Wielka Litera, Warszawa 2020.
Najsilniejsza płeć
W „Testamentach” Margaret Atwood wraca do świata, który przedstawiła czytelnikom w „Opowieści Podręcznej” - tyle że po latach. Teraz Gilead chyli się ku upadkowi, wszystko wskazuje na to, że Republika przestanie istnieć, zresztą nawet jeśli nie zniszczą jej zewnętrzne przyczyny, rozpadnie się od środka. Oto Podręczne, których każdy bogaty mężczyzna może mieć po kilka – tak, by któraś na pewno dała mu upragnionego potomka – wydają na świat słabe i chore dzieci, jeśli już uda się w ogóle donosić ciążę. Same Podręczne, nawet otoczone najlepszą opieką, też umierają. Marty przyglądają się temu i współczują, ale nie mogą pomóc – poza zwykłym ludzkim wsparciem. Ciotki uznają, że tak jest urządzona rzeczywistość i nie ma co się szarpać. Gilead to przyzwolenie na zło w każdej postaci – do tego stopnia, że wszyscy wiedzą o skłonnościach dentysty-pedofila, a jednak posyłają do niego kolejne młode dziewczyny, tak, by przekonały się o znaczeniu penisów w „dorosłym” życiu. I tak Margaret Atwood przeprowadza odbiorców od skandalu do skandalu, od szoku do szoku – żeby przypomnieć, że Gilead nie ma szans na przetrwanie. Odbiorcy mają wgląd w codzienność kilku klas, mogą sprawdzać, jak wygląda edukowanie młodych dziewcząt i przygotowywanie ich do roli Podręcznej, jak wobec niewinnych i naiwnych umysłów zachowują się opiekunki. Jedna z bohaterek przedstawia cały system wychowania, jest przewodniczką po tym, z czym musi się mierzyć – a przytaczane przez nią rewelacje to dla czytelników wyraźny sygnał zbliżającego się upadku. Gilead pożera się sam od środka. I nikt nie będzie po tej przestrzeni płakać – nawet jeśli do pewnego momentu można było doceniać absurdalne wcielane w życie pomysły, przychodzi czas opamiętania i tęsknoty za wolnością. To poprowadzi do odwagi i do czynów, które w normalnych okolicznościach nie przyszłyby nikomu do głowy.
Dla dziewczyn, które szykowane są do roli Podręcznych – albo które na własnej skórze przekonały się, że ich ambicje i charaktery nie są nic warte z perspektywy dojrzałych mężczyzn – bo liczy się najpierw tylko młodość i świeżość, a później możliwości rozpłodowe – nie ma już nadziei. Gilead nie oferuje im nic, w zamian za posłuszeństwo można tylko znosić kolejne upokorzenia i cierpienia. I Margaret Atwood otwiera w tym punkcie drogę do budowania sensacji, co bardzo służy powieści. „Testamenty” jawią się bowiem jako skrzyżowanie historii mocno politycznej (wprawdzie odnoszącej się do wyimaginowanego świata, jednak czerpiącej z mechanizmów znanych z systemów totalitarnych), obyczajowo-społecznej (cała sfera podziałów klasowych i tego, jak w obrębie poszczególnych kręgów radzą sobie ich przedstawicielki) oraz kryminalnych (tam, gdzie w grę wchodzi śmierć w obronie własnych przekonań). Jest to książka doskonale skomponowana, nie rozczarowuje ani w planie fabuły, ani – narracji, a do tego przynosi sporo materiału do zastanowienia. Margaret Atwood przy okazji może odpowiedzieć na szereg pytań dotyczących Podręcznych i ich rzeczywistości z perspektywy czasu.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Margaret Atwood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Margaret Atwood. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 kwietnia 2020
czwartek, 16 stycznia 2020
Margaret Atwood: Kamienne posłanie
Wielka Litera, Warszawa 2019.
Granica wyobraźni
Constance zaczęła tworzyć Alphinlandię na długo przed poznaniem swojego męża – a już po śmierci ukochanego rozrastający się ponad miarę świat pozwolił jej na zachowanie zdrowych zmysłów i przejście żałoby. Teraz Constance może wysłuchiwać komentarzy Ewana z zaświatów – nikogo to nie dziwi, zawsze miała bujną wyobraźnię i nie bała się jej używać. Trzeba przyznać, że Margaret Atwood wie, jak zacząć zbiór opowiadań „Kamienne posłanie”, żeby zapewnić sobie trwałą uwagę odbiorców. Proponuje rzeczywistość trochę oniryczną, ale dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Sam proces tworzenia będzie tu zajmować ważne miejsce – dla kolejnych bohaterów. Constance swój związek przenosi do sfery nie do końca udanych spraw, następne postacie ujawniają sieć zależności i wzajemnych relacji. Bo chociaż „Kamienne posłanie” to zestaw małych form, Margaret Atwood nie ucieka w nim od świata, którym zaintrygowała czytelników. Stopniowo pojawiają się osoby, które pozostawały w tle w jednych historiach – w innych można poznać ich dążenia i marzenia oraz motywacje, jakich nie było widać wcześniej. Autorka umożliwia wnikanie w głąb tej przestrzeni – bez przeszkód, ale i bez pośpiechu. Wie znacznie więcej, niż chce ujawnić – daje czytelnikom szansę snucia własnych historii zanim poznają prawdę. Operuje tym, co znane i tym, co niewytłumaczalne, bawi się zjawiskowo historiami jednostek układającymi się w cały bogaty repertuar wydarzeń. Nawet jeśli nie ma spektakularnej akcji – a trudno czasami o taką w opowiadaniach – liczą się związki międzyludzkie i zależności, które wcześniej były niedostrzegane, a pełnią ważną rolę w budowaniu opowieści. Margaret Atwood przechodzi od zjawiska do zjawiska, porywa się na wielkie komentarze dotyczące malutkich spraw, wyimki rzeczywistości bohaterów rozdmuchuje na olbrzymią skalę – tak, żeby czytelnikom pokazać możliwości tkwiące w literaturze.
Karmi ta autorka odbiorców narracją. W „Kamiennym posłaniu” rzuca się w oczy wyczulenie na słowo i umiejętność prowadzenia relacji niemal bez fabuły – a to dzięki spostrzegawczości. Atwood bardzo lubi podkreślać obecność detali w najbliższym otoczeniu bohaterów, jest w stanie skupiać się na nich prawie całkowicie. Oddala konieczność budzenia silnych emocji przez akcję – może ten sam efekt uzyskać dzięki zabawom tekstowym. „Kamienne posłanie” jest zatem próbą spowolnienia do granic możliwości opowieści. Międzyludzkie relacje rozwijają się swoim trybem, nie ma sensu ich podsycać – i tak nie uda się przyspieszyć historii. A przecież w takiej postawie autorskiej nie ma drwiny z czytelników, jest za to chęć zatrzymania ich nad lekturą. Margaret Atwood może sobie pozwolić na operowanie niepopularnymi środkami – dzięki temu, że jest w swojej książce bardzo precyzyjna i daje się poznać jako wyrafinowana obserwatorka codzienności. Nie umyka jej żaden szczegół relacji międzyludzkich, odnotowuje każdą zależność – i wkleja do refleksji postaci, żeby wypadały jak najbardziej wiarygodnie. Dla tej autorki najważniejsze będzie sedno interpersonalnych kontaktów, cała reszta to tylko dodatek ubarwiający historię.
Granica wyobraźni
Constance zaczęła tworzyć Alphinlandię na długo przed poznaniem swojego męża – a już po śmierci ukochanego rozrastający się ponad miarę świat pozwolił jej na zachowanie zdrowych zmysłów i przejście żałoby. Teraz Constance może wysłuchiwać komentarzy Ewana z zaświatów – nikogo to nie dziwi, zawsze miała bujną wyobraźnię i nie bała się jej używać. Trzeba przyznać, że Margaret Atwood wie, jak zacząć zbiór opowiadań „Kamienne posłanie”, żeby zapewnić sobie trwałą uwagę odbiorców. Proponuje rzeczywistość trochę oniryczną, ale dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Sam proces tworzenia będzie tu zajmować ważne miejsce – dla kolejnych bohaterów. Constance swój związek przenosi do sfery nie do końca udanych spraw, następne postacie ujawniają sieć zależności i wzajemnych relacji. Bo chociaż „Kamienne posłanie” to zestaw małych form, Margaret Atwood nie ucieka w nim od świata, którym zaintrygowała czytelników. Stopniowo pojawiają się osoby, które pozostawały w tle w jednych historiach – w innych można poznać ich dążenia i marzenia oraz motywacje, jakich nie było widać wcześniej. Autorka umożliwia wnikanie w głąb tej przestrzeni – bez przeszkód, ale i bez pośpiechu. Wie znacznie więcej, niż chce ujawnić – daje czytelnikom szansę snucia własnych historii zanim poznają prawdę. Operuje tym, co znane i tym, co niewytłumaczalne, bawi się zjawiskowo historiami jednostek układającymi się w cały bogaty repertuar wydarzeń. Nawet jeśli nie ma spektakularnej akcji – a trudno czasami o taką w opowiadaniach – liczą się związki międzyludzkie i zależności, które wcześniej były niedostrzegane, a pełnią ważną rolę w budowaniu opowieści. Margaret Atwood przechodzi od zjawiska do zjawiska, porywa się na wielkie komentarze dotyczące malutkich spraw, wyimki rzeczywistości bohaterów rozdmuchuje na olbrzymią skalę – tak, żeby czytelnikom pokazać możliwości tkwiące w literaturze.
Karmi ta autorka odbiorców narracją. W „Kamiennym posłaniu” rzuca się w oczy wyczulenie na słowo i umiejętność prowadzenia relacji niemal bez fabuły – a to dzięki spostrzegawczości. Atwood bardzo lubi podkreślać obecność detali w najbliższym otoczeniu bohaterów, jest w stanie skupiać się na nich prawie całkowicie. Oddala konieczność budzenia silnych emocji przez akcję – może ten sam efekt uzyskać dzięki zabawom tekstowym. „Kamienne posłanie” jest zatem próbą spowolnienia do granic możliwości opowieści. Międzyludzkie relacje rozwijają się swoim trybem, nie ma sensu ich podsycać – i tak nie uda się przyspieszyć historii. A przecież w takiej postawie autorskiej nie ma drwiny z czytelników, jest za to chęć zatrzymania ich nad lekturą. Margaret Atwood może sobie pozwolić na operowanie niepopularnymi środkami – dzięki temu, że jest w swojej książce bardzo precyzyjna i daje się poznać jako wyrafinowana obserwatorka codzienności. Nie umyka jej żaden szczegół relacji międzyludzkich, odnotowuje każdą zależność – i wkleja do refleksji postaci, żeby wypadały jak najbardziej wiarygodnie. Dla tej autorki najważniejsze będzie sedno interpersonalnych kontaktów, cała reszta to tylko dodatek ubarwiający historię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






