Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.
Przeżywanie
Aleksandrę Wysocką da się polubić. To autorka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, a chociaż twierdzi, że na szpitalnych korytarzach sama nie nawiązywałaby kontaktów z innymi pacjentami, tylko odcinała się za pomocą słuchawek i książek – ma spore grono przyjaciółek i w trakcie choroby zdobywa nowe. „Rok raka” to jej osobista ale pozbawiona martyrologii opowieść o przeżyciach, które wiązały się z diagnozą i leczeniem najpierw raka piersi, a później innych zmian nowotworowych wykrywanych w trakcie badań. To opowieść o zmianach i o poświęceniach, ale kompletnie wolna od stereotypowych przemyśleń: autorka jasno podkreśla, że nie będzie szukała w sobie wdzięczności za chorobę ani – wielkich czynów, które musi w zamian za wyleczenie zaoferować światu. Proponuje za to książkę, która być może poprawi komuś w kryzysowej sytuacji humor, albo nastawi na rodzaj walki, która go czeka.
Czterdziestopięcioletnia kobieta – szczęśliwa żona i mama, która, zgodnie z dzisiejszymi trendami, nie da się zamknąć w domu, pracuje, cieszy się życiem, kocha podróżowanie (a wręcz nie potrafi bez niego istnieć ani wypoczywać), ma przyjaciół i uprawia sport regularnie – nagle staje przed wyzwaniem, jakiego się nie spodziewała. Na szczęście zmiana w piersi jest maleńka i błyskawicznie wykryta, nawet nie będzie chemii – to coś do usunięcia i szybkiego zapomnienia. Tak wygląda rzeczywistość na początku – i pozwala się trochę oswoić z niechcianą sytuacją. Aleksandra Wysocka przyznaje, że gdzieś tam musiała się wykrzyczeć i wypłakać, ale dość szybko nastawiła się na wyleczenie. Ogromną rolę odgrywał w tym… czarny humor, o który już na wstępie prosiła przyjaciółki i męża – a zapiski z wspierających rozmów w babskim gronie mogą wyzwolić uśmiech także u czytelników. Tyle że leczenie onkologiczne nigdy nie daje się do końca przewidzieć – po drodze wydarzy się jeszcze mnóstwo mniej lub bardziej przykrych niespodzianek i kolejnych wyzwań, przed którymi trzeba się będzie ratować pozytywnym myśleniem i wsparciem bliskich. Wysocka zdaje relację z zachowań swoich – i swoich bliskich. Nie ukrywa chwil, w których była nieszczęśliwa, zła albo potwornie zmęczona, ale też pokazuje, jak mimo trudnego i przedłużającego się leczenia próbowała wywalczyć momenty cenne dla siebie – realizowała marzenia lub wybierała się w podróże (podczas których wynikały kolejne wyzwania związane z koniecznością szukania lokalnych chirurgów).
I to wszystko pisze po to, żeby dodać otuchy czytelnikom znajdującym się w podobnej sytuacji. Tym, którzy chorych onkologicznie mają w swoim najbliższym otoczeniu, podpowiada, jak się zachowywać: co robić, a czego absolutnie nie oczekują od nich choćby w poczekalniach szpitalnych. Uświadamia, jak czasami wygląda walka z systemem (i przypomina, że sama miała wielkie szczęście, trafiając na odpowiednich ludzi w służbie zdrowia). Nie zamierza moralizować, chociaż raz pojawia się wzmianka o losie kolegi, który wybrał drogę alternatywną. Przypomina, ile znaczy nastawienie. Ale jeśli po ten tom sięgnie ktoś, kto nie był do tej pory przekonany do regularnych badań i do poddawania się leczeniu, prawdopodobnie pozostanie przy swoich ocenach sytuacji. Bo ta opowieść pokazuje, że łatwo nie będzie – chociaż da się przeżyć. Aleksandra Wysocka opowiada o zmianie myślenia, które w niej zaszła – i tłumaczy czytelnikom cały proces. Przydaje się jako przewodnik, ale też – nie oszukuje, że wszystko pójdzie gładko. I właśnie dlatego ludzie mogą jej uwierzyć.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ringier Axel Springer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ringier Axel Springer. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 września 2026
środa, 11 marca 2026
Reportaże z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB
Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.
Spojrzenia sąsiadów
Każdy z autorów wybiera się za inną granicę, żeby poznać ludzi, którzy żyją tuż obok Polski, za to z dala od wielkiej polityki – i którzy mają swoje przemyślenia na temat sąsiadów, zwykle – odarte ze stereotypów i uproszczeń. „Reportaże z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB” to publikacja zbiorowa, złożona z gazetowych poszukiwań odbicia Polaków w oczach innych nacji. I przeważnie autorzy wybierają się za tą granicę, za którą wiedzą, czego się spodziewać – nie będzie tu zaskoczeń ani poszukiwania na siłę rozmówców czy ciekawostek. To raczej podporządkowanie się zastanym szansom, rejestrowanie ulotnych chwil i opowieści o sobie samych. Co ciekawe, każdy z reporterów stara się jednak nawiązywać do wielkiej historii i wielkiej polityki – ale przede wszystkim po to, żeby uświadomić czytelnikom, jak bardzo rozbieżne są często interesy państw i jednostek, albo żeby przypomnieć, że poza wiadomościami z podręczników do historii jest jeszcze zwyczajne życie i jego nie da się tak łatwo ująć w ramy.
„Reportaże z widokiem na Polskę” to książka, w której bez przerwy trwają poszukiwania. I to nie poszukiwania polskiej tożsamości – Polacy w oczach innych stają się również inni, sami mogą się przejrzeć w spojrzeniach przedstawicieli różnych nacji, a czasami ten gest zamieni się w możliwość odkrycia czegoś niezwykłego. Niewiele tu sensacji – jeśli ktoś spodziewa się rozdrapywania traum lub podsycania konfliktów na bazie narodowościowej, nie ma czego w tej książce szukać. Tu liczy się bowiem porozumienie poza podziałami, możliwość wypracowania sobie kompromisu lub – ucieczka od tego, co najbardziej rozczarowujące. Od czasu do czasu zdarza się, że autorzy posiłkują się względami osobistymi: czyjś dziadek chce odwiedzić rodzinne strony – to wystarczy, żeby zabrać się z nim i ocalić przynajmniej część domowych opowieści. W tej publikacji liczy się przede wszystkim szczerość i podążanie za tropami, nawet jeśli miałyby one prowadzić donikąd. Tu króluje zwyczajność, która staje się niezwyczajna właśnie ze względu na wybory i poglądy bohaterów. „Reportaże z widokiem na Polskę” to opowieść niespieszna i nie zawsze walcząca po jednej lub drugiej stronie. A co do wielkich wydarzeń – owszem, istnieją w świadomości rozmówców autorów – ale istnieją na marginesie, nie utrudniają codzienności i na pewno nie zaprzątają myśli dłużej niż to konieczne. Bo przecież trzeba jakoś żyć, bez względu na traumy przodków i na wyzwania, jakie serwują politycy. Zwłaszcza przy granicach jest to widoczne i zwłaszcza tam, gdzie stereotypy rozwijają się w najlepsze – ludzie zawieszeni pomiędzy krajami wiedzą o tym najlepiej i próbują budować własne azyle bez oglądania się na większych i silniejszych sąsiadów. W ten kalejdoskop autorzy włączają Polskę.
niedziela, 15 lutego 2026
Joanna Godecka, Sylwia Stodulska-Jurczyk: Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania
Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.
W parze
Różne są poradniki dotyczące miłości i związków, Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk dołączają do tego zestawu z kolejną propozycją, ale zwracają baczną uwagę na zmiany społeczne i to, co dzisiaj warunkuje wchodzenie w kolejne relacje. „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania” to książka, w której nadrzędnym tematem staje się dobór partnerów dzięki internetowym portalom i aplikacjom randkowym – czyli coś, co jeszcze do niedawna było przez psychologów w najlepszym razie marginalizowane, jeśli nie w ogóle pomijane. Tymczasem możliwość szybkiego wyszukiwania osób spełniających określone kryteria i możliwość dopasowywania ich do własnych oczekiwań sprawia, że ludzie mniej troszczą się o budowanie pełnego i wartościowego związku, a bardziej postrzegają potencjalną drugą połówkę jak towar, który w każdej chwili można zwrócić do sklepu – zamiast postarać się o wypracowanie stabilizacji i rozmawiać o wizjach związku. Związek w „Epoce singli” to nie tylko małżeństwo, autorki unikają kategoryzowania i wolą skupiać się na sednie kontaktów międzyludzkich a nie na powracaniu do urzędowo zatwierdzanych relacji: tu każdy znajdzie coś dla siebie.
Książka została podzielona na dwie części, w pierwszej autorki zapraszają do dyskusji kolejnych badaczy i psychologów, którzy wybrali sobie konkretne zagadnienie i wnikliwie je analizują. Do tego stopnia, że nie boją się odpowiedzi na pytanie „czego pragną kobiety” i „czego pragną mężczyźni” – wnioski z tych wywiadów mogą być dla czytelników dość zaskakujące. Za każdym razem autorki wybierają nadrzędny temat, który nadaje ton i kierunek rozmowom, po to, żeby czytelnicy mogli przejrzeć się w tych opowieściach i umieć wskazać najbardziej palące punkty do poprawienia w swoim życiu. To nie jest historia o singlach – raczej bycie singlem to problem, który warto rozwiązać: autorki uznają, że single albo zostali w poprzednich relacjach pokrzywdzeni i teraz boją się podejmowania ryzyka, albo dla wygody są sami, bo nie potrafią się dopasowywać, albo nie chcą odrzucenia, świadomi, że dzisiejszy świat jest bezlitosny w kwestii stabilności w związkach. A skoro singiel z przekonania (i to przekonania wewnętrznego, a nie płynącego z poprzednich doświadczeń) to rzadkość, lepiej skupić się na tych, którzy są singlami, ale niekoniecznie o tym marzą. Autodiagnozy nie są niezbędne, ale stanowią ciekawą socjologiczną obserwację, która może sporo czytelnikom powiedzieć o ich samych albo o ich potencjalnych partnerach. W drugiej części książki autorki stawiają na swoje rozmowy – znowu forma wywiadu pozwala lepiej przyswajać informacje i pokonywać własne uprzedzenia: pojawi się tu między innymi rozdział o nieśmiałości czy o lęku przed pierwszym krokiem, a także o stereotypach dotyczących miłości – które przeszkadzają w budowaniu wartościowej relacji. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych spostrzeżeń i tez, to wygodne rozwiązanie dla leniwych i nieuważnych – w drugiej części tomu można też dostać zestawy zadań czy testy pomagające w autoanalizach. I wszystko to prowadzi do samoświadomości, a także do ewentualnej szansy na poprawienie jakości związków. Książka została przygotowana tak, żeby nie zarzucać czytelników przesadnie teoriami psychologicznymi, za to żeby zwrócić uwagę na konsekwencje aktualnego trybu życia.
W parze
Różne są poradniki dotyczące miłości i związków, Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk dołączają do tego zestawu z kolejną propozycją, ale zwracają baczną uwagę na zmiany społeczne i to, co dzisiaj warunkuje wchodzenie w kolejne relacje. „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania” to książka, w której nadrzędnym tematem staje się dobór partnerów dzięki internetowym portalom i aplikacjom randkowym – czyli coś, co jeszcze do niedawna było przez psychologów w najlepszym razie marginalizowane, jeśli nie w ogóle pomijane. Tymczasem możliwość szybkiego wyszukiwania osób spełniających określone kryteria i możliwość dopasowywania ich do własnych oczekiwań sprawia, że ludzie mniej troszczą się o budowanie pełnego i wartościowego związku, a bardziej postrzegają potencjalną drugą połówkę jak towar, który w każdej chwili można zwrócić do sklepu – zamiast postarać się o wypracowanie stabilizacji i rozmawiać o wizjach związku. Związek w „Epoce singli” to nie tylko małżeństwo, autorki unikają kategoryzowania i wolą skupiać się na sednie kontaktów międzyludzkich a nie na powracaniu do urzędowo zatwierdzanych relacji: tu każdy znajdzie coś dla siebie.
Książka została podzielona na dwie części, w pierwszej autorki zapraszają do dyskusji kolejnych badaczy i psychologów, którzy wybrali sobie konkretne zagadnienie i wnikliwie je analizują. Do tego stopnia, że nie boją się odpowiedzi na pytanie „czego pragną kobiety” i „czego pragną mężczyźni” – wnioski z tych wywiadów mogą być dla czytelników dość zaskakujące. Za każdym razem autorki wybierają nadrzędny temat, który nadaje ton i kierunek rozmowom, po to, żeby czytelnicy mogli przejrzeć się w tych opowieściach i umieć wskazać najbardziej palące punkty do poprawienia w swoim życiu. To nie jest historia o singlach – raczej bycie singlem to problem, który warto rozwiązać: autorki uznają, że single albo zostali w poprzednich relacjach pokrzywdzeni i teraz boją się podejmowania ryzyka, albo dla wygody są sami, bo nie potrafią się dopasowywać, albo nie chcą odrzucenia, świadomi, że dzisiejszy świat jest bezlitosny w kwestii stabilności w związkach. A skoro singiel z przekonania (i to przekonania wewnętrznego, a nie płynącego z poprzednich doświadczeń) to rzadkość, lepiej skupić się na tych, którzy są singlami, ale niekoniecznie o tym marzą. Autodiagnozy nie są niezbędne, ale stanowią ciekawą socjologiczną obserwację, która może sporo czytelnikom powiedzieć o ich samych albo o ich potencjalnych partnerach. W drugiej części książki autorki stawiają na swoje rozmowy – znowu forma wywiadu pozwala lepiej przyswajać informacje i pokonywać własne uprzedzenia: pojawi się tu między innymi rozdział o nieśmiałości czy o lęku przed pierwszym krokiem, a także o stereotypach dotyczących miłości – które przeszkadzają w budowaniu wartościowej relacji. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych spostrzeżeń i tez, to wygodne rozwiązanie dla leniwych i nieuważnych – w drugiej części tomu można też dostać zestawy zadań czy testy pomagające w autoanalizach. I wszystko to prowadzi do samoświadomości, a także do ewentualnej szansy na poprawienie jakości związków. Książka została przygotowana tak, żeby nie zarzucać czytelników przesadnie teoriami psychologicznymi, za to żeby zwrócić uwagę na konsekwencje aktualnego trybu życia.
wtorek, 8 października 2024
Joanna Zielewska: Glukozowy zawrót głowy
Ringier Axel Springer, Warszawa 2024.
Dieta
Joanna Zielewska nie przychodzi do odbiorców z żadnym nowatorskim programem żywieniowym, owszem, dystansuje się od niektórych zaleceń modnych teraz lub przed momentem – ale znacznie chętniej wykorzystuje poszczególne składniki z różnych programów żywieniowych, żeby zaproponować własne rozwiązania – plan na miesiąc. Stosowanie się do tych propozycji ma pozwolić na przeprogramowanie organizmu – przyzwyczajenie go do zdrowszego odżywiania się i usunięcie zachcianek na coś słodkiego (bez rezygnowania z deserów). W efekcie da się tę książkę potraktować jako publikację kulinarną, zestaw podpowiedzi, co przygotować na śniadanie, obiad i kolację, kiedy nie ma się już pomysłu na codzienny jadłospis. Joanna Zielewska stawia raczej na narrację poradnikową niż na naukowe wywody, nie karmi czytelników kolejnymi badaniami i odkryciami – sięga po rozmaite inspiracje i wybiera z nich coś dla siebie, żeby w efekcie stworzyć zestaw wskazówek dla czytelników, którzy chcą ograniczyć cukier w codziennej diecie. Wprowadza wyjaśnienia (kiedy z czego rezygnować i co w jaki sposób wprowadzać do posiłków), ale są one dość krótkie i, jak to zwykle w podobnych publikacjach bywa, przekonają wyłącznie już przekonanych. A to oznacza, że najczęściej eksploatowaną warstwą tomu „Glukozowy zawrót głowy” będzie część kulinarna. Autorka stawia przed odbiorcami „dodatkowe wyzwania” na tydzień – bo i dlaczego nie spróbować wprowadzenia zdrowych nawyków – ale nie szuka motywacji czy argumentów za zmianą trybu życia. To mniej istotny fragment opowieści. Najbardziej liczą się nowe posiłki i na nie pomysł ma. Są tu przepisy oryginalne i apetyczne, o różnym stopniu skomplikowania (co ważne – często składniki dotyczą jednej lub dwóch porcji, podwajane są wtedy, gdy danie można zamrozić albo łatwiej przygotować w większej ilości), a efektowne. Można znaleźć albo nowe smaki, albo propozycje modyfikacji znanych dań – i nie tylko popracować nad swoim uzależnieniem od cukru, ale też zastąpić czymś nowym dotychczas przygotowywane posiłki.
Chociaż jest to książka poradnikowa, liczba zdjęć i grafik przypomina w niej publikacje albumowe – autorka zdaje sobie sprawę, że w ten sposób łatwiej jej będzie przyciągnąć uwagę czytelników i zachęcić do wypróbowania konkretnych przepisów. Same przepisy z kolei są pisane najprościej – kierowane są do ludzi, którzy nie znaleźli się w kuchni pierwszy raz i raczej radzą sobie z przyrządzaniem zwykłych posiłków. To pozwala na stosowanie pewnych skrótów i na unikanie wyjaśniania oczywistości – dzięki czemu będzie więcej miejsca na kolejne przepisy. „Glukozowy zawrót głowy” to poradnik dla odbiorców szukających szybkiego i przydatnego, niewymyślnego zestawu dań do codziennych posiłków – po tę książkę sięga się dla praktycznych wskazówek i to nawet bez względu na problemy z cukrem (lub ich brak): można ją po prostu potraktować jako poradnik kulinarny ze wstępem dotyczącym spożywania cukru.
Dieta
Joanna Zielewska nie przychodzi do odbiorców z żadnym nowatorskim programem żywieniowym, owszem, dystansuje się od niektórych zaleceń modnych teraz lub przed momentem – ale znacznie chętniej wykorzystuje poszczególne składniki z różnych programów żywieniowych, żeby zaproponować własne rozwiązania – plan na miesiąc. Stosowanie się do tych propozycji ma pozwolić na przeprogramowanie organizmu – przyzwyczajenie go do zdrowszego odżywiania się i usunięcie zachcianek na coś słodkiego (bez rezygnowania z deserów). W efekcie da się tę książkę potraktować jako publikację kulinarną, zestaw podpowiedzi, co przygotować na śniadanie, obiad i kolację, kiedy nie ma się już pomysłu na codzienny jadłospis. Joanna Zielewska stawia raczej na narrację poradnikową niż na naukowe wywody, nie karmi czytelników kolejnymi badaniami i odkryciami – sięga po rozmaite inspiracje i wybiera z nich coś dla siebie, żeby w efekcie stworzyć zestaw wskazówek dla czytelników, którzy chcą ograniczyć cukier w codziennej diecie. Wprowadza wyjaśnienia (kiedy z czego rezygnować i co w jaki sposób wprowadzać do posiłków), ale są one dość krótkie i, jak to zwykle w podobnych publikacjach bywa, przekonają wyłącznie już przekonanych. A to oznacza, że najczęściej eksploatowaną warstwą tomu „Glukozowy zawrót głowy” będzie część kulinarna. Autorka stawia przed odbiorcami „dodatkowe wyzwania” na tydzień – bo i dlaczego nie spróbować wprowadzenia zdrowych nawyków – ale nie szuka motywacji czy argumentów za zmianą trybu życia. To mniej istotny fragment opowieści. Najbardziej liczą się nowe posiłki i na nie pomysł ma. Są tu przepisy oryginalne i apetyczne, o różnym stopniu skomplikowania (co ważne – często składniki dotyczą jednej lub dwóch porcji, podwajane są wtedy, gdy danie można zamrozić albo łatwiej przygotować w większej ilości), a efektowne. Można znaleźć albo nowe smaki, albo propozycje modyfikacji znanych dań – i nie tylko popracować nad swoim uzależnieniem od cukru, ale też zastąpić czymś nowym dotychczas przygotowywane posiłki.
Chociaż jest to książka poradnikowa, liczba zdjęć i grafik przypomina w niej publikacje albumowe – autorka zdaje sobie sprawę, że w ten sposób łatwiej jej będzie przyciągnąć uwagę czytelników i zachęcić do wypróbowania konkretnych przepisów. Same przepisy z kolei są pisane najprościej – kierowane są do ludzi, którzy nie znaleźli się w kuchni pierwszy raz i raczej radzą sobie z przyrządzaniem zwykłych posiłków. To pozwala na stosowanie pewnych skrótów i na unikanie wyjaśniania oczywistości – dzięki czemu będzie więcej miejsca na kolejne przepisy. „Glukozowy zawrót głowy” to poradnik dla odbiorców szukających szybkiego i przydatnego, niewymyślnego zestawu dań do codziennych posiłków – po tę książkę sięga się dla praktycznych wskazówek i to nawet bez względu na problemy z cukrem (lub ich brak): można ją po prostu potraktować jako poradnik kulinarny ze wstępem dotyczącym spożywania cukru.
wtorek, 12 kwietnia 2022
Joanna Zielewska: 180 dań do pudełka - hashimoto
Ringier Axel Springer, Warszawa 2022.
Przepisy
Każdy, kto usłyszy diagnozę, która wiąże się z koniecznością zmiany żywieniowych przyzwyczajeń, w pierwszym odruchu sięga po najłatwiej dostępne publikacje i w nich szuka inspiracji do urozmaiceń w kuchni. "180 dań do pudełka - hashimoto" to poradnik w charakterystycznej serii. Zawiera rzeczowy wstęp dotyczący samej choroby i tego, co problemy z tarczycą oznaczają w kontekście całego organizmu. Są tu też krótkie informacje na temat specyfiki diety: czytelnicy muszą się przekonać, że nie oznacza to wyłącznie wyrzeczeń, może wiązać się z kulinarną przyjemnością i ciekawymi odkryciami. To komentarze niezbędne, żeby odbiorcy nie wystraszyli się nadchodzących zmian - rodzaj motywacji do działania, a i swoista reklama. Bo nie trzeba cierpieć na hashimoto, żeby przekonać się do nowych potraw.
Ta publikacja nie została przygotowana jak tradycyjne książki kucharskie. To propozycja jadłospisu na miesiąc, bo cztery tygodnie wystarczają, by zmienić nawyki żywieniowe i przyzwyczaić organizm do nowych zasad. Taka konstrukcja tomu jest też świetną szansą na pokazanie, że dieta nie musi być monotonna. Można skorzystać z podpowiedzi list zakupów, a następnie realizować jadłospis według wytycznych - każda strona to trzy posiłki: śniadanie, obiad i kolacja. Dodatkowo każdy tydzień przynosi jeszcze dodatkowe przekąski lub dania, które można wprowadzić jako zamienniki niektórych potraw. Daje to szansę tym, którzy nie gustują w konkretnych smakach i woleliby nie zmuszać się do jedzenia czegoś, na co nie mają ochoty: tom przygotowany jest tak, żeby zachęcać do diety, a nie zmuszać do radykalnych kroków. Jest to książka stworzona tak, by jak najbardziej się przydawała i żeby nie wydrenowała kieszeni użytkowników: nie ma tu ani kredowego papieru, ani bardzo artystycznych zdjęć - chodzi po prostu o zaprezentowanie potraw i o stworzenie podręcznego i wygodnego do korzystania tomu. Także nawigacja jest utrudniona przez rezygnację z klasycznego podziału na potrawy obiadowe, przekąski czy śniadania - skorzystać można z alfabetycznego spisu potraw, ale być może czytelnicy będą woleli dać się poprowadzić - nie muszą wtedy zastanawiać się nad tym, co przygotować na kolejny posiłek. Ciekawym i sympatycznym dodatkiem stają się tu przepisy na dania na poprawę humoru, na lepszą formę, jako pomoc przy biegunkach lub przy zaparciach - to znów propozycje, które można wprowadzać do swojego menu.
Nie oznacza to, że "180 dań do pudełka - hashimoto" to książka wyłącznie dla chorych. Każdy, kto ma ochotę spróbować zdrowego jedzenia w zbilansowanej diecie, a nie chce wpadać w kolejne mody, może sięgnąć po podpowiedzi z tej książki i wykorzystywać je do tworzenia lepszych posiłków. Ten tom warto mieć pod ręką - i zwyczajnie sprawdzać różne smaki i podpowiedzi na codzienne potrawy.
Przepisy
Każdy, kto usłyszy diagnozę, która wiąże się z koniecznością zmiany żywieniowych przyzwyczajeń, w pierwszym odruchu sięga po najłatwiej dostępne publikacje i w nich szuka inspiracji do urozmaiceń w kuchni. "180 dań do pudełka - hashimoto" to poradnik w charakterystycznej serii. Zawiera rzeczowy wstęp dotyczący samej choroby i tego, co problemy z tarczycą oznaczają w kontekście całego organizmu. Są tu też krótkie informacje na temat specyfiki diety: czytelnicy muszą się przekonać, że nie oznacza to wyłącznie wyrzeczeń, może wiązać się z kulinarną przyjemnością i ciekawymi odkryciami. To komentarze niezbędne, żeby odbiorcy nie wystraszyli się nadchodzących zmian - rodzaj motywacji do działania, a i swoista reklama. Bo nie trzeba cierpieć na hashimoto, żeby przekonać się do nowych potraw.
Ta publikacja nie została przygotowana jak tradycyjne książki kucharskie. To propozycja jadłospisu na miesiąc, bo cztery tygodnie wystarczają, by zmienić nawyki żywieniowe i przyzwyczaić organizm do nowych zasad. Taka konstrukcja tomu jest też świetną szansą na pokazanie, że dieta nie musi być monotonna. Można skorzystać z podpowiedzi list zakupów, a następnie realizować jadłospis według wytycznych - każda strona to trzy posiłki: śniadanie, obiad i kolacja. Dodatkowo każdy tydzień przynosi jeszcze dodatkowe przekąski lub dania, które można wprowadzić jako zamienniki niektórych potraw. Daje to szansę tym, którzy nie gustują w konkretnych smakach i woleliby nie zmuszać się do jedzenia czegoś, na co nie mają ochoty: tom przygotowany jest tak, żeby zachęcać do diety, a nie zmuszać do radykalnych kroków. Jest to książka stworzona tak, by jak najbardziej się przydawała i żeby nie wydrenowała kieszeni użytkowników: nie ma tu ani kredowego papieru, ani bardzo artystycznych zdjęć - chodzi po prostu o zaprezentowanie potraw i o stworzenie podręcznego i wygodnego do korzystania tomu. Także nawigacja jest utrudniona przez rezygnację z klasycznego podziału na potrawy obiadowe, przekąski czy śniadania - skorzystać można z alfabetycznego spisu potraw, ale być może czytelnicy będą woleli dać się poprowadzić - nie muszą wtedy zastanawiać się nad tym, co przygotować na kolejny posiłek. Ciekawym i sympatycznym dodatkiem stają się tu przepisy na dania na poprawę humoru, na lepszą formę, jako pomoc przy biegunkach lub przy zaparciach - to znów propozycje, które można wprowadzać do swojego menu.
Nie oznacza to, że "180 dań do pudełka - hashimoto" to książka wyłącznie dla chorych. Każdy, kto ma ochotę spróbować zdrowego jedzenia w zbilansowanej diecie, a nie chce wpadać w kolejne mody, może sięgnąć po podpowiedzi z tej książki i wykorzystywać je do tworzenia lepszych posiłków. Ten tom warto mieć pod ręką - i zwyczajnie sprawdzać różne smaki i podpowiedzi na codzienne potrawy.
niedziela, 5 września 2021
Eleonora Szafran: Mistrz. Tadeusz Teddy Pietrzykowski
Ringier Axel Springer, Warszawa 2021.
Walka o życie
Te wspomnienia przez długi czas nie miały szczęścia do wydawców, jednak teraz towarzyszą premierze filmowej i przez to trafić mogą do bardzo szerokiego grona odbiorców. „Mistrz” to książka złożona przez Eleonorę Szafran, córkę bohatera tomu i autora zapisków, Tadeusza „Teddy'ego” Pierzykowskiego. Zestaw opowieści z Auschwitz opatrzony jest jeszcze drobnym komentarzem Eleonory Szafran – dotyczącym życia prywatnego ojca, zwłaszcza jego sformalizowanych związków, co ciekawe, sam autor celowo unika pisania na ten temat, więc najprawdopodobniej zadziałała tu konieczność odpowiedzi na wyimaginowane potrzeby odbiorców. Do tego dochodzi zestaw zdjęć oraz dokumentów z procesu Hössa. W zasadzie nie trzeba wiele tłumaczyć i nawet słownik pojęć czy postaci pojawiający się na końcu książki wydaje się zbędny: trudno wyobrazić sobie osobę, która nie kojarzy wyjaśnianych tu haseł.
Pietrzykowski opowiada o swoim pobycie w obozie, decydując się nie na omawianie całości, a na wybór zagadnień. Koncentruje się przede wszystkim na dwóch kwestiach, na sporcie – od kiedy okazało się, że boks jest dla niego szansą na przetrwanie – oraz na zdobywaniu jedzenia. Zdarza się, że przeżywa coś potwornego, co zostaje mu w pamięci na zawsze – wtedy dzieli się dodatkowo komentarzem. Stara się też, żeby odbiorcy zrozumieli, co przeżywał i jak funkcjonował w obozie. Przedstawia między innymi ojca Kolbe: własną relację z nim oraz scenę bohaterstwa – ze swojej perspektywy. Bywa, że szokuje czytelników decyzjami albo zachowaniami, innym razem jednak przekonuje, że udawało się dzięki pomocy porządnych ludzi zachować wiarę w zwycięstwo. Stosunkowo niewiele jest tu wrażeń z samych walk: Pietrzykowski opowiada o nich tylko wtedy, kiedy są naprawdę istotne dla obozowej hierarchii albo wiążą się z ryzykiem i zagrożeniem śmiercią (w konsekwencji wygranej lub przegranej), nie tworzy lektury sportowej. Przedstawia za to na przykład swoje treningi w obozie: sposób na zachowanie formy. To zadanie wymagało pomysłowości oraz odwagi, a przy tym – nieszablonowego podejścia. Tadeusz Pietrzykowski jednak zrezygnować z ćwiczeń nie mógł, jeśli chciał przetrwać. O tym, co zapewniła mu bokserska kariera, pisze na marginesie wspomnień, zajmuje się bardziej zapamiętaną codziennością. Nie porządkuje jednak samych wrażeń z obozu, to znaczy – nie stara się zarejestrować wszystkiego. Jest „Mistrz” gorzką opowieścią o trudach obozowego życia, zawiera historie przerażające i niosące nadzieję. Widać w książce troskę o dbałość stylistyczną i o ocalanie wspomnień, którymi trzeba się podzielić z potomnymi – jednak nie w kategoriach literackich, ani nawet emocjonalnych, ocenia się ten tom. Tadeusz Pietrzykowski wpisuje się w nurt książek o życiu i śmierci w obozach koncentracyjnych – jednak dzięki nastawieniu na inną niż powszechnie znana strategię może przyciągać uwagę. Tom wyróżnia się właśnie profesją bohatera-opowiadacza, dzięki czemu znajdzie swoje miejsce na przesyconym już wojennymi relacjami rynku.
Walka o życie
Te wspomnienia przez długi czas nie miały szczęścia do wydawców, jednak teraz towarzyszą premierze filmowej i przez to trafić mogą do bardzo szerokiego grona odbiorców. „Mistrz” to książka złożona przez Eleonorę Szafran, córkę bohatera tomu i autora zapisków, Tadeusza „Teddy'ego” Pierzykowskiego. Zestaw opowieści z Auschwitz opatrzony jest jeszcze drobnym komentarzem Eleonory Szafran – dotyczącym życia prywatnego ojca, zwłaszcza jego sformalizowanych związków, co ciekawe, sam autor celowo unika pisania na ten temat, więc najprawdopodobniej zadziałała tu konieczność odpowiedzi na wyimaginowane potrzeby odbiorców. Do tego dochodzi zestaw zdjęć oraz dokumentów z procesu Hössa. W zasadzie nie trzeba wiele tłumaczyć i nawet słownik pojęć czy postaci pojawiający się na końcu książki wydaje się zbędny: trudno wyobrazić sobie osobę, która nie kojarzy wyjaśnianych tu haseł.
Pietrzykowski opowiada o swoim pobycie w obozie, decydując się nie na omawianie całości, a na wybór zagadnień. Koncentruje się przede wszystkim na dwóch kwestiach, na sporcie – od kiedy okazało się, że boks jest dla niego szansą na przetrwanie – oraz na zdobywaniu jedzenia. Zdarza się, że przeżywa coś potwornego, co zostaje mu w pamięci na zawsze – wtedy dzieli się dodatkowo komentarzem. Stara się też, żeby odbiorcy zrozumieli, co przeżywał i jak funkcjonował w obozie. Przedstawia między innymi ojca Kolbe: własną relację z nim oraz scenę bohaterstwa – ze swojej perspektywy. Bywa, że szokuje czytelników decyzjami albo zachowaniami, innym razem jednak przekonuje, że udawało się dzięki pomocy porządnych ludzi zachować wiarę w zwycięstwo. Stosunkowo niewiele jest tu wrażeń z samych walk: Pietrzykowski opowiada o nich tylko wtedy, kiedy są naprawdę istotne dla obozowej hierarchii albo wiążą się z ryzykiem i zagrożeniem śmiercią (w konsekwencji wygranej lub przegranej), nie tworzy lektury sportowej. Przedstawia za to na przykład swoje treningi w obozie: sposób na zachowanie formy. To zadanie wymagało pomysłowości oraz odwagi, a przy tym – nieszablonowego podejścia. Tadeusz Pietrzykowski jednak zrezygnować z ćwiczeń nie mógł, jeśli chciał przetrwać. O tym, co zapewniła mu bokserska kariera, pisze na marginesie wspomnień, zajmuje się bardziej zapamiętaną codziennością. Nie porządkuje jednak samych wrażeń z obozu, to znaczy – nie stara się zarejestrować wszystkiego. Jest „Mistrz” gorzką opowieścią o trudach obozowego życia, zawiera historie przerażające i niosące nadzieję. Widać w książce troskę o dbałość stylistyczną i o ocalanie wspomnień, którymi trzeba się podzielić z potomnymi – jednak nie w kategoriach literackich, ani nawet emocjonalnych, ocenia się ten tom. Tadeusz Pietrzykowski wpisuje się w nurt książek o życiu i śmierci w obozach koncentracyjnych – jednak dzięki nastawieniu na inną niż powszechnie znana strategię może przyciągać uwagę. Tom wyróżnia się właśnie profesją bohatera-opowiadacza, dzięki czemu znajdzie swoje miejsce na przesyconym już wojennymi relacjami rynku.
poniedziałek, 20 lipca 2020
Joanna Przetakiewicz: #nie bałam się o tym rozmawiać. Historie bez retuszu
Ringier Axel Springer, Warszawa 2020.
Scenariusze z życia
To jedna z tych książek, których nie ocenia się od strony literackiej, bo nie o literackość w niej chodzi, nawet jeśli poszczególne opowieści zostały zunifikowane i sprowadzone do jednego wymiaru: raczej mała szansa, żeby kobiety z różnych sfer i o różnych życiowych doświadczeniach posługiwały się jednym szablonem i jednym językiem, więc nawet podział na role nie przekona do ogromnej ingerencji stylistycznej. Ale nie o jakość literatury tu chodzi, a o przesłanie tomu, a to nie podlega w ogóle ocenom. „#nie bałam się o tym rozmawiać” to publikacja stworzona z wyznań dziesięciu kobiet. Joanna Przetakiewicz zaprasza do relacjonowania – ku przestrodze – swoich przypadków i kłopotów autorki odważne i silne, tak, żeby czytelniczki mogły przekonać się, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, nawet jeżeli bardzo radykalne. Nieprzypadkowo podtytuł tego tomu głosi „Historie bez retuszu” - przy czym chodzi o retusz „życiowy”.
Każda z bohaterek musiała się z czymś trudnym zmierzyć. Jedna bardzo chciała mieć dziecko, ale jej organizm odrzucał każdą ciążę, przez co czuła się wybrakowana – a bardzo drogi zabieg in vitro nie gwarantował sukcesu. Inna straciła pewność siebie przez toksycznego małżonka, jeszcze inna walczyła z alkoholizmem w domu, kolejna była przez męża gwałcona. Któraś czeka na wyjście partnera z więzienia i wierzy, że będzie mogła prowadzić normalne życie. Za każdym razem pojawia się koszmar codziennego życia – trudny wręcz do wyobrażenia w zwyczajnych domach. Za każdym razem pojedyncze decyzje lub wyniesione z domu rodzinnego doświadczenia stają się pułapką pozornie bez wyjścia. Mężczyźni w zaciszu domowym stają się oprawcami, nawet wtedy, gdy wcześniej udawali troskliwych, przynosili kwiaty i prawili komplementy. Część problemów bierze się zresztą z nieumiejętności odczytywania niepokojących sygnałów na początku: bohaterki historii wiedzą już, że nie wolno przymykać oczu na „drobne”wady, bo one po ślubie mogą stać się źródłem wielu traum – i przyniosą cierpienie ponad siły.
Niezależnie od tego, jaki scenariusz przedstawiają bohaterki tomu „#nie bałam się o tym rozmawiać”, całość prowadzi do jednego: wyjścia ze skomplikowanej sytuacji. Może to oznaczać szukanie fachowej pomocy albo przynajmniej wsparcia innych kobiet, może – radykalne odcięcie się i ucieczkę. Jednak żeby coś w swoim nieudanym życiu zmienić, trzeba mieć siłę. I kobiety z tego tomu pokazują, że taką siłę można znaleźć w sobie, nawet jeśli jest się już zniszczoną psychicznie zabawką psychopaty. To coś, co daje nadzieję czytelniczkom będącym w podobnej sytuacji – i coś, co staje się przestrogą dla kobiet naiwnych. Joanna Przetakiewicz chce, żeby lekcja, jaką odbiorczynie wyciągną z tomu, była wyrazista i jednoznaczna. Tu nie chodzi o szukanie księcia z bajki i wiarę w „żyli długo i szczęśliwie”, a o ratunek, gdy bajka okazała się koszmarem. Z tego też powodu nie ma większego znaczenia sposób prowadzenia opowieści – tu ważne są tylko reakcje, jakie wyzwolą one w czytelniczkach. „#nie bałam się o tym rozmawiać” to niezgoda na upokorzenia, cierpienia i krzywdy, nawet jeśli w opinii niektórych poszkodowane „same są sobie winne”.
Scenariusze z życia
To jedna z tych książek, których nie ocenia się od strony literackiej, bo nie o literackość w niej chodzi, nawet jeśli poszczególne opowieści zostały zunifikowane i sprowadzone do jednego wymiaru: raczej mała szansa, żeby kobiety z różnych sfer i o różnych życiowych doświadczeniach posługiwały się jednym szablonem i jednym językiem, więc nawet podział na role nie przekona do ogromnej ingerencji stylistycznej. Ale nie o jakość literatury tu chodzi, a o przesłanie tomu, a to nie podlega w ogóle ocenom. „#nie bałam się o tym rozmawiać” to publikacja stworzona z wyznań dziesięciu kobiet. Joanna Przetakiewicz zaprasza do relacjonowania – ku przestrodze – swoich przypadków i kłopotów autorki odważne i silne, tak, żeby czytelniczki mogły przekonać się, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, nawet jeżeli bardzo radykalne. Nieprzypadkowo podtytuł tego tomu głosi „Historie bez retuszu” - przy czym chodzi o retusz „życiowy”.
Każda z bohaterek musiała się z czymś trudnym zmierzyć. Jedna bardzo chciała mieć dziecko, ale jej organizm odrzucał każdą ciążę, przez co czuła się wybrakowana – a bardzo drogi zabieg in vitro nie gwarantował sukcesu. Inna straciła pewność siebie przez toksycznego małżonka, jeszcze inna walczyła z alkoholizmem w domu, kolejna była przez męża gwałcona. Któraś czeka na wyjście partnera z więzienia i wierzy, że będzie mogła prowadzić normalne życie. Za każdym razem pojawia się koszmar codziennego życia – trudny wręcz do wyobrażenia w zwyczajnych domach. Za każdym razem pojedyncze decyzje lub wyniesione z domu rodzinnego doświadczenia stają się pułapką pozornie bez wyjścia. Mężczyźni w zaciszu domowym stają się oprawcami, nawet wtedy, gdy wcześniej udawali troskliwych, przynosili kwiaty i prawili komplementy. Część problemów bierze się zresztą z nieumiejętności odczytywania niepokojących sygnałów na początku: bohaterki historii wiedzą już, że nie wolno przymykać oczu na „drobne”wady, bo one po ślubie mogą stać się źródłem wielu traum – i przyniosą cierpienie ponad siły.
Niezależnie od tego, jaki scenariusz przedstawiają bohaterki tomu „#nie bałam się o tym rozmawiać”, całość prowadzi do jednego: wyjścia ze skomplikowanej sytuacji. Może to oznaczać szukanie fachowej pomocy albo przynajmniej wsparcia innych kobiet, może – radykalne odcięcie się i ucieczkę. Jednak żeby coś w swoim nieudanym życiu zmienić, trzeba mieć siłę. I kobiety z tego tomu pokazują, że taką siłę można znaleźć w sobie, nawet jeśli jest się już zniszczoną psychicznie zabawką psychopaty. To coś, co daje nadzieję czytelniczkom będącym w podobnej sytuacji – i coś, co staje się przestrogą dla kobiet naiwnych. Joanna Przetakiewicz chce, żeby lekcja, jaką odbiorczynie wyciągną z tomu, była wyrazista i jednoznaczna. Tu nie chodzi o szukanie księcia z bajki i wiarę w „żyli długo i szczęśliwie”, a o ratunek, gdy bajka okazała się koszmarem. Z tego też powodu nie ma większego znaczenia sposób prowadzenia opowieści – tu ważne są tylko reakcje, jakie wyzwolą one w czytelniczkach. „#nie bałam się o tym rozmawiać” to niezgoda na upokorzenia, cierpienia i krzywdy, nawet jeśli w opinii niektórych poszkodowane „same są sobie winne”.
piątek, 19 kwietnia 2019
Elżbieta Turlej: Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe
Ringier Axel Springer, Warszawa 2019.
Cena piękna
Nie jest to zbyt długi zbiór reportaży, ale z pewnością wstrząsnąć może częścią czytelniczek. Trafić powinien zwłaszcza do tych, które uwierzyły w „cudowne” metamorfozy kobiet zgłaszających się do programów telewizyjnych o urodzie i poprawieniu wyglądu. Dla Elżbiety Turlej biznes beauty to jedna wielka pułapka: autorka książki „Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe” szuka dowodów i potwierdzeń tezy, że pogoń za sztucznym pięknem prowadzi wyłącznie do problemów zdrowotnych, finansowych oraz psychicznych. Rozbija książkę na kilka różnych rozdziałów tematycznych, raz będzie odwoływać się do pań, które dały się skusić na bycie królikami doświadczalnymi – byle zaoszczędzić na zabiegach upiększających, raz pokaże, czym kończyła się wiara w podarowane przez reality shows piękno. Nie traktuje przykrych dla bohaterek opowieści konsekwencji jako kary za próżność – współczuje kobietom, ale też próbuje przestrzegać następne przed nadmiernym optymizmem (i oszczędzaniem). Jeśli w cokolwiek ma ta książka być wymierzona – to w przemysł beauty, radykalną wersję branży kosmetyczno-chirurgicznej – przypadki ekstremalne powinny dać odbiorczyniom do myślenia i uświadomić im, że czasami za wymarzone piękno przychodzi zapłacić zbyt wysoką cenę.
Wyraźnie irytują autorkę młode dziewczyny, które dla urody zrobią wszystko. Początek tomu pokazuje podejście hostess do tematu inwestowania w ciało – każda ingerencja chirurgiczna może oznaczać większe szanse na awans w branży – brzydkie nastolatki nie mają szans na karierę tam, gdzie liczy się piękno. Ale karuzela poprawiania urody nigdy się nie zatrzymuje: po powiększeniu ust przyjdzie kolej na powiększenie piersi, a w końcu napompowana botoksem i silikonem dziewczyna przekonuje się, że wszędzie poza stanowiskiem, o które tak walczyła, wygląda zbyt groteskowo i krzykliwie, karykaturalnie a nie normalnie. Jednak obrazek zdegenerowanego społeczeństwa w tym wypadku to tylko jeden z wielu straszaków, jakie w zanadrzu chowa Elżbieta Turlej. Na forach internetowych kontaktuje się z kobietami pokrzywdzonymi przez przemysł beauty. I tak na przykład przedstawia historię tych, które udały się na eksperymentalną (bądź „szkoleniową”) operację, żeby zapłacić dużo mniej niż za zabieg w renomowanym salonie – i zostały na całe życie oszpecone, potem muszą zdobyć znacznie większe pieniądze już nie dla poprawiania urody, ale dla odzyskania normalnego wyglądu. Opisuje historie kobiet, które dały sobie usunąć lub spiłować zęby, żeby przed kamerami dostać olśniewające implanty – a po kilku latach ich „cudowne” nowe szczęki nie nadają się do niczego, to, co było na pokaz dla widzów – okazało się nietrwałe, niedbale przygotowane i w założeniu pozbawione długofalowych perspektyw. Będzie tu oczywiście mowa o tych paniach, które chcą schudnąć (i o ich losach na antenie). Niemal za każdym razem problem bierze się z zapatrzenia w wyretuszowane na zdjęciach modelki i aktorki, w „przykład” (reklamę) celebrytek, w całą maszynę promocyjną związaną z kultem młodego (i niekoniecznie zdrowego czy naturalnego) ciała – i w coraz łatwiej dostępne sposoby ingerencji w wygląd. Elżbieta Turlej sama nie zatrzyma wyścigu po piękno za wszelką cenę – ale próbuje przynajmniej przestrzec, podać szereg ekstremalnych zjawisk, które powinny wywołać zdroworozsądkowe podejście do tematu dbania o urodę. „Naciągnięte” to może nie do końca uporządkowana, ale działająca na wyobraźnię opowieść o ciemnych stronach przemysłu beauty.
Cena piękna
Nie jest to zbyt długi zbiór reportaży, ale z pewnością wstrząsnąć może częścią czytelniczek. Trafić powinien zwłaszcza do tych, które uwierzyły w „cudowne” metamorfozy kobiet zgłaszających się do programów telewizyjnych o urodzie i poprawieniu wyglądu. Dla Elżbiety Turlej biznes beauty to jedna wielka pułapka: autorka książki „Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe” szuka dowodów i potwierdzeń tezy, że pogoń za sztucznym pięknem prowadzi wyłącznie do problemów zdrowotnych, finansowych oraz psychicznych. Rozbija książkę na kilka różnych rozdziałów tematycznych, raz będzie odwoływać się do pań, które dały się skusić na bycie królikami doświadczalnymi – byle zaoszczędzić na zabiegach upiększających, raz pokaże, czym kończyła się wiara w podarowane przez reality shows piękno. Nie traktuje przykrych dla bohaterek opowieści konsekwencji jako kary za próżność – współczuje kobietom, ale też próbuje przestrzegać następne przed nadmiernym optymizmem (i oszczędzaniem). Jeśli w cokolwiek ma ta książka być wymierzona – to w przemysł beauty, radykalną wersję branży kosmetyczno-chirurgicznej – przypadki ekstremalne powinny dać odbiorczyniom do myślenia i uświadomić im, że czasami za wymarzone piękno przychodzi zapłacić zbyt wysoką cenę.
Wyraźnie irytują autorkę młode dziewczyny, które dla urody zrobią wszystko. Początek tomu pokazuje podejście hostess do tematu inwestowania w ciało – każda ingerencja chirurgiczna może oznaczać większe szanse na awans w branży – brzydkie nastolatki nie mają szans na karierę tam, gdzie liczy się piękno. Ale karuzela poprawiania urody nigdy się nie zatrzymuje: po powiększeniu ust przyjdzie kolej na powiększenie piersi, a w końcu napompowana botoksem i silikonem dziewczyna przekonuje się, że wszędzie poza stanowiskiem, o które tak walczyła, wygląda zbyt groteskowo i krzykliwie, karykaturalnie a nie normalnie. Jednak obrazek zdegenerowanego społeczeństwa w tym wypadku to tylko jeden z wielu straszaków, jakie w zanadrzu chowa Elżbieta Turlej. Na forach internetowych kontaktuje się z kobietami pokrzywdzonymi przez przemysł beauty. I tak na przykład przedstawia historię tych, które udały się na eksperymentalną (bądź „szkoleniową”) operację, żeby zapłacić dużo mniej niż za zabieg w renomowanym salonie – i zostały na całe życie oszpecone, potem muszą zdobyć znacznie większe pieniądze już nie dla poprawiania urody, ale dla odzyskania normalnego wyglądu. Opisuje historie kobiet, które dały sobie usunąć lub spiłować zęby, żeby przed kamerami dostać olśniewające implanty – a po kilku latach ich „cudowne” nowe szczęki nie nadają się do niczego, to, co było na pokaz dla widzów – okazało się nietrwałe, niedbale przygotowane i w założeniu pozbawione długofalowych perspektyw. Będzie tu oczywiście mowa o tych paniach, które chcą schudnąć (i o ich losach na antenie). Niemal za każdym razem problem bierze się z zapatrzenia w wyretuszowane na zdjęciach modelki i aktorki, w „przykład” (reklamę) celebrytek, w całą maszynę promocyjną związaną z kultem młodego (i niekoniecznie zdrowego czy naturalnego) ciała – i w coraz łatwiej dostępne sposoby ingerencji w wygląd. Elżbieta Turlej sama nie zatrzyma wyścigu po piękno za wszelką cenę – ale próbuje przynajmniej przestrzec, podać szereg ekstremalnych zjawisk, które powinny wywołać zdroworozsądkowe podejście do tematu dbania o urodę. „Naciągnięte” to może nie do końca uporządkowana, ale działająca na wyobraźnię opowieść o ciemnych stronach przemysłu beauty.
wtorek, 14 listopada 2017
Łukasz Grass: Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą
Ringier Axel Springer, Warszawa 2017.
Uzależnienia
Testem wytrzymałości dla czytelników tej książki będzie przytoczony na początku fragment, który w okrojonej wersji powraca jeszcze na skrzydełku, scena wstrzykiwania sobie do płuc roztopionej gorącej czekolady. Naturalistyczne opisy, bardzo obrazowe i raczej odpychające, dominują w dwóch trzecich tomu „Najlepszy”. To nie pogodna historyjka o radzeniu sobie z przeciwnościami losu ani sportowa biografia, tylko publikacja o uzależnieniach. Biografia byłego narkomana, człowieka, który po wyjściu z nałogu zaangażował się w bieganie i zawody dla najbardziej wytrzymałych. Gdy Jerzy Górski, bohater tomu „Najlepszy” i mimo że narrator to przez większą część książki bohater negatywny wpada w środowisko narkomanów, oficjalnie dla władz PRL-u ten problem nie istnieje. Nie ma programów leczenia uzależnień, terapii ani sposobów wspierania w wychodzeniu z choroby, mało tego – narkomania w ogóle nie jest traktowana jak choroba, uzależnieni zostają sami z problemem. Nie na długo, najczęściej wcześnie umierają. Jerzy Górski wie, jak kończą jego koledzy, zdaje sobie też sprawę z tego, do jakiego upodlenia prowadzą narkotyki. Na głodzie włamuje się do aptek, na porządku dziennym są też starcia z milicją. Nałóg prowadzi również do więzienia, a tam pojawiają się próby samobójcze – mimo że Jerzy Górski jest przygotowany na życie za kratami i wie, jak wypracować sobie szacunek współwięźniów, pewnych rzeczy znieść nie potrafi. I wtedy dowiaduje się o istnieniu Monaru, słucha wywiadów z Markiem Kotańskim i postanawia poprosić o ratunek.
Standardowo w zachodnich autobiografiach sportowców, którzy wyszli z niszczącego nałogu, motyw złych nawyków i uzależnień – występujących całkiem często i pod różnymi postaciami – sprowadzany jest do krótkich wzmianek. Po metamorfozie i nawróceniu na sport nie liczy się już nic innego – minione przeszkody zostają odnotowane, bo uwidaczniają siłę organizmu oraz woli. Tymczasem w „Najlepszym” doświadczenia Jerzego Górskiego są do przesady szczegółowe. Oczywiście Łukasz Grass scala materiał, pobyty w więzieniu ujmuje w jeden rozdział, narkotykowe poszukiwania w inny, dokonuje przeskoków czasowych, o których czytelnicy nie mają pojęcia – dla nich ważna jest wymowa całości. Autor przedstawia niemal turpistyczne sceny związane z braniem narkotyków, usiłuje kompletnie zohydzić temat. I wreszcie po tym wszystkim przychodzi czas na komentowanie osiągnięć sportowych. Jerzy Górski po Monarze znajduje sobie nowy narkotyk – bieganie. Zaczyna od maratonów, ale wciąga go thriatlon, później szuka szans w Ironmanie czy Ultramanie. Organizuje nawet jednoosobowe zawody z pełną i profesjonalną obsługą, sędziami itp. – tylko po to, żeby wynik z nich stał się przepustką do wyścigu w Ameryce.
Jeśli w zachodnich autobiografiach sportowych czasem powracają też tematy medyczne, próby zrozumienia fenomenu organizmu, tu czegoś takiego nie ma: Jerzy Górski nie wie, dlaczego wcześniej udawało mu się przeżyć aplikowane sobie ekstremalne dawki narkotyku, a później sytuacje podczas wyczerpujących wyzwań sportowych, coraz trudniejszych – nie do wyobrażenia dla zwykłego czytelnika. Przyjmuje wyjaśnienie, że to może zasługa genów, ale motywu nie rozwija. Ma tu ważniejsze sprawy do omówienia. Chociaż Grass stroni od naukowych wyjaśnień (nie prowadzi rozmów z terapeutami czy lekarzami, opiera się tylko na tym, co wie od Górskiego), udaje mu się przedstawić obraz części społeczeństwa spychanej w PRL-u na margines. Dociera też naprawdę głęboko do tego, co czuje człowiek uzależniony. Nie czyta się w efekcie „Najlepszego” jako biografii sportowej, a jako tom o nałogu, historię, w której na szczęście wszystko dobrze się skończyło. To lektura dla wytrzymałych, ale w przewrotny sposób dająca nadzieję. Jest przestrogą, ale też ciekawym portretem.
Uzależnienia
Testem wytrzymałości dla czytelników tej książki będzie przytoczony na początku fragment, który w okrojonej wersji powraca jeszcze na skrzydełku, scena wstrzykiwania sobie do płuc roztopionej gorącej czekolady. Naturalistyczne opisy, bardzo obrazowe i raczej odpychające, dominują w dwóch trzecich tomu „Najlepszy”. To nie pogodna historyjka o radzeniu sobie z przeciwnościami losu ani sportowa biografia, tylko publikacja o uzależnieniach. Biografia byłego narkomana, człowieka, który po wyjściu z nałogu zaangażował się w bieganie i zawody dla najbardziej wytrzymałych. Gdy Jerzy Górski, bohater tomu „Najlepszy” i mimo że narrator to przez większą część książki bohater negatywny wpada w środowisko narkomanów, oficjalnie dla władz PRL-u ten problem nie istnieje. Nie ma programów leczenia uzależnień, terapii ani sposobów wspierania w wychodzeniu z choroby, mało tego – narkomania w ogóle nie jest traktowana jak choroba, uzależnieni zostają sami z problemem. Nie na długo, najczęściej wcześnie umierają. Jerzy Górski wie, jak kończą jego koledzy, zdaje sobie też sprawę z tego, do jakiego upodlenia prowadzą narkotyki. Na głodzie włamuje się do aptek, na porządku dziennym są też starcia z milicją. Nałóg prowadzi również do więzienia, a tam pojawiają się próby samobójcze – mimo że Jerzy Górski jest przygotowany na życie za kratami i wie, jak wypracować sobie szacunek współwięźniów, pewnych rzeczy znieść nie potrafi. I wtedy dowiaduje się o istnieniu Monaru, słucha wywiadów z Markiem Kotańskim i postanawia poprosić o ratunek.
Standardowo w zachodnich autobiografiach sportowców, którzy wyszli z niszczącego nałogu, motyw złych nawyków i uzależnień – występujących całkiem często i pod różnymi postaciami – sprowadzany jest do krótkich wzmianek. Po metamorfozie i nawróceniu na sport nie liczy się już nic innego – minione przeszkody zostają odnotowane, bo uwidaczniają siłę organizmu oraz woli. Tymczasem w „Najlepszym” doświadczenia Jerzego Górskiego są do przesady szczegółowe. Oczywiście Łukasz Grass scala materiał, pobyty w więzieniu ujmuje w jeden rozdział, narkotykowe poszukiwania w inny, dokonuje przeskoków czasowych, o których czytelnicy nie mają pojęcia – dla nich ważna jest wymowa całości. Autor przedstawia niemal turpistyczne sceny związane z braniem narkotyków, usiłuje kompletnie zohydzić temat. I wreszcie po tym wszystkim przychodzi czas na komentowanie osiągnięć sportowych. Jerzy Górski po Monarze znajduje sobie nowy narkotyk – bieganie. Zaczyna od maratonów, ale wciąga go thriatlon, później szuka szans w Ironmanie czy Ultramanie. Organizuje nawet jednoosobowe zawody z pełną i profesjonalną obsługą, sędziami itp. – tylko po to, żeby wynik z nich stał się przepustką do wyścigu w Ameryce.
Jeśli w zachodnich autobiografiach sportowych czasem powracają też tematy medyczne, próby zrozumienia fenomenu organizmu, tu czegoś takiego nie ma: Jerzy Górski nie wie, dlaczego wcześniej udawało mu się przeżyć aplikowane sobie ekstremalne dawki narkotyku, a później sytuacje podczas wyczerpujących wyzwań sportowych, coraz trudniejszych – nie do wyobrażenia dla zwykłego czytelnika. Przyjmuje wyjaśnienie, że to może zasługa genów, ale motywu nie rozwija. Ma tu ważniejsze sprawy do omówienia. Chociaż Grass stroni od naukowych wyjaśnień (nie prowadzi rozmów z terapeutami czy lekarzami, opiera się tylko na tym, co wie od Górskiego), udaje mu się przedstawić obraz części społeczeństwa spychanej w PRL-u na margines. Dociera też naprawdę głęboko do tego, co czuje człowiek uzależniony. Nie czyta się w efekcie „Najlepszego” jako biografii sportowej, a jako tom o nałogu, historię, w której na szczęście wszystko dobrze się skończyło. To lektura dla wytrzymałych, ale w przewrotny sposób dająca nadzieję. Jest przestrogą, ale też ciekawym portretem.
czwartek, 21 września 2017
Ojciec. Opowiadania
Ringier Axel Springer, Warszawa 2017.
Pokolenie
Ojciec jest wszędzie, od ojca nie ma ucieczki. Pisarze, którzy trafili do niewielkiego tomu „Ojciec. Opowiadania” zmagają się z tematem-rzeką, archetypem i stereotypem jednocześnie. Szukają różnorodnych form, na przemian wcielają się w ojców i synów, zarzekają się, że przedstawiona opowieść jest fikcją lub prezentują sygnały obyczajowości czytelne dla całego pokolenia. Mierzą się z tematem ojca – bo nawet brak ojca w pobliżu w dzieciństwie nie oznacza uwolnienia. Pojawiają się tu motywy obowiązkowe: mierzenie się ze śmiercią ojca, dostrzeganie jego pierwszych słabości, zamiana ról, gdy to syn przejmuje odpowiedzialność. Związane z ojcem nadzieje i największe rozczarowania. Organizacja i dezorganizacja codzienności. Konflikt pokoleniowy, który w relacji ojca z synem najpewniej i najszybciej się ujawni, bo przecież każdy ma swoje wartości i zasady i każdy chce żyć po swojemu, nawet jeśli nie potrafi się wyzwolić spod zależności od ojca. Ojciec – nie tata. Na sentymenty w bezpośrednich relacjach miejsca nie ma. Owszem, czasem któryś z pisarzy odwoła się do wzruszeń, ale – skierowanych na zewnątrz, obliczonych na zrobienie wrażenia na odbiorcach. Relacja syna i ojca musi przejść przez fazy obowiązkowe, bez względu na to, jak różne będą jednostkowe historie. Ojciec w tym zbiorku nie kojarzy się ze szczęściem i bezpieczeństwem, nawet jeśli do tej pory wspiera finansowo dorosłe dziecko. Ojciec to przeważnie wielki przegrany, bo albo podporządkowuje się rodzinie, albo swoim pasjom. Jakiej drogi by nie wybrał, coś straci. Przekona się o tym, kiedy będzie za późno na naprawianie win, a zresztą w wielu przypadkach w ojcu pokutują mity poprzednich pokoleń – że mężczyźni nie powinni okazywać słabości. W efekcie ojcowie z tych opowiadań są męczący w swojej nieustępliwości, dumni i przez cały czas przegrani, czego by nie osiągnęli. Nie ma tu dziecięcej fascynacji ojcem, nie ma autorytetu – temat wszyscy autorzy traktują dosyć rozliczeniowo, z dala od ideałów. Ojciec to wspomnienia z dzieciństwa, nawiązania do innych czasów. Ojca niekiedy definiuje się przez miejsca lub pojedyncze sytuacje: nigdy nie można go w pełni zrozumieć i bez zastrzeżeń zaakceptować. Perspektywa syna zawsze jest tą gorszą. To tom przepełniony goryczą, a nie siłą: w ujęciu pisarzy ojciec to skupisko słabości, ktoś, kogo niemal bezkarnie można obarczać winą za własne niepowodzenia i błędy.
Oczywiście twórcy sięgają po różne fabuły, historie prywatne lub ogólnikowe, stawiają raz na analizę uczuć, raz na historyczne fakty dotyczące otoczenia. Ale w temacie ojca nie szukają nowatorstwa, jakby zaprzeczenie archetypom groziło wykluczeniem z literatury. Realizują jeden model relacji zwielokrotniony w kolejnych domach. I chociaż postaciom nadają cechy z różnych kultur czy nacji, chociaż akcentują zmiany czasów i obyczajowości, sprawiają wrażenie pewnych, że ten właśnie model będzie się powtarzał, że kiedy oni staną na miejscu ojców, tak samo zaczną postępować, zachowywać się według jednego jedynego schematu. Błędnego koła nic nie może przerwać, ojcowie najpierw infantylizują rzeczywistość przez żenujące zachowania, później, gdy ich zabraknie, wywołują nieodzowny lęk przed przemijaniem. Ten jeden powtarzany w różnych konfiguracjach portret to próba podsycenia refleksji nad rolą ojca – ale wcale nie w dzisiejszych czasach. Tu ojcowie przenoszą w minioną epokę.
Pokolenie
Ojciec jest wszędzie, od ojca nie ma ucieczki. Pisarze, którzy trafili do niewielkiego tomu „Ojciec. Opowiadania” zmagają się z tematem-rzeką, archetypem i stereotypem jednocześnie. Szukają różnorodnych form, na przemian wcielają się w ojców i synów, zarzekają się, że przedstawiona opowieść jest fikcją lub prezentują sygnały obyczajowości czytelne dla całego pokolenia. Mierzą się z tematem ojca – bo nawet brak ojca w pobliżu w dzieciństwie nie oznacza uwolnienia. Pojawiają się tu motywy obowiązkowe: mierzenie się ze śmiercią ojca, dostrzeganie jego pierwszych słabości, zamiana ról, gdy to syn przejmuje odpowiedzialność. Związane z ojcem nadzieje i największe rozczarowania. Organizacja i dezorganizacja codzienności. Konflikt pokoleniowy, który w relacji ojca z synem najpewniej i najszybciej się ujawni, bo przecież każdy ma swoje wartości i zasady i każdy chce żyć po swojemu, nawet jeśli nie potrafi się wyzwolić spod zależności od ojca. Ojciec – nie tata. Na sentymenty w bezpośrednich relacjach miejsca nie ma. Owszem, czasem któryś z pisarzy odwoła się do wzruszeń, ale – skierowanych na zewnątrz, obliczonych na zrobienie wrażenia na odbiorcach. Relacja syna i ojca musi przejść przez fazy obowiązkowe, bez względu na to, jak różne będą jednostkowe historie. Ojciec w tym zbiorku nie kojarzy się ze szczęściem i bezpieczeństwem, nawet jeśli do tej pory wspiera finansowo dorosłe dziecko. Ojciec to przeważnie wielki przegrany, bo albo podporządkowuje się rodzinie, albo swoim pasjom. Jakiej drogi by nie wybrał, coś straci. Przekona się o tym, kiedy będzie za późno na naprawianie win, a zresztą w wielu przypadkach w ojcu pokutują mity poprzednich pokoleń – że mężczyźni nie powinni okazywać słabości. W efekcie ojcowie z tych opowiadań są męczący w swojej nieustępliwości, dumni i przez cały czas przegrani, czego by nie osiągnęli. Nie ma tu dziecięcej fascynacji ojcem, nie ma autorytetu – temat wszyscy autorzy traktują dosyć rozliczeniowo, z dala od ideałów. Ojciec to wspomnienia z dzieciństwa, nawiązania do innych czasów. Ojca niekiedy definiuje się przez miejsca lub pojedyncze sytuacje: nigdy nie można go w pełni zrozumieć i bez zastrzeżeń zaakceptować. Perspektywa syna zawsze jest tą gorszą. To tom przepełniony goryczą, a nie siłą: w ujęciu pisarzy ojciec to skupisko słabości, ktoś, kogo niemal bezkarnie można obarczać winą za własne niepowodzenia i błędy.
Oczywiście twórcy sięgają po różne fabuły, historie prywatne lub ogólnikowe, stawiają raz na analizę uczuć, raz na historyczne fakty dotyczące otoczenia. Ale w temacie ojca nie szukają nowatorstwa, jakby zaprzeczenie archetypom groziło wykluczeniem z literatury. Realizują jeden model relacji zwielokrotniony w kolejnych domach. I chociaż postaciom nadają cechy z różnych kultur czy nacji, chociaż akcentują zmiany czasów i obyczajowości, sprawiają wrażenie pewnych, że ten właśnie model będzie się powtarzał, że kiedy oni staną na miejscu ojców, tak samo zaczną postępować, zachowywać się według jednego jedynego schematu. Błędnego koła nic nie może przerwać, ojcowie najpierw infantylizują rzeczywistość przez żenujące zachowania, później, gdy ich zabraknie, wywołują nieodzowny lęk przed przemijaniem. Ten jeden powtarzany w różnych konfiguracjach portret to próba podsycenia refleksji nad rolą ojca – ale wcale nie w dzisiejszych czasach. Tu ojcowie przenoszą w minioną epokę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






