* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Mleczko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Mleczko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2016

Andrzej Mleczko: Kamasutra dla zaawansowanych. Wydanie drugie, rozszerzone

Iskry, Warszawa 2016 (wydanie II, rozszerzone).

Bez kołderki

Ta książka chyba nigdy się nie zestarzeje. I może co najwyżej trafić na indeks dzieł zakazanych, co tylko przyniesie jej reklamę, nie zna też granic językowych (przygotowana jest dla polsko- i anglojęzycznych odbiorców – jak zresztą wszystkie wydawane w Iskrach tomiki Andrzeja Mleczki). Odnosi się do tematyki seksu i wykorzystuje część narodowych stereotypów, skojarzeń i relacji międzyludzkich, dewiacji i zróżnicowanych potrzeb. W „Kamasutrze dla zaawansowanych” seks bywa wulgaryzowany, ośmieszany i wyśmiewany na różne sposoby. Tomik ukazuje się na rynku w wydaniu rozszerzonym i poprawionym, co widać nawet po układzie rozdziałów – teraz nie zabrakło choćby „gry wstępnej” przed przejściem do przeglądu pozycji i historyjek.

Zasadnicza część tomiku bazująca na satyrycznym obrazie Kamasutry składa się z jednokadrowych rysunków i podpisów określających rodzaj pozycji. Tu autor sięga po najprostsze skojarzenia związane ze stereotypami dotyczącymi różnych nacji, wyśmiewa tradycyjne role mężczyzny i kobiety, sytuacje, w jakich kobieta i mężczyzna mogą się znaleźć – a przywołujące na myśl najbardziej wyuzdane fantazje. Tu bez cienia wstydu Mleczko prezentuje pary uprawiające seks, ale przeważnie przy okazji zajęte też bardzo prozaicznymi czynnościami – siła komiczna tkwi w połączeniu zadania rutynowego, niezwiązanego zwykle z łóżkowymi figlami z samym aktem seksualnym. Andrzej Mleczko bawi się scenkami niemożliwymi do zrealizowania. Jego wersja „Kamasutry” to zestaw wyzwań i uzewnętrznienie najbardziej śmiałych pragnień. Wyobraźnia satyryka jest tu podsycana jeszcze tabuizowanym tematem – rzadko kiedy rysownicy mogą sobie pozwolić na taką dosłowność w tworzeniu obrazków na temat seksu. U Mleczki to prawie pornografia. Prawie – bo nie służy wywoływaniu podniecenia, a rozśmieszaniu odbiorców skojarzeniami. Tu nie ma miejsca na subtelne dwuznaczności, autor odwraca standardową rolę komika: zamiast śmieszyć przez nawiązania do seksu, aluzje i niedopowiedzenia, cieszy przez wyjście do nudnej codzienności. Seks jest tu punktem wyjścia, czynnik komizmu kryje się poza nim.

Przegląd pozycji to oczywiście nie wszystko, co Mleczko ma do zaoferowania. Ta książka jest większa (rozmiarem i objętością) od pierwszego wydania. Znalazło się tu sporo „historyjek”, scenek typowych w obiegowych żartach – lub naruszających jakieś tabu. . Seks dotyczy polityków, reżyserów filmowych i księży, część bohaterów wykorzystywać będzie swój zawód jako wabik na płeć przeciwną, a część – seks jako źródło własnej przewagi. Andrzej Mleczko przywołuje rozmaite sposoby na potencję, ale i wyśmiewa kompleksy łóżkowe. Odwołuje się do bajek i do postaci schematycznych dla zyskania jeszcze większej uniwersalności. Seks przeplata z religią (diabły i anioły też nie rezygnują z uciech cielesnych), lub ze światem zwierząt. Nie boi się mocnych skojarzeń i prowokowania i rzucania odbiorcom wyzwań, bez oporów przedstawia postacie w całej okazałości, rzadko kiedy zakrywa je kołderkami. Znajduje sobie satyryczną niszę, do tej pory niezagospodarowaną (na pewno nie w takim zakresie) – dzięki temu może imponować rozmachem i przekonywać do siebie także nowych odbiorców (pytanie, czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna prac Mleczki i jego pomysłowości w zakresie przedstawiania damsko-męskich stosunków). „Kamasutra dla zaawansowanych” to znakomity prezent dla świeżo upieczonych kochanków i dla małżeństw z długim stażem – a że od czasu pierwszego wydania minęło parę lat, warto zaopatrzyć się w kolejną, mocniejszą wersję tomu.

Andrzej Mleczko podejmuje dyskusję na temat seksu. Śmieszy pod warunkiem odrzucenia pruderyjności i swobodnego podejścia do tego zagadnienia. Lubi odważne skojarzenia i dosłowność graniczącą z wulgarnością – a przecież nie może już dzisiaj szokować. „Kamasutra dla zaawansowanych” to świetna odpowiedź na zalewające rynek powieści erotyczne. Seks w połączeniu ze śmiechem stanowi niezapomnianą mieszankę. Jednocześnie jest to proste pokazanie twórczych możliwości Mleczki, rodzaj próbki talentu i poczucia humoru. Cieszy fakt, że ta książka wraca na rynek w poszerzonej wersji – oznacza to bowiem jeszcze więcej humorystycznych wizji seksu w zabawnych konfiguracjach i sytuacjach życiowych. Andrzej Mleczko nie zawodzi.

środa, 25 grudnia 2013

Andrzej Mleczko: Jako w niebie tak i na ziemi

Iskry, Warszawa 2013.

Żarty o niebie

Andrzej Mleczko uwielbia prowokować i udowadniać, że w satyrze rysunkowej nie ma miejsca na tematy tabu czy przemilczenia. Stara się tworzyć prace o wymowie uniwersalnej, zrozumiałe bez względu na społeczny lub polityczny kontekst, odnoszące się do czysto ludzkich emocji, pragnień i wad. W łączeniu uniwersalności i kontrowersji odwołuje się z upodobaniem do tematów quasi-sakralnych, wyobrażeń zaświatów i Boga obdarzonego nie tylko poczuciem humoru, ale też potężnym zmysłem ironii. Tom „Jako w niebie tak i na ziemi” jest naturalną konsekwencją stałej obecności motywów nieba i piekła w rysunkach satyrycznych. Andrzej Mleczko jawi się tu jednak nie jako bluźnierca lub ten, który zamierza szokować czy drwić ze świętości – w jego ujęciu dowcip jest naturalnym pozaziemskim zjawiskiem. W niebie na porządku dziennym są złośliwostki i żarty, których autorem bardzo często bywa Bóg – niby dobroduszny starzec z białą brodą. Tu nie można się nudzić. Wizyty w niebie urozmaicane są o ziemskie (albo po prostu stereotypowo polskie) utrudnienia, biurokrację czy zmieniające się przepisy. Bohaterowie robią wszystko, żeby przełamać pozaegzystencjalną monotonię. Niebo podlega ciągłym przemianom i uzależnione jest od postępu cywilizacyjnego – mimo że na pierwszy rzut oka przypomina zwykłe wyobrażenie o pośmiertnej nagrodzie. Anioły i święci zachowują się tu bardzo po ludzku, a to oznacza, że przybytek dobra będzie pełen nieprzewidzianych utrudnień.

Andrzej Mleczko sporą grupę rysunków poświęca księżom i biskupom. Tu obrazki są odpowiedzią na niepokoje społeczne i doniesienia o nadużyciach wśród kleru. Prace Mleczki daje się osadzić w pozawyobraźniowym kontekście, połączyć z aferami i skandalami – co nie znaczy, że autor rezygnuje z ponadczasowego tonu. Wytyka księżom wtrącanie się do polityki, pedofilię, obłudę czy przekupność, zdarza się też, że operuje prostymi skojarzeniami słownymi. Sporo rysunków nie wymaga tekstowego komentarza: już sama sytuacja na obrazku tłumaczy się bez przeszkód. Co ciekawe, w tym albumie mniej jest rysunków o piekle – te o niebie mają ponadto silniejszą wymowę i mogą bardziej śmieszyć. Rysunki satyryczne Mleczki stają się swoistym wentylem bezpieczeństwa, nie mają obrażać i znieważać, a budzić refleksję. Zło w świętym miejscu tworzy lepszy kontrast komiczny niż zło w miejscu kojarzonym z nagannym postępowaniem. W tomie „Jako w niebie tak i na ziemi” znajduje się również rozdział odnoszący się do symboliki świąt – i tu autor sięga po standardowe motywy, które może ukazać w nowym świetle, na przykład przepuszczając je przez aktualne problemy, jak choćby wszechobecność wścibskich dziennikarzy.

Jest Mleczko w tej książce nieco mniej napastliwy, szuka humoru a nie satyry i komizmu a nie agresji – jeśli piętnuje, to nie sugeruje, że problem dotyczy wszystkich przedstawicieli danej grupy społecznej, wyśmiewa jedynie patologie. Chce rozbawiać i zmuszać do zastanowienia, a nie ma zamiaru oburzać. Oczywiście nie rezygnuje i z charakterystycznych dla siebie tonów, bywa złośliwy, odnosi się do seksu i kontrowersyjnych postaw, jednak tym razem łagodzi wulgarne skojarzenia.

To tematyczny przegląd prac z różnych czasów – ale mimo zawężenia obszaru poszukiwań do sfery okołosakralnej, nie ma tu mowy o powtarzalności czy przewidywalności. Mleczko za każdym razem przedstawia nowe ujęcie motywu, testując w tomie różne chwyty satyryczne i operując rozmaitymi rodzajami śmiechu – od satyry agitacyjnej po czysty absurd i lekkie skojarzenia. Pokazuje, jak uporać się z zagadnieniem niełatwym i dość rzadko pojawiającym się w pracach rysowników satyrycznych. Jest rozśmieszaczem, a do tego każe swoim odbiorcom uważnie obserwować najbliższe otoczenie. Przynosi, obok przemyśleń, bardzo dużo rozrywki.

sobota, 21 grudnia 2013

Andrzej Mleczko: Kto pieprzy ten lepszy

Iskry, Warszawa 2013.

Seks i cała reszta

Andrzej Mleczko wydaje w Iskrach kolejne zbiory rysunków, ku radości fanów (którzy część prac już znają) i odbiorców czekających na zabawę i prowokacyjne prace. Album „Kto pieprzy ten lepszy” dobrze oddaje specyfikę satyry Mleczki – autora bezpruderyjnego i chętnie czerpiącego z ludycznych pokładów humoru. Mleczko z seksu śmieje się często i nie stosuje wobec bohaterów rysunków żadnej cenzury, nie maskuje rubaszności ani nie ucieka przed wulgaryzowaniem tematu. To w rysunkach satyrycznych oznaczać będzie także dokładne odwzorowywanie różnic anatomicznych między przedstawicielami obu płci. W tematyce erotycznej Mleczko właściwie nie ma rysownika-konkurenta; przyzwyczaił czytelników do braku tabuizowanych motywów i może w sferze obyczajowej zapuszczać się w rejony innym niedostępne bez obaw, a i bez skandalizowania. Bo komu nie odpowiada otwarte przedstawianie seksu, ten do Mleczki i tak nie zajrzy.

Tom „Kto pieprzy ten lepszy” kusi rozbudowaną częścią o kontaktach damsko-męskich. Tu pożądanie staje się podstawowym zagadnieniem w relacjach między bohaterami. Mleczko odrzuca wszelkie zabiegi dyplomatyczne, bawi się nagością i fantazjami erotycznymi. Pozwala postaciom bez skrępowania mówić o swoich potrzebach, kontrast między nimi a rzeczywistością czyniąc najważniejszym czynnikiem śmiechotwórczym. U Mleczki to brak wstydu i płynących z niego zahamowań buduje szereg pomysłów na obrazki. Poza erotyką znalazły się tu żarty z zaświatów, komentarze dotyczące postępu technologicznego (i jego wpływu na społeczeństwo) czy dowcipy związane z Krakowem. U tego autora powracają charakterystyczne typy bohaterów – nie brakuje istot bajkowych lub przybyszy z legend wtrącanych w dorosły świat, są politycy, dziennikarze czy menele – każdy z nich wyposażony został w specyficzny ogląd codzienności. Mleczko odnosi się również do tematów poruszających opinię publiczną – ale nie przekuwa ich w rysunkową publicystykę, a przerabia na uniwersalny obyczajowy motyw o dłuższej żywotności.

Zwykle Andrzej Mleczko prezentuje jednokadrowe rysunki, a dowcip zamieszcza w wypowiedzi lub ripoście jednej z postaci, tak, że rysunkowy kontekst uzupełnia i wyjaśnia tekst. Każdy obrazek został wzbogacony o napisy w języku angielskim, więc Mleczko może swoimi tomami podbijać świat – rzecz jasna, w Polsce odbiór jego prac będzie zawsze bogatszy o zrozumienie społeczno-obyczajowego kontekstu – ale nie wyklucza to zabawy poza granicami kraju. Pamiętać przy tym należy, że Andrzej Mleczko nie uznaje kompromisów i stawia często na szokowanie odbiorców. Taka postawa zresztą przynosi mu rzesze fanów.

„Kto pieprzy ten lepszy” to tom, w którym rzadko znajduje się odwołania do medialnych wydarzeń – autor skupia się tutaj bardziej na prezentowaniu psychiki bohaterów umieszczonych w z góry określonym kontekście. Rysunki mogą stanowić komentarz do zwyczajności, ale równie dobrze mogą też funkcjonować bez konkretyzujących odczytań. Mleczko powodów do oczyszczającego śmiechu szuka tam, gdzie inni dyskretnie przymykają oczy. Do ostrej tematycznie satyry dodaje też kąśliwą ironię, stawiając swoich bohaterów w sytuacjach, na które normalnie nie pozwala dyplomacja i kultura. Mleczko chce widzieć ludzi nie podporządkowanych zasadom grzeczności, ludzi, którzy mogą bez przeszkód mówić o swoich pragnieniach. Dorosłym daje szczerość dzieci – i tak powstają najciekawsze rysunki. Andrzej Mleczko trzyma się kilku zaledwie tematów – ale wciąż tworzy nowe opowiastki i scenki, bawiąc swoich odbiorców.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Andrzej Mleczko: Obywatelu, nie pieprz bez sensu. Rysunkowa lista przebojów

Iskry, Warszawa 2012.

Przegląd najlepszych

Fani twórczości Andrzeja Mleczki będą z radości skakać pod sufit – ukazuje się bowiem w Iskrach album z najlepszymi i najśmieszniejszymi rysunkami – „Obywatelu, nie pieprz bez sensu” – czyli „rysunkowa lista przebojów”. Ta ogromna księga dostarczy rozrywki na długie godziny, pozwoli też szybko dotrzeć do wielu charakterystycznych rysunkowych dowcipów. Nie zestarzeje się szybko, bo nawet komentarze do aktualnej rzeczywistości długo jeszcze będzie można bez trudu zrozumieć. Ten potężny tom imponuje – nie tylko rozmiarem i liczbą prac Mleczki, ale i celnością obserwacji autora. Najlepsze z najlepszych w najlepszym wydaniu – przyjdzie tylko żałować, że nie można tej książki nosić wszędzie ze sobą, jako przewodnika po dzisiejszej rzeczywistości. Ale ostatecznie pomysły Mleczki zapadają w pamięć i same przychodzą na myśl w odpowiednich sytuacjach jako nadzwyczaj celne oceny.

Zaskoczeń tu być nie może, zwłaszcza że w albumie pojawiają się dzieła wybrane, posegregowane, jak do tej pory w publikacjach Iskier, tematycznie. W księdze rysunkowej nie zabraknie zatem motywów związanych z religią, polityką, polskością, seksem, obyczajowością, mediami, historią w ujęciu stereotypowym oraz szeroko rozumianą bajkowością. Jak zwykle Mleczko zestawia ze sobą te wątki i często sprawy seksu dominują w bajkach, a polityka wkracza do obyczajowości – granice między tematami są zatem płynne i sprzyjają budowaniu atmosfery niepewności. Nigdy do końca nie wiadomo, który wątek zainspiruje autora do wyzwalania śmiechu.

A śmiech Mleczki jest specyficzny – nieco agresywny, łamiący tematy tabu i konwencje, wolny od pruderii i pozbawiony hamulców. Dzięki temu zyskuje wartość oczyszczającą – chociaż często dotyka spraw związanych z cielesnością czy ludycznością, nigdy nie jest podporządkowany bezmyślnemu rechotowi. Mleczko bywa w swoich rysunkach obsceniczny i wulgarny, ale zwykle chodzi mu o coś więcej niż skandal czy szokowanie odbiorców (zastanawiam się zresztą, czy po tylu latach można jeszcze rozpatrywać prace Mleczki w tych kategoriach: chyba wszyscy przyzwyczaili się już do charakterystycznego kąśliwego stylu i braku cenzury).

Stereotypy filtrowane przez kąśliwy humor Mleczki i dominujące u niego skojarzenia zaczynają przybierać odkrywcze formy. Andrzej Mleczko nie jest ugrzecznionym humorystą i nie przejmuje się poprawnością polityczną, jego obrazki zaczynają funkcjonować jak wentyl bezpieczeństwa w świecie wtłaczanym w ramy zakazów i strachu przed urażeniem którejkolwiek grupy społecznej. Mleczko śmieje się ze wszystkich i często to śmiech złośliwy lub ironiczny. Jego prace mieszczą się w kategoriach ostrej satyry politycznej, społecznej i obyczajowej. Co pewien czas jednak pojawiają się też w książce pomysły osadzone w czystym absurdzie lub pozbawione drapieżności – jednak przeważają te, które stały się znakiem firmowym autora.

Wizje nieba, świat żebraków, kulisy działania firm, rzeczywiste intencje polityków, chwyty stosowane przez media dla zwiększenia popularności, drobne wykroczenia, patriotyzm na pokaz i mnóstwo seksu w przeróżnych kontekstach – „Obywatelu, nie pieprz bez sensu” to zbiór najlepszych dotychczasowych dokonań Andrzeja Mleczki. Satyryk nie waha się mówić głośno o tym, co większość dyplomatycznie by przemilczała, prowokuje zatem do przemyślenia prezentowanych zagadnień, a rozrywki w najlepszym gatunku dostarcza niejako przy okazji. W tym nieidealizowanym świecie, który wyłania się z rysunków, dostrzec można zadziwiająco dużo prawdy. Brutalna szczerość przysłonięta karykaturą bawi, mimo że czasem zawiera gorzkie i zupełnie niewesołe drugie dno.

Przy publikowaniu obszernych wyborów z twórczości satyryków istnieje zawsze niebezpieczeństwo ujawnienia kopiowanych pomysłów czy najchętniej przez autora wykorzystywanych schematów. Nie ma tych obaw przy tomie „Obywatelu…” – jedyne, co tu jest stałe, to kreska Mleczki, rozpoznawalna i wyrazista. A do rysunków dochodzą jeszcze krótkie złote myśli, dowcipne skojarzenia i przeróbki aforyzmów, zamieszczane co pewien czas na marginesach. Tom dostarczy zatem sporo śmiechu – a i uznania dla pomysłowości artysty.

niedziela, 6 listopada 2011

Andrzej Mleczko: Obraz 3D

Iskry, Warszawa 2011.

Słowo i obraz

Andrzej Mleczko co jakiś czas przypomina o sobie odbiorcom nie tematycznymi zbiorkami, a albumami, które łączą słowa i rysunki – nowe przeplatane znanymi (a nawet rozsławiającymi autora). Taki jest też najnowszy tom, „Obraz 3D” – pojedynek aforystycznych i celnych stwierdzeń różnych znanych ludzi oraz przegląd rysunków satyrycznych. Tyle że tym razem złote i dowcipne myśli to cytaty nie zawsze z prześmiewców, a rysunki nie łączą się w jeden wyraźny tematyczny ciąg. Chodzi w końcu o to, żeby złożoność świata i aktualnych odniesień wyrazić w jak najbardziej lapidarny sposób: w jednozdaniowym komentarzu czy maksymalnie dwukadrowym obrazku. Książka ma zatem nieść porcjowane zaskoczenia, celne i przy okazji rozśmieszające, a także – jak to z dobrą satyrą bywa – skłaniające do refleksji.

Mleczko oferuje powrót do najbardziej typowych dla siebie tematów – relacji damsko-męskich, religii i władzy – czyli tego, co wywołuje zawsze najgorętsze dyskusje i emocjonuje odbiorców bez względu na to, czy są fanami Mleczki, czy są jego twórczością zniesmaczeni lub oburzeni. Pod tym względem „Obraz 3D” nie może zawieść – zwłaszcza że zróżnicowanie tematyczne zostało tu jeszcze wsparte odpowiednim doborem prac. Miłe dla odbiorców będzie z pewnością stawianie na realizacje pojedynczych pomysłów, a co za tym idzie – oryginalność kolejnych kadrów. I tak obok typowo seksualnych skojarzeń pojawi się rozwódka, karmiąca matka, uabstrakcyjniająca męski akt malarka czy narzeczony, nastawiony materialistycznie a nie idealistycznie. W ujęciach nieba zaskakująco dużo będzie aluzji do ziemskich rozwiązań, w przedstawieniu kleru satyra (momentami bardzo ostra) przeplata się z celnymi obserwacjami społecznymi. W przypadku władzy Mleczko chętnie ucieka do przedstawień królów i stereotypowych postaci z nimi związanych, tradycyjnie też kpi sobie z polityków. Do tego dodaje garść obrazków społecznych, trochę gier słownych i odrobinę abstrakcji. Kilka razy w tym tomie pojawią się znane postacie, ale znacznie więcej będzie ponadczasowych skojarzeń.

Cały album jest tłumaczony na angielski – i w paru miejscach będzie się można przekonać, jak ciężko jest przełożyć niektóre pomysły bez dodatkowych wyjaśnień i opisania sedna żartu. Mleczko doskonale zdaje sobie sprawę, że większość jego pomysłów będzie zrozumiała także dla zagranicznych odbiorców – chociaż wiadomo, że rodzimi czytelnicy odszyfrują bez trudu większość ukrytych znaczeń, a dziś jeszcze wyłapią również kontekst zewnętrzny, bezpośrednią przyczynę powstania niektórych żartów.

Cytaty mają – podobnie jak rysunki – przynieść zastanowienie. Na kartach tej książki spotykają się Woody Allen, Konfucusz, Stanisław Jerzy Lec czy Zygmunt Bauman. Każda strona może się wiązać z odkryciem lub przypomnieniem sobie prostej prawdy, która – jako że zapisana jest „dymkową” dużą czcionką, brzmi bardziej swobodnie i staje się łatwiejsza do przyswojenia dla masowych odbiorców, którzy przecież także sięgną z chęcią po nowy tom najbardziej dzisiaj znanego rysownika satyrycznego. Mleczko jako moralista? Czemu nie.

czwartek, 16 grudnia 2010

Andrzej Mleczko: Kamasutra dla zaawansowanych

Iskry, Warszawa 2010.

Seks bez ograniczeń

Andrzej Mleczko jest rysownikiem satyrycznym, który nie stroni od tematów seksualności i damsko-męskich relacji w podtekstach sprowadzanych do zwykłej chuci. Ryzykuje sporo, bo chociaż ludyczny, rubaszny żart zawsze znajdzie wielu zwolenników, wulgarność bywa dla licznej grupy odbiorców przeszkodą w cieszeniu się dowcipami. Ale kolejny tom Mleczki wydany przez Iskry nie pozostawia wątpliwości: „Kamasutra dla zaawansowanych” to propozycja dla akceptujących ostry i drażniący, prowokacyjny ton rysunków – znak rozpoznawczy twórczości Mleczki. Dobrze będą się bawić ci, którzy odrzucą pruderię i nastawią się na nieprzyzwoite, choć przez to nie mniej śmieszne, obrazki. Bo Mleczko jak zwykle nie zawodzi – bawi się tematem seksu, tworząc odważne, pomysłowe i humorystyczne konfiguracje.

Zwłaszcza pierwsza część „Kamasutry dla zaawansowanych” może zaskakiwać. Autor wykorzystuje tu prosty schemat: pojedynczy obrazek i podpis, który doskonale uzupełnia całość i rzuca nowe światło na zastosowane rozwiązania. Sięga Mleczko po narodowe stereotypy lub po proste skojarzenia z danym krajem. Na tej bazie buduje jednokadrową opowieść o domniemanych przedstawicielach-mieszkańcach. Ukazuje ich podczas miłosnych igraszek, splecionych w trudnych do wyobrażenia pozycjach – w końcu akcentowane w tytule zaawansowanie zobowiązuje. Mleczko żartuje sobie także z przyzwyczajeń, ról i zawodów. Za każdym razem próbuje zaskoczyć czytelników przez oryginalne pomysły na miłosne figury, mało tego: choć seks jest tu głównym tematem kolejnych rysunków, śmiech kryje się często w fakcie, że bohaterowie obrazków nie przywiązują większej wagi do sztuki kochania, zajmują się za to czymś innym – Czech kuflami pije piwo, a kibic zapatrzony jest w telewizor. W „Kamasutrze” pojawia się kilka prac dawnych, przystosowanych do nowego zestawu i uzupełniających serię.

W dalszej części tomu mamy już do czynienia z klasycznymi rysunkami satyrycznymi, w przeważającej części nowymi lub mało znanymi (dla wielbicieli grafik jest też przygotowany specjalny dodatek) – bohaterowie uprawiają na nich seks w nietypowych okolicznościach, zainspirowani skojarzeniami słownymi lub niekontrolowanym pociągiem fizycznym. Tematem rysunków często jest erekcja, seks oralny lub perwersje. Andrzej Mleczko tym razem jednak rzadziej przedstawia roznegliżowane kobiety, śmieje się z mężczyzn, przerysowując ich reakcje, wielkość narządów i pomysły. Uruchamia wyobraźnię, nieskrępowaną konwencjami, wstydem czy obyczajowością. Prezentuje rysunki odważne i śmiałe, dla wielu przekraczające granice dobrego smaku, ale to przecież nikogo, kto zna kreskę tego autora, nie może dziwić ani szokować.

W przebogatym zestawie rysunków Andrzeja Mleczki znalazłoby się jeszcze mnóstwo prac, które mogłyby z powodzeniem trafić do albumu „Kamasutra dla zaawansowanych”- zwłaszcza że seks to jeden z bardziej eksploatowanych przez tego twórcę motywów. Tym razem autor i wydawca od początku zaznaczają, czego można się po książce spodziewać – a mimo to publikacja przyniesie sporo śmiechu i autentycznych zaskoczeń, które przyczynią się do jeszcze lepszego odbioru rysunków.

Do tej pory Iskry proponowały angielskie tłumaczenia dymków z rysunków Andrzeja Mleczki, zamieszczając je na końcu książki. W „Kamasutrze” tłumaczenia pojawiają się bezpośrednio pod obrazkami, co z pewnością ułatwi i uprzyjemni lekturę anglojęzycznym odbiorcom. To strzał w dziesiątkę, bo tym razem autor stroni całkowicie od nawiązań do politycznych aktualiów, a odwołuje się tylko do zagadnień obyczajowych – znajdzie zatem uznanie nie tylko w Polsce.


poniedziałek, 21 grudnia 2009

Andrzej Mleczko: Seks, mydło i powidło

Iakry, Warszawa 2008.


Wbrew konwencjom

Andrzej Mleczko w swojej twórczości mocno eksploatuje motyw seksu – obok niego chyba tylko Andrzej Czeczot porywa się na ten stopień ludyczności, choć jest autorem mniej kojarzonym przez dzisiejszych odbiorców. Szósty wydany przez Iskry album Mleczki ma tytuł „Seks, mydło i powidło”, co może oznaczać skupienie na temacie dozwolonym od lat osiemnastu, więc i dodatkowy magnes dla wielbicieli najsłynniejszego współcześnie rysownika satyrycznego. Jednak w książce tylko pierwsza część obrazków dotyczy intymnych spraw damsko-męskich, reszta, tym razem niepogrupowana w konkretne działy, stanowi ciekawą mieszaninę tematyczną. Znajdują się tu wątki typowe dla Mleczki – polityka, niebo i piekło, czarny humor, ale i nowe podzbiory, powiązane wspólnymi motywami – pojawia się kilka klatek z bokserami, trochę historyjek z drobiem w roli głównej, komórkowy savoir vivre (czyli humorystyczne ilustracje do porad związanych z korzystaniem z telefonów), migawki z epoki kamienia łupanego, czy zestaw okolicznościowych rysunków świątecznych z przymrużeniem oka. Mleczko nie stroni od przedstawiania przemocy i brutalności, co przenosi jego prace w sferę popkultury: swoimi dziełami wpisuje się w zapotrzebowania odbiorców masowych i często to właśnie względy komercyjne decydują o rozwiązaniach humorystycznych.
Dla Mleczki nie ma tematów tabu. W „Seksie, mydle i powidle” nie ma też pruderii, autor przedstawia najbardziej wyuzdane pomysły w zupełnie naturalny sposób. Śmiech płynący z zaskoczenia łączy się tu z próbą zaszokowania odbiorców, więc reakcją na tomik nie musi być proste rozbawienie, przynajmniej nie w przypadku tych pasków, które wiążą się z przełamywaniem granic. W albumie daje się zauważyć charakterystyczne dla twórcy przeplatanie płaszczyzn. Zwierzęta, których w „Seksie, mydle i powidle” całkiem sporo, zachowują się zupełnie jak ludzie, przypominają się tu – mimo że to dość odległe skojarzenie – klasyczne bajki, w których antropomorfizacje stają się nośnikiem wiadomości o charakterach przedstawicieli homo sapiens. Andrzej Mleczko dokonuje czegoś więcej: przekształca światy. Dzięki przeniesieniom otrzymuje absurdalne a logiczne historie, utrwalone w jedno- lub dwuklatkowych rysunkach – stąd bierze się musze pogotowie ratunkowe (jeden z piękniejszych, czerpiących z bezinteresownego komizmu obrazków „dla wszystkich”), czy pomysł na piekło kreta. Ilustracją tego mechanizmu może być teleturniej dla polityków – Mleczko wtrąca znane typy postaci w kontekst z innej – obcej dla tych postaci – sfery, zderza ze sobą dwa rodzaje stereotypów.
Spora grupa prac dotyczy różnych kultur i różnych czasów. Mleczko chętnie odwołuje się do średniowiecza – triada rycerz – król – kat powtarza się na kartach albumu dość często i w rozmaitych wersjach. Autor czerpie z intertekstualności, wykorzystuje wyobrażenia zbanalizowane lub zderza ze sobą style, nie pozwala bohaterom na spokojne istnienie w ramach konkretnej konwencji.
Andrzej Mleczko uprawia satyrę ludyczną. Interesują go tematy niskie, obscena, sfery wulgarne i wylgaryzowane. Nie stosuje omówień i nie przemilcza kwestii niewygodnych, przeciwnie – wysuwa je na pierwszy plan. Wykorzystuje nieskomplikowany humor – nie oznacza to jednak braku głębi rysunków, wiele w zbiorku przesłań i trafnych diagnoz, które zgrabnie wkomponowane zostały w szokujące nieraz obrazki. Przypuszczam, że wysoka jest cena artystyczna, jaką autor musi zapłacić za bycie rozpoznawalnym (ciekawe, swoją drogą, ilu polskich rysowników satyrycznych potrafiliby wymienić przeciętni odbiorcy): wiele osób dostrzeże tylko powierzchniową warstwę obrazków, a Mleczko będzie postrzegany jako popartysta. Mleczko ma pomysł na swoje rysunki satyryczne, ma odwagę do przeciwstawienia się ogólnie przyjętym normom, ma też szereg wiernych odbiorców, których do sięgnięcia po kolejny album przekonywać nie trzeba.


wtorek, 15 grudnia 2009

Andrzej Mleczko: Wino, kobiety i śpiew

Iskry, Warszawa 2009.


Słowo i obraz


W albumie „Wino, kobiety i śpiew” Andrzej Mleczko udowadnia, że obok satyry politycznej i ostrego dowcipu obyczajowego (często przy tym nieobyczajnego) potrafi sięgnąć także po spokojny humor. Taka rozpiętość warsztatowa przyczynia się do twierdzenia, że śmiech, jaki Mleczko wyzwala, rodzi się na kilku płaszczyznach. To z kolei dynamizuje tomik, złożony przede wszystkim z jednokadrowych, dużych rysunków.
Twórczość Andrzeja Mleczki jest chyba powszechnie znana: charakterystyczna kreska, rozpoznawalna tematyka, typowy rodzaj dowcipów – to wszystko sprawia, że rysunki tego autora, nawet pozbawione podpisu, bez trudu łączy się z satyrykiem. Ale w tomie „Wino, kobiety i śpiew” uderza coś, co w sześciu poprzednich albumach nie rzucało się zbyt w oczy, to jest – silne uzależnienie od komentarza słownego. Rysunki Mleczki nie mogłyby funkcjonować samodzielnie, jak, chociażby, obrazkowe dowcipy Władysława Sikory – Andrzej Mleczko jest przede wszystkim komentatorem, warstwa ilustracji stanowi dopełnienie pomysłu, a nie jego źródło. W praktyce oznacza to, że miejscem wytwarzania się śmiechu, punktem komicznym, okaże się granica między obrazem i tekstem.
Co robi Andrzej Mleczko? Zdarza się, że dekonstruuje frazeologizmy (wówczas z podpisem rysunku, będącym znanym powiedzeniem czy sformułowaniem utrwalonym w języku, zderza rysunek – inne, nieoczywiste możliwe odczytanie). Miesza światy (uczłowiecza zwierzęta i animalizuje ludzi), przeplata płaszczyzny. Przede wszystkim jednak porusza się w sferze rysunkowej publicystyki. Odwołuje się do motywów w ostatnich latach mocno przez media akcentowanych – lustracji, korupcji, kupowania meczy piłki nożnej, oraz do kwestii wciąż jeszcze w satyrze politycznej chwytliwych – żartów z głowy państwa i środowiska moherowych beretów.
W albumie „Wino, kobiety i śpiew” przeważają rysunki staranne. Mleczko ma dwa charakterystyczne sposoby prezentowania postaci – w sytuacjach wulgarnych lub wulgaryzowanych rysy bohaterów zostają zniekształcone, „zbrzydzone”, jakby kreską chciał twórca powtórzyć jeszcze ocenę tematu. W tym tomie jednak znacznie mniej jest wulgarności i tematów rynsztokowych, Mleczko – co też może niektórych dziwić – stawia na eleganckie (chociaż nie wyrafinowane) żartu, sprawiając tym wrażenie, jakby miał zamiar zmęczonym popkulturowymi produkcjami kabaretów biesiadnych odbiorcom udowodnić, że nawet w twórczości masowej jest miejsce na przyjemną różnorodność tematyczno-techniczną.
Różnorodność tę zapewnia także – jak w poprzednich publikacjach tego autora – podział rysunków i umieszczenie ich w dziewięciu kategoriach. Dzięki temu na każdy temat odbiorcy otrzymają po kilka-kilkanaście obrazków: takie rozwiązanie rozbudza apetyty, nie zapewni przesytu i znowu zdynamizuje książkę.
„Wino, kobiety i śpiew”, mimo że Andrzej Mleczko odwołuje się często do narodowych stereotypów, przygotowane jest i dla anglojęzycznych odbiorców – na końcu książki znajdują się tłumaczenia wszystkich dymków i podpisów. Nie ma natomiast – co zrozumiałe – tłumaczenia kontekstów, co może czasem zaciemniać dowcip. Ale i tak najnowsza pozycja wydawnicza Iskier warta jest uwagi i zasługuje na uznanie. Rozwój artysty, zaprezentowany na czwartej stronie okładki, też robi wrażenie – lecz niech to już będzie niespodzianka dla czytelników.