* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2026

Sławek Gortych: Schronisko, które zostało zapomniane

W.A.B., Warszawa 2026.

Mur tajemnic

Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.

Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.

niedziela, 31 maja 2026

Marta Matyszczak: Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo

W.A.B., Warszawa 2026.

Wakacje za karę

Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.

Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.

Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.

Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

Magdalena Kordel: Schody do lata

W.A.B., Warszawa 2024.

Ucieczka

Stella już prawie kupiła wymarzony dwór, miejsce, które kochała od dzieciństwa. Magdalena Kordel coraz bardziej oswaja też z tym budynkiem odbiorców, zamieniając dwór w azyl. Schronienie znalazła tu już główna bohaterka pierwszej części cyklu Przystań Śpiących Wiatrów, teraz przychodzi czas na jej siostrę, do tej pory mocno w opowieści pomijaną. Mela ma swoją rolę do odegrania, musi też czegoś nauczyć odbiorczynie. Wycofywana wcześniej bohaterka ma poważne problemy w związku: jej ukochany, prawnik, znęca się nad nią psychicznie, czego Mela, jak typowa ofiara przemocy, nie dostrzega. Owszem, czuje się w domu coraz gorzej, chętnie ucieka do pracy i łapie się każdej okazji, żeby nie wracać do siebie. Jeśli już musi wchodzić w interakcje z ukochanym, analizuje każde swoje słowo i każdy gest, żeby tylko nie zdenerwować Jacka. Taki stan rzeczy z pewnością nie powinien się zdarzać w żadnym związku, jednak Mela – jako osoba mocno zaangażowana uczuciowo i emocjonalnie – nie da rady sama wyrwać się z toksycznego związku. Z pomocą przychodzi najpierw jej szefowa i przyjaciółka (alarmując rodzinę), a później Stella i właściciel dworu, którzy ściągają Melę do Wiktora i zmuszają wręcz do pracy nad rodowymi dokumentami. Mela zapomina o swojej przykrej codzienności, kiedy zagłębia się w historię mieszkańców domu. Tam odnajduje wiele sygnałów alarmowych dotyczących jej samej – na razie jednak rozbudza w sobie przede wszystkim ciekawość co do losów nieznanych sobie kobiet z przeszłości. Magdalena Kordel tym razem dość mocno wprowadza czytelniczki w dawne czasy: opowiada o sytuacji we dworze i o nietypowym statusie jednej ze służących – niemal przyjętej do rodziny. Melania chce rozwiązać jej zagadkę, a w tym celu musi przeanalizować dostępne pamiętniki i inne dokumenty. Bohaterka sięga do przeszłości jak do lekarstwa na bolączki teraźniejszości i jest to całkiem niezłe wyjście. Dystansuje się od przemocowego partnera, a dzięki temu staje się mniej podatna na jego wpływy, ma szansę na złapanie oddechu i przyjrzenie się całej sytuacji bez dodatkowej presji.

Magdalenie Kordel zależy tym razem dość mocno na przedstawianiu siły więzi rodzinnych. Rodzeństwo znajduje różne sposoby na dawanie wsparcia, każdy wnosi do tej relacji coś innego i wartościowego. Przy okazji wychodzi na jaw, że poświęcenie wszystkich oszczędności na dworek wcale nie było walką o szczęście jednej osoby: nagle wszyscy mogą skorzystać na takiej transakcji. W tej rodzinie każdy problemy rozwiązuje inaczej, ale współpraca i moc płynąca z bliskości to elementy, którymi Magdalena Kordel nasyca narrację, tak, żeby mimo trudnego tematu wyjściowego każdy znalazł tutaj coś krzepiącego dla siebie. Jest to powieść z gatunku tych, które rozgrzewają i niosą pocieszenie. Autorka na szczęście rozwiewa wątpliwości co do kierunku rozwoju przemocowych związków, nie daje fałszywej nadziei i nie zachęca do kontynuowania niszczącej relacji – za to sygnalizuje, gdzie Mela będzie mogła znaleźć prawdziwe szczęście. Z pewnością szybko stanie się to jedna z ulubionych pozycji fanek cyklu Malownicze i czytelniczek, które cenią sobie literackie powroty do przeszłości.

środa, 22 stycznia 2025

Magdalena Kordel: Szepty jesieni. Przystań Śpiących Wiatrów

W.A.B., Warszawa 2024.

Ucieczka

Ledwo dwie starsze siostry ułożyły sobie życie (nie bez wsparcia rodzeństwa), już najmłodsza wplątuje się w akcję rodem z filmu sensacyjnego i potrzebuje wsparcia, chociaż bardzo dużo zależy też od jej zimnej krwi i bystrego umysłu. Julka to kobieta, która wie, czego chce – jednak zdarza jej się wpadać w tarapaty, kiedy podąża za marzeniami. To ona zarabia na życie, stawiając tarota: interesuje się tym, co nieuchwytne, tajemnicze i zakorzenione w myśleniu magicznym. A ponieważ ezoteryka to jej sposób na życie, Julka trafia w końcu na Podlasie, do chaty prawdziwej zielarki, Ołeny. Tam przekonuje się między innymi, że kobiety, które dawniej posądzane byłyby o czary, teraz radzą sobie świetnie, wykorzystując nie tylko wiedzę poprzednich pokoleń, ale i zdobycze współczesnej medycyny. Julka fascynuje się magią, ale wiedzy nie odrzuca, interesują ją i stare przepisy, i metody działania w określonych sytuacjach – karty traktuje za to bardziej od strony psychologicznej niż duchowej. Racjonalna strona jej osobowości na wszelki wypadek przeważa, żeby nie zniechęcić czytelniczek, które niekoniecznie mogą kibicować bohaterce w poznawaniu tajemnic ezoteryki. Zresztą asekuruje się Magdalena Kordel – nawet Stella, najstarsza z sióstr, nie popiera grzebania w duchowości, chociaż to ona właśnie rozmawia ze swoim domem (czy też raczej z tajemniczymi, zamieszkującymi go istotami z zaświatów) i przeżywa tu raz po raz przygody, których nie da się wytłumaczyć na drodze rozumowej. Julka jednak wpada w kłopoty znacznie bardziej namacalne niż konszachty z duchami. Z grupą znajomych wybiera się na Podlasie, żeby wziąć udział w warsztatach ezoterycznych – konsekwencją tego wydarzenia jest nabranie nieufności do podobnych spotkań (łatwo o naciągaczy, którzy potrafią zbudować otoczkę elitarności, za to nie są w stanie przekazać żadnych umiejętności kursantom), ale też relacja z niejakim Bodziem. Aktualnie Bodzio ściga Julkę i przesiaduje pod jej domem – na zmianę z dresiarzem-zabijaką. Kobieta jest uwięziona we własnym mieszkaniu, kończą jej się zapasy jedzenia i nie ufa nikomu. Ale właśnie dlatego jest w stanie obmyślić plan ratunku i wymknąć się swojemu prześladowcy – także po to, żeby móc wyjaśnić innym, przed czym właśnie uciekła. Może i według niektórych z czarami nie ma żartów, ale w tym wypadku żartów nie ma z ludźmi zdecydowanymi na wszystko. Magdalena Kordel tworzy Przystań Śpiących Wiatrów jako serię, która pokrzepia i daje nadzieję na rozwiązywanie wszystkich problemów, łączy tu Polyannę, Jeżycjadę i Anię z Zielonego Wzgórza, dodając jeszcze parę evergreenowych czytadeł. Zapewnia czytelniczkom azyl, ucieczkę od zmartwień i obietnicę, że wszystko się ułoży, trzeba tylko cierpliwości i czasem wsparcia ukochanych osób. Tu ratunek nadejść może z każdej strony, czasami trzeba mu trochę pomóc – ale to niewielka cena za spełnianie marzeń. Co ciekawe, trochę autorka oddala od samego dworku – przenosi akcję w inne miejsca po to, żeby móc wracać do Przystani po nadzieję i pomoc. Odsłania kolejne zagadki z przeszłości – w zasadzie pozwala odbiorczyniom na rozstanie się z serią, ale ponieważ udało jej się trafić w styl i klimat bardzo potrzebny i pożądany przez czytelniczki – te raczej nie pozwolą na zamknięcie opowieści na trzech książkach.

niedziela, 24 września 2023

Tess Sharpe: Sis times we almost kissed (and one time we did)

W.A.B., Warszawa 2023.

Wyzwolenie

Jest to bardzo charakterystyczny zabieg dla literatury young adult, a zwłaszcza dla tego jej odłamu, który przedstawia obyczajówki skręcające w stronę romansu - ale w wersji jednopłciowej. Anglojęzyczne tytuły sugerują rodzaj historii - i w "Six times we almost kissed (and one time we did)" Tess Sharpe ten schemat się powtarza. Ale myliłby się ten, kto oczekiwałby prostej historii sercowej. W życiu Penny i Tate nie ma miejsca na zwykłe dramaty: one muszą przeżywać rzeczy ekstremalne. Wszystko ma swoje korzenie w tragedii z przeszłości: Penny, uwielbiająca spływy - traci podczas jednej z takich przygód ojca. Po wypadku odsuwa się od niej matka. Tate nie funkcjonuje jako jej przyjaciółka, ale matki Penny i Tate się przyjaźnią - do tego stopnia, że jedna dzieli się z drugą wątrobą. Teraz dwie nastolatki są już skazane na siebie, bo trzeba będzie pomóc rodzinom w zarabianiu i zwyczajnym funkcjonowaniu.

Tess Sharpe kreśli bardzo skomplikowaną relację dwóch dziewczyn, które wyoutowały się przed bliskimi, ale szczęścia szukają daleko od siebie. Owszem, istnieją sygnały, że mogłyby spróbować być razem - zwłaszcza że w trudnych chwilach i tak są na siebie skazane, a poza tym przy wielkich emocjach lgną do siebie, tak, że prawie wyznają sobie uczucia. Tymczasem muszą zająć się gaszeniem codziennych pożarów. Mama Penny zabroniła córce terapii - sama szuka ukojenia gdzie indziej. Dziewczyna rozpaczliwie walczy o miłość matki: w wypadku straciła nie tylko jednego rodzica. Tate nie ma za sobą aż tak dramatycznych chwil, chociaż i ona musi szybko wydorośleć - żeby być wsparciem dla swojej matki. Obie bohaterki stają przed wyzwaniami, jakich odbiorczynie przeważnie nie mają - Tess Sharpe komplikuje im zwyczajność nad miarę. Czytelniczki będą się stopniowo dowiadywały nie tylko, jak wyglądał wypadek - ale też jak budowały się relacje między Penny i Tate. Wszyscy poza tymi dwiema dziewczynami wiedzą, że one muszą zacząć ze sobą być - tworzą team marzeń, chociaż mają do siebie wzajemnie zbyt dużo pretensji. Nie pozwalają sobie na słabość płynącą bezpośrednio z uczuć, ukrywają własne reakcje, bo czują się dostatecznie skrzywdzone przez los. Równolegle uczą się siebie i chronią się nawzajem. Autorka zajmuje się w pierwszej kolejności przedstawianiem przykrości i traum - romans sugeruje w tle i przekonuje do niego za sprawą postaw bohaterek. Penny i Tate pokazują, jak troszczyć się o ukochaną osobę, robią dla siebie mnóstwo i odczytują potrzeby. Sprawiają, że nawet jeśli krewni zawiodą, można znaleźć pocieszenie. Chociaż akcja toczy się w przewidywalnym kierunku, nie ma mowy o banalnej historii. Bardzo mocno podkreśla Tess Sharpe znaczenie pomocy psychologicznej i psychiatrycznej, wskazuje terapię i leki jako jedyną czasami drogę wyjścia z kryzysu. Przypomina, że każdy ma prawo do takiego ratunku i że rodzice nie mogą odbierać dzieciom tego prawa. Oswaja z myślą o profesjonalnym wsparciu - zwłaszcza gdy przeżycia są ekstremalne. W efekcie ta powieść wcale nie wypada schematycznie czy blado, jest tu dużo tematów spoza literatury ya, a także wiele scen bardzo trudnych i na pewno dalekich od ukojenia. Ale Tess Sharpe nie lubi rutyny.

wtorek, 29 sierpnia 2023

Karolina Lewestam, Anna Masłoń: Pamiętnik Magdy Kot

W.A.B., Warszawa 2023.

Dziennikarskie śledztwo

Nareszcie dobry chicklit - po eksplozji mody na ten gatunek - lekkiej rozrywkowej literatury dla kobiet - prawie dwie dekady temu, na rynek wraca powieść, którą można do chicklitów zaliczyć. "Pamiętnik Magdy Kot" to książka, która rozbawi i przyniesie ciekawe rozwiązania fabularne - Karolina Lewestam i Anna Masłoń proponują książkę bez zadęcia, zabawną i uciekającą od schematów (chociaż idealnie realizującą wytyczne chicklitów). Magda Kot to bohaterka, która wreszcie wygrywa los na życiowej loterii: do tej pory samotnie wychowywała bliźniaki (ich ojciec okazał się gejem i układa sobie życie na nowo z pewnym uzdolnionym muzycznie i bardzo sympatycznym mężczyzną - pozostaje przyjacielem Magdy, ale nie może być jej życiowym partnerem) i pisała mało istotne artykuły do prasy. Podły Naczelny psuł jej humor, ale ogólnie w redakcji gazety daje się wytrzymać - Magda Kot czuje się tu dobrze. Zawsze może liczyć na swoje przyjaciółki i nawet całkiem nieźle urządza się w swojej egzystencji. Nawet jeśli narzeka - to z przymrużeniem oka, bo wie, że idealny świat nie istnieje. Ale w tę codzienność Magdy Kot - piszącej pamiętnik dla uporządkowania własnych uczuć - pewnego dnia wkracza ideał. Ideał nosi nazwisko wielkiego czerwonego psa z kreskówki, ma bardzo przyjemny głos i prowadzi fundację, która zajmuje się dobroczynnością. To z tym ideałem Magda Kot ma przeprowadzić wywiad - i udaje się na spotkanie stremowana i pozbawiona sensownego planu. Daje się oczarować i błyskawicznie związuje się z przystojnym Adamem. To jednak dopiero początek.

Adam Clifford zupełnie nie pasuje do świata Magdy Kot, a jednak jakoś się do niego wprowadza. Tylko że Karolina Lewestam i Anna Masłoń nie zamierzają przechodzić od zabawnej obyczajowej historii do idealizowanego romansu, a przynajmniej nie na stałe - bo zestawiają ze sobą bohaterów ze skrajnie różnych rzeczywistości. Mają pomysł na opowieść lekko kryminalną, zaskakującą i nietypową - i dobrze to realizują. Zajmują się też nie tylko życiem uczuciowym Magdy Kot: jej przyjaciółki też przeżywają swoje sercowe historie, dramaty i szczęścia, nad którymi warto się pochylić - pojawia się nawet postać, która jest w stanie z własnej perspektywy udzielić dobrych rad i trafić w sedno w ocenianiu czyichś wyborów. To może być wskazówka dla czytelniczek - ale przede wszystkim chodzi tu o dobrą zabawę i o rozmaitość wątków, z których można sobie wybrać ulubione bohaterki do kibicowania im. "Pamiętnik Magdy Kot" to dowcipna i lekka opowieść utkana z różnych relacji. Odbiorczynie zmęczone standardem obyczajowym - wyprowadzką na wieś i rozpoczynaniem wszystkiego od nowa - mogą dla odmiany prześledzić codzienność bohaterki, która nigdzie się nie wybiera i która może tylko marzyć o poprawie swoich warunków bytowych. W zwyczajnym życiu może stać się coś bajkowego - coś bajkowego może łatwo przerodzić się w katastrofę - ale katastrofa pozwoli dostrzec to, co najważniejsze i do niedawna ukryte. Tak w skrócie rozwija się opowieść Karoliny Lewestam i Anny Masłoń - opowieść, po którą warto sięgnąć, jeśli szuka się przyjemnej narracji i rozrywki.

piątek, 11 sierpnia 2023

Agnieszka Kołodziejska: Polacy na emigracji. Dlaczego i po co wyjeżdżamy

W.A.B., Warszawa 2023.

W nieznane

Różne są powody, dla których ludzie decydują się porzucić kraj, w którym się urodzili i wybrać sobie nową ojczyznę. Agnieszka Kołodziejska w książce "Polacy na emigracji. Dlaczego i po co wyjeżdżamy" stara się zebrać najczęściej pojawiające się w tym temacie motywy i przedstawić czytelnikom przynajmniej część aspektów życia w nowym miejscu. Przeprowadza liczne rozmowy z emigrantami i stara się je uporządkować, żeby uzyskać obraz Polaka za granicą. Chociaż przytacza wydarzenia składające się na życiorysy konkretnych bohaterów, proponuje odbiorcom raczej szybki przegląd sytuacji i portretów niż pogłębione analizy socjologiczne. W zasadzie nie wiadomo, jak wybiera rozmówców i jak trafia do ludzi, którzy następnie mają zapewnić reprezentatywny wycinek emigranckiego życia - ale nie ma to znaczenia, jeśli potraktować ten tom jako lekkie wakacyjne czytadło (nawet mimo poważnych problemów u niektórych rozmówców).

Polacy na emigracji to ci, którzy zdecydowali się wyjechać za pracą, którzy chcieli dla siebie i swoich dzieci lepszego życia albo nie mogli się odnaleźć w swoich dotychczasowych przestrzeniach - ale też ci, którzy znaleźli za granicą miłość i postanowili iść za głosem serca. Niektórych gna z miejsca na miejsce - ci szybko się nudzą, albo wymyślili sobie taki sposób na życie: poznawać kolejne kraje, miejsca i kultury - i tym uzasadniają fakt, że nigdzie nie chcą zatrzymać się na dłużej. Agnieszka Kołodziejska przeprowadza rozmowy czasami na marginesie programu telewizyjnego, zupełnie jakby czuła niedosyt gromadzonymi informacjami i chciała przedłużyć kontakt z ludźmi, których spotkała na swojej drodze. Przy okazji może obalać mity dotyczące wyjazdów, albo przyjrzeć się stereotypowemu portretowi Polaka na emigracji zarobkowej (bo nie tylko pozytywne obrazki przedstawia). "Polacy na emigracji" to książka, w której odbiorcy mają się przejrzeć - jeśli sami planują albo przeżyli wyjazd do innego kraju i układanie sobie w nim życia. To, co dla jednych będzie przestrogą, innych przyciągnie i przekona do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Agnieszka Kołodziejska wprawdzie szuka tematów, które mogą być dla odbiorców ciekawe - ale nie proponuje kompilacji historii, raczej odwołuje się do pojedynczych przykładów i na tym poprzestaje. Zamienia książkę w przegląd swoich spotkań, ale nie przekona czytelników do powszechności zaobserwowanych zachowań, nawet jeśli wydaje się to logiczne. "Polacy na emigracji" to publikacja, w której największym problemem staje się wycinkowość: wszystkie historie prezentowane są pobieżnie (z konieczności) i nie zamieniają się w wielogłosową relację nawet mimo przeskakiwania od rozmówcy do rozmówcy. To bardziej szybki przegląd losowo wybranych Polaków za granicą niż pogłębiana analiza. Ale też książka "Polacy na emigracji" ma funkcjonować jak proste czytadło dla zabicia czasu, a nie popularnonaukowa pozycja, tu nie chodzi o tworzenie charakterystyk postaci czy o wyjaśnianie złożoności powodów podejmowanych przez nie decyzji - wystarcza sam fakt życia za granicą, by automatycznie znaleźć się w centrum zainteresowania autorki.

czwartek, 29 czerwca 2023

Iza Komendołowicz: Ginekolodzy 2

W.A.B., Warszawa 2023.

Co wolno

"Ginekolodzy 2" to książka, która przeraża i chociaż przyczyni się do zwiększania świadomości praw kobiet w dziedzinie dostępu do usług medycznych z zakresu ginekologii, przyniesie też sporo niewesołych refleksji na temat kondycji polskiej służby zdrowia. To obowiązkowa lektura dla wszystkich kobiet, które chcą zachodzić w ciąże i rodzić zdrowe dzieci - Iza Komendołowicz odnosi się do spraw, które wstrząsały opinią publiczną i pokazywały słabości prawa. I nie jest tak, że tylko mężczyźni po sześćdziesiątce roszczą sobie pretensje do decydowania o ciałach kobiet. Autorka stara się dotrzeć do rozmówców z różnych grup, by przedstawić racje lub poglądy zainteresowanych. I tak przytacza co pewien czas dramatyczne historie kobiet zmuszanych do walki o siebie - smutnym tłem i refrenem w książce jest historia Izabeli z Pszczyny - kobiety, która zmarła, bo lekarze nie chcieli podjąć się terminacji ciąży. Inne panie dzielą się swoimi doświadczeniami w relacjach z medykami i przeważnie nie są to narracje optymistyczne. Panie stanowią głos kobiet w wieku rozrodczym. Jest tu też głos ginekologów z obu stron barykady. Jedni podpisali klauzulę sumienia i są zdania, że każdy płód należy urodzić, niezależnie od wad, które skazują go na cierpienie i uniemożliwiają przeżycie poza łonem matki - terminacja ciąży (część ginekologów świadomie unika słowa "aborcja", wiedząc, jakie emocje to wzbudza) jest według nich czynem niedozwolonym. Nikt nie wyjaśnia, dlaczego chce brać na siebie dylematy etyczne samych kobiet: strażnicy moralności są zbyt mocno przekonani o własnej nieomylności, żeby w ogóle dopuszczać do siebie możliwość dialogu. Są też ginekolodzy, którzy prezentują inne stanowisko: podpowiadają, co zrobić, kiedy kobieta chce przerwać ciążę. Bez przerwy powraca motyw zaświadczeń od psychiatrów jako najpewniejsze rozwiązanie - ale ta droga wiąże się z kilkoma wyzwaniami, o których bohaterowie książki będą mówić. Pojawiają się tu wypowiedzi ginekologów, którzy zaczęli wprowadzać rozwiązania przełomowe i ważne dla kobiet (najczęściej po rozmowach z nimi autorka wprowadza jeszcze komentarz co do ich dalszych losów: widać z tego wyraźnie, że buntownicy nie są mile widziani i raczej nie mają szans na spokojną karierę w zawodzie). Niektórzy wyjaśniają, dlaczego nie unikają terminacji ciąży, inni porównują zabiegi dzisiaj i te sprzed kilku dekad. Część rozmówców przypomina, jak działacze ruchów pro-life próbują terroryzować społeczeństwo, druga część walczy o ratowanie płodów z wadami letalnymi za wszelką cenę. W tym wszystkim zapomina się o jednym: że nie można pozbawić wolnej woli samych zainteresowanych, ciężarnych. W tym dyskursie najwięcej jest roli strachu: wszyscy zauważają, jak zmieniło się podejście pań przychodzących na wizyty kontrolne. Ich pierwsze pytanie nie dotyczy płci dziecka, a jego zdrowia. Zaostrzanie prawa antyaborcyjnego oczywiście nie powstrzyma kobiet, które chcą usunąć ciążę - jedynie utrudnia takie działania i zmusza do kreatywności: wyjazdów zagranicznych lub szukania szpitali, w których da się taki zabieg wykonać. Niektórzy ginekolodzy irytują się zresztą, że ich koledzy po fachu po zdiagnozowaniu patologicznej ciąży rezygnują z prowadzenia kobiety. Problemów i bolączek jest mnóstwo, Iza Komendołowicz przytacza - za sprawą szeregu wywiadów i wyznań, głównie lekarzy - ale nie tylko. Jest to książka ważna i potrzebna, a jednocześnie rodzi się złość na całą sytuację okołopolityczną - przyczynę ludzkich dramatów.

środa, 17 maja 2023

Magdalena Kordel: Wiosna cudów

W.A.B., Warszawa 2023.

Ratunki

Magdalena Kordel doskonale czuje się w obyczajowych rozłożystych sagach i chętnie zabiera też czytelniczki do maleńkich miejscowości, w których wszyscy się znają i w których bohaterki pokrzywdzone przez los i ludzi są w stanie ułożyć sobie życie na nowo. W takich miejscach najłatwiej o cud - zawsze ktoś pomoże, zawsze wesprze albo przynajmniej podsunie rozwiązanie, jakie nie przychodziło do głowy w chwili kryzysu. I nie ma się co oburzać na powtarzalność scenariuszową w najszerszym planie: wiadomo, że wszystko musi iść ku dobremu, żeby krzepić i dawać nadzieję. I w przypadku cyklu Przystań Śpiących Wiatrów inaczej nie będzie. Oto Stella - kobieta, która w pewnym momencie traci wszystko. Chciała - być może wzorem innych bohaterek obyczajówek (także tych kreowanych przez Magdalenę Kordel) - zrealizować marzenie o pensjonacie. Wraz z przyjaciółką zajmuje się odrestaurowaniem starego hotelu: kiedy uda się już sprowadzić pierwszych gości i zarabiać na wynajmowaniu pokojów - będzie mogła wyremontować stare domki znajdujące się na tyłach budowli. Na to ma nadzieję - że będzie mogła tworzyć miejsca z duszą, przyjazne romantykom i tym, którzy nie lubią ascetycznego wystroju. Stella jest naiwna i zapatrzona w swoje ideały, nie słucha głosów rozsądku, tym razem objawiających się w postaci rodziców. Wierzy przyjaciółce i nawet jeśli nie do końca zgadza się z jej decyzjami - czeka na swój moment. Tyle tylko, że życie pokazuje, że jeśli w grę wchodzą duże pieniądze, nie wolno ludziom ufać.

"Wiosna cudów" to książka, która zaczyna się od wstrząsu i kilka wstrząsów po drodze odbiorczyniom funduje - zwłaszcza jeśli chodzi o sytuację dawnej nauczycielki sporej części postaci z książki. Sympatyczna staruszka dręczona przez synów komendanta policji - potrzebuje wsparcia i dobrego pomysłu na rozwiązanie kryzysu. Jednak w większym stopniu autorka dba o rozwiązywanie problemów i o wprowadzanie niemal boskich interwencji w poważnych sytuacjach niż o prawdopodobieństwo. I tu zaczyna się miejsce na elementy krzepiące: Stella może liczyć na swoje rodzeństwo, zwłaszcza na brata, który zamienia się w strażnika, gdy siostrzeńcowi może grozić niebezpieczeństwo. W odpowiednim momencie do akcji wkroczyć również mogą rodzice - zawsze chroniący swoje pociechy i pozwalający im na rozwijanie skrzydeł. Szkoda tylko, że autorka nie szuka bardziej życiowych rozwiązań, wskazówek dla odbiorczyń. Zapewnia wyłącznie magiczne wsparcie - wychodzące od innych ludzi, ale mało prawdopodobne z perspektywy zwyczajnego życia. Tu faktycznie można mówić o cudach. Inna rzecz, że po książki Magdaleny Kordel sięga się właśnie dlatego - dla tych ciepłych i kompletnie nierealistycznych realizowanych marzeń. To, że bohaterkom sprawdza się wszystko to, o czym w ich sytuacjach marzyłyby odbiorczynie, zapewnia zainteresowanie szerokiego grona czytelniczek. Magdalena Kordel potrafi utrzymywać ciekawość odbiorczyń i kiedy zaprasza je do Kotkowa - może mieć pewność, że szybko tego miejsca czytelniczki nie będą chciały opuścić. Tworzy kolejny literacki azyl, miejsce, w którym zmartwienia znikają - same albo dzięki życzliwym osobom. "Wiosna cudów" to książka stworzona z wysoką świadomością schematów z obyczajowych bestsellerów - więc jeśli ktoś nie przepada za realizowaniem stale tego samego scenariusza i za obietnicami, że wszystko się jakoś ułoży, niezależnie od rangi problemów, będzie cyklem rozczarowany. Jednak fanki Magdaleny Kordel dość szybko stwierdzą, że warto po raz kolejny wejść w dobrze znane opowieści i sprawdzić, jak tym razem ogrzeje je autorka.

piątek, 10 marca 2023

Blake Snyder: Uratuj kotka!

W.A.B., Warszawa 2023.

Schemat

"Uratuj kotka" to książka, która przyciąga okładkowym hasłem "ostatnia książka o pisaniu, jaką przeczytasz". Bardzo prawdopodobne, że to akurat się sprawdzi u wielu odbiorców, bo tutaj znajdą praktyczne wskazówki, a wręcz szablony, które należy tylko wypełnić pomysłami. Wprawdzie Blake Snyder skupia się na pisaniu scenariuszy pod wielkie wytwórnie filmowe (sam zresztą jest scenarzystą, który ma na koncie dziesiątki sprzedanych projektów), jednak lekcje z prowadzenia opowieści są w tym wypadku na tyle uniwersalne, że można wykorzystywać je w różnych sytuacjach - od krótkiego opowiadania po sagę. Autor wie, czego pragną odbiorcy i zdaje sobie sprawę z tego, że niczego nowego nie da się wymyślić - łamanie reguł go nie interesuje, na razie uczy odbiorców zupełnych podstaw i podaje im przepis na sukces. Podpiera się charakterystycznymi i powszechnie znanymi filmami, analizuje ich fabuły jako przykłady - żeby uzmysłowić czytelnikom, że ma rację i że jego podpowiedzi znajdują bezpośrednie przełożenie na scenariusze. Od czasu do czasu odwołuje się Blake Snyder do własnych doświadczeń, żeby przypomnieć, że ma kompetencje do tego, by uczyć odbiorców - i że warto mu zaufać. Analizuje Snyder gatunki filmowe, które najbardziej przyciągają publiczność, ale wprowadza też własną klasyfikację przez wzgląd na tematy i wątki, które na nowo definiują sytuację. Pokazuje filmy z gruntu złe. Wywołuje postać człowieka pierwotnego, który także musi zrozumieć postawy i dążenia bohatera, a przede wszystkim jego uczucia. Tłumaczy, co zrobić (i do jakich zagadnień się odwołać), żeby stworzyć film ponad podziałami kulturowymi. Skupia się na głównej postaci, podpowiada, co zrobić, żeby odbiorcy ją polubili i żeby jak najbardziej skomplikować jej cel (dzięki temu film będzie znacznie ciekawszy i większa szansa, że zostanie przyjęty). Ale to, że Blake Snyder podaje swój przepis na różne składniki dobrego scenariusza to normalne, pojawia się w każdej książce o pisaniu - przecież na tym rzecz polega, żeby zaproponować własne podejście do tworzenia i usystematyzować to, co wydaje się nieuchwytne i płynące z mitycznego natchnienia. Snyder wie jedno: to nie natchnienie, a ciężka praca, w dodatku - najeżona pułapkami. Tym, co odróżnia go od innych autorów jest podejście matematyczne. Snyder podaje, co powinno się wydarzyć w kluczowych punktach scenariusza. I omawia konkretne strony (z podaniem numeracji), na których musi się znaleźć element przykuwający uwagę recenzenta. Przy takiej rozpisce podpowiedzi w rodzaju organizowania tablicy z pomysłami są już niemal banalne. Ale w "Uratuj kotka" banałów nie ma: Snyder opowiada bardzo dobrze, z wyczuciem potrzeb ludzi piszących na zamówienie. Przekonuje do siebie i nawet jeśli przedstawia coś, co było już gdzieś i kiedyś zawarte - nadaje temu powiew świeżości, zaraża entuzjazmem i zachęca do działania. Dobrze przejść z tą książką przez kilka ćwiczeń (zamieszczanych na końcach rozdziałów) i przygotować się na zmianę w myśleniu o pisaniu. "Uratuj kotka" to książka wartościowa i bardzo potrzebna, dobrze, że pojawia się na rynku, bo być może da szansę początkującym twórcom - i pozwoli im na osiągnięcie sukcesu.

Okazuje się, że można przedstawić rzeczowo to, co z pozoru nieuchwytne. Blake Snyder bardzo chętnie dzieli się wiedzą - i może rzeczywiście poprowadzić odbiorców przez temat tworzenia. Każdy, kto chciałby zaistnieć jako autor, powinien po tę lekturę sięgnąć, niezależnie od tego, ile poradników dotyczących kreatywnego pisania już przeczytał.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

Ali Smith: Zima

W.A.B., Warszawa 2021.

Przejście

Po "Jesieni" Ali Smith błyskawicznie wspięła się na listy bestsellerów - stała się autorką, która intryguje i zachęca do śledzenia swojej twórczości niekonwencjonalnymi pomysłami na prozę. I w "Zimie", drugiej książce z cyklu Pory roku, pojawia się znowu temat-magnes, coś, co przykuwa uwagę i sprawia, że chce się sprawdzić, jak autorka rozwiąże przedziwne fabularne zagadnienie. Oto Sophia Cleves gości w swoim domu główkę dziecka. Główkę, która zachowuje się jak duch, ale nie jest tak do końca bezcielesna i niematerialna. Główkę, której istnienia nie daje się wytłumaczyć wadą wzroku (bo Sophia natychmiast udaje się do gabinetu okulistycznego, żeby znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego w jej polu widzenia pojawia się coś tak niezwykłego. Główka dziecka staje się wręcz domownikiem: nie da się jej pozbyć, podstępem usunięta poza dom próbuje znaleźć wejście i dostać się z powrotem do środka. W dodatku jest mało kłopotliwa (jeśli pominąć fakt niewytłumaczalności zjawiska) i dostarcza nawet pewnego rodzaju towarzystwa. Wprawdzie trudno byłoby z nią porozmawiać, jednak Sophia nie czuje się dzięki główce samotna. Teraz Sophia jest sama, ale nie zawsze tak było. W jej przeszłości pojawia się między innymi Iris, osoba, której imienia nie powinno się nawet wymawiać. A także całe grono intrygujących postaci, z których każda wnosi coś nowego i odkrywczego do portretu Sophii. To także opowieść o skazanej na niepowodzenie walce jednostki z całym rządowym systemem: Ali Smith wie, że to, co dla jednego stanie się zaledwie wzmianką w mediach, dla drugiego może być sensem życia i powodem do wpadania w kolejne tarapaty. Komplikuje codzienność swoich bohaterów - przede wszystkim pamiętając o tym, że nie musi zatrzymywać się na poziomie zwyczajności. Normalność jej postaci to już coś w zasadzie niedostępnego dla przeciętnego śmiertelnika.

Osobną kwestię stanowi sama jakość prozy. Narracja Ali Smith wypełniona jest wrażeniami i reakcjami - tym, co ulotne i co nie do końca daje się zdefiniować. W drobnych gestach postaci kryją się wielkie psychologiczne prawdy, reakcje odczytuje się nie tylko z wyrażonych ocen, ale też z drgnięć - zarejestrowanych dzięki wyjątkowej wrażliwości. Nie jest to opowieść przygotowywana w pośpiechu: wydarzenia i portrety psychologiczne zostały starannie przemyślane i wprowadzone tak, by czytelników przekonywać do dalszej lektury. Autorka rezygnuje przy tym z kopiowania schematów w rozkładzie akcentów fabularnych - rozwija tę historię po swojemu, nie korzysta z gotowych wzorców i sprawdzonych rozwiązań. Woli postawić na oryginalność - a że wiąże się to z proponowaniem czytelnikom bardzo przemyślanej całości - "Zima" ucieszy. Jest tu zrozumienie dla zdobyczy cywilizacyjnych, ale i szacunek dla klasyki, jest zabawa ironią. Książka dla czytelników, którym znudziły się sztampowe sensacyjne opowiastki - zmusza do refleksji i pozwala na rozrywkę na wysokim poziomie.

czwartek, 10 listopada 2022

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Joanna Sokolińska: Mów o mnie ono. Dlaczego współczesne dzieci szukają swojej płci?

W.A.B., Warszawa 2022.

Kim są

Każde pokolenie ma własną przestrzeń do okazywania buntu starszym i do manifestowania swoich poglądów. Dzisiejsze nastolatki znalazły sposób na wyrażanie siebie przez poszukiwania w obrębie płci - nie tych klasycznych i stereotypowych, odrzucanych jako nieprecyzyjne. "Mów o mnie ono" to reportaż pokazujący, jak młodzi ludzie starają się dowiedzieć, kim są, podejmując decyzje szokujące co bardziej konserwatywnych znajomych. Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin i Joanna Sokolińska najpierw przytaczają dość obszerny słownik pojęć pojawiających się w książce (faktycznie parę razy części odbiorców się przyda, żeby nie pogubić się w zawiłościach nazewniczych). Wszystko dlatego, że zrozumienie określeń, którymi posługuje się młodzież, pozwoli też na prowadzenie wartkiej narracji - bez konieczności odrywania uwagi od przedstawianych spraw. Jednocześnie słownik ten pokazuje, jak łatwo niechcący popełnić gafę i urazić bohaterów książki, zresztą autorki też przyznają się do tego, że niezrozumienie prowadzi do ostrych konfliktów, a pomyłki i przejęzyczenia mogą być interpretowane na niekorzyść dorosłego, który próbuje się odnaleźć w niebinarnych zasadach podziału płci. To się nie zmienia: nastolatki zawsze były przewrażliwione, zwłaszcza na swój temat - ale tutaj nie wolno o tym przypominać, bo jakiekolwiek oznaki frustracji byłyby odbierane jako atak i przekreśliłyby szansę na porozumienie czy choćby wstęp do świata, który starszym nie do końca łatwo jest zrozumieć.

Oto bowiem młodzi ludzie - często na długo przed ukończeniem osiemnastego roku życia, nie chodzi tu wyłącznie o uczniów ostatnich klas szkoły podstawowej i pierwszych - średniej - zaczynają odkrywać, że źle czują się z płcią przypisaną im tuż po narodzeniu. Sprawdzają, kim naprawdę są, jednak nie ma tu mowy o prostych przeciwieństwach: można czuć się kobietą w ciele mężczyzny, ale też czerpać z różnych stron, czuć się raz kobietą, raz mężczyzną, decydować się na neutralne płciowo zwroty i eksperymentować ze zdobyczami kulturowymi tradycyjnie przypisanymi do kobiet albo do mężczyzn. Młodzi ludzie - którzy zawsze bali się ośmieszenia - teraz traktują LGBTQ+ jako poligon doświadczalny. Przyjmują, że wolno im nie tylko wybrać nową płeć, ale też - za pewien czas z niej zrezygnować. To często przeraża starszych, a na pewno rodzi szereg nieporozumień. Ale Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin i Joanna Sokolińska nie skupiają się na tych rodzicach, którzy przekreślają eksperymentujące dziecko. Pokazują za to, że można wspierać i kochać zawsze, że można się podporządkować, nawet jeśli nie do końca rozumie się procesy zachodzące w ciele pociechy i w jej umyśle. To człowiek sam najlepiej wie, kim jest - nie można mu tego narzucać - to powtarza się w całej książce i stanowi motto rodziców dzieci trans. Obok tego, że lepiej, jeśli dziecko wybiera sobie nową płeć i przedstawia światu nową wersję siebie niż gdyby miało się ciąć lub zabijać z powodu braku akceptacji otoczenia. Okazuje się, że nastolatki nie mają problemu z ogłaszaniem światu, jak i czy kochają - i dziwi to tylko tych, którzy nauczeni byli dyskrecji i nieafiszowania się ze swoimi pragnieniami. Autorki tomu jednogłośnie przyznają, że na oczach wszystkich dzieje się właśnie rewolucja - i stąd też trudność w ocenianiu i opisywaniu wydarzeń. "Mów o mnie ono" to nie tylko próba uchwycenia rozpowszechniającego się coraz bardziej zjawiska - to troska o przyszłe losy dzieci, które uznają, że są trans, pytanie o modę i o wpływ rówieśników czy wzorców z tik-toka, to wreszcie zestaw wskazówek dla dorosłych, którzy chcieliby pojąć, co dzieje się z młodym pokoleniem. Autorki często sięgają do wypowiedzi bezpośrednio zaangażowanych, słuchają komentarzy dzieciaków, które poszukują swojej płci - i rodziców nagle zderzanych z zaskakującymi dla nich wiadomościami. Dzielą się też własnymi doświadczeniami. Sprawdzają, jak ludzie radzili sobie z wyzwaniem, jak informowali rodzinę (albo dlaczego nie informowali). Nakreślają obraz nowej rzeczywistości, która nie jest już tylko rejestrem pojedynczych przypadków rozdmuchiwanych przez media - ale wymusza na odbiorcach skonfrontowanie własnych poglądów z pomysłami nastolatków.

poniedziałek, 17 października 2022

Renee Engeln: Obsesja piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety

W.A.B., Warszawa 2022. (wznowienie)

Lustro

Gdyby kobiety nie czuły się bez przerwy oceniane i nie musiały przez cały czas zastanawiać się nad tym, czy dobrze wyglądają, mogłyby swoje zasoby umysłowe poświęcić na coś ważniejszego - twierdzi Renee Engeln, autorka książki "Obsesja piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiety". Obszerna publikacja popularnonaukowa ma uświadomić czytelniczkom, w jakie pułapki wpadają - i czy w ogóle można się z nich wyzwolić. Autorka przestrzega przed tym, jaki świat dla młodszych pokoleń budują ludzie zorientowani na wygląd. Bez przerwy przypomina, że mężczyźni nie muszą się zastanawiać nad ubiorem czy nad swoją urodą, tymczasem kobiety oceniane są nie tylko przez przedstawicieli płci przeciwnej, ale też przez inne kobiety, które nie szczędzą krytycznych uwag, kiedy tylko ktoś wyróżnia się z tłumu. Renee Engeln prosi o komentarze te panie, które świadomie zrezygnowały z dążenia do perfekcyjnego wyglądu, ograniczyły stosowanie makijażu czy przestały obsesyjnie kontrolować wagę. Jednocześnie przypomina, że większość kobiet lubi ładnie wyglądać i podobać się innym i tego podejścia nie odrzuci. Jest tu zatem oskarżenie wymierzone w kulturę popularną - wroga bez twarzy - ale nie ma recepty na taki stan rzeczy, może poza globalną zmianą mentalności, co oczywiście nastąpić nie może. Renee Engeln wie, że kobiety same sobie urządzają piekło - ale nie znajduje argumentów, które jednoznacznie pokazałyby, że z takim zachowaniem trzeba zerwać. Żeby zagrać na emocjach odbiorczyń, pokazuje postawy dzieci: kilkuletnie dziewczynki są świadome tego, że tusza i brzydota to coś, przed czym trzeba się chronić za wszelką cenę, bo inaczej można zostać osobą wykluczoną z nawet małej społeczności. Autorka pyta o to, jaki wpływ na podejście do własnego ciała ma wychowanie czy postawy rodziców, próbuje podawać wskazówki, jak uwolnić się od krzywdzących przekonań i postawić na samorozwój, a nie wyłącznie na pielęgnowanie urody. Wygląda to trochę tak, jakby Renee Engeln wierzyła w istnienie dwóch grup kobiet: jedna (znacznie większa) uznaje, że płeć wiążę się ze stereotypami, które trzeba potwierdzać własnym zachowaniem. Druga odrzuca wszelkie zasady dbania o siebie i nie akceptuje przemysłu beauty. Zupełnie jakby nie istniały panie, które zwyczajnie nie zastanawiają się nad swoim wyglądem i nad modami. W ten sposób "Obsesja piękna" zamiast budzić złość na istniejące rozwiązania, momentami wręcz podsyca kulturowe zjawiska i przypomina odbiorczyniom, że najprostsza droga to dostosowanie się do nich. Renee Engeln za obowiązujący kanon przyjmuje kulturę zachodnią, ale poza nią w swoich rozważaniach nie wychodzi. W efekcie stosuje uproszczenia, na które nie zawsze odbiorczynie będą się zgadzać. Z czasem coraz więcej miejsca przeznacza na opisy badań i doświadczeń, które mają pokazać stosunek kobiet do swoich ciał - jednak trudno tu raczej o warunki kliniczne, zwłaszcza kiedy nie da się odizolować badanych od ich własnych wspomnień czy sposobu wychowania. Renee Engeln szuka też ciekawych postaci, które są w stanie podzielić się swoimi historiami: w każdym rozdziale pojawia się przynajmniej jedna bohaterka, której zwyczajna egzystencja jest przykładem na to, jak przewalczyć krzywdzące stereotypy albo jak nie dać się obsesji piękna. Niektóre kobiety opowiadają też o tym, co przeżywały w związku z postawami rodziców albo z presją otoczenia.

Renee Engeln porusza ważne tematy. Walczy o to, żeby zmienić podejście do wyglądu, żeby kobiety nie czuły się ciągle oceniane i żeby mogły udowadniać swoją wartość inaczej niż urodą. Analizuje rzeczywistość, która nie pozwala wyrwać się z tego typu podejścia i wskazuje drogę do alternatywnych przestrzeni. Chce uzmysłowić czytelniczkom, że dla swoich córek powinny przeciwstawić się konwencji. "Obsesja piękna" to książka, która momentami budzi refleksję, czy autorka na pewno ma rację w zerojedynkowym postrzeganiu świata - ale która zwraca uwagę na ważne elementy życia społecznego.

środa, 24 sierpnia 2022

David Foster Wallace: Blady król

W.A.B., Warszawa 2019.

Tornado

W „Bladym królu” tematem wiodącym ma być… codzienność w biurze zajmującym się podatkami. Trudno wyobrazić sobie mniej atrakcyjny motyw, ale David Foster Wallace wcale nie zamierza przyglądać się rutynie i codzienności w takim miejscu – potrzebuje za to w miarę neutralnego terytorium, na które wprowadzi bezbarwne charaktery. W „Bladym królu normalność nie ma znaczenia – tak samo jak klasyczne fabuły i charaktery. Liczy się jedynie słowotok – eksperymenty z formą, autotematyzmem i pojedynczymi, wyrwanymi z kontekstu scenkami. Znacznie zresztą dla czytelników ciekawsza będzie historia powstania tej publikacji gdyby nie zaangażowanie i potężna praca Michaela Pietscha nikt by do tej lektury nie dotarł. I tak trudno powiedzieć, jaki miałaby książka kształt, bo autor popełnił samobójstwo przed jej ukończeniem. Zostawił mnóstwo notatek, przygotowanych rozdziałów i… koncepcję powieści „tornadycznej”. Z własnych działań Pietsch trochę się we wstępie tłumaczy – ale dość mało, chciałoby się poznawać jego dylematy i poszukiwania, ale zrozumiałe jest to, że nie chce przyćmiewać twórcy. Musi zresztą przygotować odbiorców też na samą fabułę. „Bladego króla nie czyta się standardowo, spory problem może sprawić wyłuskanie osi fabularnej z gąszczu słów – więc Pietsch w tym pomaga. Tyle że nie jest to pozycja tradycyjna, więc standardowe metody oraz powody śledzenia tekstu się nie sprawdzają. David Foster Wallace robi wszystko, żeby skomplikować proces odbioru. Wtrąca się czasami jako autor, dodaje wielopiętrowe przypisy, popada w liczne i niekończące się dygresje. Od początku tej historii odbiorcy zderzą się ze ścianą słów – narracja wysuwa się na pierwszego bohatera tej książki. Ale raczej nie wzbudza zachwytu, tylko męczy i jątrzy. Tutaj słowa niewiele odsłaniają, wszystko będą za to maskować i ukrywać. Stąd prawdziwe czytelnicze wyzwanie. Autor lubuje się w testowaniu różnych form, szuka tej najpojemniejszej, żeby zawrzeć w niej kolejne kaskady pomysłów i słów. To sposób na zwracanie uwagi na prozę samą w sobie. Jednak ma Wallace bardzo dużo kontrastowanych ze sobą skojarzeń. Stawia na „wielką” literaturę, podejście psychologiczne i dostrzeganie zależności, które w pierwszym odbiorze nie mają racji bytu. Jest w tej powieści jeszcze humor, ale ten przejawia się przede wszystkim w serialowych rubasznych zagajeniach. Postacie wkraczają sobie nawzajem w strefę komfortu – jej naruszenie ma wywoływać śmiech. Tyle tylko, że komizm nie lubi przegadania, więc efekt będzie się stale rozmywać. Uratował Michael Pietsch książkę potężną, książkę, która zaspokoi ciekawość fanów autora. Z pewnością takiego zadania redaktorskiego nikt by się nie spodziewał – ale odbiorcy mają szansę w „Bladym królu” znaleźć fragmenty, które ich usatysfakcjonują. I wtedy dojdą do wniosku, że fabuła to jednak nie wszystko.

poniedziałek, 25 lipca 2022

John Hooper: Włosi

W.A.B., Warszawa 2022.

Zrozumienie

Nie jest to tom dla wakacyjnych podróżników, a dla tych, którzy chcą dogłębnie poznać specyfikę Włochów i przygotować się na kulturowe różnice. John Hooper tworzy swoją książkę w opozycji do popularnych przewodników i zwierzeń blogerów: stawia na rzetelną wiedzę i dobrze udokumentowane fakty z przeszłości. Przeprowadza odbiorców przez złożoną historię (kraju, narodu, ale też powiązanych z nim motywów, na przykład kwestii Watykanu) - nie na zasadzie streszczania podręczników do historii, a wysnuwania wniosków i przekładania ich na praktyczną wiedzę. Przygląda się działaniom politycznym i ich konsekwencjom, tak, żeby zrozumieć Włochów mogli wszyscy czytelnicy chcący podjąć wysiłek lekturowy. Nie jest to bowiem książka, którą pochłania się błyskawicznie na leżaku na plaży, a opowieść, którą trzeba powoli odkrywać, rozsmakowywać się w niej i przyswajać kolejne wiadomości. John Hooper nie szuka przepisu na zawładnięcie wyobraźnią odbiorców: zamiast zwracać uwagę na siebie, jak często czynią to dzisiaj autorzy potrzebujący rozgłosu, kieruje całe zainteresowanie na temat książki - czyli na Włochów. Bardzo długo zajmuje się tematami, które pozornie nie mają znaczenia w codzienności (i dla turystów!), pozwala za to skoncentrować się na włoskiej mentalności kształtowanej przez całe wieki. Dopiero kiedy zaprezentuje czytelnikom cały zestaw decyzji politycznych i ich skutków (także w historii), będzie mógł przejść do wynotowywania co ciekawszych zjawisk charakterystycznych dla Włochów. Przyjmuje perspektywę socjologa i badacza kultury jednocześnie, interesuje go społeczeństwo i próbuje przy tym odejść nieco od stereotypowego spojrzenia - tak, żeby uchwycić specyfikę włoskiego życia, a jednocześnie nie tworzyć zbioru hiperbolizowanych charakterystyk. Pojawią się tu ciekawe z perspektywy psychologicznej zagadnienia, między innymi motyw budowania relacji (i seksistowskich zachowań, które we Włoszech nie dziwią i nie szokują), spojrzenia na płeć piękną i na modę. John Hooper sprawdza, dlaczego Włosi lubią oglądać telewizję i czego w niej szukają, jak wygląda kultura pracy i dlaczego fast foody nie zyskały tu wielkiej popularności. Zastanawia się nad tym, kiedy młodzi Włosi chcą zacząć samodzielne życie i jakie przyzwyczajenia są niezależne od rytmu świąt, a porządkują codzienność. Jest tu mowa o religijności i o życiu seksualnym, o rodzinie i o tytularności. Znajdzie się miejsce na pokazanie mrocznej strony Italii - za sprawą opowieści o głośnych zbrodniach. Nie ma jednoznacznego obrazu włoskiej egzystencji i mentalności: to rodzaj mozaiki, zestawiania coraz to innych tematów i rozwiązań niespotykanych na tak wielką skalę nigdzie indziej. John Hooper chce pokazać Włochów przez pryzmat człowieka z zewnątrz, ale bez zaskoczenia, raczej z próbą uchwycenia sensów i połączenia ich z osobistymi wrażeniami. Stawia na narrację rzeczową, esencjonalną i wypełnioną ciekawostkami - nie da się przy tej książce nudzić. Nie jest to lekka i wakacyjna lektura, a rzetelna relacja, która na długo pozostanie z czytelnikami. "Włosi" to książka dla tych, którzy lubią dogłębne analizy i wyjaśnienia, a nie tylko spostrzeżenia na temat życia gdzie indziej.

czwartek, 7 lipca 2022

Justyna Suchecka: Nie powiem ci, że wszystko będzie dobrze

W.A.B., Warszawa 2022.

Problemy młodych

Jest to książka, która ma młodym ludziom uświadomić, że mają gdzie szukać pomocy i nie pozostaną sami ze swoimi psychologicznymi dylematami. "Nie powiem ci, że wszystko będzie dobrze" to zestaw wyjaśnień, adresów i wywiadów z ludźmi, którzy przeżyli rozmaite kryzysy i zajęli się pomaganiem innym. W dobie ograniczania opieki psychologicznej i psychiatrycznej nad dziećmi i młodzieżą, Justyna Suchecka przypomina, że to element niezbędny w zapobieganiu tragediom: fachowa pomoc przyda się wielu nastolatkom, a książka ma im pomóc w nawigacji, wyjaśnić, kiedy zwrócić się do innych i - co czeka za drzwiami gabinetów specjalistów. Zwraca się również do tych młodych ludzi, którzy chcą wesprzeć swoich bliskich i zapewnić im ratunek w kryzysie - przypomina, co zrobić, żeby nie pogorszyć sytuacji i żeby samemu nie ucierpieć. Każdy rozdział to inne zagadnienie - specjalnie zostały dobrane tak, żeby jak najwięcej młodych czytelników mogło odnaleźć tu swoje problemy. Pojawią się zatem i kwestie związane z depresją, i zaburzenia odżywiania, "zwykłe" kryzysy, które mogą przerodzić się w coś poważniejszego, ataki paniki, samookaleczanie, myśli samobójcze - wszystko to, co uniemożliwia normalne funkcjonowanie i z reguły przeraża i przerasta otoczenie. Bohaterowie opowieści albo wstydzą się szukać pomocy, albo ukrywają swoje działania, z różnych powodów. Docierają do nich często obcy ludzie - i to oni są w stanie przekonać do podjęcia określonych kroków, żeby pokonać choroby. Justyna Suchecka dąży do tego, żeby przypomnieć młodym odbiorcom, że o psychikę trzeba dbać tak samo jak o ciało - i że korzystanie z pomocy psychologów czy psychiatrów to nic wstydliwego. Przytacza historie ludzi, którzy w młodości cierpieli z powodu własnej psychiki i którzy pokonali problemy - także dzięki wsparciu bliskich, ale przede wszystkim - po uzyskaniu fachowej pomocy. Daje nadzieję, chociaż - zgodnie z tytułową zapowiedzią - nie pociesza w prosty sposób. Każdy rozdział to wyjaśnienia - zgrabnie powiązane wypowiedzi specjalistów "od głowy" wypełnione także autobiograficznymi wstawkami - z dodatkowymi komentarzami na temat choroby. Całość uzupełniają porady i wskazówki dla młodzieży, zresztą wszyscy prowadzą tu swoje narracje z nastawieniem na młodych czytelników: chodzi o upraszczanie stylu, o podawanie konkretnych rozwiązań i uzasadnianie tego, co nastolatkom wydaje się nie do przejścia. Krótkie i reportażowe rozdziały dzielone są na drobniejsze części, a na koniec rozdziału pojawia się jeszcze skrótowe przypomnienie najważniejszych wiadomości (w różnej formie: czasami wywiadu, czasami - notatek, wyliczeń, definicji i skryptów). Dzięki temu odbiorcy nie tylko mogą zapamiętać informacje, ale też wczuć się w temat, znaleźć w nim coś dla siebie i przekonać się, że nie są sami. Justyna Suchecka celowo nie pogłębia wiadomości i nie proponuje sposobów na autodiagnozy - wie, jak dotrzeć do czytelników, żeby zasygnalizować im, kiedy mają szukać pomocy. Wie też, jak przedstawić pracę psychologów i psychiatrów, rozwiewa wątpliwości, podaje odpowiedzi na najczęściej pojawiające się pytania oraz... nie stroni od emocji. W komentarzach zaproszonych do książki gości przewijają się motywy trudnych rozmów z bliskimi, płaczu i ratunku - to coś, na co można się lepiej przygotować dzięki lekturze. "Nie powiem ci, że wszystko będzie dobrze" to książka dla wszystkich nastolatków. Część znajdzie tutaj ślady własnych doświadczeń i drogi postępowania, część dowie się, jak nieść pomoc przyjaciołom i o czym porozmawiać z tymi, którzy zachowują się inaczej niż ogół. Nade wszystko - autorka pokazuje, że nie wolno piętnować chorych i to przesłanie pozostawia czytelnikom.

sobota, 18 czerwca 2022

Ewa Anna Baryłkiewicz: Urszula Kasprzak. Urszula

W.A.B., Warszawa 2022.

Historia życia

Wywiad-rzeka, jaki Ewa Anna Baryłkiewicz przeprowadza z Urszulą nasyci wszystkich czytelników, którzy spragnieni są prywatnych historii. Mniej nawet tu opowieści muzycznych, wieści z estrad i z koncertów, mnóstwo zwyczajnego życia, które w rozmowie zamienia się w zestaw sympatycznych wspomnień. Urszula nie podsumowuje dokonań i nie zajmuje się przedstawianiem oficjalnych danych ze sceny. Dyskografię przygotowują inni - a bohaterka książki uzupełnia to o osobiste wyznania. Oczywiście nie brakuje tu też krótkich - jedno- lub dwustronicowych relacji bliskich i przyjaciół Urszuli - jednak nie pełnią one tak ważnej roli jak sam wywiad. Ewa Anna Baryłkiewicz podchodzi do swojej rozmówczyni z wielką empatią - w pewnym momencie zastanawia się nawet nad tym, czy poruszenie tematu śmierci Stasia, pierwszego męża i wielkiej miłości Urszuli, nie wywoła w niej zbyt silnych emocji: przekonuje się jednak, że to zagadnienie interlokutorka ma już gruntownie przepracowane. Dla Urszuli rozmowa jest okazją do odkurzenia wspomnień, do przedstawienia części przeżyć, które inaczej nie trafiłyby do powszechnej świadomości. Oczywiście książka staje się też formą autopromocji - jednak Urszula, jaka się tu pojawia, to nie wyłącznie wokalistka - bardziej kochająca i wyrozumiała partnerka. Życie rodzinne eksponowane w większej części tomu przynosi sporo uśmiechu. Sentyment, jaki przenika te zwierzenia, nikogo nie zirytuje - bo tu liczy się szczerość. Urszula nie kreuje się, rozmawia dla przyjemności przywoływania ciekawostek z dawnych lat. Przemyca też trochę swojej życiowej filozofii (i sposobów na dotarcie do niej), może tym samym zainspirować czytelników i przekonać ich, że każde przeciwieństwa losu da się pokonać.

Co ciekawe, sprawy muzyczne schodzą tu na margines. Urszula opowiada o swojej pracy z Budką Suflera, ale ucieka od szczegółów. Odżywają tu czasem zatargi, gdzieś powracają niesnaski dzisiaj już bez znaczenia. Urszula jednak dość szybko zyskuje szansę na opowiedzenie o swoim ukochanym Stasiu. Obecność Stasia wiąże się z prezentowaniem części muzycznych dokonań, więc nie można powiedzieć, żeby Urszula odrzucała całkowicie kwestie kariery. Staś jednak dominuje w tych wspomnieniach - idealizowany i wymarzony, ukochany na miarę pięknej baśni. Prowadzi Urszula czytelników aż do zakończenia tej baśni - ale niezbyt długo trwa mollowa narracja, bo na horyzoncie pojawia się Tomasz - drugi życiowy partner. Historia Tomasza okazuje się bardziej skomplikowana, a Urszula przytacza ją także po to, żeby pokazać różnorodność emocji i doznań. Tom "Urszula Kasprzak. Urszula" jest zatem przeglądem codzienności Urszuli - przetykanym od czasu do czasu drobnymi scenicznymi wstawkami. Urszula przedstawia swoim fanom siebie spoza estrady, daje szansę poznania ciekawych faktów - nieco plotkarskich, bardzo osobistych, szczerych i wartościowych z punktu widzenia wielbicieli. Urszula przypomina o sobie - i chociaż jest to wyraźnie efekt mody na autobiograficzne publikacje sław - funduje odbiorcom potężną opowieść. Warto tu jeszcze podkreślić, że liczne zdjęcia nie rozrzedzają tej historii, za to znakomicie ją uzupełniają. To książka dla zainteresowanych Urszulą prywatnie. Bardziej memuary niż autobiografia.

środa, 1 czerwca 2022

Agata Twardoch: Architektki. Czy kobiety zaprojektują lepsze miasta?

W.A.B., Warszawa 2022.

Projekty

Agata Twardoch próbuje sprawdzić, czy płeć w architekturze ma znaczenie. Zastanawia się nad tym, czy kobiety mogą projektować lepsze miasta, ale też - nad tym, czy znalazły swoje miejsce w zawodzie do niedawna silnie zmaskulinizowanym. Architektki muszą walczyć o uznanie i o klientów. Same nie znoszą stereotypów, jednak posługują się nimi, kiedy próbują zdefiniować własne zadania i role. Czasami podkreślają, że uogólnienia są potrzebne zwłaszcza do zmiany mentalności społeczeństwa - ale unikają ubolewania nad własnym losem i nadmiernego prawienia morałów. Tu nie liczą się tony feministyczne, a jedyny motyw powtarzający się w każdej rozmowie, a związany z edukowaniem odbiorców - to pytanie o nomenklaturę. Agata Twardoch interesuje się tym, jak jej rozmówczynie chcą być przedstawiane: jako panie architekt, architektki czy architekci. Odpowiedzi mogą zaskoczyć, nawet u tych kobiet, które mocno podkreślały nierówności w zawodzie i konieczność wprowadzania zmian. "Architektki" nie są tomem promującym płeć piękną w zawodzie, chociaż autorka może próbować w ten sposób zagrać na nosie zbyt pewnym siebie i wzgardzającym damską konkurencją panom (we wstępie przypomina wykładowców, którzy wyzłośliwiali się na temat kobiet w architekturze). Wszystkie rozmówczynie mają już czym się pochwalić, wcale nie potrzebują dodatkowej reklamy - mają w swoich życiorysach dokonania spektakularne. I - za każdym razem inne. Rzeczywistość nie zawsze wygląda tak, jak w kryminałach Joanny Chmielewskiej (a nawet ten temat pojawia się w książce), ale Agata Twardoch znajduje ciekawe motywy do poruszania w rozmowach. Zajmuje się między innymi pracownią architektoniczną założoną przez mamy - zachęca interlokutorki do podzielenia się refleksjami dotyczącymi macierzyństwa i kariery. Przypomina też, jak empatia przydaje się w zawodzie: rozmawia z architektką, która stworzyła projekt integrujący lokalną społeczność. Chociaż to zadanie nie kojarzy się z budowaniem wielkich metropolii, ma wielkie znaczenie dla zaangażowanych w realizację pomysłu - i nawet po zakończeniu pracy wiąże się z kontynuowaniem znajomości. Oczywiście są też sprawy wielkiej wagi w procesie budowania kształtu miast - kobiety mogą mieć wpływ na organizowanie przestrzeni, a nie tylko na urządzanie wnętrz, jak się powszechnie sądzi. Agata Twardoch dąży zatem do wskazywania ról architektek w obecnych realiach i do wyznaczania trendów na najbliższą przyszłość. "Architektki" to mniej rozmowa o tym, co było, chociaż reminiscencje czasami się pojawiają dla kontrastu - bardziej analiza teraźniejszości i prognozy. W naturalny sposób staje się ten tom zaproszeniem do zawodu - i może wyzwolić społeczną dyskusję o tym, czy w ogóle płeć w podobnych zajęciach ma znaczenie. Agata Twardoch prowadzi rozmowy głębokie, ale poza aspiracjami zawodowymi interesują ją również charaktery rozmówczyń: jeśli z kimś od pierwszego spotkania nadaje na tych samych falach, podkreśla to we wstępach do wywiadów. Proponuje szczegółowe analizy, wnikanie w sedno wyzwań. Pokazuje, na czym polega zawód - i gdzie jest w nim miejsce dla kobiet. Oswaja z obecnością architektek i ich głosami w organizowaniu codzienności. Przekonuje, że ograniczenia istnieją tylko w umysłach niektórych - i że nie mają one racji bytu, gdy chodzi o wygodne życie we współczesnych miastach. Jest to lektura trochę pouczająca - jednak przede wszystkim chodzi w niej o zaspokajanie ciekawości odbiorców. Czytelnicy znajdą tu mnóstwo zagadnień powiązanych z projektowaniem przestrzeni i przekonają się, że nie ma sensu kierować się stereotypami.

niedziela, 22 maja 2022

Justyna Drzewicka: Hotel spełnionych marzeń

W.A.B., Warszawa 2022.

Ratunek

Nie każdy wchodzi w posiadanie zamku. Nie każdy decyduje się na tak ogromną inwestycję bez wyraźnych planów i możliwości. Jednak Anka popełnia typowy błąd zakochanej kobiety: kiedy narzeczony przekonuje ją, by kupiła Grodzisko, zapożycza się i przenosi na prowincję, chociaż uwielbia życie w wielkim mieście. Dość szybko Krzysztof pokazuje swoje prawdziwe oblicze i kończy związek - Anka zostaje z Grodziskiem i ekipą, która pomaga w prowadzeniu posiadłości. Najchętniej sprzedałaby zamek, żeby pozbyć się problemu - ale jedyny, który chciałby go kupić, to Krzysztof - a to już mocno podejrzane. "Hotel spełnionych marzeń" wydaje się w planie osi fabularnej dość stereotypową historią. Spodoba się jednak czytelniczkom, które szukają schronienia w literaturze obyczajowej i lubią podbarwione romansowo historie. Anka jako szefowa i menadżerka hotelu próbuje zadbać o dobre samopoczucie gości: z tymi, którzy w krytycznym momencie do Grodziska przyjechali, łatwo się zaprzyjaźnić, wbrew wszelkim regułom budowania relacji. Jest tu starsze małżeństwo - para, która mimo problemów zdrowotnych nie przestała się kochać, jest zwariowana na punkcie energii Ziemi globtroterka, która nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca i nie zostaje na dłużej w żadnym kraju. Jest też znany pisarz, człowiek, który przybywa do Grodziska w poszukiwaniu spokoju i natchnienia - i tutaj tworzy najlepsze rozdziały powieści, która przyniesie mu jeszcze większy sukces. Galerię postaci uzupełniają pracownicy zamku: również tu znajdują się ludzie po przejściach, ale wyczuleni na krzywdy innych, wrażliwi i gotowi pospieszyć z pomocą, gdy tylko trzeba. W efekcie Grodzisko staje się przystanią i receptą na różne problemy. Z wyjątkiem tych finansowych - Anka musi sama radzić sobie z utrzymaniem olbrzymiej posiadłości - a nie wie jeszcze, czy ze swojej stałej pracy nie zostanie zwolniona, bo trwa właśnie reorganizacja w korporacji. Bohaterka jest silną i samodzielną kobietą, ale tęskni też za bliskością. Kiedy pojawia się możliwość seksualnego spełnienia, wdaje się w relację bez przyszłości - a później, oczywiście, cierpi. Jednak na tym jej nowe przeżycia sercowe skończyć się nie mogą. W "Hotelu spełnionych marzeń" miłość przybiera przeróżne oblicza: raz to przywiązanie i oddanie, raz - wielka przyjaźń, w której mieści się też troska i czułość. Justyna Drzewicka stara się na różne sposoby pokazać czytelniczkom, że nie wolno tracić nadziei na poprawę losu. Podsuwa im spełnianie śmiałych marzeń, przypomina, że nawet jeśli rzeczywistość przynosi wiele rozczarowań, nie można się na nią zamykać - bo tylko wtedy da się znaleźć rozwiązania codziennych problemów. "Hotel spełnionych marzeń" to książka, którą przyjemnie się czyta. Stworzona dla relaksu, przyciągnie odbiorczynie, które cenią sobie sprawdzony schemat: wyprowadzkę na prowincję, nową miłość i życzliwych ludzi wokół - Justyna Drzewicka przynosi czytelniczkom to, czego pragną od odprężających i krzepiących ciepłych obyczajówek. Nie można się zżymać na przewidywalność w tej opowieści - chodzi tu przecież o realizowanie znanego scenariusza. A z tym Justyna Drzewicka nieźle sobie radzi. Nie zmęczy zatem nikogo, kto potrzebuje pocieszenia i literackiego azylu.

wtorek, 10 maja 2022

Sebastian Nowak: Powszednia historia

W.A.B., Warszawa 2022.

Za drzwiami

Sebastian Nowak bawi się motywem relacji międzyludzkich - tych, które są powszechnie zrozumiałe i jednocześnie najmniej efektowne. Dla swoich bohaterów nie ma baśniowych rozwiązań i pocieszeń w trudnych chwilach, stawia ich przed sytuacjami przykrymi lub do bólu zwyczajnymi, żeby przetestować ich przygotowanie na niespodzianki. "Powszednia historia" to zanurzenie się w egzystencję kilku postaci - niby nietuzinkowych, gdzieś wyłamujących się ze społecznych schematów - a jednak w pełni przekonujących w swoich dążeniach i zamiarach. Nie ma znaczenia, czy chodzi o nieudane związki damsko-męskie czy o miłość homoseksualną - nieporozumienia, które zniszczą wizję szczęścia zawsze wypadają tak samo i wiążą się z bezradnością. Ludzie, których portretuje Sebastian Nowak, niechętnie nadają kierunek biegowi wydarzeń: wolą poddawać się temu, co przyniesie los, zupełnie jakby zatracili wiarę w moc sprawczą. W związku z tym ciągle skazani są na przeżywanie dramatów i dylematów, na rezygnację z marzeń na rzecz tego, co możliwe do osiągnięcia najmniejszym wysiłkiem. A to nie jest zbyt udany przepis na szczęśliwe życie. W "Powszedniej historii" nie ma miejsca na czcze obietnice: jeśli coś ma się rozpaść, rozpadnie się raczej prędzej niż później, jeśli coś ma dostarczać poczucia beznadziei - na pewno się do opowieści wkradnie. Tu króluje marazm i bezradność, nawet jeśli ktoś próbuje działać po swojemu. Mechanizmy w relacjach międzyludzkich Sebastian Nowak odmalowuje z wyczuciem: stawia na literaturę środka, ucieka za to od hollywoodzkich scenariuszy. Tu wszystko rozgrywać się będzie bez fajerwerków i nawet opowieść składa się z pojedynczych scenek, poszatkowanych i pomieszanych, a nie z logicznego, przyczynowo-skutkowego ciągu wydarzeń. Precyzja jest czynnikiem, który przyciągnie odbiorców: bo Sebastian Nowak w tym podglądaniu okrucieństwa rzeczywistości jest po prostu szczery. Przekonuje swoimi wizjami, zapewnia silne przeżycia. a jednak udaje mu się też pokazać rozmycie prywatnych dramatów, ich miałkość w obliczu problemów innych ludzi. Co ciekawe, w "Powszedniej historii" bohaterowie najczęściej doświadczają sytuacji znanych czytelnikom z konkretnych etapów w życiu, są przewidywalni i dokładnie określeni, sami siebie definiują przez codzienność. A jednak wszystko składa się na odświeżającą całość, nieco oniryczną, trochę zuchwałą. Marazm przesycający tom nie zmienia faktu, że jest tu również ważna ironia, zwłaszcza w kolejnych doświadczeniach postaci, w ramach akcji a nie charakterów. Ucieka autor od wielkich słów, a przecież potrafi przedstawiać wielkie tematy - tyle tylko, że maskuje je pozorną zwyczajnością narracji. Równie łatwo odrzucić tych bohaterów, co się z nimi zaprzyjaźnić - nie ma jednej reakcji na tę opowieść, tak samo jak nie ma jednego scenariusza, który Sebastian Nowak chce realizować. "Powszednia historia" to ukłon w stronę zwyczajności - niefilmowej, nieksiążkowej egzystencji wypełnionej drobnymi troskami - pokazanie jak jest "naprawdę" w zderzeniu z tym, jak mogłoby być.