* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satyra polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satyra polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 października 2020

Malcolm XD: Edukacja

W.A.B., Warszawa 2020.

Stażysta

Malcolm XD nie zawodzi. Nie zawodzi, a do tego stara się trochę pomieszać w polskim piekiełku, trochę poirytować przywiązanych do konserwatywnych poglądów albo do mitów społecznych. Trochę poprowokować, ale nie za dużo, bo przede wszystkim lubi rozśmieszać. Nawet zatem jeśli stawia diagnozy dotyczące pokolenia czy możliwości funkcjonowania w dzisiejszych realiach, to robi to z humorem. A takiej satyry społecznej przed Malcolmem XD jeszcze nie było. Trochę się ten narrator odsłania – z każdym tomem – tym razem jako zagadnienie w temacie kreacji autora podaje w przybliżeniu kierunek podjętych studiów oraz motyw własnej introwertyczności (stąd niechęć do bliższego przedstawiania się). Skupia się jednak na swoim bezpłatnym (wartym 1500 złotych na miesiąc) stażu w firmie Prezesa. Zanim do tego dojdzie, uda mu się przyciągnąć czytelników motywem sprzedaży Polski Żydom. Od takiego bowiem motywu zaczyna się trzeci tom Malcolma XD, zatytułowany „Edukacja”. Od razu widać, że będzie bezkompromisowo i zabawnie – a ci, których kpiny ze stereotypów (również narodowościowych) nie bawią, nie będą zagłębiać się w dalszą lekturę. Całą resztę – oby jak największą – czeka sporo dobrej zabawy. Oto bowiem Malcolm XD, który zaczyna od trzęsienia ziemi – brawurowej sprzedaży najważniejszych obiektów w Warszawie przerwanej przez potyczkę z chamami – musi odbiorcom wytłumaczyć, skąd wziął się razem z Prezesem w Pałacu Kultury i jak wdał się w aferę – nie pierwszą przecież – na skalę międzynarodową. Motyw edukacji w sensie studiów zostanie tu przedstawiony w kilku akapitach, bo też i znacznie ciekawsza staje się otoczka: dyskrecja pań z dziekanatu i tajemnicza przypadłość, która dopada bohatera podczas zmierzania na uczelnię. Wszystko jest tu ze sobą zgrabnie powiązane, tak, że staż w firmie Prezesa nawet największych sceptyków może przestać dziwić. A później już pojawi się nieskrępowana radość, czarny humor i absurd w stanie czystym – czyli to, co u Malcolma XD najlepsze.

Bohater, który zupełnie nie radzi sobie z własną codziennością, za to bez trudu dostrzega mankamenty i wyzwania w relacjach międzyludzkich i w upodobaniu do ulegania mitom, przedstawia wydarzenia w sposób, który zapada w pamięć. Sięga po język komentatorów internetowych i nasyca go wulgaryzmami uplasowanymi idealnie tak, by podkreślały puenty w opowieści. Efekt jest niezwykły i warty uwagi – wybranym przez siebie stylem (podkoloryzowanym, ale też oczyszczonym z niepotrzebnych elementów) operuje Malcolm XD fantastycznie. Proponuje narrację melodyjną, chociaż fanów literatury klasycznej na pewno w pierwszym momencie odstraszy. Pokazuje, jak wyglądałby świat młodego pokolenia przeniesiony na literaturę – i bawi się kolejnymi motywami. Ubarwia przygody stażysty: sprzedawanie Polski Żydom to zaledwie wstęp do wielkich akcji w rodzaju oszczędzania na pogrzebie cudzej babki. Ta proza jest błyskotliwa, wyjątkowa i komiczna. Malcolm XD nie przejmuje się modami w powieściach rozrywkowych – ma własny pomysł na przedstawianie przygód – i radzi sobie z tym bezbłędnie. A że przy okazji bezlitośnie punktuje słabości charakterologiczne – tym bardziej kusi ta lektura.

poniedziałek, 7 września 2020

Krzysztof i Aleksander Daukszewicz: Nareszcie w Dudapeszcie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Śmiech na co dzień

Krzysztof Daukszewicz przedstawia tym razem felietony i teksty satyryczne składające się częściowo na dziennik z czasów pandemii. Temat koronawirusa i związanych z lockdownem zmian w codzienności przewija się przez zwierzenia artysty, ale też – przez refleksje bohaterów kolejnych menelików. Ważne jest jedno: będzie z czego się pośmiać. „Nareszcie w Dudapeszcie” to tom, w którym na okładce pojawia się także Aleksander Daukszewicz, syn satyryka. Aleksander funkcjonuje w tomie jako autor listów do ojca – odwołuje się do spraw bieżących, komentuje je w dowcipnym stylu i dzieli się własnymi spostrzeżeniami na tematy medialne. Ojciec odpowiada, dopisując następne puenty do relacji – i tak powstaje zabawna korespondencja, w której chodzi przede wszystkim o wyśmianie tego, co najbardziej bolesne w polskiej rzeczywistości. „Nareszcie w Dudapeszcie” to zestaw obserwacji celnych i potrzebnych, a do tego – rozrywkowych, nawet jeśli nie zawsze jest do śmiechu. Krzysztof Daukszewicz bawi się w tej książce gatunkami: raz proponuje felietony, raz – opowiadania inspirowane rzeczywistością, w których jednak może pozwolić sobie na wyolbrzymianie i eksponowanie absurdów. Przechodzi czasem do ballad (znanych z programów kabaretowych lub tych nieznanych), zdarza się nawet, że pisze list do Pana Hrabiego. Nie ma tu standardowych i ujednolicanych w formie tekstów – autor nie zamierza zamykać się w jednym wzorze, wybiera to, co najbardziej pasuje do skomentowania rzeczywistości. A opowiadać dowcipy potrafi. Nie chodzi tu wyłącznie o przytaczanie żartów obiegowych – chociaż w takim wypadku wiadomo przynajmniej, że Daukszewicz przedstawi najlepszą wersję i z wyczuciem doprowadzi do puenty – ale o umiejętność opowiadania anegdot. Sytuacje z życia wzięte, najbardziej zaskakujące skojarzenia i reakcje, których nie można się spodziewać – to coś, z czego Krzysztof Daukszewicz chętnie buduje swoje opowieści. Zbiera scenki komiczne i wie, że one przyniosą wytchnienie odbiorcom. Jasne, że nie zabraknie satyry politycznej – ale „Nareszcie w Dudapeszcie” ma o wiele dłuższy termin ważności, nie zestarzeje się tak łatwo właśnie dzięki nastawieniu na komizm obyczajowy.

Krzysztofowi Daukszewiczowi można spokojnie zaufać – nie będzie korzystać z szablonów i wprowadzać przewidywalnych historyjek, stawia przez cały czas na zaskoczenie czytelników. Proponuje bardzo krótkie teksty, w których puenty działają silnie i w których humor nie zestarzeje się zbyt szybko. To zbiór błyskotliwych i bardzo krótkich opowiastek, przeniesienie do książki codzienności z rozmaitymi jej nonsensami. Dzieli się Daukszewicz z czytelnikami swoim podejściem do rzeczywistości, dystansuje się od problemów, w każdym aspekcie życia jest w stanie zauważyć coś, co można wyśmiać – lub co wywoła uśmiech. „Nareszcie w Dudapeszcie” to publikacja, która rozbawi każdego – i pokazuje, że są satyrycy, którzy z biegiem czasu nie tracą na jakości dowcipu. Obowiązkowa propozycja dla fanów Daukszewicza – ale nie tylko.

wtorek, 31 marca 2020

Wojciech Młynarski: Polska miłość

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Przepis na związek

Ta polska miłość jest przede wszystkim… swojska. Nie ma w niej romantyzmu w hollywoodzkim rozumieniu – ani wielkich słów. To uczucie, które objawia się w codzienności, a sprawdza dzięki cierpliwości i wyrozumiałości wobec wad drugiej osoby. Polska miłość to rzeczywiste przywiązanie, na dobre i na złe (a nawet bardziej na złe). Tu nie spotka się ideału, w związku będą pojawiać się burze i smutki, czasem dojdzie do rozstania i wygłaszania wzajemnych pretensji. Ale Wojciech Młynarski uczy wspólnego życia, przypomina, że po „żyli długo i szczęśliwie” następuje zwykle proza życia, a nie realizacja marzeń i obietnic z fabuł. Taka właśnie jest polska miłość – nie piękna, za to bardzo prawdziwa. Owszem, zdarzy się autorowi też westchnąć z nostalgią, przypomnieć o tym, o co w uczuciu chodzi i skąd w ogóle bierze się chęć bycia razem. Pozwala wrócić wspomnieniami do tego, co miłe i co warto pielęgnować. Rozczuli czytelników, wzruszy, wyzwoli ciekawe spostrzeżenia, a czasami po prostu pomoże w wyrażaniu najskrytszych uczuć. Unika ten autor pompatycznych frazesów i banałów. Mówi o miłości językiem całkiem zwyczajnym, nie musi przerabiać spostrzeżeń na oderwaną od codzienności lirykę. Tutaj szczerość ma ogromne znaczenie. Tom „Polska miłość” – jak każdy wybór tematyczny – gromadzi rozmaite teksty. Pojawią się tu wyznania, które można wykorzystywać, żeby jak najpełniej wyrazić to, co się czuje, ale i literacko-obyczajowe żarty – choćby gloryfikowanie jednonocnej przygody (ten chwyt zresztą w swojej twórczości wykorzystywał także Jeremi Przybora). Niektóre opowieści o miłości biorą się z zabaw językowych, inne z „ulicznych” obserwacji. Miłość można wyznawać nawet wtedy, kiedy niezbyt dobrze opanowało się słownik – i wtedy pozostaje miejsce na współczucie czy empatię wobec nieszczęśliwie zakochanych i jeszcze krytykowanych bohaterów.

Wojciech Młynarski testuje różne gatunki, zmienia klimat swoich opowieści, bawi się formą – raz proponuje utwory bardziej melodyjne, oparte na przeżyciach znanych czytelnikom i zrozumiałych w każdym kontekście, raz – całe scenki między bohaterami, opowiedziane w rymach sytuacje z relacjami międzyludzkimi na pierwszym planie. Wyczulony na każdy drobiazg, na emocje swoich postaci – z jakich kręgów by nie pochodziły – Młynarski jest precyzyjny: to, co pisze, co przekazuje w piosenkach, przekona wszystkich czytelników. A że w tomie „Polska miłość” nie ma odniesień publicystycznych, motywów, które odbierałyby ponadczasowość – tym lepiej. Tutaj nawet jeśli rzecz dotyczy scenki z PRL-u, nie wydaje się archaiczna – wpisuje się w zestaw relacji zrozumiałych dla wszystkich czytelników, Mniej docenia się kunszt warsztatowy Młynarskiego, a bardziej – umiejętność nakreślania seksu czy istoty uczucia łączącego ludzi. Bohaterowie przekonują, a o miłości można mówić na wiele sposobów. Jest jednak jeszcze kolejny powód, dla którego odbiorcy chętnie sięgną po publikację – tu wiele piosenek jest im doskonale znanych, więc lektura będzie wiązać się ze śpiewaniem i powracaniem do evergreenów. Do tomu dołączone zostały również teksty do tej pory niepublikowane albo znane jako piosenki, ale nie przedrukowywane w książkach – czy te zupełnie niekojarzone. Pozwalają one prześledzić twórcze poszukiwania autora, rozwiązania, które próbował wpleść w relacje z nasycanych emocjami spotkań kochanków. Jest to tom przyciągający uwagę za sprawą tematu, ale też pozwala fanom piosenki literackiej przypomnieć sobie najlepsze propozycje Wojciecha Młynarskiego.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Stanisław Barańczak: Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków

Agora, Warszawa 2017.

Szaleństwo słów

Każdy, kto interesuje się zabawami lingwistycznymi i absurdem wie, że „Pegaz zdębiał” Stanisława Barańczaka to pozycja do przeczytania i posiadania obowiązkowa. Teraz jednak miłośnicy nonsensów i literowych zabaw mogą skakać z radości: trzecie wydanie tej publikacji – liczącej już przeszło dwadzieścia lat – zostało potężnie uzupełnione przez Joannę Szczęsną, wzbogacone o komiczno-obyczajowy wstęp tej autorki i poszerzone o kolejne gatunki służące czystej rozrywce. Szczęsna wykorzystała tutaj fragmenty korespondencji z Barańczakiem oraz propozycje tekstów do publikacji w prasie, uzyskując całkiem obfity materiał dodatkowy. W efekcie „Pegaz zdębiał” to już dzieło potężne, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę ogrom pracy wkładanej w budowanie absurdalnych całostek. Nie każdy potrafiłby dorównać Barańczakowi w wirtuozerii w ramach gatunków absurdu,, jednak każdy może swoich sił przynajmniej spróbować.

Bo Stanisław Barańczak proponuje tu zabawy niepoważne wraz z dokładną teoretyczną podbudową. Równie mocno bawi go tworzenie przykładów dla właśnie wymyślonych bądź klasycznych gatunków absurdu, co i omawianie ich zasad – precyzja konstrukcyjna jest tu niezbędna, im bardziej zrygoryzowana forma, tym większa radość twórcy, któremu uda się wypełnić wszystkie warunki. Poezja absurdu to chyba najbardziej indywidualny rodzaj satyry – nie nadaje się do prezentowania na scenie, trafia tylko do inteligentnych odbiorców, wymaga lektury pełnej skupienia i chociaż budzi ducha rywalizacji, mistrzów trudno jest doścignąć. Tworzy się ją nie dla wrażeń estetycznych, a dla udowodnienia, że można dokonać niemożliwego. Że można stworzyć rekordowo długi palindrom, który zamieni się w pewną historię. Że można imitować różne języki za pomocą słów istniejących w języku polskim. Że można nie tylko układać z jednego nazwiska szereg nazwisk nowych i sugerujących różne kręgi kulturowe, sensy czy narodowości, ale jeszcze przerabiać je na zabawny wiersz – komentarz. „Pegaz zdębiał” w podstawowej wersji to lekturowa uczta i źródło niekończących się wybuchów śmiechu. W wersji poszerzonej przyjemność lekturowa zostaje zwielokrotniona.

Joanna Szczęsna bardzo rozwija wprowadzenie do tej książki, ale dzięki temu ocala wiele anegdot i kontekstów dla poezji nonsensu. Nie ingeruje w klasyczny układ tomu – wprowadza jednak dopowiedzenia Barańczaka już po „właściwym” rozdziale, a czasem dostarcza całych nowych serii (kurs pisania na klawiaturze!), pokazuje, jak z czasem rozwijały się wyjściowe pomysły i jakie utwory można dołączyć do niezwykłego zbioru. Część z nich była już drukowana w prasie, część tu ukazuje się premierowo, wiadomo zatem, że nawet posiadacze starszych wydań skuszą się na to, ekskluzywne. Na uwagę zasługuje graficzne rozdzielenie kolorem wyjaśnień i samych utworów, co ułatwia nawigację po książce (indeksy zostały w formie zaproponowanej przez Barańczaka).

„Pegaz zdębiał” pokazuje, jak można bawić się językiem i jak mistrzowsko uruchamiać komizm w dziełach spod znaku nonsensu – tylko po to, żeby udowodnić czytelnikom, że coś, co wydawało się nie do zrobienia, jest możliwe, a w dodatku jeszcze będzie rozśmieszać. Stanisław Barańczak jako jeden z nielicznych twórców walczył o przywrócenie uwagi poezji niepoważnej. Chociaż uważał się za ucznia Tuwima, swoimi propozycjami gier lingwistycznych bardzo go prześcignął. Niestarzejący się zestaw popisów słowno-literowych i genologicznych zasługuje na przywrócenie do świadomości odbiorców – i na upowszechnianie. To książka, która wzmacnia zainteresowanie czystym dowcipem.

środa, 27 września 2017

Jacek Fedorowicz: W zasadzie tak

Wielka Litera, Warszawa 2017.

Bez nerwów

Na rynku literackim pojawiają się co pewien czas kolejne tomy dawnych tekstów Jacka Fedorowicza – i to tekstów nawet w bibliotekach już niedostępnych. Oznacza to możliwość wzbogacenia satyrycznej biblioteczki, ale też powrotu do precyzyjnie konstruowanych żartów – nie tych estradowych, które dziś już chyba większości odbiorców się przejadły – ale inteligentnych, rozkładanych w czasie i pozwalających na tworzenie wielopiętrowych opowieści. Jacek Fedorowicz w tomie „W zasadzie tak” odwołuje się do rzeczywistości PRL-u, nie można zatem mówić o aktualności książki – chyba że ktoś orientuje się w codzienności minionej epoki. Taką wiedzę, wystarczającą do czerpania przyjemności z lektury, można znaleźć dzisiaj w różnych źródłach, a nawet potraktować zapiski Fedorowicza jako pewien zestaw wiadomości o obyczajach i zwyczajach. Tom jest publikacją satyryczną i spełni swoją funkcję w tym zakresie, zarówno w pojedynczych tekstach, jak i jako dobrze skomponowana całość.

Tym, co Jacek Fedorowicz proponuje jako nadrzędną organizację zbiorku, jest dystans do codziennych problemów, utrudnień czy szykan ze strony przedstawicieli branży usługowej. Autor przygląda się kolejnym zawodom i zachowaniom, które trafiły już do zestawu stereotypów z omawianych czasów. Rejestruje przyzwyczajenia szarpiące nerwy i to, co normalnie nikomu nie przeszłoby do głowy – obecnie piętnowane. Przedstawia nieuprzejme sprzedawczynie, opieszałych kelnerów czy łatwo obrażających się taksówkarzy. Jako często podróżujący artysta przybliża czytelnikom utrudnienia związane z nocowaniem (a nawet mieszkaniem) w hotelach. Wszystko, co byłoby tematem do utyskiwań i zniechęcenia, w tomie „W zasadzie tak” automatycznie staje się powodem do śmiechu. Autor równolegle z opisywaniem doznawanych przykrości prezentuje jednak alternatywne sposoby minimalizowania własnych strat. Udowadnia, że na każdy problem znajdzie się kreatywne rozwiązanie – wystarczy zmienić podejście i zamiast irytować się czyjąś nieuprzejmością, wystarczy odpowiednio go zaskoczyć, by zablokować automatyczne – niegrzeczne – zachowanie. To sposób a rebours, nie likwiduje sedna problemu, za to usuwa negatywne reakcje zwykłych obywateli. Warto wczytać się w kolejne wskazówki – nie dlatego, by uruchamiać społeczne interakcje w razie potrzeby, ale żeby prześledzić same sposoby wywoływania śmiechu. Fedorowicz wykorzystuje nonsensy, sytuacje odwracane. Dzięki zmianie perspektywy rozbija utarte struktury i może znaleźć nowe powody do śmiechu w sytuacjach, które raczej nie śmieszą.

„W zasadzie tak” to książka krótka i bardzo dobrze przygotowana. Fedorowicz nie pozwala w niej sobie na żarty słabe, wprowadza za to całe wywody, które poza tym, że prowadzą do celnych puent i budują udany tom, to jeszcze w poszczególnych akapitach zawierają komiczne drobiazgi. Fedorowicz z przeszłości jest ironicznym obserwatorem wydarzeń, bezbłędnym satyrykiem. Nie idzie tu na żadne ustępstwa, bardzo dba o jakość tekstów. Posługuje się śmiechem po mistrzowsku – to poziom, który rzadko kiedy możliwy jest do osiągnięcia obecnie. Warto sięgnąć po tę książkę dla samych chwytów komizmotwórczych – mimo że zmieniły się czasy, opisywane sytuacje należą do obyczajowych, więc są zrozumiałe niemal bez znajomości kontekstu społecznego. Można odbierać publikację jak znak dawnych czasów, ale pod względem humoru to wciąż cenna książka. Cieszy fakt, że takie propozycje powracają na rynek, mimo że ich funkcja „walcząca” już wygasła. Wciąż jednak można się na tym tomie uczyć precyzji konstruowania dowcipów, oryginalnego podejścia do zbanalizowanych tematów. Uzupełnianie biblioteczek o takie zapomniane pozycje wpisuje się też w nieprzemijającą modę na PRL – co rozszerza krąg zainteresowanych tą pozycją. „W zasadzie tak” to kolejna książka Jacka Fedorowicza wyciągana z archiwów – prezent dla fanów dobrej jakościowo satyry.

wtorek, 21 marca 2017

Jacek Fedorowicz: Święte krowy na kółkach

Wielka Litera, Warszawa 2017.

Spojrzenie na życie

Jacek Fedorowicz jako felietonista pozostaje satyrykiem, ale pozwala sobie też na całkiem sporo autobiograficznych wyznań. „Święte krowy na kółkach” to zbiór tekstów – publikowanych w różnych pismach – pogrupowanych tematycznie i nie zawsze odnoszących się do aktualnych problemów politycznych. Bywa, że satyrę agitacyjną zastępuje autor humorem, a dla odpoczynku od medialnych sensacji proponuje przyjrzenie się obyczajowości lub kwestiom społecznym, mniej palącym, za to wspólnym dla przedstawicieli różnych pokoleń (lub po prostu zrozumiałym niezależnie od czasów). Zamiast wstępu proponuje Fedorowicz krótkie „życiorysowe” wprowadzenie, którym buduje bliskość z czytelnikami. Na osobiste wyznania w tym duchu będzie sobie potem znajdował miejsce wśród wynurzeń o charakterze komentatorskim czy krytycznym. „Święte krowy na kółkach” są więc czymś w rodzaju kontynuacji pamiętnika – tyle tylko, że w bardziej sprzyjającej dowcipom formie. A że przy okazji autor chce udowodnić, że żarty można poddawać recyklingowej obróbce – zabawy będzie sporo. Jacek Fedorowicz nie należy do tych, którzy kopiowaliby obiegowe internetowe dowcipy – proponuje lekkie i oryginalne teksty. Czasem tylko wymyka mu się nieco gorzkich słów pod adresem bezmyślnych lub promujących bylejakość.

„Święte krowy na kółkach” to tom bardzo zróżnicowany. Otwierają go felietony poświęcone Warszawie – raz refleksje na temat Pałacu Kultury, raz – przemyślenia znad Wisły. Znalazło się miejsce na sprawy dotyczące mentalności ludzi i wszechobecnych reklam, które mogą się przydać do zasłaniania szpecących miasta miejsc. W części warszawskiej Fedorowicz zyskuje wiele powodów do osobistych wspomnień – co automatycznie odróżnia te felietony od standardowych prasowych przerywników dotyczących stolicy. Dalej pojawi się trochę sportu (zwłaszcza temat rowerzystów i biegania), felietony dotyczące przemian językowych – to znów próba walki z nonszalancją i ignorowaniem reguł. Osobną – nie do pominięcia – grupę stanowią teksty o polityce i politykach. „Donosy” zawierają zapiski na najróżniejsze tematy, tu też widać zróżnicowanie ich długości. Nie ma zatem obaw, że autor zanudzi czytelników swoimi obsesjami – potrafi zachować umiar, nie powtarza do znudzenia argumentów czy co bardziej smakowitych fraz. Pozwala czytelnikom cieszyć się lekturą – a zapewnia też kilka wartych przemyślenia punktów.

Jacek Fedorowicz nie uprawia w tej książce satyry estradowej, dba o inteligentne dowcipy na dobrym poziomie. To, co nie sprawdziłoby się na kabaretonie jako rozrywka dla mas, idealnie działa w zbiorku czytanym dla wytchnienia. Nawet kiedy autor wyraźnie poirytowany jest własną bezradnością w obliczu niepożądanych przemian, potrafi reagować jak humorysta – nie są to więc felietony męczeńskie w tonie, przynoszą sporo zabawy obok celnych diagnoz. Dobre wyważenie proporcji sprawia, że sygnały autobiograficzne łagodzą wymowę satyry, pozwalają też unikać truizmów.

„Święte krowy na kółkach” zawierają ilustracje autora. Jacek Fedorowicz jawi się tu jako rysownik satyryczny, który do obrazków-komentarzy wprowadza kolejne, nowe żarty, pokazuje również zmysł karykaturzysty – zwłaszcza w kilkukreskowych obliczach polityków. Bezbłędnie wychwytuje charakterystyczne rysy i oddaje podobieństwo na prostych szkicach. W ten sposób ilustracje stają się nieodłączną częścią felietonów, nie tylko ozdabiają tom, ale podsuwają odbiorcom dodatkową porcję rozrywki. „Święte krowy na kółkach” to książka dla fanów satyry – i dla tych, którzy zmęczeni są powielaniem obiegowych dowcipów lub stereotypowych sądów.

niedziela, 19 marca 2017

Wojciech Młynarski: Od oddechu do oddechu. Najpiękniejsze wiersze i piosenki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Masy i jednostki

Do Młynarskiego się dojrzewa. Do jego piosenek wracać trzeba wiele razy, żeby odkrywać ich literacki kunszt, zestawienia skojarzeń czy puenty powiązane z szarą codziennością. Młynarski w piosenkach lubi myśleć, a jego utwory zyskują przez to niepokojącą (odrobinę) ponadczasowość. Tomik „Od oddechu do oddechu” to obszerny wybór wierszy, w sam raz, by znającym przypominać, a młodszym pokoleniom przedstawiać twórczość księcia poezji. I chociaż prawie każdy z tych tekstów ma swoją historię, tu czytelnicy pozostaną sam na sam z liryką. Krótki i celny komentarz Jerzego Bralczyka jako wstęp zaostrza apetyty i wyczula na literackie zabawy słowami, później pojawia się kilkaset utworów uszeregowanych chronologicznie z datami jako jedynym odsyłaczem do kontekstów historycznych, politycznych czy społecznych. Zainteresowani – zostaną i będą prowadzić własne poszukiwania, tym razem o kolejnych utworach. „Od oddechu do oddechu” czyta się jednak bardzo trudno. A to z powodu spopularyzowania treści przez różnych wykonawców (w tym nierzadko samego autora). Raz za razem zamiast wyczytywać się w przesycone trafnymi obserwacjami strofy, odbiorca zaczyna nucić, a piosenki – wiadomo – przywołują dalsze wspomnienia i obrazy, odrywając co pewien czas od wertowania tomiku. Bezpieczniej byłoby więc uprawiać lekturę wyrywkową, zdać się na los i smakować wybrane przypadkiem liryki. Tu jednak przeszkodzi ciekawość, chęć poznania całej opowieści, którą pisane na przestrzeni całych dekad wiersze muszą w końcu stworzyć. Młynarski jeszcze raz każe zatrzymać się nad tym, co doskonale znane. Uwodzi żartem (czasem nawet cenionym przez najmłodszych), żeby z doświadczeniem czytelników dokładać im kolejne sensy i znaczeniowe płaszczyzny. Buduje mocne puenty – zamknięcia, które wprowadzają akcenty filozoficzne. Naświetla rzeczywistość z różnych stron, a szczególne miejsce trzyma zawsze dla tych z literatury wyrzucanych – albo przedstawicieli marginesu społecznego, albo niewyedukowanych (i skazanych na pogardę) prostaczków, albo… żony pozostające w cieniu w niezbyt udanym związku. Wojciech Młynarski docenia ludzi z nizin, za to bezlitosnej krytyce poddaje bezmyślnie rządzących. Ci narażeni są na satyryczne ataki – i miażdżeni inteligentnymi docinkami. Satyra, którą Młynarski uprawia, zasługuje na osobne opracowanie.

Widać w tym wyborze całkiem dobrze zabawy formą. Nie tylko felietony śpiewane, czyli publicystyka zamaskowana wierszem się tu pojawia – autor nawiązuje do różnych stylów muzycznych i eksperymentuje z mariażem gatunku i przesłania. Tworzy piosenki dla mas i dla jednostek równocześnie. Kusi go to, co niedostrzegane powszechnie. Mówienie aluzyjne doprowadza do perfekcji, a brak oczywistych – bezpośrednich – odnośników do prezentowanej rzeczywistości sprawia, że nieraz piosenki otrzymują drugie życie. Ale i w warstwie obyczajowej ma Wojciech Młynarski sporo do powiedzenia. Niby nie zajmuje się uczuciami i emocjami, a przynajmniej nie w takim stopniu co Jeremi Przybora czy Agnieszka Osiecka, ale jest w stanie wywoływać cały wachlarz tych emocji u czytelników, którzy w miniaturowych scenkach odnajdą marzenia czy zawiedzione nadzieje zwykłych bohaterów. „Od oddechu do oddechu” jest bezustannym przyglądaniem się ludziom. Wojciech Młynarski erudycyjne utwory przesyca ważnymi refleksjami nad codziennością, a i humorem. Dobrze, że taki wybór pojawia się na rynku – ułatwi fanom piosenek „z tekstem” dotarcie do najważniejszych utworów i stanowić będzie przeciwwagę dla bylejakości w nurcie pop. Wojciech Młynarski to autor, który reklamy nie potrzebuje, więc też „Od oddechu do oddechu” bez trudu trafi do czytelników.

sobota, 4 lutego 2017

Bogumił Paszkiewicz: Cwana panienka z Juraty. 69 limeryków freewolnych

Iskry, Warszawa 2017.

Bez cenzury

Trafia Bogumił Paszkiewicz na rynek – i do fanów limeryków – tomikiem „Cwana panienka z Juraty” (w podtytule „69 limeryków freewolnych”) i od razu sprawia kłopot. B trudno odmówić mu racji w tym, że dobry limeryk powinien być pikantny – przecież to wielokrotnie podkreślali mistrzowie gatunku. Może być, jak chce Paszkiewicz, również świński, ale kiedy zamienia się w wulgarny, to już trochę mniej cieszy. Poza rozwiązaniami formalnymi liczy się tu przecież i finezja, i dowcip oparty na dwuznacznościach – a nie nazywanie rzeczy po imieniu. W zbiorku, który po prostu musiał mieć określoną liczbę utworów znajdzie się kilka – na szczęście nie większość – takich właśnie słabych popisów, z pogranicza pornografii, bez lekkości i dobrego pomysłu. Znajdzie się trochę takich, w których autor wyraźnie przegrał z formą: nie trafił na dobry rym, nie znalazł puenty (lub znalazł ją przedwcześnie). Znajdzie się też kilka perełek. Ogólnie: jeśli miało obowiązywać kryterium liczbowe, trzeba było przygotować o połowę więcej limeryków, żeby mieć z czego wybierać i nie iść na ustępstwa – tomik sporo by na tym zyskał. Tak – psują jego kształt teksty najsłabsze, jakby wciśnięte tu na siłę, żeby dobić do 69 wierszyków. Zazdrość limerykowych układaczy będzie budzić akrobatka, tytułowa panienka czy wdowa, a nawet bufetowa spod Giewontu. To pomysły udane i zrealizowane bez zarzutu. Wiadomo, że we wszystkich 69 limerykach chodzi o jedno (Paszkiewicz odrzuca odgałęzienie limeryków absurdalnych, woli te nieprzyzwoite), ale skoro pracuje nad zaprezentowaniem chuci rozmaitych postaci, warto by pokusić się o mniejszą dosłowność. Żart nie może opierać się wyłącznie na rubaszności (fiutach, rżnięciach, waleniach i pałach), sztuka polega na tym, żeby relacje damsko-męskie odpowiednio w wierszyku nazwać, wskazać czy zasugerować. Paszkiewicz ma czasami ciekawe pomysły, niekoniecznie zależne od rymów – ale bywa, że w ogóle się nie stara, przywołując utworki, które rozbawią towarzystwo przy ognisku i piwie – ale nie wzbudzą podziwu dla autora. A o podziw też przecież przy tym chodzi.

Bogumił Paszkiewicz szuka odpowiedniej formy, wpadając niekiedy w limerykowe uproszczenia (powtórzenie nazwy miejsca w ostatnim wersie czy homofony, które mają mniejszą siłę oddziaływania niż rymy) – widać jednak pracę nad warsztatem przy rymach złożonych. Parę razy udaje mu się zaimponować współbrzmieniami, ale bardziej skupia się na frywolnych treściach – mimo wszystko. Trochę tym przekreśla znaczną część sensu limerykowych zabaw, odbierając czytelnikom przyjemność z dekodowania znaczeń. „Cwana panienka z Juraty” również w zakresie formy bywa tomikiem nierównym, ale to akurat zjawisko często spotykane w publikacjach satyrycznych, zwłaszcza gdy autor – jak w tym wypadku – jest debiutantem w tej dziedzinie.

Niewiele publikacji limerykowych ukazuje się na rynku, ale fani gatunku pilnie śledzą propozycje wydawnicze. Tego typu pozycje mogą zachęcić do dalszego szukania rymowych (i seksualnych) absurdów. Bogumił Paszkiewicz pisze swobodnie i sugeruje, że układanie limeryków to ciekawe hobby. Tekstów w tomiku nie jest zbyt wiele, ale takie zbiorki czyta się zupełnie inaczej niż tradycyjne lektury – tu po każdej puencie następuje przerwa, w sam raz na analizowanie kierunków pomysłów oraz rozwiązań formalnych. Cieszy, że Iskry nie zapominają o rozbudowywaniu satyrycznej półki i znajdują również miejsce na twórczość niepoważną. W tym wypadku nie na wiele przydałby się redaktor – bo słabych limeryków nie warto przerabiać czy dopracowywać – lepiej znaleźć nowe rymy i nowe pomysły. W końcu tego typu tworzenie to i zabawa umysłowa – jedna z nielicznych, które rozrywkę przyniosą również odbiorcom i osobom spoza kręgu najbliższych.

niedziela, 1 stycznia 2017

Andrzej Poniedzielski: Dla duszy gram

Prószyński, Warszawa 2016.

Śmiech i życie

Wreszcie Andrzej Poniedzielski doczekał się wydania, którym trafi do szerokiego grona odbiorców. Zarówno dawna książka z Twojego Stylu, jak i kolejne ekskluzywne tomy małego wydawnictwa Jednocześnie były propozycjami trudnymi do zdobycia. Teraz „Dla duszy gram” ukazuje się w wydawnictwie Prószyński i S-ka, co ucieszy fanów satyry – od pewnego czasu tutaj przyciąganych za sprawą książek Artura Andrusa, Marii Czubaszek, ale i poetów piosenki – Jonasza Kofty czy Agnieszki Osieckiej. Książka przygotowana z pomocą Ewy Goczek (wydawnictwo Jednocześnie) to najpełniejszy zbiór wierszy i piosenek Andrzeja Poniedzielskiego: poza utworami znanymi z poprzednich wydań czy płyt znalazło się tu i kilka tekstów dotąd niepublikowanych. Trudno będzie czytać tę książkę i powstrzymywać się od nucenia, trudno będzie czytać bez zatrzymywania się nad bezlitośnie trafnymi zestawieniami słów i fraz. Bo Andrzej Poniedzielski bardzo uważnie wsłuchuje się w możliwości języka. To, co do bólu wyświechtane, prowokuje go do szukania nowych odczytań, odkrywania komicznego – lub lirycznego – potencjału, którego nikt na co dzień nie dostrzega. Czasami na nowe znaczenia naprowadza rym, czasami wystarczy zauważyć ukrytą treść w oglądanej do znudzenia formie. Poniedzielski staje się, jak kiedyś Julian Tuwim, alchemikiem słów. Nie jest przy tym obojętny na ich kształt i brzmienia, zderza ze sobą frazy podobne, a semantycznie odległe po to, by usłyszeć ciekawy rytm, by zmusić czytelników do zatrzymania się nad nieoczywistym pięknem i… komplikacjami.

Te zabawy formą u Andrzeja Poniedzielskiego to dowcipny dodatek do głębokich treści. Autor funkcjonuje jako bard, obok uśmiechu chce też wywołać refleksję (jeśli nie u masowej publiczności, to u siebie i wybranych koneserów). Nastawia się na filozoficzne, nieco melancholijne kontemplowanie świata, przesyca lirykę smutkiem i przyzwyczaja do nostalgii. A jednak taka postawa to tylko przygotowanie na przyjęcie radości – poczucie humoru autora nie pozwala na snucie ponurych wyznań, przez minorowe tony wciąż przebija dowcip. Raz to mrugnięcie okiem do odbiorcy, raz – czysta ironia, która przełamuje „depresyjne” schematy. Andrzej Poniedzielski potrafi idealnie wtapiać w poetyckie strofy puenty z kręgu satyry – i od puenty do puenty prowadzi czytelników. Nie pozwala się przez to nudzić, bo każdy utwór jest bogaty w odkrycia i olśnienia, drobiazgi, które zmieniają spojrzenie na codzienność. Poniedzielski pisze o sprawach ulotnych i o wielkich uczuciach, często odwołuje się do miłości, do życia i przemijania, do wzajemnych relacji bliskich sobie ludzi. Prowadzi monologi wewnętrzne i próbuje porozumieć się z Bogiem czy Absolutem, żeby znaleźć najlepszy sposób na życie.

„Dla duszy gram” to tom obszerny, a przecież każdy tekst obfituje tu w wartościowe refleksje, każdy zatrzymuje uwagę czytelnika nad wyjątkową precyzją w dookreślaniu filozofii życia. Andrzej Poniedzielski zaciera granicę między smutkiem i wesołością, potrafi pogodzić te dwa podejścia do świata. Dla odbiorców ma nie tylko szereg chwytliwych uwag: zawarte w utworach aforystyczne konstrukcje to jeden z wielu prezentów dla czytających. Andrzej Poniedzielski jest poetą – ale poetą niezwykłym, autorem, który ceni śmiech wysokiej klasy i umie łączyć go z egzystencjalnymi westchnieniami. „Dla duszy gram” to zbiorek utworów, które nie potrzebują dodatkowych komentarzy – sprawdzają się za to w lekturze pełnej skupienia i spokoju. Poniedzielski zdystansowany od chaosu codzienności, daleki od kabaretowego rechotu, mówi szeptem – dostarcza wytchnienia, a i potężnego materiału do przemyśleń. „Dla duszy gram” jako przegląd artystycznych dokonań tego autora pokazuje, że jest dzisiaj miejsce na satyrę myślącą, komizm, który nikomu się nie przypochlebia. Andrzej Poniedzielski jest gwarancją humoru na najwyższym poziomie.

niedziela, 30 października 2016

Andrzej Mleczko: Kamasutra dla zaawansowanych. Wydanie drugie, rozszerzone

Iskry, Warszawa 2016 (wydanie II, rozszerzone).

Bez kołderki

Ta książka chyba nigdy się nie zestarzeje. I może co najwyżej trafić na indeks dzieł zakazanych, co tylko przyniesie jej reklamę, nie zna też granic językowych (przygotowana jest dla polsko- i anglojęzycznych odbiorców – jak zresztą wszystkie wydawane w Iskrach tomiki Andrzeja Mleczki). Odnosi się do tematyki seksu i wykorzystuje część narodowych stereotypów, skojarzeń i relacji międzyludzkich, dewiacji i zróżnicowanych potrzeb. W „Kamasutrze dla zaawansowanych” seks bywa wulgaryzowany, ośmieszany i wyśmiewany na różne sposoby. Tomik ukazuje się na rynku w wydaniu rozszerzonym i poprawionym, co widać nawet po układzie rozdziałów – teraz nie zabrakło choćby „gry wstępnej” przed przejściem do przeglądu pozycji i historyjek.

Zasadnicza część tomiku bazująca na satyrycznym obrazie Kamasutry składa się z jednokadrowych rysunków i podpisów określających rodzaj pozycji. Tu autor sięga po najprostsze skojarzenia związane ze stereotypami dotyczącymi różnych nacji, wyśmiewa tradycyjne role mężczyzny i kobiety, sytuacje, w jakich kobieta i mężczyzna mogą się znaleźć – a przywołujące na myśl najbardziej wyuzdane fantazje. Tu bez cienia wstydu Mleczko prezentuje pary uprawiające seks, ale przeważnie przy okazji zajęte też bardzo prozaicznymi czynnościami – siła komiczna tkwi w połączeniu zadania rutynowego, niezwiązanego zwykle z łóżkowymi figlami z samym aktem seksualnym. Andrzej Mleczko bawi się scenkami niemożliwymi do zrealizowania. Jego wersja „Kamasutry” to zestaw wyzwań i uzewnętrznienie najbardziej śmiałych pragnień. Wyobraźnia satyryka jest tu podsycana jeszcze tabuizowanym tematem – rzadko kiedy rysownicy mogą sobie pozwolić na taką dosłowność w tworzeniu obrazków na temat seksu. U Mleczki to prawie pornografia. Prawie – bo nie służy wywoływaniu podniecenia, a rozśmieszaniu odbiorców skojarzeniami. Tu nie ma miejsca na subtelne dwuznaczności, autor odwraca standardową rolę komika: zamiast śmieszyć przez nawiązania do seksu, aluzje i niedopowiedzenia, cieszy przez wyjście do nudnej codzienności. Seks jest tu punktem wyjścia, czynnik komizmu kryje się poza nim.

Przegląd pozycji to oczywiście nie wszystko, co Mleczko ma do zaoferowania. Ta książka jest większa (rozmiarem i objętością) od pierwszego wydania. Znalazło się tu sporo „historyjek”, scenek typowych w obiegowych żartach – lub naruszających jakieś tabu. . Seks dotyczy polityków, reżyserów filmowych i księży, część bohaterów wykorzystywać będzie swój zawód jako wabik na płeć przeciwną, a część – seks jako źródło własnej przewagi. Andrzej Mleczko przywołuje rozmaite sposoby na potencję, ale i wyśmiewa kompleksy łóżkowe. Odwołuje się do bajek i do postaci schematycznych dla zyskania jeszcze większej uniwersalności. Seks przeplata z religią (diabły i anioły też nie rezygnują z uciech cielesnych), lub ze światem zwierząt. Nie boi się mocnych skojarzeń i prowokowania i rzucania odbiorcom wyzwań, bez oporów przedstawia postacie w całej okazałości, rzadko kiedy zakrywa je kołderkami. Znajduje sobie satyryczną niszę, do tej pory niezagospodarowaną (na pewno nie w takim zakresie) – dzięki temu może imponować rozmachem i przekonywać do siebie także nowych odbiorców (pytanie, czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna prac Mleczki i jego pomysłowości w zakresie przedstawiania damsko-męskich stosunków). „Kamasutra dla zaawansowanych” to znakomity prezent dla świeżo upieczonych kochanków i dla małżeństw z długim stażem – a że od czasu pierwszego wydania minęło parę lat, warto zaopatrzyć się w kolejną, mocniejszą wersję tomu.

Andrzej Mleczko podejmuje dyskusję na temat seksu. Śmieszy pod warunkiem odrzucenia pruderyjności i swobodnego podejścia do tego zagadnienia. Lubi odważne skojarzenia i dosłowność graniczącą z wulgarnością – a przecież nie może już dzisiaj szokować. „Kamasutra dla zaawansowanych” to świetna odpowiedź na zalewające rynek powieści erotyczne. Seks w połączeniu ze śmiechem stanowi niezapomnianą mieszankę. Jednocześnie jest to proste pokazanie twórczych możliwości Mleczki, rodzaj próbki talentu i poczucia humoru. Cieszy fakt, że ta książka wraca na rynek w poszerzonej wersji – oznacza to bowiem jeszcze więcej humorystycznych wizji seksu w zabawnych konfiguracjach i sytuacjach życiowych. Andrzej Mleczko nie zawodzi.

środa, 3 sierpnia 2016

Henryk Sawka: Dobra zmiana grubą kreską

Muza SA, Warszawa 2016.

Spostrzeżenia satyryka

"Dobra zmiana grubą kreską": tytuł tomiku Henryka Sawki nie pozostawia wątpliwości: to ilustrowane komentarze satyryka do aktualnej rzeczywistości politycznej w Polsce, ale i do polityki w bardziej ogólnym sensie. Tomik jest albumem, w którym przeważnie jednokadrowe rysunki zajmują całą stronę, szybkie szkice tworzone na bieżąco jako publicystyczne reakcje nabierają nowej wartości. Do odszyfrowania części znaczeń przydaje się znajomość konkretnych sytuacji i doniesień medialnych, przy innych obrazkach widać głębokie zrozumienie dla samych mechanizmów polityczno-społecznych.

Henryk Sawka rysuje w bardzo charakterystyczny sposób, jego rysunki są bardzo zamaszyste, momentami przypominają bazgroły, które jednak układają się w sensowne kształty. Nie brakuje karykatur: z rysów twarzy wielu postaci daje się bez trudu odczytać nawiązania do konkretnych polityków, czasami Sawka wspomaga się jeszcze imieniem jako adresem personalnym. Programowo rezygnuje z tła, a brak szczegółów kojarzy się z dystansem, jakiego warto nabrać dla śmiechu.

Jak zawsze w satyrze politycznej, zdarzają się tu prace bardziej i mniej udane pod kątem dowcipu, a wiąże się to z motywem agitacyjnych puent. Puenty są zawsze i w większości przypadków łączą się z żartami. Bywa i tak, że pojedyncze reakcje wietrzeją i nie wytrzymują już próby publikacji książkowej (lub po prostu nie trafiają do części odbiorców). Satyra polityczna starzeje się najszybciej i tam, gdzie Sawka szukał inspiracji w jednostkowym przypadku, okazuje się najbardziej efemeryczna. Na szczęście Henryk Sawka to twórca świadomy warsztatu, ograniczeń, ale i możliwości, jakie daje satyra zaangażowana. Ta książka pełna jest również celnych spostrzeżeń o wymowie ogólnej. Tu być może żart nie cechuje się tak wielką intensywnością jak w błyskotliwej i natychmiastowej odpowiedzi na konkretne wydarzenie, ale trwa i istnieje znacznie dłużej. Sawka posługuje się symbolami, stara się, aby jego rysunki niosły dodatkowe treści, poza słownymi. Dostarcza rozrywki również odbiorcom ceniącym sobie szarady, językowe skojarzenia i popisy: włącza je do krótkich komentarzy, wypowiedzi postaci lub prostych podpisów.

Śmieje się Sawka z polityków, z programów rozrywkowych, z religii i mód. Sięga od czasu do czasu po kwestie obyczajowe, zwykle takie, które ujawniają ludzkie słabości, bo to temat zawsze aktualny. W konfesjonale, w aptece, w sypialni, na ulicy, w gabinecie u lekarza i w gabinetach polityków – wszędzie kryją się źródła żartów. Sawka w ten sposób odnosi się do rzeczywistości, oswaja to, co męczy w poważnych serwisach informacyjnych i dostrzega absurdy codziennych wydarzeń. Jego rysunki satyryczne są jak szybkie i nerwowe szkice, z plątaniny kresek wyłania się sens, dopełniany słowami. Takiego Sawkę odbiorcy od lat cenią, nie potrzebują do tego jeszcze skandalizujących w założeniu tematów. Ta publikacja to prezentacja możliwości, jakie daje rysunek satyryczny na tematy aktualne skrzyżowany z umiejętnością dostrzegania puent. Do Sawki kilka uwag dodaje Michał Ogórek – ale jego teksty są raczej zalążkami możliwych felietonów niż rzeczywistymi próbkami umiejętności – Ogórek zajmuje się bardziej wskazywaniem motywów o potencjale komicznym niż rzeczywistym rozbawianiem odbiorców. To książka, która poza śmiechem ma jeszcze dostarczać spojrzenia na polską codzienność – i która tworzona jest na gorąco, jako odpowiedź na wydarzenia w kraju. Zresztą Henryka Sawki reklamować przecież nie trzeba.

czwartek, 14 lipca 2016

Bohdan Butenko: Do wieńca wspomnień

Iskry, Warszawa 2016.

Kalendarz

Był „Raptularz zakochanych” Sztaudyngera, teraz do niego dołącza się zestaw personalizowanych wyznań „Do wieńca wspomnień”. Bohdan Butenko daje się poznać nie tylko jako (czasem frywolny, zawsze dowcipny) ilustrator i rysownik, ale i jako fraszkopisarz. Jego drobne teksty to wyznania okołomiłosne kierowane do pań o różnych imionach. Łączy się w tym pomysł na „Raptularz” i kalendarzowo-alfabetyczny przegląd treści zakodowanych w imionach i rymach do nich. Nieprzypadkowo tomik na okładce ma ostrzeżenie „tylko dla dorosłych”: autor pozwala tu sobie czasem na skojarzenia bardziej pikantne, bez przerwy odwołuje się do tematu seksualności i miłosnych uciech. Potrzebna mu przy tym świadomość, że trafi do odbiorców odczytujących ukryte znaczenia. Sztuka uwodzenia we fraszkach i drobnych rysunkach nie zamieni się tu w obsceniczne czy wulgarne pomysły. Butenko pozostaje przy satyrze, nie tylko przy pornografii.

Pieszczoty, piękne ciała, całusy – Butenko do tego wciąż powraca. Zdarza się, że wybór części ciała pozostawia czytelnikom, a zbyt jednoznaczne skojarzenie łagodzi puentą o niewinnym pocałunku. To zatem rodzaj flirtu towarzyskiego, swoistej gry, w której, chociaż wszyscy wiedzą, o co chodzi, o pewnych rzeczach nie mówi się wprost. Butenko bawi się damsko-męskimi relacjami, opracowuje je w lekki i humorystyczny sposób. Nie wiadomo, czy tworzy pamiętnik licznych miłosnych podbojów i za imionami ukrywa konkretne postacie, czy też szuka możliwości flirtu i chce być zawczasu przygotowany. Przynajmniej w samej lekturze to nie jest jasne. Ale tomik nie służy do chwalenia się osiągnięciami lub porażkami na niwie towarzyskiej. I poza rozrywką odbiorcy tu kryje się drugi aspekt przeznaczenia wydawnictwa.

Na prawej stronie każdej rozkładówki znajduje się rysunek i wierszyk z odpowiednim imieniem: prace Butenki drukowane są z jednej strony. Uzupełnienie kartki stanowi bowiem… graficzny motyw rewersu pocztówki. Przerywane linie przy grzbiecie nie pozostawiają wątpliwości – kartkę można wyciąć i potraktować jak walentynkę lub sposób na zwrócenie uwagi wybranki. To dlatego co pewien czas autor pozostawia możliwość wyboru, każdy odbiorca może zadbać o to, by nadać indywidualny charakter przesyłce. Trochę sprawę utrudnia fakt ograniczonej mimo wszystko liczby imion – ale co bardziej twórczy odbiorcy i z tym sobie jakoś poradzą. „Do wieńca wspomnień” pełni zatem dodatkową rolę – co pasuje do satyrycznej wymowy całości. Bohdan Butenko w charakterystyczny dla siebie sposób bawi się tematem frywolnym i realizuje go pod kątem użytkowym. Warto zaznaczyć, że zależy mu nie na oryginalnych czy narzucających się rymach i lapidarności, a na treści – czasem to, co dałoby się zamknąć w jednym zdaniu, rozwija do kilku zwrotek (wypisywanych ręcznie). Jedynym ograniczeniem jest tutaj miejsce na stronie.

„Do wieńca wspomnień” to drobna książeczka, która jest literackim żartem i rysowniczym popisem. Bohdan Butenko – dzisiaj najczęściej kojarzony z twórczością dla dzieci – skupia przy tomiku tych, którzy na jego pracach się wychowywali. Wpisuje się w nurt satyry publikowanej przez Iskry, ale – przez odwracanie schematów. Czytelnikom pozostawia możliwość wyboru najciekawszych pomysłów i wzbogacania technik „uwodzenia”. Lekko traktuje temat, o którym dawno mówi się niemal wyłącznie z powagą.

piątek, 27 maja 2016

Maria Czubaszek: Nienachalna z urody

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Zwierzenia

„Nienachalną z urody” Maria Czubaszek pożegnała się z czytelnikami – dla wszystkich zbyt wcześnie. A przecież sama autorka wiele razy na kartkach tej książki podkreśla, że żyła wystarczająco długo: temat śmierci powraca tu dość często tak, że siłą rzeczy czytałoby się ten tom jako przygotowanie do rozstania. Maria Czubaszek przypomniała o sobie brawurowo, z satyryka zamieniła się niemal w celebrytkę. Nawet odbiorcy, którzy satyrą się nie interesowali, musieli zetknąć się z fenomenem kontrowersyjnej Marii Czubaszek. Po wywiadach-rzekach (z Arturem Andrusem) i po drukowanej wersji bloga ta autorka powróciła na chłonny rynek z próbą autobiografii, zestawu skojarzeń czy wyznań, którymi ostatecznie może nadać kształt autoportretowi. Pozbawiona dialogowego wsparcia autorka radzi sobie, wbrew własnym obawom, bardzo dobrze. Dzieli wspomnienia na drobne tematyczne fragmenty, odwołuje się do motywów, które i tak fani zdążyli już poznać, a czasami ucieka w formy satyryczne i do świata szalonej wyobraźni. Na początku nawet próbuje podążać za klasycznymi wyznacznikami biografii, ale szybko to odrzuca.

Co znajdzie się w tomie? Motyw Czubaszka (pierwszego męża i dawcy nazwiska, które zna dziś cała Polska), początki pracy w radiu, wspomnienia ze szkół, niezbyt dobre relacje rodzinne, temat życia pod jednym dachem z Wojciechem Karolakiem (i recepta na udane małżeństwo) refleksje na temat kobiet, mężczyzn, seksu i dzieci. Motyw aborcji i operacji plastycznych, zagadnienie feminizmu, palenia papierosów, gotowania i oglądania telewizji. Maria Czubaszek bierze tematy z życia codziennego i przedstawia na nie swoje poglądy. Czasem dokłada coś do własnego portretu. Innym razem charakteryzuje ludzi satyry (również tych, którzy dawno przestali porywać tłumy i ośmieszyli się nie tylko w oczach kolegów po fachu), opowiada o swoich przyjaźniach, mistrzach i… o politykach. Osobne krótkie teksty poświęca między innymi Andrusowi, Zembatemu, Irenie Kwiatkowskiej, Jonaszowi Kofcie, Marcinowi Wolskiemu czy Wojciechowi Cejrowskiemu, a należy pamiętać, że nie wszystkim tworzy laurki. Tyle że nie należy do osób, które ukrywałyby poglądy – więc jej opinie nikogo nie zaskoczą. Bardziej Maria Czubaszek w „Nienachalnej z urody” przypomina, do czego już się publicznie przyznało. Ponadto celne spostrzeżenia przywołuje dość często: tak, że pojedyncze krótkie teksty można czytać osobno, a i tak uzyska się w miarę pełny obraz z ważnymi dla autorki puentami.

„Nienachalna z urody” tym, którzy zdążyli już poznać twórczość Marii Czubaszek, nie przyniesie nowych informacji – ale też nie dostarczy rozczarowań. Czubaszek w radiowych dialogach lubi dowcip abstrakcyjny i absurd – ale w zapiskach bliskich życia stawia na inteligentną ironię mieszaną z satyrą. Obrazu dopełniają często odważne poglądy. Ta autorka nie boi się prezentować własnego zdania, ale w kilku momentach przez notatki przebija gorycz: Czubaszek czuje się momentami, jakby była jedyną w kraju osobą, która zrobiła sobie operację plastyczną, czy – która nie czuła instynktu macierzyńskiego. Widzi, jak działa moda, ale nie ma zamiaru za nią ślepo podążać. To ma swoją cenę, co po lekturze można sobie uświadomić.

W czasach, kiedy mówienie o satyrze rzadko przebija się do mediów, Maria Czubaszek trafiła do świadomości masowej publiki. Pozostała przy tym sobą. „Nienachalna z urody” to skrótowa i precyzyjna opowieść autorki – o sobie samej i o otaczającym ją świecie i ludziach. Książka to zaspokaja ciekawość, to śmieszy, to znów – irytuje lub drażni. Maria Czubaszek nie zamierza podlizywać się czytelnikom – doskonale wie, że tylko szczerością może zdobyć fanów. A przecież nie zabiega o nich: wystarcza jej azyl stworzony przez Wojciecha Karolaka i Artura Andrusa. „Nienachalna z urody” będzie przypominać o Marii Czubaszek – satyryku i osobowości.

wtorek, 29 grudnia 2015

Jeremi Przybora: Dzieła (niemal) wszystkie. Tom I

Znak, Kraków 2015.

Powrót do absurdu

Nareszcie. Już nie trzeba będzie szukać książek Jeremiego Przybory na zakurzonych półkach antykwariatów ani w wydawnictwach-efemerydach. Nareszcie też będzie można bez większego trudu wychować nowych miłośników tej poetycko-absurdalnej twórczości. Ukazała się bowiem książka monumentalna, pierwszy tom „Dzieł (niemal) wszystkich” Jeremiego Przybory – liczący ponad tysiąc stron. A to oznacza ponad tysiąc stron lirycznych żartów i satyry (przeważnie obyczajowej, ale i uwarunkowana politycznie się znajdzie). I jedyne pytanie, które się w związku z tym pojawia, brzmi: dlaczego tak późno? Przybora przez lata funkcjonował jako autor niemal mityczny – odwoływali się do niego wszyscy, którym nie w smak są poszukiwania dzisiejszych artystów kabaretowych – „to nie to, co Kabaret Starszych Panów” można było rzucać kompletnie bez znajomości tematu. Z drugiej strony żaden przegląd piosenki aktorskiej nie może się obejść bez kolejnych aranżacji znakomitych i niewyobrażalnie trudnych utworów Pana B. Czasami nawet zupełnie przypadkowi ludzie spoza kręgu odbiorców „mówią Przyborą” – posługują się hasłami, które weszły do języka potocznego.

W pierwszym tomie „Dzieł (niemal) wszystkich” mieszczą się utwory pisane na scenę i do radia: nieśmiertelny „Eterek”, Kabaret Starszych Panów oraz Kabaret jeszcze Starszych Panów i słuchowiska nieznane czytelnikom do tej pory, bo niewydane drukiem. Nie ma w tym zestawie pomysłów z Teatru Niedużego ani z „Miłości do magister Biodrowicz”, również „dramatycznych” w formie – pojawiają się za to, jakby w charakterze odpoczynku od ról i głosów, „Listy z podróży” – połączone choćby z KSP przez obecność autora i „przyjaciela”, wiernego towarzysza mikroskopijnych podróży, dowcipne miniaturki prozą. Kolejny tom zapowiada więc przewagę opowiadań i monologów, choć mają się w nim pojawić także piosenki.

Teksty Przybory zostały opatrzone bardzo krótkimi komentarzami Kota Przybory i Teresy Drozdy, pojawia się tu też lingwistyczna zabawa Stanisława Barańczaka. Raz głos zabiera Arnold Mostowicz (przedruk tekstu krytycznego z 1970 roku), a raz – sam Jeremi Przybora (fragmenty rozmowy z 1995). Także wyjaśniające przypisy ograniczone są do minimum, tak, żeby móc cieszyć się tą literaturą bez przeszkód i bez poczucia obcowania z utworami stłamszonymi przez opracowanie krytyczne. Tu wyjaśnienie aluzji politycznej, tam rozwinięcie skrótu – i już, lekko, jak w samych tekstach (i ich pierwotnych wydaniach). Utworów satyrycznych zresztą nie można podawać inaczej, a Przybora, wbrew temu, co sam o sobie mówił, poza rolą humorysty pełni również funkcję satyryka. Widać to po latach, chociaż część aluzji wyblakła i przestała wzbudzać reakcje społeczeństwa.

Największym zaskoczeniem po latach będzie podwojenie objętości „Eterka”; Pod koniec lat 50. ukazała się książka „Spacerek przez Eterek” z kilkoma wybranymi audycjami prezentującymi Mundzia, Eufemię i profesora Pęduszko w różnych życiowych sytuacjach (a to kolacja wigilijna, a to starania o mieszkanie). Teraz czytelnicy mogą rozwinąć wyobrażenia o codzienności tej przedziwnej kompanii. Widać, że do druku autor przeznaczył kiedyś teksty najbardziej wyraziste i charakterystyczne, ale też najostrzej komentujące sytuację społeczną – lecz w dodanych teraz „Eterkach” znajdzie się sporo delikatnych żartów i pomysłów wartych uwagi. W „Eterku” na pierwszy plan wysuwa się absurdalna łagodność bohaterów i ich nieprzystosowanie do rzeczywistości. Troje przyjaciół musi dopiero wypracować sobie spryt i umiejętność przetrwania w środowisku, w którym grzeczność i kultura nie stanowią żadnych wartości. „Eterek” zderza inteligencję z tłumem, ale śmieje się z wszystkich – i z życiowo nieprzystosowanego profesora, i z typów spod ciemnej gwiazdy, które wydają się nie do pokonania.

Inaczej wygląda sprawa z Kabaretem Starszych Panów, jego późniejszym wznowieniem i „przerobieniem”: ważne, że późniejszy KSP trafił do książki mimo wątpliwości w procesie redakcji – chociaż bazuje na sprawdzonych pomysłach, ma też mnóstwo nowych żartów. Inaczej również rzecz się ma z „Listami”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Jeremi Przybora dość często korzystał z własnych żartów, przerabiając je i doszlifowując. Tak zresztą jest z „Kwitnącymi szczeblami” i „Zupełnie inną historią – zaznaczonymi jako teksty niepublikowane dotąd, chociaż w tomiku „Miłość do magister Biodrowicz” funkcjonują one jako „Dwóch mężczyzn szło drogą służbową” i „Dorota”, więc motywy z nich będą znane uważnym czytelnikom. Faktem jest też, że dotarcie do książkowych wydań KSP i KjSP (w bibliotekach) lub do nagrań jest łatwiejsze niż w przypadku „Eterka”. Rzecz ma się inaczej przy „Listach z podróży”: to miniaturki dla Jeremiego Przybory bardzo charakterystyczne, nawet w wersji książkowej wznawiane – ale nie kojarzone tak od razu ze Starszym Panem. Tymczasem w „Listach” Przybora wspaniale pokazuje siłę swojego humoru. Do tomu dołączone zostały również słuchowiska w ogóle nieznane, a czerpiące z innych pokładów komizmu niż KSP. Dzięki temu czytelnicy sprawdzić mogą różne metody wywoływania śmiechu i wreszcie w pełni docenić Przyborę jako autora tekstów humorystycznych, a nie tylko twórcę Kabaretu Starszych Panów.

Cieszy fakt, że ta książka się ukazała, cieszy też, że będzie mieć dalszy ciąg. Nawet jeśli agitacyjne żarty już przebrzmiały, twórczość Jeremiego Przybory jest ciekawa od strony literackiej. A przecież stale obecny jest tu nonsens, który się nie starzeje i nie podlega modom. Starszy Pan B w galerii dziwnych postaci szukał ucieczki od zwyczajnych problemów. Jego utwory przepełnione są dobrotliwym uśmiechem i spokojem, a to i dzisiejsi czytelnicy docenią.

sobota, 24 października 2015

Konstanty Ildefons Gałczyński: Zielona Gęś. Najmniejszy teatr świata

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Zabawy absurdem

Po Gałczyńskim mniej przez odbiorców kojarzonym przyszedł czas na najbardziej chyba i do dziś znany motyw. W serii wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazuje się tom „Zielona Gęś. Najmniejszy teatr świata” – zbiór teatralnych miniaturek z Alojzym Gżegżółką, Hermenegildą Kociubińską, Psem Fafikiem i innymi. Tom pozwala zorientować się w komicznej sile absurdu i docenić różnorodność pomysłów autora. Gałczyński zabawia się tu ostrą satyrą polityczną, łagodnym humorem, dowcipem absurdalnym i nonsensem, komizmem obyczajowym czy ironią. Sięga po rozmaite chwyty wywołujące śmiech – od najbardziej podstawowych po wyrafinowane i skomplikowane. Wybiera wyraziste puenty albo z puent rezygnuje, wcześniej budując napięcie. Gałczyński w „Zielonej Gęsi” może zrobić wszystko, a skrótowość służy tu dowcipowi. „Zielona Gęś” to dowód trafnych obserwacji i zamiłowania do purenonsensu.

„Najmniejszy teatr świata” jest logiczną, a i wyczekiwaną kontynuacją pięknej serii. Krótkim wstępem tę publikację opatrzył Tomasz Stępień, jeden z ważniejszych badaczy humoru i satyry – trudno wyobrazić sobie bardziej skondensowany i rzeczowy tekst wprowadzający do tej akurat lektury: w krótkim szkicu Stępień przygotowuje na Gałczyńskiego także zwykłych odbiorców – to ważne, skoro część utworów nie zachowała „ważności” (naturalna konsekwencja włączania spraw aktualnych do satyry). „Zielona Gęś” zwykle funkcjonuje w mniej lub bardziej obszernych wyborach (u schyłku XX wieku teksty spopularyzował zielonogórski kabaret Potem) – teraz można się przyjrzeć całej koncepcji teatrzyku.

U Gałczyńskiego czyta się wszystko. Jedną płaszczyznę żartu zapewniają dialogi bohaterów, a w ich obrębie także popisy warsztatowe, stylizacje, rymy czy parodie. Druga to komizm charakterów – mocno i celnie zarysowane sylwetki postaci. Gałczyński kreśli portrety znaczące, dzięki czemu nie musi wdawać się w zawiłe wyjaśnienia. Wystarczy kilka słów wygłaszanych przez bohatera, żeby jego intencje i – pośrednia – ocena rzeczywistości stały się natychmiast jasne dla czytelników. Krótkie historyjki z Zielonej Gęsi są zróżnicowane tematycznie. Nie brakuje tu twórców, intelektualistów, postaci z mitologii, ale i zwykłych idiotów, bezlitośnie obnażających słabość idei. Gałczyński rozbija skostniałe struktury, wyszukuje rozłamy i pęknięcia w tym, co wydawałoby się od dawna ustalone. I bezustannie drwi, niepowaga jest jego sposobem na ratowanie normalności, a i na bezpieczną krytykę. Spora część żartów przechodzi oczywiście do didaskaliów: w zredukowanej objętości tekstu autor wykorzystuje każde dostępne miejsce do popisywania się pomysłami. Samo w sobie uczynienie didaskaliów źródłem śmiechu jest zabiegiem satyrycznym – i wymusza na reżyserach oraz czytelnikach weryfikowanie podejścia do lektury. Nagle z dodatku do właściwiej historii wysuwają się te uwagi na pierwszy plan i już nie można ich ignorować. Uczy Gałczyński w „Zielonej Gęsi” innego spojrzenia.

Obok tekstów zaangażowanych mieści się w tej książce mnóstwo zabaw słownych i skojarzeń, na które pozwala humor. Konstanty Ildefons Gałczyński staje się mistrzem miniaturowych scenek, pomysłowo aranżuje kolejne spotkania. Dopiero zebranie w jednym tomie wszystkich tekstów, w dodatku pozbawionych nieplanowanych przez autora zmian (wydanie krytyczne!) pomaga zorientować się w twórczym rozmachu i wyobraźni Gałczyńskiego. „Pierwsze wydanie bez skreśleń i cenzury” głosi okładkowa zachęta – i to z pewnością ucieszy literaturoznawców. Ale „Zielona Gęś” zyskuje fanów wśród przedstawicieli różnych pokoleń i różnych zainteresowań – to po prostu tom dla miłośników absurdu, zwolniony od konieczności zachowywania powagi, zawierający już klasykę, a jeszcze wciąż wywołujący żywe reakcje. Gałczyński nie potrzebuje żadnych zachęt ani rekomendacji, sam przekonuje do siebie najlepiej.

środa, 27 maja 2015

Krzysztof Daukszewicz: Tuskuland

Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Na wesoło

W „Tuskulandzie” Krzysztof Daukszewicz nie dołącza do grona rozpolitykowanych felietonistów, pozostaje przede wszystkim satyrykiem uważnie obserwującym rzeczywistość Nie proponuje odbiorcom książki-efemerydy, bo chociaż czasami odwołuje się do bieżących spraw, tom wytrzyma próbę czasu. Najlepszy dowód – że gromadzi teksty od końca 2011 roku, a to w najmniejszym stopniu nie uprzykrza lektury. Daukszewicz wie doskonale, jak pisać, żeby jego spostrzeżenia przetrwały. Ponadto zamiast modnej wśród publicystów konwencji narzekania i biadolenia wybiera tendencję do rozśmieszania. Wykorzystuje tu i sceniczne doświadczenie, i poczucie humoru. W „Tuskulandzie” nie będzie zatem tekstów mdłych. Co więcej, to książka, która dostarcza rozrywki, a nie ma na celu agitacji – więc czyta się ją dobrze niezależnie od referencji politycznych.

Teksty mają daty dzienne, co oznacza, że można je umiejscowić bardzo dokładnie w konkretnym społeczno-politycznym kontekście – będzie to miało znaczenie za kilka lat, kiedy czytelnicy zechcą rozszyfrowywać wciąż świeże nawiązania i źródła komentarzy. Daukszewicz przybliża się także w ten sposób do rytmu blogów (można jego uwagi zestawiać choćby z notatkami Marii Czubaszek, również opublikowanymi przez wydawnictwo Prószyński i S-ka). Jest jednak w tych komentarzach pewna ponadczasowość, nastawienie autora na większą – nawet niż sceniczna – żywotność tekstów. Daukszewicz nie pisze dla pamięci ani dla politycznej walki (nawet na przekór tytułowi). Pisze dla śmiechu i to w tej publikacji wybija się na pierwszy plan (nawiasem mówiąc, to jedna z ładniej wydanych książek satyrycznych tego autora, jakby sposób wydania także miał przenieść tom z póki dziełek ulotnych na tę z utworami wartymi zachowania i zwiększonej uwagi).

Krzysztof Daukszewicz nie poprzestaje na odwołaniach do bieżącej rzeczywistości z politykami jako źródłami żartu. Przygląda się też swojemu najbliższemu otoczeniu i wprowadza w nie czytelników. Każdy drobny absurd z codzienności może – po odpowiednim satyrycznym opracowaniu – trafić do tekstu jako kolejny dowcip. Znawców twórczości Daukszewicza nie będą dziwić ciągłe spotkania z menelami (chociaż nie ma tu typowych menelików, pojawia się kilka zgrabnych anegdot z kwieciście wysławiającymi się reprezentantami marginesu). Do tego autor dodaje garść dowcipów – uwaga: nie cytuje takich, które są w ciągłym obiegu i zdążyły się już odbiorcom znudzić, przywołuje za to te mniej znane, zgrabne i warte uwiecznienia. Ponadto przerywa rytm felietonów zestawem swoich piosenek (co ucieszy przede wszystkim fanów zaangażowanych ballad: nie jest tajemnicą, że – o czym autor w tomie wspomina – i Jaromir Nohavica dostrzegł talent Daukszewicza w dziedzinie satyryczno-politycznych songów – nie mogło więc zabraknąć ich i tutaj). Całość uzupełniają „pocieszki” – drobiazgi satyryczne – żarty lub anegdoty – które nie trafiły do felietonów, a warte są zauważenia. Daukszewicz przerywa nimi wywody i zaznacza upływ czasu.

Ilustracje do tej książki przygotował Henryk Sawka. To rysunki satyryczne, typowe zaangażowane komentarze, które sprawdzą się w prasie równie dobrze jak w bardziej uniwersalnej książce. Obaj autorzy pozostają w temacie satyry, ale też obu bardzo zależy na wywoływaniu śmiechu i ukazywaniu komicznego potencjału społeczno-politycznych faktów. Krzysztof Daukszewicz tą książką trafić powinien nie tylko do swoich fanów, ale i do czytelników, którzy cenią sobie felietony z pomysłem.

środa, 10 grudnia 2014

Andrzej Poniedzielski: Szumi czas. Kalendarz 2014/2015

Jednocześnie, Łódź 2014.

Czas zabawy

Dzięki wydawnictwu Jednocześnie Andrzej Poniedzielski może docierać ze swoimi tekstami do fanów – wielbicieli satyry refleksyjnej, myślącego humoru i pogodnej poetyckiej melancholii. Teraz przychodzi czas na kolejne niespodzianki dla odbiorców. „Kalendarz 2014/2015. Szumi czas” to graficzny popis Marty Zawiei i ukłon w stronę tych odbiorców, którzy – przyzwyczajeni przez kulturę konsumpcyjną do fragmentaryczności – cenią sobie skrót, zestaw cytatów i chwytliwych fraz. Ten „kalendarz” można by potraktować jak reklamę twórczości Andrzeja Poniedzielskiego, gdyby nie fakt, że twórczość owa reklamy nie potrzebuje. Wydawnictwo Jednocześnie kontynuuje zestawianie lirycznych i dowcipnych fraz z zabawami graficznymi. Efekt, jak zwykle, nie zawodzi.

Kolekcjonerów złotych myśli zapewne ucieszy ten wybór. Pojedyncze zwrotki, rymowane westchnienia, które zginęłyby w pospiesznej lekturze, tutaj skupiają na sobie uwagę. Dostarczają materiału do zadumy, bo tomik pełen jest nie tylko fraz-żartów, ale i fraz-puent, płynących z głębokiego zastanowienia nad światem i życiem. Cytaty z wierszy i piosenek funkcjonują w kalendarzu na prawach aforyzmów wpisywanych często do terminarzy – w tej publikacji słowa mogą być ozdobą, a także cennym prezentem dla odbiorców. Bywa zresztą, że pojedyncze sformułowania uruchamiają w lekturze cały ciąg skojarzeń, zamieniają się w odnośniki do pełnych utworów i przypominają o literackich pomysłach Andrzeja Poniedzielskiego – tak oryginalnych w satyrze współczesnej.

Marta Zawieja ma swoją wizję kalendarza. Dni w kolejnych miesiącach wpisuje w okręgi, bawi się czcionkami, jakby jednocześnie podkreślała upływający czas i sugerowała jego nieważność. Momentami niemal bagatelizuje przemijanie, rozrywki wizualnej szukając w rozbiciu tradycyjnego obrazu kalendarza. Tu przecież części zbiorku wyznaczane są przez rytm pór roku. Tym samym operacjom co szeregi liczb poddaje Marta Zawieja zresztą także tekst. Uniemożliwia wręcz linearną lekturę, zmusza do potraktowania tomiku jako tekstowo-graficznej całości, wymagającej skupienia, ale i dostarczającej rozrywki.

Największą rozrywkową niespodzianką dla fanów Andrzeja Poniedzielskiego są tu zdjęcia. Marta Zawieja proponuje odmienny od scenicznego wizerunek artysty. Poniedzielski jako model stroi zabawne miny, gra przed obiektywem, zachowuje się bardziej jak dziecko niż jak przedstawiciel inteligentnej satyry. Jego portrety bywają odwracane w różnych kierunkach, obcinane, czy… ozdabiane dorysowywanymi szczegółami. Takiego Poniedzielskiego odbiorcy z pewnością nie znali.

I z połączenia lirycznych westchnień i graficznych szaleństw powstaje nowa jakość. Maleńkie wydawnictwo idzie pod prąd, odrzucając wszelkie zdobycze i zalecenia rynku literackiego. Zapewnia odbiorcom dowcip na wysokim poziomie i wspaniałe opracowanie edytorskie. „Kalendarz 2014/2015” wcale się nie zestarzeje i nie zdezaktualizuje. To zestaw trafnych spostrzeżeń zamykanych w rymach, ciekawych i rzadkich w „dorosłej” literaturze grafik oraz zdjęć wywołujących uśmiech sympatii u każdego, kto Andrzeja Poniedzielskiego kojarzy ze sceny. Kalendarz przypomina jeszcze o tym, by tak przygotowanej książki nie kartkować w pośpiechu, a spokojnie zatrzymywać się nad każdym fragmentem. Na tym przecież zawsze polega czytanie Poniedzielskiego.

czwartek, 27 listopada 2014

Michał Rusinek: Limeryki i inne wariacje

Agora, Warszawa 2014.

Popis

Dopowiedzenie do niepoważnej twórczości Barańczaka, kontynuacja literackich zabaw cenionych (niestety coraz mniej) w środowiskach polonistycznych, odpowiedź na angielską poezję absurdu (wciąż za mało u nas znaną). „Limeryki i inne wariacje” Michała Rusinka to książka, która jest rymotwórczym popisem, dowodem na poczucie humoru autora oraz… szansą na ocalenie utworów, które bez tego funkcjonowałyby jedynie w obiegu nieoficjalnym, docierając do nielicznych – ze stratą dla szerszego grona odbiorców.

Michał Rusinek sięga po gatunki znane (limeryki czy piosenki) i te wykorzystywane wyłącznie przez humorystów do satyrycznych popisów (muzyczne biografioły). Do tego dokłada gatunki użytkowej – rymowane teksty z pocztówek i smsów wysyłanych z wakacji. Za każdym razem próbuje zaskoczyć odbiorców inteligentnym żartem (czasem też wyszukanymi rymami). Tworzy świadomie: puenty zamieszcza w pozycjach rymowych, dąży do uzyskania czystego komizmu – i radzi sobie w roli humorysty doskonale, o czym każdy czytelnik „Limeryków” szybko się przekona. Limeryków – czasem tworzonych podczas wspólnych wypraw z Wisławą Szymborską (nic tak nie pobudza limerykowej kreatywności jak tablice z nazwami mijanych miejscowości) – jest tu sporo, chociaż i tak czytelnicy będą czuć niedosyt. Rusinek imponuje pomysłami na niesztampowe pozdrowienia z wakacji czy wpisy na kartkach świątecznych. Jakby na przekór powszechnemu w dobie internetu grafomaństwu nie ulega pokusom łatwych współbrzmień. Jego warsztatowy kunszt docenią nieliczni. Dowcip jednak – wszyscy odbiorcy tomu „Limeryki i inne wariacje” to publikacja godna podziwu.

Michał Rusinek świetnie się tu bawi. W skondensowanych formach mieści frywolny dowcip (udowadnia, że nie trzeba wulgaryzować tematów damsko-męskich związków, by zasugerować czytelnikom pieprzne treści), rygorystyczną formę wykorzystuje jako dodatkowe utrudnienie – ale i jako czynnik oczyszczający żarty ze zbędnego przegadania. „Limeryki” warto czytać powoli, żeby docenić pomysłowość Rusinka – oraz język jego miniatur. Rusinek umiejętnie operuje absurdem, czasami uderza w naiwne tony (kreując erotyczne życiorysy kolejnych postaci). Nie musi wybierać prawdopodobieństwa – obok pikanterii proponuje więc odbiorcom wyobraźniowe i nieprzewidywalne rozwiązania. Dostarcza tym samym rozrywki umysłowej z nagrodą w postaci dobrych żartów. „Limerykami” można się długo zachwycać: naśladować Rusinka byłoby bardzo trudno.

Autor zadaje kłam twierdzeniom, że satyra jest dziedziną podrzędną wobec literatury. Do gatunków niepoważnych wprowadza erudycyjne wstawki – bawi się elementami z życiorysów największych kompozytorów. Nie brakuje tu też utworów „tradycyjnych” – nie tylko w piosenkach Rusinek daje dowód wyczulenia na subtelności językowe. Poza limerykami dopasowuje rytmy do charakteru humorystycznych przesłań. Sprawia wrażenie twórcy beztrosko bawiącego się rymami i żonglującego dowcipnymi wątkami. Mógłby układać komiczne rymowanki na każdy temat. Zapewnia odbiorcom lekturę niesztampową.

Ilustracje przygotowywane przez Joannę Rusinek przypominają kolaże Wisławy Szymborskiej i angielski humor. Są równie absurdalne co część opowiastek, a do tego powiązane z motywami z limeryków. Klasyczny charakter składników tych prac potęguje jeszcze nonsens rezultatu. „Limeryki i inne wariacje” to książka, która nie zawiedzie wymagających – zachwyci jednak nie tylko polonistów i wielbicieli satyry. Wstęp Joanny Szczęsnej warto zostawić sobie na koniec – pojawi się w nim jeszcze całkiem sporo wierszyków Rusinka (polityczne można było sobie darować, skoro reszta tomiku jest ponadczasowa). Luźna opowieść o tym, jak sprawdzają się literackie żarty w towarzystwie, które potrafi docenić dobry koncept tak samo jak formę – to ciekawe podsumowanie prezentowanych w książce utworów. Michał Rusinek funkcjonuje tu nie jako sekretarz Szymborskiej, a jako świadomy humorysta – nieczęsto zdarza się w dzisiejszych publikacjach takie stężenie inteligentnego żartu. „Limeryki i inne wariacje” to książka objętościowo niezbyt wielka, ale przyciągnie odbiorców na długie godziny. Czytelnicy będą też niecierpliwie czekać na następną porcję dowcipu w wykonaniu tego autora. Rusinek czuje się najlepiej wtedy, gdy sięga po jasno określone reguły zabawy, które dla zwykłych odbiorców stałyby się czynnikiem nie do przejścia. Udowadnia to w najlepszy możliwy sposób.

sobota, 15 lutego 2014

Hemar, Lechoń, Słonimski, Tuwim: Szopki Pikadora i Cyrulika Warszawskiego 1922-1931

Iskry, Warszawa 2013.

Gry z rzeczywistością

Satyra agitacyjna cechuje się krótkim terminem ważności – działa wtedy, gdy nadawca-autor i odbiorcy funkcjonują w tym samym otoczeniu i w jednym czasie, więc mają wspólny kontekst i zestaw odniesień. Nie tylko motywy polityczne, bo nawet towarzyskie anegdoty słabną z czasem i przestają wywoływać silne reakcje. Ale dystans czasowy nie musi oznaczać śmierci utworu – część może funkcjonować na prawach literackiej ciekawostki. Tak jest z szopkami politycznymi z dwudziestolecia międzywojennego. W obiegowej świadomości teksty te, chociaż znane niewielu czytelnikom, istniały jako pierwowzór szopek z lat 90. (i popularnego wtedy „Polskiego Zoo”), a nawet jako inspiracja dla niektórych kabaretonowych konferansjerek. Teraz odbiorcy mogą przyjrzeć się odnalezionym szopkom z lat 1922-1931 i sprawdzić, jak były przez wybitnych autorów konstruowane.

Szopki mają charakter doraźny, odnoszą się do aktualnych problemów w kraju, przemycają satyrę na polityków, a także pozwalają na drobne gierki między autorami. Tu ważna jest ironia, czasem nawet przeradzająca się w lekkie szyderstwo czy złośliwość. Agon to wyznacznik satyry z szopek – a obrywa się niemal wszystkim. W tego typu utworach nie ma miejsca na pochlebstwa i łagodzenie nastrojów, zabawa polega właśnie na wytykaniu wad i błędów, ku uciesze spragnionych takiej bezkompromisowej rozrywki widzów. Tuwim, Lechoń, Hemar i Słonimski w szopkach mogli sobie pozwolić na o wiele więcej niż w skeczach czy wierszach. Sami zresztą świetnie się bawili przy tworzeniu, a dzisiaj trudne do rozszyfrowania byłoby autorstwo poszczególnych fragmentów.

Szopki są bogate w intertekstualia. Żongluje się w nich tytułami i rozpoznawalnymi cytatami zachowującymi poziom naturalności w dialogu – tak, że przy padających ze sceny tekstach tylko uważna publiczność mogła wyłuskać dwuznaczności i autorskie zamiary. Dzisiejszym czytelnikom w tym zakresie będzie nieco łatwiej – nie dość, że tytuły wyróżniają się w zapisie, to jeszcze książka opatrzona została rozbudowanymi przypisami, dzięki którym odtworzyć można mechanizmy większości żartów i aluzji. W zabawie nie chodziło zatem o proste wyśmiewanie się z innych, a o inteligentną satyrę. W tekstach przewijają się konkretni bohaterowie, więc taka pomoc bardzo przydaje się w lekturze.

Zwłaszcza że lektura nie ma wiele wspólnego ze zwykłym czytaniem tekstów satyrycznych. Dzisiejszy odbiorca musi najpierw zorientować się w pozatekstowej przestrzeni, towarzyskich relacjach dwudziestolecia i życiu literackim tego okresu. Nie może sobie pozwolić na proste i naiwne odczytanie tekstów – bo z takiej lektury odniesie korzyść niewielką. „Szopki” nie będą już wzbudzać kaskad śmiechu ani żywych reakcji – teraz funkcjonują jako ślad przeszłości, podsumowanie literacko-społecznej legendy. To szansa na dotarcie do nieznanych utworów wybitnych satyryków – a fakt, że nie pozostawia się tu odbiorców bez krytycznoliterackiego wsparcia, jest niezwykle istotny w kontekście satyry zaangażowanej. Zresztą nie wszystkie elementy szopek uległy przedawnieniu: pojawią się tu postacie znane szerokim grupom czytelników do dzisiaj, parodie piosenek funkcjonujących wciąż w masowym obiegu i żarty silniejsze niż czas. Dla części odbiorców natomiast najciekawsze będą kwestie warsztatowe – od tych autorów można się wiele nauczyć w dziedzinie budowania wielopiętrowych znaczeń i nawiązywania do pozatekstowej rzeczywistości. Dowcipy budowane tu były na wielu płaszczyznach, począwszy od zabaw onomastycznych po odpowiedzi na rzeczywiste wydarzenia. To tomik ważny w biblioteczce satyry – i rozbudzający apetyty na lekturę przedwojennych tekstów niepoważnych.

czwartek, 31 października 2013

Andrzej Poniedzielski: Piosenki to

Jednocześnie, Łódź.

Kształt słów

Kiedy teksty piosenek bardów trafiają do druku, zwykle publikacje nie różnią się od tomików poezji – niewielkie objętościowo książeczki pozbawione są grafik i wszelkich ozdobników. Z tomami Andrzeja Poniedzielskiego wypuszczanymi na rynek przez wydawnictwo Jednocześnie jest zupełnie inaczej. Utwory barda i satyryka ozdabiane są pomysłowymi ilustracjami i zyskują często nieklasyczne łamanie. Okazuje się, że takie zabiegi edytorskie nie tylko uatrakcyjniają książkę, ale jeszcze pozwalają uwypuklić ukryte znaczenia filozoficznych spostrzeżeń. Najlepszym przykładem jest tu tom „Piosenki to”, ekskluzywny wybór najbardziej znanych songów Andrzeja Poniedzielskiego. Kto zna twórczość tego artysty, nie da rady zwyczajnie śledzić kolejnych strof i piosenek – odruchowo zacznie je nucić. O muzycznym rodowodzie utworów przypomina okładkowa pięciolinia prowadzona przez wyklejki, ale też podany w atrakcyjnej formie graficznej na końcu zbiorku spis kompozytorów.

Ale tomu „Piosenki to” nie da się traktować jak podręcznego śpiewnika. Tu na powrót odzyskuje się wagę słów, melodia staje się sprawą drugorzędną. Dzieje się tak za sprawą opracowania graficznego, pełnego niespodzianek dla odbiorców. Wprawdzie „kalendarze” wydawnictwa Jednocześnie, jak i tomik pod tym tytułem, zapowiadały już zabawy grafiką, jednak w książce „Piosenki to” jest ona najbardziej odważna. Wydaje się, że momentami próbuje się wybić na pierwszy plan, zmusić odbiorcę do wytężenia uwagi i większego skupienia, które zaprocentuje potem przy lekturze tekstów. Ekspansywne ilustracje wcale nie powracają z każdą piosenką, jest ich w tomie stosunkowo niewiele, ale za każdym razem zatrzymują czytanie, wymagają przeanalizowania i dodatkowej refleksji. Nie uzupełniają i nie ilustrują wierszy, funkcjonują obok nich, a czasem nawet wbrew nim. O wiele ważniejsze są natomiast sposoby przedstawiania samych utworów. Tytuły zostają swobodnie rozrzucane na stronach, wykorzystują różne kroje i wielkości czcionek, zwykle też nie poddają się linearnej lekturze. Również podział na zwrotki prowokuje do eksperymentowania z układem na stronach – każdy utwór staje się tworzywem plastycznym, miniaturą, która zyskuje własny wewnętrzny porządek – i chociaż w zderzeniu wszystkich tych porządków rodzi się chaos, całość sprawia wrażenie spójności. Kształty, formy i kolory okazują się symbolami, a graficzne i typograficzne poszukiwania podlegają różnym interpretacjom.

Tytuły „rozdziałów” to cytat, ale i próba definiowania zawartości. Wśród piosenek-żartów, piosenek-zdziwień, piosenek dla niej i dla niego zawsze udaje się odnaleźć głębokie przemyślenia na temat ludzkiego losu, przemijania i miłości. Nie ma w tomiku utworów nieznanych odbiorcom – ale dzięki nowemu układowi, pomysłowi kompozycyjnemu i łamaniu, piosenki zyskują szansę na kolejne odkrycia i olśnienia. Andrzej Poniedzielski sięga po to, co wydaje się oczywiste i „normalne” dla czytelników – i z tego wydobywa nowe-stare sensy. Prowadzi odbiorców przez świat skojarzeń oryginalnych, a przecież najprostszych, wyrastających z tego, co wszyscy znają, wiedzą i czują. Autor uruchamia międzysłowne mechanizmy, by w lapidarnych sformułowaniach uchwycić to, nad czym zawsze biedzą się filozofowie. Te teksty są wyjątkowo celne – i doczekały się ciekawej oprawy. Tu nawet płócienna wytłaczana okładka przypomina o wartości utworów. Wydawanie takich publikacji większości firm zwyczajnie się nie opłaca – ale „Piosenki to” przeznaczone są przecież dla „fanów” Andrzeja Poniedzielskiego, dla ludzi wrażliwych i wyczulonych na zabawy słowami. Ci nie potrzebują wielkich marketingowych akcji i zachęt do zakupu – wiedzą bowiem, w czym tkwi prawdziwa wartość takich książek.