekoniecznie powinien: zwraca uwagę na tematy dla niego ważne i na rozwiązania, które mogły się zestarzeć (wyjaśnia między innymi, czego nie wolno odczytywać bez rozumienia czy znajomości kontekstu). Na szczęście później już głosu nie zabiera, przemawiają same wiersze – i to znacznie lepsze z perspektywy czytelników. Zwłaszcza że same decyzje dotyczące zamieszczenia w „Oddanych istnieniu” konkretnych utworów już tworzą swoistą mapę myśli, emocji i wrażeń.
„Oddani istnieniu” to książka, w której istotne są kwestie międzyludzkie – autor funkcjonować może przeważnie w odniesieniu albo do członków najbliższej rodziny, albo do nienazwanych, anonimowych postaci z własnego życiorysu. Wiele razy przygląda się w wierszach żonie i synowi, specjalne miejsce ma dla mamy – i na kartach tomiku z przeszłości przeżywa jej śmierć, a teraz przywołuje tamte doświadczenia. Parę razy próbuje zabrać głos w sprawach publicznych czy politycznych – ale już po latach może się przekonać, że wiersze agitacyjne źle się starzeją i nie mają już tego wydźwięku co dawniej, nie wyzwalają też równie silnych reakcji, zupełnie jakby wyblakły w wyobraźni czytających. Tu nie pomoże ani datowanie, ani świadomość kontekstów: angażowanie się w sprawy społeczne wierszom zdecydowanie nie służy. Na szczęście Tomasz Jastrun znacznie chętniej zabiera czytelników w zacisze swojego domu, dzieli się intymnymi chwilami. Obserwuje rzeczywistość w skali mikro i w wymiarze codziennym, poza wielkimi wydarzeniami jest tu też kilka spraw błahych, prowadzących do rejestrowania ulotnych chwil – które nabierają znaczenia dopiero w obliczu przemijania. Bo Tomasz Jastrun nie jest oryginalny w doborze tematów, najpierw interesują go bardziej kwestie miłości, budowania rodziny, z czasem uwaga przenosi się na przemijanie i na oznaki starzenia się. Zamyka to w zgrabnych wierszach: przeważnie stara się czytelników nie pouczać, daje im za to szansę na przyjrzenie się egzystencji w ujęciu lirycznym. Unika tanich sentymentów, chociaż jeśli wzruszenie własne przebija się przez wersy, zyskuje większe znaczenie. Tomasz Jastrun dobrze wie, jak sterować uczuciami odbiorców: wprowadza ich do własnego świata i rozbudza tęsknoty za lokalną sielanką, idyllą, która tylko od czasu do czasu zakłócana jest przez nieubłagane prawa natury. Starannie wytycza szlak puent, wie dobrze, że czytelnicy potrzebują w wierszach elementu, który wyjaśni im, dlaczego w ogóle sięgać po tego typu literaturę – i dostarcza go. Do tego stopnia dobrze, że – jak pokazuje przekrojowy wybór z prawie pół wieku – może stale intrygować i przyciągać do siebie. „Oddani istnieniu” to wiersze, które komentują się same, nie potrzebują dodatkowo przewodnika ani wskazówek, wystarczy dawkować je sobie, przeżywać po swojemu i pozwolić się zaprosić do prywatnego świata (w którym tylko czasami sprawy z zewnątrz zyskują głos – ale na krótko i tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie przestrzeni poza azylem).
niedziela, 2 lutego 2025
Krystyna Prendowska: Oko pamięci
Czytelnik, Warszawa 2025
Obserwacje
Krystyna Prendowska przekonuje, że nie byłaby w stanie tworzyć prozy – buduje za to reportaże lub migawki ze swojego życia. Migawki nietypowe, bo zwykle mocno powiązane ze światem kultury i z postaciami powszechnie znanymi. Dodaje do tego autobiograficzne wstawki pozbawione cenzury: oszałamia szczerością i naturalnością a także erudycją. „Oko pamięci” to zestaw esejów dla wymagających odbiorców, ambitna literatura dla uważnych. Jednocześnie – książka, która staje się przewodnikiem po tematach wysokich. Krystyna Prendowska przede wszystkim ucieka od rutyny. Czasami zamienia się w krytyka – kiedy buduje zestaw informacji na temat obejrzanego dzieła, innym razem zdaje relację ze spotkań z kimś ważnym. Potrafi analizować rzeczywistość tak samo jak kulturę – a wiadomości przetwarza tak, żeby przyciągnąć czytelników do lektury. Udaje jej się zwrócić uwagę na aspekty przeważnie niedostrzegane, pozostaje blisko życia, chociaż jej relacje z codziennością nie mają nic wspólnego. „Oko pamięci” to intelektualne wyzwanie, trening dla co bardziej zaawansowanych odbiorców, a przy okazji bardzo miła odskocznia od powszechnej bylejakości. Krystyna Prendowska nie tylko dostrzega dużo, ale też potrafi to opisać tak, by zapewnić czytelnikom mocne wrażenia, żeby skusić ich obietnicą odkrywania nieznanego czy rozszyfrowywania zjawisk życia kulturalnego. Jednocześnie nawiązuje kontakt z czytelnikami przez osobiste zwierzenia. Pojawiają się one rzadko – ale kiedy już da się je znaleźć, budują potężną więź z autorką.
Jest tutaj sporo podpowiedzi dotyczących tego, jak uczestniczyć w świecie kultury i sztuki i na co zwracać w nim uwagę, a równolegle – garść refleksji nad światem i jego kondycją intelektualną. Krystyna Prendowska zachowuje wygodny dystans do rzeczywistości, może dzięki temu prowadzić opowieść barwną, a jednocześnie przekonującą – tu nie chce się wchodzić w polemiki, za to odbiorcy mogą przyzwyczaić się do innego sposobu patrzenia na świat wypełniony wyzwaniami i niespodziankami. Krystyna Prendowska może być przewodnikiem po sztuce, ale równie dobrze radzi sobie z przedstawianiem anegdotycznych wydarzeń z rzeczywistości, która niczego nie udaje. Autorkę kuszą biografie, ale też dzieła, na ich podstawie tka całą relację, wypełnioną faktami i danymi, które w innym wypadku nie przedostałyby się do zbiorowej świadomości – a zniknęły w mrokach przeszłości. Nadaje strukturę i brzmienie wspomnieniom, teraźniejszość stara się jak najbardziej zatrzymać, opisując wszystkie detale, które da się wychwycić. Nie zapomina o sobie – ale nie wystawia siebie na piedestał, pozostaje w cieniu, żeby uzasadnić zabranie głosu w konkretnej sprawie, a jednocześnie nie zdominować przesłań. Bawi się, ciągle gra z czytelnikami. „Oko pamięci” to próba wyłuskania kwintesencji bycia tu i teraz – przez pryzmat tego, co zostanie. Jest to zbiór do powolnej lektury, do rozsmakowywania się w słowach – jedna z tych ozdób biblioteczek, która na długo zatrzyma, zaangażuje i zmieni sposób myślenia o rzeczywistości. „Oko pamięci” to propozycja wyjątkowa na rynku – i bardzo wartościowa.
Obserwacje
Krystyna Prendowska przekonuje, że nie byłaby w stanie tworzyć prozy – buduje za to reportaże lub migawki ze swojego życia. Migawki nietypowe, bo zwykle mocno powiązane ze światem kultury i z postaciami powszechnie znanymi. Dodaje do tego autobiograficzne wstawki pozbawione cenzury: oszałamia szczerością i naturalnością a także erudycją. „Oko pamięci” to zestaw esejów dla wymagających odbiorców, ambitna literatura dla uważnych. Jednocześnie – książka, która staje się przewodnikiem po tematach wysokich. Krystyna Prendowska przede wszystkim ucieka od rutyny. Czasami zamienia się w krytyka – kiedy buduje zestaw informacji na temat obejrzanego dzieła, innym razem zdaje relację ze spotkań z kimś ważnym. Potrafi analizować rzeczywistość tak samo jak kulturę – a wiadomości przetwarza tak, żeby przyciągnąć czytelników do lektury. Udaje jej się zwrócić uwagę na aspekty przeważnie niedostrzegane, pozostaje blisko życia, chociaż jej relacje z codziennością nie mają nic wspólnego. „Oko pamięci” to intelektualne wyzwanie, trening dla co bardziej zaawansowanych odbiorców, a przy okazji bardzo miła odskocznia od powszechnej bylejakości. Krystyna Prendowska nie tylko dostrzega dużo, ale też potrafi to opisać tak, by zapewnić czytelnikom mocne wrażenia, żeby skusić ich obietnicą odkrywania nieznanego czy rozszyfrowywania zjawisk życia kulturalnego. Jednocześnie nawiązuje kontakt z czytelnikami przez osobiste zwierzenia. Pojawiają się one rzadko – ale kiedy już da się je znaleźć, budują potężną więź z autorką.
Jest tutaj sporo podpowiedzi dotyczących tego, jak uczestniczyć w świecie kultury i sztuki i na co zwracać w nim uwagę, a równolegle – garść refleksji nad światem i jego kondycją intelektualną. Krystyna Prendowska zachowuje wygodny dystans do rzeczywistości, może dzięki temu prowadzić opowieść barwną, a jednocześnie przekonującą – tu nie chce się wchodzić w polemiki, za to odbiorcy mogą przyzwyczaić się do innego sposobu patrzenia na świat wypełniony wyzwaniami i niespodziankami. Krystyna Prendowska może być przewodnikiem po sztuce, ale równie dobrze radzi sobie z przedstawianiem anegdotycznych wydarzeń z rzeczywistości, która niczego nie udaje. Autorkę kuszą biografie, ale też dzieła, na ich podstawie tka całą relację, wypełnioną faktami i danymi, które w innym wypadku nie przedostałyby się do zbiorowej świadomości – a zniknęły w mrokach przeszłości. Nadaje strukturę i brzmienie wspomnieniom, teraźniejszość stara się jak najbardziej zatrzymać, opisując wszystkie detale, które da się wychwycić. Nie zapomina o sobie – ale nie wystawia siebie na piedestał, pozostaje w cieniu, żeby uzasadnić zabranie głosu w konkretnej sprawie, a jednocześnie nie zdominować przesłań. Bawi się, ciągle gra z czytelnikami. „Oko pamięci” to próba wyłuskania kwintesencji bycia tu i teraz – przez pryzmat tego, co zostanie. Jest to zbiór do powolnej lektury, do rozsmakowywania się w słowach – jedna z tych ozdób biblioteczek, która na długo zatrzyma, zaangażuje i zmieni sposób myślenia o rzeczywistości. „Oko pamięci” to propozycja wyjątkowa na rynku – i bardzo wartościowa.
piątek, 20 grudnia 2024
Ryszard Kapuściński: Zegar piaskowy
Czytelnik, Warszawa 2024.
Notatki
„Zegar piaskowy” to maleńki tomik. Maleńki, jednak bardzo sugestywny i z pełną siłą oddziałujący na odbiorców – chociaż od czasu jego przygotowania do druku minęło czterdzieści lat. Ryszard Kapuściński cztery dekady temu nie miał szans na opublikowanie tego typu notatek = zbyt otwarcie dzielił się tu z odbiorcami swoimi spostrzeżeniami między innymi na temat reżimowych władz czy systemów opresyjnych. Wprawdzie – przynajmniej teoretycznie – oddalał te zagadnienia, sięgając do innych kultur czy bardziej odległych krajów – jednak i tak stawał się w swoich odkryciach niewygodny. „Zegar piaskowy” czytany dzisiaj jest królestwem celnych uwag, kolekcją komentarzy, które pozwalają lepiej zrozumieć naturę człowieka i jego decyzje w momencie, gdy dojdzie do władzy (albo gdy przez tę władzę jest uciskany). Ale przecież nie poprzestaje na tym autor – w „Zegarze piaskowym” mnóstwo jest komentarzy i dopisków, informacji, które nie rozrosły się w większe teksty albo nie zostały wykorzystane w reportażach. To ulotne przemyślenia, refleksje i zapiski dla pamięci, obserwacje i uwagi, które imponują trafnością, ale i filozoficzną głębią. Lapidarność działa na ich korzyść – wypadają tym sugestywniej i ciekawiej, im są mniejsze objętościowo. Faktycznie w tym tomiku Kapuściński, wykorzystując sylwiczną formę, gromadzi różne skojarzenia, luźno powiązane ze sobą fakty (albo w ogóle odległe od siebie wiadomości). Nie przejmuje się żadną osią narracyjną – ten tomik to zbiór notatek, nieuporządkowany i kuszący właśnie przez swoją niedookreśloność. Kapuściński jest tu oszczędny w słowach, zdaje sobie sprawę z tego, jak potężną bronią są – i wykorzystuje je tak, żeby działały jak najsilniej i jak najpełniej. Uczy swoich odbiorców swobody myślenia, ale i precyzji myśli – a to połączenie wyjątkowo niebezpieczne.
W tym tomiku pojawia się nie tylko Kapuściński – ekspert. Jest tu i obserwator, i podróżnik, reportażysta i człowiek. Te wszystkie role uzupełnia działalnością czytelnika – zbiera sam dla siebie cytaty, które wywarły na niego duży wpływ, notuje fragmenty literackie, które chciałby zapamiętać, albo które pozwoliły mu na zrozumienie czegoś. Funduje odbiorcom przegląd prywatnej biblioteczki, oczywiście w bardzo mocno okrojonej skali – raczej podpowiada, jak poszukiwać wskazówek do codziennej egzystencji w ponadczasowych lekturach.
Jednoakapitowe komentarze są u Kapuścińskiego wyznacznikiem wrażliwości i spostrzegawczości, pozwalają też łatwo zorientować się w światopoglądzie i zestawie przeżyć. Jest tu mnóstwo ciekawostek, ale przez rangę tematów trudno je traktować jako rozrywkowe anegdoty. To publikacja dla odbiorców, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, poznać tajniki warsztatu reportera i nauczyć się wyczulenia na świat. Objętość jest tu odwrotnie proporcjonalna do ładunku emocjonalnego zawartego między wierszami. Kapuściński tworzy notatki dla pamięci, zestaw ocen i uwag, które należy ocalić – dzisiaj to uzupełnienie do jego twórczości, jeszcze jedna odzyskana publikacja, która być może za życia autora przeszłaby bez większego echa, jednak dzisiaj funkcjonuje jako rodzaj przewodnika etycznego dla odbiorców.
Notatki
„Zegar piaskowy” to maleńki tomik. Maleńki, jednak bardzo sugestywny i z pełną siłą oddziałujący na odbiorców – chociaż od czasu jego przygotowania do druku minęło czterdzieści lat. Ryszard Kapuściński cztery dekady temu nie miał szans na opublikowanie tego typu notatek = zbyt otwarcie dzielił się tu z odbiorcami swoimi spostrzeżeniami między innymi na temat reżimowych władz czy systemów opresyjnych. Wprawdzie – przynajmniej teoretycznie – oddalał te zagadnienia, sięgając do innych kultur czy bardziej odległych krajów – jednak i tak stawał się w swoich odkryciach niewygodny. „Zegar piaskowy” czytany dzisiaj jest królestwem celnych uwag, kolekcją komentarzy, które pozwalają lepiej zrozumieć naturę człowieka i jego decyzje w momencie, gdy dojdzie do władzy (albo gdy przez tę władzę jest uciskany). Ale przecież nie poprzestaje na tym autor – w „Zegarze piaskowym” mnóstwo jest komentarzy i dopisków, informacji, które nie rozrosły się w większe teksty albo nie zostały wykorzystane w reportażach. To ulotne przemyślenia, refleksje i zapiski dla pamięci, obserwacje i uwagi, które imponują trafnością, ale i filozoficzną głębią. Lapidarność działa na ich korzyść – wypadają tym sugestywniej i ciekawiej, im są mniejsze objętościowo. Faktycznie w tym tomiku Kapuściński, wykorzystując sylwiczną formę, gromadzi różne skojarzenia, luźno powiązane ze sobą fakty (albo w ogóle odległe od siebie wiadomości). Nie przejmuje się żadną osią narracyjną – ten tomik to zbiór notatek, nieuporządkowany i kuszący właśnie przez swoją niedookreśloność. Kapuściński jest tu oszczędny w słowach, zdaje sobie sprawę z tego, jak potężną bronią są – i wykorzystuje je tak, żeby działały jak najsilniej i jak najpełniej. Uczy swoich odbiorców swobody myślenia, ale i precyzji myśli – a to połączenie wyjątkowo niebezpieczne.
W tym tomiku pojawia się nie tylko Kapuściński – ekspert. Jest tu i obserwator, i podróżnik, reportażysta i człowiek. Te wszystkie role uzupełnia działalnością czytelnika – zbiera sam dla siebie cytaty, które wywarły na niego duży wpływ, notuje fragmenty literackie, które chciałby zapamiętać, albo które pozwoliły mu na zrozumienie czegoś. Funduje odbiorcom przegląd prywatnej biblioteczki, oczywiście w bardzo mocno okrojonej skali – raczej podpowiada, jak poszukiwać wskazówek do codziennej egzystencji w ponadczasowych lekturach.
Jednoakapitowe komentarze są u Kapuścińskiego wyznacznikiem wrażliwości i spostrzegawczości, pozwalają też łatwo zorientować się w światopoglądzie i zestawie przeżyć. Jest tu mnóstwo ciekawostek, ale przez rangę tematów trudno je traktować jako rozrywkowe anegdoty. To publikacja dla odbiorców, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, poznać tajniki warsztatu reportera i nauczyć się wyczulenia na świat. Objętość jest tu odwrotnie proporcjonalna do ładunku emocjonalnego zawartego między wierszami. Kapuściński tworzy notatki dla pamięci, zestaw ocen i uwag, które należy ocalić – dzisiaj to uzupełnienie do jego twórczości, jeszcze jedna odzyskana publikacja, która być może za życia autora przeszłaby bez większego echa, jednak dzisiaj funkcjonuje jako rodzaj przewodnika etycznego dla odbiorców.
czwartek, 1 grudnia 2022
Anna Musiałówna: Z drugiej strony szkła
Czytelnik, Warszawa 2022.
Przed obiektywem
Bardzo nietypowa jest ta publikacja. Anna Musiałówna w tomie "Z drugiej strony szkła" teoretycznie - jak głosi podtytuł - ma tworzyć autoportret fotoreporterki. W praktyce to w znacznie większym stopniu autoportret zapośredniczony, złożony z obrazów, które powstawały przy okazji pracy z aparatem. Nie ma tu wiele o życiu autorki, nie ma też wiele o robieniu zdjęć jako takim - a może właśnie dlatego da się między wierszami wyczytywać znacznie więcej niż można by się spodziewać. Anna Musiałówna rezygnuje z szablonowego opisywania własnych doświadczeń. Unika schematów biograficznych i rutyny w przedstawianiu kolejnych etapów życia. Daje się czytelnikom poznać w sposób inny niż memuary - za sprawą szeregu reportaży albo migawek z poszukiwań tematów do zdjęć. Same zdjęcia - w dużym formacie - też się tu znajdują i czasami bywają wstrząsające, bo Anna Musiałówna najchętniej zajmuje się utrwalaniem problemów społecznych. Nie do końca zależy jej na atrakcyjności ujęcia i na jego estetyce czy pięknie - owszem, zdarzają się kadry, które urzekają rodzajem kompozycji i spostrzeżeniem, które autorka wyznacza odbiorcom. Jednak znacznie częściej chodzi o zarejestrowanie pewnej historii, ukazanie krzywdy, biedy albo klęski. Anna Musiałówna na zdjęciach rozprawia się z dramatami ludzkimi, jest tam, gdzie należałoby interweniować, żeby kogoś ocalić przed jeszcze gorszym losem. Oddala swoimi fotografiami powody do samozadowolenia odbiorców, zamienia się w sumienie społeczeństwa. Ale okazuje się, że zdjęcia nie mówią wszystkiego. Owszem, pozwalają w jakiś sposób scharakteryzować bohaterów lub ich aktualne bolączki, jednak duża część historii pozostaje poza kadrem i nie daje się przekazać. I na to właśnie jest miejsce w "Z drugiej strony szkła". Każdy rozdział to opowieść o innej postaci - z różnych względów wartej wyróżnienia z tłumu. Anna Musiałówna czasami po prostu zagaduje kogoś, kto stanie na jej drodze - nie boi się nawet konfrontacji z miejscowymi bandziorami. Innym razem celowo szuka kontaktu do kogoś, kto ją zaintrygował - wie, że dzięki spotkaniom może zdobyć bardzo ciekawe materiały. I kiedy rejestruje takie momenty na kliszy, pozostają w niej wspomnienia związane z samymi bohaterami zdjęć. Te właśnie wspomnienia spisuje jako reportaże i stanowią one znaczną część książki "Z drugiej strony szkła". W ten sposób Anna Musiałówna zajmuje się opisywaniem siebie ale bez zwracania na siebie uwagi - interesują ją inni ludzie, a siebie definiuje przez wrażliwość czy wyczulenie na określone sytuacje. Dopiero w pojedynczych akapitach tworzonych przy okazji rozmów z kimś, kto zaraz znajdzie się na zdjęciu, może wprowadzać detale dotyczące własnego życia - i tak opowiada o swoim synu i jego stosunku do wykonywanego przez mamę zawodu, o rozczarowaniu związanym z przedwczesnym końcem kariery baletowej. Przedstawia bliskich: brata, który umierał na raka i którego stan był utrzymywany przed rodzicami w tajemnicy, sparaliżowaną siostrę wymagającą trudnej rehabilitacji... Dużo tu nieszczęść i komplikacji. Anna Musiałówna pisze zajmująco. Widać tu wyczulenie na szczegóły i chęć zbliżania się do spraw niemedialnych. Proces budowania kariery można odtworzyć ze wzmianek, z informacji rozproszonych po tekście i niekoniecznie eksponowanych. "Z drugiej strony szkła" to książka starannie przygotowana pod kątem narracji i opracowania graficznego, jest też imponująca edytorsko - ale to tylko dodatek do treści. Anna Musiałówna zabiera czytelników na wyprawę niezbyt łatwą i nie zawsze wypełnioną pozytywnymi emocjami, proponuje sceny i sytuacje, które będą budzić różne uczucia - jednak jest to książka, która przyciąga i zatrzymuje. Złożona z migawek, uchwyconych momentów i skojarzeń - stanowi rodzaj kroniki świata autorki, a przez to najlepiej portretuje ją samą.
Przed obiektywem
Bardzo nietypowa jest ta publikacja. Anna Musiałówna w tomie "Z drugiej strony szkła" teoretycznie - jak głosi podtytuł - ma tworzyć autoportret fotoreporterki. W praktyce to w znacznie większym stopniu autoportret zapośredniczony, złożony z obrazów, które powstawały przy okazji pracy z aparatem. Nie ma tu wiele o życiu autorki, nie ma też wiele o robieniu zdjęć jako takim - a może właśnie dlatego da się między wierszami wyczytywać znacznie więcej niż można by się spodziewać. Anna Musiałówna rezygnuje z szablonowego opisywania własnych doświadczeń. Unika schematów biograficznych i rutyny w przedstawianiu kolejnych etapów życia. Daje się czytelnikom poznać w sposób inny niż memuary - za sprawą szeregu reportaży albo migawek z poszukiwań tematów do zdjęć. Same zdjęcia - w dużym formacie - też się tu znajdują i czasami bywają wstrząsające, bo Anna Musiałówna najchętniej zajmuje się utrwalaniem problemów społecznych. Nie do końca zależy jej na atrakcyjności ujęcia i na jego estetyce czy pięknie - owszem, zdarzają się kadry, które urzekają rodzajem kompozycji i spostrzeżeniem, które autorka wyznacza odbiorcom. Jednak znacznie częściej chodzi o zarejestrowanie pewnej historii, ukazanie krzywdy, biedy albo klęski. Anna Musiałówna na zdjęciach rozprawia się z dramatami ludzkimi, jest tam, gdzie należałoby interweniować, żeby kogoś ocalić przed jeszcze gorszym losem. Oddala swoimi fotografiami powody do samozadowolenia odbiorców, zamienia się w sumienie społeczeństwa. Ale okazuje się, że zdjęcia nie mówią wszystkiego. Owszem, pozwalają w jakiś sposób scharakteryzować bohaterów lub ich aktualne bolączki, jednak duża część historii pozostaje poza kadrem i nie daje się przekazać. I na to właśnie jest miejsce w "Z drugiej strony szkła". Każdy rozdział to opowieść o innej postaci - z różnych względów wartej wyróżnienia z tłumu. Anna Musiałówna czasami po prostu zagaduje kogoś, kto stanie na jej drodze - nie boi się nawet konfrontacji z miejscowymi bandziorami. Innym razem celowo szuka kontaktu do kogoś, kto ją zaintrygował - wie, że dzięki spotkaniom może zdobyć bardzo ciekawe materiały. I kiedy rejestruje takie momenty na kliszy, pozostają w niej wspomnienia związane z samymi bohaterami zdjęć. Te właśnie wspomnienia spisuje jako reportaże i stanowią one znaczną część książki "Z drugiej strony szkła". W ten sposób Anna Musiałówna zajmuje się opisywaniem siebie ale bez zwracania na siebie uwagi - interesują ją inni ludzie, a siebie definiuje przez wrażliwość czy wyczulenie na określone sytuacje. Dopiero w pojedynczych akapitach tworzonych przy okazji rozmów z kimś, kto zaraz znajdzie się na zdjęciu, może wprowadzać detale dotyczące własnego życia - i tak opowiada o swoim synu i jego stosunku do wykonywanego przez mamę zawodu, o rozczarowaniu związanym z przedwczesnym końcem kariery baletowej. Przedstawia bliskich: brata, który umierał na raka i którego stan był utrzymywany przed rodzicami w tajemnicy, sparaliżowaną siostrę wymagającą trudnej rehabilitacji... Dużo tu nieszczęść i komplikacji. Anna Musiałówna pisze zajmująco. Widać tu wyczulenie na szczegóły i chęć zbliżania się do spraw niemedialnych. Proces budowania kariery można odtworzyć ze wzmianek, z informacji rozproszonych po tekście i niekoniecznie eksponowanych. "Z drugiej strony szkła" to książka starannie przygotowana pod kątem narracji i opracowania graficznego, jest też imponująca edytorsko - ale to tylko dodatek do treści. Anna Musiałówna zabiera czytelników na wyprawę niezbyt łatwą i nie zawsze wypełnioną pozytywnymi emocjami, proponuje sceny i sytuacje, które będą budzić różne uczucia - jednak jest to książka, która przyciąga i zatrzymuje. Złożona z migawek, uchwyconych momentów i skojarzeń - stanowi rodzaj kroniki świata autorki, a przez to najlepiej portretuje ją samą.
wtorek, 21 grudnia 2021
Andrzej Dąbrowski, Agnieszka Matynia-Dąbrowska: Do zwariowania jeden krok
Czytelnik, Warszawa 2021.
Podsumowania
Ta książka ucieszy fanów Andrzeja Dąbrowskiego. Chociaż wpisuje się w nurt publikacji wspomnieniowych i autobiograficznych, nie ma w niej stylistyki pop ani ucieczki w ogólniki. Andrzej Dąbrowski prowadzi swoje memuary z wyczuleniem na detale. Zagłębia się w sprawy, do których fani nie mogliby dotrzeć w inny sposób, omawia je bardzo szczegółowo i dzięki temu odtwarza klimat czasów. Przywołuje nie tylko anegdoty związane z muzykami, z którymi koncertował: porządkuje własny życiorys z uwzględnieniem najbardziej gatunkowo pożądanych elementów. Zaczyna się zatem od precyzyjnego nakreślania historii rodziny, wywoływania z pamięci tych danych, które udało się zachować i ocalić dla przyszłych pokoleń. Ozdabia je autor jeszcze własnymi skojarzeniami z dzieciństwa: to chwytanie wspomnień, nawet jeśli nie dość ważnych z perspektywy biografa, to cennych dla samego twórcy: to ciekawostki, szanse na nakreślenie kolorytu lokalnego i charakteru. Andrzej Dąbrowski dość szybko przechodzi do opowiadania o swoich pasjach: samochodach i muzyce. Zwłaszcza motoryzacyjne zainteresowania wywołują silne emocje: to niekończąca się opowieść o kupowanych pojazdach, o wyścigach w „zwyczajnych” maszynach, o tym, co napędza do działania. Muzyka to spotkania z mistrzami i sukcesy na różnych scenach. To spoglądanie od kulis na organizację kolejnych wydarzeń i na popularność.
Andrzej Dąbrowski prowadzi tę narrację sam, spisuje wspomnienia, które od czasu do czasu uzupełnia drobnymi wyjaśniającymi akapitami Agnieszka Matynia-Dąbrowska. Zwykle jednak nie trzeba zbyt wielu dopowiedzeń: wszystko, co najważniejsze, pada w tych wywodach, autor potrafi przedstawiać rzeczywistość tak, by dla odbiorców stało się jasne sedno wydarzeń. Umiejętnie puentuje kolejne opowieści i przemyca mnóstwo informacji nie tylko z własnej codzienności. Każde wydarzenie przedstawia starannie, z troską o samo brzmienie i o przesłania – tak, by czytelnicy nie musieli się zastanawiać, jaki jest cel stworzenia podobnej publikacji. Wspomnienia Andrzeja Dąbrowskiego urzekają głębią i jakością. W odróżnieniu od wielu funkcjonujących na rynku memuarów – tu troska o komfort czytelnika spragnionego gęstej relacji wybija się na pierwszy plan. Zresztą Andrzej Dąbrowski wyraźnie dobrze czuje się w nawigowaniu po swojej egzystencji. „Do zwariowania jeden krok” to podróż przez lata i dokonania – sycąca i wypełniona ciekawostkami dla fanów. Przy okazji to też popis tworzenia memuarów w starym stylu – bez pośpiechu i chaosu.
Dąbrowski posługuje się ironią, która zapewnia tym wspomnieniom lekkość mimo sporej objętości tomu. Nie zapomina o przedstawianiu swoich bliskich: znajduje miejsce na ich zaprezentowanie i na pokazanie znaczenia rodziny w codziennym życiu: wyzwala w ten sposób również refleksję nad utrzymaniem związku przez artystę. Bogaty materiał zdjęciowy – wycinki i zdjęcia z archiwum domowego – pozwalają jeszcze lepiej poznawać Andrzeja Dąbrowskiego, są dodatkiem do tomu, a nie sposobem na nadanie mu większej objętości.
Podsumowania
Ta książka ucieszy fanów Andrzeja Dąbrowskiego. Chociaż wpisuje się w nurt publikacji wspomnieniowych i autobiograficznych, nie ma w niej stylistyki pop ani ucieczki w ogólniki. Andrzej Dąbrowski prowadzi swoje memuary z wyczuleniem na detale. Zagłębia się w sprawy, do których fani nie mogliby dotrzeć w inny sposób, omawia je bardzo szczegółowo i dzięki temu odtwarza klimat czasów. Przywołuje nie tylko anegdoty związane z muzykami, z którymi koncertował: porządkuje własny życiorys z uwzględnieniem najbardziej gatunkowo pożądanych elementów. Zaczyna się zatem od precyzyjnego nakreślania historii rodziny, wywoływania z pamięci tych danych, które udało się zachować i ocalić dla przyszłych pokoleń. Ozdabia je autor jeszcze własnymi skojarzeniami z dzieciństwa: to chwytanie wspomnień, nawet jeśli nie dość ważnych z perspektywy biografa, to cennych dla samego twórcy: to ciekawostki, szanse na nakreślenie kolorytu lokalnego i charakteru. Andrzej Dąbrowski dość szybko przechodzi do opowiadania o swoich pasjach: samochodach i muzyce. Zwłaszcza motoryzacyjne zainteresowania wywołują silne emocje: to niekończąca się opowieść o kupowanych pojazdach, o wyścigach w „zwyczajnych” maszynach, o tym, co napędza do działania. Muzyka to spotkania z mistrzami i sukcesy na różnych scenach. To spoglądanie od kulis na organizację kolejnych wydarzeń i na popularność.
Andrzej Dąbrowski prowadzi tę narrację sam, spisuje wspomnienia, które od czasu do czasu uzupełnia drobnymi wyjaśniającymi akapitami Agnieszka Matynia-Dąbrowska. Zwykle jednak nie trzeba zbyt wielu dopowiedzeń: wszystko, co najważniejsze, pada w tych wywodach, autor potrafi przedstawiać rzeczywistość tak, by dla odbiorców stało się jasne sedno wydarzeń. Umiejętnie puentuje kolejne opowieści i przemyca mnóstwo informacji nie tylko z własnej codzienności. Każde wydarzenie przedstawia starannie, z troską o samo brzmienie i o przesłania – tak, by czytelnicy nie musieli się zastanawiać, jaki jest cel stworzenia podobnej publikacji. Wspomnienia Andrzeja Dąbrowskiego urzekają głębią i jakością. W odróżnieniu od wielu funkcjonujących na rynku memuarów – tu troska o komfort czytelnika spragnionego gęstej relacji wybija się na pierwszy plan. Zresztą Andrzej Dąbrowski wyraźnie dobrze czuje się w nawigowaniu po swojej egzystencji. „Do zwariowania jeden krok” to podróż przez lata i dokonania – sycąca i wypełniona ciekawostkami dla fanów. Przy okazji to też popis tworzenia memuarów w starym stylu – bez pośpiechu i chaosu.
Dąbrowski posługuje się ironią, która zapewnia tym wspomnieniom lekkość mimo sporej objętości tomu. Nie zapomina o przedstawianiu swoich bliskich: znajduje miejsce na ich zaprezentowanie i na pokazanie znaczenia rodziny w codziennym życiu: wyzwala w ten sposób również refleksję nad utrzymaniem związku przez artystę. Bogaty materiał zdjęciowy – wycinki i zdjęcia z archiwum domowego – pozwalają jeszcze lepiej poznawać Andrzeja Dąbrowskiego, są dodatkiem do tomu, a nie sposobem na nadanie mu większej objętości.
środa, 15 września 2021
Antoni Wit w rozmowie z Agnieszką Malatyńską-Stankiewicz: Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci
Czytelnik, Warszawa 2021.
Przed orkiestrą
Poważnie brzmi tytuł tej potężnej książki. "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" to wywiad-rzeka z Antonim Witem. Zaproszona do współpracy - w rzeczywistości do pomocy przy porządkowaniu wspomnień - Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz schodzi tu na daleki plan, jest od tego, żeby słuchać konkretnych opowieści, nie nadawać im ton. Antoni Wit dokładnie wie, co chce zaprezentować odbiorcom, równie dobrze poradziłby sobie samodzielnie, ale z powodów wyboru formy tłumaczy się we wstępie. Dla czytelników, którzy zainteresowani są dyrygowaniem, ta opowieść będzie bardzo wciągająca. Autor nie zajmuje się przesadnie własnym życiem pozazawodowym: zależy mu natomiast na zarejestrowaniu i skomentowaniu specyfiki wybranego zajęcia. Dyrygowanie w wielu odsłonach - to coś, co pojawia się w tej publikacji.
Antoni Wit zwraca się ku przeszłości i pokazuje, jakie możliwości zapewniał zawód dyrygenta. Razem z odbiorcami przemieszcza się po kraju, obejmuje prowadzenie różnych orkiestr, z różnymi muzykami pracuje. Zwraca uwagę na organizację pracy, przedstawia też wyzwania wiążące się z dyrygowaniem - często może przez to uświadomić czytelnikom rzeczy, o których ci nie mieli pojęcia. Umiejętnie wplata we wspomnienia elementy z życia społecznego, detale, które wpływać mogą na odczytywanie kontekstu. "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" to publikacja cechująca się dużą szczegółowością. Autor zwraca się w pierwszej kolejności do ludzi żywo zainteresowanych jego zajęciem (i nim samym), stara się odchodzić od ogólników na rzecz własnych spraw. Jednocześnie zachowuje wyraźny dystans, nie zamierza sprzedawać wszystkiego czy podporządkowywać się obecnymwiwisekcyjnym trendom. Ten dystans sprawia, że tom wydaje się jeszcze dokładniej przygotowany: tu nie ma miejsca na odchodzenie od wcześniej zaplanowanych kwestii, na improwizacje czy podążanie za skojarzeniami. Wszystko musi wypływać z wcześniejszych uwag. Antoni Wit przedstawia swoich mentorów czy inspiracje, oddaje hołd tym, dzięki którym znalazł się na szczycie. Podkreśla, jakie aspekty pracy były dla niego istotne i czym kierował się, gdy trzeba było podjąć radykalne decyzje. Dzięki niemu czytelnicy dowiedzą się czegoś o kulisach pracy w orkiestrze czy o wyjazdach zagranicznych. Pojawi się tu kwestia języków obcych i konkursów, w których dyrygent może pomóc uczestnikowi. Im bardziej w stronę pracy przechodzi Antoni Wit, tym więcej ciekawostek do zaprezentowania czytelnikom znajduje. "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" to książka, która rzuci nowe światło na zawód dyrygenta. Czytelnicy przekonają się, że nie ma tu mowy o rutynie i że trzeba łączyć rozmaite umiejętności, żeby w ogóle dać sobie radę z kolejnymi wyzwaniami. Antoni Wit zaprasza odbiorców do swojego świata - i w pewnym momencie przekonuje się, że warto dzielić się osobistymi komentarzami związanymi z pracą. Dzięki temu książka zaczyna funkcjonować nie tylko jako autoprezentacja, ale jako ciekawa dla szerokiego grona odbiorców lektura. Sam autor znajduje tu okazję do zweryfikowania niektórych obiegowych poglądów, udziela wyjaśnień, które pomogą w zrozumieniu rzeczywistości dawnych lat. Ale ponad wszystkim: zajmuje się przedstawianiem zawodu, który dla wielu wydaje się egzotyczny (albo przynajmniej bardzo niszowy).
Przed orkiestrą
Poważnie brzmi tytuł tej potężnej książki. "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" to wywiad-rzeka z Antonim Witem. Zaproszona do współpracy - w rzeczywistości do pomocy przy porządkowaniu wspomnień - Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz schodzi tu na daleki plan, jest od tego, żeby słuchać konkretnych opowieści, nie nadawać im ton. Antoni Wit dokładnie wie, co chce zaprezentować odbiorcom, równie dobrze poradziłby sobie samodzielnie, ale z powodów wyboru formy tłumaczy się we wstępie. Dla czytelników, którzy zainteresowani są dyrygowaniem, ta opowieść będzie bardzo wciągająca. Autor nie zajmuje się przesadnie własnym życiem pozazawodowym: zależy mu natomiast na zarejestrowaniu i skomentowaniu specyfiki wybranego zajęcia. Dyrygowanie w wielu odsłonach - to coś, co pojawia się w tej publikacji.
Antoni Wit zwraca się ku przeszłości i pokazuje, jakie możliwości zapewniał zawód dyrygenta. Razem z odbiorcami przemieszcza się po kraju, obejmuje prowadzenie różnych orkiestr, z różnymi muzykami pracuje. Zwraca uwagę na organizację pracy, przedstawia też wyzwania wiążące się z dyrygowaniem - często może przez to uświadomić czytelnikom rzeczy, o których ci nie mieli pojęcia. Umiejętnie wplata we wspomnienia elementy z życia społecznego, detale, które wpływać mogą na odczytywanie kontekstu. "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" to publikacja cechująca się dużą szczegółowością. Autor zwraca się w pierwszej kolejności do ludzi żywo zainteresowanych jego zajęciem (i nim samym), stara się odchodzić od ogólników na rzecz własnych spraw. Jednocześnie zachowuje wyraźny dystans, nie zamierza sprzedawać wszystkiego czy podporządkowywać się obecnymwiwisekcyjnym trendom. Ten dystans sprawia, że tom wydaje się jeszcze dokładniej przygotowany: tu nie ma miejsca na odchodzenie od wcześniej zaplanowanych kwestii, na improwizacje czy podążanie za skojarzeniami. Wszystko musi wypływać z wcześniejszych uwag. Antoni Wit przedstawia swoich mentorów czy inspiracje, oddaje hołd tym, dzięki którym znalazł się na szczycie. Podkreśla, jakie aspekty pracy były dla niego istotne i czym kierował się, gdy trzeba było podjąć radykalne decyzje. Dzięki niemu czytelnicy dowiedzą się czegoś o kulisach pracy w orkiestrze czy o wyjazdach zagranicznych. Pojawi się tu kwestia języków obcych i konkursów, w których dyrygent może pomóc uczestnikowi. Im bardziej w stronę pracy przechodzi Antoni Wit, tym więcej ciekawostek do zaprezentowania czytelnikom znajduje. "Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci" to książka, która rzuci nowe światło na zawód dyrygenta. Czytelnicy przekonają się, że nie ma tu mowy o rutynie i że trzeba łączyć rozmaite umiejętności, żeby w ogóle dać sobie radę z kolejnymi wyzwaniami. Antoni Wit zaprasza odbiorców do swojego świata - i w pewnym momencie przekonuje się, że warto dzielić się osobistymi komentarzami związanymi z pracą. Dzięki temu książka zaczyna funkcjonować nie tylko jako autoprezentacja, ale jako ciekawa dla szerokiego grona odbiorców lektura. Sam autor znajduje tu okazję do zweryfikowania niektórych obiegowych poglądów, udziela wyjaśnień, które pomogą w zrozumieniu rzeczywistości dawnych lat. Ale ponad wszystkim: zajmuje się przedstawianiem zawodu, który dla wielu wydaje się egzotyczny (albo przynajmniej bardzo niszowy).
poniedziałek, 30 sierpnia 2021
Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska: Dziwne jest serce kobiece... tom 2. Wspomnienia z Pomorza i Hebdowa
Czytelnik, Warszawa 2021.
Zwykłe życie
Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska podejmowała się wielu zadań i można by nimi obdzielić kilka osób o energicznym sposobie bycia. Tymczasem znajdowała jeszcze siły na prowadzenie pamiętnika, który po latach doczekał się publikacji i może zainteresować szerokie grono odbiorców, nie tylko z uwagi na powiązania między postaciami i szansę na odkrywanie losów własnych przodków, ale też ze względu na jakość opisów. "Dziwne jest serce kobiece... Tom 2. Wspomnienia z Pomorza i Hebdowa" to tom, który prowadzi od lat 20. XX wieku po końcówkę drugiej wojny światowej. Łatwo się zatem domyślić, że nastąpi polaryzacja tematów - co innego będzie zaprzątać autorkę w czasach pokoju, co innego - gdy przyjdzie ratować rodzinę i chronić się przed niebezpieczeństwami. Jednak Zofia Skąpska niejeden raz zaskoczy czytelników podejściem do rzeczywistości i wyczuleniem na detale.
W tomie mnóstwo jest tematów towarzyskich. Autorka bardzo starannie odnotowuje koligacje rodzinne i znajomości, nie umyka jej żadna sprawa obyczajowa. Jeśli ktoś się w kimś zakocha, ktoś się z kimś żeni albo ktoś się z kimś rozstaje - trafi na karty wspomnień. Podobnie rzecz ma się w przypadku rozmaitych zabaw czy wakacji, wspólnego spędzania czasu, wizyt, rozrywek i kontaktów międzyludzkich. Zofia Skąpska pokazuje, jak organizuje sobie życie codzienne i dlaczego podejmuje konkretne decyzje - często jednak zajmuje się wyliczeniami, opowieściami o tym, co składa się na ową codzienność. Lubi porządkować rzeczywistość, przez zapiski może tego dokonywać. Dzisiaj jej wspomnienia są świetnym źródłem wiedzy na temat dawnej obyczajowości - i przydają się także tym, którzy poszukują specyfiki kolorytu lokalnego. To relacja z czasów, które zostały na wszelkie możliwe sposoby przebadane - ale w wersji "plotkarskiej", lekkiej i pozbawionej analiz politycznych. Dla autorki liczą się zwłaszcza doświadczenia interpersonalne - nawet bez wielkich uczuć, zwyczajne sprawy. Kiedy zaczyna się wojna, Zofia Skąpska relacjonuje kolejne wyzwania i lęki, bardzo szczegółowo opisuje kolejne działania mające na celu zapewnienie ochrony rodzinie - ale zdarza się, że z niewesołych tematów znienacka przeskakuje do normalności i, na przykład, notuje, że jakiemuś dziecku w rodzinie wyrósł pierwszy ząb. Jest w tym tomie familiarność i spokój mimo komplikacji zewnętrznych, jest dbałość o przedstawianie kolejnych członków wielkiej rodziny. Zofia Skąpska każdemu chce poświęcić trochę uwagi, pisze tak, by i czytelnikom stały się bliskie zwyczajne sprawy i tematy. Zaprasza do swojego świata - do świata, który sama sobie ułożyła. Na marginesie przypomina, co zaprząta jej myśli: wprowadza zestaw zajęć, które wymagają uważności i zaangażowania, a jednak nie wpływają na jakość pamiętnika ani na codzienność. Jest ta publikacja dość pouczającym spojrzeniem w obyczajową przeszłość. Świat, który bezpowrotnie przeminął, tutaj zaczyna funkcjonować na nowo. Spodoba się ta książka zwłaszcza czytelnikom nastawionym na zaglądanie do cudzego życia, na relacje międzyludzkie i na elementy codzienności.
Zwykłe życie
Zofia z Odrowąż-Pieniążków Skąpska podejmowała się wielu zadań i można by nimi obdzielić kilka osób o energicznym sposobie bycia. Tymczasem znajdowała jeszcze siły na prowadzenie pamiętnika, który po latach doczekał się publikacji i może zainteresować szerokie grono odbiorców, nie tylko z uwagi na powiązania między postaciami i szansę na odkrywanie losów własnych przodków, ale też ze względu na jakość opisów. "Dziwne jest serce kobiece... Tom 2. Wspomnienia z Pomorza i Hebdowa" to tom, który prowadzi od lat 20. XX wieku po końcówkę drugiej wojny światowej. Łatwo się zatem domyślić, że nastąpi polaryzacja tematów - co innego będzie zaprzątać autorkę w czasach pokoju, co innego - gdy przyjdzie ratować rodzinę i chronić się przed niebezpieczeństwami. Jednak Zofia Skąpska niejeden raz zaskoczy czytelników podejściem do rzeczywistości i wyczuleniem na detale.
W tomie mnóstwo jest tematów towarzyskich. Autorka bardzo starannie odnotowuje koligacje rodzinne i znajomości, nie umyka jej żadna sprawa obyczajowa. Jeśli ktoś się w kimś zakocha, ktoś się z kimś żeni albo ktoś się z kimś rozstaje - trafi na karty wspomnień. Podobnie rzecz ma się w przypadku rozmaitych zabaw czy wakacji, wspólnego spędzania czasu, wizyt, rozrywek i kontaktów międzyludzkich. Zofia Skąpska pokazuje, jak organizuje sobie życie codzienne i dlaczego podejmuje konkretne decyzje - często jednak zajmuje się wyliczeniami, opowieściami o tym, co składa się na ową codzienność. Lubi porządkować rzeczywistość, przez zapiski może tego dokonywać. Dzisiaj jej wspomnienia są świetnym źródłem wiedzy na temat dawnej obyczajowości - i przydają się także tym, którzy poszukują specyfiki kolorytu lokalnego. To relacja z czasów, które zostały na wszelkie możliwe sposoby przebadane - ale w wersji "plotkarskiej", lekkiej i pozbawionej analiz politycznych. Dla autorki liczą się zwłaszcza doświadczenia interpersonalne - nawet bez wielkich uczuć, zwyczajne sprawy. Kiedy zaczyna się wojna, Zofia Skąpska relacjonuje kolejne wyzwania i lęki, bardzo szczegółowo opisuje kolejne działania mające na celu zapewnienie ochrony rodzinie - ale zdarza się, że z niewesołych tematów znienacka przeskakuje do normalności i, na przykład, notuje, że jakiemuś dziecku w rodzinie wyrósł pierwszy ząb. Jest w tym tomie familiarność i spokój mimo komplikacji zewnętrznych, jest dbałość o przedstawianie kolejnych członków wielkiej rodziny. Zofia Skąpska każdemu chce poświęcić trochę uwagi, pisze tak, by i czytelnikom stały się bliskie zwyczajne sprawy i tematy. Zaprasza do swojego świata - do świata, który sama sobie ułożyła. Na marginesie przypomina, co zaprząta jej myśli: wprowadza zestaw zajęć, które wymagają uważności i zaangażowania, a jednak nie wpływają na jakość pamiętnika ani na codzienność. Jest ta publikacja dość pouczającym spojrzeniem w obyczajową przeszłość. Świat, który bezpowrotnie przeminął, tutaj zaczyna funkcjonować na nowo. Spodoba się ta książka zwłaszcza czytelnikom nastawionym na zaglądanie do cudzego życia, na relacje międzyludzkie i na elementy codzienności.
środa, 9 czerwca 2021
Sándor Márai: Śladami bogów
Czytelnik, Warszawa 2021.
Na wschód
Są takie książki podróżnicze, które się nie starzeją i mimo upływu czasu wciąż wywierają na czytelnikach silne wrażenie. Sándor Márai w zbiorze refleksji z wyprawy między innymi do Egiptu, Turcji, Syrii i Włoch urzeka odbiorców warsztatem pisarskim, ale też jakością spostrzeżeń. Jest w stanie z ciekawością przybysza przyglądać się każdemu przejawowi inności, odnotowywać egzotyczne motywy i pochylać się nad detalami, które na pewno nie znalazłyby się w przewodnikach. Pisze tak, by rejestrować ulotne chwile i nadawać im rangę przez sposób poprowadzenia narracji. Wprowadza bardzo malarskie opisy, atrakcyjne po dekadach – z uwagi na przesłania, a nie tylko proste obserwacje. Kiedy Sándor Márai podróżuje, to nie po to, żeby oglądać zabytki, a przynajmniej – nie tylko po to. Zależy mu natomiast na głębokim poznawaniu kultur, na analizowaniu zjawisk, których nie da się doświadczyć gdzie indziej. Jest mocno nastawiony na odczytywanie śladów przeszłości i na snucie narracji wykorzystującej wiedzę i własne wnioski. Zdarza się, że Sándor Márai długo rozwodzi się nad pojedynczą scenką i na niej opiera całe puenty. Pisze gęsto: oddaje słowami wszelkiego rodzaju zmysłowe wrażenia, interesuje go zestaw atrakcji nie w rozumieniu turystycznym – a filozoficznym. Kiedy w zadumie spogląda na swoje odkrycie, jest w stanie dojrzeć w nim rzeczy, których nie zauważy zwykły obieżyświat. Kieruje uwagę czytelników – tutaj widzów – na kolejne aspekty wydarzeń, dodaje do tego interpretacje. Zamienia się w iluzjonistę. Przenosi czytelników w konkretne miejsca i serwuje im zestawy wrażeń wyrazistych, a do tego – odkrywczych. Nie przemierza nieznanych szlaków, a jednak to, co powstaje na styku zwykłej podróży i kulturowego dziedzictwa owocuje niezwykłymi przeżyciami. „Śladami bogów” to książka bardzo przemyślana – eseje wprowadzane pod pretekstem odwiedzania kolejnych krajów wiążą się z możliwością przemycania wiadomości. Nigdy jednak po to, by po prostu pouczać czytelników. Márai postępuje zupełnie inaczej: zapewnia dawkę wiedzy i dawkę obrazów rozbudzających wyobraźnię, ale wyciąganie wniosków na temat tego połączenia w dużej części zostawia odbiorcom. Proponuje im szkice erudycyjne i głębokie, a jednak również takie, które nie przytłaczają i nie męczą nadmiarem danych. Wie, jak wyeksponować literackość, zestaw zmysłowych wrażeń. Dzięki temu „Śladami bogów” staje się piękną historią, nie świadectwem podróży czy kwerend, a literaturą w najlepszym znaczeniu tego słowa. Trudno się nie zachwycać tą publikacją – Márai funkcjonuje tu jako przewodnik po kulturze, jako dziennikarz, któremu nie umknie żadne przełomowe wydarzenie, ale także jako literat, który dostrzega urok detali oraz jako filozof, który na bazie zaobserwowanych wydarzeń – tych najmniej istotnych – jest w stanie stworzyć całą opowieść. Nic dziwnego, że mimo upływu czasu książka się nie starzeje - „Śladami bogów” powraca na rynek i wciąż może funkcjonować jako wielkie wydarzenie literackie.
Na wschód
Są takie książki podróżnicze, które się nie starzeją i mimo upływu czasu wciąż wywierają na czytelnikach silne wrażenie. Sándor Márai w zbiorze refleksji z wyprawy między innymi do Egiptu, Turcji, Syrii i Włoch urzeka odbiorców warsztatem pisarskim, ale też jakością spostrzeżeń. Jest w stanie z ciekawością przybysza przyglądać się każdemu przejawowi inności, odnotowywać egzotyczne motywy i pochylać się nad detalami, które na pewno nie znalazłyby się w przewodnikach. Pisze tak, by rejestrować ulotne chwile i nadawać im rangę przez sposób poprowadzenia narracji. Wprowadza bardzo malarskie opisy, atrakcyjne po dekadach – z uwagi na przesłania, a nie tylko proste obserwacje. Kiedy Sándor Márai podróżuje, to nie po to, żeby oglądać zabytki, a przynajmniej – nie tylko po to. Zależy mu natomiast na głębokim poznawaniu kultur, na analizowaniu zjawisk, których nie da się doświadczyć gdzie indziej. Jest mocno nastawiony na odczytywanie śladów przeszłości i na snucie narracji wykorzystującej wiedzę i własne wnioski. Zdarza się, że Sándor Márai długo rozwodzi się nad pojedynczą scenką i na niej opiera całe puenty. Pisze gęsto: oddaje słowami wszelkiego rodzaju zmysłowe wrażenia, interesuje go zestaw atrakcji nie w rozumieniu turystycznym – a filozoficznym. Kiedy w zadumie spogląda na swoje odkrycie, jest w stanie dojrzeć w nim rzeczy, których nie zauważy zwykły obieżyświat. Kieruje uwagę czytelników – tutaj widzów – na kolejne aspekty wydarzeń, dodaje do tego interpretacje. Zamienia się w iluzjonistę. Przenosi czytelników w konkretne miejsca i serwuje im zestawy wrażeń wyrazistych, a do tego – odkrywczych. Nie przemierza nieznanych szlaków, a jednak to, co powstaje na styku zwykłej podróży i kulturowego dziedzictwa owocuje niezwykłymi przeżyciami. „Śladami bogów” to książka bardzo przemyślana – eseje wprowadzane pod pretekstem odwiedzania kolejnych krajów wiążą się z możliwością przemycania wiadomości. Nigdy jednak po to, by po prostu pouczać czytelników. Márai postępuje zupełnie inaczej: zapewnia dawkę wiedzy i dawkę obrazów rozbudzających wyobraźnię, ale wyciąganie wniosków na temat tego połączenia w dużej części zostawia odbiorcom. Proponuje im szkice erudycyjne i głębokie, a jednak również takie, które nie przytłaczają i nie męczą nadmiarem danych. Wie, jak wyeksponować literackość, zestaw zmysłowych wrażeń. Dzięki temu „Śladami bogów” staje się piękną historią, nie świadectwem podróży czy kwerend, a literaturą w najlepszym znaczeniu tego słowa. Trudno się nie zachwycać tą publikacją – Márai funkcjonuje tu jako przewodnik po kulturze, jako dziennikarz, któremu nie umknie żadne przełomowe wydarzenie, ale także jako literat, który dostrzega urok detali oraz jako filozof, który na bazie zaobserwowanych wydarzeń – tych najmniej istotnych – jest w stanie stworzyć całą opowieść. Nic dziwnego, że mimo upływu czasu książka się nie starzeje - „Śladami bogów” powraca na rynek i wciąż może funkcjonować jako wielkie wydarzenie literackie.
czwartek, 29 kwietnia 2021
Sándor Márai: Stara miłość
Czytelnik, Warszawa 2021.
Między ludźmi
Tłumaczka wybrała sformułowanie "stara miłość" jako sposób na podkreślenie uniwersalności oryginału (bez wskazywania na płeć obiektu uczuć), jednak zdaje się zapominać, że w ten sposób wtrąca czytelników w kolejny zestaw frazeologizmów i powiedzeń. Chociaż wydaje się być wyczulona na słowa, zdarza się jej od czasu do czasu nie trafić z zabarwieniem emocjonalnym synonimu lub podeprzeć się słowem obecnie traktowanym jako archaiczne. To rozbija lekturę, może wytrącić z czytania, bo poza nieco przypadkowymi hasłami z innych czasów stylizacji tu raczej nie ma. Jest literacki popis - próba pokazania, jakie podejście do małych form miał Sándor Márai. "Stara miłość" to obszerny wybór opowiadań z całego życia tego autora - teksty zostały podzielone ze względu na okresy, poukładane chronologicznie i przedstawione czytelnikom w wygodnych blokach, dzięki którym można sprawdzić tematykę, klimat czy najchętniej wybierane rozwiązania. Widać wyraźnie, co zaprzątało uwagę autora i w jakim momencie życia decydował się na konkretne przesłania. Do tego w tym wyborze liczy się też umiejętność budzenia ciekawości odbiorców - Sándor Márai nader chętnie operuje wielkimi zagadnieniami, miłością i śmiercią. Stara się nie przekładać rzeczywistości na literaturę, ale zdarzają mu się - zwłaszcza na początku - próby rozważania na piśmie możliwości politycznych, zalet i wad różnych systemów. Automatycznie teksty nacechowane stają się mniej strawne (nie jest to tylko cecha tego tomu, Sándor Márai przede wszystkim uprawia literaturę). Sándor Márai nie będzie czytelników zamęczać, nie zamierza opowieści przesycać komentarzami na temat aktualnej pozaliterackiej rzeczywistości. Co innego dzieje się w przypadku oceniania ludzkich charakterów oraz zachowań typowych w konkretnych sytuacjach. Będzie się pisarz odnosił do scenek międzyludzkich powtarzalnych i charakterystycznych, postawi na rozpoznawalne ujęcia. Nie po to, żeby odzwierciedlać codzienność, a po to, by ukazywać prawdy o człowieku. Testuje swoich bohaterów, chociaż świetnie wie, jakie decyzje podejmą. Może jednak dzięki temu uświadamiać czytelnikom, na czym polegają klisze zachowań. W "Starej miłości" znajdują się przede wszystkim bardzo krótkie opowiadania. Sándor Márai nie zajmuje się otoczką: przy komentowaniu ludzkich wyborów nie potrzebuje nakreślania otoczenia. Akcja mogłaby toczyć się w zasadzie wszędzie, bo to, co w niej istotne, nie ulegnie zniszczeniu. "Stara miłość" to zatem ogromna precyzja w pisaniu o emocjach i o reakcjach ludzi. Raczej unika autor opierania się na stereotypach, nawet kiedy poszukuje tematów w najbardziej powszechnych (stale obecnych w literaturze) kwestiach, kiedy sięga po zagadnienie wyeksploatowane, oznacza to, że ma odkrywczy pomysł. Dzięki temu jest w stanie ożywiać najbardziej skostniałe relacje. "Stara miłość" to zatem przegląd postaw, mnóstwo sytuacji wymagających komentarza tak, by stały się jasne. W tym tomie królują szczegóły. Sándor Márai przygląda się ludziom przez lupę. Dostrzega takie aspekty rzeczywistości, które rzutują na atmosferę między postaciami, a które wymagają wzmożonej uwagi lub wręcz pomocy z zewnątrz. Ten autor ujawnia swoje mistrzostwo warsztatowe - sprawdza się jako pisarz, ale też wręcz psycholog dla bohaterów. Ta książka może na nowo wzbudzić zainteresowanie klasykiem.
Między ludźmi
Tłumaczka wybrała sformułowanie "stara miłość" jako sposób na podkreślenie uniwersalności oryginału (bez wskazywania na płeć obiektu uczuć), jednak zdaje się zapominać, że w ten sposób wtrąca czytelników w kolejny zestaw frazeologizmów i powiedzeń. Chociaż wydaje się być wyczulona na słowa, zdarza się jej od czasu do czasu nie trafić z zabarwieniem emocjonalnym synonimu lub podeprzeć się słowem obecnie traktowanym jako archaiczne. To rozbija lekturę, może wytrącić z czytania, bo poza nieco przypadkowymi hasłami z innych czasów stylizacji tu raczej nie ma. Jest literacki popis - próba pokazania, jakie podejście do małych form miał Sándor Márai. "Stara miłość" to obszerny wybór opowiadań z całego życia tego autora - teksty zostały podzielone ze względu na okresy, poukładane chronologicznie i przedstawione czytelnikom w wygodnych blokach, dzięki którym można sprawdzić tematykę, klimat czy najchętniej wybierane rozwiązania. Widać wyraźnie, co zaprzątało uwagę autora i w jakim momencie życia decydował się na konkretne przesłania. Do tego w tym wyborze liczy się też umiejętność budzenia ciekawości odbiorców - Sándor Márai nader chętnie operuje wielkimi zagadnieniami, miłością i śmiercią. Stara się nie przekładać rzeczywistości na literaturę, ale zdarzają mu się - zwłaszcza na początku - próby rozważania na piśmie możliwości politycznych, zalet i wad różnych systemów. Automatycznie teksty nacechowane stają się mniej strawne (nie jest to tylko cecha tego tomu, Sándor Márai przede wszystkim uprawia literaturę). Sándor Márai nie będzie czytelników zamęczać, nie zamierza opowieści przesycać komentarzami na temat aktualnej pozaliterackiej rzeczywistości. Co innego dzieje się w przypadku oceniania ludzkich charakterów oraz zachowań typowych w konkretnych sytuacjach. Będzie się pisarz odnosił do scenek międzyludzkich powtarzalnych i charakterystycznych, postawi na rozpoznawalne ujęcia. Nie po to, żeby odzwierciedlać codzienność, a po to, by ukazywać prawdy o człowieku. Testuje swoich bohaterów, chociaż świetnie wie, jakie decyzje podejmą. Może jednak dzięki temu uświadamiać czytelnikom, na czym polegają klisze zachowań. W "Starej miłości" znajdują się przede wszystkim bardzo krótkie opowiadania. Sándor Márai nie zajmuje się otoczką: przy komentowaniu ludzkich wyborów nie potrzebuje nakreślania otoczenia. Akcja mogłaby toczyć się w zasadzie wszędzie, bo to, co w niej istotne, nie ulegnie zniszczeniu. "Stara miłość" to zatem ogromna precyzja w pisaniu o emocjach i o reakcjach ludzi. Raczej unika autor opierania się na stereotypach, nawet kiedy poszukuje tematów w najbardziej powszechnych (stale obecnych w literaturze) kwestiach, kiedy sięga po zagadnienie wyeksploatowane, oznacza to, że ma odkrywczy pomysł. Dzięki temu jest w stanie ożywiać najbardziej skostniałe relacje. "Stara miłość" to zatem przegląd postaw, mnóstwo sytuacji wymagających komentarza tak, by stały się jasne. W tym tomie królują szczegóły. Sándor Márai przygląda się ludziom przez lupę. Dostrzega takie aspekty rzeczywistości, które rzutują na atmosferę między postaciami, a które wymagają wzmożonej uwagi lub wręcz pomocy z zewnątrz. Ten autor ujawnia swoje mistrzostwo warsztatowe - sprawdza się jako pisarz, ale też wręcz psycholog dla bohaterów. Ta książka może na nowo wzbudzić zainteresowanie klasykiem.
wtorek, 13 kwietnia 2021
Alberto Angela: Kleopatra. Królowa, któa rzuciła wyzwanie Rzymowi i zdobyła wieczną sławę
Czytelnik, Warszawa 2021.
Fascynacja
To jest tak, że jeśli Alberto Angela przybliża jakiś aspekt starożytności, warto za nim podążać i zdecydować się na lekturę bez wahania. Ten autor nie rozczarowuje, a do tego umiejętnie łączy fachową wiedzę z wyobraźnią plastyczną. Zależy mu na tym, żeby przenieść czytelników w świat im obcy i zafascynować tym światem. Teraz tematem do odmalowywania przed odbiorcami rzeczywistości i codzienności staje się Kleopatra. Przyciągnie Alberto Angela nie tylko ludzi, którzy szukają wiadomości historycznych, ale też tych, którzy znają już jego publikacje i chcą przeżywać ciekawostki. Książki popularnonaukowe, które czyta się jak powieści - to specjalność tego autora. "Kleopatra. Królowa, która rzuciła wyzwanie Rzymowi i zdobyła wieczną sławę" to relacja rozbudowana i - wbrew tytułowi - nie tylko Kleopatrze poświęcona. Angela wykorzystuje swoją umiejętność tworzenia barwnych narracji i tym razem. Widać to już po konstrukcji oraz doborze tematów. Nie podąża za schematami biograficznymi, proponuje raczej scenariusz filmowy i to z rozmachem. Zaczyna od sceny zamordowania Cezara, rozpisanej niemal na kolejne minuty. Kleopatra istnieje - całkiem niedaleko - jednak dla autora na początku niespecjalnie się liczy. Poza krótką prezentacją dotyczącą tytułowej postaci (ze wskazaniem na jej wyemancypowanie i pozycję) nie zajmuje się przesadnie Kleopatrą, nie ma na to czasu, skoro całą uwagę przyciąga Cezar oraz ci, którzy knują przeciwko niemu. Dopiero gdy Cezar zginie i gdy zmieni się rozkład sił (a Alberto Angela dokładnie się temu przyjrzy), będzie mógł przystąpić autor do właściwej prezentacji. Kleopatra jawi się tutaj jako postać tajemnicza. Nie tylko władczyni, ale i kobieta - i ten aspekt Angela bardzo mocno podkreśla przy różnych okazjach. Portretuje królową, kiedy służące robią jej makijaż lub masaż, portretuje ją też w kolejnych związkach - prowadzi aż do progu sypialni i zastanawia się nad uczuciami w momencie, gdy ukochany jest w niebezpieczeństwie. Zresztą podkreśla zainteresowanie uczuciami, uzupełnia badawcze opisy. Nie zmyśla, albo zaznacza, jeśli musi się posiłkować wyobraźnią. Częściej zagląda do różnych opracowań - po to, żeby wydobyć z nich informacje, na podstawie których stworzy pasjonującą historię. Rzadko cytuje badaczy, raczej przerabia wiadomości. Odwołuje się do wyobraźni czytelników: wprowadza sceny pełne barw i dźwięków. Koncentruje się na obyczajowości. Owszem, przedstawia historię - bardzo dokładnie. Jednak to, co odróżnia go od innych badaczy i popularyzatorów nauki, mieści się w wyczuleniu na zwyczajność. W opowieściach Angeli wręcz można poczuć specyfikę ulic i miejsc. Nie wprowadza autor sztucznych dialogów, za to bardzo obrazowo opisuje całe otoczenie, rozgląda się jak z kamerą - i efekty tego rozglądania się przedstawia w przekonującej narracji. To sprawia, że nawet czytelnicy, którzy nie są specjalnie zainteresowani starożytnością (albo historią), dadzą się autorowi uwieść i będą podążać za nim przy odkrywaniu specyfiki życia królowej. Alberto Angela proponuje bardzo rozbudowaną książkę, którą czyta się szybko - jednak nie odrzuca się w niej typowych "spowalniaczy", czyli "opisów przyrody" (oczywiście nie o przyrodę tu chodzi, a o zwyczaje, ale idea jest taka sama): tu największy atut publikacji to właśnie umiejętność precyzyjnego odtwarzania obyczajowości. Ludzkie oblicze Kleopatry - to książka wybitna.
Fascynacja
To jest tak, że jeśli Alberto Angela przybliża jakiś aspekt starożytności, warto za nim podążać i zdecydować się na lekturę bez wahania. Ten autor nie rozczarowuje, a do tego umiejętnie łączy fachową wiedzę z wyobraźnią plastyczną. Zależy mu na tym, żeby przenieść czytelników w świat im obcy i zafascynować tym światem. Teraz tematem do odmalowywania przed odbiorcami rzeczywistości i codzienności staje się Kleopatra. Przyciągnie Alberto Angela nie tylko ludzi, którzy szukają wiadomości historycznych, ale też tych, którzy znają już jego publikacje i chcą przeżywać ciekawostki. Książki popularnonaukowe, które czyta się jak powieści - to specjalność tego autora. "Kleopatra. Królowa, która rzuciła wyzwanie Rzymowi i zdobyła wieczną sławę" to relacja rozbudowana i - wbrew tytułowi - nie tylko Kleopatrze poświęcona. Angela wykorzystuje swoją umiejętność tworzenia barwnych narracji i tym razem. Widać to już po konstrukcji oraz doborze tematów. Nie podąża za schematami biograficznymi, proponuje raczej scenariusz filmowy i to z rozmachem. Zaczyna od sceny zamordowania Cezara, rozpisanej niemal na kolejne minuty. Kleopatra istnieje - całkiem niedaleko - jednak dla autora na początku niespecjalnie się liczy. Poza krótką prezentacją dotyczącą tytułowej postaci (ze wskazaniem na jej wyemancypowanie i pozycję) nie zajmuje się przesadnie Kleopatrą, nie ma na to czasu, skoro całą uwagę przyciąga Cezar oraz ci, którzy knują przeciwko niemu. Dopiero gdy Cezar zginie i gdy zmieni się rozkład sił (a Alberto Angela dokładnie się temu przyjrzy), będzie mógł przystąpić autor do właściwej prezentacji. Kleopatra jawi się tutaj jako postać tajemnicza. Nie tylko władczyni, ale i kobieta - i ten aspekt Angela bardzo mocno podkreśla przy różnych okazjach. Portretuje królową, kiedy służące robią jej makijaż lub masaż, portretuje ją też w kolejnych związkach - prowadzi aż do progu sypialni i zastanawia się nad uczuciami w momencie, gdy ukochany jest w niebezpieczeństwie. Zresztą podkreśla zainteresowanie uczuciami, uzupełnia badawcze opisy. Nie zmyśla, albo zaznacza, jeśli musi się posiłkować wyobraźnią. Częściej zagląda do różnych opracowań - po to, żeby wydobyć z nich informacje, na podstawie których stworzy pasjonującą historię. Rzadko cytuje badaczy, raczej przerabia wiadomości. Odwołuje się do wyobraźni czytelników: wprowadza sceny pełne barw i dźwięków. Koncentruje się na obyczajowości. Owszem, przedstawia historię - bardzo dokładnie. Jednak to, co odróżnia go od innych badaczy i popularyzatorów nauki, mieści się w wyczuleniu na zwyczajność. W opowieściach Angeli wręcz można poczuć specyfikę ulic i miejsc. Nie wprowadza autor sztucznych dialogów, za to bardzo obrazowo opisuje całe otoczenie, rozgląda się jak z kamerą - i efekty tego rozglądania się przedstawia w przekonującej narracji. To sprawia, że nawet czytelnicy, którzy nie są specjalnie zainteresowani starożytnością (albo historią), dadzą się autorowi uwieść i będą podążać za nim przy odkrywaniu specyfiki życia królowej. Alberto Angela proponuje bardzo rozbudowaną książkę, którą czyta się szybko - jednak nie odrzuca się w niej typowych "spowalniaczy", czyli "opisów przyrody" (oczywiście nie o przyrodę tu chodzi, a o zwyczaje, ale idea jest taka sama): tu największy atut publikacji to właśnie umiejętność precyzyjnego odtwarzania obyczajowości. Ludzkie oblicze Kleopatry - to książka wybitna.
niedziela, 4 kwietnia 2021
Wojciech Chmielewski: Jezioro Dargin
Czytelnik, Warszawa 2021.
Spojrzenie w głąb
Jezioro Dargin to miejsce, nad które przybywa bohater tomu Wojciecha Chmielewskiego. Przybywa nie bez powodu: musi dojść do siebie i zdecydować, co dalej. Stracił pracę w radiu, ale za sobą ma znacznie ważniejsze straty - równie stresujące, ale wiążące się z ogromnymi zmianami w życiu. Jezioro kusi. Można tu zostać na stałe, można też skorzystać z samotności i zdecydować, jak zachowywać się dalej. Nie nasuwa jednoznacznych rozwiązań, za to otwiera pole do refleksji. Bohater, który bierze je sobie za tło do własnych rozważań, znajduje się w połowie życia, jest skłonny do podsumowań i musi zrobić rachunek (niekoniecznie sumienia), żeby móc iść dalej. Przerwa od życia - przebywanie nad jeziorem bez planu, celu i nawet jakiejkolwiek iskry do działania - bardzo się tu przydaje. Autor unika oczywistych skojarzeń. Wiadomo, że bohater znajduje się na rozdrożu: od tego, jak teraz postąpi, zależeć będzie druga część jego egzystencji, która może - ale nie musi - zapewnić coś lepszego. I dlatego mężczyzna powinien uważnie się sobie przyjrzeć, przedstawić autoportrety słowne - w różnych ujęciach. To da mu wskazówki - grunt, żeby odnaleźć fakty i drogowskazy. Tego właśnie bohater będzie potrzebował, kiedy w dalszą drogę wyruszy sam.
"Jezioro Dargin" dalekie jest jednak od niekończących się autoanaliz. To zestaw anegdotycznych drobnych wspomnień. Szuka Wojciech Chmielewski sposobu na wyrażenie bólu po stracie, na ocenianie samego siebie, na podsumowania konieczne i przygnębiające jednocześnie. Pozwala poznawać bohatera stopniowo, każde wyjście nad jezioro staje się okazją do spotkania samego siebie, więc i - do prezentowania własnych trosk, traum i problemów. Bohater skupia się na tym, co stracił - i co przeżył. Buduje definicję dla siebie, unikając przy tym banałów. Wojciech Chmielewski chce, żeby retrospekcje nakierowały go na właściwe tory myślenia, ucieka od standardowego sposobu prezentowania postaci. Pragnie, by czytelnicy sami mogli docierać do sedna, wyłapywać niuanse i zasady, którymi kierował się bohater w przeszłości. I tak samo - żeby samodzielnie byli w stanie powiedzieć, co stracił przez kolejne rozstania. Nie ma tu sentymentów ani komentarzy wywołujących wzruszenia, Chmielewski rezygnuje z oczywistości. Także w formie. Narracja w tym tomie jest specyficzna: zwraca uwagę swoją literackością, która kompletnie nie pasuje do tematów. Jeśli autor wybiera anegdoty dotyczące zwykłych postaci, przeciętnych lub prostych, a prezentuje ich dylematy językiem z książek - wpadającym w poetycki - pojawia się u czytelników poczucie dyskomfortu. I to może stać się zjawiskiem, które prowadzi do chęci zrozumienia całej relacji. "Jezioro Dargin" jest literackim popisem, ale Wojciech Chmielewski gdzieś podskórnie odwołuje się do ludzkich tęsknot i strachów - przekonuje w warstwie uczuć. Zestawianie ich przy okazji żałoby jest zabiegiem ryzykownym, ale skutecznym.
Spojrzenie w głąb
Jezioro Dargin to miejsce, nad które przybywa bohater tomu Wojciecha Chmielewskiego. Przybywa nie bez powodu: musi dojść do siebie i zdecydować, co dalej. Stracił pracę w radiu, ale za sobą ma znacznie ważniejsze straty - równie stresujące, ale wiążące się z ogromnymi zmianami w życiu. Jezioro kusi. Można tu zostać na stałe, można też skorzystać z samotności i zdecydować, jak zachowywać się dalej. Nie nasuwa jednoznacznych rozwiązań, za to otwiera pole do refleksji. Bohater, który bierze je sobie za tło do własnych rozważań, znajduje się w połowie życia, jest skłonny do podsumowań i musi zrobić rachunek (niekoniecznie sumienia), żeby móc iść dalej. Przerwa od życia - przebywanie nad jeziorem bez planu, celu i nawet jakiejkolwiek iskry do działania - bardzo się tu przydaje. Autor unika oczywistych skojarzeń. Wiadomo, że bohater znajduje się na rozdrożu: od tego, jak teraz postąpi, zależeć będzie druga część jego egzystencji, która może - ale nie musi - zapewnić coś lepszego. I dlatego mężczyzna powinien uważnie się sobie przyjrzeć, przedstawić autoportrety słowne - w różnych ujęciach. To da mu wskazówki - grunt, żeby odnaleźć fakty i drogowskazy. Tego właśnie bohater będzie potrzebował, kiedy w dalszą drogę wyruszy sam.
"Jezioro Dargin" dalekie jest jednak od niekończących się autoanaliz. To zestaw anegdotycznych drobnych wspomnień. Szuka Wojciech Chmielewski sposobu na wyrażenie bólu po stracie, na ocenianie samego siebie, na podsumowania konieczne i przygnębiające jednocześnie. Pozwala poznawać bohatera stopniowo, każde wyjście nad jezioro staje się okazją do spotkania samego siebie, więc i - do prezentowania własnych trosk, traum i problemów. Bohater skupia się na tym, co stracił - i co przeżył. Buduje definicję dla siebie, unikając przy tym banałów. Wojciech Chmielewski chce, żeby retrospekcje nakierowały go na właściwe tory myślenia, ucieka od standardowego sposobu prezentowania postaci. Pragnie, by czytelnicy sami mogli docierać do sedna, wyłapywać niuanse i zasady, którymi kierował się bohater w przeszłości. I tak samo - żeby samodzielnie byli w stanie powiedzieć, co stracił przez kolejne rozstania. Nie ma tu sentymentów ani komentarzy wywołujących wzruszenia, Chmielewski rezygnuje z oczywistości. Także w formie. Narracja w tym tomie jest specyficzna: zwraca uwagę swoją literackością, która kompletnie nie pasuje do tematów. Jeśli autor wybiera anegdoty dotyczące zwykłych postaci, przeciętnych lub prostych, a prezentuje ich dylematy językiem z książek - wpadającym w poetycki - pojawia się u czytelników poczucie dyskomfortu. I to może stać się zjawiskiem, które prowadzi do chęci zrozumienia całej relacji. "Jezioro Dargin" jest literackim popisem, ale Wojciech Chmielewski gdzieś podskórnie odwołuje się do ludzkich tęsknot i strachów - przekonuje w warstwie uczuć. Zestawianie ich przy okazji żałoby jest zabiegiem ryzykownym, ale skutecznym.
czwartek, 1 kwietnia 2021
Mieczysław Jałowiecki: Na skraju Imperium i inne wspomnienia
Czytelnik, Warszawa 2021. (wznowienie)
Przeszłość żywa
Mieczysław Jałowiecki spisuje swoje wspomnienia z godną podziwu rzetelnością i dokładnością. "Na skraju Imperium" to potężna publikacja składająca się z trzech tomów, opatrzona drobnymi komentarzami wnuka autora. To opowieść z gatunku, jakich dzisiaj się już nie spotyka - i dotycząca dawnych czasów i dawnej obyczajowości oraz życia społeczno-politycznego (kończy się książka dziesięć lat po drugiej wojnie światowej i można liczyć na to, że autor wyjaśni, jak wyglądała codzienność). Mieczysław Jałowiecki skrupulatnie zabiera się do zadania - przygląda się swoim przodkom, informuje czytelników, kim jest i skąd pochodzi - bardzo dużo miejsca poświęca na komentarz genealogiczny. Nie sięga w odległą przeszłość (chociaż dla dzisiejszych czytelników będzie to i tak skok o półtora wieku), sprawiając jednak, że całość brzmi żywo i intrygująco. Podsuwa czytelnikom informacje o tym, jak zapadały decyzje co do jego najbliższej przyszłości. Podporządkowuje się woli starszych, nie ma z tym problemu: wie, że powinien działać według określonych schematów, nie szuka przestrzeni do buntu. Opowiada, jak zmieniały się jego doświadczenia - i co go ukształtowało. Na początku zajmuje się przede wszystkim kwestiami życia obyczajowego, daje odbiorcom sporo informacji na tematy pomijane w podręcznikach - za to będące podstawą do narracji powieściowych. Jednak unika literackości. Posługuje się wyjątkową dzisiaj polszczyzną, staranną i bogatą - a przecież naturalną dla niego, nie stylizowaną na literaturę. Wprowadza czytelników nie tylko w obyczajowość epoki, ale i we własne doświadczenia. Między innymi dzieli się radosną informacją o poślubieniu pierwszej żony i o narodzinach dzieci (późniejsze prywatne sprawy nie będą już tak precyzyjnie komentowane, chociaż oczywiście zostaną odnotowane w tomach).
Z czasem Mieczysław Jałowiecki zaczyna się coraz bardziej angażować w sprawy polityczne. Funkcjonuje w przestrzeni publicznej, działa tak, by móc służyć krajowi i żeby realizować się w dyplomatycznych regułach. Wtajemnicza czytelników w swoje zadania, opisuje kolejne spotkania - pojawiają się na kartach jego pamiętnika najważniejsi ludzie z polityki. I przez to znów Mieczysław Jałowiecki staje się autorem atrakcyjnym dla odbiorców, tym razem jako ktoś, kto naświetla spotkania na szczycie z własnej perspektywy. Im więcej Jałowiecki ma do zaprezentowania w związku z zawodowymi wyborami, tym mniej interesuje się codziennością - ale zmieniająca się rzeczywistość budzi ciekawość teraz już przede wszystkim z uwagi na przemiany społeczne będące konsekwencją decyzji zapadających na górze. Autor pokazuje, jak na świat wpłynęła Wielka Wojna. Zdaje sobie sprawę z tego, że jego wspomnienia utrwalają rzeczywistość, która nie istnieje - tym bardziej skrupulatnie stara się ją uchwycić w zapiskach. Tworzy sobie z pamiętnika azyl, niemal skansen. Pokazuje odbiorcom życie w Wielkim Księstwie Litewskim, w Rosji i w Wolnym Mieście Gdańsku. "Na skraju Imperium" to książka dla wielbicieli dawnej obyczajowości i dla zainteresowanych historią z mniej oczywistej perspektywy. Mieczysław Jałowiecki udowadnia, że można z detalami odtwarzać poszczególne fragmenty życiorysu, pisać z pozoru obiektywnie, bez emocji, ale i tak z wielkim zaangażowaniem w kolejne tematy. To prawdziwa lekcja historii - ujmowana w przekonujący sposób.
Przeszłość żywa
Mieczysław Jałowiecki spisuje swoje wspomnienia z godną podziwu rzetelnością i dokładnością. "Na skraju Imperium" to potężna publikacja składająca się z trzech tomów, opatrzona drobnymi komentarzami wnuka autora. To opowieść z gatunku, jakich dzisiaj się już nie spotyka - i dotycząca dawnych czasów i dawnej obyczajowości oraz życia społeczno-politycznego (kończy się książka dziesięć lat po drugiej wojnie światowej i można liczyć na to, że autor wyjaśni, jak wyglądała codzienność). Mieczysław Jałowiecki skrupulatnie zabiera się do zadania - przygląda się swoim przodkom, informuje czytelników, kim jest i skąd pochodzi - bardzo dużo miejsca poświęca na komentarz genealogiczny. Nie sięga w odległą przeszłość (chociaż dla dzisiejszych czytelników będzie to i tak skok o półtora wieku), sprawiając jednak, że całość brzmi żywo i intrygująco. Podsuwa czytelnikom informacje o tym, jak zapadały decyzje co do jego najbliższej przyszłości. Podporządkowuje się woli starszych, nie ma z tym problemu: wie, że powinien działać według określonych schematów, nie szuka przestrzeni do buntu. Opowiada, jak zmieniały się jego doświadczenia - i co go ukształtowało. Na początku zajmuje się przede wszystkim kwestiami życia obyczajowego, daje odbiorcom sporo informacji na tematy pomijane w podręcznikach - za to będące podstawą do narracji powieściowych. Jednak unika literackości. Posługuje się wyjątkową dzisiaj polszczyzną, staranną i bogatą - a przecież naturalną dla niego, nie stylizowaną na literaturę. Wprowadza czytelników nie tylko w obyczajowość epoki, ale i we własne doświadczenia. Między innymi dzieli się radosną informacją o poślubieniu pierwszej żony i o narodzinach dzieci (późniejsze prywatne sprawy nie będą już tak precyzyjnie komentowane, chociaż oczywiście zostaną odnotowane w tomach).
Z czasem Mieczysław Jałowiecki zaczyna się coraz bardziej angażować w sprawy polityczne. Funkcjonuje w przestrzeni publicznej, działa tak, by móc służyć krajowi i żeby realizować się w dyplomatycznych regułach. Wtajemnicza czytelników w swoje zadania, opisuje kolejne spotkania - pojawiają się na kartach jego pamiętnika najważniejsi ludzie z polityki. I przez to znów Mieczysław Jałowiecki staje się autorem atrakcyjnym dla odbiorców, tym razem jako ktoś, kto naświetla spotkania na szczycie z własnej perspektywy. Im więcej Jałowiecki ma do zaprezentowania w związku z zawodowymi wyborami, tym mniej interesuje się codziennością - ale zmieniająca się rzeczywistość budzi ciekawość teraz już przede wszystkim z uwagi na przemiany społeczne będące konsekwencją decyzji zapadających na górze. Autor pokazuje, jak na świat wpłynęła Wielka Wojna. Zdaje sobie sprawę z tego, że jego wspomnienia utrwalają rzeczywistość, która nie istnieje - tym bardziej skrupulatnie stara się ją uchwycić w zapiskach. Tworzy sobie z pamiętnika azyl, niemal skansen. Pokazuje odbiorcom życie w Wielkim Księstwie Litewskim, w Rosji i w Wolnym Mieście Gdańsku. "Na skraju Imperium" to książka dla wielbicieli dawnej obyczajowości i dla zainteresowanych historią z mniej oczywistej perspektywy. Mieczysław Jałowiecki udowadnia, że można z detalami odtwarzać poszczególne fragmenty życiorysu, pisać z pozoru obiektywnie, bez emocji, ale i tak z wielkim zaangażowaniem w kolejne tematy. To prawdziwa lekcja historii - ujmowana w przekonujący sposób.
wtorek, 10 listopada 2020
Sándor Márai: Dziennik 1977-1989
Czytelnik, Warszawa 2020.
Odchodzenie
Różni się ta książka od wielu dzienników literatów i to wcale nie ramami czasowymi, bo fakt publikowania zapisków diariuszowych wiele lat po śmierci ich autora nie należał do rzadkości także i u nas. Jednak Sándor Márai w swoim „Dzienniku 1977-1989” powoli żegna się z życiem. Na początku jeszcze ma ochotę działać twórczo, rejestruje publikacje i tendencje rynkowe, komentuje wybrane książki lub przeczytane słowa. Odnosi się do zjawisk z życia kulturalnego i nie tylko – funkcjonuje energicznie i z całą przenikliwością. Z czasem zapał do angażowania się w sprawy zawodowe gaśnie – a równolegle zaczynają się pojawiać pierwsze doniesienia o chorobach i zgonach bliskich. W końcu pisarz traci wszystkich, na których mu zależało – sam uznaje, że nie ma po co żyć i że pora wcielić w czyn plan, który miał przygotowany i który sygnalizował od dawna. „Dziennik” zamienia się zatem w testament i w wytłumaczenie działania, którego nie można nazwać pochopnym. Sándor Márai swoje dzieło prowadzi do końca, tak, by czytelnicy zrozumieli wybory. Widać, że codzienne zapiski nie są dla niego przykrym obowiązkiem – to świadomie tworzone komentarze, dalekie od pospiesznych notatek. Sándor Márai między innymi przypomina, jak wygląda jego twórczy dzień – ale też pozwala nakreślić obszary zainteresowań czy fakty z pozaliterackiego życia, które przemówiły do niego najsilniej. Nie reklamuje własnych dzieł, za to przygląda się dziełom innych – i często gorzko je ocenia. Ambicje zawodowe biorą górę, zawsze dzieje się coś, co warto skomentować – choćby i na kartach dziennika. Autor rezygnuje z notatek dla pamięci, nie są mu one potrzebne – znacznie lepiej czuje się w filozoficznych choć krótkich komentarzach. Pisze rzeczowo. Podobnie zachowuje się, kiedy zajmują go sprawy domowe. I tu piąty tom „Dziennika” oznaczać będzie szereg rozstań. Autor musi pogodzić się z odchodzeniem najbliższych – i tylko trochę przygotowuje go na to poważna choroba żony. Najpierw zastanawia się nad tym, ile czasu będzie musiał spędzić jako jej opiekun – bo obowiązki przy chorej pochłaniają mnóstwo czasu i energii – z czasem jednak przestaje o tym myśleć, liczy się tylko samopoczucie i możliwości coraz słabszej kobiety. To właśnie choroba żony nastraja go najbardziej pesymistycznie i pcha ku niewesołym planom. Sándor Márai nie zamierza się skarżyć i poświęcać – wie jednak, że w pewnym momencie nie będzie już mógł sobie poradzić z rzeczywistością. I na ten moment ma przygotowany plan.
Jest zatem „Dziennik 1977-1989” lekturą wstrząsającą, to tom, który prowadzi do refleksji na temat samotności i starzenia się – więc uderza w jedne z większych społecznych lęków (a przy tym wydarzeń niemal nieuchronnych w każdej rodzinie). Sándor Márai potrafi je przekuć na wielką literaturę – żegna się z czytelnikami i podsuwa im ważne informacje o schyłkowym etapie życia. Przez to też może wywoływać tak mocne wrażenia.
Odchodzenie
Różni się ta książka od wielu dzienników literatów i to wcale nie ramami czasowymi, bo fakt publikowania zapisków diariuszowych wiele lat po śmierci ich autora nie należał do rzadkości także i u nas. Jednak Sándor Márai w swoim „Dzienniku 1977-1989” powoli żegna się z życiem. Na początku jeszcze ma ochotę działać twórczo, rejestruje publikacje i tendencje rynkowe, komentuje wybrane książki lub przeczytane słowa. Odnosi się do zjawisk z życia kulturalnego i nie tylko – funkcjonuje energicznie i z całą przenikliwością. Z czasem zapał do angażowania się w sprawy zawodowe gaśnie – a równolegle zaczynają się pojawiać pierwsze doniesienia o chorobach i zgonach bliskich. W końcu pisarz traci wszystkich, na których mu zależało – sam uznaje, że nie ma po co żyć i że pora wcielić w czyn plan, który miał przygotowany i który sygnalizował od dawna. „Dziennik” zamienia się zatem w testament i w wytłumaczenie działania, którego nie można nazwać pochopnym. Sándor Márai swoje dzieło prowadzi do końca, tak, by czytelnicy zrozumieli wybory. Widać, że codzienne zapiski nie są dla niego przykrym obowiązkiem – to świadomie tworzone komentarze, dalekie od pospiesznych notatek. Sándor Márai między innymi przypomina, jak wygląda jego twórczy dzień – ale też pozwala nakreślić obszary zainteresowań czy fakty z pozaliterackiego życia, które przemówiły do niego najsilniej. Nie reklamuje własnych dzieł, za to przygląda się dziełom innych – i często gorzko je ocenia. Ambicje zawodowe biorą górę, zawsze dzieje się coś, co warto skomentować – choćby i na kartach dziennika. Autor rezygnuje z notatek dla pamięci, nie są mu one potrzebne – znacznie lepiej czuje się w filozoficznych choć krótkich komentarzach. Pisze rzeczowo. Podobnie zachowuje się, kiedy zajmują go sprawy domowe. I tu piąty tom „Dziennika” oznaczać będzie szereg rozstań. Autor musi pogodzić się z odchodzeniem najbliższych – i tylko trochę przygotowuje go na to poważna choroba żony. Najpierw zastanawia się nad tym, ile czasu będzie musiał spędzić jako jej opiekun – bo obowiązki przy chorej pochłaniają mnóstwo czasu i energii – z czasem jednak przestaje o tym myśleć, liczy się tylko samopoczucie i możliwości coraz słabszej kobiety. To właśnie choroba żony nastraja go najbardziej pesymistycznie i pcha ku niewesołym planom. Sándor Márai nie zamierza się skarżyć i poświęcać – wie jednak, że w pewnym momencie nie będzie już mógł sobie poradzić z rzeczywistością. I na ten moment ma przygotowany plan.
Jest zatem „Dziennik 1977-1989” lekturą wstrząsającą, to tom, który prowadzi do refleksji na temat samotności i starzenia się – więc uderza w jedne z większych społecznych lęków (a przy tym wydarzeń niemal nieuchronnych w każdej rodzinie). Sándor Márai potrafi je przekuć na wielką literaturę – żegna się z czytelnikami i podsuwa im ważne informacje o schyłkowym etapie życia. Przez to też może wywoływać tak mocne wrażenia.
sobota, 3 października 2020
Przewiew. 12 historii otwartych
Czytelnik, Warszawa 2020.
Bohaterowie
Ci bohaterowie nie należą do powszechnie znanych. Nie trafiają na pierwsze strony gazet, nie mają nazwisk, które wzbudzają podziw całego społeczeństwa. Ale są niezastąpieni w lokalnych społecznościach – działają w wąskim gronie, za to z altruistycznych pobudek. Chcą, żeby żyło się lepiej ich sąsiadom, mieszkańcom tych samych wiosek czy miasteczek. I gdyby wszędzie byli tacy społecznicy, albo gdyby z bohaterów z tego tomu każdy chciał brać przykład, bez wątpienia świat stałby się bardziej przyjaznym miejscem. Być może książka adeptów dziennikarstwa stanie się pierwszym krokiem do potrzebnych zmian. Uczniowie Filipa Springera (oraz on sam) wybierają się w różne miejsca Polski, żeby znaleźć tam lokalnych działaczy, społeczników, którzy poprawiają jakość życia miejscowym. Z ich pracy wydobywają tematy na krzepiące, optymistyczne lub pocieszające reportaże – jakby na zaprzeczenie poglądu, że reportaż uda się tylko wtedy, gdy dotyczy zła i przykrości. „Przewiew. 12 historii otwartych” to zatem swoista reklama działań tych, o których świat nie słyszał – za to którzy we własnym sąsiedztwie są znani doskonale. Tych, którzy nie biegną do mediów i nie działają na pokaz, ale codziennie mogą widzieć efekty swojego zaangażowania.
Za każdym razem reportaż rozpoczyna podanie nazwiska autora tekstu oraz – bohatera tego tekstu, a czasami bohaterów, bo zdarza się, że udaje im się połączyć siły. Następnym krokiem jest pokazanie fotografii artystycznych tych, których dotyczy opowieść. Dopiero po takiej prezentacji autorzy zabierają się do nakreślania kontekstu i wstrzelania odbiorców w sedno wydarzeń. Tematy są najróżniejsze – i integracja polsko-ukraińska, i wychowywanie dzieci w rodzinie zastępczej, pomoc dzieciom z autyzmem lub niepełnosprawnym na wózkach inwalidzkich – którzy chcieliby dostać się na plażę. Jedni zostają sołtysami i wójtami, inni – prowadzą w domach kultury zajęcia pozwalające ocalić tradycje i aktywizujące lokalną społeczność. Bohaterowie mają wiele twarzy i wiele najróżniejszych zajęć, tu nie da się nigdy przewidzieć, w jakiej dziedzinie ktoś może odnieść sukces. Nawet ten, który przeżył życiową porażkę, może realizować się jako miejscowy bohater, jeśli tylko wpadnie na temat, który przyniesie mu możliwość docierania z pomocą do potrzebujących. Nie chodzi tutaj o powszechne interesy ani o reklamę, a o usprawnienie egzystencji, o wpływ na wzajemne relacje – w wymiarze lokalnym. Autorzy tekstów docierają do ludzi, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie. Przedstawiają kontekst ich działań, umożliwiają przeanalizowanie życiowych wyborów i zastanowienie się nad zakresem poświęcenia dla innych. Tu wszyscy są komuś potrzebni i wykonują dobrą robotę.
I w takim zestawieniu przestaje mieć znaczenie fakt, że literacko teksty z „Przewiewu” nie będą zapadać w pamięć. Są poprawne, czasami obiektywne, czasami przesycone emocjami – ale raczej wykorzystujące szablony pisania, a nie będące efektem rzeczywistych zainteresowań dziennikarskich. „Przewiew” ma jednak inną funkcję – ma zwracać uwagę na ludzi, którzy robią coś dobrego dla innych. I tylko z tego powodu się po tę książkę sięga.
Bohaterowie
Ci bohaterowie nie należą do powszechnie znanych. Nie trafiają na pierwsze strony gazet, nie mają nazwisk, które wzbudzają podziw całego społeczeństwa. Ale są niezastąpieni w lokalnych społecznościach – działają w wąskim gronie, za to z altruistycznych pobudek. Chcą, żeby żyło się lepiej ich sąsiadom, mieszkańcom tych samych wiosek czy miasteczek. I gdyby wszędzie byli tacy społecznicy, albo gdyby z bohaterów z tego tomu każdy chciał brać przykład, bez wątpienia świat stałby się bardziej przyjaznym miejscem. Być może książka adeptów dziennikarstwa stanie się pierwszym krokiem do potrzebnych zmian. Uczniowie Filipa Springera (oraz on sam) wybierają się w różne miejsca Polski, żeby znaleźć tam lokalnych działaczy, społeczników, którzy poprawiają jakość życia miejscowym. Z ich pracy wydobywają tematy na krzepiące, optymistyczne lub pocieszające reportaże – jakby na zaprzeczenie poglądu, że reportaż uda się tylko wtedy, gdy dotyczy zła i przykrości. „Przewiew. 12 historii otwartych” to zatem swoista reklama działań tych, o których świat nie słyszał – za to którzy we własnym sąsiedztwie są znani doskonale. Tych, którzy nie biegną do mediów i nie działają na pokaz, ale codziennie mogą widzieć efekty swojego zaangażowania.
Za każdym razem reportaż rozpoczyna podanie nazwiska autora tekstu oraz – bohatera tego tekstu, a czasami bohaterów, bo zdarza się, że udaje im się połączyć siły. Następnym krokiem jest pokazanie fotografii artystycznych tych, których dotyczy opowieść. Dopiero po takiej prezentacji autorzy zabierają się do nakreślania kontekstu i wstrzelania odbiorców w sedno wydarzeń. Tematy są najróżniejsze – i integracja polsko-ukraińska, i wychowywanie dzieci w rodzinie zastępczej, pomoc dzieciom z autyzmem lub niepełnosprawnym na wózkach inwalidzkich – którzy chcieliby dostać się na plażę. Jedni zostają sołtysami i wójtami, inni – prowadzą w domach kultury zajęcia pozwalające ocalić tradycje i aktywizujące lokalną społeczność. Bohaterowie mają wiele twarzy i wiele najróżniejszych zajęć, tu nie da się nigdy przewidzieć, w jakiej dziedzinie ktoś może odnieść sukces. Nawet ten, który przeżył życiową porażkę, może realizować się jako miejscowy bohater, jeśli tylko wpadnie na temat, który przyniesie mu możliwość docierania z pomocą do potrzebujących. Nie chodzi tutaj o powszechne interesy ani o reklamę, a o usprawnienie egzystencji, o wpływ na wzajemne relacje – w wymiarze lokalnym. Autorzy tekstów docierają do ludzi, którzy mają do opowiedzenia ciekawe historie. Przedstawiają kontekst ich działań, umożliwiają przeanalizowanie życiowych wyborów i zastanowienie się nad zakresem poświęcenia dla innych. Tu wszyscy są komuś potrzebni i wykonują dobrą robotę.
I w takim zestawieniu przestaje mieć znaczenie fakt, że literacko teksty z „Przewiewu” nie będą zapadać w pamięć. Są poprawne, czasami obiektywne, czasami przesycone emocjami – ale raczej wykorzystujące szablony pisania, a nie będące efektem rzeczywistych zainteresowań dziennikarskich. „Przewiew” ma jednak inną funkcję – ma zwracać uwagę na ludzi, którzy robią coś dobrego dla innych. I tylko z tego powodu się po tę książkę sięga.
wtorek, 29 września 2020
Alberto Angela: Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki
Czytelnik, Warszawa 2020.
Podglądanie
Raczej rzadko istnieje szansa na to, żeby odbiorcy, którzy nie interesują się starożytnością, z własnej woli postanowili zgłębiać temat i sprawdzać, jak dawniej żyli ludzie. Alberto Angela bierze się zatem za popularyzowanie zagadnienia – życia i codzienności w starożytnym Rzymie. Przedstawia wiadomości z pomysłem i liczy na to, że uda mu się zaintrygować szerokie grono czytelników. Może to zrobić dzięki podejściu do tematu – i dzięki umiejętnościom narracyjnym. Wybiera motyw podróży w dawne czasy – i jednocześnie oprowadzania odbiorców po świecie, który jest im obcy. Zależy mu na tym, żeby przedstawić to, co publiczność świetnie zna z własnego doświadczenia – tyle tylko, że przed wiekami mogło mieć zupełnie inny kształt i kontekst. Wymyśla sobie zatem świetny sposób na prezentację: zamienia się w przewodnika. Przewodnika kompletnego, takiego, który wytłumaczy, jak starożytni zaspokajali podstawowe potrzeby, w jakich pomieszczeniach przebywali, jakimi narzędziami się posługiwali. Udaje, że obserwuje Rzymian – opowiada, co robią, jak wyglądają, w co się ubrali, co ich akurat zaprząta. Przedstawia kolejne anonimowe sylwetki – komentuje ich wygląd i zamiary ze szczegółami wykraczającymi poza wiedzę i chęci przeciętnego narratora z powieści obyczajowych – tu przecież nie chodzi o to, żeby czytelnicy domyślali się dalszego ciągu, tylko – żeby otrzymali jak najwięcej wiadomości. Nie próbuje natomiast zasypywać odbiorców danymi oderwanymi od rzeczywistości. Siłą jego książki ma być połączenie wyobraźni i fachowej wiedzy – wszystko przedstawione kreatywnie. W efekcie jedynym problemem takiego okołoskansenowego zwiedzania staje się obojętność prezentowanych postaci. Oto bowiem autor zamienia się w przewodnika, oprowadza wycieczkę – wszystko jedno, czy w muzeum, czy po mieście – na swojej drodze spotyka ludzi, którzy są częścią jego doskonale przygotowanej opowieści. Ale z tymi ludźmi w żaden sposób nie można nawiązać kontaktu: nie da się uzyskać bezpośrednio od nich żadnych wyjaśnień, odpowiedzi, czy choćby prostego pozdrowienia. Z rzadka zabierają głos, jeśli już – to raczej bez możliwości podjęcia dialogu z wyimaginowanym obserwatorem. I to trudniej już zaakceptować, jeśli wszystko pozostałe jest bardzo przekonujące. Alberto Angela tego jednego nie jest w stanie doszlifować – bo zamieniłby skansenową wizytę w bajkę, co wykluczałoby wartość popularnonaukową.
Książka może budzić ciekawość i zapraszać do odkrywania przeszłości nie od strony wielkich bitew, konfliktów i władców – a przez pryzmat zwyczajności. Stanowi zatem dopowiedzenie do programów szkolnych i wiadomości z podręczników. Można ją czytać dla przyjemności albo z chęci dowiedzenia się czegoś o zwykłych ludziach oddalonych w czasie. Autor wykorzystuje naturalne skłonności do podglądania tego, co dzieje się u innych – na tym buduje opowieść. Z wielkim sukcesem.
Podglądanie
Raczej rzadko istnieje szansa na to, żeby odbiorcy, którzy nie interesują się starożytnością, z własnej woli postanowili zgłębiać temat i sprawdzać, jak dawniej żyli ludzie. Alberto Angela bierze się zatem za popularyzowanie zagadnienia – życia i codzienności w starożytnym Rzymie. Przedstawia wiadomości z pomysłem i liczy na to, że uda mu się zaintrygować szerokie grono czytelników. Może to zrobić dzięki podejściu do tematu – i dzięki umiejętnościom narracyjnym. Wybiera motyw podróży w dawne czasy – i jednocześnie oprowadzania odbiorców po świecie, który jest im obcy. Zależy mu na tym, żeby przedstawić to, co publiczność świetnie zna z własnego doświadczenia – tyle tylko, że przed wiekami mogło mieć zupełnie inny kształt i kontekst. Wymyśla sobie zatem świetny sposób na prezentację: zamienia się w przewodnika. Przewodnika kompletnego, takiego, który wytłumaczy, jak starożytni zaspokajali podstawowe potrzeby, w jakich pomieszczeniach przebywali, jakimi narzędziami się posługiwali. Udaje, że obserwuje Rzymian – opowiada, co robią, jak wyglądają, w co się ubrali, co ich akurat zaprząta. Przedstawia kolejne anonimowe sylwetki – komentuje ich wygląd i zamiary ze szczegółami wykraczającymi poza wiedzę i chęci przeciętnego narratora z powieści obyczajowych – tu przecież nie chodzi o to, żeby czytelnicy domyślali się dalszego ciągu, tylko – żeby otrzymali jak najwięcej wiadomości. Nie próbuje natomiast zasypywać odbiorców danymi oderwanymi od rzeczywistości. Siłą jego książki ma być połączenie wyobraźni i fachowej wiedzy – wszystko przedstawione kreatywnie. W efekcie jedynym problemem takiego okołoskansenowego zwiedzania staje się obojętność prezentowanych postaci. Oto bowiem autor zamienia się w przewodnika, oprowadza wycieczkę – wszystko jedno, czy w muzeum, czy po mieście – na swojej drodze spotyka ludzi, którzy są częścią jego doskonale przygotowanej opowieści. Ale z tymi ludźmi w żaden sposób nie można nawiązać kontaktu: nie da się uzyskać bezpośrednio od nich żadnych wyjaśnień, odpowiedzi, czy choćby prostego pozdrowienia. Z rzadka zabierają głos, jeśli już – to raczej bez możliwości podjęcia dialogu z wyimaginowanym obserwatorem. I to trudniej już zaakceptować, jeśli wszystko pozostałe jest bardzo przekonujące. Alberto Angela tego jednego nie jest w stanie doszlifować – bo zamieniłby skansenową wizytę w bajkę, co wykluczałoby wartość popularnonaukową.
Książka może budzić ciekawość i zapraszać do odkrywania przeszłości nie od strony wielkich bitew, konfliktów i władców – a przez pryzmat zwyczajności. Stanowi zatem dopowiedzenie do programów szkolnych i wiadomości z podręczników. Można ją czytać dla przyjemności albo z chęci dowiedzenia się czegoś o zwykłych ludziach oddalonych w czasie. Autor wykorzystuje naturalne skłonności do podglądania tego, co dzieje się u innych – na tym buduje opowieść. Z wielkim sukcesem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






