Wielka Litera, Warszawa 2022.
Uzależnienia
Chociaż Maria Banaszak i Agata Jankowska wychodzą od obrazów szokujących (i akcentujących różnice pokoleniowe), wcale nie poświęcają całego tomu na temat uzależnień wśród młodzieży. Przyciągają uwagę czytelników wizją rozpasania i imprez dzieciaków z bogatych rodzin: wpływają na wyobraźnię za sprawą nadmiaru używek wszelkiego rodzaju, dostępnych na weekendowych spotkaniach. Młodzi ludzie mają swobodny dostęp do nielimitowanych kart kredytowych rodziców, a ponadto - listę wymówek i wytłumaczeń na konsekwencje przedawkowania. Nie przejmują się przyszłością, nie myślą o niebezpieczeństwach. Alkohol, narkotyki i przygodny seks to znak czasów, przynajmniej w tym ujęciu. Rzecz jasna spotkanie nawet kilku rozmówców, którzy przekażą przerażające informacje nie oznacza, że tak zachowuje się całe pokolenie - ani nawet, że temat uzależnień jest nowy i przypisany do obecnej młodzieży. Maria Banaszak i Agata Jankowska próbują jednak zaprosić czytelników do trudnej lektury i przestrzec przed pomysłami puszczanych samopas i wychowywanych bezstresowo nastolatków z dobrych domów. Dość szybko zresztą kończy im się pożywka w postaci pomysłów młodzieży: przechodzą do komentowania uzależnień w ogóle, bez związku z wiekiem, wykształceniem czy doświadczeniami. Zajmą się między innymi uzależnieniami kobiet (które faktycznie są mistrzyniami stwarzania pozorów i długo ukrywają swoje problemy). Przypomną schematy i sposoby przyzwyczajania organizmu do coraz większych dawek narkotyków. Znajdą też miejsce na przypomnienie o substancjach uzależniających stosowanych w medycynie (i podkreślają różnice między mechanizmami uzależnień a kojeniem bólu czy wspomaganiem procesu leczenia). Destrukcyjne pomysły młodych ludzi powracają znowu przy lekach dostępnych bez recepty i dopalaczach - tutaj autorki znów przechodzą do kwestii różnic pokoleniowych. Nie wyczerpują zagadnienia, być może - żeby nie stać się inspiracją dla kolejnych eksperymentujących - ale przedstawiają problem w swoim czasie nagłaśniany przez media, a obecnie nieco zapomniany.
"Hajland. Jak ćpają nasze dzieci" to książka, w której znaleźć można garść wskazówek dla rodziców - zwłaszcza tych podejrzewających swoje pociechy o kontakt z narkotykami. Jest tu i kwestia narkotyków "miękkich" (i ich pozorne bezpieczeństwo), i procesy sprawiające, że jedni się uzależnią, a inni bez problemu zerwą z groźnymi dla zdrowia eksperymentami. Trochę tu uogólnień, zwłaszcza gdy chodzi o stosowanie środków halucynogennych, ale przecież bardziej zależy autorkom na komentowaniu rzeczywistości niż na tworzeniu podręcznika uzależnień. Liczą się tu postawy i schematy ważne dla społeczeństwa, a nie jednostkowe przypadki. Narkotyki i alkohol wyzwalają charakterystyczne mechanizmy - i te mechanizmy w zachowaniach naświetlają obie autorki. Książka ma formę rozmowy, wywiadu-rzeki, w którym najważniejsze są reakcje ludzi na używki. Ci, którzy chcą wprowadzać się w odmienne stany świadomości, zawsze znajdą sposób na odurzanie się - tu nie ma znaczenia dyskusja o sensowności legalizacji narkotyków ani wyczulenie na charakterystyczne postawy. Poradnika, jak postępować z osobą uzależnioną, trzeba szukać gdzie indziej, Maria Banaszak i Agata Jankowska zajmują się charakteryzowaniem rzeczywistości, uświadamiają tym, którzy żyli w błogiej nieświadomości, że tuż obok rozciąga się mroczny świat używek dostępnych także dla młodych ludzi. Tabuizowanie tematu nie pomoże: potrzebne jest właśnie uświadamianie odbiorców w kwestiach zagrożeń i pułapek, a temu ma służyć "Hajland".
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Litera. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 czerwca 2022
piątek, 1 stycznia 2021
Agnieszka Błażyńska: Dorzuć mnie do prezentu
Wielka Litera, Warszawa 2020.
Święta w pandemii
Agnieszka Błażyńska w swojej minipowieści próbowała przewidzieć, jak będą wyglądały bożonarodzeniowe dni w czasach pandemii. Nie wymyśliła wprawdzie ograniczenia do pięciu osób przy stołach, ale parę razy wyszło jej dołożenie do fabuły wydarzeń nietypowych, charakterystycznych dopiero dla 2020 roku. W swoim tomie "Dorzuć mnie do prezentu" przedstawia losy kilku różnych osób - na początku ma się wręcz wrażenie, że zaprasza do zbioru opowiadań, dopiero po pewnym czasie czytelnicy przekonają się, że łączą te drobne teksty bohaterowie. Autorka zmienia perspektywy: prowadzi narrację przez pryzmat różnych postaci, tak, żeby umożliwić czytelnikom wkraczanie w poszczególne rzeczywistości. Bywa tu oczywiście naiwnie, nie można chyba inaczej, jeśli w pierwszej historii stawia autorka na zalążek romansu. Koronawirus to coś, co w tej opowieści funkcjonuje najmocniej: bohaterka dowiaduje się, że jest chora, nie może wychodzić z domu (a właściwie z klitki) i chociaż przyjaciele dostarczają jej zakupy pod drzwi, najwięcej radości sprawia jej... policjant sprawdzający, czy przestrzega zakazu wychodzenia. Sylwester szybko awansuje na przyjaciela, zresztą nie zachowuje się jak typowy funkcjonariusz na służbie: potrafi rozbawić kobietę albo zatroszczyć się o nią. W kolejnych historiach powracają już motywy i klimaty charakterystyczne dla tematyki okołoświątecznej w opowiadaniach i powieściach. Niektórzy nie dogadują się z rodziną, inni chcą sprostać absurdalnie wysokim wymaganiom bliskich. Jedni nie radzą sobie z presją czasu, inni bardzo lubią czas prezentów i spotkań przy choince. Są tacy, którzy akurat teraz znajdują moment na wyjaśnienie zadawnionych konfliktów. Każdy jednak ma prawo do szczęścia - i o tym autorka nie zapomina.
"Dorzuć mnie do prezentu" to wielogłosowa opowieść, albo opowieść z różnych punktów widzenia. Każdy bohater ma swoje motywacje i powody do takiego a nie innego postępowania. To, co decydują się ujawnić swoim bliskim lub nowym znajomym, odsłania się podczas kolejnych historii. Agnieszka Błażyńska wprowadza po kolei bohaterów, których w tle zarysowała w poprzednich relacjach - to umożliwia jej budzenie ciekawości czytelników i szukanie związków do naświetlenia. Jeśli bohater powie, że ma problemy z jednym z domowników, ten domownik może zyskać głos i przedstawić własną wersję wydarzeń prowadzących do tego punktu. Co ważne, autorka nie powtarza fabuły. "Dorzuć mnie do prezentu" to nie jest jeden scenariusz opowiadany na wiele sposobów - to wiele scenariuszy spojonych przez moment świąt.
Pandemia na początku tomu zaprezentowana została dość szczegółowo: w życiu bohaterki wywołuje poważne zmiany zwłaszcza dlatego, że kobieta sama doświadcza choroby. Agnieszka Błażewska każe jej na krótki moment stracić siły: nie chce zbyt wystraszyć czytelników, poza tym potrzebna jest jej kobieta, która jest w stanie myśleć o potencjalnym romansie. Koronawirusa nikt nie lekceważy, chociaż z czasem psychologiczne dylematy zaczynają dominować nad kwestiami zdrowotnymi - i to w wymiarze całej powieści. Błażyńska szuka możliwości urozmaicania narracji przez formy. Zmienia bohaterów, zmienia też sposoby opowiadania historii - u każdego stara się dostrzec wiodące cechy, by wytłumaczyć nawiązywane z innymi relacje. Jest w tym przekonująca, chociaż w pewnym momencie wydaje się, że brakuje jej pomysłu na puentę, więc lawiruje między postaciami, bo tak jej najwygodniej uciec od zakończenia. Jednak mimo wszystko jest to nowe spojrzenie na bożonarodzeniowe klimaty.
Święta w pandemii
Agnieszka Błażyńska w swojej minipowieści próbowała przewidzieć, jak będą wyglądały bożonarodzeniowe dni w czasach pandemii. Nie wymyśliła wprawdzie ograniczenia do pięciu osób przy stołach, ale parę razy wyszło jej dołożenie do fabuły wydarzeń nietypowych, charakterystycznych dopiero dla 2020 roku. W swoim tomie "Dorzuć mnie do prezentu" przedstawia losy kilku różnych osób - na początku ma się wręcz wrażenie, że zaprasza do zbioru opowiadań, dopiero po pewnym czasie czytelnicy przekonają się, że łączą te drobne teksty bohaterowie. Autorka zmienia perspektywy: prowadzi narrację przez pryzmat różnych postaci, tak, żeby umożliwić czytelnikom wkraczanie w poszczególne rzeczywistości. Bywa tu oczywiście naiwnie, nie można chyba inaczej, jeśli w pierwszej historii stawia autorka na zalążek romansu. Koronawirus to coś, co w tej opowieści funkcjonuje najmocniej: bohaterka dowiaduje się, że jest chora, nie może wychodzić z domu (a właściwie z klitki) i chociaż przyjaciele dostarczają jej zakupy pod drzwi, najwięcej radości sprawia jej... policjant sprawdzający, czy przestrzega zakazu wychodzenia. Sylwester szybko awansuje na przyjaciela, zresztą nie zachowuje się jak typowy funkcjonariusz na służbie: potrafi rozbawić kobietę albo zatroszczyć się o nią. W kolejnych historiach powracają już motywy i klimaty charakterystyczne dla tematyki okołoświątecznej w opowiadaniach i powieściach. Niektórzy nie dogadują się z rodziną, inni chcą sprostać absurdalnie wysokim wymaganiom bliskich. Jedni nie radzą sobie z presją czasu, inni bardzo lubią czas prezentów i spotkań przy choince. Są tacy, którzy akurat teraz znajdują moment na wyjaśnienie zadawnionych konfliktów. Każdy jednak ma prawo do szczęścia - i o tym autorka nie zapomina.
"Dorzuć mnie do prezentu" to wielogłosowa opowieść, albo opowieść z różnych punktów widzenia. Każdy bohater ma swoje motywacje i powody do takiego a nie innego postępowania. To, co decydują się ujawnić swoim bliskim lub nowym znajomym, odsłania się podczas kolejnych historii. Agnieszka Błażyńska wprowadza po kolei bohaterów, których w tle zarysowała w poprzednich relacjach - to umożliwia jej budzenie ciekawości czytelników i szukanie związków do naświetlenia. Jeśli bohater powie, że ma problemy z jednym z domowników, ten domownik może zyskać głos i przedstawić własną wersję wydarzeń prowadzących do tego punktu. Co ważne, autorka nie powtarza fabuły. "Dorzuć mnie do prezentu" to nie jest jeden scenariusz opowiadany na wiele sposobów - to wiele scenariuszy spojonych przez moment świąt.
Pandemia na początku tomu zaprezentowana została dość szczegółowo: w życiu bohaterki wywołuje poważne zmiany zwłaszcza dlatego, że kobieta sama doświadcza choroby. Agnieszka Błażewska każe jej na krótki moment stracić siły: nie chce zbyt wystraszyć czytelników, poza tym potrzebna jest jej kobieta, która jest w stanie myśleć o potencjalnym romansie. Koronawirusa nikt nie lekceważy, chociaż z czasem psychologiczne dylematy zaczynają dominować nad kwestiami zdrowotnymi - i to w wymiarze całej powieści. Błażyńska szuka możliwości urozmaicania narracji przez formy. Zmienia bohaterów, zmienia też sposoby opowiadania historii - u każdego stara się dostrzec wiodące cechy, by wytłumaczyć nawiązywane z innymi relacje. Jest w tym przekonująca, chociaż w pewnym momencie wydaje się, że brakuje jej pomysłu na puentę, więc lawiruje między postaciami, bo tak jej najwygodniej uciec od zakończenia. Jednak mimo wszystko jest to nowe spojrzenie na bożonarodzeniowe klimaty.
wtorek, 27 października 2020
Martyna Skura: Podróże na własnej skurze
Wielka Litera, Warszawa 2020.
Jak najdalej
Martyna Skura wyzwania uwielbia, decyduje się na życie, jakiego wielu czytelników by nie wybrało, nawet jeśli deklaruje chęć podróżowania po świecie. Na dziewięć lat opuszcza Polskę, żeby podejmować się pracy w różnych krajach i przemierzać glob. Trafia między innymi do Meksyku, Kenii czy Chin, mieszka przez pewien czas w Gruzji. Jest autorką bloga, która napisała swoją książkę – jednak książkę w treści różniącą się od wielu kolorowych publikacji. „Podróże na własnej skurze” to opowieść nietypowa, bo pokazująca zaplecze raju i nie tylko jasne strony życia nomady. To, co pozostało tu z blogów, to krótkie teksty. Martyna Skura po pierwsze – nigdy nie zamierza w pełni zaspokajać ciekawości czytelników, ucieka czasem od pikantnych konkretów, bywa, że tylko sygnalizuje coś, co mogłoby naprawdę zaintrygować albo wymagało większych objaśnień. Nie fabularyzuje i nie przedstawia szczegółów w relacjach międzyludzkich. Od czasu do czasu odwołuje się do doświadczeń koleżanek, które tak jak ona przemieszczają się swobodnie po świecie i zbierają różne przemyślenia na temat takiego życia. Ten tom nie jest na pewno przesłodzoną relacją z folderów reklamowych biur podróży. Jeśli ktoś waha się, czy dla niego jest koczownicze funkcjonowanie – choćby na krótszy odcinek czasu – po lekturze może upewnić się, że lepiej mu będzie we własnym domu. Blogowe – a raczej typowe dla książek tworzonych przez blogerów – jest też wypełnianie tomu zdjęciami. Mnóstwo tu fotografii, które przynajmniej trochę pokazują, co może oglądać autorka, która podjęła ryzyko i funkcjonuje w obcej sobie kulturze. Wszystko ma swoją cenę: obrazki, które budzą zazdrość, towarzyszą znacznie mniej optymistycznym opisom. Martyna Skura może nie narzeka na los, który sobie wybrała, ale przez całą książkę karmi czytelników rozmaitymi przestrogami. Daleka jest od zachęcania do pójścia w swoje ślady – raczej przygotowuje idealistów na to wszystko, co może ich spotkać za granicą.
Rozpoczyna się ta książka od problemów mieszkaniowych: wszelkiego rodzaju awarie, usterki i niedobory prądu lub wody (o internecie nie wspominając) w Polsce bywają uciążliwe, ale proste do wyeliminowania. Za granicą mogą urosnąć do rangi poważnego problemu: wiele miesięcy w zimnie czy brodzenie w wodzie z wciąż pękających rur to może być trudna do zniesienia codzienność na sporą część roku. Martyna Skura opowiada o rozmaitych niewygodach i uciążliwościach, do których po prostu nie da się przyzwyczaić. Kończy książkę przeglądem chorób i problemów zdrowotnych – również bardziej przerażających, gdy w pobliżu nie ma nikogo, kto pomógłby lub chociaż pocieszył. Po drodze zajmie się między innymi kwestią bezpieczeństwa, znajomości, możliwości awaryjnego powrotu do rodziny, dostosowywania się do miejscowych zasad, posiłków. Pyta o poczucie kobiecości. W każdym miejscu istnieje osobny niepisany zestaw zasad postępowania – lepiej się do niego stosować, żeby uniknąć licznych przykrości. Jeśli zatem autorka na zdjęciach prezentuje promienny uśmiech – nie zawsze warto jej wierzyć, znacznie bardziej przekonują wstrząsające często wyznania z kart tej książki. I dzięki temu „Podróże na własnej skurze” to tom, który ma szansę przebić się do świadomości odbiorców spoza blogowego grona.
Jak najdalej
Martyna Skura wyzwania uwielbia, decyduje się na życie, jakiego wielu czytelników by nie wybrało, nawet jeśli deklaruje chęć podróżowania po świecie. Na dziewięć lat opuszcza Polskę, żeby podejmować się pracy w różnych krajach i przemierzać glob. Trafia między innymi do Meksyku, Kenii czy Chin, mieszka przez pewien czas w Gruzji. Jest autorką bloga, która napisała swoją książkę – jednak książkę w treści różniącą się od wielu kolorowych publikacji. „Podróże na własnej skurze” to opowieść nietypowa, bo pokazująca zaplecze raju i nie tylko jasne strony życia nomady. To, co pozostało tu z blogów, to krótkie teksty. Martyna Skura po pierwsze – nigdy nie zamierza w pełni zaspokajać ciekawości czytelników, ucieka czasem od pikantnych konkretów, bywa, że tylko sygnalizuje coś, co mogłoby naprawdę zaintrygować albo wymagało większych objaśnień. Nie fabularyzuje i nie przedstawia szczegółów w relacjach międzyludzkich. Od czasu do czasu odwołuje się do doświadczeń koleżanek, które tak jak ona przemieszczają się swobodnie po świecie i zbierają różne przemyślenia na temat takiego życia. Ten tom nie jest na pewno przesłodzoną relacją z folderów reklamowych biur podróży. Jeśli ktoś waha się, czy dla niego jest koczownicze funkcjonowanie – choćby na krótszy odcinek czasu – po lekturze może upewnić się, że lepiej mu będzie we własnym domu. Blogowe – a raczej typowe dla książek tworzonych przez blogerów – jest też wypełnianie tomu zdjęciami. Mnóstwo tu fotografii, które przynajmniej trochę pokazują, co może oglądać autorka, która podjęła ryzyko i funkcjonuje w obcej sobie kulturze. Wszystko ma swoją cenę: obrazki, które budzą zazdrość, towarzyszą znacznie mniej optymistycznym opisom. Martyna Skura może nie narzeka na los, który sobie wybrała, ale przez całą książkę karmi czytelników rozmaitymi przestrogami. Daleka jest od zachęcania do pójścia w swoje ślady – raczej przygotowuje idealistów na to wszystko, co może ich spotkać za granicą.
Rozpoczyna się ta książka od problemów mieszkaniowych: wszelkiego rodzaju awarie, usterki i niedobory prądu lub wody (o internecie nie wspominając) w Polsce bywają uciążliwe, ale proste do wyeliminowania. Za granicą mogą urosnąć do rangi poważnego problemu: wiele miesięcy w zimnie czy brodzenie w wodzie z wciąż pękających rur to może być trudna do zniesienia codzienność na sporą część roku. Martyna Skura opowiada o rozmaitych niewygodach i uciążliwościach, do których po prostu nie da się przyzwyczaić. Kończy książkę przeglądem chorób i problemów zdrowotnych – również bardziej przerażających, gdy w pobliżu nie ma nikogo, kto pomógłby lub chociaż pocieszył. Po drodze zajmie się między innymi kwestią bezpieczeństwa, znajomości, możliwości awaryjnego powrotu do rodziny, dostosowywania się do miejscowych zasad, posiłków. Pyta o poczucie kobiecości. W każdym miejscu istnieje osobny niepisany zestaw zasad postępowania – lepiej się do niego stosować, żeby uniknąć licznych przykrości. Jeśli zatem autorka na zdjęciach prezentuje promienny uśmiech – nie zawsze warto jej wierzyć, znacznie bardziej przekonują wstrząsające często wyznania z kart tej książki. I dzięki temu „Podróże na własnej skurze” to tom, który ma szansę przebić się do świadomości odbiorców spoza blogowego grona.
niedziela, 12 kwietnia 2020
Margaret Atwood: Testamenty
Wielka Litera, Warszawa 2020.
Najsilniejsza płeć
W „Testamentach” Margaret Atwood wraca do świata, który przedstawiła czytelnikom w „Opowieści Podręcznej” - tyle że po latach. Teraz Gilead chyli się ku upadkowi, wszystko wskazuje na to, że Republika przestanie istnieć, zresztą nawet jeśli nie zniszczą jej zewnętrzne przyczyny, rozpadnie się od środka. Oto Podręczne, których każdy bogaty mężczyzna może mieć po kilka – tak, by któraś na pewno dała mu upragnionego potomka – wydają na świat słabe i chore dzieci, jeśli już uda się w ogóle donosić ciążę. Same Podręczne, nawet otoczone najlepszą opieką, też umierają. Marty przyglądają się temu i współczują, ale nie mogą pomóc – poza zwykłym ludzkim wsparciem. Ciotki uznają, że tak jest urządzona rzeczywistość i nie ma co się szarpać. Gilead to przyzwolenie na zło w każdej postaci – do tego stopnia, że wszyscy wiedzą o skłonnościach dentysty-pedofila, a jednak posyłają do niego kolejne młode dziewczyny, tak, by przekonały się o znaczeniu penisów w „dorosłym” życiu. I tak Margaret Atwood przeprowadza odbiorców od skandalu do skandalu, od szoku do szoku – żeby przypomnieć, że Gilead nie ma szans na przetrwanie. Odbiorcy mają wgląd w codzienność kilku klas, mogą sprawdzać, jak wygląda edukowanie młodych dziewcząt i przygotowywanie ich do roli Podręcznej, jak wobec niewinnych i naiwnych umysłów zachowują się opiekunki. Jedna z bohaterek przedstawia cały system wychowania, jest przewodniczką po tym, z czym musi się mierzyć – a przytaczane przez nią rewelacje to dla czytelników wyraźny sygnał zbliżającego się upadku. Gilead pożera się sam od środka. I nikt nie będzie po tej przestrzeni płakać – nawet jeśli do pewnego momentu można było doceniać absurdalne wcielane w życie pomysły, przychodzi czas opamiętania i tęsknoty za wolnością. To poprowadzi do odwagi i do czynów, które w normalnych okolicznościach nie przyszłyby nikomu do głowy.
Dla dziewczyn, które szykowane są do roli Podręcznych – albo które na własnej skórze przekonały się, że ich ambicje i charaktery nie są nic warte z perspektywy dojrzałych mężczyzn – bo liczy się najpierw tylko młodość i świeżość, a później możliwości rozpłodowe – nie ma już nadziei. Gilead nie oferuje im nic, w zamian za posłuszeństwo można tylko znosić kolejne upokorzenia i cierpienia. I Margaret Atwood otwiera w tym punkcie drogę do budowania sensacji, co bardzo służy powieści. „Testamenty” jawią się bowiem jako skrzyżowanie historii mocno politycznej (wprawdzie odnoszącej się do wyimaginowanego świata, jednak czerpiącej z mechanizmów znanych z systemów totalitarnych), obyczajowo-społecznej (cała sfera podziałów klasowych i tego, jak w obrębie poszczególnych kręgów radzą sobie ich przedstawicielki) oraz kryminalnych (tam, gdzie w grę wchodzi śmierć w obronie własnych przekonań). Jest to książka doskonale skomponowana, nie rozczarowuje ani w planie fabuły, ani – narracji, a do tego przynosi sporo materiału do zastanowienia. Margaret Atwood przy okazji może odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących Podręcznych i ich rzeczywistości z perspektywy czasu.
Najsilniejsza płeć
W „Testamentach” Margaret Atwood wraca do świata, który przedstawiła czytelnikom w „Opowieści Podręcznej” - tyle że po latach. Teraz Gilead chyli się ku upadkowi, wszystko wskazuje na to, że Republika przestanie istnieć, zresztą nawet jeśli nie zniszczą jej zewnętrzne przyczyny, rozpadnie się od środka. Oto Podręczne, których każdy bogaty mężczyzna może mieć po kilka – tak, by któraś na pewno dała mu upragnionego potomka – wydają na świat słabe i chore dzieci, jeśli już uda się w ogóle donosić ciążę. Same Podręczne, nawet otoczone najlepszą opieką, też umierają. Marty przyglądają się temu i współczują, ale nie mogą pomóc – poza zwykłym ludzkim wsparciem. Ciotki uznają, że tak jest urządzona rzeczywistość i nie ma co się szarpać. Gilead to przyzwolenie na zło w każdej postaci – do tego stopnia, że wszyscy wiedzą o skłonnościach dentysty-pedofila, a jednak posyłają do niego kolejne młode dziewczyny, tak, by przekonały się o znaczeniu penisów w „dorosłym” życiu. I tak Margaret Atwood przeprowadza odbiorców od skandalu do skandalu, od szoku do szoku – żeby przypomnieć, że Gilead nie ma szans na przetrwanie. Odbiorcy mają wgląd w codzienność kilku klas, mogą sprawdzać, jak wygląda edukowanie młodych dziewcząt i przygotowywanie ich do roli Podręcznej, jak wobec niewinnych i naiwnych umysłów zachowują się opiekunki. Jedna z bohaterek przedstawia cały system wychowania, jest przewodniczką po tym, z czym musi się mierzyć – a przytaczane przez nią rewelacje to dla czytelników wyraźny sygnał zbliżającego się upadku. Gilead pożera się sam od środka. I nikt nie będzie po tej przestrzeni płakać – nawet jeśli do pewnego momentu można było doceniać absurdalne wcielane w życie pomysły, przychodzi czas opamiętania i tęsknoty za wolnością. To poprowadzi do odwagi i do czynów, które w normalnych okolicznościach nie przyszłyby nikomu do głowy.
Dla dziewczyn, które szykowane są do roli Podręcznych – albo które na własnej skórze przekonały się, że ich ambicje i charaktery nie są nic warte z perspektywy dojrzałych mężczyzn – bo liczy się najpierw tylko młodość i świeżość, a później możliwości rozpłodowe – nie ma już nadziei. Gilead nie oferuje im nic, w zamian za posłuszeństwo można tylko znosić kolejne upokorzenia i cierpienia. I Margaret Atwood otwiera w tym punkcie drogę do budowania sensacji, co bardzo służy powieści. „Testamenty” jawią się bowiem jako skrzyżowanie historii mocno politycznej (wprawdzie odnoszącej się do wyimaginowanego świata, jednak czerpiącej z mechanizmów znanych z systemów totalitarnych), obyczajowo-społecznej (cała sfera podziałów klasowych i tego, jak w obrębie poszczególnych kręgów radzą sobie ich przedstawicielki) oraz kryminalnych (tam, gdzie w grę wchodzi śmierć w obronie własnych przekonań). Jest to książka doskonale skomponowana, nie rozczarowuje ani w planie fabuły, ani – narracji, a do tego przynosi sporo materiału do zastanowienia. Margaret Atwood przy okazji może odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących Podręcznych i ich rzeczywistości z perspektywy czasu.
czwartek, 13 lutego 2020
Elizabeth Strout: Olive powraca
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Klasyka
Po „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout zdecydowała się na opowieść-kontynuację, w starym stylu i z rozwianiem wątpliwości dotyczących losów bohaterki. Olive powraca w tomie pod tym tytułem – i powraca w dość minorowych tonach, to znaczy – sporo w książce pożegnań, rozstań i przekonania, że ludzkie życie jest wyjątkowo kruche i krótkotrwałe. Przekonuje się o tym nie tylko Olive, ale i krąg jej znajomych. „Olive powraca” to obyczajówka dla ceniących klasykę. Przede wszystkim Elizabeth Strout kieruje się do stałych fanek zainteresowanych losami bohaterów – ale z łatwością przejmie też grono wielbicieli literatury amerykańskiej z drugiej połowy XX wieku, proponuje niemal modelowy przykład takich narracji. Niemal – bo jednak rozbija opowieść na wiele głosów i wiele postaci. Olive spaja kolejne wątki, jest stałym punktem odniesienia dla sąsiadów i znajomych. Jedni bardzo jej nie lubią lub boją się jej – tak jest często z mężczyznami, automatycznie przyjmującymi zdystansowaną postawę. Z kolei sąsiadki chcą sprostać wymaganiom (czasami wyimaginowanym), jakie stawia przed nimi świadomie bądź nie Olive – same zatem wytwarzają specyficzną atmosferę wokół tej bohaterki. Olive Kitteridge to postać wyrazista i sugestywna, nic dziwnego, że w tym portrecie nie brakuje stereotypów przechodzących też na otoczenie. „Olive powraca” to książka, która w formie nie przyniesie wiele nowatorskich rozwiązań – ale przeprowadza czytelników przez niemal całe dojrzałe życie i starość kobiety. Elizabeth Strout stawia tym razem na poetykę plotki, sięga do drobiazgów, z których składa się codzienne życie. Nie przejmuje się puentami w rozdziałach – raczej pisze tak, by odzwierciedlać zwyczajność. Stawia na mało znaczące rozmowy, niemal rutynę w kolejnych domach – taki klimat pasuje jej do stylu narracji. Powraca do Olive coraz rzadziej, chociaż na początku ta kobieta dość dużo funkcjonuje w opowieści – chodzi o to, żeby przyzwyczaić odbiorców do jej postawy i by dało się skonfrontować egzystencję Olive z wyobrażeniami na jej temat – z zewnątrz.
Wydaje się, że w powieści „Olive powraca” chodzi przede wszystkim o to, żeby zaprezentować przemijanie. Bohaterka traci jednego męża, znajduje sobie nową miłość, ale wie już, że nic w życiu nie jest dane na zawsze. Motyw rozstania z ukochaną osobą pojawia się również w wątkach pobocznych, dość często żałoba dotyka kolejnych postaci. Nie przekłada się to na przygnębienie odbiorców, po prostu taki sposób Elizabeth Strout wybiera, żeby ukazać naturalny bieg rzeczy. W codziennej egzystencji nie ma miejsca na rozważania filozoficzne – a jednak filozofia przenika tę powieść, istnieje w podskórnej warstwie historii. Działa na odbiorców, przekonuje do weryfikowania systemów wartości. A jednocześnie autorka dostarcza obrazków rodzajowych z dość konserwatywnego społeczeństwa.
Klasyka
Po „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout zdecydowała się na opowieść-kontynuację, w starym stylu i z rozwianiem wątpliwości dotyczących losów bohaterki. Olive powraca w tomie pod tym tytułem – i powraca w dość minorowych tonach, to znaczy – sporo w książce pożegnań, rozstań i przekonania, że ludzkie życie jest wyjątkowo kruche i krótkotrwałe. Przekonuje się o tym nie tylko Olive, ale i krąg jej znajomych. „Olive powraca” to obyczajówka dla ceniących klasykę. Przede wszystkim Elizabeth Strout kieruje się do stałych fanek zainteresowanych losami bohaterów – ale z łatwością przejmie też grono wielbicieli literatury amerykańskiej z drugiej połowy XX wieku, proponuje niemal modelowy przykład takich narracji. Niemal – bo jednak rozbija opowieść na wiele głosów i wiele postaci. Olive spaja kolejne wątki, jest stałym punktem odniesienia dla sąsiadów i znajomych. Jedni bardzo jej nie lubią lub boją się jej – tak jest często z mężczyznami, automatycznie przyjmującymi zdystansowaną postawę. Z kolei sąsiadki chcą sprostać wymaganiom (czasami wyimaginowanym), jakie stawia przed nimi świadomie bądź nie Olive – same zatem wytwarzają specyficzną atmosferę wokół tej bohaterki. Olive Kitteridge to postać wyrazista i sugestywna, nic dziwnego, że w tym portrecie nie brakuje stereotypów przechodzących też na otoczenie. „Olive powraca” to książka, która w formie nie przyniesie wiele nowatorskich rozwiązań – ale przeprowadza czytelników przez niemal całe dojrzałe życie i starość kobiety. Elizabeth Strout stawia tym razem na poetykę plotki, sięga do drobiazgów, z których składa się codzienne życie. Nie przejmuje się puentami w rozdziałach – raczej pisze tak, by odzwierciedlać zwyczajność. Stawia na mało znaczące rozmowy, niemal rutynę w kolejnych domach – taki klimat pasuje jej do stylu narracji. Powraca do Olive coraz rzadziej, chociaż na początku ta kobieta dość dużo funkcjonuje w opowieści – chodzi o to, żeby przyzwyczaić odbiorców do jej postawy i by dało się skonfrontować egzystencję Olive z wyobrażeniami na jej temat – z zewnątrz.
Wydaje się, że w powieści „Olive powraca” chodzi przede wszystkim o to, żeby zaprezentować przemijanie. Bohaterka traci jednego męża, znajduje sobie nową miłość, ale wie już, że nic w życiu nie jest dane na zawsze. Motyw rozstania z ukochaną osobą pojawia się również w wątkach pobocznych, dość często żałoba dotyka kolejnych postaci. Nie przekłada się to na przygnębienie odbiorców, po prostu taki sposób Elizabeth Strout wybiera, żeby ukazać naturalny bieg rzeczy. W codziennej egzystencji nie ma miejsca na rozważania filozoficzne – a jednak filozofia przenika tę powieść, istnieje w podskórnej warstwie historii. Działa na odbiorców, przekonuje do weryfikowania systemów wartości. A jednocześnie autorka dostarcza obrazków rodzajowych z dość konserwatywnego społeczeństwa.
czwartek, 16 stycznia 2020
Margaret Atwood: Kamienne posłanie
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Granica wyobraźni
Constance zaczęła tworzyć Alphinlandię na długo przed poznaniem swojego męża – a już po śmierci ukochanego rozrastający się ponad miarę świat pozwolił jej na zachowanie zdrowych zmysłów i przejście żałoby. Teraz Constance może wysłuchiwać komentarzy Ewana z zaświatów – nikogo to nie dziwi, zawsze miała bujną wyobraźnię i nie bała się jej używać. Trzeba przyznać, że Margaret Atwood wie, jak zacząć zbiór opowiadań „Kamienne posłanie”, żeby zapewnić sobie trwałą uwagę odbiorców. Proponuje rzeczywistość trochę oniryczną, ale dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Sam proces tworzenia będzie tu zajmować ważne miejsce – dla kolejnych bohaterów. Constance swój związek przenosi do sfery nie do końca udanych spraw, następne postacie ujawniają sieć zależności i wzajemnych relacji. Bo chociaż „Kamienne posłanie” to zestaw małych form, Margaret Atwood nie ucieka w nim od świata, którym zaintrygowała czytelników. Stopniowo pojawiają się osoby, które pozostawały w tle w jednych historiach – w innych można poznać ich dążenia i marzenia oraz motywacje, jakich nie było widać wcześniej. Autorka umożliwia wnikanie w głąb tej przestrzeni – bez przeszkód, ale i bez pośpiechu. Wie znacznie więcej, niż chce ujawnić – daje czytelnikom szansę snucia własnych historii zanim poznają prawdę. Operuje tym, co znane i tym, co niewytłumaczalne, bawi się zjawiskowo historiami jednostek układającymi się w cały bogaty repertuar wydarzeń. Nawet jeśli nie ma spektakularnej akcji – a trudno czasami o taką w opowiadaniach – liczą się związki międzyludzkie i zależności, które wcześniej były niedostrzegane, a pełnią ważną rolę w budowaniu opowieści. Margaret Atwood przechodzi od zjawiska do zjawiska, porywa się na wielkie komentarze dotyczące malutkich spraw, wyimki rzeczywistości bohaterów rozdmuchuje na olbrzymią skalę – tak, żeby czytelnikom pokazać możliwości tkwiące w literaturze.
Karmi ta autorka odbiorców narracją. W „Kamiennym posłaniu” rzuca się w oczy wyczulenie na słowo i umiejętność prowadzenia relacji niemal bez fabuły – a to dzięki spostrzegawczości. Atwood bardzo lubi podkreślać obecność detali w najbliższym otoczeniu bohaterów, jest w stanie skupiać się na nich prawie całkowicie. Oddala konieczność budzenia silnych emocji przez akcję – może ten sam efekt uzyskać dzięki zabawom tekstowym. „Kamienne posłanie” jest zatem próbą spowolnienia do granic możliwości opowieści. Międzyludzkie relacje rozwijają się swoim trybem, nie ma sensu ich podsycać – i tak nie uda się przyspieszyć historii. A przecież w takiej postawie autorskiej nie ma drwiny z czytelników, jest za to chęć zatrzymania ich nad lekturą. Margaret Atwood może sobie pozwolić na operowanie niepopularnymi środkami – dzięki temu, że jest w swojej książce bardzo precyzyjna i daje się poznać jako wyrafinowana obserwatorka codzienności. Nie umyka jej żaden szczegół relacji międzyludzkich, odnotowuje każdą zależność – i wkleja do refleksji postaci, żeby wypadały jak najbardziej wiarygodnie. Dla tej autorki najważniejsze będzie sedno interpersonalnych kontaktów, cała reszta to tylko dodatek ubarwiający historię.
Granica wyobraźni
Constance zaczęła tworzyć Alphinlandię na długo przed poznaniem swojego męża – a już po śmierci ukochanego rozrastający się ponad miarę świat pozwolił jej na zachowanie zdrowych zmysłów i przejście żałoby. Teraz Constance może wysłuchiwać komentarzy Ewana z zaświatów – nikogo to nie dziwi, zawsze miała bujną wyobraźnię i nie bała się jej używać. Trzeba przyznać, że Margaret Atwood wie, jak zacząć zbiór opowiadań „Kamienne posłanie”, żeby zapewnić sobie trwałą uwagę odbiorców. Proponuje rzeczywistość trochę oniryczną, ale dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Sam proces tworzenia będzie tu zajmować ważne miejsce – dla kolejnych bohaterów. Constance swój związek przenosi do sfery nie do końca udanych spraw, następne postacie ujawniają sieć zależności i wzajemnych relacji. Bo chociaż „Kamienne posłanie” to zestaw małych form, Margaret Atwood nie ucieka w nim od świata, którym zaintrygowała czytelników. Stopniowo pojawiają się osoby, które pozostawały w tle w jednych historiach – w innych można poznać ich dążenia i marzenia oraz motywacje, jakich nie było widać wcześniej. Autorka umożliwia wnikanie w głąb tej przestrzeni – bez przeszkód, ale i bez pośpiechu. Wie znacznie więcej, niż chce ujawnić – daje czytelnikom szansę snucia własnych historii zanim poznają prawdę. Operuje tym, co znane i tym, co niewytłumaczalne, bawi się zjawiskowo historiami jednostek układającymi się w cały bogaty repertuar wydarzeń. Nawet jeśli nie ma spektakularnej akcji – a trudno czasami o taką w opowiadaniach – liczą się związki międzyludzkie i zależności, które wcześniej były niedostrzegane, a pełnią ważną rolę w budowaniu opowieści. Margaret Atwood przechodzi od zjawiska do zjawiska, porywa się na wielkie komentarze dotyczące malutkich spraw, wyimki rzeczywistości bohaterów rozdmuchuje na olbrzymią skalę – tak, żeby czytelnikom pokazać możliwości tkwiące w literaturze.
Karmi ta autorka odbiorców narracją. W „Kamiennym posłaniu” rzuca się w oczy wyczulenie na słowo i umiejętność prowadzenia relacji niemal bez fabuły – a to dzięki spostrzegawczości. Atwood bardzo lubi podkreślać obecność detali w najbliższym otoczeniu bohaterów, jest w stanie skupiać się na nich prawie całkowicie. Oddala konieczność budzenia silnych emocji przez akcję – może ten sam efekt uzyskać dzięki zabawom tekstowym. „Kamienne posłanie” jest zatem próbą spowolnienia do granic możliwości opowieści. Międzyludzkie relacje rozwijają się swoim trybem, nie ma sensu ich podsycać – i tak nie uda się przyspieszyć historii. A przecież w takiej postawie autorskiej nie ma drwiny z czytelników, jest za to chęć zatrzymania ich nad lekturą. Margaret Atwood może sobie pozwolić na operowanie niepopularnymi środkami – dzięki temu, że jest w swojej książce bardzo precyzyjna i daje się poznać jako wyrafinowana obserwatorka codzienności. Nie umyka jej żaden szczegół relacji międzyludzkich, odnotowuje każdą zależność – i wkleja do refleksji postaci, żeby wypadały jak najbardziej wiarygodnie. Dla tej autorki najważniejsze będzie sedno interpersonalnych kontaktów, cała reszta to tylko dodatek ubarwiający historię.
wtorek, 31 grudnia 2019
Michał Głowiński: Papuga i ratlerek
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Strzępki wspomnień
Podział tego tomu pod kątem miejsc pierwodruku lub długości tekstów jest w pełni uzasadniony, ale czytelnicy i tak będą mieli wrażenie, że śledzą jedną opowieść, niekończącą się, za to poszatkowaną ze względu na wymogi dzisiejszych mediów. Michał Głowiński, czy stawia na literaturę, czy na własne wspomnienia, pisze w jeden sposób – tworząc mozaikę fragmentów, odnoszących się w dużej mierze do wojennej przeszłości, traum i konsekwencji tego, co wydarzyło się w Marcu 1968. Kwestia żydowskości i podejścia do Żydów w społeczeństwie bardzo autora porusza – wiele artykułów odnosi się do sytuacji, w których ktoś bezmyślnie – odruchowo, co pokazuje społeczne przyzwolenie na zło – wyraża dezaprobatę albo przynajmniej brak szacunku dla osób pochodzenia żydowskiego. Czasami autor przytacza bardzo drobne scenki, mówiące więcej o charakterze prostego człowieka spotkanego na drodze niż prezentujące rzeczywisty problem o wymiarze społecznym – ale tutaj nie ma mowy o usprawiedliwianiu złośliwości. Głowiński jest bezlitosny wobec tych, którzy określają się jako jego (Żydów) wrogowie: wyzłośliwia się i przedstawia ich w literackich obrazkach w jak najgorszym świetle. Uprawia krytykę połączoną wręcz z literacką agresją – dla czytelników z zewnątrz może być trochę dziwne, że aż do tego stopnia można żywić w sobie nienawiść i podsycać złe emocje. Kolejne portrety z retrospekcji nie mają pokazywać sposobów radzenia sobie z problemami, a podłości maluczkich. Autor próbuje wydobyć z mroków przeszłości trudne chwile, przykrości, które niekoniecznie miały wpływ na późniejsze decyzje czy postawy – ale w danym punkcie biografii stały się na tyle ważne, że pozostały w głowie. Nie poprzestaje na szczęście Głowiński na rozprawianiu się z wyimaginowanymi wrogami, analizuje też inne doświadczenia. Pokazuje odbiorcom, jaki wpływ na psychikę miały doświadczenia wojenne – to na przykład problem chłopca, który boi się zostawać – nawet z kolegami – w zamkniętej przed nauczycielem klasie. Rówieśnicy nie rozumieją takiego lęku i wykorzystują słabość innego dziecka – tak zachowują się dzieci we wszystkich grupach, dla Michała Głowińskiego to jednak dowód na emocjonalną niewrażliwość i niefrasobliwość uczniów.
Kiedy jednak autor odrywa się od krzywd i analizowania w nieskończoność wpływu grozy na psychikę dziecka, może zanurzyć się we wspomnieniach innego rodzaju – i zabrać odbiorców do bardziej znośnych wynurzeń. „Papuga i ratlerek” to tom obszerny i dostarczający czytelnikom wielu różnorodnych uczuć. Dla Głowińskiego ważne jest ocalanie fragmentów przeszłości, dzielenie się swoimi przemyśleniami ubranymi w literacki kostium. Proponuje czytelnikom zestaw opowieści może niespecjalnie lekkich i rozrywkowych, za to pozwalających spojrzeć z innej perspektywy na historię. Michał Głowiński nie przywołuje faktów z podręczników, nie zależy mu na przepisywaniu książek do historii. Uczy przez empatię, chce, żeby odbiorcy zrozumieli jego podejście – i żeby nie zapominali o sprawach najtrudniejszych. „Papuga i ratlerek” to zbiór przemyśleń ocalonych, zakorzenionych w skomplikowanej rzeczywistości, ale do tego jeszcze przefiltrowanych przez spojrzenie humanisty.
Strzępki wspomnień
Podział tego tomu pod kątem miejsc pierwodruku lub długości tekstów jest w pełni uzasadniony, ale czytelnicy i tak będą mieli wrażenie, że śledzą jedną opowieść, niekończącą się, za to poszatkowaną ze względu na wymogi dzisiejszych mediów. Michał Głowiński, czy stawia na literaturę, czy na własne wspomnienia, pisze w jeden sposób – tworząc mozaikę fragmentów, odnoszących się w dużej mierze do wojennej przeszłości, traum i konsekwencji tego, co wydarzyło się w Marcu 1968. Kwestia żydowskości i podejścia do Żydów w społeczeństwie bardzo autora porusza – wiele artykułów odnosi się do sytuacji, w których ktoś bezmyślnie – odruchowo, co pokazuje społeczne przyzwolenie na zło – wyraża dezaprobatę albo przynajmniej brak szacunku dla osób pochodzenia żydowskiego. Czasami autor przytacza bardzo drobne scenki, mówiące więcej o charakterze prostego człowieka spotkanego na drodze niż prezentujące rzeczywisty problem o wymiarze społecznym – ale tutaj nie ma mowy o usprawiedliwianiu złośliwości. Głowiński jest bezlitosny wobec tych, którzy określają się jako jego (Żydów) wrogowie: wyzłośliwia się i przedstawia ich w literackich obrazkach w jak najgorszym świetle. Uprawia krytykę połączoną wręcz z literacką agresją – dla czytelników z zewnątrz może być trochę dziwne, że aż do tego stopnia można żywić w sobie nienawiść i podsycać złe emocje. Kolejne portrety z retrospekcji nie mają pokazywać sposobów radzenia sobie z problemami, a podłości maluczkich. Autor próbuje wydobyć z mroków przeszłości trudne chwile, przykrości, które niekoniecznie miały wpływ na późniejsze decyzje czy postawy – ale w danym punkcie biografii stały się na tyle ważne, że pozostały w głowie. Nie poprzestaje na szczęście Głowiński na rozprawianiu się z wyimaginowanymi wrogami, analizuje też inne doświadczenia. Pokazuje odbiorcom, jaki wpływ na psychikę miały doświadczenia wojenne – to na przykład problem chłopca, który boi się zostawać – nawet z kolegami – w zamkniętej przed nauczycielem klasie. Rówieśnicy nie rozumieją takiego lęku i wykorzystują słabość innego dziecka – tak zachowują się dzieci we wszystkich grupach, dla Michała Głowińskiego to jednak dowód na emocjonalną niewrażliwość i niefrasobliwość uczniów.
Kiedy jednak autor odrywa się od krzywd i analizowania w nieskończoność wpływu grozy na psychikę dziecka, może zanurzyć się we wspomnieniach innego rodzaju – i zabrać odbiorców do bardziej znośnych wynurzeń. „Papuga i ratlerek” to tom obszerny i dostarczający czytelnikom wielu różnorodnych uczuć. Dla Głowińskiego ważne jest ocalanie fragmentów przeszłości, dzielenie się swoimi przemyśleniami ubranymi w literacki kostium. Proponuje czytelnikom zestaw opowieści może niespecjalnie lekkich i rozrywkowych, za to pozwalających spojrzeć z innej perspektywy na historię. Michał Głowiński nie przywołuje faktów z podręczników, nie zależy mu na przepisywaniu książek do historii. Uczy przez empatię, chce, żeby odbiorcy zrozumieli jego podejście – i żeby nie zapominali o sprawach najtrudniejszych. „Papuga i ratlerek” to zbiór przemyśleń ocalonych, zakorzenionych w skomplikowanej rzeczywistości, ale do tego jeszcze przefiltrowanych przez spojrzenie humanisty.
wtorek, 24 grudnia 2019
Witold Bereś, Artur Więcek "Baron": Tischner. Podróż. Wydanie uzupełnione
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Kolaż
Ta publikacja ukazuje się na rynku uzupełniona o „nieznane kazania” księdza Józefa Tischnera (kilka stron) czy o tekst o Tischnerze wobec SB – stanowi to niewielki ułamek całości, ale i tak na wznowienie książka zasługuje z tego względu, że jest sposobem dla mas na odkrywanie filozofii i biografii księdza. To, co jest jej największą zaletą – przystępność i brak dłużyzn – staje się też dla niektórych największą wadą, bo trudno jest przejść przez poszatkowany materiał i wielogłosowe charakterystyki raz po raz przerywane kolejnymi komentarzami. Witold Bereś i Artur Więcej wybrali sobie kolażowy sposób prezentowania postaci – całkiem wygodny z ich punktu widzenia, bo nie narzucają czytelnikom własnej narracji (więc i własnych opinii), odrywają się od tego, co udało się zgromadzić i nie przetrawiają już istniejących zapisków. Cytują drobne, przeważnie jednoakapitowe wypowiedzi różnych ludzi. Sięgają po opinie członków rodziny księdza Tischnera, wypytują o niego górali, sąsiadów, ale sprawdzają też, jak ten człowiek przewija się przez wypowiedzi dziennikarzy czy osób znanych. Uzyskują zatem komentarze na różne tematy, portretują Tischnera z wielu stron – w zależności od tego, kto się akurat wypowiada, mogą uzyskać nieosiągalne w inny sposób spostrzeżenia. Fragmentaryczność oznacza, że muszą sięgać po konkrety, nie wolno im pozwolić na rozwlekłość i rozgadanie, na długie rozbiegówki czy na powtarzanie faktów – tutaj każdy z rozmówców skupia się na tym, co dla niego akurat najważniejsze i przedstawia to błyskawicznie. Wypowiedzi komentują się wzajemnie, to znaczy są tak przytaczane, żeby czytelnicy jak najmniej odczuwali wyboistość takiej narracji. Więcek i Bereś ułatwiają sobie tym samym zadanie: znikają z bezpośredniej narracji, pozostają za to przy układzie kompozycyjnym. Mają dla czytelników garść ciekawostek, tyle tylko, że nie wybiją z wrażenia, że można by przytoczyć więcej anegdot i więcej faktów, gdyby postawić jednak na litą narrację budowaną na podstawie zgromadzonych informacji.
Na pewno nie chodzi w tomie „Tischner. Podróż” o budowanie pełnej biografii – taki zamiar nie ma szans powodzenia. Bereś i Więcej proponują czytelnikom uzupełnienie wiadomości życiorysowych. Wytyczają albo nietypowe obszary działalności księdza Tischnera i pomysły na działalność „zawodową” (jak na przykład msze dla dzieci), albo – zajmują się tematami politycznymi. Pokazują, jak ten autor pozwalał społeczeństwu zrozumieć filozofię, a czasami analizują szczegóły z jego życia prywatnego. Wielu rozmówców przytacza anegdoty i żarty wygłaszane przez Tischnera przy różnych okazjach, bo bez tego nie udałoby się stworzyć wyrazistego portretu. Cytaty z innych są czasami komentowane cytatami z pism samego bohatera tomu – w ramach uzupełnienia. I przez bardzo długi czas nic tu się nie będzie zmieniać, albo czytelnicy zaakceptują rodzaj przyjętej narracji, albo będą się męczyć z ciągłymi zmianami autorów wypowiedzi i z brakiem wniosków, które mimo wszystko by się przydały. „Tischner. Podróż” to książka, która pozwala odrobinę poznać życie i filozofię twórczą Józefa Tischnera – nie jest to dużo, ale na początek wystarczy.
Kolaż
Ta publikacja ukazuje się na rynku uzupełniona o „nieznane kazania” księdza Józefa Tischnera (kilka stron) czy o tekst o Tischnerze wobec SB – stanowi to niewielki ułamek całości, ale i tak na wznowienie książka zasługuje z tego względu, że jest sposobem dla mas na odkrywanie filozofii i biografii księdza. To, co jest jej największą zaletą – przystępność i brak dłużyzn – staje się też dla niektórych największą wadą, bo trudno jest przejść przez poszatkowany materiał i wielogłosowe charakterystyki raz po raz przerywane kolejnymi komentarzami. Witold Bereś i Artur Więcej wybrali sobie kolażowy sposób prezentowania postaci – całkiem wygodny z ich punktu widzenia, bo nie narzucają czytelnikom własnej narracji (więc i własnych opinii), odrywają się od tego, co udało się zgromadzić i nie przetrawiają już istniejących zapisków. Cytują drobne, przeważnie jednoakapitowe wypowiedzi różnych ludzi. Sięgają po opinie członków rodziny księdza Tischnera, wypytują o niego górali, sąsiadów, ale sprawdzają też, jak ten człowiek przewija się przez wypowiedzi dziennikarzy czy osób znanych. Uzyskują zatem komentarze na różne tematy, portretują Tischnera z wielu stron – w zależności od tego, kto się akurat wypowiada, mogą uzyskać nieosiągalne w inny sposób spostrzeżenia. Fragmentaryczność oznacza, że muszą sięgać po konkrety, nie wolno im pozwolić na rozwlekłość i rozgadanie, na długie rozbiegówki czy na powtarzanie faktów – tutaj każdy z rozmówców skupia się na tym, co dla niego akurat najważniejsze i przedstawia to błyskawicznie. Wypowiedzi komentują się wzajemnie, to znaczy są tak przytaczane, żeby czytelnicy jak najmniej odczuwali wyboistość takiej narracji. Więcek i Bereś ułatwiają sobie tym samym zadanie: znikają z bezpośredniej narracji, pozostają za to przy układzie kompozycyjnym. Mają dla czytelników garść ciekawostek, tyle tylko, że nie wybiją z wrażenia, że można by przytoczyć więcej anegdot i więcej faktów, gdyby postawić jednak na litą narrację budowaną na podstawie zgromadzonych informacji.
Na pewno nie chodzi w tomie „Tischner. Podróż” o budowanie pełnej biografii – taki zamiar nie ma szans powodzenia. Bereś i Więcej proponują czytelnikom uzupełnienie wiadomości życiorysowych. Wytyczają albo nietypowe obszary działalności księdza Tischnera i pomysły na działalność „zawodową” (jak na przykład msze dla dzieci), albo – zajmują się tematami politycznymi. Pokazują, jak ten autor pozwalał społeczeństwu zrozumieć filozofię, a czasami analizują szczegóły z jego życia prywatnego. Wielu rozmówców przytacza anegdoty i żarty wygłaszane przez Tischnera przy różnych okazjach, bo bez tego nie udałoby się stworzyć wyrazistego portretu. Cytaty z innych są czasami komentowane cytatami z pism samego bohatera tomu – w ramach uzupełnienia. I przez bardzo długi czas nic tu się nie będzie zmieniać, albo czytelnicy zaakceptują rodzaj przyjętej narracji, albo będą się męczyć z ciągłymi zmianami autorów wypowiedzi i z brakiem wniosków, które mimo wszystko by się przydały. „Tischner. Podróż” to książka, która pozwala odrobinę poznać życie i filozofię twórczą Józefa Tischnera – nie jest to dużo, ale na początek wystarczy.
poniedziałek, 23 grudnia 2019
Dorota Kassjanowicz: Kamienica pod śniegiem
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Szansa na lepsze jutro
Nawet jeśli jest bardzo źle, warto walczyć, wykorzystać wszelkie możliwe dostępne środki, żeby poradzić sobie z problemami. Nie zapuszczać się zbyt daleko w przyszłość myślami, a stosować metodę małych kroków. To pomaga, nie przygnębi i pozwoli wydobyć się z tarapatów. Bohaterowie „Kamienicy pod śniegiem” przekonują się o tym na własnej skórze. Mały Mateusz, który chciałby wykupić leki dla dziadka, ale nie może zrealizować żadnej recepty, bo nie ma tyle oszczędności, Bogna, która musi znaleźć dla siebie mieszkanie, chociaż najchętniej zostałaby w swojej okolicy, ale po rozstaniu z facetem nie ma funduszy na utrzymanie dotychczasowego lokum, nawet Sylwia, która z samotności wdaje się w beznadziejny romans ze starszym i żonatym facetem – wszyscy oni wiedzą, że coś powinno się zmienić, jednak nie zawsze mają odwagę, by podjąć wyzwania. Autorka umożliwia im poprawienie warunków bytu dyskretnie i bez rewolucji. Bohaterowie – mieszkańcy kamienicy albo związani z nimi ludzie – przypominają sobie też o tym, że zawsze należy mieć jakąś pasję, coś, co odciągnie od zwykłych zmartwień i pozwoli na duchową ucieczkę. To jednocześnie wskazówka dla czytelników, którzy niekoniecznie znajdują w sobie odwagę na zmiany.
Dorota Kassjanowicz dyskretnie tka sieć wzajemnych zależności i potrzeb. Alicja, której na co dzień nikt nie dostrzega i która nie potrafi walczyć o swoje, pomaga jednej z sąsiadek ignorowanej przez lekarza. Mela rozmawia przez telefon z najlepszą przyjaciółką Bogną (a właściwie prowadzi telefoniczne monologi, w które trudno się wstrzelić). Mały chłopiec pełni rolę katalizatora wydarzeń, bo swoim sprytem jest w stanie zmienić rozkład sił w otoczeniu – a wszystko, żeby przyjść z pomocą dziadkowi. Jest tu też pozostawiona w szpitalu przez rodzinę starsza pani – kobieta, która przydaje się, gdy trzeba zająć się wnuczką, ale która nie ma prawa głosu ani możliwości samostanowienia, musi podporządkowywać się dla dobra młodych – i niemal rezygnuje z siebie. W przedświątecznym rozgardiaszu silniej wybrzmiewają prywatne drobne nieszczęścia, na co dzień nieeksponowane, za to pokazujące bezradność i rolę empatii w codzienności. Dorota Kassjanowicz skupia się na charakterach postaci, pozwala wybrzmieć złu, czasami szkicuje sytuacje pozornie bez wyjścia – tak, by uświadomić czytelnikom, że zawsze istnieje jakieś rozwiązanie, trzeba tylko odrzucić strach przed zmianą. „Kamienica pod śniegiem” jest powieścią z happy endem – ale optymizm jest w niej dyskretny i przedstawiany tak, by wypadał dla odbiorców jak najbardziej prawdziwie. Kassjanowicz imponuje precyzją w przedstawianiu typów ludzi – wprawdzie wybiera takie, które silnie się wyróżniają, bazuje na silnych emocjach i na zrozumiałych (bądź wyolbrzymianych, ale spotykanych normalnie) reakcjach – potrafi jednak zaprezentować czytelnikom całą galerię wyjątkowych osobowości. W bohaterach można znaleźć ślady zachowań bliskich lub znajomych – i śledzić metamorfozy. Autorka odrzuca stylistykę pop, typową dla bożonarodzeniowych historyjek. Rezygnuje z naiwności i uniemożliwia przewidywanie dalszego ciągu. Prowadzi bardzo gęstą narrację, rzadko spotykaną w lekturach tego typu. Jest „Kamienica pod śniegiem” obyczajówką psychologiczną dla bardziej wymagających czytelników – nie nudzi, ale podsuwa materiał do przemyśleń.
Szansa na lepsze jutro
Nawet jeśli jest bardzo źle, warto walczyć, wykorzystać wszelkie możliwe dostępne środki, żeby poradzić sobie z problemami. Nie zapuszczać się zbyt daleko w przyszłość myślami, a stosować metodę małych kroków. To pomaga, nie przygnębi i pozwoli wydobyć się z tarapatów. Bohaterowie „Kamienicy pod śniegiem” przekonują się o tym na własnej skórze. Mały Mateusz, który chciałby wykupić leki dla dziadka, ale nie może zrealizować żadnej recepty, bo nie ma tyle oszczędności, Bogna, która musi znaleźć dla siebie mieszkanie, chociaż najchętniej zostałaby w swojej okolicy, ale po rozstaniu z facetem nie ma funduszy na utrzymanie dotychczasowego lokum, nawet Sylwia, która z samotności wdaje się w beznadziejny romans ze starszym i żonatym facetem – wszyscy oni wiedzą, że coś powinno się zmienić, jednak nie zawsze mają odwagę, by podjąć wyzwania. Autorka umożliwia im poprawienie warunków bytu dyskretnie i bez rewolucji. Bohaterowie – mieszkańcy kamienicy albo związani z nimi ludzie – przypominają sobie też o tym, że zawsze należy mieć jakąś pasję, coś, co odciągnie od zwykłych zmartwień i pozwoli na duchową ucieczkę. To jednocześnie wskazówka dla czytelników, którzy niekoniecznie znajdują w sobie odwagę na zmiany.
Dorota Kassjanowicz dyskretnie tka sieć wzajemnych zależności i potrzeb. Alicja, której na co dzień nikt nie dostrzega i która nie potrafi walczyć o swoje, pomaga jednej z sąsiadek ignorowanej przez lekarza. Mela rozmawia przez telefon z najlepszą przyjaciółką Bogną (a właściwie prowadzi telefoniczne monologi, w które trudno się wstrzelić). Mały chłopiec pełni rolę katalizatora wydarzeń, bo swoim sprytem jest w stanie zmienić rozkład sił w otoczeniu – a wszystko, żeby przyjść z pomocą dziadkowi. Jest tu też pozostawiona w szpitalu przez rodzinę starsza pani – kobieta, która przydaje się, gdy trzeba zająć się wnuczką, ale która nie ma prawa głosu ani możliwości samostanowienia, musi podporządkowywać się dla dobra młodych – i niemal rezygnuje z siebie. W przedświątecznym rozgardiaszu silniej wybrzmiewają prywatne drobne nieszczęścia, na co dzień nieeksponowane, za to pokazujące bezradność i rolę empatii w codzienności. Dorota Kassjanowicz skupia się na charakterach postaci, pozwala wybrzmieć złu, czasami szkicuje sytuacje pozornie bez wyjścia – tak, by uświadomić czytelnikom, że zawsze istnieje jakieś rozwiązanie, trzeba tylko odrzucić strach przed zmianą. „Kamienica pod śniegiem” jest powieścią z happy endem – ale optymizm jest w niej dyskretny i przedstawiany tak, by wypadał dla odbiorców jak najbardziej prawdziwie. Kassjanowicz imponuje precyzją w przedstawianiu typów ludzi – wprawdzie wybiera takie, które silnie się wyróżniają, bazuje na silnych emocjach i na zrozumiałych (bądź wyolbrzymianych, ale spotykanych normalnie) reakcjach – potrafi jednak zaprezentować czytelnikom całą galerię wyjątkowych osobowości. W bohaterach można znaleźć ślady zachowań bliskich lub znajomych – i śledzić metamorfozy. Autorka odrzuca stylistykę pop, typową dla bożonarodzeniowych historyjek. Rezygnuje z naiwności i uniemożliwia przewidywanie dalszego ciągu. Prowadzi bardzo gęstą narrację, rzadko spotykaną w lekturach tego typu. Jest „Kamienica pod śniegiem” obyczajówką psychologiczną dla bardziej wymagających czytelników – nie nudzi, ale podsuwa materiał do przemyśleń.
środa, 18 grudnia 2019
Peter Haffner: Bauman. Czynić swojskie obcym
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Wzmianki
Nie jest to książka, która streszczałaby poglądy Zygmunta Baumana albo zbierała najważniejsze informacje o jego dorobku. Owszem, czasami pojawiają się w niej adresy bibliograficzne, a czasami – drobne opowieści o różnych sprawach, punkty wyjścia do rozszerzania wiadomości już w oparciu o pełne lektury. Tom „Bauman. Czynić swojskie obcym” to trochę błyskawiczny i popularyzatorski przegląd refleksji socjologa na najbardziej życiowe tematy. Peter Haffner przeprowadza z Baumanem kilka rozmów i dzieli je w zależności od zagadnień, które są w nich akcentowane na pierwszym planie. Każde z tych zagadnień zasługiwałoby na osobne (najlepiej książkowe, chociaż czasami jedna książka nie wystarczy) omówienie – tymczasem Zygmunt Bauman bardzo się streszcza, rozprawia się z tematem w kilka zdań, a potem przechodzi do osobistych wynurzeń. Oznacza to wielkie ocieplenie wizerunku, możliwość poznania sylwetki uczonego z innej niż zwykle perspektywy. Przede wszystkim „Czynić swojskie obcym” to książka napisana prostym językiem. Nawet jeśli Bauman ułatwia sobie zadanie i żeby nie powtarzać pewnych poglądów, prezentuje notatki jako odpowiedź na zadane pytanie, nie ma tu hermetyczności stylu ani spostrzeżeń, które tworzyłyby bariery dla szerokiego grona odbiorców. Zygmunt Bauman chce być zrozumiany przez jak najliczniejszą publiczność – i dostosowuje ton wypowiedzi do potrzeb ogółu. Nie zaburza w ten sposób potencjału refleksyjno-filozoficznego, chce wywoływać u czytelników potrzebę dokonywania autoanaliz, wsłuchiwania się w siebie i porównywania – ale dba o to, by taka postawa wynikała z lektury, a nie zostawała narzucona. Peter Haffner z kolei jako dziennikarz nie przesadza z wyszukaniem w swoich pytaniach. Raczej woli pozostać słuchaczem, który od czasu do czasu wtrąca swoje przemyślenia, niż cokolwiek narzucać – kierunek rozmowie też nadaje Bauman. W „Czynić swojskie obcym” sporo będzie takich podróży poza wyjściowe zagadnienie – wygląda to przeważnie tak, że Zygmunt Bauman prezentuje opinię na określony temat, pokazuje odbiorcom, jakie pola interpretacji lub jakie inspiracje czerpie z uniwersalnej kwestii – by za moment przejść do spraw osobistych i jednostkowych. Tak przedstawi odbiorcom między innymi swoją żonę Janinę, opowie o podziale ról w domu i o tym, jak życie weryfikuje rozmaite teorie. Dużo tu prywatności, wpuszczania czytelników do świata do niedawna niedostępnego i niemal intymnego. Autor nie stroni od wyznań domowych, swoją egzystencję traktuje jako doskonały przykład dla odbiorców – i jest w tym (być może właśnie dzięki takiemu zabiegowi) bardzo przekonujący. „Czynić swojskie obcym” to książka, w której na światło dzienne wydobywane są niemal fundamentalne kwestie – wśród nich zagadnienie szczęścia, miłości, wyznania, przeszłości i przyszłości. Nie stroni autor od wydarzeń historycznych i od ukazywania wpływu wielkiej historii na człowieka – tu znowu korzysta z własnego przykładu. Tom „Bauman. Czynić swojskie obcym” umożliwia przyjrzenie się wielkiemu uczonemu z bardzo ludzkiej perspektywy, przez pryzmat jego własnych ocen – nie analiz na potrzeby wielkich narracji.
Wzmianki
Nie jest to książka, która streszczałaby poglądy Zygmunta Baumana albo zbierała najważniejsze informacje o jego dorobku. Owszem, czasami pojawiają się w niej adresy bibliograficzne, a czasami – drobne opowieści o różnych sprawach, punkty wyjścia do rozszerzania wiadomości już w oparciu o pełne lektury. Tom „Bauman. Czynić swojskie obcym” to trochę błyskawiczny i popularyzatorski przegląd refleksji socjologa na najbardziej życiowe tematy. Peter Haffner przeprowadza z Baumanem kilka rozmów i dzieli je w zależności od zagadnień, które są w nich akcentowane na pierwszym planie. Każde z tych zagadnień zasługiwałoby na osobne (najlepiej książkowe, chociaż czasami jedna książka nie wystarczy) omówienie – tymczasem Zygmunt Bauman bardzo się streszcza, rozprawia się z tematem w kilka zdań, a potem przechodzi do osobistych wynurzeń. Oznacza to wielkie ocieplenie wizerunku, możliwość poznania sylwetki uczonego z innej niż zwykle perspektywy. Przede wszystkim „Czynić swojskie obcym” to książka napisana prostym językiem. Nawet jeśli Bauman ułatwia sobie zadanie i żeby nie powtarzać pewnych poglądów, prezentuje notatki jako odpowiedź na zadane pytanie, nie ma tu hermetyczności stylu ani spostrzeżeń, które tworzyłyby bariery dla szerokiego grona odbiorców. Zygmunt Bauman chce być zrozumiany przez jak najliczniejszą publiczność – i dostosowuje ton wypowiedzi do potrzeb ogółu. Nie zaburza w ten sposób potencjału refleksyjno-filozoficznego, chce wywoływać u czytelników potrzebę dokonywania autoanaliz, wsłuchiwania się w siebie i porównywania – ale dba o to, by taka postawa wynikała z lektury, a nie zostawała narzucona. Peter Haffner z kolei jako dziennikarz nie przesadza z wyszukaniem w swoich pytaniach. Raczej woli pozostać słuchaczem, który od czasu do czasu wtrąca swoje przemyślenia, niż cokolwiek narzucać – kierunek rozmowie też nadaje Bauman. W „Czynić swojskie obcym” sporo będzie takich podróży poza wyjściowe zagadnienie – wygląda to przeważnie tak, że Zygmunt Bauman prezentuje opinię na określony temat, pokazuje odbiorcom, jakie pola interpretacji lub jakie inspiracje czerpie z uniwersalnej kwestii – by za moment przejść do spraw osobistych i jednostkowych. Tak przedstawi odbiorcom między innymi swoją żonę Janinę, opowie o podziale ról w domu i o tym, jak życie weryfikuje rozmaite teorie. Dużo tu prywatności, wpuszczania czytelników do świata do niedawna niedostępnego i niemal intymnego. Autor nie stroni od wyznań domowych, swoją egzystencję traktuje jako doskonały przykład dla odbiorców – i jest w tym (być może właśnie dzięki takiemu zabiegowi) bardzo przekonujący. „Czynić swojskie obcym” to książka, w której na światło dzienne wydobywane są niemal fundamentalne kwestie – wśród nich zagadnienie szczęścia, miłości, wyznania, przeszłości i przyszłości. Nie stroni autor od wydarzeń historycznych i od ukazywania wpływu wielkiej historii na człowieka – tu znowu korzysta z własnego przykładu. Tom „Bauman. Czynić swojskie obcym” umożliwia przyjrzenie się wielkiemu uczonemu z bardzo ludzkiej perspektywy, przez pryzmat jego własnych ocen – nie analiz na potrzeby wielkich narracji.
czwartek, 18 października 2018
Thomas Erikson: Mój szef jest idiotą
Wielka Litera, Warszawa 2018.
Praca w stereotypach
Ta książka furorę może zrobić za sprawą nośnego tytułu: dla sfrustrowanych pracowników będzie świetnym sposobem na odstresowanie się albo zamanifestowanie poglądów. Rozładowuje napięcie i przynosi rozrywkę. Może się sprawdzić podczas promocji w mediach społecznościowych. Wywoła całkiem sporo pozytywnych reakcji jeszcze przed właściwą lekturą – mało która książka może się poszczycić takim potencjałem. „Mój szef jest idiotą” to po prostu marketingowy strzał w dziesiątkę. A na tym rzecz się nie kończy. Autor – Thomas Erikson – postanawia bowiem przyjrzeć się przyczynom takich ocen. Interesuje go, dlaczego ludzie nie znajdują porozumienia, skąd bierze się w ogóle konflikt, w którym ocenia się na podstawie emocji innych. Konflikt, co należy dodać, bardzo częsty i w niektórych przypadkach wręcz stereotypowy. Ten tom kierowany jest, wbrew pozorom, nie tylko do pracowników – autor podzielił go na dwie części, pierwszą kieruje do pracowników, drugą – do szefów. Żeby bowiem popracować nad relacjami w firmie, trzeba kompromisu. Obie strony muszą jednak wiedzieć, na jakie ustępstwa iść – i po co: co jest do uzyskania, na jakie poświęcenia trzeba się będzie zdobyć. To nie zawsze oczywiste. W dodatku spostrzeżenia pomagają w budowaniu zespołu – przyda się zatem publikacja przedstawicielom korporacji.
Multiplikowana sylwetka szefa-idioty w czterech kolorach na okładce to nie nawiązanie do pop-artowych zabaw. Cztery kolory oznaczają tu cztery podstawowe typy charakterów, osobowości najczęściej spotykane. To portrety szefów – albo też ich podwładnych. Jeśli ktoś jest odważny, szybko podejmuje decyzje, ale zachowuje się czasem jak choleryk – przypisany mu zostanie kolor czerwony. Zielony jest dla tych, którzy stawiają na empatię oraz na relacje w zespole. Całość autor analizuje bardzo szczegółowo, od początku rozpisuje w tabelkach typy ludzi, cechy charakteru i konsekwencje ich w pracy. Nie tylko definiuje, ale niemal natychmiast przekłada te definicje na codzienność, na praktykę dla odbiorców: nie trzeba zatem przesadnie się wysilać, żeby pojąć zasady. Wszystko zostało przejrzyście opisane, przeanalizowane na różne sposoby i rozłożone na czynniki pierwsze. Autor bardzo pilnuje swojej teorii, dba o to, żeby była zrozumiała dla wszystkich. Jednocześnie we wstępie ostrzega, że nie zaproponuje czytelnikom prostego poradnika. Rzeczywiście, trzeba będzie poświęcić trochę energii na sprawdzenie przesłań tomu. W pewnym momencie zresztą portrety wyimaginowanych szefów zaczną funkcjonować jak zbiory stereotypów, ale zanim do tego dojdzie, trzeba będzie po prostu podążać za autorem i sprawdzać jego argumentację. Znajdzie się tu miejsce na budowanie profilu osobowościowego („czyste” typy prawie w naturze nie występują) i na porównywanie zachowania w pracy i życiu prywatnym. Najważniejsze staje się jednak odczytywanie tego, co dzieje się w zespole – przez pryzmat wyodrębnianych sylwetek. Autor tłumaczy, kto z kim znajdzie wspólny język i dlaczego nie należy budować zespołu z osób podobnych, co dla kreatywności grupy zapewniają poszczególne typy osobowości. Wyjaśnia, jak dogadywać się z szefem – które jego reakcje można zbagatelizować, a jakie uwagi brać sobie do serca. To całkiem przydatna książka, jeśli chce się poprawić relacje w miejscu pracy. Atmosfera nie zależy tylko od szefa i warto o tym pamiętać.
„Mój szef jest idiotą” to książka, która została bardzo starannie przygotowana. Wszystko jest tu czytelne, nie budzi wątpliwości. Oddala się od medialnego tytułu treścią tak bardzo, jak to tylko możliwe – uwodzi za to perfekcjonizmem w przedstawianiu kolejnych argumentów. To publikacja, której nie powinno się pomijać, jeśli chce się pracować nad kontaktami interpersonalnymi w grupie, która ma odnosić sukcesy na rynku. Może naprawdę pomóc odbiorcom.
Praca w stereotypach
Ta książka furorę może zrobić za sprawą nośnego tytułu: dla sfrustrowanych pracowników będzie świetnym sposobem na odstresowanie się albo zamanifestowanie poglądów. Rozładowuje napięcie i przynosi rozrywkę. Może się sprawdzić podczas promocji w mediach społecznościowych. Wywoła całkiem sporo pozytywnych reakcji jeszcze przed właściwą lekturą – mało która książka może się poszczycić takim potencjałem. „Mój szef jest idiotą” to po prostu marketingowy strzał w dziesiątkę. A na tym rzecz się nie kończy. Autor – Thomas Erikson – postanawia bowiem przyjrzeć się przyczynom takich ocen. Interesuje go, dlaczego ludzie nie znajdują porozumienia, skąd bierze się w ogóle konflikt, w którym ocenia się na podstawie emocji innych. Konflikt, co należy dodać, bardzo częsty i w niektórych przypadkach wręcz stereotypowy. Ten tom kierowany jest, wbrew pozorom, nie tylko do pracowników – autor podzielił go na dwie części, pierwszą kieruje do pracowników, drugą – do szefów. Żeby bowiem popracować nad relacjami w firmie, trzeba kompromisu. Obie strony muszą jednak wiedzieć, na jakie ustępstwa iść – i po co: co jest do uzyskania, na jakie poświęcenia trzeba się będzie zdobyć. To nie zawsze oczywiste. W dodatku spostrzeżenia pomagają w budowaniu zespołu – przyda się zatem publikacja przedstawicielom korporacji.
Multiplikowana sylwetka szefa-idioty w czterech kolorach na okładce to nie nawiązanie do pop-artowych zabaw. Cztery kolory oznaczają tu cztery podstawowe typy charakterów, osobowości najczęściej spotykane. To portrety szefów – albo też ich podwładnych. Jeśli ktoś jest odważny, szybko podejmuje decyzje, ale zachowuje się czasem jak choleryk – przypisany mu zostanie kolor czerwony. Zielony jest dla tych, którzy stawiają na empatię oraz na relacje w zespole. Całość autor analizuje bardzo szczegółowo, od początku rozpisuje w tabelkach typy ludzi, cechy charakteru i konsekwencje ich w pracy. Nie tylko definiuje, ale niemal natychmiast przekłada te definicje na codzienność, na praktykę dla odbiorców: nie trzeba zatem przesadnie się wysilać, żeby pojąć zasady. Wszystko zostało przejrzyście opisane, przeanalizowane na różne sposoby i rozłożone na czynniki pierwsze. Autor bardzo pilnuje swojej teorii, dba o to, żeby była zrozumiała dla wszystkich. Jednocześnie we wstępie ostrzega, że nie zaproponuje czytelnikom prostego poradnika. Rzeczywiście, trzeba będzie poświęcić trochę energii na sprawdzenie przesłań tomu. W pewnym momencie zresztą portrety wyimaginowanych szefów zaczną funkcjonować jak zbiory stereotypów, ale zanim do tego dojdzie, trzeba będzie po prostu podążać za autorem i sprawdzać jego argumentację. Znajdzie się tu miejsce na budowanie profilu osobowościowego („czyste” typy prawie w naturze nie występują) i na porównywanie zachowania w pracy i życiu prywatnym. Najważniejsze staje się jednak odczytywanie tego, co dzieje się w zespole – przez pryzmat wyodrębnianych sylwetek. Autor tłumaczy, kto z kim znajdzie wspólny język i dlaczego nie należy budować zespołu z osób podobnych, co dla kreatywności grupy zapewniają poszczególne typy osobowości. Wyjaśnia, jak dogadywać się z szefem – które jego reakcje można zbagatelizować, a jakie uwagi brać sobie do serca. To całkiem przydatna książka, jeśli chce się poprawić relacje w miejscu pracy. Atmosfera nie zależy tylko od szefa i warto o tym pamiętać.
„Mój szef jest idiotą” to książka, która została bardzo starannie przygotowana. Wszystko jest tu czytelne, nie budzi wątpliwości. Oddala się od medialnego tytułu treścią tak bardzo, jak to tylko możliwe – uwodzi za to perfekcjonizmem w przedstawianiu kolejnych argumentów. To publikacja, której nie powinno się pomijać, jeśli chce się pracować nad kontaktami interpersonalnymi w grupie, która ma odnosić sukcesy na rynku. Może naprawdę pomóc odbiorcom.
poniedziałek, 23 lipca 2018
Dorota Kassjanowicz: Stany małżeńskie i pośrednie
Wielka Litera, Warszawa 2018.
Przestrogi dla pań
Dziwnie się czyta „Stany małżeńskie i pośrednie” Doroty Kassjanowicz, bo autorka na początku skupia się tylko na wyjaśnieniach, niby kierowanych do bohaterek (albo w ich autoironicznych komentarzach), a nie zajmuje się wstrzeliwaniem czytelniczek w akcję. Dopiero po pewnym czasie staje się jasne, że zamiast tradycyjnych opisów będą tu migawki, jakby z babskich spotkań i zwierzeń rodem. Zamiast życia – życie już przetworzone, jego opis i ucieczka od schematów w obyczajówkach. Fakt, że tylko w formie, ale to i tak dużo, przynajmniej z punktu widzenia odbiorczyń. Przyjaciółki są w tej powieści cztery i każda ma inne problemy, z którymi nie zawsze umie sobie poradzić. Izka nie może dogadać się z matką, która dość natarczywie domaga się, by córka założyła rodzinę. Aranżowane przez przyjaciółki randki wydają się katastrofą i przynoszą zestaw lęków introwertycznej kobiecie. Agata już wie, że samotność sprawia, że kobiety decydują się na toksyczne relacje. Jowita pracuje jako stylistka, ale szczerze nienawidzi tego zajęcia i z powodu własnej obcesowości traci coraz więcej klientek. Chciałaby spróbować czegoś innego, ale nie zamienia planów w czyn. Weronika natomiast pokazuje, jak to jest być zamkniętą w złotej klatce. Nie musi się martwić o pieniądze na dom, zajmuje się dziećmi, tyle tylko, że jej mąż kompletnie nie ma ochoty uczestniczyć w życiu rodzinnym. Weronika nie robi nic bez jego zgody, ale chciałaby kota rasy maine coon. W tajemnicy odwiedza internetowe fora tematyczne i bez końca analizuje treści wyczytane między wierszami maili i postów. Te cztery kobiety utrzymują ze sobą stały kontakt, są dla siebie nawzajem wsparciem, nawet jeśli nie do końca wiedzą, co dzieje się w otoczeniu przyjaciółki. Reagują na najmniejsze przejawy kłopotów, pozwalają się wygadać i pilnują, by żadna nie zrobiła zbyt wielkiego głupstwa.
Dorota Kassjanowicz zmienia rodzaje opowieści, ale zawsze jest obserwatorką z zewnątrz, tą, która komentuje i ocenia zachowania postaci. Dzięki temu może pokazywać czytelniczkom, w jakie pułapki lepiej nie wpadać i co może się zepsuć, gdy wszystko interpretuje się pod kątem wyobrażeń i marzeń. Wszystkie kobiety chcą szczęścia, ale każda musi pokonać na swojej drodze wiele przeszkód. Raz to podcinająca skrzydła rodzina, starsze albo młodsze pokolenie, które bardzo chce zawłaszczyć sobie matkę lub córkę i kierować jej życiem, raz ukochany, który wcale nie zamierza wchodzić w rolę wiernego i spokojnego małżonka, a raz – zupełnie obcy ludzie. Dorota Kassjanowicz próbuje przygotowywać czytelniczki na kolejne ciosy od losu, uprzedzać rozczarowania. Odnotowuje sytuacje znane z codzienności: zwykłe uciążliwe hałasy w bloku, niewinny internetowy flirt, który automatycznie wyzwala tęsknotę za przygodą. Przypomina, jak kończy się brak zaufania (lub zaufanie nadmierne). Swoimi doświadczeniami bohaterki mogłyby obdzielić całkiem spore grono odbiorczyń – Kassjanowicz zdobędzie więc uwagę czytelniczek. I zostanie jej wybaczone nawet to, że przyjaciółki muszą czasami na głos wyznać sobie coś, co doskonale powinny wiedzieć – i wygłosić przy tym parę komunałów na temat relacji damsko-męskich. To dosłowność dla pewnej części odbiorczyń, a i konsekwencja wyboru narracyjnej drogi. Jednak „Stany małżeńskie i pośrednie” to powieść, która w pewnym momencie mimo wszystko zacznie angażować.
Przestrogi dla pań
Dziwnie się czyta „Stany małżeńskie i pośrednie” Doroty Kassjanowicz, bo autorka na początku skupia się tylko na wyjaśnieniach, niby kierowanych do bohaterek (albo w ich autoironicznych komentarzach), a nie zajmuje się wstrzeliwaniem czytelniczek w akcję. Dopiero po pewnym czasie staje się jasne, że zamiast tradycyjnych opisów będą tu migawki, jakby z babskich spotkań i zwierzeń rodem. Zamiast życia – życie już przetworzone, jego opis i ucieczka od schematów w obyczajówkach. Fakt, że tylko w formie, ale to i tak dużo, przynajmniej z punktu widzenia odbiorczyń. Przyjaciółki są w tej powieści cztery i każda ma inne problemy, z którymi nie zawsze umie sobie poradzić. Izka nie może dogadać się z matką, która dość natarczywie domaga się, by córka założyła rodzinę. Aranżowane przez przyjaciółki randki wydają się katastrofą i przynoszą zestaw lęków introwertycznej kobiecie. Agata już wie, że samotność sprawia, że kobiety decydują się na toksyczne relacje. Jowita pracuje jako stylistka, ale szczerze nienawidzi tego zajęcia i z powodu własnej obcesowości traci coraz więcej klientek. Chciałaby spróbować czegoś innego, ale nie zamienia planów w czyn. Weronika natomiast pokazuje, jak to jest być zamkniętą w złotej klatce. Nie musi się martwić o pieniądze na dom, zajmuje się dziećmi, tyle tylko, że jej mąż kompletnie nie ma ochoty uczestniczyć w życiu rodzinnym. Weronika nie robi nic bez jego zgody, ale chciałaby kota rasy maine coon. W tajemnicy odwiedza internetowe fora tematyczne i bez końca analizuje treści wyczytane między wierszami maili i postów. Te cztery kobiety utrzymują ze sobą stały kontakt, są dla siebie nawzajem wsparciem, nawet jeśli nie do końca wiedzą, co dzieje się w otoczeniu przyjaciółki. Reagują na najmniejsze przejawy kłopotów, pozwalają się wygadać i pilnują, by żadna nie zrobiła zbyt wielkiego głupstwa.
Dorota Kassjanowicz zmienia rodzaje opowieści, ale zawsze jest obserwatorką z zewnątrz, tą, która komentuje i ocenia zachowania postaci. Dzięki temu może pokazywać czytelniczkom, w jakie pułapki lepiej nie wpadać i co może się zepsuć, gdy wszystko interpretuje się pod kątem wyobrażeń i marzeń. Wszystkie kobiety chcą szczęścia, ale każda musi pokonać na swojej drodze wiele przeszkód. Raz to podcinająca skrzydła rodzina, starsze albo młodsze pokolenie, które bardzo chce zawłaszczyć sobie matkę lub córkę i kierować jej życiem, raz ukochany, który wcale nie zamierza wchodzić w rolę wiernego i spokojnego małżonka, a raz – zupełnie obcy ludzie. Dorota Kassjanowicz próbuje przygotowywać czytelniczki na kolejne ciosy od losu, uprzedzać rozczarowania. Odnotowuje sytuacje znane z codzienności: zwykłe uciążliwe hałasy w bloku, niewinny internetowy flirt, który automatycznie wyzwala tęsknotę za przygodą. Przypomina, jak kończy się brak zaufania (lub zaufanie nadmierne). Swoimi doświadczeniami bohaterki mogłyby obdzielić całkiem spore grono odbiorczyń – Kassjanowicz zdobędzie więc uwagę czytelniczek. I zostanie jej wybaczone nawet to, że przyjaciółki muszą czasami na głos wyznać sobie coś, co doskonale powinny wiedzieć – i wygłosić przy tym parę komunałów na temat relacji damsko-męskich. To dosłowność dla pewnej części odbiorczyń, a i konsekwencja wyboru narracyjnej drogi. Jednak „Stany małżeńskie i pośrednie” to powieść, która w pewnym momencie mimo wszystko zacznie angażować.
wtorek, 31 października 2017
Ken Mogi: Ikigai. Japońska sztuka szczęścia
Wielka Litera, Warszawa 2017.
Filary szczęścia
Ponieważ na rynku publikacji lifestyle’owych popularnością zaczęły się cieszyć poradniki dotyczące określonej filozofii życia, autorzy prześcigają się w wynajdowaniu coraz bardziej egzotycznych a przy tym „uporządkowanych” (to jest dających się ująć w zgrabne ramy i formułki) sposobów na szczęście. W odpowiedzi na hygge pojawia się ikigai – jak głosi podtytuł tomu, „japońska sztuka szczęścia” – kolejny przepis na radość, samozadowolenie, albo, jak kto woli, redukcję stresu, co w dzisiejszym świecie ma niebagatelne znaczenie. Ken Mogi odwołuje się do kultury Japonii i tradycji tego kraju, żeby wywieść z nich „powody do życia” – zabiegi, które uprzyjemniają codzienność. „Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” to książka z jednej strony nawiązująca do typowych, często tworzonych po prostu przez lifestyle’owych blogerów, publikacji poradnikowych lecz niepogłębiających tematu. Z drugiej strony autora interesuje dużo bardziej przedstawianie typowych dla Japończyków zjawisk zapoczątkowujących filozofię ikigai niż same wskazówki dla odbiorców. Do ikigai dojrzeć może każdy i we własnym zakresie, nie ma z tym żadnego problemu (ani pośpiechu!), ale Mogi oferuje odbiorcom podstawy do zrozumienia tych rozwiązań. Gdyby zresztą tego nie zrobił, cała publikacja zamknęłaby się na pierwszej stronie – na wyliczeniu pięciu cech zapewniających szczęście według Japończyków. Autor, wzorem poradników do samorozwoju, przedstawia je przejrzyście – w dalszej części tomu rozwija, ale nie dosłownie. Nie tłumaczy, jak w praktyce wcielać w życie te porady, nie zamienia tomu w podręcznik coucha, za to próbuje dotrzeć do źródła, przedstawić czytelnikom historię powstawania kolejnych porad, lub też pokazać, jak odzwierciedlają się one w lokalnych zwyczajach. „Ikigai” nie mówi zatem wprost, jak osiągnąć szczęście. Tłumaczy za to, dlaczego Japończycy są szczęśliwi (i długo żyją). Kto zechce, skorzystać może, ale będzie to wymagać od niego sporo wysiłku i pomysłowości. Trzeba by bowiem w niektórych wypadkach zmiany sposobu myślenia całego społeczeństwa.
Ken Mogi dzięki opowiadaniu o ikigai nawiązuje do przeróżnych dziedzin życia. Czasami ikigai przejawia się w sposobie przygotowania posiłków, w ogólnym nastawieniu do świata i obowiązków, czasami – w przedziwnych dla reszty świata detalach (uwielbienie dla pewnego typu miseczek). Są tu ceremonie, są świątynie, ale też… zawody sumo. Autor próbuje zasady ikigai pokazywać przez pryzmat najważniejszych dziedzin życia, żeby zyskać jak najbardziej uniwersalny zestaw podpowiedzi. Jego czytelnicy nie tylko mają uwierzyć, że ikigai da się zastosować w każdych warunkach – mogą to też zaobserwować na przedstawianych przykładach. Stąd wyciągną wnioski dla siebie, ale poza tym również dowiedzą się czegoś na temat Japonii – czegoś więcej niż ze zwykłych przewodników, bo Ken Mogi stara się akcentować tematy reportażowo, nie powierzchownie. Ikigai ma sporo zastosowań i sprawdza się nawet w zabieganym świecie. „Pięć filarów ikigai” brzmi już dość poważnie, jak starannie przygotowany program, któremu warto się podporządkować. Jednocześnie tom „Ikigai.”, ponieważ wpisuje się w modę na tematyzowane „krajoznawcze” (czy raczej kulturoznawcze) poradniki, trafi i do tych czytelników, którzy nastawieni są tylko na serię sprawdzonych i skutecznych podpowiedzi. Ken Mogi dość dużo energii poświęca na koloryzowanie przykładów, które traktuje jak rozwinięcie standardowych punktów – ale nie szuka porad w ramach pojedynczych „filarów”, jedno wyliczenie na cały tom zdecydowanie mu wystarcza. „Ikigai” to okazja do poznania japońskiej – optymistycznej – filozofii życiowej. Niektórym może wskazać oryginalne rozwiązania codziennych problemów.
Filary szczęścia
Ponieważ na rynku publikacji lifestyle’owych popularnością zaczęły się cieszyć poradniki dotyczące określonej filozofii życia, autorzy prześcigają się w wynajdowaniu coraz bardziej egzotycznych a przy tym „uporządkowanych” (to jest dających się ująć w zgrabne ramy i formułki) sposobów na szczęście. W odpowiedzi na hygge pojawia się ikigai – jak głosi podtytuł tomu, „japońska sztuka szczęścia” – kolejny przepis na radość, samozadowolenie, albo, jak kto woli, redukcję stresu, co w dzisiejszym świecie ma niebagatelne znaczenie. Ken Mogi odwołuje się do kultury Japonii i tradycji tego kraju, żeby wywieść z nich „powody do życia” – zabiegi, które uprzyjemniają codzienność. „Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” to książka z jednej strony nawiązująca do typowych, często tworzonych po prostu przez lifestyle’owych blogerów, publikacji poradnikowych lecz niepogłębiających tematu. Z drugiej strony autora interesuje dużo bardziej przedstawianie typowych dla Japończyków zjawisk zapoczątkowujących filozofię ikigai niż same wskazówki dla odbiorców. Do ikigai dojrzeć może każdy i we własnym zakresie, nie ma z tym żadnego problemu (ani pośpiechu!), ale Mogi oferuje odbiorcom podstawy do zrozumienia tych rozwiązań. Gdyby zresztą tego nie zrobił, cała publikacja zamknęłaby się na pierwszej stronie – na wyliczeniu pięciu cech zapewniających szczęście według Japończyków. Autor, wzorem poradników do samorozwoju, przedstawia je przejrzyście – w dalszej części tomu rozwija, ale nie dosłownie. Nie tłumaczy, jak w praktyce wcielać w życie te porady, nie zamienia tomu w podręcznik coucha, za to próbuje dotrzeć do źródła, przedstawić czytelnikom historię powstawania kolejnych porad, lub też pokazać, jak odzwierciedlają się one w lokalnych zwyczajach. „Ikigai” nie mówi zatem wprost, jak osiągnąć szczęście. Tłumaczy za to, dlaczego Japończycy są szczęśliwi (i długo żyją). Kto zechce, skorzystać może, ale będzie to wymagać od niego sporo wysiłku i pomysłowości. Trzeba by bowiem w niektórych wypadkach zmiany sposobu myślenia całego społeczeństwa.
Ken Mogi dzięki opowiadaniu o ikigai nawiązuje do przeróżnych dziedzin życia. Czasami ikigai przejawia się w sposobie przygotowania posiłków, w ogólnym nastawieniu do świata i obowiązków, czasami – w przedziwnych dla reszty świata detalach (uwielbienie dla pewnego typu miseczek). Są tu ceremonie, są świątynie, ale też… zawody sumo. Autor próbuje zasady ikigai pokazywać przez pryzmat najważniejszych dziedzin życia, żeby zyskać jak najbardziej uniwersalny zestaw podpowiedzi. Jego czytelnicy nie tylko mają uwierzyć, że ikigai da się zastosować w każdych warunkach – mogą to też zaobserwować na przedstawianych przykładach. Stąd wyciągną wnioski dla siebie, ale poza tym również dowiedzą się czegoś na temat Japonii – czegoś więcej niż ze zwykłych przewodników, bo Ken Mogi stara się akcentować tematy reportażowo, nie powierzchownie. Ikigai ma sporo zastosowań i sprawdza się nawet w zabieganym świecie. „Pięć filarów ikigai” brzmi już dość poważnie, jak starannie przygotowany program, któremu warto się podporządkować. Jednocześnie tom „Ikigai.”, ponieważ wpisuje się w modę na tematyzowane „krajoznawcze” (czy raczej kulturoznawcze) poradniki, trafi i do tych czytelników, którzy nastawieni są tylko na serię sprawdzonych i skutecznych podpowiedzi. Ken Mogi dość dużo energii poświęca na koloryzowanie przykładów, które traktuje jak rozwinięcie standardowych punktów – ale nie szuka porad w ramach pojedynczych „filarów”, jedno wyliczenie na cały tom zdecydowanie mu wystarcza. „Ikigai” to okazja do poznania japońskiej – optymistycznej – filozofii życiowej. Niektórym może wskazać oryginalne rozwiązania codziennych problemów.
środa, 27 września 2017
Jacek Fedorowicz: W zasadzie tak
Wielka Litera, Warszawa 2017.
Bez nerwów
Na rynku literackim pojawiają się co pewien czas kolejne tomy dawnych tekstów Jacka Fedorowicza – i to tekstów nawet w bibliotekach już niedostępnych. Oznacza to możliwość wzbogacenia satyrycznej biblioteczki, ale też powrotu do precyzyjnie konstruowanych żartów – nie tych estradowych, które dziś już chyba większości odbiorców się przejadły – ale inteligentnych, rozkładanych w czasie i pozwalających na tworzenie wielopiętrowych opowieści. Jacek Fedorowicz w tomie „W zasadzie tak” odwołuje się do rzeczywistości PRL-u, nie można zatem mówić o aktualności książki – chyba że ktoś orientuje się w codzienności minionej epoki. Taką wiedzę, wystarczającą do czerpania przyjemności z lektury, można znaleźć dzisiaj w różnych źródłach, a nawet potraktować zapiski Fedorowicza jako pewien zestaw wiadomości o obyczajach i zwyczajach. Tom jest publikacją satyryczną i spełni swoją funkcję w tym zakresie, zarówno w pojedynczych tekstach, jak i jako dobrze skomponowana całość.
Tym, co Jacek Fedorowicz proponuje jako nadrzędną organizację zbiorku, jest dystans do codziennych problemów, utrudnień czy szykan ze strony przedstawicieli branży usługowej. Autor przygląda się kolejnym zawodom i zachowaniom, które trafiły już do zestawu stereotypów z omawianych czasów. Rejestruje przyzwyczajenia szarpiące nerwy i to, co normalnie nikomu nie przeszłoby do głowy – obecnie piętnowane. Przedstawia nieuprzejme sprzedawczynie, opieszałych kelnerów czy łatwo obrażających się taksówkarzy. Jako często podróżujący artysta przybliża czytelnikom utrudnienia związane z nocowaniem (a nawet mieszkaniem) w hotelach. Wszystko, co byłoby tematem do utyskiwań i zniechęcenia, w tomie „W zasadzie tak” automatycznie staje się powodem do śmiechu. Autor równolegle z opisywaniem doznawanych przykrości prezentuje jednak alternatywne sposoby minimalizowania własnych strat. Udowadnia, że na każdy problem znajdzie się kreatywne rozwiązanie – wystarczy zmienić podejście i zamiast irytować się czyjąś nieuprzejmością, wystarczy odpowiednio go zaskoczyć, by zablokować automatyczne – niegrzeczne – zachowanie. To sposób a rebours, nie likwiduje sedna problemu, za to usuwa negatywne reakcje zwykłych obywateli. Warto wczytać się w kolejne wskazówki – nie dlatego, by uruchamiać społeczne interakcje w razie potrzeby, ale żeby prześledzić same sposoby wywoływania śmiechu. Fedorowicz wykorzystuje nonsensy, sytuacje odwracane. Dzięki zmianie perspektywy rozbija utarte struktury i może znaleźć nowe powody do śmiechu w sytuacjach, które raczej nie śmieszą.
„W zasadzie tak” to książka krótka i bardzo dobrze przygotowana. Fedorowicz nie pozwala w niej sobie na żarty słabe, wprowadza za to całe wywody, które poza tym, że prowadzą do celnych puent i budują udany tom, to jeszcze w poszczególnych akapitach zawierają komiczne drobiazgi. Fedorowicz z przeszłości jest ironicznym obserwatorem wydarzeń, bezbłędnym satyrykiem. Nie idzie tu na żadne ustępstwa, bardzo dba o jakość tekstów. Posługuje się śmiechem po mistrzowsku – to poziom, który rzadko kiedy możliwy jest do osiągnięcia obecnie. Warto sięgnąć po tę książkę dla samych chwytów komizmotwórczych – mimo że zmieniły się czasy, opisywane sytuacje należą do obyczajowych, więc są zrozumiałe niemal bez znajomości kontekstu społecznego. Można odbierać publikację jak znak dawnych czasów, ale pod względem humoru to wciąż cenna książka. Cieszy fakt, że takie propozycje powracają na rynek, mimo że ich funkcja „walcząca” już wygasła. Wciąż jednak można się na tym tomie uczyć precyzji konstruowania dowcipów, oryginalnego podejścia do zbanalizowanych tematów. Uzupełnianie biblioteczek o takie zapomniane pozycje wpisuje się też w nieprzemijającą modę na PRL – co rozszerza krąg zainteresowanych tą pozycją. „W zasadzie tak” to kolejna książka Jacka Fedorowicza wyciągana z archiwów – prezent dla fanów dobrej jakościowo satyry.
Bez nerwów
Na rynku literackim pojawiają się co pewien czas kolejne tomy dawnych tekstów Jacka Fedorowicza – i to tekstów nawet w bibliotekach już niedostępnych. Oznacza to możliwość wzbogacenia satyrycznej biblioteczki, ale też powrotu do precyzyjnie konstruowanych żartów – nie tych estradowych, które dziś już chyba większości odbiorców się przejadły – ale inteligentnych, rozkładanych w czasie i pozwalających na tworzenie wielopiętrowych opowieści. Jacek Fedorowicz w tomie „W zasadzie tak” odwołuje się do rzeczywistości PRL-u, nie można zatem mówić o aktualności książki – chyba że ktoś orientuje się w codzienności minionej epoki. Taką wiedzę, wystarczającą do czerpania przyjemności z lektury, można znaleźć dzisiaj w różnych źródłach, a nawet potraktować zapiski Fedorowicza jako pewien zestaw wiadomości o obyczajach i zwyczajach. Tom jest publikacją satyryczną i spełni swoją funkcję w tym zakresie, zarówno w pojedynczych tekstach, jak i jako dobrze skomponowana całość.
Tym, co Jacek Fedorowicz proponuje jako nadrzędną organizację zbiorku, jest dystans do codziennych problemów, utrudnień czy szykan ze strony przedstawicieli branży usługowej. Autor przygląda się kolejnym zawodom i zachowaniom, które trafiły już do zestawu stereotypów z omawianych czasów. Rejestruje przyzwyczajenia szarpiące nerwy i to, co normalnie nikomu nie przeszłoby do głowy – obecnie piętnowane. Przedstawia nieuprzejme sprzedawczynie, opieszałych kelnerów czy łatwo obrażających się taksówkarzy. Jako często podróżujący artysta przybliża czytelnikom utrudnienia związane z nocowaniem (a nawet mieszkaniem) w hotelach. Wszystko, co byłoby tematem do utyskiwań i zniechęcenia, w tomie „W zasadzie tak” automatycznie staje się powodem do śmiechu. Autor równolegle z opisywaniem doznawanych przykrości prezentuje jednak alternatywne sposoby minimalizowania własnych strat. Udowadnia, że na każdy problem znajdzie się kreatywne rozwiązanie – wystarczy zmienić podejście i zamiast irytować się czyjąś nieuprzejmością, wystarczy odpowiednio go zaskoczyć, by zablokować automatyczne – niegrzeczne – zachowanie. To sposób a rebours, nie likwiduje sedna problemu, za to usuwa negatywne reakcje zwykłych obywateli. Warto wczytać się w kolejne wskazówki – nie dlatego, by uruchamiać społeczne interakcje w razie potrzeby, ale żeby prześledzić same sposoby wywoływania śmiechu. Fedorowicz wykorzystuje nonsensy, sytuacje odwracane. Dzięki zmianie perspektywy rozbija utarte struktury i może znaleźć nowe powody do śmiechu w sytuacjach, które raczej nie śmieszą.
„W zasadzie tak” to książka krótka i bardzo dobrze przygotowana. Fedorowicz nie pozwala w niej sobie na żarty słabe, wprowadza za to całe wywody, które poza tym, że prowadzą do celnych puent i budują udany tom, to jeszcze w poszczególnych akapitach zawierają komiczne drobiazgi. Fedorowicz z przeszłości jest ironicznym obserwatorem wydarzeń, bezbłędnym satyrykiem. Nie idzie tu na żadne ustępstwa, bardzo dba o jakość tekstów. Posługuje się śmiechem po mistrzowsku – to poziom, który rzadko kiedy możliwy jest do osiągnięcia obecnie. Warto sięgnąć po tę książkę dla samych chwytów komizmotwórczych – mimo że zmieniły się czasy, opisywane sytuacje należą do obyczajowych, więc są zrozumiałe niemal bez znajomości kontekstu społecznego. Można odbierać publikację jak znak dawnych czasów, ale pod względem humoru to wciąż cenna książka. Cieszy fakt, że takie propozycje powracają na rynek, mimo że ich funkcja „walcząca” już wygasła. Wciąż jednak można się na tym tomie uczyć precyzji konstruowania dowcipów, oryginalnego podejścia do zbanalizowanych tematów. Uzupełnianie biblioteczek o takie zapomniane pozycje wpisuje się też w nieprzemijającą modę na PRL – co rozszerza krąg zainteresowanych tą pozycją. „W zasadzie tak” to kolejna książka Jacka Fedorowicza wyciągana z archiwów – prezent dla fanów dobrej jakościowo satyry.
piątek, 21 lipca 2017
Marek Niedźwiecki: Australijczyk
Wielka Litera, Warszawa 2017. (wyd. II)
Podróż i odpoczynek
Marek Niedźwiecki uwielbia Australię. Najpierw wybrał się tam zawodowo, później stwierdził, że na ten kontynent warto wracać, by coraz lepiej go poznawać. Od kilkunastu lat stara się zawsze wygospodarować trochę czasu, żeby wybrać się d kraju kontrastów. Poza tym, że Australię kocha, stara się ją też zrozumieć. Realizuje tu swoje fotograficzne hobby: w kadrach zatrzymuje niepowtarzalne widoki. O miłości do Australii opowiada w tomie, który na druk musiał poczekać (pierwszy raz ukazał się przed dwoma laty, teraz powraca w nieco poręczniejszej wersji). Ważniejsze bowiem z perspektywy wydawców były książki poświęcone pracy radiowca. Mimo błyskawicznego rynku literatury podróżniczo-reportażowej nie od razu mógł autor podzielić się zachwytami z odbiorcami. Teraz jednak żaden fan Australii nie przejdzie obojętnie obok „Australijczyka” – właściwie to albumu, tomu, w którym zdjęcia dominują nad tekstem, a na pewno bardziej działają na wyobraźnię czytelników. To opowieść „urlopowa”. Owszem, pojawiają się w niej czasami nawiązania do pracy, ale dużo częściej chodzi o odkrywanie Antypodów i odrzucanie mitów na temat Australii.
Marek Niedźwiecki omija turystyczne szlaki i atrakcje dla wycieczek. Woli prezentować odbiorcom indywidualne (nie zawsze oczywiste) zachwyty, sprawia, że przemierzają razem z nim kontynent i dowiadują się tego, czego nie ma w przewodnikach. Autor nie zamierza powtarzać wiadomości historycznych ani geograficznych, nie będzie zanudzać odbiorców stylem z podręczników i natłokiem informacji. Nie musi podpierać się książkowymi faktami, skoro przeżywa i doświadcza – i to jest sedno zawartości relacji. Niedźwiecki próbuje pokazać czytelnikom, dlaczego wraca do Australii, dzieli się odkryciami (wino australijskie), opowiada o lokalnych przysmakach i o co dziwniejszych przygodach. Przedstawia Australię bez stereotypów, co więcej, w ogóle tych stereotypów nie zauważa. Zachowuje rytm wypoczynkowy, wprowadza do relacji przyjaciół i sprawdzone trasy, a czasem fragmenty dziennika, by jeszcze lepiej uchwycić istotę tematu.
„Australijczyk” podzielony jest na krótkie rozdziały, a autor stara się tak pisać, by jeden rozdział oznaczał jeden temat (wycieczkę, konkretne miejsce, spotkanie). Przemierza kontynent, ale nie szuka na nim egzotyki, szanuje lokalne zwyczaje. Woli odpoczywać niż szukać przygód (te zresztą przyjdą same). Ogólnikowo wspomina drobiazgi: towarzyskie relacje, miłe chwile bez większego znaczenia dla życiorysu. Wprowadza akcenty osobiste, buduje też sieć intertekstualiów, przywołuje własne marzenia, zjawiska atmosferyczne i godziny. Czasami komentuje konteksty robienia prezentowych zdjęć. Nie zarzuca odbiorców tekstem, nie rozpieszcza wyjaśnieniami, a jednak uzyskuje fantastyczną familiarność stylu. Wpisuje się „Australijczykiem” w dzisiejszą modę na osobiste „reportaże” podróżnicze, choć pozostaje nieco na marginesie nurtu przez to właśnie, że rezygnuje z danych encyklopedycznych. Zanudzać nie chce.
A na zdjęciach pokazuje „swoją” Australię. Nie pocztówkowe widoki, nie to, co oczywiste, co od razu z Australią się kojarzy. Niedźwiecki szuka ciekawostek, motywów, które przyciągają do tego kraju, własnego spojrzenia na świeże odkrycia. Pozwala przy tym słuchaczom lepiej poznać siebie, bo opowiada o tym, co dla niego ważne, co utkwiło mu w pamięci i co sprawia, że spędza urlopy w Australii. „Australijczyk” to tom do oglądania. Nie funkcjonuje jako publikacja celebryty – trafi do fanów Niedźwieckiego, ale też do ludzi, których interesuje Australia jako miejsce wakacyjnego pobytu. Nie ma tu odkrywania lokalnych gatunków ani kultury. Jest spokój i mnóstwo fotografii.
Podróż i odpoczynek
Marek Niedźwiecki uwielbia Australię. Najpierw wybrał się tam zawodowo, później stwierdził, że na ten kontynent warto wracać, by coraz lepiej go poznawać. Od kilkunastu lat stara się zawsze wygospodarować trochę czasu, żeby wybrać się d kraju kontrastów. Poza tym, że Australię kocha, stara się ją też zrozumieć. Realizuje tu swoje fotograficzne hobby: w kadrach zatrzymuje niepowtarzalne widoki. O miłości do Australii opowiada w tomie, który na druk musiał poczekać (pierwszy raz ukazał się przed dwoma laty, teraz powraca w nieco poręczniejszej wersji). Ważniejsze bowiem z perspektywy wydawców były książki poświęcone pracy radiowca. Mimo błyskawicznego rynku literatury podróżniczo-reportażowej nie od razu mógł autor podzielić się zachwytami z odbiorcami. Teraz jednak żaden fan Australii nie przejdzie obojętnie obok „Australijczyka” – właściwie to albumu, tomu, w którym zdjęcia dominują nad tekstem, a na pewno bardziej działają na wyobraźnię czytelników. To opowieść „urlopowa”. Owszem, pojawiają się w niej czasami nawiązania do pracy, ale dużo częściej chodzi o odkrywanie Antypodów i odrzucanie mitów na temat Australii.
Marek Niedźwiecki omija turystyczne szlaki i atrakcje dla wycieczek. Woli prezentować odbiorcom indywidualne (nie zawsze oczywiste) zachwyty, sprawia, że przemierzają razem z nim kontynent i dowiadują się tego, czego nie ma w przewodnikach. Autor nie zamierza powtarzać wiadomości historycznych ani geograficznych, nie będzie zanudzać odbiorców stylem z podręczników i natłokiem informacji. Nie musi podpierać się książkowymi faktami, skoro przeżywa i doświadcza – i to jest sedno zawartości relacji. Niedźwiecki próbuje pokazać czytelnikom, dlaczego wraca do Australii, dzieli się odkryciami (wino australijskie), opowiada o lokalnych przysmakach i o co dziwniejszych przygodach. Przedstawia Australię bez stereotypów, co więcej, w ogóle tych stereotypów nie zauważa. Zachowuje rytm wypoczynkowy, wprowadza do relacji przyjaciół i sprawdzone trasy, a czasem fragmenty dziennika, by jeszcze lepiej uchwycić istotę tematu.
„Australijczyk” podzielony jest na krótkie rozdziały, a autor stara się tak pisać, by jeden rozdział oznaczał jeden temat (wycieczkę, konkretne miejsce, spotkanie). Przemierza kontynent, ale nie szuka na nim egzotyki, szanuje lokalne zwyczaje. Woli odpoczywać niż szukać przygód (te zresztą przyjdą same). Ogólnikowo wspomina drobiazgi: towarzyskie relacje, miłe chwile bez większego znaczenia dla życiorysu. Wprowadza akcenty osobiste, buduje też sieć intertekstualiów, przywołuje własne marzenia, zjawiska atmosferyczne i godziny. Czasami komentuje konteksty robienia prezentowych zdjęć. Nie zarzuca odbiorców tekstem, nie rozpieszcza wyjaśnieniami, a jednak uzyskuje fantastyczną familiarność stylu. Wpisuje się „Australijczykiem” w dzisiejszą modę na osobiste „reportaże” podróżnicze, choć pozostaje nieco na marginesie nurtu przez to właśnie, że rezygnuje z danych encyklopedycznych. Zanudzać nie chce.
A na zdjęciach pokazuje „swoją” Australię. Nie pocztówkowe widoki, nie to, co oczywiste, co od razu z Australią się kojarzy. Niedźwiecki szuka ciekawostek, motywów, które przyciągają do tego kraju, własnego spojrzenia na świeże odkrycia. Pozwala przy tym słuchaczom lepiej poznać siebie, bo opowiada o tym, co dla niego ważne, co utkwiło mu w pamięci i co sprawia, że spędza urlopy w Australii. „Australijczyk” to tom do oglądania. Nie funkcjonuje jako publikacja celebryty – trafi do fanów Niedźwieckiego, ale też do ludzi, których interesuje Australia jako miejsce wakacyjnego pobytu. Nie ma tu odkrywania lokalnych gatunków ani kultury. Jest spokój i mnóstwo fotografii.
poniedziałek, 3 lipca 2017
Anna Klara Majewska: Majorka w niebieskich migdałach
Wielka Litera, Warszawa 2017.
Wakacje w zimie
Chociaż „Majorką w niebieskich migdałach” Anna Klara Majewska zamierza zakończyć „wakacyjną” trylogię, wątpię, by czytelniczki pozwoliły jej na rozstanie z Magdą i jej bliskimi. Autorka funduje bowiem wszystkim ucieczkę na wyspę, na której czas zwalnia, a problemy maleją – i historię jak zawsze prześmiewczo-romansową w stylu chick-litu. Wrzuca też w fabułę wydarzenia tyle nierzeczywiste co komiczne – dostarczając terapeutycznego śmiechu i wytchnienia. Bogata galeria postaci sprawia, że mniej widać granie stereotypami i fabularną jednopłaszczyznowość. Majewska chce po prostu, żeby odbiorczynie bawiły się nieźle, śledząc sercowe i rodzinne perypetie bohaterki.
A sercowe perypetie biorą się tym razem bezpośrednio z mody na literaturę erotyczną. „Talent” do tworzenia pornograficznych i bardzo poczytnych – choć równie kiczowatych – historii odkrywa w sobie matka Magdy. Opowieść przez nią opublikowana niepokojąco przypomina sytuację w domu córki: jest mąż, któremu nie do końca można ufać, jak każdemu mężczyźnie, jest ponętna służąca, są seksowne czerwone stringi… Magda fakty łączy błyskawicznie, zarzuca ukochanemu niewierność, rani go (i to dosłownie) i ucieka na Majorkę, by tam leczyć złamane serce. Odwiedzają ją przyjaciele i rodzina – każdy wplątany w sieć własnych problemów lub intryg. Ukochany z czasów maturalnych okazuje się zabójczo przystojny, ale nie jest to jedyny męski ideał w pobliżu. Na brak pocieszycieli Magda nie mogłaby narzekać, już prędzej – na brak okazji. Opowieść toczy się dość szybko i brzmi naprawdę wakacyjnie, chociaż obejmuje czas Bożego Narodzenia i sylwestra: na Majorce świeci słońce i wszystko wydaje się łatwiejsze do zniesienia.
Anna Klara Majewska sięga z upodobaniem po dobroduszne karykatury. Wyżywa się wprawdzie na Oksanie (tu posługuje się ostrą satyrą), ale zaraz potem na podobne wyczyny pozwala sympatycznej Ivance już bez złośliwości (imitacja czeskiego stanowi dodatkowy smaczek w dialogach). Kiedy portretuje gejowskie podboje brata Magdy, bywa, że wpada w dowcipy rubaszne – za sprawą przerysowania – ale wynagradza to niezwykle barwnym towarzystwem z dystansem do siebie. Potrafi stylizować wypowiedzi postaci, chociaż w tej warstwie najgorzej wypada przy obrazku małej Julii. Niestety dziecko co drugie słowo zdrabnia, a matka w stosunku do pociechy też nie potrafi się pozbyć irytującego szczebiotu. Jeśli do tej maniery dodać pobłażanie i ustępowanie małej we wszystkim – nie budzi to zachwytu. Dobrze, że szybko autorka odwraca uwagę biegiem wydarzeń. Ma być błyskawicznie, pikantnie i wesoło. To się udaje.
Realne zmartwienia Magda zastępuje wydumanymi, a te wydumane zagaduje pozorami niekończącej się imprezy. Na Majorce nabiera dystansu do wszystkiego, zyskuje siły, by stawić czoła zmartwieniom. Tu nie musi zachowywać się jak przykładna żona i matka, robi sobie urlop od codzienności. A że każdej czytelniczce taki urlop by się czasami przydał – tom doskonale spełni swoją rozrywkową rolę. Życiowe rozterki przysłaniane są to ekstrawaganckimi pomysłami matki, to obecnością potencjalnych adoratorów (lub kochanków dla brata). Niby nie może się stać nic przełomowego, to nie pasuje do konwencji chick-litu… z drugiej jednak strony Anna Klara Majewska pokazuje, że za nic ma schematy. Czytelniczki mogą spodziewać się lekkiej i prześmiewczej prozy, dystansu do zwykłego życia i… nuty erotyzmu, chociaż niekoniecznie w cytowanych fragmentach bestselleru matki. „Majorka w niebieskich migdałach” to komplikacje, które naprawdę nie istnieją – opowieść napędza się sama przez przegadanie bohaterki. Anna Klara Majewska stara się bawić i temu celowi podporządkowuje wszystko, co w powieści robi. Daje bohaterce prawo do humorów i kaprysów, pozwala egoistycznie nie przejmować się troskami innych. Szuka możliwości odmiennego spojrzenia na dramaty z życia i tanich romansideł.
Wakacje w zimie
Chociaż „Majorką w niebieskich migdałach” Anna Klara Majewska zamierza zakończyć „wakacyjną” trylogię, wątpię, by czytelniczki pozwoliły jej na rozstanie z Magdą i jej bliskimi. Autorka funduje bowiem wszystkim ucieczkę na wyspę, na której czas zwalnia, a problemy maleją – i historię jak zawsze prześmiewczo-romansową w stylu chick-litu. Wrzuca też w fabułę wydarzenia tyle nierzeczywiste co komiczne – dostarczając terapeutycznego śmiechu i wytchnienia. Bogata galeria postaci sprawia, że mniej widać granie stereotypami i fabularną jednopłaszczyznowość. Majewska chce po prostu, żeby odbiorczynie bawiły się nieźle, śledząc sercowe i rodzinne perypetie bohaterki.
A sercowe perypetie biorą się tym razem bezpośrednio z mody na literaturę erotyczną. „Talent” do tworzenia pornograficznych i bardzo poczytnych – choć równie kiczowatych – historii odkrywa w sobie matka Magdy. Opowieść przez nią opublikowana niepokojąco przypomina sytuację w domu córki: jest mąż, któremu nie do końca można ufać, jak każdemu mężczyźnie, jest ponętna służąca, są seksowne czerwone stringi… Magda fakty łączy błyskawicznie, zarzuca ukochanemu niewierność, rani go (i to dosłownie) i ucieka na Majorkę, by tam leczyć złamane serce. Odwiedzają ją przyjaciele i rodzina – każdy wplątany w sieć własnych problemów lub intryg. Ukochany z czasów maturalnych okazuje się zabójczo przystojny, ale nie jest to jedyny męski ideał w pobliżu. Na brak pocieszycieli Magda nie mogłaby narzekać, już prędzej – na brak okazji. Opowieść toczy się dość szybko i brzmi naprawdę wakacyjnie, chociaż obejmuje czas Bożego Narodzenia i sylwestra: na Majorce świeci słońce i wszystko wydaje się łatwiejsze do zniesienia.
Anna Klara Majewska sięga z upodobaniem po dobroduszne karykatury. Wyżywa się wprawdzie na Oksanie (tu posługuje się ostrą satyrą), ale zaraz potem na podobne wyczyny pozwala sympatycznej Ivance już bez złośliwości (imitacja czeskiego stanowi dodatkowy smaczek w dialogach). Kiedy portretuje gejowskie podboje brata Magdy, bywa, że wpada w dowcipy rubaszne – za sprawą przerysowania – ale wynagradza to niezwykle barwnym towarzystwem z dystansem do siebie. Potrafi stylizować wypowiedzi postaci, chociaż w tej warstwie najgorzej wypada przy obrazku małej Julii. Niestety dziecko co drugie słowo zdrabnia, a matka w stosunku do pociechy też nie potrafi się pozbyć irytującego szczebiotu. Jeśli do tej maniery dodać pobłażanie i ustępowanie małej we wszystkim – nie budzi to zachwytu. Dobrze, że szybko autorka odwraca uwagę biegiem wydarzeń. Ma być błyskawicznie, pikantnie i wesoło. To się udaje.
Realne zmartwienia Magda zastępuje wydumanymi, a te wydumane zagaduje pozorami niekończącej się imprezy. Na Majorce nabiera dystansu do wszystkiego, zyskuje siły, by stawić czoła zmartwieniom. Tu nie musi zachowywać się jak przykładna żona i matka, robi sobie urlop od codzienności. A że każdej czytelniczce taki urlop by się czasami przydał – tom doskonale spełni swoją rozrywkową rolę. Życiowe rozterki przysłaniane są to ekstrawaganckimi pomysłami matki, to obecnością potencjalnych adoratorów (lub kochanków dla brata). Niby nie może się stać nic przełomowego, to nie pasuje do konwencji chick-litu… z drugiej jednak strony Anna Klara Majewska pokazuje, że za nic ma schematy. Czytelniczki mogą spodziewać się lekkiej i prześmiewczej prozy, dystansu do zwykłego życia i… nuty erotyzmu, chociaż niekoniecznie w cytowanych fragmentach bestselleru matki. „Majorka w niebieskich migdałach” to komplikacje, które naprawdę nie istnieją – opowieść napędza się sama przez przegadanie bohaterki. Anna Klara Majewska stara się bawić i temu celowi podporządkowuje wszystko, co w powieści robi. Daje bohaterce prawo do humorów i kaprysów, pozwala egoistycznie nie przejmować się troskami innych. Szuka możliwości odmiennego spojrzenia na dramaty z życia i tanich romansideł.
wtorek, 21 marca 2017
Jacek Fedorowicz: Święte krowy na kółkach
Wielka Litera, Warszawa 2017.
Spojrzenie na życie
Jacek Fedorowicz jako felietonista pozostaje satyrykiem, ale pozwala sobie też na całkiem sporo autobiograficznych wyznań. „Święte krowy na kółkach” to zbiór tekstów – publikowanych w różnych pismach – pogrupowanych tematycznie i nie zawsze odnoszących się do aktualnych problemów politycznych. Bywa, że satyrę agitacyjną zastępuje autor humorem, a dla odpoczynku od medialnych sensacji proponuje przyjrzenie się obyczajowości lub kwestiom społecznym, mniej palącym, za to wspólnym dla przedstawicieli różnych pokoleń (lub po prostu zrozumiałym niezależnie od czasów). Zamiast wstępu proponuje Fedorowicz krótkie „życiorysowe” wprowadzenie, którym buduje bliskość z czytelnikami. Na osobiste wyznania w tym duchu będzie sobie potem znajdował miejsce wśród wynurzeń o charakterze komentatorskim czy krytycznym. „Święte krowy na kółkach” są więc czymś w rodzaju kontynuacji pamiętnika – tyle tylko, że w bardziej sprzyjającej dowcipom formie. A że przy okazji autor chce udowodnić, że żarty można poddawać recyklingowej obróbce – zabawy będzie sporo. Jacek Fedorowicz nie należy do tych, którzy kopiowaliby obiegowe internetowe dowcipy – proponuje lekkie i oryginalne teksty. Czasem tylko wymyka mu się nieco gorzkich słów pod adresem bezmyślnych lub promujących bylejakość.
„Święte krowy na kółkach” to tom bardzo zróżnicowany. Otwierają go felietony poświęcone Warszawie – raz refleksje na temat Pałacu Kultury, raz – przemyślenia znad Wisły. Znalazło się miejsce na sprawy dotyczące mentalności ludzi i wszechobecnych reklam, które mogą się przydać do zasłaniania szpecących miasta miejsc. W części warszawskiej Fedorowicz zyskuje wiele powodów do osobistych wspomnień – co automatycznie odróżnia te felietony od standardowych prasowych przerywników dotyczących stolicy. Dalej pojawi się trochę sportu (zwłaszcza temat rowerzystów i biegania), felietony dotyczące przemian językowych – to znów próba walki z nonszalancją i ignorowaniem reguł. Osobną – nie do pominięcia – grupę stanowią teksty o polityce i politykach. „Donosy” zawierają zapiski na najróżniejsze tematy, tu też widać zróżnicowanie ich długości. Nie ma zatem obaw, że autor zanudzi czytelników swoimi obsesjami – potrafi zachować umiar, nie powtarza do znudzenia argumentów czy co bardziej smakowitych fraz. Pozwala czytelnikom cieszyć się lekturą – a zapewnia też kilka wartych przemyślenia punktów.
Jacek Fedorowicz nie uprawia w tej książce satyry estradowej, dba o inteligentne dowcipy na dobrym poziomie. To, co nie sprawdziłoby się na kabaretonie jako rozrywka dla mas, idealnie działa w zbiorku czytanym dla wytchnienia. Nawet kiedy autor wyraźnie poirytowany jest własną bezradnością w obliczu niepożądanych przemian, potrafi reagować jak humorysta – nie są to więc felietony męczeńskie w tonie, przynoszą sporo zabawy obok celnych diagnoz. Dobre wyważenie proporcji sprawia, że sygnały autobiograficzne łagodzą wymowę satyry, pozwalają też unikać truizmów.
„Święte krowy na kółkach” zawierają ilustracje autora. Jacek Fedorowicz jawi się tu jako rysownik satyryczny, który do obrazków-komentarzy wprowadza kolejne, nowe żarty, pokazuje również zmysł karykaturzysty – zwłaszcza w kilkukreskowych obliczach polityków. Bezbłędnie wychwytuje charakterystyczne rysy i oddaje podobieństwo na prostych szkicach. W ten sposób ilustracje stają się nieodłączną częścią felietonów, nie tylko ozdabiają tom, ale podsuwają odbiorcom dodatkową porcję rozrywki. „Święte krowy na kółkach” to książka dla fanów satyry – i dla tych, którzy zmęczeni są powielaniem obiegowych dowcipów lub stereotypowych sądów.
Spojrzenie na życie
Jacek Fedorowicz jako felietonista pozostaje satyrykiem, ale pozwala sobie też na całkiem sporo autobiograficznych wyznań. „Święte krowy na kółkach” to zbiór tekstów – publikowanych w różnych pismach – pogrupowanych tematycznie i nie zawsze odnoszących się do aktualnych problemów politycznych. Bywa, że satyrę agitacyjną zastępuje autor humorem, a dla odpoczynku od medialnych sensacji proponuje przyjrzenie się obyczajowości lub kwestiom społecznym, mniej palącym, za to wspólnym dla przedstawicieli różnych pokoleń (lub po prostu zrozumiałym niezależnie od czasów). Zamiast wstępu proponuje Fedorowicz krótkie „życiorysowe” wprowadzenie, którym buduje bliskość z czytelnikami. Na osobiste wyznania w tym duchu będzie sobie potem znajdował miejsce wśród wynurzeń o charakterze komentatorskim czy krytycznym. „Święte krowy na kółkach” są więc czymś w rodzaju kontynuacji pamiętnika – tyle tylko, że w bardziej sprzyjającej dowcipom formie. A że przy okazji autor chce udowodnić, że żarty można poddawać recyklingowej obróbce – zabawy będzie sporo. Jacek Fedorowicz nie należy do tych, którzy kopiowaliby obiegowe internetowe dowcipy – proponuje lekkie i oryginalne teksty. Czasem tylko wymyka mu się nieco gorzkich słów pod adresem bezmyślnych lub promujących bylejakość.
„Święte krowy na kółkach” to tom bardzo zróżnicowany. Otwierają go felietony poświęcone Warszawie – raz refleksje na temat Pałacu Kultury, raz – przemyślenia znad Wisły. Znalazło się miejsce na sprawy dotyczące mentalności ludzi i wszechobecnych reklam, które mogą się przydać do zasłaniania szpecących miasta miejsc. W części warszawskiej Fedorowicz zyskuje wiele powodów do osobistych wspomnień – co automatycznie odróżnia te felietony od standardowych prasowych przerywników dotyczących stolicy. Dalej pojawi się trochę sportu (zwłaszcza temat rowerzystów i biegania), felietony dotyczące przemian językowych – to znów próba walki z nonszalancją i ignorowaniem reguł. Osobną – nie do pominięcia – grupę stanowią teksty o polityce i politykach. „Donosy” zawierają zapiski na najróżniejsze tematy, tu też widać zróżnicowanie ich długości. Nie ma zatem obaw, że autor zanudzi czytelników swoimi obsesjami – potrafi zachować umiar, nie powtarza do znudzenia argumentów czy co bardziej smakowitych fraz. Pozwala czytelnikom cieszyć się lekturą – a zapewnia też kilka wartych przemyślenia punktów.
Jacek Fedorowicz nie uprawia w tej książce satyry estradowej, dba o inteligentne dowcipy na dobrym poziomie. To, co nie sprawdziłoby się na kabaretonie jako rozrywka dla mas, idealnie działa w zbiorku czytanym dla wytchnienia. Nawet kiedy autor wyraźnie poirytowany jest własną bezradnością w obliczu niepożądanych przemian, potrafi reagować jak humorysta – nie są to więc felietony męczeńskie w tonie, przynoszą sporo zabawy obok celnych diagnoz. Dobre wyważenie proporcji sprawia, że sygnały autobiograficzne łagodzą wymowę satyry, pozwalają też unikać truizmów.
„Święte krowy na kółkach” zawierają ilustracje autora. Jacek Fedorowicz jawi się tu jako rysownik satyryczny, który do obrazków-komentarzy wprowadza kolejne, nowe żarty, pokazuje również zmysł karykaturzysty – zwłaszcza w kilkukreskowych obliczach polityków. Bezbłędnie wychwytuje charakterystyczne rysy i oddaje podobieństwo na prostych szkicach. W ten sposób ilustracje stają się nieodłączną częścią felietonów, nie tylko ozdabiają tom, ale podsuwają odbiorcom dodatkową porcję rozrywki. „Święte krowy na kółkach” to książka dla fanów satyry – i dla tych, którzy zmęczeni są powielaniem obiegowych dowcipów lub stereotypowych sądów.
piątek, 7 października 2016
Anna Klara Majewska: Melanżeria
Wielka Litera, Warszawa 2016.
Przyjaźń
„Melanżeria” rozgrywa się bardzo szybko i trochę niepokojąco, a mimo skrótowej fabuły to chyba najlepsza książka Anny Klary Majewskiej. Autorka przedstawia tu troje ludzi, którzy szukają pomysłu na siebie poza schematami. Bezustannie walczą z rzeczywistością, nie chcą powielać błędów popełnionych przez rodziców, ani żyć tak jak oni. Iza robi wszystko, żeby wyrwać się z prowincji i zacząć wieść egzystencję na światowym poziomie. Na razie jednak jej matka nie może się doczekać zięcia – a to kolejny punkt zapalny i wyraz mentalnego zacofania. Anita jest przebojowa i zachłanna. Nie czeka, aż świat jej coś podaruje, sama wyciąga ręce po wszystko, na co ma ochotę. Tomek w dzieciństwie strojony w dziewczęce sukienki dość szybko odkrywa, że dziewczyny są obrzydliwe. Jako gej szuka swojego idealnego partnera, chociaż obce są mu zasady wierności (podobnie zresztą, jak jego kochankom). Anna Klara Majewska pokazuje losy tej trójki w urywkowych notatkach od lat 70. XX wieku do roku 2015. Zamiast budować przesadnie szczegółowe narracje, skupia się na drobiazgach, wycinkach rzeczywistości, na tyle wymownych, że da się wokół nich domyślać brakujące fragmenty.
Migawki z życia przerywane są smsową rozmową, której bohaterowie troszczą się o siebie i darzą ciepłym (choć platonicznym) uczuciem. W serdecznej przyjaźni widać bezwzględną akceptację dla wszelkich wybryków. Wsparcie, jakiego żyjący po swojemu nie mogą uzyskać od starszego pokolenia, matek-tradycjonalistek, dają sobie sami, nawzajem. Ta przyjaźń pełna jest drobnych żartów, ale i zaangażowania i troski. Wydaje się krzepiąca i wspaniała. Gdyby tylko mogła trwać bez wystawiania na próbę. Coś złego dzieje się z jednym z bohaterów. Trafia do szpitala i przechodzi przez koszmar kolejnych badań. W smsach cały czas otrzymuje wsparcie, znacznie gorzej zaczyna być z osobistymi kontaktami. Ale przyjaźń nie może tak po prostu się skończyć, nie w książce. W klasycznej narracji autorka prowadzi zwykłą opowieść, wciela się w rolę wszystkowiedzącego opowiadacza i nie ma przed nią żadnych tajemnic. W narracji smsowej ma do dyspozycji wyłącznie wiadomości przekazywane przez dwoje bliskich sobie ludzi – o ograniczonej liczbie znaków. Tu szalenie wymowne są sposoby dialogowania, a nawet same literówki. Anna Klara Majewska w pełni wykorzystuje możliwości gatunku, nie ma tu mowy o zwykłym urozmaiceniu historii – dzięki smsowym wyznaniom uruchamia emocje wręcz niemożliwe do uzyskania w inny sposób w takim natężeniu. To właśnie wyczulenie na sprawy międzyludzkie nadaje ton całej powieści i sprawia, że trudno będzie o niej zapomnieć. Nawet kiedy autorka do portretów postaci dodaje stereotypy lub oczywistości, nawet kiedy nie zastanawia się nad sensem wprowadzania wygodnych uproszczeń, jest szczera i przekonuje do siebie.
Jest „Melanżeria” bardzo gorzką analizą konserwatywnego społeczeństwa i ceny za życie po swojemu. Płynie stąd też bardzo ładny – krzepiący mimo wszystko – obraz przyjaźni ponad sztucznymi podziałami. To, co nie udałoby się o pokolenie wcześniej w „zwyczajnych” (żeby nie powiedzieć „normalnych”) rodzinach, teraz staje się najcenniejszym skarbem. Anna Klara Majewska pisze tak, by uciec od niepotrzebnych sentymentów, a przecież mimo wszystko wzrusza. Zapewnia historię daleką od schematów z poczytnych obyczajówek, odrzuca wręcz filmowe popularne scenariusze. Ma do opowiedzenia specjalną historię. Ujmuje ją w telegraficznym skrócie smsów – bo prawdziwe rozdziały są tu tylko dodatkiem, by móc bardziej zagłębić się w dylematy postaci i poznać ich nieprzyjazne otoczenie. „Melanżeria” pod pozorami standardowego buntu i życia według własnych reguł pokazuje głęboko wartościowe relacje. Poza mocnym tematem atutem tej powieści staje się udana narracja, ładnie zmieniana w zależności od sytuacji i bohatera. To książka do przeczytania w jeden wieczór – i do długich przemyśleń.
Przyjaźń
„Melanżeria” rozgrywa się bardzo szybko i trochę niepokojąco, a mimo skrótowej fabuły to chyba najlepsza książka Anny Klary Majewskiej. Autorka przedstawia tu troje ludzi, którzy szukają pomysłu na siebie poza schematami. Bezustannie walczą z rzeczywistością, nie chcą powielać błędów popełnionych przez rodziców, ani żyć tak jak oni. Iza robi wszystko, żeby wyrwać się z prowincji i zacząć wieść egzystencję na światowym poziomie. Na razie jednak jej matka nie może się doczekać zięcia – a to kolejny punkt zapalny i wyraz mentalnego zacofania. Anita jest przebojowa i zachłanna. Nie czeka, aż świat jej coś podaruje, sama wyciąga ręce po wszystko, na co ma ochotę. Tomek w dzieciństwie strojony w dziewczęce sukienki dość szybko odkrywa, że dziewczyny są obrzydliwe. Jako gej szuka swojego idealnego partnera, chociaż obce są mu zasady wierności (podobnie zresztą, jak jego kochankom). Anna Klara Majewska pokazuje losy tej trójki w urywkowych notatkach od lat 70. XX wieku do roku 2015. Zamiast budować przesadnie szczegółowe narracje, skupia się na drobiazgach, wycinkach rzeczywistości, na tyle wymownych, że da się wokół nich domyślać brakujące fragmenty.
Migawki z życia przerywane są smsową rozmową, której bohaterowie troszczą się o siebie i darzą ciepłym (choć platonicznym) uczuciem. W serdecznej przyjaźni widać bezwzględną akceptację dla wszelkich wybryków. Wsparcie, jakiego żyjący po swojemu nie mogą uzyskać od starszego pokolenia, matek-tradycjonalistek, dają sobie sami, nawzajem. Ta przyjaźń pełna jest drobnych żartów, ale i zaangażowania i troski. Wydaje się krzepiąca i wspaniała. Gdyby tylko mogła trwać bez wystawiania na próbę. Coś złego dzieje się z jednym z bohaterów. Trafia do szpitala i przechodzi przez koszmar kolejnych badań. W smsach cały czas otrzymuje wsparcie, znacznie gorzej zaczyna być z osobistymi kontaktami. Ale przyjaźń nie może tak po prostu się skończyć, nie w książce. W klasycznej narracji autorka prowadzi zwykłą opowieść, wciela się w rolę wszystkowiedzącego opowiadacza i nie ma przed nią żadnych tajemnic. W narracji smsowej ma do dyspozycji wyłącznie wiadomości przekazywane przez dwoje bliskich sobie ludzi – o ograniczonej liczbie znaków. Tu szalenie wymowne są sposoby dialogowania, a nawet same literówki. Anna Klara Majewska w pełni wykorzystuje możliwości gatunku, nie ma tu mowy o zwykłym urozmaiceniu historii – dzięki smsowym wyznaniom uruchamia emocje wręcz niemożliwe do uzyskania w inny sposób w takim natężeniu. To właśnie wyczulenie na sprawy międzyludzkie nadaje ton całej powieści i sprawia, że trudno będzie o niej zapomnieć. Nawet kiedy autorka do portretów postaci dodaje stereotypy lub oczywistości, nawet kiedy nie zastanawia się nad sensem wprowadzania wygodnych uproszczeń, jest szczera i przekonuje do siebie.
Jest „Melanżeria” bardzo gorzką analizą konserwatywnego społeczeństwa i ceny za życie po swojemu. Płynie stąd też bardzo ładny – krzepiący mimo wszystko – obraz przyjaźni ponad sztucznymi podziałami. To, co nie udałoby się o pokolenie wcześniej w „zwyczajnych” (żeby nie powiedzieć „normalnych”) rodzinach, teraz staje się najcenniejszym skarbem. Anna Klara Majewska pisze tak, by uciec od niepotrzebnych sentymentów, a przecież mimo wszystko wzrusza. Zapewnia historię daleką od schematów z poczytnych obyczajówek, odrzuca wręcz filmowe popularne scenariusze. Ma do opowiedzenia specjalną historię. Ujmuje ją w telegraficznym skrócie smsów – bo prawdziwe rozdziały są tu tylko dodatkiem, by móc bardziej zagłębić się w dylematy postaci i poznać ich nieprzyjazne otoczenie. „Melanżeria” pod pozorami standardowego buntu i życia według własnych reguł pokazuje głęboko wartościowe relacje. Poza mocnym tematem atutem tej powieści staje się udana narracja, ładnie zmieniana w zależności od sytuacji i bohatera. To książka do przeczytania w jeden wieczór – i do długich przemyśleń.
niedziela, 5 czerwca 2016
Jerzy Sosnowski: Sen sów
Wielka Litera, Warszawa 2016.
Wspomnienie
Jarko jedzie z rodzicami nad morze. Jedzie, żeby podreperować zdrowie, rodzice muszą mu towarzyszyć, bo mały chłopiec boi się sanatoriów. Odbywa tę podróż teraz, na oczach czytelników – a tak naprawdę odkrywa ją zanurzony we wspomnieniach dorosły i doświadczony autor, który z lekkim sentymentem obserwuje tamtego chłopca i przypomina jego nadzieje i wrażenia (w tym dźwięki zapachów, a nawet tajne myśli, z których kiedyś sam Jarko nie zdawał sobie sprawy). Jarko jedzie więc nad morze, poznaje nowych kolegów, spędza czas z mamą lub tatą – „Sen sów” to zapis zwyczajnego wydarzenia, które w oczach dziecka nabiera cech egzotycznych i ocen nie do powtórzenia nigdy w przyszłości. Dla Jarka wszystko jest nowe i niezwykłe, magicznego charakteru nabiera biblioteka i obiady w stołówkach. Świat dzieci rządzi się swoimi prawami i dorośli nigdy go nie zrozumieją – ale i rodzice mają swoje przyzwyczajenia czy sekrety. Na przykład czas spędzony z tatą wygląda zupełnie inaczej niż decyzje podejmowane przez mamę. Jarko zajmuje się też autorefleksjami, odkrywa uroki literackich zabaw, absurdy sennych obrazów skleja w pojedyncze opowieści. Przez powieść o dojrzewaniu przewija się też temat seksualności. Bo z czasem kontury wizyty nad morzem zaczynają się zacierać, coraz bardziej mieszają się pomysły dziecka z refleksjami coraz starszego a niesprawiedliwie uciszanego bohatera. Sam autor zresztą też zazdrości postaciom i wydziera dla siebie trochę miejsca, ujawnia się, żeby podkreślać autotematyzm i na nowo ukryć siebie. „Sen sów” funkcjonuje w konstrukcji na prawach onirycznych, sygnalizowanych nie tylko obecnością czasowych przeskoków i miksowanych wspomnień, ale i płynącymi opisami, językiem precyzyjnym, a przecież też poetycko rytmicznym, jakby rozmywającym się w faktach i domysłach. Jerzy Sosnowski wybiera długie frazy, ale bez utrudniania lektury czytelnikom, prowadzi historię nie tyle gawędziarsko – co mimochodem. Tworzone przez niego obrazy i sytuacje, chociaż konkretyzowane, są też na tyle uniwersalne, że aż zamieniają czytanie we wspominanie. Każdy wraca do dzieciństwa, odpowiada własnymi refleksjami lub historiami na motywy ze „Snu sów” i przekonuje się, że każda błahostka może okazać się cenna w rozpaczliwym powrocie do dzieciństwa.
Zwodnicze są rozdziały tej powieści, bo wydarzenia, które stają się udziałem Jarka, brzmią bardzo prawdopodobnie nawet wtedy, gdy pamięć płata figle. Sosnowski celowo wyodrębnia (graficznie i w strukturze książki) sny, wtrącenia odautorskie czy „szczeliny” z prawdziwej teraźniejszości: tu tom przypomina o procesie tworzenia i o pułapkach zastawianych przez wprawnych autorów. A przecież nie oznacza to, że rzeczywistość Jarka będzie tym samym mniej prawdziwa. Tyle tylko, że autor otwiera sobie możliwość manipulowania czytelnikami świadomymi tego zabiegu, sugerowania im nieprawdziwych zdarzeń lub modyfikowania pamięci jako skarbca wydarzeń naturalnych czy oczekiwanych. Dzieciństwo i młodość Jarka poddawane są twórczej obróbce, o której podczas czytania bardzo łatwo zapomnieć. Ta powieść dużo udaje, nabiera odbiorców i cieszy wspólnotą doznań (lub – jakością przeszłych scen). „Sen sów” to historia, w której akcja przywodzi na myśl niemal każde dzieciństwo oglądane po latach, a forma przypomina o kreacyjnych możliwościach języka i o znaczeniu jakości pisania. Jerzy Sosnowski wcale nie musi zabiegać o uwagę odbiorców – zdobywa ją przeżyciami małego Jarka. Zabawa staje się podstawą konstrukcji tomu, rzadko się jednak zdarza, by - jak w tym przypadku - zabawa autora była jednocześnie zabawą dla odbiorców. Gra sensami cieszy.
Wspomnienie
Jarko jedzie z rodzicami nad morze. Jedzie, żeby podreperować zdrowie, rodzice muszą mu towarzyszyć, bo mały chłopiec boi się sanatoriów. Odbywa tę podróż teraz, na oczach czytelników – a tak naprawdę odkrywa ją zanurzony we wspomnieniach dorosły i doświadczony autor, który z lekkim sentymentem obserwuje tamtego chłopca i przypomina jego nadzieje i wrażenia (w tym dźwięki zapachów, a nawet tajne myśli, z których kiedyś sam Jarko nie zdawał sobie sprawy). Jarko jedzie więc nad morze, poznaje nowych kolegów, spędza czas z mamą lub tatą – „Sen sów” to zapis zwyczajnego wydarzenia, które w oczach dziecka nabiera cech egzotycznych i ocen nie do powtórzenia nigdy w przyszłości. Dla Jarka wszystko jest nowe i niezwykłe, magicznego charakteru nabiera biblioteka i obiady w stołówkach. Świat dzieci rządzi się swoimi prawami i dorośli nigdy go nie zrozumieją – ale i rodzice mają swoje przyzwyczajenia czy sekrety. Na przykład czas spędzony z tatą wygląda zupełnie inaczej niż decyzje podejmowane przez mamę. Jarko zajmuje się też autorefleksjami, odkrywa uroki literackich zabaw, absurdy sennych obrazów skleja w pojedyncze opowieści. Przez powieść o dojrzewaniu przewija się też temat seksualności. Bo z czasem kontury wizyty nad morzem zaczynają się zacierać, coraz bardziej mieszają się pomysły dziecka z refleksjami coraz starszego a niesprawiedliwie uciszanego bohatera. Sam autor zresztą też zazdrości postaciom i wydziera dla siebie trochę miejsca, ujawnia się, żeby podkreślać autotematyzm i na nowo ukryć siebie. „Sen sów” funkcjonuje w konstrukcji na prawach onirycznych, sygnalizowanych nie tylko obecnością czasowych przeskoków i miksowanych wspomnień, ale i płynącymi opisami, językiem precyzyjnym, a przecież też poetycko rytmicznym, jakby rozmywającym się w faktach i domysłach. Jerzy Sosnowski wybiera długie frazy, ale bez utrudniania lektury czytelnikom, prowadzi historię nie tyle gawędziarsko – co mimochodem. Tworzone przez niego obrazy i sytuacje, chociaż konkretyzowane, są też na tyle uniwersalne, że aż zamieniają czytanie we wspominanie. Każdy wraca do dzieciństwa, odpowiada własnymi refleksjami lub historiami na motywy ze „Snu sów” i przekonuje się, że każda błahostka może okazać się cenna w rozpaczliwym powrocie do dzieciństwa.
Zwodnicze są rozdziały tej powieści, bo wydarzenia, które stają się udziałem Jarka, brzmią bardzo prawdopodobnie nawet wtedy, gdy pamięć płata figle. Sosnowski celowo wyodrębnia (graficznie i w strukturze książki) sny, wtrącenia odautorskie czy „szczeliny” z prawdziwej teraźniejszości: tu tom przypomina o procesie tworzenia i o pułapkach zastawianych przez wprawnych autorów. A przecież nie oznacza to, że rzeczywistość Jarka będzie tym samym mniej prawdziwa. Tyle tylko, że autor otwiera sobie możliwość manipulowania czytelnikami świadomymi tego zabiegu, sugerowania im nieprawdziwych zdarzeń lub modyfikowania pamięci jako skarbca wydarzeń naturalnych czy oczekiwanych. Dzieciństwo i młodość Jarka poddawane są twórczej obróbce, o której podczas czytania bardzo łatwo zapomnieć. Ta powieść dużo udaje, nabiera odbiorców i cieszy wspólnotą doznań (lub – jakością przeszłych scen). „Sen sów” to historia, w której akcja przywodzi na myśl niemal każde dzieciństwo oglądane po latach, a forma przypomina o kreacyjnych możliwościach języka i o znaczeniu jakości pisania. Jerzy Sosnowski wcale nie musi zabiegać o uwagę odbiorców – zdobywa ją przeżyciami małego Jarka. Zabawa staje się podstawą konstrukcji tomu, rzadko się jednak zdarza, by - jak w tym przypadku - zabawa autora była jednocześnie zabawą dla odbiorców. Gra sensami cieszy.
wtorek, 8 marca 2016
Krzysztof Varga: Setka
Wielka Litera, Warszawa 2016.
Malkontent z konieczności
„Setka” Krzysztofa Vargi pozostawia wielki lekturowy niedosyt. Bo niby wszystko jest w porządku: kąśliwy i ironiczny ton, swobodnie płynące słowa, starannie wymyślane puenty do poszczególnych felietonów (a w rzeczywistości najczęściej recenzji przefiltrowanych przez osobowość autora). A jednak to tom bardzo na marginesie, na marginesie wydarzeń kulturalnych, do których autor tak bardzo chce się odwoływać. Czyta się Vargę jak zwykle świetnie. Tylko że momentami autor tępi pióro zupełnie niepotrzebnie, jakby brakowało mu ciekawych tematów i musiał uciekać się do absurdów zabawnych i bez literackiego komentarza. W „Setce” całkiem sporo jest omówień literackich i paraliterackich kuriozów, zupełnie niepotrzebnie wyciąganych na światło dzienne i obudowywanych satyrycznymi opiniami. Tu nie trzeba za bardzo się wysilać, żeby uruchomić żarty, komizm (niezamierzony przez twórców) Varga otrzymuje na tacy – za to trudno go doceniać, nawet mniej wytrawni w pisaniu odnosiliby sukcesy jako prześmiewcy-felietoniści.
Varga czyta, ogląda filmy, czasem przechadza się do teatru (albo akurat się nie przechadza, kpiąc sobie z tych, którzy oceniają bez sprawdzania), zagląda do świata polityki i irytuje się katolicyzmem (nawet nie katolicyzmem jako takim, a głosami „ciemiężonych”). Odwołuje się do spraw głośnych – włącza w dyskusję o zarobkach pisarzy, o literackich modach, o spadku czytelnictwa, o „pisarstwie” celebrytów. Jeśli tylko zauważy jakiś powód do malkontenctwa, narzeka, nawet gdy nie uzyska w ten sposób nic oryginalnego. O przekonaniu co do krytykowania jako powinności felietonisty pisze w blurbie – tyle że wielu jego wiernych czytelników zapewne bardziej ucieszy błyskotliwość spostrzeżeń czy nawet publicystyczne prowokacje, a nie narzucanie sobie negatywnych komentarzy. Z rzadka autor daje się czemuś (lub komuś) porwać, bezpieczniej czuje się w minorowych tonach wyznań, uprawiając antyreklamę. „Setkę” czyta się dobrze, ale czasem coraz łatwiej przewidzieć nie tylko, do czego Varga zmierza, ale nawet – jakich argumentów użyje. Zwłaszcza że przewija się przez tom kilka motywów „koronnych”. Nie da się odmówić poszczególnym tekstom błyskotliwości i kąśliwej ironii, ale w hurcie niepotrzebnie się ujednorodniają.
Plusem jest tu też szereg odwołań do własnych doświadczeń, nawet jeśli owe doświadczenia to tylko relacje z włączania się w nurt życia kulturalnego kraju (czyli reakcje na głośne produkcje). Varga pisze o własnych, subiektywnych odczuciach, nie zamierza nikomu narzucać wrażeń ani dyktować właściwych reakcji. Tym samym, siłą rzeczy, traci na drapieżności – trudno choćby chcieć podejmować dyskusję z kimś, kto wyraźnie zaznacza, że wyraża tylko własne zdanie. Ma Varga kilku swoich „wrogów” dyżurnych (między innymi w Kalicińskiej widzi całe zło kobiecej literatury rozrywkowej), wprowadza kilka równie wygodnych co zbyt upraszczających rzeczywistość uogólnień. I cały czas w lekturze „Setki” czeka się na coś więcej – na jakiś przebłysk ponad zgorzknieniem, na złotą myśl wartą zapamiętania, na felieton, który będzie się czytać dla artystycznych wzruszeń, a nie tylko dla reakcji na kulturalne lub polityczne sprawy. Może za kilka lat okaże się „Setka” ostatnim felietonowym wyzwaniem, modelowym przykładem gatunku (i narracyjnych talentów Vargi). Dzisiaj jednak nie robi spodziewanego wrażenia. Chciałoby się w „Setce” czegoś mocniejszego, pulsowania rytmu w miejsce stałego poziomu, chciałoby się wstrząsu, olśnienia lub przynajmniej drgnięcia. Nie oznacza to, że Varga pisze źle. Pisze bardzo dobrze, tyle że apetyt rośnie w miarę jedzenia i przydałoby się coś więcej niż tylko cichy bunt.
„Setka” to zbiór tekstów krótkich i istniejących w powiązaniu ze społeczno-kulturalnym kontekstem. Można będzie w przyszłości pod wpływem Vargi zainteresować się życiem literackim i polskim kinem. Kto nie zna twórczości tego autora, „Setką” będzie zachwycony, kto zna – może czekać na coś więcej. Krzysztof Varga o wiele lepiej wypada jako powieściopisarz, tu z jego pomysłów zostaje tylko styl. Parę razy będzie się można podczas lektury uśmiechnąć (chociaż dla zaangażowanych w rodzimą kulturę to raczej śmiech przez łzy), parę razy – pohamować chęć natychmiastowego osobistego sprawdzenia polecanych lub odradzanych produkcji. I tyle…
Malkontent z konieczności
„Setka” Krzysztofa Vargi pozostawia wielki lekturowy niedosyt. Bo niby wszystko jest w porządku: kąśliwy i ironiczny ton, swobodnie płynące słowa, starannie wymyślane puenty do poszczególnych felietonów (a w rzeczywistości najczęściej recenzji przefiltrowanych przez osobowość autora). A jednak to tom bardzo na marginesie, na marginesie wydarzeń kulturalnych, do których autor tak bardzo chce się odwoływać. Czyta się Vargę jak zwykle świetnie. Tylko że momentami autor tępi pióro zupełnie niepotrzebnie, jakby brakowało mu ciekawych tematów i musiał uciekać się do absurdów zabawnych i bez literackiego komentarza. W „Setce” całkiem sporo jest omówień literackich i paraliterackich kuriozów, zupełnie niepotrzebnie wyciąganych na światło dzienne i obudowywanych satyrycznymi opiniami. Tu nie trzeba za bardzo się wysilać, żeby uruchomić żarty, komizm (niezamierzony przez twórców) Varga otrzymuje na tacy – za to trudno go doceniać, nawet mniej wytrawni w pisaniu odnosiliby sukcesy jako prześmiewcy-felietoniści.
Varga czyta, ogląda filmy, czasem przechadza się do teatru (albo akurat się nie przechadza, kpiąc sobie z tych, którzy oceniają bez sprawdzania), zagląda do świata polityki i irytuje się katolicyzmem (nawet nie katolicyzmem jako takim, a głosami „ciemiężonych”). Odwołuje się do spraw głośnych – włącza w dyskusję o zarobkach pisarzy, o literackich modach, o spadku czytelnictwa, o „pisarstwie” celebrytów. Jeśli tylko zauważy jakiś powód do malkontenctwa, narzeka, nawet gdy nie uzyska w ten sposób nic oryginalnego. O przekonaniu co do krytykowania jako powinności felietonisty pisze w blurbie – tyle że wielu jego wiernych czytelników zapewne bardziej ucieszy błyskotliwość spostrzeżeń czy nawet publicystyczne prowokacje, a nie narzucanie sobie negatywnych komentarzy. Z rzadka autor daje się czemuś (lub komuś) porwać, bezpieczniej czuje się w minorowych tonach wyznań, uprawiając antyreklamę. „Setkę” czyta się dobrze, ale czasem coraz łatwiej przewidzieć nie tylko, do czego Varga zmierza, ale nawet – jakich argumentów użyje. Zwłaszcza że przewija się przez tom kilka motywów „koronnych”. Nie da się odmówić poszczególnym tekstom błyskotliwości i kąśliwej ironii, ale w hurcie niepotrzebnie się ujednorodniają.
Plusem jest tu też szereg odwołań do własnych doświadczeń, nawet jeśli owe doświadczenia to tylko relacje z włączania się w nurt życia kulturalnego kraju (czyli reakcje na głośne produkcje). Varga pisze o własnych, subiektywnych odczuciach, nie zamierza nikomu narzucać wrażeń ani dyktować właściwych reakcji. Tym samym, siłą rzeczy, traci na drapieżności – trudno choćby chcieć podejmować dyskusję z kimś, kto wyraźnie zaznacza, że wyraża tylko własne zdanie. Ma Varga kilku swoich „wrogów” dyżurnych (między innymi w Kalicińskiej widzi całe zło kobiecej literatury rozrywkowej), wprowadza kilka równie wygodnych co zbyt upraszczających rzeczywistość uogólnień. I cały czas w lekturze „Setki” czeka się na coś więcej – na jakiś przebłysk ponad zgorzknieniem, na złotą myśl wartą zapamiętania, na felieton, który będzie się czytać dla artystycznych wzruszeń, a nie tylko dla reakcji na kulturalne lub polityczne sprawy. Może za kilka lat okaże się „Setka” ostatnim felietonowym wyzwaniem, modelowym przykładem gatunku (i narracyjnych talentów Vargi). Dzisiaj jednak nie robi spodziewanego wrażenia. Chciałoby się w „Setce” czegoś mocniejszego, pulsowania rytmu w miejsce stałego poziomu, chciałoby się wstrząsu, olśnienia lub przynajmniej drgnięcia. Nie oznacza to, że Varga pisze źle. Pisze bardzo dobrze, tyle że apetyt rośnie w miarę jedzenia i przydałoby się coś więcej niż tylko cichy bunt.
„Setka” to zbiór tekstów krótkich i istniejących w powiązaniu ze społeczno-kulturalnym kontekstem. Można będzie w przyszłości pod wpływem Vargi zainteresować się życiem literackim i polskim kinem. Kto nie zna twórczości tego autora, „Setką” będzie zachwycony, kto zna – może czekać na coś więcej. Krzysztof Varga o wiele lepiej wypada jako powieściopisarz, tu z jego pomysłów zostaje tylko styl. Parę razy będzie się można podczas lektury uśmiechnąć (chociaż dla zaangażowanych w rodzimą kulturę to raczej śmiech przez łzy), parę razy – pohamować chęć natychmiastowego osobistego sprawdzenia polecanych lub odradzanych produkcji. I tyle…
Subskrybuj:
Posty (Atom)






