Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podróż
To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.
Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justyna Bednarek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justyna Bednarek. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 czerwca 2026
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
Justyna Bednarek: Skarb na budowie
Harperkids, Warszawa 2026.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
środa, 15 października 2025
Justyna Bednarek: Tata w tarapatach. Jaja nie z tej ziemi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Poszukiwania w kosmosie
Pamiętacie tatę, który został wyekspediowany daleko w kosmos? Wieczorkowie nie mogą go tak zostawić. Mama przejmuje dowodzenie i razem z czwórką dzieci i czwórką zwierzaków oraz całą masą wynalazków podąża za ukochanym. Nie jest to proste, ale ponieważ po kosmosie podróżują między innymi także wielkie międzygalaktyczne kury, zdarzyć się może absolutnie wszystko. W tomiku „Jaja nie z tej ziemi” trzeba będzie sporo wysiłku – oraz dużo zmniejszania i powiększania – żeby na nowo połączyć rodzinę. A wszystko dzięki niesporczakowi – kolejnemu towarzyszowi wyprawy, który natychmiast wpasowuje się w nietypowe stado i służy pomocą w najbardziej krytycznych momentach. Tata znajduje się najprawdopodobniej w jednym z kilku jajek, w których zamknięte są całe krainy. Ale jeśli tak, to wcale nie będzie łatwo do niego dotrzeć. W ogóle nie będzie łatwo. I na tym cała rzecz polega.
Justyna Bednarek stawia na dynamiczną akcję i poczucie humoru – i z tych dwóch składników lepi serię, która – z rysunkami Bartka Brosza – ma szansę podbić świat. Liczy się tu śmiech i nawet jeśli nie ma zbyt dużo fabularnych odnóg, dzieci nie będą mogły się oderwać od lektury. Tu autorka wybiera wyliczanki jako sposób porządkowania wiadomości – najpierw Mirosław w butach z tytanowymi sprężynami musi skoczyć po zapomniane zakupy (a ponieważ w butach wystarczy chwila nieuwagi, żeby trafić w przypadkowe miejsce – pozwiedza trochę świata), później między innym światy z jajek będą się prezentować najmłodszym. Pościg za tatą oznacza w tym wypadku szereg pomysłów, które trzeba będzie wcielić w życie. Autorka wykorzystuje te wynalazki, które już na potrzeby pierwszej części zostały wynalezione – operuje nimi w miarę potrzeb, wiedząc, że nie może przesadzić w tym zakresie, żeby nie ułatwić nadmiernie bohaterom ich misji. Ale czy misja, w której bierze udział niesporczak, może być zwyczajna i prosta?
„Jaja nie z tej ziemi” to druga książka o przygodach Taty w tarapatach – i nie rozczaruje. Podobnie jak pierwsza, to stworzona dla rozrywki nie tylko najmłodszych szalona i bardzo dynamiczna opowieść bazująca na wyobraźni oraz na śmiechu. Tu nie ma mowy o morałach, jedyne, co da się przenieść do zwyczajności odbiorców, to przekonanie, że na rodzinę można liczyć w każdych warunkach i w każdych okolicznościach. Najważniejsza jest akcja i to akcji poświęcone są kolejne pomysły. Przy tak pomysłowych bohaterach (i przy tak odważnej autorce) nie trzeba się bać o tatę, nawet jeśli ten łamie zasady fizyki i przesadza w oddalaniu się od bliskich. W tej rodzinie każdy znajdzie swoje miejsce i spotka się ze zrozumieniem, każdy dostanie to, czego potrzebuje. Miłość dodaje sił, a kreatywność (i wiedza) pozwalają wyjść z każdych tarapatów. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Justyna Bednarek proponuje dzieciom szaloną eskapadę pozbawioną jakichkolwiek granic – zachęci najmłodszych do samodzielnego czytania i pokaże im, dlaczego książki mogą sprawiać przyjemność.
Poszukiwania w kosmosie
Pamiętacie tatę, który został wyekspediowany daleko w kosmos? Wieczorkowie nie mogą go tak zostawić. Mama przejmuje dowodzenie i razem z czwórką dzieci i czwórką zwierzaków oraz całą masą wynalazków podąża za ukochanym. Nie jest to proste, ale ponieważ po kosmosie podróżują między innymi także wielkie międzygalaktyczne kury, zdarzyć się może absolutnie wszystko. W tomiku „Jaja nie z tej ziemi” trzeba będzie sporo wysiłku – oraz dużo zmniejszania i powiększania – żeby na nowo połączyć rodzinę. A wszystko dzięki niesporczakowi – kolejnemu towarzyszowi wyprawy, który natychmiast wpasowuje się w nietypowe stado i służy pomocą w najbardziej krytycznych momentach. Tata znajduje się najprawdopodobniej w jednym z kilku jajek, w których zamknięte są całe krainy. Ale jeśli tak, to wcale nie będzie łatwo do niego dotrzeć. W ogóle nie będzie łatwo. I na tym cała rzecz polega.
Justyna Bednarek stawia na dynamiczną akcję i poczucie humoru – i z tych dwóch składników lepi serię, która – z rysunkami Bartka Brosza – ma szansę podbić świat. Liczy się tu śmiech i nawet jeśli nie ma zbyt dużo fabularnych odnóg, dzieci nie będą mogły się oderwać od lektury. Tu autorka wybiera wyliczanki jako sposób porządkowania wiadomości – najpierw Mirosław w butach z tytanowymi sprężynami musi skoczyć po zapomniane zakupy (a ponieważ w butach wystarczy chwila nieuwagi, żeby trafić w przypadkowe miejsce – pozwiedza trochę świata), później między innym światy z jajek będą się prezentować najmłodszym. Pościg za tatą oznacza w tym wypadku szereg pomysłów, które trzeba będzie wcielić w życie. Autorka wykorzystuje te wynalazki, które już na potrzeby pierwszej części zostały wynalezione – operuje nimi w miarę potrzeb, wiedząc, że nie może przesadzić w tym zakresie, żeby nie ułatwić nadmiernie bohaterom ich misji. Ale czy misja, w której bierze udział niesporczak, może być zwyczajna i prosta?
„Jaja nie z tej ziemi” to druga książka o przygodach Taty w tarapatach – i nie rozczaruje. Podobnie jak pierwsza, to stworzona dla rozrywki nie tylko najmłodszych szalona i bardzo dynamiczna opowieść bazująca na wyobraźni oraz na śmiechu. Tu nie ma mowy o morałach, jedyne, co da się przenieść do zwyczajności odbiorców, to przekonanie, że na rodzinę można liczyć w każdych warunkach i w każdych okolicznościach. Najważniejsza jest akcja i to akcji poświęcone są kolejne pomysły. Przy tak pomysłowych bohaterach (i przy tak odważnej autorce) nie trzeba się bać o tatę, nawet jeśli ten łamie zasady fizyki i przesadza w oddalaniu się od bliskich. W tej rodzinie każdy znajdzie swoje miejsce i spotka się ze zrozumieniem, każdy dostanie to, czego potrzebuje. Miłość dodaje sił, a kreatywność (i wiedza) pozwalają wyjść z każdych tarapatów. A przecież to jeszcze nie koniec przygód. Justyna Bednarek proponuje dzieciom szaloną eskapadę pozbawioną jakichkolwiek granic – zachęci najmłodszych do samodzielnego czytania i pokaże im, dlaczego książki mogą sprawiać przyjemność.
niedziela, 24 sierpnia 2025
Justyna Bednarek: Wypadek na stacji metra
Harperkids, Warszawa 2025.
Emocje
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie opowiadania dla najmłodszych – poznających dopiero litery – składają się w założeniu z jak najprostszych słów (bez dwuznaków) – i z zaledwie maksymalnie dwustu wyrazów. Oznacza to, że na każdej stronie pojawią się jeden albo dwa wersy tekstu, a emocje trzeba będzie zaznaczać znakami interpunkcyjnymi. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że w takich warunkach nie da się stworzyć historii wciągającej i pełnej akcji. Justyna Bednarek wyzwań się nie boi i proponuje najmłodszym odbiorcom „Wypadek na stacji metra”, krótką historię o tym, jak dzięki czujności pani weterynarz (i motorniczego metra, który jednak niewiele może zrobić) ktoś ocaleje. Prowadzenie metra to bardzo przyjemna sprawa, można się delektować kawą – ale łatwo też o tragedię: rozpędzonej maszyny nie da się od razu wyhamować, trzeba zatem przez cały czas obserwować otoczenie. Justyna Bednarek zabiera dzieci do miejsca, które nie wszyscy znają i przedstawia środek transportu dla niektórych jeszcze mocno egzotyczny. Emocje rozbudza za sprawą bohatera zamieszania – kundelka, który podchodzi do krawędzi peronu. Autorka funduje najmłodszym trochę grozy, będzie można zastanawiać się, czy sympatyczny zwierzak ocaleje. Taki zestaw silnych uczuć sprawi, że najmłodsi zechcą czytać tę książkę i ćwiczyć poznawanie liter. Żeby dorośli mogli kontrolować postępy dzieci, do książki dołączony został zestaw naklejek, a na skrzydełku pojawiają się pytania dotyczące znajomości treści. Jak zawsze w cyklu, odbiorcy mają na marginesach opowieści podawane wyrazy rozpisane na litery – nie są to najbardziej skomplikowane, raczej przypadkowo wybrane słowa – tak, żeby poćwiczyć od czasu do czasu.
Diana Karpowicz zajmuje się stroną graficzną – ma tu ważną rolę do odegrania, bo tomiki z pierwszego poziomu serii są picture bookami. Ilustratorka decyduje się na proste kształty i grę kolorami, żeby zaintrygować maluchy, ale też żeby nie odciągać ich uwagi nadmiernie od pracy. Wybiera rysunki nieprzesycone detalami, dając szansę także tym przebodźcowanym dzieciom, które muszą się bardziej napracować nad utrzymaniem koncentracji – ale unika infantylizmu w kresce. Jest to publikacja dobrze przygotowana. Nadaje się dla dzieci, które zaczęły uczyć się czytania – i które teraz powinny jak najwięcej ćwiczyć. Nie otrzymają one naiwnej czytanki, a pełnowartościową opowieść z dużym ładunkiem emocji. „Wypadek na stacji metra” to książeczka, przy której nie trzeba będzie zapraszać do czytania małych fanów sensacji – tu zdarzy się dużo, więc odbiorcy powinni być usatysfakcjonowani. Ta książka wręcz zachęca, żeby po nią sięgnąć – daje szansę podejrzenia niezwykłej sytuacji i sprawdzenia, kto może być prawdziwym bohaterem w dzisiejszych czasach. To opowiastka do przeżywania – a nie tylko do ćwiczenia rozpoznawania liter.
Emocje
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie opowiadania dla najmłodszych – poznających dopiero litery – składają się w założeniu z jak najprostszych słów (bez dwuznaków) – i z zaledwie maksymalnie dwustu wyrazów. Oznacza to, że na każdej stronie pojawią się jeden albo dwa wersy tekstu, a emocje trzeba będzie zaznaczać znakami interpunkcyjnymi. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że w takich warunkach nie da się stworzyć historii wciągającej i pełnej akcji. Justyna Bednarek wyzwań się nie boi i proponuje najmłodszym odbiorcom „Wypadek na stacji metra”, krótką historię o tym, jak dzięki czujności pani weterynarz (i motorniczego metra, który jednak niewiele może zrobić) ktoś ocaleje. Prowadzenie metra to bardzo przyjemna sprawa, można się delektować kawą – ale łatwo też o tragedię: rozpędzonej maszyny nie da się od razu wyhamować, trzeba zatem przez cały czas obserwować otoczenie. Justyna Bednarek zabiera dzieci do miejsca, które nie wszyscy znają i przedstawia środek transportu dla niektórych jeszcze mocno egzotyczny. Emocje rozbudza za sprawą bohatera zamieszania – kundelka, który podchodzi do krawędzi peronu. Autorka funduje najmłodszym trochę grozy, będzie można zastanawiać się, czy sympatyczny zwierzak ocaleje. Taki zestaw silnych uczuć sprawi, że najmłodsi zechcą czytać tę książkę i ćwiczyć poznawanie liter. Żeby dorośli mogli kontrolować postępy dzieci, do książki dołączony został zestaw naklejek, a na skrzydełku pojawiają się pytania dotyczące znajomości treści. Jak zawsze w cyklu, odbiorcy mają na marginesach opowieści podawane wyrazy rozpisane na litery – nie są to najbardziej skomplikowane, raczej przypadkowo wybrane słowa – tak, żeby poćwiczyć od czasu do czasu.
Diana Karpowicz zajmuje się stroną graficzną – ma tu ważną rolę do odegrania, bo tomiki z pierwszego poziomu serii są picture bookami. Ilustratorka decyduje się na proste kształty i grę kolorami, żeby zaintrygować maluchy, ale też żeby nie odciągać ich uwagi nadmiernie od pracy. Wybiera rysunki nieprzesycone detalami, dając szansę także tym przebodźcowanym dzieciom, które muszą się bardziej napracować nad utrzymaniem koncentracji – ale unika infantylizmu w kresce. Jest to publikacja dobrze przygotowana. Nadaje się dla dzieci, które zaczęły uczyć się czytania – i które teraz powinny jak najwięcej ćwiczyć. Nie otrzymają one naiwnej czytanki, a pełnowartościową opowieść z dużym ładunkiem emocji. „Wypadek na stacji metra” to książeczka, przy której nie trzeba będzie zapraszać do czytania małych fanów sensacji – tu zdarzy się dużo, więc odbiorcy powinni być usatysfakcjonowani. Ta książka wręcz zachęca, żeby po nią sięgnąć – daje szansę podejrzenia niezwykłej sytuacji i sprawdzenia, kto może być prawdziwym bohaterem w dzisiejszych czasach. To opowiastka do przeżywania – a nie tylko do ćwiczenia rozpoznawania liter.
czwartek, 12 czerwca 2025
Justyna Bednarek: Tata w tarapatach. Zemsta karalucha
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Wyprawa
Nareszcie pojawiła się na rynku książka – a właściwie seria – która może przekonać dzieci, że czytanie jest ciekawą przygodą. Justyna Bednarek całkowicie bowiem rezygnuje z pouczania odbiorców, tu nie ma mowy o dydaktyzmie, liczy się absurd i humor w stanie czystym – podsycane przez brawurową akcję. Jest tu sympatyczna – ale ekscentryczna – rodzina Wieczorków. Mama ciągle wynajduje nowe sprzęty, zresztą jeśli czegoś potrzebuje, zastanawia się nad tym, jak skonstruować kolejny przedmiot. Maszyny powiększające lub pomniejszające, przyspieszające, ukrywające… wszystko może się przydać w różnych okolicznościach, zwłaszcza podczas pościgów lub… wykręcania się od płacenia mandatów wystawianych przez nadgorliwego funkcjonariusza. Mama poza tym, że realizuje się naukowo, wychowuje czworo dzieci i czworo zwierząt (chociaż nikt tu specjalnego traktowania nie potrzebuje, może poza maleńkim Dydysiem, najmłodszą pociechą Wieczorków). Jedna z córek przejawia zainteresowania związane z wynalazczością, więc może iść w ślady mamy. Z kolei tata bada owady. Gerard Filip jest entomologiem wysokiej klasy, ale istnieje pewien gatunek, który nie pała do niego sympatią. Sporo powodów mają karaluchy do tego, żeby mścić się na Gerardzie Filipie – przynajmniej jeśli zyskają taką możliwość. Na razie Gerard Filip jeszcze nie jest zagrożony, ale wszystko może się zmienić w ułamku sekundy. Na szczęście każde z dzieci jest rezolutne i sprytne, a do tego samodzielne. W związku z tym mogą działać, zamiast rozpaczać. Cała rodzina wyrusza na wyprawę przedziwnym autobusem – naszpikowanym wynalazkami. Ważną rolę w opowieści pełnią też zwierzęta: w rodzinie są kot, pies, chomik oraz… świerszcz. Świerszcz bardzo się przyda, kiedy trzeba będzie relacjonować wydarzenia z poziomu mikro: nikt nie miałby pojęcia, co stało się wśród owadów, na szczęście Anastazja czuwa i jest w stanie nie tylko podzielić się spostrzeżeniami, ale nawet zainterweniować w razie potrzeby.
Justyna Bednarek pisze bardzo wesoło. Proponuje książkę, przy której często będzie można się zachwycać absurdalnym ale logicznym biegiem wydarzeń. Tu nie ma czasu na nudne opisy, ciągle coś się dzieje – a dzieje się niezwykle, barwnie i komicznie. Autorka czerpie z bogatej wyobraźni i nie boi się żadnych, nawet najbardziej dziwnych rozwiązań – potrafi je dobrze uzasadnić i sprawić, że odbiorcy będą chcieli podążać za opowieścią. „Zemsta karalucha” to książka, która nie odnosi się do normalności – ale normalność bohaterów jest zupełnie inna niż rzeczywistość znana czytelnikom. I w związku z tym lektura zamienia się w świetną zabawę. Tę opowieść chce się czytać nie tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, jak uratować tatę z sytuacji bez wyjścia – autorka zresztą zapewnia sobie publiczność na kolejną historię. Seria Tata w tarapatach to zapowiedź czytelniczej przygody w najlepszym gatunku, awanturniczych historii z ciepłą, rodzinną atmosferą i nastawieniem na rozwój. Bohaterowie budzą sympatię i uśmiech jednocześnie, a sama autorka wie doskonale, jak pisać, żeby przyciągać. To jest historia dla dzieci – ale jeśli przypadkiem sięgnie po nią jakiś dorosły, może przypomnieć sobie skojarzenia z najlepszymi książkami z dzieciństwa. Ta książka uczy jednej ważnej rzeczy: radości czytania, bez żadnych dodatkowych warunków.
Wyprawa
Nareszcie pojawiła się na rynku książka – a właściwie seria – która może przekonać dzieci, że czytanie jest ciekawą przygodą. Justyna Bednarek całkowicie bowiem rezygnuje z pouczania odbiorców, tu nie ma mowy o dydaktyzmie, liczy się absurd i humor w stanie czystym – podsycane przez brawurową akcję. Jest tu sympatyczna – ale ekscentryczna – rodzina Wieczorków. Mama ciągle wynajduje nowe sprzęty, zresztą jeśli czegoś potrzebuje, zastanawia się nad tym, jak skonstruować kolejny przedmiot. Maszyny powiększające lub pomniejszające, przyspieszające, ukrywające… wszystko może się przydać w różnych okolicznościach, zwłaszcza podczas pościgów lub… wykręcania się od płacenia mandatów wystawianych przez nadgorliwego funkcjonariusza. Mama poza tym, że realizuje się naukowo, wychowuje czworo dzieci i czworo zwierząt (chociaż nikt tu specjalnego traktowania nie potrzebuje, może poza maleńkim Dydysiem, najmłodszą pociechą Wieczorków). Jedna z córek przejawia zainteresowania związane z wynalazczością, więc może iść w ślady mamy. Z kolei tata bada owady. Gerard Filip jest entomologiem wysokiej klasy, ale istnieje pewien gatunek, który nie pała do niego sympatią. Sporo powodów mają karaluchy do tego, żeby mścić się na Gerardzie Filipie – przynajmniej jeśli zyskają taką możliwość. Na razie Gerard Filip jeszcze nie jest zagrożony, ale wszystko może się zmienić w ułamku sekundy. Na szczęście każde z dzieci jest rezolutne i sprytne, a do tego samodzielne. W związku z tym mogą działać, zamiast rozpaczać. Cała rodzina wyrusza na wyprawę przedziwnym autobusem – naszpikowanym wynalazkami. Ważną rolę w opowieści pełnią też zwierzęta: w rodzinie są kot, pies, chomik oraz… świerszcz. Świerszcz bardzo się przyda, kiedy trzeba będzie relacjonować wydarzenia z poziomu mikro: nikt nie miałby pojęcia, co stało się wśród owadów, na szczęście Anastazja czuwa i jest w stanie nie tylko podzielić się spostrzeżeniami, ale nawet zainterweniować w razie potrzeby.
Justyna Bednarek pisze bardzo wesoło. Proponuje książkę, przy której często będzie można się zachwycać absurdalnym ale logicznym biegiem wydarzeń. Tu nie ma czasu na nudne opisy, ciągle coś się dzieje – a dzieje się niezwykle, barwnie i komicznie. Autorka czerpie z bogatej wyobraźni i nie boi się żadnych, nawet najbardziej dziwnych rozwiązań – potrafi je dobrze uzasadnić i sprawić, że odbiorcy będą chcieli podążać za opowieścią. „Zemsta karalucha” to książka, która nie odnosi się do normalności – ale normalność bohaterów jest zupełnie inna niż rzeczywistość znana czytelnikom. I w związku z tym lektura zamienia się w świetną zabawę. Tę opowieść chce się czytać nie tylko dlatego, żeby dowiedzieć się, jak uratować tatę z sytuacji bez wyjścia – autorka zresztą zapewnia sobie publiczność na kolejną historię. Seria Tata w tarapatach to zapowiedź czytelniczej przygody w najlepszym gatunku, awanturniczych historii z ciepłą, rodzinną atmosferą i nastawieniem na rozwój. Bohaterowie budzą sympatię i uśmiech jednocześnie, a sama autorka wie doskonale, jak pisać, żeby przyciągać. To jest historia dla dzieci – ale jeśli przypadkiem sięgnie po nią jakiś dorosły, może przypomnieć sobie skojarzenia z najlepszymi książkami z dzieciństwa. Ta książka uczy jednej ważnej rzeczy: radości czytania, bez żadnych dodatkowych warunków.
wtorek, 20 maja 2025
Justyna Bednarek: Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym
Harperkids, Warszawa 2025.
Emocje
Dobrą zachętę do czytania dla najmłodszych proponuje Justyna Bednarek. „Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym” to krótka, ale dynamiczna i wypełniona niezwykłymi (chociaż realistycznymi) wydarzeniami książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie. Ten poziom charakteryzuje się absolutnym brakiem dwuznaków – i rygorystyczność w tym zakresie już wiele razy wyprowadzała kolejnych autorów na mielizny, bo w poszukiwaniu słów bez „niebezpiecznych” dla maluchów „sz” „cz” albo „ch” prowadzi oczywiście do sięgania po synonimy. Problem w tym, że owe synonimy często są mniej przez dzieci kojarzone i automatycznie przez to trudniejsze do przeczytania niż wyrazy powszechnie spotykane, za to z groźnymi dwuznakami. Warto byłoby trochę zastanowić się nad tą strategią – bo faktycznie często utrudnia tekst zamiast go upraszczać.
Najmłodsi, ci, którzy dopiero poznają litery i mają ćwiczyć czytanie, otrzymują potężną już serię tomików, spośród których mogą wybrać najbardziej atrakcyjne dla siebie gatunki i tematy. Justyna Bednarek ma wielką szansę na zdobycie popularności wśród małych odbiorców – oto bowiem decyduje się na historię o duchach, przynajmniej w założeniu, bo prawdziwego ducha tu nie będzie i zupełnie nie ma się czego bać – ale wabik, i to potężny, istnieje. Duch robi wszystkim mieszkańcom psikusy – pewnego bohatera nawet klepie w pupę, co bardzo rozśmieszy czytelników. Ale tak dłużej być nie może, trzeba sobie poradzić z problemem i w tym celu bohaterowie konstruują pułapkę. A właściwie – zjawołapkę. I chociaż Justyna Bednarek prowadzi narrację dynamiczną i interesującą, jeden zwrot budzi wątpliwości: czy naprawdę dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, poradzą sobie ze stroną, na której bohaterowie zainstalowali zjawołapkę? To może być wyzwanie zniechęcające do lektury – zwłaszcza że kiedy na marginesach pojawiają się literowane słowa, nie ma tam aż tak skomplikowanych.
Na szczęście w pozostałej części tomiku takich wyzwań już nie ma, czyta się to całkiem dobrze (pod koniec znajduje się – rzecz jasna – zestaw naklejek i pytań kontrolnych), ogląda się również znakomicie dzięki dobrym ilustracjom. Autorka bajki stawia na nieoczekiwaną puentę, nikt nie da rady przed czasem domyślić się finału, a to, kim faktycznie była zjawa, zaskoczy każdego – i rozśmieszy przy okazji. Jest to tomik niewielki, za to wypełniony akcją tak, że dzieci nie będą chciały się od lektury oderwać. Uda się je przekonać, że warto czytać książki i że to bardzo przyjemna rozrywka, która w dodatku nie tylko mówi coś ciekawego o świecie, ale też może rozśmieszyć. To jedna z lepszych pozycji w serii Czytam sobie – na pierwszym poziomie cyklu. Warto podsunąć ją dzieciom – dzięki temu polubią czytanie i nie zauważą wysiłku wkładanego w ćwiczenie go.
Emocje
Dobrą zachętę do czytania dla najmłodszych proponuje Justyna Bednarek. „Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym” to krótka, ale dynamiczna i wypełniona niezwykłymi (chociaż realistycznymi) wydarzeniami książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie. Ten poziom charakteryzuje się absolutnym brakiem dwuznaków – i rygorystyczność w tym zakresie już wiele razy wyprowadzała kolejnych autorów na mielizny, bo w poszukiwaniu słów bez „niebezpiecznych” dla maluchów „sz” „cz” albo „ch” prowadzi oczywiście do sięgania po synonimy. Problem w tym, że owe synonimy często są mniej przez dzieci kojarzone i automatycznie przez to trudniejsze do przeczytania niż wyrazy powszechnie spotykane, za to z groźnymi dwuznakami. Warto byłoby trochę zastanowić się nad tą strategią – bo faktycznie często utrudnia tekst zamiast go upraszczać.
Najmłodsi, ci, którzy dopiero poznają litery i mają ćwiczyć czytanie, otrzymują potężną już serię tomików, spośród których mogą wybrać najbardziej atrakcyjne dla siebie gatunki i tematy. Justyna Bednarek ma wielką szansę na zdobycie popularności wśród małych odbiorców – oto bowiem decyduje się na historię o duchach, przynajmniej w założeniu, bo prawdziwego ducha tu nie będzie i zupełnie nie ma się czego bać – ale wabik, i to potężny, istnieje. Duch robi wszystkim mieszkańcom psikusy – pewnego bohatera nawet klepie w pupę, co bardzo rozśmieszy czytelników. Ale tak dłużej być nie może, trzeba sobie poradzić z problemem i w tym celu bohaterowie konstruują pułapkę. A właściwie – zjawołapkę. I chociaż Justyna Bednarek prowadzi narrację dynamiczną i interesującą, jeden zwrot budzi wątpliwości: czy naprawdę dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, poradzą sobie ze stroną, na której bohaterowie zainstalowali zjawołapkę? To może być wyzwanie zniechęcające do lektury – zwłaszcza że kiedy na marginesach pojawiają się literowane słowa, nie ma tam aż tak skomplikowanych.
Na szczęście w pozostałej części tomiku takich wyzwań już nie ma, czyta się to całkiem dobrze (pod koniec znajduje się – rzecz jasna – zestaw naklejek i pytań kontrolnych), ogląda się również znakomicie dzięki dobrym ilustracjom. Autorka bajki stawia na nieoczekiwaną puentę, nikt nie da rady przed czasem domyślić się finału, a to, kim faktycznie była zjawa, zaskoczy każdego – i rozśmieszy przy okazji. Jest to tomik niewielki, za to wypełniony akcją tak, że dzieci nie będą chciały się od lektury oderwać. Uda się je przekonać, że warto czytać książki i że to bardzo przyjemna rozrywka, która w dodatku nie tylko mówi coś ciekawego o świecie, ale też może rozśmieszyć. To jedna z lepszych pozycji w serii Czytam sobie – na pierwszym poziomie cyklu. Warto podsunąć ją dzieciom – dzięki temu polubią czytanie i nie zauważą wysiłku wkładanego w ćwiczenie go.
poniedziałek, 25 marca 2024
Justyna Bednarek: Pan Pit i jego kwiatek
Harperkids, Warszawa 2024.
Odkrycie
Jest tu bohater, który daje się lubić – bo ma swoje wielkie marzenie, do spełnienia którego dąży. Pan Pit to biolog amator, który poszukuje nowych odmian stokrotek. Zna mnóstwo gatunków roślin i wciąż odkrywa kolejne, tworzy własne zielniki i pisze artykuły do gazet – swoją pasją dzieli się z całym światem. Pan Pit wynajmuje pokój w starym pałacu, a nocami przez lornetkę obserwuje lisa. Kiedy zasypia – śni o nagrodach i odznaczeniach za swoje botaniczne odkrycia. Pan Pit to postać bajkowa w każdym calu, nikt nie dostrzeże w nim dorosłego – raczej dziecko, które w ciele dorosłego człowieka nigdy nie dorośnie. Jednak pan Pit ma także swoje tajemnice – nikt nie wie, kto poza nim mieszka w pałacu, a także – kto dokarmia wszystkie zwierzęta pojawiające się w najbliższej okolicy. To coś, co ma zaintrygować dzieci. Justyna Bednarek wprowadza tu jeszcze drugą postać, która bardzo przydaje się w momencie, kiedy panu Pitowi potrzebny będzie ratunek. Bo poszukiwanie wyjątkowych okazów botanicznych wcale nie jest takie bezpieczne, jak mogłoby się wydawać – czasami zdarzają się tu prawdziwe pułapki i problemy, jakich nie przewidzi żaden amator pięknych i małych kwiatków. „Pan Pit i jego kwiatek” to bajka, czytanka na drugim poziomie serii Czytam sobie – i historyjka, która jest wzorowana na kreskówkach. Bohater jest tutaj wyrazisty i zabawny, zachowuje się tak, by bez trudu trafić do przekonania maluchom. Pan Pit nie odnalazłby się za dobrze w prawdziwym świecie – ale w bajkowym jego odpowiedniku radzi sobie doskonale. Przynajmniej do czasu. Justyna Bednarek dzieci chce zachęcić do czytania przede wszystkim humorem i tempem opowieści – przedstawia akcję tak, by zaangażować kilkulatki i zaintrygować charakterem postaci. Nie ma tu zwyczajnych wydarzeń, kopiowania normalnego życia – to wszystko, co rozgrywa się w przestrzeni pana Pita, jest egzotyczne i dziwne, inne i przez tę inność jakoś kuszące, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie próbuje emocjami przyciągnąć najmłodszych do lektury. Wystarcza jej dziwność bohatera i jego radość w obliczu kolejnych odkryć związanych z roślinami. Świat badaczy nigdy nie był dla maluchów atrakcyjny – tutaj jednak pan Pit wymyka się schematom i udowadnia, że może swoim podobieństwem do kilkulatków zaintrygować.
Co ciekawe, sam pomysł na czytankę mocno utrudnia warstwę narracyjną – jeśli sięga się po tę książeczkę dla ćwiczenia czytania, trzeba się nastawić na wyrazy niecodzienne i nieistniejące jeszcze w słowniku najmłodszych (najem pokoju, stosowne kwoty czy dumanie to nie sformułowania, które dzieci od razu rozszyfrują). Na szczęście uwagę od wysiłku odwracać będzie sama przygoda – konieczność kibicowania panu Pitowi w zachowaniach prowadzących do… uratowania nosa. Justyna Bednarek decyduje się na absurdalne scenki i na rozśmieszanie odbiorców, poszukuje w odejściu od realizmu szansy na przekonanie dzieci do czytania. Botaniczna opowieść ilustrowana jest przez Magdę Kozieł-Nowak, która lubuje się w szczegółach i dba o atrakcyjne kształty roślin zbieranych przez miłośnika stokrotek, pana Pita. Jest to książeczka o niewymuszonej narracji, nietypowa przez imitowanie rzeczywistości w bajkowej formie.
Odkrycie
Jest tu bohater, który daje się lubić – bo ma swoje wielkie marzenie, do spełnienia którego dąży. Pan Pit to biolog amator, który poszukuje nowych odmian stokrotek. Zna mnóstwo gatunków roślin i wciąż odkrywa kolejne, tworzy własne zielniki i pisze artykuły do gazet – swoją pasją dzieli się z całym światem. Pan Pit wynajmuje pokój w starym pałacu, a nocami przez lornetkę obserwuje lisa. Kiedy zasypia – śni o nagrodach i odznaczeniach za swoje botaniczne odkrycia. Pan Pit to postać bajkowa w każdym calu, nikt nie dostrzeże w nim dorosłego – raczej dziecko, które w ciele dorosłego człowieka nigdy nie dorośnie. Jednak pan Pit ma także swoje tajemnice – nikt nie wie, kto poza nim mieszka w pałacu, a także – kto dokarmia wszystkie zwierzęta pojawiające się w najbliższej okolicy. To coś, co ma zaintrygować dzieci. Justyna Bednarek wprowadza tu jeszcze drugą postać, która bardzo przydaje się w momencie, kiedy panu Pitowi potrzebny będzie ratunek. Bo poszukiwanie wyjątkowych okazów botanicznych wcale nie jest takie bezpieczne, jak mogłoby się wydawać – czasami zdarzają się tu prawdziwe pułapki i problemy, jakich nie przewidzi żaden amator pięknych i małych kwiatków. „Pan Pit i jego kwiatek” to bajka, czytanka na drugim poziomie serii Czytam sobie – i historyjka, która jest wzorowana na kreskówkach. Bohater jest tutaj wyrazisty i zabawny, zachowuje się tak, by bez trudu trafić do przekonania maluchom. Pan Pit nie odnalazłby się za dobrze w prawdziwym świecie – ale w bajkowym jego odpowiedniku radzi sobie doskonale. Przynajmniej do czasu. Justyna Bednarek dzieci chce zachęcić do czytania przede wszystkim humorem i tempem opowieści – przedstawia akcję tak, by zaangażować kilkulatki i zaintrygować charakterem postaci. Nie ma tu zwyczajnych wydarzeń, kopiowania normalnego życia – to wszystko, co rozgrywa się w przestrzeni pana Pita, jest egzotyczne i dziwne, inne i przez tę inność jakoś kuszące, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie próbuje emocjami przyciągnąć najmłodszych do lektury. Wystarcza jej dziwność bohatera i jego radość w obliczu kolejnych odkryć związanych z roślinami. Świat badaczy nigdy nie był dla maluchów atrakcyjny – tutaj jednak pan Pit wymyka się schematom i udowadnia, że może swoim podobieństwem do kilkulatków zaintrygować.
Co ciekawe, sam pomysł na czytankę mocno utrudnia warstwę narracyjną – jeśli sięga się po tę książeczkę dla ćwiczenia czytania, trzeba się nastawić na wyrazy niecodzienne i nieistniejące jeszcze w słowniku najmłodszych (najem pokoju, stosowne kwoty czy dumanie to nie sformułowania, które dzieci od razu rozszyfrują). Na szczęście uwagę od wysiłku odwracać będzie sama przygoda – konieczność kibicowania panu Pitowi w zachowaniach prowadzących do… uratowania nosa. Justyna Bednarek decyduje się na absurdalne scenki i na rozśmieszanie odbiorców, poszukuje w odejściu od realizmu szansy na przekonanie dzieci do czytania. Botaniczna opowieść ilustrowana jest przez Magdę Kozieł-Nowak, która lubuje się w szczegółach i dba o atrakcyjne kształty roślin zbieranych przez miłośnika stokrotek, pana Pita. Jest to książeczka o niewymuszonej narracji, nietypowa przez imitowanie rzeczywistości w bajkowej formie.
wtorek, 19 września 2023
Justyna Bednarek: Rycerka Rozalka
Harperkids, Warszawa 2023.
Spryt
Na pohybel stereotypom tworzy Justyna Bednarek tomik na pierwszym poziomie serii Czytam sobie - "Rycerka Rozalka" to z jednej strony lektura dla dzieci, które uczą się dopiero czytania i rozpoznawania liter - z drugiej jednak także propozycja dla tych, które potrzebują ćwiczeń logopedycznych. W Pampadelii źle się dzieje: smok pożera owce i krowy (właściwie zjada, nie może pożerać, bo na pierwszym poziomie serii nie ma mowy o innych niż podstawowe głoskach, nawet jeśli ucierpi na tym ładunek emocjonalny w tomiku). Władca jest bezradny, ale jego córka, Rozalka, obmyśla śmiały plan: wie, jak przechytrzyć smoka, potrzebuje tylko trochę przysmaków, żeby zrealizować swój pomysł. Żaden woj nie radzi sobie z wyzwaniem, trzeba tu dziewczynki - sprytnej i odważnej. Rozalka marzy o karierze rycerskiej, przynajmniej - kiedy trzeba stawić czoła prawdziwemu niebezpieczeństwu, nie zamierza uciekać. W związku z tym Justyna Bednarek rozbija schematy: pokazuje, że płeć piękna też może być dzielna i może uratować gród przed smokiem. Co ciekawe, nie trzeba tu metod rodem z przygód szewczyka Dratewki - smok wcale nie jest aż tak straszny, jak mogło się na początku wydawać - da się z nim ponegocjować, oczywiście wtedy, kiedy znajdzie się ktoś, kto podejmie takie wyzwanie.
Pierwszy poziom serii Czytam sobie charakteryzuje się dominacją warstwy graficznej nad tekstową - tekst to maksymalnie trzywersowe podpisy pod dużymi ilustracjami. Justyna Bednarek stara się, żeby akcja zafascynowała dzieci i żeby je wciągnęła: Rozalka to bohaterka, która budzi sympatię od początku: złote sukienki i pantofle z diamentami wcale jej nie satysfakcjonują, tu chodzi o coś ciekawszego. Kolejni wzywani przez władcę wojowie nie radzą sobie ze smokiem - nie wiedzą, jak go pokonać, co budzi śmiech (zwłaszcza kiedy rycerz nabija sobie guza, bo smok na niego warknął - takie wstawki to niespodzianka dla małych odbiorców i szansa na przekonanie ich do czytania za sprawą humoru). I znowu wychodzi na jaw problem płynący z braku możliwości stosowania dwuznaków czy głosek spoza zestawu - Rozalka musi posługiwać się rapierem i musi przywdziać ubranko (chociaż kompletnie nie pasuje to do stylu narracji). Groźny smok "bryka" (co nie brzmi specjalnie przerażająco) - nie ma tu jednak zwrotów, które zniechęcałyby do czytania, można śmiało zagłębić się w lekturę, sprawdzać, co Justyna Bednarek ma do przedstawienia - dzieci nie pożałują, że zajrzały do takiej książki. "Rycerka Rozalka" to rozbicie skostniałych przekonań i zasad - a jednocześnie realizacja wytycznych z literatury czwartej. Mała bohaterka jest w stanie poradzić sobie z problemem, którego inni nie umieli rozwiązać, samodzielnie znajduje rozwiązanie i do tego wie jeszcze, jak wprowadzić je w życie. Pomaga też w pozytywnym nastawieniu do książki bezkrwawe rozprawienie się ze smokiem: to pomysł wart uwagi. "Rycerka Rozalka" to tomik klasyczny w duchu, stworzony zgodnie z regułami książek przygodowych dla najmłodszych - choć tekstu jest tu jak na lekarstwo, dzieci nie będą się nudzić, a wciągną się w akcję.
Spryt
Na pohybel stereotypom tworzy Justyna Bednarek tomik na pierwszym poziomie serii Czytam sobie - "Rycerka Rozalka" to z jednej strony lektura dla dzieci, które uczą się dopiero czytania i rozpoznawania liter - z drugiej jednak także propozycja dla tych, które potrzebują ćwiczeń logopedycznych. W Pampadelii źle się dzieje: smok pożera owce i krowy (właściwie zjada, nie może pożerać, bo na pierwszym poziomie serii nie ma mowy o innych niż podstawowe głoskach, nawet jeśli ucierpi na tym ładunek emocjonalny w tomiku). Władca jest bezradny, ale jego córka, Rozalka, obmyśla śmiały plan: wie, jak przechytrzyć smoka, potrzebuje tylko trochę przysmaków, żeby zrealizować swój pomysł. Żaden woj nie radzi sobie z wyzwaniem, trzeba tu dziewczynki - sprytnej i odważnej. Rozalka marzy o karierze rycerskiej, przynajmniej - kiedy trzeba stawić czoła prawdziwemu niebezpieczeństwu, nie zamierza uciekać. W związku z tym Justyna Bednarek rozbija schematy: pokazuje, że płeć piękna też może być dzielna i może uratować gród przed smokiem. Co ciekawe, nie trzeba tu metod rodem z przygód szewczyka Dratewki - smok wcale nie jest aż tak straszny, jak mogło się na początku wydawać - da się z nim ponegocjować, oczywiście wtedy, kiedy znajdzie się ktoś, kto podejmie takie wyzwanie.
Pierwszy poziom serii Czytam sobie charakteryzuje się dominacją warstwy graficznej nad tekstową - tekst to maksymalnie trzywersowe podpisy pod dużymi ilustracjami. Justyna Bednarek stara się, żeby akcja zafascynowała dzieci i żeby je wciągnęła: Rozalka to bohaterka, która budzi sympatię od początku: złote sukienki i pantofle z diamentami wcale jej nie satysfakcjonują, tu chodzi o coś ciekawszego. Kolejni wzywani przez władcę wojowie nie radzą sobie ze smokiem - nie wiedzą, jak go pokonać, co budzi śmiech (zwłaszcza kiedy rycerz nabija sobie guza, bo smok na niego warknął - takie wstawki to niespodzianka dla małych odbiorców i szansa na przekonanie ich do czytania za sprawą humoru). I znowu wychodzi na jaw problem płynący z braku możliwości stosowania dwuznaków czy głosek spoza zestawu - Rozalka musi posługiwać się rapierem i musi przywdziać ubranko (chociaż kompletnie nie pasuje to do stylu narracji). Groźny smok "bryka" (co nie brzmi specjalnie przerażająco) - nie ma tu jednak zwrotów, które zniechęcałyby do czytania, można śmiało zagłębić się w lekturę, sprawdzać, co Justyna Bednarek ma do przedstawienia - dzieci nie pożałują, że zajrzały do takiej książki. "Rycerka Rozalka" to rozbicie skostniałych przekonań i zasad - a jednocześnie realizacja wytycznych z literatury czwartej. Mała bohaterka jest w stanie poradzić sobie z problemem, którego inni nie umieli rozwiązać, samodzielnie znajduje rozwiązanie i do tego wie jeszcze, jak wprowadzić je w życie. Pomaga też w pozytywnym nastawieniu do książki bezkrwawe rozprawienie się ze smokiem: to pomysł wart uwagi. "Rycerka Rozalka" to tomik klasyczny w duchu, stworzony zgodnie z regułami książek przygodowych dla najmłodszych - choć tekstu jest tu jak na lekarstwo, dzieci nie będą się nudzić, a wciągną się w akcję.
poniedziałek, 20 marca 2023
Justyna Bednarek: Wyspa pirata Protazego
Harperkids, Warszawa 2023.
Koszty
Justyna Bednarek bawi się bajkową postacią - sięga po motywy piratów i syren, żeby połączyć ich w jednej opowieści, nieco edukacyjnej, a służącej do ćwiczenia czytania - na drugim poziomie serii Czytam sobie (czyli dla dzieci, które już trochę nauczyły się rozpoznawania liter, ale jeszcze są za mało wprawione w śledzeniu dłuższych tekstów). Justyna Bednarek rozpisuje opowieść na kolejne strony z obrazkami, zajmuje zaledwie po kilka wersów na każdej stronie, ale dzieci mogą dać się wciągnąć w tę historię i podążać za postaciami - a także wyciągać wnioski z ich przygód. Justyna Bednarek, żeby nie nudzić, próbuje wytrącić odbiorców ze schematów doskonale im znanych. I tak pirat, który dzisiaj jest prawdziwym piratem z opaską na oku (i napadającym statki, chociaż papugi nie ma, robi to ze specjalnym psem), kiedyś zajmował się uprawianiem roślin doniczkowych. W zupełnie innym życiu nie miał nic wspólnego z morskimi opowieściami, co czyni go bohaterem znacznie bardziej efektownym. Tak samo zresztą jest z piratką - kobiecym postrachem mórz i oceanów. W tej opowieści znalazła się jeszcze syrenka: podwodna piękność, która trafia do pirata Protazego i zaczyna mieszkać w jego basenie. Pirat dość szybko przekonuje się, że syrenka jest roszczeniowa i trudna w utrzymaniu - wymaga kolejnych prezentów i podarków. Ponieważ bohater zakochuje się w niej, jest w stanie sporo poświęcić i oddać, zupełnie jak nie pirat. Syrenka nie zwraca na to uwagi: przywykła do atencji i uważa, że wszystkie skarby po prostu jej się należą. Żąda kolejnych cennych przedmiotów - aż w końcu pirat orientuje się, że nie ma już swoich skarbów. I to moment do wprowadzenia w życie zupełnie innego niespodziewanego planu.
"Wyspa pirata Protazeego" to zabawna historyjka z codzienności pirackiej i dotycząca niefortunnego uczucia. Justyna Bednarek bawi się stereotypami i wprowadza specyficzne ostrzeżenie dla odbiorców: kto wpadnie w sidła toksycznej miłości, tego wyzwolić może jedynie prawdziwe uczucie. Wprawdzie ten wniosek wysnuć z lektury mogą raczej dorośli (a tomik przeznaczony jest do samodzielnego czytania przez dzieci), ale i najmłodsi zauważą, że zachowanie syrenki jest mocno nie w porządku. Przez to, że autorka łamie schematy: zamiast dobrej dziewczyny i złego pirata jest tu czarny charakter - niewinnie wyglądająca syrenka, a ten, kto miał funkcjonować jako zły, w gruncie rzeczy jest idealnym kandydatem na ojca - wielu odbiorców wciągnie się w lekturę. Chodzi też o to, żeby najmłodsi mogli bez większych przeszkód wciągnąć się w opowieść i śledzić ją. Justyna Bednarek radzi sobie całkiem dobrze z prowadzeniem opowieści, chociaż zdarzają się tu welurowy futerał, nostalgia i ryglowanie - jednak da się to wytrzymać. Ta bajka jest zabawna na tyle, żeby przyciągnąć dzieci i przekonać je, że warto nauczyć się czytać i później czerpać radość z podobnych historii. Justyna Bednarek wpisuje się zatem z książeczką do grona autorów tworzących w ramach cyklu Czytam sobie - i rozbudzających wyobraźnię najmłodszych.
Koszty
Justyna Bednarek bawi się bajkową postacią - sięga po motywy piratów i syren, żeby połączyć ich w jednej opowieści, nieco edukacyjnej, a służącej do ćwiczenia czytania - na drugim poziomie serii Czytam sobie (czyli dla dzieci, które już trochę nauczyły się rozpoznawania liter, ale jeszcze są za mało wprawione w śledzeniu dłuższych tekstów). Justyna Bednarek rozpisuje opowieść na kolejne strony z obrazkami, zajmuje zaledwie po kilka wersów na każdej stronie, ale dzieci mogą dać się wciągnąć w tę historię i podążać za postaciami - a także wyciągać wnioski z ich przygód. Justyna Bednarek, żeby nie nudzić, próbuje wytrącić odbiorców ze schematów doskonale im znanych. I tak pirat, który dzisiaj jest prawdziwym piratem z opaską na oku (i napadającym statki, chociaż papugi nie ma, robi to ze specjalnym psem), kiedyś zajmował się uprawianiem roślin doniczkowych. W zupełnie innym życiu nie miał nic wspólnego z morskimi opowieściami, co czyni go bohaterem znacznie bardziej efektownym. Tak samo zresztą jest z piratką - kobiecym postrachem mórz i oceanów. W tej opowieści znalazła się jeszcze syrenka: podwodna piękność, która trafia do pirata Protazego i zaczyna mieszkać w jego basenie. Pirat dość szybko przekonuje się, że syrenka jest roszczeniowa i trudna w utrzymaniu - wymaga kolejnych prezentów i podarków. Ponieważ bohater zakochuje się w niej, jest w stanie sporo poświęcić i oddać, zupełnie jak nie pirat. Syrenka nie zwraca na to uwagi: przywykła do atencji i uważa, że wszystkie skarby po prostu jej się należą. Żąda kolejnych cennych przedmiotów - aż w końcu pirat orientuje się, że nie ma już swoich skarbów. I to moment do wprowadzenia w życie zupełnie innego niespodziewanego planu.
"Wyspa pirata Protazeego" to zabawna historyjka z codzienności pirackiej i dotycząca niefortunnego uczucia. Justyna Bednarek bawi się stereotypami i wprowadza specyficzne ostrzeżenie dla odbiorców: kto wpadnie w sidła toksycznej miłości, tego wyzwolić może jedynie prawdziwe uczucie. Wprawdzie ten wniosek wysnuć z lektury mogą raczej dorośli (a tomik przeznaczony jest do samodzielnego czytania przez dzieci), ale i najmłodsi zauważą, że zachowanie syrenki jest mocno nie w porządku. Przez to, że autorka łamie schematy: zamiast dobrej dziewczyny i złego pirata jest tu czarny charakter - niewinnie wyglądająca syrenka, a ten, kto miał funkcjonować jako zły, w gruncie rzeczy jest idealnym kandydatem na ojca - wielu odbiorców wciągnie się w lekturę. Chodzi też o to, żeby najmłodsi mogli bez większych przeszkód wciągnąć się w opowieść i śledzić ją. Justyna Bednarek radzi sobie całkiem dobrze z prowadzeniem opowieści, chociaż zdarzają się tu welurowy futerał, nostalgia i ryglowanie - jednak da się to wytrzymać. Ta bajka jest zabawna na tyle, żeby przyciągnąć dzieci i przekonać je, że warto nauczyć się czytać i później czerpać radość z podobnych historii. Justyna Bednarek wpisuje się zatem z książeczką do grona autorów tworzących w ramach cyklu Czytam sobie - i rozbudzających wyobraźnię najmłodszych.
piątek, 24 grudnia 2021
Justyna Bednarek: Dusia i Psinek-Świnek. Zwierzątko do kochania
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Niezły bigos
Oto temat, który nigdy się nie znudzi. Ale tomik Justyny Bednarek "Dusia i Psinek-Świnek. Zwierzątko do kochania" nie służy uruchamianiu lawiny próśb ze strony najmłodszych. Wręcz przeciwnie: autorka prosto i przekonująco tłumaczy, że nie zawsze można przygarnąć zwierzaka, co nie znaczy, że należy zrezygnować ze zwierzątka do kochania. W fabule samowyzwalaczem jest sen: Dusia marzy o puchatym blabladorze, z którym hasałaby po łąkach. Rano kompletnie nie ma humoru - nastrój poprawiłby jej wyłącznie czworonożny towarzysz, co wywołuje zazdrość Psinka-Świnka (swoją drogą, genialna ilustracja Marty Kurczewskiej, przedstawiająca sfochowaną maskotkę pozwoli trochę rozładować emocje i przyjrzeć się wszystkiemu z dystansu). Temat znajduje kontynuację w życiu: pod przedszkolem dzieci znajdują podrzuconego szczeniaka. Każdy przedszkolak, bez względu na warunki domowe lub ich brak, zgłasza chęć opiekowania się zwierzęciem, na szczęście przedszkolanka ma najlepsze rozwiązanie niełatwej sytuacji.
Dzieci z pewnością mają pełen przegląd argumentów, dlaczego rodzice nie zgodzą się na psa. Od obowiązków - spacerów czy sprzątania, przez koszty utrzymania aż po problemy zdrowotne. Justyna Bednarek wybiera sobie inny temat, a w dodatku daje odbiorcom możliwości samodzielnego odkrywania go. Kiedy przedszkolaki leżakują, pojawia się obowiązkowa w cyklu opowieść z czerwonego zaczarowanego czajnika. Psinek-Świnek spotyka tu swoich bajkowych znajomych oraz wyobraźniową wersję problemu zwierzątka do kochania. Motyw został tu wyjaśniony i skarykaturalizowany bardzo pomysłowo, przez wymianę gatunków. Osioł zamierza przygarnąć dżdżownicę, dżdżownica uważa, że to osioł powinien zamieszkać u niej i być jej zwierzątkiem do kochania. Oboje nie potrafią się ze sobą dogadać, jedynie Psinek-Świnek ma ogląd całości i rozumie sytuację. Bohaterowie dochodzą do wniosku, że czasem mimo silnego uczucia można - lub trzeba - żyć oddzielnie. Ludzkie rozwiązanie przynosi mama Dusi: informuje, co zrobią, żeby Dusia mogła zaspokoić potrzebę przebywania z psami. To rozwiązanie nie ma wad prezentowanych przeważnie przez rodziców. Do tego autorka kilka razy zwraca uwagę na temat schronisk - i zwierząt, które potrzebują pomocy.
"Zwierzątko do kochania" to publikacja idealna. Rodzicom pomoże w wyjaśnieniu własnego podejścia do potrzeb dziecka. Uświadomi maluchom, że nie zawsze da się spełnić marzenie o własnym czworonogu - a nie zignoruje takiego pragnienia. Rozbudza ciekawość i wyobraźnię (można wykorzystać tomik również do pokazania dzieciom, dlaczego warto chodzić do przedszkola). Pojawia się tu subtelny humor i zestaw przygód realistycznych w połączeniu z dobrą wstawką bajkową. Ilustracje Marty Kurczewskiej podkreślają cały wachlarz emocji w pełni zrozumiałych dla najmłodszych. Tutaj łatwo będzie wciągnąć dzieci w akcję, bo też i temat jest im bliski. Da się zachęcić odbiorców do samodzielnego czytania bez większego wysiłku - każdy będzie szukać wskazówek, co zrobić, żeby spełnić swoje marzenia. Justyna Bednarek stworzyła książkę cenną i ciekawą. Sięgnęła po temat ważny z perspektywy maluchów i ich rodziców. Przyciągnie na pewno małych fanów serii, ale do tego również nowych czytelników - tych, którzy właśnie wkraczają w etap zwierzątka do kochania.
Niezły bigos
Oto temat, który nigdy się nie znudzi. Ale tomik Justyny Bednarek "Dusia i Psinek-Świnek. Zwierzątko do kochania" nie służy uruchamianiu lawiny próśb ze strony najmłodszych. Wręcz przeciwnie: autorka prosto i przekonująco tłumaczy, że nie zawsze można przygarnąć zwierzaka, co nie znaczy, że należy zrezygnować ze zwierzątka do kochania. W fabule samowyzwalaczem jest sen: Dusia marzy o puchatym blabladorze, z którym hasałaby po łąkach. Rano kompletnie nie ma humoru - nastrój poprawiłby jej wyłącznie czworonożny towarzysz, co wywołuje zazdrość Psinka-Świnka (swoją drogą, genialna ilustracja Marty Kurczewskiej, przedstawiająca sfochowaną maskotkę pozwoli trochę rozładować emocje i przyjrzeć się wszystkiemu z dystansu). Temat znajduje kontynuację w życiu: pod przedszkolem dzieci znajdują podrzuconego szczeniaka. Każdy przedszkolak, bez względu na warunki domowe lub ich brak, zgłasza chęć opiekowania się zwierzęciem, na szczęście przedszkolanka ma najlepsze rozwiązanie niełatwej sytuacji.
Dzieci z pewnością mają pełen przegląd argumentów, dlaczego rodzice nie zgodzą się na psa. Od obowiązków - spacerów czy sprzątania, przez koszty utrzymania aż po problemy zdrowotne. Justyna Bednarek wybiera sobie inny temat, a w dodatku daje odbiorcom możliwości samodzielnego odkrywania go. Kiedy przedszkolaki leżakują, pojawia się obowiązkowa w cyklu opowieść z czerwonego zaczarowanego czajnika. Psinek-Świnek spotyka tu swoich bajkowych znajomych oraz wyobraźniową wersję problemu zwierzątka do kochania. Motyw został tu wyjaśniony i skarykaturalizowany bardzo pomysłowo, przez wymianę gatunków. Osioł zamierza przygarnąć dżdżownicę, dżdżownica uważa, że to osioł powinien zamieszkać u niej i być jej zwierzątkiem do kochania. Oboje nie potrafią się ze sobą dogadać, jedynie Psinek-Świnek ma ogląd całości i rozumie sytuację. Bohaterowie dochodzą do wniosku, że czasem mimo silnego uczucia można - lub trzeba - żyć oddzielnie. Ludzkie rozwiązanie przynosi mama Dusi: informuje, co zrobią, żeby Dusia mogła zaspokoić potrzebę przebywania z psami. To rozwiązanie nie ma wad prezentowanych przeważnie przez rodziców. Do tego autorka kilka razy zwraca uwagę na temat schronisk - i zwierząt, które potrzebują pomocy.
"Zwierzątko do kochania" to publikacja idealna. Rodzicom pomoże w wyjaśnieniu własnego podejścia do potrzeb dziecka. Uświadomi maluchom, że nie zawsze da się spełnić marzenie o własnym czworonogu - a nie zignoruje takiego pragnienia. Rozbudza ciekawość i wyobraźnię (można wykorzystać tomik również do pokazania dzieciom, dlaczego warto chodzić do przedszkola). Pojawia się tu subtelny humor i zestaw przygód realistycznych w połączeniu z dobrą wstawką bajkową. Ilustracje Marty Kurczewskiej podkreślają cały wachlarz emocji w pełni zrozumiałych dla najmłodszych. Tutaj łatwo będzie wciągnąć dzieci w akcję, bo też i temat jest im bliski. Da się zachęcić odbiorców do samodzielnego czytania bez większego wysiłku - każdy będzie szukać wskazówek, co zrobić, żeby spełnić swoje marzenia. Justyna Bednarek stworzyła książkę cenną i ciekawą. Sięgnęła po temat ważny z perspektywy maluchów i ich rodziców. Przyciągnie na pewno małych fanów serii, ale do tego również nowych czytelników - tych, którzy właśnie wkraczają w etap zwierzątka do kochania.
sobota, 22 maja 2021
Justyna Bednarek: Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Superbohaterka
Nietypowa jest ta publikacja i warto do niej przekonywać odbiorców, bo być może nie zdecydowaliby się na taki wybór lekturowy sami z siebie zwłaszcza dzisiaj, kiedy religijne tematy w dyskursie publicznym zyskują złą sławę. "Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej" to jednak nie komentarze katechetyczne, a ludowe bajania i wierzenia powiązane ze zjawiskami przyrodniczymi - w sam raz dla miłośników dawnych gawęd i opowieści przedstawianych przez babcie. Nie ma tu ani nachalnego kaznodziejstwa, ani nawet podkreślania katolickich tematów: dość wspomnieć, że Jezus pojawia się jako niesforny syn, który potrafi się żywić kanapkami zamiast zjeść obiad. To nawet nie apokryfy, a zabawy na motywach najbardziej prostych dawnych - dzisiaj przebrzmiałych - wierzeń ludowych, funkcjonujące na prawach zwykłych fabuł. Justyna Bednarek rezygnuje ze zbierania historii przodków: czerpie z domowych zapamiętanych z dzieciństwa relacji, sięga też po opracowania, ale zaznacza, że jej książka nie jest pracą etnograficzną: zdarza się, że uzupełnia informacje o swoje wyobrażenia, dopowiada coś, czego w ludowych bajaniach na pewno nie było, kieruje się do dzieci, żeby wytłumaczyć im wyjątkowo trudne zagadnienie. Z perspektywy docelowej grupy odbiorców (oraz dorosłych, którzy mogą czytać taką książkę dzieciom przed snem) nie ma to żadnego znaczenia. Dość stwierdzić, że "Maryjki" to publikacja rewelacyjna. Matka Boska funkcjonuje tu jako superbohaterka, która może wiele zdziałać. Chodzi sobie po polach i lasach (z dala od cywilizacji, przestrzeń uchwycona w takich komentarzach kojarzy się z sielskością i naturą. Jeśli ludzie - to raczej rodem z dawnych baśni, ewentualnie kreskówek z czasów "Reksia". Kwintesencją tej przestrzeni jest prostota), z rzadka spotyka człowieka, znacznie częściej - zwierzęta. Na co dzień Maryjka jest uosobieniem słodyczy i dobroci, może pomóc najbardziej pokrzywdzonym albo biednym a miłym. Może się wstawić za zwierzęciem w niebie - słuchają jej anioły, archanioł też nie ma innego wyjścia. Maryjka częściej jednak funkcjonuje nie jako Matka Boska, ale jako matka - w ogóle. Taką kreacją uda się przyciągnąć dzieci. Zdarza się, że Maryjka wpada w gniew: kiedy wąż podstawi jej nogę, kiedy pająk zepsuje jej pracę - potrafi się zirytować i ukarać niesforne zwierzę. Tu biorą początek legendy: spotkania Maryjki ze zwierzętami prowadzą do fantastycznych odpowiedzi na pytania, dlaczego - dlaczego dany gatunek wygląda tak, jak wygląda. W części historyjek wychodzi na jaw, że to efekt spotkania z Maryjką i wzajemnych relacji. Zdarza się, że motywy maryjkowe prowadzą do wyjaśnienia zwyczajów ludowych związanych z konkretnymi, dzisiaj często zapomnianymi, świętami - wtedy autorka podsuwa wyjaśnienia dotyczące samych dat. Ale to tylko dodatek do całości, ciekawostka dla dociekliwych, a nie sposób na katechizację. Zresztą zapewne co bardziej konserwatywni odbiorcy mogliby się oburzać: czasami Maryjka przejawia tendencje feministyczne, innym razem sprzeciwia się pomysłom dawnych teologów. Ma swoje zdanie i nie boi się o nim przypominać. Bardzo udana jest tu narracja. Justyna Bednarek stylizuje opowieść na nieco archaiczną, tak, by nie zmęczyć odbiorców, ale urzec ich imitacją dawnego języka, opowieści mówionej, płynnej i melodyjnej. Komentuje ten świat bardzo udanie, przekonująco i zachwycająco jednocześnie. Jest to zestaw historii wyjątkowych, także w planie narracji. Justyna Bednarek pisze z humorem, czasami wprowadza żarty wewnętrzne, często - dobrotliwie się uśmiecha i ten nastrój czytelnikom się udzieli. Jest to publikacja, która cieszy jakością i zaprasza do lektury, wystarczy zajrzeć i dać się porwać tradycyjnym klimatom. Trzeba tu jeszcze koniecznie zaznaczyć, że do tej lektury bardzo pasują ilustracje Marianny Oklejak. Również stylizowane na ludowe, wyjątkowe połączenia kolorów i prostych kształtów - przyciągają wzrok. Sprawiają, że książkę ogląda się z prawdziwą przyjemnością.
Superbohaterka
Nietypowa jest ta publikacja i warto do niej przekonywać odbiorców, bo być może nie zdecydowaliby się na taki wybór lekturowy sami z siebie zwłaszcza dzisiaj, kiedy religijne tematy w dyskursie publicznym zyskują złą sławę. "Maryjki. Opowieści o Matce Boskiej" to jednak nie komentarze katechetyczne, a ludowe bajania i wierzenia powiązane ze zjawiskami przyrodniczymi - w sam raz dla miłośników dawnych gawęd i opowieści przedstawianych przez babcie. Nie ma tu ani nachalnego kaznodziejstwa, ani nawet podkreślania katolickich tematów: dość wspomnieć, że Jezus pojawia się jako niesforny syn, który potrafi się żywić kanapkami zamiast zjeść obiad. To nawet nie apokryfy, a zabawy na motywach najbardziej prostych dawnych - dzisiaj przebrzmiałych - wierzeń ludowych, funkcjonujące na prawach zwykłych fabuł. Justyna Bednarek rezygnuje ze zbierania historii przodków: czerpie z domowych zapamiętanych z dzieciństwa relacji, sięga też po opracowania, ale zaznacza, że jej książka nie jest pracą etnograficzną: zdarza się, że uzupełnia informacje o swoje wyobrażenia, dopowiada coś, czego w ludowych bajaniach na pewno nie było, kieruje się do dzieci, żeby wytłumaczyć im wyjątkowo trudne zagadnienie. Z perspektywy docelowej grupy odbiorców (oraz dorosłych, którzy mogą czytać taką książkę dzieciom przed snem) nie ma to żadnego znaczenia. Dość stwierdzić, że "Maryjki" to publikacja rewelacyjna. Matka Boska funkcjonuje tu jako superbohaterka, która może wiele zdziałać. Chodzi sobie po polach i lasach (z dala od cywilizacji, przestrzeń uchwycona w takich komentarzach kojarzy się z sielskością i naturą. Jeśli ludzie - to raczej rodem z dawnych baśni, ewentualnie kreskówek z czasów "Reksia". Kwintesencją tej przestrzeni jest prostota), z rzadka spotyka człowieka, znacznie częściej - zwierzęta. Na co dzień Maryjka jest uosobieniem słodyczy i dobroci, może pomóc najbardziej pokrzywdzonym albo biednym a miłym. Może się wstawić za zwierzęciem w niebie - słuchają jej anioły, archanioł też nie ma innego wyjścia. Maryjka częściej jednak funkcjonuje nie jako Matka Boska, ale jako matka - w ogóle. Taką kreacją uda się przyciągnąć dzieci. Zdarza się, że Maryjka wpada w gniew: kiedy wąż podstawi jej nogę, kiedy pająk zepsuje jej pracę - potrafi się zirytować i ukarać niesforne zwierzę. Tu biorą początek legendy: spotkania Maryjki ze zwierzętami prowadzą do fantastycznych odpowiedzi na pytania, dlaczego - dlaczego dany gatunek wygląda tak, jak wygląda. W części historyjek wychodzi na jaw, że to efekt spotkania z Maryjką i wzajemnych relacji. Zdarza się, że motywy maryjkowe prowadzą do wyjaśnienia zwyczajów ludowych związanych z konkretnymi, dzisiaj często zapomnianymi, świętami - wtedy autorka podsuwa wyjaśnienia dotyczące samych dat. Ale to tylko dodatek do całości, ciekawostka dla dociekliwych, a nie sposób na katechizację. Zresztą zapewne co bardziej konserwatywni odbiorcy mogliby się oburzać: czasami Maryjka przejawia tendencje feministyczne, innym razem sprzeciwia się pomysłom dawnych teologów. Ma swoje zdanie i nie boi się o nim przypominać. Bardzo udana jest tu narracja. Justyna Bednarek stylizuje opowieść na nieco archaiczną, tak, by nie zmęczyć odbiorców, ale urzec ich imitacją dawnego języka, opowieści mówionej, płynnej i melodyjnej. Komentuje ten świat bardzo udanie, przekonująco i zachwycająco jednocześnie. Jest to zestaw historii wyjątkowych, także w planie narracji. Justyna Bednarek pisze z humorem, czasami wprowadza żarty wewnętrzne, często - dobrotliwie się uśmiecha i ten nastrój czytelnikom się udzieli. Jest to publikacja, która cieszy jakością i zaprasza do lektury, wystarczy zajrzeć i dać się porwać tradycyjnym klimatom. Trzeba tu jeszcze koniecznie zaznaczyć, że do tej lektury bardzo pasują ilustracje Marianny Oklejak. Również stylizowane na ludowe, wyjątkowe połączenia kolorów i prostych kształtów - przyciągają wzrok. Sprawiają, że książkę ogląda się z prawdziwą przyjemnością.
sobota, 20 marca 2021
Justyna Bednarek: Zielone piórko Zbigniewa. Skarpetki kontratakują!
Poradnia K, Warszawa 2021.
Z życia ubrań
"Zielone piórko Zbigniewa" to kolejna powieściowa historia Justyny Bednarek dotycząca świata skarpetek. Pinkerton, czyli futerał na telefon, który dawniej był detektywem, a jeszcze dawniej zieloną skarpetką nie do pary, musi znów zamienić się w śledczego. Mała Be nie wie bowiem, gdzie podział się Zbigniew, ukochana papuga mamy (dość złośliwa). Tylko Pinkerton jest w stanie obejrzeć pozostawione na miejscu wydarzenia tropy i wyciągnąć wnioski z danych. Zrobi sobie nawet szkło powiększające z kawałka słoika - bo to bardzo zdolna skarpetka. Stopniowo w miarę posuwania się akcji naprzód będzie autorka włączać wyznania innych bohaterów - przeważnie tych z garderoby lub kosza na pranie. Ubrania zyskują tu głos i mogą opowiedzieć, co właściwie się wydarzyło. Pinkerton wie doskonale, że taka współpraca procentuje: nieprzypadkowo na początku spotyka na swojej drodze Gniotkę, czyli ulubioną skarpetkę, która zamieniła się w przedmiot antystresowy i osłonę na mnóstwo ziaren piasku. Bo skarpetki wcale nie muszą przebywać na stopach (chociaż autorka nazywa je otulistópkami z upodobaniem zawsze wtedy, kiedy przydałby się jakiś synonim). Skarpetki mogą zamieniać się w inne części garderoby, czasami nawet bardzo odległe od stóp. I dlatego "Zielone piórko Zbigniewa" będzie dla dzieci atrakcyjne.
Pinkerton wyrusza na detektywistyczne poszukiwania samotnie. Najpierw chce poznać fakty, potem będzie zastanawiać się nad tym, jak je połączyć ze sobą. Zbigniewa nie ma - ale to nie oznacza, że zabraknie przygód. Skarpetka przekonuje się między innymi, jak można kibicować (kiedy jest się skarpetką), albo - kim jest herszt piratów. Jeden ze skarpetkowych bohaterów ucieka z więzienia, gigantyczna skolopendra potrafi czytać w myślach, a tata małej Be zostaje aresztowany i nie wiadomo, jak mu pomóc. Nawet żółty beret ma swoją historię, którą z chęcią wszystkim przedstawi. To bowiem miejsce na zestawianie rozmaitych, mniej lub bardziej burzliwych przygód dotyczących elementów garderoby. Wszystkie skarpetki, które biorą udział w akcji, różnią się od siebie motywacjami i przeszłością, do tego autorka dołącza jeszcze opowieści kolejnych ubraniowych postaci - właściwie można by odczuć znużenie wciąż wplatanymi w relację miniopowiadaniami bohaterów, gdyby nie to, że autorka wie, jak rozbudzać ciekawość dzieci i może je zaangażować w lekturę. Prowadzi opowieść o skarpetkach (i ich znajomych) bez zahamowań: nie boi się komplikacji ani sytuacji pozornie bez wyjścia, dzięki czemu daje szansę polubienia kolejno wprowadzanych bajkowych stworów.
Głos Justyna Bednarek oddaje tym, którzy zwykle mówić nie mogą. I nie szuka porozumienia między ludźmi a ubraniami (chociaż na płaszczyźnie bajkowej wszystko byłoby możliwe): zależy jej na tym, żeby nowi znajomi Pinkertona przynieśli mu potrzebne informacje, tylko tak skarpetka-detektyw może działać i odkrywać kolejne tajemnice. Kryminalna powieść napisana z humorem, bajka bez stereotypów - całkiem przyjemnie to wypada. Nie bez znaczenia dla całości są też ilustracje: Daniel de Latour doskonale czuje klimat opowieści. Skarpetkowe przygody zamieniają się w dowcip obrazkowy, co sprawia, że jeszcze więcej maluchów przekona się do czytania. Justyna Bednarek kontynuuje znakomitą serię, która przyniosła jej wielką sławę i uznanie na rynku literatury czwartek - chce, żeby kolejni odbiorcy mogli zaprzyjaźnić się ze skarpetkami.
Z życia ubrań
"Zielone piórko Zbigniewa" to kolejna powieściowa historia Justyny Bednarek dotycząca świata skarpetek. Pinkerton, czyli futerał na telefon, który dawniej był detektywem, a jeszcze dawniej zieloną skarpetką nie do pary, musi znów zamienić się w śledczego. Mała Be nie wie bowiem, gdzie podział się Zbigniew, ukochana papuga mamy (dość złośliwa). Tylko Pinkerton jest w stanie obejrzeć pozostawione na miejscu wydarzenia tropy i wyciągnąć wnioski z danych. Zrobi sobie nawet szkło powiększające z kawałka słoika - bo to bardzo zdolna skarpetka. Stopniowo w miarę posuwania się akcji naprzód będzie autorka włączać wyznania innych bohaterów - przeważnie tych z garderoby lub kosza na pranie. Ubrania zyskują tu głos i mogą opowiedzieć, co właściwie się wydarzyło. Pinkerton wie doskonale, że taka współpraca procentuje: nieprzypadkowo na początku spotyka na swojej drodze Gniotkę, czyli ulubioną skarpetkę, która zamieniła się w przedmiot antystresowy i osłonę na mnóstwo ziaren piasku. Bo skarpetki wcale nie muszą przebywać na stopach (chociaż autorka nazywa je otulistópkami z upodobaniem zawsze wtedy, kiedy przydałby się jakiś synonim). Skarpetki mogą zamieniać się w inne części garderoby, czasami nawet bardzo odległe od stóp. I dlatego "Zielone piórko Zbigniewa" będzie dla dzieci atrakcyjne.
Pinkerton wyrusza na detektywistyczne poszukiwania samotnie. Najpierw chce poznać fakty, potem będzie zastanawiać się nad tym, jak je połączyć ze sobą. Zbigniewa nie ma - ale to nie oznacza, że zabraknie przygód. Skarpetka przekonuje się między innymi, jak można kibicować (kiedy jest się skarpetką), albo - kim jest herszt piratów. Jeden ze skarpetkowych bohaterów ucieka z więzienia, gigantyczna skolopendra potrafi czytać w myślach, a tata małej Be zostaje aresztowany i nie wiadomo, jak mu pomóc. Nawet żółty beret ma swoją historię, którą z chęcią wszystkim przedstawi. To bowiem miejsce na zestawianie rozmaitych, mniej lub bardziej burzliwych przygód dotyczących elementów garderoby. Wszystkie skarpetki, które biorą udział w akcji, różnią się od siebie motywacjami i przeszłością, do tego autorka dołącza jeszcze opowieści kolejnych ubraniowych postaci - właściwie można by odczuć znużenie wciąż wplatanymi w relację miniopowiadaniami bohaterów, gdyby nie to, że autorka wie, jak rozbudzać ciekawość dzieci i może je zaangażować w lekturę. Prowadzi opowieść o skarpetkach (i ich znajomych) bez zahamowań: nie boi się komplikacji ani sytuacji pozornie bez wyjścia, dzięki czemu daje szansę polubienia kolejno wprowadzanych bajkowych stworów.
Głos Justyna Bednarek oddaje tym, którzy zwykle mówić nie mogą. I nie szuka porozumienia między ludźmi a ubraniami (chociaż na płaszczyźnie bajkowej wszystko byłoby możliwe): zależy jej na tym, żeby nowi znajomi Pinkertona przynieśli mu potrzebne informacje, tylko tak skarpetka-detektyw może działać i odkrywać kolejne tajemnice. Kryminalna powieść napisana z humorem, bajka bez stereotypów - całkiem przyjemnie to wypada. Nie bez znaczenia dla całości są też ilustracje: Daniel de Latour doskonale czuje klimat opowieści. Skarpetkowe przygody zamieniają się w dowcip obrazkowy, co sprawia, że jeszcze więcej maluchów przekona się do czytania. Justyna Bednarek kontynuuje znakomitą serię, która przyniosła jej wielką sławę i uznanie na rynku literatury czwartek - chce, żeby kolejni odbiorcy mogli zaprzyjaźnić się ze skarpetkami.
czwartek, 1 października 2020
Justyna Bednarek: Fasola Eulalii
Egmont, Warszawa 2020.
Roślina
Wszystkie dzieci przechodzą ten etap fascynacji wyhodowaniem rośliny z ziarenka fasoli - to obowiązkowy element edukacji i jednocześnie wspaniała zabawa dla maluchów, kosztująca niewiele, a angażująca na dłuższy czas. Wystarczy trochę gazy, gumka recepturka albo sznurek, słoik z wodą i ziarenko fasoli, by wkrótce cieszyć się efektami. "Fasola Eulalii" Justyny Bednarek to pokazanie tego procesu w prostej lekturze, na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie. To jednocześnie podpowiedź, czym mogą się zająć maluchy - każdy ma szansę stworzyć własną roślinę - i lekcja czytania. "Fasola Eulalii" ma jednak oczywiści pewne ograniczenia. Na pierwszym poziomie cyklu autorzy muszą korzystać z wyrazów niezawierających ani dwuznaków, ani zmiękczeń, co oznacza, że czasami nieźle się gimnastykują, żeby znaleźć odpowiednie słowa. I w efekcie niekiedy trafiają na hasła, które nie funkcjonują w zwykłym języku najmłodszych, albo takie, które są zbyt kolokwialne na lekturę i nie pasują do całości. Justyna Bednarek ma problem z kiełkowaniem rośliny: wszystko tu "wyłazi", bo tylko tak da się uniknąć dwuznaków. Fasolka bywa zdrabniana (jako "fasolinka" czy "grubiutka" to akurat dziwne rozwiązanie, może chodziło o złagodzenie przymiotnika "gruba"). Jest tu słonko, które łypie, są utalentowane łapki - wszystko jakby trochę obok tekstu właściwego, nietrafione stylistycznie, ale spełniające wymogi cyklu na poziomie pierwszym. Zamiast pseudonimu pojawiło się "pseudo". Owszem, gubi się trochę Justyna Bednarek w słowach - kiedy musi szukać synonimów albo w ogóle rezygnować z jakiegoś czasownika na rzecz równoważnika zdania, za to pasującego do obowiązujących zasad. Jednak czasami też niepotrzebnie komplikuje dzieciom zadanie przez własne pomysły: oto Eulalia, kuzynka Eufrozyny - tak przedstawia się bohaterka tomiku. I oznacza to, że już na starcie dzieci spotkają się z bohaterką, której imienia nie znały i które wywoła trudności. Ciężko to przeczytać, ciężko zapamiętać - bo przecież tomik kierowany jest do najmłodszych odbiorców, do dzieci, które dopiero mają wprawiać się w lekturze. O ile dorośli z łatwością docenią tu dowcip, o tyle dzieci (które w elementarzach mają rozmaite "Ale" lub "Ole", przy Eulalii i Eufrozynie będą się męczyć, kompletnie niepotrzebnie - bo później przecież to fasolka pojawia się w centrum zainteresowania.
Daria Solak zajmuje się w "Fasoli Eulalii" stroną graficzną. Stawia na proste kształty, które przypadną do gustu maluchom: proponuje uśmiechnięte fasolki, motywy kwiatowe albo utensylia kuchenne przedstawione na tle kafelków. Nie ma tu wychodzenia poza rzeczywistość - jedyny wyłom w tej kwestii stanowi uśmiechnięta buzia fasolowej bohaterki. "Fasola Eulalii" to prosta historyjka, która przypomina najmłodszym, że samodzielnie mogą stworzyć zalążek ogródka - zachęca autorka do działań proekologicznych, a przy okazji uczy czytania. I to jest podstawowy cel tomiku.
Roślina
Wszystkie dzieci przechodzą ten etap fascynacji wyhodowaniem rośliny z ziarenka fasoli - to obowiązkowy element edukacji i jednocześnie wspaniała zabawa dla maluchów, kosztująca niewiele, a angażująca na dłuższy czas. Wystarczy trochę gazy, gumka recepturka albo sznurek, słoik z wodą i ziarenko fasoli, by wkrótce cieszyć się efektami. "Fasola Eulalii" Justyny Bednarek to pokazanie tego procesu w prostej lekturze, na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie. To jednocześnie podpowiedź, czym mogą się zająć maluchy - każdy ma szansę stworzyć własną roślinę - i lekcja czytania. "Fasola Eulalii" ma jednak oczywiści pewne ograniczenia. Na pierwszym poziomie cyklu autorzy muszą korzystać z wyrazów niezawierających ani dwuznaków, ani zmiękczeń, co oznacza, że czasami nieźle się gimnastykują, żeby znaleźć odpowiednie słowa. I w efekcie niekiedy trafiają na hasła, które nie funkcjonują w zwykłym języku najmłodszych, albo takie, które są zbyt kolokwialne na lekturę i nie pasują do całości. Justyna Bednarek ma problem z kiełkowaniem rośliny: wszystko tu "wyłazi", bo tylko tak da się uniknąć dwuznaków. Fasolka bywa zdrabniana (jako "fasolinka" czy "grubiutka" to akurat dziwne rozwiązanie, może chodziło o złagodzenie przymiotnika "gruba"). Jest tu słonko, które łypie, są utalentowane łapki - wszystko jakby trochę obok tekstu właściwego, nietrafione stylistycznie, ale spełniające wymogi cyklu na poziomie pierwszym. Zamiast pseudonimu pojawiło się "pseudo". Owszem, gubi się trochę Justyna Bednarek w słowach - kiedy musi szukać synonimów albo w ogóle rezygnować z jakiegoś czasownika na rzecz równoważnika zdania, za to pasującego do obowiązujących zasad. Jednak czasami też niepotrzebnie komplikuje dzieciom zadanie przez własne pomysły: oto Eulalia, kuzynka Eufrozyny - tak przedstawia się bohaterka tomiku. I oznacza to, że już na starcie dzieci spotkają się z bohaterką, której imienia nie znały i które wywoła trudności. Ciężko to przeczytać, ciężko zapamiętać - bo przecież tomik kierowany jest do najmłodszych odbiorców, do dzieci, które dopiero mają wprawiać się w lekturze. O ile dorośli z łatwością docenią tu dowcip, o tyle dzieci (które w elementarzach mają rozmaite "Ale" lub "Ole", przy Eulalii i Eufrozynie będą się męczyć, kompletnie niepotrzebnie - bo później przecież to fasolka pojawia się w centrum zainteresowania.
Daria Solak zajmuje się w "Fasoli Eulalii" stroną graficzną. Stawia na proste kształty, które przypadną do gustu maluchom: proponuje uśmiechnięte fasolki, motywy kwiatowe albo utensylia kuchenne przedstawione na tle kafelków. Nie ma tu wychodzenia poza rzeczywistość - jedyny wyłom w tej kwestii stanowi uśmiechnięta buzia fasolowej bohaterki. "Fasola Eulalii" to prosta historyjka, która przypomina najmłodszym, że samodzielnie mogą stworzyć zalążek ogródka - zachęca autorka do działań proekologicznych, a przy okazji uczy czytania. I to jest podstawowy cel tomiku.
niedziela, 27 września 2020
Justyna Bednarek: Basik Grysik i wrony
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.
.
Życie.
.
Basik Grysik Kapelusik to bohaterka, którą poznają czytelnicy bardzo szybko – i której bardzo długo towarzyszą, chociaż cała książka, poetycki picture book dla dzieci i dorosłych zajmuje niewiele stron. Justyna Bednarek i Ela Wasiuczyńska stworzyły tutaj dzieło, które na długo zapada w pamięć i nadaje się do przedstawiania zarówno najmłodszym, jak i ich rodzicom – na takich samych zasadach. „Basik Grysik i wrony” to tomik, który cieszy i wzrusza – i który zasługuje na liczne nagrody, a na pewno – na obecność w biblioteczkach maluchów. To publikacja udana już w samych założeniach – a znakomita realizacja jeszcze podkreśla trafność pomysłu. .
.
Mała dziewczynka, która przychodzi na świat, połączona jest ze swoją mamą pępowiną. Ale już wkrótce odbiorcy tomiku przekonają się, że niewidzialne nitki łączą ludzi i tworzą całą sieć relacji. Każdy może wytworzyć dowolną liczbę połączeń – i nawet jeśli nie dostrzega zależności i roli innych – książka najlepiej mu wytłumaczy, dlaczego nie da się żyć w całkowitej izolacji. Justyna Bednarek tworzy bardzo prostą historię: oto na świat przychodzi Basik Grysik, dziecko, które fascynuje się wronami (zresztą, z wzajemnością). Basik Grysik dorasta, zresztą jako bardzo wrażliwa osóbka – a w którymś momencie ktoś potknie się o rozsnuwaną przez nią nitkę. Tak splotą się losy dorosłego już Basika Grysika i pewnego miłego chłopca. Stąd blisko do przyjścia na świat kolejnego dziecka, które będzie rozplatać własne nitki. Niby nic, a jednak – zawiera się w tym cała tajemnica istnienia, nadaje się to zatem do odpowiadania na liczne pytania maluchów. Kilkulatki odczytają z tej książki inne rzeczy niż dorośli – a to oznacza, że udało się autorkom dokonać rzeczy rzadkiej w literaturze czwartej. .
.
Basik Grysik nie dokonuje wielkich czynów, żyje jak najbardziej zwyczajnie, mogłoby się w ogóle wydawać, że nie ma tu żadnego zagadnienia, które przyciągnie kilkulatki do lektury – a jednak tajemnica istnienia zamieniona w bajkę sprawdza się idealnie. Wrony jako tajemniczy refren, nitki – jako metafora relacji międzyludzkich – to wszystko razem rozbudza ciekawość. Justyna Bednarek unika dosłownych wyjaśnień oraz męczącego dydaktyzmu. Ela Wasiuczyńska z kolei dopowiada to, czego nie można wyrazić słowami – wprowadza aurę baśniowości. Zarówno tekst jak i ilustracje mogą się podobać różnym grupom odbiorców. Ta opowieść wydaje się magiczna nawet ze względu na kolorystykę. Wszystko doskonale się ze sobą łączy. Pozostaje mieć nadzieję, żeby tak wyglądały w większości publikacje przeznaczone na rynek dla dzieci. .
.
Uczy ta książka wrażliwości, wyzwala pytania, budzi ciekawość. Przypomina, jak ważni są inni ludzie – i pozwala bez zagłębiania się w niepotrzebne komplikacje wyjaśniać dzieciom, dlaczego niektórzy chcą się ze sobą wiązać, a także – dlaczego na świat przychodzą maluchy. Jest to prosta i piękna opowieść o życiu..
.
.
Życie.
.
Basik Grysik Kapelusik to bohaterka, którą poznają czytelnicy bardzo szybko – i której bardzo długo towarzyszą, chociaż cała książka, poetycki picture book dla dzieci i dorosłych zajmuje niewiele stron. Justyna Bednarek i Ela Wasiuczyńska stworzyły tutaj dzieło, które na długo zapada w pamięć i nadaje się do przedstawiania zarówno najmłodszym, jak i ich rodzicom – na takich samych zasadach. „Basik Grysik i wrony” to tomik, który cieszy i wzrusza – i który zasługuje na liczne nagrody, a na pewno – na obecność w biblioteczkach maluchów. To publikacja udana już w samych założeniach – a znakomita realizacja jeszcze podkreśla trafność pomysłu. .
.
Mała dziewczynka, która przychodzi na świat, połączona jest ze swoją mamą pępowiną. Ale już wkrótce odbiorcy tomiku przekonają się, że niewidzialne nitki łączą ludzi i tworzą całą sieć relacji. Każdy może wytworzyć dowolną liczbę połączeń – i nawet jeśli nie dostrzega zależności i roli innych – książka najlepiej mu wytłumaczy, dlaczego nie da się żyć w całkowitej izolacji. Justyna Bednarek tworzy bardzo prostą historię: oto na świat przychodzi Basik Grysik, dziecko, które fascynuje się wronami (zresztą, z wzajemnością). Basik Grysik dorasta, zresztą jako bardzo wrażliwa osóbka – a w którymś momencie ktoś potknie się o rozsnuwaną przez nią nitkę. Tak splotą się losy dorosłego już Basika Grysika i pewnego miłego chłopca. Stąd blisko do przyjścia na świat kolejnego dziecka, które będzie rozplatać własne nitki. Niby nic, a jednak – zawiera się w tym cała tajemnica istnienia, nadaje się to zatem do odpowiadania na liczne pytania maluchów. Kilkulatki odczytają z tej książki inne rzeczy niż dorośli – a to oznacza, że udało się autorkom dokonać rzeczy rzadkiej w literaturze czwartej. .
.
Basik Grysik nie dokonuje wielkich czynów, żyje jak najbardziej zwyczajnie, mogłoby się w ogóle wydawać, że nie ma tu żadnego zagadnienia, które przyciągnie kilkulatki do lektury – a jednak tajemnica istnienia zamieniona w bajkę sprawdza się idealnie. Wrony jako tajemniczy refren, nitki – jako metafora relacji międzyludzkich – to wszystko razem rozbudza ciekawość. Justyna Bednarek unika dosłownych wyjaśnień oraz męczącego dydaktyzmu. Ela Wasiuczyńska z kolei dopowiada to, czego nie można wyrazić słowami – wprowadza aurę baśniowości. Zarówno tekst jak i ilustracje mogą się podobać różnym grupom odbiorców. Ta opowieść wydaje się magiczna nawet ze względu na kolorystykę. Wszystko doskonale się ze sobą łączy. Pozostaje mieć nadzieję, żeby tak wyglądały w większości publikacje przeznaczone na rynek dla dzieci. .
.
Uczy ta książka wrażliwości, wyzwala pytania, budzi ciekawość. Przypomina, jak ważni są inni ludzie – i pozwala bez zagłębiania się w niepotrzebne komplikacje wyjaśniać dzieciom, dlaczego niektórzy chcą się ze sobą wiązać, a także – dlaczego na świat przychodzą maluchy. Jest to prosta i piękna opowieść o życiu..
.
wtorek, 15 września 2020
Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska: Gorsza siostra
W.A.B., Warszawa 2020.
Przesłanie
Chociaż duet Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska sprawdził się już w kilku świetnych powieściach obyczajowych, „Gorsza siostra” w dwóch zasadniczych elementach odchodzi od ich poczytnych książek. Po pierwsze – obie autorki realizują tu misję, a to nigdy nie przekłada się na lepszą literaturę, tendencyjność może czytelniczkom zacząć przeszkadzać (inna rzecz, że jeśli te bardziej wrażliwe przekonają się do znaczenia poruszonej kwestii, przyniesie tom swój cel: chodzi o nakłonienie odbiorców do zostawania dawcami szpiku). Po drugie – kompozycja tomu sprawia, że znacznie więcej tu zamierzchłej przeszłości, teraźniejszość niemal w ogóle nie jest rozwijana, a przez to trudniej zaangażować się w losy bohaterki, której dramatyczna sytuacja skłania do rodzinnych poszukiwań.
W „Gorszej siostrze” o wesołości mowy być nie może, bo Iga jest umierająca. Może wkrótce osierocić małą córeczkę, Wandę. Ale cierpi również jej mąż, który od lekarzy dowiaduje się, że to ostra białaczka szpikowa i dla kobiety nie ma ratunku, jeśli nie znajdzie się dawca: Tomasz mierzy się z rzeczywistością i z wyzwaniami, na jakie nie był przygotowany. Także Urszula, matka Igi, liczy jeszcze na cud. I to właśnie ona trafia na trop, sekret, który miał nigdy nie wyjść na jaw. Wszystko dzięki temu, że wuj Iwo, benedyktyn z Tyńca, decyduje się złamać tajemnicę spowiedzi. Istnieje gdzieś na świecie, a przynajmniej istniała w dalekiej przeszłości, „gorsza siostra” matki Urszuli. Tak obie autorki przenoszą się w czasy drugiej wojny światowej i na długo tu pozostaną – bo Iwo opowiada o relacjach z domu rodzinnego ze wszystkimi szczegółami, tak, że właściwie sceny z połowy XX wieku są zasadniczą częścią fabuły. Oto Krystyna – żona profesora, rozgoryczona tym, że szanowany powszechnie małżonek nie dochowuje jej wierności. Nie dość, że wiarołomca bierze sobie kochankę, to jeszcze pomieszkuje z nią naprzeciwko. Dwa miesiące przed porodem, który według Krystyny miałby ponownie zbliżyć ją do męża, kochanka wydaje na świat córkę, Joasię. Rówieśnicy nie może znieść córka Krystyny, Wanda – zwłaszcza że Krystyna w pewnym momencie przejmuje opiekę nad piękną rywalką. Sporo miejsca autorki poświęcają na kreślenie wzajemnych animozji i pogarszanie się charakteru Wandy odrzucanej przez własną matkę. Wanda stopniowo przygotowuje się do zemsty na niechcianej siostrze.
Na początku „Gorszej siostry” podkreślanie tego, jak ważna jest krew, może aż zmęczyć – niby wiadomo, że autorki chcą przez to zwrócić uwagę społeczeństwa na poważny problem i zachęcić do zarejestrowania się w bazie dawców szpiku, ale robią to jednokierunkowo. Z kolei w przeskoku do przeszłości skupiają się wyłącznie na podkreślaniu niechęci matki do Wandy, jakby w tym świecie nie mogło zaistnieć nic dobrego. Niby w pewnym momencie dochodzi do głosu optymizm, tak cenny w krzepiących obyczajówkach – ale jeśli ktoś spodziewał się lektury w stylu Ogrodu Zuzanny, nie znajdzie tu ukojenia.
Przesłanie
Chociaż duet Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska sprawdził się już w kilku świetnych powieściach obyczajowych, „Gorsza siostra” w dwóch zasadniczych elementach odchodzi od ich poczytnych książek. Po pierwsze – obie autorki realizują tu misję, a to nigdy nie przekłada się na lepszą literaturę, tendencyjność może czytelniczkom zacząć przeszkadzać (inna rzecz, że jeśli te bardziej wrażliwe przekonają się do znaczenia poruszonej kwestii, przyniesie tom swój cel: chodzi o nakłonienie odbiorców do zostawania dawcami szpiku). Po drugie – kompozycja tomu sprawia, że znacznie więcej tu zamierzchłej przeszłości, teraźniejszość niemal w ogóle nie jest rozwijana, a przez to trudniej zaangażować się w losy bohaterki, której dramatyczna sytuacja skłania do rodzinnych poszukiwań.
W „Gorszej siostrze” o wesołości mowy być nie może, bo Iga jest umierająca. Może wkrótce osierocić małą córeczkę, Wandę. Ale cierpi również jej mąż, który od lekarzy dowiaduje się, że to ostra białaczka szpikowa i dla kobiety nie ma ratunku, jeśli nie znajdzie się dawca: Tomasz mierzy się z rzeczywistością i z wyzwaniami, na jakie nie był przygotowany. Także Urszula, matka Igi, liczy jeszcze na cud. I to właśnie ona trafia na trop, sekret, który miał nigdy nie wyjść na jaw. Wszystko dzięki temu, że wuj Iwo, benedyktyn z Tyńca, decyduje się złamać tajemnicę spowiedzi. Istnieje gdzieś na świecie, a przynajmniej istniała w dalekiej przeszłości, „gorsza siostra” matki Urszuli. Tak obie autorki przenoszą się w czasy drugiej wojny światowej i na długo tu pozostaną – bo Iwo opowiada o relacjach z domu rodzinnego ze wszystkimi szczegółami, tak, że właściwie sceny z połowy XX wieku są zasadniczą częścią fabuły. Oto Krystyna – żona profesora, rozgoryczona tym, że szanowany powszechnie małżonek nie dochowuje jej wierności. Nie dość, że wiarołomca bierze sobie kochankę, to jeszcze pomieszkuje z nią naprzeciwko. Dwa miesiące przed porodem, który według Krystyny miałby ponownie zbliżyć ją do męża, kochanka wydaje na świat córkę, Joasię. Rówieśnicy nie może znieść córka Krystyny, Wanda – zwłaszcza że Krystyna w pewnym momencie przejmuje opiekę nad piękną rywalką. Sporo miejsca autorki poświęcają na kreślenie wzajemnych animozji i pogarszanie się charakteru Wandy odrzucanej przez własną matkę. Wanda stopniowo przygotowuje się do zemsty na niechcianej siostrze.
Na początku „Gorszej siostry” podkreślanie tego, jak ważna jest krew, może aż zmęczyć – niby wiadomo, że autorki chcą przez to zwrócić uwagę społeczeństwa na poważny problem i zachęcić do zarejestrowania się w bazie dawców szpiku, ale robią to jednokierunkowo. Z kolei w przeskoku do przeszłości skupiają się wyłącznie na podkreślaniu niechęci matki do Wandy, jakby w tym świecie nie mogło zaistnieć nic dobrego. Niby w pewnym momencie dochodzi do głosu optymizm, tak cenny w krzepiących obyczajówkach – ale jeśli ktoś spodziewał się lektury w stylu Ogrodu Zuzanny, nie znajdzie tu ukojenia.
poniedziałek, 22 czerwca 2020
Justyna Bednarek: Dusia i Psinek-Świnek. Wielka miłość
Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.
Chwilowe zauroczenie
Justyna Bednarek wraca do Dusi i Psinka-Świnka, żeby zająć się tematem obecności drugiego człowieka w życiu każdego. Chociaż tytuł może odstraszyć małych chłopców, „Wielka miłość” to historia o przywiązaniu oraz o zazdrości. Są tu dwie opowieści w narracji podstawowej i dodatkowa – w bajce, we wnętrzu czerwonego czajnika. Autorka proponuje najmłodszym przegląd dość burzliwych wydarzeń, ale też dostęp do tajemnic dorosłych, przynajmniej niektórych. Najpierw babcia i dziadek, którzy przybywają z odsieczą, kiedy mama i tata muszą się zająć pracą – prezentują wielką miłość. Babcia ma pierścionek, który dziadek kupił jej na odpuście, kiedy jeszcze nawet nie byli zaręczeni. Chociaż nie umie i nie lubi piec, chce przygotować sernik dla swojego ukochanego. Z kolei dziadek dużo ćwiczy, żeby być w dobrym zdrowiu dla babci. Tak może wyglądać prawdziwa miłość w dojrzałym życiu. Tymczasem w przedszkolu dzieją się inne rzeczy. Pojawia się tu Klaudiusz, chłopiec, który ma najdroższe zabawki i zdobywa wszystko, czego chce. Beznamiętnie informuje Dusię, że kiedyś się z nią ożeni. Zresztą wystarczy, że coś powie, a już wszyscy realizują jego pomysły. Nie dyskutują, chociaż Klaudiusz nawet nie budzi większej sympatii. Sytuacji nie może zrozumieć Tomek, przyjaciel Dusi, czasowo porzucony. O uczuciach Tomka warto porozmawiać z maluchami. „Wielka miłość” pokazuje, jak buduje się więzi międzyludzkie. Tym razem w przedszkolu w czerwonym czajniku – podczas leżakowania – zabawki odkrywają pewną prawidłowość, która również przyda się dzieciom do analizowania otoczenia.
Jest w tej książce bardzo dużo wiadomości na temat relacji interpersonalnych, chociaż Justyna Bednarek nie rozwija przesadnie narracji. Stara się sprawiać wrażenie, jakby po prostu relacjonowała wydarzenia z przedszkola – rozgrywające się błyskawicznie. Potrafi przy tym celnie przedstawić emocje dzieci, a to dla odbiorców motyw najcenniejszy. Stawia na scenki, które trzeba będzie koniecznie wyjaśniać dzieciom, między innymi – dlaczego Dusia tak szybko i bez namysłu porzuca ukochaną zabawkę, kiedy zażyczy sobie tego jej nowy znajomy. W „Wielkiej miłości” bardzo wyraźnie widać różnice między przejściowym zauroczeniem a rzeczywistym przywiązaniem – autorka dzięki takim opowieściom wyczuli odbiorców na to, jak działać w grupie i na co raczej się nie decydować. „Wielka miłość” może też być wprowadzeniem do rozmów z dziećmi. Justyna Bednarek dyskretnie przypomina zwłaszcza rodzicom, że to, co dla nich oczywiste, niekoniecznie będzie tak samo zrozumiałe dla dzieci. Mała Dusia – oraz jej koledzy – przeżywają w niewielkiej skali to, czego w pewnym momencie doświadczy każdy kilkulatek. „Dusia i Psinek-Świnek. Wielka miłość” to prosta historyjka z przesłaniem.
Marta Kurczewska zajmuje się w tym tomiku ilustracjami. Wprowadza do nich dyskretny humor (mama na koniec świata jedzie na hulajnodze). Scenki z życia rodzinnego urzekają choćby ożywieniem maskotki Dusi. Zresztą w kolejnych obrazkach Kurczewska szuka miejsca do żartów. Specjalnie ożywia różne przedmioty, żeby rozbawić odbiorców i sprawić, że będą chcieli oglądać książkę uważnie. Zaburza Marta Kurczewska perspektywę, a do tego też – proporcje. Dzięki temu może proponować dzieciom scenki i bohaterów wyjątkowych. Tworzy świat częściowo realistyczny, a częściowo baśniowy, pełen kolorów (ale nie przejaskrawionych). Co ważne, ucieka od infantylizmu, jej obrazki mają charakter i nie męczą. Uzupełniają historię i nadają jej ton.
Chwilowe zauroczenie
Justyna Bednarek wraca do Dusi i Psinka-Świnka, żeby zająć się tematem obecności drugiego człowieka w życiu każdego. Chociaż tytuł może odstraszyć małych chłopców, „Wielka miłość” to historia o przywiązaniu oraz o zazdrości. Są tu dwie opowieści w narracji podstawowej i dodatkowa – w bajce, we wnętrzu czerwonego czajnika. Autorka proponuje najmłodszym przegląd dość burzliwych wydarzeń, ale też dostęp do tajemnic dorosłych, przynajmniej niektórych. Najpierw babcia i dziadek, którzy przybywają z odsieczą, kiedy mama i tata muszą się zająć pracą – prezentują wielką miłość. Babcia ma pierścionek, który dziadek kupił jej na odpuście, kiedy jeszcze nawet nie byli zaręczeni. Chociaż nie umie i nie lubi piec, chce przygotować sernik dla swojego ukochanego. Z kolei dziadek dużo ćwiczy, żeby być w dobrym zdrowiu dla babci. Tak może wyglądać prawdziwa miłość w dojrzałym życiu. Tymczasem w przedszkolu dzieją się inne rzeczy. Pojawia się tu Klaudiusz, chłopiec, który ma najdroższe zabawki i zdobywa wszystko, czego chce. Beznamiętnie informuje Dusię, że kiedyś się z nią ożeni. Zresztą wystarczy, że coś powie, a już wszyscy realizują jego pomysły. Nie dyskutują, chociaż Klaudiusz nawet nie budzi większej sympatii. Sytuacji nie może zrozumieć Tomek, przyjaciel Dusi, czasowo porzucony. O uczuciach Tomka warto porozmawiać z maluchami. „Wielka miłość” pokazuje, jak buduje się więzi międzyludzkie. Tym razem w przedszkolu w czerwonym czajniku – podczas leżakowania – zabawki odkrywają pewną prawidłowość, która również przyda się dzieciom do analizowania otoczenia.
Jest w tej książce bardzo dużo wiadomości na temat relacji interpersonalnych, chociaż Justyna Bednarek nie rozwija przesadnie narracji. Stara się sprawiać wrażenie, jakby po prostu relacjonowała wydarzenia z przedszkola – rozgrywające się błyskawicznie. Potrafi przy tym celnie przedstawić emocje dzieci, a to dla odbiorców motyw najcenniejszy. Stawia na scenki, które trzeba będzie koniecznie wyjaśniać dzieciom, między innymi – dlaczego Dusia tak szybko i bez namysłu porzuca ukochaną zabawkę, kiedy zażyczy sobie tego jej nowy znajomy. W „Wielkiej miłości” bardzo wyraźnie widać różnice między przejściowym zauroczeniem a rzeczywistym przywiązaniem – autorka dzięki takim opowieściom wyczuli odbiorców na to, jak działać w grupie i na co raczej się nie decydować. „Wielka miłość” może też być wprowadzeniem do rozmów z dziećmi. Justyna Bednarek dyskretnie przypomina zwłaszcza rodzicom, że to, co dla nich oczywiste, niekoniecznie będzie tak samo zrozumiałe dla dzieci. Mała Dusia – oraz jej koledzy – przeżywają w niewielkiej skali to, czego w pewnym momencie doświadczy każdy kilkulatek. „Dusia i Psinek-Świnek. Wielka miłość” to prosta historyjka z przesłaniem.
Marta Kurczewska zajmuje się w tym tomiku ilustracjami. Wprowadza do nich dyskretny humor (mama na koniec świata jedzie na hulajnodze). Scenki z życia rodzinnego urzekają choćby ożywieniem maskotki Dusi. Zresztą w kolejnych obrazkach Kurczewska szuka miejsca do żartów. Specjalnie ożywia różne przedmioty, żeby rozbawić odbiorców i sprawić, że będą chcieli oglądać książkę uważnie. Zaburza Marta Kurczewska perspektywę, a do tego też – proporcje. Dzięki temu może proponować dzieciom scenki i bohaterów wyjątkowych. Tworzy świat częściowo realistyczny, a częściowo baśniowy, pełen kolorów (ale nie przejaskrawionych). Co ważne, ucieka od infantylizmu, jej obrazki mają charakter i nie męczą. Uzupełniają historię i nadają jej ton.
czwartek, 18 czerwca 2020
Justyna Bednarek: Koty i kotki
Egmont, Warszawa 2020.
Przygoda
Pierwszy poziom cyklu Czytam sobie to raczej proste czytanki, na których najmłodsi odbiorcy mają po prostu ćwiczyć rozpoznawanie liter i łączenie ich w słowa. Ale żeby przekonać dzieci do tego rodzaju wysiłku, warto się postarać – podsunąć im coś więcej niż proste opisy. Justyna Bednarek w tomiku „Koty i kotki” prezentuje prawdziwą przygodę kocich bohaterów – pełną adrenaliny i… wyobraźni. Bohaterami historyjki są koty, Bazyli oraz Cyryl. Trochę nawiązuje to do Filemona i Bonifacego, Bazyli ma ochotę na psoty i wycieczki, a Cyryl najchętniej spędzałby czas na drzemkach na parapecie. Daje się jednak namówić na wyprawę. Nad stawem, na który koty wybierają się w nadziei na ryby, jest dziurawa kładka – w dziurę wpada Bazyli.
„Koty i kotki” to tomik, w którym autorka stara się zaangażować dzieci w lekturę przez niespodzianki i sam bieg wydarzeń. Budzi ciekawość za sprawą celu wyprawy kotów, a później – przez dramatyczne chwile, kiedy Bazyli próbuje wydostać się z wody. Bednarek szuka odkrywczych, bardziej oryginalnych tematów, nieoczywistych – żeby dzieci przedwcześnie nie rezygnowały z lektury i żeby nie mogły przewidzieć kierunku rozwoju fabuły (co do finału – wszyscy się domyślają, że jest miejsce tylko na happy end, ale jak tego autorka dokona – to już inna rzecz). „Koty i kotki” to zatem wielka przygoda bohaterów, którzy tylko z pozoru mają nudne życie.
Justyna Bednarek nawiązuje tutaj do tradycji literatury czwartej, dba też o to, żeby dzieci otrzymały nowe dla siebie treści – żeby istniał ważny powód sięgania po lekturę, nie tylko lekcja czytania. Jednak mimo całej zabawy, dla autorki również zajmującej, trzeba też podporządkować się wymogom cyklu dotyczącym podstawowych głosek (między innymi). A to oznacza, że czasami trzeba zrezygnować ze słów zrozumiałych dla dzieci (a zawierających dwuznaki, zmiękczenia czy głoski spoza podstawy). W związku z tym zwyczajna dziura w moście przerabia się – ze szkodą dla opowieści, stylu i sensu na „otworek”. To zmienia i klimat historyjki, i wymowę samej sceny – odbiera jej dramaturgię i sprawia dziwne wrażenie, jakby autorka nie do końca wprawnie posługiwała się językiem polskim. Justyna Bednarek (albo jej redakcja) nie zawsze znajduje najszczęśliwsze synonimy, co wpływa potem na ocenę nie tyle samej książeczki co sensowności założeń cyklu. Może warto czasami odstępować od reguł, żeby uzyskać lepszy lekturowy efekt. Pytanie, czy lepiej posługiwać się matematycznymi surowymi wytycznymi, tracąc na jakości stylu – czy też szukać wymyślnych synonimów odstraszających dzieci, kosztem zrozumiałości.
Justyna Bednarek uruchamia też wyobraźnię, wprowadza w bajce rozwiązanie magiczne – wtedy, gdy najbardziej potrzeba ratunku (wcześniej mówiące koty nikogo nie zdziwią, bo przecież w bajkach i zabawach z przytulankami to zupełnie naturalne). Magda Kozieł-Nowak uzupełnia tę historyjkę dynamicznymi ilustracjami. Wykorzystuje picturebookową stylistykę do popisu graficznego – przedstawia odbiorcom swoje umiejętności w opowiadaniu ciekawej historii obrazkami, różnicuje charaktery postaci i może też obrazkami zachęcać do przyglądania się tekstowi. Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie liczy się połączenie słów i obrazu, dzieci będą w równym stopniu zwracać uwagę na obie te warstwy tomiku – a to dlatego, że potrzebują odpoczynku od żmudnego literowania. „Koty i kotki” to zaproszenie do czytania – ale nie tylko dla tych dzieci, które lubią zabawy z kotami. Także maluchy szukające przygód odnajdą się tutaj bez przeszkód i dowiedzą się, że warto czytać dla przyjemności.
Przygoda
Pierwszy poziom cyklu Czytam sobie to raczej proste czytanki, na których najmłodsi odbiorcy mają po prostu ćwiczyć rozpoznawanie liter i łączenie ich w słowa. Ale żeby przekonać dzieci do tego rodzaju wysiłku, warto się postarać – podsunąć im coś więcej niż proste opisy. Justyna Bednarek w tomiku „Koty i kotki” prezentuje prawdziwą przygodę kocich bohaterów – pełną adrenaliny i… wyobraźni. Bohaterami historyjki są koty, Bazyli oraz Cyryl. Trochę nawiązuje to do Filemona i Bonifacego, Bazyli ma ochotę na psoty i wycieczki, a Cyryl najchętniej spędzałby czas na drzemkach na parapecie. Daje się jednak namówić na wyprawę. Nad stawem, na który koty wybierają się w nadziei na ryby, jest dziurawa kładka – w dziurę wpada Bazyli.
„Koty i kotki” to tomik, w którym autorka stara się zaangażować dzieci w lekturę przez niespodzianki i sam bieg wydarzeń. Budzi ciekawość za sprawą celu wyprawy kotów, a później – przez dramatyczne chwile, kiedy Bazyli próbuje wydostać się z wody. Bednarek szuka odkrywczych, bardziej oryginalnych tematów, nieoczywistych – żeby dzieci przedwcześnie nie rezygnowały z lektury i żeby nie mogły przewidzieć kierunku rozwoju fabuły (co do finału – wszyscy się domyślają, że jest miejsce tylko na happy end, ale jak tego autorka dokona – to już inna rzecz). „Koty i kotki” to zatem wielka przygoda bohaterów, którzy tylko z pozoru mają nudne życie.
Justyna Bednarek nawiązuje tutaj do tradycji literatury czwartej, dba też o to, żeby dzieci otrzymały nowe dla siebie treści – żeby istniał ważny powód sięgania po lekturę, nie tylko lekcja czytania. Jednak mimo całej zabawy, dla autorki również zajmującej, trzeba też podporządkować się wymogom cyklu dotyczącym podstawowych głosek (między innymi). A to oznacza, że czasami trzeba zrezygnować ze słów zrozumiałych dla dzieci (a zawierających dwuznaki, zmiękczenia czy głoski spoza podstawy). W związku z tym zwyczajna dziura w moście przerabia się – ze szkodą dla opowieści, stylu i sensu na „otworek”. To zmienia i klimat historyjki, i wymowę samej sceny – odbiera jej dramaturgię i sprawia dziwne wrażenie, jakby autorka nie do końca wprawnie posługiwała się językiem polskim. Justyna Bednarek (albo jej redakcja) nie zawsze znajduje najszczęśliwsze synonimy, co wpływa potem na ocenę nie tyle samej książeczki co sensowności założeń cyklu. Może warto czasami odstępować od reguł, żeby uzyskać lepszy lekturowy efekt. Pytanie, czy lepiej posługiwać się matematycznymi surowymi wytycznymi, tracąc na jakości stylu – czy też szukać wymyślnych synonimów odstraszających dzieci, kosztem zrozumiałości.
Justyna Bednarek uruchamia też wyobraźnię, wprowadza w bajce rozwiązanie magiczne – wtedy, gdy najbardziej potrzeba ratunku (wcześniej mówiące koty nikogo nie zdziwią, bo przecież w bajkach i zabawach z przytulankami to zupełnie naturalne). Magda Kozieł-Nowak uzupełnia tę historyjkę dynamicznymi ilustracjami. Wykorzystuje picturebookową stylistykę do popisu graficznego – przedstawia odbiorcom swoje umiejętności w opowiadaniu ciekawej historii obrazkami, różnicuje charaktery postaci i może też obrazkami zachęcać do przyglądania się tekstowi. Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie liczy się połączenie słów i obrazu, dzieci będą w równym stopniu zwracać uwagę na obie te warstwy tomiku – a to dlatego, że potrzebują odpoczynku od żmudnego literowania. „Koty i kotki” to zaproszenie do czytania – ale nie tylko dla tych dzieci, które lubią zabawy z kotami. Także maluchy szukające przygód odnajdą się tutaj bez przeszkód i dowiedzą się, że warto czytać dla przyjemności.
poniedziałek, 1 czerwca 2020
Justyna Bednarek: Koperta z kotem
Egmont, Warszawa 2020.
Niespodzianka
Justyna Bednarek w tomiku „Koperta z kotem” przypomina dorosłym – a dzieciom uświadamia – ile przyjemności może dać wysłanie tradycyjnych kartek pocztowych lub listów – i otrzymywanie ich. Dwie kuzynki Janka, Iza i Jola, zbierają kartki ze zwierzętami (jedna – z kotami, druga z psami). Janek może kupić takie kartki u pana Ignacego. Wkłada je do kopert, adresuje i wysyła do kuzynek. Upewnia się jeszcze na poczcie, jakie ma możliwości – decyduje się na listy polecone. Ma nadzieję, że dotrą w tym samym dniu, żeby żadna z dziewczynek nie czuła się pokrzywdzona. Iza i Jola zresztą mogą się zrewanżować kartkami z tym, co najbardziej interesuje Janka. Justyna Bednarek w „Kopercie z kotem” próbuje zaintrygować odbiorców czymś, co dawniej było oczywiste i naturalne, a co teraz stanowi właściwie egzotyczną atrakcję. Nie podpowiada, jak pracować samodzielnie: tu nie ma mowy o wyżywaniu się w zajęciach plastycznych, dzieci kupują gotowe pocztówki, muszą też skorzystać z poczty – za zgodą rodziców, ale to łączy się z kolejną drobną kwotą do wydania. Jeśli jednak w ten sposób można sprawić komuś radość, warto wziąć takie rozwiązanie pod uwagę.
Justyna Bednarek tym razem część wymogów pierwszego poziomu cyklu omija za sprawą podawania kodu w postaci zapisu cyframi. Proponuje dzieciom nieco inne wyzwanie, nieprzewidziane przez twórców serii. Wszystkie imiona bohaterów zaczynają się na I lub J, przez co mniej się od siebie odróżniają w oczach dzieci, które dopiero uczą się czytać. To zwiększa odrobinę poziom trudności – co akurat może wyjść czytelnikom na dobre. Tutaj Justyna Bednarek nie szuka wyjątkowej fabuły, opiera się na niespodziance, którą wzajemnie robią sobie dzieci – to również przyjemność dla czytelników, którzy mogą obmyślać podobne miłe upominki dla swoich koleżanek i kolegów. Do tego autorka wraca też do motywu, który kiedyś sprawiał satysfakcję maluchom – zbierania pocztówek ze zwierzętami. Wprawdzie w czasach internetu zdobycie ciekawych zdjęć zwierzęcych pupili nie wiąże się z żadnymi specjalnymi wyzwaniami, jednak autorka próbuje zachęcić odbiorców do sprawdzenia, jak przyjemnie jest coś kolekcjonować.
„Koperta z kotem” to zatem historyjka, która wiąże się z miłymi wspomnieniami dla rodziców czy dziadków. U dzieci – właściwych odbiorców tomiku – będzie przede wszystkim budzić ciekawość i chęć przetestowania podpowiedzi. Justyna Bednarek pisze tę drobną opowieść, żeby urozmaicić najmłodszym lekcje czytania i zasugerować sposób na spędzanie wolnego czasu. Rzadko się zdarza, żeby komentarze do czytania przez dzieci były na tym poziomie rozbudowane aż na dwa wersy na stronie, ale tutaj autorka wie, że maluchy w ferworze śledzenia zachowań Janka nie zwrócą uwagi na konieczność podejmowania wysiłku w czytaniu.
Ten tomik ilustruje Maja Barska – i ma bardzo ważne zadanie, bo przecież pierwszy poziom serii Czytam sobie to picture book. A że tu rzecz dotyczy kartek ze zwierzętami – odbiorcy tym bardziej zechcą obejrzeć rysunki dokładnie. Ilustratorka stawia na dowcipne obrazki, uśmiechniętych ludzi i zadowolone zwierzęta. Czasami też wprowadza dodatkowe wiadomości, jak przy adresowaniu kopert. przyjemnie ogląda się te obrazki, a Maja Barska dba o to, by były kolorowe i zapraszały do ćwiczenia czytania. Przy takim opracowaniu tomiku znacznie łatwiej będzie dzieciom przystąpić do lektury.
Niespodzianka
Justyna Bednarek w tomiku „Koperta z kotem” przypomina dorosłym – a dzieciom uświadamia – ile przyjemności może dać wysłanie tradycyjnych kartek pocztowych lub listów – i otrzymywanie ich. Dwie kuzynki Janka, Iza i Jola, zbierają kartki ze zwierzętami (jedna – z kotami, druga z psami). Janek może kupić takie kartki u pana Ignacego. Wkłada je do kopert, adresuje i wysyła do kuzynek. Upewnia się jeszcze na poczcie, jakie ma możliwości – decyduje się na listy polecone. Ma nadzieję, że dotrą w tym samym dniu, żeby żadna z dziewczynek nie czuła się pokrzywdzona. Iza i Jola zresztą mogą się zrewanżować kartkami z tym, co najbardziej interesuje Janka. Justyna Bednarek w „Kopercie z kotem” próbuje zaintrygować odbiorców czymś, co dawniej było oczywiste i naturalne, a co teraz stanowi właściwie egzotyczną atrakcję. Nie podpowiada, jak pracować samodzielnie: tu nie ma mowy o wyżywaniu się w zajęciach plastycznych, dzieci kupują gotowe pocztówki, muszą też skorzystać z poczty – za zgodą rodziców, ale to łączy się z kolejną drobną kwotą do wydania. Jeśli jednak w ten sposób można sprawić komuś radość, warto wziąć takie rozwiązanie pod uwagę.
Justyna Bednarek tym razem część wymogów pierwszego poziomu cyklu omija za sprawą podawania kodu w postaci zapisu cyframi. Proponuje dzieciom nieco inne wyzwanie, nieprzewidziane przez twórców serii. Wszystkie imiona bohaterów zaczynają się na I lub J, przez co mniej się od siebie odróżniają w oczach dzieci, które dopiero uczą się czytać. To zwiększa odrobinę poziom trudności – co akurat może wyjść czytelnikom na dobre. Tutaj Justyna Bednarek nie szuka wyjątkowej fabuły, opiera się na niespodziance, którą wzajemnie robią sobie dzieci – to również przyjemność dla czytelników, którzy mogą obmyślać podobne miłe upominki dla swoich koleżanek i kolegów. Do tego autorka wraca też do motywu, który kiedyś sprawiał satysfakcję maluchom – zbierania pocztówek ze zwierzętami. Wprawdzie w czasach internetu zdobycie ciekawych zdjęć zwierzęcych pupili nie wiąże się z żadnymi specjalnymi wyzwaniami, jednak autorka próbuje zachęcić odbiorców do sprawdzenia, jak przyjemnie jest coś kolekcjonować.
„Koperta z kotem” to zatem historyjka, która wiąże się z miłymi wspomnieniami dla rodziców czy dziadków. U dzieci – właściwych odbiorców tomiku – będzie przede wszystkim budzić ciekawość i chęć przetestowania podpowiedzi. Justyna Bednarek pisze tę drobną opowieść, żeby urozmaicić najmłodszym lekcje czytania i zasugerować sposób na spędzanie wolnego czasu. Rzadko się zdarza, żeby komentarze do czytania przez dzieci były na tym poziomie rozbudowane aż na dwa wersy na stronie, ale tutaj autorka wie, że maluchy w ferworze śledzenia zachowań Janka nie zwrócą uwagi na konieczność podejmowania wysiłku w czytaniu.
Ten tomik ilustruje Maja Barska – i ma bardzo ważne zadanie, bo przecież pierwszy poziom serii Czytam sobie to picture book. A że tu rzecz dotyczy kartek ze zwierzętami – odbiorcy tym bardziej zechcą obejrzeć rysunki dokładnie. Ilustratorka stawia na dowcipne obrazki, uśmiechniętych ludzi i zadowolone zwierzęta. Czasami też wprowadza dodatkowe wiadomości, jak przy adresowaniu kopert. przyjemnie ogląda się te obrazki, a Maja Barska dba o to, by były kolorowe i zapraszały do ćwiczenia czytania. Przy takim opracowaniu tomiku znacznie łatwiej będzie dzieciom przystąpić do lektury.
czwartek, 24 października 2019
Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska: Galopem po szczęście
W.A.B., Warszawa 2019.
Dom
Baśka nie chce się przyznać, co przeskrobała. Jest w końcu dorosła i powinna sama odpowiadać za swoje błędy. Ale w wyniku tych błędów rozstaje się z mężem, traci oszczędności i mieszkanie – i musi wrócić w rodzinne strony, w miejsce, z którego zawsze chciała się wyrwać. Krnąbrność to cecha jej charakteru, więc prędzej czy później kobieta wpędzi się w następne kłopoty – na razie jednak nie ma lepszego pomysłu na siebie i nastoletnią córkę (oczywiście niezadowoloną z takiego rozwoju sytuacji). Baśka zostaje asystentką ojca w stadninie, przypomina sobie o dawnej miłości do koni (zarzuconej na skutek pewnego nieporozumienia) i odkrywa obecność pewnego przystojnego zaklinacza koni. Przy takich drobnych sukcesach łatwo przymknąć oko na narzekania córki. Zwłaszcza że dziewczynę skutecznie spacyfikują dziadkowie. Co ciekawe, widać w tej książce różnice między pokoleniami – i to tak, że odbiorczynie uwierzą zarówno w mentalność dziadków, jak i w postawy córki Baśki. Wszystko wypada przekonująco.
Powrót córki marnotrawnej to temat, który w „Galopem po szczęście” dominuje i pozwala wrócić do bohaterów znanych z Ogrodu Zuzanny. Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska proponują odbiorcom ten temat z innej perspektywy – przez pryzmat innych postaci – ale odwołują się i do miejsca, i do sylwetek, które zdążyły już zagościć na dobre w domach czytelniczek. Dlatego w „Galopem po szczęście” będzie się z takim samym zainteresowaniem śledzić główny plan jak i dalszy: tu rozwijają się wątki, które wcześniej nie miały szansy rozkwitnąć. Autorki potrafią zbudować atmosferę miejsca i sprawić, że czytelniczki poczują się jak u siebie – z opisywanymi bohaterami w roli pożądanych sąsiadów. Żeby jednak nie było zbyt sielsko, wprowadzają całkiem sporo przeszkód na drodze do szczęścia. A to podpalenie domu (w którym stara szeptucha opiekuje się niemowlęciem), a to alkoholizm matki (jako wynik rozdmuchiwanych oczekiwań otoczenia), rodzinne niesnaski i kłótnie. Wszystko jednak rozwija się tak, by przynieść czytelniczkom zestaw podpowiedzi dotyczących życia i zmartwień. Można korzystać z mądrych uwag bohaterów i przeszczepiać na własny grunt ich rozwiązania – można też potraktować książkę jako źródło rozrywki i zwyczajnie dobrze się bawić, śledząc przygody bohaterów. Są tu silne charaktery i sceny, w których wydaje się, że nie ma dobrego rozwiązania – są postawy znane z codzienności odbiorczyniom albo decyzje, które w prawdziwym życiu raczej się nie pojawiają. Wszystko dla dobra fabuły: umiejętnie rozwijana opowieść wciąga i sprawia, że coraz więcej odbiorczyń będzie sięgać po propozycje tego duetu pisarskiego.
Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska piszą nieźle (jeśli przymknąć oko na irytującą manierę powtarzania synonimów przez jedną z nich – mniej już tego zabiegu niż w Ogrodzie Zuzanny, ale dalej co jakiś czas powraca i doprowadza do pasji), mają pomysły na rozwój akcji – i na budowanie opowieści na kilku planach równocześnie. Wiedzą, jak stworzyć azyl dla postaci i sprawić, by czytelniczki zechciały tu przebywać. „Galopem po szczęście” to obyczajówka dobrze wymyślona: z wyczuciem i świadomością chwytów, które na rynku się sprawdzają. Wielowymiarowa historia, która czerpie z motywu zaczynania od nowa z dala od wielkomiejskiego zgiełku tutaj nie toczy się przewidywalnie, a przynajmniej – nie we wszystkich aspektach. I to cieszy.
Dom
Baśka nie chce się przyznać, co przeskrobała. Jest w końcu dorosła i powinna sama odpowiadać za swoje błędy. Ale w wyniku tych błędów rozstaje się z mężem, traci oszczędności i mieszkanie – i musi wrócić w rodzinne strony, w miejsce, z którego zawsze chciała się wyrwać. Krnąbrność to cecha jej charakteru, więc prędzej czy później kobieta wpędzi się w następne kłopoty – na razie jednak nie ma lepszego pomysłu na siebie i nastoletnią córkę (oczywiście niezadowoloną z takiego rozwoju sytuacji). Baśka zostaje asystentką ojca w stadninie, przypomina sobie o dawnej miłości do koni (zarzuconej na skutek pewnego nieporozumienia) i odkrywa obecność pewnego przystojnego zaklinacza koni. Przy takich drobnych sukcesach łatwo przymknąć oko na narzekania córki. Zwłaszcza że dziewczynę skutecznie spacyfikują dziadkowie. Co ciekawe, widać w tej książce różnice między pokoleniami – i to tak, że odbiorczynie uwierzą zarówno w mentalność dziadków, jak i w postawy córki Baśki. Wszystko wypada przekonująco.
Powrót córki marnotrawnej to temat, który w „Galopem po szczęście” dominuje i pozwala wrócić do bohaterów znanych z Ogrodu Zuzanny. Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska proponują odbiorcom ten temat z innej perspektywy – przez pryzmat innych postaci – ale odwołują się i do miejsca, i do sylwetek, które zdążyły już zagościć na dobre w domach czytelniczek. Dlatego w „Galopem po szczęście” będzie się z takim samym zainteresowaniem śledzić główny plan jak i dalszy: tu rozwijają się wątki, które wcześniej nie miały szansy rozkwitnąć. Autorki potrafią zbudować atmosferę miejsca i sprawić, że czytelniczki poczują się jak u siebie – z opisywanymi bohaterami w roli pożądanych sąsiadów. Żeby jednak nie było zbyt sielsko, wprowadzają całkiem sporo przeszkód na drodze do szczęścia. A to podpalenie domu (w którym stara szeptucha opiekuje się niemowlęciem), a to alkoholizm matki (jako wynik rozdmuchiwanych oczekiwań otoczenia), rodzinne niesnaski i kłótnie. Wszystko jednak rozwija się tak, by przynieść czytelniczkom zestaw podpowiedzi dotyczących życia i zmartwień. Można korzystać z mądrych uwag bohaterów i przeszczepiać na własny grunt ich rozwiązania – można też potraktować książkę jako źródło rozrywki i zwyczajnie dobrze się bawić, śledząc przygody bohaterów. Są tu silne charaktery i sceny, w których wydaje się, że nie ma dobrego rozwiązania – są postawy znane z codzienności odbiorczyniom albo decyzje, które w prawdziwym życiu raczej się nie pojawiają. Wszystko dla dobra fabuły: umiejętnie rozwijana opowieść wciąga i sprawia, że coraz więcej odbiorczyń będzie sięgać po propozycje tego duetu pisarskiego.
Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska piszą nieźle (jeśli przymknąć oko na irytującą manierę powtarzania synonimów przez jedną z nich – mniej już tego zabiegu niż w Ogrodzie Zuzanny, ale dalej co jakiś czas powraca i doprowadza do pasji), mają pomysły na rozwój akcji – i na budowanie opowieści na kilku planach równocześnie. Wiedzą, jak stworzyć azyl dla postaci i sprawić, by czytelniczki zechciały tu przebywać. „Galopem po szczęście” to obyczajówka dobrze wymyślona: z wyczuciem i świadomością chwytów, które na rynku się sprawdzają. Wielowymiarowa historia, która czerpie z motywu zaczynania od nowa z dala od wielkomiejskiego zgiełku tutaj nie toczy się przewidywalnie, a przynajmniej – nie we wszystkich aspektach. I to cieszy.
poniedziałek, 1 lipca 2019
Justyna Bednarek: Pan Stanisław odlatuje
Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.
Bez smutku
Tak to jest, że im większe wyzwanie i im trudniejszy temat poruszany w literaturze czwartej, tym lepszy może być efekt. „Pan Stanisław odlatuje” to książka, która najmłodszych zaciekawi, a pokolenie rodziców czy dziadków – wzruszy. Powinna ponadto zdeklasować inne publikacje we wszystkich konkursach. Mowa w niej o śmierci, tyle tylko, że przedstawionej jako wspaniała przygoda, która niczego nie kończy, a otwiera nowe możliwości istnienia. Justyna Bednarek nie odwołuje się do religii (chociaż bohater, pan Stanisław, leci wysoko, nie znaczy, że idzie do nieba – trafia do krainy, w której mieszkańcy poruszają się nie na skrzydłach, a dzięki złotym śmigłom), ucieka od dosłowności (w krainie jest tak wspaniale, że nie da się tego opisać, chociaż autorka jednocześnie zachęca dzieci, żeby spróbowały to narysować, bez podawania konkretów). Nie ma smutku ani żalu: najpierw pan Stanisław zapewnia opiekę dla ukochanego psa (zajmie się nim wnuczek, z radością, bo przecież uwielbia to zwierzę), z nikim nie musi się żegnać – bo też i z nikim się tak naprawdę nie rozstaje.
Stary bohater, fenomenalnie przedstawiony przez Pawła Pawlaka (w tekście znów: nie ma mowy o jego podeszłym wieku), pewnego dnia postanawia coś zmienić: chce wybrać się na wyprawę. Jako najlepszy środek transportu uznaje materac napełniony helem: to pozwoli mu osiągać dowolne wysokości bez większego zdziwienia (w końcu to normalne, że hel kupuje się w sklepie z helem i nawet dostaje specjalny ciężarek, żeby butla przedwcześnie nie odfrunęła!). Pan Stanisław odlatuje w górę, a w trakcie drogi dostrzega rzeczy, których nie widać na co dzień: dowiaduje się między innymi, jak jest urządzony świat, dlaczego pewne sprawy się dzieją i jaki mają wpływ na innych ludzi, przekonuje się też, że z pewnej wysokości widać całe życie. Nie zastanawia się nad tym, ale może się zachwycać – i nie odczuwa lęku. Tam, gdzie trafi, jest tak fantastycznie, że chce zostać. Bliskich cały czas może oglądać z góry, więc nic nie traci, nie ma czego żałować.
Kojąca jest ta książka i przynosząca pokrzepienie, pomoże w rozmowie z maluchami o tym, że czasem ktoś bliski odchodzi. Justyna Bednarek arcytrudny temat realizuje tutaj bez wahania, z wielką wprawą i wyczuciem, pozwalając sobie nawet na drobne żarty. Paweł Pawlak z kolei – dbający o graficzną oprawę całości – odnosi się do wyobraźni dzieci i pomaga dostrzec detale, na które w narracji zabrakło miejsca. „Pan Stanisław odlatuje” to książka bardzo klasyczna w duchu, ale tematycznie – odwołująca się do przestrzeni, które dawniej w literaturze czwartej nie były poddawane analizom. Justyna Bednarek proponuje książkę potrzebną i cenną, zwraca na siebie uwagę dzięki precyzyjnej opowieści i pomysłom spoza schematów. Opowieść zajmuje niewiele miejsca, jest jednowątkowa i prosta – a jednak chwyta za serce. To książka, którą każdy powinien mieć w domu, żeby móc się do niej odwołać, kiedy potrzebny jest dystans do smutków i lęków egzystencjalnych – ale też kiedy potrzeba pocieszenia.
Bez smutku
Tak to jest, że im większe wyzwanie i im trudniejszy temat poruszany w literaturze czwartej, tym lepszy może być efekt. „Pan Stanisław odlatuje” to książka, która najmłodszych zaciekawi, a pokolenie rodziców czy dziadków – wzruszy. Powinna ponadto zdeklasować inne publikacje we wszystkich konkursach. Mowa w niej o śmierci, tyle tylko, że przedstawionej jako wspaniała przygoda, która niczego nie kończy, a otwiera nowe możliwości istnienia. Justyna Bednarek nie odwołuje się do religii (chociaż bohater, pan Stanisław, leci wysoko, nie znaczy, że idzie do nieba – trafia do krainy, w której mieszkańcy poruszają się nie na skrzydłach, a dzięki złotym śmigłom), ucieka od dosłowności (w krainie jest tak wspaniale, że nie da się tego opisać, chociaż autorka jednocześnie zachęca dzieci, żeby spróbowały to narysować, bez podawania konkretów). Nie ma smutku ani żalu: najpierw pan Stanisław zapewnia opiekę dla ukochanego psa (zajmie się nim wnuczek, z radością, bo przecież uwielbia to zwierzę), z nikim nie musi się żegnać – bo też i z nikim się tak naprawdę nie rozstaje.
Stary bohater, fenomenalnie przedstawiony przez Pawła Pawlaka (w tekście znów: nie ma mowy o jego podeszłym wieku), pewnego dnia postanawia coś zmienić: chce wybrać się na wyprawę. Jako najlepszy środek transportu uznaje materac napełniony helem: to pozwoli mu osiągać dowolne wysokości bez większego zdziwienia (w końcu to normalne, że hel kupuje się w sklepie z helem i nawet dostaje specjalny ciężarek, żeby butla przedwcześnie nie odfrunęła!). Pan Stanisław odlatuje w górę, a w trakcie drogi dostrzega rzeczy, których nie widać na co dzień: dowiaduje się między innymi, jak jest urządzony świat, dlaczego pewne sprawy się dzieją i jaki mają wpływ na innych ludzi, przekonuje się też, że z pewnej wysokości widać całe życie. Nie zastanawia się nad tym, ale może się zachwycać – i nie odczuwa lęku. Tam, gdzie trafi, jest tak fantastycznie, że chce zostać. Bliskich cały czas może oglądać z góry, więc nic nie traci, nie ma czego żałować.
Kojąca jest ta książka i przynosząca pokrzepienie, pomoże w rozmowie z maluchami o tym, że czasem ktoś bliski odchodzi. Justyna Bednarek arcytrudny temat realizuje tutaj bez wahania, z wielką wprawą i wyczuciem, pozwalając sobie nawet na drobne żarty. Paweł Pawlak z kolei – dbający o graficzną oprawę całości – odnosi się do wyobraźni dzieci i pomaga dostrzec detale, na które w narracji zabrakło miejsca. „Pan Stanisław odlatuje” to książka bardzo klasyczna w duchu, ale tematycznie – odwołująca się do przestrzeni, które dawniej w literaturze czwartej nie były poddawane analizom. Justyna Bednarek proponuje książkę potrzebną i cenną, zwraca na siebie uwagę dzięki precyzyjnej opowieści i pomysłom spoza schematów. Opowieść zajmuje niewiele miejsca, jest jednowątkowa i prosta – a jednak chwyta za serce. To książka, którą każdy powinien mieć w domu, żeby móc się do niej odwołać, kiedy potrzebny jest dystans do smutków i lęków egzystencjalnych – ale też kiedy potrzeba pocieszenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






