* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 sierpnia 2026

Krystyna Mirek: Sekretna miłość

Luna, Warszawa 2026.

Zależności

Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.

Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.

czwartek, 2 lipca 2026

Krystyna Mirek: Pod włoskim niebem

Luna, Warszawa 2026.

Opieka

Nie po raz pierwszy Krystyna Mirek sięga do toksycznego związku, żeby pokazać czytelniczkom, że bierność i potulność doprowadzą jedynie do eskalacji problemu. Ale ponieważ proponuje powieść wakacyjną, zamierza też obiecać im obecność idealnego rozwiązania – w osobie faceta idealnego. Pojawia się w „Pod włoskim niebem” śpiewaczka operowa, Liwia. Liwia odnosi sukcesy międzynarodowe, ale nie może się nimi w pełni cieszyć, bo humor skutecznie psuje jej były mąż, prawnik. Liwia, chociaż po rozwodzie teoretycznie powinna odpocząć od oprawcy, nadal jest na niego skazana, w dodatku mężczyzna wykorzystuje dziecko jako kartę przetargową i sposób wpływania na bohaterkę tomu. Liwia jest coraz bardziej zmęczona i przez to też skłonna do popełniania błędów. Kiedy w ogromnym stresie próbuje wrócić do kraju, trafia na życzliwego nieznajomego. Artur nie ma pojęcia, kim jest Liwia, ale chce jej trochę ulżyć w cierpieniu i przepędzić przynajmniej najbardziej przyziemne kłopoty. Artur to architekt samotnie – po śmierci ukochanej żony – wychowujący synka. Nie dysponuje wielkim majątkiem, a jego jedyny kapitał – poza talentem – stanowią przyjaciele, którzy mogą się zaopiekować dzieckiem podczas zagranicznych wojaży.

Pochodzą z dwóch różnych światów, przynajmniej tak chce to przedstawiać autorka. Dba o to, żeby czytelniczki uwierzyły, że Liwię i Artura dzieli mnóstwo. Jednak pozwala Arturowi wykazać się opiekuńczością i umiejętnością podejmowania właściwych decyzji błyskawicznie – to dzięki temu mężczyzna może zaaranżować drugie spotkanie i w efekcie pomóc Liwii. Logistycznie to nie takie proste, kiedy trzeba nocować w najdroższym hotelu, ale czego się nie robi dla wspaniałej kobiety? „Pod włoskim niebem” to powieść o tym, że szczęściu trzeba czasem pomóc, nie bacząc na przyziemne koszty. Akcja ogranicza się tu do zaledwie kilku dni, za to niezwykle bogatych w wydarzenia i mocne decyzje.

Autorka nie oszukuje nikogo: tworzy powieść obyczajową z romansowym wątkiem na pierwszym planie: tu nie ma konkurencji dla pary bohaterów – nikt nie musi być zazdrosny, jedyną przeszkodą na drodze do wspólnego szczęścia mogą stać się elementy codzienności: dzieci z poprzednich związków czy warunki lokalowe – w przypadku Liwii to jeszcze konflikt z byłym mężem i matką skutecznie przez niego podburzaną. Co ciekawe, Artur potrafi znaleźć na nią sposób. Jest jeszcze coś, kompletnie spoza rzeczywistości czytelniczek, za to doskonale znane Liwii: obecność wścibskich dziennikarzy. Wprawdzie śpiewaczki operowe nie są celebrytkami, jednak Liwia jest osobą publiczną i jako taka podlega innym zasadom niż zupełnie zwyczajni – anonimowi – ludzie. Dziennikarze swoim zainteresowaniem potrafią zepsuć każdy, nawet najlepszy plan, a jakby tego było mało – chcą stać na straży moralności.

Jest to zatem historia miłosna, a troski w niej pojawiają się tylko po to, żeby pokazać, co muszą pokonać bohaterowie, żeby być szczęśliwi. Krystyna Mirek nie zagłębia się przesadnie ani w psychologię postaci, ani w zachowania osób z zewnątrz – postanawia umożliwić bohaterom spełnienie marzeń po to, żeby w taki scenariusz mogły uwierzyć czytelniczki. I to na wakacyjną powieść w sam raz. I chociaż przemyca trochę zasady postępowania z domowymi terrorystami, to jednak narracyjnie – krzepi i uspokaja.

sobota, 12 lipca 2025

Jennie Godfrey: Lista podejrzanych spraw

Luna, Warszawa 2025.

Sprawdzanie

Miv wymyśliła sobie, że rodzina chce się przeprowadzić. A to oznacza, że musiałaby się rozstać z Sharon, najlepszą przyjaciółką. Dziewczyna wybiera bardzo dziwny sposób na zakotwiczenie swojej rodziny w odpowiednim miejscu. Miv ma do przezwyciężenia nie tylko problem strachu przed ewentualnym przeprowadzaniem się. Przede wszystkim nie wiadomo, co stało się z mamą: w pewnym momencie zamilkła. Przestała mówić i nikt nie ma pojęcia, jak jej pomóc. A skoro mama nie mówi, trudniej zwierzać się jej z problemów. Jennie Godfrey tworzy powieść o dojrzewaniu – ale nie koncentruje się na typowych problemach dojrzewania, chyba że za typowy uznać jedynie odkrywanie własnej tożsamości – bo tym zajmuje się w dużej części narracji. „Lista podejrzanych spraw” to powieść kryminalno-sensacyjna w wersji retro: autorka odchodzi od dzisiejszych zmartwień, przenosi się w przeszłość i wzbudza strach za sprawą Rozpruwacza, seryjnego mordercy, który atakuje kobiety zajmujące się prostytucją. Miv ani Sharon nie wiedzą, kim są prostytutki – dopiero poznają to słowo, nie są jeszcze pewne definicji, ale z mediów dowiadują się, że kobiety tej profesji najczęściej stają się celem Rozpruwacza. Dwie nastolatki wychowywane właściwie pod kloszem postanawiają, że pomogą śledczym i złapią tego, którego nie potrafią schwytać profesjonaliści. Oczywiście motyw to stary jak świat, ale wbrew oczekiwaniom nie będzie się autorka skupiać na śledztwie. Owszem, Miv prowadzi notatki jak rasowy detektyw, zapisuje podejrzanych mężczyzn z otoczenia, zastanawia się, kto i dlaczego może być odpowiedzialny za zbrodnie, a w swoich podejrzeniach zapędza się bardzo daleko – w końcu nigdzie nie może czuć się bezpieczna. Przy okazji wpada na tropy wielu innych spraw kryminalnych i afer starannie maskowanych przez sprawców. Jennie Godfrey wie doskonale, że rzeczywistość skrywa znacznie więcej problemów niż te rozdmuchiwane przez media. Pojawi się tu między innymi motyw pedofilii – kolejnego zagrożenia, o którym jeszcze z dziećmi się nie rozmawia. Autorka oczywiście nie zamierza tworzyć klasyfikacji przestępstw ani wyznaczać, które jest bardziej przerażające – po prostu przypomina, że wejście w dorosłość dla bohaterów wiązać się będzie z otwarciem na bardzo poważne problemy, kwestie, z którymi wielu nie potrafi sobie poradzić, bez względu na wiek. Oczywiście zgodnie z zasadami Bildungsroman jest tu również odkrywanie siebie – Miv przekona się, czy przyjaźń z dzieciństwa przetrwa próbę czasu i dowie się czegoś o sobie samej.

„Lista podejrzanych spraw” to książka, w której forma i treść stoją ze sobą w sprzeczności. Czytelnicy mogą czekać na klasyczny kryminał lub sensację, tymczasem otrzymują książkę o dojrzewaniu, obyczajową w stylu retro – z motywami psychologicznymi. Nie oznacza to, że rozczarowuje: Jennie Godfrey wie, że odbiorców może zachęcić licznymi kłopotami dużej rangi, unikaniem infantylizmu i odpowiednio nakreślonym motywem przejścia. Trudno wpisać jej powieść w jeden wyraźny gatunek – ale to zaleta.

poniedziałek, 31 marca 2025

K. Bromberg: Poza zasięgiem

Luna, Warszawa 2025.

Tempo

W romansach i powieściach erotycznych spoza rynku young adult liczy się przesada. Zawsze wszystko musi być doprowadzone do ekstremalnych wartości, zupełnie jakby silne emocje nie mogły wybuchać w zwyczajnych okolicznościach. I K. Bromberg ten schemat realizuje w książce „Poza zasięgiem”. Wprowadza czytelniczki w świat maksymalnie odległy od ich stereotypowych zainteresowań, przede wszystkim po to, żeby uruchomić wizję prawdziwego faceta, kierowcy Formuły 1. Tu wytrzymują tylko najwięksi twardziele. A Riggs ma podwójny powód, żeby zasłużyć na uznanie: wprawdzie do tej pory jeździł o klasę niżej, teraz będzie mógł zastąpić jednego z kierowców Formuły 1: nieszczęśliwy wypadek na torze wyeliminował świetnego zawodnika i do tego wymusił błyskawiczną zmianę. Riggs oczywiście walczy nie tylko na torze ze sobą – bije się też z własnymi demonami. Stracił ojca właśnie w wypadku na torze wyścigowym – teraz sam ma ścigać się właśnie w tym miejscu, które, dziwnym trafem, nie zostało jeszcze przebudowane. Z jednej strony Riggs, facet po przejściach i z problemami. Z drugiej strony piękna Camilla, córka szefa. Camilla nie zamierzała wiązać życia z Formułą 1, zwłaszcza że złe wspomnienia z byłym ukochanym wyzwalają do tej pory strach i kłopoty w relacjach łóżkowych. Jednak ciężko choremu ojcu się nie odmawia: nie pozostaje kobiecie nic innego jak wdrożyć się do nowych obowiązków, przygotowywać na objęcie dowodzenia.

Tak naprawdę niezależnie od tego, co K. Bromberg wymyśli dla postaci, liczy się tylko scenariusz pozwalający bohaterom związać się ze sobą – i to na poważnie, bo nie wiadomo dlaczego w powieściach erotycznych seks musi prowadzić do zbudowania prawdziwego i trwałego związku. Więc i tutaj Camilla i Riggs czują do siebie przyciąganie, ale bardzo ostrożnie się do siebie odnoszą, nie chcą niczego zepsuć ani stracić. Całkiem długo będą musiały czytelniczki czekać na sceny łóżkowe (zresztą – zachowawcze), w zamian mogą bawić się opisami pożądania i zbliżania się tego, co nieuchronne. Temat wyjściowy – lęki i traumy z przeszłości – schodzi na dalszy plan, przynajmniej ten u Riggsa, bo problemy Camilli mają związek z erotycznymi doświadczeniami, nie da się zatem o nich zapomnieć. K. Bromberg rezygnuje z rozbudowywania fabuły (ogranicza ją tylko do dwóch postaci i najbliższych z ich orbit, narrację prowadzą na zmianę główni bohaterowie romansu), ale nie odrzuca dokładnej narracji, stara się tworzyć powieść obyczajową, w której znajdzie miejsce na nakreślanie tła działań – tak, żeby jednokierunkowość wysiłków nie była zbyt rażąca.

Jest „Poza zasięgiem” książką, w której temat Formuły 1 to jedynie wstęp do przygody – nie będzie mieć znaczenia, kiedy tylko rozkręci się relacja między dwojgiem bohaterów. Dlatego też czytelniczki, które nie znają powieści K. Bromberg, mogą być spokojne – nic nie odciągnie ich uwagi od namiętności i tworzenia się więzi między postaciami.

niedziela, 22 grudnia 2024

Krystyna Mirek: Skok na milion

Luna, Warszawa 2024.

Cena bogactwa

Raczej trudno sobie wyobrazić, że bożonarodzeniowa pocieszanka – powieść obyczajowa z posmakiem romantycznym utrzymana w grudniowym klimacie, może zaczynać się od śmierci. Tymczasem w kilku domach rozdzwaniają się telefony – to wiadomość, na którą wszyscy czekali. Brat, siostra, niegdysiejsza narzeczona, szwagierka, bratanica – każdy wie, że rozpoczął się właśnie wyścig o kasę. Dokładnie – walka o spadek. Wujek Maurycy, milioner i ekscentryk, rozstał się ze światem, o czym poinformowała rodzinę jego gosposia i współlokatorka, być może i partnerka życiowa – chociaż niewielu zdaje sobie sprawę z rodzaju relacji, w jaką ta para się uwikłała. Wujek Maurycy zostawił po sobie testament – i zestaw poleceń dla bliskich. Nikt nie wie, jakie zasady obowiązują w tym wyścigu – może zdecyduje tempo przybycia do domu, może – perfekcyjne realizowanie wskazówek. W grze mogą wziąć udział wszyscy, którzy w określonej porze przyjadą pod konkretny adres. Niektórzy dodatkowo chcą walczyć o zachowanie pozorów – wydaje im się, że skoro Maurycy kochał święta Bożego Narodzenia, przyzna spadek temu, kto najlepiej wywiąże się z obowiązków w przygotowywaniu wigilijnej kolacji. Tyle tylko, że nagromadzenie wszystkich w jednym miejscu i kumulowanie emocji wyzwala najgorsze instynkty. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą duże pieniądze. Każdy z krewnych kieruje się innymi motywacjami – i każdy został wyrwany ze swojego środowiska. Najbardziej chciwy i zdeterminowany wydaje się młodszy brat Maurycego – to on zadręcza swoich bliskich, żeby zamienili się w rodzinę idealną, a przynajmniej przez chwilę grali swoje role. Jego żona zbiera siły na podjęcie ostatecznej decyzji – mocno radykalnej. Jego dorosła córka przybywa na miejsce z przyjaciółkami – potrzebuje wsparcia, skoro nie wyleczyła jeszcze złamanego serca. Jej jedynej nie zależy na pieniądzach. A że na miejscu spotyka przystojnych młodych mężczyzn – wiele się może zdarzyć. Niepokój wzbudzają tylko dwaj policjanci, którzy dostali wezwanie w związku z morderstwem.

Krystyna Mirek bawi się gatunkiem i szablonami świątecznymi w ramach fabuł – wywraca do góry nogami to wszystko, co pojawia się najczęściej w grudniowych lekturach. Proponuje prostą historię o tym, co w życiu jest najważniejsze – zadaje pytanie o wartość pieniędzy w kontekście więzi rodzinnych, pozwala na realizowanie marzeń i na snucie tych marzeń w ramach możliwego nagłego wzbogacenia się. Stawia na relacje międzyludzkie – bohaterowie zamknięci w małej przestrzeni mogą wyłącznie dzielić się ze sobą przeżyciami i zastanawiać nad tym, jak wykorzystali czas z Maurycym. Nie ma tu jednak tanich sentymentów. Autorka też próbuje nie wpadać w koleiny fabularne, szuka rozwiązań, które przyciągną czytelniczki. Robi to, co odbiorczynie uwielbiają, pisze historię wciągającą, a do tego zimową – tyle że nie zaangażuje na zbyt długo samą narracją. Za to przekona czytelniczki do zastanowienia się nad tym, co najbardziej istotne w przeżywaniu przygotowań do Bożego Narodzenia. Unika eksponowania religijnej strony świąt, za to podkreśla rolę spędzania czasu w gronie najbliższych. Rozbudza tym tęsknoty odbiorczyń i pozwala im zrozumieć kilka kwestii.

środa, 13 listopada 2024

Anna H. Niemczynow: Moc słabości. Z zachwytu nad życiem

Luna, Warszawa 2024.

Pokrzepiacz

Anna H. Niemczynow bardzo chciała podzielić się z czytelniczkami historiami osobistymi i często trudnymi – ale w zamknięciu swojego autobiograficzno-konfesyjnego tryptyku wraca chętniej do spraw jasnych i dodających jej samej otuchy. Owszem, napomyka i o molestowaniu seksualnym w dzieciństwie, i o traumatycznym aresztowaniu męża, o wyrzeczeniach związanych z budowaniem życia na emigracji (i o kosztach, jakie poniósł w związku z tym jej syn) czy o matce, która nie pogodziła się z publicznym praniem brudów. Ale znacznie chętniej podkreśla zwycięskie walki. Pisze o tym, jak przekonywała wydawców, żeby pozwolili jej na stworzenie serii Z zachwytu nad życiem – na przekór informacjom zwrotnym o tym, co się najlepiej sprzedaje. Pisze o modlitwach i pielgrzymkach, dzięki którym budowała własną tożsamość i zyskiwała odpowiedzi na najważniejsze pytania. W efekcie „Moc słabości” to książka, w której bardzo łatwo wytknąć słabe strony – tyle tylko, że ona nie podlega kryteriom oceniania powieści ani autobiografii, jest czymś osobnym i specyficznym tak bardzo, że trafić może przede wszystkim do zdeklarowanych fanek autorki.

Anna H. Niemczynow dzieli swoje opowieści na lekcje dla odbiorczyń – tak, żeby czerpały otuchę i inspiracje z jej własnych doświadczeń. Przedstawia w związku z tym garść wydarzeń z własnego życia (i rozwiewa wątpliwości co do powieściowych nawiązań, trochę podaje klucz do odczytywania kolejnych powieści) i dzieli się non stop własnym nastawieniem, filozofią życia, która – jeśli nie jest dla czytelniczek atrakcyjna (choćby ze względu na infantylizm i zaklinanie rzeczywistości), z miejsca stanie się punktem męczącym. Anna H. Niemczynow chce bowiem pokazywać czytelniczkom swoją radosną stronę, przyznawać, że pokonała ciemne emocje i może teraz do wszystkich podchodzić z miłością i z wiarą w dobro. Chce to pokazywać – ale niekoniecznie przekonuje, bo same słowa bez podparcia w postaci konkretnych wydarzeń brzmią dość sucho. Z kolei przy temacie religijności zamienia się wręcz w kaznodzieję, przedstawia dowody na istnienie Boga, a o Maryi pisze „Matuchna” – i to znów coś, co wydaje się zbyt przesadzone i niepodzielane przez odbiorczynie, więc automatycznie niezbyt przyswajalne. Nieprzekonanych autorka nie przekona, a swoim wyznawczyniom proponuje kolejny element układanki z własnego życia – być może właśnie w szczerości i autentyczności ktoś odkryje sens tych publikacji. „Moc słabości. Z zachwytu nad życiem” to książka, która musiała powstać na marginesie powieści – jako ich dopełnienie i sposób na wyjaśnienie czytelniczkom paru osobistych spraw. Autorka potrzebowała tego rodzaju wiwisekcji i zdecydowała się na publiczne wynurzenia z wiarą, że komuś się to przyda do naprawienia własnej egzystencji. Nie jest to książka, którą da się oceniać przez pryzmat literackości – to raczej proste spotkanie z autorką, okazja do podzielenia się jej odkryciami i przekonaniami. Wszystko dość pretensjonalne i momentami pensjonarskie – ale pasujące do coachingowych propozycji obecnych na rynku, a nawet przebijające je wątkami osobistymi.

niedziela, 8 września 2024

Agnieszka Jeż: Przewina. Sprawy Soni Kranz

Luna, Warszawa 2024.

Nałóg

Agnieszka Jeż dała się czytelniczkom poznać jako autorka powieści obyczajowych, a później przerzuciła się na kryminały - i być może dzięki praktyce w ocenianiu ludzkich charakterów i relacji między bohaterami jest w stanie do siebie przekonać także w tym gatunku. "Przewina" to kolejna powieść w serii Sprawy Soni Kranz - i historia, która zaintryguje ze względu na doświadczenia głównej bohaterki oraz jej życiowe dylematy. W Kowalowej znajduje się ośrodek terapeutyczny dla osób borykających się z różnymi nałogami. Wśród pacjentów jest Tadeusz Cichosz - który wkrótce umiera. Szybko wychodzi na jaw, że komuś zależało, żeby śmierć wyglądała na samobójstwo, ale jednocześnie też ów niesprecyzowany ktoś bardzo chciał się upewnić, że Cichosz na pewno opuścił ziemski padół. Stąd "podwójne" zabicie człowieka. Sonia Kranz musi zająć się tą sprawą - ale właściwie śledztwo staje się dla niej ucieczką od codzienności. Bo ta codzienność atakuje ze wszystkich stron. Matka, która zachowuje się bardzo toksycznie (i z której wpływów policjantka uwalnia się dopiero dzięki terapii), córka, która wkracza w wiek dojrzewania i przeżywa pierwszy poważny związek, a nawet kochanek - FWB - człowiek, który pozwala Soni na rozładowanie napięcia seksualnego - wszyscy stają się przyczyną dylematów i wątpliwości. Morderstwo w miejscu, które powinno zapewniać schronienie i opiekę, pozwala na chwilowe odroczenie zwyczajnych spraw. Sonia Kranz skwapliwie z tego korzysta, zdając sobie sprawę, że od pewnych rzeczy nie uda jej się uciec. "Przewina" to zatem z jednej strony toczące się cały czas śledztwo - zbieranie informacji, poszukiwanie tropów i rozwiązań zagadki - a z drugiej zestaw wydarzeń ważnych dla samej bohaterki. Sonia Kranz nie jest idealna, właśnie dzięki swoim rozterkom i nieumiejętności ułożenia sobie życia według jasno określonych schematów może rozbudzać zainteresowanie odbiorców. Agnieszka Jeż dużo miejsca poświęca właśnie na kreowanie rodzinnych i okołorodzinnych spraw, buduje przekonujące sytuacje psychologiczne - wie, jak zaprosić czytelniczki do lektury. Powieść kryminalna zyskuje dzięki temu lekkość, nie ma tu klimatu noir i epatowania grozą, nie liczą się szczegóły śledztwa, raczej sam proces zdobywania wiadomości. "Przewina" to historia dwutorowa - i właśnie dzięki temu może zyskać szersze grono odbiorców. Sama bohaterka z kolei jest gwarancją stałej publiczności - autorka tak kończy książkę, żeby z utęsknieniem czekać na kolejną część i sprawdzić, jak rozwiążą się pewne kwestie. Agnieszka Jeż wie, jak budować intrygę, chociaż czasami ułatwia sobie pewne wyjaśnienia - nikt nie będzie jej mieć tego za złe, skoro potrafi prowadzić wartką i ciekawą narrację. Ma pomysły na wykreowanie sytuacji i na budowanie napięcia - a jednocześnie wie, że liczy się sama lektura. Dobrze panuje nad słowami i zaprasza odbiorców do świata, który czerpie sporo ze zwyczajności, a jednak przez skumulowanie trosk staje się jeszcze bardziej intrygujący.

czwartek, 6 czerwca 2024

Anna H. Niemczynow: Należy do mnie

Luna, Warszawa 2024.

Zdrada

Anna H. Niemczynow proponuje czytelnikom powieść psychologiczną będącą studium zdrady i jej wpływu na rodziny, pokazuje też desperacką walkę o dziecko – w którym ofiara może być tylko jedna. „Należy do mnie” to obszerna książka, w której autorka próbuje temat przedstawić z różnych stron. Jest tu Helena – żona idealna (i bardzo infantylna). Zajmuje się prowadzeniem domu, nie ma zawodowych aspiracji, dba o to, żeby mąż był dobrze nakarmiony i żeby nie miał na co narzekać w sypialni. Troszczy się o rodzinę, na siebie bierze wszystkie obowiązki związane z wychowywaniem kilkuletniej córki, Fausti. Wiktor jest wziętym i cenionym prawnikiem, który w takim domu zwyczajnie się nudzi – szuka zatem przygód poza rodziną. Atrakcyjna koleżanka z pracy, Klara, nie chce żadnej poważnej relacji, wystarcza jej seks. Helena nie podejrzewa niczego nawet wtedy, gdy znajduje oczywiste dowody zdrady – sytuacja wymarzona dla każdego, kto chciałby prowadzić podwójne życie. Jednak wszystko zmienia się wtedy, gdy Klara zaczyna pragnąć czegoś więcej niż niezobowiązującego układu.

Autorka pokazuje tu kilka perspektyw. Z jednej strony – prezentuje rzeczywistość oczami Heleny. Pozwala też jednak zajrzeć do świata Klary, a czasami zaznacza, co o wszystkim sądzi pogubiony Wiktor. Jednak dla odbiorców cenne będzie refrenowe powracanie do gabinetu terapeutki, która próbuje dotrzeć do zamkniętej w sobie nieszczęśliwej jedenastoletniej Fausti. To dorośli doprowadzili ją do takiego stanu – a co się między nimi wydarzyło, to już za chwilę stanie się jasne dla odbiorców. Na razie czytelnicy oglądają różne emocje w wykonaniu postaci. Zwłaszcza Wiktor przechodzi między skrajnościami: raz wydaje mu się, że ma dość swojego domu i żony, by za chwilę uznawać, że związek z Klarą nie ma sensu i warto by się z niego wymiksować. Jak to przeważnie bywa, decyduje przypadek: a kiedy prawda wychodzi na jaw, rozpoczyna się gra.

„Należy do mnie” to przerażająca wizja świata, w którym misterne plany da się zrealizować na zimno i bez cienia empatii. Anna H. Niemczynow wykorzystuje postawy swoich bohaterów, żeby pouczać odbiorców na temat zdrady – czasami ją wyjaśniać, czasami sugerować, że nie jest to dobre rozwiązanie dla nikogo. Moralizuje, chociaż dba o to, żeby nie wprowadzać jednoznacznych ocen – to zakrawałoby na hipokryzję. Nie tłumaczy tylko jednego: jak Helenie udaje się iść przez życie z całkowitym pominięciem własnych potrzeb. Nie ma to jednak znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę rozwój akcji. Autorka wyostrza krzywdę dzieci – przez pomysł na fabułę. Owszem, przerysowuje, doprowadza jedną z postaci do szaleństwa, żeby zniszczyć wszystko i żeby uzasadnić wielkie krzywdy dziecka. Przygotowuje sobie także grunt na kolejną historię, chociaż dramat psychologiczny to coś innego niż przyjemna obyczajówka – odbiorcy, którzy raz zanurzą się w tym świecie, poznają jego koszmar i niekoniecznie znajdą wytchnienie. W idealnym świecie nie byłoby rozstań ani rozwodów, nie byłoby zdrad i budowania sobie nowych rodzin – nie byłoby też kłamstw, które krzywdzą innych. Anna H. Niemczynow chce, żeby odbiorcy zastanowili się nad swoimi wyborami i potrzebami. Przedstawia historię bolesną – ale ważną.

wtorek, 4 czerwca 2024

Krystyna Mirek: Kiedy cię spotkałam

Luna, Warszawa 2024.

Ucieczka

Dwie kobiety uciekają z domu, ukrywając się przed sobą nawzajem. Obie trafiają do tej samej sąsiadki i przyjaciółki - przynajmniej na chwilę, zanim wyruszą dalej. Muszą pogodzić się z tym, co je spotkało, muszą przemyśleć sobie pewne sprawy i zastanowić się nad tym, co robić dalej - a do tego nie chcą oceniającego towarzystwa, choćby i najbardziej bliskiego. Zresztą bliskim najtrudniej się czasami przyznać do popełnionych błędów i do życiowych rozczarowań. Magda to nauczycielka języka polskiego. Nie odniosła żadnego wielkiego sukcesu w życiu, jest osobą, za którą nikt się nie obejrzy na ulicy. Samotnie wychowała córkę - rezygnując dla niej z kolejnych możliwych romansów i związków. Wszystko dla dobra dziecka i zapominanie o własnych potrzebach - to strategia, która w pewnym momencie musi zaowocować katastrofą. Magda zaufała niewłaściwemu mężczyźnie, a koszty są znacznie wyższe niż złamane serce. Straci na tym przecież dziecko... Zuza jest owym dzieckiem. Dorasta otoczona miłością, chociaż nie zna ojca. Odnosi sukcesy w pływaniu, wygrywa kolejne konkursy. Podczas treningów poznaje Samuela, ciemnoskórego i bardzo przystojnego chłopaka, który wykazuje zainteresowanie nią. Jednak po początkowych próbach flirtu i po interwencji przyjaciółki Samuel znika - a Zuza nie wie, co się stało. Potrzebuje czasu, żeby uporządkować własne uczucia i pogodzić się z nieszczęśliwą miłością. Znika, żeby nie musieć konfrontować się z matką - która w ostatnich tygodniach zaczęła się zachowywać zupełnie inaczej, najprawdopodobniej jak zakochana.

"Kiedy cię spotkałam" to pogodna obyczajówka Krystyny Mirek, niezbyt skomplikowana, ale ciekawa i pokazująca z różnych perspektyw życiowe dylematy. Dwie kobiety poruszają się w różnych środowiskach - a osoby zaangażowane w ich problemy także mają swoje życiorysy i swoje sprawy - w nie Krystyna Mirek potrafi zaangażować czytelniczki. Dzieje się tu bardzo dużo nie tylko w warstwie emocjonalnej. Owszem, najbardziej autorka akcentuje właśnie ją - ale bez skazywania się na jeden rodzaj uczuć. Nie liczy się wyłącznie nieszczęśliwa miłość, rozczarowanie i cierpienie - każdy musi znaleźć własny sposób na drogę do szczęścia, każdy też musi swoje przeżyć, żeby móc zacząć nowe życie. Cenne w tomie są azyle różnego rodzaju - jeden znajduje się u Amelii, pierwszego przystanku na drodze do ratunku. Inny u Basi - nowej znajomej Magdy. I naprawdę warto pochylić się nad miejscami, które zapewniają ukojenie - bo Krystyna Mirek bardzo umiejętnie je kreuje i przekona do nich odbiorczynie błyskawicznie. W chwilach najgorszego strachu, dramatów i nieszczęść można gdzieś funkcjonować w oderwaniu od trosk - i na tym polegać będzie powodzenie tej książki. "Kiedy cię spotkałam" nie jest opowieścią o relacji matki i córki ani o zawodach miłosnych - to historia o poszukiwaniu szczęścia dla siebie i o zaufaniu. Bardzo kobieca, otwierająca nowy cykl, atrakcyjna dla szerokiego grona czytelniczek. Ta książka przyda się dla wytchnienia i nadziei, to opowieść, która pokazuje, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście - trzeba tylko działać i wierzyć zamiast ucieczki. Ale nawet jeśli ktoś potrzebuje właśnie ucieczki - to i tak nie przekreśla szans na pozytywne rozwiązanie problemów.

czwartek, 2 maja 2024

Anna Szczypczyńska: Glass Hills

Luna, Warszawa 2024.

Odpoczynek

W Szklarskiej Porębie dzieje się coraz gorzej za sprawą pazerności deweloperów. Każdy, kto przyjeżdża w te tereny, chce natychmiast stawiać wielkie, zasłaniające widoki hotele – w efekcie miejscowych nie stać na mieszkania i muszą się wyprowadzać. Mila wie, że coś trzeba zmienić, najchętniej wyrzuciłaby wszystkich ważniaków z dużymi pieniędzmi – i właśnie zyskuje szansę. Trafia na nią bowiem Alex, młody mężczyzna przysłany przez ojca do sfinalizowania projektu budowy hotelu. Alex dość szybko ochrzczony przez Milę Bucem z Warszawy, to typowy karierowicz. Niszczy swoje zdrowie, wciąż wisząc na telefonie. Pracoholizm objawia się u niego kłopotami z organizmem – które Alex zawsze bagatelizuje. Zresztą ataki paniki nie przydarzają mu się zbyt często – więc da się je znieść. Z kolei Mila pracuje w klimatycznej księgarni i szuka sposobu na rozkręcenie biznesu i przyciągnięcie turystów. Posługuje się starą nokią, nie ma smartfona – i nie uważa, że coś przez to traci. Kocha Szklarską Porębę i potrafi pięknie malować – nie są to umiejętności pozwalające na wyrobienie sobie pozycji w świecie biznesmenów, ale tym Mila się w ogóle nie przejmuje. Postanawia walczyć o najbliższe otoczenie – jeśli ona tego nie zrobi, lęki miejscowych ziszczą się błyskawicznie. Na to nie może sobie pozwolić. Nawet jeśli nie dla siebie – mogłaby to zrobić dla dziadka, z którym mieszka po samobójczej śmierci matki. Szklarska Poręba potrzebuje obrońców – a nie kolejnego najazdu turystów. Mila postanawia improwizować. Ma przewagę: zna tereny i ma informacje, które mogą się przydać Alexowi. Próbuje więc niekonwencjonalnych metod – proponuje oprowadzanie po lokalnych atrakcjach nieznanych szerokim masom turystów. Warunek jest nietypowy: oderwanie od gadżetów elektronicznych. Alex stopniowo poznaje uroki otoczenia – dowiaduje się, dlaczego zachowanie go w naturalnym kształcie jest tak ważne dla miejscowych. Mila nie moralizuje i nie tłumaczy wszystkiego przesadnie, stawia na działanie, które zastąpi komentarze – a czytelnicy mogą obserwować metamorfozy bohatera. Nie zabraknie tu i wątków romansowych, chociaż nie będzie Anna Szczypczyńska wykorzystywać każdej okazji do eksponowania tego tematu. Stawia raczej na kojące i krzepiące sceny przeplatające się z niespodziankami dla odbiorców. Proponuje obyczajówkę prostą i ciekawą, alternatywną wizję ucieczki z wielkiego miasta – pozwala zrozumieć lokalny patriotyzm i miłość do miejsca silniejszą niż chęć zarobku. Jest to powieść atrakcyjna dla czytelniczek, które potrzebują ukojenia – tu liczy się właśnie spokój i rezygnacja z wyścigu szczurów, nie ma miejsca na kariery i wielkie wizje – powrót do tradycji to coś, co się sprawdzi. A że Anna Szczypczyńska przy okazji robi reklamę Szklarskiej Porębie – trudno jej się dziwić. Takie lektury przydają się czasem dla odstresowania i rozbudzania ciekawości. Nie ma wyszukanych fabuł ani skomplikowanych relacji interpersonalnych, ważna jest za to atmosfera i ogólne brzmienie. Anna Szczypczyńska dobrze sobie radzi z prowadzeniem narracji – nie szuka eksperymentów, wie, co się sprawdzi i czego oczekiwać od niej będą czytelniczki. „Glass Hills” to rodzaj baśni dla dorosłych – w sam raz na ucieczkę od problemów codzienności.

niedziela, 3 marca 2024

Agnieszka Lingas-Łoniewska: Armin

Luna, Warszawa 2024.

Zapomnienie

To druga część perypetii braci bliźniaków, Milana i Armina – więc raczej przypadkowe czytelniczki po nią nie sięgną. Co Agnieszka Lingas-Łoniewska ma do powiedzenia w sferze powieści erotycznych sprawdzą natomiast te, które życzą jak najlepiej „grzecznemu” bratu. „Armin” to powieść prosta i nieodbiegająca od schematów – a autorka wyraźnie boryka się z deficytami w dziedzinie stosunków damsko-męskich – w obszarze języka polskiego. Ale omija niektóre mielizny i przynajmniej nie zamienia relacji w karykaturę. Jest tu Natalia – bystra i niedająca się poskromić pani prawnik, kobieta, która w życiu prywatnym ma sporo problemów za sprawą chorej psychicznie matki i ojczyma-oprawcy. Natalia potrzebuje ucieczki od codzienności i dlatego przydaje jej się zaproszenie do ekskluzywnego klubu, klubu, w którym nie uprawia się seksu, ale można zrealizować rozmaite fantazje. Natalia jest najlepszą przyjaciółką Wiktorii – bohaterki romansu z pierwszego tomu. Teraz Wiktoria ma stać się szczęśliwą żoną Milana (ech, to przekonanie autorek powieści romantycznych, że na końcu płomiennego romansu musi czekać ślub), a Natalia szuka zapomnienia z tajemniczym nieznajomym w klubie. Owszem, przekomarza się też z Arminem, ale przeszkadza jej spokój i opanowanie mężczyzny – nie uważa go za obiekt wart uważniejszej obserwacji. Do czasu, bo sam Armin też nie pozostaje niewrażliwy na wdzięki Natalii i coraz bardziej chce bliższego poznania.

Chociaż oczywiście w powieściowym świecie i Natalia, i Armin mają swoje zajęcia i zawody – nie będzie to przesadnie uwypuklane w książce, Agnieszka Lingas-Łoniewska o wiele chętniej odnosi się do ich zachowań po godzinach – wtedy, kiedy mogą w maskach (klub wymaga anonimowości) realizować swoje pragnienia i… łamać zasady. Od czasu do czasu autorka przypomina sobie, że trzeba jeszcze sportretować bohaterów poza sypialnią i jej zamiennikami – ale wówczas nie poświęca zbyt wiele uwagi na rejestrowanie wydarzeń, liczy się wyłącznie tęsknota i oczekiwanie na spotkanie. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że trudno tu będzie zaangażować się w świat powieściowy – ale też w prostym erotyku niekoniecznie o to chodzi (tu z kolei poprzeczkę wysoko ustawiły zagraniczne autorki cykli young adults, rozwijające równie dobrze wątki seksualne jak i obyczajowe). Przeprowadza zatem Agnieszka Lingas-Łoniewska czytelniczki od seksu do seksu, rezygnując z psychologicznych pogłębień czy choćby uzasadnień niektórych postanowień. Co ciekawe, decyduje się też na rozwijanie wielkiej miłości – nie zamierza skupiać się wyłącznie na erotycznym spełnieniu, dokłada do tego szereg uczuć i rezygnuje z ich uzasadniania. Czytelniczkom spragnionym opisów zbliżeń i tak to powinno wystarczyć. „Armin” to powieść o niezbyt rozbudowanej intrydze, w dodatku od początku oczywistej dla odbiorczyń – i tylko tajemniczej dla bohaterki. Niewymagający erotyk jest jednak sprawnie napisany, jako literatura dla mas wystarczy. Z pewnością te panie, które nie szukają fabuł, a wyłącznie silnych emocji, będą mogły w tej książce znaleźć coś dla siebie.

poniedziałek, 26 lutego 2024

Hanna Cygler: Największy skarb

Luna, Warszawa 2024.

Pościg przez Afrykę

Joy Makeba urodziła się w Afryce i doskonale zna bolączki społeczeństwa: wszystkie jego słabe strony. Bardzo chciałaby zostać dziennikarką, teraz pracuje jako stażystka w jednej z lokalnych gazet. Wykonuje najtrudniejsze zadania w nadziei na to, że zostanie dostrzeżona i doceniona. Czeka ją nie lada wyzwanie: zostaje wysłana do centrum burzliwych wydarzeń. W jednej z wiosek zginęła dwójka małych dzieci. Joy wie doskonale, że kilkulatki często są w tym rejonie porywane – i niemal niemożliwe staje się ich uratowanie. Postanawia jednak – w ramach zbierania materiałów do reportażu – przeprowadzić śledztwo. Liczy na mały cud: zdaje sobie sprawę z tego, że lokalna policja nie zrobi nic, żeby ocalić dzieci – tym mocniej angażuje się w amatorskie poszukiwania. Joy w wyprawie ma towarzyszyć Natan, znajomy z Polski – sympatyczny i przystojny człowiek, którego niedawno poznała. Tyle tylko, że na umówione spotkanie Natan nie przybywa sam – towarzyszy mu kobieta, która najprawdopodobniej jest poszukiwana jako porywaczka pewnej księżniczki. Melinda jednak daje się lubić i staje się intrygującą towarzyszką podróży – nawet jeśli przekreśla nadzieje Joy na romantyczne sam na sam z Natanem.

Hanna Cygler „Największym skarbem” pokazuje, że umie odkrywać Afrykę. Nie zajmuje się przesadnie opisami otoczenia, a w mentalności ludzi wyszukuje motywy, które są uniwersalne – zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. A jednak udaje jej się stworzyć powieść tętniącą Afryką, egzotyczną w warstwie plastycznej narracji i ciekawą w intrydze. Stawia na silne emocje i realne zagrożenia, nawet jeśli czasami strach podszeptuje scenariusze gorsze niż te zrealizowane. Przy tym pisze lekko – nie ma tu zgrzytów w przedstawianiu wydarzeń, a uwaga odbiorców koncentruje się przede wszystkim na dwóch sprawach: kwestii porwanych maluchów i tożsamości współpodróżniczki. Joy Makeba to postać, która budzi sympatię – zwłaszcza że potrafi przyznać się do najskrytszych uczuć i do pomyłek lub poszukiwań w kwestiach sercowych. Chociaż zaangażowana i pełna dobrej woli, trafia na ludzi, którzy będą wobec niej bezwzględni i którzy wykorzystają jej naiwność. Ale Hanna Cygler nie poprzestaje na tym – wplata w opowieść kolejne, dalszoplanowe a ważne społecznie motywy, między innymi zagadnienie przemocy domowej i brak wyjścia dla afrykańskich ofiar. Odnosi się do ludzkich słabości i w nieoczekiwanych momentach uruchamia je, tak, żeby ubarwić historię – i tak przecież ciekawą i wciągającą. Hanna Cygler wie, jak opisywać rzeczywistość – nie tylko potrafi budować kryminalny szkielet opowieści i realizować go w sprawnej narracji – może też zwracać uwagę odbiorców na charaktery i ludzkie dramaty w wymiarze mikro. A to oznacza, że w zalewie pisanych na kolanie historii z jednym wątkiem – i śledztwem toczącym się przez całą książkę – proponuje coś odświeżającego i dynamicznego, wypełnionego treściami i rozbudzającego ciekawość czytelników. Tu wprawdzie można próbować przewidzieć finał poszukiwań (w obu nurtach), ale autorka zapewnia czytelnikom coś więcej niż tylko rozwiązanie zagadki – podsuwa im szereg niespodzianek związanych z obyczajowością lokalsów. „Największy skarb” to powieść dobrze napisana, klimatyczna i gęsta od wydarzeń. W sam raz dla tych odbiorców, którzy szukają kryminalnej alternatywy wobec skandynawskich thrillerów. Warto po tę powieść sięgnąć.

środa, 21 lutego 2024

Parker S. Huntington: Podłe kłamstwa

Luna, Warszawa 2024.

Pragnienie zemsty

Parker S. Huntington tworzy powieść erotyczną, którą wydawnictwo opatruje ostrzeżeniem, że zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia i wątki, które "mogą być trudne w odbiorze" - jednak "Podłe kłamstwa" to powieść dość łagodna w swoim brzmieniu, są już na rynku całe serie powieści young adult z większą dawką erotyki i bardziej brutalnymi treściami - można zatem tę (obszerną jak na erotyk) książkę czytać po prostu jak historię obyczajową z wątkami sensacyjnymi. Narrację prowadzą na zmianę Emery i Nash - znają się od dawna, ciągle na siebie wpadają, ich rodziny powiązane są biznesami, a oni sami... przez przypadek się ze sobą przespali, ale niczego od siebie nie chcą. Zresztą dzieli ich dziesięć lat - Emery dopiero wkracza w dorosłość, a Nash jest już wziętym biznesmenem, chociaż wciąż pamięta o biedzie, z jakiej wyszedł. Kiedy rozkręca się akcja książki, to Emery jest biedna - nie tyka funduszu powierniczego, żeby nie uzależnić się od despotycznej matki. Swoje zarobki przeznacza na coś, czego postronni nie zrozumieją - sama śpi kątem w szafie w remontowanym hotelu i prawie nie je. Z kolei Nash otwiera kolejne luksusowe hotele - zatrudnia firmę, w której pracuje Emery. Płaci i wymaga, ale w życiu kieruje się chęcią zemsty. Zamierza zniszczyć rodzinę Emery - bo ta przyczyniła się do śmierci jego ojca. Długo nie dojdzie do odpowiednich wyjaśnień - bo autorka musi zbudować całą otoczkę pożądania bohaterów.

Emery i Nash mają się ku sobie, nawet jeśli sami nie zdają sobie z tego sprawy. Przede wszystkim utrzymują kontakt - jako anonimowi przyjaciele w aplikacji umożliwiającej im również cyberseks. Wymieniają się poglądami, znajdują uśmiech i odprężenie w rozmowach niezależnie od codziennych trudów. Łączy ich przeszłość - ale też szereg przypadków, które jednoznacznie prowadzić mogą do łóżkowych namiętności. Ale w tym Parker S. Huntington jest dość oszczędna, nie sprawia, że bohaterowie rzucają się na siebie przy każdej możliwej okazji, więcej fantazjują niż rzeczywiście się spotykają w celach erotycznych - znacznie więcej miejsca przeznacza autorka na budowanie intrygi. I tutaj wybiera zagadnienie, które pasuje bardziej do erotyków niż do powieści sensacyjnych: stawia na (potencjalny na razie) romans z milionerem, pławienie się w luksusie i zapomnienie o codziennych troskach - i kontrastuje to natychmiast z dumą prowadzącą do wielu wyrzeczeń, z uporem uniemożliwiającym realizację marzeń i z szukaniem słabych punktów drugiej strony. Co ciekawe, dokładnie takie wojny, jak między Emery i Nashem, toczą się w powieściach young adult - z takim samym skutkiem, więc "Podłe kłamstwa" wcale nie kojarzą się z dorosłymi romansami. Przeszkadza w tym odejście od realizmu na rzecz fantazji w obrębie bogactwa i problemów ludzi z wyższych sfer. Za to udała się autorce realizacja. Pisze książkę tak, jakby tworzyła powieść obyczajową, ubiera swoją bohaterkę w nietypowe reakcje na stres - Emery ukojenia szuka w nieznanych powszechnie słowach, które powtarza pod nosem. Trochę idzie momentami w stronę filmowości, kiedy każe bohaterom wykorzystywać burzę do eksponowania uczuć - zupełnie jakby wyładowania atmosferyczne wiązały się z jakimś fetyszem.

Samej warstwy erotycznej nie ma zbyt wiele - więc jeśli ktoś liczy na zbliżenia co kilka stron, może go lektura nie usatysfakcjonować. Na szczęście Parker S. Huntington nie popada w tym temacie w przesadę, rezygnuje z kiczu na rzecz siły uczucia - bardziej to romans niż erotyk.

sobota, 17 lutego 2024

Amy McCulloch: Słońce o północy

Luna, Warszawa 2024.

Wyprawa w pustkę

Amy McCulloch daje się poznać jako autorka mocnych i esencjonalnych thrillerów i nawet jeśli ktoś jest sceptyczny wobec tego gatunku, może znaleźć coś dla siebie w rozłożystych opisach wprowadzanych w kolejnej już książce. "Słońce o północy" to wyprawa na Antarktydę. Wyprawa jak z horroru - bo też i autorka przestrzega stosowania zasad, które pozwalają wzbudzać uczucie grozy w odbiorcach. Olivia wyrusza w podróż do surowej krainy zimna, za kołem podbiegunowym spotka się ze zjawiskiem, którego z własnego doświadczenia nie zna - niezachodzącym w nocy słońcem. Rejs ma być okazją do nawiązywania biznesowych kontaktów i do zaprezentowania się w świecie artystycznym. Ma być też dla Olivii ważny z prywatnych powodów: w rzeczach ukochanego znajduje ona okazały pierścionek zaręczynowy. Tylko że Aaron nie pojawia się na statku i nie odpowiada na wiadomości - zresztą i tak są problemy z zasięgiem i dostępem do internetu. Kiedy wiadomość od niego przychodzi, nie wzbudza żadnych podejrzeń. A przecież Olivia czuje się wyjątkowo samotna, nawet wśród ludzi - skoro nie ma przy niej tego, z którym chciała spędzić wyprawę, skoro nie ma szans na to, żeby dołączył do wycieczki, radość z Antarktydy błyskawicznie blednie. Nie mają już znaczenia zaplanowane atrakcje ani sukcesy zawodowe - Olivia przekonuje się o tym szybko i wcale nie musi znajdować potwierdzenia swojego stanu. Czytelnicy też bez trudu zrozumieją jej emocje - tyle tylko, że nie będą mieć czasu na rozpatrywanie i analizowanie ich. "Słońce o północy" to bowiem wielkie wyzwanie. Odbiorcy wiedzą od początku, że Aaron raczej nie da rady się pojawić na promie ani na Antarktydzie, mogą się łatwo domyślić, że stało się coś złego i coś, co nie jest na porządku dziennym. Olivia jest odcięta od informacji, a sytuacja, w jakiej się znalazła, to sceneria rodem z kryminału. Zamknięte miejsce akcji, do którego nie da się dostać z zewnątrz (nawet jeśli lądowisko dla helikopterów zostanie uruchomione, nie uda się pokonać odległości ani warunków pogodowych - to skuteczna bariera przed dotarciem na statek zmierzający mimo wszystko do celu). Do tego brak wiadomości: internet, nawet wykupiony w specjalnym pakiecie, chodzi raczej słabo albo wcale. Tymczasem Aaron to nie jedyny pasażer, który znika. Najpierw ktoś dybie na życie Olivii: to już nie tylko urojenia stęsknionej za ukochanym kobiety, ale też zestaw nieoczekiwanych wypadków. Wkrótce zresztą na statku zaczyna się hekatomba, która przenosi się też na samą Antarktydę - i żadne atrakcje turystyczne i przyrodnicze nie wynagrodzą bohaterce wydarzeń, które stają się jej udziałem podczas koszmarnej wyprawy. "Słońce o północy" to przegląd koszmarów i sensacji, w pewnym momencie autorka porzuca prawdopodobieństwo i śledztwo na rzecz wywoływania strachu - zapewnia odbiorcom sporo adrenaliny. Fakt, że w pewnym momencie znieczuli na zło, ale będzie jednak czytelnikom pokazywać, jak to jest zostać skazanym na łaskę mordercy. Jest to thriller w dobrym gatunku - za sprawą rozłożystej i trafnej (a do tego bardzo sprawnej) narracji. Amy McCulloch ma odważne pomysły, ale przede wszystkim wie, jak je zaprezentować.

wtorek, 23 stycznia 2024

Katy Hays: Domek z kart

Luna, Warszawa 2024.

Czytanie przeszłości

Katy Hays próbuje stworzyć książkę mroczną i niepokojącą, ale zatrzymuje się na powierzchni prostego kryminału przełamywanego obyczajówką, co oznacza, że nawet odbiorcy, którzy nie lubują się w tarocie i których temat nie przyciągnie – mogą prześledzić wakacyjną przygodę Ann. Bohaterka chce podjąć pracę w Metropolitan Museum of Art, ale dowiaduje się, że nie ma miejsc dla stażystów. Błyskawicznie zostaje przechwycona do miejscowego zespołu The Cloisters – tu będzie mogła zajmować się tym, co ją pasjonuje. Ann zajmuje się badaniem renesansu. Najbardziej pociągają ją kwestie związane z tarotem, odczytywaniem przyszłości z kart – zastanawia się nad tym, czy to możliwe, żeby wiek odrodzenia przyniósł także zabobonne działania ludzi. W swojej nowej pracy poznaje zaledwie kilka osób – wyjątkowych i charakterystycznych. Jest tu Leo, który od początku funduje jej huśtawkę emocji i umiejętnie uwodzi, jest Rachel – przewodniczka świadoma wszystkiego, co dzieje się wokół, jest też Patrick – przenikliwy obserwator. Wszyscy poszukują naukowych odpowiedzi na pytania zadawane sobie niekoniecznie dla stworzenia artykułów czy prac – liczy się dociekliwość i ciekawość, także ta prywatna. Pracownicy z the Cloisters trzymają się razem i decydują na czasem niezwykłe zadania – jak wykorzystanie środków zmieniających postrzeganie rzeczywistości (oczywiście dla celów badawczych). Karty tarota widziane w narkotycznym transie odkrywają swoje tajemnice. Ale to dopiero początek problemów.

„Domek z kart” to ucieczka w krainę, która azylu nie zapewni. Ann – początkowo zagubiona – błyskawicznie odnajduje się w nowej przestrzeni i poznaje jej sekrety. Dowiaduje się, jakich roślin używano dawniej w funkcji leków – i które z nich mogły działać także jako trucizny: w przyklasztornych ogrodach jest ich mnóstwo. Świadomość tej wiedzy powinna w bohaterach budzić grozę – tak, żeby być ostrzeżeniem również dla czytelników. Bo kiedy ktoś straci życie, wszystko wyda się o wiele mniej swojskie. Podróż w przeszłość wiąże się nie tyle z odkrywaniem zwyczajów ludzi żyjących w renesansie – a z przekonywaniem się, do czego są zdolni inni, gnani własnymi żądzami i pragnieniami. Motywacje bohaterów staną się jasne z czasem, najpewniej wtedy, kiedy sami się do nich przyznają. Ale Ann uważnie obserwuje rzeczywistość i wyciąga wnioski. Potrafi też dostrzec rzeczy z reguły skrywane przed wzrokiem innych. To bystrość może jej zapewnić bezpieczeństwo – przynajmniej pod warunkiem, że zdecyduje się zaufać swojej wiedzy i intuicji. Autorka snuje tu jedną intrygę, podaje jedno rozwiązanie, które ma dalekosiężne konsekwencje – to niewiele, zważywszy na fakt, że dobrze radzi sobie z narracją. Co ważne, nie zarzuca czytelników wiadomościami na temat tarota – to przenosi do końcowej tabelki, dla zainteresowanych. Dzięki temu łatwiej jej budować prawdopodobieństwo akcji i budzić ciekawość co do samej fabuły. „Domek z kart” to książka, w której nie dzieje się przesadnie dużo w warstwie treści – za to melodia tekstu może się podobać. To szybka powieść, do przyswojenia w jeden wieczór – ale Katy Hays stawia na niewyeksploatowane w literaturze rozrywkowej tematy i dzięki temu przekonuje do siebie czytelników.

czwartek, 11 stycznia 2024

Danielle Steel: Palazzo

Luna, Warszawa 2023.

Praca

Z powieścią Danielle Steel "Palazzo" czytelniczki będą mieć wielki problem. Z jednej strony jest tu bowiem typowa romansowa historia - znalezienie wielkiej miłości, która będzie antidotum na smutki i problemy. Z drugiej jednak, w warstwie przygotowania: brakuje redakcji i mocnej korekty. Sama autorka powtarza niektóre informacje, albo zastępuje czytelniczki w wychwytywaniu faktów. I to dałoby się wytrzymać. Gorzej, że w tłumaczeniu nie ma mowy o rozróżnianiu podmiotów - zaimki odnoszą się do kompletnie przypadkowych bohaterów, w efekcie trzeba się domyślać, czego lub kogo dotyczą (i nie zawsze jest to możliwe do określenia...). Trzeba się podczas lektury przyzwyczaić do nonszalancji w ramach narracji. To może przeszkadzać i może drażnić - zwłaszcza że nie ma nadziei na poprawę: będzie to trwało przez cały tom. I tylko od odbiorczyń zależy, czy przymkną oko na błędy i zaczną angażować się w konwencjonalną historię o miłości w wyższych sferach, czy odpuszczą na początku.

Danielle Steel trochę inspiruje się historiami wielkich rodów modowych - nie tylko rodzinne katastrofy, ale i imiona są wyraźnym sygnałem dla czytelniczek "Palazzo". Autorka skupia się tu na życiu i wyborach Cosimy Saverio. Dobiegająca czterdziestki kobieta zajmuje się rodzinną firmą i roztacza opiekę nad siostrą - od wypadku, w którym zginęli rodzice, poruszającą się na wózku inwalidzkim - oraz nad bratem-utracjuszem, rozmiłowanym w hazardzie. Cosima nie ma czasu na życie prywatne, chociaż mężczyzna, z którym łączył ją długi romans, zwrócił jej wolność i zażądał budowania innej drogi do szczęścia. Z drugiej strony historii jest Olivier - człowiek z branży, chociaż niekoniecznie w takim wymiarze. Olivier produkuje torebki dla pań w Paryżu. Celuje w klasę średnią, nie może proponować produktów ekskluzywnych, bo nie wytrzymałby konkurencji. Jest jednak zafascynowany pomysłami rodziny Saverio - bardzo chciałby nawiązać współpracę, jednak Cosima nie widzi przestrzeni na otwarcie się na nowe rynki. To kobieta przywiązana do tradycji - czuje się w obowiązku kontynuować to, co wymyślili jej dziadek i ojciec. W tym wszystkim jest jeszcze pałac w Wenecji - miejsce budzące miłe wspomnienia i mnóstwo sentymentów, a zarazem jedyna nadzieja na pozbycie się problemów finansowych. Tyle tylko, że kandydatów do zaopiekowania się pieniędzmi Cosima wokół siebie ma, przynajmniej jednego - za to zdolnego do wszystkiego.

Dużo zmienia się w momencie, gdy Cosima przekonuje się o dobrych intencjach Oliviera. Zyskuje w nim sojusznika i przyjaciela. Powoli podejmuje decyzje, jakich wcześniej nie brała pod uwagę. Wiele zmienia się w jej otoczeniu - zmuszona do działań wbrew własnym pomysłom i oczekiwaniom Cosima dojrzewa. I dowiaduje się czegoś ważnego o sobie. W "Palazzo" wiadomo, że Cosima i Olivier będą finalnie parą żyjącą długo i szczęśliwie - Danielle Steel częstuje odbiorczynie także innymi, pobocznymi romansowymi wątkami. Nie chce przesadnie komplikować uczucia - woli zamienić miłość w źródło spokoju, szczęścia i spełnienia. To oznacza, że lekturę utrzymają tylko te czytelniczki, które zgadzają się na taką konwencję i nie oczekują psychologicznych wynurzeń ani prawdopodobieństwa. Autorka uchyla drzwi do wyższych sfer - i na tym buduje grupę odbiorczyń.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Edyta Folwarska: Romans nad jeziorem Como

Luna, Warszawa 2023.

Po ślubie

Edyta Folwarska nie sili się na udawanie, że opowie czytelniczkom coś zaskakującego - już w tytule nakreśla przebieg akcji, więc łatwiej będzie jej trafić wyłącznie do zainteresowanych prostym czytadłem pań. Jednak "Romans nad jeziorem Como" trochę zaskakuje finałem - nie mieści się za bardzo w konwencji czytadła pokrzepiającego i pocieszającego. Do pewnego momentu jednak wszystko toczy się zgodnie z oczekiwaniami. Anka na własnym ślubie dowiedziała się, że mąż zdradzał ją z jej najlepszą przyjaciółką. Dowiedzieli się o tym również wszyscy weselni goście - bohaterka już wie, że zażąda rozwodu. Na razie jednak potrzebuje przestrzeni dla siebie i doświadczona ciotka wysyła ją do Włoch, do miejsca, w którym urokliwym pensjonatem zarządza jej dobry znajomy. Anka musi zmienić otoczenie, a nie ma lepszego pomysłu na siebie - cierpi za bardzo, żeby przejmować się planami na przyszłość. Postanawia skorzystać z okazji i odpocząć z daleka od środowiska, które bardzo ją skrzywdziło. Nad jeziorem Como niemal od razu poznaje przystojnego Włocha. Alessandro jest uwodzicielem - jak każdy męski przedstawiciel w tym narodzie (przynajmniej według autorek romansów). Podrywa odruchowo i z wyczuciem. Wie, co spotkało Ankę i nie ukrywa swojej fascynacji nią. Wbrew wszelkim przekonaniom o nonsensowności włoskiego romansu Anka postanawia poddać się biegowi wydarzeń. Nie przejmuje się, że skrzywdzi męża - i nie próbuje się na nim odegrać. Wie, że wszystko już stracone i musi tylko wyleczyć się z żalu. A w tym obecność przystojnego Alessandro bardzo pomaga. "Romans nad jeziorem Como" to zatem jednowątkowa historia, która rozgrywa się w przewidzianym przez czytelniczki kierunku i prawie nie przyniesie zaskoczeń. Anka coraz lepiej się we Włoszech bawi, ma szansę na wymazanie z pamięci wiarołomnego małżonka, ale też wreszcie rozwija się jako kobieta. Jeszcze do niedawna rzadko uprawiała seks i nie czuła się zbyt atrakcyjna - Alessandro pozwala jej na nowo uwierzyć w siebie. Okoliczności sprzyjają rozwojowi romansu - bo przecież jeśli pojawią się goście chętni do wynajęcia pokoju, trzeba będzie zwolnić miejsce: Anka sporo czasu spędzi w apartamencie swojego nowego znajomego. Ale Edyta Folwarska stawia na romans, a nie na erotyk: niezbyt często przygląda się temu, co bohaterowie chcieliby ze sobą zrobić. Woli pozostawić niedopowiedzenia i skupić się na rodzącej się wzajemnej fascynacji.

Pisze bardzo prosto i w sposób niepozbawiony błędów: zdarza się, że brakuje korekty i poprawiania literówek, ale czasem też błędy logiczne czy składniowe męczą. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że to książka dla mas, publikacja, po którą sięgną panie spragnione rozrywki i świadome, że nie będzie to powieść z górnej półki, a czytadło na chwilę. "Romans nad jeziorem Como"to historia pokazująca, że warto żyć chwilą - że w każdym momencie może zdarzyć się coś, co radykalnie zmieni życie i wyzwoli przewartościowania. Edyta Folwarska nie ma do opowiedzenia oryginalnej historii - ale stara się dodać otuchy czytelniczkom i czasami trochę ich pouczyć za sprawą aforystycznych sformułowań w różnych miejscach narracji.

środa, 15 listopada 2023

Magdalena Żelazowska: Nowy Jork. Miasto marzycieli

Luna, Warszawa 2023.

Zwyczajność

Nowy Jork autorkę przyciąga i kusi. Nie jest może celem życiowym, ale na pewno wykorzystaną szansą na przygodę. Magdalena Żelazowska zwierza się czytelnikom ze swoich nadziei związanych z tym miastem - ale nie poprzestaje na autobiograficznych wynurzeniach. Stara się po swojemu zdefiniować Nowy Jork i jego mieszkańców, pokazać czytelnikom różnorodność kulturową i zderzenie oczekiwań i rzeczywistości. Bo przecież opowieść o Nowym Jorku nie jest wcale opowieścią o paśmie sukcesów - to także rozczarowania dla tych, którzy uwierzyli w marzenia. Nowy Jork jako miasto zapewnia schronienie i anonimowość, a jednocześnie - zabiera poczucie bezpieczeństwa. Ma różne oblicza i każdemu prezentuje inne - w zależności od potrzeb, oczekiwań i planów. To miejsce, w którym raczej nie da się wzbogacić, mało tego: wysysa oszczędności i siły, wymaga sporych nakładów finansowych od tych, którzy chcą się tu osiedlić. Ale przy tym nowojorczycy nie pytają przeważnie o pochodzenie - nie oceniają przybyszów, każdemu dają szansę na udowodnienie własnej wartości. A może po prostu nie interesują się życiem innych, bo wystarczająco mocno muszą mierzyć się ze swoimi zmartwieniami? Magdalena Żelazowska nie znajdzie jednej pewnej odpowiedzi - ale szuka i to spodoba się czytelnikom.

Na Nowy Jork warto spojrzeć z innej niż najbardziej kojarzona perspektywy - na przykład przez pryzmat najbliższego otoczenia. I ten pomysł może dziwić przy ogromie miasta i przytłaczającej wręcz wielości nacji żyjących ramię w ramię. Autorka przygląda się tematowi bezdomnych i tych, którzy radzą sobie w mieście bogaczy bez wielkiego majątku - a także tym, którzy właśnie w Nowym Jorku mogli zrobić wielkie kariery i tu narodzili się na nowo. Pyta o modę i o przestępstwa, zastanawia się nad przedstawicielami zawodów, które zapewniają niewidzialność zwłaszcza w nastawionym na snobizm społeczeństwie. W tym całym przedziwnym tematyzowanym przeglądzie nie ma miejsca na jednoznaczne gloryfikowanie miasta. Nowy Jork może uwodzić, ale może też przerażać - i obie postawy będą równie istotne. Autorka dzieli się z odbiorcami swoim zachwytem, jednak nie zamierza ubarwiać rzeczywistości. Jeśli coś zasługuje na krytykę, to zapewne skrytykowane zostanie, jeśli coś budzi mieszane uczucia, to tak będzie przedstawione. Subiektywny wybór zagadnień nie przeszkadza w odkrywaniu Nowego Jorku - cała ta lektura przybliża do miasta, rozbudza ciekawość i zachęca do poznawania nowego miejsca. Warto też zaznaczyć, że Magdalena Żelazowska nie poprzestaje na opowiadaniu o Nowym Jorku z różnych perspektyw (bo do swoich obserwacji dodaje również akcenty filmowe, sięga do dzieł twórców z Nowego Jorku, szuka tropów miasta w kulturze popularnej), wykorzystuje również warstwę graficzną: tom przesycony jest zdjęciami i to one będą najbardziej przykuwać uwagę odbiorców. Dzieli się autorka swoją pasją i robi to bardzo udanie: pozwala odbyć podróż po Nowym Jorku nie przez siatkę ulic, a przez ludzi. Dzieje się tu bardzo dużo i sporo się można dowiedzieć, a przecież "Nowy Jork. Miasto marzycieli" to przede wszystkim publikacja rozrywkowa, przeznaczona do czytania dla przyjemności. Poznawanie ludzi i ich pasji odbywa się na marginesie opowieści osobistej i zakorzenionej w prywatnych odkryciach.

piątek, 27 października 2023

Anna H. Niemczynow: Ciche cuda. Z zachwytu nad życiem

Luna, Warszawa 2023.

Przeżycia

Anna H. Niemczynow dała się poznać jako autorka powieści obyczajowych i w swojej książce "Ciche cuda" pisze o protestach wydawniczych w związku z planowanym tomem-zwierzeniem. Z pewnością może trochę zmienić postrzeganie siebie jako autorki, a nadmierna szczerość może jej ułatwić odpowiadanie na najczęstsze pytania ze spotkań autorskich, ale raczej nie pozwoli na poszerzenie grona odbiorców. Przede wszystkim ze względu na to, że "Ciche cuda" są przesycone kaznodziejstwem i to niezbyt szczęśliwie prezentowanym. Autorka przemyca sporo doświadczeń z własnego życia, ale bez przerwy podkreśla, że pokonała trudności dzięki boskiej interwencji. I nawet to nie byłoby problemem w lekturze - bo pisarkom, które zapewniają wytchnienie, odbiorczynie dużo potrafią wybaczyć. Gorzej, że Anna H. Niemczynow nie dopuszcza nawet do świadomości istnienia innych światopoglądów i wyklucza czytelniczki spoza sfery eksponowanej religijności. "Nasz Pan Jezus" czy bezustanne tworzenie kolejnych modlitw i dzielenie się nimi to czynnik, który spowoduje odrzucenie tomu przez sporą grupę odbiorczyń niekoniecznie zgadzających się ze światopoglądem autorki. Religijność Anny H. Niemczynow sama w sobie staje się źródłem negatywnych komentarzy, o czym autorka pisze - krytykowana jest za łączenie wiary z mantrami czy jogą. To jednak nie ma aż tak wielkiego znaczenia jak założenie, że wszyscy mają podobne do niej stanowisko w kwestii Boga i kościelnych ceremonii. Obok religijności jeszcze jedna sprawa powraca jak refren w tej książce: Anna H. Niemczynow podkreśla rolę swojego uśmiechu. Nie pogody ducha, nie radości życia, ale własnie szerokiego uśmiechu obecnego zwłaszcza na fotografiach: podkreślanie faktu, że uważa ten uśmiech za zaletę automatycznie oddala jego naturalność i szczerość, zupełnie jakby zamieniał się w maskę i stanowił sposób na przykrycie rzeczywistych odczuć. Oczywiście ma przynosić nadzieję czytelniczkom, które znalazły się w trudnej sytuacji - dowiedzą się one, że zawsze warto prezentować światu uśmiechnięte oblicze na przekór wszystkiemu - a jednak raczej trudno uwierzyć w intencje autorki.

Anna H. Niemczynow dzieli się z czytelnikami faktycznie trudnymi przeżyciami: doświadczyła rozwodowej traumy (z nieszczęśliwego małżeństwa wyrwała się do kochanka, za co spotkała ją fala krytyki), w domu rodzinnym zetknęła się z brakiem akceptacji i wręcz patologicznymi sytuacjami. Przeszła przez anoreksję i bulimię, uzależnienie od sportu, trudności związane z emigracją i życiem w obcym kraju, doświadczyła molestowania seksualnego w dzieciństwie... mnóstwo dramatów, które mają uwiarygodnić akcję kolejnych powieści. Dzieli się nimi autorka z czytelniczkami otwarcie i jednocześnie podsuwa też własne rozwiązanie na życie: odnalazła ukojenie w wierze. Gorzej, że nie widzi faktu, że nie wszystkim takie podpowiedzi pasują - i że w rzeczywistości zamyka sobie tym samym drogę do porozumienia z częścią potencjalnych czytelniczek. Raczej trudno jest oceniać takie książki od strony literackiej, bo nie o literackość w nich chodzi, stylistyka wypływa bezpośrednio z emocji i niewiele da się z nią zrobić. Zestaw przeżyć i ich rozkład w tomie to również wybór autorki - świadomej warsztatu. Można byłoby jednak chociaż trochę stonować religijność skapującą z co drugiej puenty - nie jest to potrzebne w takim natężeniu i bardziej męczy niż krzepi. Można zrozumieć, że autorka chciała stworzyć tę książkę na pohybel krytykom, jednak nie wszystko się tu udało.

czwartek, 17 sierpnia 2023

Dorota Milli: Kobieta w burzy

Luna, Warszawa 2023.

Do normalności

Trzy bohaterki serii Doroty Milli szukają swojej drogi do szczęścia, a każda z nich ma do pokonania rozmaite trudności (i cechy charakteru). W Sadze nadmorskiej po raz drugi autorka próbuje przekazać czytelniczkom wskazówki dotyczące postępowania w rozmaitych sytuacjach, także tych najbardziej kryzysowych. Wciela w czyn postanowienia i zamiast snuć teorie (które raczej nie zapadną w pamięć), stawia na konfrontację postaci. Oto Julia musi zmierzyć się ze swoim byłym - toksycznym mężczyzną, który w powieści sportretowany został jako osobowość narcystyczna. Autorka najpierw obnaża mechanizmy jego działania, a później wysyła Julię - już przygotowaną psychologicznie - na spotkania, żeby mogła ostatecznie zamknąć za sobą tę historię. Julia wreszcie dostrzega to, o czym mówiła jej terapeutka: widzi sztuczki stosowane przez niegdyś ukochanego i nie daje się zbić z tropu w dyskusjach. Zyskuje siłę, którą będzie mogła kiedyś wykorzystać do budowania nowego związku. Eryka mierząca się z kryzysem wieku średniego otwiera kawiarnię - spełnia swoje marzenie i uczy się żyć w oddali od męża i synów, którym usługiwała. Wreszcie zaczyna być szczęśliwa, zwłaszcza że nie odwrócił się od niej najlepszy przyjaciel i sąsiad, do którego wpadała na kawę. Historia jej relacji z Jerzym pojawia się w retrospekcjach i pokazuje czytelniczkom, jak można budować szczęście mimo wszystko. Jerzy to opoka, człowiek, który zawsze wie, jak zareagować i co powiedzieć. Nawet kiedy sam potrzebuje pomocy, jest blisko i służy wsparciem. Eryka dogaduje się ze swoim mężem i dziećmi: wszyscy potrzebują rozmów i wyjaśnień, jednak powrotu do dawnych porządków już nie będzie - tego kobieta nie oczekuje. Jest jeszcze Aletta. Aletta wciąż mierzy się z żałobą po mentorze. Próbuje umawiać się na randki, ale każdego z potencjalnych partnerów natychmiast drobiazgowo analizuje. Bez wsparcia przyjaciółek nie dowie się, na czym polega jej problem, chociaż najchętniej stawiałaby diagnozy wszystkim kandydatom na partnera. Chociaż potrafi szczegółowo wytłumaczyć, jakie błędy popełniają jej klientki, sama błądzi i przekreśla szanse na swoje szczęście. Ale i ona nie pozostanie sama, krąży wokół niej kilku ciekawych mężczyzn, a poza tym jest jeszcze sprawa detektywistyczna do rozwikłania. Dorota Milli dzięki wprowadzaniu wątku niemal kryminalnego próbuje uatrakcyjnić swoją książkę i sprawić, by czytelniczki chętniej po nią sięgały. Rezygnuje w tej części z długich psychologicznych wywodów, pozwala bohaterkom na nowo odkrywać siebie - to aż trzy historie, które budzić będą zainteresowanie i które wiążą się z odwagą w spełnianiu marzeń już w dorosłym życiu. Bohaterki wyzwalają się tu z ram, uciekają od obowiązków i od oczekiwań innych, muszą dowiedzieć się, czego same pragną, żeby osiągnąć spokój. Cieszy fakt wprowadzania dodatkowych wątków: zwłaszcza motyw dorastającej córki Jerzego, która w Eryce znajduje pomoc w trudnych momentach będzie przyciągać uwagę czytelniczek. Ale więcej jest tu niespodzianek i fabularnych rozwiązań, które zapraszają do lektury. Jest w tekście jeden problem: upodobanie autorki do ignorowania podmiotu domyślnego. Bardzo często w jednym zdaniu zaimki odnoszą się raz do bohaterki, raz do sukienki (lub innego przedmiotu znajdującego się w pobliżu). Oczywiście można odgadnąć, czego lub kogo dotyczy kolejna fraza - ale wypada to bardzo niezgrabnie i zupełnie jakby Dorota Milli nie panowała nad językiem. To coś, co w lekturze razi i wybija z rytmu, zupełnie niepotrzebnie - bo przecież historie, jakie autorka ma do opowiedzenia, nie należą do nudnych.