Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2026.
Na półkach
To było tylko kwestią czasu, żeby podróż po księgozbiorach prywatnych doczekała się uzupełnienia. Mirosława Łomnicka, opisując zestawy książek znajdujących się w kolekcjach swoich rozmówców, rozbudziła apetyty czytelnicze wszystkich kochających lektury – i chociaż publikuje w wydawnictwie dość niszowym, w dodatku – historię z tu i teraz – to jednak trafi do szerokiego grona odbiorców i zachęci ich do samodzielnego budowania osobistych bibliotek.
Różni są w tej książce rozmówcy, ale autorka niespecjalnie przejmuje się tym, czy sięga po nazwiska znane ogółowi odbiorców, nie stara się też wymieniać dokonań ani zasług, tak, żeby nic nie przyćmiewało tego, co najważniejsze, czyli zawartości półek i regałów. Zajrzy do postaci kojarzonych powszechnie, na przykład pisarki, muzyka czy kabareciarza, ale tożsamość bohaterów schodzi na dalszy plan wobec tego, co mają w domach – i właściwie trudno się dziwić, to książka o książkach i o czytaniu, nie ma miejsca na tworzenie życiorysów, nawet pobieżnych. To książki mają mówić o swoich właścicielach, nie odwrotnie. Autorka tworzy reportaże na bazie tego, czego dowiedziała się podczas spotkania i co dostrzegła sama – bo przecież nie oprze się pokusie przeglądania księgozbiorów. Zawsze dba o sprawdzenie, czy istnieje jakiś wyraźny pomysł na kolekcję lub układanie książek, a także – czy bohater rozmowy zastanowił się już, co ze zbiorami stanie się po jego śmierci. Nie odmawia sobie przyjemności sprawdzania, jakie tytuły mają największe znaczenie, czy - które pojawiają się w trudnych chwilach, a które towarzyszyły bohaterom tekstów od zawsze, korzysta z faktu, że może pobyć w wyjątkowych miejscach. Mimochodem dowiaduje się, kto robił półki i gdzie zostały umieszczone, kto książki rozdaje, a kto wynosi do piwnicy te niechciane, kto wie, jak pozbyć się nietrafionego książkowego prezentu, a kto uważa, że trzeba książki mieć, bo kiedyś mogą się przydać. Aż żal, że nie ma w tomie więcej zdjęć księgozbiorów i aranżacji przestrzeni – zwłaszcza kiedy bohaterowie rozmów wyjaśniają, że półki były przygotowywane na wymiar i tak, żeby zmieścić jak najwięcej tomów.
Z jednej strony – techniczne podejście do rosnących zbiorów, które trzeba gdzieś trzymać (skoro chce się je posiadać, niewielu nałogowych czytelników decyduje się na podejście minimalistyczne). Z drugiej strony – zestaw tytułów, na myśl o których czasami chce się powrócić do wybranej lektury i jeszcze raz przeżyć coś, co ona ze sobą niesie. Mirosława Łomnicka zna ludzkie słabości w tej dziedzinie, dlatego też nie wzbrania się przed opowiadaniem o kolejnych źródłach inspiracji rozmówców czy o ich wspomnieniach. Rzadko kiedy liczą się tu książki jako cenne przedmioty i lokata kapitału – chociaż bywa i tak, że osiągają niebotyczne ceny i trzeba je kupować na raty. Przeważnie liczą się silne emocje, jakie ze sobą niosą (zwłaszcza te pierwsze dziecięce lektury, niewznawiane teraz, a dawniej niefrasobliwie oddane komuś młodszemu). W tej publikacji można się zatracić – to opowieść o przygodzie czytania, najpiękniejszej, jaka może się przydarzyć.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Analiz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka Analiz. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 5 stycznia 2026
wtorek, 9 września 2025
Susan Hawthorne: Biblioróżnorodność. Manifest wydawców niezależnych
Biblioteka Słów, Biblioteka Analiz, Warszawa 2025.
Na rynku
Niewielka książeczka, która niesie w sobie bardzo ważne treści, pojawia się na rynku jako niszowa publikacja – jednak warto zwrócić na nią uwagę i rozpromować ją ze względu na dobro czytelników. I to nie czytelników masowych, którzy zadowolą się literaturą rozrywkową z wyprzedaży w hipermarketach, a tych świadomych, poszukujących ambitniejszych pozycji. „Biblioróżnorodność” to stworzony przez Susan Hawthorne „Manifest wydawców niezależnych”: zestaw komentarzy i przestróg dotyczących niebezpieczeństw homogenizacji rynku wydawniczego. Susan Hawthorne pisze tu z perspektywy wydawców publikacji niezbyt popularnych – odwołuje się między innymi do wydawnictw mniejszościowych, literatury feministycznej czy kwestii politycznych, równości i wolności słowa czy do różnorodności w świecie cyfrowym. Pokazuje pułapki płynące z dostosowywania oferty do tego, co aktualnie modne lub – co się sprzedaje, tłumaczy, dlaczego nie wolno poprzestawać na komercyjnych projektach i co oznacza konieczność wprowadzania biblioróżnorodności. Tematy, jak łatwo się zorientować choćby po prostym wyliczeniu, należą do dość ciężkich – ale są konieczne, jeśli chce się odpowiednio scharakteryzować zjawiska na rynku wydawniczym i perspektywy tegoż rynku. Autorka dzieli opowieść na krótkie rozdziały wypełnione spostrzeżeniami na temat wydawnictw i wyboru publikacji – walczy o to, żeby dostrzegać małe firmy i ambitniejsze rozwiązania. Tutaj pojawiają się – bez konkretnych tytułów – opowieści o znaczeniu biblioróżnorodności: jeśli rynek dopuści do wykluczenia części gatunków lub tematów, znacznie trudniej będzie w przyszłości wywalczyć dla nich miejsce z powrotem – a ponieważ książki, o których mowa, mają już potężny wpływ na zasób wiadomości i poglądy odbiorców, nie można doprowadzić do ich usunięcia. Niezależnie od tego, który temat wyda się czytelnikom niewygodny czy niepotrzebny – tylko współistnienie wszystkich na rynku prowadzi do zdrowej konkurencji. Jednak nie o same książki tutaj chodzi: kolejne tematy prowadzą do zwrócenia uwagi na społeczne kwestie, analizy Susan Hawthorne pokazują rozłamy w społeczeństwie i globalne problemy (na przykład kwestia pornografii dla Hawthorne zawsze wiąże się z wyzyskiem i upodleniem kobiet, nie ma tu mowy o uzasadnieniu jej istnienia).
W tym wypadku nie chodzi o komercyjny zarobek i zyski wydawnictw – chodzi o miejsce na rynku, możliwość wprowadzania na niego tytułów istotnych i konieczność zmian w mentalności społeczeństw – tak, żeby były świadome znaczenia publikacji niszowych. „Biblioróżnorodność” sama w sobie nie jest lekturą wygodną, za to sporo rzeczy świadomym czytelnikom może wyjaśnić – lub przedstawić. Jest to książka, w której zmieściła się analiza świata wydawniczego, jego wyzwań i pułapek. Jednak Susan Hawthorne koncentruje się wyłącznie na literaturze niszowej, nie zajmuje się twórczością dla mas – to zasługiwałoby na osobny komentarz, co najmniej tej samej objętości.
Na rynku
Niewielka książeczka, która niesie w sobie bardzo ważne treści, pojawia się na rynku jako niszowa publikacja – jednak warto zwrócić na nią uwagę i rozpromować ją ze względu na dobro czytelników. I to nie czytelników masowych, którzy zadowolą się literaturą rozrywkową z wyprzedaży w hipermarketach, a tych świadomych, poszukujących ambitniejszych pozycji. „Biblioróżnorodność” to stworzony przez Susan Hawthorne „Manifest wydawców niezależnych”: zestaw komentarzy i przestróg dotyczących niebezpieczeństw homogenizacji rynku wydawniczego. Susan Hawthorne pisze tu z perspektywy wydawców publikacji niezbyt popularnych – odwołuje się między innymi do wydawnictw mniejszościowych, literatury feministycznej czy kwestii politycznych, równości i wolności słowa czy do różnorodności w świecie cyfrowym. Pokazuje pułapki płynące z dostosowywania oferty do tego, co aktualnie modne lub – co się sprzedaje, tłumaczy, dlaczego nie wolno poprzestawać na komercyjnych projektach i co oznacza konieczność wprowadzania biblioróżnorodności. Tematy, jak łatwo się zorientować choćby po prostym wyliczeniu, należą do dość ciężkich – ale są konieczne, jeśli chce się odpowiednio scharakteryzować zjawiska na rynku wydawniczym i perspektywy tegoż rynku. Autorka dzieli opowieść na krótkie rozdziały wypełnione spostrzeżeniami na temat wydawnictw i wyboru publikacji – walczy o to, żeby dostrzegać małe firmy i ambitniejsze rozwiązania. Tutaj pojawiają się – bez konkretnych tytułów – opowieści o znaczeniu biblioróżnorodności: jeśli rynek dopuści do wykluczenia części gatunków lub tematów, znacznie trudniej będzie w przyszłości wywalczyć dla nich miejsce z powrotem – a ponieważ książki, o których mowa, mają już potężny wpływ na zasób wiadomości i poglądy odbiorców, nie można doprowadzić do ich usunięcia. Niezależnie od tego, który temat wyda się czytelnikom niewygodny czy niepotrzebny – tylko współistnienie wszystkich na rynku prowadzi do zdrowej konkurencji. Jednak nie o same książki tutaj chodzi: kolejne tematy prowadzą do zwrócenia uwagi na społeczne kwestie, analizy Susan Hawthorne pokazują rozłamy w społeczeństwie i globalne problemy (na przykład kwestia pornografii dla Hawthorne zawsze wiąże się z wyzyskiem i upodleniem kobiet, nie ma tu mowy o uzasadnieniu jej istnienia).
W tym wypadku nie chodzi o komercyjny zarobek i zyski wydawnictw – chodzi o miejsce na rynku, możliwość wprowadzania na niego tytułów istotnych i konieczność zmian w mentalności społeczeństw – tak, żeby były świadome znaczenia publikacji niszowych. „Biblioróżnorodność” sama w sobie nie jest lekturą wygodną, za to sporo rzeczy świadomym czytelnikom może wyjaśnić – lub przedstawić. Jest to książka, w której zmieściła się analiza świata wydawniczego, jego wyzwań i pułapek. Jednak Susan Hawthorne koncentruje się wyłącznie na literaturze niszowej, nie zajmuje się twórczością dla mas – to zasługiwałoby na osobny komentarz, co najmniej tej samej objętości.
wtorek, 20 sierpnia 2024
Slavenka Drakulić: Dora i Minotaur. Moje życie z Picassem
Biblioteka Analiz, Biblioteka Słów, Warszawa 2024.
Relacje
Slavenka Drakulić sięga do biografii artystki Dory Maar – w której mieszają się geny chorwackie i francuskie – żeby przedstawić jej odkrywanie i tracenie własnej tożsamości w relacji z Picassem. Bohaterka tomu „Dora i Minotaur” nie odnajduje szczęścia w związku z malarzem. Próbuje wieść życie wyzwolone i szuka wrażeń, ale nie udaje się jej wygrać niczego dla siebie, a przynajmniej – nie przeżyje romansu rodem z powieści. Dora nie do końca podporządkowuje się wymogom epoki, próbuje funkcjonować na własnych warunkach – tyle tylko, że przy wielkim artyście nie jest w stanie walczyć o swoje. Daje się zdominować i w efekcie staje się tylko tłem dla Picassa, toleruje sprawy, na które w zwykłym związku by nie pozwoliła i próbuje jedynie znaleźć miejsce dla siebie w z góry przegranej rzeczywistości. Slavenka Drakulić sięga po zapiski bohaterki, żeby jak najpełniej oddać jej dylematy i przemyślenia, a do tego stara się wczuć w emocje kobiety, niezależne przecież do końca od czasów. Rozpaczliwa pogoń za miłością, która nie istnieje, okazuje się kanwą tej historii – i przy okazji przestrogą dla potomnych. Dora nie ma w tym związku szans na wsparcie, a nawet na odwzajemnienie uczuć, musi grać przypisaną jej rolę, żeby nie stracić tego, co i tak nie należy w pełni do niej. Brak kontroli nad własnym życiem w połączeniu ze źle ulokowanymi uczuciami to przepis na katastrofę – więc Slavenka Drakulić stara się wytłumaczyć czytelnikom, skąd tak autodestrukcyjne podejście. Przybliża dzieciństwo swojej bohaterki, pokazuje jej rodziców, zmiany, które nastąpiły po elektrowstrząsach stosowanych jako kuracja… Dziewczynka, chroniona przez matkę-Francuzkę przed przedwczesnym dojrzewaniem, ukrywana przed wzrokiem wygłodniałych i pragnących tylko jednego mężczyzn, a jednocześnie w domu pozbawiona możliwości schronienia – przechodzi proces odkrywania cielesności przez tango. Wkrótce zaczyna uciekać w świat fotografii, bo kiedy chowa się za obiektywem, może być sobą. Uczy się też malować – i to przepustka do wielkiego świata, wielkiej kariery i sławy – tak samo jak i do piekła w życiu uczuciowym. Jest to powieść o zagubieniu w wielokulturowości, o błędach, jakie popełniają rodzice pragnący dla swojego dziecka jak najlepiej i przez to krzywdzący je bezustannie. Ciągłe autoanalizy bohaterki mają doprowadzić ją do zrozumienia siebie i popełnionych w życiu błędów – ale nawet rosnąca świadomość tego, co się stało, nie pomoże w usuwaniu blizn na psychice. Dora dostrzega moc płynącą ze sztuki, czasami nawet przypisuje jej zbyt duże znaczenie – ale w jej interpretacjach dzieł mieści się sporo goryczy i celności. Jest w tej powieści trochę obyczajowości epoki, jest trochę przyglądania się otoczeniu – Dora nie może przecież cały czas bazować na wiwisekcji, musi też opowiedzieć odbiorcom o tym, co innego kształtowało jej rzeczywistość. Tylko tak da się przejść do zrozumienia i do akceptacji charakteru postaci. Nie jest to książka krzepiąca, jednak Slavenka Drakulić bardzo precyzyjnie rozpracowuje swoją bohaterkę i podsuwa odbiorcom kolejne wydarzenia, które miały na nią wpływ. Obserwuje świat sztuki zza kulis – i to spojrzenie ciekawe.
Relacje
Slavenka Drakulić sięga do biografii artystki Dory Maar – w której mieszają się geny chorwackie i francuskie – żeby przedstawić jej odkrywanie i tracenie własnej tożsamości w relacji z Picassem. Bohaterka tomu „Dora i Minotaur” nie odnajduje szczęścia w związku z malarzem. Próbuje wieść życie wyzwolone i szuka wrażeń, ale nie udaje się jej wygrać niczego dla siebie, a przynajmniej – nie przeżyje romansu rodem z powieści. Dora nie do końca podporządkowuje się wymogom epoki, próbuje funkcjonować na własnych warunkach – tyle tylko, że przy wielkim artyście nie jest w stanie walczyć o swoje. Daje się zdominować i w efekcie staje się tylko tłem dla Picassa, toleruje sprawy, na które w zwykłym związku by nie pozwoliła i próbuje jedynie znaleźć miejsce dla siebie w z góry przegranej rzeczywistości. Slavenka Drakulić sięga po zapiski bohaterki, żeby jak najpełniej oddać jej dylematy i przemyślenia, a do tego stara się wczuć w emocje kobiety, niezależne przecież do końca od czasów. Rozpaczliwa pogoń za miłością, która nie istnieje, okazuje się kanwą tej historii – i przy okazji przestrogą dla potomnych. Dora nie ma w tym związku szans na wsparcie, a nawet na odwzajemnienie uczuć, musi grać przypisaną jej rolę, żeby nie stracić tego, co i tak nie należy w pełni do niej. Brak kontroli nad własnym życiem w połączeniu ze źle ulokowanymi uczuciami to przepis na katastrofę – więc Slavenka Drakulić stara się wytłumaczyć czytelnikom, skąd tak autodestrukcyjne podejście. Przybliża dzieciństwo swojej bohaterki, pokazuje jej rodziców, zmiany, które nastąpiły po elektrowstrząsach stosowanych jako kuracja… Dziewczynka, chroniona przez matkę-Francuzkę przed przedwczesnym dojrzewaniem, ukrywana przed wzrokiem wygłodniałych i pragnących tylko jednego mężczyzn, a jednocześnie w domu pozbawiona możliwości schronienia – przechodzi proces odkrywania cielesności przez tango. Wkrótce zaczyna uciekać w świat fotografii, bo kiedy chowa się za obiektywem, może być sobą. Uczy się też malować – i to przepustka do wielkiego świata, wielkiej kariery i sławy – tak samo jak i do piekła w życiu uczuciowym. Jest to powieść o zagubieniu w wielokulturowości, o błędach, jakie popełniają rodzice pragnący dla swojego dziecka jak najlepiej i przez to krzywdzący je bezustannie. Ciągłe autoanalizy bohaterki mają doprowadzić ją do zrozumienia siebie i popełnionych w życiu błędów – ale nawet rosnąca świadomość tego, co się stało, nie pomoże w usuwaniu blizn na psychice. Dora dostrzega moc płynącą ze sztuki, czasami nawet przypisuje jej zbyt duże znaczenie – ale w jej interpretacjach dzieł mieści się sporo goryczy i celności. Jest w tej powieści trochę obyczajowości epoki, jest trochę przyglądania się otoczeniu – Dora nie może przecież cały czas bazować na wiwisekcji, musi też opowiedzieć odbiorcom o tym, co innego kształtowało jej rzeczywistość. Tylko tak da się przejść do zrozumienia i do akceptacji charakteru postaci. Nie jest to książka krzepiąca, jednak Slavenka Drakulić bardzo precyzyjnie rozpracowuje swoją bohaterkę i podsuwa odbiorcom kolejne wydarzenia, które miały na nią wpływ. Obserwuje świat sztuki zza kulis – i to spojrzenie ciekawe.
czwartek, 4 lipca 2024
Stanisław Karolewski: Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem?
Biblioteka Analiz, Warszawa 2024.
Skarby
Każda praca, która wymaga stałego kontaktu z obcymi ludźmi, zmusza do wypracowania sobie odpowiednich mechanizmów obronnych. Dla Stanisława Karolewskiego metodą odreagowania stają się codzienne zapiski i dziennikowe zwierzenia – tu może dać upust sarkazmowi i uświadomić innym, z czym mierzy się na co dzień. „Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to jednocześnie sposób na radzenie sobie z pandemią i na uporządkowanie wskazówek dla adeptów zawodu. Nawet jeśli ktoś pasjonuje się starociami – meblami, książkami, ozdobami, fotografiami i całym zestawem bibelotów, które znaleźć można w wielu mieszkaniach „po babci”, nie musi to oznaczać, że poradzi sobie jako antykwariusz. Stanisław Karolewski wręcz to wiele razy odradza, przedstawiając wyzwania, z jakimi sam się boryka. Zabiera wszystkich do Szarlatana – i tworzy przy okazji bardzo dobrą reklamę wrocławskiego antykwariatu. Opowiada o tym, co trafia na półki i do magazynów, jak się to zdobywa i jak się sprzedaje, jak prowadzi się social media i jak wchodzi w interakcje z klientami. Opowiada o niektórych przybywających do antykwariatu i o tych, którzy próbują się pozbyć odziedziczonych przedmiotów albo chcą zarobić na handlu antykami kompletnie bez wiedzy i przygotowania. Wyjaśnia, jak zirytować antykwariusza i co może zmęczyć – ale też co daje największą satysfakcję i nie pozwala choćby pomyśleć o innym zawodzie.
Dziennikowe zapiski nie mają ujednoliconej formy. Czasami autor stawia na dłuższe opisy i wynurzenia, innym razem rejestruje tylko błyskawiczne dialogi, które rujnują wiarę w inteligencję społeczeństwa: zwłaszcza wtedy, gdy ktoś musi dodatkowo zapytać o wypisane gdzieś informacje. Nic dziwnego, że karty dziennika wypełnione są ironią. Bywa zresztą, że nie warto komentować wyjątkowo głupich uwag i zachowań. Ale autorowi zależy też na edukowaniu społeczeństwa – i to nie tylko tej cząstki, która zechce kontynuować pracę w antykwariatach. Pokazuje, jakie postawy są nie do przyjęcia, jakie szkodzą przedmiotom gromadzonym przez antykwariuszy, co wiąże się z dodatkową pracą i co nie jest mile widziane, bez względu na prezentowany stopień uprzejmości. Z codzienności składają się te historie – są prawdziwe i często komiczne, chociaż zdarza się też, że podszyte w pełni zrozumiałą goryczą. Autor nie przymila się tu do czytelników, stawia za to na szczerość – wie, że albo w ten sposób zdobędzie publiczność, albo przynajmniej zachowa zdrowe zmysły (co prawdopodobnie sam by zanegował, jako że autoironia to jego chleb powszedni).
„Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to przygoda dla odbiorców. Możliwość przekonania się, jak wyglądają działania z dala od wielkich korporacji i gwarancji stabilnego zatrudnienia. Ale też możliwość przekonania się, jak to jest łączyć pracę i pasję, być szczęśliwym dzięki obranej drodze. Z tego u Karolewskiego można czerpać. Zresztą zanim skończy się książka, odbiorcy będą już czuć się mocno związani i z autorem, i z jego żoną Agnieszką, i z prowadzącą antykwariat ofiarnie Martą. Wtajemniczenie w skarby jest tu bowiem bardzo osobiste.
Skarby
Każda praca, która wymaga stałego kontaktu z obcymi ludźmi, zmusza do wypracowania sobie odpowiednich mechanizmów obronnych. Dla Stanisława Karolewskiego metodą odreagowania stają się codzienne zapiski i dziennikowe zwierzenia – tu może dać upust sarkazmowi i uświadomić innym, z czym mierzy się na co dzień. „Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to jednocześnie sposób na radzenie sobie z pandemią i na uporządkowanie wskazówek dla adeptów zawodu. Nawet jeśli ktoś pasjonuje się starociami – meblami, książkami, ozdobami, fotografiami i całym zestawem bibelotów, które znaleźć można w wielu mieszkaniach „po babci”, nie musi to oznaczać, że poradzi sobie jako antykwariusz. Stanisław Karolewski wręcz to wiele razy odradza, przedstawiając wyzwania, z jakimi sam się boryka. Zabiera wszystkich do Szarlatana – i tworzy przy okazji bardzo dobrą reklamę wrocławskiego antykwariatu. Opowiada o tym, co trafia na półki i do magazynów, jak się to zdobywa i jak się sprzedaje, jak prowadzi się social media i jak wchodzi w interakcje z klientami. Opowiada o niektórych przybywających do antykwariatu i o tych, którzy próbują się pozbyć odziedziczonych przedmiotów albo chcą zarobić na handlu antykami kompletnie bez wiedzy i przygotowania. Wyjaśnia, jak zirytować antykwariusza i co może zmęczyć – ale też co daje największą satysfakcję i nie pozwala choćby pomyśleć o innym zawodzie.
Dziennikowe zapiski nie mają ujednoliconej formy. Czasami autor stawia na dłuższe opisy i wynurzenia, innym razem rejestruje tylko błyskawiczne dialogi, które rujnują wiarę w inteligencję społeczeństwa: zwłaszcza wtedy, gdy ktoś musi dodatkowo zapytać o wypisane gdzieś informacje. Nic dziwnego, że karty dziennika wypełnione są ironią. Bywa zresztą, że nie warto komentować wyjątkowo głupich uwag i zachowań. Ale autorowi zależy też na edukowaniu społeczeństwa – i to nie tylko tej cząstki, która zechce kontynuować pracę w antykwariatach. Pokazuje, jakie postawy są nie do przyjęcia, jakie szkodzą przedmiotom gromadzonym przez antykwariuszy, co wiąże się z dodatkową pracą i co nie jest mile widziane, bez względu na prezentowany stopień uprzejmości. Z codzienności składają się te historie – są prawdziwe i często komiczne, chociaż zdarza się też, że podszyte w pełni zrozumiałą goryczą. Autor nie przymila się tu do czytelników, stawia za to na szczerość – wie, że albo w ten sposób zdobędzie publiczność, albo przynajmniej zachowa zdrowe zmysły (co prawdopodobnie sam by zanegował, jako że autoironia to jego chleb powszedni).
„Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to przygoda dla odbiorców. Możliwość przekonania się, jak wyglądają działania z dala od wielkich korporacji i gwarancji stabilnego zatrudnienia. Ale też możliwość przekonania się, jak to jest łączyć pracę i pasję, być szczęśliwym dzięki obranej drodze. Z tego u Karolewskiego można czerpać. Zresztą zanim skończy się książka, odbiorcy będą już czuć się mocno związani i z autorem, i z jego żoną Agnieszką, i z prowadzącą antykwariat ofiarnie Martą. Wtajemniczenie w skarby jest tu bowiem bardzo osobiste.
sobota, 27 września 2014
Małgorzata Karolina Piekarska: Kurs dziennikarstwa dla samouków
Biblioteka Analiz, Warszawa 2014.
Podstawy
Małgorzata Karolina Piekarska należy do tych dziennikarek, które lekki i dowcipny (nierzadko ironiczny) styl łączą z prawdziwą pasją w pisaniu. Jej felietony w „Cogito” nie miały sobie równych i dla młodych czytelników były często nie tylko szkołą pisania, ale i myślenia. Kto tęskni za „Wzrockowiskiem”, na pewno znalazł już stronę „W świecie absurdów”: to blog, w którym notki przypominają felietonowe zwierzenia. Bo Małgorzata Karolina Piekarska swoją twórczość silnie przesyca autobiograficznymi wątkami. Być może to czynnik decydujący o popularności jej zapisków. „Nie szkodzić” i „nie nudzić” to dwie zasady, które Piekarska przywołuje także w swojej książce „Kurs dziennikarstwa dla samouków”, w teorii oraz w praktyce.
„Kurs dziennikarstwa dla samouków” wyrósł na bazie prowadzonych przez autorkę warsztatów dziennikarskich i przypomina skrypt dla uczestników kursu. Z tej książki skorzystają przede wszystkim amatorzy, którzy chcieliby sprawdzić się w zawodzie – a że dziennikarstwo obywatelskie staje się coraz bardziej modne, ten poradnik wielu odbiorcom pozwoli uporządkować wiedzę. Piekarska zwraca się do czytelników, którzy potrzebują pomocy w twórczych wyborach. Tom trafi do uczniów przygotowujących szkolną gazetkę, do młodzieży przed dziennikarskimi studiami, ale i do emerytów, chcących udzielać się w lokalnych mediach. Dla części pseudodziennikarzy internetowych „Kurs dziennikarstwa dla samouków” powinien stać się więc pozycją obowiązkową.
Jaśniej już się nie da. Małgorzata Karolina Piekarska wybiera leksykonowy rytm książki: przygląda się kolejnym najczęstszym gatunkom dziennikarskim i skrótowo omawia ich cechy. Co pewien czas przytaczając anegdotkę z własnych doświadczeń (dziennikarskich lub pedagogicznych), wprowadza prawdopodobne pytania i wątpliwości odbiorców i dba o przekazanie niezbędnych informacji w łatwej do przyswojenia formie. Unika encyklopedyczności, nie wpada też w podręcznikowe i poradnikowe schematy: „Kurs dziennikarstwa dla samouków” daje wrażenie uczestniczenia w ciekawym wykładzie dostosowanym do wszystkich, którzy chcą pisać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Piekarska świadomie rezygnuje z branżowego słownictwa, odrzuca hermetyczność. Proponuje same niezbędne wiadomości w tekście, który dobrze się czyta.
Nie oznacza to, że autorka będzie wyręczać w pracy przyszłych dziennikarzy. Gdy tłumaczy, jak przygotować się do wywiadu, nie stworzy listy dobrych pytań, nie wskaże też tematów do reportaży. Jej odbiorcy nie mogą rezygnować z samodzielnego myślenia. Zyskują za to zestaw wskazówek, który specjalistom wyda się oczywisty. Samozwańczym specjalistom (w tym wielu blogerom) już nie do końca. „Kurs dziennikarstwa dla samouków” to tom o niewielkiej objętości: zaledwie sto stron. Ale Piekarska nie rozdmuchuje go przykładami i modnymi w popporadnikach tabelkami. Zadania dla początkujących dziennikarzy także ogranicza do kilku po każdym rozdziale – i chociaż z pozoru wydają się nieco monotonne, przyniosą korzyść odbiorcom traktującym je poważnie. Piekarska zaczyna tłumaczenie od podstaw (które później poszerzać można na jej warsztatach). Ważne jest też, że podkreśla, jak dobierać język tekstu do grona odbiorców czy do miejsca publikacji. Nie sprawi, że czytelnicy „Kursu dziennikarstwa dla samouków” staną się natychmiast gwiazdami dziennikarstwa, ale pomoże realizować marzenia lub pasje, rzetelnie przygotuje do pierwszych dziennikarskich prób i być może zachęci niezdecydowanych.
Podstawy
Małgorzata Karolina Piekarska należy do tych dziennikarek, które lekki i dowcipny (nierzadko ironiczny) styl łączą z prawdziwą pasją w pisaniu. Jej felietony w „Cogito” nie miały sobie równych i dla młodych czytelników były często nie tylko szkołą pisania, ale i myślenia. Kto tęskni za „Wzrockowiskiem”, na pewno znalazł już stronę „W świecie absurdów”: to blog, w którym notki przypominają felietonowe zwierzenia. Bo Małgorzata Karolina Piekarska swoją twórczość silnie przesyca autobiograficznymi wątkami. Być może to czynnik decydujący o popularności jej zapisków. „Nie szkodzić” i „nie nudzić” to dwie zasady, które Piekarska przywołuje także w swojej książce „Kurs dziennikarstwa dla samouków”, w teorii oraz w praktyce.
„Kurs dziennikarstwa dla samouków” wyrósł na bazie prowadzonych przez autorkę warsztatów dziennikarskich i przypomina skrypt dla uczestników kursu. Z tej książki skorzystają przede wszystkim amatorzy, którzy chcieliby sprawdzić się w zawodzie – a że dziennikarstwo obywatelskie staje się coraz bardziej modne, ten poradnik wielu odbiorcom pozwoli uporządkować wiedzę. Piekarska zwraca się do czytelników, którzy potrzebują pomocy w twórczych wyborach. Tom trafi do uczniów przygotowujących szkolną gazetkę, do młodzieży przed dziennikarskimi studiami, ale i do emerytów, chcących udzielać się w lokalnych mediach. Dla części pseudodziennikarzy internetowych „Kurs dziennikarstwa dla samouków” powinien stać się więc pozycją obowiązkową.
Jaśniej już się nie da. Małgorzata Karolina Piekarska wybiera leksykonowy rytm książki: przygląda się kolejnym najczęstszym gatunkom dziennikarskim i skrótowo omawia ich cechy. Co pewien czas przytaczając anegdotkę z własnych doświadczeń (dziennikarskich lub pedagogicznych), wprowadza prawdopodobne pytania i wątpliwości odbiorców i dba o przekazanie niezbędnych informacji w łatwej do przyswojenia formie. Unika encyklopedyczności, nie wpada też w podręcznikowe i poradnikowe schematy: „Kurs dziennikarstwa dla samouków” daje wrażenie uczestniczenia w ciekawym wykładzie dostosowanym do wszystkich, którzy chcą pisać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Piekarska świadomie rezygnuje z branżowego słownictwa, odrzuca hermetyczność. Proponuje same niezbędne wiadomości w tekście, który dobrze się czyta.
Nie oznacza to, że autorka będzie wyręczać w pracy przyszłych dziennikarzy. Gdy tłumaczy, jak przygotować się do wywiadu, nie stworzy listy dobrych pytań, nie wskaże też tematów do reportaży. Jej odbiorcy nie mogą rezygnować z samodzielnego myślenia. Zyskują za to zestaw wskazówek, który specjalistom wyda się oczywisty. Samozwańczym specjalistom (w tym wielu blogerom) już nie do końca. „Kurs dziennikarstwa dla samouków” to tom o niewielkiej objętości: zaledwie sto stron. Ale Piekarska nie rozdmuchuje go przykładami i modnymi w popporadnikach tabelkami. Zadania dla początkujących dziennikarzy także ogranicza do kilku po każdym rozdziale – i chociaż z pozoru wydają się nieco monotonne, przyniosą korzyść odbiorcom traktującym je poważnie. Piekarska zaczyna tłumaczenie od podstaw (które później poszerzać można na jej warsztatach). Ważne jest też, że podkreśla, jak dobierać język tekstu do grona odbiorców czy do miejsca publikacji. Nie sprawi, że czytelnicy „Kursu dziennikarstwa dla samouków” staną się natychmiast gwiazdami dziennikarstwa, ale pomoże realizować marzenia lub pasje, rzetelnie przygotuje do pierwszych dziennikarskich prób i być może zachęci niezdecydowanych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






