Kropka, Warszawa 2026.
Zło
Guillermo del Toro i Cornelia Funke stworzyli książkę, która jest analizą zła i może zaszokować konkretyzowaniem go w wojennej wersji. Przeniesienie akcji do Hiszpanii z 1944 roku pozwala na uzasadnienie rozmaitych tragedii, jakie rozegrają się w fabule - „Labirynt Fauna” to tom odbierający nadzieję i pocieszający jedynie tych, którzy przeżyli podobne do bohaterów straty. Jednocześnie ta książka bazuje na wyjątkowo silnych emocjach, z których strach wychodzi na pierwszy plan. I teraz: kto ma w pamięci scenariusz filmowy, nie powinien być zaskoczony, ale optyka Cornelii Funke sprawia, że to książka zupełnie inna niż to, co oczywiste.
Zwykle było tak, że książki stanowiły ratunek i szansę na ucieczkę od ponurej rzeczywistości – także wojennej. Ofelia świetnie o tym wie i kocha czytać. Ale w jej życiu nie ma zbyt dużo miejsca na opowieści – dziewczynka doświadcza rzeczy, których nie powinny znać dzieci. Śmierć ukochanego ojca sprawia, że matka bohaterki związuje się z jednym z oprawców. Zachodzi w ciążę i przeprowadza się razem z Ofelią do domu Vidala. Vidal jest bezwzględnym okrutnikiem, pozbawionym skrupułów i czerpiącym satysfakcję z dręczenia innych. O tym na razie jeszcze Ofelia nie wie, chociaż na przykład służąca Vidala świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Uderza spostrzeżenie, że matka Ofelii należy do kobiet, które nie czerpią siły z siebie samych, tylko uwieszają się na dominujących mężczyznach – ku własnej zgubie. „Labirynt Fauna” zdecydowanie nie jest opowieścią dla dzieci i młodzieży, chociaż tworzy ją (współtworzy) Cornelia Funke, autorka, która sprawdziła się niejednokrotnie w literaturze czwartej i przeszła już do historii swoimi pomysłami. Teraz epatowanie złem sprawia, że odchodzi od tendencji w książkach dla młodych czytelników – na rzecz thrillera, tym bardziej okrutnego, że prawdziwego. Jedynym odejściem w stronę świata baśni jest postać Fauna, który w Ofelii upatruje księżniczki – i który szykuje dziewczynie miejsce na tronie. Tyle że żeby przejść granicę między światami, trzeba będzie największego poświęcenia. Faun powraca sporadycznie i chyba tylko po to, żeby przypomnieć, że poza ponurą codziennością istnieje jakakolwiek szansa ucieczki – tyle tylko, że rodzaj tej ucieczki niekoniecznie doda otuchy odbiorcom.
Uwaga ogniskuje się na Vidalu – to człowiek, dla którego nie ma usprawiedliwień. Bez względu na to, co stało się w jego życiu, Vidal teraz czerpie przyjemność z katowania innych. Nie zawaha się, jeśli będzie mógł wymierzyć najsurowszą karę każdemu, nawet oddanym podwładnym. Cieszy go możliwość torturowania rannych partyzantów. Znęcać się może nawet nad swoją żoną, w zasadzie jedyne, co go w niej interesuje, to nienarodzony jeszcze syn. Ofelia wie o tym wszystkim i jako niewidzialne zwykle dziecko stara się zadbać o rodzicielkę na swój sposób – szuka ratunku u życzliwych i stara się nie wchodzić w drogę Vidalowi. Ale jeśli mieszka w domu oprawcy, nie da rady od niego uciec. Jeszcze lepiej w okrucieństwie Vidala orientuje się Mercedes, służąca pomagająca partyzantom (w tym własnemu bratu). Ta historia nie jest baśnią z happy endem i może to jest w niej najbardziej szokujące.
„Labirynt Fauna” to stopniowe zanurzanie się w tym, co złe, przerażające, okrutne i bezwzględne. Nawet przejście w świat baśni nie zapewnia potrzebnego wytchnienia – cała ta książka jest przestrogą przed wojną i przed charakterami pokroju Vidala. Pytanie tylko, czy takie wołanie przyniesie efekt...
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 października 2026
czwartek, 4 grudnia 2025
Katarzyna Zyskowska: Mrok jest po naszej stronie
Znak, Kraków 2025.
Przejście
Już za moment w górach może rozegrać się tragedia. Wszystko zostało starannie zaplanowane i nieuchronnie się zbliża, dla Hanny nie ma już nadziei – pytanie tylko, czy ona sama będzie chciała dalej funkcjonować. Przeszła w końcu tak wiele, a teraz podsumowuje swoje życie w pamiętniku dla córki. Nie spędziła z nią zbyt dużo czasu, nie mogła zbudować głębszej relacji – a to wszystko przez wybory życiowe i nacisk wielkiej historii. Bo akcja tomu „Mrok jest po naszej stronie” zaczyna się w 1938 roku i Katarzyna Zyskowska nie pozostawia nikomu złudzeń: będzie mieszać w losach bohaterów sprawami politycznymi i społecznymi. Szczególnie mocno zaprzątają ją kwestie polsko-żydowskich relacji. Oto pewnego dnia Hanna, która szuka pomysłu na siebie (chciałaby pisać, ale nie ma odwagi pokazać swoich tekstów najbardziej wpływowym redaktorom), staje się przypadkowym świadkiem ataku na młodego prawnika. Arie zaatakowany przez sporą grupę nie ma szans na to, by się obronić – ma szczęście, bo młoda kobieta nie daje się zastraszyć, rozpędza napastników i pilnuje, żeby Arie trafił od szpitala. To wydarzenie sporo w jej życiu zmienia – na początku przyspiesza szansę na spełnienie marzenia o pisaniu. Ale sprawia też, że silne zauroczenie nie daje o sobie zapomnieć. Hanna nie kalkuluje, nie zastanawia się nad tym, czy jakakolwiek przyszłość może ją czekać u boku młodego Żyda – na razie zresztą nie ma odwagi na to, by zrealizować najbardziej śmiałe pragnienia. Z kolei Arie nie potrafi wyrzucić z myśli uroczej kobiety – jego rozpala pożądanie. I w tę zmysłowość, która przy sprzyjających okolicznościach natychmiast przerodziłaby się w płomienny romans, przerywają nastroje antysemickie. Katarzyna Zyskowska wchodzi na niebezpieczny literacko grunt, ale kompletnie nie przejmuje się polityką – potrafi odnotować jej znaczenie dla postaci, za to ucieka od oceniania i komentowania, wnioski pozostawia czytelnikom. Sama koncentruje się przede wszystkim na dwustronnej relacji, na uczuciach, które nie zawsze mogą być ujawnione. Hanna i Arie – już jako Lew – będą na siebie wpadać w różnych momentach historii i komplikacje związane ze społecznymi przemianami uwarunkują ich postawy. Nie będzie tu zbyt wiele miejsca na szczęście – autorka za to mocno komplikuje sytuacje, chociaż zawęża opowieść do dwójki ludzi. „Mrok jest po naszej stronie” to powieść, która wiele razy będzie skręcać w nieoczekiwanych dla odbiorców kierunkach po to, żeby ukazać beznadziejność sytuacji czy ogrom różnorodnych uczuć, jakie żywią do siebie bohaterowie. Tam, gdzie większość twórców postawiłaby na „żyli długo i szczęśliwie”, opowieść dopiero się zaczyna – i do baśniowego finału jej bardzo daleko. Katarzyna Zyskowska bardzo umiejętnie wykorzystuje tematykę wojny i społecznych przemian, nie moralizuje i nie zmusza czytelników do analizowania historii. Wszystko staje się tu zrozumiałe w oparciu o przeżycia postaci, a Zyskowska buduje ich świat z dwóch życiorysów, podbarwiając je kolorytem lokalnym. Zwraca uwagę swoich odbiorców nie na przeszłość – nie na podręcznikową historię, tylko na charaktery i komplikacje w godzinie próby. I to się doskonale sprawdza.
Przejście
Już za moment w górach może rozegrać się tragedia. Wszystko zostało starannie zaplanowane i nieuchronnie się zbliża, dla Hanny nie ma już nadziei – pytanie tylko, czy ona sama będzie chciała dalej funkcjonować. Przeszła w końcu tak wiele, a teraz podsumowuje swoje życie w pamiętniku dla córki. Nie spędziła z nią zbyt dużo czasu, nie mogła zbudować głębszej relacji – a to wszystko przez wybory życiowe i nacisk wielkiej historii. Bo akcja tomu „Mrok jest po naszej stronie” zaczyna się w 1938 roku i Katarzyna Zyskowska nie pozostawia nikomu złudzeń: będzie mieszać w losach bohaterów sprawami politycznymi i społecznymi. Szczególnie mocno zaprzątają ją kwestie polsko-żydowskich relacji. Oto pewnego dnia Hanna, która szuka pomysłu na siebie (chciałaby pisać, ale nie ma odwagi pokazać swoich tekstów najbardziej wpływowym redaktorom), staje się przypadkowym świadkiem ataku na młodego prawnika. Arie zaatakowany przez sporą grupę nie ma szans na to, by się obronić – ma szczęście, bo młoda kobieta nie daje się zastraszyć, rozpędza napastników i pilnuje, żeby Arie trafił od szpitala. To wydarzenie sporo w jej życiu zmienia – na początku przyspiesza szansę na spełnienie marzenia o pisaniu. Ale sprawia też, że silne zauroczenie nie daje o sobie zapomnieć. Hanna nie kalkuluje, nie zastanawia się nad tym, czy jakakolwiek przyszłość może ją czekać u boku młodego Żyda – na razie zresztą nie ma odwagi na to, by zrealizować najbardziej śmiałe pragnienia. Z kolei Arie nie potrafi wyrzucić z myśli uroczej kobiety – jego rozpala pożądanie. I w tę zmysłowość, która przy sprzyjających okolicznościach natychmiast przerodziłaby się w płomienny romans, przerywają nastroje antysemickie. Katarzyna Zyskowska wchodzi na niebezpieczny literacko grunt, ale kompletnie nie przejmuje się polityką – potrafi odnotować jej znaczenie dla postaci, za to ucieka od oceniania i komentowania, wnioski pozostawia czytelnikom. Sama koncentruje się przede wszystkim na dwustronnej relacji, na uczuciach, które nie zawsze mogą być ujawnione. Hanna i Arie – już jako Lew – będą na siebie wpadać w różnych momentach historii i komplikacje związane ze społecznymi przemianami uwarunkują ich postawy. Nie będzie tu zbyt wiele miejsca na szczęście – autorka za to mocno komplikuje sytuacje, chociaż zawęża opowieść do dwójki ludzi. „Mrok jest po naszej stronie” to powieść, która wiele razy będzie skręcać w nieoczekiwanych dla odbiorców kierunkach po to, żeby ukazać beznadziejność sytuacji czy ogrom różnorodnych uczuć, jakie żywią do siebie bohaterowie. Tam, gdzie większość twórców postawiłaby na „żyli długo i szczęśliwie”, opowieść dopiero się zaczyna – i do baśniowego finału jej bardzo daleko. Katarzyna Zyskowska bardzo umiejętnie wykorzystuje tematykę wojny i społecznych przemian, nie moralizuje i nie zmusza czytelników do analizowania historii. Wszystko staje się tu zrozumiałe w oparciu o przeżycia postaci, a Zyskowska buduje ich świat z dwóch życiorysów, podbarwiając je kolorytem lokalnym. Zwraca uwagę swoich odbiorców nie na przeszłość – nie na podręcznikową historię, tylko na charaktery i komplikacje w godzinie próby. I to się doskonale sprawdza.
sobota, 30 sierpnia 2025
Lothar-Günther Buchheim: Okręt
Rebis, Poznań 2025.
Woda
Przeważnie historie dotyczące czasów drugiej wojny światowej powielają jeden temat w kolejnych odsłonach. W powieści, która należy dzisiaj już niezaprzeczalnie do klasyki literatury wojennej, „Okręt”, którą stworzył Lothar-Günther Buchheim, historia jawi się zupełnie inaczej. Niemiecki U-Boot staje się tu areną doświadczeń, przemyśleń i przeżyć ekstremalnych. Bohater, który na tym właśnie okręcie służy, prowadzi dziennikowe zapiski, rejestrując wszystko, co dzieje się wokół – zaczyna od niewygód i tęsknoty za lądem, a kończy na wybuchach podczas torpedowych ataków. Nie stroni od przekazywania mocnych emocji i od rejestrowania pozornie nieistotnych gestów – wszystko może się liczyć, wszystko zasługuje na uwagę i na utrwalenie, kiedy trzeba czymś zająć myśli.
„Okręt” to powieść monumentalna. Od samego początku czytelnicy będą mogli mieć pewność, że nie umknie im żaden szczegół – liczą się miny i zachowania, przede wszystkim te dalekie od wizji bohaterów czy zwycięzców. Wulgarne rozmowy o seksie (albo tęsknota za kobietą), skatologiczne relacje, zachowania dalekie od reguł savoir-vivre’u – w męskim gronie dozwolone jest wszystko. Ale kiedy ktoś złapie wszy podczas jednej z wizyt w burdelu, trzeba będzie skontrolować całą załogę. Niezależnie od tego, co dzieje się w najbliższym – zamkniętym – otoczeniu, liczą się jeszcze wiadomości o innych okrętach i ich załogach – w końcu każdy może przejść scenariusz, który wkrótce się powtórzy na morzu. Jakby tego wszystkiego było mało, Buchheim bardzo starannie analizuje wszelkie działania dotyczące nawigowania okrętem. Wyjaśnia między innymi, na czym polegają wynurzenia i zanurzenia, przedstawia komendy i decyzje dowódców i zanurza się głęboko w lęki kolejnych załogantów. Służba na okręcie wojennym może i ma swoje zalety – w wolnych chwilach można się ich doszukiwać choćby dla rozrywki – ale problemów jest tu znacznie więcej.
I mogłoby się wydawać, że na bezmiarze wód nie ma nic atrakcyjnego, opisywać krajobrazu się nie da, a rutynowe działania od ataku do ataku nie mają w sobie nic magicznego – tymczasem autor jest w stanie wydobyć z każdego wydarzenia materiał do literackich opisów. Przeplata fragmenty rubaszne i frywolne prozą bardzo ambitną, rozbudowaną i dopracowaną w detalach. Ma mnóstwo do powiedzenia – pozornie nie przejmuje się rozkładem akcentów fabularnych, napięcie przynosi już sama świadomość działań wojennych i bliskość zagrożenia: a jednak stopniowo wprowadza czytelników w coraz bardziej skomplikowane sprawy i brutalność wojny. To dzieło jest powszechnie znane – także za sprawą ekranizacji – i nie starzeje się mimo upływu czasu. Wciąż funkcjonuje jako lektura wstrząsająca i wypełniona sprzecznymi czasem odczuciami. Chociaż nie zawsze są tu relacje z bitew czy starć – historia nie wytraca tempa, cały czas trzyma w napięciu i przynosi obrazy, które na długo zostają w pamięci. Nie ma tutaj budowania bohaterstwa czy mitologizowania wojny, nie ma znaków powtarzanych w najbardziej popularnych historiach zwykłych ludzi – tutaj liczy się fachowość, możliwość wniknięcia w świat niedostępny większości odbiorców – i przełożenie go na wyobraźnię szerokich grup czytelników. To się autorowi udało wyjątkowo.
Woda
Przeważnie historie dotyczące czasów drugiej wojny światowej powielają jeden temat w kolejnych odsłonach. W powieści, która należy dzisiaj już niezaprzeczalnie do klasyki literatury wojennej, „Okręt”, którą stworzył Lothar-Günther Buchheim, historia jawi się zupełnie inaczej. Niemiecki U-Boot staje się tu areną doświadczeń, przemyśleń i przeżyć ekstremalnych. Bohater, który na tym właśnie okręcie służy, prowadzi dziennikowe zapiski, rejestrując wszystko, co dzieje się wokół – zaczyna od niewygód i tęsknoty za lądem, a kończy na wybuchach podczas torpedowych ataków. Nie stroni od przekazywania mocnych emocji i od rejestrowania pozornie nieistotnych gestów – wszystko może się liczyć, wszystko zasługuje na uwagę i na utrwalenie, kiedy trzeba czymś zająć myśli.
„Okręt” to powieść monumentalna. Od samego początku czytelnicy będą mogli mieć pewność, że nie umknie im żaden szczegół – liczą się miny i zachowania, przede wszystkim te dalekie od wizji bohaterów czy zwycięzców. Wulgarne rozmowy o seksie (albo tęsknota za kobietą), skatologiczne relacje, zachowania dalekie od reguł savoir-vivre’u – w męskim gronie dozwolone jest wszystko. Ale kiedy ktoś złapie wszy podczas jednej z wizyt w burdelu, trzeba będzie skontrolować całą załogę. Niezależnie od tego, co dzieje się w najbliższym – zamkniętym – otoczeniu, liczą się jeszcze wiadomości o innych okrętach i ich załogach – w końcu każdy może przejść scenariusz, który wkrótce się powtórzy na morzu. Jakby tego wszystkiego było mało, Buchheim bardzo starannie analizuje wszelkie działania dotyczące nawigowania okrętem. Wyjaśnia między innymi, na czym polegają wynurzenia i zanurzenia, przedstawia komendy i decyzje dowódców i zanurza się głęboko w lęki kolejnych załogantów. Służba na okręcie wojennym może i ma swoje zalety – w wolnych chwilach można się ich doszukiwać choćby dla rozrywki – ale problemów jest tu znacznie więcej.
I mogłoby się wydawać, że na bezmiarze wód nie ma nic atrakcyjnego, opisywać krajobrazu się nie da, a rutynowe działania od ataku do ataku nie mają w sobie nic magicznego – tymczasem autor jest w stanie wydobyć z każdego wydarzenia materiał do literackich opisów. Przeplata fragmenty rubaszne i frywolne prozą bardzo ambitną, rozbudowaną i dopracowaną w detalach. Ma mnóstwo do powiedzenia – pozornie nie przejmuje się rozkładem akcentów fabularnych, napięcie przynosi już sama świadomość działań wojennych i bliskość zagrożenia: a jednak stopniowo wprowadza czytelników w coraz bardziej skomplikowane sprawy i brutalność wojny. To dzieło jest powszechnie znane – także za sprawą ekranizacji – i nie starzeje się mimo upływu czasu. Wciąż funkcjonuje jako lektura wstrząsająca i wypełniona sprzecznymi czasem odczuciami. Chociaż nie zawsze są tu relacje z bitew czy starć – historia nie wytraca tempa, cały czas trzyma w napięciu i przynosi obrazy, które na długo zostają w pamięci. Nie ma tutaj budowania bohaterstwa czy mitologizowania wojny, nie ma znaków powtarzanych w najbardziej popularnych historiach zwykłych ludzi – tutaj liczy się fachowość, możliwość wniknięcia w świat niedostępny większości odbiorców – i przełożenie go na wyobraźnię szerokich grup czytelników. To się autorowi udało wyjątkowo.
środa, 8 maja 2024
Anna Dziewit-Meller: Góra Tajget
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024 (wydanie II).
Bez skargi
Na rynek powraca książka ważna i wstrząsająca, książka, której nie da się przeczytać jednym tchem – bo też i jej treść daleka jest od kojących tonów i przyjaznych obrazów. Anna Dziewit-Meller w „Górze Tajget” odwołuje się do trudnej przeszłości Śląska, ale wreszcie bez powtarzania schematów obecnych niemal w każdej moralizatorskiej opowieści. Autorka sięga do wydarzeń, które nikogo nie pozostawiają obojętnym – do krzywdy dzieci, na których przeprowadzano eksperymenty medyczne. Psychiatryk, z którego najmłodsi nie wychodzą (a kopidoł wciąż grzebie w ziemi nowe trumienki) z czasem zaczyna budzić pytania otoczenia. Jedna z pielęgniarek, która sprzeciwia się działaniom lekarki, otrzymuje pogróżki i nie może otwarcie występować w obronie najmłodszych. To, co dzieje się za murami szpitala, na długo pozostaje tajemnicą – aż w końcu ożywa, już jako upiory przeszłości, jakiej nikomu się nie życzy.
Jest tu zwyczajna rodzina. Sebastian Kowolik właśnie został ojcem i trzeźwieje po tym fakcie. Jego żona w ciąży poznaje sekrety ciotki. Wkrótce wyda na świat dziewczynkę – rosnącą w niej samej w tym czasie, w którym Zefkę pożera nowotwór z licznymi przerzutami. Na pewno nie chciałaby dla swojego dziecka dramatów, jakie stały się udziałem samej Zefki – skomplikowane losy rodzinne sprawiły, że bohaterka na własnej skórze przekonała się o grozie wojny i komplikacjach związanych z wielokulturowością Śląska, chociaż i tak jako nastolatka miała wielkie szczęście. Dzisiaj w pamięci Zefki powracają obrazy, które nakazują unikać ruskich imion dla dziecka i które stanowią jasny przekaz: dlaczego nie zdecydowała się na potomstwo. Nawet gdyby chciała wyjaśnić wszystko u schyłku życia – tego, co przeżyła nie da się opowiedzieć jednym zdaniem. Są jeszcze dzieci – skazane na śmierć dla czyjegoś kaprysu, dzieci, o które nikt nie zawalczy, którym odbiera się dzieciństwo (mimo że bycie dzieckiem to najważniejsze zadanie i ciężka praca). Anna Dziewit-Meller przeskakuje między bohaterami i wprowadza retrospekcje wojenne w oderwaniu od typowych opowieści z tamtych czasów. Niby nie epatuje okrucieństwem, pozostawia sporo wyobraźni czytelników – a jednak pisze tak, żeby wywrzeć jak największe wrażenie. Udaje jej się precyzyjnie oddawać emocje (zwłaszcza strach) bohaterów, grozę i nieuchronność tragedii w wymiarze mikro – taka skala umożliwia inne spojrzenie na śmierć dwustu niewinnych dzieci. „Góra Tajget” to lekturowe wyzwanie i jednocześnie oskarżenie. Próba rozrachunku z przeszłością i odarcia wojny z mitów romantycznych – tutaj nie ma miejsca ani na sentymenty, ani na ciepło i serdeczność, ludzie są pokaleczeni i poszarpani psychicznie – przynajmniej ci, którym udało się przetrwać. I Anna Dziewit-Meller oddaje im głos, a dodatkowo pozwala przyjrzeć się życiowym wyborom. Naświetla sytuację tych, którzy sami nie potrafiliby wyznać ogromu krzywd – uświadamia czytelnikom, jak wiele problemów sprawiały próby prowadzenia zwyczajnego życia w niezwyczajnych czasach. Wprowadza autorka i moralne dylematy, i fizyczne szkody – nie tylko nad zabitymi w szpitalu dziećmi można tu płakać. I o ile przeważnie wojenne historie porażają dosłownością, o tyle w „Górze Tajget” poetyckość przeplata się z symboliką, wszystko nabiera nieoczekiwanie metafizycznego wymiaru.
Bez skargi
Na rynek powraca książka ważna i wstrząsająca, książka, której nie da się przeczytać jednym tchem – bo też i jej treść daleka jest od kojących tonów i przyjaznych obrazów. Anna Dziewit-Meller w „Górze Tajget” odwołuje się do trudnej przeszłości Śląska, ale wreszcie bez powtarzania schematów obecnych niemal w każdej moralizatorskiej opowieści. Autorka sięga do wydarzeń, które nikogo nie pozostawiają obojętnym – do krzywdy dzieci, na których przeprowadzano eksperymenty medyczne. Psychiatryk, z którego najmłodsi nie wychodzą (a kopidoł wciąż grzebie w ziemi nowe trumienki) z czasem zaczyna budzić pytania otoczenia. Jedna z pielęgniarek, która sprzeciwia się działaniom lekarki, otrzymuje pogróżki i nie może otwarcie występować w obronie najmłodszych. To, co dzieje się za murami szpitala, na długo pozostaje tajemnicą – aż w końcu ożywa, już jako upiory przeszłości, jakiej nikomu się nie życzy.
Jest tu zwyczajna rodzina. Sebastian Kowolik właśnie został ojcem i trzeźwieje po tym fakcie. Jego żona w ciąży poznaje sekrety ciotki. Wkrótce wyda na świat dziewczynkę – rosnącą w niej samej w tym czasie, w którym Zefkę pożera nowotwór z licznymi przerzutami. Na pewno nie chciałaby dla swojego dziecka dramatów, jakie stały się udziałem samej Zefki – skomplikowane losy rodzinne sprawiły, że bohaterka na własnej skórze przekonała się o grozie wojny i komplikacjach związanych z wielokulturowością Śląska, chociaż i tak jako nastolatka miała wielkie szczęście. Dzisiaj w pamięci Zefki powracają obrazy, które nakazują unikać ruskich imion dla dziecka i które stanowią jasny przekaz: dlaczego nie zdecydowała się na potomstwo. Nawet gdyby chciała wyjaśnić wszystko u schyłku życia – tego, co przeżyła nie da się opowiedzieć jednym zdaniem. Są jeszcze dzieci – skazane na śmierć dla czyjegoś kaprysu, dzieci, o które nikt nie zawalczy, którym odbiera się dzieciństwo (mimo że bycie dzieckiem to najważniejsze zadanie i ciężka praca). Anna Dziewit-Meller przeskakuje między bohaterami i wprowadza retrospekcje wojenne w oderwaniu od typowych opowieści z tamtych czasów. Niby nie epatuje okrucieństwem, pozostawia sporo wyobraźni czytelników – a jednak pisze tak, żeby wywrzeć jak największe wrażenie. Udaje jej się precyzyjnie oddawać emocje (zwłaszcza strach) bohaterów, grozę i nieuchronność tragedii w wymiarze mikro – taka skala umożliwia inne spojrzenie na śmierć dwustu niewinnych dzieci. „Góra Tajget” to lekturowe wyzwanie i jednocześnie oskarżenie. Próba rozrachunku z przeszłością i odarcia wojny z mitów romantycznych – tutaj nie ma miejsca ani na sentymenty, ani na ciepło i serdeczność, ludzie są pokaleczeni i poszarpani psychicznie – przynajmniej ci, którym udało się przetrwać. I Anna Dziewit-Meller oddaje im głos, a dodatkowo pozwala przyjrzeć się życiowym wyborom. Naświetla sytuację tych, którzy sami nie potrafiliby wyznać ogromu krzywd – uświadamia czytelnikom, jak wiele problemów sprawiały próby prowadzenia zwyczajnego życia w niezwyczajnych czasach. Wprowadza autorka i moralne dylematy, i fizyczne szkody – nie tylko nad zabitymi w szpitalu dziećmi można tu płakać. I o ile przeważnie wojenne historie porażają dosłownością, o tyle w „Górze Tajget” poetyckość przeplata się z symboliką, wszystko nabiera nieoczekiwanie metafizycznego wymiaru.
sobota, 16 grudnia 2023
Jan Krzysztof Piasecki: Ludziary
Biblioteka Słów, Warszawa 2023.
Wspomnienia
Obrazki z powstania warszawskiego z perspektywy kobiety, która kończy studia medyczne na tajnym uniwersytecie i natychmiast musi się odnaleźć w wojennej rzeczywistości i w arcytrudnych warunkach to motyw powracający co pewien czas w książce „Ludziary”. Ale nawet odbiorcy, którzy czują przesyt tym tematem, nie zostaną tym razem zarzuceni wojennymi scenkami: to jedynie przyprawa, uzupełnienie wiadomości o kobiecie, która jest właściwą bohaterką tomu „Ludziary” i która nadaje rytm całej historii. Betina obecnie ma prawie dziewięćdziesiąt lat, z perspektywy patrzy na swoją przeszłość. Do części wspomnień wraca za sprawą syna, który nagrywa jej zwierzenia i opowieści dotyczące oblężonej Warszawy. Wraca niezbyt chętnie – jednak forma wywiadu umożliwia jej porządkowanie doświadczeń i przyglądanie się bolesnej przeszłości, a czasami – wyjaśnianie pewnych spraw budzących zdziwienie młodego pokolenia. Mówi krótko i treściwie: przecież wspomnień wojennych powstało już wiele – nie da się dołożyć niczego nowego do relacji. Betina też na nowe komentarze się nie sili, po prostu zostawia swoje świadectwo. Jest przekonująca właśnie za sprawą ascezy: ogranicza wypowiedzi (co tłumaczy się wiekiem i niechęcią do wracania do trudnych momentów życia). Funkcjonuje w tej części książki jako tłumaczka: opowiada zwłaszcza młodszym pokoleniom, co czuła i co przeżywała – ocala emocje, a nie tylko wydarzenia. Odpowiada też na pytania syna, Alberta – ujawniające brak zrozumienia dla przeszłości, której się nie przeżyło. Betina jako narratorka staje się przezroczysta, nie licytuje się na jakość wspomnień ani na siłę ich rażenia, przypomina po prostu elementy z własnego życiorysu. Te elementy, które po wojnie nie będą miały już żadnego znaczenia. Bo w pewnym momencie kobieta decyduje się na prowadzenie stadniny. Obcuje z naturą, otacza się zwierzętami i prowadzi miejsce, do którego ludzie chcą wracać. Konie pozwalają jej zacząć nowe życie – Betina daje się poznać jako osoba przewidująca i zaradna, bez trudu zarządza stadniną i wie, jak pomagać zwierzętom. Ratuje te, które uratować można, rozstaje się z tymi, które nie rokują. Tu nie ma miejsca na sentymenty, chociaż zdarzają się i takie chwile, w których konie ujawniają stosunek do świata. Betina mądrze zarządza swoim dobytkiem, jest w stanie stale go rozbudowywać i powiększać – i w tych obrazkach widać zupełnie inny portret kobiety niż płynęłoby to ze scen wojennych.
„Ludziary” to książka bardzo krótka, a co za tym idzie – skondensowana. Pokazuje dwa kontrastujące ze sobą światy połączone jedną postacią – świat wojny i pokoju zlewające się w jednym życiorysie. Jan Krzysztof Piasecki decyduje się na nietypową formę – i to dzięki niej przyciąga uwagę czytelników. Znajduje pomysł na opowiedzenie jeszcze raz tego, co już znane i poznane – ale układa to w nową relację, esencjonalną i zajmującą, a przy tym piękną mimo trudnych tematów. Literacko „Ludziary” uwodzą, melodyjnością fraz i ogólnie – jakością prozy. To książka, która zapada w pamięć.
Wspomnienia
Obrazki z powstania warszawskiego z perspektywy kobiety, która kończy studia medyczne na tajnym uniwersytecie i natychmiast musi się odnaleźć w wojennej rzeczywistości i w arcytrudnych warunkach to motyw powracający co pewien czas w książce „Ludziary”. Ale nawet odbiorcy, którzy czują przesyt tym tematem, nie zostaną tym razem zarzuceni wojennymi scenkami: to jedynie przyprawa, uzupełnienie wiadomości o kobiecie, która jest właściwą bohaterką tomu „Ludziary” i która nadaje rytm całej historii. Betina obecnie ma prawie dziewięćdziesiąt lat, z perspektywy patrzy na swoją przeszłość. Do części wspomnień wraca za sprawą syna, który nagrywa jej zwierzenia i opowieści dotyczące oblężonej Warszawy. Wraca niezbyt chętnie – jednak forma wywiadu umożliwia jej porządkowanie doświadczeń i przyglądanie się bolesnej przeszłości, a czasami – wyjaśnianie pewnych spraw budzących zdziwienie młodego pokolenia. Mówi krótko i treściwie: przecież wspomnień wojennych powstało już wiele – nie da się dołożyć niczego nowego do relacji. Betina też na nowe komentarze się nie sili, po prostu zostawia swoje świadectwo. Jest przekonująca właśnie za sprawą ascezy: ogranicza wypowiedzi (co tłumaczy się wiekiem i niechęcią do wracania do trudnych momentów życia). Funkcjonuje w tej części książki jako tłumaczka: opowiada zwłaszcza młodszym pokoleniom, co czuła i co przeżywała – ocala emocje, a nie tylko wydarzenia. Odpowiada też na pytania syna, Alberta – ujawniające brak zrozumienia dla przeszłości, której się nie przeżyło. Betina jako narratorka staje się przezroczysta, nie licytuje się na jakość wspomnień ani na siłę ich rażenia, przypomina po prostu elementy z własnego życiorysu. Te elementy, które po wojnie nie będą miały już żadnego znaczenia. Bo w pewnym momencie kobieta decyduje się na prowadzenie stadniny. Obcuje z naturą, otacza się zwierzętami i prowadzi miejsce, do którego ludzie chcą wracać. Konie pozwalają jej zacząć nowe życie – Betina daje się poznać jako osoba przewidująca i zaradna, bez trudu zarządza stadniną i wie, jak pomagać zwierzętom. Ratuje te, które uratować można, rozstaje się z tymi, które nie rokują. Tu nie ma miejsca na sentymenty, chociaż zdarzają się i takie chwile, w których konie ujawniają stosunek do świata. Betina mądrze zarządza swoim dobytkiem, jest w stanie stale go rozbudowywać i powiększać – i w tych obrazkach widać zupełnie inny portret kobiety niż płynęłoby to ze scen wojennych.
„Ludziary” to książka bardzo krótka, a co za tym idzie – skondensowana. Pokazuje dwa kontrastujące ze sobą światy połączone jedną postacią – świat wojny i pokoju zlewające się w jednym życiorysie. Jan Krzysztof Piasecki decyduje się na nietypową formę – i to dzięki niej przyciąga uwagę czytelników. Znajduje pomysł na opowiedzenie jeszcze raz tego, co już znane i poznane – ale układa to w nową relację, esencjonalną i zajmującą, a przy tym piękną mimo trudnych tematów. Literacko „Ludziary” uwodzą, melodyjnością fraz i ogólnie – jakością prozy. To książka, która zapada w pamięć.
niedziela, 5 września 2021
Eleonora Szafran: Mistrz. Tadeusz Teddy Pietrzykowski
Ringier Axel Springer, Warszawa 2021.
Walka o życie
Te wspomnienia przez długi czas nie miały szczęścia do wydawców, jednak teraz towarzyszą premierze filmowej i przez to trafić mogą do bardzo szerokiego grona odbiorców. „Mistrz” to książka złożona przez Eleonorę Szafran, córkę bohatera tomu i autora zapisków, Tadeusza „Teddy'ego” Pierzykowskiego. Zestaw opowieści z Auschwitz opatrzony jest jeszcze drobnym komentarzem Eleonory Szafran – dotyczącym życia prywatnego ojca, zwłaszcza jego sformalizowanych związków, co ciekawe, sam autor celowo unika pisania na ten temat, więc najprawdopodobniej zadziałała tu konieczność odpowiedzi na wyimaginowane potrzeby odbiorców. Do tego dochodzi zestaw zdjęć oraz dokumentów z procesu Hössa. W zasadzie nie trzeba wiele tłumaczyć i nawet słownik pojęć czy postaci pojawiający się na końcu książki wydaje się zbędny: trudno wyobrazić sobie osobę, która nie kojarzy wyjaśnianych tu haseł.
Pietrzykowski opowiada o swoim pobycie w obozie, decydując się nie na omawianie całości, a na wybór zagadnień. Koncentruje się przede wszystkim na dwóch kwestiach, na sporcie – od kiedy okazało się, że boks jest dla niego szansą na przetrwanie – oraz na zdobywaniu jedzenia. Zdarza się, że przeżywa coś potwornego, co zostaje mu w pamięci na zawsze – wtedy dzieli się dodatkowo komentarzem. Stara się też, żeby odbiorcy zrozumieli, co przeżywał i jak funkcjonował w obozie. Przedstawia między innymi ojca Kolbe: własną relację z nim oraz scenę bohaterstwa – ze swojej perspektywy. Bywa, że szokuje czytelników decyzjami albo zachowaniami, innym razem jednak przekonuje, że udawało się dzięki pomocy porządnych ludzi zachować wiarę w zwycięstwo. Stosunkowo niewiele jest tu wrażeń z samych walk: Pietrzykowski opowiada o nich tylko wtedy, kiedy są naprawdę istotne dla obozowej hierarchii albo wiążą się z ryzykiem i zagrożeniem śmiercią (w konsekwencji wygranej lub przegranej), nie tworzy lektury sportowej. Przedstawia za to na przykład swoje treningi w obozie: sposób na zachowanie formy. To zadanie wymagało pomysłowości oraz odwagi, a przy tym – nieszablonowego podejścia. Tadeusz Pietrzykowski jednak zrezygnować z ćwiczeń nie mógł, jeśli chciał przetrwać. O tym, co zapewniła mu bokserska kariera, pisze na marginesie wspomnień, zajmuje się bardziej zapamiętaną codziennością. Nie porządkuje jednak samych wrażeń z obozu, to znaczy – nie stara się zarejestrować wszystkiego. Jest „Mistrz” gorzką opowieścią o trudach obozowego życia, zawiera historie przerażające i niosące nadzieję. Widać w książce troskę o dbałość stylistyczną i o ocalanie wspomnień, którymi trzeba się podzielić z potomnymi – jednak nie w kategoriach literackich, ani nawet emocjonalnych, ocenia się ten tom. Tadeusz Pietrzykowski wpisuje się w nurt książek o życiu i śmierci w obozach koncentracyjnych – jednak dzięki nastawieniu na inną niż powszechnie znana strategię może przyciągać uwagę. Tom wyróżnia się właśnie profesją bohatera-opowiadacza, dzięki czemu znajdzie swoje miejsce na przesyconym już wojennymi relacjami rynku.
Walka o życie
Te wspomnienia przez długi czas nie miały szczęścia do wydawców, jednak teraz towarzyszą premierze filmowej i przez to trafić mogą do bardzo szerokiego grona odbiorców. „Mistrz” to książka złożona przez Eleonorę Szafran, córkę bohatera tomu i autora zapisków, Tadeusza „Teddy'ego” Pierzykowskiego. Zestaw opowieści z Auschwitz opatrzony jest jeszcze drobnym komentarzem Eleonory Szafran – dotyczącym życia prywatnego ojca, zwłaszcza jego sformalizowanych związków, co ciekawe, sam autor celowo unika pisania na ten temat, więc najprawdopodobniej zadziałała tu konieczność odpowiedzi na wyimaginowane potrzeby odbiorców. Do tego dochodzi zestaw zdjęć oraz dokumentów z procesu Hössa. W zasadzie nie trzeba wiele tłumaczyć i nawet słownik pojęć czy postaci pojawiający się na końcu książki wydaje się zbędny: trudno wyobrazić sobie osobę, która nie kojarzy wyjaśnianych tu haseł.
Pietrzykowski opowiada o swoim pobycie w obozie, decydując się nie na omawianie całości, a na wybór zagadnień. Koncentruje się przede wszystkim na dwóch kwestiach, na sporcie – od kiedy okazało się, że boks jest dla niego szansą na przetrwanie – oraz na zdobywaniu jedzenia. Zdarza się, że przeżywa coś potwornego, co zostaje mu w pamięci na zawsze – wtedy dzieli się dodatkowo komentarzem. Stara się też, żeby odbiorcy zrozumieli, co przeżywał i jak funkcjonował w obozie. Przedstawia między innymi ojca Kolbe: własną relację z nim oraz scenę bohaterstwa – ze swojej perspektywy. Bywa, że szokuje czytelników decyzjami albo zachowaniami, innym razem jednak przekonuje, że udawało się dzięki pomocy porządnych ludzi zachować wiarę w zwycięstwo. Stosunkowo niewiele jest tu wrażeń z samych walk: Pietrzykowski opowiada o nich tylko wtedy, kiedy są naprawdę istotne dla obozowej hierarchii albo wiążą się z ryzykiem i zagrożeniem śmiercią (w konsekwencji wygranej lub przegranej), nie tworzy lektury sportowej. Przedstawia za to na przykład swoje treningi w obozie: sposób na zachowanie formy. To zadanie wymagało pomysłowości oraz odwagi, a przy tym – nieszablonowego podejścia. Tadeusz Pietrzykowski jednak zrezygnować z ćwiczeń nie mógł, jeśli chciał przetrwać. O tym, co zapewniła mu bokserska kariera, pisze na marginesie wspomnień, zajmuje się bardziej zapamiętaną codziennością. Nie porządkuje jednak samych wrażeń z obozu, to znaczy – nie stara się zarejestrować wszystkiego. Jest „Mistrz” gorzką opowieścią o trudach obozowego życia, zawiera historie przerażające i niosące nadzieję. Widać w książce troskę o dbałość stylistyczną i o ocalanie wspomnień, którymi trzeba się podzielić z potomnymi – jednak nie w kategoriach literackich, ani nawet emocjonalnych, ocenia się ten tom. Tadeusz Pietrzykowski wpisuje się w nurt książek o życiu i śmierci w obozach koncentracyjnych – jednak dzięki nastawieniu na inną niż powszechnie znana strategię może przyciągać uwagę. Tom wyróżnia się właśnie profesją bohatera-opowiadacza, dzięki czemu znajdzie swoje miejsce na przesyconym już wojennymi relacjami rynku.
środa, 29 kwietnia 2020
Ed Nash: Pustynny snajper. Jak zwykły Angol poszedł na wojnę z ISIS
Rebis, Poznań 2020.
Wojna
Ed Nash szuka przygód i mocnych wrażeń – bez względu na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić. Nie ma żadnych rodzinnych zobowiązań, wybrał życie człowieka wolnego i podążającego za kolejnymi zachciankami – nawet jeśli to wygodne rozwiązanie, chce pomagać innym i działać w obronie tych, którzy pomocy potrzebują. W jego wypadku oznacza to zaciąganie się do organizacji, która umożliwia niesienie pomocy miejscowym przez walkę. I tak „zwykły Angol poszedł na wojnę z ISIS” – sprzeciwiając się temu, co robiło Państwo Islamskie, Ed Nash postanowił na własną rękę wymierzać sprawiedliwość. Różnice między służeniem w jednostce wojskowej i koniecznością podporządkowywania się rozkazom a działalności w organizacji bojowej są ogromne i czasami je autor podkreśla, ale wie, że nie każdy nadawałby się do regularnej armii. W „Pustynnym snajperze” zdaje relację ze swoich doświadczeń batalistycznych.
Jest ta opowieść dużo inna od zwykłych komentarzy wojskowych, którzy zostali wysłani na misje w różne strony świata. Przede wszystkim Nash nie skupia się ani na rygorze, ani na tęsknocie za bliskimi – ani jednego, ani drugiego nie doświadcza. Może zatem zająć się tym, co istnieje tu i teraz, rejestrować wojnę w jednostkowym jej wymiarze. Będzie zatem opowiadać o woni palonych ciał (która skutecznie i na długo odbiera apetyt) i o wybuchach samochodów-pułapek, o polowaniu na podejrzanie zachowujących się tubylców, którzy mogą wyjść z wioski, żeby poprosić o pomoc dla miejscowych, ale mogą też być owinięci materiałami wybuchowymi i stanowić żywe pułapki dla walczących. Ed Nash pracuje jako snajper i uczy się tego, jak oceniać odległość lecącego pocisku po dźwięku, który się słyszy, jak pomagać kolegom w potrzebie, ale też – jakie decyzje podejmować na linii ognia. Tutaj dużo jest ryzyka, ale też – sporo samotności. W całej opowieści nie ma raczej prób nawiązywania silniejszych relacji z kolegami z „oddziału”, nie ma też typowego dla amerykańskich marines humoru w relacji. Ed Nash to zwyczajny facet, który ze względów ideologicznych decyduje się na walkę – nie dodaje tu żadnych romantycznych historii ani wizji, które zmieniłyby sposób postrzegania go, trudno nawet mu na kartach tomu kibicować – bo też i autor odrzuca możliwość fabularyzowania historii czy nadawania jej dynamiki przez operowanie wydarzeniami i opisami. Może przedstawiać czytelnikom akcję z innej niż typowa we wspomnieniach byłych żołnierzy perspektywy – ale to wszystko. W „Pustynnym snajperze” nie znajdzie się też rozbudowanych analiz na temat sytuacji politycznej czy społecznej, poza wstępnymi wiadomościami dla nakreślenia kontekstu, autor nie chce zajmować się tym, co będzie można przeczytać w podręcznikach do historii. Jak sam stwierdza – o walce walczący czasami mogą powiedzieć najmniej – i on na własnych przeżyciach i odczuciach będzie się skupiać. Dzięki temu „Pustynny snajper” to książka nietypowa, jeśli weźmie się pod uwagę podobne publikacje – ale też raczej bez dużych szans na rozgłos, chyba że marketingowe działania oprze się na motywie samotnika wyruszającego w bój bez przynależności do armii.
Wojna
Ed Nash szuka przygód i mocnych wrażeń – bez względu na cenę, jaką przyjdzie mu za to zapłacić. Nie ma żadnych rodzinnych zobowiązań, wybrał życie człowieka wolnego i podążającego za kolejnymi zachciankami – nawet jeśli to wygodne rozwiązanie, chce pomagać innym i działać w obronie tych, którzy pomocy potrzebują. W jego wypadku oznacza to zaciąganie się do organizacji, która umożliwia niesienie pomocy miejscowym przez walkę. I tak „zwykły Angol poszedł na wojnę z ISIS” – sprzeciwiając się temu, co robiło Państwo Islamskie, Ed Nash postanowił na własną rękę wymierzać sprawiedliwość. Różnice między służeniem w jednostce wojskowej i koniecznością podporządkowywania się rozkazom a działalności w organizacji bojowej są ogromne i czasami je autor podkreśla, ale wie, że nie każdy nadawałby się do regularnej armii. W „Pustynnym snajperze” zdaje relację ze swoich doświadczeń batalistycznych.
Jest ta opowieść dużo inna od zwykłych komentarzy wojskowych, którzy zostali wysłani na misje w różne strony świata. Przede wszystkim Nash nie skupia się ani na rygorze, ani na tęsknocie za bliskimi – ani jednego, ani drugiego nie doświadcza. Może zatem zająć się tym, co istnieje tu i teraz, rejestrować wojnę w jednostkowym jej wymiarze. Będzie zatem opowiadać o woni palonych ciał (która skutecznie i na długo odbiera apetyt) i o wybuchach samochodów-pułapek, o polowaniu na podejrzanie zachowujących się tubylców, którzy mogą wyjść z wioski, żeby poprosić o pomoc dla miejscowych, ale mogą też być owinięci materiałami wybuchowymi i stanowić żywe pułapki dla walczących. Ed Nash pracuje jako snajper i uczy się tego, jak oceniać odległość lecącego pocisku po dźwięku, który się słyszy, jak pomagać kolegom w potrzebie, ale też – jakie decyzje podejmować na linii ognia. Tutaj dużo jest ryzyka, ale też – sporo samotności. W całej opowieści nie ma raczej prób nawiązywania silniejszych relacji z kolegami z „oddziału”, nie ma też typowego dla amerykańskich marines humoru w relacji. Ed Nash to zwyczajny facet, który ze względów ideologicznych decyduje się na walkę – nie dodaje tu żadnych romantycznych historii ani wizji, które zmieniłyby sposób postrzegania go, trudno nawet mu na kartach tomu kibicować – bo też i autor odrzuca możliwość fabularyzowania historii czy nadawania jej dynamiki przez operowanie wydarzeniami i opisami. Może przedstawiać czytelnikom akcję z innej niż typowa we wspomnieniach byłych żołnierzy perspektywy – ale to wszystko. W „Pustynnym snajperze” nie znajdzie się też rozbudowanych analiz na temat sytuacji politycznej czy społecznej, poza wstępnymi wiadomościami dla nakreślenia kontekstu, autor nie chce zajmować się tym, co będzie można przeczytać w podręcznikach do historii. Jak sam stwierdza – o walce walczący czasami mogą powiedzieć najmniej – i on na własnych przeżyciach i odczuciach będzie się skupiać. Dzięki temu „Pustynny snajper” to książka nietypowa, jeśli weźmie się pod uwagę podobne publikacje – ale też raczej bez dużych szans na rozgłos, chyba że marketingowe działania oprze się na motywie samotnika wyruszającego w bój bez przynależności do armii.
środa, 18 marca 2020
Kristy Cambron: Motyl i skrzypce
Znak, Kraków 2020.
Tortury
Z tematem drugiej wojny światowej jest tak, że wypada on najlepiej w publikacjach z dziedziny literatury faktu, we wspomnieniach i dziennikach, bardzo rzadko – w beletrystyce, z tego prostego powodu, że świadomość odbiorców na temat okrucieństw i tragedii jest wysoka i autorom fikcji trudno jest przebić scenariusze pisane przez życie. Kristy Cambron próbuje czytelników skusić spojrzeniem na wydarzenia z Auschwitz, jednak trochę brakuje jej siły przekonywania – i ogólnego pomysłu na rozwój akcji. „Motyl i skrzypce” to bowiem powieść w założeniu dość prosta – bazująca na silnych emocjach, ale nieskomplikowana w intrydze. Rozgrywa się w dwóch planach. Współcześnie Sera James prowadzi niezwykłe śledztwo, chciałaby odnaleźć i w miarę możliwości – odkupić – obraz. Portret Adele von Bron towarzyszy jej w myślach od dawna i kobieta nie szczędzi wysiłków, żeby poznać przeszłość. Daje się zwodzić fałszywym tropom, podąża za kopią, żeby dotrzeć do oryginału i przez to – do właściciela obrazu. Angażuje się w pracę tak bardzo, że niemal udaje jej się przeoczyć fakt, że oto staje się obiektem czyichś uczuć. Niezależnie od intencji – nie zapomina o misji znalezienia historii, bo przecież najbardziej liczy się tutaj zyskiwanie świadomości. Sera James chce się zachowywać profesjonalnie – czasami zresztą w tych dążeniach zwyczajnie zapomina o swoich potrzebach. Adele von Bron z kolei – bohaterka z czasów drugiej wojny światowej – dowiaduje się, jak to jest zawieść się na bliskich. Sama doświadcza w sferze emocjonalnej tego, czego większość bohaterek literackich – panien z dobrych domów: poznaje mężczyznę, który zawraca jej w głowie. Marzy o nim, chociaż nie jest pewna, czy znajomość ma szansę przerodzić się w coś głębszego. Tyle że zaczyna się wojna i Adele trafia do obozu w Auschwitz – tam ma grać w obozowej orkiestrze. Jeśli prawdą jest to, że wśród członków tego typu grup jest najwięcej samobójstw, kobieta będzie musiała mierzyć się z wielkimi psychicznymi wyzwaniami. Nie do końca rozumie zależności między zarządzającymi obozem, musi podporządkowywać się innym, a do tego – nie potrafi zapomnieć o swojej wielkiej miłości.
Ale przy tym wszystkim Kristy Cambron fabułę prowadzi bardzo zachowawczo. Wstrząsy, jeśli już są, to z reguły zapośredniczone, Adele jest świadkiem przykrych wydarzeń, ale rzadko kiedy może czuć się naprawdę zagrożona, w miłości – w obu płaszczyznach narracji – wszystko opiera się na interpretacjach bohaterek, zatem nie ma mowy o komplikacjach uczuciowych. „Motyl i skrzypce” to powieść, która bazuje na wrażliwości odbiorców, nawiązuje do tematów trudnych i do kobiecej siły – może nawet trochę paradoksalnie, autorka pokazuje, ile płeć piękna potrafi znieść i w jakich okolicznościach – ale w tym wszystkim brakuje odwagi w kreacji wydarzeń. Zupełnie jakby punkt odniesienia – rzeczywiste doświadczenia z Auschwitz – blokowały wyobraźnię, uniemożliwiały autorce rozwinięcie skrzydeł. I tego w publikacji szkoda.
Tortury
Z tematem drugiej wojny światowej jest tak, że wypada on najlepiej w publikacjach z dziedziny literatury faktu, we wspomnieniach i dziennikach, bardzo rzadko – w beletrystyce, z tego prostego powodu, że świadomość odbiorców na temat okrucieństw i tragedii jest wysoka i autorom fikcji trudno jest przebić scenariusze pisane przez życie. Kristy Cambron próbuje czytelników skusić spojrzeniem na wydarzenia z Auschwitz, jednak trochę brakuje jej siły przekonywania – i ogólnego pomysłu na rozwój akcji. „Motyl i skrzypce” to bowiem powieść w założeniu dość prosta – bazująca na silnych emocjach, ale nieskomplikowana w intrydze. Rozgrywa się w dwóch planach. Współcześnie Sera James prowadzi niezwykłe śledztwo, chciałaby odnaleźć i w miarę możliwości – odkupić – obraz. Portret Adele von Bron towarzyszy jej w myślach od dawna i kobieta nie szczędzi wysiłków, żeby poznać przeszłość. Daje się zwodzić fałszywym tropom, podąża za kopią, żeby dotrzeć do oryginału i przez to – do właściciela obrazu. Angażuje się w pracę tak bardzo, że niemal udaje jej się przeoczyć fakt, że oto staje się obiektem czyichś uczuć. Niezależnie od intencji – nie zapomina o misji znalezienia historii, bo przecież najbardziej liczy się tutaj zyskiwanie świadomości. Sera James chce się zachowywać profesjonalnie – czasami zresztą w tych dążeniach zwyczajnie zapomina o swoich potrzebach. Adele von Bron z kolei – bohaterka z czasów drugiej wojny światowej – dowiaduje się, jak to jest zawieść się na bliskich. Sama doświadcza w sferze emocjonalnej tego, czego większość bohaterek literackich – panien z dobrych domów: poznaje mężczyznę, który zawraca jej w głowie. Marzy o nim, chociaż nie jest pewna, czy znajomość ma szansę przerodzić się w coś głębszego. Tyle że zaczyna się wojna i Adele trafia do obozu w Auschwitz – tam ma grać w obozowej orkiestrze. Jeśli prawdą jest to, że wśród członków tego typu grup jest najwięcej samobójstw, kobieta będzie musiała mierzyć się z wielkimi psychicznymi wyzwaniami. Nie do końca rozumie zależności między zarządzającymi obozem, musi podporządkowywać się innym, a do tego – nie potrafi zapomnieć o swojej wielkiej miłości.
Ale przy tym wszystkim Kristy Cambron fabułę prowadzi bardzo zachowawczo. Wstrząsy, jeśli już są, to z reguły zapośredniczone, Adele jest świadkiem przykrych wydarzeń, ale rzadko kiedy może czuć się naprawdę zagrożona, w miłości – w obu płaszczyznach narracji – wszystko opiera się na interpretacjach bohaterek, zatem nie ma mowy o komplikacjach uczuciowych. „Motyl i skrzypce” to powieść, która bazuje na wrażliwości odbiorców, nawiązuje do tematów trudnych i do kobiecej siły – może nawet trochę paradoksalnie, autorka pokazuje, ile płeć piękna potrafi znieść i w jakich okolicznościach – ale w tym wszystkim brakuje odwagi w kreacji wydarzeń. Zupełnie jakby punkt odniesienia – rzeczywiste doświadczenia z Auschwitz – blokowały wyobraźnię, uniemożliwiały autorce rozwinięcie skrzydeł. I tego w publikacji szkoda.
poniedziałek, 17 lutego 2020
Marta Grzywacz: Nasza pani z Ravensbrück
W.A.B., Warszawa 2020.
Inny odcień zła
Johanna Langefeld kojarzona była jako jedna z organizatorek obozu w Ravensbrück, co automatycznie szeregowało ją po stronie oprawców. Jednak w procesie obozowych katów zabrakło jej po stronie oskarżonych. Wkrótce w świat poszła plotka o tym, że w ucieczce z więzienia pomogły jej... więźniarki. A to skłoniło Martę Grzywacz do prześledzenia całej historii organizacji obozu i do zadawania pytań o możliwość wytworzenia się podobnej więzi między ofiarami i nadzorczynią. „Nasza pani z Ravensbrück” to książka, w której odbiorcy po raz kolejny będą mogli przyjrzeć się kwestii obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej – tym razem z nastawieniem na odnotowywanie szczegółów z biografii Langefeld. Tych wprawdzie nie ma zbyt wiele i autorka musi nadrabiać w narracji omawianiem samej specyfiki Ravensbrück, ale wychodzi jej to całkiem nieźle. Marta Grzywacz niemal każdy rozdział rozpoczyna od przeglądu akt Johanny Langefeld, czyta jej zeznania lub oskarżenia w nią wymierzone, sprawdza, jak bohaterka tomu postrzegała siebie i swoją rolę – i jak była oceniana z zewnątrz. Następnie rejestruje kolejne wydarzenia – od początku istnienia obozu przez jego funkcjonowanie, z uwzględnieniem wybranych trudnych motywów (wielkie wrażenie robią zwłaszcza opisy eksperymentów medycznych na „królikach” - kobietach kierowanych na operacje). W tych partiach opowieści zdarza jej się porzucić na moment obraz Johanny Langefeld, nie zawsze może odnotować istnienie tej postaci i funkcjonowanie w obozowej codzienności – kiedy zatem liczą się dane spoza biografii, może Marta Grzywacz na pewien czas odłożyć opowiadanie o charakterze i życiowych wyborach. Johanna Langefeld jest postacią, która odróżniała się od innych nadzorczyń – nie dała się poznać jako fanka okrucieństwa. Nie upajała się poczuciem władzy ani możliwością zadawania bólu, nie cieszyło jej wymierzanie kar, zresztą w tej dziedzinie dała się poznać jako osoba niezwykle sprawiedliwa i wręcz łagodna w porównaniu do innych obozowych katów. W końcu wychodzi na jaw, że do obozu Langefeld trafiła właściwie przez przypadek, nieświadoma rodzaju pracy, do jakiej się kieruje – i ze stanowiska próbowała zrezygnować, co uniemożliwili jej przełożeni. W samym obozie jednak bohaterka książki nie pozwalała sobie na okrucieństwo wobec więźniarek, co potwierdzają kolejne wspomnienia. Marta Grzywacz wypytuje o Langefeld kobiety, które pozostawały pod jej władzą, zbiera opinie i komentarze: choćby krótkie wzmianki, rzucające nowe światło na późniejszą sytuację jak rodem z filmu sensacyjnego. Udowadnia tym samym autorka, że nie można wszystkich mierzyć jedną miarą – istnieli ludzie wymykający się stereotypom i zaprzeczający powszechnym obrazkom. „Nasza pani z Ravensbrück” to publikacja, która o obozie koncentracyjnym opowiada w mniej przewidywalny sposób, obok standardowych informacji, które mogły się już czytelnikom znudzić, dochodzą tu ciekawostki biograficzno-charakterologiczne.
Inny odcień zła
Johanna Langefeld kojarzona była jako jedna z organizatorek obozu w Ravensbrück, co automatycznie szeregowało ją po stronie oprawców. Jednak w procesie obozowych katów zabrakło jej po stronie oskarżonych. Wkrótce w świat poszła plotka o tym, że w ucieczce z więzienia pomogły jej... więźniarki. A to skłoniło Martę Grzywacz do prześledzenia całej historii organizacji obozu i do zadawania pytań o możliwość wytworzenia się podobnej więzi między ofiarami i nadzorczynią. „Nasza pani z Ravensbrück” to książka, w której odbiorcy po raz kolejny będą mogli przyjrzeć się kwestii obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej – tym razem z nastawieniem na odnotowywanie szczegółów z biografii Langefeld. Tych wprawdzie nie ma zbyt wiele i autorka musi nadrabiać w narracji omawianiem samej specyfiki Ravensbrück, ale wychodzi jej to całkiem nieźle. Marta Grzywacz niemal każdy rozdział rozpoczyna od przeglądu akt Johanny Langefeld, czyta jej zeznania lub oskarżenia w nią wymierzone, sprawdza, jak bohaterka tomu postrzegała siebie i swoją rolę – i jak była oceniana z zewnątrz. Następnie rejestruje kolejne wydarzenia – od początku istnienia obozu przez jego funkcjonowanie, z uwzględnieniem wybranych trudnych motywów (wielkie wrażenie robią zwłaszcza opisy eksperymentów medycznych na „królikach” - kobietach kierowanych na operacje). W tych partiach opowieści zdarza jej się porzucić na moment obraz Johanny Langefeld, nie zawsze może odnotować istnienie tej postaci i funkcjonowanie w obozowej codzienności – kiedy zatem liczą się dane spoza biografii, może Marta Grzywacz na pewien czas odłożyć opowiadanie o charakterze i życiowych wyborach. Johanna Langefeld jest postacią, która odróżniała się od innych nadzorczyń – nie dała się poznać jako fanka okrucieństwa. Nie upajała się poczuciem władzy ani możliwością zadawania bólu, nie cieszyło jej wymierzanie kar, zresztą w tej dziedzinie dała się poznać jako osoba niezwykle sprawiedliwa i wręcz łagodna w porównaniu do innych obozowych katów. W końcu wychodzi na jaw, że do obozu Langefeld trafiła właściwie przez przypadek, nieświadoma rodzaju pracy, do jakiej się kieruje – i ze stanowiska próbowała zrezygnować, co uniemożliwili jej przełożeni. W samym obozie jednak bohaterka książki nie pozwalała sobie na okrucieństwo wobec więźniarek, co potwierdzają kolejne wspomnienia. Marta Grzywacz wypytuje o Langefeld kobiety, które pozostawały pod jej władzą, zbiera opinie i komentarze: choćby krótkie wzmianki, rzucające nowe światło na późniejszą sytuację jak rodem z filmu sensacyjnego. Udowadnia tym samym autorka, że nie można wszystkich mierzyć jedną miarą – istnieli ludzie wymykający się stereotypom i zaprzeczający powszechnym obrazkom. „Nasza pani z Ravensbrück” to publikacja, która o obozie koncentracyjnym opowiada w mniej przewidywalny sposób, obok standardowych informacji, które mogły się już czytelnikom znudzić, dochodzą tu ciekawostki biograficzno-charakterologiczne.
środa, 7 lutego 2018
Stanisław Grzesiuk: Pięć lat kacetu
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Zaradność
Obszerny tom napisany przez człowieka, który utrzymywał, że książek nie pisze. Spójny, bez zarzutu od strony konstrukcyjnej, wpisujący się w nurt literatury obozowej - ale indywidualizowany językiem, niemal niespotykanym w memuarach końca lat 50. XX wieku. "Pięć lat kacetu: Stanisława Grzesiuka powraca na rynek literacki, rynek, który mimo wszystko nie przywykł do pisania o prawdziwej śmierci ze śmiechem. Tymczasem Grzesiuk całkowicie odrzuca martyrologiczne tony, daleki jest od narzekania na los i podkreślania grozy. Pokazuje w tej książce, jak dostosowywał się do warunków - i jak udało mu się przetrwać pięć lat w obozach koncentracyjnych.
Jednym z niespodziewanych składników tomu jest humor - autor zachowuje postawę sympatycznego ulicznego cwaniaczka, który niczego się nie boi (na ulicy doskonale nauczył się i bić, i kombinować), ale kieruje się swoistym kodeksem honorowym, nie szuka zaczepki, ale nie zamierza też być potulnym, gdy inni próbują mu wejść na głowę. W obozach najpierw uczy się, jak zobojętnieć na śmierć, by potem otwarcie śmiać się z zagrożeń - czasami oznacza to nawet jawne kpiny z wroga, czyli igranie ze śmiercią. Grzesiuk jest więźniem niepokornym, zawsze gotowym do wygłupów i hec. Żart pozwala mu przetrwać, mimo że często prowokuje. Buntownicza natura to drugi czynnik ratujący w ekstremalnych warunkach, bo Stanisław Grzesiuk szybko przekonuje się, że lepiej zbytnio się nie przemęczać. Znajduje zajęcia, w których ma szansę markować pracę, błyskawicznie uczy się unikania zbędnego wysiłku i zagrożeń z zewnątrz. Nie tylko chroni siebie - pomaga też towarzyszom niedoli, czasem zdradzając odkryte przez siebie prawa rządzące obozem, czasem - dzieląc się doświadczeniem i zdobytymi dobrami. Kolejnym krokiem w sztuce przetrwania jest tu organizowanie jedzenia - ten temat zajmuje w tomie bardzo dużo miejsca, powraca refrenowo i pozwala odkrywać kolejne wyzwania. Stanisław Grzesiuk nie użala się nad losem. Na marginesie wspomina o zasadach czy o różnych podejściach do gromadzenia resztek chleba - zestawia je z własną filozofią. Zamiast wyliczać porcje (choć i to się zdarzy) - woli wskazywać kolejne możliwości zdobywania jedzenia, świadczące o sprycie i brawurze. Obozowe życie w tym ujęciu jest również przeglądem kar (i prób ratowania zdrowia oraz sił po takich wyrokach). Grzesiuk nakreśla relacje okołotowarzyskie, przyjaźnie, ale też konflikty. Przedstawia zarówno tych, którzy nie zawiedli w trudnej chwili, jak i zasługujących wyłącznie na krytykę. W pewnych momentach relacji wpada na określone tematy, które rozwija i wyczerpuje w jednym miejscu, żeby nie wprowadzać chaosu do relacji. Nie zabraknie tu także mowy o obozowym muzykowaniu - dla fanów Grzesiuka-barda to mogą być najciekawsze partie tomu.
"Pięć lat kacetu" z przywróconymi fragmentami usuniętymi w pierwodruku przez cenzurę (są tu wyróżnione pogrubioną czcionką) to książka od strony treści przewidywalna - ze względu na znany i już wielokrotnie omawiany temat. Grzesiuk zaskakuje natomiast samą formą, podejściem do relacji. Nie skarży się i nie rozczula, zdarzają się tu fragmenty przerażające w swoim naturalizmie. Proponuje jednak czytelnikom książkę szczerą, mocną i wyrazistą. Pokazuje, jak przetrwać w obliczu ciągłego zagrożenia i jak opanować strach przed śmiercią, która może przyjść w każdej chwili. Grzesiuk w obozie nie rezygnuje ze swoich zasad, może ocaleć dzięki nieszablonowemu myśleniu i treningowi "z ulicy". Przy tym okazuje się bardzo sprawnym narratorem, świadomym wagi słów i wydarzeń.
Zaradność
Obszerny tom napisany przez człowieka, który utrzymywał, że książek nie pisze. Spójny, bez zarzutu od strony konstrukcyjnej, wpisujący się w nurt literatury obozowej - ale indywidualizowany językiem, niemal niespotykanym w memuarach końca lat 50. XX wieku. "Pięć lat kacetu: Stanisława Grzesiuka powraca na rynek literacki, rynek, który mimo wszystko nie przywykł do pisania o prawdziwej śmierci ze śmiechem. Tymczasem Grzesiuk całkowicie odrzuca martyrologiczne tony, daleki jest od narzekania na los i podkreślania grozy. Pokazuje w tej książce, jak dostosowywał się do warunków - i jak udało mu się przetrwać pięć lat w obozach koncentracyjnych.
Jednym z niespodziewanych składników tomu jest humor - autor zachowuje postawę sympatycznego ulicznego cwaniaczka, który niczego się nie boi (na ulicy doskonale nauczył się i bić, i kombinować), ale kieruje się swoistym kodeksem honorowym, nie szuka zaczepki, ale nie zamierza też być potulnym, gdy inni próbują mu wejść na głowę. W obozach najpierw uczy się, jak zobojętnieć na śmierć, by potem otwarcie śmiać się z zagrożeń - czasami oznacza to nawet jawne kpiny z wroga, czyli igranie ze śmiercią. Grzesiuk jest więźniem niepokornym, zawsze gotowym do wygłupów i hec. Żart pozwala mu przetrwać, mimo że często prowokuje. Buntownicza natura to drugi czynnik ratujący w ekstremalnych warunkach, bo Stanisław Grzesiuk szybko przekonuje się, że lepiej zbytnio się nie przemęczać. Znajduje zajęcia, w których ma szansę markować pracę, błyskawicznie uczy się unikania zbędnego wysiłku i zagrożeń z zewnątrz. Nie tylko chroni siebie - pomaga też towarzyszom niedoli, czasem zdradzając odkryte przez siebie prawa rządzące obozem, czasem - dzieląc się doświadczeniem i zdobytymi dobrami. Kolejnym krokiem w sztuce przetrwania jest tu organizowanie jedzenia - ten temat zajmuje w tomie bardzo dużo miejsca, powraca refrenowo i pozwala odkrywać kolejne wyzwania. Stanisław Grzesiuk nie użala się nad losem. Na marginesie wspomina o zasadach czy o różnych podejściach do gromadzenia resztek chleba - zestawia je z własną filozofią. Zamiast wyliczać porcje (choć i to się zdarzy) - woli wskazywać kolejne możliwości zdobywania jedzenia, świadczące o sprycie i brawurze. Obozowe życie w tym ujęciu jest również przeglądem kar (i prób ratowania zdrowia oraz sił po takich wyrokach). Grzesiuk nakreśla relacje okołotowarzyskie, przyjaźnie, ale też konflikty. Przedstawia zarówno tych, którzy nie zawiedli w trudnej chwili, jak i zasługujących wyłącznie na krytykę. W pewnych momentach relacji wpada na określone tematy, które rozwija i wyczerpuje w jednym miejscu, żeby nie wprowadzać chaosu do relacji. Nie zabraknie tu także mowy o obozowym muzykowaniu - dla fanów Grzesiuka-barda to mogą być najciekawsze partie tomu.
"Pięć lat kacetu" z przywróconymi fragmentami usuniętymi w pierwodruku przez cenzurę (są tu wyróżnione pogrubioną czcionką) to książka od strony treści przewidywalna - ze względu na znany i już wielokrotnie omawiany temat. Grzesiuk zaskakuje natomiast samą formą, podejściem do relacji. Nie skarży się i nie rozczula, zdarzają się tu fragmenty przerażające w swoim naturalizmie. Proponuje jednak czytelnikom książkę szczerą, mocną i wyrazistą. Pokazuje, jak przetrwać w obliczu ciągłego zagrożenia i jak opanować strach przed śmiercią, która może przyjść w każdej chwili. Grzesiuk w obozie nie rezygnuje ze swoich zasad, może ocaleć dzięki nieszablonowemu myśleniu i treningowi "z ulicy". Przy tym okazuje się bardzo sprawnym narratorem, świadomym wagi słów i wydarzeń.
wtorek, 22 sierpnia 2017
Sumia Sukkar: Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę
Jaguar, Warszawa 2017.
Okrucieństwa
Ten chłopiec, Adam, bez pomocy innych nie przetrwa. Jest nieco opóźniony w rozwoju, stroni od kontaktu fizycznego. Ma mnóstwo fobii, z których nie wyrasta. Lubi porządek i harmonię, nie będzie deptał po czarnych kafelkach. Trzeba go ciągle pilnować i uwzględniać liczne dziwactwa. Jasmine ma do niego wyjątkową cierpliwość, ale Yasmine jest jego siostrą, najbliższą od śmierci matki osobą. Ona docenia wrażliwość Adama i potrafi go zachęcać do realizowania pasji czy do prostych codziennych czynności. Adam jeszcze w jednej sferze jest niezwykły: widzi świat przez pryzmat kolorów. Kolory nadaje emocjom, słowom i ludziom. Ma talent plastyczny, maluje obrazy, lecz nie chce, by ktokolwiek je oglądał. W sztukę ucieka, kiedy nie może sobie poradzić z emocjami. To rodzaj terapii.
„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” to książka, która nie jest raczej kierowana do młodzieży. Sumia Sukkar zamieszcza w niej potężne oskarżenie przeciwko wszystkim odpowiedzialnym za krwawe zamieszki. Adam dowiaduje się, że ma być wojna, ale poza pojedynczymi odgłosami wystrzałów nie dostrzega jej obecności. Nie rozumie tylko, dlaczego starsi biorą udział w coraz bardziej częstych demonstracjach – i dlaczego czasami na ulicy mimo deszczu leżą ludzie. Tego, że są już martwi, na razie nie wie: dojrzewanie naiwnego nastolatka jest rozłożone w czasie, a sam bohater przez mankamenty umysłu okazuje się być wyjątkowo chroniony przed złem. Zło nie omija jednak jego przyjaciół. Objawia się w najłagodniejszej wersji pod postacią głodu (kiedy trzeba jeść sam ryż, a jeszcze podzielić się resztką zapasów z sąsiadami). Poza tym zło to okrutne okaleczenia, śmierć, która zabiera znajomych bez pożegnania. Zło to krzywda młodych dziewczyn: Yasmine przeżywa własny horror i cieszy się tylko, że podobny los nie spotkał jej brata. Sumia Sukkar nie przymyka oczu na nic, zależy jej na budzeniu grozy turpistycznymi obrazami. I tak najmocniejsza jest wtedy, gdy zdradza genezę farby z malunków Adama. Ale wciąż posługuje się sugestywnymi scenami, zależy jej na tym, by dramat wojny wgryzł się w myśli i uczucia odbiorców.
Rozdziały są tu bardzo krótkie i raczej surowe, a ich ascetyczność podsyca jeszcze odmienność kulturowa. Chociaż tu inaczej okazuje się uczucia, strach przed wojną jest uniwersalny. Dziecka nie obchodzi raczej, co się stało ani kto za taki stan rzeczy odpowiada. Krzywd doznanych przez działania dorosłych nic mu nie wynagrodzi. A i sami dorośli stają się tu wielkimi przegranymi. Autorka zamierza pisać sucho i rzeczowo, nie lubi rozczulać się nad bohaterami, ale wiadomo, jak usiłuje wpłynąć na odbiorców. Proponuje książkę, która odnosi się do rzeczywistości, ale zawiera też – za sprawą choroby chłopca – elementy baśniowe, przedstawia konsekwencje wojny dla tych najmniej jej winnych. Opowieści na ten temat było już wiele, Sumia Sukkar chce jednak zwrócić uwagę na straty. Wybiera do tego bardzo prostą fabułę, złożoną w zasadzie wyłącznie z sekwencji coraz większego okrucieństwa. Tu bardziej niż literackość liczy się szczerość przekazu, tej autorka nie próbuje w żaden sposób urozmaicać. Pytanie tylko, na jak długo wystarczy odbiorcom czytanie o dramatach dzieci, które przeżywają okropieństwa wojny. „Chłopiec z Aleppo” to lektura z wyraźnym przesłaniem, od początku jasnym.
Okrucieństwa
Ten chłopiec, Adam, bez pomocy innych nie przetrwa. Jest nieco opóźniony w rozwoju, stroni od kontaktu fizycznego. Ma mnóstwo fobii, z których nie wyrasta. Lubi porządek i harmonię, nie będzie deptał po czarnych kafelkach. Trzeba go ciągle pilnować i uwzględniać liczne dziwactwa. Jasmine ma do niego wyjątkową cierpliwość, ale Yasmine jest jego siostrą, najbliższą od śmierci matki osobą. Ona docenia wrażliwość Adama i potrafi go zachęcać do realizowania pasji czy do prostych codziennych czynności. Adam jeszcze w jednej sferze jest niezwykły: widzi świat przez pryzmat kolorów. Kolory nadaje emocjom, słowom i ludziom. Ma talent plastyczny, maluje obrazy, lecz nie chce, by ktokolwiek je oglądał. W sztukę ucieka, kiedy nie może sobie poradzić z emocjami. To rodzaj terapii.
„Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę” to książka, która nie jest raczej kierowana do młodzieży. Sumia Sukkar zamieszcza w niej potężne oskarżenie przeciwko wszystkim odpowiedzialnym za krwawe zamieszki. Adam dowiaduje się, że ma być wojna, ale poza pojedynczymi odgłosami wystrzałów nie dostrzega jej obecności. Nie rozumie tylko, dlaczego starsi biorą udział w coraz bardziej częstych demonstracjach – i dlaczego czasami na ulicy mimo deszczu leżą ludzie. Tego, że są już martwi, na razie nie wie: dojrzewanie naiwnego nastolatka jest rozłożone w czasie, a sam bohater przez mankamenty umysłu okazuje się być wyjątkowo chroniony przed złem. Zło nie omija jednak jego przyjaciół. Objawia się w najłagodniejszej wersji pod postacią głodu (kiedy trzeba jeść sam ryż, a jeszcze podzielić się resztką zapasów z sąsiadami). Poza tym zło to okrutne okaleczenia, śmierć, która zabiera znajomych bez pożegnania. Zło to krzywda młodych dziewczyn: Yasmine przeżywa własny horror i cieszy się tylko, że podobny los nie spotkał jej brata. Sumia Sukkar nie przymyka oczu na nic, zależy jej na budzeniu grozy turpistycznymi obrazami. I tak najmocniejsza jest wtedy, gdy zdradza genezę farby z malunków Adama. Ale wciąż posługuje się sugestywnymi scenami, zależy jej na tym, by dramat wojny wgryzł się w myśli i uczucia odbiorców.
Rozdziały są tu bardzo krótkie i raczej surowe, a ich ascetyczność podsyca jeszcze odmienność kulturowa. Chociaż tu inaczej okazuje się uczucia, strach przed wojną jest uniwersalny. Dziecka nie obchodzi raczej, co się stało ani kto za taki stan rzeczy odpowiada. Krzywd doznanych przez działania dorosłych nic mu nie wynagrodzi. A i sami dorośli stają się tu wielkimi przegranymi. Autorka zamierza pisać sucho i rzeczowo, nie lubi rozczulać się nad bohaterami, ale wiadomo, jak usiłuje wpłynąć na odbiorców. Proponuje książkę, która odnosi się do rzeczywistości, ale zawiera też – za sprawą choroby chłopca – elementy baśniowe, przedstawia konsekwencje wojny dla tych najmniej jej winnych. Opowieści na ten temat było już wiele, Sumia Sukkar chce jednak zwrócić uwagę na straty. Wybiera do tego bardzo prostą fabułę, złożoną w zasadzie wyłącznie z sekwencji coraz większego okrucieństwa. Tu bardziej niż literackość liczy się szczerość przekazu, tej autorka nie próbuje w żaden sposób urozmaicać. Pytanie tylko, na jak długo wystarczy odbiorcom czytanie o dramatach dzieci, które przeżywają okropieństwa wojny. „Chłopiec z Aleppo” to lektura z wyraźnym przesłaniem, od początku jasnym.
sobota, 31 października 2015
Maria Szypowska: Szklane tarcze
Zysk i S-ka, Poznań 2015.
Ryzyko
„Szklane tarcze” to książka, która ma już swoją historię. Młodzieżowa powieść (odrobinę w stylu „Dziewczyny z bukowego parku”) łączy w sobie wartości edukacyjne i sensacyjną fabułę, próbuje zainteresować odbiorców przeszłością (temat drugiej wojny światowej ujęty z innej perspektywy), a do tego pokazuje ponadczasowe kodeksy wartości. Maria Szypowska w pierwszej kolejności usiłuje tu przemycić historię Zamku Królewskiego i oprowadza czytelników (oraz bohaterów) po zniszczonych salach i utrwala wiadomości metodą filmową: zamek staje się areną prawdziwych wyzwań. Fotograf Stanisław postanawia utrwalić dla potomności Zamek Królewski. Tu nie chodzi o założenia estetyczne: bardziej o dokumentację zniszczeń. Nawet gdyby budowla została zrównana z ziemią, zdjęcia pozwolą na jej odtworzenie. Nie da się złamać Polaków. Stanisław nie pozuje na bohatera – wykonuje swoje obowiązki wobec ojczyzny najlepiej jak potrafi. To oznacza, że musi się spieszyć, bo nie wiadomo, co przyniesie najbliższa przyszłość. A przecież fotograf wybiera ciężki i nieporęczny sprzęt: tylko duża kamera pozwoli oddać ważne detale. Takie narzędzie pracy trudno ukryć, nie da się też z nim uciekać. A Zamku Królewskiego pilnuje żandarm Bruno, wyjątkowo zaciekły hitlerowiec. Wyprawa staje się tym bardziej niebezpieczna.
Istnieją klisze z dowodami na wojenne zniszczenia Zamku Królewskiego. Maria Szypowska stworzyła dzięki nim portret fotografa (o autorze prawdziwych zdjęć nie wiadomo zbyt wiele). Dorosłemu Stanisławowi dołożyła w książce dzielnego pomocnika, nastoletniego Stasia. To chłopak rezolutny, dający sobie radę na ulicy, trochę w typie dawnych urwisów, trochę – warszawski cwaniaczek niewinny młodością. Staś ratuje swojego kompana z pułapek, udowadnia swoją mądrość i spryt, a do tego poznaje historię zamku. Ta postać była autorce potrzebna nie tylko do właściwego zaadresowania tomu. Staś to uosobienie młodych bohaterów z czasu wojny. Uczy samodzielności i zaradności, optymizmu w najtrudniejszych chwilach i odwagi. To Staś wyrasta na dominującą w tomie postać.
Szypowska wykorzystuje koloryt lokalny, żeby utrwalić w młodych czytelnikach część wojennych informacji, ale i zestawia opowieść z tużpowojenną „estetyką” literatury produkcyjnej. Odbiorcy przeżywać będą wraz z bohaterami to kocioł, to aresztowania, to strzelaniny na ulicach – by równolegle dowiadywać się, jak ważny jest szacunek do zwykłych cegieł i staranność w pracy na budowach. Autorka zestawia w książce przeszłość (w postaci przedwojennych obyczajów, od czasu do czasu powracających jako miniony i już nie do przywrócenia punk odniesienia), wojenną teraźniejszość i zakamuflowane elementy przyszłości. W końcu Stanisław z myślą o nadchodzących pokoleniach podejmuje się wyzwań.
Są „Szklane tarcze” na początku powieścią, która wydaje się nieco schematyczna i spisywana według określonego, przetestowanego wzoru. Pierwsze scenki wybrzmiewają jeszcze papierowo – chwilę później autorka rozkręca się i na czas lektury przenosi odbiorców do rzeczywistości Stanisława i Stasia. Zaczyna więcej przejmować się dynamizmem akcji niż pouczeniami. Dzięki wplataniu do dialogów gwary ulicznej ożywia relację. Doprowadza do tego, że opowieść o ratowaniu dóbr kultury zamienia się chwilami nawet w przygodówkę – co jest właściwie metamorfozą niezbędną, jeśli chce się zyskać zaufanie nastoletnich czytelników. „Szklane tarcze” to niezbyt długa powieść z naszkicowanymi prostymi międzyludzkimi relacjami – bo nie o pogłębianie personalnych kontaktów czy psychologii tu chodzi. Autorka stworzyła jednak historię momentami silnie działającą nawet na dzisiejszych czytelników. To powieść wojenna, która zapadnie w pamięć z racji nietypowego tematu i tropienia prawdziwej historii. Dzisiaj jest to też powrót do klasycznego sposobu prowadzenia narracji, lekko już nawet archaicznego – mimo wszystko warstwa akcji dominuje nad językiem.
Ryzyko
„Szklane tarcze” to książka, która ma już swoją historię. Młodzieżowa powieść (odrobinę w stylu „Dziewczyny z bukowego parku”) łączy w sobie wartości edukacyjne i sensacyjną fabułę, próbuje zainteresować odbiorców przeszłością (temat drugiej wojny światowej ujęty z innej perspektywy), a do tego pokazuje ponadczasowe kodeksy wartości. Maria Szypowska w pierwszej kolejności usiłuje tu przemycić historię Zamku Królewskiego i oprowadza czytelników (oraz bohaterów) po zniszczonych salach i utrwala wiadomości metodą filmową: zamek staje się areną prawdziwych wyzwań. Fotograf Stanisław postanawia utrwalić dla potomności Zamek Królewski. Tu nie chodzi o założenia estetyczne: bardziej o dokumentację zniszczeń. Nawet gdyby budowla została zrównana z ziemią, zdjęcia pozwolą na jej odtworzenie. Nie da się złamać Polaków. Stanisław nie pozuje na bohatera – wykonuje swoje obowiązki wobec ojczyzny najlepiej jak potrafi. To oznacza, że musi się spieszyć, bo nie wiadomo, co przyniesie najbliższa przyszłość. A przecież fotograf wybiera ciężki i nieporęczny sprzęt: tylko duża kamera pozwoli oddać ważne detale. Takie narzędzie pracy trudno ukryć, nie da się też z nim uciekać. A Zamku Królewskiego pilnuje żandarm Bruno, wyjątkowo zaciekły hitlerowiec. Wyprawa staje się tym bardziej niebezpieczna.
Istnieją klisze z dowodami na wojenne zniszczenia Zamku Królewskiego. Maria Szypowska stworzyła dzięki nim portret fotografa (o autorze prawdziwych zdjęć nie wiadomo zbyt wiele). Dorosłemu Stanisławowi dołożyła w książce dzielnego pomocnika, nastoletniego Stasia. To chłopak rezolutny, dający sobie radę na ulicy, trochę w typie dawnych urwisów, trochę – warszawski cwaniaczek niewinny młodością. Staś ratuje swojego kompana z pułapek, udowadnia swoją mądrość i spryt, a do tego poznaje historię zamku. Ta postać była autorce potrzebna nie tylko do właściwego zaadresowania tomu. Staś to uosobienie młodych bohaterów z czasu wojny. Uczy samodzielności i zaradności, optymizmu w najtrudniejszych chwilach i odwagi. To Staś wyrasta na dominującą w tomie postać.
Szypowska wykorzystuje koloryt lokalny, żeby utrwalić w młodych czytelnikach część wojennych informacji, ale i zestawia opowieść z tużpowojenną „estetyką” literatury produkcyjnej. Odbiorcy przeżywać będą wraz z bohaterami to kocioł, to aresztowania, to strzelaniny na ulicach – by równolegle dowiadywać się, jak ważny jest szacunek do zwykłych cegieł i staranność w pracy na budowach. Autorka zestawia w książce przeszłość (w postaci przedwojennych obyczajów, od czasu do czasu powracających jako miniony i już nie do przywrócenia punk odniesienia), wojenną teraźniejszość i zakamuflowane elementy przyszłości. W końcu Stanisław z myślą o nadchodzących pokoleniach podejmuje się wyzwań.
Są „Szklane tarcze” na początku powieścią, która wydaje się nieco schematyczna i spisywana według określonego, przetestowanego wzoru. Pierwsze scenki wybrzmiewają jeszcze papierowo – chwilę później autorka rozkręca się i na czas lektury przenosi odbiorców do rzeczywistości Stanisława i Stasia. Zaczyna więcej przejmować się dynamizmem akcji niż pouczeniami. Dzięki wplataniu do dialogów gwary ulicznej ożywia relację. Doprowadza do tego, że opowieść o ratowaniu dóbr kultury zamienia się chwilami nawet w przygodówkę – co jest właściwie metamorfozą niezbędną, jeśli chce się zyskać zaufanie nastoletnich czytelników. „Szklane tarcze” to niezbyt długa powieść z naszkicowanymi prostymi międzyludzkimi relacjami – bo nie o pogłębianie personalnych kontaktów czy psychologii tu chodzi. Autorka stworzyła jednak historię momentami silnie działającą nawet na dzisiejszych czytelników. To powieść wojenna, która zapadnie w pamięć z racji nietypowego tematu i tropienia prawdziwej historii. Dzisiaj jest to też powrót do klasycznego sposobu prowadzenia narracji, lekko już nawet archaicznego – mimo wszystko warstwa akcji dominuje nad językiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






