Kropka, Warszawa 2026.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kropka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kropka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 30 sierpnia 2026
piątek, 21 sierpnia 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Srebrny wąż
Kropka, Warszawa 2026.
Muzeum
Po raz ostatni Agata Szajba wkracza do akcji – pojawia się bowiem coraz więcej problemów spoza śledztw kryminalnych – problemów, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Najbardziej rozłożysta zagadka, czyli kwestia śmierci mamy Agaty, zyska tu zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie, ale z końcem powieści nie skończy się zestaw niespodzianek dla odbiorców. „Agata Szajba. Srebrny wąż” to książka, w której można zrobić wszystko.
Bohaterka do tej pory zawsze podejmowała się spraw beznadziejnych i działała, dopóki ktoś nie uciszył jej w sposób mocno ryzykowny jak na literaturę dla dzieci – i nie inaczej będzie tutaj, to znaczy: Agata rusza do akcji na przekór wszystkim ostrzeżeniom. Sama dąży do uzyskania kolejnego wyzwania z Gildii, bo uważa, że jej talent marnuje się z daleka od śledztw. Ma trochę racji, jest wyjątkowo utalentowana w szyfrach, co oznacza, że odbiorcy niekoniecznie będą mogli razem z nią rozwiązywać kolejne zadania. Agata kocha szyfry, łamigłówki i niebezpieczeństwa. Jest inteligentna i utalentowana – ale niezbyt dobrym rozwiązaniem z perspektywy odbiorców będzie fakt, że dziewczyna cały czas opuszcza lekcje. Ucieka ze szkoły i jest bardzo kreatywna w wagarowaniu – to jeden z tematów, w którym Lena Jones nie ma dobrego wyjścia.
Ale pomoc Agaty wydaje się tym razem niezbędna: zaginęła jedna z pracownic muzeum. Nie ma po niej śladu, nikt nie wie, gdzie jej szukać – ani co się stało. A do tego przyjaciółka Agaty przekonuje się, że na jednym z najsłynniejszych obrazów w muzeum, widnieje widoczna tylko pod promieniami UV litera. To kolejny sygnał, że dzieje się coś dziwnego. I może Agata nie zaangażowałaby się tak mocno w akcję, gdyby nie fakt, że tropy ponownie prowadzą do jej mamy. A to przestrzeń na dowiedzenie się czegoś nowego w temacie, który dziewczynę zawsze bardzo mocno porusza.
Śledztwo w sprawach muzealnych to zagadka kryminalna, ale Lena Jones nie zrezygnuje też z kwestii osobistych: Agata do tej pory mogła się przekonać, na czym polega prawdziwa przyjaźń i – jak radzić sobie z nieuczciwymi zwierzchnikami w Gildii. Teraz jednak przeżywa pierwsze prawdziwe zauroczenie: pojawia się na horyzoncie ktoś, kto odbiera świat tak samo jak ona, rozumie ją we wszystkich dziwactwach i pcha do przodu każde śledztwo. Agata nie ma czasu na miłość – ale przyjemnie jest spędzać czas z kimś, kto tak dobrze ją rozumie. „Srebrny wąż” to zatem książka, która ma przywoływać różne aspekty codzienności bohaterki, która zajmuje się pracą detektywistyczną w wersji najtrudniejszej.
Codzienność Agaty to ciągłe wyzwania i podejmowanie ryzyka na przekór wszystkiemu. Dziewczyna wie, że jeśli samodzielnie nie zdobędzie potrzebnych informacji, nikt jej w tym nie pomoże – w związku z tym często zachowuje się niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem, co świetnie robi fabule, za to niekoniecznie – samemu charakterowi. Lena Jones sięga jednak po gatunek, który na rynku literatury czwartej bardzo dobrze się sprawdza i ma wielu fanów – i realizuje go w wersji mocno rozrywkowej.
Muzeum
Po raz ostatni Agata Szajba wkracza do akcji – pojawia się bowiem coraz więcej problemów spoza śledztw kryminalnych – problemów, które trzeba jak najszybciej rozwiązać. Najbardziej rozłożysta zagadka, czyli kwestia śmierci mamy Agaty, zyska tu zupełnie nieoczekiwane rozwiązanie, ale z końcem powieści nie skończy się zestaw niespodzianek dla odbiorców. „Agata Szajba. Srebrny wąż” to książka, w której można zrobić wszystko.
Bohaterka do tej pory zawsze podejmowała się spraw beznadziejnych i działała, dopóki ktoś nie uciszył jej w sposób mocno ryzykowny jak na literaturę dla dzieci – i nie inaczej będzie tutaj, to znaczy: Agata rusza do akcji na przekór wszystkim ostrzeżeniom. Sama dąży do uzyskania kolejnego wyzwania z Gildii, bo uważa, że jej talent marnuje się z daleka od śledztw. Ma trochę racji, jest wyjątkowo utalentowana w szyfrach, co oznacza, że odbiorcy niekoniecznie będą mogli razem z nią rozwiązywać kolejne zadania. Agata kocha szyfry, łamigłówki i niebezpieczeństwa. Jest inteligentna i utalentowana – ale niezbyt dobrym rozwiązaniem z perspektywy odbiorców będzie fakt, że dziewczyna cały czas opuszcza lekcje. Ucieka ze szkoły i jest bardzo kreatywna w wagarowaniu – to jeden z tematów, w którym Lena Jones nie ma dobrego wyjścia.
Ale pomoc Agaty wydaje się tym razem niezbędna: zaginęła jedna z pracownic muzeum. Nie ma po niej śladu, nikt nie wie, gdzie jej szukać – ani co się stało. A do tego przyjaciółka Agaty przekonuje się, że na jednym z najsłynniejszych obrazów w muzeum, widnieje widoczna tylko pod promieniami UV litera. To kolejny sygnał, że dzieje się coś dziwnego. I może Agata nie zaangażowałaby się tak mocno w akcję, gdyby nie fakt, że tropy ponownie prowadzą do jej mamy. A to przestrzeń na dowiedzenie się czegoś nowego w temacie, który dziewczynę zawsze bardzo mocno porusza.
Śledztwo w sprawach muzealnych to zagadka kryminalna, ale Lena Jones nie zrezygnuje też z kwestii osobistych: Agata do tej pory mogła się przekonać, na czym polega prawdziwa przyjaźń i – jak radzić sobie z nieuczciwymi zwierzchnikami w Gildii. Teraz jednak przeżywa pierwsze prawdziwe zauroczenie: pojawia się na horyzoncie ktoś, kto odbiera świat tak samo jak ona, rozumie ją we wszystkich dziwactwach i pcha do przodu każde śledztwo. Agata nie ma czasu na miłość – ale przyjemnie jest spędzać czas z kimś, kto tak dobrze ją rozumie. „Srebrny wąż” to zatem książka, która ma przywoływać różne aspekty codzienności bohaterki, która zajmuje się pracą detektywistyczną w wersji najtrudniejszej.
Codzienność Agaty to ciągłe wyzwania i podejmowanie ryzyka na przekór wszystkiemu. Dziewczyna wie, że jeśli samodzielnie nie zdobędzie potrzebnych informacji, nikt jej w tym nie pomoże – w związku z tym często zachowuje się niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem, co świetnie robi fabule, za to niekoniecznie – samemu charakterowi. Lena Jones sięga jednak po gatunek, który na rynku literatury czwartej bardzo dobrze się sprawdza i ma wielu fanów – i realizuje go w wersji mocno rozrywkowej.
niedziela, 16 sierpnia 2026
Beccy Blake: Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom
Kropka, Warszawa 2026.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
Eskapady
Dawno minęły czasy, kiedy na rynku komiksowym działo się niewiele. Dzisiaj każdy młody odbiorca może wybrać sobie ulubionych bohaterów i nie jest skazany na dyktaturę wielkich koncernów. Co więcej – minęły czasy przekonań, że komiksy nie mogą być traktowane jako rozwojowe. A to oznacza, że można z powodzeniem wrócić do zakazanych kiedyś rozwiązań. „Kurze Wzgórze. Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” to drugi tom – z trzema historyjkami Beccy Blake. Zwierzęta Ferdka, w tym bez przerwy puszczająca bąki mopsica Gryzia – wikłają się w kolejne przygody z królestwa absurdu i dowcipu.
Najpierw trzeba uratować zamarznięte wiewiórki. Ponieważ spadł śnieg, wszyscy chcą się bawić – ale w drzewie znajduje się tajemnicza dziupla, którą warto sprawdzić jako potencjalną kryjówkę. Tak bohaterowie trafiają do krainy, w której rządzi Zimna Stopa – i przekonują się, że olbrzymi potwór zamienia w bryły lodu wszystkich, których chce przytulić – zwłaszcza biedne mieszkanki drzewa. Wiewiórkom pomoc jest potrzebna, ale zwierzęta Ferdka potrzebują też jego samego, żeby przypadkiem nie podzielić losu wiewiórek. Druga historia dotyczy buntu ślimaków. Śluz ślimaków staje się modnym i pożądanym składnikiem nie tylko w branży beauty, dla Ferdka wynalazcy to niezbędne paliwo do kolejnych eksperymentów. Ale ślimaki wcale nie są głupie – kiedy tylko orientują się, że ich przeznaczeniem według bohatera ma być tylko i wyłącznie praca ponad siły i zero praw pracowniczych, postanawiają coś zmienić. Bunt to prosta droga do wpadnięcia w pułapkę zastawioną przez dwa szczwane lisy – wyjątkowo perfidnych bohaterów. To z kolei sprawia, że Fredek musi uratować swoje ślimaki i dojść z nimi do porozumienia w kwestii oczekiwań i obowiązków. Z kolei nawiązaniem do rzeczywistości spoza Kurzego Wzgórza jest trzecia historyjka, „Kim jest Łapksy”. W miasteczku pojawia się twórca malunków na murach – ma olbrzymi talent i tworzy dzieła, które podobają się wszystkim. Działa pod osłoną nocy i nie chce zdradzić swojej tożsamości, ale tak się składa, że prace Łapksego padają łupem żądnych bogactwa koneserów sztuki. Trzeba więc spróbować odgadnąć tożsamość Łapksego – a najlepiej ruszyć jego tropem i zamiast zgadywać, dowiedzieć się, kim ten bohater jest.
Beccy Blake w tomie „Na ratunek zamarzniętym wiewiórkom” popisuje się humorem bezkompromisowym, tempem akcji i rozwiązaniami, które bez wątpienia spodobają się najmłodszym odbiorcom. Chodzi o to, żeby zaprosić dzieci do czytania dzięki kolejnym niespodziankom i zaskoczeniom, a także barwnym rysunkom niekoniecznie „grzecznym” czy poprawnym politycznie. Autorka proponuje odbiorcom zestaw historyjek dowcipnych, przygotowanych przede wszystkim dla rozrywki – tu nie chodzi o przekazywanie mądrości ani o edukowanie – nawet jeśli główny ludzki bohater jest wynalazcą. Liczy się śmiech pozbawiony dodatkowych wytycznych. Na szczęście – bo dzięki temu łatwiej będzie przekonać dzieci do czytania, a dodatkowo mali odbiorcy zyskają nową lubianą oryginalną serię. Beccy Blake chce wracać do klasyki – pokazuje, że dobrze rozumie poczucie humoru najmłodszych, a do tego popisuje się celnymi obrazkami, w kadrach potrafi skrótowo prezentować emocje bohaterów i ich przeżycia. I dzięki temu zyskuje grono fanów.
czwartek, 13 sierpnia 2026
Matthäus Bär: Kapibary. Operacja "Flaming"
Kropka, Warszawa 2026.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
wtorek, 21 lipca 2026
Umiem rysować morski świat
Kropka, Warszawa 2026.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
Pod wodą
Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).
Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.
„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.
sobota, 11 lipca 2026
Drew Daywalt, Oliver Jeffers: Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół
Kropka, Warszawa 2026.
Bałagan
Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.
Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.
Bałagan
Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.
Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.
środa, 17 czerwca 2026
Cornelia Funke: Król złodziei
Kropka, Warszawa 2026.
Kino
Cornelia Funke ma rękę do bestsellerów i do książek, które z pewnością wejdą do kanonu literatury czwartej. Po doskonale przyjętej Atramentowej serii przychodzi czas na „Króla złodziei”, kolejny ukłon w stronę przygodowych lektur z dzieciństwa. Tu nie ma taryfy ulgowej – wszystko zostało stworzone tak, jak spodziewaliby się badacze klasyki, a jednocześnie tak, by zachęcić najmłodszych do czytania dla przyjemności. Dzieje się mnóstwo, w dodatku to, co się dzieje, ma posmak awanturniczości. I – o dziwo – sprawdza się to wszystko w lekturze, która nie poucza, a przypomina podstawowe prawdy: jedni chcieliby jak najdłużej zostać dziećmi, drudzy marzą o tym, żeby z tego dzieciństwa jak najszybciej się wydostać.
W „Królu złodziei” autorka przedstawia czytelnikom dwóch braci: Prosper opiekuje się pięcioletnim Bo. To dzieci, które nie mają już rodziców, a wkrótce nie będą też mieć wspólnego kochającego domu: ciotka zamierza przygarnąć młodszego z braci, a starszego wysłać jak najdalej, najlepiej do szkoły z internatem – kompletnie przy tym nie przejmuje się więzią między dziećmi. Prosper wie, że nie może pozwolić na to, by ktokolwiek przejął opiekę nad Bo – ucieka więc z bratem do Wenecji. A tu trafia na Króla złodziei, rówieśnika, który jest w stanie zapewnić mu schronienie. Król złodziei to Scipio. To on wyznacza grupie dzieci, którymi zarządza, kolejne cele do zrealizowania. W tej bandzie jest tylko jedna dziewczyna, a teraz będzie też tylko jeden pięciolatek. Wszystkie dzieci słuchają Scipia – ten przynosi najlepsze fanty i zawsze wie, co zrobić. W dodatku jest nieuchwytny, jako złodziej ma na koncie najlepsze łupy. Wreszcie – to Scipio sprawił, że dzieci mają się gdzie podziać. Mieszkają w starym nieczynnym kinie: to miejsce staje się ich prawdziwym domem. Trzymają się razem i starają się wzajemnie o siebie troszczyć, a do tego bez wahania podporządkowują się Scipiowi. I to właśnie ta gromada przyjmuje teraz Prospera i Bo, a nawet zwierzęta, którymi trzeba się zaopiekować. Ci, którzy nie mają nic, są najbardziej skłonni do dzielenia się z innymi – i to może krzepić odbiorców i nie tylko ich.
Oczywiście na sielankę nie ma czasu, bo już wkrótce u weneckiego detektywa pojawiają się ci, którzy chcą opiekować się samym Bo – a to oznacza, że dzieci znajdą się na celowniku. O ile starsze są zawsze sprytne i potrafią wywieść w pole niejednego dorosłego, o tyle naiwny kilkulatek liczy na przyjaźń i pomoc. Cornelia Funke stawia jednak czasami na zdrowy rozsądek: gromadka dzieci nie poradzi sobie bez wsparcia dorosłych, wprowadza więc z czasem bohaterów, którzy będą mogli pomóc ekipie króla złodziei i wydobyć jej członków z opresji. Bo dzieci bez wątpienia w kłopoty się nieraz wpakują. Wszystko jednak zmieni się, kiedy na jaw wyjdzie tajemnica króla złodziei: tu wejdzie w grę nie tylko ucieczka i pokonywanie trudności wprowadzanych przez dorosłych, ale też walka o władzę i próba zachowania tożsamości. Jakby tego było mało, autorka dodaje między innymi wielką misję, którą musi wypełnić skłócony zespół – robi wszystko, żeby wciągnąć odbiorców w atrakcyjną, barwną i niebanalną fabułę i zagrać im na wyobraźni. I udaje jej się to znakomicie.
Kino
Cornelia Funke ma rękę do bestsellerów i do książek, które z pewnością wejdą do kanonu literatury czwartej. Po doskonale przyjętej Atramentowej serii przychodzi czas na „Króla złodziei”, kolejny ukłon w stronę przygodowych lektur z dzieciństwa. Tu nie ma taryfy ulgowej – wszystko zostało stworzone tak, jak spodziewaliby się badacze klasyki, a jednocześnie tak, by zachęcić najmłodszych do czytania dla przyjemności. Dzieje się mnóstwo, w dodatku to, co się dzieje, ma posmak awanturniczości. I – o dziwo – sprawdza się to wszystko w lekturze, która nie poucza, a przypomina podstawowe prawdy: jedni chcieliby jak najdłużej zostać dziećmi, drudzy marzą o tym, żeby z tego dzieciństwa jak najszybciej się wydostać.
W „Królu złodziei” autorka przedstawia czytelnikom dwóch braci: Prosper opiekuje się pięcioletnim Bo. To dzieci, które nie mają już rodziców, a wkrótce nie będą też mieć wspólnego kochającego domu: ciotka zamierza przygarnąć młodszego z braci, a starszego wysłać jak najdalej, najlepiej do szkoły z internatem – kompletnie przy tym nie przejmuje się więzią między dziećmi. Prosper wie, że nie może pozwolić na to, by ktokolwiek przejął opiekę nad Bo – ucieka więc z bratem do Wenecji. A tu trafia na Króla złodziei, rówieśnika, który jest w stanie zapewnić mu schronienie. Król złodziei to Scipio. To on wyznacza grupie dzieci, którymi zarządza, kolejne cele do zrealizowania. W tej bandzie jest tylko jedna dziewczyna, a teraz będzie też tylko jeden pięciolatek. Wszystkie dzieci słuchają Scipia – ten przynosi najlepsze fanty i zawsze wie, co zrobić. W dodatku jest nieuchwytny, jako złodziej ma na koncie najlepsze łupy. Wreszcie – to Scipio sprawił, że dzieci mają się gdzie podziać. Mieszkają w starym nieczynnym kinie: to miejsce staje się ich prawdziwym domem. Trzymają się razem i starają się wzajemnie o siebie troszczyć, a do tego bez wahania podporządkowują się Scipiowi. I to właśnie ta gromada przyjmuje teraz Prospera i Bo, a nawet zwierzęta, którymi trzeba się zaopiekować. Ci, którzy nie mają nic, są najbardziej skłonni do dzielenia się z innymi – i to może krzepić odbiorców i nie tylko ich.
Oczywiście na sielankę nie ma czasu, bo już wkrótce u weneckiego detektywa pojawiają się ci, którzy chcą opiekować się samym Bo – a to oznacza, że dzieci znajdą się na celowniku. O ile starsze są zawsze sprytne i potrafią wywieść w pole niejednego dorosłego, o tyle naiwny kilkulatek liczy na przyjaźń i pomoc. Cornelia Funke stawia jednak czasami na zdrowy rozsądek: gromadka dzieci nie poradzi sobie bez wsparcia dorosłych, wprowadza więc z czasem bohaterów, którzy będą mogli pomóc ekipie króla złodziei i wydobyć jej członków z opresji. Bo dzieci bez wątpienia w kłopoty się nieraz wpakują. Wszystko jednak zmieni się, kiedy na jaw wyjdzie tajemnica króla złodziei: tu wejdzie w grę nie tylko ucieczka i pokonywanie trudności wprowadzanych przez dorosłych, ale też walka o władzę i próba zachowania tożsamości. Jakby tego było mało, autorka dodaje między innymi wielką misję, którą musi wypełnić skłócony zespół – robi wszystko, żeby wciągnąć odbiorców w atrakcyjną, barwną i niebanalną fabułę i zagrać im na wyobraźni. I udaje jej się to znakomicie.
sobota, 13 czerwca 2026
Tamar Weiss Gabbay, Shiraz Fuman: Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność
Kropka, Warszawa 2026.
Jak żyli
Do zgłębiania tajników historii można małych odbiorców przekonać właśnie tak – nie zestawem wiadomości podręcznikowych z picture booków, a za sprawą fabuł. Tamar Weiss Gabbay i Shiraz Fuman decydują się na dwugłos (teksty – ilustracje) pozwalający dzieciom na nie byle jakie podróże w czasie i przestrzeni. „Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność” to książka, która umożliwi małym czytelnikom rozwijanie wyobraźni i spostrzegawczości, a do tego zaintryguje przeszłością. Czerpie się tu z fantazji – chociaż bazującej na odkryciach i na prawdopodobnych wydarzeniach. Odbiorcy otrzymują zestaw historyjek – przygód dzieci z różnych kultur i z różnych epok, przy czym pierwsze prezentowane dziecko to sąsiad neandertalczyków (reprezentant homo sapiens, który zastanawia się nad możliwością oswojenia szczenięcia wilka), a ostatnie historie najmłodsi stworzą sami dzięki rozmowom z dziadkami. Przeskakiwanie do kolejnych pokoleń lub epok sprawia, że dzieci w przyspieszonym tempie przetestują całą historię ludzkości z perspektywy tych pozornie mało ważnych i często pomijanych. Ale tu nie ma mowy o krzywdzie dzieci czy o traktowaniu, które zaburzałoby poczucie bezpieczeństwa odbiorców. Owszem, niektórzy muszą pracować, żeby pomóc dorosłym, niektórzy nie mają zabawek albo w ogóle nie wiedzą, jak się bawić – ale wszystkie dzieci są kochane i potrzebne, a do tego otaczane bardzo troskliwą opieką. Matczyne uczucia nie ulegają zmianom, przynajmniej w tych narracjach – a czasy dobierane są tak, by trafiać pomiędzy kataklizmy i nieszczęścia. Czasem nawet się je sygnalizuje, jak w przypadku zarazy – ale to i tak na tyle odległe problemy, żeby mali bohaterowie nie musieli się tym przejmować.
„Było sobie dziecko” to również historia wynalazków z perspektywy najmłodszych, a czasem przy ich aktywnym udziale – i tu już pojawia się trochę fantazji przy kreowaniu świata przedstawionego, bo to niekoniecznie dziecko przyniosło ogień do swojego plemienia, niekoniecznie dziecko namalowało na ścianie w jaskini polowanie i niekoniecznie dziecko wynalazło papier toaletowy, kiedy nie mogło domyć rodzeństwa. W tej książce sugeruje się, że tak jednak mogło być i nawet jeśli to dorośli rozsławili później jakieś rozwiązanie, to pomysłowość małych bohaterów krzepi i ma wielkie znaczenie. To oczywiście dodatki na marginesie kolejnych przygód – ale dodatki cenne i zachęcające odbiorców do kreatywności. Liczy się tu możliwość podglądania dzieci z różnych czasów – każde z nich jest zajęte czymś innym i każde pokazuje jakiś przełom w historii rozwoju ludzkości: pierwsze dzieci odkrywają korzyści płynące z mieszkania w jaskiniach, kolejne już – wiedzą, że będą musiały pomagać na roli, żeby było co jeść, jeszcze następne pójdą do szkoły i zaczną się uczyć pisania na glinianych tabliczkach. Tematów nie zabraknie, a czytelnicy otrzymają tu błyskawiczną i ciepłą podróż przez epoki i etapy w rozwoju ludzkości. To doskonały sposób na zaangażowanie najmłodszych – nie da się od tej lektury oderwać, a ponieważ każdy bohater ma inne zadania i inne cele, każdy skupi na sobie uwagę czytelników. Tu nie ma miejsca na rutynę i powtarzalność. Jakby wiadomości przemycanych sprytnie w emocjonalnych opowiadaniach było mało, po każdym rozdziale dzieci otrzymują jeszcze krótką infografikę na temat równoległych wydarzeń – to coś dla dociekliwych czytelników. Książka świetna.
Jak żyli
Do zgłębiania tajników historii można małych odbiorców przekonać właśnie tak – nie zestawem wiadomości podręcznikowych z picture booków, a za sprawą fabuł. Tamar Weiss Gabbay i Shiraz Fuman decydują się na dwugłos (teksty – ilustracje) pozwalający dzieciom na nie byle jakie podróże w czasie i przestrzeni. „Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność” to książka, która umożliwi małym czytelnikom rozwijanie wyobraźni i spostrzegawczości, a do tego zaintryguje przeszłością. Czerpie się tu z fantazji – chociaż bazującej na odkryciach i na prawdopodobnych wydarzeniach. Odbiorcy otrzymują zestaw historyjek – przygód dzieci z różnych kultur i z różnych epok, przy czym pierwsze prezentowane dziecko to sąsiad neandertalczyków (reprezentant homo sapiens, który zastanawia się nad możliwością oswojenia szczenięcia wilka), a ostatnie historie najmłodsi stworzą sami dzięki rozmowom z dziadkami. Przeskakiwanie do kolejnych pokoleń lub epok sprawia, że dzieci w przyspieszonym tempie przetestują całą historię ludzkości z perspektywy tych pozornie mało ważnych i często pomijanych. Ale tu nie ma mowy o krzywdzie dzieci czy o traktowaniu, które zaburzałoby poczucie bezpieczeństwa odbiorców. Owszem, niektórzy muszą pracować, żeby pomóc dorosłym, niektórzy nie mają zabawek albo w ogóle nie wiedzą, jak się bawić – ale wszystkie dzieci są kochane i potrzebne, a do tego otaczane bardzo troskliwą opieką. Matczyne uczucia nie ulegają zmianom, przynajmniej w tych narracjach – a czasy dobierane są tak, by trafiać pomiędzy kataklizmy i nieszczęścia. Czasem nawet się je sygnalizuje, jak w przypadku zarazy – ale to i tak na tyle odległe problemy, żeby mali bohaterowie nie musieli się tym przejmować.
„Było sobie dziecko” to również historia wynalazków z perspektywy najmłodszych, a czasem przy ich aktywnym udziale – i tu już pojawia się trochę fantazji przy kreowaniu świata przedstawionego, bo to niekoniecznie dziecko przyniosło ogień do swojego plemienia, niekoniecznie dziecko namalowało na ścianie w jaskini polowanie i niekoniecznie dziecko wynalazło papier toaletowy, kiedy nie mogło domyć rodzeństwa. W tej książce sugeruje się, że tak jednak mogło być i nawet jeśli to dorośli rozsławili później jakieś rozwiązanie, to pomysłowość małych bohaterów krzepi i ma wielkie znaczenie. To oczywiście dodatki na marginesie kolejnych przygód – ale dodatki cenne i zachęcające odbiorców do kreatywności. Liczy się tu możliwość podglądania dzieci z różnych czasów – każde z nich jest zajęte czymś innym i każde pokazuje jakiś przełom w historii rozwoju ludzkości: pierwsze dzieci odkrywają korzyści płynące z mieszkania w jaskiniach, kolejne już – wiedzą, że będą musiały pomagać na roli, żeby było co jeść, jeszcze następne pójdą do szkoły i zaczną się uczyć pisania na glinianych tabliczkach. Tematów nie zabraknie, a czytelnicy otrzymają tu błyskawiczną i ciepłą podróż przez epoki i etapy w rozwoju ludzkości. To doskonały sposób na zaangażowanie najmłodszych – nie da się od tej lektury oderwać, a ponieważ każdy bohater ma inne zadania i inne cele, każdy skupi na sobie uwagę czytelników. Tu nie ma miejsca na rutynę i powtarzalność. Jakby wiadomości przemycanych sprytnie w emocjonalnych opowiadaniach było mało, po każdym rozdziale dzieci otrzymują jeszcze krótką infografikę na temat równoległych wydarzeń – to coś dla dociekliwych czytelników. Książka świetna.
wtorek, 2 czerwca 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Spisek w metrze
Kropka, Warszawa 2026.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
środa, 27 maja 2026
Victor Dixen: Agencja Perdido. Droga przez mrok
Kropka, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Kolejna rozłożysta seria szykuje się dla fanów powieści fantasy z nutą gotyku – Victor Dixen proponuje cykl Agencja Perdido, którego pierwszy tom, „Droga przez mrok”, może rzeczywiście skusić młodych czytelników. To historia Lucy, nastolatki, która jeszcze przez moment ma szansę żyć życiem zwykłej dziewczyny, w ramach młodzieżowego buntu mówić do swojej mamy po imieniu i zżymać się na słodkie przezwiska rzucane w kontrze przez rodzicielkę. Bo pewnego dnia mama znika bez śladu i Lucy wie, że stało się coś dziwnego. Na rok trafia pod opiekę okropnej ciotki – to punkt wyjścia znany jeszcze z baśni, po prostu trzeba wytrącić bohatera ze strefy komfortu, żeby mógł wziąć się do działania i dowiedzieć się, kim właściwie jest, a także – co kryje się za nagłym zniknięciem. Od początku wiadomo, że na taryfę ulgową nie ma co liczyć: nowa opiekunka zmusza Lucy do dokonywania drobnych kradzieży w pociągach, a to wstęp do sporych kłopotów, albo... życiowej szansy. Lucy bowiem w pewnym momencie trafia na istoty, które mogą jej sporo powiedzieć o rodzicach, a także o niej samej. A to już oferta nie do pogardzenia. I tak Lucy stopniowo dowiaduje się czegoś o swoich nieznanych do tej pory umiejętnościach i wrodzonych talentach – a dzięki sojuszniczce – niezwykłej staruszce Ricie Perdido może rozwijać je i dążyć do poznawania swojej tożsamości. Nie będzie to droga prosta: mnóstwo tu stworów, które tylko czekają na potknięcie przybysza z innego świata, mnóstwo zagrożeń i bardzo dużo adrenaliny. Akcja budowana jest w tym tomie na bazie szybkich ucieczek i unikania pułapek, mniej na bezpośrednich starciach – ale zdarza się i tak, że trzeba będzie coś poświęcić, żeby zapewnić szansę na ratunek dla bliskich. I to rzecz nie do pogardzenia, bo Victor Dixen przymierza się do powieści drogi pożenionej z historiami o młodzieżowych akademiach – z każdego z tych modnych w pewnym momencie gatunków bierze coś, co pozwoli wykreować nietypową przestrzeń i funduje czytelnikom zestaw silnych emocji. To się sprawdza dzięki sprawnej narracji – tu nie ma wymuszonych opisów czy kombinacji, które nie przekonają czytelników. A ponieważ autor przez cały czas umiejętnie operuje mrocznymi klimatami, przyciągnie szeroką rzeszę młodych odbiorców – którzy nie przepadają za ugrzecznionymi czy umoralniającymi opowiastkami. W Agencji Perdido na grzeczność nie ma miejsca, tu liczy się spryt i tempo działania, a także odwaga momentami zamieniająca się w brawurę – skoro przeciwnik walczy wszystkimi dostępnymi środkami, nie ma powodu, żeby podporządkowywać się jego regułom. „Droga przez mrok” to pierwsza powieść, która z pewnością zbuduje autorowi grono wiernych czytelników – podsuwa tematy „inne”, wykorzystuje bardzo kreatywnie składniki znane z rozmaitych historii – a jednak składa je w oryginalną całość. Jest to książka, która rozbudzi ciekawość i sprawi, że odbiorcy zechcą pozostać w uniwersum Agencji Perdido na dłużej – nie zmęczą się tym pierwszym tomem, a będą wypatrywać kolejnych propozycji.
Poszukiwania
Kolejna rozłożysta seria szykuje się dla fanów powieści fantasy z nutą gotyku – Victor Dixen proponuje cykl Agencja Perdido, którego pierwszy tom, „Droga przez mrok”, może rzeczywiście skusić młodych czytelników. To historia Lucy, nastolatki, która jeszcze przez moment ma szansę żyć życiem zwykłej dziewczyny, w ramach młodzieżowego buntu mówić do swojej mamy po imieniu i zżymać się na słodkie przezwiska rzucane w kontrze przez rodzicielkę. Bo pewnego dnia mama znika bez śladu i Lucy wie, że stało się coś dziwnego. Na rok trafia pod opiekę okropnej ciotki – to punkt wyjścia znany jeszcze z baśni, po prostu trzeba wytrącić bohatera ze strefy komfortu, żeby mógł wziąć się do działania i dowiedzieć się, kim właściwie jest, a także – co kryje się za nagłym zniknięciem. Od początku wiadomo, że na taryfę ulgową nie ma co liczyć: nowa opiekunka zmusza Lucy do dokonywania drobnych kradzieży w pociągach, a to wstęp do sporych kłopotów, albo... życiowej szansy. Lucy bowiem w pewnym momencie trafia na istoty, które mogą jej sporo powiedzieć o rodzicach, a także o niej samej. A to już oferta nie do pogardzenia. I tak Lucy stopniowo dowiaduje się czegoś o swoich nieznanych do tej pory umiejętnościach i wrodzonych talentach – a dzięki sojuszniczce – niezwykłej staruszce Ricie Perdido może rozwijać je i dążyć do poznawania swojej tożsamości. Nie będzie to droga prosta: mnóstwo tu stworów, które tylko czekają na potknięcie przybysza z innego świata, mnóstwo zagrożeń i bardzo dużo adrenaliny. Akcja budowana jest w tym tomie na bazie szybkich ucieczek i unikania pułapek, mniej na bezpośrednich starciach – ale zdarza się i tak, że trzeba będzie coś poświęcić, żeby zapewnić szansę na ratunek dla bliskich. I to rzecz nie do pogardzenia, bo Victor Dixen przymierza się do powieści drogi pożenionej z historiami o młodzieżowych akademiach – z każdego z tych modnych w pewnym momencie gatunków bierze coś, co pozwoli wykreować nietypową przestrzeń i funduje czytelnikom zestaw silnych emocji. To się sprawdza dzięki sprawnej narracji – tu nie ma wymuszonych opisów czy kombinacji, które nie przekonają czytelników. A ponieważ autor przez cały czas umiejętnie operuje mrocznymi klimatami, przyciągnie szeroką rzeszę młodych odbiorców – którzy nie przepadają za ugrzecznionymi czy umoralniającymi opowiastkami. W Agencji Perdido na grzeczność nie ma miejsca, tu liczy się spryt i tempo działania, a także odwaga momentami zamieniająca się w brawurę – skoro przeciwnik walczy wszystkimi dostępnymi środkami, nie ma powodu, żeby podporządkowywać się jego regułom. „Droga przez mrok” to pierwsza powieść, która z pewnością zbuduje autorowi grono wiernych czytelników – podsuwa tematy „inne”, wykorzystuje bardzo kreatywnie składniki znane z rozmaitych historii – a jednak składa je w oryginalną całość. Jest to książka, która rozbudzi ciekawość i sprawi, że odbiorcy zechcą pozostać w uniwersum Agencji Perdido na dłużej – nie zmęczą się tym pierwszym tomem, a będą wypatrywać kolejnych propozycji.
piątek, 22 maja 2026
Hanne Gjerde: Nasz nauczyciel robot
Kropka, Warszawa 2026.
Pułapka
Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.
Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...
Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.
Pułapka
Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.
Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...
Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.
wtorek, 19 maja 2026
Russell Kane: Jak pies z kotem
Kropka, Warszawa 2026.
Zazdrość
Ten autor doskonale wie, o czym pisze. Dał się poznać jako autor edukacyjnej książki o różnych rasach psów i kotów, teraz wraca z historyjką fabularną o domowych pupilach. „Jak pies z kotem” to krótki i zabawny picture book, który przypomni dzieciom, czym jest zazdrość o nowego członka rodziny. Russell Kane wie, jak przekonać do siebie miłośników czworonogów – nie przez przypadek: prezentowane wydarzenia mógł spokojnie przeżyć, jako wieloletni właściciel i opiekun rozmaitych zwierzaków.
Fabuła tomiku „Jak pies z kotem” jest prosta i przewidywalna, a jednak dzieci będą ją śledzić z zapartym tchem, żeby sprawdzić, jak rozwiąże się problem nieoczekiwany przez ludzi i niemożliwy do rozwiązania na drodze logiki. Dom jak na razie składa się z mamy, taty i Anki – którymi rządzi Tero, kot burmski, wielki, szary, rasowy i dystyngowany. To Tero jest tu najważniejszy, nie ulega wątpliwości. A jednak nikt nie konsultuje z nim najważniejszej decyzji: pewnego dnia w domu pojawia się bardzo słodki i uroczy szczeniak chihuahua, Samson. Samson wyposażony został w wyjątkową broń – torpedujące spojrzenie miłosne. To nim błyskawicznie podbija serca wszystkich w domu. Wszystkich, tylko nie Tero. Kot manifestuje swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby, stara się dać do zrozumienia zwłaszcza odrosłym, że należy się pozbyć intruza.
Sporą część krótkiej opowieści zajmuje analiza obrażenia Tero. Kot jest zły i nie wie, co zrobić – stracił swoją pozycję w domu, teraz wszyscy zachwycają się szczeniakiem. Zazdrość jest wyjątkowo silna i nie pomagają żadne sztuczki szykowane przez domowników. Tero po prostu nie chce zaakceptować nowego towarzysza. Aż w końcu…
Russell Kane przygotowuje odbiorców, którzy chcą poszerzyć grono domowych zwierzaków, na sytuacje nieoczekiwane a prawdopodobne. Jednocześnie wciąga dzieci w ciekawą i zabawną historię o zwierzętach – sprawia, że nawet dzieci, które nie przepadają za ćwiczeniem samodzielnego czytania, tu mogą sobie poradzić. Do tego liczy się analiza emocji i ich przejawów – to coś, co przyciągnie najmłodszych, również czasem poszukujących przewodnika, który wyjaśni im, co dzieje się w ich głowach. Przy tak ważnych tematach w opowieści liczy się tu jeszcze warstwa graficzna (ilustracje: Erica Salcedo) – tam, gdzie nie ma miejsca na humor w tekście, rysunku przejmują dowcip i pokazują czytelnikom komiczne strony sporu. Mimo skrótowości będzie tu zatem bardzo dużo wątków wartych uwagi i przyciągających każdego czytelnika, bez względu na wiek i doświadczenia w opiece nad kapryśnymi zwierzętami. Russell Kane przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niekoniecznie zrozumiałe (a przecież oczywiste) uczucia czworonożnych domowników. Proponuje dzieciom sympatyczną lekturę – w sam raz do szybkiego prześledzenia i do przyjrzenia się temu, co dzieje się w sercach dzieci lub zwierząt, kiedy pojawia się nieoczekiwanie nowy członek rodziny. Warto tę publikację wykorzystać do przeprowadzenia ważnych rozmów z dziećmi – a Russell Kane przypomina, że nie zawsze jest powód do zmartwień, czasami wystarczy po prostu cierpliwość i wyczucie.
Zazdrość
Ten autor doskonale wie, o czym pisze. Dał się poznać jako autor edukacyjnej książki o różnych rasach psów i kotów, teraz wraca z historyjką fabularną o domowych pupilach. „Jak pies z kotem” to krótki i zabawny picture book, który przypomni dzieciom, czym jest zazdrość o nowego członka rodziny. Russell Kane wie, jak przekonać do siebie miłośników czworonogów – nie przez przypadek: prezentowane wydarzenia mógł spokojnie przeżyć, jako wieloletni właściciel i opiekun rozmaitych zwierzaków.
Fabuła tomiku „Jak pies z kotem” jest prosta i przewidywalna, a jednak dzieci będą ją śledzić z zapartym tchem, żeby sprawdzić, jak rozwiąże się problem nieoczekiwany przez ludzi i niemożliwy do rozwiązania na drodze logiki. Dom jak na razie składa się z mamy, taty i Anki – którymi rządzi Tero, kot burmski, wielki, szary, rasowy i dystyngowany. To Tero jest tu najważniejszy, nie ulega wątpliwości. A jednak nikt nie konsultuje z nim najważniejszej decyzji: pewnego dnia w domu pojawia się bardzo słodki i uroczy szczeniak chihuahua, Samson. Samson wyposażony został w wyjątkową broń – torpedujące spojrzenie miłosne. To nim błyskawicznie podbija serca wszystkich w domu. Wszystkich, tylko nie Tero. Kot manifestuje swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby, stara się dać do zrozumienia zwłaszcza odrosłym, że należy się pozbyć intruza.
Sporą część krótkiej opowieści zajmuje analiza obrażenia Tero. Kot jest zły i nie wie, co zrobić – stracił swoją pozycję w domu, teraz wszyscy zachwycają się szczeniakiem. Zazdrość jest wyjątkowo silna i nie pomagają żadne sztuczki szykowane przez domowników. Tero po prostu nie chce zaakceptować nowego towarzysza. Aż w końcu…
Russell Kane przygotowuje odbiorców, którzy chcą poszerzyć grono domowych zwierzaków, na sytuacje nieoczekiwane a prawdopodobne. Jednocześnie wciąga dzieci w ciekawą i zabawną historię o zwierzętach – sprawia, że nawet dzieci, które nie przepadają za ćwiczeniem samodzielnego czytania, tu mogą sobie poradzić. Do tego liczy się analiza emocji i ich przejawów – to coś, co przyciągnie najmłodszych, również czasem poszukujących przewodnika, który wyjaśni im, co dzieje się w ich głowach. Przy tak ważnych tematach w opowieści liczy się tu jeszcze warstwa graficzna (ilustracje: Erica Salcedo) – tam, gdzie nie ma miejsca na humor w tekście, rysunku przejmują dowcip i pokazują czytelnikom komiczne strony sporu. Mimo skrótowości będzie tu zatem bardzo dużo wątków wartych uwagi i przyciągających każdego czytelnika, bez względu na wiek i doświadczenia w opiece nad kapryśnymi zwierzętami. Russell Kane przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem, zwłaszcza gdy w grę wchodzą niekoniecznie zrozumiałe (a przecież oczywiste) uczucia czworonożnych domowników. Proponuje dzieciom sympatyczną lekturę – w sam raz do szybkiego prześledzenia i do przyjrzenia się temu, co dzieje się w sercach dzieci lub zwierząt, kiedy pojawia się nieoczekiwanie nowy członek rodziny. Warto tę publikację wykorzystać do przeprowadzenia ważnych rozmów z dziećmi – a Russell Kane przypomina, że nie zawsze jest powód do zmartwień, czasami wystarczy po prostu cierpliwość i wyczucie.
sobota, 16 maja 2026
Katarzyna Biegańska: Co czujesz, tato?
Kropka, Warszawa 2026.
Emocje
Tata z serii picture booków przygotowanych przez Katarzynę Biegańską i Dorotę Prończuk (autorkę ilustracji) jest naprawdę postępowy i wyznacza trendy, a na pewno pokazuje wszystkim, jak powinno się funkcjonować w dzisiejszym świecie, by unikać pułapek rodzicielstwa. Tata – z brodą drwala i kitką – nie musi być twardzielem dystansującym się od uczuć, wprost przeciwnie – to on staje się przewodnikiem po tym, co przeżywa dziecko. Autorki przypominają, że dziecko zawsze dostrzega uczucia i zachowania dorosłych, wyłapuje sygnały, które świadczą o tym, że coś jest nie tak – i jeśli nie dostanie informacji o tym, co się dzieje, będzie snuć własne scenariusze, często znacznie gorsze niż rzeczywistość. Warto zatem rozmawiać, wyjaśniać wątpliwości i uczyć pociechę, jak mówić o uczuciach. W tym sprawdzają się ojcowie – których jeszcze w poprzednich pokoleniach nikt nie podejrzewał nie tylko o empatię, ale nawet o posiadanie jakichś bardziej skomplikowanych uczuć czy przemyśleń na ten temat. Tymczasem ogromny tata z książki radzi sobie z tym wyzwaniem całkiem nieźle. Wychowuje syna tak, żeby ten nie bał się mówienia o swoich zmartwieniach czy przeżyciach – a skoro maluch może tacie powiedzieć wszystko, co zresztą wykorzystuje, nie jest to tylko błahe i teoretyczne zapewnienie – to równie dobrze tata może podzielić się swoimi doświadczeniami z pociechą. Oczywiście – ale tego już autorka nie mówi – w granicach rozsądku, tak, żeby nie zrzucać na malucha stresów czy niepotrzebnych przykrych niespodzianek. Wystarczy jednak odrobina uwagi i wyjaśnienie, dlaczego coś w relacjach się zmieniło – to sposób na uspokojenie dziecka.
A skoro z tatą da się o wszystkim porozmawiać (nawet o sprawach tak poważnych jak ciężka choroba babci) – to można z nim też dzielić uczucia i dowiadywać się, co one znaczą. Autorka odwołuje się do konkretnych sytuacji, które dzieci mogą sobie łatwo wyobrazić – i w związku z nimi podaje konkretne uczucia, nazywa je tak, żeby najmłodsi utrwalili sobie odpowiednie nazwy i wiedzieli, co dzieje się z nimi samymi w analogicznych sytuacjach. Wszystko wydaje się łatwiejsze, kiedy można dzielić to z tatą – i tak wygląda prawdziwe bohaterstwo w dzisiejszych czasach. Nie trzeba tu wielkich fabuł ani scenek, które zmuszają dzieci do przenoszenia się do bajkowego świata – to, co pojawia się w tomiku, wydaje się znane i bliskie, wręcz namacalne. Katarzyna Biegańska wie, jak mówić o uczuciach, bez abstrakcji i wielkich słów. Do tego dochodzą obrazki, które odbiorcom powiedzą równie dużo o emocjach targających bohaterami co sama narracja – tak przygotowany picture book nie potrzebuje już dodatkowych komentarzy. A jednak spora część dzieci po lekturze będzie chciała przegadać temat jeszcze ze swoimi rodzicami. I Katarzyna Biegańska znowu przypomina ojcom – że to oni mogą być tymi, którzy zapewnią maluchom potrzebne wsparcie, także to emocjonalne. Czasy się zmieniają i dobrze, że „Co czujesz, tato” nadąża za tymi metamorfozami.
Emocje
Tata z serii picture booków przygotowanych przez Katarzynę Biegańską i Dorotę Prończuk (autorkę ilustracji) jest naprawdę postępowy i wyznacza trendy, a na pewno pokazuje wszystkim, jak powinno się funkcjonować w dzisiejszym świecie, by unikać pułapek rodzicielstwa. Tata – z brodą drwala i kitką – nie musi być twardzielem dystansującym się od uczuć, wprost przeciwnie – to on staje się przewodnikiem po tym, co przeżywa dziecko. Autorki przypominają, że dziecko zawsze dostrzega uczucia i zachowania dorosłych, wyłapuje sygnały, które świadczą o tym, że coś jest nie tak – i jeśli nie dostanie informacji o tym, co się dzieje, będzie snuć własne scenariusze, często znacznie gorsze niż rzeczywistość. Warto zatem rozmawiać, wyjaśniać wątpliwości i uczyć pociechę, jak mówić o uczuciach. W tym sprawdzają się ojcowie – których jeszcze w poprzednich pokoleniach nikt nie podejrzewał nie tylko o empatię, ale nawet o posiadanie jakichś bardziej skomplikowanych uczuć czy przemyśleń na ten temat. Tymczasem ogromny tata z książki radzi sobie z tym wyzwaniem całkiem nieźle. Wychowuje syna tak, żeby ten nie bał się mówienia o swoich zmartwieniach czy przeżyciach – a skoro maluch może tacie powiedzieć wszystko, co zresztą wykorzystuje, nie jest to tylko błahe i teoretyczne zapewnienie – to równie dobrze tata może podzielić się swoimi doświadczeniami z pociechą. Oczywiście – ale tego już autorka nie mówi – w granicach rozsądku, tak, żeby nie zrzucać na malucha stresów czy niepotrzebnych przykrych niespodzianek. Wystarczy jednak odrobina uwagi i wyjaśnienie, dlaczego coś w relacjach się zmieniło – to sposób na uspokojenie dziecka.
A skoro z tatą da się o wszystkim porozmawiać (nawet o sprawach tak poważnych jak ciężka choroba babci) – to można z nim też dzielić uczucia i dowiadywać się, co one znaczą. Autorka odwołuje się do konkretnych sytuacji, które dzieci mogą sobie łatwo wyobrazić – i w związku z nimi podaje konkretne uczucia, nazywa je tak, żeby najmłodsi utrwalili sobie odpowiednie nazwy i wiedzieli, co dzieje się z nimi samymi w analogicznych sytuacjach. Wszystko wydaje się łatwiejsze, kiedy można dzielić to z tatą – i tak wygląda prawdziwe bohaterstwo w dzisiejszych czasach. Nie trzeba tu wielkich fabuł ani scenek, które zmuszają dzieci do przenoszenia się do bajkowego świata – to, co pojawia się w tomiku, wydaje się znane i bliskie, wręcz namacalne. Katarzyna Biegańska wie, jak mówić o uczuciach, bez abstrakcji i wielkich słów. Do tego dochodzą obrazki, które odbiorcom powiedzą równie dużo o emocjach targających bohaterami co sama narracja – tak przygotowany picture book nie potrzebuje już dodatkowych komentarzy. A jednak spora część dzieci po lekturze będzie chciała przegadać temat jeszcze ze swoimi rodzicami. I Katarzyna Biegańska znowu przypomina ojcom – że to oni mogą być tymi, którzy zapewnią maluchom potrzebne wsparcie, także to emocjonalne. Czasy się zmieniają i dobrze, że „Co czujesz, tato” nadąża za tymi metamorfozami.
czwartek, 14 maja 2026
Amy Sparkes: Księgarnia na tyłach kresu
Kropka, Warszawa 2026.
Ratunek
W najnowszej części tej magicznej serii liczy się najbardziej wspólne działanie. Kiedy już dom na skraju magii się uspokoił i zapewnia faktyczne schronienie dla wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach, można zastanowić się nad niesieniem pomocy. Tym razem znika Profesora Miska, postać nietuzinkowa i jednocześnie bardzo potrzebna w magicznym świecie. Ponieważ w grę wchodzi potyczka z okrutną czarownicą, nie bez powodu nazywającą się Ohydia, wiadomo, że trzeba zjednoczyć siły i ruszyć na poszukiwania – a następnie uzbroić się w odwagę i doprowadzić do uwolnienia istoty, która tak jak inne chce po prostu w spokoju egzystować. Dziewiątka wie doskonale, jak ważne jest schronienie i pomoc bliskich – dlatego też nie waha się z wyruszeniem na pomoc. Co innego mogłaby robić? To bohaterka, która dopiero w magicznej krainie znalazła dom – nie wie wiele o sobie i o historii swojej matki, stopniowo dopiero odkrywa pojedyncze tropy, które składają się na opowieść o jej tożsamości. Dziewiątka nie ma imienia – przez pewien czas żyła na ulicy i zajmowała się złodziejstwem. Do tamtego życia nie ma powrotu, dlatego też tak mocno Dziewiątka angażuje się w zapewnianie swojej nowej – dość niezwykłej rodzinie – wsparcia. I to Dziewiątka nadaje prym opowieści, to ona motywuje do działania i to ona wreszcie musi rozwiązywać zagadki prowadzące do celu. Przewodzi galerii oryginałów i dziwaków, ale świetnie się wśród nich odnajduje – wiadomo, że ta bohaterka poradzi sobie zawsze i wszędzie. Ale Dziewiątka ma – jak wszyscy – swoje słabości i sekrety. I właśnie do wyjawiania sekretów zmusza ją pewne miejsce. Tajemnice wypowiadane na głos oznaczają maksymalne obnażenie się, osłabienie wewnętrznej siły i pewności siebie – to walka, w której nie da się znaleźć sojuszników. A jednocześnie prawdziwe wyzwanie, które pokaże, czy obrane cele są prawdziwe, czy też stanowią namiastkę pragnień.
Amy Sparkes w pierwszym tomie serii mnóstwo wysiłku poświęciła na to, żeby odbiorcy dobrze zrozumieli zasady w świecie, w którym możliwe jest wszystko. Teraz przychodzi do młodych odbiorców z trzecią powieścią – i „Księgarnia na tyłach kresu” to książka, w której narracja wydaje się bardziej spokojna a akcja podporządkowana historii drogi – jest zadanie do wykonania i na tym to zadaniu koncentrują się postacie pod wodzą Dziewiątki. Jedno rozwiązanie generuje kolejne wyzwania, nie ma mowy o przyspieszeniu celu, nie da się też zmieniać reguł gry w jej trakcie, więc czytelnicy będą po prostu podążać za bohaterką i kibicować jej w podejmowanych działaniach. Ponieważ jednak Amy Sparkes nie musi już rejestrować absolutnie każdego przejawu magii na każdym kroku – może pozwolić młodym czytelnikom na relaks i śledzenie wyprawy. Jest w „Księgarni na tyłach kresu” standardowy dla serii zestaw pomysłów, wśród których żaden nie robi takiego wrażenia na odbiorcach jak magiczna księgarnia – w końcu wiadomo nie od dzisiaj, że fani fantastyki uwielbiają przejście do świata z książek. Nie jest to równoznaczne z umiłowaniem do autotematyzmu, ale tu całkiem dobrze się sprawdziło.
Ratunek
W najnowszej części tej magicznej serii liczy się najbardziej wspólne działanie. Kiedy już dom na skraju magii się uspokoił i zapewnia faktyczne schronienie dla wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach, można zastanowić się nad niesieniem pomocy. Tym razem znika Profesora Miska, postać nietuzinkowa i jednocześnie bardzo potrzebna w magicznym świecie. Ponieważ w grę wchodzi potyczka z okrutną czarownicą, nie bez powodu nazywającą się Ohydia, wiadomo, że trzeba zjednoczyć siły i ruszyć na poszukiwania – a następnie uzbroić się w odwagę i doprowadzić do uwolnienia istoty, która tak jak inne chce po prostu w spokoju egzystować. Dziewiątka wie doskonale, jak ważne jest schronienie i pomoc bliskich – dlatego też nie waha się z wyruszeniem na pomoc. Co innego mogłaby robić? To bohaterka, która dopiero w magicznej krainie znalazła dom – nie wie wiele o sobie i o historii swojej matki, stopniowo dopiero odkrywa pojedyncze tropy, które składają się na opowieść o jej tożsamości. Dziewiątka nie ma imienia – przez pewien czas żyła na ulicy i zajmowała się złodziejstwem. Do tamtego życia nie ma powrotu, dlatego też tak mocno Dziewiątka angażuje się w zapewnianie swojej nowej – dość niezwykłej rodzinie – wsparcia. I to Dziewiątka nadaje prym opowieści, to ona motywuje do działania i to ona wreszcie musi rozwiązywać zagadki prowadzące do celu. Przewodzi galerii oryginałów i dziwaków, ale świetnie się wśród nich odnajduje – wiadomo, że ta bohaterka poradzi sobie zawsze i wszędzie. Ale Dziewiątka ma – jak wszyscy – swoje słabości i sekrety. I właśnie do wyjawiania sekretów zmusza ją pewne miejsce. Tajemnice wypowiadane na głos oznaczają maksymalne obnażenie się, osłabienie wewnętrznej siły i pewności siebie – to walka, w której nie da się znaleźć sojuszników. A jednocześnie prawdziwe wyzwanie, które pokaże, czy obrane cele są prawdziwe, czy też stanowią namiastkę pragnień.
Amy Sparkes w pierwszym tomie serii mnóstwo wysiłku poświęciła na to, żeby odbiorcy dobrze zrozumieli zasady w świecie, w którym możliwe jest wszystko. Teraz przychodzi do młodych odbiorców z trzecią powieścią – i „Księgarnia na tyłach kresu” to książka, w której narracja wydaje się bardziej spokojna a akcja podporządkowana historii drogi – jest zadanie do wykonania i na tym to zadaniu koncentrują się postacie pod wodzą Dziewiątki. Jedno rozwiązanie generuje kolejne wyzwania, nie ma mowy o przyspieszeniu celu, nie da się też zmieniać reguł gry w jej trakcie, więc czytelnicy będą po prostu podążać za bohaterką i kibicować jej w podejmowanych działaniach. Ponieważ jednak Amy Sparkes nie musi już rejestrować absolutnie każdego przejawu magii na każdym kroku – może pozwolić młodym czytelnikom na relaks i śledzenie wyprawy. Jest w „Księgarni na tyłach kresu” standardowy dla serii zestaw pomysłów, wśród których żaden nie robi takiego wrażenia na odbiorcach jak magiczna księgarnia – w końcu wiadomo nie od dzisiaj, że fani fantastyki uwielbiają przejście do świata z książek. Nie jest to równoznaczne z umiłowaniem do autotematyzmu, ale tu całkiem dobrze się sprawdziło.
czwartek, 30 kwietnia 2026
Matthäus Bär: Kapibary na gigancie
Kropka, Warszawa 2026.
Wolność
Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.
Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.
Wolność
Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.
Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.
wtorek, 28 kwietnia 2026
Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata
Kropka, Warszawa 2026.
Cienie
W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.
Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.
Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.
Cienie
W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.
Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.
Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.
niedziela, 26 kwietnia 2026
Arttu Unkari: Tataman i eksplodująca kupa
Kropka, Warszawa 2026.
Sedesowe śledztwo
Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.
Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.
Sedesowe śledztwo
Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.
Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.
niedziela, 19 kwietnia 2026
Marcin Minor: Minorki, czyli małe, mniejsze i najmniejsze zwierzęta świata
Kropka, Warszawa 2026.
Maleństwa
Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.
Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.
„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.
Maleństwa
Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.
Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.
„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.
sobota, 11 kwietnia 2026
Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda
Kropka, Warszawa 2026.
Wszystko
To klasa sama w sobie i marka, której przedstawiać nikomu nie trzeba. To dowód, że dzieci mogą czytać encyklopedię i świetnie się przy tym bawić. I książka, która nie zestarzeje się wcale, będzie przez długi czas dorastać z dziećmi. Imponująca publikacja, która waży prawie dwa kilogramy (ta informacja znalazła się w blurbie – i bardzo dobrze, bo będzie to jedno z pierwszych pytań samych zainteresowanych) przynosi młodym odbiorcom całe mnóstwo ciekawostek posegregowanych na kilka dziedzin i zagadnień. Znalazło się tu osiem obszernych rozdziałów i na początku wydaje się, że autorzy skoncentrują się wyłącznie na Ziemi w kosmosie. Wyjście od tematu wszechświata nie dziwi – to dość częsty wybór w przypadku publikacji edukacyjnych dla najmłodszych. Tu oswojenie dzieci z odkryciami kosmicznymi ma na celu rozbudzenie w nich naukowej ciekawości i dociekliwości. Kiedy już wszystko, co odległe, stanie się jasne, przyjdzie czas na przyjrzenie się samej Ziemi. Punkt wyjścia to Wielki Wybuch, przedstawienie dzieciom tego, co mogą zobaczyć i czego nie mogą zobaczyć na niebie. Jednak obok wytworów natury będą tu też efekty pracy człowieka, między innymi rakiety, sondy kosmiczne i loty w kosmos – wszystko dla małych fanów eksplorowania wszechświata. Z kolei rozdział o Ziemi to okazja do sprawdzenia budowy planety, ale też do opowiedzenia o elementach ekologii (paliwa kopalne, pogoda i zmiany klimatyczne) czy historii o ukształtowaniu terenu. Rozdział „Materia” odnosi – bez nazywania tego – do fizyki i trochę chemii – i ten rozdział jeszcze przed konkretnymi lekcjami w szkole da dzieciom dobre pojęcie o podstawach funkcjonowania świata. To wiadomości, które przydadzą się w bardzo różnych okolicznościach, a do tego pozwolą na prowadzenie własnych obserwacji. Dwa kolejne rozdziały to „Życie” i „Ludzie” – analizy dotyczące między innymi roślinności czy życia pod wodą, ciała człowieka i kultury. Historia została podzielona na dwie części, pierwsza odnosi się do starożytności i średniowiecza w różnych kulturach i różnych częściach świata, druga – to czasy nowożytne i współczesne, uwzględnia ona nie tylko wielkie konflikty, ale też wielkie przełomy czy prawa człowieka i ich rozwój. Na sam koniec autorzy zostawili sobie temat „Dziś i jutro” – niezwykle szerokie zagadnienie, w którym mieszczą się i rozmaite wynalazki, i bolączki dzisiejszych czasów, a także – przyszłość cywilizacji.
W poszczególnych rozdziałach i ich częściach tekst zostaje podzielony na łatwo przyswajalne akapity – powtarzają się niektóre motywy, na przykład „Wiadome niewiadome” czy „Faktastycznie”, notki biograficzne albo wyliczenia – można tym tropem podążać, żeby nie nudzić się podziałem tematycznym, ale bardziej chodzi o urozmaicanie procesu lektury. Każdy motyw zyskuje tu imponujące ilustracje – wpływające na umiejętność zapamiętywania danych i jednocześnie będące ozdobą książki. Ta encyklopedia nie ma nic wspólnego z nudnymi hasłowymi dziełami – to prawdziwa przygoda, w której dostarczanie dzieciom wiadomości łączy się z rozrywką. Chętni mogą sprawdzić swoją pamięć dzięki quizom na końcu rozdziałów – ale trzeba będzie nie lada skupienia, żeby odpowiedzieć prawidłowo na wszystkie pytania, więc dzieci raczej zaczną od szukania odpowiedzi na kolejnych stronach. Do tego drobne wywiady czy wypowiedzi specjalistów z różnych dziedzin – to element, który może zachęcić najmłodszych do wyboru konkretnej drogi zawodowej.
„Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda” to dzieło imponujące nie tylko objętością – przede wszystkim przygotowaniem i opracowaniem tematów, wyborem ciekawostek – bo przecież mimo encyklopedycznych inspiracji nie da się wyczerpująco omówić każdego zagadnienia, nie chodzi o zamęczenie odbiorców, a o zaintrygowanie ich i o przekonanie, że nauka jest ciekawa. To zadziała doskonale – można mieć pewność, że dzieci, wyjątkowo zainteresowane jakimś tematem, będą chciały dalej pogłębiać wiedzę. Ta książka zaspokaja podstawową ciekawość. I wcale nie trzeba jej czytać od deski do deski, wystarczy korzystać z niej jak ze zbioru wyjaśnień i odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. Oczywiście ta książka bije na głowę rozmaite edukacyjne publikacje – ale nie da się jej traktować jak zwykłego zbioru ciekawostek. To próba uchwycenia jak największej ilości tematów i wątków, porządkowanie ulotnego i podsuwanie najmłodszym zagadnień do poznawania. Encyklopedia, która cieszy – to właśnie otrzymają mali odbiorcy i długo nie będą chcieli się z tą książką rozstać.
Wszystko
To klasa sama w sobie i marka, której przedstawiać nikomu nie trzeba. To dowód, że dzieci mogą czytać encyklopedię i świetnie się przy tym bawić. I książka, która nie zestarzeje się wcale, będzie przez długi czas dorastać z dziećmi. Imponująca publikacja, która waży prawie dwa kilogramy (ta informacja znalazła się w blurbie – i bardzo dobrze, bo będzie to jedno z pierwszych pytań samych zainteresowanych) przynosi młodym odbiorcom całe mnóstwo ciekawostek posegregowanych na kilka dziedzin i zagadnień. Znalazło się tu osiem obszernych rozdziałów i na początku wydaje się, że autorzy skoncentrują się wyłącznie na Ziemi w kosmosie. Wyjście od tematu wszechświata nie dziwi – to dość częsty wybór w przypadku publikacji edukacyjnych dla najmłodszych. Tu oswojenie dzieci z odkryciami kosmicznymi ma na celu rozbudzenie w nich naukowej ciekawości i dociekliwości. Kiedy już wszystko, co odległe, stanie się jasne, przyjdzie czas na przyjrzenie się samej Ziemi. Punkt wyjścia to Wielki Wybuch, przedstawienie dzieciom tego, co mogą zobaczyć i czego nie mogą zobaczyć na niebie. Jednak obok wytworów natury będą tu też efekty pracy człowieka, między innymi rakiety, sondy kosmiczne i loty w kosmos – wszystko dla małych fanów eksplorowania wszechświata. Z kolei rozdział o Ziemi to okazja do sprawdzenia budowy planety, ale też do opowiedzenia o elementach ekologii (paliwa kopalne, pogoda i zmiany klimatyczne) czy historii o ukształtowaniu terenu. Rozdział „Materia” odnosi – bez nazywania tego – do fizyki i trochę chemii – i ten rozdział jeszcze przed konkretnymi lekcjami w szkole da dzieciom dobre pojęcie o podstawach funkcjonowania świata. To wiadomości, które przydadzą się w bardzo różnych okolicznościach, a do tego pozwolą na prowadzenie własnych obserwacji. Dwa kolejne rozdziały to „Życie” i „Ludzie” – analizy dotyczące między innymi roślinności czy życia pod wodą, ciała człowieka i kultury. Historia została podzielona na dwie części, pierwsza odnosi się do starożytności i średniowiecza w różnych kulturach i różnych częściach świata, druga – to czasy nowożytne i współczesne, uwzględnia ona nie tylko wielkie konflikty, ale też wielkie przełomy czy prawa człowieka i ich rozwój. Na sam koniec autorzy zostawili sobie temat „Dziś i jutro” – niezwykle szerokie zagadnienie, w którym mieszczą się i rozmaite wynalazki, i bolączki dzisiejszych czasów, a także – przyszłość cywilizacji.
W poszczególnych rozdziałach i ich częściach tekst zostaje podzielony na łatwo przyswajalne akapity – powtarzają się niektóre motywy, na przykład „Wiadome niewiadome” czy „Faktastycznie”, notki biograficzne albo wyliczenia – można tym tropem podążać, żeby nie nudzić się podziałem tematycznym, ale bardziej chodzi o urozmaicanie procesu lektury. Każdy motyw zyskuje tu imponujące ilustracje – wpływające na umiejętność zapamiętywania danych i jednocześnie będące ozdobą książki. Ta encyklopedia nie ma nic wspólnego z nudnymi hasłowymi dziełami – to prawdziwa przygoda, w której dostarczanie dzieciom wiadomości łączy się z rozrywką. Chętni mogą sprawdzić swoją pamięć dzięki quizom na końcu rozdziałów – ale trzeba będzie nie lada skupienia, żeby odpowiedzieć prawidłowo na wszystkie pytania, więc dzieci raczej zaczną od szukania odpowiedzi na kolejnych stronach. Do tego drobne wywiady czy wypowiedzi specjalistów z różnych dziedzin – to element, który może zachęcić najmłodszych do wyboru konkretnej drogi zawodowej.
„Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda” to dzieło imponujące nie tylko objętością – przede wszystkim przygotowaniem i opracowaniem tematów, wyborem ciekawostek – bo przecież mimo encyklopedycznych inspiracji nie da się wyczerpująco omówić każdego zagadnienia, nie chodzi o zamęczenie odbiorców, a o zaintrygowanie ich i o przekonanie, że nauka jest ciekawa. To zadziała doskonale – można mieć pewność, że dzieci, wyjątkowo zainteresowane jakimś tematem, będą chciały dalej pogłębiać wiedzę. Ta książka zaspokaja podstawową ciekawość. I wcale nie trzeba jej czytać od deski do deski, wystarczy korzystać z niej jak ze zbioru wyjaśnień i odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. Oczywiście ta książka bije na głowę rozmaite edukacyjne publikacje – ale nie da się jej traktować jak zwykłego zbioru ciekawostek. To próba uchwycenia jak największej ilości tematów i wątków, porządkowanie ulotnego i podsuwanie najmłodszym zagadnień do poznawania. Encyklopedia, która cieszy – to właśnie otrzymają mali odbiorcy i długo nie będą chcieli się z tą książką rozstać.
czwartek, 26 marca 2026
Choi Eunyung: Przebudzona
Kropka, Warszawa 2026.
Zdrowie
Jest to książka wstrząsająca i to nie tylko dla dzieci. Co więcej: może zrobić ogromne wrażenie na dorosłych, bo Choi Eunyung stawia tu filozoficzne pytanie bazujące na społecznym lęku. „Przebudzona” to krótka i bardzo trafna powieść o samostanowieniu i o świecie z przyszłości. Bohaterka to Ihyon. Dziewczynka, która cierpi na przedziwną przypadłość, nieznaną medycynie. Czuje w głowie uderzenia gorąca i nie da się im zapobiec – cierpieniu nie można ulżyć, a żaden lekarz nie ma pomysłu, co to za choroba. Nawet ojciec dziewczynki – szanowany profesor medycyny – nie ma pojęcia, co zrobić. Istnieje tylko jedno, chociaż bardzo ryzykowne, wyjście. Można zahibernować dziecko i wybudzić je dopiero wtedy, kiedy uda się taki przypadek wyleczyć. O tym wszystkim Ihyon właściwie nie wie: orientuje się tylko, że przebywała w jakiejś dziwnej cieczy, że odzyskuje przytomność w szpitalu i że wszyscy naokoło dziwnie się zachowują. Mama i tata zabierają ją do domu, do siostry bliźniaczki (Ihyon nie pamięta, żeby miała siostrę bliźniaczkę, ale wszyscy mówią jej, że to problemy z pamięcią po zabiegu). Tylko że nic się nie zgadza: ludzie nie używają już telefonów komórkowych, dzieci mają roboty do nauki, a świat jest bardzo zanieczyszczony i trzeba specjalnych mechanizmów, żeby w ogóle móc na nim funkcjonować. Stopniowo Ihyon dowiaduje się, kim są jej bliscy i co się stało – i wtedy zaczyna zadawać bardzo niewygodne pytania. „Przebudzona” to powieść o poszukiwaniu przepisu na nieśmiertelność i o granicach ingerencji w zdrowie i tożsamość drugiego człowieka, choćby i najbardziej kochanego. Ihyon nie dostrzega plusów swojej sytuacji: pozbycie się uczucia płomieni w głowie to coś, za co zapłaciła zbyt wysoką cenę – zwłaszcza że to nie ona podjęła decyzję o tym, żeby żyć dalej i przeżyć dzieciństwo trzy dekady później, w zupełnie nowym otoczeniu. Dziewczynka jest samotna – a jej jedyne możliwe wsparcie, siostra bliźniaczka Iso, wydaje się dość poirytowana towarzystwem. Nic dziwnego, ona również musiała wyrzec się własnego szczęścia, żeby nie zaszokować Ihyon.
Choi Eunyung pisze książkę, która łamie panujące dzisiaj w literaturze czwartej reguły. Pokazuje dzieciom świat, w którym najmłodsi nie są specjalnie chronieni – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wprawdzie przenosi akcję do przyszłości, tak, żeby oddalić od czytelników potencjalny strach przed podobnymi doświadczeniami, jednak brak możliwości obrony jest uniwersalny i niezależny od roku. W dodatku odnosi się do bardzo trudnych kwestii – tu bohaterowie rozważają, czy warto przedłużać sobie życie, dawać się zahibernować i zostać wybudzonym po wielu latach, czy lepiej jest cieszyć się każdym dniem i nie skazywać na rzeczywistość bez najbliższych. Sporo pytań pojawi się po lekturze – i to nie tylko dzieciom. Jest Choi Eunyung wizjonerką, ale jest też w tej powieści nauczycielką etyki, uświadamia czytelnikom, co w życiu jest naprawdę ważne – i pokazuje, że nie każde marzenie trzeba za wszelką cenę spełniać. Nie jest to powieść wygodna, za to jest niezwykle ważna, przejmująca i wstrząsająca. Do tego stopnia, że z kanonu literatury dla dzieci powinna wyjść do świadomości powszechnej.
Zdrowie
Jest to książka wstrząsająca i to nie tylko dla dzieci. Co więcej: może zrobić ogromne wrażenie na dorosłych, bo Choi Eunyung stawia tu filozoficzne pytanie bazujące na społecznym lęku. „Przebudzona” to krótka i bardzo trafna powieść o samostanowieniu i o świecie z przyszłości. Bohaterka to Ihyon. Dziewczynka, która cierpi na przedziwną przypadłość, nieznaną medycynie. Czuje w głowie uderzenia gorąca i nie da się im zapobiec – cierpieniu nie można ulżyć, a żaden lekarz nie ma pomysłu, co to za choroba. Nawet ojciec dziewczynki – szanowany profesor medycyny – nie ma pojęcia, co zrobić. Istnieje tylko jedno, chociaż bardzo ryzykowne, wyjście. Można zahibernować dziecko i wybudzić je dopiero wtedy, kiedy uda się taki przypadek wyleczyć. O tym wszystkim Ihyon właściwie nie wie: orientuje się tylko, że przebywała w jakiejś dziwnej cieczy, że odzyskuje przytomność w szpitalu i że wszyscy naokoło dziwnie się zachowują. Mama i tata zabierają ją do domu, do siostry bliźniaczki (Ihyon nie pamięta, żeby miała siostrę bliźniaczkę, ale wszyscy mówią jej, że to problemy z pamięcią po zabiegu). Tylko że nic się nie zgadza: ludzie nie używają już telefonów komórkowych, dzieci mają roboty do nauki, a świat jest bardzo zanieczyszczony i trzeba specjalnych mechanizmów, żeby w ogóle móc na nim funkcjonować. Stopniowo Ihyon dowiaduje się, kim są jej bliscy i co się stało – i wtedy zaczyna zadawać bardzo niewygodne pytania. „Przebudzona” to powieść o poszukiwaniu przepisu na nieśmiertelność i o granicach ingerencji w zdrowie i tożsamość drugiego człowieka, choćby i najbardziej kochanego. Ihyon nie dostrzega plusów swojej sytuacji: pozbycie się uczucia płomieni w głowie to coś, za co zapłaciła zbyt wysoką cenę – zwłaszcza że to nie ona podjęła decyzję o tym, żeby żyć dalej i przeżyć dzieciństwo trzy dekady później, w zupełnie nowym otoczeniu. Dziewczynka jest samotna – a jej jedyne możliwe wsparcie, siostra bliźniaczka Iso, wydaje się dość poirytowana towarzystwem. Nic dziwnego, ona również musiała wyrzec się własnego szczęścia, żeby nie zaszokować Ihyon.
Choi Eunyung pisze książkę, która łamie panujące dzisiaj w literaturze czwartej reguły. Pokazuje dzieciom świat, w którym najmłodsi nie są specjalnie chronieni – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wprawdzie przenosi akcję do przyszłości, tak, żeby oddalić od czytelników potencjalny strach przed podobnymi doświadczeniami, jednak brak możliwości obrony jest uniwersalny i niezależny od roku. W dodatku odnosi się do bardzo trudnych kwestii – tu bohaterowie rozważają, czy warto przedłużać sobie życie, dawać się zahibernować i zostać wybudzonym po wielu latach, czy lepiej jest cieszyć się każdym dniem i nie skazywać na rzeczywistość bez najbliższych. Sporo pytań pojawi się po lekturze – i to nie tylko dzieciom. Jest Choi Eunyung wizjonerką, ale jest też w tej powieści nauczycielką etyki, uświadamia czytelnikom, co w życiu jest naprawdę ważne – i pokazuje, że nie każde marzenie trzeba za wszelką cenę spełniać. Nie jest to powieść wygodna, za to jest niezwykle ważna, przejmująca i wstrząsająca. Do tego stopnia, że z kanonu literatury dla dzieci powinna wyjść do świadomości powszechnej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






