* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandor Marai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandor Marai. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2026

Sandor Marai: Csutora. Psia powieść

Czytelnik, Warszawa 2026.

Inna perspektywa

Powraca na rynek ta powieść, która – zupełnie niesłusznie – jest w twórczości Sandora Maraiego odsuwana na margines. „Csutora. Psia powieść” nie ma w sobie bowiem nic naiwnego, a jej fabuła może wstrząsnąć czytelnikami. Na początku autor może przyciągnąć czytelników zmianą perspektywy. Narrator traktuje bowiem ludzkich bohaterów z niemal psiej perspektywy i to jeszcze zanim jakikolwiek czworonóg pojawi się na horyzoncie. Mamy „pana” i „panią” – a relacja między nimi wymusza wręcz określone reakcje czy zachowania. To pan wpada na pomysł, żeby zrobić pani prezent – chociaż wyrażona bezpośrednio umowa głosi, że święta mają przejść bez upominków, pan wie, że to tylko gra, że powinien wymyślić coś, co nie będzie odczytane jako lekceważenie (czy po prostu podporządkowanie się zasadom ustalonym w domu) – kierowany przedziwnym impulsem kieruje się do ulicznego sprzedawcy i nabywa od niego pudla (przynajmniej – według słów owego handlarza, bo żadnego dokumentu ani rodowodu nie jest on w stanie przedstawić). Tak Csutora trafia do domu, w którym jest traktowany trochę jako zabawka, a trochę jak kuriozum, zaskakuje swoich właścicieli kolejnymi zachowaniami i zmusza ich, by skoncentrowali się nie na własnych sprawach, a na rządach psiej osobowości. Csutora czasami budzi zachwyty, czasami jednak – i to już niepokojące – męczy swoją obecnością i instynktem. Tu nie będzie rozczulania się nad rozmaitymi pomysłami zwierzęcia. Jego inteligencja jest przedmiotem analiz, ale nie prowadzi do wylewu bezgranicznej miłości w narracji. Csutora to mimo wszystko indywidualista, który może i potrafi skupić na sobie uwagę właścicieli, ale nie zbuduje z nimi ostatecznej więzi charakterystycznej dla wszystkich rozpieszczanych nad miarę czworonogów. Autor prowadzi czytelników aż do szokującej sceny walki, w której dwa samce ścierają się ze sobą i omal nie pozbawiają życia – żeby naświetlić w finale konkretne uczucie żywione do psa.

„Csutora” to książka, która do dzisiaj może budzić żywe emocje, chociaż zapewne diametralnie inne niż w czasach, w których powstała – ale tu dystans czasowy pozwala tylko na naruszanie schematów społecznych i na przypominanie odbiorcom, jak obecnie traktuje się domowych pupili. Marai decyduje się na przedstawienie relacji pozbawionej stereotypowych naleciałości, szuka sposobu na wyrażenie podziwu i przywiązania – żeby nie stracić przy tym literackiego potencjału. „Csutora” to miniatura literacka, ale o wielkiej sile rażenia, książka, w której wielu czytelników będzie mogło odkryć ślady tęsknot i wzruszeń. Psia historia staje się punktem wyjścia do rozważań o człowieczeństwie – a samo zwierzę nie jest w stanie zinfantylizować tekstu. Sandor Marai zapewnia czytelnikom wyraziste przesłanie i prowadzi do refleksji nad losem zwierząt. Oczywiście czytelnicy otrzymują tu kawał klasyki w nowym przekładzie – będzie to zatem znakomita okazja do uzupełnienia biblioteczek o pozycję ważną i niepowtarzalną.

sobota, 15 lipca 2017

Sándor Márai: Dziennik 1949-1956

Czytelnik, Warszawa 2017.

Życie na obczyźnie

Sándor Márai to autor, którego dzienniki czyta się znakomicie ze względu na wpisane w notatki nastawienie na czytelnika. Drugi – z zaplanowanych pięciu – wybór zapisków obejmuje czas od 1949 do 1956 roku i jest między innymi opowieścią o losie na emigracji. Twórca zajmuje się codziennością, ale w większej części przefiltrowaną przez myśl humanistyczną. To znaczy, że stosunkowo rzadko odnotowywać będzie własne spotkania czy wyjścia (za to rejestruje odrobinę szkolnych doświadczeń syna i jego uwag na temat życia w obcym kraju). Sándor Márai skupia się natomiast na rozwoju kulturalnym: od czasu do czasu odwołuje się do własnej twórczości, dodaje drobne przypisy do wierszy i powieści. Sporo miejsca poświęca swoim lekturom, rejestruje celne spostrzeżenia na temat czytania jako takiego. Wyjście od takiego wzbogacania wyobraźni prowadzi autora do refleksji filozoficznych. Zwłaszcza przemijanie wydaje mu się kuszącym zagadnieniem – do egzystencjalnych westchnień często skłaniają go rocznice. Nigdy nie zapomina o dwóch datach: urodzinach matki i śmierci syna. Tych nie opatruje komentarzami, po prostu zaznacza w kalendarzu. Zresztą daty dzienne pojawiają się tutaj rzadko – nie są zbyt potrzebne w refleksjach natury ogólnej i tylko rozbijałyby wywód – jako przejścia między zagadnieniami wystarczą rozdzielane dodatkową interlinią akapity – to czytelny sygnał do zmiany motywu. Sándor Márai dzieli się z odbiorcami tym, co według niego wartościowe i warte zachowania. Potrafi snuć rozważania, wywodząc je z drobiazgów. Uczy spokoju i pogodzenia się z losem.

Dziennik został opracowany tak, by był wygodny w lekturze dla zwykłych czytelników. Nie ma tu rozbudowanych i szczegółowych przypisów ani czynników, które odwracałyby uwagę od rytmu przemyśleń. Odbiorcom rzadko kiedy potrzebny będzie kontekst zapisków. Sam autor odnotowuje w dzienniku ważne wydarzenia społeczne i polityczne, pokazuje też, jak organizuje sobie życie w obcym kraju (na początku przedstawia Włochy, potem też Amerykę). Wspomina o rodzinie i samopoczuciu, ale z reguły zaprzątają go sprawy ważniejsze niż jednostkowe doświadczenia. W dzienniku nie zajmuje się błahostkami, każdemu tematowi nadaje odpowiednią rangę. Do tego bardzo pasuje rytm przemyślanych, pełnowartościowych akapitów. Tutaj nie będzie chaosu myśli ani przypadkowości w notatkach, spora w tym rola wyboru, zapewne – ale też Sándor Márai nie pisze dziennika dla uporządkowania wydarzeń z codzienności – a dla opracowania refleksji. W ciągu kilku lat nie zmienia diametralnie poglądów, pokazuje za to, jak płynie życie – i jak emigracją wewnętrzną zwalczać troski życia w obcym kraju.

Jest to lektura nie tylko dla fanów pisarza czy – gatunku. Sporo w książce myśli o charakterze aforystycznym, cytatów, które chce się zachować w pamięci, bo trafnie określają podejmowany temat. Sándor Márai w dzienniku daje się również poznać jako twórca świadomy. Diariusz może mu służyć do ćwiczenia warsztatu, do wprawek literackich. Takie podejście przenosi się potem na odbiór – autor potrafi do siebie przekonać samym spojrzeniem na otoczenie. Inaczej niż w przypadku wielu dzienników, tutaj nie spotyka się urywanych fraz, niedokończonych pomysłów czy niedopracowania. Wybór (bez zaznaczania redaktorskich ingerencji – to nie jest potrzebne zwykłym odbiorcom) sporo ułatwia – pozwala rzeczywiście zaakcentować to, co warte uwagi. Przy tym nie zaburza konwencji – w pojedynczych akapitach autor może sobie snuć rozważania zgodne z aktualnym stanem ducha czy przeżyciami, bez ograniczeń. A jednak wybiera precyzję i skondensowane zapiski, dzieląc się z czytelnikami – od początku zaplanowanymi – celnymi frazami.

piątek, 1 stycznia 2010

Sandor Marai: Wyspa

Czytelnik, Warszawa 2009.


Samotność wśród ludzi


Sandor Marai to jeden z pisarzy, którzy łatwe do zwulgaryzowania i spłycenia tematy potrafi podnieść do rangi tworzywa sztuki – przy lekturze jego niespiesznych, chociaż kipiących od wrażeń narracji taki wniosek się nasuwa. Wydana w Czytelnikowskiej serii małej prozy „Wyspa” owo spostrzeżenie potwierdza, pozwala też budzić podziw dla pisarskiego kunsztu węgierskiego autora oraz dla precyzyjnej konstrukcji opowieści.
Viktor Henrik Askenasi, profesor filologii, zatrzymuje się w Dubrowniku podczas podróży z Francji do Grecji. Zwyczajne codzienne rozmowy hotelowych gości rażą swoją powierzchownością i uzależnieniem od konwencji. Nikt nie wie – i nikt nie ma prawa się dowiedzieć, co przyczyniło się do faktu, że prawie pięćdziesięcioletni uczony zdecydował się na samotne wojaże pozornie bez celu. Tymczasem Askenasi ma wreszcie możliwość zastanowienia się nad własną przeszłością, przeszłością, która dziś nie wydaje się zbyt bulwersująca (choć książka powstała w 1934 roku i należy wziąć pod uwagę ówczesne realia), doprowadza jednak do tragedii. Bohater w wieku czterdziestu siedmiu lat zdradza swą żonę, Annę (z którą ma córkę) z pewną tancerką. Musi zmierzyć się z otoczeniem, które już go osądziło, musi uporządkować życie – wydaje im się, że przy kochance Elizie, odnalazł swoje miejsce. Dziś podobne zachowanie określa się mianem kryzysu wieku średniego – i nie budzi ono już większych emocji. Sandor Marai każe swojemu bohaterowi opuścić także drugą kobietę – i wyjechać jak najdalej. Pamięć o błędach ostatniego roku popycha Askenasiego do działań, których prawdopodobnie sam by się po sobie nie spodziewał.
Marai zbudował intrygę, której nie powstydziliby się autorzy kryminałów, jeszcze raz potwierdzając myśl, że tworzywem powieści rozrywkowych i arcydzieł są te same wielkie tematy – miłość oraz śmierć. Podobieństwa jednak w tym miejscu się kończą – Marai porzuca konwencję literatury rozrywkowej już na poziomie kreacji bohatera, wybiera literaturę piękną – i pisze „Wyspę” tak, by w równym stopniu emocjonować się fragmentowanym portretem postaci co warstwą narracji, płynnej opowieści o świecie, w którym Askenasi się porusza. Autor odsłania przed czytelnikami tajemnice profesora bardzo powoli, rozpoczyna – to chwyt znany z wielu jego książek – od powolnego i precyzyjnego nakreślania sytuacji, pejzaży i ludzi z hotelu. Opowieść rozwija się bez nerwowości, Sandor Marai łagodnie i płynnie wprowadza czytelników w świat przez siebie tworzony. Pomaga mu w tym rytm poetyckich niemal i mocno rozbudowanych melodyjnych zdań. Narracja jest tu tak misterna, że może udźwignąć każdą historię. Marai pozwala opowieści chwilę trwać, dopiero potem włącza się z podbarwioną sensacjami akcją – po kawałku odsłania sekrety mrocznej przeszłości profesora. Proponuje migawki z jego życia od przełomowego momentu – właściwie trudno tu mówić o „migawkach”, do tego pisarza pasuje bardziej określenie: obrazy. Także przy prezentowaniu burzliwej egzystencji Askenasiego Marai nie przyspiesza, snuje relację w stałym rytmie tak, że uwagę odbiorców przykuwa w równym stopniu dramatyczna przeszłość bohatera, co język, jakim historia jest opowiadana. Marai ogranicza dialogi, by dać w pełni wybrzmieć opisowi. W rezultacie ta niewielka książeczka nasyca się dodatkowymi emocjami, dostarcza też czytelnikom okazji do estetycznych zachwytów. Kluczem do odczytania tej powieści staje się jednak samotność. „Wyspa” pokazuje oddalenie człowieka od innych, niewyobrażalne wręcz wyobcowanie i pustkę, która może przyczynić się do ujawnienia skrywanej strony osobowości.
Nie brakuje tu oczywiście autotematycznych wstawek – Marai zwykle w najmniej spodziewanym momencie wprowadza ten motyw, by przekazać kilka trafnych uwag na temat tworzenia. „Sens słów nie jest tylko tym, co one same w sobie znaczą, lecz jest również tym terenem, który oświetlają. Człowiek idzie w ciemności, świeci się tylko kilka słów” – pisze autor. Zgrabne metafory dobrze wyłapują istotę sztuki – zresztą Marai własnymi powieściami ilustruje głoszone tezy.