* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chicklit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chicklit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 sierpnia 2023

Karolina Lewestam, Anna Masłoń: Pamiętnik Magdy Kot

W.A.B., Warszawa 2023.

Dziennikarskie śledztwo

Nareszcie dobry chicklit - po eksplozji mody na ten gatunek - lekkiej rozrywkowej literatury dla kobiet - prawie dwie dekady temu, na rynek wraca powieść, którą można do chicklitów zaliczyć. "Pamiętnik Magdy Kot" to książka, która rozbawi i przyniesie ciekawe rozwiązania fabularne - Karolina Lewestam i Anna Masłoń proponują książkę bez zadęcia, zabawną i uciekającą od schematów (chociaż idealnie realizującą wytyczne chicklitów). Magda Kot to bohaterka, która wreszcie wygrywa los na życiowej loterii: do tej pory samotnie wychowywała bliźniaki (ich ojciec okazał się gejem i układa sobie życie na nowo z pewnym uzdolnionym muzycznie i bardzo sympatycznym mężczyzną - pozostaje przyjacielem Magdy, ale nie może być jej życiowym partnerem) i pisała mało istotne artykuły do prasy. Podły Naczelny psuł jej humor, ale ogólnie w redakcji gazety daje się wytrzymać - Magda Kot czuje się tu dobrze. Zawsze może liczyć na swoje przyjaciółki i nawet całkiem nieźle urządza się w swojej egzystencji. Nawet jeśli narzeka - to z przymrużeniem oka, bo wie, że idealny świat nie istnieje. Ale w tę codzienność Magdy Kot - piszącej pamiętnik dla uporządkowania własnych uczuć - pewnego dnia wkracza ideał. Ideał nosi nazwisko wielkiego czerwonego psa z kreskówki, ma bardzo przyjemny głos i prowadzi fundację, która zajmuje się dobroczynnością. To z tym ideałem Magda Kot ma przeprowadzić wywiad - i udaje się na spotkanie stremowana i pozbawiona sensownego planu. Daje się oczarować i błyskawicznie związuje się z przystojnym Adamem. To jednak dopiero początek.

Adam Clifford zupełnie nie pasuje do świata Magdy Kot, a jednak jakoś się do niego wprowadza. Tylko że Karolina Lewestam i Anna Masłoń nie zamierzają przechodzić od zabawnej obyczajowej historii do idealizowanego romansu, a przynajmniej nie na stałe - bo zestawiają ze sobą bohaterów ze skrajnie różnych rzeczywistości. Mają pomysł na opowieść lekko kryminalną, zaskakującą i nietypową - i dobrze to realizują. Zajmują się też nie tylko życiem uczuciowym Magdy Kot: jej przyjaciółki też przeżywają swoje sercowe historie, dramaty i szczęścia, nad którymi warto się pochylić - pojawia się nawet postać, która jest w stanie z własnej perspektywy udzielić dobrych rad i trafić w sedno w ocenianiu czyichś wyborów. To może być wskazówka dla czytelniczek - ale przede wszystkim chodzi tu o dobrą zabawę i o rozmaitość wątków, z których można sobie wybrać ulubione bohaterki do kibicowania im. "Pamiętnik Magdy Kot" to dowcipna i lekka opowieść utkana z różnych relacji. Odbiorczynie zmęczone standardem obyczajowym - wyprowadzką na wieś i rozpoczynaniem wszystkiego od nowa - mogą dla odmiany prześledzić codzienność bohaterki, która nigdzie się nie wybiera i która może tylko marzyć o poprawie swoich warunków bytowych. W zwyczajnym życiu może stać się coś bajkowego - coś bajkowego może łatwo przerodzić się w katastrofę - ale katastrofa pozwoli dostrzec to, co najważniejsze i do niedawna ukryte. Tak w skrócie rozwija się opowieść Karoliny Lewestam i Anny Masłoń - opowieść, po którą warto sięgnąć, jeśli szuka się przyjemnej narracji i rozrywki.

sobota, 22 kwietnia 2023

Jesse Q. Sutanto: Cztery ciotki i trup

Luna, Warszawa 2023.

Współudział

Mocno się tłumaczy Jesse Q. Sutanto we wstępie do książki "Cztery ciotki i trup", chociaż wiele wskazuje na to, że próbuje wejść w sferę chick-litów. Jednak przede wszystkim zależy jej na tym, żeby kaleczony przez przedstawicielki pokolenia jej matki język nie funkcjonował dla odbiorczyń jako próba ośmieszania niewykształconych grup społecznych i imigrantów. Bo pod pewnymi względami jest to powieść wypełniona celnymi obserwacjami socjologicznymi z perspektywy "obcego". Jesse Q. Sutanto pokazuje, jak emigracja wpływa na relacje rodzinne, jak potęguje przepaść pokoleniową przez bariery językowe. Ale to wszystko rozgrywa się na dalszym planie. Kultura i tradycja wymaga posłuszeństwa wobec rodziców, Meddy wie, że nie uda jej się uwolnić. Wszyscy wyjechali w daleki świat, ona ma zostać i opiekować się matką oraz ciotkami, które bez przerwy i o każdy drobiazg potrafią się kłócić. Meddy wydaje się być pogodzona z losem, chociaż cena, jaką już zapłaciła: rezygnacja z miłości swojego życia - jest bardzo wysoka. Od rozstania z ukochanym Meddy nie potrafiła stworzyć satysfakcjonującego związku, każdy kolejny wybranek okazywał się niewart uwagi.

I stąd podstawowy problem, który staje się jednocześnie osią fabuły książki "Cztery ciotki i trup". Meddy idzie na randkę z przypadkowym facetem, znalezionym przez jej matkę na jednym z portali. Idzie - żeby nie zrobić przykrości rodzicielce, która w jej imieniu prowadziła korespondencję. Idzie, nie wiedząc, że potencjalny chłopak liczy wyłącznie na namiętny seks. A kiedy randka kończy się znienacka - i mocno fatalnie - Meddy musi zawołać mamę na pomoc. Trzeba w końcu jakoś ukryć ciało mężczyzny. A przecież nie można zaniedbać codziennych obowiązków: rodzinna firma organizująca wesela otrzymała bardzo intratne zlecenie i przygotowuje na pewnej wyspie ślub marzeń. Matka Meddy, Meddy w roli fotografa ślubnego - oraz nieodłączne ciotki - trafiają do miejsca pełnego weselnych gości z trupem w bagażniku samochodu i próbują niepostrzeżenie gdzieś go ukryć. Tyle że każdy plan pozbycia się zwłok szybko ulega dezaktualizacji.

Mało czasu ma Meddy na zastanawianie się nad obciążeniami płynącymi z relacji rodzinnych i nad siłą uczuć do bliskich. Chociaż wprowadza ten motyw do własnych refleksji, mocno podkreśla znaczenie zdania mamy i starszych krewnych w każdym aspekcie życia, to jednak zaczyna pracować nad sobą. Próbuje pokonać ograniczenia i zawalczyć o własne szczęście. Jeśli uda jej się pozbyć zwłok - i odpowiedzialności za zbrodnię - będzie mogła już poradzić sobie z każdą przeszkodą. Jesse Q. Sutanto próbuje zatem dołożyć do standardowego romansu z nutą kryminału jeszcze elementy wychowawczo-społeczne. Dzięki temu może realizować hollywoodzki scenariusz dla pary, która odbudowuje swój związek po latach. Prawdopodobieństwo uczucia schodzi na dalszy plan w momencie, gdy bardziej liczy się maskowanie skutków nieudanej randki. Autorka wie, że w kwestiach miłosnych nie zaskoczy czytelniczek - próbuje zatem nadrabiać niedostatki w tej kwestii pomysłami na kryminał - co ma aspekty humorystyczne - oraz pomysłami na informowanie o kulturze i relacjach społecznych - to z kolei ma przenieść chick-lit na wyższy poziom. W efekcie proponuje autorka całkiem ciekawe czytadło o specyficznej narracji. Najważniejsze staje się to, że nie rezygnuje z odważnych czasem rozwiązań fabularnych.

środa, 16 lutego 2022

Mika Modrzyńska: Styczniowa letnia noc

Media Rodzina, Poznań 2022.

Urok wolności

Mika Modrzyńska pożeniła chick lit z literaturą erotyczną - "Styczniowa letnia noc" to lekkie babskie czytadło dla szerokiego grona młodych czytelniczek. Akcja zaczyna się w punkcie, który wydaje się wręcz obowiązkowy w powieściach obyczajowych z ostatnich lat: oto Zuza przekonuje się, że jej narzeczony wcale nie zamierza dzielić z nią życia. Co więcej - na myśl o zbliżającym się ślubie wpada w panikę i rozstaje się z ukochaną przy świadkach. Zuza wie już, że na Mikołaja nie będzie mogła liczyć. Automatycznie więc postanawia coś w swoim życiu zmienić - żeby pogodzić się z sytuacją, przyjmuje zaproszenie najlepszej przyjaciółki, Oli - na Nową Zelandię. Udaje się tam nie tylko po to, by lizać rany po nieudanym związku. Zuza przekonuje się, że do tej pory była bardzo zachowawcza i rezygnowała z wielu przyjemności tylko dla własnej wygody. Teraz nie ma już nic do stracenia: facet jej nie rzuci, rozstał się z nią w najbrzydszy możliwy sposób - pora zatem wprowadzić zmiany. Nowa Zelandia jest idealnym miejscem do tego, by zaszaleć. A ponieważ Zuza trafia tam na sylwestra - to kolejny powód do spróbowania czegoś innego. Okazja nadarza się błyskawicznie, bo w Nowej Zelandii Zuzę wita Simon. Mężczyzna o ciele boga, seksowny i idealny na chwilę zapomnienia. Simon to chodzący ideał: niczego nie wymaga, stanowi przeciwieństwo Mikołaja, nie można się z nim nudzić i, co najważniejsze, uwodzi Zuzę bardzo umiejętnie. I chociaż wszyscy wokół ostrzegają kobietę, że jej wybranek to rasowy uwodziciel i człowiek, który podrywa wszystkie kobiety, a związek rozpadł mu się przez skłonność do zdrad - Zuza nie zamierza się tym przejmować. Chce korzystać z życia i decyduje się na relację niezobowiązującą, opierającą się przede wszystkim na seksie.

W zasadzie Zuza dzieli się niemal wyłącznie emocjami związanymi z bliskością Simona. Mika Modrzyńska nie stara się przesadnie komplikować akcji: pozwala bohaterce na znalezienie pracy w Nowej Zelandii (opieka nad dziećmi) i na prowadzenie bujnego życia towarzyskiego (spotkania z dawno niewidzianą przyjaciółką i grupą jej znajomych należą do obowiązkowych zagadnień i przerywników w scenach zbliżeń). Co ciekawe, Mika Modrzyńska nie chce, żeby jej bohaterka uzależniła się od kolejnego faceta: Simon ma być tylko klinem na nieszczęśliwą miłość, to Zuza ma nadawać ton relacji i dyktować warunki. Kobieta nie przyjmuje do wiadomości, że otoczenie może oceniać Simona mylnie - zakłada, że znajomi mają rację, sama siebie chroni zatem przed odrzuceniem za sprawą licznych zastrzeżeń i uciekania od zauroczenia. Autorka nie szuka zaskoczeń, chyba że za takie uznać rezygnację z wielkiej miłości: próbuje uciekać od uczuć na rzecz podkreślania zabawy fizyczną bliskością. Jednak w pewnym momencie musi wrócić do bezpiecznych kolein i postawić na rozwiązania, które nie rozczarują odbiorczyń. "Styczniowa letnia noc" to prosta historia ze sporą dawką erotyzmu.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Anna Klara Majewska: Majorka w niebieskich migdałach

Wielka Litera, Warszawa 2017.

Wakacje w zimie

Chociaż „Majorką w niebieskich migdałach” Anna Klara Majewska zamierza zakończyć „wakacyjną” trylogię, wątpię, by czytelniczki pozwoliły jej na rozstanie z Magdą i jej bliskimi. Autorka funduje bowiem wszystkim ucieczkę na wyspę, na której czas zwalnia, a problemy maleją – i historię jak zawsze prześmiewczo-romansową w stylu chick-litu. Wrzuca też w fabułę wydarzenia tyle nierzeczywiste co komiczne – dostarczając terapeutycznego śmiechu i wytchnienia. Bogata galeria postaci sprawia, że mniej widać granie stereotypami i fabularną jednopłaszczyznowość. Majewska chce po prostu, żeby odbiorczynie bawiły się nieźle, śledząc sercowe i rodzinne perypetie bohaterki.

A sercowe perypetie biorą się tym razem bezpośrednio z mody na literaturę erotyczną. „Talent” do tworzenia pornograficznych i bardzo poczytnych – choć równie kiczowatych – historii odkrywa w sobie matka Magdy. Opowieść przez nią opublikowana niepokojąco przypomina sytuację w domu córki: jest mąż, któremu nie do końca można ufać, jak każdemu mężczyźnie, jest ponętna służąca, są seksowne czerwone stringi… Magda fakty łączy błyskawicznie, zarzuca ukochanemu niewierność, rani go (i to dosłownie) i ucieka na Majorkę, by tam leczyć złamane serce. Odwiedzają ją przyjaciele i rodzina – każdy wplątany w sieć własnych problemów lub intryg. Ukochany z czasów maturalnych okazuje się zabójczo przystojny, ale nie jest to jedyny męski ideał w pobliżu. Na brak pocieszycieli Magda nie mogłaby narzekać, już prędzej – na brak okazji. Opowieść toczy się dość szybko i brzmi naprawdę wakacyjnie, chociaż obejmuje czas Bożego Narodzenia i sylwestra: na Majorce świeci słońce i wszystko wydaje się łatwiejsze do zniesienia.

Anna Klara Majewska sięga z upodobaniem po dobroduszne karykatury. Wyżywa się wprawdzie na Oksanie (tu posługuje się ostrą satyrą), ale zaraz potem na podobne wyczyny pozwala sympatycznej Ivance już bez złośliwości (imitacja czeskiego stanowi dodatkowy smaczek w dialogach). Kiedy portretuje gejowskie podboje brata Magdy, bywa, że wpada w dowcipy rubaszne – za sprawą przerysowania – ale wynagradza to niezwykle barwnym towarzystwem z dystansem do siebie. Potrafi stylizować wypowiedzi postaci, chociaż w tej warstwie najgorzej wypada przy obrazku małej Julii. Niestety dziecko co drugie słowo zdrabnia, a matka w stosunku do pociechy też nie potrafi się pozbyć irytującego szczebiotu. Jeśli do tej maniery dodać pobłażanie i ustępowanie małej we wszystkim – nie budzi to zachwytu. Dobrze, że szybko autorka odwraca uwagę biegiem wydarzeń. Ma być błyskawicznie, pikantnie i wesoło. To się udaje.

Realne zmartwienia Magda zastępuje wydumanymi, a te wydumane zagaduje pozorami niekończącej się imprezy. Na Majorce nabiera dystansu do wszystkiego, zyskuje siły, by stawić czoła zmartwieniom. Tu nie musi zachowywać się jak przykładna żona i matka, robi sobie urlop od codzienności. A że każdej czytelniczce taki urlop by się czasami przydał – tom doskonale spełni swoją rozrywkową rolę. Życiowe rozterki przysłaniane są to ekstrawaganckimi pomysłami matki, to obecnością potencjalnych adoratorów (lub kochanków dla brata). Niby nie może się stać nic przełomowego, to nie pasuje do konwencji chick-litu… z drugiej jednak strony Anna Klara Majewska pokazuje, że za nic ma schematy. Czytelniczki mogą spodziewać się lekkiej i prześmiewczej prozy, dystansu do zwykłego życia i… nuty erotyzmu, chociaż niekoniecznie w cytowanych fragmentach bestselleru matki. „Majorka w niebieskich migdałach” to komplikacje, które naprawdę nie istnieją – opowieść napędza się sama przez przegadanie bohaterki. Anna Klara Majewska stara się bawić i temu celowi podporządkowuje wszystko, co w powieści robi. Daje bohaterce prawo do humorów i kaprysów, pozwala egoistycznie nie przejmować się troskami innych. Szuka możliwości odmiennego spojrzenia na dramaty z życia i tanich romansideł.

piątek, 6 listopada 2015

Rosy Edwards: Wyznania randkowiczki

Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Aplikacja dla par

Rosy, tytułowa bohaterka „Wyznań randkowiczki”, to postać wzorowana na Bridget Jones i poza ten typ literatury rozrywkowej niewychodząca. Co więcej, Rosy przeżywa coś, co w zwykłej powieści byłoby jedynie fragmentem, częścią niezbędnego tła, a tu zostaje rozdmuchane do rozmiaru całej książki. Sedno treści zawiera się w tytule, a Rosy Edwards nie przynosi czytelniczkom żadnych zaskoczeń czy odstępstw od typowych fabuł. Bohaterka nie zdziała wiele, porusza się w raczej zamkniętej rzeczywistości, a jej doświadczenia podporządkowane są wyłącznie komizmowi – i to najczęściej sytuacyjnemu.

Po rozstaniu ze swoim chłopakiem Rosy ma duże problemy, żeby znaleźć sobie kogoś. Nie chce być singielką, ale obce są jej sztuki flirtu czy podrywu. Dzięki znajomym rejestruje się na Tinderze. Tu może oceniać profile obcych mężczyzn, a jeśli polubi któryś z nich i ta przychylność okaże się wzajemna, aplikacja umożliwi kontakt zainteresowanych. Tinder pozwala inicjować spotkania – ale nawet po kilku wymienionych mailach nie ma się pewności, że wybranek okaże się normalny. Rosy testuje kolejnych kandydatów – nie zawsze trafia dobrze, a liczne porażki mają stanowić źródło humoru. Zastanawiająca jest tu kreacja wyglądu bohaterki. Rosy jest niewysoką, rudowłosą i przyjemnie zaokrągloną kobietą. Nie brakuje jej odwagi, a z drinków najchętniej wybiera wódkę z wodą sodową. Gafy popełnia umiarkowanie, w księcia z bajki nie wierzy – wydaje się zupełnie przeciętna (mimo że zakompleksiona). Winą za brak sukcesów w związkach obarcza autorka mężczyzn. To po tej stronie zbyt często zdarzają się osobnicy wybrakowani, dalecy już nawet nie od ideału, co od normalności. Być może kluczem do rozwiązania tej zagadki jest korzystanie z portalu internetowego i skłonność ludzi do ubarwiania siebie. Nawet idealnie przygotowana aplikacja nie przyda się na nic, jeśli użytkownicy kłamią na swój temat.

Są zatem „Wyznania randkowiczki” w drugiej warstwie opowieścią o samotności wśród ludzi. Edwards proponuje pesymistyczne analizy świata, w którym coraz trudniej znaleźć drugą połowę. Owszem, wyostrza przygody Rosy, ale też buduje je na prostych obserwacjach. Rzecz jasna, część czytelniczek nie dotrze tak głęboko w odczytywaniu powieści. „Wyznania randkowiczki” są przede wszystkim prostą obyczajówką w stylu chicklitu, z szeregowym rozkładem faktów i bez zbędnych refleksji. Mają dostarczać rozrywki. Nieprzypadkowo Edwards stawia na charakterystyki mężczyzn, którzy nie są zdolni do perfidnych czynów i relacji głęboko toksycznych na dłuższą metę: kolejni partnerzy muszą odstraszać od razu, bo w tomie nie ma czasu na psychologiczne dylematy i pułapki. Perypetie Rosy nie służą wielkim refleksjom – to książka typu pop, z gatunku lekkich, łatwych, przyjemnych i pozbawionych ambicji. Dla zabicia czasu i bez silniejszych przeżyć.

Edwards próbuje w tej powieści stawiać na typy, nie na indywidualności. Lepiej niż z potencjalnymi partnerami Rosy radzi sobie z odkrywaniem tajników świata młodych kobiet – dobrze przedstawia instytucję BF (najlepszej przyjaciółki) czy pełne wsparcia konwencjonalne komentarze, które w pewnych sytuacjach pojawić się po prostu muszą, bez względu na faktyczne oceny zastanej rzeczywistości. W tych fragmentach Edwards staje się satyrykiem, pokazuje, że potrafi śmiać się z konwencji, a nie tylko z nieporozumień na tle seksualnym. Bywa, że proponuje humor rubaszny, ale jej odbiorczyniom nie będzie to przeszkadzało. „Wyznania randkowiczki” stanowią tematyczny wycinek drogi do upragnionej stabilizacji, pozbawiony nadziei na optymistyczny romansowy scenariusz, ale niewolny od energii. Rosy mimo wszelkich uproszczeń okazuje się bohaterką, którą można polubić. Wprawdzie nie przetrwa w literaturze rozrywkowej jako pochodna przygód Bridget Jones, ale chwilowej rozrywki dostarczy, a niczego więcej nie będzie się od tego tomu oczekiwać. „Wyznania randkowiczki” to historia szybka i bardziej filmowa niż powieściowa, ale i jako taka znajdzie zwolenniczki.