* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Słów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2026

Slavenka Drakulić: O czym nie mówimy

Biblioteka Słów, Warszawa 2026.

Rozstania

Ta książka boli. Nie będzie wygodną lekturą czytaną do poduszki dla rozrywki, pozostawi po sobie bardzo wyraźne ślady. Odwołuje się bowiem do charakterystycznych lęków społecznych i do sytuacji, które mogą spotkać każdego czytelnika. Chociaż Slavenka Drakulić w „O czym nie mówimy” proponuje zbiór opowiadań, to jednak wydaje się wręcz, że postawiła na migawki wspomnieniowe – jest tak bardzo przekonująca, szczera i brutalna w realizmie. Niemal każda historia jest tu analizą jakiegoś rodzaju cierpienia, traumy czy żałoby – czasem to odchodzenie kogoś cierpiącego na chorobę nowotworową, czasem przygnębiająca szpitalna rzeczywistość podczas pandemii, ból tych, którzy muszą uporać się z rozstaniem albo pożegnać kogoś bliskiego, a czasami po prostu – śmierć miłości w związku lub rozczarowania płynące z oddalania się od siebie. Pojawi się także jako refrenowy temat – starość, wypełniona przykrymi drobiazgami, jedne są bardziej uciążliwe dla otoczenia, inne -dla osoby, która traci swoje dotychczasowe zdolności i przestaje ufać własnemu ciało. Czyli Slavenka Drakulić wcale nie odchodzi daleko od życia i normalności, rejestruje te zjawiska z codzienności, które przynoszą najwięcej rozczarowań i bólu – owszem, możliwego do opanowania i z perspektywy całego życia nie zawsze istotnego, a jednak uporczywego w danym momencie. Ta autorka właśnie takie momenty łapie, pozwala im się rozwinąć w wypełnioną emocjami drobną historię – i pozostawia z tym czytelników, zmuszonych do analizowania własnego stanu uczuciowego.

„O czym nie mówimy” to książka, która wyzwoli silne emocje – ma do tego podstawy. Autorka wyjątkowo celnie szkicuje sytuacje i charaktery, a także odczucia postaci – w efekcie przeżycia z kart opowiadań stają się wręcz namacalne dla odbiorców. Dobrze, jeśli ktoś nie mierzył się z podobnymi wyzwaniami we własnym otoczeniu – dostanie po prostu podgląd tego, co byłoby, gdyby zrealizować czarne scenariusze (prawdopodobne i naturalne). Części odbiorców wspólnota doświadczeń może przypaść do gustu, ale nie ulega wątpliwości, że jest to lektura wymagająca – i wymuszająca na czytelnikach maksymalne skupienie. Nie ma tu fabuł, na których by się można było zatrzymać, rzeczywistość odarta z wyobraźni przestaje być przedmiotem analiz – liczą się wyłącznie odczucia, które nie należą do najprostszych. I chociaż w określonych sytuacjach każdy reaguje po swojemu, Slavenka Drakulić wybiera te motywy, przy których wręcz nie ma miejsca na oryginalne odruchy. Bazuje na stanach czytelnikom doskonale znanych i przez to wiele razy będzie wręcz odsuwać uwagę od literackości na rzecz oceny trafności spostrzeżeń. „O czym nie mówimy” to książka wyjątkowa, która przypadnie do gustu także czytelnikom stroniącym na co dzień od małych form literackich. Jest to popis – ale popis obserwacji umiejętnie przekuwanych na tekst i empatii w jednym. To publikacja, która nie pozostawia nikogo obojętnym – ale ponieważ tak mocno będzie poruszać, warto dawkować ją ostrożnie i przemierzać świat prezentowany przez autorkę z dużą dozą refleksji na temat własnych obaw.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Mirosława Łomnicka: Domowe biblioteki. Reportaże o prywatnych księgozbiorach. Tom 2

Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2026.

Na półkach

To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.

Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.

Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.

wtorek, 9 września 2025

Susan Hawthorne: Biblioróżnorodność. Manifest wydawców niezależnych

Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2025.

Na rynku

Niewielka książeczka, która niesie w sobie bardzo ważne treści, pojawia się na rynku jako niszowa publikacja – jednak warto zwrócić na nią uwagę i rozpromować ją ze względu na dobro czytelników. I to nie czytelników masowych, którzy zadowolą się literaturą rozrywkową z wyprzedaży w hipermarketach, a tych świadomych, poszukujących ambitniejszych pozycji. „Biblioróżnorodność” to stworzony przez Susan Hawthorne „Manifest wydawców niezależnych”: zestaw komentarzy i przestróg dotyczących niebezpieczeństw homogenizacji rynku wydawniczego. Susan Hawthorne pisze tu z perspektywy wydawców publikacji niezbyt popularnych – odwołuje się między innymi do wydawnictw mniejszościowych, literatury feministycznej czy kwestii politycznych, równości i wolności słowa czy do różnorodności w świecie cyfrowym. Pokazuje pułapki płynące z dostosowywania oferty do tego, co aktualnie modne lub – co się sprzedaje, tłumaczy, dlaczego nie wolno poprzestawać na komercyjnych projektach i co oznacza konieczność wprowadzania biblioróżnorodności. Tematy, jak łatwo się zorientować choćby po prostym wyliczeniu, należą do dość ciężkich – ale są konieczne, jeśli chce się odpowiednio scharakteryzować zjawiska na rynku wydawniczym i perspektywy tegoż rynku. Autorka dzieli opowieść na krótkie rozdziały wypełnione spostrzeżeniami na temat wydawnictw i wyboru publikacji – walczy o to, żeby dostrzegać małe firmy i ambitniejsze rozwiązania. Tutaj pojawiają się – bez konkretnych tytułów – opowieści o znaczeniu biblioróżnorodności: jeśli rynek dopuści do wykluczenia części gatunków lub tematów, znacznie trudniej będzie w przyszłości wywalczyć dla nich miejsce z powrotem – a ponieważ książki, o których mowa, mają już potężny wpływ na zasób wiadomości i poglądy odbiorców, nie można doprowadzić do ich usunięcia. Niezależnie od tego, który temat wyda się czytelnikom niewygodny czy niepotrzebny – tylko współistnienie wszystkich na rynku prowadzi do zdrowej konkurencji. Jednak nie o same książki tutaj chodzi: kolejne tematy prowadzą do zwrócenia uwagi na społeczne kwestie, analizy Susan Hawthorne pokazują rozłamy w społeczeństwie i globalne problemy (na przykład kwestia pornografii dla Hawthorne zawsze wiąże się z wyzyskiem i upodleniem kobiet, nie ma tu mowy o uzasadnieniu jej istnienia).

W tym wypadku nie chodzi o komercyjny zarobek i zyski wydawnictw – chodzi o miejsce na rynku, możliwość wprowadzania na niego tytułów istotnych i konieczność zmian w mentalności społeczeństw – tak, żeby były świadome znaczenia publikacji niszowych. „Biblioróżnorodność” sama w sobie nie jest lekturą wygodną, za to sporo rzeczy świadomym czytelnikom może wyjaśnić – lub przedstawić. Jest to książka, w której zmieściła się analiza świata wydawniczego, jego wyzwań i pułapek. Jednak Susan Hawthorne koncentruje się wyłącznie na literaturze niszowej, nie zajmuje się twórczością dla mas – to zasługiwałoby na osobny komentarz, co najmniej tej samej objętości.

piątek, 27 czerwca 2025

Michal Hvorecký: Troll

Biblioteka Słów, Warszawa 2025.

Internet

Michal Hvorecký uważnie obserwuje internet i sprawdza, jaką rolę w budowaniu reżimów może odgrywać. Wizja niedalekiej przyszłości z wojną elektroniczną przemienioną szybko w wojnę hybrydową poraża trafnością – chociaż jest dość jednokierunkowo przedstawiona. Autor skupia się w zasadzie tylko na jednym działaniu: na dyskredytowaniu przeciwnika i na obnażaniu jego słabych stron przez fabrykowanie oskarżeń niemających oparcia w rzeczywistości. Jakoś trzeba zarabiać na życie – ci, którzy dobrze sobie radzą w internetowym świecie, mogą znaleźć zatrudnienie jako trolle – każdy ma określoną liczbę tożsamości, jakie może przyjąć i postów, jakie musi stworzyć. Rygorystyczne warunki mają na celu wyłapywanie wszelkich nieprawomyślnych haseł – po to, żeby w zarodku zdusić ewentualne przejawy buntu.

Dla bohatera, który trafił do fabryki trolli, praca jest wszystkim. Mężczyzna nie zastanawia się nawet nad konsekwencjami swoich działań. Uczy się, jak pracować wydajniej, czego od niego oczekują inni i co stanie się, jeśli złamie zasady. Brak życia prywatnego idzie w parze z kompleksami – tytułowy troll jest nieatrakcyjny (nie tylko dla płci pięknej), nigdy nie uprawiał seksu, a spora nadwaga sprawia, że wszelkie próby nawiązania kontaktu z kobietami kończą się upokorzeniem. Tylko Johana – jedna z pracownic farmy trolli – nie brzydzi się przebywać z bohaterem, nawet się z nim przyjaźni. Chociaż nie ma tu szansy na żaden związek, liczy się wsparcie drugiego człowieka.

Niezależnie od indywidualnej walki, jaką toczy we własnej codzienności troll – liczy się tu akcja na skalę międzynarodową. Z pozoru niewinne kłamstewka stopniowo zaczynają się rozwijać i żyć własnym życiem, rujnując przeciwnika. Podkarmiana nienawiść przechodzi w coraz gorsze czyny – nikt już nie może czuć się bezpiecznie, podczas wojny hybrydowej – toczonej także poza internetową rzeczywistością – giną ludzie. Ci spośród trolli, którzy nie nauczyli się wyłączać sumienia, będą mieli nie lada problem, żeby pogodzić się ze świadomością krzywd, jakie wyrządzają inni. Niektórzy radzą sobie z tym w dość radykalny sposób. Inni – próbują naprawić błędy.

I tylko brak bardziej rozbudowanej intrygi sprawia, że „Troll” to książka, która pozostawia pewien niedosyt. Michal Hvorecký bardzo dobrze odsłania mechanizmy działania hejtu, ale nie ma wyraźniejszego pomysłu na rozwinięcie akcji – tworzy po prostu opowiadanie, ze starannie prowadzoną narracją. Wypełnia książkę trafnymi obserwacjami, jest w tym naprawdę dobry – tyle tylko, że fabuła daje się przewidzieć i przypomina wiele opowieści o reżimowych środowiskach. Warto po tę niewielką książkę sięgnąć, bo ona uświadamia czytelnikom zagrożenia płynące z bagatelizowania hejtu. Do tego przypomina, że nie można wierzyć we wszystko, co zobaczy się w internecie – zwłaszcza że obok tych, którzy dla zabawy tworzą fałszywe treści, produkcja fake newsów i oskarżeń bez podstaw to potężna broń. Tu zło zyskuje swoje ucieleśnienie – więc należy „Trolla” czytać przez pryzmat przestrogi. Warto jednak podkreślić, jak gęstą prozę oferuje autor: wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników i jak przedstawić im dystopię nie tylko w warstwie internetowej.

wtorek, 7 stycznia 2025

Mirosława Łomnicka: Domowe biblioteki. Reportaże o prywatnych księgozbiorach

Biblioteka Słów, Warszawa 2024.

Na półkach

Takich pozycji bibliofilom zawsze jest za mało. Mirosława Łomnicka rozmawia z ludźmi, którzy zdecydowali się zaprosić ją do swoich domowych bibliotek i pokazać półki z książkami. Przez dwa lata przygotowywała reportaże dla magazynu literackiego – a teraz efekt tych działań ukazuje się w wersji książkowej i z pewnością będzie to publikacja, która na wiele półek trafi. Książki o książkach mają swój urok i każdy mól książkowy świetnie o tym wie. „Domowe biblioteki” to spotkania i rozmowy o gromadzeniu książek i o traktowaniu ich – jedni od rodziców uczą się, jak przewracać kartki, żeby nie zniszczyć żadnego tomu, inni robią notatki na marginesach, bo nie mogą znieść emocji płynących z lektury. Jedni układają książki tematycznie, inni dzielą je ze względu na wartość emocjonalną i skazują na banicję autorów mniej lubianych. Jedni traktują książki jak przedmioty kolekcjonerskie, inni próbują odtworzyć biblioteki przodków i poszukują po całym świecie konkretnych tytułów. Niektórzy związali się z wydawnictwami albo zajmują się promocją książek, inni sami zostali wydawcami, żeby móc kontynuować pasję. Mirosława Łomnicka zadaje w gruncie rzeczy podobne pytania kolejnym rozmówcom – zachowuje się jak typowy maniak czytania, sprawdza, co znajduje się w biblioteczkach i jakie znaczenie ma dla interlokutorów. Szuka inspiracji i podpowiedzi. W związku z tym czasami rozmawia o lekturach z dzieciństwa, innym razem – o encyklopediach i ich znaczeniu dla kogoś. Pozwala podglądać półki biblioteczek – i to największa frajda dla czytelników, którzy cenią sobie lektury. Pokazuje, że czytelnictwo ma się świetnie, a na pewno dla wielu ludzi jest wciąż sposobem na życie i na relaks. To nie tylko opowieści o konkretnych tytułach – z różnych powodów istotnych dla kolejnych bohaterów reportaży – ale i o samym czytaniu. To spotkanie ludzi połączonych wspólnym hobby, ale też sposób na przypominanie o pewnym środowisku.

W zasadzie nie wiadomo, jakim kluczem doboru rozmówców kierowała się autorka: przedstawia bohaterów z różnych pokoleń, o różnych doświadczeniach życiowych i z różnymi pomysłami na związanie życia z książkami – jest to zatem rodzaj ciekawostki bardziej niż tworzenie sieci bibliofilskich kontaktów. Można znaleźć tu znane nazwiska, ale nie to będzie kryterium sięgania po tomy – najważniejsze jest znaczenie książki w świecie bohaterów, stawianie na czytelnictwo jako wyróżnik. Mirosława Łomnicka sprawdza, kto tworzył sobie listy dzieł do przeczytania, a kto zapoznaje się z nowościami, kto pozbywa się przeczytanych książek, a kto nie potrafi się z nimi rozstać. W każdym z tekstów dotyka elementu znanego wszystkim miłośnikom książek – i rozwija go w cały reportaż o literaturze. Jest ten tom gwarancją spotkania ludzi interesujących i zakochanych w lekturach – a to bardzo dużo. Można liczyć na to, że odbiorcy pozazdroszczą bohaterom reportaży Łomnickiej i sami zaczną uważnie kształtować swoje biblioteczki – tak, żeby wypracować modę na czytanie. Ta książka zatrzymuje w codziennym zabieganiu, daje szansę na chwilę oddechu, a przy okazji pozwala skontrolować stan księgozbiorów innych – i to jej wielki atut.

wtorek, 20 sierpnia 2024

Slavenka Drakulić: Dora i Minotaur. Moje życie z Picassem

Biblioteka Analiz, Biblioteka Słów, Warszawa 2024.

Relacje

Slavenka Drakulić sięga do biografii artystki Dory Maar – w której mieszają się geny chorwackie i francuskie – żeby przedstawić jej odkrywanie i tracenie własnej tożsamości w relacji z Picassem. Bohaterka tomu „Dora i Minotaur” nie odnajduje szczęścia w związku z malarzem. Próbuje wieść życie wyzwolone i szuka wrażeń, ale nie udaje się jej wygrać niczego dla siebie, a przynajmniej – nie przeżyje romansu rodem z powieści. Dora nie do końca podporządkowuje się wymogom epoki, próbuje funkcjonować na własnych warunkach – tyle tylko, że przy wielkim artyście nie jest w stanie walczyć o swoje. Daje się zdominować i w efekcie staje się tylko tłem dla Picassa, toleruje sprawy, na które w zwykłym związku by nie pozwoliła i próbuje jedynie znaleźć miejsce dla siebie w z góry przegranej rzeczywistości. Slavenka Drakulić sięga po zapiski bohaterki, żeby jak najpełniej oddać jej dylematy i przemyślenia, a do tego stara się wczuć w emocje kobiety, niezależne przecież do końca od czasów. Rozpaczliwa pogoń za miłością, która nie istnieje, okazuje się kanwą tej historii – i przy okazji przestrogą dla potomnych. Dora nie ma w tym związku szans na wsparcie, a nawet na odwzajemnienie uczuć, musi grać przypisaną jej rolę, żeby nie stracić tego, co i tak nie należy w pełni do niej. Brak kontroli nad własnym życiem w połączeniu ze źle ulokowanymi uczuciami to przepis na katastrofę – więc Slavenka Drakulić stara się wytłumaczyć czytelnikom, skąd tak autodestrukcyjne podejście. Przybliża dzieciństwo swojej bohaterki, pokazuje jej rodziców, zmiany, które nastąpiły po elektrowstrząsach stosowanych jako kuracja… Dziewczynka, chroniona przez matkę-Francuzkę przed przedwczesnym dojrzewaniem, ukrywana przed wzrokiem wygłodniałych i pragnących tylko jednego mężczyzn, a jednocześnie w domu pozbawiona możliwości schronienia – przechodzi proces odkrywania cielesności przez tango. Wkrótce zaczyna uciekać w świat fotografii, bo kiedy chowa się za obiektywem, może być sobą. Uczy się też malować – i to przepustka do wielkiego świata, wielkiej kariery i sławy – tak samo jak i do piekła w życiu uczuciowym. Jest to powieść o zagubieniu w wielokulturowości, o błędach, jakie popełniają rodzice pragnący dla swojego dziecka jak najlepiej i przez to krzywdzący je bezustannie. Ciągłe autoanalizy bohaterki mają doprowadzić ją do zrozumienia siebie i popełnionych w życiu błędów – ale nawet rosnąca świadomość tego, co się stało, nie pomoże w usuwaniu blizn na psychice. Dora dostrzega moc płynącą ze sztuki, czasami nawet przypisuje jej zbyt duże znaczenie – ale w jej interpretacjach dzieł mieści się sporo goryczy i celności. Jest w tej powieści trochę obyczajowości epoki, jest trochę przyglądania się otoczeniu – Dora nie może przecież cały czas bazować na wiwisekcji, musi też opowiedzieć odbiorcom o tym, co innego kształtowało jej rzeczywistość. Tylko tak da się przejść do zrozumienia i do akceptacji charakteru postaci. Nie jest to książka krzepiąca, jednak Slavenka Drakulić bardzo precyzyjnie rozpracowuje swoją bohaterkę i podsuwa odbiorcom kolejne wydarzenia, które miały na nią wpływ. Obserwuje świat sztuki zza kulis – i to spojrzenie ciekawe.

czwartek, 4 lipca 2024

Stanisław Karolewski: Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem?

Biblioteka Analiz, Warszawa 2024.

Skarby

Każda praca, która wymaga stałego kontaktu z obcymi ludźmi, zmusza do wypracowania sobie odpowiednich mechanizmów obronnych. Dla Stanisława Karolewskiego metodą odreagowania stają się codzienne zapiski i dziennikowe zwierzenia – tu może dać upust sarkazmowi i uświadomić innym, z czym mierzy się na co dzień. „Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to jednocześnie sposób na radzenie sobie z pandemią i na uporządkowanie wskazówek dla adeptów zawodu. Nawet jeśli ktoś pasjonuje się starociami – meblami, książkami, ozdobami, fotografiami i całym zestawem bibelotów, które znaleźć można w wielu mieszkaniach „po babci”, nie musi to oznaczać, że poradzi sobie jako antykwariusz. Stanisław Karolewski wręcz to wiele razy odradza, przedstawiając wyzwania, z jakimi sam się boryka. Zabiera wszystkich do Szarlatana – i tworzy przy okazji bardzo dobrą reklamę wrocławskiego antykwariatu. Opowiada o tym, co trafia na półki i do magazynów, jak się to zdobywa i jak się sprzedaje, jak prowadzi się social media i jak wchodzi w interakcje z klientami. Opowiada o niektórych przybywających do antykwariatu i o tych, którzy próbują się pozbyć odziedziczonych przedmiotów albo chcą zarobić na handlu antykami kompletnie bez wiedzy i przygotowania. Wyjaśnia, jak zirytować antykwariusza i co może zmęczyć – ale też co daje największą satysfakcję i nie pozwala choćby pomyśleć o innym zawodzie.

Dziennikowe zapiski nie mają ujednoliconej formy. Czasami autor stawia na dłuższe opisy i wynurzenia, innym razem rejestruje tylko błyskawiczne dialogi, które rujnują wiarę w inteligencję społeczeństwa: zwłaszcza wtedy, gdy ktoś musi dodatkowo zapytać o wypisane gdzieś informacje. Nic dziwnego, że karty dziennika wypełnione są ironią. Bywa zresztą, że nie warto komentować wyjątkowo głupich uwag i zachowań. Ale autorowi zależy też na edukowaniu społeczeństwa – i to nie tylko tej cząstki, która zechce kontynuować pracę w antykwariatach. Pokazuje, jakie postawy są nie do przyjęcia, jakie szkodzą przedmiotom gromadzonym przez antykwariuszy, co wiąże się z dodatkową pracą i co nie jest mile widziane, bez względu na prezentowany stopień uprzejmości. Z codzienności składają się te historie – są prawdziwe i często komiczne, chociaż zdarza się też, że podszyte w pełni zrozumiałą goryczą. Autor nie przymila się tu do czytelników, stawia za to na szczerość – wie, że albo w ten sposób zdobędzie publiczność, albo przynajmniej zachowa zdrowe zmysły (co prawdopodobnie sam by zanegował, jako że autoironia to jego chleb powszedni).

„Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to przygoda dla odbiorców. Możliwość przekonania się, jak wyglądają działania z dala od wielkich korporacji i gwarancji stabilnego zatrudnienia. Ale też możliwość przekonania się, jak to jest łączyć pracę i pasję, być szczęśliwym dzięki obranej drodze. Z tego u Karolewskiego można czerpać. Zresztą zanim skończy się książka, odbiorcy będą już czuć się mocno związani i z autorem, i z jego żoną Agnieszką, i z prowadzącą antykwariat ofiarnie Martą. Wtajemniczenie w skarby jest tu bowiem bardzo osobiste.

sobota, 16 grudnia 2023

Jan Krzysztof Piasecki: Ludziary

Biblioteka Słów, Warszawa 2023.

Wspomnienia

Obrazki z powstania warszawskiego z perspektywy kobiety, która kończy studia medyczne na tajnym uniwersytecie i natychmiast musi się odnaleźć w wojennej rzeczywistości i w arcytrudnych warunkach to motyw powracający co pewien czas w książce „Ludziary”. Ale nawet odbiorcy, którzy czują przesyt tym tematem, nie zostaną tym razem zarzuceni wojennymi scenkami: to jedynie przyprawa, uzupełnienie wiadomości o kobiecie, która jest właściwą bohaterką tomu „Ludziary” i która nadaje rytm całej historii. Betina obecnie ma prawie dziewięćdziesiąt lat, z perspektywy patrzy na swoją przeszłość. Do części wspomnień wraca za sprawą syna, który nagrywa jej zwierzenia i opowieści dotyczące oblężonej Warszawy. Wraca niezbyt chętnie – jednak forma wywiadu umożliwia jej porządkowanie doświadczeń i przyglądanie się bolesnej przeszłości, a czasami – wyjaśnianie pewnych spraw budzących zdziwienie młodego pokolenia. Mówi krótko i treściwie: przecież wspomnień wojennych powstało już wiele – nie da się dołożyć niczego nowego do relacji. Betina też na nowe komentarze się nie sili, po prostu zostawia swoje świadectwo. Jest przekonująca właśnie za sprawą ascezy: ogranicza wypowiedzi (co tłumaczy się wiekiem i niechęcią do wracania do trudnych momentów życia). Funkcjonuje w tej części książki jako tłumaczka: opowiada zwłaszcza młodszym pokoleniom, co czuła i co przeżywała – ocala emocje, a nie tylko wydarzenia. Odpowiada też na pytania syna, Alberta – ujawniające brak zrozumienia dla przeszłości, której się nie przeżyło. Betina jako narratorka staje się przezroczysta, nie licytuje się na jakość wspomnień ani na siłę ich rażenia, przypomina po prostu elementy z własnego życiorysu. Te elementy, które po wojnie nie będą miały już żadnego znaczenia. Bo w pewnym momencie kobieta decyduje się na prowadzenie stadniny. Obcuje z naturą, otacza się zwierzętami i prowadzi miejsce, do którego ludzie chcą wracać. Konie pozwalają jej zacząć nowe życie – Betina daje się poznać jako osoba przewidująca i zaradna, bez trudu zarządza stadniną i wie, jak pomagać zwierzętom. Ratuje te, które uratować można, rozstaje się z tymi, które nie rokują. Tu nie ma miejsca na sentymenty, chociaż zdarzają się i takie chwile, w których konie ujawniają stosunek do świata. Betina mądrze zarządza swoim dobytkiem, jest w stanie stale go rozbudowywać i powiększać – i w tych obrazkach widać zupełnie inny portret kobiety niż płynęłoby to ze scen wojennych.

„Ludziary” to książka bardzo krótka, a co za tym idzie – skondensowana. Pokazuje dwa kontrastujące ze sobą światy połączone jedną postacią – świat wojny i pokoju zlewające się w jednym życiorysie. Jan Krzysztof Piasecki decyduje się na nietypową formę – i to dzięki niej przyciąga uwagę czytelników. Znajduje pomysł na opowiedzenie jeszcze raz tego, co już znane i poznane – ale układa to w nową relację, esencjonalną i zajmującą, a przy tym piękną mimo trudnych tematów. Literacko „Ludziary” uwodzą, melodyjnością fraz i ogólnie – jakością prozy. To książka, która zapada w pamięć.

wtorek, 5 grudnia 2023

Ivana Šojat: Unterstadt

Biblioteka Słów, Warszawa 2023.

Czasy

Nie ma dobrych czasów na rodzenie dzieci, nie ma dobrych czasów na umieranie. Zwłaszcza kiedy żyje się w świecie targanym wojnami i konfliktami, które w każdej chwili mogą pozbawić dachu nad głową albo wsparcia rodziny. Wie o tym doskonale Katarina, która w pewnym momencie pakuje się i jedzie do Osijeku. Nie ma żadnych przeczuć, chwila, w której umiera jej matka, nie staje się dla niej momentem konkretnym: ale na rozpamiętywanie smutków jest już za późno. Katarina przegląda stare zdjęcia i próbuje dowiedzieć się czegoś o poszczególnych członkach rodziny – odtworzyć historię, w której ocaleją życiorysy i przypisani do nich ludzie. Sięga po cudze zmartwienia i smutki, żeby sprawdzić, jak inni ludzie radzili sobie z potężnymi wyzwaniami. W efekcie przechodzi długą sagową drogę, w której liczą się ciągłe zderzenia rzeczywistości historycznej i doświadczeń jednostek – bez znaczenia, że te jednostki mają swoje nadzieje i plany – muszą stale dopasowywać się do ponurej codzienności.

I w całym tym otoczeniu, które nie napawa otuchą, schronienie daje rodzina. Mała społeczność z „Unterstadt” zawsze będzie zapewniać wsparcie i szansę na godną przyszłość. Każdego dnia rozgrywają się jakieś dramaty, które można zignorować – ale które zazębiają się tak, żeby w końcu trafić w tych najbardziej nieczułych domowników lub bliskich z ich kręgów. Ivana Šojat radzi sobie bezbłędnie z naświetlaniem zależności. Portretuje ludzi i środowisko, w jakim funkcjonują, skupiając się czasami na temacie inności czy odmienności (niemiecka rodzina stopniowo zaczyna być oceniana przez pryzmat wojen). Uzyskuje dzięki temu obraz wielowymiarowy i pozbawiony wyrazistego kierunku, za to w swojej niejednoznaczności zachwycający i, co dziwne, uniwersalny. Chociaż mocno zakorzenia egzystencję bohaterów w konkretnym miejscu i czasie, udaje jej się uchwycić sytuacje czy zdarzenia, które przypominają o scenkach z wielu domów. Nawet jeśli inny jest kontekst historyczny (tu powracający co pewien czas i niepokojący z racji niebezpieczeństw, jakie przynosi, to przecież mechanizmy rodzinne i domowe obrazki powtarzają się w podobnych konfiguracjach w wielu różnych miejscach. Ivana Šojat nie tworzy: sprawia wrażenie, jakby tylko rejestrowała fakty i obserwacje, jakby zestawiała je w łamigłówkę, której struktury zna tylko ona sama. Zabiera odbiorców do swoich korzeni, przemyca wizje normalności w nienormalności, pokazuje, jakie ukojenie może dać zapamiętanie się w uczuciach. Ale w zależności od czytelnika, jego przeżyć, doświadczeń i wrażliwości, „Unterstadt” będzie odsłaniać różne aspekty swojej rzeczywistości – ta książka nie nadaje się do jednoznacznego i ostatecznego odczytywania, to gra podejmowana z odbiorcami, migotliwa i wypełniona niespodziankami. Ocalająca fabuła łączy się tu z melodyjną narracją, Ivana Šojat korzysta z fraz nie tylko po to, żeby przekazywać treści i zachować w pamięci obrazki z rodzinnego domu, raczej interesuje ją uzyskanie mocnego emocjonalnego efektu – jest w stanie wciągnąć w opowieść, zaprosić do śledzenia kolejnych relacji, ale też zająć się językową stroną opowieści. Nie zaniedbuje żadnej warstwy historii, panuje nad światem przedstawionym i to wszystko sprawia, że proponuje odbiorcom wyjątkową lekturę.