Marginesy, Warszawa 2026.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy.
Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 28 lipca 2026
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Allen Levi: Theo z Golden
Media Rodzina, Poznań 2026.
Dary
Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.
Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.
Dary
Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.
Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.
środa, 22 kwietnia 2026
Nikki Erlick: Pola Makowe
Znak, Kraków 2026.
Ulga
Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.
Ulga
Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.
piątek, 3 kwietnia 2026
Hiromi Kawakami: Dziwna pogoda w Tokio
Znak, Kraków 2026.
Spotkanie
W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.
Spotkanie
W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.
sobota, 14 marca 2026
Rufi Thorpe: Margo ma kłopoty
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Zwycięstwo
Ta książka ma poprawiać humor, ale jest mocno gorzka w swojej wymowie. Autorka jednak nie pozwala swojej bohaterce na złożenie broni i sugeruje, że z każdej porażki da się wyjść z podniesioną głową po to, żeby finalnie zawalczyć o spełnianie swoich marzeń. „Margo ma kłopoty” to powieść, która doczekała się serialowej wersji w gwiazdorskiej obsadzie i najprawdopodobniej właśnie fanki serialu będą najwierniejszymi czytelniczkami Rufi Thorpe. Bohaterką tomu jest dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w wyniku zauroczenia swoim żonatym wykładowcą zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić dziecko. Bohdi jest najlepszym, co mogło ją spotkać – były kochanek nie staje na wysokości zadania, a nawet rzuca Margo kłody pod nogi, walcząc o opiekę nad dzieckiem. Matka odwraca się od dziewczyny, zresztą ma swoje sprawy, skoro przygotowuje się do kolejnego ślubu z wyjątkowo religijnym mężczyzną. Bohaterka wie, że jest zdana na własne siły. I nawet powrót ojca, byłego zawodnika wrestlingu uzależnionego od narkotyków, stanie się tu pomocą. Żeby przetrwać, Margo musi zarabiać. Żeby zarabiać, musi znaleźć pracę, w której pozwolą jej na opiekę nad dzieckiem. Albo… wypracować sobie zajęcie dochodowe i o elastycznych godzinach pracy. I tak Margo trafia na Only Fans. Młoda kobieta bez perspektyw zawodowych odkrywa, że jeśli będzie sprzedawać zdjęcia swojego ciała – i dołączy do tego ciekawe dla fanów historie – uda jej się utrzymać i nie stracić dziecka (opiekę społeczną interesuje to, że matka zarabia, a nie – w jaki sposób, jeśli maluchowi nie dzieje się krzywda). I tak bohaterka wchodzi w te rejony internetu, których do tej pory nie eksplorowała, próbuje zrozumieć mechanizmy działania algorytmów i rozkręcić konto tak, żeby podreperować domowy budżet. Trafia na gwiazdy Only Fans, które pomagają jej w promocji i wkrótce staną się uczestniczkami nietypowego projektu.
„Margo ma kłopoty” to opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu niemal bez przerwy. Autorka nie daje bohaterce szansy na odpoczynek, Margo musi przez cały czas być czujna, a do tego budować swoje relacje z bliskimi i tymi, którzy się od niej nie odwrócili. W tle pojawia się ciekawa internetowa znajomość, ale przede wszystkim autorka kładzie nacisk na kreatywność Margo, jej umiejętność wykorzystywania wyobraźni zawsze wtedy, kiedy trzeba chronić siebie i bliskich. Ten nieszablonowy scenariusz uświadomi czytelniczkom, że z najtrudniejszych sytuacji istnieje wyjście, trzeba tylko zrezygnować z kopiowania tego, co sprawdzone i realnie oceniać własne możliwości. Temat stron pornograficznych ma dodawać pikanterii opowieści – sprawiać, że odbiorczynie będą chciały sięgać po tak poprowadzoną historię. Ta książka to odskocznia od codziennych problemów, a jednocześnie oderwanie się od typowych fabularnych rozwiązań w literaturze pop. Czytadło, które nawiązuje do chicklitów, ale w zupełnie inny sposób – pogłębiony i wypełniony odpowiedzialnością za drugiego człowieka.
Zwycięstwo
Ta książka ma poprawiać humor, ale jest mocno gorzka w swojej wymowie. Autorka jednak nie pozwala swojej bohaterce na złożenie broni i sugeruje, że z każdej porażki da się wyjść z podniesioną głową po to, żeby finalnie zawalczyć o spełnianie swoich marzeń. „Margo ma kłopoty” to powieść, która doczekała się serialowej wersji w gwiazdorskiej obsadzie i najprawdopodobniej właśnie fanki serialu będą najwierniejszymi czytelniczkami Rufi Thorpe. Bohaterką tomu jest dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w wyniku zauroczenia swoim żonatym wykładowcą zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić dziecko. Bohdi jest najlepszym, co mogło ją spotkać – były kochanek nie staje na wysokości zadania, a nawet rzuca Margo kłody pod nogi, walcząc o opiekę nad dzieckiem. Matka odwraca się od dziewczyny, zresztą ma swoje sprawy, skoro przygotowuje się do kolejnego ślubu z wyjątkowo religijnym mężczyzną. Bohaterka wie, że jest zdana na własne siły. I nawet powrót ojca, byłego zawodnika wrestlingu uzależnionego od narkotyków, stanie się tu pomocą. Żeby przetrwać, Margo musi zarabiać. Żeby zarabiać, musi znaleźć pracę, w której pozwolą jej na opiekę nad dzieckiem. Albo… wypracować sobie zajęcie dochodowe i o elastycznych godzinach pracy. I tak Margo trafia na Only Fans. Młoda kobieta bez perspektyw zawodowych odkrywa, że jeśli będzie sprzedawać zdjęcia swojego ciała – i dołączy do tego ciekawe dla fanów historie – uda jej się utrzymać i nie stracić dziecka (opiekę społeczną interesuje to, że matka zarabia, a nie – w jaki sposób, jeśli maluchowi nie dzieje się krzywda). I tak bohaterka wchodzi w te rejony internetu, których do tej pory nie eksplorowała, próbuje zrozumieć mechanizmy działania algorytmów i rozkręcić konto tak, żeby podreperować domowy budżet. Trafia na gwiazdy Only Fans, które pomagają jej w promocji i wkrótce staną się uczestniczkami nietypowego projektu.
„Margo ma kłopoty” to opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu niemal bez przerwy. Autorka nie daje bohaterce szansy na odpoczynek, Margo musi przez cały czas być czujna, a do tego budować swoje relacje z bliskimi i tymi, którzy się od niej nie odwrócili. W tle pojawia się ciekawa internetowa znajomość, ale przede wszystkim autorka kładzie nacisk na kreatywność Margo, jej umiejętność wykorzystywania wyobraźni zawsze wtedy, kiedy trzeba chronić siebie i bliskich. Ten nieszablonowy scenariusz uświadomi czytelniczkom, że z najtrudniejszych sytuacji istnieje wyjście, trzeba tylko zrezygnować z kopiowania tego, co sprawdzone i realnie oceniać własne możliwości. Temat stron pornograficznych ma dodawać pikanterii opowieści – sprawiać, że odbiorczynie będą chciały sięgać po tak poprowadzoną historię. Ta książka to odskocznia od codziennych problemów, a jednocześnie oderwanie się od typowych fabularnych rozwiązań w literaturze pop. Czytadło, które nawiązuje do chicklitów, ale w zupełnie inny sposób – pogłębiony i wypełniony odpowiedzialnością za drugiego człowieka.
sobota, 14 lutego 2026
Edyta Świętek: Łąki kwitnące purpurą
Mando, Kraków 2026.
Zwyczajność
W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.
Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.
Zwyczajność
W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.
Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
środa, 4 lutego 2026
Jennifer Croft: Wymieranie Ireny Rey
Pauza, Warszawa 2026.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
sobota, 3 stycznia 2026
E. Lockhart: Rozpadliśmy się
Poradnia K, Warszawa 2025.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
czwartek, 4 grudnia 2025
Katarzyna Zyskowska: Mrok jest po naszej stronie
Znak, Kraków 2025.
Przejście
Już za moment w górach może rozegrać się tragedia. Wszystko zostało starannie zaplanowane i nieuchronnie się zbliża, dla Hanny nie ma już nadziei – pytanie tylko, czy ona sama będzie chciała dalej funkcjonować. Przeszła w końcu tak wiele, a teraz podsumowuje swoje życie w pamiętniku dla córki. Nie spędziła z nią zbyt dużo czasu, nie mogła zbudować głębszej relacji – a to wszystko przez wybory życiowe i nacisk wielkiej historii. Bo akcja tomu „Mrok jest po naszej stronie” zaczyna się w 1938 roku i Katarzyna Zyskowska nie pozostawia nikomu złudzeń: będzie mieszać w losach bohaterów sprawami politycznymi i społecznymi. Szczególnie mocno zaprzątają ją kwestie polsko-żydowskich relacji. Oto pewnego dnia Hanna, która szuka pomysłu na siebie (chciałaby pisać, ale nie ma odwagi pokazać swoich tekstów najbardziej wpływowym redaktorom), staje się przypadkowym świadkiem ataku na młodego prawnika. Arie zaatakowany przez sporą grupę nie ma szans na to, by się obronić – ma szczęście, bo młoda kobieta nie daje się zastraszyć, rozpędza napastników i pilnuje, żeby Arie trafił od szpitala. To wydarzenie sporo w jej życiu zmienia – na początku przyspiesza szansę na spełnienie marzenia o pisaniu. Ale sprawia też, że silne zauroczenie nie daje o sobie zapomnieć. Hanna nie kalkuluje, nie zastanawia się nad tym, czy jakakolwiek przyszłość może ją czekać u boku młodego Żyda – na razie zresztą nie ma odwagi na to, by zrealizować najbardziej śmiałe pragnienia. Z kolei Arie nie potrafi wyrzucić z myśli uroczej kobiety – jego rozpala pożądanie. I w tę zmysłowość, która przy sprzyjających okolicznościach natychmiast przerodziłaby się w płomienny romans, przerywają nastroje antysemickie. Katarzyna Zyskowska wchodzi na niebezpieczny literacko grunt, ale kompletnie nie przejmuje się polityką – potrafi odnotować jej znaczenie dla postaci, za to ucieka od oceniania i komentowania, wnioski pozostawia czytelnikom. Sama koncentruje się przede wszystkim na dwustronnej relacji, na uczuciach, które nie zawsze mogą być ujawnione. Hanna i Arie – już jako Lew – będą na siebie wpadać w różnych momentach historii i komplikacje związane ze społecznymi przemianami uwarunkują ich postawy. Nie będzie tu zbyt wiele miejsca na szczęście – autorka za to mocno komplikuje sytuacje, chociaż zawęża opowieść do dwójki ludzi. „Mrok jest po naszej stronie” to powieść, która wiele razy będzie skręcać w nieoczekiwanych dla odbiorców kierunkach po to, żeby ukazać beznadziejność sytuacji czy ogrom różnorodnych uczuć, jakie żywią do siebie bohaterowie. Tam, gdzie większość twórców postawiłaby na „żyli długo i szczęśliwie”, opowieść dopiero się zaczyna – i do baśniowego finału jej bardzo daleko. Katarzyna Zyskowska bardzo umiejętnie wykorzystuje tematykę wojny i społecznych przemian, nie moralizuje i nie zmusza czytelników do analizowania historii. Wszystko staje się tu zrozumiałe w oparciu o przeżycia postaci, a Zyskowska buduje ich świat z dwóch życiorysów, podbarwiając je kolorytem lokalnym. Zwraca uwagę swoich odbiorców nie na przeszłość – nie na podręcznikową historię, tylko na charaktery i komplikacje w godzinie próby. I to się doskonale sprawdza.
Przejście
Już za moment w górach może rozegrać się tragedia. Wszystko zostało starannie zaplanowane i nieuchronnie się zbliża, dla Hanny nie ma już nadziei – pytanie tylko, czy ona sama będzie chciała dalej funkcjonować. Przeszła w końcu tak wiele, a teraz podsumowuje swoje życie w pamiętniku dla córki. Nie spędziła z nią zbyt dużo czasu, nie mogła zbudować głębszej relacji – a to wszystko przez wybory życiowe i nacisk wielkiej historii. Bo akcja tomu „Mrok jest po naszej stronie” zaczyna się w 1938 roku i Katarzyna Zyskowska nie pozostawia nikomu złudzeń: będzie mieszać w losach bohaterów sprawami politycznymi i społecznymi. Szczególnie mocno zaprzątają ją kwestie polsko-żydowskich relacji. Oto pewnego dnia Hanna, która szuka pomysłu na siebie (chciałaby pisać, ale nie ma odwagi pokazać swoich tekstów najbardziej wpływowym redaktorom), staje się przypadkowym świadkiem ataku na młodego prawnika. Arie zaatakowany przez sporą grupę nie ma szans na to, by się obronić – ma szczęście, bo młoda kobieta nie daje się zastraszyć, rozpędza napastników i pilnuje, żeby Arie trafił od szpitala. To wydarzenie sporo w jej życiu zmienia – na początku przyspiesza szansę na spełnienie marzenia o pisaniu. Ale sprawia też, że silne zauroczenie nie daje o sobie zapomnieć. Hanna nie kalkuluje, nie zastanawia się nad tym, czy jakakolwiek przyszłość może ją czekać u boku młodego Żyda – na razie zresztą nie ma odwagi na to, by zrealizować najbardziej śmiałe pragnienia. Z kolei Arie nie potrafi wyrzucić z myśli uroczej kobiety – jego rozpala pożądanie. I w tę zmysłowość, która przy sprzyjających okolicznościach natychmiast przerodziłaby się w płomienny romans, przerywają nastroje antysemickie. Katarzyna Zyskowska wchodzi na niebezpieczny literacko grunt, ale kompletnie nie przejmuje się polityką – potrafi odnotować jej znaczenie dla postaci, za to ucieka od oceniania i komentowania, wnioski pozostawia czytelnikom. Sama koncentruje się przede wszystkim na dwustronnej relacji, na uczuciach, które nie zawsze mogą być ujawnione. Hanna i Arie – już jako Lew – będą na siebie wpadać w różnych momentach historii i komplikacje związane ze społecznymi przemianami uwarunkują ich postawy. Nie będzie tu zbyt wiele miejsca na szczęście – autorka za to mocno komplikuje sytuacje, chociaż zawęża opowieść do dwójki ludzi. „Mrok jest po naszej stronie” to powieść, która wiele razy będzie skręcać w nieoczekiwanych dla odbiorców kierunkach po to, żeby ukazać beznadziejność sytuacji czy ogrom różnorodnych uczuć, jakie żywią do siebie bohaterowie. Tam, gdzie większość twórców postawiłaby na „żyli długo i szczęśliwie”, opowieść dopiero się zaczyna – i do baśniowego finału jej bardzo daleko. Katarzyna Zyskowska bardzo umiejętnie wykorzystuje tematykę wojny i społecznych przemian, nie moralizuje i nie zmusza czytelników do analizowania historii. Wszystko staje się tu zrozumiałe w oparciu o przeżycia postaci, a Zyskowska buduje ich świat z dwóch życiorysów, podbarwiając je kolorytem lokalnym. Zwraca uwagę swoich odbiorców nie na przeszłość – nie na podręcznikową historię, tylko na charaktery i komplikacje w godzinie próby. I to się doskonale sprawdza.
niedziela, 5 października 2025
Yael van der Wouden: W dobrych rękach
Znak, Kraków 2025.
Wybór
Ta książka przenosi do lat 60., ale tylko w sferze obyczajowej, otoczenie nie ma dla bohaterów żadnego znaczenia, a Yael van der Wouden nie będzie precyzyjnie odtwarzać kontekstu – ułatwia sobie zadanie, a czytelnikom koncentrację na tym, co najważniejsze, dzięki azylowi. Miejscem akcji jest dom na odludziu. Holenderska prowincja to schronienie dla Isabel, samotnej bohaterki, która od zawsze była „dziwna”. Isabel mieszka w domu, który formalnie nie należy do niej – ale tu porządkuje sobie rzeczywistość i tu czuje się bezpiecznie. Nie ma potrzeby wychodzenia do ludzi, interakcje społeczne ją męczą i irytują – bohaterka spędza czas samotnie i jest jej z tym dobrze. Isabel wychowywała się w rodzinie o mocno konserwatywnych poglądach: matka nigdy nie pogodziła się z życiowymi wyborami syna – i nawet po jej śmierci pewne uprzedzenia pozostały i funkcjonują niejako w atmosferze domu, chociaż wydaje się to nielogiczne. Isabel przesiąknięta pewnymi przekonaniami, będzie miała utrudnione zadanie, gdy jej codzienność się zmieni.
Isabel nie potrzebuje zmian, nawet – boi się ich i celowo wyklucza z własnej codzienności. Ale pewnego dnia Louis – jeden z braci – przyprowadza do domu swoją kolejną narzeczoną. Eva nie ma gdzie mieszkać i przez jakiś czas będzie musiała zatrzymać się u Isabel, bez względu na opinię na ten temat tej ostatniej. Isabel nie ma tu nic do powiedzenia, nawet jeśli będzie chciała zrobić wszystko, żeby pozbyć się niechcianego gościa albo zniechęcić Evę do ekspansywnego trybu życia. Bo Eva nie boi się niczego, nie zamyka się na ludzi, jest ekstrawertyczna i głośna, stanowi przeciwieństwo Isabel i potrafi bardzo ją zirytować. Eva ufa ludziom, inaczej niż Isabel, która podejrzewa każdego o wykradanie cennych przedmiotów codziennego użytku. Napięcie między kobietami staje się nie do zniesienia i wtedy Yael van der Wouden przygotowuje dla czytelników dwa wielkie zwroty akcji. Pierwszy można przewidzieć – autorka zapowiada go drobiazgami i subtelnymi akcentami w kierunku rozwoju fabuły. Tu jednak liczy się nie efekt zaskoczenia a jakość prozy, sposób opisywania tego, co kilka dekad później robi już znacznie mniejsze wrażenie. Skandal rozpisany na detale będzie dla czytelników prawdziwą przyjemnością poznawczą – nie chodzi tu o relację między kobietami przymusowo zamkniętymi w jednym domu, a o metodę przedstawiania kolejnych wydarzeń, gestów i interpretacji. W tym prawdziwa siła powieści „W dobrych rękach”. Z kolei drugi przełom wypada bardziej sensacyjnie i ma urozmaicić historię – nadać jej kierunek i sens tak, żeby całość nie wybrzmiewała tylko i wyłącznie jako studium kontaktów interpersonalnych.
Yael van der Wouden stara się nie przeoczyć żadnego szczegółu, kontrastuje swoje bohaterki i przedstawia ich indywidualne historie, żeby w pewnym momencie zacząć pisać z nich jedną opowieść. Wie, czym zaintrygować czytelników – i chociaż rezygnuje z tła (obyczajowość funkcjonuje tu niemal wyłącznie w głowach postaci), jest przekonująca w ładunku emocjonalnym.
Wybór
Ta książka przenosi do lat 60., ale tylko w sferze obyczajowej, otoczenie nie ma dla bohaterów żadnego znaczenia, a Yael van der Wouden nie będzie precyzyjnie odtwarzać kontekstu – ułatwia sobie zadanie, a czytelnikom koncentrację na tym, co najważniejsze, dzięki azylowi. Miejscem akcji jest dom na odludziu. Holenderska prowincja to schronienie dla Isabel, samotnej bohaterki, która od zawsze była „dziwna”. Isabel mieszka w domu, który formalnie nie należy do niej – ale tu porządkuje sobie rzeczywistość i tu czuje się bezpiecznie. Nie ma potrzeby wychodzenia do ludzi, interakcje społeczne ją męczą i irytują – bohaterka spędza czas samotnie i jest jej z tym dobrze. Isabel wychowywała się w rodzinie o mocno konserwatywnych poglądach: matka nigdy nie pogodziła się z życiowymi wyborami syna – i nawet po jej śmierci pewne uprzedzenia pozostały i funkcjonują niejako w atmosferze domu, chociaż wydaje się to nielogiczne. Isabel przesiąknięta pewnymi przekonaniami, będzie miała utrudnione zadanie, gdy jej codzienność się zmieni.
Isabel nie potrzebuje zmian, nawet – boi się ich i celowo wyklucza z własnej codzienności. Ale pewnego dnia Louis – jeden z braci – przyprowadza do domu swoją kolejną narzeczoną. Eva nie ma gdzie mieszkać i przez jakiś czas będzie musiała zatrzymać się u Isabel, bez względu na opinię na ten temat tej ostatniej. Isabel nie ma tu nic do powiedzenia, nawet jeśli będzie chciała zrobić wszystko, żeby pozbyć się niechcianego gościa albo zniechęcić Evę do ekspansywnego trybu życia. Bo Eva nie boi się niczego, nie zamyka się na ludzi, jest ekstrawertyczna i głośna, stanowi przeciwieństwo Isabel i potrafi bardzo ją zirytować. Eva ufa ludziom, inaczej niż Isabel, która podejrzewa każdego o wykradanie cennych przedmiotów codziennego użytku. Napięcie między kobietami staje się nie do zniesienia i wtedy Yael van der Wouden przygotowuje dla czytelników dwa wielkie zwroty akcji. Pierwszy można przewidzieć – autorka zapowiada go drobiazgami i subtelnymi akcentami w kierunku rozwoju fabuły. Tu jednak liczy się nie efekt zaskoczenia a jakość prozy, sposób opisywania tego, co kilka dekad później robi już znacznie mniejsze wrażenie. Skandal rozpisany na detale będzie dla czytelników prawdziwą przyjemnością poznawczą – nie chodzi tu o relację między kobietami przymusowo zamkniętymi w jednym domu, a o metodę przedstawiania kolejnych wydarzeń, gestów i interpretacji. W tym prawdziwa siła powieści „W dobrych rękach”. Z kolei drugi przełom wypada bardziej sensacyjnie i ma urozmaicić historię – nadać jej kierunek i sens tak, żeby całość nie wybrzmiewała tylko i wyłącznie jako studium kontaktów interpersonalnych.
Yael van der Wouden stara się nie przeoczyć żadnego szczegółu, kontrastuje swoje bohaterki i przedstawia ich indywidualne historie, żeby w pewnym momencie zacząć pisać z nich jedną opowieść. Wie, czym zaintrygować czytelników – i chociaż rezygnuje z tła (obyczajowość funkcjonuje tu niemal wyłącznie w głowach postaci), jest przekonująca w ładunku emocjonalnym.
piątek, 27 czerwca 2025
Michal Hvorecký: Troll
Biblioteka Słów, Warszawa 2025.
Internet
Michal Hvorecký uważnie obserwuje internet i sprawdza, jaką rolę w budowaniu reżimów może odgrywać. Wizja niedalekiej przyszłości z wojną elektroniczną przemienioną szybko w wojnę hybrydową poraża trafnością – chociaż jest dość jednokierunkowo przedstawiona. Autor skupia się w zasadzie tylko na jednym działaniu: na dyskredytowaniu przeciwnika i na obnażaniu jego słabych stron przez fabrykowanie oskarżeń niemających oparcia w rzeczywistości. Jakoś trzeba zarabiać na życie – ci, którzy dobrze sobie radzą w internetowym świecie, mogą znaleźć zatrudnienie jako trolle – każdy ma określoną liczbę tożsamości, jakie może przyjąć i postów, jakie musi stworzyć. Rygorystyczne warunki mają na celu wyłapywanie wszelkich nieprawomyślnych haseł – po to, żeby w zarodku zdusić ewentualne przejawy buntu.
Dla bohatera, który trafił do fabryki trolli, praca jest wszystkim. Mężczyzna nie zastanawia się nawet nad konsekwencjami swoich działań. Uczy się, jak pracować wydajniej, czego od niego oczekują inni i co stanie się, jeśli złamie zasady. Brak życia prywatnego idzie w parze z kompleksami – tytułowy troll jest nieatrakcyjny (nie tylko dla płci pięknej), nigdy nie uprawiał seksu, a spora nadwaga sprawia, że wszelkie próby nawiązania kontaktu z kobietami kończą się upokorzeniem. Tylko Johana – jedna z pracownic farmy trolli – nie brzydzi się przebywać z bohaterem, nawet się z nim przyjaźni. Chociaż nie ma tu szansy na żaden związek, liczy się wsparcie drugiego człowieka.
Niezależnie od indywidualnej walki, jaką toczy we własnej codzienności troll – liczy się tu akcja na skalę międzynarodową. Z pozoru niewinne kłamstewka stopniowo zaczynają się rozwijać i żyć własnym życiem, rujnując przeciwnika. Podkarmiana nienawiść przechodzi w coraz gorsze czyny – nikt już nie może czuć się bezpiecznie, podczas wojny hybrydowej – toczonej także poza internetową rzeczywistością – giną ludzie. Ci spośród trolli, którzy nie nauczyli się wyłączać sumienia, będą mieli nie lada problem, żeby pogodzić się ze świadomością krzywd, jakie wyrządzają inni. Niektórzy radzą sobie z tym w dość radykalny sposób. Inni – próbują naprawić błędy.
I tylko brak bardziej rozbudowanej intrygi sprawia, że „Troll” to książka, która pozostawia pewien niedosyt. Michal Hvorecký bardzo dobrze odsłania mechanizmy działania hejtu, ale nie ma wyraźniejszego pomysłu na rozwinięcie akcji – tworzy po prostu opowiadanie, ze starannie prowadzoną narracją. Wypełnia książkę trafnymi obserwacjami, jest w tym naprawdę dobry – tyle tylko, że fabuła daje się przewidzieć i przypomina wiele opowieści o reżimowych środowiskach. Warto po tę niewielką książkę sięgnąć, bo ona uświadamia czytelnikom zagrożenia płynące z bagatelizowania hejtu. Do tego przypomina, że nie można wierzyć we wszystko, co zobaczy się w internecie – zwłaszcza że obok tych, którzy dla zabawy tworzą fałszywe treści, produkcja fake newsów i oskarżeń bez podstaw to potężna broń. Tu zło zyskuje swoje ucieleśnienie – więc należy „Trolla” czytać przez pryzmat przestrogi. Warto jednak podkreślić, jak gęstą prozę oferuje autor: wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników i jak przedstawić im dystopię nie tylko w warstwie internetowej.
Internet
Michal Hvorecký uważnie obserwuje internet i sprawdza, jaką rolę w budowaniu reżimów może odgrywać. Wizja niedalekiej przyszłości z wojną elektroniczną przemienioną szybko w wojnę hybrydową poraża trafnością – chociaż jest dość jednokierunkowo przedstawiona. Autor skupia się w zasadzie tylko na jednym działaniu: na dyskredytowaniu przeciwnika i na obnażaniu jego słabych stron przez fabrykowanie oskarżeń niemających oparcia w rzeczywistości. Jakoś trzeba zarabiać na życie – ci, którzy dobrze sobie radzą w internetowym świecie, mogą znaleźć zatrudnienie jako trolle – każdy ma określoną liczbę tożsamości, jakie może przyjąć i postów, jakie musi stworzyć. Rygorystyczne warunki mają na celu wyłapywanie wszelkich nieprawomyślnych haseł – po to, żeby w zarodku zdusić ewentualne przejawy buntu.
Dla bohatera, który trafił do fabryki trolli, praca jest wszystkim. Mężczyzna nie zastanawia się nawet nad konsekwencjami swoich działań. Uczy się, jak pracować wydajniej, czego od niego oczekują inni i co stanie się, jeśli złamie zasady. Brak życia prywatnego idzie w parze z kompleksami – tytułowy troll jest nieatrakcyjny (nie tylko dla płci pięknej), nigdy nie uprawiał seksu, a spora nadwaga sprawia, że wszelkie próby nawiązania kontaktu z kobietami kończą się upokorzeniem. Tylko Johana – jedna z pracownic farmy trolli – nie brzydzi się przebywać z bohaterem, nawet się z nim przyjaźni. Chociaż nie ma tu szansy na żaden związek, liczy się wsparcie drugiego człowieka.
Niezależnie od indywidualnej walki, jaką toczy we własnej codzienności troll – liczy się tu akcja na skalę międzynarodową. Z pozoru niewinne kłamstewka stopniowo zaczynają się rozwijać i żyć własnym życiem, rujnując przeciwnika. Podkarmiana nienawiść przechodzi w coraz gorsze czyny – nikt już nie może czuć się bezpiecznie, podczas wojny hybrydowej – toczonej także poza internetową rzeczywistością – giną ludzie. Ci spośród trolli, którzy nie nauczyli się wyłączać sumienia, będą mieli nie lada problem, żeby pogodzić się ze świadomością krzywd, jakie wyrządzają inni. Niektórzy radzą sobie z tym w dość radykalny sposób. Inni – próbują naprawić błędy.
I tylko brak bardziej rozbudowanej intrygi sprawia, że „Troll” to książka, która pozostawia pewien niedosyt. Michal Hvorecký bardzo dobrze odsłania mechanizmy działania hejtu, ale nie ma wyraźniejszego pomysłu na rozwinięcie akcji – tworzy po prostu opowiadanie, ze starannie prowadzoną narracją. Wypełnia książkę trafnymi obserwacjami, jest w tym naprawdę dobry – tyle tylko, że fabuła daje się przewidzieć i przypomina wiele opowieści o reżimowych środowiskach. Warto po tę niewielką książkę sięgnąć, bo ona uświadamia czytelnikom zagrożenia płynące z bagatelizowania hejtu. Do tego przypomina, że nie można wierzyć we wszystko, co zobaczy się w internecie – zwłaszcza że obok tych, którzy dla zabawy tworzą fałszywe treści, produkcja fake newsów i oskarżeń bez podstaw to potężna broń. Tu zło zyskuje swoje ucieleśnienie – więc należy „Trolla” czytać przez pryzmat przestrogi. Warto jednak podkreślić, jak gęstą prozę oferuje autor: wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników i jak przedstawić im dystopię nie tylko w warstwie internetowej.
poniedziałek, 16 czerwca 2025
Weronika Murek: Urodziny
Czarne, Wołowiec 2025.
Znikanie
Spojrzenia skupiają się na Jadze Babażynie, a jej babajagowatość wręcz narzuca się czytelnikom „Urodzin” Weroniki Murek. Nic smutniejszego od stolat stolat wygłaszanego przez tych, którzy uważają, że tak trzeba i nie są w stanie wymyślić żadnych szczerych życzeń. Dziadek, który leży w szpitalu, niewiele już kojarzy, wie tylko, że właśnie zostanie zabrany na spacer urodzinowy. Ale i tak spojrzenia skupią się na Jadze Babażynie. Nic dziwnego. Babażyna przez lata była aktorką, najpierw sama występowała na scenie, później przeszła przez animację lalkami i zajęła się produkowaniem i przedstawianiem spektakli dla najmłodszych. Teraz o Babażynie świat powoli zapomina. Nie jest już nikomu potrzebna, nikt nie zaproponuje jej roli – jeśli Jaga sama nie zawalczy o własny byt i miejsce w świetle reflektorów (chociaż scenki w objazdowych przedstawieniach pozostawiają wiele do życzenia), nie upomną się o nią. Jaga Babażyna przemija. I to jest straszne. Przynajmniej w zamierzeniu. Problem polega na tym, że Jaga Babażyna cały czas ma marzenia, cały czas ma też potrzeby: chce zarabiać, właściwie nawet musi, żeby się utrzymać, chociaż w swojej karierze miała momenty, że wydzielała sobie drobne kwoty do wydawania, żeby tylko przeżyć. A teraz Jaga Babażyna może już tylko spoglądać wstecz. Jaga Babażyna próbowała swoich sił w wielu miejscach i w różnych kontekstach, za każdym razem próbując pozostać wierną sobie – a to wymaga nie lada energii.
Jaga Babażyna jest aktorką. Ale jest też ucieleśnieniem ludzkich lęków i dramatów. Wszyscy ci, którzy nie są w stanie zrealizować marzeń, przypominają sobie przez „Urodziny”, że czas ucieka i nie warto odkładać na później planów ani nadziei. Co ciekawe, Weronika Murek praktycznie nie wprowadza swojej bohaterki w interakcje i nie zmusza do wymiany poglądów z innymi bohaterami. Przemierza rzeczywistość krok w krok za postacią i przygląda się jej uważnie. Przedstawia każdy gest, świadoma tego, że każdy gest może mieć znaczenie w sytuacji, w której w obliczu przemijania nic nie ma znaczenia. Jaga Babażyna jest stale w świetle reflektorów, nawet kiedy już schodzi ze sceny. Autorka w narracji miesza ze sobą obiegowe poglądy i przekonania powtarzane z pokolenia na pokolenie, ale wykazuje się też niezwykle rozwiniętym zmysłem obserwacji. Karmi czytelników celnymi frazami, w bystry sposób komentuje to, co się dzieje. Sprawia, że opisy pozbawione dialogów nie tracą na dynamice – nie da się ich pobieżnie sprawdzać. Weronika Murek wymusza na odbiorcach mocne zaangażowanie w lekturę, chłonięcie jej bez dodatkowych zastrzeżeń. I właśnie z tego powodu wielu czytelnikom nie będzie w tej powieści wygodnie. Tutaj szczerość w połączeniu z kreacją aktorską zamienia się w mieszankę skrajnie niebezpieczną. Weronika Murek opisuje zwyczajność, przynajmniej w wymiarze, który jest dostępny dla jednej bohaterki. Nie nudzi się przy tym i nie męczy innych. Proponuje prozę gęstą i wypełnioną trafnymi obserwacjami. Zaprasza odbiorców do świata, który wymyka się takiemu poznaniu – tu właściwą bohaterką może być sama proza.
Znikanie
Spojrzenia skupiają się na Jadze Babażynie, a jej babajagowatość wręcz narzuca się czytelnikom „Urodzin” Weroniki Murek. Nic smutniejszego od stolat stolat wygłaszanego przez tych, którzy uważają, że tak trzeba i nie są w stanie wymyślić żadnych szczerych życzeń. Dziadek, który leży w szpitalu, niewiele już kojarzy, wie tylko, że właśnie zostanie zabrany na spacer urodzinowy. Ale i tak spojrzenia skupią się na Jadze Babażynie. Nic dziwnego. Babażyna przez lata była aktorką, najpierw sama występowała na scenie, później przeszła przez animację lalkami i zajęła się produkowaniem i przedstawianiem spektakli dla najmłodszych. Teraz o Babażynie świat powoli zapomina. Nie jest już nikomu potrzebna, nikt nie zaproponuje jej roli – jeśli Jaga sama nie zawalczy o własny byt i miejsce w świetle reflektorów (chociaż scenki w objazdowych przedstawieniach pozostawiają wiele do życzenia), nie upomną się o nią. Jaga Babażyna przemija. I to jest straszne. Przynajmniej w zamierzeniu. Problem polega na tym, że Jaga Babażyna cały czas ma marzenia, cały czas ma też potrzeby: chce zarabiać, właściwie nawet musi, żeby się utrzymać, chociaż w swojej karierze miała momenty, że wydzielała sobie drobne kwoty do wydawania, żeby tylko przeżyć. A teraz Jaga Babażyna może już tylko spoglądać wstecz. Jaga Babażyna próbowała swoich sił w wielu miejscach i w różnych kontekstach, za każdym razem próbując pozostać wierną sobie – a to wymaga nie lada energii.
Jaga Babażyna jest aktorką. Ale jest też ucieleśnieniem ludzkich lęków i dramatów. Wszyscy ci, którzy nie są w stanie zrealizować marzeń, przypominają sobie przez „Urodziny”, że czas ucieka i nie warto odkładać na później planów ani nadziei. Co ciekawe, Weronika Murek praktycznie nie wprowadza swojej bohaterki w interakcje i nie zmusza do wymiany poglądów z innymi bohaterami. Przemierza rzeczywistość krok w krok za postacią i przygląda się jej uważnie. Przedstawia każdy gest, świadoma tego, że każdy gest może mieć znaczenie w sytuacji, w której w obliczu przemijania nic nie ma znaczenia. Jaga Babażyna jest stale w świetle reflektorów, nawet kiedy już schodzi ze sceny. Autorka w narracji miesza ze sobą obiegowe poglądy i przekonania powtarzane z pokolenia na pokolenie, ale wykazuje się też niezwykle rozwiniętym zmysłem obserwacji. Karmi czytelników celnymi frazami, w bystry sposób komentuje to, co się dzieje. Sprawia, że opisy pozbawione dialogów nie tracą na dynamice – nie da się ich pobieżnie sprawdzać. Weronika Murek wymusza na odbiorcach mocne zaangażowanie w lekturę, chłonięcie jej bez dodatkowych zastrzeżeń. I właśnie z tego powodu wielu czytelnikom nie będzie w tej powieści wygodnie. Tutaj szczerość w połączeniu z kreacją aktorską zamienia się w mieszankę skrajnie niebezpieczną. Weronika Murek opisuje zwyczajność, przynajmniej w wymiarze, który jest dostępny dla jednej bohaterki. Nie nudzi się przy tym i nie męczy innych. Proponuje prozę gęstą i wypełnioną trafnymi obserwacjami. Zaprasza odbiorców do świata, który wymyka się takiemu poznaniu – tu właściwą bohaterką może być sama proza.
poniedziałek, 2 czerwca 2025
Alan Murrin: Coast Road. Powieść
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Trwałość
To wcale nie jest tak, że jeśli prawnie zakaże się rozwodów, małżeństwa będą miały zagwarantowaną szczęśliwą egzystencję aż po kres. Przekonują się o tym kobiety z różnych sfer i wybierające różne drogi życiowe. Wcale nie tak dawno – bo u schyłku XX wieku. Wcale nie tak daleko – bo w Irlandii bohaterki próbują realizować własne marzenia, uczą się walki o siebie i przekonują się, że na nic wypełnianie schematów, jeśli druga strona nie zachowuje się uczciwie. I tak roztacza się przed czytelnikami powieści „Coast Road” strefa mroczna – mimo pozornej obyczajowości.
W każdym społeczeństwie, niezależnie od jego konstrukcji, pojawiają się jednostki, które chcą być wolne za wszelką cenę i rezygnują z wypełniania narzuconych im ról. Owszem, płacą za to sporo, przede wszystkim – samotnością i odtrąceniem przez ogół – jednak zwykle to właśnie indywidualiści, którym mimo wszystko niestraszne podobne wyzwania. I nie inaczej jest tutaj: wprawdzie większość kobiet potulnie znosi swój los: akceptuje, że mąż spotyka się z różnymi kobietami, nie próbując nawet zachować tego w sekrecie, albo tkwi w przemocowych związkach, nie może decydować o samorozwoju ani nawet o liczbie posiadanych dzieci: ale istnieją i takie, które mają własne zdanie i potrafią się bronić przed całym światem. To właśnie takie bohaterki nadają kolor opowieści.
Alan Murrin obserwuje rzeczywistość i naświetla ją w dwóch płaszczyznach. Przede wszystkim zależy mu na unaocznieniu siły kobiet – nawet te, które zostały uwięzione w konwenansach i w życiu, jakiego za nic by sobie nie wybrały, od czasu do czasu ośmielają się marzyć i w wyobraźni inaczej kształtować własną egzystencję. Druga płaszczyzna nie jest fabularna a narracyjna – i wiąże się z niezwykłą drobiazgowością w obserwacjach. Autor jest w stanie zarejestrować każdy, najdrobniejszy nawet gest i zamienić go w pasjonujący opis. A to spora sztuka. Zwłaszcza że nie traci na tym dynamika akcji: nawet detale w tej powieści przykuwają uwagę i nie męczą, są opisane świetnie i z pomysłem. Najmniejszy ruch niesie ze sobą całą siatkę znaczeń, a Alan Murrin sprawia, że czytelnikom nie umknie żadne z nich. Autor nasyca tę opowieść plastycznością, nie tyle opowiada historię, co pozwala ją przeżywać razem z kobiecymi postaciami. Tu wszystko jawi się jako prawdziwe – a przez to będzie jeszcze bardziej wstrząsające i przekonujące jednocześnie. „Coast Road” to powieść wysokiej próby, literatura ciekawa i ambitna, nie tylko dla odbiorców spragnionych interesujących charakterów, ale i dla tych, którzy cenią sobie niewygodne pytania i ryzykowne tematy. Chociaż spokoju małżeńskiego i spełnienia próżno by tutaj szukać, warto przyjrzeć się, jak radzą sobie kobiety jako jednostki, przez źle pojmowane kodeksy wartości skazywane na wieloletnie cierpienia i wyrzeczenia. Tu dobrych rozwiązań nie ma, trzeba by pokonać system, a i tak mnóstwo czasu by upłynęło, zanim zmieniłaby się mentalność. Ta powieść ilustruje ograniczenia, jakie ludzie wypracowują sobie przez źle pojmowane prawa.
Trwałość
To wcale nie jest tak, że jeśli prawnie zakaże się rozwodów, małżeństwa będą miały zagwarantowaną szczęśliwą egzystencję aż po kres. Przekonują się o tym kobiety z różnych sfer i wybierające różne drogi życiowe. Wcale nie tak dawno – bo u schyłku XX wieku. Wcale nie tak daleko – bo w Irlandii bohaterki próbują realizować własne marzenia, uczą się walki o siebie i przekonują się, że na nic wypełnianie schematów, jeśli druga strona nie zachowuje się uczciwie. I tak roztacza się przed czytelnikami powieści „Coast Road” strefa mroczna – mimo pozornej obyczajowości.
W każdym społeczeństwie, niezależnie od jego konstrukcji, pojawiają się jednostki, które chcą być wolne za wszelką cenę i rezygnują z wypełniania narzuconych im ról. Owszem, płacą za to sporo, przede wszystkim – samotnością i odtrąceniem przez ogół – jednak zwykle to właśnie indywidualiści, którym mimo wszystko niestraszne podobne wyzwania. I nie inaczej jest tutaj: wprawdzie większość kobiet potulnie znosi swój los: akceptuje, że mąż spotyka się z różnymi kobietami, nie próbując nawet zachować tego w sekrecie, albo tkwi w przemocowych związkach, nie może decydować o samorozwoju ani nawet o liczbie posiadanych dzieci: ale istnieją i takie, które mają własne zdanie i potrafią się bronić przed całym światem. To właśnie takie bohaterki nadają kolor opowieści.
Alan Murrin obserwuje rzeczywistość i naświetla ją w dwóch płaszczyznach. Przede wszystkim zależy mu na unaocznieniu siły kobiet – nawet te, które zostały uwięzione w konwenansach i w życiu, jakiego za nic by sobie nie wybrały, od czasu do czasu ośmielają się marzyć i w wyobraźni inaczej kształtować własną egzystencję. Druga płaszczyzna nie jest fabularna a narracyjna – i wiąże się z niezwykłą drobiazgowością w obserwacjach. Autor jest w stanie zarejestrować każdy, najdrobniejszy nawet gest i zamienić go w pasjonujący opis. A to spora sztuka. Zwłaszcza że nie traci na tym dynamika akcji: nawet detale w tej powieści przykuwają uwagę i nie męczą, są opisane świetnie i z pomysłem. Najmniejszy ruch niesie ze sobą całą siatkę znaczeń, a Alan Murrin sprawia, że czytelnikom nie umknie żadne z nich. Autor nasyca tę opowieść plastycznością, nie tyle opowiada historię, co pozwala ją przeżywać razem z kobiecymi postaciami. Tu wszystko jawi się jako prawdziwe – a przez to będzie jeszcze bardziej wstrząsające i przekonujące jednocześnie. „Coast Road” to powieść wysokiej próby, literatura ciekawa i ambitna, nie tylko dla odbiorców spragnionych interesujących charakterów, ale i dla tych, którzy cenią sobie niewygodne pytania i ryzykowne tematy. Chociaż spokoju małżeńskiego i spełnienia próżno by tutaj szukać, warto przyjrzeć się, jak radzą sobie kobiety jako jednostki, przez źle pojmowane kodeksy wartości skazywane na wieloletnie cierpienia i wyrzeczenia. Tu dobrych rozwiązań nie ma, trzeba by pokonać system, a i tak mnóstwo czasu by upłynęło, zanim zmieniłaby się mentalność. Ta powieść ilustruje ograniczenia, jakie ludzie wypracowują sobie przez źle pojmowane prawa.
niedziela, 4 maja 2025
Krzysztof Varga: Śmiejący się pies
Czarne, Wołowiec 2025.
Cieczka
Relanium i hydroksyzyna. Tylko to trzyma pana Borsuka w ryzach, tylko to pozwala mu z godnością przyjmować kolejne pomysły świata. A świat bywa mocno kreatywny w szykowanych niespodziankach, o czym najdobitniej przekonuje się Ziutek, piesek, z którym pan Borsuk codziennie wychodzi na długie spacery. Spacery są okazją do niekończących się monologów na temat kondycji człowieka w ogóle – a Tomasza w szczególności. Tomasz to przyjaciel pana Borsuka i jako taki podlega specyficznej krytyce – nie jest w stanie bowiem opanować swoich żądzy, zupełnie jak Ziutek, kiedy poczuje suczkę w rui. Ziutkowi jest absolutnie wszystko jedno, kim będzie jego wybranka, byle tylko mógł dać upust swoim instynktom. Tomasz dla młodej śpiewaczki radykalnie zmienia swoje życie – Zosi podporządkowuje kolejne wybory, zupełnie nie przejmując się faktem, że w niedalekiej przyszłości Zosia wciąż będzie piękną i ponętną kobietą, a sam Tomasz – starcem wymagającym opieki. Pan Borsuk jest dumny z okiełznania swojego popędu seksualnego: udaje mu się całkowicie odrzucić chuć jako siłę napędową egzystencji i to samo zaleca swojemu czworonożnemu podopiecznemu – bo tylko ten będzie jeszcze słuchał. Czy się zastosuje – to już zupełnie inna kwestia.
Wyprawy z psem to okazja do kolejnych wiwisekcji. Zwierzenia zgorzkniałego i samotnego mężczyzny, który niczego już od życia nie oczekuje, bywają zabawne, ale też w swojej satyrze bezlitosne – bo Varga mówi głośno to, czego wszyscy się boją. Pokazuje, że w życiu nie zawsze jest różowo i wspaniale, że można snuć najbardziej śmiałe plany, ale w ostatecznym rozrachunku człowiek zostanie sam ze swoimi najskrytszymi lękami, niezrozumiany nawet przez najbliższych. Z jednej strony pan Borsuk opowiada tu historię Tomasza i jego rodzinne perypetie, z drugiej – zwierza się z własnych dylematów małżeńskich: jego żona, Elwira, nauczyła się niszczyć go emocjonalnie i psychicznie, żeby pozbawić radości życia. Udało jej się to całkiem dobrze, chociaż być może jako artystka nie upatrywała w tym większego celu.
Krzysztof Varga niby ucieka w sarkazm, niby zasłania się niewyżytym seksualnie kundelkiem, żeby ton lamentu zamienić w pióro satyryka – ale to, co ma do powiedzenia w niekończących się monologach pana Borsuka będzie irytowało i drażniło odbiorców właśnie ze względu na trafność spostrzeżeń. Tu nie ma miejsca ani na tanie pokrzepienie, ani nawet na kompromisy, nikt nie znajdzie obietnic, że wszystko się jakoś ułoży. Owszem, może się ułożyć za sprawą leków – ale i tak nie do końca. I to najlepszy dowcip, jaki Varga robi swoim czytelnikom. Odbiera im nadzieję, radość codzienności w imię prawdy. „Śmiejący się pies” to nie jest książka wygodna czy bezpieczna – jest zbyt blisko zwyczajności, żeby ją zignorować i jednocześnie bazuje na sprawach, o których przeważnie nie ma co opowiadać. Varga jak zwykle prozę prowadzi mistrzowsko – zamienia się w pana Borsuka, nie pozostawia żadnych wątpliwości co do portretu psychologicznego swojego bohatera. Zabiera odbiorców na spacery z psem po to, żeby zmusić ich do pomyślenia nad sobą i nad przemijaniem. A to nie może być przyjemne. Chyba że akurat ktoś chce się pośmiać z uświadamianego nagle dramatu.
Cieczka
Relanium i hydroksyzyna. Tylko to trzyma pana Borsuka w ryzach, tylko to pozwala mu z godnością przyjmować kolejne pomysły świata. A świat bywa mocno kreatywny w szykowanych niespodziankach, o czym najdobitniej przekonuje się Ziutek, piesek, z którym pan Borsuk codziennie wychodzi na długie spacery. Spacery są okazją do niekończących się monologów na temat kondycji człowieka w ogóle – a Tomasza w szczególności. Tomasz to przyjaciel pana Borsuka i jako taki podlega specyficznej krytyce – nie jest w stanie bowiem opanować swoich żądzy, zupełnie jak Ziutek, kiedy poczuje suczkę w rui. Ziutkowi jest absolutnie wszystko jedno, kim będzie jego wybranka, byle tylko mógł dać upust swoim instynktom. Tomasz dla młodej śpiewaczki radykalnie zmienia swoje życie – Zosi podporządkowuje kolejne wybory, zupełnie nie przejmując się faktem, że w niedalekiej przyszłości Zosia wciąż będzie piękną i ponętną kobietą, a sam Tomasz – starcem wymagającym opieki. Pan Borsuk jest dumny z okiełznania swojego popędu seksualnego: udaje mu się całkowicie odrzucić chuć jako siłę napędową egzystencji i to samo zaleca swojemu czworonożnemu podopiecznemu – bo tylko ten będzie jeszcze słuchał. Czy się zastosuje – to już zupełnie inna kwestia.
Wyprawy z psem to okazja do kolejnych wiwisekcji. Zwierzenia zgorzkniałego i samotnego mężczyzny, który niczego już od życia nie oczekuje, bywają zabawne, ale też w swojej satyrze bezlitosne – bo Varga mówi głośno to, czego wszyscy się boją. Pokazuje, że w życiu nie zawsze jest różowo i wspaniale, że można snuć najbardziej śmiałe plany, ale w ostatecznym rozrachunku człowiek zostanie sam ze swoimi najskrytszymi lękami, niezrozumiany nawet przez najbliższych. Z jednej strony pan Borsuk opowiada tu historię Tomasza i jego rodzinne perypetie, z drugiej – zwierza się z własnych dylematów małżeńskich: jego żona, Elwira, nauczyła się niszczyć go emocjonalnie i psychicznie, żeby pozbawić radości życia. Udało jej się to całkiem dobrze, chociaż być może jako artystka nie upatrywała w tym większego celu.
Krzysztof Varga niby ucieka w sarkazm, niby zasłania się niewyżytym seksualnie kundelkiem, żeby ton lamentu zamienić w pióro satyryka – ale to, co ma do powiedzenia w niekończących się monologach pana Borsuka będzie irytowało i drażniło odbiorców właśnie ze względu na trafność spostrzeżeń. Tu nie ma miejsca ani na tanie pokrzepienie, ani nawet na kompromisy, nikt nie znajdzie obietnic, że wszystko się jakoś ułoży. Owszem, może się ułożyć za sprawą leków – ale i tak nie do końca. I to najlepszy dowcip, jaki Varga robi swoim czytelnikom. Odbiera im nadzieję, radość codzienności w imię prawdy. „Śmiejący się pies” to nie jest książka wygodna czy bezpieczna – jest zbyt blisko zwyczajności, żeby ją zignorować i jednocześnie bazuje na sprawach, o których przeważnie nie ma co opowiadać. Varga jak zwykle prozę prowadzi mistrzowsko – zamienia się w pana Borsuka, nie pozostawia żadnych wątpliwości co do portretu psychologicznego swojego bohatera. Zabiera odbiorców na spacery z psem po to, żeby zmusić ich do pomyślenia nad sobą i nad przemijaniem. A to nie może być przyjemne. Chyba że akurat ktoś chce się pośmiać z uświadamianego nagle dramatu.
sobota, 3 maja 2025
Guadalupe Nettel: Jedyna córka
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Cykl życia
Guadalupe Nettel tworzy prozę gęstą i psychologiczną, chociaż nie planuje wprowadzania do niej gotowych rozwiązań i podpowiedzi dla czytelniczek. Wartościowe jest już to, że przedstawia – a przynajmniej stara się przedstawić – różne podejścia do tematu macierzyństwa. W XXI wieku przełomowe ma być spostrzeżenie, że nie każda kobieta pragnie być matką. A i tak to właśnie bycie matką dominuje w tej historii. „Jedyna córka” to potrójna historia. Laura łączy wątki i udowadnia, że pójście pod prąd nie jest zbyt medialne. To Laura jest tą kobietą, która nie zamierza rodzić dzieci – decyduje się nawet na operację, która zagwarantuje jej brak potomstwa. Laura ma swoje racje, ale nawet nie otrzymuje okazji, żeby je przedstawić, zupełnie jakby nikogo nie obchodziła postawa kobiety bezdzietnej w świecie, w którym rzekomo każda kobieta w pewnym wieku pragnie mieć dzieci. Doris być może na taką postawę by się zdecydowała, gdyby wiedziała, co ją czeka. A czeka ją zmaganie się z trudnościami wychowawczymi. Po stracie męża Doris obserwuje coraz gorsze zachowania u swojego syna. Chłopak ma ataki agresji, podczas których wyzywa matkę lub stosuje przemoc, chce się uwolnić z własnego umysłu, ale problemy rozwiązuje wyłącznie krzykiem. To wyzwala analogiczną reakcję u bezradnej matki. Doris jest sąsiadką Laury, więc narratorka może zbierać informacje na temat „trudnego” dziecka niejako mimochodem, bez wysiłku. Macierzyństwo w wypadku Doris to zestaw kryzysów, upokorzeń i smutków, które nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że kiedyś będzie lepiej. Jest jeszcze Alina. Przyjaciółka Laury w dawnych czasach podzielała jej stanowisko na temat dzieci – jednak w pewnym momencie przeszła na drugą stronę – rozpaczliwie pragnie mieć dziecko za wszelką cenę. Kiedy już zachodzi w upragnioną ciążę, dowiaduje się, że jej dziecko urodzi się bez mózgu i nie przeżyje. Ale lekarze nie są w stanie przewidzieć wszystkiego.
I tak Laura relacjonuje dwa cudze życia – bo o swoim niestety zapomina – zastanawiając się nad tym, ile można poświęcić dla drugiego człowieka. Powieść o tym, że nie każdy chce mieć dzieci, zamienia się w powieść o tym, co się dzieje, kiedy każdy chce mieć dzieci za wszelką cenę – czym podsyca tylko stereotypy. Ale Guadalupe Nettel bardzo starannie prowadzi tu narrację. Ma dużo obserwacji i wie, jak je przekazywać w zgrabnej psychologicznej prozie. Nie będzie nikogo pouczać ani odbierać nadziei – rozbudza ciekawość co do rozwiązań życiowych problemów, ale sama tych rozwiązań nie zamierza wprowadzać. Chce, żeby odbiorcy skupili się na oglądaniu powieściowego tu i teraz, bez świadomości przyszłości. Tylko tak może bez narzucania własnej perspektywy zmusić odbiorców do refleksji nad kulturowymi i społecznymi powinnościami. „Jedyna córka” to historia złożona i pozbawiona łatwych wskazówek życiowych. To lektura do trudnych przemyśleń, wyzwalająca i jednocześnie gorzka. Ale niezależnie od ocen treści – to książka świetnie napisana.
Cykl życia
Guadalupe Nettel tworzy prozę gęstą i psychologiczną, chociaż nie planuje wprowadzania do niej gotowych rozwiązań i podpowiedzi dla czytelniczek. Wartościowe jest już to, że przedstawia – a przynajmniej stara się przedstawić – różne podejścia do tematu macierzyństwa. W XXI wieku przełomowe ma być spostrzeżenie, że nie każda kobieta pragnie być matką. A i tak to właśnie bycie matką dominuje w tej historii. „Jedyna córka” to potrójna historia. Laura łączy wątki i udowadnia, że pójście pod prąd nie jest zbyt medialne. To Laura jest tą kobietą, która nie zamierza rodzić dzieci – decyduje się nawet na operację, która zagwarantuje jej brak potomstwa. Laura ma swoje racje, ale nawet nie otrzymuje okazji, żeby je przedstawić, zupełnie jakby nikogo nie obchodziła postawa kobiety bezdzietnej w świecie, w którym rzekomo każda kobieta w pewnym wieku pragnie mieć dzieci. Doris być może na taką postawę by się zdecydowała, gdyby wiedziała, co ją czeka. A czeka ją zmaganie się z trudnościami wychowawczymi. Po stracie męża Doris obserwuje coraz gorsze zachowania u swojego syna. Chłopak ma ataki agresji, podczas których wyzywa matkę lub stosuje przemoc, chce się uwolnić z własnego umysłu, ale problemy rozwiązuje wyłącznie krzykiem. To wyzwala analogiczną reakcję u bezradnej matki. Doris jest sąsiadką Laury, więc narratorka może zbierać informacje na temat „trudnego” dziecka niejako mimochodem, bez wysiłku. Macierzyństwo w wypadku Doris to zestaw kryzysów, upokorzeń i smutków, które nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że kiedyś będzie lepiej. Jest jeszcze Alina. Przyjaciółka Laury w dawnych czasach podzielała jej stanowisko na temat dzieci – jednak w pewnym momencie przeszła na drugą stronę – rozpaczliwie pragnie mieć dziecko za wszelką cenę. Kiedy już zachodzi w upragnioną ciążę, dowiaduje się, że jej dziecko urodzi się bez mózgu i nie przeżyje. Ale lekarze nie są w stanie przewidzieć wszystkiego.
I tak Laura relacjonuje dwa cudze życia – bo o swoim niestety zapomina – zastanawiając się nad tym, ile można poświęcić dla drugiego człowieka. Powieść o tym, że nie każdy chce mieć dzieci, zamienia się w powieść o tym, co się dzieje, kiedy każdy chce mieć dzieci za wszelką cenę – czym podsyca tylko stereotypy. Ale Guadalupe Nettel bardzo starannie prowadzi tu narrację. Ma dużo obserwacji i wie, jak je przekazywać w zgrabnej psychologicznej prozie. Nie będzie nikogo pouczać ani odbierać nadziei – rozbudza ciekawość co do rozwiązań życiowych problemów, ale sama tych rozwiązań nie zamierza wprowadzać. Chce, żeby odbiorcy skupili się na oglądaniu powieściowego tu i teraz, bez świadomości przyszłości. Tylko tak może bez narzucania własnej perspektywy zmusić odbiorców do refleksji nad kulturowymi i społecznymi powinnościami. „Jedyna córka” to historia złożona i pozbawiona łatwych wskazówek życiowych. To lektura do trudnych przemyśleń, wyzwalająca i jednocześnie gorzka. Ale niezależnie od ocen treści – to książka świetnie napisana.
czwartek, 13 marca 2025
Kinga Wyrzykowska: Porządni ludzie
Nowe, Poznań 2025.
Po cichu
Tu nie ma przyszłości ani przeszłości, jest tylko teraźniejszość. Teraźniejszość w opisach, teraźniejszość w retrospekcjach. Wszystko zaczyna się z chwilą zamknięcia: rodzina Simart-Duteilów barykaduje się w swojej rezydencji. Członkowie rodziny nie wychodzą z domu, zamkniętego na głucho, unikają jakichkolwiek kontaktów z ludźmi z zewnątrz, a zakupy robią wyłącznie przez internet i zabierają je pod osłoną nocy. To już zachowanie, które budzi ciekawość i nadaje rozgłos bogaczom. Wiadomo, że każda rodzina ma swoje fanaberie (i trupy w szafach), ale tu coś najwyraźniej wymknęło się spod kontroli, normalność już nie reguluje egzystencji. I żeby naświetlić czytelnikom szereg wydarzeń prowadzących do tak radykalnej decyzji, autorka cofa się w czasie. Pokazuje kolejnych domowników w wersji najskrytszych pragnień i największych strachów. Każdy ma tu swoje demony, każdy inaczej wpisuje się w aktualną rzeczywistość – jedni decydują się na influencerskie życie, inni drżą w obawie o swoje zdrowie, jedni marzą o konkretnej osobie, inni decydują się na przemilczanie zdrad partnera. Zwyczajność odarta z rutyny zamienia się w ekscytujące doświadczenia – a wszystko w ramach voyeuryzmu. „Porządni ludzie” to ludzie, którzy chcą zachowywać pozory za wszelką cenę i zatracają w tym siebie – ale przecież to nic nowego.
Kinga Wyrzykowska nie ma sentymentu dla swoich postaci, może więc dowolnie je doświadczać, szukać dla nich kolejnych pułapek w dzisiejszym świecie. Znajduje całkiem sporo, drwiąc sobie przy okazji z zapędów społeczeństwa, które chce być wiecznie młode, wiecznie zdrowe i bajecznie bogate najlepiej bez wysiłku. Tu każda decyzja pociąga za sobą kolejne problemy i spiętrza troski, od których chciało się uciec – nic więc dziwnego, że wszystko musi skończyć się samouwięzieniem. Tylko tak da się jeszcze honorowo wybrnąć z matni. Albo właśnie – nie wybrnąć. „Porządni ludzie” to satyra na dzisiejszą rzeczywistość, na ludzi, którzy w pogoni za ulotnymi materialnymi dobrami zapominają o sobie – i przekonują się na koniec, że poświęcili życie nie dla tych ideałów, które powinni byli cenić. Autorka nie ma litości dla nikogo, stara się za to szeregiem komplikacji rozśmieszać odbiorców. Oczywiście jest to śmiech przez łzy – z pełną świadomością popełnianych codziennie błędów i nieuchronności tych błędów, bo przecież rozdziały wypadają tu wręcz kasandrycznie: na nic wszelkie przestrogi, nikt nie będzie ich słuchał, każdy za to wybierze banalną nadzieję, że u niego skończy się inaczej.
Wszyscy chcą udawać. Wszyscy chcą prowadzić życie na pokaz. Wszyscy chcą fałszu i gry pozorów zamiast refleksji i podjęcia własnych prób ułożenia sobie egzystencji na swoich zasadach. To nie może prowadzić do pozytywnego finału. A jednak Kinga Wyrzykowska nakazuje śledzenie losów postaci, nie pozwala się oderwać od ich destrukcyjnych i autodestrukcyjnych zachowań, a czytelnikami steruje nie tylko przez rodzaj prozy, ale i tempo opowieści. Krótkie i szybkie zdania, urywane frazy, niewygodne, a jednocześnie wyjątkowo trafne w sytuacji, w której znaleźli się Simart-Duteilowie, zabawa tekstem już na płaszczyźnie narracji, rozdziały, które jedynie rejestrują ulotne momenty. To wszystko składa się na obraz „Porządnych ludzi”, którym coś się nie udało.
Po cichu
Tu nie ma przyszłości ani przeszłości, jest tylko teraźniejszość. Teraźniejszość w opisach, teraźniejszość w retrospekcjach. Wszystko zaczyna się z chwilą zamknięcia: rodzina Simart-Duteilów barykaduje się w swojej rezydencji. Członkowie rodziny nie wychodzą z domu, zamkniętego na głucho, unikają jakichkolwiek kontaktów z ludźmi z zewnątrz, a zakupy robią wyłącznie przez internet i zabierają je pod osłoną nocy. To już zachowanie, które budzi ciekawość i nadaje rozgłos bogaczom. Wiadomo, że każda rodzina ma swoje fanaberie (i trupy w szafach), ale tu coś najwyraźniej wymknęło się spod kontroli, normalność już nie reguluje egzystencji. I żeby naświetlić czytelnikom szereg wydarzeń prowadzących do tak radykalnej decyzji, autorka cofa się w czasie. Pokazuje kolejnych domowników w wersji najskrytszych pragnień i największych strachów. Każdy ma tu swoje demony, każdy inaczej wpisuje się w aktualną rzeczywistość – jedni decydują się na influencerskie życie, inni drżą w obawie o swoje zdrowie, jedni marzą o konkretnej osobie, inni decydują się na przemilczanie zdrad partnera. Zwyczajność odarta z rutyny zamienia się w ekscytujące doświadczenia – a wszystko w ramach voyeuryzmu. „Porządni ludzie” to ludzie, którzy chcą zachowywać pozory za wszelką cenę i zatracają w tym siebie – ale przecież to nic nowego.
Kinga Wyrzykowska nie ma sentymentu dla swoich postaci, może więc dowolnie je doświadczać, szukać dla nich kolejnych pułapek w dzisiejszym świecie. Znajduje całkiem sporo, drwiąc sobie przy okazji z zapędów społeczeństwa, które chce być wiecznie młode, wiecznie zdrowe i bajecznie bogate najlepiej bez wysiłku. Tu każda decyzja pociąga za sobą kolejne problemy i spiętrza troski, od których chciało się uciec – nic więc dziwnego, że wszystko musi skończyć się samouwięzieniem. Tylko tak da się jeszcze honorowo wybrnąć z matni. Albo właśnie – nie wybrnąć. „Porządni ludzie” to satyra na dzisiejszą rzeczywistość, na ludzi, którzy w pogoni za ulotnymi materialnymi dobrami zapominają o sobie – i przekonują się na koniec, że poświęcili życie nie dla tych ideałów, które powinni byli cenić. Autorka nie ma litości dla nikogo, stara się za to szeregiem komplikacji rozśmieszać odbiorców. Oczywiście jest to śmiech przez łzy – z pełną świadomością popełnianych codziennie błędów i nieuchronności tych błędów, bo przecież rozdziały wypadają tu wręcz kasandrycznie: na nic wszelkie przestrogi, nikt nie będzie ich słuchał, każdy za to wybierze banalną nadzieję, że u niego skończy się inaczej.
Wszyscy chcą udawać. Wszyscy chcą prowadzić życie na pokaz. Wszyscy chcą fałszu i gry pozorów zamiast refleksji i podjęcia własnych prób ułożenia sobie egzystencji na swoich zasadach. To nie może prowadzić do pozytywnego finału. A jednak Kinga Wyrzykowska nakazuje śledzenie losów postaci, nie pozwala się oderwać od ich destrukcyjnych i autodestrukcyjnych zachowań, a czytelnikami steruje nie tylko przez rodzaj prozy, ale i tempo opowieści. Krótkie i szybkie zdania, urywane frazy, niewygodne, a jednocześnie wyjątkowo trafne w sytuacji, w której znaleźli się Simart-Duteilowie, zabawa tekstem już na płaszczyźnie narracji, rozdziały, które jedynie rejestrują ulotne momenty. To wszystko składa się na obraz „Porządnych ludzi”, którym coś się nie udało.
piątek, 7 lutego 2025
Agnieszka Krawczyk: Opiekunka marzeń
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024.
Rośliny
W życiu Miki ludzie często zawodzą. Mają swoje dramaty i niezbyt często zastanawiają się nad tym, jak funkcjonują w egzystencji innych. Nie cofają się przed krzywdzeniem ich w dążeniu do realizowania własnych celów. Nic dziwnego, że Mika stawia na rośliny. Rośliny nie zawodzą, da się je zrozumieć, przynoszą sporo radości, a poza tym – mogą stać się źródłem zarobku. Mika wprawdzie potrzebuje towarzystwa w różnych momentach – ale wie, że nie powinna ufać innym. Pracuje jako ogrodniczka, zajmuje się projektowaniem wymarzonych ogrodów, a informacje, jakie uzyskuje od swoich klientów, przerabia na rysunkowe szkice – tak najłatwiej jej uporządkować potrzeby i charaktery napotkanych osób. Mika ma za sobą trudną przeszłość, jednym z elementów życiorysu, który najchętniej ukryłaby przed postronnymi, jest fakt pobytu w poprawczaku w młodości. Wprawdzie nie zawiniła, padła ofiarą znacznie sprytniejszych od niej – jednak nawet po latach każdy, kto odkryje tę tajemnicę, ocenia po pozorach. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko może, Mika ucieka w pracę i udowadnia własną wartość działaniami w cudzych ogrodach. Zajęcia może przypadkowo łączyć: jedna z klientek ma dwoje nastoletnich dzieci z problemami w środowisku rówieśników – i ogród urządzony pod linijkę. Inna kobieta woli, żeby przy jej domu nie wprowadzać żadnych sztucznych ograniczeń i jak najmniej ingerować w przyrodę. Ale to nie perypetie związane z pielęgnowaniem zieleni zaprzątają tu czytelników, a kwestia adopcji i problemów z przeszłości, które ciągną się za człowiekiem i w dorosłym życiu. Pojawia się tu dziennikarz, który zajmuje się tematem dzikich adopcji: chce dowiedzieć się jak najwięcej o rodzinach, które przygarniały pod swój dach małe dzieci… z pominięciem procedur adopcyjnych. Jest tu też sporo motywów związanych z dzisiejszymi kłopotami młodego pokolenia: jeden z nastolatków, wyróżniający się zachowaniem, jest prześladowany przez kolegów, jego siostra wpada w złe towarzystwo ze względu na drogę, którą wybiera jako trampolinę do kariery. Z tym wszystkim Mika radzi sobie zupełnie poza swoimi kompetencjami – ale wie, że wrażliwość i empatia mogą przydać się w każdej sytuacji. Zwłaszcza kiedy rodzice nie zwracają uwagi na zmartwienia pociech, bo sami mają sporo własnych trosk. „Opiekunka marzeń” to książka bardzo różniąca się od standardowych czytadeł obyczajowych Agnieszki Krawczyk – tym razem autorka nie koncentruje się na tworzeniu azylu dla czytelniczek, nie ma tu miejsca, w którym wszystkie problemy rozwiązują się same i nawet jeśli obcy do niedawna ludzie zapewniają wsparcie, to jednak trzeba się sporo namęczyć, żeby wypracować równowagę. Agnieszka Krawczyk stawia tym razem na prozę psychologiczną – funduje odskocznię od prostych i zabawnych obyczajówek. Nie ma tu miejsca na błyskawiczne spełnianie marzeń, jest za to gęstsza proza i pełen zestaw spraw, które do szczęśliwych żywotów standardowych bohaterek tej autorki wstępu by nie miały. Więcej miejsca przeznacza się tutaj na rozważania na temat traum i sposobu radzenia sobie z nimi tak, żeby wypracować normalność. Nic nie przychodzi łatwo – i może w ten sposób autorka dotrze do zupełnie innego kręgu odbiorców.
Rośliny
W życiu Miki ludzie często zawodzą. Mają swoje dramaty i niezbyt często zastanawiają się nad tym, jak funkcjonują w egzystencji innych. Nie cofają się przed krzywdzeniem ich w dążeniu do realizowania własnych celów. Nic dziwnego, że Mika stawia na rośliny. Rośliny nie zawodzą, da się je zrozumieć, przynoszą sporo radości, a poza tym – mogą stać się źródłem zarobku. Mika wprawdzie potrzebuje towarzystwa w różnych momentach – ale wie, że nie powinna ufać innym. Pracuje jako ogrodniczka, zajmuje się projektowaniem wymarzonych ogrodów, a informacje, jakie uzyskuje od swoich klientów, przerabia na rysunkowe szkice – tak najłatwiej jej uporządkować potrzeby i charaktery napotkanych osób. Mika ma za sobą trudną przeszłość, jednym z elementów życiorysu, który najchętniej ukryłaby przed postronnymi, jest fakt pobytu w poprawczaku w młodości. Wprawdzie nie zawiniła, padła ofiarą znacznie sprytniejszych od niej – jednak nawet po latach każdy, kto odkryje tę tajemnicę, ocenia po pozorach. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko może, Mika ucieka w pracę i udowadnia własną wartość działaniami w cudzych ogrodach. Zajęcia może przypadkowo łączyć: jedna z klientek ma dwoje nastoletnich dzieci z problemami w środowisku rówieśników – i ogród urządzony pod linijkę. Inna kobieta woli, żeby przy jej domu nie wprowadzać żadnych sztucznych ograniczeń i jak najmniej ingerować w przyrodę. Ale to nie perypetie związane z pielęgnowaniem zieleni zaprzątają tu czytelników, a kwestia adopcji i problemów z przeszłości, które ciągną się za człowiekiem i w dorosłym życiu. Pojawia się tu dziennikarz, który zajmuje się tematem dzikich adopcji: chce dowiedzieć się jak najwięcej o rodzinach, które przygarniały pod swój dach małe dzieci… z pominięciem procedur adopcyjnych. Jest tu też sporo motywów związanych z dzisiejszymi kłopotami młodego pokolenia: jeden z nastolatków, wyróżniający się zachowaniem, jest prześladowany przez kolegów, jego siostra wpada w złe towarzystwo ze względu na drogę, którą wybiera jako trampolinę do kariery. Z tym wszystkim Mika radzi sobie zupełnie poza swoimi kompetencjami – ale wie, że wrażliwość i empatia mogą przydać się w każdej sytuacji. Zwłaszcza kiedy rodzice nie zwracają uwagi na zmartwienia pociech, bo sami mają sporo własnych trosk. „Opiekunka marzeń” to książka bardzo różniąca się od standardowych czytadeł obyczajowych Agnieszki Krawczyk – tym razem autorka nie koncentruje się na tworzeniu azylu dla czytelniczek, nie ma tu miejsca, w którym wszystkie problemy rozwiązują się same i nawet jeśli obcy do niedawna ludzie zapewniają wsparcie, to jednak trzeba się sporo namęczyć, żeby wypracować równowagę. Agnieszka Krawczyk stawia tym razem na prozę psychologiczną – funduje odskocznię od prostych i zabawnych obyczajówek. Nie ma tu miejsca na błyskawiczne spełnianie marzeń, jest za to gęstsza proza i pełen zestaw spraw, które do szczęśliwych żywotów standardowych bohaterek tej autorki wstępu by nie miały. Więcej miejsca przeznacza się tutaj na rozważania na temat traum i sposobu radzenia sobie z nimi tak, żeby wypracować normalność. Nic nie przychodzi łatwo – i może w ten sposób autorka dotrze do zupełnie innego kręgu odbiorców.
sobota, 28 grudnia 2024
Mateusz Cieślik: Śpij słodko
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2024.
Zmiany
Trudne wejście w dorosłość ma Aleks – i grupa jego przyjaciół. Prawdziwą próbę bohaterowie przeżywają wtedy, kiedy w wypadku samochodowym ginie ich koleżanka, a druga zapada w śpiączkę. Ta sytuacja uruchamia najgorsze cechy wśród pozostawionych bez specjalistycznej opieki rówieśników. Chłopak, który stracił swoją wybrankę, ujawnia zachowania przemocowe w kolejnym związku, a Aleks – główny bohater książki „Śpij słodko” musi poradzić sobie z nieobecnością swojej ukochanej. Pozostali dystansują się od wydarzeń i nie do końca potrafią się ze sobą dogadać w kryzysie. Weronika do towarzystwa nigdy nie pasowała – zamiast imprezować, wolała siedzieć w domu i czytać książki, a jeszcze bardziej – pisać. Jej dziwność nie przeszkodziła Aleksowi: chłopak postanowił dotrzeć do tajemniczej nieznajomej, udało mu się ją skutecznie poderwać, a do tego… przyczynić się do poprawienia pierwszych wersji książki. Aleks okazał się uważnym czytelnikiem, wyczulonym nie tylko na szczegóły fabularne, ale i tekstowe – jego porady naprowadziły Weronikę na dobrą drogę w pisaniu. Przy Aleksie dziewczyna przekonała się, że czasami warto dać innym szansę i wyjść z domu. Teraz Weronika pogrążona w śpiączce nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Została po niej niedokończona powieść. Rodzice Weroniki przechodzą trudne chwile – nie radzą sobie z sytuacją, w której się znaleźli, nic więc dziwnego, że i Aleks jest w tym bardzo zagubiony. Odwiedza swoją dziewczynę, przynosi jej drobne prezenty i czyta na głos – dopóki nie zostanie przez dorosłych poproszony o zaniechanie tego typu aktywności.
Mateusz Cieślik tworzy powieść psychologiczną, w której dobre rozwiązania właściwie nie istnieją. Nie do końca przekonuje w rozkładzie akcentów – żongluje silnymi wydarzeniami i czasem nie daje czytelnikom wytchnienia od nich, a czasem zdarzają mu się niewytłumaczalne przestoje w akcji. Nie wie, na co się zdecydować w przypadku nowych znajomości Aleksa i jak odkurzyć stare znajomości, gdy kontakt się urywa i wszystkim jest niezręcznie wrócić do kumplowania się. Kiedy puszczają mu hamulce w przypadku przedstawiania przemocy – nie cofnie się przed niczym i uruchomi kolejnych bohaterów w rękoczynach po drobnych prowokacjach. W tym wszystkim próbuje uciekać w wielkie gesty niekoniecznie możliwe do wytłumaczenia racjonalnego – ale jakoś musi rozwiązać dylematy moralne i problemy płynące z rozwoju akcji. Jest „Śpij słodko” powieścią psychologiczną w stylu young adult – ale wiele motywów wyzwoli tu pytania odbiorców. Mateusz Cieślik waha się, czy jego bohaterowie powinni się wykazywać dojrzałością nad plan, czy też – dawać się ponieść emocjom, zmusza do międzypokoleniowych konfrontacji bez wyraźnego powodu i gra na emocjach – a jednocześnie proponuje historię, która budzi ciekawość co do kierunku rozwoju, wprowadza opowieść wolną od schematów i stereotypów fabularnych. Ta książka nie jest wygodna w lekturze, nie przynosi prostych i miłych scenek – i to może okazać się jej największą wartością. Pytania o wybory moralne w chwili próby to coś, co według autora powinno zapewnić publiczność literacką.
Zmiany
Trudne wejście w dorosłość ma Aleks – i grupa jego przyjaciół. Prawdziwą próbę bohaterowie przeżywają wtedy, kiedy w wypadku samochodowym ginie ich koleżanka, a druga zapada w śpiączkę. Ta sytuacja uruchamia najgorsze cechy wśród pozostawionych bez specjalistycznej opieki rówieśników. Chłopak, który stracił swoją wybrankę, ujawnia zachowania przemocowe w kolejnym związku, a Aleks – główny bohater książki „Śpij słodko” musi poradzić sobie z nieobecnością swojej ukochanej. Pozostali dystansują się od wydarzeń i nie do końca potrafią się ze sobą dogadać w kryzysie. Weronika do towarzystwa nigdy nie pasowała – zamiast imprezować, wolała siedzieć w domu i czytać książki, a jeszcze bardziej – pisać. Jej dziwność nie przeszkodziła Aleksowi: chłopak postanowił dotrzeć do tajemniczej nieznajomej, udało mu się ją skutecznie poderwać, a do tego… przyczynić się do poprawienia pierwszych wersji książki. Aleks okazał się uważnym czytelnikiem, wyczulonym nie tylko na szczegóły fabularne, ale i tekstowe – jego porady naprowadziły Weronikę na dobrą drogę w pisaniu. Przy Aleksie dziewczyna przekonała się, że czasami warto dać innym szansę i wyjść z domu. Teraz Weronika pogrążona w śpiączce nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Została po niej niedokończona powieść. Rodzice Weroniki przechodzą trudne chwile – nie radzą sobie z sytuacją, w której się znaleźli, nic więc dziwnego, że i Aleks jest w tym bardzo zagubiony. Odwiedza swoją dziewczynę, przynosi jej drobne prezenty i czyta na głos – dopóki nie zostanie przez dorosłych poproszony o zaniechanie tego typu aktywności.
Mateusz Cieślik tworzy powieść psychologiczną, w której dobre rozwiązania właściwie nie istnieją. Nie do końca przekonuje w rozkładzie akcentów – żongluje silnymi wydarzeniami i czasem nie daje czytelnikom wytchnienia od nich, a czasem zdarzają mu się niewytłumaczalne przestoje w akcji. Nie wie, na co się zdecydować w przypadku nowych znajomości Aleksa i jak odkurzyć stare znajomości, gdy kontakt się urywa i wszystkim jest niezręcznie wrócić do kumplowania się. Kiedy puszczają mu hamulce w przypadku przedstawiania przemocy – nie cofnie się przed niczym i uruchomi kolejnych bohaterów w rękoczynach po drobnych prowokacjach. W tym wszystkim próbuje uciekać w wielkie gesty niekoniecznie możliwe do wytłumaczenia racjonalnego – ale jakoś musi rozwiązać dylematy moralne i problemy płynące z rozwoju akcji. Jest „Śpij słodko” powieścią psychologiczną w stylu young adult – ale wiele motywów wyzwoli tu pytania odbiorców. Mateusz Cieślik waha się, czy jego bohaterowie powinni się wykazywać dojrzałością nad plan, czy też – dawać się ponieść emocjom, zmusza do międzypokoleniowych konfrontacji bez wyraźnego powodu i gra na emocjach – a jednocześnie proponuje historię, która budzi ciekawość co do kierunku rozwoju, wprowadza opowieść wolną od schematów i stereotypów fabularnych. Ta książka nie jest wygodna w lekturze, nie przynosi prostych i miłych scenek – i to może okazać się jej największą wartością. Pytania o wybory moralne w chwili próby to coś, co według autora powinno zapewnić publiczność literacką.
czwartek, 14 listopada 2024
Amy Neff: Dni, gdy kochałem cię najbardziej
Harper Collins, Warszawa 2024.
Cena miłości
Evelyn podjęła decyzję, która dla jej bliskich jest szokiem, nawet kiedy poznają całą prawdę. Kobieta, która jest żoną, matką i babcią, a niedługo mogłaby zostać prababcią, postanawia rozstać się ze światem. Za rok popełni samobójstwo. Razem z nią odejdzie Joseph, jej mąż, który od kilku dekad wiernie trwa u jej boku i nie wyobraża sobie bez niej życia. Evelyn ma podstawy, żeby wybrać ostateczny i radykalny krok: zdiagnozowano u niej chorobę Parkinsona, która postępuje szybko i już wkrótce odbierze kobiecie całą radość życia. Na razie wprawdzie nie widać po Evelyn żadnych niepokojących objawów: bliscy muszą więc zmierzyć się nie tylko z wizją śmierci – ale i z negatywnymi konsekwencjami chorego mózgu. Oczywiście młodsze pokolenia nie chcą przyjąć do wiadomości takiego pomysłu na nieodległą przyszłość rodziców, ale nikt nie jest w stanie znaleźć argumentów przeciwko eutanazji (samodzielnie wykonanej). „Dni, gdy kochałem cię najbardziej” to pełna retrospekcji i wielopoziomowa opowieść o ostatnim wspólnym roku i o relacjach rodzinnych. Czytelnicy poznają w niej początki miłości Josepha i Evelyn, pokusy, na jakie byli wystawiani i kryzysy w małżeństwie – w związku ze sobą nawzajem, rozczarowaniami życiem lub zachowaniem kolejnych dzieci. Podróż przez lata jest okazją do napomykania o wojnie i o stratach, jakie czyni w domach i sercach bliskich, do opowiadania o rewolucji seksualnej i obyczajowej i do sprawdzania, jaki przepis na życie wydaje się najlepszy. Amy Neff jednak ucieka od jednego: nie pokazuje odbiorcom wielkiej miłości, która ma być silniejsza niż życie. Kiedy śledzi się doświadczenia bohaterów i rozmijanie się ich marzeń, może pojawić się pytanie o granice poświęcenia dla drugiej osoby i o sens trwania ze sobą mimo wszystko. Evelyn i Joseph grają przypisane im społecznie role, zwłaszcza ona jest szykowana do egzystencji jako pani domu i nie może podążać za swoimi pragnieniami. On – szaleńczo w niej zakochany – potrafi się zdobyć na romantyczny gest i podążać za wybranką. Czy to się w ostatecznym rozrachunku opłaca? Nad tym będą się zastanawiać sami czytelnicy. „Dni, gdy kochałem cię najbardziej” to powieść wolna od uniesień i wielkich słów, tutaj proza życia potrafi przytłoczyć i zmęczyć. A jednak Amy Neff stara się przekonać odbiorców, że warto walczyć o miłość i pozostać wiernym w związku – bo z perspektywy czasu trudności nie wydają się już tak przerażające, a nagroda to pełnowartościowy związek. Przepis na wspólne życie, który realizują Evelyn i Joseph, może się kompletnie nie sprawdzić już w kolejnym pokoleniu, a przecież każdy, kto chce założyć rodzinę, chciałby zbudować relację na zaufaniu i przyjaźni. Nagroda w tej opowieści jest dla czytelników ledwo wyczuwalna, w psychologicznej prozie nacisk kładzie się znacznie częściej na komplikacje i wyzwania – a to sprawia, że odbiorcy otrzymają zaskakującą wizję małżeństwa wypełnionego ciągłymi wątpliwościami i pytaniami o sens. „Dni, gdy kochałem cię najbardziej” to książka, która zadaje niewygodne pytania i zmusza do zastanowienia się nad życiowymi priorytetami. Będzie też wzruszać i szokować.
Cena miłości
Evelyn podjęła decyzję, która dla jej bliskich jest szokiem, nawet kiedy poznają całą prawdę. Kobieta, która jest żoną, matką i babcią, a niedługo mogłaby zostać prababcią, postanawia rozstać się ze światem. Za rok popełni samobójstwo. Razem z nią odejdzie Joseph, jej mąż, który od kilku dekad wiernie trwa u jej boku i nie wyobraża sobie bez niej życia. Evelyn ma podstawy, żeby wybrać ostateczny i radykalny krok: zdiagnozowano u niej chorobę Parkinsona, która postępuje szybko i już wkrótce odbierze kobiecie całą radość życia. Na razie wprawdzie nie widać po Evelyn żadnych niepokojących objawów: bliscy muszą więc zmierzyć się nie tylko z wizją śmierci – ale i z negatywnymi konsekwencjami chorego mózgu. Oczywiście młodsze pokolenia nie chcą przyjąć do wiadomości takiego pomysłu na nieodległą przyszłość rodziców, ale nikt nie jest w stanie znaleźć argumentów przeciwko eutanazji (samodzielnie wykonanej). „Dni, gdy kochałem cię najbardziej” to pełna retrospekcji i wielopoziomowa opowieść o ostatnim wspólnym roku i o relacjach rodzinnych. Czytelnicy poznają w niej początki miłości Josepha i Evelyn, pokusy, na jakie byli wystawiani i kryzysy w małżeństwie – w związku ze sobą nawzajem, rozczarowaniami życiem lub zachowaniem kolejnych dzieci. Podróż przez lata jest okazją do napomykania o wojnie i o stratach, jakie czyni w domach i sercach bliskich, do opowiadania o rewolucji seksualnej i obyczajowej i do sprawdzania, jaki przepis na życie wydaje się najlepszy. Amy Neff jednak ucieka od jednego: nie pokazuje odbiorcom wielkiej miłości, która ma być silniejsza niż życie. Kiedy śledzi się doświadczenia bohaterów i rozmijanie się ich marzeń, może pojawić się pytanie o granice poświęcenia dla drugiej osoby i o sens trwania ze sobą mimo wszystko. Evelyn i Joseph grają przypisane im społecznie role, zwłaszcza ona jest szykowana do egzystencji jako pani domu i nie może podążać za swoimi pragnieniami. On – szaleńczo w niej zakochany – potrafi się zdobyć na romantyczny gest i podążać za wybranką. Czy to się w ostatecznym rozrachunku opłaca? Nad tym będą się zastanawiać sami czytelnicy. „Dni, gdy kochałem cię najbardziej” to powieść wolna od uniesień i wielkich słów, tutaj proza życia potrafi przytłoczyć i zmęczyć. A jednak Amy Neff stara się przekonać odbiorców, że warto walczyć o miłość i pozostać wiernym w związku – bo z perspektywy czasu trudności nie wydają się już tak przerażające, a nagroda to pełnowartościowy związek. Przepis na wspólne życie, który realizują Evelyn i Joseph, może się kompletnie nie sprawdzić już w kolejnym pokoleniu, a przecież każdy, kto chce założyć rodzinę, chciałby zbudować relację na zaufaniu i przyjaźni. Nagroda w tej opowieści jest dla czytelników ledwo wyczuwalna, w psychologicznej prozie nacisk kładzie się znacznie częściej na komplikacje i wyzwania – a to sprawia, że odbiorcy otrzymają zaskakującą wizję małżeństwa wypełnionego ciągłymi wątpliwościami i pytaniami o sens. „Dni, gdy kochałem cię najbardziej” to książka, która zadaje niewygodne pytania i zmusza do zastanowienia się nad życiowymi priorytetami. Będzie też wzruszać i szokować.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






