Zysk i S-ka, Poznań 2021.
Wsparcie
Te dwie siostry przeważnie mają sobie nawzajem sporo do zarzucenia. Zadawnione konflikty, problemy, które nie zostały przegadane, a czasem zazdrość. Sylwia i Zuzanna nie trzymają wspólnego frontu. Mogłyby sobie wzajemnie pomóc, ale nie mają do siebie zaufania. W tej rodzinie właściwie nie ma już czego ratować. Babcia bez nogi wymaga ciągłej opieki, zresztą nie ułatwia domownikom zadania: jest zgryźliwa i wiecznie narzeka, udając, że jej sytuacja jest cięższa niż w rzeczywistości. Matka już dawno opuściła dom, związała się z innym mężczyzną i nie utrzymuje kontaktu z córkami. Ojciec nie zapewnia potrzebnego wsparcia. Dla Zuzy jedynym jasnym punktem jest Toperz, mały pies z wielkimi uszami. Przynajmniej dopóki nie trzeba wstawać wcześnie rano, żeby go wyprowadzić. I w tej przygnębiającej ze wszech miar sytuacji pojawia się kolejne zmartwienie, urastające do rangi dramatu: ojciec wychodzi rano z psem i nie wraca. Dwie nastoletnie dziewczyny nie mają pojęcia, co się stało i co powinny zrobić: policja początkowo bagatelizuje problem. Babcia jedynie pomaga finansowo, ale wprowadza sporo zamieszania swoją nerwowością. Nie wiadomo, czy ojciec żyje, a dość szybko znajduje się Topek: skatowany i poważnie poraniony, uratowany przez przypadkowych ludzi. To jeszcze bardziej martwi bohaterki.
Anna Łacina – jak zwykle – koncentruje się na emocjach eksponowanych do granic możliwości. U niej nie ma miejsca na zwyczajność, psychologiczne kwestie i skrajności tworzą fabułę. Ta autorka wie, jak zbudować portrety osobowościowe, szuka dodatkowych tematów nadających ton działaniom dziewczyn. Sylwia próbuje przejść na kolejny etap związku ze swoim chłopakiem, Oskarem. Mimo ostrzeżeń ojca i własnych obaw – chce rozpocząć życie erotyczne, zwłaszcza że Oskar bardzo do tego dąży. Zuzanna jest bardzo samotna, ale wpada w oko koledze z klasy i już wkrótce będzie mogła się przekonać, jak to jest być dla kogoś ważną osobą. Na razie jednak najważniejsza jest sprawa ojca. Sylwia jeździ na identyfikację zwłok, ale w końcu udaje się znaleźć rodzica w szpitalu, w ciężkim stanie. Życie rodziny bardzo się zmienia – a ponieważ zbliża się Boże Narodzenie, trzeba jeszcze jakoś zorganizować codzienność: pogodzić wizyty w szpitalu, opiekę nad babcią, szkołę i... miłość.
Autorka przeprowadza czytelników przez dwie osobne historie, przeżycia perfekcyjnej zawsze Sylwii i „gorszej” Zuzanny. Stopniowo odsłoni Anna Łacina sekret związany z odejściem matki, wprowadzi trochę porad na temat życia uczuciowego dla nastolatek. Nie idealizuje pierwszych związków, ale pozwala sobie na baśniową pierwszą miłość – wizję chłopaka idealnego. Bardzo ładnie buduje dalszy plan opowieści, między innymi motyw dziadków Michała: sugeruje, że wszystko zależy od nastawienia do życia, można czerpać z niego radość bez względu na doświadczenia i wiek. Anna Łacina zwraca się do czytelników z ważnymi przesłaniami – ale przyciąga ich do siebie za sprawą sensacyjnych wątków, ale zatrzymuje dzięki precyzyjnym analizom psychologicznym postaci. Pokazuje, jak ulotne jest szczęście codzienności, jak łatwo może zostać zniszczone przez czynniki z zewnątrz. Dla bohaterek zniknięcie ojca jest największym życiowym sprawdzianem, sytuacją, przy której bledną wszystkie inne zmartwienia. Szybko muszą dorosnąć i znaleźć sobie miejsce w nowym porządku. Dowiadują się, co i kto może być w życiu wsparciem – i na co nie warto poświęcać czasu. To cenna lekcja, możliwość zagłębiania się w trudne uczucia – i przy okazji kawałek ciekawej prozy psychologicznej.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 grudnia 2021
sobota, 5 stycznia 2019
Małgorzata Garkowska: Czego nie powiedziałam
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Sekret w związku
Emilia nie zamierza powiedzieć swojemu ukochanemu, że nie może mieć dzieci. Sekret z przeszłości stanowi barierę w relacjach z rodziną: Emilia odcięła się od matki, ale i od ojczyma, którego oskarża w duchu o najgorsze. Fakt, popełniła w młodości błąd, ale płacić ma za niego przez całe życie. Teraz próbuje jeszcze uszczknąć trochę szczęścia w związku z Robertem – zanim prawda wyjdzie na jaw i wszystko się zniszczy. Wprawdzie budowanie trwałego związku na kłamstwie nie wróży dobrze od początku – ale Małgorzata Garkowska nie ma innego pomysłu na mikroskopijną fabułkę, którą rozdmuchuje do rozmiarów powieści. Czytelniczki mają dostęp do wydarzeń z perspektywy Emilii – i do jej wyrzutów sumienia. Ale przyznawanie się w duchu do winy nie jest dobrą metodą na budowanie napięcia – w końcu zacznie nużyć, zwłaszcza że autorka na cel bierze sobie rejestrowanie naturalności, zwykłych dni zakochanych w sobie ludzi. Robert bardzo uważa na sygnały wysyłane przez Emilię – wie, czego jej trzeba i stara się reagować zgodnie z oczekiwaniami. Jest czuły, troskliwy i opiekuńczy, aż czasami zamienia się w słodkiego despotę – kiedy ogranicza kobiecie dostęp do kawy w trosce o upragnioną (przez niego) ciążę. Nie daje powodów do zazdrości (jego asystentka, Marta, ma na niego chrapkę, ale mężczyzna pozostaje obojętny na jej wdzięki). Wszystko po to, żeby bohaterka mogła poczuć się jak w raju. Mogłaby pławić się w szczęściu jak z bajki, gdyby nie świadomość okrucieństwa związanego z zatajeniem ważnej informacji. Małgorzata Garkowska bardzo się wysila, żeby przedstawić sielankę – a równolegle chce ją burzyć daną czytelniczkom wiedzą. Cała powieść opierać się będzie na wyjaśnieniu tajemnicy – punkt kulminacyjny to nieuchronne poznanie prawdy przez Roberta. Próbuje autorka pokazać nie tylko destrukcyjną siłę kłamstwa, ale i obraz strachu, który odbiera szansę na porozumienie. Przedstawia antywzorzec zachowania, nie będzie moralizować, bo odbiorczynie same zorientują się, na czym polega problem Emilii. To jednak za mało na fabułę, która powinna trzymać w napięciu chociaż trochę.
Bo w „Czego nie powiedziałam” dzieje się bardzo mało. Akcja koncentruje się na Robercie i Emilii, z rzadka widać jeszcze Martę lub rodziców pary. Najważniejsza para jednak spędza czas albo na łóżkowych igraszkach (z zadziwiającą jak na obyczajówkę częstotliwością), albo na rozmowach i spacerach. Nic nie zachwieje spokojem – i tylko Emilia (a wraz z nią czytelniczki) wie, że to cisza przed burzą. W tej powieści brakuje punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby kibicować bohaterom albo się na nich złościć. Tu wszystko jest jasne: Emilia sama kręci na siebie bicz – więc nie powinna narzekać na los, jaki konsekwentnie sobie zapracowuje. Robert z kolei jest tu zbyt idealizowany. Do tego wszystkiego męczące jest jeszcze upodobanie bohaterki do analizowania miesiączek. Czytelniczki dobrze nie zdążą poznać marzeń postaci (nie mówiąc o ich znajomych czy codziennych obowiązkach) – a ze szczegółami będą mogły opowiedzieć, jak krwawi bohaterka i jakie ma w związku z tym przyzwyczajenia. Co prawda nie należy to do największych mankamentów w „Czego nie powiedziałam”, ale też trochę od narracji odpycha, zwłaszcza że przeciętne odbiorczynie nie mają raczej wiedzy, która pozwoliłaby im na podstawie takich przesłanek odgadnąć przedwcześnie tajemnicę Emilii.
Sekret w związku
Emilia nie zamierza powiedzieć swojemu ukochanemu, że nie może mieć dzieci. Sekret z przeszłości stanowi barierę w relacjach z rodziną: Emilia odcięła się od matki, ale i od ojczyma, którego oskarża w duchu o najgorsze. Fakt, popełniła w młodości błąd, ale płacić ma za niego przez całe życie. Teraz próbuje jeszcze uszczknąć trochę szczęścia w związku z Robertem – zanim prawda wyjdzie na jaw i wszystko się zniszczy. Wprawdzie budowanie trwałego związku na kłamstwie nie wróży dobrze od początku – ale Małgorzata Garkowska nie ma innego pomysłu na mikroskopijną fabułkę, którą rozdmuchuje do rozmiarów powieści. Czytelniczki mają dostęp do wydarzeń z perspektywy Emilii – i do jej wyrzutów sumienia. Ale przyznawanie się w duchu do winy nie jest dobrą metodą na budowanie napięcia – w końcu zacznie nużyć, zwłaszcza że autorka na cel bierze sobie rejestrowanie naturalności, zwykłych dni zakochanych w sobie ludzi. Robert bardzo uważa na sygnały wysyłane przez Emilię – wie, czego jej trzeba i stara się reagować zgodnie z oczekiwaniami. Jest czuły, troskliwy i opiekuńczy, aż czasami zamienia się w słodkiego despotę – kiedy ogranicza kobiecie dostęp do kawy w trosce o upragnioną (przez niego) ciążę. Nie daje powodów do zazdrości (jego asystentka, Marta, ma na niego chrapkę, ale mężczyzna pozostaje obojętny na jej wdzięki). Wszystko po to, żeby bohaterka mogła poczuć się jak w raju. Mogłaby pławić się w szczęściu jak z bajki, gdyby nie świadomość okrucieństwa związanego z zatajeniem ważnej informacji. Małgorzata Garkowska bardzo się wysila, żeby przedstawić sielankę – a równolegle chce ją burzyć daną czytelniczkom wiedzą. Cała powieść opierać się będzie na wyjaśnieniu tajemnicy – punkt kulminacyjny to nieuchronne poznanie prawdy przez Roberta. Próbuje autorka pokazać nie tylko destrukcyjną siłę kłamstwa, ale i obraz strachu, który odbiera szansę na porozumienie. Przedstawia antywzorzec zachowania, nie będzie moralizować, bo odbiorczynie same zorientują się, na czym polega problem Emilii. To jednak za mało na fabułę, która powinna trzymać w napięciu chociaż trochę.
Bo w „Czego nie powiedziałam” dzieje się bardzo mało. Akcja koncentruje się na Robercie i Emilii, z rzadka widać jeszcze Martę lub rodziców pary. Najważniejsza para jednak spędza czas albo na łóżkowych igraszkach (z zadziwiającą jak na obyczajówkę częstotliwością), albo na rozmowach i spacerach. Nic nie zachwieje spokojem – i tylko Emilia (a wraz z nią czytelniczki) wie, że to cisza przed burzą. W tej powieści brakuje punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby kibicować bohaterom albo się na nich złościć. Tu wszystko jest jasne: Emilia sama kręci na siebie bicz – więc nie powinna narzekać na los, jaki konsekwentnie sobie zapracowuje. Robert z kolei jest tu zbyt idealizowany. Do tego wszystkiego męczące jest jeszcze upodobanie bohaterki do analizowania miesiączek. Czytelniczki dobrze nie zdążą poznać marzeń postaci (nie mówiąc o ich znajomych czy codziennych obowiązkach) – a ze szczegółami będą mogły opowiedzieć, jak krwawi bohaterka i jakie ma w związku z tym przyzwyczajenia. Co prawda nie należy to do największych mankamentów w „Czego nie powiedziałam”, ale też trochę od narracji odpycha, zwłaszcza że przeciętne odbiorczynie nie mają raczej wiedzy, która pozwoliłaby im na podstawie takich przesłanek odgadnąć przedwcześnie tajemnicę Emilii.
poniedziałek, 19 listopada 2018
Mary H. K. Choi: Kontakt alarmowy
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Na pomoc
Penny jest matką dla swojej matki, a przynajmniej – nie potrafi głośno powiedzieć o tym, co jej przeszkadza w zachowaniu rodzicielki. Zresztą jeśli już zdobędzie się na odwagę, zostanie i tak zignorowana. Przecież matka zrobi, co chce. A że ma akurat ochotę strzelać oczami do każdego napotkanego mężczyzny - trudno. Penny nie powinna odpowiadać za wybryki matki. Jeśli tylko nabierze pewności siebie, będzie mogła żyć po swojemu. Przyda się jako wsparcie innym, ale sama również potrzebuje często pokrzepienia albo chociaż świadomości, że ma komu zwierzyć się z problemów. Tak trafia na Sama. Sam ma nierozwiązane rodzinne sprawy: skonfliktowany jest z matką, a była ukochana oznajmia mu, że jest w ciąży. Sam i Penny to bohaterowie idealni na powieść, która udaje, że nie należy do romansów. Nie ma tu emocjonalnego wstrząsu, zauroczenia od pierwszego wejrzenia, strzał Amora... Jest przyjaźń, którą zawsze można rozbudowywać dalej. Sam i Penny uczą się dzielić własnymi zmartwieniami, traktują numery telefonów jak kontakty alarmowe – bez konieczności podtrzymywania grzecznościowych konwersacji. Oboje wiedzą, jak to działa: odzywają się do siebie tylko wtedy, kiedy potrzebują pokrzepienia, potwierdzenia, że z nimi jest wszystko w porządku, że tylko świat zwariował. Wystarczy zresztą drobiazg, by dodać otuchy. A skoro nie ma tu mowy o związkach, skoro nie trzeba doszukiwać się drugiego dna w każdej informacji, jest znacznie łatwiej nawiązać porozumienie. To jest potrzebne – i to obojgu. Relacja nastawiona na wzajemność, wymianę usług - nie brzmi to w żaden sposób romantycznie, ale staje się przepisem na szczęście. Dla Penny Sam jest oparciem. Sam nie uniknie zauroczenia, jednak umie nad nim zapanować, aż sytuacja się wyklaruje. To dobry rozkład sił - żadne z bohaterów nie ucierpi, nie poczuje się rozczarowane czy skrzywdzone. Nie ma tu wielkich uczuć - więc prawdziwa miłość może zrodzić się niepostrzeżenie i to na zupełnie innych niż cielesna fascynacja podstawach. Tym samym może autorka zwrócić uwagę czytelników na sedno damsko-męskich relacji: jeśli ktoś chce trwałego związku może postawić na stopniowe i dokładne poznawanie drugiej strony prze wsparcie, jakie otrzymuje w najgorszych momentach codzienności.
Choi z jednej strony ucieka od oczywistości w odnotowywanie psychiki bohaterów. Zagląda im w myśli i odczucia, żeby nie analizować każdej reakcji. Z drugiej – nadaje historii wrażenia nowoczesności - przez ironiczne zabawy formą. Co pewien czas, rzadko, żeby nie zmęczyć odbiorców - przytacza listy możliwości, przed jakimi stanęłaby Penny, gdyby tylko zdobyła się na odwagę i mogła sobie pozwolić na brak dyplomacji. Autorka chce rozśmieszać czytelników tymi najbardziej absurdalnymi, a jednocześnie najbardziej kuszącymi opcjami. Za to kontakty smsowe wcale nie wyglądają na dobrze obmyślone czy puentowane: i takie właśnie mają być, bez błyskotliwości, bez podrywów i olśnień. Zwykłe small talki. Pasują do opowieści, chociaż równocześnie paradoksalnie trochę ją zwalniają. To przerywniki uprawodopodobniające relację między bohaterami, tyle tylko, że bez punktów kulminacyjnych dla czytelników. Choi wprawia się w pisaniu obyczajowym, buduje przekonujące sylwetki na pierwszym planie – na dalszych wystarczają jej stereotypy. Jest ta autorka bardzo szczegółowa w swoich obserwacjach, aż do przesady, ale uda jej się przekonać do siebie czytelników. W jej świecie nie ma miejsca na wybuchy namiętności, ale miłość może przyjść, kiedy jest najbardziej potrzebna.
Na pomoc
Penny jest matką dla swojej matki, a przynajmniej – nie potrafi głośno powiedzieć o tym, co jej przeszkadza w zachowaniu rodzicielki. Zresztą jeśli już zdobędzie się na odwagę, zostanie i tak zignorowana. Przecież matka zrobi, co chce. A że ma akurat ochotę strzelać oczami do każdego napotkanego mężczyzny - trudno. Penny nie powinna odpowiadać za wybryki matki. Jeśli tylko nabierze pewności siebie, będzie mogła żyć po swojemu. Przyda się jako wsparcie innym, ale sama również potrzebuje często pokrzepienia albo chociaż świadomości, że ma komu zwierzyć się z problemów. Tak trafia na Sama. Sam ma nierozwiązane rodzinne sprawy: skonfliktowany jest z matką, a była ukochana oznajmia mu, że jest w ciąży. Sam i Penny to bohaterowie idealni na powieść, która udaje, że nie należy do romansów. Nie ma tu emocjonalnego wstrząsu, zauroczenia od pierwszego wejrzenia, strzał Amora... Jest przyjaźń, którą zawsze można rozbudowywać dalej. Sam i Penny uczą się dzielić własnymi zmartwieniami, traktują numery telefonów jak kontakty alarmowe – bez konieczności podtrzymywania grzecznościowych konwersacji. Oboje wiedzą, jak to działa: odzywają się do siebie tylko wtedy, kiedy potrzebują pokrzepienia, potwierdzenia, że z nimi jest wszystko w porządku, że tylko świat zwariował. Wystarczy zresztą drobiazg, by dodać otuchy. A skoro nie ma tu mowy o związkach, skoro nie trzeba doszukiwać się drugiego dna w każdej informacji, jest znacznie łatwiej nawiązać porozumienie. To jest potrzebne – i to obojgu. Relacja nastawiona na wzajemność, wymianę usług - nie brzmi to w żaden sposób romantycznie, ale staje się przepisem na szczęście. Dla Penny Sam jest oparciem. Sam nie uniknie zauroczenia, jednak umie nad nim zapanować, aż sytuacja się wyklaruje. To dobry rozkład sił - żadne z bohaterów nie ucierpi, nie poczuje się rozczarowane czy skrzywdzone. Nie ma tu wielkich uczuć - więc prawdziwa miłość może zrodzić się niepostrzeżenie i to na zupełnie innych niż cielesna fascynacja podstawach. Tym samym może autorka zwrócić uwagę czytelników na sedno damsko-męskich relacji: jeśli ktoś chce trwałego związku może postawić na stopniowe i dokładne poznawanie drugiej strony prze wsparcie, jakie otrzymuje w najgorszych momentach codzienności.
Choi z jednej strony ucieka od oczywistości w odnotowywanie psychiki bohaterów. Zagląda im w myśli i odczucia, żeby nie analizować każdej reakcji. Z drugiej – nadaje historii wrażenia nowoczesności - przez ironiczne zabawy formą. Co pewien czas, rzadko, żeby nie zmęczyć odbiorców - przytacza listy możliwości, przed jakimi stanęłaby Penny, gdyby tylko zdobyła się na odwagę i mogła sobie pozwolić na brak dyplomacji. Autorka chce rozśmieszać czytelników tymi najbardziej absurdalnymi, a jednocześnie najbardziej kuszącymi opcjami. Za to kontakty smsowe wcale nie wyglądają na dobrze obmyślone czy puentowane: i takie właśnie mają być, bez błyskotliwości, bez podrywów i olśnień. Zwykłe small talki. Pasują do opowieści, chociaż równocześnie paradoksalnie trochę ją zwalniają. To przerywniki uprawodopodobniające relację między bohaterami, tyle tylko, że bez punktów kulminacyjnych dla czytelników. Choi wprawia się w pisaniu obyczajowym, buduje przekonujące sylwetki na pierwszym planie – na dalszych wystarczają jej stereotypy. Jest ta autorka bardzo szczegółowa w swoich obserwacjach, aż do przesady, ale uda jej się przekonać do siebie czytelników. W jej świecie nie ma miejsca na wybuchy namiętności, ale miłość może przyjść, kiedy jest najbardziej potrzebna.
czwartek, 1 listopada 2018
Peter Ackroyd: Londyn. Miasto queer
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Inność
Nie jest to książka o Londynie jako takim, chociaż Londyn przydaje się jako tło i punkt odniesienia. Ale szybko spada na daleki plan w zestawieniu z „rewelacjami” na temat homoerotyzmu na przestrzeni wieków. „Queer” dominuje, i to zdecydowanie – ale przykład wielokulturowego miasta jednoznacznie pokazuje, że zjawisko można zaobserwować w wielu miejscach na świecie. A do tego – że wcale nie musi ono szokować albo budzić sprzeciwu. Peter Ackroyd gromadzi dane często w pewnych okolicznościach uznawane za kontrowersyjne – ale przedstawia wiadomości bez odcienia sensacji. Nie zajmuje się wskazywaniem protestów albo komplikacji społecznych, skupia się na konkretnych bohaterach, życiorysach lub zachowaniach. Unika wartościowania, albo inaczej – zrównuje to, co konserwatyści uważają za „inność” z niebudzącą wątpliwości „normalnością”. To pozwala unikać tonów, które zaburzałyby proces odbioru tomu. „Londyn. Miasto queer” rozpoczyna się w zamierzchłych czasach, w kulturach, w których homoseksualizm nikogo nie dziwił. Związki między mężczyznami należą tu do naturalnych i powszechnie akceptowanych. Kolejnym przystankiem w podróży przez czasy staje się stan rycerski – to punkt wyjścia do opisywania relacji, w których jeden z mężczyzn dominuje nad swoim kochankiem w pozycji społecznej lub zawodowej. I tutaj nie dziwią męsko-męskie relacje. Z czasem do narracji wejdą również zagadnienia miłości lesbijskiej czy poszukiwania tożsamości. Ackroyd sprawdza, wśród jakich zawodów i zajęć homoseksualizm był w zamierzchłej przeszłości najczęściej spotykany i przygląda się raz oczywistościom, raz „rewelacjom” – dla dzisiejszych odbiorców kwestiom nie do pojęcia albo właśnie zupełnie logicznym. W zależności od dostępu do materiałów autor odnosi się do obyczajów albo do konkretnych sylwetek, do postaci, które w jakiś sposób wsławiły się niekonwencjonalnymi działaniami. Im bardziej krystalizuje się społeczna „norma”, tym bardziej wyraziste stają się sylwetki ludzi, którzy nie podporządkowują się konwencjom, ładnie to Ackroyd odsłania. W pewnym momencie pojawi się zagadnienie seksu z nieletnimi lub rozmaite rodzaje przebieranek i odgrywania ról. Gdzieś w tle zaczną się nawet przewijać zabawki erotyczne z dawnych czasów. Staje się w ten sposób ta publikacja ciekawostką dla zainteresowanych wizją obyczajowych skandali. Peter Ackroyd w narracji wykorzystuje umiejętność łączenia rzeczowości i humoru. Pisze tak, by wciąż czytelników zaskakiwać. Dość często cytuje materiały źródłowe lub opracowania oddające charakter epoki. Przedstawia odbiorcom sekrety obyczajowe, pozwala podejrzeć techniki i upodobania – od początku zresztą wiadomo, że voyeuryzm to coś, co przyciągnie sporą liczbę odbiorców i będzie przykuwać uwagę. Tu ciekawa jest nie tylko treść przytaczanych komentarzy, bo i forma może urzekać, zwłaszcza w sposobach obrazowania zażywania cielesnych uciech. Przez dystans czasowy zmienia się rodzaj postrzegania wydarzeń – można traktować jak ciekawostki motywy, które zwykle budzą sprzeciw: przypadki seksualnego zniewolenia czy gwałty. Ale jednocześnie takie zaglądanie przodkom do sypialni przydaje się w zrozumieniu międzyludzkich relacji i kierunków poszukiwań. Peter Ackroyd nie chce bulwersować, bliżej mu raczej do dostarczania odbiorcom rozrywki. Stara się jednak przyczynić do zwiększenia społecznej akceptacji dla środowisk homoseksualnych. Zależy mu zwłaszcza na oswojeniu czytelników z tematem – ale i na dostarczeniu zestawu anegdot. Ta książka ze względu na temat zainteresuje spore grono odbiorców. Jest też zrealizowana tak, że nie można jej nic zarzucić: świadomy wagi tematu autor nie traktuje książki jako narzędzia propagandy. Dostarcza odbiorcom wielu ciekawostek i oswaja z zagadnieniem, które wciąż jeszcze momentami budzi kontrowersje.
Inność
Nie jest to książka o Londynie jako takim, chociaż Londyn przydaje się jako tło i punkt odniesienia. Ale szybko spada na daleki plan w zestawieniu z „rewelacjami” na temat homoerotyzmu na przestrzeni wieków. „Queer” dominuje, i to zdecydowanie – ale przykład wielokulturowego miasta jednoznacznie pokazuje, że zjawisko można zaobserwować w wielu miejscach na świecie. A do tego – że wcale nie musi ono szokować albo budzić sprzeciwu. Peter Ackroyd gromadzi dane często w pewnych okolicznościach uznawane za kontrowersyjne – ale przedstawia wiadomości bez odcienia sensacji. Nie zajmuje się wskazywaniem protestów albo komplikacji społecznych, skupia się na konkretnych bohaterach, życiorysach lub zachowaniach. Unika wartościowania, albo inaczej – zrównuje to, co konserwatyści uważają za „inność” z niebudzącą wątpliwości „normalnością”. To pozwala unikać tonów, które zaburzałyby proces odbioru tomu. „Londyn. Miasto queer” rozpoczyna się w zamierzchłych czasach, w kulturach, w których homoseksualizm nikogo nie dziwił. Związki między mężczyznami należą tu do naturalnych i powszechnie akceptowanych. Kolejnym przystankiem w podróży przez czasy staje się stan rycerski – to punkt wyjścia do opisywania relacji, w których jeden z mężczyzn dominuje nad swoim kochankiem w pozycji społecznej lub zawodowej. I tutaj nie dziwią męsko-męskie relacje. Z czasem do narracji wejdą również zagadnienia miłości lesbijskiej czy poszukiwania tożsamości. Ackroyd sprawdza, wśród jakich zawodów i zajęć homoseksualizm był w zamierzchłej przeszłości najczęściej spotykany i przygląda się raz oczywistościom, raz „rewelacjom” – dla dzisiejszych odbiorców kwestiom nie do pojęcia albo właśnie zupełnie logicznym. W zależności od dostępu do materiałów autor odnosi się do obyczajów albo do konkretnych sylwetek, do postaci, które w jakiś sposób wsławiły się niekonwencjonalnymi działaniami. Im bardziej krystalizuje się społeczna „norma”, tym bardziej wyraziste stają się sylwetki ludzi, którzy nie podporządkowują się konwencjom, ładnie to Ackroyd odsłania. W pewnym momencie pojawi się zagadnienie seksu z nieletnimi lub rozmaite rodzaje przebieranek i odgrywania ról. Gdzieś w tle zaczną się nawet przewijać zabawki erotyczne z dawnych czasów. Staje się w ten sposób ta publikacja ciekawostką dla zainteresowanych wizją obyczajowych skandali. Peter Ackroyd w narracji wykorzystuje umiejętność łączenia rzeczowości i humoru. Pisze tak, by wciąż czytelników zaskakiwać. Dość często cytuje materiały źródłowe lub opracowania oddające charakter epoki. Przedstawia odbiorcom sekrety obyczajowe, pozwala podejrzeć techniki i upodobania – od początku zresztą wiadomo, że voyeuryzm to coś, co przyciągnie sporą liczbę odbiorców i będzie przykuwać uwagę. Tu ciekawa jest nie tylko treść przytaczanych komentarzy, bo i forma może urzekać, zwłaszcza w sposobach obrazowania zażywania cielesnych uciech. Przez dystans czasowy zmienia się rodzaj postrzegania wydarzeń – można traktować jak ciekawostki motywy, które zwykle budzą sprzeciw: przypadki seksualnego zniewolenia czy gwałty. Ale jednocześnie takie zaglądanie przodkom do sypialni przydaje się w zrozumieniu międzyludzkich relacji i kierunków poszukiwań. Peter Ackroyd nie chce bulwersować, bliżej mu raczej do dostarczania odbiorcom rozrywki. Stara się jednak przyczynić do zwiększenia społecznej akceptacji dla środowisk homoseksualnych. Zależy mu zwłaszcza na oswojeniu czytelników z tematem – ale i na dostarczeniu zestawu anegdot. Ta książka ze względu na temat zainteresuje spore grono odbiorców. Jest też zrealizowana tak, że nie można jej nic zarzucić: świadomy wagi tematu autor nie traktuje książki jako narzędzia propagandy. Dostarcza odbiorcom wielu ciekawostek i oswaja z zagadnieniem, które wciąż jeszcze momentami budzi kontrowersje.
środa, 24 października 2018
Robert Ziółkowski: Karamoja. Ostatni wojownicy
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Krew i kości
Robert Ziółkowski wraca do Afryki co jakiś czas, gnany nieokreśloną tęsknotą czy nostalgią. Ma tu sporo do odkrycia, ale chce też odwiedzić swoich przyjaciół, uciec od cywilizacji, wybrać się na prawdziwą przygodę, męską i pozbawioną ułatwień znanych każdemu z codzienności. Do tego ma żyłkę podróżnika i pisarza: swoje obserwacje natychmiast przelewa na papier, zapełnia całe zeszyty notatkami i uwagami, które później zamieniają się w wartką opowieść podróżniczą, znacznie lepszą niż większość blogerskich publikacji – i właściwie niemal klasyczną. Do tego nie boi się wyzwań, chce przetestować sposoby na życie prezentowane przez jego znajomych w tubylczych plemionach. Chociaż to czasami wymaga poświęceń lub radykalnych czynów, nie do pomyślenia w Polsce – i tak jest odpoczynkiem od wspomnień z pracy w policji. Robert Ziółkowski rozczulać się nad sobą nie będzie, pójdzie wszędzie tam, gdzie czeka przygoda. Razem z nim podąża Michał, kompan i jeszcze większy ryzykant, zdolny do realizowania swoich potrzeb natychmiast, bez względu na konsekwencje. Nie ma tu zatem sztucznych ograniczeń płynących z kultury czy obyczajów... a właściwie jest jedno, trochę trudno się przyjaciołom rozebrać wtedy, gdy wszyscy wojownicy podczas święta paradują nago i nie krępują się przy gościach. Poza tym jednak – to wyprawa dla prawdziwych twardzieli. Czy przyjdzie zabić w ofierze jakiegoś zwierzaka, czy uczestniczyć w rytuale pasowania chłopców na mężczyzn - przy wszystkim Ziółkowski jest, działa i nie przymyka oczu na to, co przez “cywilizowany świat” zostałoby natychmiast skrytykowane. Sam stara się zrozumieć postawy tubylców, a na pewno nie próbuje ich odrzucać. Docenia pomysłowość (jak motyw zmiany wiary został automatycznie wykorzystany przy obejściu zasad postu) i bawi się zjawiskami niewytłumaczalnymi (kiedy miejscowy szaman swoją potęgą wyciągnie samochód z błota). Do wszystkiego podchodzi z humorem i ciekawością. Udaje mu się dogadać z miejscowymi za sprawą przekładania w wyobraźni osiągnięć cywilizacyjnych na metafory zrozumiałe dla ludów bardziej prymitywnych: sprzęt nagrywający “uczy się” miejscowych pieśni, a aparat zapamiętuje twarze. To sposób na utrwalenie tego, co już wymiera, ocalenie fragmentów dawnych kultur. Robert Ziółkowski może nie podchodzi do sprawy metodycznie, nie ma zamiaru zostać badaczem, ale jako podróżnik zbiera cenne doświadczenia i wiadomości, by przekuć je na zgrabną opowieść. “Karamoja. Ostatni wojownicy” to publikacja pod tym kątem bardzo udana. Do przygód związanych z życiem wioski autor dokłada naturalnie szereg własnych przeżyć (oraz pomysłów Michała, czasami dość kontrowersyjnych, a czasami po prostu kłopotliwych), odnotowuje obecność białych w tym środowisku i próbuje pokazać różnorodność kulturową miejsca, co oznacza, że będzie przedstawiać i egzystencję w miastach, i sytuację w wioskach, które zachowały jeszcze plemienne struktury.
Pisze obrazowo i ciekawie, momentami bardzo naturalistycznie, ale i tak udaje mu się zaangażować odbiorców w relację. Jest ta książka wypełniona cennymi obserwacjami, a do tego zawiera całe mnóstwo zdjęć, które pokazują codzienność w Afryce – i to w pełnym wymiarze. Fotografie nie zawsze imponują jakością, bywają tu kadry po prostu dla udokumentowania czegoś, zdjęcia niedoświetlone albo o zbyt niskiej rozdzielczości - jednak stanowią mniejszość wśród imponujących ujęć. Robert Ziółkowski dostarcza zatem opowieści pełnej i wielowymiarowej. Chociaż faszeruje tom obrazami, zwraca też uwagę na to, żeby dostarczyć czytelnikom dobrej lektury. Mógłby tylko nie spolszczać zagranicznych imion, bo to trochę dziwnie wypada w relacji.
Krew i kości
Robert Ziółkowski wraca do Afryki co jakiś czas, gnany nieokreśloną tęsknotą czy nostalgią. Ma tu sporo do odkrycia, ale chce też odwiedzić swoich przyjaciół, uciec od cywilizacji, wybrać się na prawdziwą przygodę, męską i pozbawioną ułatwień znanych każdemu z codzienności. Do tego ma żyłkę podróżnika i pisarza: swoje obserwacje natychmiast przelewa na papier, zapełnia całe zeszyty notatkami i uwagami, które później zamieniają się w wartką opowieść podróżniczą, znacznie lepszą niż większość blogerskich publikacji – i właściwie niemal klasyczną. Do tego nie boi się wyzwań, chce przetestować sposoby na życie prezentowane przez jego znajomych w tubylczych plemionach. Chociaż to czasami wymaga poświęceń lub radykalnych czynów, nie do pomyślenia w Polsce – i tak jest odpoczynkiem od wspomnień z pracy w policji. Robert Ziółkowski rozczulać się nad sobą nie będzie, pójdzie wszędzie tam, gdzie czeka przygoda. Razem z nim podąża Michał, kompan i jeszcze większy ryzykant, zdolny do realizowania swoich potrzeb natychmiast, bez względu na konsekwencje. Nie ma tu zatem sztucznych ograniczeń płynących z kultury czy obyczajów... a właściwie jest jedno, trochę trudno się przyjaciołom rozebrać wtedy, gdy wszyscy wojownicy podczas święta paradują nago i nie krępują się przy gościach. Poza tym jednak – to wyprawa dla prawdziwych twardzieli. Czy przyjdzie zabić w ofierze jakiegoś zwierzaka, czy uczestniczyć w rytuale pasowania chłopców na mężczyzn - przy wszystkim Ziółkowski jest, działa i nie przymyka oczu na to, co przez “cywilizowany świat” zostałoby natychmiast skrytykowane. Sam stara się zrozumieć postawy tubylców, a na pewno nie próbuje ich odrzucać. Docenia pomysłowość (jak motyw zmiany wiary został automatycznie wykorzystany przy obejściu zasad postu) i bawi się zjawiskami niewytłumaczalnymi (kiedy miejscowy szaman swoją potęgą wyciągnie samochód z błota). Do wszystkiego podchodzi z humorem i ciekawością. Udaje mu się dogadać z miejscowymi za sprawą przekładania w wyobraźni osiągnięć cywilizacyjnych na metafory zrozumiałe dla ludów bardziej prymitywnych: sprzęt nagrywający “uczy się” miejscowych pieśni, a aparat zapamiętuje twarze. To sposób na utrwalenie tego, co już wymiera, ocalenie fragmentów dawnych kultur. Robert Ziółkowski może nie podchodzi do sprawy metodycznie, nie ma zamiaru zostać badaczem, ale jako podróżnik zbiera cenne doświadczenia i wiadomości, by przekuć je na zgrabną opowieść. “Karamoja. Ostatni wojownicy” to publikacja pod tym kątem bardzo udana. Do przygód związanych z życiem wioski autor dokłada naturalnie szereg własnych przeżyć (oraz pomysłów Michała, czasami dość kontrowersyjnych, a czasami po prostu kłopotliwych), odnotowuje obecność białych w tym środowisku i próbuje pokazać różnorodność kulturową miejsca, co oznacza, że będzie przedstawiać i egzystencję w miastach, i sytuację w wioskach, które zachowały jeszcze plemienne struktury.
Pisze obrazowo i ciekawie, momentami bardzo naturalistycznie, ale i tak udaje mu się zaangażować odbiorców w relację. Jest ta książka wypełniona cennymi obserwacjami, a do tego zawiera całe mnóstwo zdjęć, które pokazują codzienność w Afryce – i to w pełnym wymiarze. Fotografie nie zawsze imponują jakością, bywają tu kadry po prostu dla udokumentowania czegoś, zdjęcia niedoświetlone albo o zbyt niskiej rozdzielczości - jednak stanowią mniejszość wśród imponujących ujęć. Robert Ziółkowski dostarcza zatem opowieści pełnej i wielowymiarowej. Chociaż faszeruje tom obrazami, zwraca też uwagę na to, żeby dostarczyć czytelnikom dobrej lektury. Mógłby tylko nie spolszczać zagranicznych imion, bo to trochę dziwnie wypada w relacji.
sobota, 6 października 2018
Emma Chastain: Dziennik Chloe Snow. Zakręcony rok
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Nastolatka z problemami
Emma Chastain nie wymyśla nowych problemów i nowych traum dla swojej bohaterki. Opiera się na tym, co znane i wręcz momentami klasyczne, a także na tym, co zostało już oswojone przez produkcje telewizyjne i książkowe spod znaku pop, sama też chętnie do tego nurtu się włącza. “Dziennik Chloe Snow. Zakręcony rok” to opowieść prowadzona w formie regularnych notatek przez piętnastoletnią bohaterkę. Chloe na początku tej książki odrzuca zaloty swojego przyjaciela, Mike’a. Świetnie się z nim rozumie, docenia chłopaka i lubi spędzać z nim czas, ale nie wyobraża go sobie jako swojego partnera, zwłaszcza że jeszcze nie pogodziła się z odrzuceniem przez Maca. Mike wyznaje swoje uczucia, ale musi przyjąć, że Chloe nie jest nim zainteresowana. To również koniec przyjaźni, przynajmniej na razie. Kwestia uporządkowania uczuć i wsłuchania się w swoje potrzeby jest niezbędna, żeby doprowadzić do normalności we wzajemnych kontaktach. Mike spada więc do tła opowieści (bardzo ważnego tła, ciągle powraca), a Chloe zajmuje się innymi sprawami. Kibicuje innemu przyjacielowi w jego homoseksualnym związku (może zatem obserwować mechanizmy, które powtarzają się nie tylko w nastoletnich miłościach i wyciągać z nich wnioski na przyszłość). Większość sił poświęca jednak na szkolne układy. Oto najpiękniejsza i najpopularniejsza dziewczyna, Reese, przed wszystkimi udaje dobrą, słodką i troskliwą koleżankę. Mało kto dostrzega jednak, że pod pozorami komplementów, jakie prawi rówieśnicom, Reese przemyca sporo złośliwości. Do tego daje się poznać jako intrygantka: wie, jak manipulować ludźmi i codziennie to wykorzystuje. Dochodzi wręcz do sytuacji, w której nikt nie może zdobyć partnera bez zgody i wstawiennictwa Reese. Tak potężna rywalka to problem – i Chloe przekonuje się, jak to jest wypaść z łask w szkolnej społeczności.
Poza zmartwieniami wśród rówieśników Chloe ma też inne osobiste sprawy do przemyślenia. Rok temu opuściła ją mama: wdając się w romans z młodszym mężczyzną, zrezygnowała z Chloe i jej ojca. Teraz tata próbuje na nowo ułożyć sobie życie (z nauczycielką Chloe, co rodzi nowe niezręczności), a mama śle wiadomości, które bohaterka pozostawia bez odpowiedzi. Tu trochę wali się przekonująca charakterystyka nastolatki: po pierwsze rodzice nie chcą powiedzieć Chloe o planach w związku z rozwodem (żeby ją chronić), po drugie dziewczyna boi się zostawać sama na noc w domu i wciąż potrzebuje opieki jak dziecko, zresztą dziecinna, więc i nieprzekonująca dla młodzieży, jest część jej reakcji. Do tego dokłada autorka jeszcze dylemat z prawem jazdy: Chloe boi się wypadków drogowych i lęk paraliżuje ją, uniemożliwiając prowadzenie samochodu.
Emma Chastain miesza te zmartwienia i kryzysy, budując zwyczajną obyczajową historię pełną wzlotów i upadków. Nie zdarzy się tu nic nieprzewidywalnego, ani w warstwie fabuły, ani w narracji. Autorka stawia na przezroczystą opowieść, która poza nastolatkami raczej nie zrobi większego wrażenia - wpasowuje się więc idealnie w istniejący na rynku sposób mówienia o pierwszych miłosnych rozczarowaniach nastolatków i o relacjach w grupie. Jest “Dziennik Chloe Snow” powieścią prostą, również językowo: przekona zatem fanki historii pop. Emma Chastain dobrze odzwierciedla szkolne zmartwienia, chociaż też celowo je przerysowuje, żeby odbiorczynie dobrze zrozumiały przesłania.
Nastolatka z problemami
Emma Chastain nie wymyśla nowych problemów i nowych traum dla swojej bohaterki. Opiera się na tym, co znane i wręcz momentami klasyczne, a także na tym, co zostało już oswojone przez produkcje telewizyjne i książkowe spod znaku pop, sama też chętnie do tego nurtu się włącza. “Dziennik Chloe Snow. Zakręcony rok” to opowieść prowadzona w formie regularnych notatek przez piętnastoletnią bohaterkę. Chloe na początku tej książki odrzuca zaloty swojego przyjaciela, Mike’a. Świetnie się z nim rozumie, docenia chłopaka i lubi spędzać z nim czas, ale nie wyobraża go sobie jako swojego partnera, zwłaszcza że jeszcze nie pogodziła się z odrzuceniem przez Maca. Mike wyznaje swoje uczucia, ale musi przyjąć, że Chloe nie jest nim zainteresowana. To również koniec przyjaźni, przynajmniej na razie. Kwestia uporządkowania uczuć i wsłuchania się w swoje potrzeby jest niezbędna, żeby doprowadzić do normalności we wzajemnych kontaktach. Mike spada więc do tła opowieści (bardzo ważnego tła, ciągle powraca), a Chloe zajmuje się innymi sprawami. Kibicuje innemu przyjacielowi w jego homoseksualnym związku (może zatem obserwować mechanizmy, które powtarzają się nie tylko w nastoletnich miłościach i wyciągać z nich wnioski na przyszłość). Większość sił poświęca jednak na szkolne układy. Oto najpiękniejsza i najpopularniejsza dziewczyna, Reese, przed wszystkimi udaje dobrą, słodką i troskliwą koleżankę. Mało kto dostrzega jednak, że pod pozorami komplementów, jakie prawi rówieśnicom, Reese przemyca sporo złośliwości. Do tego daje się poznać jako intrygantka: wie, jak manipulować ludźmi i codziennie to wykorzystuje. Dochodzi wręcz do sytuacji, w której nikt nie może zdobyć partnera bez zgody i wstawiennictwa Reese. Tak potężna rywalka to problem – i Chloe przekonuje się, jak to jest wypaść z łask w szkolnej społeczności.
Poza zmartwieniami wśród rówieśników Chloe ma też inne osobiste sprawy do przemyślenia. Rok temu opuściła ją mama: wdając się w romans z młodszym mężczyzną, zrezygnowała z Chloe i jej ojca. Teraz tata próbuje na nowo ułożyć sobie życie (z nauczycielką Chloe, co rodzi nowe niezręczności), a mama śle wiadomości, które bohaterka pozostawia bez odpowiedzi. Tu trochę wali się przekonująca charakterystyka nastolatki: po pierwsze rodzice nie chcą powiedzieć Chloe o planach w związku z rozwodem (żeby ją chronić), po drugie dziewczyna boi się zostawać sama na noc w domu i wciąż potrzebuje opieki jak dziecko, zresztą dziecinna, więc i nieprzekonująca dla młodzieży, jest część jej reakcji. Do tego dokłada autorka jeszcze dylemat z prawem jazdy: Chloe boi się wypadków drogowych i lęk paraliżuje ją, uniemożliwiając prowadzenie samochodu.
Emma Chastain miesza te zmartwienia i kryzysy, budując zwyczajną obyczajową historię pełną wzlotów i upadków. Nie zdarzy się tu nic nieprzewidywalnego, ani w warstwie fabuły, ani w narracji. Autorka stawia na przezroczystą opowieść, która poza nastolatkami raczej nie zrobi większego wrażenia - wpasowuje się więc idealnie w istniejący na rynku sposób mówienia o pierwszych miłosnych rozczarowaniach nastolatków i o relacjach w grupie. Jest “Dziennik Chloe Snow” powieścią prostą, również językowo: przekona zatem fanki historii pop. Emma Chastain dobrze odzwierciedla szkolne zmartwienia, chociaż też celowo je przerysowuje, żeby odbiorczynie dobrze zrozumiały przesłania.
środa, 25 lipca 2018
Agata Polte: To, czego nie widać
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Wróg w domu
Agata Polte debiutuje młodzieżówką “To, czego nie widać” - i jest to debiut, którego nie musi się wstydzić. Młoda autorka wprawdzie popełnia błędy w samej konstrukcji historii, ale proponuje czytelniczkom opowieść, która trafia w ich zapotrzebowanie na obrazy silnych bohaterek i prawdziwej przyjaźni czy miłości. Akcję rozwija tak, że nietrudno się domyślić finału (zresztą podobny motyw wprowadziła chociażby w “Motylu rysowanym w myślach” Agata Mańczyk - ale dobrze się tę książkę czyta, pomijając chropowatość pierwszych stron.
Porusza tu Polte ważny temat przemocy psychicznej i wydaje się, że bohaterka, stojąca u progu dorosłości Malwina, jest przybyszem z innego świata, skoro nie dostrzega problemu w najbliższym otoczeniu. Agata Polte w budowaniu fabuły posługuje się wyostrzonymi stereotypami, a czasem wręcz karykaturami. Malwina jest najlepszą uczennicą, jej plan zajęć został zapełniony co do minuty. Dziewczyna stara się spełniać wszystkie wymagania rodziców: każdą wolną chwilę poświęca na naukę, a w przerwach chodzi na przyjęcia do znajomych ojca. Przed obcymi odgrywa rolę idealnej córki: dopasowuje się do narzuconego przez matkę schematu. Jednak w domu jest bezustannie gnębiona i doprowadzana do łez przez despotyczną matkę oraz starszego brata. Wiecznie krytykowana i nieakceptowana przez bliskich dziewczyna próbuje zapracować na choćby śladowe uznanie matki, ale im bardziej się stara, tym więcej przykrości ze strony rodzicielki doznaje. I tu zawodzi pomysł Agaty Polte na kreację nastolatki: każda dziewczyna w wieku Malwiny i z jej doświadczeniami, świadoma w dodatku (jak bohaterka) dziwnej sytuacji w domu, szukałaby pomocy lub zaczęła się buntować. Malwina jest bierna zbyt długo (a uzasadnienie jej postawy niekoniecznie przekona czytelniczki). Katalizatorem zmian staje się Natalia - przeciwieństwo Malwiny. Tu znowu nie wyjaśnia autorka, dlaczego Natalia zaczyna się w ogóle przejmować losem “Panny Idealnej” - dopiero po kilku różnych scenach przekonuje co do przyjaźni. W powieści nie może zabraknąć i perypetii sercowych, więc Agata Polte przywołuje postać Bartka, chłopaka idealnego - który zawsze wie, jak się zachować i co pozwoli nastolatce być sobą. Bartek to uosobienie dziewczęcych marzeń i wzór z pamiętników pensjonarek – kolejna karykatura, chociaż nie na śmieszność przywoływana. Ale z tych przerysowań udaje się autorce stworzyć całkiem niezłą historię. Przedstawia życie w trzech domach – to, co dzieje się u Malwiny znajduje przeciwwagę w domu Białej i u Bartka. Każda rodzina ma swoje problemy, nieszczęścia i dramaty, ale ze wszystkimi kłopotami można sobie poradzić przy wsparciu bliskich. To Biała staje się w tej powieści głosem rozsądku, ale też i prawdziwą przyjaciółką. Agata Polte odchodzi od tematów z powieści pop, zajmuje się poważnymi kwestiami, na które trzeba wyczulić odbiorczynie. Podsuwa opowieść pełną silnych wrażeń, miejscami niepotrzebnie naiwną, a miejscami baśniową zgodnie z konwencją. Chociaż przyczyna akcji leży tu w psychologii postaci, autorka stawia na obyczajówkę. Przypomina czytelniczkom, jak odnaleźć w sobie siłę do walki i jak nie dać się krzywdzić. Przy tych ważnych przesłaniach proponuje atrakcyjną historię. Nastolatki nie dostrzegą tu jednokierunkowości wysiłków w ramach fabuły czy konstruowania postaci, skupią się za to na motywie rodzinnych nieporozumień i wsparcia, jakie mogą zapewnić rówieśnicy.
Wróg w domu
Agata Polte debiutuje młodzieżówką “To, czego nie widać” - i jest to debiut, którego nie musi się wstydzić. Młoda autorka wprawdzie popełnia błędy w samej konstrukcji historii, ale proponuje czytelniczkom opowieść, która trafia w ich zapotrzebowanie na obrazy silnych bohaterek i prawdziwej przyjaźni czy miłości. Akcję rozwija tak, że nietrudno się domyślić finału (zresztą podobny motyw wprowadziła chociażby w “Motylu rysowanym w myślach” Agata Mańczyk - ale dobrze się tę książkę czyta, pomijając chropowatość pierwszych stron.
Porusza tu Polte ważny temat przemocy psychicznej i wydaje się, że bohaterka, stojąca u progu dorosłości Malwina, jest przybyszem z innego świata, skoro nie dostrzega problemu w najbliższym otoczeniu. Agata Polte w budowaniu fabuły posługuje się wyostrzonymi stereotypami, a czasem wręcz karykaturami. Malwina jest najlepszą uczennicą, jej plan zajęć został zapełniony co do minuty. Dziewczyna stara się spełniać wszystkie wymagania rodziców: każdą wolną chwilę poświęca na naukę, a w przerwach chodzi na przyjęcia do znajomych ojca. Przed obcymi odgrywa rolę idealnej córki: dopasowuje się do narzuconego przez matkę schematu. Jednak w domu jest bezustannie gnębiona i doprowadzana do łez przez despotyczną matkę oraz starszego brata. Wiecznie krytykowana i nieakceptowana przez bliskich dziewczyna próbuje zapracować na choćby śladowe uznanie matki, ale im bardziej się stara, tym więcej przykrości ze strony rodzicielki doznaje. I tu zawodzi pomysł Agaty Polte na kreację nastolatki: każda dziewczyna w wieku Malwiny i z jej doświadczeniami, świadoma w dodatku (jak bohaterka) dziwnej sytuacji w domu, szukałaby pomocy lub zaczęła się buntować. Malwina jest bierna zbyt długo (a uzasadnienie jej postawy niekoniecznie przekona czytelniczki). Katalizatorem zmian staje się Natalia - przeciwieństwo Malwiny. Tu znowu nie wyjaśnia autorka, dlaczego Natalia zaczyna się w ogóle przejmować losem “Panny Idealnej” - dopiero po kilku różnych scenach przekonuje co do przyjaźni. W powieści nie może zabraknąć i perypetii sercowych, więc Agata Polte przywołuje postać Bartka, chłopaka idealnego - który zawsze wie, jak się zachować i co pozwoli nastolatce być sobą. Bartek to uosobienie dziewczęcych marzeń i wzór z pamiętników pensjonarek – kolejna karykatura, chociaż nie na śmieszność przywoływana. Ale z tych przerysowań udaje się autorce stworzyć całkiem niezłą historię. Przedstawia życie w trzech domach – to, co dzieje się u Malwiny znajduje przeciwwagę w domu Białej i u Bartka. Każda rodzina ma swoje problemy, nieszczęścia i dramaty, ale ze wszystkimi kłopotami można sobie poradzić przy wsparciu bliskich. To Biała staje się w tej powieści głosem rozsądku, ale też i prawdziwą przyjaciółką. Agata Polte odchodzi od tematów z powieści pop, zajmuje się poważnymi kwestiami, na które trzeba wyczulić odbiorczynie. Podsuwa opowieść pełną silnych wrażeń, miejscami niepotrzebnie naiwną, a miejscami baśniową zgodnie z konwencją. Chociaż przyczyna akcji leży tu w psychologii postaci, autorka stawia na obyczajówkę. Przypomina czytelniczkom, jak odnaleźć w sobie siłę do walki i jak nie dać się krzywdzić. Przy tych ważnych przesłaniach proponuje atrakcyjną historię. Nastolatki nie dostrzegą tu jednokierunkowości wysiłków w ramach fabuły czy konstruowania postaci, skupią się za to na motywie rodzinnych nieporozumień i wsparcia, jakie mogą zapewnić rówieśnicy.
poniedziałek, 16 lipca 2018
Małgorzata Garkowska: Spotkamy się przypadkiem
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Krzywdy
Jest w tej powieści nadzieja na to, że zły los się w końcu odwróci, a po dramatach i katastrofach przyjdzie czas na prawdziwe szczęście. Ale jest też wiele goryczy i Małgorzata Garkowska do baśniowych rozwiązań podchodzi z dużą dozą nieufności. “Spotkamy się przypadkiem” to zestawienie doświadczeń kilku postaci z różnych pokoleń, różnych domów i różnych tragedii. Joanna jest nauczycielką, która niedawno sprowadziła się do miasteczka. Jeszcze nie zna lokalnych spraw, ale zjednuje sobie ludzi serdecznością i ciepłem. Maria próbuje się podnieść po śmierci męża i córki: od wypadku samochodowego minęło sporo czasu, najwyższa pora zacząć realizować dawne plany o otwarciu pizzerii. Te dwie kobiety spotkają się ze sobą, zresztą wydarzenia z egzystencji kolejnych bohaterów Garkowska szybko i zgrabnie łączy. Przedstawia również przypadek Janka, nastoletniego ucznia Joanny. Janek w domu ma problemy z ojczymem-alkoholikiem, w szkole – z prześladującymi go rówieśnikami. Zresztą w życiu każdego może się wydarzyć coś, co na zawsze zmieni jego losy, Małgorzata Garkowska nie stroni od naprawdę mocnych rozwiązań. Nie boi się mieszać w rzeczywistości, a dzięki temu unika problemu schematyczności, tak charakterystycznego dla dzisiejszych czytadeł dla pań. Garkowska nie zamierza iść na fabularną łatwiznę, przynajmniej w drodze do wyznaczonych celów. Stroni od cukierkowości - i zwłaszcza na początku tomu trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Zanim rozkręci się akcja, autorka wcale nie próbuje przekonać czytelników do swoich bohaterów. Wrzuca wszystkich w codzienność pozbawioną pocieszeń i każe czekać na zmiany. Na szczęście postacie kreatywnie podchodzą do wyzwań, co może być potraktowane jak wskazówki dla czytelniczek – warto sprawdzić, jak radzą sobie z problemami. Jednak zdarza się w “Spotkamy się przypadkiem” i zestaw sytuacji ekstremalnych, w których pomoc przydałaby się znacznie wcześniej i pozwoliła uniknąć kolejnych cierpień. Każdy z bohaterów, bez względu na pokolenie, ma tu swoje powody do zamartwiania się. Jednak nikt nie traci empatii i potrafi pospieszyć z pomocą innym. To element krzepiący wpleciony do obyczajówki osnutej na kanwie powieści psychologicznej i... sensacyjnej. Garkowska nie boi się eksperymentowania, co pozwala jej na nieprzewidywalność w kierunkach rozwoju fabuły (chociaż niekoniecznie w każdym z punktów finału). Kiedy już nabierze pewności siebie w ramach budowania akcji, może zaangażować odbiorczynie w świat postaci – wtedy, nawet jeśli to świat przerysowany, lektura zaczyna przebiegać inaczej.
Dosyć szybko łączy Małgorzata Garkowska poszczególne wątki, nie chce, żeby tworzyły się odrębne przestrzenie: musi przecież pokazać, jak bohaterowie wpływają na siebie nawzajem i do czego jest im potrzebny kontakt z drugim człowiekiem. Tu nikt nie da sobie rady bez innych – ale ci inni również potrzebują wsparcia. Przy takim pomyśle konstrukcyjnym dobrze sobie Garkowska radzi z narracją i rozwijaniem poszczególnych intryg. Sprawia, że chce się śledzić losy bohaterów, mimo że czasami opisy wywołują odruchowy sprzeciw i złość. “Spotkamy się przypadkiem” to odskocznia od ciepłych, serdecznych i naiwnych obyczajówek, próba rozdrażnienia czytelniczek i wyczulenia ich na pewne kwestie możliwe do zaobserwowania w najbliższym otoczeniu. Autorka wyostrza poruszane tematy, żeby zmusić do reakcji - żeby nikt nie pozostał obojętny na krzywdę drugiego człowieka. Jest to zatem obyczajówka z przesłaniem, całkiem ładnie dopracowana.
Krzywdy
Jest w tej powieści nadzieja na to, że zły los się w końcu odwróci, a po dramatach i katastrofach przyjdzie czas na prawdziwe szczęście. Ale jest też wiele goryczy i Małgorzata Garkowska do baśniowych rozwiązań podchodzi z dużą dozą nieufności. “Spotkamy się przypadkiem” to zestawienie doświadczeń kilku postaci z różnych pokoleń, różnych domów i różnych tragedii. Joanna jest nauczycielką, która niedawno sprowadziła się do miasteczka. Jeszcze nie zna lokalnych spraw, ale zjednuje sobie ludzi serdecznością i ciepłem. Maria próbuje się podnieść po śmierci męża i córki: od wypadku samochodowego minęło sporo czasu, najwyższa pora zacząć realizować dawne plany o otwarciu pizzerii. Te dwie kobiety spotkają się ze sobą, zresztą wydarzenia z egzystencji kolejnych bohaterów Garkowska szybko i zgrabnie łączy. Przedstawia również przypadek Janka, nastoletniego ucznia Joanny. Janek w domu ma problemy z ojczymem-alkoholikiem, w szkole – z prześladującymi go rówieśnikami. Zresztą w życiu każdego może się wydarzyć coś, co na zawsze zmieni jego losy, Małgorzata Garkowska nie stroni od naprawdę mocnych rozwiązań. Nie boi się mieszać w rzeczywistości, a dzięki temu unika problemu schematyczności, tak charakterystycznego dla dzisiejszych czytadeł dla pań. Garkowska nie zamierza iść na fabularną łatwiznę, przynajmniej w drodze do wyznaczonych celów. Stroni od cukierkowości - i zwłaszcza na początku tomu trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Zanim rozkręci się akcja, autorka wcale nie próbuje przekonać czytelników do swoich bohaterów. Wrzuca wszystkich w codzienność pozbawioną pocieszeń i każe czekać na zmiany. Na szczęście postacie kreatywnie podchodzą do wyzwań, co może być potraktowane jak wskazówki dla czytelniczek – warto sprawdzić, jak radzą sobie z problemami. Jednak zdarza się w “Spotkamy się przypadkiem” i zestaw sytuacji ekstremalnych, w których pomoc przydałaby się znacznie wcześniej i pozwoliła uniknąć kolejnych cierpień. Każdy z bohaterów, bez względu na pokolenie, ma tu swoje powody do zamartwiania się. Jednak nikt nie traci empatii i potrafi pospieszyć z pomocą innym. To element krzepiący wpleciony do obyczajówki osnutej na kanwie powieści psychologicznej i... sensacyjnej. Garkowska nie boi się eksperymentowania, co pozwala jej na nieprzewidywalność w kierunkach rozwoju fabuły (chociaż niekoniecznie w każdym z punktów finału). Kiedy już nabierze pewności siebie w ramach budowania akcji, może zaangażować odbiorczynie w świat postaci – wtedy, nawet jeśli to świat przerysowany, lektura zaczyna przebiegać inaczej.
Dosyć szybko łączy Małgorzata Garkowska poszczególne wątki, nie chce, żeby tworzyły się odrębne przestrzenie: musi przecież pokazać, jak bohaterowie wpływają na siebie nawzajem i do czego jest im potrzebny kontakt z drugim człowiekiem. Tu nikt nie da sobie rady bez innych – ale ci inni również potrzebują wsparcia. Przy takim pomyśle konstrukcyjnym dobrze sobie Garkowska radzi z narracją i rozwijaniem poszczególnych intryg. Sprawia, że chce się śledzić losy bohaterów, mimo że czasami opisy wywołują odruchowy sprzeciw i złość. “Spotkamy się przypadkiem” to odskocznia od ciepłych, serdecznych i naiwnych obyczajówek, próba rozdrażnienia czytelniczek i wyczulenia ich na pewne kwestie możliwe do zaobserwowania w najbliższym otoczeniu. Autorka wyostrza poruszane tematy, żeby zmusić do reakcji - żeby nikt nie pozostał obojętny na krzywdę drugiego człowieka. Jest to zatem obyczajówka z przesłaniem, całkiem ładnie dopracowana.
sobota, 30 czerwca 2018
Dorota Pasek: Czas gniazdowania
Zysk i S-ka, Poznań 2018.
Zakochanie
Dorota Pasek debiutuje powieściowo „Czasem gniazdowania” i jeśli ktoś lubi proste historie obyczajowo-romansowe, nie zawiedzie się tym tomem. Autorka unika błędów typowych dla debiutantek w tej dziedzinie, prowadzi pełnokrwistą narrację i cały czas pozostaje blisko swoich bohaterów, analizując ich odczucia i przeżycia. Trochę męczy wprawdzie baśniowym rozwiązaniem problemów, ale w sumie od tego są krzepiące obyczajówki, żeby obiecywały, że wszystko się jakoś ułoży i że nie ma takich kryzysów, z których nie byłoby powrotu. Ważniejsze dla czytelniczek będzie sprawne operowanie słowem. Jedno tylko można autorce zarzucić, to jest brak określania podmiotów – ale to akurat w ostatnich latach moda w powieściach obyczajowych: rezygnowanie z podmiotu domyślnego i ustawianie w jego miejsce bohatera rozdziału. Wywołuje to zabawne zbitki tekstowe (dawniej bezlitośnie tępione już na poziomie szkolnych wypracowań), ale ostatecznie daje się znieść jako lekko irytująca, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwa konwencja.
Damsko-męskie relacje są tu naświetlane od samego początku – bohaterowie nie mają dla siebie konkurencji, są niemal skazani na własną obecność i w efekcie od razu wiadomo, że między nimi zaiskrzy. Oboje po przejściach: Grzegorz przyłapał żonę na zdradzie, Sara tuż przed ślubem zobaczyła swojego ukochanego w niedwuznacznej sytuacji z inną kobietą. Teraz spotykają się w jednym z dwóch domów Sary. Grzegorz ma spędzić tu zimę, Sara odchorowuje przeszłość. Nie wchodzą sobie w drogę, nie rozmawiają, nie zwierzają się z sekretów. A jednak trudno im zignorować bliskość przedstawiciela płci przeciwnej, więc romans musi w końcu rozkwitnąć. Kiedy już rozkwitnie, Dorota Pasek odrzuca stereotypy, przynajmniej na chwilę. Chce dostarczyć odbiorczyniom powieść o posmaku erotycznym, a jednocześnie pokazać wstrzemięźliwość bohaterki i jej nieufność w stosunku do mężczyzn. Odrzuca gadatliwość pań jako cechę odstręczającą (Sara dość szybko wyłącza się przy niekończących się monologach jej siostry, Ewy – to podkreślanie w narracji gadulstwa jako wady wydaje się na tyle uporczywe, jakby autorka chciała się z kimś rozprawić w niemal satyrycznym obrazku). Unika też Pasek wejścia w rozkwit pięknego uczucia: bohaterów łączy seks, ale niekoniecznie miłość. Przynajmniej wszystko na to musi wskazywać.
Chociaż najpierw autorka kreśli sytuację Grzegorza, to opowieść o Sarze zaprząta ją bardziej. W wypadku tej bohaterki czytelniczki otrzymują wgląd w uczucia i przemyślenia, w reakcje i drobne gesty, które Sara po swojemu interpretuje. Co ciekawe, Dorota Pasek jest w stanie przekonująco prezentować nie tylko rozkwit pozytywnych i pożądanych uczuć i emocji, ale również całą paletę negatywnych odczuć, po bezbrzeżną rozpacz. Jest w tym może trochę przegadana, ale szczera – i dzięki temu przyciągnie uwagę czytelniczek. W samej fabule nie może dziać się zbyt dużo, skoro nacisk kładzie się na rozwój interpersonalnych kontaktów dwóch osób zamkniętych w jednym domu. Po tę powieść jednak sięgnąć mają fanki obyczajówek i romansów, czyli – przygotowane na historię miłosną. W tej Dorota Pasek ma coś do powiedzenia. Pisze ta autorka szczegółowo, ale też całkiem nieźle, nie zamęcza powtarzaniem oczywistości, stara się zrozumieć bohaterów. Przedstawia rzetelną relację i jest w tym na tyle skuteczna, że chce się sprawdzić, co zaoferuje odbiorczyniom w dalszej kolejności. Nie każdemu udaje się tak zaistnieć na rynku – i chociaż Dorota Pasek przełomową autorką nie jest, dostarcza lektury porządnie stworzonej.
Zakochanie
Dorota Pasek debiutuje powieściowo „Czasem gniazdowania” i jeśli ktoś lubi proste historie obyczajowo-romansowe, nie zawiedzie się tym tomem. Autorka unika błędów typowych dla debiutantek w tej dziedzinie, prowadzi pełnokrwistą narrację i cały czas pozostaje blisko swoich bohaterów, analizując ich odczucia i przeżycia. Trochę męczy wprawdzie baśniowym rozwiązaniem problemów, ale w sumie od tego są krzepiące obyczajówki, żeby obiecywały, że wszystko się jakoś ułoży i że nie ma takich kryzysów, z których nie byłoby powrotu. Ważniejsze dla czytelniczek będzie sprawne operowanie słowem. Jedno tylko można autorce zarzucić, to jest brak określania podmiotów – ale to akurat w ostatnich latach moda w powieściach obyczajowych: rezygnowanie z podmiotu domyślnego i ustawianie w jego miejsce bohatera rozdziału. Wywołuje to zabawne zbitki tekstowe (dawniej bezlitośnie tępione już na poziomie szkolnych wypracowań), ale ostatecznie daje się znieść jako lekko irytująca, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwa konwencja.
Damsko-męskie relacje są tu naświetlane od samego początku – bohaterowie nie mają dla siebie konkurencji, są niemal skazani na własną obecność i w efekcie od razu wiadomo, że między nimi zaiskrzy. Oboje po przejściach: Grzegorz przyłapał żonę na zdradzie, Sara tuż przed ślubem zobaczyła swojego ukochanego w niedwuznacznej sytuacji z inną kobietą. Teraz spotykają się w jednym z dwóch domów Sary. Grzegorz ma spędzić tu zimę, Sara odchorowuje przeszłość. Nie wchodzą sobie w drogę, nie rozmawiają, nie zwierzają się z sekretów. A jednak trudno im zignorować bliskość przedstawiciela płci przeciwnej, więc romans musi w końcu rozkwitnąć. Kiedy już rozkwitnie, Dorota Pasek odrzuca stereotypy, przynajmniej na chwilę. Chce dostarczyć odbiorczyniom powieść o posmaku erotycznym, a jednocześnie pokazać wstrzemięźliwość bohaterki i jej nieufność w stosunku do mężczyzn. Odrzuca gadatliwość pań jako cechę odstręczającą (Sara dość szybko wyłącza się przy niekończących się monologach jej siostry, Ewy – to podkreślanie w narracji gadulstwa jako wady wydaje się na tyle uporczywe, jakby autorka chciała się z kimś rozprawić w niemal satyrycznym obrazku). Unika też Pasek wejścia w rozkwit pięknego uczucia: bohaterów łączy seks, ale niekoniecznie miłość. Przynajmniej wszystko na to musi wskazywać.
Chociaż najpierw autorka kreśli sytuację Grzegorza, to opowieść o Sarze zaprząta ją bardziej. W wypadku tej bohaterki czytelniczki otrzymują wgląd w uczucia i przemyślenia, w reakcje i drobne gesty, które Sara po swojemu interpretuje. Co ciekawe, Dorota Pasek jest w stanie przekonująco prezentować nie tylko rozkwit pozytywnych i pożądanych uczuć i emocji, ale również całą paletę negatywnych odczuć, po bezbrzeżną rozpacz. Jest w tym może trochę przegadana, ale szczera – i dzięki temu przyciągnie uwagę czytelniczek. W samej fabule nie może dziać się zbyt dużo, skoro nacisk kładzie się na rozwój interpersonalnych kontaktów dwóch osób zamkniętych w jednym domu. Po tę powieść jednak sięgnąć mają fanki obyczajówek i romansów, czyli – przygotowane na historię miłosną. W tej Dorota Pasek ma coś do powiedzenia. Pisze ta autorka szczegółowo, ale też całkiem nieźle, nie zamęcza powtarzaniem oczywistości, stara się zrozumieć bohaterów. Przedstawia rzetelną relację i jest w tym na tyle skuteczna, że chce się sprawdzić, co zaoferuje odbiorczyniom w dalszej kolejności. Nie każdemu udaje się tak zaistnieć na rynku – i chociaż Dorota Pasek przełomową autorką nie jest, dostarcza lektury porządnie stworzonej.
czwartek, 16 lutego 2017
Monika B. Janowska: Połknąć żabę
Zysk i S-ka, Poznań 2017.
Bez facetów
Monika B. Janowska sięga trochę do stylu pisania Joanny Chmielewskiej, a teraz i do Olgi Rudnickiej, chociaż mocno go upraszcza. Proponuje czytelniczkom obyczajówkę o lekkim posmaku kryminalnym, pogodną i rozśmieszającą. „Połknąć żabę” to historia Pauliny, która próbuje ułożyć sobie życie bez mężczyzn. Głosi feministyczne hasła i deklaruje niechęć do angażowania się w nowe związki. Trzy lata temu rozstała się z drugim mężem i teraz stara się żyć po swojemu, już bez uczuciowych komplikacji. Kiedy osiąga emocjonalna stabilizację (przynajmniej jeśli chodzi o sprawy sercowe), dowiaduje się, że… były mąż popełnił samobójstwo. Paulina na tyle poznała swojego eks, by wiedzieć, że to do niego niepodobne – i zamierza rozwiązać tajemnicę, zwłaszcza że otrzymuje w spadku pewną – dziwną – księgę. Bohaterce w amatorskim śledztwie pomagają szalona szwagierka i bratanica, która lada moment ma wyjść za mąż i zadręcza rodzinę przygotowaniami do idealnej uroczystości.
Paulina szuka wyjaśnień śmierci byłego męża i dowiaduje się coraz więcej mimo śledztwa prowadzonego na przekór zdrowemu rozsądkowi. Bez przerwy wpada w tarapaty – z poważniejszych opresji oczywistych dla czytelników już w momencie pojawiania się intencji – ratują ją rozsądniejsi bliscy. Chociaż bohaterka deklaruje niechęć do mężczyzn, pojawia się tu przystojny policjant. Wiadomo, jak potoczy się akcja – autorka trzyma się konwencji i zapewnia swoim odbiorczyniom dokładnie to, czego się spodziewają. Nic złego nie może się stać Paulinie – bo zbyt wielu przyjaciół nad nią czuwa. W związku z tym kobieta może bezkarnie popełniać kolejne głupstwa, które następnie staną się podstawą komizmu w tej powieści. „Połknąć żabę” to lektura rozrywkowa, przewidywalna, ale i lekka w tonie.
Janowska stawia na bogatą galerię postaci wokół bohaterki. Paulina w swojej charakterystyce ma zwycięską walkę z rakiem piersi i… skłonność do bałaganienia w nieużywanym pokoju gościnnym. Jej ojciec to król sanatoriów, bez przerwy zmienia partnerki, a czasami w ogóle adoruje dwie jednocześnie. Bratanica stworzona została na oczywistej przesadzie – nie istnieje dla niej żaden temat poza ślubem. Sięga autorka po zabiegi rodem z komedii slapstickowych, po wyolbrzymienia i przebieranki, po komizm sytuacyjny i rozmaite wpadki, zbiegi okoliczności i przeszkody na drodze do szczęścia. Mimo przekroczenia czterdziestki (dawno!) i sporego bagażu doświadczeń, Paulina jest wciąż naiwna. Budzi sympatię, ale nie wyróżnia się specjalnie spośród innych bohaterek czytadeł. Śledztwo w wykonaniu Pauliny to korowód pomyłek – ale przecież nie o rozwiązanie sprawy tu chodzi, kryminał ma tylko nadać smaku romansowi. Bohaterka we własnym mniemaniu twardo stąpa po ziemi, inaczej jest jednak z jej oceną z zewnątrz. Ale na tym zasadza się pomysł na rozśmieszanie odbiorczyń. „Połknąć żabę” nie może pozostawać zbyt blisko zwyczajnego życia – żeby nie przypominać o trudnych chwilach. Monika B. Janowska stara się bawić.
Pisze ta autorka momentami w sposób zbyt kwiecisty (ujawnia się to przede wszystkim w dialogach, które przez to tracą nieco na autentyczności. Trudno jednak w pierwszoosobowej narracji tak wyważyć proporcje między literackością i potocyzmami, żeby kreacja bohaterki wypadała wiarygodnie. Janowska unika większych zgrzytów. „Połknąć żabę” składa się z krótkich rozdziałów, co jeszcze podsyca wrażenie szybkiego tempa akcji. Janowska wprawdzie daje się uwieść opisowości, ale też za każdym razem prowadzi odbiorczynie do ciekawego zdarzenia czy punktu zwrotnego w intrydze. To nieskomplikowane czytadło napisane z humorem i wyobraźnią w konstruowaniu postaci – a to wystarczy, żeby cieszyć się lekturą bez przeszkód.
Bez facetów
Monika B. Janowska sięga trochę do stylu pisania Joanny Chmielewskiej, a teraz i do Olgi Rudnickiej, chociaż mocno go upraszcza. Proponuje czytelniczkom obyczajówkę o lekkim posmaku kryminalnym, pogodną i rozśmieszającą. „Połknąć żabę” to historia Pauliny, która próbuje ułożyć sobie życie bez mężczyzn. Głosi feministyczne hasła i deklaruje niechęć do angażowania się w nowe związki. Trzy lata temu rozstała się z drugim mężem i teraz stara się żyć po swojemu, już bez uczuciowych komplikacji. Kiedy osiąga emocjonalna stabilizację (przynajmniej jeśli chodzi o sprawy sercowe), dowiaduje się, że… były mąż popełnił samobójstwo. Paulina na tyle poznała swojego eks, by wiedzieć, że to do niego niepodobne – i zamierza rozwiązać tajemnicę, zwłaszcza że otrzymuje w spadku pewną – dziwną – księgę. Bohaterce w amatorskim śledztwie pomagają szalona szwagierka i bratanica, która lada moment ma wyjść za mąż i zadręcza rodzinę przygotowaniami do idealnej uroczystości.
Paulina szuka wyjaśnień śmierci byłego męża i dowiaduje się coraz więcej mimo śledztwa prowadzonego na przekór zdrowemu rozsądkowi. Bez przerwy wpada w tarapaty – z poważniejszych opresji oczywistych dla czytelników już w momencie pojawiania się intencji – ratują ją rozsądniejsi bliscy. Chociaż bohaterka deklaruje niechęć do mężczyzn, pojawia się tu przystojny policjant. Wiadomo, jak potoczy się akcja – autorka trzyma się konwencji i zapewnia swoim odbiorczyniom dokładnie to, czego się spodziewają. Nic złego nie może się stać Paulinie – bo zbyt wielu przyjaciół nad nią czuwa. W związku z tym kobieta może bezkarnie popełniać kolejne głupstwa, które następnie staną się podstawą komizmu w tej powieści. „Połknąć żabę” to lektura rozrywkowa, przewidywalna, ale i lekka w tonie.
Janowska stawia na bogatą galerię postaci wokół bohaterki. Paulina w swojej charakterystyce ma zwycięską walkę z rakiem piersi i… skłonność do bałaganienia w nieużywanym pokoju gościnnym. Jej ojciec to król sanatoriów, bez przerwy zmienia partnerki, a czasami w ogóle adoruje dwie jednocześnie. Bratanica stworzona została na oczywistej przesadzie – nie istnieje dla niej żaden temat poza ślubem. Sięga autorka po zabiegi rodem z komedii slapstickowych, po wyolbrzymienia i przebieranki, po komizm sytuacyjny i rozmaite wpadki, zbiegi okoliczności i przeszkody na drodze do szczęścia. Mimo przekroczenia czterdziestki (dawno!) i sporego bagażu doświadczeń, Paulina jest wciąż naiwna. Budzi sympatię, ale nie wyróżnia się specjalnie spośród innych bohaterek czytadeł. Śledztwo w wykonaniu Pauliny to korowód pomyłek – ale przecież nie o rozwiązanie sprawy tu chodzi, kryminał ma tylko nadać smaku romansowi. Bohaterka we własnym mniemaniu twardo stąpa po ziemi, inaczej jest jednak z jej oceną z zewnątrz. Ale na tym zasadza się pomysł na rozśmieszanie odbiorczyń. „Połknąć żabę” nie może pozostawać zbyt blisko zwyczajnego życia – żeby nie przypominać o trudnych chwilach. Monika B. Janowska stara się bawić.
Pisze ta autorka momentami w sposób zbyt kwiecisty (ujawnia się to przede wszystkim w dialogach, które przez to tracą nieco na autentyczności. Trudno jednak w pierwszoosobowej narracji tak wyważyć proporcje między literackością i potocyzmami, żeby kreacja bohaterki wypadała wiarygodnie. Janowska unika większych zgrzytów. „Połknąć żabę” składa się z krótkich rozdziałów, co jeszcze podsyca wrażenie szybkiego tempa akcji. Janowska wprawdzie daje się uwieść opisowości, ale też za każdym razem prowadzi odbiorczynie do ciekawego zdarzenia czy punktu zwrotnego w intrydze. To nieskomplikowane czytadło napisane z humorem i wyobraźnią w konstruowaniu postaci – a to wystarczy, żeby cieszyć się lekturą bez przeszkód.
poniedziałek, 23 stycznia 2017
Peter Ackroyd: Alfred Hitchcock
Zysk i S-ka, Poznań 2017.
Konkret
Alfred Hitchcock się bał. Rozmaite lęki i fobie czasem niezrozumiałe dla zwykłych ludzi przenosił później do filmów jako zaplanowany efekt panowania nad widzami. Peter Ackroyd przygotowuje biografię, w której bez rozwlekłości zaprezentuje dokonania reżysera – i jego wizję twórczą. „Alfred Hitchcock” to znakomity przypis do serii przypominanych od czasu do czasu filmów, a i przewodnik po historii ich powstawania. Sam Hitchcock, dziś symboli filmów grozy oraz suspensu, nie nadaje się właściwie na obiekt zainteresowania mediów, przynajmniej jeśli brać pod uwagę jego życie prywatne. Jedna żona, z którą łączy go raczej szczera przyjaźń niż namiętność, brak kochanek, specyficzna „zniewieściałość” i niechęć do angażowania się w skandale (czy do aranżowania ich dla uzyskania rozgłosu). Dopiero z czasem, kiedy bohater tomu nabiera pewności siebie i zyskuje uznanie w oczach swoich fanów, zaczyna dopuszczać do codzienności ekscentryczne zachowania. Ackroyd sprawdza, jak Hitchcock traktował na planie swoje gwiazdy – jak postępował z aktorkami, by wydobyć przed kamerą potrzebne mu napięcie. To dość ciekawy motyw, element tajników warsztatu, właściwie nie do pomyślenia obecnie. Jednak w kształtowaniu wizerunku ekscentryka to zbyt mało. Ale też Ackroyd ma inne tematy do budowania opowieści.
„Alfred Hitchcock” to książka, w której życie prywatne reżysera stanowi stałe – i nienachalne – tło, pozbawione jednak sensacyjności. Dla autora biografii ważniejsze są, wyjątkowo, dokonania zawodowe. Powodem, dla którego po ten tom się sięga, w pierwszej kolejności będzie umiejętne kreślenie pomysłów twórczych i samej „techniki” tworzenia. Autor odwołuje się do uwag dla aktorów (to, co na ekranie fascynujące lub tajemnicze mogło być efektem wcielenia w życie zwykłej uwagi o ruchu głową czy geście w odpowiednim kierunku), operatorów kamery czy oświetleniowców. Pokazuje, jak ziszczała się wizja reżyserska, ale też na co Hitchcock zwracał uwagę w trakcie pracy. Zajmuje się wyborami na poziomie koloru lub filmu w czerni i bieli (kiedy krew na ekranie wygląda bardziej groźnie, ale i kiedy będzie zbyt dużym szokiem). Co ważne, Hitchcock w swoje założenia wpisuje nawet widzów – przygotowuje specjalne umowy dotyczące kinowych projekcji. Dba o czystość przekazu i o emocje, nie o efekty specjalne, oferowane choćby przez „kino 3D”. Jest artystą w każdym etapie przygotowywania dzieła. I ten motyw – tworzenie filmów, które przejdą do historii kina, Ackroyd najbardziej w książce uwypukla. Pomaga zrozumieć, jak działa wielki umysł, podaje też szereg liczb – choćby dni zdjęciowych (i przełożenia czasu nagrań na czas filmowy). Po kolei odwołuje się do powstających obrazów, każdy traktując z osobna, jako pracę, nad którą warto się zatrzymać. W ten sposób może jeszcze raz nakłonić do obejrzenia dzieł – pod innym kątem, już z wiedzą na temat ich historii i reżyserskich zamysłów.
Peter Ackroyd stawia na historię dosyć dynamiczną. Wprawdzie nie fabularyzuje opowieści i trzyma się wyznaczników gatunkowych, ale dba o tempo relacji. Od czasu do czasu wzbogaca historię bezpośrednimi cytatami, zapewniając odbiorcom wrażenie uczestniczenia w pracy na planie. Nie stara się natomiast rozbudowywać książki literacko. Tu najbardziej cenione są konkrety i wiadomości powiązane z procesem filmowania. Ackroyd obraz Hitchcocka tworzy z kilku wyrazistych elementów, pośród których najbardziej wyróżnia się podejście do zawodu. W działaniach reżysera nie ma śladu natchnienia czy wizjonerstwa, jest za to wysoka świadomość metod, którymi można osiągnąć założony cel. A skoro nie ma przypadków u Hitchcocka, to i w jego biografii wszystko musi zostać odpowiednio umotywowane. Ackroyd to gwarant udanej narracji – dla tych, którzy cenią sobie konkret.
Konkret
Alfred Hitchcock się bał. Rozmaite lęki i fobie czasem niezrozumiałe dla zwykłych ludzi przenosił później do filmów jako zaplanowany efekt panowania nad widzami. Peter Ackroyd przygotowuje biografię, w której bez rozwlekłości zaprezentuje dokonania reżysera – i jego wizję twórczą. „Alfred Hitchcock” to znakomity przypis do serii przypominanych od czasu do czasu filmów, a i przewodnik po historii ich powstawania. Sam Hitchcock, dziś symboli filmów grozy oraz suspensu, nie nadaje się właściwie na obiekt zainteresowania mediów, przynajmniej jeśli brać pod uwagę jego życie prywatne. Jedna żona, z którą łączy go raczej szczera przyjaźń niż namiętność, brak kochanek, specyficzna „zniewieściałość” i niechęć do angażowania się w skandale (czy do aranżowania ich dla uzyskania rozgłosu). Dopiero z czasem, kiedy bohater tomu nabiera pewności siebie i zyskuje uznanie w oczach swoich fanów, zaczyna dopuszczać do codzienności ekscentryczne zachowania. Ackroyd sprawdza, jak Hitchcock traktował na planie swoje gwiazdy – jak postępował z aktorkami, by wydobyć przed kamerą potrzebne mu napięcie. To dość ciekawy motyw, element tajników warsztatu, właściwie nie do pomyślenia obecnie. Jednak w kształtowaniu wizerunku ekscentryka to zbyt mało. Ale też Ackroyd ma inne tematy do budowania opowieści.
„Alfred Hitchcock” to książka, w której życie prywatne reżysera stanowi stałe – i nienachalne – tło, pozbawione jednak sensacyjności. Dla autora biografii ważniejsze są, wyjątkowo, dokonania zawodowe. Powodem, dla którego po ten tom się sięga, w pierwszej kolejności będzie umiejętne kreślenie pomysłów twórczych i samej „techniki” tworzenia. Autor odwołuje się do uwag dla aktorów (to, co na ekranie fascynujące lub tajemnicze mogło być efektem wcielenia w życie zwykłej uwagi o ruchu głową czy geście w odpowiednim kierunku), operatorów kamery czy oświetleniowców. Pokazuje, jak ziszczała się wizja reżyserska, ale też na co Hitchcock zwracał uwagę w trakcie pracy. Zajmuje się wyborami na poziomie koloru lub filmu w czerni i bieli (kiedy krew na ekranie wygląda bardziej groźnie, ale i kiedy będzie zbyt dużym szokiem). Co ważne, Hitchcock w swoje założenia wpisuje nawet widzów – przygotowuje specjalne umowy dotyczące kinowych projekcji. Dba o czystość przekazu i o emocje, nie o efekty specjalne, oferowane choćby przez „kino 3D”. Jest artystą w każdym etapie przygotowywania dzieła. I ten motyw – tworzenie filmów, które przejdą do historii kina, Ackroyd najbardziej w książce uwypukla. Pomaga zrozumieć, jak działa wielki umysł, podaje też szereg liczb – choćby dni zdjęciowych (i przełożenia czasu nagrań na czas filmowy). Po kolei odwołuje się do powstających obrazów, każdy traktując z osobna, jako pracę, nad którą warto się zatrzymać. W ten sposób może jeszcze raz nakłonić do obejrzenia dzieł – pod innym kątem, już z wiedzą na temat ich historii i reżyserskich zamysłów.
Peter Ackroyd stawia na historię dosyć dynamiczną. Wprawdzie nie fabularyzuje opowieści i trzyma się wyznaczników gatunkowych, ale dba o tempo relacji. Od czasu do czasu wzbogaca historię bezpośrednimi cytatami, zapewniając odbiorcom wrażenie uczestniczenia w pracy na planie. Nie stara się natomiast rozbudowywać książki literacko. Tu najbardziej cenione są konkrety i wiadomości powiązane z procesem filmowania. Ackroyd obraz Hitchcocka tworzy z kilku wyrazistych elementów, pośród których najbardziej wyróżnia się podejście do zawodu. W działaniach reżysera nie ma śladu natchnienia czy wizjonerstwa, jest za to wysoka świadomość metod, którymi można osiągnąć założony cel. A skoro nie ma przypadków u Hitchcocka, to i w jego biografii wszystko musi zostać odpowiednio umotywowane. Ackroyd to gwarant udanej narracji – dla tych, którzy cenią sobie konkret.
środa, 18 stycznia 2017
Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką: Zegarmistrz światła
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Porządek rzeczy
Tadeusz Woźniak ma do opowiedzenia wiele, nie tylko w związku ze swoimi muzycznymi pasjami, ale i z rodziną. Wywiad-rzeka (który po prostu musiał zostać zatytułowany od najsłynniejszego przeboju, „Zegarmistrz światła”), pokazuje te wiadomości, które słuchacze i fani z pewnością znają, na przykład z koncertów, jak i fakty mniej popularne. Tadeusz Woźniak prezentuje swoje życie oraz muzyczną karierę w krótkich, migawkowych rozmowach. Wystarczy, żeby zaproponować szybki przegląd najciekawszych wydarzeń i dokonań, chociaż wiąże się taka skrótowość z brakiem pogłębianych analiz. Artysta nie szuka zbyt długo w pamięci tego, co ulotne, nie zajmuje się też szperaniem w archiwach – pokazuje czytelnikom przeszłość w kształcie, w jakim ją tu i teraz pamięta. To oznacza częściowe ograniczenie anegdot i życiorysowych pozaencyklopedycznych historyjek, ale też Woźniak nie pozuje na gawędziarza. Sam decyduje o tym, co trafi do wiadomości odbiorców, sam też nadaje tempo rozmowom. Wydaje się, że Witold Górka jest tu zbędnym dodatkiem, kimś, kto tylko uzasadnia przejścia między tematami, ale nie steruje rozmową. To słuchacz idealny w tym sensie, że nie wtrąca się w wywody, nie przerywa, pozwala muzykowi skomentować każdy kolejny etap życiorysu, nie szuka też tanich sensacji.
Oczywiście w pierwszej kolejności książka trafi do fanów artysty. Niezależnie jednak od jej wyjściowego przeznaczenia kierowana jest do wszystkich zainteresowanych miejscem muzyka na dzisiejszym „rynku”. Tadeusz Woźniak znany jest wszystkim, bez względu na audiofilskie preferencje, jako twórca kilku evergreenów, które tu będą dość często powracać w roli punktu odniesienia. Opowiada o własnych poszukiwaniach twórczych na początku kariery – pierwszych zespołach i instrumentach, pseudonimie scenicznym (rzekomo koniecznym dla odróżnienia od innego piosenkarza). Ale ta historia ma niespodziewany dalszy ciąg – po solowych płytach z lat 70. następuje bowiem przejście do innego nurtu. Tadeusz Woźniak rozpoczyna bardzo owocną współpracę z teatrami. Nie przyniesie mu to tak wielkiej popularności czy rozpoznawalności jak przeboje, ale jest inspirującym wyzwaniem, którego warto się podjąć. To ciekawy rozdział – przegląd twórczych możliwości i wskazanie odbiorcom płaszczyzn realizacji dla dzisiejszego artysty – artysty w obecnym świecie. Dalej jest też mowa o muzyce do seriali telewizyjnych. W końcu Tadeusz Woźniak powraca do koncertowania, także rodzinnego. Przewijają się przez tę część rozmów żona, Jola Majchrzak, oraz syn, Piotr Woźniak, znany fanom muzyki z krainy łagodności. To stopniowe przechodzenie od radości wspólnego muzykowania do opowieści bardzo prywatnej, o Filipie. Filip urodził się (ponad dwie dekady temu) z zespołem Downa. Tadeusz Woźniak opowiada więc o mądrym wychowywaniu niepełnosprawnego dziecka, o wyzwaniach, z jakimi musiała się mierzyć cała rodzina (między innymi związanych ze szkołami), a i o pasjach Filipa. Przytacza zabawne koncertowe anegdoty i pomysły syna, jednocześnie dając odbiorcom cenną lekcję, jak traktować dzieci z zespołem Downa. Można by w ogóle sądzić, że to prawdziwy powód wydania książki – gdy by nie poprzedzała go spora podróż w przeszłość muzyczną.
Tadeusz Woźniak przedstawi tu sylwetkę Bohdana Chorążuka, opowie o scenicznych przyjaźniach, koncepcji strojów, o tworzeniu i o bliskich. Chociaż kolejne rozmowy-rozdziały są boleśnie krótkie, to jednak artysta wstrzelił się w rynkowe trendy i zaprezentował siebie tak, jak chciałby być postrzegany przez fanów. W „Zegarmistrzu światła” pojawia się bardzo dużo zdjęć (i z koncertów, i z prywatnego archiwum). Trochę brakuje kalendarium czy pełnej dyskografii (dość zachowawczo przy wyliczeniach na końcu tomu pojawia się słowo „wybór”), ale pasuje to do charakteru książki.
Porządek rzeczy
Tadeusz Woźniak ma do opowiedzenia wiele, nie tylko w związku ze swoimi muzycznymi pasjami, ale i z rodziną. Wywiad-rzeka (który po prostu musiał zostać zatytułowany od najsłynniejszego przeboju, „Zegarmistrz światła”), pokazuje te wiadomości, które słuchacze i fani z pewnością znają, na przykład z koncertów, jak i fakty mniej popularne. Tadeusz Woźniak prezentuje swoje życie oraz muzyczną karierę w krótkich, migawkowych rozmowach. Wystarczy, żeby zaproponować szybki przegląd najciekawszych wydarzeń i dokonań, chociaż wiąże się taka skrótowość z brakiem pogłębianych analiz. Artysta nie szuka zbyt długo w pamięci tego, co ulotne, nie zajmuje się też szperaniem w archiwach – pokazuje czytelnikom przeszłość w kształcie, w jakim ją tu i teraz pamięta. To oznacza częściowe ograniczenie anegdot i życiorysowych pozaencyklopedycznych historyjek, ale też Woźniak nie pozuje na gawędziarza. Sam decyduje o tym, co trafi do wiadomości odbiorców, sam też nadaje tempo rozmowom. Wydaje się, że Witold Górka jest tu zbędnym dodatkiem, kimś, kto tylko uzasadnia przejścia między tematami, ale nie steruje rozmową. To słuchacz idealny w tym sensie, że nie wtrąca się w wywody, nie przerywa, pozwala muzykowi skomentować każdy kolejny etap życiorysu, nie szuka też tanich sensacji.
Oczywiście w pierwszej kolejności książka trafi do fanów artysty. Niezależnie jednak od jej wyjściowego przeznaczenia kierowana jest do wszystkich zainteresowanych miejscem muzyka na dzisiejszym „rynku”. Tadeusz Woźniak znany jest wszystkim, bez względu na audiofilskie preferencje, jako twórca kilku evergreenów, które tu będą dość często powracać w roli punktu odniesienia. Opowiada o własnych poszukiwaniach twórczych na początku kariery – pierwszych zespołach i instrumentach, pseudonimie scenicznym (rzekomo koniecznym dla odróżnienia od innego piosenkarza). Ale ta historia ma niespodziewany dalszy ciąg – po solowych płytach z lat 70. następuje bowiem przejście do innego nurtu. Tadeusz Woźniak rozpoczyna bardzo owocną współpracę z teatrami. Nie przyniesie mu to tak wielkiej popularności czy rozpoznawalności jak przeboje, ale jest inspirującym wyzwaniem, którego warto się podjąć. To ciekawy rozdział – przegląd twórczych możliwości i wskazanie odbiorcom płaszczyzn realizacji dla dzisiejszego artysty – artysty w obecnym świecie. Dalej jest też mowa o muzyce do seriali telewizyjnych. W końcu Tadeusz Woźniak powraca do koncertowania, także rodzinnego. Przewijają się przez tę część rozmów żona, Jola Majchrzak, oraz syn, Piotr Woźniak, znany fanom muzyki z krainy łagodności. To stopniowe przechodzenie od radości wspólnego muzykowania do opowieści bardzo prywatnej, o Filipie. Filip urodził się (ponad dwie dekady temu) z zespołem Downa. Tadeusz Woźniak opowiada więc o mądrym wychowywaniu niepełnosprawnego dziecka, o wyzwaniach, z jakimi musiała się mierzyć cała rodzina (między innymi związanych ze szkołami), a i o pasjach Filipa. Przytacza zabawne koncertowe anegdoty i pomysły syna, jednocześnie dając odbiorcom cenną lekcję, jak traktować dzieci z zespołem Downa. Można by w ogóle sądzić, że to prawdziwy powód wydania książki – gdy by nie poprzedzała go spora podróż w przeszłość muzyczną.
Tadeusz Woźniak przedstawi tu sylwetkę Bohdana Chorążuka, opowie o scenicznych przyjaźniach, koncepcji strojów, o tworzeniu i o bliskich. Chociaż kolejne rozmowy-rozdziały są boleśnie krótkie, to jednak artysta wstrzelił się w rynkowe trendy i zaprezentował siebie tak, jak chciałby być postrzegany przez fanów. W „Zegarmistrzu światła” pojawia się bardzo dużo zdjęć (i z koncertów, i z prywatnego archiwum). Trochę brakuje kalendarium czy pełnej dyskografii (dość zachowawczo przy wyliczeniach na końcu tomu pojawia się słowo „wybór”), ale pasuje to do charakteru książki.
czwartek, 29 grudnia 2016
WIktor Zawada: Wielka wojna z czarną flagą
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Wojna młodych
Tematy wojenne w literaturze dla najmłodszych są zawsze trudne do zrealizowania – autorzy muszą najpierw znaleźć odpowiednią poetykę, wybrać sposób mówienia o okrutnej rzeczywistości – od tego zależy później zakres poruszanych kwestii, a i wpływ na młodych czytelników. W „Wielkiej wojnie z czarną flagą” Wiktor Zawada odnosi się bezpośrednio do świata dzieci i sprawdza, jak czas okupacji wpływa na najmłodsze pokolenie. Kaktusy z Zielonej ulicy to grupa przyjaciół, dawniej skupionych w drużynie harcerskiej. Te dzieci przyciągają przygody – ale bohaterowie mają też silnie wpojone kodeksy wartości, przekonania, co jest dobre, a czego należy się wystrzegać. Grupa honorowych chłopaków (i siostra jednego z nich) wie, że zabawa się skończyła. Ale w czasie wojny też potrzebna jest namiastka normalności – to, co dawniej mogło przynieść harcerstwo, teraz zamienia się w nielegalną – i niebezpieczną – rozrywkę, traktowaną bardzo serio.
Komplikacje w największym stopniu dotykają Romka Modraka. Jego ojciec postanawia – dla ochrony własnego interesu – opowiedzieć się po stronie Niemców. Romek ma wstąpić do Hitlerjugend, co oznacza sprzeniewierzenie się dawnym ideałom, a i zwrócenie przeciwko kolegom z podwórka. Zwłaszcza że w pierwszej akcji bierze udział w zrabowaniu butów tacie kolegi. Romek to postać o słabej psychice, ale nawet gdyby chciał, nie da rady przeciwstawić się ani ojcu, ani diabolicznemu przywódcy oddziału HJ. Zmuszany do coraz to nowych podłości wobec dawnych „swoich” przeżywa coraz głębszy kryzys.
Kaktusy to ekipa, której trudno nie polubić. Mają swoje wady i czasami bywają nieznośni, ale w tej powieści muszą budzić sympatię. Są sprytni, honorowi i waleczni, odważni i skłonni do wielkich czynów – ale też momentami niefrasobliwi, nie chcą myśleć o dalekosiężnych konsekwencjach wybryków. Przeżywają w pierwszej kolejności wielką przygodę, jak kontynuację harcerskich zabaw. Na własną rękę próbują wymierzać sprawiedliwość i „walczyć” swoimi – skromnymi – środkami. Czarna flaga, czyli oddział Hitlerjugend, to dla nich najlepszy przeciwnik – budzący lęk, ale i zapewniający kolejne wyzwania. Wojenna akcja pozostaje tu bardzo często zawężona do ulicy Zielonej i do starć między grupami chłopaków. Stopniowo dziecięce wybryki zaczynają jednak wybrzmiewać coraz bardziej poważnie. Autor wprowadza walkę na śmierć i życie. I tym „Wielka wojna z czarną flagą” będzie się odróżniać od awanturniczych przygodówek. Tu nie ma taryfy ulgowej, a nawet świadomość, jak być powinno, nie pomoże. Okrucieństwo wojny widać nawet w mikroświecie dzieci.
Wiktor Zawada czytany dzisiaj wybrzmiewa w warstwie tekstu trochę archaicznie. Slang z dialogów, kiedyś dość rzetelnie oddających realia podwórkowych przekomarzanek, obecnie wypada jak klasyczna literatura. Młodzi odbiorcy nie będą mieli problemu ze zrozumieniem treści – ale już z przekonaniem się do kreacji językowych postaci raczej tak. Dzięki warstwie stylistycznej Zawada od razu wtrąca odbiorców w realny kontekst opowieści – wypada bardziej prawdziwie niż autorzy, którzy wojnę chcą przedstawiać w fabułach z dzisiejszej perspektywy. „Wielka wojna z czarną flagą” staje się wówczas rodzajem świadectwa czasów (i zwyczajów). Odmienność językowa zapewnia egzotykę, ale jest też czynnikiem nieco osłabiającym najbardziej dramatyczne punkty książki. Wiktor Zawada w obszernym tekście zajął się wieloma wojennymi tematami z perspektywy kształtowania się młodych charakterów. Chociaż młodych czytelników zainteresuje przede wszystkim akcja, sfera psychologiczna jest tu również bardzo istotna.
Wojna młodych
Tematy wojenne w literaturze dla najmłodszych są zawsze trudne do zrealizowania – autorzy muszą najpierw znaleźć odpowiednią poetykę, wybrać sposób mówienia o okrutnej rzeczywistości – od tego zależy później zakres poruszanych kwestii, a i wpływ na młodych czytelników. W „Wielkiej wojnie z czarną flagą” Wiktor Zawada odnosi się bezpośrednio do świata dzieci i sprawdza, jak czas okupacji wpływa na najmłodsze pokolenie. Kaktusy z Zielonej ulicy to grupa przyjaciół, dawniej skupionych w drużynie harcerskiej. Te dzieci przyciągają przygody – ale bohaterowie mają też silnie wpojone kodeksy wartości, przekonania, co jest dobre, a czego należy się wystrzegać. Grupa honorowych chłopaków (i siostra jednego z nich) wie, że zabawa się skończyła. Ale w czasie wojny też potrzebna jest namiastka normalności – to, co dawniej mogło przynieść harcerstwo, teraz zamienia się w nielegalną – i niebezpieczną – rozrywkę, traktowaną bardzo serio.
Komplikacje w największym stopniu dotykają Romka Modraka. Jego ojciec postanawia – dla ochrony własnego interesu – opowiedzieć się po stronie Niemców. Romek ma wstąpić do Hitlerjugend, co oznacza sprzeniewierzenie się dawnym ideałom, a i zwrócenie przeciwko kolegom z podwórka. Zwłaszcza że w pierwszej akcji bierze udział w zrabowaniu butów tacie kolegi. Romek to postać o słabej psychice, ale nawet gdyby chciał, nie da rady przeciwstawić się ani ojcu, ani diabolicznemu przywódcy oddziału HJ. Zmuszany do coraz to nowych podłości wobec dawnych „swoich” przeżywa coraz głębszy kryzys.
Kaktusy to ekipa, której trudno nie polubić. Mają swoje wady i czasami bywają nieznośni, ale w tej powieści muszą budzić sympatię. Są sprytni, honorowi i waleczni, odważni i skłonni do wielkich czynów – ale też momentami niefrasobliwi, nie chcą myśleć o dalekosiężnych konsekwencjach wybryków. Przeżywają w pierwszej kolejności wielką przygodę, jak kontynuację harcerskich zabaw. Na własną rękę próbują wymierzać sprawiedliwość i „walczyć” swoimi – skromnymi – środkami. Czarna flaga, czyli oddział Hitlerjugend, to dla nich najlepszy przeciwnik – budzący lęk, ale i zapewniający kolejne wyzwania. Wojenna akcja pozostaje tu bardzo często zawężona do ulicy Zielonej i do starć między grupami chłopaków. Stopniowo dziecięce wybryki zaczynają jednak wybrzmiewać coraz bardziej poważnie. Autor wprowadza walkę na śmierć i życie. I tym „Wielka wojna z czarną flagą” będzie się odróżniać od awanturniczych przygodówek. Tu nie ma taryfy ulgowej, a nawet świadomość, jak być powinno, nie pomoże. Okrucieństwo wojny widać nawet w mikroświecie dzieci.
Wiktor Zawada czytany dzisiaj wybrzmiewa w warstwie tekstu trochę archaicznie. Slang z dialogów, kiedyś dość rzetelnie oddających realia podwórkowych przekomarzanek, obecnie wypada jak klasyczna literatura. Młodzi odbiorcy nie będą mieli problemu ze zrozumieniem treści – ale już z przekonaniem się do kreacji językowych postaci raczej tak. Dzięki warstwie stylistycznej Zawada od razu wtrąca odbiorców w realny kontekst opowieści – wypada bardziej prawdziwie niż autorzy, którzy wojnę chcą przedstawiać w fabułach z dzisiejszej perspektywy. „Wielka wojna z czarną flagą” staje się wówczas rodzajem świadectwa czasów (i zwyczajów). Odmienność językowa zapewnia egzotykę, ale jest też czynnikiem nieco osłabiającym najbardziej dramatyczne punkty książki. Wiktor Zawada w obszernym tekście zajął się wieloma wojennymi tematami z perspektywy kształtowania się młodych charakterów. Chociaż młodych czytelników zainteresuje przede wszystkim akcja, sfera psychologiczna jest tu również bardzo istotna.
poniedziałek, 21 listopada 2016
Małgorzata Garkowska: Układanka z uczuć
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Kombinacje
Zwykły schemat, który może przerodzić się w małżeński dramat proponuje Małgorzata Garkowska w tomie „Układanka z uczuć”. W debiucie powieściowym autorka nie szarżuje z pomysłami, jedynie wyostrza i wyolbrzymia to, co się dzieje, doprowadza do skrajności, żeby bohaterowie stracili oparcie i zaufanie. Od początku Garkowska towarzyszy w małżeństwie Agnieszce, nieśmiałej, cichej i ufnej kobiecie. Wiejska dziewczyna wyszła za mąż za bogatego i pewnego siebie Pawła, nie znając nawet jego prawdziwych intencji. Dla ukochanego porzuciła swoje zasady, narażając się na olbrzymi gniew matki. Ale teraz Agnieszka stopniowo odkrywa, że nie ma prawa głosu w związku. Paweł nie liczy się z jej opiniami, narzuca swoje poglądy i właściwie zamyka w złotej klatce. Bohaterka czuje się coraz bardziej nieszczęśliwa. A że nie potrafi mówić o uczuciach, naraża się na gniew męża – który widzi tylko wiecznie zapłakaną i niezadowoloną kobietę.
Dalej autorka podąża utartymi szlakami. Skoro mąż czuje się winny sytuacji w domu, pocieszenia (i ucieczki od kłopotów) szuka w ramionach wyuzdanej kochanki. Skoro żona czuje się zaniedbana i pragnie czułości… i na to znajdzie się recepta. Ale Garkowska nie tworzy komedii romantycznej, w ogóle ucieka od takich konwencji. W idealnym świecie oboje znaleźliby idealnych partnerów i wyzwolili z toksycznej relacji. Tu jest inaczej i przez to znacznie ciekawiej, mimo oparcia się na schemacie. Akcja toczy się dość wolno. Między innymi dlatego, żeby autorka zdążyła nakreślić domową atmosferę, żeby wszyscy zrozumieli relację między postaciami. Antyutopia najlepiej rozwija się w niespiesznej fabule i temu rytmowi podporządkowuje wydarzenia. Niewiele ich, zwłaszcza na początku, ale tu ważniejsze są uczucia i niewypowiedziane pretensje.
Skoro w akcji następuje spowolnienie historii, autorka wyrównuje tempo wyborem sposobu prowadzenia narracji. Posługuje się czasem teraźniejszym, co wzmaga niepokój i daje wrażenie bezpośredniej obserwacji, zapewnia też brak podejrzeń narratora co do najbliższej przyszłości. Już bardziej emocjonalnie się nie da: narrator, który opowiada o faktach na bieżąco, nie może podawać dodatkowych wniosków czy sugerować ocen (jedyne ustępstwo to dostęp do myśli postaci). Czytelnicy zostają sami, w intymnych spotkaniach ludzi, których życie rozczarowało. Poznają najbardziej skrywane uczucia postaci i są w zasadzie intruzami w tym małżeństwie. Małgorzata Garkowska nie zmierza w stronę powieści psychologicznej: kiedy już uda jej się precyzyjnie określić stany emocjonalne pary, skupia się na wydarzeniach zmieniających codzienność. Można wręcz rozrysować sieć zależności i problemów. Jedna linia przebiega między mężem i żoną, ale natychmiast pojawia się nie mniej ostry konflikt między Agnieszką i jej matką. Ta kwestia dominuje nawet nad tradycyjnym obrazkiem wyniosłej teściowej i nigdy dość dobrej synowej. DO tego dochodzą nowe potencjalne związki. Garkowska bardzo rzadko zajmuje się pozytywnymi wzmocnieniami i chociaż Pawłowi przyjaciel raczej dość dużo psuje, Anita jako wsparcie dla Agnieszki sprawdza się znakomicie, mimo że to świeża znajomość. Ponieważ fabuła ma tylko kilka mocniejszych punktów rysujących stabilizację codzienności, zasady porozumiewania się postaci stają się bardzo ważne. W pewnym momencie jednak autorka popełnia błąd – skręca w melodramat i zmusza do przedefiniowania dotychczasowych ocen. Tu już nie pozostawia miejsca na wątpliwości, czytelny zaczyna być finał – i lektura ogólnie traci na jakości. Za bardzo Garkowska się stara, żeby usprawiedliwić wybory bohaterów, przekreśla całą nabudowaną wcześniej atmosferę.
Jest „Układanka z uczuć” rozwiązaniem dla miłośników obyczajówek, którzy jednak nie przepadają za cukierkowym optymizmem i wiarą w człowieka (oraz w miłość przezwyciężającą trudności). Autorka szkicuje inną relację, chociaż punkt wyjścia wspólny jest i dla popularnych czytadeł. Dla odbiorców liczyć się będzie klimat książki, sama odwaga potrzebna do opuszczenia sprawdzonych relacji. Początkowa tajemnica (a i zestaw potencjalnych konfliktogennych tematów) dobrze nastraja do lektury, w samej narracji autorka nie popełnia większych błędów. Odcina się od pozycji z serii lekkich, łatwych i przyjemnych czytadeł. Tak stworzy sobie wierne grono odbiorców.
Kombinacje
Zwykły schemat, który może przerodzić się w małżeński dramat proponuje Małgorzata Garkowska w tomie „Układanka z uczuć”. W debiucie powieściowym autorka nie szarżuje z pomysłami, jedynie wyostrza i wyolbrzymia to, co się dzieje, doprowadza do skrajności, żeby bohaterowie stracili oparcie i zaufanie. Od początku Garkowska towarzyszy w małżeństwie Agnieszce, nieśmiałej, cichej i ufnej kobiecie. Wiejska dziewczyna wyszła za mąż za bogatego i pewnego siebie Pawła, nie znając nawet jego prawdziwych intencji. Dla ukochanego porzuciła swoje zasady, narażając się na olbrzymi gniew matki. Ale teraz Agnieszka stopniowo odkrywa, że nie ma prawa głosu w związku. Paweł nie liczy się z jej opiniami, narzuca swoje poglądy i właściwie zamyka w złotej klatce. Bohaterka czuje się coraz bardziej nieszczęśliwa. A że nie potrafi mówić o uczuciach, naraża się na gniew męża – który widzi tylko wiecznie zapłakaną i niezadowoloną kobietę.
Dalej autorka podąża utartymi szlakami. Skoro mąż czuje się winny sytuacji w domu, pocieszenia (i ucieczki od kłopotów) szuka w ramionach wyuzdanej kochanki. Skoro żona czuje się zaniedbana i pragnie czułości… i na to znajdzie się recepta. Ale Garkowska nie tworzy komedii romantycznej, w ogóle ucieka od takich konwencji. W idealnym świecie oboje znaleźliby idealnych partnerów i wyzwolili z toksycznej relacji. Tu jest inaczej i przez to znacznie ciekawiej, mimo oparcia się na schemacie. Akcja toczy się dość wolno. Między innymi dlatego, żeby autorka zdążyła nakreślić domową atmosferę, żeby wszyscy zrozumieli relację między postaciami. Antyutopia najlepiej rozwija się w niespiesznej fabule i temu rytmowi podporządkowuje wydarzenia. Niewiele ich, zwłaszcza na początku, ale tu ważniejsze są uczucia i niewypowiedziane pretensje.
Skoro w akcji następuje spowolnienie historii, autorka wyrównuje tempo wyborem sposobu prowadzenia narracji. Posługuje się czasem teraźniejszym, co wzmaga niepokój i daje wrażenie bezpośredniej obserwacji, zapewnia też brak podejrzeń narratora co do najbliższej przyszłości. Już bardziej emocjonalnie się nie da: narrator, który opowiada o faktach na bieżąco, nie może podawać dodatkowych wniosków czy sugerować ocen (jedyne ustępstwo to dostęp do myśli postaci). Czytelnicy zostają sami, w intymnych spotkaniach ludzi, których życie rozczarowało. Poznają najbardziej skrywane uczucia postaci i są w zasadzie intruzami w tym małżeństwie. Małgorzata Garkowska nie zmierza w stronę powieści psychologicznej: kiedy już uda jej się precyzyjnie określić stany emocjonalne pary, skupia się na wydarzeniach zmieniających codzienność. Można wręcz rozrysować sieć zależności i problemów. Jedna linia przebiega między mężem i żoną, ale natychmiast pojawia się nie mniej ostry konflikt między Agnieszką i jej matką. Ta kwestia dominuje nawet nad tradycyjnym obrazkiem wyniosłej teściowej i nigdy dość dobrej synowej. DO tego dochodzą nowe potencjalne związki. Garkowska bardzo rzadko zajmuje się pozytywnymi wzmocnieniami i chociaż Pawłowi przyjaciel raczej dość dużo psuje, Anita jako wsparcie dla Agnieszki sprawdza się znakomicie, mimo że to świeża znajomość. Ponieważ fabuła ma tylko kilka mocniejszych punktów rysujących stabilizację codzienności, zasady porozumiewania się postaci stają się bardzo ważne. W pewnym momencie jednak autorka popełnia błąd – skręca w melodramat i zmusza do przedefiniowania dotychczasowych ocen. Tu już nie pozostawia miejsca na wątpliwości, czytelny zaczyna być finał – i lektura ogólnie traci na jakości. Za bardzo Garkowska się stara, żeby usprawiedliwić wybory bohaterów, przekreśla całą nabudowaną wcześniej atmosferę.
Jest „Układanka z uczuć” rozwiązaniem dla miłośników obyczajówek, którzy jednak nie przepadają za cukierkowym optymizmem i wiarą w człowieka (oraz w miłość przezwyciężającą trudności). Autorka szkicuje inną relację, chociaż punkt wyjścia wspólny jest i dla popularnych czytadeł. Dla odbiorców liczyć się będzie klimat książki, sama odwaga potrzebna do opuszczenia sprawdzonych relacji. Początkowa tajemnica (a i zestaw potencjalnych konfliktogennych tematów) dobrze nastraja do lektury, w samej narracji autorka nie popełnia większych błędów. Odcina się od pozycji z serii lekkich, łatwych i przyjemnych czytadeł. Tak stworzy sobie wierne grono odbiorców.
sobota, 12 listopada 2016
Anna Dąbrowska: Nakarmię cię miłością
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Romans
Anna Dąbrowska dostarcza swoim odbiorczyniom „powieść pisaną emocjami”, bajkę, w której piękna miłość z obowiązkowym happy endem wpisana jest w fabułę i pochłania wielkie problemy codzienności. „Nakarmię cię miłością” to historia rodem z marzeń nastolatek – i tak zachowuje się też bohaterka, Laura. Zresztą nie tylko ona, skoro jej już-zaraz-ukochany, Tobiasz, myśli o tym, że okolice trzydziestki to najwyższy czas, żeby się ustatkować. O budowaniu związku z prawdziwego zdarzenia właściwie nie ma tutaj mowy, bo postacie skupiają się na rosnącym pożądaniu. Autorka operuje stereotypem niegrzecznego chłopca (który nie wierzy w romantyzm i nie chce miłości) i poszkodowanej w nieudanym związku romantyczki. Życie Laury i Tobiasza zmienia się po jednym z koncertów. On śpiewa i gra na gitarze w zespole, ona ma wykonać szalone zadania na wieczorze panieńskim przyjaciółki. Po pierwszym pocałunku nie mogą się od siebie oderwać.
W fabule tej powieści Anna Dąbrowska przygotowuje kilka „niespodzianek”: przede wszystkim zapewnia sobie dynamikę dzięki przyjaciółkom Laury – Iza przeżywa zdrady i wybuchy namiętności narzeczonego, Kaśka może iść do łóżka z każdym (a za jej zachowaniem kryje się dość ckliwa historia z przeszłości i oczywista obawa przed zranieniem). Poza tym konsekwentnie buduje wizerunek Tobiasza skrzywdzonego przez byłą partnerkę (i te demony w odpowiednim momencie zostaną wypuszczone, żeby wystawić związek na próbę). Tobiasz miał problemy z alkoholem i narkotykami, zresztą wcale z nałogami nie zerwał, ale Laurze wydaje się idealny. Autorka do opowieści dodaje kilka scenek, które mają uświadomić postaciom, że nie mogą już bez siebie żyć – i tak toczy się ta historia, właściwie od schematu do schematu, w oparciu o najbardziej oczywiste romantyczno-idealistyczne scenariusze. Jedyne, co tu narasta, to ogrom miłości wbrew wszystkiemu.
Autorka nie zajmuje się psychologią postaci. Funduje im po jednej zmianie: Laura kończy z swoim facetem, który i tak nie uszczęśliwiał jej w żaden sposób, Tobiasz kończy z egzystencją donżuana i rockandrollowca. Wystarczy miłość, na początku jeszcze mieszana z pożądaniem, żeby oboje zerwali ze starymi przyzwyczajeniami i całkowicie się zmienili. Mocno to wymuszone, a w dodatku mało przekonujące – tyle że autorka nie pracuje nad postaciami, pozwala im po prostu działać i nie wprowadza ani nieufności, ani wątpliwości. Miłość ma wygrać, zdrowego rozsądku próżno tu szukać.
Narrację prowadzą na zmianę Laura i Tobiasz. Jest to o tyle wygodne, że każde z nich ma dostęp do tej sfery informacji, do której to drugie ze względu na krótki staż związku nie zostało jeszcze dopuszczone. W efekcie czytelnicy otrzymują w miarę pełny ogląd sytuacji i wyrabiają sobie zdanie, którego bohaterowie nie mogą mieć. Ale jeśli podwojenie narracji ułatwia Annie Dąbrowskiej prowadzenie historii, ma też wadę: zaburza obraz językowy bohaterów. Autorka nie indywidualizuje stylu. O ile w przypadku Laury jest dosyć przekonująca i sprawdza się w „kobiecej” opowieści naiwnej, o tyle w przypadku Tobiasza nijak nie udaje jej się wstrzelić w męski styl. Tobiasz analizuje swoje emocje jak nastolatka, popada w egzaltację, mówi (w monologach wewnętrznych) o tym, co powinno płynąć z wniosków odbiorców, zdobywa się na niepotrzebne analizy i równie zbędne sentymenty. To kłóci się z kreacją niegrzecznego chłopca, którą autorka usiłuje przemycić w faktach z przeszłości. Jest więc „Nakarmię cię miłością” dosyć tendencyjnym romansem napisanym zgodnie z oczekiwaniami naiwnych fanek komedii romantycznych. Można przeczytać, pamiętając o schematach fabularnych i oczywistym finale – więc tylko raz.
Romans
Anna Dąbrowska dostarcza swoim odbiorczyniom „powieść pisaną emocjami”, bajkę, w której piękna miłość z obowiązkowym happy endem wpisana jest w fabułę i pochłania wielkie problemy codzienności. „Nakarmię cię miłością” to historia rodem z marzeń nastolatek – i tak zachowuje się też bohaterka, Laura. Zresztą nie tylko ona, skoro jej już-zaraz-ukochany, Tobiasz, myśli o tym, że okolice trzydziestki to najwyższy czas, żeby się ustatkować. O budowaniu związku z prawdziwego zdarzenia właściwie nie ma tutaj mowy, bo postacie skupiają się na rosnącym pożądaniu. Autorka operuje stereotypem niegrzecznego chłopca (który nie wierzy w romantyzm i nie chce miłości) i poszkodowanej w nieudanym związku romantyczki. Życie Laury i Tobiasza zmienia się po jednym z koncertów. On śpiewa i gra na gitarze w zespole, ona ma wykonać szalone zadania na wieczorze panieńskim przyjaciółki. Po pierwszym pocałunku nie mogą się od siebie oderwać.
W fabule tej powieści Anna Dąbrowska przygotowuje kilka „niespodzianek”: przede wszystkim zapewnia sobie dynamikę dzięki przyjaciółkom Laury – Iza przeżywa zdrady i wybuchy namiętności narzeczonego, Kaśka może iść do łóżka z każdym (a za jej zachowaniem kryje się dość ckliwa historia z przeszłości i oczywista obawa przed zranieniem). Poza tym konsekwentnie buduje wizerunek Tobiasza skrzywdzonego przez byłą partnerkę (i te demony w odpowiednim momencie zostaną wypuszczone, żeby wystawić związek na próbę). Tobiasz miał problemy z alkoholem i narkotykami, zresztą wcale z nałogami nie zerwał, ale Laurze wydaje się idealny. Autorka do opowieści dodaje kilka scenek, które mają uświadomić postaciom, że nie mogą już bez siebie żyć – i tak toczy się ta historia, właściwie od schematu do schematu, w oparciu o najbardziej oczywiste romantyczno-idealistyczne scenariusze. Jedyne, co tu narasta, to ogrom miłości wbrew wszystkiemu.
Autorka nie zajmuje się psychologią postaci. Funduje im po jednej zmianie: Laura kończy z swoim facetem, który i tak nie uszczęśliwiał jej w żaden sposób, Tobiasz kończy z egzystencją donżuana i rockandrollowca. Wystarczy miłość, na początku jeszcze mieszana z pożądaniem, żeby oboje zerwali ze starymi przyzwyczajeniami i całkowicie się zmienili. Mocno to wymuszone, a w dodatku mało przekonujące – tyle że autorka nie pracuje nad postaciami, pozwala im po prostu działać i nie wprowadza ani nieufności, ani wątpliwości. Miłość ma wygrać, zdrowego rozsądku próżno tu szukać.
Narrację prowadzą na zmianę Laura i Tobiasz. Jest to o tyle wygodne, że każde z nich ma dostęp do tej sfery informacji, do której to drugie ze względu na krótki staż związku nie zostało jeszcze dopuszczone. W efekcie czytelnicy otrzymują w miarę pełny ogląd sytuacji i wyrabiają sobie zdanie, którego bohaterowie nie mogą mieć. Ale jeśli podwojenie narracji ułatwia Annie Dąbrowskiej prowadzenie historii, ma też wadę: zaburza obraz językowy bohaterów. Autorka nie indywidualizuje stylu. O ile w przypadku Laury jest dosyć przekonująca i sprawdza się w „kobiecej” opowieści naiwnej, o tyle w przypadku Tobiasza nijak nie udaje jej się wstrzelić w męski styl. Tobiasz analizuje swoje emocje jak nastolatka, popada w egzaltację, mówi (w monologach wewnętrznych) o tym, co powinno płynąć z wniosków odbiorców, zdobywa się na niepotrzebne analizy i równie zbędne sentymenty. To kłóci się z kreacją niegrzecznego chłopca, którą autorka usiłuje przemycić w faktach z przeszłości. Jest więc „Nakarmię cię miłością” dosyć tendencyjnym romansem napisanym zgodnie z oczekiwaniami naiwnych fanek komedii romantycznych. Można przeczytać, pamiętając o schematach fabularnych i oczywistym finale – więc tylko raz.
wtorek, 11 października 2016
Leszek Długosz: Pod Baranami. Ten szczęsny czas... Sceny i obrazy z "życia piwnicznego" w Krakowie w latach 60. i 70. XX wieku
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Powrót
Nie ma jak opisać tomu wspomnień piwnicznych Leszka Długosza „Pod Baranami. Ten szczęsny czas”, skoro najlepszą autorecenzję proponuje sam autor, zamykając książkę. Na potrzeby odmalowania atmosfery Piwnicy pod Baranami musi zrezygnować ze skrupulatnych kronikarskich wyliczeń, z odnotowywania krok po kroku, kto, co i w jaki sposób. Matematyczne podejście, choć może przydatne kolejnemu pokoleniu badaczy, to zabieg nie do przyjęcia dla trzonu Piwniczan. Ponadto memuary rządzą się swoimi prawami – i artystyczne uwagi bardziej się tu sprawdzają. Leszek Długosz decyduje się na impresje, gdzieniegdzie przetykane anegdotą lub piosenką. Powraca myślami do chwil spędzanych w Piwnicy i doskonale wie, że mimo starań nie uda się tego przełożyć na opisy obiektywne i zrozumiałe dla postronnych. Wybiera zatem zanurzenie się w klimacie Piwnicy, przedstawia sylwetki najbardziej kojarzonych twórców i w lekko onirycznym, gawędziarsko-poetyckim wywodzie jeszcze raz przenosi się w najlepsze czasy Piwnicy pod Baranami. Bez pouczania potomnych, bez rzetelnego przeszukiwania archiwów. Stawia na własne wrażenia, wiedząc, że podobne świadectwo uczestnika wydarzeń artystycznych będzie równie cenne co „mędrca szkiełko i oko”. Czytelnikom zapewnia natomiast przedziwną podróż w czasie.
Owa podróż w czasie zaczyna się na planie języka. Leszek Długosz posługuje się piękną literacką polszczyzną, która w zalewie bylejakości i kolokwializmów wybrzmiewa wręcz nierealnie. Nie boi się złożonych konstrukcji zdaniowych, potrafi stosować imiesłowy, a jego tekst ma swoją charakterystyczną melodię – jeśli do tego dodać jeszcze specyficzną manierę, która nakazuje upiększać rzeczy trywialne, otrzymujemy opowieść nietransparentną. Kuszącą z jednej strony archaicznością, z drugiej natomiast – konceptem. Długosz potrafi bowiem prezentować anegdoty obyczajowe z wyczuciem puenty. Tekstowa elegancja wyklucza ostre rozwiązywanie konfliktów, nawet w motywach, które wywołują niezgodę autora, zwycięża klasa. O ile kilka dekad wstecz takie rozwiązania narracyjne nikogo nie mogły dziwić, o tyle dzisiaj stanowią już niemal ewenement i to nie tylko w pisarstwie memuarowym.
Leszek Długosz przywołuje postacie z Piwnicy, tworząc ich migotliwe i szybkie charakterystyki, zawsze życzliwie i z nutą nostalgii. Nie pisze przecież o postaciach anonimowych (chociaż interesują go również ci, którzy poza sceną dbali o Piwnicę). Przedstawia oczywiście Piotra (zwanego Skrzynią, rzadko w pisaniu o Skrzyneckim się to spotyka), Ewę Demarczyk, Dymnego, Krzysztofa Litwina czy Krystynę Zachwatowicz – i wielu innych. Odnotowuje adresy, składniki kabaretu, czasem wyzwania, czasem sztuczki na pozbycie się złych nawyków wykonawców. Przytacza fragmenty utworów i reakcje widowni. Wszystko nie po to, żeby stworzyć monografię Piwnicy pod Baranami, od tego Długosz jest jak najdalszy. Wprowadza jednak (i to po raz drugi, bo książka raz już ujrzała światło dzienne, chociaż nie w dużym wydawnictwie) własne obrazki, Piwnicę subiektywnie. Tylko takie pisanie może mieć sens, jeśli nie chce się zatonąć w zestawie dat i faktów. To, na czym Leszkowi Długoszowi zależy, to uchwycenie istoty zjawiska przez metaforyczną narrację. Momentami tom zamienia się w zbiór wspomnień o kolegach, którzy już odeszli, ale w „Pod Baranami” króluje jednak pogodny uśmiech, chęć ocalenia towarzyskich – i artystycznych – korzyści z nietypowego działania. Leszek Długosz świetnie zdaje sobie sprawę, że pokazuje wyimek Piwnicy, ale to jego własne spojrzenie i dlatego cenne.
Wspomnienia bogato zdobione są zdjęciami ocalonymi z wydarzeń, a czasami i z różnych prywatnych albumów. Bez tego trudno sobie wyobrazić malowniczą podróż po niezwykłym kabarecie. Leszek Długosz nie jest pierwszym, który pisze o swojej (i innych) działalności w Piwnicy – ale stawia na indywidualizm i świadomie wybiera sposób kreowania memuarów. „Pod Baranami. Ten szczęsny czas” to publikacja próbująca uchwycić istotę Piwnicy.
Powrót
Nie ma jak opisać tomu wspomnień piwnicznych Leszka Długosza „Pod Baranami. Ten szczęsny czas”, skoro najlepszą autorecenzję proponuje sam autor, zamykając książkę. Na potrzeby odmalowania atmosfery Piwnicy pod Baranami musi zrezygnować ze skrupulatnych kronikarskich wyliczeń, z odnotowywania krok po kroku, kto, co i w jaki sposób. Matematyczne podejście, choć może przydatne kolejnemu pokoleniu badaczy, to zabieg nie do przyjęcia dla trzonu Piwniczan. Ponadto memuary rządzą się swoimi prawami – i artystyczne uwagi bardziej się tu sprawdzają. Leszek Długosz decyduje się na impresje, gdzieniegdzie przetykane anegdotą lub piosenką. Powraca myślami do chwil spędzanych w Piwnicy i doskonale wie, że mimo starań nie uda się tego przełożyć na opisy obiektywne i zrozumiałe dla postronnych. Wybiera zatem zanurzenie się w klimacie Piwnicy, przedstawia sylwetki najbardziej kojarzonych twórców i w lekko onirycznym, gawędziarsko-poetyckim wywodzie jeszcze raz przenosi się w najlepsze czasy Piwnicy pod Baranami. Bez pouczania potomnych, bez rzetelnego przeszukiwania archiwów. Stawia na własne wrażenia, wiedząc, że podobne świadectwo uczestnika wydarzeń artystycznych będzie równie cenne co „mędrca szkiełko i oko”. Czytelnikom zapewnia natomiast przedziwną podróż w czasie.
Owa podróż w czasie zaczyna się na planie języka. Leszek Długosz posługuje się piękną literacką polszczyzną, która w zalewie bylejakości i kolokwializmów wybrzmiewa wręcz nierealnie. Nie boi się złożonych konstrukcji zdaniowych, potrafi stosować imiesłowy, a jego tekst ma swoją charakterystyczną melodię – jeśli do tego dodać jeszcze specyficzną manierę, która nakazuje upiększać rzeczy trywialne, otrzymujemy opowieść nietransparentną. Kuszącą z jednej strony archaicznością, z drugiej natomiast – konceptem. Długosz potrafi bowiem prezentować anegdoty obyczajowe z wyczuciem puenty. Tekstowa elegancja wyklucza ostre rozwiązywanie konfliktów, nawet w motywach, które wywołują niezgodę autora, zwycięża klasa. O ile kilka dekad wstecz takie rozwiązania narracyjne nikogo nie mogły dziwić, o tyle dzisiaj stanowią już niemal ewenement i to nie tylko w pisarstwie memuarowym.
Leszek Długosz przywołuje postacie z Piwnicy, tworząc ich migotliwe i szybkie charakterystyki, zawsze życzliwie i z nutą nostalgii. Nie pisze przecież o postaciach anonimowych (chociaż interesują go również ci, którzy poza sceną dbali o Piwnicę). Przedstawia oczywiście Piotra (zwanego Skrzynią, rzadko w pisaniu o Skrzyneckim się to spotyka), Ewę Demarczyk, Dymnego, Krzysztofa Litwina czy Krystynę Zachwatowicz – i wielu innych. Odnotowuje adresy, składniki kabaretu, czasem wyzwania, czasem sztuczki na pozbycie się złych nawyków wykonawców. Przytacza fragmenty utworów i reakcje widowni. Wszystko nie po to, żeby stworzyć monografię Piwnicy pod Baranami, od tego Długosz jest jak najdalszy. Wprowadza jednak (i to po raz drugi, bo książka raz już ujrzała światło dzienne, chociaż nie w dużym wydawnictwie) własne obrazki, Piwnicę subiektywnie. Tylko takie pisanie może mieć sens, jeśli nie chce się zatonąć w zestawie dat i faktów. To, na czym Leszkowi Długoszowi zależy, to uchwycenie istoty zjawiska przez metaforyczną narrację. Momentami tom zamienia się w zbiór wspomnień o kolegach, którzy już odeszli, ale w „Pod Baranami” króluje jednak pogodny uśmiech, chęć ocalenia towarzyskich – i artystycznych – korzyści z nietypowego działania. Leszek Długosz świetnie zdaje sobie sprawę, że pokazuje wyimek Piwnicy, ale to jego własne spojrzenie i dlatego cenne.
Wspomnienia bogato zdobione są zdjęciami ocalonymi z wydarzeń, a czasami i z różnych prywatnych albumów. Bez tego trudno sobie wyobrazić malowniczą podróż po niezwykłym kabarecie. Leszek Długosz nie jest pierwszym, który pisze o swojej (i innych) działalności w Piwnicy – ale stawia na indywidualizm i świadomie wybiera sposób kreowania memuarów. „Pod Baranami. Ten szczęsny czas” to publikacja próbująca uchwycić istotę Piwnicy.
poniedziałek, 19 września 2016
Huntley Fitzpatrick: Moje życie obok
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Sąsiedzi
Są tu dwa skontrastowane ze sobą domy. U Samanthy życie skupia się na politycznych działaniach jej matki, kobiety, która próbuje zjednać sobie wyborców. U Jase’a jest gwarno, tłoczno i wesoło, matka chłopaka rodzi kolejne dzieci. Reedowie to wzór do naśladowania, Garrettowie są bałaganiarscy i hałaśliwi. Tyle że prawdziwą rodziną są właśnie ci drudzy, o czym w końcu Sam może się przekonać. Na dziewczynę zwraca uwagę jeden ze średnich wiekiem Garrettów – i sąsiedzkie spotkania w końcu przeradzają się w gorące uczucie. Sam staje się częstym gościem w domu obok, dobrze poznaje rodzeństwo Jase’a i chłonie atmosferę rodzinności. Przy okazji ucieka też od tego, co dzieje się u niej: kochanek matki i jednocześnie twórca jej politycznych kampanii to człowiek, któremu nie można ufać. Swoim sposobem bycia odpycha wszystkich i przyczynia się do poważnego konfliktu między Samanthą i jej rodzicielką. Ale najgorsze ma dopiero nadejść.
„Moje życie obok” to powieść o dojrzewaniu i pierwszej miłości, która w pewnym momencie zostaje przyćmiona znacznie poważniejszą sprawą, niejednoznaczną moralnie i zmieniającą cały układ sił. Bohaterowie będą zmuszeni do podjęcia trudnych wyborów. Huntley Fitzpatrick postawiła na mocne zwroty akcji, do tego stopnia wyraziste, że odwrócą uwagę czytelników od pierwszego planu uczuć. Sam i Jase wejdą w dorosłość inaczej, niż by się spodziewali. Tu dojrzałość nie oznacza planów na przyszłość, a umiejętność radzenia sobie z prawdziwymi wyzwaniami teraźniejszości. „Moje życie obok” stawia pytania, na które nikt nie chciałby odpowiadać – i chociaż autorka rozwiązuje fabularną gmatwaninę zbyt pospiesznie i łatwo, daje czytelnikom możliwość przyjrzenia się ekstremalnie trudnym tematom.
W tej powieści nie ma półtonów, wszystko musi rozgrywać się z pełną intensywnością. Sam odczuwa boleśnie skutki dzielenia domu z osobą publiczną – ale za sprawą mamy może też przyjrzeć się wadom dyplomacji. Polityczny doradca to kwintesencja fałszu i bezkompromisowości, nie ma dla niego problemów, których nie dałoby się rozwiązać, a cel uświęca środki. Na porządku dziennym są tu więc szantaże i wymuszenia, a wszystko w białych rękawiczkach. Jase, prostolinijny i dobry, stanowi przeciwieństwo tego człowieka. Fitzpatrick pobawiła się również tematem przyjaźni i prób, jakie przechodzą u nastolatków. Nan, która zawsze była przy Sam, nagle odwraca się od niej. Z kolei uzależniony od wszystkiego i bardzo nieodpowiedzialny brat Nan udowadnia swoją wartość wtedy, kiedy dziewczynie najbardziej trzeba wsparcia. Te przetasowania wychodzą autorce bardzo naturalnie i oznaczają pełne spektrum młodzieżowych tematów poruszanych w historii. Fitzpatrick ma dobry pomysł na opowieści i realizuje go ciekawie – niepotrzebnie na finał wchodzi w oczywiste schematy, chociaż jest też zrozumiałe, że chce czytelnikom wynagrodzić kilka wstrząsów.
W opowieściach młodzieżowych o pierwszej prawdziwej miłości często nie samo uczucie staje się sednem historii, ale tematy poboczne, wydarzenia spoza relacji pary. Tak jest i tutaj: emocje nastolatki byłyby zbyt przewidywalne, a sama miłość – za bardzo doskonała, żeby wystarczyła na atrakcyjną powieść. Komplikacje, które autorka dorzuca, nie mają nic wspólnego z egzystencją Sam i Jase’a, ale wywierają na dwoje młodych ludzi olbrzymi wpływ. W ten sposób „Moje życie obok” zamienia się również w opowieść o dojrzałości i odpowiedzialności oraz o tym, jak kruche jest ludzkie szczęście. Przed niektórymi wyborami autorka ostrzega, odnosi się też do kwestii etyki czy uczciwości. Nie są to zagadnienia zbyt często pojawiające się w młodzieżowych obyczajówkach, dlatego też „Moje życie obok” może trafić nie tylko do nastoletnich odbiorców. Fitzpatrick odrzuca banały dzięki oryginalnemu kierunkowi fabuły – proponuje czytelnikom tom wprawdzie pisany z perspektywy nastolatki, ale zaskakująco dojrzały i pełny ważnych prawd.
Sąsiedzi
Są tu dwa skontrastowane ze sobą domy. U Samanthy życie skupia się na politycznych działaniach jej matki, kobiety, która próbuje zjednać sobie wyborców. U Jase’a jest gwarno, tłoczno i wesoło, matka chłopaka rodzi kolejne dzieci. Reedowie to wzór do naśladowania, Garrettowie są bałaganiarscy i hałaśliwi. Tyle że prawdziwą rodziną są właśnie ci drudzy, o czym w końcu Sam może się przekonać. Na dziewczynę zwraca uwagę jeden ze średnich wiekiem Garrettów – i sąsiedzkie spotkania w końcu przeradzają się w gorące uczucie. Sam staje się częstym gościem w domu obok, dobrze poznaje rodzeństwo Jase’a i chłonie atmosferę rodzinności. Przy okazji ucieka też od tego, co dzieje się u niej: kochanek matki i jednocześnie twórca jej politycznych kampanii to człowiek, któremu nie można ufać. Swoim sposobem bycia odpycha wszystkich i przyczynia się do poważnego konfliktu między Samanthą i jej rodzicielką. Ale najgorsze ma dopiero nadejść.
„Moje życie obok” to powieść o dojrzewaniu i pierwszej miłości, która w pewnym momencie zostaje przyćmiona znacznie poważniejszą sprawą, niejednoznaczną moralnie i zmieniającą cały układ sił. Bohaterowie będą zmuszeni do podjęcia trudnych wyborów. Huntley Fitzpatrick postawiła na mocne zwroty akcji, do tego stopnia wyraziste, że odwrócą uwagę czytelników od pierwszego planu uczuć. Sam i Jase wejdą w dorosłość inaczej, niż by się spodziewali. Tu dojrzałość nie oznacza planów na przyszłość, a umiejętność radzenia sobie z prawdziwymi wyzwaniami teraźniejszości. „Moje życie obok” stawia pytania, na które nikt nie chciałby odpowiadać – i chociaż autorka rozwiązuje fabularną gmatwaninę zbyt pospiesznie i łatwo, daje czytelnikom możliwość przyjrzenia się ekstremalnie trudnym tematom.
W tej powieści nie ma półtonów, wszystko musi rozgrywać się z pełną intensywnością. Sam odczuwa boleśnie skutki dzielenia domu z osobą publiczną – ale za sprawą mamy może też przyjrzeć się wadom dyplomacji. Polityczny doradca to kwintesencja fałszu i bezkompromisowości, nie ma dla niego problemów, których nie dałoby się rozwiązać, a cel uświęca środki. Na porządku dziennym są tu więc szantaże i wymuszenia, a wszystko w białych rękawiczkach. Jase, prostolinijny i dobry, stanowi przeciwieństwo tego człowieka. Fitzpatrick pobawiła się również tematem przyjaźni i prób, jakie przechodzą u nastolatków. Nan, która zawsze była przy Sam, nagle odwraca się od niej. Z kolei uzależniony od wszystkiego i bardzo nieodpowiedzialny brat Nan udowadnia swoją wartość wtedy, kiedy dziewczynie najbardziej trzeba wsparcia. Te przetasowania wychodzą autorce bardzo naturalnie i oznaczają pełne spektrum młodzieżowych tematów poruszanych w historii. Fitzpatrick ma dobry pomysł na opowieści i realizuje go ciekawie – niepotrzebnie na finał wchodzi w oczywiste schematy, chociaż jest też zrozumiałe, że chce czytelnikom wynagrodzić kilka wstrząsów.
W opowieściach młodzieżowych o pierwszej prawdziwej miłości często nie samo uczucie staje się sednem historii, ale tematy poboczne, wydarzenia spoza relacji pary. Tak jest i tutaj: emocje nastolatki byłyby zbyt przewidywalne, a sama miłość – za bardzo doskonała, żeby wystarczyła na atrakcyjną powieść. Komplikacje, które autorka dorzuca, nie mają nic wspólnego z egzystencją Sam i Jase’a, ale wywierają na dwoje młodych ludzi olbrzymi wpływ. W ten sposób „Moje życie obok” zamienia się również w opowieść o dojrzałości i odpowiedzialności oraz o tym, jak kruche jest ludzkie szczęście. Przed niektórymi wyborami autorka ostrzega, odnosi się też do kwestii etyki czy uczciwości. Nie są to zagadnienia zbyt często pojawiające się w młodzieżowych obyczajówkach, dlatego też „Moje życie obok” może trafić nie tylko do nastoletnich odbiorców. Fitzpatrick odrzuca banały dzięki oryginalnemu kierunkowi fabuły – proponuje czytelnikom tom wprawdzie pisany z perspektywy nastolatki, ale zaskakująco dojrzały i pełny ważnych prawd.
niedziela, 11 września 2016
Ewelina Kłoda: Zapach wspomnień
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Dojrzewanie
Ewelina Kłoda pisze rozbudowane powieści obyczajowe dla matek i córek. W „Zapachu wspomnień” widać chęć przejścia do literatury kobiecej, ale i naleciałości z młodzieżówek, którymi ta autorka debiutowała. Bez względu jednak na rozchwianie celów pisze tak, że zaabsorbuje czytelniczki, wciągnie je w akcję i przywiąże do postaci. Znajduje też banalny a skuteczny sposób na rozszerzanie książki tak, by powstała sycąca całość. W „Zapachu wspomnień” prowadzi po prostu równolegle kilka historii matek i ich dorastających córek, pokazując osobno perypetie każdej z nich oraz linie nieuniknionych spięć i nieporozumień.
Grażyna od śmierci jednej z córek ucieka w pozorny ład i zbiory zasad. Nigdy nie jest zadowolona z męża i dzieci, zamyka się w sobie, chociaż znajduje też sposób na wyrzucenie z siebie zmartwień. Jej córka, Alicja, podkochuje się w nowym sąsiedzie, ale w jego życiu był kiedyś ktoś bardzo ważny. Gosia ma problem z alkoholem, ale przeżywa drugą młodość w ramionach rozsądnego kochanka gwarantującego stabilizację, spokój i ognisty seks. Ela, córka Gosi, jest zagubiona w uczuciach, kompletnie nie zwraca uwagi na podkochującego się w niej przyjaciela. Basia trwa w toksycznym związku: mąż znęca się nad nią psychicznie. Patrycja, córka Basi, nie czuje się atrakcyjna, ale przez przypadek obiekt jej westchnień zwraca na nią uwagę. W „Zapachu wspomnień” czytelniczki są przerzucane od świata dorosłych do szkolnych realiów. Kłoda porusza ważne kwestie: temat dopalaczy i przypadkowych kontaktów seksualnych na imprezach, złośliwości i intryg kolegów, ale i prawdziwych przyjaźni na dobre i złe. U dorosłych dostrzega sprawy porozumienia lub jego braku, dojrzałości i odpowiedzialności, ale też zagubienia młodzieżowych marzeń. Żadnej ze stron nie wybiela, każdy ma swoje wady i każdy czasem podejmuje błędne decyzje. Udaje się tej autorce też wprowadzać dziecięcą nieodpowiedzialność i do dorosłych i dorosłe zmartwienia u młodzieży. I to wszystko składa się na udaną niespieszną powieść.
Ale Ewelina Kłoda stawia sobie za cel także edukowanie czytelniczek i wtedy – choć to społecznie ważne – bywa nieznośnie dydaktyczna. Widać to zwłaszcza na przykładzie Basi. Jej przypadek służy do tworzenia całych traktatów na temat złych wyborów kobiet i nieumiejętności przerwania kręgu zła. Kłoda wie, że miłość nie uleczy tyranów, a jedynym ratunkiem jest ucieczka i zerwanie kontaktów. Do tego chce przekonać odbiorczynie nie przez działania bohaterki (bardzo przekonujące!), a przez długie wywody. Owszem, ma rację i bardzo dobrze, że nie daje nikomu fałszywej nadziei – szkoda tylko, że wyrażone wprost prawdy brzmią tak moralizatorsko i bez polotu. Momenty, w których bohaterki uświadamiają sobie błędy, pchają je do długich i oczywistych z zewnątrz analiz. W rozrywkowej lekturze to wada, ale jeśli po tej książce odbiorczynie mimo wszystko zastanowią się nad swoimi związkami i pójdą w ślady postaci, lub chociaż odnajdą w sobie impuls do zmian, „Zapach wspomnień” spełni pokładane w nim nadzieje.
Kłoda nigdzie się nie spieszy, prowadzi narrację spokojnie (mimo burzliwych momentów) i rozwija ją stopniowo, pozwala przyjrzeć się kolejnym wydarzeniom i dokładnie je przemyśleć – nie pozostawia też bohaterów bez możliwości wypowiedzenia własnych uczuć. I chociaż to z reguły nie sprawdza się w czytadłach, tu nie przeszkadza, ze względu na obfitość celnych obserwacji i życiowych tematów, które łączyć będą pokolenia. „Zapach wspomnień” to dobra i sycąca powieść obyczajowa, w której dominują tematy miłości i przyjaźni oraz dojrzewania – ujęte najzwyczajniej i przy tym bardzo ciekawie. Do tych bohaterek łatwo poczuć sympatię, a Ewelina Kłoda pokazuje, że dobrze czuje się w podobnych historiach i dostrzega ważne społeczne prawdy.
Dojrzewanie
Ewelina Kłoda pisze rozbudowane powieści obyczajowe dla matek i córek. W „Zapachu wspomnień” widać chęć przejścia do literatury kobiecej, ale i naleciałości z młodzieżówek, którymi ta autorka debiutowała. Bez względu jednak na rozchwianie celów pisze tak, że zaabsorbuje czytelniczki, wciągnie je w akcję i przywiąże do postaci. Znajduje też banalny a skuteczny sposób na rozszerzanie książki tak, by powstała sycąca całość. W „Zapachu wspomnień” prowadzi po prostu równolegle kilka historii matek i ich dorastających córek, pokazując osobno perypetie każdej z nich oraz linie nieuniknionych spięć i nieporozumień.
Grażyna od śmierci jednej z córek ucieka w pozorny ład i zbiory zasad. Nigdy nie jest zadowolona z męża i dzieci, zamyka się w sobie, chociaż znajduje też sposób na wyrzucenie z siebie zmartwień. Jej córka, Alicja, podkochuje się w nowym sąsiedzie, ale w jego życiu był kiedyś ktoś bardzo ważny. Gosia ma problem z alkoholem, ale przeżywa drugą młodość w ramionach rozsądnego kochanka gwarantującego stabilizację, spokój i ognisty seks. Ela, córka Gosi, jest zagubiona w uczuciach, kompletnie nie zwraca uwagi na podkochującego się w niej przyjaciela. Basia trwa w toksycznym związku: mąż znęca się nad nią psychicznie. Patrycja, córka Basi, nie czuje się atrakcyjna, ale przez przypadek obiekt jej westchnień zwraca na nią uwagę. W „Zapachu wspomnień” czytelniczki są przerzucane od świata dorosłych do szkolnych realiów. Kłoda porusza ważne kwestie: temat dopalaczy i przypadkowych kontaktów seksualnych na imprezach, złośliwości i intryg kolegów, ale i prawdziwych przyjaźni na dobre i złe. U dorosłych dostrzega sprawy porozumienia lub jego braku, dojrzałości i odpowiedzialności, ale też zagubienia młodzieżowych marzeń. Żadnej ze stron nie wybiela, każdy ma swoje wady i każdy czasem podejmuje błędne decyzje. Udaje się tej autorce też wprowadzać dziecięcą nieodpowiedzialność i do dorosłych i dorosłe zmartwienia u młodzieży. I to wszystko składa się na udaną niespieszną powieść.
Ale Ewelina Kłoda stawia sobie za cel także edukowanie czytelniczek i wtedy – choć to społecznie ważne – bywa nieznośnie dydaktyczna. Widać to zwłaszcza na przykładzie Basi. Jej przypadek służy do tworzenia całych traktatów na temat złych wyborów kobiet i nieumiejętności przerwania kręgu zła. Kłoda wie, że miłość nie uleczy tyranów, a jedynym ratunkiem jest ucieczka i zerwanie kontaktów. Do tego chce przekonać odbiorczynie nie przez działania bohaterki (bardzo przekonujące!), a przez długie wywody. Owszem, ma rację i bardzo dobrze, że nie daje nikomu fałszywej nadziei – szkoda tylko, że wyrażone wprost prawdy brzmią tak moralizatorsko i bez polotu. Momenty, w których bohaterki uświadamiają sobie błędy, pchają je do długich i oczywistych z zewnątrz analiz. W rozrywkowej lekturze to wada, ale jeśli po tej książce odbiorczynie mimo wszystko zastanowią się nad swoimi związkami i pójdą w ślady postaci, lub chociaż odnajdą w sobie impuls do zmian, „Zapach wspomnień” spełni pokładane w nim nadzieje.
Kłoda nigdzie się nie spieszy, prowadzi narrację spokojnie (mimo burzliwych momentów) i rozwija ją stopniowo, pozwala przyjrzeć się kolejnym wydarzeniom i dokładnie je przemyśleć – nie pozostawia też bohaterów bez możliwości wypowiedzenia własnych uczuć. I chociaż to z reguły nie sprawdza się w czytadłach, tu nie przeszkadza, ze względu na obfitość celnych obserwacji i życiowych tematów, które łączyć będą pokolenia. „Zapach wspomnień” to dobra i sycąca powieść obyczajowa, w której dominują tematy miłości i przyjaźni oraz dojrzewania – ujęte najzwyczajniej i przy tym bardzo ciekawie. Do tych bohaterek łatwo poczuć sympatię, a Ewelina Kłoda pokazuje, że dobrze czuje się w podobnych historiach i dostrzega ważne społeczne prawdy.
niedziela, 7 sierpnia 2016
Sherman Alexie: Absolutnie prawdziwy pamiętnik
Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Indianin
Junior ma wodogłowie, ale ta cecha bardzo szybko przestaje się liczyć w kontekście całej historii. O wiele ważniejszym czynnikiem wyróżniającym tego chłopaka staje się bowiem kwestia tożsamości. Junior jest Indianinem Spokane, mieszka w rezerwacie i nie ma szans na poprawę swojego losu. Jego rodzice mieli swoje marzenia, ale nie udało się im przezwyciężyć biedy. Podobny scenariusz czeka bohatera powieści „Absolutnie prawdziwy pamiętnik”. Nieważne, co zrobi, ani jak mocno będzie marzył: inni będą go oceniać przez pryzmat bycia Indianinem.
Junior (czyli Arnold Spirit, chociaż sam chłopak niespecjalnie identyfikuje się z imieniem, w rezerwacie nikt go nie używa) lubi rysować karykatury i przyjaźni się z Rowdym, równolatkiem, który problemy rozwiązuje za pomocą pięści. Bohater nie radzi sobie z emocjami w okresie dojrzewania, a przełom następuje w chwili, gdy rzuca podręcznikiem w nauczyciela i zostaje zawieszony w prawach ucznia. Junior może uczyć się w szkole poza rezerwatem, choć będzie to od niego wymagało wielu wyrzeczeń. W nowym miejscu Junior odkrywa siłę przyjaźni, gra w koszykówkę i… uczestniczy w licznych pogrzebach członków rodziny. Stara się wyzwolić od tego, co niszczy Indian Spokane, czyli przede wszystkim od alkoholu. Próbuje zawalczyć o siebie, a ma świadomość, co czeka go, gdy będzie bierny: od pierwszego nauczyciela słyszy gorzkie słowa prawdy o zabijaniu miejscowej kultury.
Sherman Alexie w „Absolutnie prawdziwym pamiętniku” wprowadza wątki autobiograficzne (na temat książki i konstrukcji postaci udziela zresztą zamieszczonego w tomie wywiadu), ale o wiele bardziej liczyć się będzie uniwersalny przekaz. Ta książka jest szczerą do bólu opowieścią o dojrzewaniu emocjonalnym. Bohater uczy się niezależności i decydowania o sobie w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Poznaje gorycz rozstania, gdy dziecięcą przyjaźń niszczy niespodziewanie różnica poglądów, uczy się funkcjonować w obcym sobie świecie tylko po to, by nie podzielać smutnego losu rodziny. Jest nie tylko kimś z innej (dla większości zatem „gorszej) kultury, ale też spada na dół drabiny społecznej przez biedę. Zupełnie inaczej niż jego rówieśnicy podchodzi do kwestii pieniędzy, zresztą różnice w statusie materialnym dość przekonująco wykłada Ellen Forney w komiksowych rysunkach.
Książka została przygotowana w oderwaniu od typowych popowych fabuł. Tutaj bohater ma przede wszystkim pokazywać swoje zmagania z codziennością, a nie realizować odgórnie założony scenariusz. Rozdziały składają się bardziej z tematycznych migawek niż z prób rozwijania jednej kwestii. Alexie nie chce też jakoś szczególnie przywiązywać do swojego bohatera. „Absolutnie prawdziwy pamiętnik”, chociaż przedstawiany jako powieść o dojrzewaniu, odrzuca wiele punktów charakterystycznych dla Bildungsroman lub przemodelowuje je, na pierwszy plan wprowadza natomiast temat osamotnienia związanego z lokalną i niszczoną kulturą. Często czyta się tę powieść nie jako historię o odnalezieniu własnej drogi, a jako głos w sprawie Indian. Młodzi czytelnicy otrzymają tu jednak szereg pytań do przedyskutowania w klubach lub na lekcjach – albo do samodzielnego przemyślenia po lekturze. Tak zwrócą uwagę na te aspekty opowieści, które mogły zostać zatarte w kontekście wydarzeń z otoczenia Juniora.
„Absolutnie prawdziwy pamiętnik” to książka inna niż znane historie o dojrzewaniu, wymagająca, ale też przez to dość mocna. Młodym czytelnikom uświadomi istnienie innych rzeczywistości – przestrzeni kulturowych, które czasem uniemożliwiają porozumienie. Sherman Alexie nie ogląda się na trendy w powieściach młodzieżowych, pisze, żeby przekazać odbiorcom istotne prawdy. Wtedy przestaje mieć znaczenie stopień prawdziwości historii, liczy się efekt, jaki wywołuje.
Indianin
Junior ma wodogłowie, ale ta cecha bardzo szybko przestaje się liczyć w kontekście całej historii. O wiele ważniejszym czynnikiem wyróżniającym tego chłopaka staje się bowiem kwestia tożsamości. Junior jest Indianinem Spokane, mieszka w rezerwacie i nie ma szans na poprawę swojego losu. Jego rodzice mieli swoje marzenia, ale nie udało się im przezwyciężyć biedy. Podobny scenariusz czeka bohatera powieści „Absolutnie prawdziwy pamiętnik”. Nieważne, co zrobi, ani jak mocno będzie marzył: inni będą go oceniać przez pryzmat bycia Indianinem.
Junior (czyli Arnold Spirit, chociaż sam chłopak niespecjalnie identyfikuje się z imieniem, w rezerwacie nikt go nie używa) lubi rysować karykatury i przyjaźni się z Rowdym, równolatkiem, który problemy rozwiązuje za pomocą pięści. Bohater nie radzi sobie z emocjami w okresie dojrzewania, a przełom następuje w chwili, gdy rzuca podręcznikiem w nauczyciela i zostaje zawieszony w prawach ucznia. Junior może uczyć się w szkole poza rezerwatem, choć będzie to od niego wymagało wielu wyrzeczeń. W nowym miejscu Junior odkrywa siłę przyjaźni, gra w koszykówkę i… uczestniczy w licznych pogrzebach członków rodziny. Stara się wyzwolić od tego, co niszczy Indian Spokane, czyli przede wszystkim od alkoholu. Próbuje zawalczyć o siebie, a ma świadomość, co czeka go, gdy będzie bierny: od pierwszego nauczyciela słyszy gorzkie słowa prawdy o zabijaniu miejscowej kultury.
Sherman Alexie w „Absolutnie prawdziwym pamiętniku” wprowadza wątki autobiograficzne (na temat książki i konstrukcji postaci udziela zresztą zamieszczonego w tomie wywiadu), ale o wiele bardziej liczyć się będzie uniwersalny przekaz. Ta książka jest szczerą do bólu opowieścią o dojrzewaniu emocjonalnym. Bohater uczy się niezależności i decydowania o sobie w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Poznaje gorycz rozstania, gdy dziecięcą przyjaźń niszczy niespodziewanie różnica poglądów, uczy się funkcjonować w obcym sobie świecie tylko po to, by nie podzielać smutnego losu rodziny. Jest nie tylko kimś z innej (dla większości zatem „gorszej) kultury, ale też spada na dół drabiny społecznej przez biedę. Zupełnie inaczej niż jego rówieśnicy podchodzi do kwestii pieniędzy, zresztą różnice w statusie materialnym dość przekonująco wykłada Ellen Forney w komiksowych rysunkach.
Książka została przygotowana w oderwaniu od typowych popowych fabuł. Tutaj bohater ma przede wszystkim pokazywać swoje zmagania z codziennością, a nie realizować odgórnie założony scenariusz. Rozdziały składają się bardziej z tematycznych migawek niż z prób rozwijania jednej kwestii. Alexie nie chce też jakoś szczególnie przywiązywać do swojego bohatera. „Absolutnie prawdziwy pamiętnik”, chociaż przedstawiany jako powieść o dojrzewaniu, odrzuca wiele punktów charakterystycznych dla Bildungsroman lub przemodelowuje je, na pierwszy plan wprowadza natomiast temat osamotnienia związanego z lokalną i niszczoną kulturą. Często czyta się tę powieść nie jako historię o odnalezieniu własnej drogi, a jako głos w sprawie Indian. Młodzi czytelnicy otrzymają tu jednak szereg pytań do przedyskutowania w klubach lub na lekcjach – albo do samodzielnego przemyślenia po lekturze. Tak zwrócą uwagę na te aspekty opowieści, które mogły zostać zatarte w kontekście wydarzeń z otoczenia Juniora.
„Absolutnie prawdziwy pamiętnik” to książka inna niż znane historie o dojrzewaniu, wymagająca, ale też przez to dość mocna. Młodym czytelnikom uświadomi istnienie innych rzeczywistości – przestrzeni kulturowych, które czasem uniemożliwiają porozumienie. Sherman Alexie nie ogląda się na trendy w powieściach młodzieżowych, pisze, żeby przekazać odbiorcom istotne prawdy. Wtedy przestaje mieć znaczenie stopień prawdziwości historii, liczy się efekt, jaki wywołuje.
sobota, 7 maja 2016
Grzegorz Kasdepke, Ryszard Petru: Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela. 50 opowiastek z ekonomią w tle (plus jedna)
NCK, Zysk i S-ka, Poznań 2016.
Tajemnice pieniądza
Przedziwnie łączy ta publikacja edukację z absurdem. „Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to mała lekcja ekonomii dla dzieci – sposób na oswojenie małych odbiorców z pojęciami stale powracającymi u dorosłych. Nie wiadomo tak naprawdę, czy Grzegorz Kasdepke chce tu zafascynować maluchy bogatą galerią stworów, czy puszcza oko do dorosłych (którym, na przykład, spodobać się może ucieczka przed kąsającym fiskusem). Opowiadania są tu bardzo krótkie, właściwie to raczej oparte na dialogach scenki z tworzonego właśnie zoo dla istot pokrewnych zaskórniakom. Kasdepke posługuje się jednym chwytem: bierze pod lupę słowo związane z finansami a prawdopodobnie nieznane dzieciom, przypisuje mu rolę konkretnego stwora z zestawu osobliwości i próbuje dookreślić przez zachowania, stany i odpowiednie przymiotniki. Dla dzieci to skojarzenia zupełnie abstrakcyjne: emerytura jest tak mizerna, że wzbudza litość (i raczej nikogo nie utrzyma), recesja może wszystko spowolnić, a fuchy zamieszkują na uboczu. Źródło komizmu odkryją wyłącznie dorośli, dla maluchów to raczej próba szybkich prezentacji dziwnych mieszkańców zoo. Kasdepke nie kłopocze się wyjaśnianiem definicji, po prostu buduje scenki z kilkoma bohaterami, którzy zachowują się w niezbyt racjonalny sposób i tryskają emocjami z niewiadomych powodów.
Po każdej scenie wprowadzającej nieznane słowo pojawia się jednak komentarz: Ryszard Petru w przystępny dla małych odbiorców sposób tłumaczy, czym naprawdę są konta, akcyzy, podatki, polisy, monopol czy dywidenda – a ponieważ w tomiku znalazło się aż pięćdziesiąt opowiastek, sporo pojęć zyska proste wyjaśnienie. Petru stara się od razu przełożyć zjawisko na sytuację zrozumiałą dla dzieci. Kiedy już najmłodsi przyswoją sobie te uproszczone definicje (w których część informacji do zapamiętania jest graficznie wyróżniona), mogą jeszcze raz wrócić do scenek z zoo i przejrzeć je tym razem ze świadomością, czym naprawdę są wprowadzane dziwadła – i dlaczego zyskują takie a nie inne portrety w bajkowej wersji. Kasdepke ma być tym, który wzbudza ciekawość i dostarcza pojęć (niekiedy już znanych z telewizji czy internetu), Petru wyjaśnia, Kasdepke – w drugim rzucie – rozbawia. Trzecim twórcą w „Zaskórniakach” jest Daniel de Latour, ilustrator. On przyjmuje wyobraźniowe podpowiedzi, które przynosi Kasdepke: rysuje marże, debety i hipoteki w postaci kolorowych i oryginalnych stworów. Dodaje im jeszcze pana Rysia, dozorcę, biletera i praktykantkę – czyli ludzi próbujących zapanować nad menażerią. Tworzy na kartkach kolorowy chaos, sprawia, że humor abstrakcyjny zyskuje realne kształty. Rozśmiesza przez dowcipy sytuacyjne, bawi i dzieci, i dorosłych bez trudu. Traktuje temat jako prawdziwe rysunkowe wyzwanie. Ilustracje są tu bardzo dynamiczne i bardzo kolorowe – w niczym nie kojarzą się z publikacjami edukacyjnymi.
„Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to książka potężna, gruba i ciężka, porządnie wydana, ale cenna również ze względu na zgromadzoną tu wiedzę. Kto chce zrozumieć podstawowe pojęcia ekonomiczne, ten do tej publikacji zajrzeć musi – co ważne, historyjki czasem przydadzą się i dorosłym, którzy nie potrafią wytłumaczyć pociechom zawiłości finansowych. Groźnie brzmiące terminy i dzikie potwory dały się tu oswoić i zasilą szeregi ulubionych literackich stworzeń. Takie sposoby zapoznawania najmłodszych z dorosłymi sprawami zawsze zasługują na uwagę.
Tajemnice pieniądza
Przedziwnie łączy ta publikacja edukację z absurdem. „Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to mała lekcja ekonomii dla dzieci – sposób na oswojenie małych odbiorców z pojęciami stale powracającymi u dorosłych. Nie wiadomo tak naprawdę, czy Grzegorz Kasdepke chce tu zafascynować maluchy bogatą galerią stworów, czy puszcza oko do dorosłych (którym, na przykład, spodobać się może ucieczka przed kąsającym fiskusem). Opowiadania są tu bardzo krótkie, właściwie to raczej oparte na dialogach scenki z tworzonego właśnie zoo dla istot pokrewnych zaskórniakom. Kasdepke posługuje się jednym chwytem: bierze pod lupę słowo związane z finansami a prawdopodobnie nieznane dzieciom, przypisuje mu rolę konkretnego stwora z zestawu osobliwości i próbuje dookreślić przez zachowania, stany i odpowiednie przymiotniki. Dla dzieci to skojarzenia zupełnie abstrakcyjne: emerytura jest tak mizerna, że wzbudza litość (i raczej nikogo nie utrzyma), recesja może wszystko spowolnić, a fuchy zamieszkują na uboczu. Źródło komizmu odkryją wyłącznie dorośli, dla maluchów to raczej próba szybkich prezentacji dziwnych mieszkańców zoo. Kasdepke nie kłopocze się wyjaśnianiem definicji, po prostu buduje scenki z kilkoma bohaterami, którzy zachowują się w niezbyt racjonalny sposób i tryskają emocjami z niewiadomych powodów.
Po każdej scenie wprowadzającej nieznane słowo pojawia się jednak komentarz: Ryszard Petru w przystępny dla małych odbiorców sposób tłumaczy, czym naprawdę są konta, akcyzy, podatki, polisy, monopol czy dywidenda – a ponieważ w tomiku znalazło się aż pięćdziesiąt opowiastek, sporo pojęć zyska proste wyjaśnienie. Petru stara się od razu przełożyć zjawisko na sytuację zrozumiałą dla dzieci. Kiedy już najmłodsi przyswoją sobie te uproszczone definicje (w których część informacji do zapamiętania jest graficznie wyróżniona), mogą jeszcze raz wrócić do scenek z zoo i przejrzeć je tym razem ze świadomością, czym naprawdę są wprowadzane dziwadła – i dlaczego zyskują takie a nie inne portrety w bajkowej wersji. Kasdepke ma być tym, który wzbudza ciekawość i dostarcza pojęć (niekiedy już znanych z telewizji czy internetu), Petru wyjaśnia, Kasdepke – w drugim rzucie – rozbawia. Trzecim twórcą w „Zaskórniakach” jest Daniel de Latour, ilustrator. On przyjmuje wyobraźniowe podpowiedzi, które przynosi Kasdepke: rysuje marże, debety i hipoteki w postaci kolorowych i oryginalnych stworów. Dodaje im jeszcze pana Rysia, dozorcę, biletera i praktykantkę – czyli ludzi próbujących zapanować nad menażerią. Tworzy na kartkach kolorowy chaos, sprawia, że humor abstrakcyjny zyskuje realne kształty. Rozśmiesza przez dowcipy sytuacyjne, bawi i dzieci, i dorosłych bez trudu. Traktuje temat jako prawdziwe rysunkowe wyzwanie. Ilustracje są tu bardzo dynamiczne i bardzo kolorowe – w niczym nie kojarzą się z publikacjami edukacyjnymi.
„Zaskórniaki i inne dziwadła z krainy portfela” to książka potężna, gruba i ciężka, porządnie wydana, ale cenna również ze względu na zgromadzoną tu wiedzę. Kto chce zrozumieć podstawowe pojęcia ekonomiczne, ten do tej publikacji zajrzeć musi – co ważne, historyjki czasem przydadzą się i dorosłym, którzy nie potrafią wytłumaczyć pociechom zawiłości finansowych. Groźnie brzmiące terminy i dzikie potwory dały się tu oswoić i zasilą szeregi ulubionych literackich stworzeń. Takie sposoby zapoznawania najmłodszych z dorosłymi sprawami zawsze zasługują na uwagę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






