* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julian Tuwim. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julian Tuwim. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 maja 2016

Julian i Irena Tuwim dzieciom

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016 (wznowienie).

Powrót do klasyki

Julian Tuwim i Irena Tuwim to autorzy, o których nie trzeba nikomu przypominać. Na ich bajkach wychowują się kolejne pokolenia maluchów, a wśród pisarzy trudno znaleźć takich, którzy dorównywaliby rodzeństwu jakością pomysłów. „Julian i Irena Tuwim dzieciom” to tomik powracający w drugim wydaniu w nowej serii Naszej Księgarni – nieprzypadkowo wznowiony, bo stanowi obszerny i interesujący wybór utworów Juliana Tuwima i jego siostry – skarb nie tylko dla każdego dziecka, ale i wielki prezent dla rodziców zyskujących w ten sposób powrót do znanych (niejednokrotnie na pamięć…) tekstów. Książka jest pięknie wydana – jakość edytorska dorównuje tekstowej, więc publikacja przetrwa w prywatnych biblioteczkach i długo będzie cieszyć odbiorców – wszystko jedno, czy należą do docelowej grupy, czy już nie. Tomiku „Julian i Irena Tuwim dzieciom” po prostu pominąć nie można.

Rymowane bajki Juliana Tuwima ułożone zostały w „tematyczne” cykle, żeby łatwo było dotrzeć do poszukiwanej akurat historyjki. Bloki wierszy przerywane są bajkami autorstwa Ireny Tuwim – i tu panuje dużo większa różnorodność form – jest bajka rymowana o silnym wydźwięku pedagogicznym, jest historia rozłożona na zbiór opowiadań, jest też obrazkowa wyliczanka dla najmłodszych. Julian Tuwim pisze bajki, które po latach przechodzą do kanonu literatury pięknej i mogą cieszyć zarówno dzieci, jak i dorosłych, stanowią popis w stosowaniu środków stylistycznych i zawierają sposoby na ćwiczenie pamięci. Irena Tuwim stara się bardziej dotrzeć do maluchów – prowadzi opowiastki tak, by kilkulatki wyniosły z nich jak najwięcej. Pomaga rozwijać słownictwo, ćwiczyć wyobraźnię, ale też dostarcza ważnych życiowych lekcji.

Tom „Julia i Irena Tuwim dzieciom” to kwintesencja humoru i ciepła. W tych bajkach, bez względu na przesłania lub absurdalne żarty króluje spokój – nie ma tu przemocy czy zła, nie ma lęków, które mogłyby się przerodzić w senne koszmary. Wprawdzie Adam Pękalski robi – zamiast uroczych – ilustracje charakterystyczne, ale niekoniecznie musi to wpływać na gorszy odbiór książki. Ważne, że dzieciom zapadną w pamięć ponadczasowe bajki, składające się na magiczny świat. Tu fantazja jest bardzo umiejętnie łączona z rzeczywistością – a mimo upływu czasu obserwacje z bajek działają na czytelników. Czasem ważne staje się zaskoczenie, czasem rozbawienie, a czasem po prostu zabawa słowem, którą przecież Tuwim opanował mistrzowsko.

Książka rozpoczyna się zestawem wspomnień Juliana Tuwima i Ireny Tuwim, fragmentów specjalnie wybranych i przeplatanych ze sobą. Wyimki z prywatnych zapisków zostały ułożone tak, aby korespondowały ze sobą i wzajemnie się dopełniały. To sposób na zaintrygowanie czytelników biografiami autorów, ale też szansa na natychmiastowe przeniesienie dzieci do wyobraźniowej rzeczywistości. Rodzeństwo w swoich notatkach kładzie nacisk na sielską atmosferę, na miłe wspomnienia i na tematy wpływające na bajkową kreatywność. Tak daje się też przekonać najmłodszych do tego, że praca pisarza pełna jest atrakcji i czarów.

Tom „Julian i Irena Tuwim dzieciom” to zestaw kultowych lektur, rymowanych i prozatorskich bajek, z których każda silnie zapada w pamięci każda może być zastosowana jako bajka na dobranoc. Nie da się dorastać bez bajek – te klasyczne sprawdziły się już idealnie. Do dzisiaj nie straciły nic ze swojej wartości – łatwo to sprawdzić, zapatrując się w tę pozycję.

wtorek, 12 stycznia 2016

Julian Tuwim: Lokomotywa

Muza SA, Warszawa 2015.

Rytmy i wzory

Obowiązkowa pozycja dla każdego malucha – i to na przestrzeni kilkudziesięciu już lat, element kulturowego kodu i dykcyjna zabawa. „Lokomotywa” Juliana Tuwima to utwór, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, opisywać ani przypominać. Każdy zna, każdy co najmniej fragmenty pamięta i w dowolnym momencie zacytuje. Gdzieś w tle satysfakcję przynosi niepoprawność polityczna (grubasy w jednym wagonie), innym razem cieszy, zwłaszcza najmłodszych, sam rytm, stukot zapisany w zgrabnych wersach. W serii Muzeum Książki Dziecięcej poleca ukazał się tomik zawierający „Lokomotywę”, „Rzepkę” i „Ptasie radio”. Trzy teksty – a mnóstwo radości dla najmłodszych. Te trzy teksty pokazują zresztą, jak konstruować bajki dla dzieci, by zdobyć ich uznanie. We wszystkich ważny jest motyw wyliczanki: w „Lokomotywie” to odsłanianie zawartości kolejnych wagonów. W „Rzepce” wyliczankowy jest refren wciąż rosnącego łańcucha pomocników. W „Ptasim radiu” natomiast to odnotowywanie gatunków ptaków – wraz z ptasimi uwagami w kwestii szczegółów audycji. W dwóch z trzech bajek liczy się też technologiczny postęp – zarówno lokomotywa jak i wątek radia przyciągną dzieci nawet dzisiaj, oznaczają bowiem furtkę do „dorosłego” świata. Ale wszystkie historyjki mają swój urok po pierwsze w lekko absurdalnym dowcipie (w „Rzepce” ów dowcip zamienia się w pewnej chwili w sytuacyjny, ale bardzo działa na najmłodszych, można wypróbować), po drugie w oryginalnych pomysłach, po trzecie – w melodyjnej warstwie brzmieniowej. Julian Tuwim wykorzystuje tu wszystko, co najmłodsi – nawet jeszcze nieświadomi – słuchacze kochają: całe serie zgrabnych współbrzmień, mocny rytm, liczne powtórzenia fraz czy zamknięte w wersach onomatopeiczne melodie. Przy głośnym czytaniu te wiersze wybrzmiewać będą najpełniej i dostarczą najwięcej radości dzieciom. To znakomity sposób, żeby każdego przekonać do lektury, żeby uśpić wieczorem czy żeby zabić nudę. Zresztą każdy powód i pretekst będzie dobry, żeby spędzić z pociechami chwilę przy doskonale znanych i sprawdzonych utworach.

A że „Lokomotywa” wciąż doczekuje się nowych wydań, Muza próbuje przekonać odbiorców powrotem do tradycji. Duży format i „pozioma” książka zawiera klasyczne ilustracje Jana Lenicy, autora, który równie dobrze czuje się w twórczości dla dzieci, jak i… w karykaturach (o czym świadczy bajkowy portret Juliana Tuwima na stronie tytułowej). Lenica lubi powtarzające się wzory i desenie, ale najważniejszych motywów stara się nie upraszczać i nie banalizować: lokomotywa na przykład pełna jest nitów i łączeń różnych kawałków blach, Lenica starannie wyrysowuje konstrukcje mostów i torowiska – a później też różne gatunki zwierząt i ptaków. Stawia na pełnostronicowe ilustracje – wtedy najlepiej mu popisywać się regularnymi wzorami i pomysłami na zagospodarowanie kadru, ilustracje stanowią też dzięki temu furtkę do oryginalnego bajkowego świata i oddają klimat opowiastek. A przecież Lenica nie bawi się w kolorowanie tła czy budowanie kilku planów – wszystko u niego pojawia się w jednej płaszczyźnie (a jeśli rozbija się na dwie, ważniejszy jest element z tyłu): to zmusza maluchy do uważniejszego przyglądania się obrazkom, zapewniając im rozrywkę, ale i ćwiczenia na spostrzegawczość. Poza tym, że tomik jest atrakcyjnie i dla dzisiejszych czytelników ilustrowany (nie ma w nim tak charakterystycznego i częstego obecnie przesłodzenia, cukierkowych kolorów i uproszczeń) – jest też starannie wydany. Gruby papier, szyte kartki i sztywna okładka – to zabezpieczenie przed ciekawymi świata maluchami, a i sposób na zaznaczenie wysokiej jakości tekstów w publikacji. „Lokomotywa” Juliana Tuwima w takim opracowaniu trafi do wielu maluchów i będzie dla nich pierwszym bardzo ważnym spotkaniem z książkami (i znakomitą, już klasyczną, literaturą).

sobota, 26 grudnia 2015

Julian Tuwim: Słoń Trąbalski

Muza SA, Warszawa 2015.

Pierwsza czytanka

Wydań z wierszami Juliana Tuwima dla dzieci było już mnóstwo i zapewne każde dziecko ma swoją ulubioną książeczkę, do której często wraca. W cyklu Muzeum Książki Dziecięcej poleca ukazał się w Muzie spory tomik „Słoń Trąbalski”, zawierający kilka znanych wszystkim utworów oraz klasyczne już ilustracje Ignacego Witza. Ten sentymentalny dla pokolenia dziadków powrót do tradycji literatury czwartej to prezent dla dzisiejszych kilkulatków – szansa na porównanie zmieniających się w grafice mód. Najmłodsi dostaną tu – obok wpadających w ucho tekstów – także rysunki, do jakich prawdopodobnie nie są przyzwyczajeni: proste, wolne od przesłodzenia, ale też wymowne.

„Słoń Trąbalski” pod względem tekstowym to wybór, który nie pozostawia wątpliwości. Jest tu kilkanaście bajek bardzo znanych – w tym tytułowa o zapominalskim zwierzęciu. Powróci tu Murzynek Bambo, Głupi Gabryś, Grześ Kłamczuch, Dyzio Marzyciel czy babcia z kurką złotopiórką. Ci bohaterowie od dawna są towarzyszami dziecięcych zabaw i postaciami stale obecnymi w kulturze, nawet po wyjściu z wieku dziecięcego. Można tu przeczytać o pstryczku elektryczku, o abecadle i o tańcu domowych sprzętów. Tuwim prezentuje się tu jako autor absurdalnych skojarzeń – jak w bajce o trzech kaczuszkach. Językowe zawiłości z kolei pokazuje „Figielek”. Są też utwory z nieco innej poetyki – „Wszyscy dla wszystkich” czy „Stół”, więc najmłodsi zyskają przegląd zróżnicowanych tematów i ich realizacji. Szybko odnajdą się w proponowanym przez Tuwima świecie lingwistyczno-wyobraźniowych popisów i nonsensu. Niemal każdy z tych utworów dorośli znają na pamięć, niemal każdy stał się hitem literatury czwartej i funkcjonuje w niej do dzisiaj. Mało tego: część z tych bajek przeszła – we fragmentach – do języka potocznego i funkcjonuje jako zbiór odsyłaczy. Tylko dzieci mogą odkrywać zalety tego tomiku z pierwszym, naiwnym zachwytem. Nie rozczarują się, bo i Tuwim wybrzmiewa ponadczasowo, przynosząc maluchom wiele radości i oryginalnych skojarzeń, a także – pożywkę dla fantazji, bo któż by nie chciał udać się w podniebną podróż aeroplanem czy poskakać na skakance na przekór dorosłym. Tuwim i dzisiaj uczy dzieci abstrakcyjnego myślenia, a robi to w sposób mistrzowski i zupełnie poza modnymi obecnie pedagogicznymi tendencjami. On przede wszystkim bawi.

Ilustracje Ignacego Witza sięgają… 1947 roku i są najlepszym dowodem na to, że klasyka wciąż pozostaje żywa. Witz koncentruje się na detalach, nie tworzy rysunkowych pejzaży, jakby nie zamierzał wyręczać dzieci w wymyślaniu rzeczywistości dla kolejnych bohaterów. Taki wybór pozwala mu też ominąć pułapki polegające na zderzaniu światów: Witz nie ma problemu z niespójnością graficzną. Nie przeszkadza mu to w uruchamianiu komizmu absurdu, obok motywów realistycznych. Bajkowość akcentuje tu ilustrator pomysłami w obrębie stylu: bohaterowie mogą być wypełniani rozmaitymi deseniami, lub utrzymani w jednej tonacji kolorystycznej. Posługuje się Witz czasem symbolami, zwykle stawia na kształty tworzone z plam koloru, pozbawione za to konturów. To rzadko spotykane w modzie na grafiki komiksowe – ale też pełne uroku, w sam raz dla odbiorców zmęczonych już ilustratorskimi i komputerowymi popisami.

„Słoń Trąbalski” to publikacja, która reklamy nie potrzebuje – na księgarskich ladach wyróżniać się będzie formatem oraz ilustratorską ascezą. Część dorosłych zdecyduje się na zakup tego właśnie wydania ze względu na książkowe sentymenty, część – na możliwość kształtowania gustu najmłodszego pokolenia. A że Juliana Tuwima w biblioteczce żadnego dziecka zabraknąć nie może, warto zwrócić uwagę na tę edycję i powrócić do pierwszej wersji graficznej interpretacji bajek. Tomik do czytania i do oglądania dla całych pokoleń powraca po wielu latach i znów cieszyć się będzie uznaniem wszystkich, którzy nie lubią brokatowych i landrynkowych ozdób w książeczkach dla dzieci.

czwartek, 27 marca 2014

Julian Tuwim: Wiersze dla dzieci

Egmont, Warszawa 2013.

Znane jeszcze raz

Bajki Juliana Tuwima zna każde dziecko. Rymowane historyjki czerpiące z poetyki absurdu i bogatej wyobraźni autora sprawiają radość kolejnym pokoleniom czytelników, więc każdy wybór rymowanek Tuwima znajdzie na rynku swoje miejsce. W serii Wierszem Napisane Egmontu ukazał się tom „Wiersze dla dzieci” Juliana Tuwima – z wyborem tych najbardziej znanych, najciekawszych, nieodmiennie cieszących maluchy utworów.

Kluczem doboru wierszy mogła być popularność lub znaczenie „kulturowe” pojawiają się tu bowiem bajki z różnych kręgów tematycznych, często te dłuższe – ale zawsze to teksty, które funkcjonują w powszechnej świadomości i są punktem odniesienia dla późniejszych autorów. W tomiku powraca Słoń Trąbalski i słowik, który spóźnił się na kolację, Pan Maluśkiewicz i Pan Tralaliński, Zosia Samosia i Grześ kłamczuch. Pojawiają się elementy edukacji dzieci – „Abecadło” czy „Trudny rachunek”, bajki, w których absurd ma wzbudzić zainteresowanie nauką, chociaż w utworach służy wyłącznie dobrej zabawie. Jest tu bajka zbudowana na wyliczance – czyli „Rzepka”, ukłon w stronę dziecięcych zabaw – „Skakanka”, jest magiczno-elektryczny „Pstryk” i „Okulary”, które długo będą maluchom towarzyszyć w drobnych cytatach. Nie zabraknie także „Lokomotywy”. W trzynastu dość długich wierszykach pokazują się uwielbiani przez dzieci bohaterowie, ale też… chwyty stosowane przez autora i cała paleta środków stylistycznych uruchamiających komizm. Dzięki odpowiedniemu wyborowi, a potem i posegregowaniu bajek, tomik zapewnia sporą różnorodność form oraz pomysłów, nie ma się w nim wrażenia powstających mimochodem miniserii – co wpływa na atrakcyjność lektury. Dodatkowo kompozycja tomiku przyczynia się do budzenia ciekawości najmłodszych – bajki z różnych dziedzin, na różne tematy i z różnymi puentami wprowadzają efekt niespodzianki, zmieniają rytm lektury i pozornie zwiększają objętość książki. Dzieci do Tuwima przekonywać nie trzeba, dorosłych zresztą też nie. Pozostaje jeszcze czynnik wyróżniający publikację na rynku.

Tym czynnikiem jest oczywiście warstwa graficzna. Daniel de Latour rysuje w duchu połączenia Butenki i Benjamina Chauda z tomików o słoniu Pomelo. W komiksowo-bajkowej kresce potrafi zawrzeć absurd, zabawę, treść wierszyka i dodatkowe treści, które maluchy będą mogły interpretować. Humorystyczne rysunki zahaczają o rysunkową satyrę, więc spodobają się przedstawicielom różnych pokoleń – wydaje się, że Daniel de Latour znalazł sposób na prezentowanie bajek Tuwima. Unika cukierkowego i baśniowego stylu, wybiera pomysły, które najlepiej współgrają z bajkowymi opowieściami. Do rysunkowych zabaw dokłada jeszcze zabawy w rozrzucanie zwrotek. Najlepszy jest de Latour w rysowaniu detali i małych obrazków z pojedynczymi motywami, kiedy ma jednym rysunkiem wypełnić całą stronę, trochę się nudzi i ułatwia sobie zadanie operowaniem prostymi motywami tła. Ale prawdziwą przyjemnością będzie śledzenie u niego min bohaterów i zachowań dalszoplanowych postaci – bo ilustrator lubi dopowiadać to, czego w tekście nie ma.

Tom „Wiersze dla dzieci” Juliana Tuwima rozczarować nie może – i ze względu na doskonały wybór bajek, i z uwagi na ich ciekawe graficzne opracowanie. Biorąc pod uwagę liczbę długich utworów – zmieściło się ich w książeczce sporo, a to również zaleta dla rodziców. Książka – jak zresztą wszystkie w serii – łączy dziecięcą radość odkrywania najlepszych bajek z dobrymi pomysłami graficznymi.

czwartek, 20 marca 2014

Julian Tuwim: Moja miłość

Iskry, Warszawa 2014.

Wyznania

W powszechnie znanej biografii Juliana Tuwima znajduje się miejsce na fascynację słowem, na bibliofilstwo i na dziecięce doświadczenia, na kompleksy spowodowane myszką na policzku i na działalność kabaretową. W cieniu pozostaje natomiast największa życiowa miłość poety. Dość szczupły tomik „Moja miłość” ma odrobinę przybliżyć czytelnikom postać Stefanii, ale także żar samego uczucia, skamandryckie zachwycenie i przeżycia katalizujące twórczość.

Niewiele zachowało się materiałów dotyczących żony Juliana Tuwima, a w tematycznym tomiku nie ma też jej życiorysu, jedynie próba odtworzenia kilku ważnych spotkań i decyzji. Stefania pozostaje tajemniczym i nieco kapryśnym obiektem gorących uczuć, muzą i ideałem. W książce znalazły się dwa rodzaje tekstów dyktowanych przez serce – pierwszą część zajmują zachowane fragmenty listów Tuwima do ukochanej – najpierw niecierpliwe i gwałtowne wyznania miłosne, potem stała tęsknota i ciągłe zapewnienia o niesłabnącym uczuciu po listy męża do zawsze ubóstwianej żony. W drugiej części czytelnicy otrzymują wybór wierszy miłosnych albo dedykowanych Stefanii, albo nią inspirowanych, albo będących po prostu próbą przedstawienia istoty prawdziwej i pięknej miłości. Utwory z kolejnych tomików przedzielane są przedrukami stron tytułowych z dedykacjami dla Stefci.

Krótki wstęp Tadeusza Januszewskiego wprowadza w temat i odrobinę tylko przybliża historię uczucia Juliana i Stefanii. Znacznie więcej informacji – mimo że nie w encyklopedycznym znaczeniu – przynosi lektura właściwego tomiku. Julian Tuwim daje się tu poznać jako człowiek targany namiętnością, niemal na granicy szaleństwa. Gwałtowność uczucia przekuwa na ekwilibrystykę stylistyczną, męka w miłości pozwala mu na literackie popisy. Styl pierwszego listu znacznie różni się od pozostałych, ale nigdy autor nie pozwala ukochanej zapomnieć o własnych emocjach. Jest w tym nieco popisów literata, ale też bardzo dużo przeżyć człowieka – który zdaje sobie sprawę z sytuacji a nie chce panować nad sobą, wybiera szczerość – lub nawet przerysowywanie prawdy – by zdobyć serce ukochanej. Sama Stefania, jaka wyłania się z tych listów, wydaje się przy Tuwimie oazą spokoju – mimo że stosuje sprytne gierki, by przypominać poecie o miłości do siebie.

W lirykach Tuwim przede wszystkim bawi się formami. Niektóre z jego wierszy przypominają nieco naiwne piosenki, inne to drapieżne erotyki. Są tu oryginalne wyznania miłości i próby uchwycenia szczęścia. Tuwim jako poeta ma wiele środków do wykorzystania przy mówieniu o najważniejszym z uczuć – i tematyczny zbiorek doskonale to pokazuje.

W tomiku „Moja miłość” przedstawione zostało literackie odzwierciedlenie życiowych doznań. Tuwim wyjaśnia zgromadzonymi tu utworami, jak czują poeci, gdy mowa o sprawach najważniejszych. Zestaw wzajemnie dopełniających się wierszy, nigdy kompletny, przynosi kolejny ciekawy portret Tuwima. Autor pokazuje, jak w niebanalny sposób wyznawać miłość wciąż na nowo, uczy jednocześnie, że należy dbać o to uczucie i zapewniać o nim ukochaną. Z tego powodu „Moja miłość” nadaje się również na prezent dla zakochanych. Ci najlepiej docenią życiową mądrość płynącą z zachowanych listów i strof. „Moja miłość” znajdzie spore grono zwolenników, Tuwim udowadnia bowiem, że nie da się zanudzać ciągłymi zapewnieniami o własnych gorących uczuciach.

sobota, 15 lutego 2014

Hemar, Lechoń, Słonimski, Tuwim: Szopki Pikadora i Cyrulika Warszawskiego 1922-1931

Iskry, Warszawa 2013.

Gry z rzeczywistością

Satyra agitacyjna cechuje się krótkim terminem ważności – działa wtedy, gdy nadawca-autor i odbiorcy funkcjonują w tym samym otoczeniu i w jednym czasie, więc mają wspólny kontekst i zestaw odniesień. Nie tylko motywy polityczne, bo nawet towarzyskie anegdoty słabną z czasem i przestają wywoływać silne reakcje. Ale dystans czasowy nie musi oznaczać śmierci utworu – część może funkcjonować na prawach literackiej ciekawostki. Tak jest z szopkami politycznymi z dwudziestolecia międzywojennego. W obiegowej świadomości teksty te, chociaż znane niewielu czytelnikom, istniały jako pierwowzór szopek z lat 90. (i popularnego wtedy „Polskiego Zoo”), a nawet jako inspiracja dla niektórych kabaretonowych konferansjerek. Teraz odbiorcy mogą przyjrzeć się odnalezionym szopkom z lat 1922-1931 i sprawdzić, jak były przez wybitnych autorów konstruowane.

Szopki mają charakter doraźny, odnoszą się do aktualnych problemów w kraju, przemycają satyrę na polityków, a także pozwalają na drobne gierki między autorami. Tu ważna jest ironia, czasem nawet przeradzająca się w lekkie szyderstwo czy złośliwość. Agon to wyznacznik satyry z szopek – a obrywa się niemal wszystkim. W tego typu utworach nie ma miejsca na pochlebstwa i łagodzenie nastrojów, zabawa polega właśnie na wytykaniu wad i błędów, ku uciesze spragnionych takiej bezkompromisowej rozrywki widzów. Tuwim, Lechoń, Hemar i Słonimski w szopkach mogli sobie pozwolić na o wiele więcej niż w skeczach czy wierszach. Sami zresztą świetnie się bawili przy tworzeniu, a dzisiaj trudne do rozszyfrowania byłoby autorstwo poszczególnych fragmentów.

Szopki są bogate w intertekstualia. Żongluje się w nich tytułami i rozpoznawalnymi cytatami zachowującymi poziom naturalności w dialogu – tak, że przy padających ze sceny tekstach tylko uważna publiczność mogła wyłuskać dwuznaczności i autorskie zamiary. Dzisiejszym czytelnikom w tym zakresie będzie nieco łatwiej – nie dość, że tytuły wyróżniają się w zapisie, to jeszcze książka opatrzona została rozbudowanymi przypisami, dzięki którym odtworzyć można mechanizmy większości żartów i aluzji. W zabawie nie chodziło zatem o proste wyśmiewanie się z innych, a o inteligentną satyrę. W tekstach przewijają się konkretni bohaterowie, więc taka pomoc bardzo przydaje się w lekturze.

Zwłaszcza że lektura nie ma wiele wspólnego ze zwykłym czytaniem tekstów satyrycznych. Dzisiejszy odbiorca musi najpierw zorientować się w pozatekstowej przestrzeni, towarzyskich relacjach dwudziestolecia i życiu literackim tego okresu. Nie może sobie pozwolić na proste i naiwne odczytanie tekstów – bo z takiej lektury odniesie korzyść niewielką. „Szopki” nie będą już wzbudzać kaskad śmiechu ani żywych reakcji – teraz funkcjonują jako ślad przeszłości, podsumowanie literacko-społecznej legendy. To szansa na dotarcie do nieznanych utworów wybitnych satyryków – a fakt, że nie pozostawia się tu odbiorców bez krytycznoliterackiego wsparcia, jest niezwykle istotny w kontekście satyry zaangażowanej. Zresztą nie wszystkie elementy szopek uległy przedawnieniu: pojawią się tu postacie znane szerokim grupom czytelników do dzisiaj, parodie piosenek funkcjonujących wciąż w masowym obiegu i żarty silniejsze niż czas. Dla części odbiorców natomiast najciekawsze będą kwestie warsztatowe – od tych autorów można się wiele nauczyć w dziedzinie budowania wielopiętrowych znaczeń i nawiązywania do pozatekstowej rzeczywistości. Dowcipy budowane tu były na wielu płaszczyznach, począwszy od zabaw onomastycznych po odpowiedzi na rzeczywiste wydarzenia. To tomik ważny w biblioteczce satyry – i rozbudzający apetyty na lekturę przedwojennych tekstów niepoważnych.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Julian i Irena Tuwim dzieciom

Nasza Księgarnia, Warszawa 2012.

Klasyka

Takiej pozycji w serii „Z Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia” zabraknąć nie mogło. Julian Tuwim funkcjonuje przecież nie tylko jako autor powtarzanych dzieciom od pokoleń bajek uniwersalnych i niestarzejących się, ale również jako punkt odniesienia w literaturze czwartej, niemal zjawisko. Irena Tuwim z kolei dała się poznać jako znakomita tłumaczka klasyki literatury dziecięcej, tu natomiast powraca w roli bajkopisarki, która szuka najlepszej dla siebie formy i testuje to rozbudowane mocno rymowanki (o Marku Wagarku), to opowiadania, to wreszcie bajki-zgadywanki obrazkowe. Nie zabraknie Juliana Tuwima znanego na pamięć: czy to lokomotywa, czy zapominalski Słoń Trąbalski, czy małżeństwo słowików, czy pan Hilary – wszyscy bohaterowie – ulubieńcy maluchów – przyjdą tu na lekturowe spotkanie. Redakcja przypomina też bajki z tłumaczeń lub na motywach rosyjskich – tu Tuwim wybrzmiewa zupełnie inaczej, już bardziej archaicznie – ale w dalszym ciągu to ciekawa lektura dla dzieci i dorosłych. Niektóre bajki pisane są dla rozrywki małych odbiorców, inne z kolei mają walory dydaktyczne. Ich rytm, humor i pomysłowe rozwiązania sprawiają, że nie tylko kilkulatki chcą wciąż powracać do tekstów. Żeby natomiast wprowadzić i coś mniej znanego, utwory Tuwima są przetykane bajkami jego siostry, a zamiast wstępu pojawiają się urywki wspomnień rodzeństwa – najciekawsze z punktu widzenia maluchów, lekko tajemnicze, doprawione aurą baśniowości czy magii.

Najdłuższa jest tu bajka o pingwinie Kleofasku. Teksty Juliana Tuwima rzadko bywają rozdmuchiwane przez ilustracje czy zabawy drukiem, wręcz ma się wrażenie, że chodzi o to, by jak najwięcej wierszy zmieściło się w tomie. Pomijając walory (także edytorskie) całej serii, Tuwim doczekał się już tylu wydań, że im więcej jego tekstów trafi do zbiorku, tym lepiej: tu zmieściło się ponad 40 utworów, a dodatkową atrakcją dla dzieci są pomysły Ireny Tuwim (mnie mniej przypadła do gustu rymowanka edukacyjna o Marku Wagarku, za to bezkonkurencyjne są teksty prozą).

Rozczarował mnie natomiast Adam Pękalski, ilustrator tego tomu. Trudna to sztuka – mierzyć się z wielokrotnie ozdabianymi bajkami – ale bez względu na pomysły graficzne, trzeba mieć na uwadze odbiorców, do których publikacja trafi. Tymczasem u tego ilustratora niemal wszystkie postacie mają twarze (lub pyski) powykrzywiane w nieprzyjemnych grymasach, rzadko się uśmiechają, a nawet przy neutralnych minach mogą budzić lęk. Rywalizują z tekstem o uwagę – zamiast go dyskretnie dopełniać. Pękalski chce stosować jak najmniej uproszczeń w prezentowaniu poszczególnych gatunków – ludzi „ozdabia” sterczącymi podbródkami, gęstymi brwiami, czerwonymi nosami i ciemnymi powiekami, zwierzętom dodaje kolejne skarykaturalizowane w tej konwencji cechy – niepotrzebnie, prostota i umiar przyniosłyby tu dużo lepszy efekt, a i nie straszyłyby odbiorców niemal agresywnymi minami. Oczywiście ten motyw ma dwie strony: dzieci, które nie lubią czytać, za to przepadają za dzisiejszymi kreskówkami i programową niegrzecznością, w tych rysunkach się zakochają – zechcą zatem wysłuchać bajek, które niosą pozytywne przesłania. nawet jeśli oprawa graficzna tego zbiorku nie u wszystkich budzi zachwyt, może przynieść korzyści – każdy musi jednak sam przetestować jej trafność i przydatność w zachęcaniu pociech do czytania.

piątek, 6 stycznia 2012

Juliusz Słowacki: Kolęda; Julian Tuwim: Choinka; Emil Zegadłowicz: Kolęda

Zysk i S-ka, Poznań 2011.

Święta w książce

Święta Bożego Narodzenia to również czas specyficzny dla rynku literackiego. W ostatnim kwartale ogromnym powodzeniem cieszą się nowe książki bestsellerowych autorów, a także publikacje z zakresu literatury czwartej. Od niedawna zauważyć można tendencję do tematyzowania utworów – atmosfera świąt przenika i do tekstów, które przede wszystkim na początku grudnia stają się towarem poszukiwanym przez odbiorców. Minęły już czasy, kiedy „Opowieść wigilijna” była jedynym dziełem kojarzonym z bożonarodzeniowymi klimatami.

Wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelników i zaproponowało im świąteczną serię, niezwykłą, bo sięgającą do tradycji literatury polskiej. Z arcydzielnych utworów najznakomitszych pisarzy wyłuskane zostały drobiazgi odnoszące się do świątecznych symboli, zwyczajów i motywów – i te miniatury zyskały nową oprawę. W świątecznej serii pojawiły się między innymi tomiki „Choinka” Juliana Tuwima, „Kolęda” Emila Zegadłowicza i „Kolęda” Juliusza Słowackiego. Publikacje te łączy sposób wydania i rozwiązania autorskie, każda natomiast ma innego ilustratora, co ładnie przełamuje monotonię i ożywia cykl. Kwadratowe książeczki w grubych i twardych okładkach zawierają bardzo krótkie wiersze. Na stronie pojawiają się zatem nie więcej jak dwa wersy. Ogromny druk to nie tylko pomysł na optyczne rozbicie utworów, ale i ukłon w stronę najmłodszych, którzy będą mogli wprawiać się na tej serii w czytaniu. Tekst jest też gęsto przetykany ilustracjami, a właściwie momentami sprawia wrażenie, jakby był tylko dodatkiem do strony graficznej – jednak nie mamy tu do czynienia z przypadkowymi rymowankami, a z pracami najwybitniejszych – każdy wers zatem ma szansę właściwie i mocno wybrzmieć, bez obaw, że zginie przy rysunkach.

Trzej autorzy pokazują, w jak różny sposób mówić można o czasie świąt i jak operować bożonarodzeniowymi metaforami. U Tuwima symbole współgrają z pełnym magii językiem, zabawy słowne towarzyszą obrazowym scenkom. Wszystko tu jest nowe, odkrywcze i zachęca do tworzenia własnych interpretacji. Słowacki proponuje pastorałkę, przedstawiając radość świata ptaków z narodzenia Jezusa. W tym utworze wszyscy się śmieją i wesoło śpiewają – tę atmosferę podsyca jeszcze rymowanie łacińskich słów w pierwszej, opisowej partii tekstu. Druga część wraca w kierunku tradycyjnej kolędy. Egzotyczne zwroty zostają przetłumaczone w nawiasach, więc nikt nie będzie mieć problemów ze zrozumieniem treści. „Kolęda” Zegadłowicza to z kolei opowieść o błogosławieństwie od Dzieciątka. Każdy z trzech tekstów przynosi zatem inne spojrzenie na dni Bożego Narodzenia – ale i każdy pełen jest radości i świątecznego czy odświętnego nastroju, jednego z nieodłącznych składników dziecięcych zachwytów. Te utwory pomogą maluchom pozostać w uczuciu radosnego oczekiwania czy przeżywania świąt – co przecież składa się zawsze na jedne z piękniejszych wspomnień z beztroskich czasów.

Wanda Piskorska u Emila Zegadłowicza gra światłem. Jej ilustracje wypełniają całe strony, są kompletne, a przy tym mają magnetyczny urok, między innymi dzięki wprawnemu operowaniu rysunkowymi efektami świetlnymi. Scenki zwyczajne przenikają się tu z postaciami świetlistych aniołów, sceneria za każdym razem się zmienia. Katarzyna Sadowska tomik z tekstem Słowackiego ilustruje kreskówkowo i komputerowo (z ostrymi konturami kontrastuje rozmazane w programie graficznym tło, co momentami daje wrażenie głębi). Piotr Fąfrowicz u Tuwima wybiera proste i duże kształty, symbole i nieskomplikowane, lekko naiwne czasem w kresce motywy, dosłownie przedstawia to, co w wierszu zamienia się w metaforę.
Cała seria przynosi dziecięcy niemal zachwyt nad czasem niezwykłym. Pomaga dostrzec i zapamiętać to, co w Bożym Narodzeniu cieszy – i co zapewnia niezapomniane duchowe przeżycia.





środa, 17 sierpnia 2011

Julian Tuwim: Cyganka oraz inne satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy

Iskry, Warszawa 2011.

Humorystyczne perły

Alchemika słowa, Juliana Tuwima, nie pociągały specjalnie formy prozatorskie: wybierał emocje, jakie rodzą się na zderzeniu kolejnych wersów, uwypuklające magię języka. Tekstów pozalirycznych stworzył niewiele, w związku z tym „Cyganka” tomikiem obszernym być nie może, za to z pewnością jest tomikiem atrakcyjnym i to nie tylko dla wielbicieli twórczości tego autora. Na zbiorek składają się, jak głosi podtytuł, „satyry i humoreski prozą, teksty kabaretowe i aforyzmy”, wybrane z rozmaitych pism i literackich działań Tuwima. To oznacza, że mowy być nie może o monotonii czy jednolitej, powtarzalnej formie: „Cyganka” będzie za to dowodem na pastiszowe talenty, językowy słuch Tuwima i jego wyczucie żartu absurdalnego, które przetrwało próbę czasu.

Zabawa gatunkami literackimi rzuca się w oczy: każdy tekst jest osobną całostką, która nie powiela rozwiązań z innych utworów i pokazuje potencjał satyryczny tkwiący w genologii. Jak słusznie w skondensowanym i celnym posłowiu zauważa Tadeusz Januszewski, Tuwim nie przywiązywał wagi do fabuły: w jego tekstach próżno by szukać akcji w służbie śmiechu. Dowcip pojawia się za to w samym koncepcie, w wizji utworu rozwijanego pod dyktando formy. Beztroska zabawa słowem owocuje zaskakującymi miniaturami: wyimkiem z dziennika nerwowca, nonsensownymi dowodami, definicją znajomych, poradnikiem savoir-vivre’u, paradokumentami czy odpowiedziami od redakcji na wymyślone listy czytelników. Są tu pastisze, na przykład wzięta z „Pegaza” definicja słownikowa najkrótszego wyrazu i ostre satyry – porównanie języka różnych codziennych gazet, będące mniej niewinną a bardziej oskarżycielską wersją zabawy z tekstem „Wlazł kotek na płotek”, a także opis zachowań kelnerów, który stanowi już drwinę w czystej postaci. Do tego dochodzi kilka kabaretowych skeczy o ładunku komizmu wciąż dziś wyczuwalnym (dla odróżnienia od przebrzmiałych politycznych utworów i szopek) oraz kilkanaście stron apetycznych aforyzmów, skojarzeń i notatek, które raz zachwycają trafnością oceny ludzi i sytuacji, raz – zawartością absurdu, czarnego humoru lub pozorowanej infantylności.

Radość pisania u Tuwima objawiała się nie tylko w ekstatycznych i żywiołowych utworach z pierwszej dekady Skamandra, ale przede wszystkim w tworzonych przez całe życie tekstach niepoważnych, wolnych od głębszych celów, przeznaczonych dla rozrywki czytających i samego autora. Łatwo to zresztą zaobserwować: partie rozliczeniowe straciły dziś blask i funkcjonują raczej na zasadzie ciekawostek obok wciąż jeszcze świeżych i zachwycających literackich uśmiechów (wystarczy wspomnieć tu choćby sławnego „Ślusarza” czy mniej znaną, a zbudowaną na fascynacji plastycznością języka tytułową „Cygankę”). Zbiorek ten wzbogaci biblioteczkę każdego wielbiciela satyry, a tym, którzy nie orientowali się zbyt dobrze w humorystycznej działalności poety, dostarczy mnóstwa śmiechu. W „Cygance” każda strona przesiąknięta jest żartami wysokiej próby, co może być idealnym wytchnieniem po dzisiejszej mało ambitnej masowej rozrywce. Zbiorek ten wywoła uśmiech u każdego czytelnika.

sobota, 26 czerwca 2010

Julian Tuwim: Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i czarna msza

Iskry, Warszawa 2010.

Polowanie na czarownice

Wyobraźnię artystów – ale także zwykłych ludzi – od dawna rozpalały nie obietnice nagród po śmierci, lecz wizje piekielnych mąk. Mroczna strona natury człowieka domaga się obrazów wywołujących lęk, scen budzących grozę i dreszcz emocji. Perwersyjna radość czerpana z kreowania okropieństw bądź śledzenia wytworów imaginacji innych sprawia, że literatura dotycząca „czarów i czartów” okazuje się nadspodziewanie bogata. Julianowi Tuwimowi, kolekcjonerowi różności, zawdzięczamy przegląd opisów diabłów, zabobonów i guseł, utrwalonych w tekstach do dziewiętnastego wieku.

Iskry przypominają teraz tom „Czary i czarty polskie oraz Wypisy czarnoksięskie i czarna msza” – przegląd literackich i obyczajowych kuriozów, dawniej przerażających, dziś w wielu przypadkach groteskowych, czasem jeszcze mrożących krew w żyłach. W książce tej znajdą się „Wypisy czarnoksięskie” – to środkowa, najobszerniejsza część tomu, jednocześnie najciekawsza i najtrudniejsza w odbiorze – pojawiają się tu wyimki z dawnych dzieł, począwszy od tekstów makaronicznych. Głównym problemem dla zwykłych czytelników, którzy zdecydują się sięgnąć po książkę, będzie archaiczny język – warto jednak podjąć wyzwanie i prześledzić odnalezione przez Tuwima fragmenty, by przekonać się, do czego doprowadzić mogła wiara w czary, jak rozwijała się w Polsce i – w jaki sposób zagrożenia płynące ze strony ciemnych mocy odmalowywano w tekstach. Sporo tu tematów związanych z cielesnością, pytań o moc czartów, o pokusy, przysięgi, składane czarownicom i szatanowi. Szeroki jest zakres zagadnień, od barwnych opowieści o sabatach, po sposoby szkodzenia innym. Pojawiają się opowieści o czarach, które wykonywać mogą tylko mężczyźni – a obok tego przegląd objawów, pozwalających poznać opętanego. Nie zabraknie porad, jak czary odwrócić bądź odpędzić. Tę część książki zamyka przegląd mocy tajemnych ziół (najbardziej podoba mi się opis działania ruty: „kto się obłoży rutą, iże miejsca gołego nie będzie, tedy taki może bazyliszka zabić bez wszelkiej szkody i obrazy”). Są tu metody na odkrycie niewierności męża lub żony – i na zdobycie serca ukochanej osoby. Tuwim – literacki alchemik – opowiada też, za sprawą cytowanych partii, o największych nadziejach przedstawicieli fachu – rozbija mity o możliwości przemiany metalu w złoto.

Ale Tuwim najpierw przygotowuje czytelników do śledzenia wybranych wątków. „Czary i czarty polskie” rozpoczyna przegląd najciekawszych zjawisk związanych z ludowymi wierzeniami. Julian Tuwim porządkuje zgromadzoną wiedzę, wymienia nazwy dla diabła, oznaki opętania (często utrzymane w poetyce anegdot) czy dowolnego oddania duszy ciemnym mocom. Prezentuje tu działania czarownic i cały zestaw skarg na rzucające czary kobiety. Osobny rozdział stanowi opis torturowania podejrzanych o współpracę z diabłem – i następująca po nim opowieść o tych, którzy czarownic zaczęli bronić (a raczej – sprzeciwiali się strasznym praktykom). Tuwim przekonuje, że „z każdą niemal czynnością związany był jakiś zabobon, w każdym fakcie dopatrywano się sprężyn i nici tajemnych, roiło się od przestróg, wróżb, prognostyków, zażegnywań i przepowiedni” – i w swojej opowieści o czarach i czartach bogactwo pomysłów i wierzeń pokazuje. Jego wykład na temat niebezpiecznych praktyk ludzi żyjących w minionych wiekach jest dynamiczny i pasjonujący, chociaż Piotr Matywiecki, autor wstępu do tego wydania, sugeruje, że Tuwim był demonizmem zarażony, a ślady tej fascynacji daje się odczytać także w poezji skamandryty.

Książkę zamyka wykład na temat czarnej mszy na przestrzeni wieków. Autor próbuje zanalizować poszczególne elementy bluźnierczej ceremonii, a jego celem jest uchwycenie momentu przeistoczenia się tego obrzędu z wyrazu buntu i rozpaczy w orgię i rozpustę. Jeśli pierwszą część książki zaludniają polskie czarty – opisy czarnej mszy dotyczą praktyk z różnych krajów. Jednocześnie zamykająca tom partia okazuje się najbardziej emocjonalna – może sprawia to klamra kompozycyjna, a może rzeczywista zgroza przebijająca między wierszami.
W tomie mnóstwo jest rycin i ilustracji prezentujących makabryczne scenki i wyobrażenia na temat diabłów oraz ludzi opętanych.

niedziela, 13 grudnia 2009

Julian Tuwim: Cicer cum caule, czyli groch z kapustą

Iskry, Warszawa 2009


Ostatni taki kolekcjoner

Wśród wspomnień o Julianie Tuwimie (swoją drogą trudno dostępna nawet w bibliotecznych archiwach księga ze wspomnieniami o Tuwimie należy do ciekawszych lektur tego typu) powtarzały się niezwykle często informacje o jego bibliofilskiej pasji i cierpliwości w wyszukiwaniu literackich lub kulturowych ciekawostek. Iskry po monumentalnym „Pegazie” przypominają teraz równie imponujący tak pod względem objętościowym, jak i treściowym, tom „Cicer cum caule, czyli groch z kapustą”, który obok opublikowanego wcześniej wznowienia „Sensacji z dawnych lat” Romana Kalety złoży się na sylwiczny rejestr kuriozów i niezwykłości.
Tuwim-archiwista, stały bywalec antykwariatów, literacki archeolog – to mniej znana szerszemu gronu odbiorców rola autora. Tymczasem alchemik słowa pasjonował się twórczością nie drugiej, a trzeciej, czwartej i piątej kategorii, kolekcjonował namiętnie owoce grafomańskich wynurzeń, rejestrował pomysły dziwaków, bawił się zbieraniem pomysłów, na które nikt nie chciał nawet spojrzeć. Interesowały go dziwactwa, bziki, elementy ludycznej twórczości, idee już w chwili narodzin skazane na zapomnienie. Część efektownego zbioru, opatrzona autorskim komentarzem, trafiała na łamy „Problemów” – dziś nowe wydanie książkowej wersji „Grochu z kapustą” cieszyć może czytelników i zasilić półkę satyry Iskier.
Grubo ponad sześćset stron wypisów ze starych czasopism (nierzadko z minionych wieków), pożółkłych ksiąg, zapomnianych przez pokolenia, porad, nowinek, które z biegiem czasu utraciły pierwotną wartość, nabrały za to rysu komicznego, rejestrów omówień, gier logicznych – tego wszystkiego, co określić można krótko mianem osiągnięć kolekcjonerskich – otrzymają odbiorcy tomu. Tuwim zaproponował zestaw krótkich notatek, cytatów i przykładów dobranych tak, by ich nowy, nieprzewidziany przez twórców sens wybrzmiał w pełni, uwypuklony przez przemiany społeczne czy kulturowe. Nie sposób i dziś, po pół wieku od książkowej publikacji kuriozów, przejść obok rejestru dziwactw obojętnie. „Cicer cum caule” gwarantuje dobrą zabawę: przegląd śmiesznostek minionych wieków, pokaz niemodnych poetyk i osiągnięć samozwańczych artystów. Gwarantem rozrywki staje się sam Tuwim – wyczulony na absurd w każdej postaci (część przykładów z życia nasuwać będzie nawet mimowolne skojarzenia z tomikiem „W oparach absurdu”, zapisem zabaw dwóch wybitnych skamandrytów), ze znajomością rzemiosła satyrycznego i… mentalności odbiorców. W książce „Cicer cum caule”, skomponowanej przecież w ogromnej większości z wycinków i działań innych, dają się dostrzec dwie twarze Tuwima (tytuł książki Piotra Matywieckiego staje się całkiem wygodną metaforą). Pierwsze oblicze to wizerunek autora – czytelnika, rozbawionego niespodziewanym znaleziskiem, przenikliwego umysłu, któremu pokłady ironii pozwalają odpowiednio ocenić materiał. Drugą twarzą Tuwima będzie natomiast radosna twarz hobbysty – zbieracza, który właśnie odnalazł skarb i przyszłą perłą swojej kolekcji pragnie natychmiast podzielić się z innymi. Te dwie postawy przekładają się na lekturę: cały olbrzymi tom składa się właśnie z klejnotów o podwojonej wartości – szlifuje je Tuwim dzięki sprawności satyryka, oświetla blaskiem szczęścia kolekcjonera.
Książka ma kompozycję sylwiczną, złożona jest z drobnych wycinków, niewielkich fragmentów utworów, krótkich komentarzy i przytoczeń. Po raz kolejny udowadnia Tuwim, że zwięzłość jest duszą dowcipu. Nierozbudowane cytaty pozwalają na dobre wyeksponowanie puent tekstów (pierwotnych lub narzuconych przez nowy kontekst komicznych podsumowań). Istotą większości wypisów okazuje się zaskoczenie: kurioza spotykają się przede wszystkim z niedowierzaniem odbiorców – na granicy autentyczności i recyclingowo uzyskanego przeznaczenia (źródła rozrywki) leży ich śmieszność. „Groch z kapustą” to zestaw drobnych informacyjek, które umykają zarówno historykom literatury, jak i przeciętnym odbiorcom, faktów, które nie przedostały się do zbiorowej świadomości. To nagromadzenie ciekawostek niepotrzebnych, a kuszących ze względu na walory śmiechotwórcze. To wreszcie kompendium wiedzy o ludziach, którzy fascynują i budzą grozę, dziwakach, którzy dzięki Tuwimowi nie odeszli w całkowite zapomnienie. Twórca tej nietypowej kolekcji utrwalił postacie, jakich nie dało się traktować z pełną powagą – to owocuje niekonwencjonalną lekturą.
Julian Tuwim daje też kilka własnych pomysłów – dowodów na ogromną archiwistyczną pracę. Kto dziś zaproponowałby utworzenie Towarzystwa Ochrony Księżyca Przed Wybujałą Fantazją Poetów (TOKPWFP) i skatalogowałby metafory lunarne? (W bardzo ograniczonym zakresie mógłby zająć się tym chyba jedynie Artur Andrus). Były skamandryta jawi się w tym zbiorze jako uważny obserwator – wypisuje najbardziej kwieciste tytuły kazań z XVII wieku, pokazuje słowo, którym mieści się pięć języków, rejestruje zabawne szyldy warszawskie i zagadki matematyczne, wynajduje nielogiczne cytaty (co człowiek może w literaturze zrobić w ciągu jednej minuty), przytacza przepis na bulion homeopatyczny z cienia gołębi i dydaktyczne wierszyki dla dzieci. Przegląda dziewiętnastowieczną prasę. Przywołuje nietypowe ogłoszenia (happy end do „Romea i Julii”) i pomysł na nowe zastosowanie sił elektrycznych. Udowadnia, że konstrukcja cepa nie jest zbyt prosta i sięga po pierwszy drukowany utwór Żeromskiego. Znajduje sposób na przepowiadanie pogody z zachowania pająka, a w służbę higienie zaprząta rymowanki z XIX wieku. Proponuje galerię dziwaków (moim ulubionym pozostanie golibroda, który mówił do klientów grafomańskimi wierszykami – z cytatem „Proszę siedzieć sztywno / Jak drywno”): wśród nich językoznawców, którzy wymyślali nowe części mowy, według własnych pomysłów: otłochy, łągosy, trzmiony i dżoty. W notatkach prasowych dostrzega komiczne dziś przepowiednie i omówienia nowinek technicznych. Znajdą się tu dawne wróżby, definicje (co to są zwierzęta?), znajdzie się najdziwniejsza i najbardziej melancholijna pieśń polska – o bczołach – ale i porady: na przykład, czym karmić kury, by znosiły większe jajka z podwójnymi żółtkami.
Rolę Tuwima w oswajaniu kolejnych dziwactw widać prawem kontrastu – ostatnią część tomu stanowią wycinki „z teki pośmiertnej”, pozbawione już dopowiedzeń i uściśleń. Nagle okazuje się, jak ważna jest – niewidoczna przecież na pierwszy rzut oka rola poszukiwacza-entuzjasty. Co ciekawe, Tuwim w „Grochu z kapustą” nie sięga po śmiech szyderczy. Nie ma w nim buty i wyższości (jaką przecież legitymował się za czasów młodości skamandryckiej): nie przytacza dzieł grafomanów, by ich wyśmiać, a po to, żeby się – razem z czytelnikami – pośmiać. Przeważnie rodzi się na kartach tej książki śmiech dobrotliwy i łagodny, humorystyczny a nie satyryczny.
„Posiadam nieprzebrane mnóstwo nikomu niepotrzebnych wiadomości” – pisał Tuwim w 1958 roku. Dziś coraz częściej „Cicer cum caule”, wyimek z bogatej kolekcji, staje się jedynym źródłem ciekawostek z minionych wieków. Trudno sobie obecnie wyobrazić podjęcie się takiego zadania – a przecież wysiłek Tuwima owocuje podziwianym przez następne pokolenia dziełem, dziełem, w którym nieistotne przedstawia się jako arcyciekawe.