Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podróż
To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.
Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść komiksowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść komiksowa. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 22 czerwca 2026
piątek, 8 maja 2026
Andy Griffiths: Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wyprawa
Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.
Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.
Wyprawa
Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.
Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.
środa, 15 kwietnia 2026
Jeff Kinney: Dziennik Cwaniaczka. Pan Porażka
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Urodziny
To zadziwiające, kiedy bohaterowie z literatury czwartej, w założeniu będący z młodymi czytelnikami zaledwie parę chwil, utrzymują się na rynku przez całe dekady. Dwudziestolecie Cwaniaczka to dobry moment, żeby przyjrzeć się kwestii urodzinowych przyjęć – Jeff Kinney ułatwia sobie tym razem zadanie, ogniskując fabułę wokół jednego zasadniczego tematu i zmusza swojego bohatera do przyglądania się różnym przepisom na katastrofę. A ponieważ Greg, gdyby tylko mógł, chętnie zasugerowałby swoim gościom, co sprawiłoby mu prawdziwą przyjemność – ale nie ma na to szans, bo nie pozwala mu na to rzeczywistość i kontrola mamy – nie ustaje w wysiłkach, żeby osiągnąć swój cel okrężnymi drogami. „Pan Porażka” to książka, w której najpierw bohater przygląda się różnym przyjęciom urodzinowym ze swojego dzieciństwa, po to, żeby później przekonać się, że o jego prawdziwych urodzinach mama zapomniała – pochłonięta przygotowaniami do konkursu na ciasto. W erze internetu takie zachowanie nie pozostaje bez kary, anonimowe mamy z forum tropią tę, która ośmieliła się tak skrzywdzić swoją pociechę, a mama Grega, targana wyrzutami sumienia, chce sprawić najlepsze przyjęcie pod słońcem – po czasie.
I tak Greg zajęty jest kombinowaniem, jak zdobyć wyjątkowo rzadką kartę (spieniężenie jej natychmiast rozwiąże jego problemy finansowe, a nie wzbudzi podejrzeń wśród gości urodzinowych), a w międzyczasie snuje retrospekcje o kolejnych porażkach i wpadkach z przyjęć we wcześniejszych latach. Podpowiada odbiorcom nawet, jak wraz z przyjacielem korzystał z przyjęć urodzinowych, na które nie był zaproszony – wszystko po to, żeby bawić. Bo Dziennik Cwaniaczka to seria, która stworzona została dla śmiechu i jest serią gagów podporządkowanych pewnym kluczowym hasłom. Czyta się ją bardzo dobrze dzięki przeplataniu wyznań komiksowymi rysunkami, a także za sprawą akcentów zdaniowych wyznaczanych w rytmie tekstu. To jedna z tych publikacji, które może i nie nauczą dzieci zbyt wiele, za to zapewnią im rozrywkę, jakiej mali odbiorcy potrzebują – i pokażą, że książki można czytać dla przyjemności, relaksu i rozrywki. Chociaż i dorośli, i wydawnictwa często o tym zapominają, Greg – na szczęście – ma się świetnie i może pozwalać na zabijanie czasu i na oderwanie się od rutyny za sprawą szeregu katastrof, które spotykają go w każdej chwili. A ponieważ Jeff Kinney nie odchodzi zbyt daleko od realizmu – jedynie mocno go przerysowuje – śmiech, jakiego dostarcza małym czytelnikom, będzie wiązał się z sytuacjami powszechnie znanymi. W ten sposób Jeff Kinney może spokojnie wykorzystywać stereotypy i sięgać po inspiracje wszędzie tam, gdzie inni autorzy nie widzieliby potencjału twórczego. A sam Greg – chociaż przedstawia się jako nieudacznik i przegryw – radzi sobie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę warunki funkcjonowania. „Pan Porażka” to książka stworzona dla śmiechu i ten śmiech odbiorcom będzie przynosić – a przy okazji pozwoli bez napięcia podchodzić do imprez urodzinowych. Przecież zawsze mogło być gorzej.
Urodziny
To zadziwiające, kiedy bohaterowie z literatury czwartej, w założeniu będący z młodymi czytelnikami zaledwie parę chwil, utrzymują się na rynku przez całe dekady. Dwudziestolecie Cwaniaczka to dobry moment, żeby przyjrzeć się kwestii urodzinowych przyjęć – Jeff Kinney ułatwia sobie tym razem zadanie, ogniskując fabułę wokół jednego zasadniczego tematu i zmusza swojego bohatera do przyglądania się różnym przepisom na katastrofę. A ponieważ Greg, gdyby tylko mógł, chętnie zasugerowałby swoim gościom, co sprawiłoby mu prawdziwą przyjemność – ale nie ma na to szans, bo nie pozwala mu na to rzeczywistość i kontrola mamy – nie ustaje w wysiłkach, żeby osiągnąć swój cel okrężnymi drogami. „Pan Porażka” to książka, w której najpierw bohater przygląda się różnym przyjęciom urodzinowym ze swojego dzieciństwa, po to, żeby później przekonać się, że o jego prawdziwych urodzinach mama zapomniała – pochłonięta przygotowaniami do konkursu na ciasto. W erze internetu takie zachowanie nie pozostaje bez kary, anonimowe mamy z forum tropią tę, która ośmieliła się tak skrzywdzić swoją pociechę, a mama Grega, targana wyrzutami sumienia, chce sprawić najlepsze przyjęcie pod słońcem – po czasie.
I tak Greg zajęty jest kombinowaniem, jak zdobyć wyjątkowo rzadką kartę (spieniężenie jej natychmiast rozwiąże jego problemy finansowe, a nie wzbudzi podejrzeń wśród gości urodzinowych), a w międzyczasie snuje retrospekcje o kolejnych porażkach i wpadkach z przyjęć we wcześniejszych latach. Podpowiada odbiorcom nawet, jak wraz z przyjacielem korzystał z przyjęć urodzinowych, na które nie był zaproszony – wszystko po to, żeby bawić. Bo Dziennik Cwaniaczka to seria, która stworzona została dla śmiechu i jest serią gagów podporządkowanych pewnym kluczowym hasłom. Czyta się ją bardzo dobrze dzięki przeplataniu wyznań komiksowymi rysunkami, a także za sprawą akcentów zdaniowych wyznaczanych w rytmie tekstu. To jedna z tych publikacji, które może i nie nauczą dzieci zbyt wiele, za to zapewnią im rozrywkę, jakiej mali odbiorcy potrzebują – i pokażą, że książki można czytać dla przyjemności, relaksu i rozrywki. Chociaż i dorośli, i wydawnictwa często o tym zapominają, Greg – na szczęście – ma się świetnie i może pozwalać na zabijanie czasu i na oderwanie się od rutyny za sprawą szeregu katastrof, które spotykają go w każdej chwili. A ponieważ Jeff Kinney nie odchodzi zbyt daleko od realizmu – jedynie mocno go przerysowuje – śmiech, jakiego dostarcza małym czytelnikom, będzie wiązał się z sytuacjami powszechnie znanymi. W ten sposób Jeff Kinney może spokojnie wykorzystywać stereotypy i sięgać po inspiracje wszędzie tam, gdzie inni autorzy nie widzieliby potencjału twórczego. A sam Greg – chociaż przedstawia się jako nieudacznik i przegryw – radzi sobie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę warunki funkcjonowania. „Pan Porażka” to książka stworzona dla śmiechu i ten śmiech odbiorcom będzie przynosić – a przy okazji pozwoli bez napięcia podchodzić do imprez urodzinowych. Przecież zawsze mogło być gorzej.
poniedziałek, 6 października 2025
Eva Amores, Matt Cosgrove: Najgorszy tydzień życia. Niedziela
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Katastrofy
Antek Fert przekonuje się, że w najgorszym tygodniu życia każdego dnia będzie mierzyć się z wyzwaniami ponad siły, tracić godność i walczyć ze stworami z najgorszych koszmarów. Aż do niedzieli. W niedzielę stanie oko w oko z przeciwnikiem nie do pokonania. Bo jak walczyć z ukochanym kotem, domowym pupilem, który wprawdzie ma swój charakterek, ale jest towarzyszem codzienności i czasami pozwala się pogłaskać? Kapitan Pusio okazuje się bezlitosnym przywódcą, który bez chwili wahania wytknie Antkowi wszystkie błędy i niedociągnięcia w opiece domowej – a że ma pod sobą całe rzesze wiernych kosmitów, może stać się jeszcze bardziej groźny niż wskazywałyby na to pazury. Eva Amores i Matt Cosgrove tym razem w zasadzie oszczędzają bohaterowi brunatnych alarmów, golizny i upokorzeń związanych z przyrodnim bratem – problemy domowe i szkolne wyczerpały się w zasadzie na początku cyklu, teraz nie mają już większego znaczenia. Z czasem – to jest z rozwojem tygodnia – zaczęły do głosu dochodzić coraz bardziej fantastyczne katastrofy, w tym olimpijski pojedynek z zombiakami – teraz jednak w grę wchodzi proces. Sądowa potyczka, w której walka na argumenty jest jednocześnie walką na interpretację domowych wydarzeń. Wszystko, co się dzieje w zwyczajnym otoczeniu, nagle nabiera cech oskarżenia – a interpretacje obu stron mogą przekonać obserwatorów. Antek Fert może liczyć na rodziców – to oni najlepiej wiedzą co kryło się za nieporozumieniami z Kapitanem Pusiem i jakie aspekty starć trzeba wyciągnąć na światło dzienne, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Pozostaje pytanie, czy najgorszy tydzień życia nie był w rzeczywistości… najlepszym tygodniem – obfitującym wprawdzie w stresotwórcze wydarzenia i nadmiar adrenaliny oraz wpadek, ale też pełnym przygód i doświadczeń nie z tej ziemi.
Udało się autorom stworzyć serię, po którą młodzi czytelnicy mogą chętnie sięgać – znajdą tu bowiem rozrywkę pozbawioną moralizowania, dystans do własnych problemów i traum lub przykrości i sporą dawkę fantazji podlanej dowcipem. Akcja jest dynamiczna, za każdym razem wydarzenia relacjonowane dzięki tekstowi i rysunkom toczą się błyskawicznie i nie sposób nudzić się przy opisach. Autorzy podkreślają motywy charakterystyczne dla problemów młodych odbiorców – ale zapewniają oddech za sprawą humoru. Antek Fert może się wstydzić wielu rzeczy, jednak nawet jako ofiara losu nie będzie potrzebował współczucia – to on wygrywa wszystkie potyczki, a do tego wcale się nie przejmuje tym, co było dawniej. Żyje chwilą i zapewnia sporo śmiechu – właśnie dzięki temu, że potrafi nabrać dystansu do tego, co aktualnie przeżywa. Eva Amores i Matt Cosgrove przypominają, że zawsze może być gorzej, ale nie ma co się przejmować zwyczajnymi wpadkami – warto zostawić sobie przeżywanie stresu na te niezwyczajne (które w normalnym życiu nie nadejdą, tym przyjemniej przeżywać je podczas lektury). Jest to książka mocno przerysowana i czerpiąca z bogatej wyobraźni – i to właśnie spodoba się najmłodszym.
Katastrofy
Antek Fert przekonuje się, że w najgorszym tygodniu życia każdego dnia będzie mierzyć się z wyzwaniami ponad siły, tracić godność i walczyć ze stworami z najgorszych koszmarów. Aż do niedzieli. W niedzielę stanie oko w oko z przeciwnikiem nie do pokonania. Bo jak walczyć z ukochanym kotem, domowym pupilem, który wprawdzie ma swój charakterek, ale jest towarzyszem codzienności i czasami pozwala się pogłaskać? Kapitan Pusio okazuje się bezlitosnym przywódcą, który bez chwili wahania wytknie Antkowi wszystkie błędy i niedociągnięcia w opiece domowej – a że ma pod sobą całe rzesze wiernych kosmitów, może stać się jeszcze bardziej groźny niż wskazywałyby na to pazury. Eva Amores i Matt Cosgrove tym razem w zasadzie oszczędzają bohaterowi brunatnych alarmów, golizny i upokorzeń związanych z przyrodnim bratem – problemy domowe i szkolne wyczerpały się w zasadzie na początku cyklu, teraz nie mają już większego znaczenia. Z czasem – to jest z rozwojem tygodnia – zaczęły do głosu dochodzić coraz bardziej fantastyczne katastrofy, w tym olimpijski pojedynek z zombiakami – teraz jednak w grę wchodzi proces. Sądowa potyczka, w której walka na argumenty jest jednocześnie walką na interpretację domowych wydarzeń. Wszystko, co się dzieje w zwyczajnym otoczeniu, nagle nabiera cech oskarżenia – a interpretacje obu stron mogą przekonać obserwatorów. Antek Fert może liczyć na rodziców – to oni najlepiej wiedzą co kryło się za nieporozumieniami z Kapitanem Pusiem i jakie aspekty starć trzeba wyciągnąć na światło dzienne, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Pozostaje pytanie, czy najgorszy tydzień życia nie był w rzeczywistości… najlepszym tygodniem – obfitującym wprawdzie w stresotwórcze wydarzenia i nadmiar adrenaliny oraz wpadek, ale też pełnym przygód i doświadczeń nie z tej ziemi.
Udało się autorom stworzyć serię, po którą młodzi czytelnicy mogą chętnie sięgać – znajdą tu bowiem rozrywkę pozbawioną moralizowania, dystans do własnych problemów i traum lub przykrości i sporą dawkę fantazji podlanej dowcipem. Akcja jest dynamiczna, za każdym razem wydarzenia relacjonowane dzięki tekstowi i rysunkom toczą się błyskawicznie i nie sposób nudzić się przy opisach. Autorzy podkreślają motywy charakterystyczne dla problemów młodych odbiorców – ale zapewniają oddech za sprawą humoru. Antek Fert może się wstydzić wielu rzeczy, jednak nawet jako ofiara losu nie będzie potrzebował współczucia – to on wygrywa wszystkie potyczki, a do tego wcale się nie przejmuje tym, co było dawniej. Żyje chwilą i zapewnia sporo śmiechu – właśnie dzięki temu, że potrafi nabrać dystansu do tego, co aktualnie przeżywa. Eva Amores i Matt Cosgrove przypominają, że zawsze może być gorzej, ale nie ma co się przejmować zwyczajnymi wpadkami – warto zostawić sobie przeżywanie stresu na te niezwyczajne (które w normalnym życiu nie nadejdą, tym przyjemniej przeżywać je podczas lektury). Jest to książka mocno przerysowana i czerpiąca z bogatej wyobraźni – i to właśnie spodoba się najmłodszym.
środa, 20 sierpnia 2025
Colleen AF Venable, Stephanie Yue: Kati, kocia opiekunka. Błyskotliwy plan
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Ratunek kotów
U Magdy koty specjalizują się we wszystkim, radzą sobie nawet z zadaniami, które przerastają przeciętnego człowieka – ale nic dziwnego, to superbohaterowie ukrywający swoje talenty. Kati nie ma wątpliwości, do czego koty Magdy są zdolne, poznała je już zresztą dobrze i pracuje z nimi, kiedy trzeba wprowadzić w życie kolejny genialny plan ratunku dla miasta. Tym razem Wąskie Wieże próbują przejąć każdy wolny skrawek miejsca, żeby zabudować go wątpliwej jakości tworami. Tymczasem Magda – do niedawna znana jako Myszycielka, a później jako Serowa Sprawiedliwość, ma trochę dosyć swoich alternatywnych tożsamości. Wolałaby zostawić walkę ze złoczyńcami innym, a nawet – trochę zniknąć ze świadomości mieszkańców. Nie ma zamiaru nawet czytać worków z listami od wielbicieli. Jednak nie ma czasu na rozterki, trzeba działać. Jeden wątek w serii Kati, kocia opiekunka, to właśnie superbohaterstwo, obowiązkowy składnik części komiksów i wyzwanie rzucane światom Marvela. Drugi temat dotyczy relacji Kati w grupie rówieśniczek. Laskółki, czyli dziewczyny jeżdżące na deskorolkach, przekonują się, że nie we wszystkim sobie radzą: jedna wolałaby jeździć na rolkach, inna nie potrafi obsługiwać kamery tak, żeby stworzyć ekscytujące filmiki na profile społecznościowe (a przecież to przydałoby się do budowania marki). Do tego rodzice Bethany właśnie się rozchodzą i nastolatka próbuje poradzić sobie z własnymi emocjami. Każda zmiana to obawa, że przyjaciółki odsuną się od siebie i że Laskółki stracą to, co z wysiłkiem sobie zbudowały. Kati musi się przekonać, że można się różnić i wspierać jednocześnie – i że nawet jeśli nie na wszystko znajdzie się sposób, zawsze warto być wsparciem dla bliskich. Sama wprawdzie nie potrafi zaakceptować faktu, że Benito, zwany Sowusią, najwyraźniej czuje coś do jej mamy, ale postanawia dać mu szansę – zwłaszcza że Benito usilnie ćwiczy wchodzenie w relacje interpersonalne i trenuje to, co wielu ludzi potrafi robić odruchowo.
Do tego wszystkiego dochodzą koty – każdy ma inny charakter i każdy zyskuje tylko pojedynczy kadr na przedstawienie się – ale i tak będą zachwycały odbiorców. Powieść komiksowa w sprawdzonym cyklu to lektura rozrywkowa. Pozwala odetchnąć i nabrać dystansu do codziennych problemów – zająć się wyimaginowanymi kłopotami dla superbohaterów. Colleen AF Venable i Stephanie Yue tworzą wielowątkową historię wypełnioną wielkimi czynami i sporą dawką humoru, a także bezwzględnej miłości do kotów. Seria dla nastolatek rozwija się atrakcyjnie zwłaszcza dzięki przemycaniu w niej spraw z prawdziwego życia – łatwo tu zostać superbohaterem, niemal każdy ma w rodzinie kogoś, kto po nocach ratuje świat – ale jednak prawdziwą siłą jest stawianie czoła realnym zmartwieniom, które mogą też przydarzyć się samym odbiorczyniom. Jest to książka ważna – istotne tematy skrywa pod płaszczykiem zabawy i podsuwa czytelnikom sensowne rozwiązania rozmaitych życiowych sytuacji.
Ratunek kotów
U Magdy koty specjalizują się we wszystkim, radzą sobie nawet z zadaniami, które przerastają przeciętnego człowieka – ale nic dziwnego, to superbohaterowie ukrywający swoje talenty. Kati nie ma wątpliwości, do czego koty Magdy są zdolne, poznała je już zresztą dobrze i pracuje z nimi, kiedy trzeba wprowadzić w życie kolejny genialny plan ratunku dla miasta. Tym razem Wąskie Wieże próbują przejąć każdy wolny skrawek miejsca, żeby zabudować go wątpliwej jakości tworami. Tymczasem Magda – do niedawna znana jako Myszycielka, a później jako Serowa Sprawiedliwość, ma trochę dosyć swoich alternatywnych tożsamości. Wolałaby zostawić walkę ze złoczyńcami innym, a nawet – trochę zniknąć ze świadomości mieszkańców. Nie ma zamiaru nawet czytać worków z listami od wielbicieli. Jednak nie ma czasu na rozterki, trzeba działać. Jeden wątek w serii Kati, kocia opiekunka, to właśnie superbohaterstwo, obowiązkowy składnik części komiksów i wyzwanie rzucane światom Marvela. Drugi temat dotyczy relacji Kati w grupie rówieśniczek. Laskółki, czyli dziewczyny jeżdżące na deskorolkach, przekonują się, że nie we wszystkim sobie radzą: jedna wolałaby jeździć na rolkach, inna nie potrafi obsługiwać kamery tak, żeby stworzyć ekscytujące filmiki na profile społecznościowe (a przecież to przydałoby się do budowania marki). Do tego rodzice Bethany właśnie się rozchodzą i nastolatka próbuje poradzić sobie z własnymi emocjami. Każda zmiana to obawa, że przyjaciółki odsuną się od siebie i że Laskółki stracą to, co z wysiłkiem sobie zbudowały. Kati musi się przekonać, że można się różnić i wspierać jednocześnie – i że nawet jeśli nie na wszystko znajdzie się sposób, zawsze warto być wsparciem dla bliskich. Sama wprawdzie nie potrafi zaakceptować faktu, że Benito, zwany Sowusią, najwyraźniej czuje coś do jej mamy, ale postanawia dać mu szansę – zwłaszcza że Benito usilnie ćwiczy wchodzenie w relacje interpersonalne i trenuje to, co wielu ludzi potrafi robić odruchowo.
Do tego wszystkiego dochodzą koty – każdy ma inny charakter i każdy zyskuje tylko pojedynczy kadr na przedstawienie się – ale i tak będą zachwycały odbiorców. Powieść komiksowa w sprawdzonym cyklu to lektura rozrywkowa. Pozwala odetchnąć i nabrać dystansu do codziennych problemów – zająć się wyimaginowanymi kłopotami dla superbohaterów. Colleen AF Venable i Stephanie Yue tworzą wielowątkową historię wypełnioną wielkimi czynami i sporą dawką humoru, a także bezwzględnej miłości do kotów. Seria dla nastolatek rozwija się atrakcyjnie zwłaszcza dzięki przemycaniu w niej spraw z prawdziwego życia – łatwo tu zostać superbohaterem, niemal każdy ma w rodzinie kogoś, kto po nocach ratuje świat – ale jednak prawdziwą siłą jest stawianie czoła realnym zmartwieniom, które mogą też przydarzyć się samym odbiorczyniom. Jest to książka ważna – istotne tematy skrywa pod płaszczykiem zabawy i podsuwa czytelnikom sensowne rozwiązania rozmaitych życiowych sytuacji.
środa, 2 kwietnia 2025
Jeff Kinney: Niezły klops
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Rządy
Przygody Grega nikomu nie mogą się znudzić, nie tylko dlatego, że Jeff Kinney jest dla swojego bohatera bezlitosny – ale też ze względu na to, że autor powieści komiksowych bardzo dobrze wyłapuje z rzeczywistości rozmaite absurdy, które następnie naświetla w zabawnych historiach. Dowcip jest tu wszechobecny – i zwykle to dowcip, w którym z głównego bohatera śmieją się wszyscy i bez litości. Mają zresztą powody. Ale tym razem… Tym razem Greg schodzi z widoku, przynajmniej trochę. Bo znacznie lepsze numery wycinają jego krewni. A wszystko przez babcię.
Organizowanie wczasów rodzinnych samo w sobie powinno być zakazane jako prosty przepis na katastrofę: nastoletni bohater o tym wie, a jednak nie do końca może zaprotestować, kiedy jego mama wymyśla spęd dla bliskich. Wzorem babci, chce mieć wszystkich przy sobie – żeby móc się z nimi dogadać, albo… mieć ich na oku. Gregowi pozostaje tylko obserwować, a w odpowiednim momencie usunąć się z horyzontu. Co – oczywiście – nie jest możliwe. „Niezły klops” to wakacyjna historia o szalonym biegu wydarzeń. Jeff Kinney bawi się tu przede wszystkim satyrą na starsze pokolenie, które nie potrafi się między sobą dogadać. Ciotki przy każdym posiłku są w stanie wrócić do wydarzeń sprzed dekad, żeby tylko wytykać sobie nawzajem błędy i tkwić w zadawnionych konfliktach. Wszystkim zależy na tym, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle – tyle tylko, że nieprzewidziane wydarzenia eksponują słabości charakteru. I na tych właśnie słabościach opiera się komizm charakterów w książce „Niezły klops”. Odbiorcy będą tu mieli sporo radości – ale mogą też docenić trafność spostrzeżeń autora, który wyrywa się poza szkolną społeczność i tamtejsze zasady, żeby uświadomić czytelnikom, że dorosłość wcale nie jest wolna od problemów. Nad wszystkim unosi się sekret władzy. Sekret władzy to tajemnica babci – to ona trzęsie całą rodziną, co bezbłędnie wyłapuje Greg. Może uda się odkryć, jakim sposobem jej to wychodzi?
W tej książce dowcip podbijany jest różnymi metodami: czasem wiąże się z puentami podawanymi w fabule, czasem z rysunkowymi podsumowaniami akcji – ważne, że odbiorcy otrzymują tu śmiech pod różnymi postaciami i nigdy nie mogą być pewni, jaką puentę autor zaproponuje. To dzięki śmiechowi seria ma się tak dobrze i rozwija się z kolejną historią. Dziennik Cwaniaczka to rzeczywiście propozycja, która może przyciągnąć nieczytających z zasady młodszych nastolatków do lektur łamiących konwencję i wpisujących się w nurt prześmiewczych narracji. Chociaż wiele już przygód Grega na rynku zaistniało, dzięki zmianom otoczenia autor nie będzie nudzić młodych czytelników – zaproponuje im kolejną podróż w świat bliski, a jednocześnie wyśmiewany, przefiltrowany przez kpinę i zabawę. W tym wszystkim nie ma już znaczenia schematyczność rysunków i ich prostota: to rozwiązanie, które sprawdziło się między innymi w komiksach o Dilbercie – tutaj nie osłabia wymowy tomików i pomaga w przyciąganiu kolejnych odbiorców.
Rządy
Przygody Grega nikomu nie mogą się znudzić, nie tylko dlatego, że Jeff Kinney jest dla swojego bohatera bezlitosny – ale też ze względu na to, że autor powieści komiksowych bardzo dobrze wyłapuje z rzeczywistości rozmaite absurdy, które następnie naświetla w zabawnych historiach. Dowcip jest tu wszechobecny – i zwykle to dowcip, w którym z głównego bohatera śmieją się wszyscy i bez litości. Mają zresztą powody. Ale tym razem… Tym razem Greg schodzi z widoku, przynajmniej trochę. Bo znacznie lepsze numery wycinają jego krewni. A wszystko przez babcię.
Organizowanie wczasów rodzinnych samo w sobie powinno być zakazane jako prosty przepis na katastrofę: nastoletni bohater o tym wie, a jednak nie do końca może zaprotestować, kiedy jego mama wymyśla spęd dla bliskich. Wzorem babci, chce mieć wszystkich przy sobie – żeby móc się z nimi dogadać, albo… mieć ich na oku. Gregowi pozostaje tylko obserwować, a w odpowiednim momencie usunąć się z horyzontu. Co – oczywiście – nie jest możliwe. „Niezły klops” to wakacyjna historia o szalonym biegu wydarzeń. Jeff Kinney bawi się tu przede wszystkim satyrą na starsze pokolenie, które nie potrafi się między sobą dogadać. Ciotki przy każdym posiłku są w stanie wrócić do wydarzeń sprzed dekad, żeby tylko wytykać sobie nawzajem błędy i tkwić w zadawnionych konfliktach. Wszystkim zależy na tym, żeby pokazać się w jak najlepszym świetle – tyle tylko, że nieprzewidziane wydarzenia eksponują słabości charakteru. I na tych właśnie słabościach opiera się komizm charakterów w książce „Niezły klops”. Odbiorcy będą tu mieli sporo radości – ale mogą też docenić trafność spostrzeżeń autora, który wyrywa się poza szkolną społeczność i tamtejsze zasady, żeby uświadomić czytelnikom, że dorosłość wcale nie jest wolna od problemów. Nad wszystkim unosi się sekret władzy. Sekret władzy to tajemnica babci – to ona trzęsie całą rodziną, co bezbłędnie wyłapuje Greg. Może uda się odkryć, jakim sposobem jej to wychodzi?
W tej książce dowcip podbijany jest różnymi metodami: czasem wiąże się z puentami podawanymi w fabule, czasem z rysunkowymi podsumowaniami akcji – ważne, że odbiorcy otrzymują tu śmiech pod różnymi postaciami i nigdy nie mogą być pewni, jaką puentę autor zaproponuje. To dzięki śmiechowi seria ma się tak dobrze i rozwija się z kolejną historią. Dziennik Cwaniaczka to rzeczywiście propozycja, która może przyciągnąć nieczytających z zasady młodszych nastolatków do lektur łamiących konwencję i wpisujących się w nurt prześmiewczych narracji. Chociaż wiele już przygód Grega na rynku zaistniało, dzięki zmianom otoczenia autor nie będzie nudzić młodych czytelników – zaproponuje im kolejną podróż w świat bliski, a jednocześnie wyśmiewany, przefiltrowany przez kpinę i zabawę. W tym wszystkim nie ma już znaczenia schematyczność rysunków i ich prostota: to rozwiązanie, które sprawdziło się między innymi w komiksach o Dilbercie – tutaj nie osłabia wymowy tomików i pomaga w przyciąganiu kolejnych odbiorców.
poniedziałek, 3 marca 2025
Eva Amores, Matt Cosgrove: Najgorszy tydzień życia. Piątek
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Kryzys
Zawsze, kiedy Antek Fert uważa, że gorzej być nie może, życie pokazuje mu język. Bohater przeżył już cały szereg upokarzających wydarzeń ze sobą w roli głównej, sceny z nocnych koszmarów wielu osób pojawiły się na jawie w tej serii powieści komiksowych. Eva Amores i Matt Cosgrove zaczynają już przyciągać czytelników nie rubasznym humorem i łamaniem zasad a pytaniem, co jeszcze można wymyślić, skoro Antek został już ośmieszony na wszystkie możliwe sposoby. Tym razem bohater przemierza świat podziemnymi tunelami: z jakiegoś powodu (ale wcale nie przez prace koncernu Kant, no skąd!) ziemia w różnych miejscach zaczyna się zapadać. W efekcie do podziemi trafia nie tylko Antek, ale też jego przybrany brat i śmiertelny wróg Marcin (który zawsze wygląda doskonale i może prowadzić influencerską działalność bez większych przeszkód), a także Mia – jedyna sensowna dziewczyna w okolicy. Jej obecność może być pewnym wsparciem, chociaż też szkoda, że koleżanka bywa świadkiem tarzania się w ekskrementach, których przecież pełno w kanałach. Antek Fert przykre doświadczenia (choćby związane z używaniem taniego papieru toaletowego i ubrudzeniem się przy tym) zestawia z obecnymi jego przeżyciami, kiedy to bez przerwy tapla się w brązowej mazi i nie chce myśleć o jej pochodzeniu (chociaż woń nie pozwala mu zapomnieć). Kiedy jednak do kanałów trafia też jego babcia (w udziwnionej wersji), pewne jest jedno: potrzebna będzie pomoc. I to pomoc fachowców. Tym razem autorzy zrezygnowali ze szkolnych perypetii i wydarzeń rozgrywających się wśród bezlitosnych uczniów, ograniczają liczbę przypadkowych świadków upokorzeń, jednak nie zmniejszają samego poczucia wstydu – Antek słabości okazuje wobec tych, na których mu bardzo zależy i nie może uniknąć kolejnych wpadek – już zresztą chyba zaczął się do nich przyzwyczajać, chociaż wciąż mocno przeżywa. Ale odejście z terenu szkoły do miejsca mniej oczywistego i mniej prawdopodobnego automatycznie przenosi uwagę czytelników z tego, jak się Antek czuje na to, czego doświadcza. A przygód będzie miał sporo. Są tu brawurowe akcje, dynamiczne sceny i mnóstwo silnych emocji – wszystko w formie powieści komiksowej, Antek część wyjaśnień przerzuca do obrazków, część pozostawia w tradycyjnej formie, liczy się bowiem tempo opowiadania i umiejętne podkreślanie puent. Autorzy stawiają na prosty śmiech, przekonują odbiorców do cyklu dzięki odchodzeniu od wątków pedagogicznych i dzięki programowej niegrzeczności, łamaniu reguł już na etapie konstrukcji książki. Bohater musi wyjść cało z każdych opresji – a że przy okazji przeżywa rzeczy, które czasami trzeba ocenzurować (wstawiając obrazki miłych zwierząt), to dodatkowy składnik komiczny i uruchamianie wyobraźni czytelników. Żarty pojawiają się tu na różnych płaszczyznach, tak, żeby dzieci przekonały się do czytania książek i żeby miały powód nadrobienia zaległości w samej serii (jeśli takie mają) – wykorzystuje się w tomiku cały system odnośników do poprzednich historii. I tak Antek Fert po raz kolejny przemienia się z ofiary w bohatera.
Kryzys
Zawsze, kiedy Antek Fert uważa, że gorzej być nie może, życie pokazuje mu język. Bohater przeżył już cały szereg upokarzających wydarzeń ze sobą w roli głównej, sceny z nocnych koszmarów wielu osób pojawiły się na jawie w tej serii powieści komiksowych. Eva Amores i Matt Cosgrove zaczynają już przyciągać czytelników nie rubasznym humorem i łamaniem zasad a pytaniem, co jeszcze można wymyślić, skoro Antek został już ośmieszony na wszystkie możliwe sposoby. Tym razem bohater przemierza świat podziemnymi tunelami: z jakiegoś powodu (ale wcale nie przez prace koncernu Kant, no skąd!) ziemia w różnych miejscach zaczyna się zapadać. W efekcie do podziemi trafia nie tylko Antek, ale też jego przybrany brat i śmiertelny wróg Marcin (który zawsze wygląda doskonale i może prowadzić influencerską działalność bez większych przeszkód), a także Mia – jedyna sensowna dziewczyna w okolicy. Jej obecność może być pewnym wsparciem, chociaż też szkoda, że koleżanka bywa świadkiem tarzania się w ekskrementach, których przecież pełno w kanałach. Antek Fert przykre doświadczenia (choćby związane z używaniem taniego papieru toaletowego i ubrudzeniem się przy tym) zestawia z obecnymi jego przeżyciami, kiedy to bez przerwy tapla się w brązowej mazi i nie chce myśleć o jej pochodzeniu (chociaż woń nie pozwala mu zapomnieć). Kiedy jednak do kanałów trafia też jego babcia (w udziwnionej wersji), pewne jest jedno: potrzebna będzie pomoc. I to pomoc fachowców. Tym razem autorzy zrezygnowali ze szkolnych perypetii i wydarzeń rozgrywających się wśród bezlitosnych uczniów, ograniczają liczbę przypadkowych świadków upokorzeń, jednak nie zmniejszają samego poczucia wstydu – Antek słabości okazuje wobec tych, na których mu bardzo zależy i nie może uniknąć kolejnych wpadek – już zresztą chyba zaczął się do nich przyzwyczajać, chociaż wciąż mocno przeżywa. Ale odejście z terenu szkoły do miejsca mniej oczywistego i mniej prawdopodobnego automatycznie przenosi uwagę czytelników z tego, jak się Antek czuje na to, czego doświadcza. A przygód będzie miał sporo. Są tu brawurowe akcje, dynamiczne sceny i mnóstwo silnych emocji – wszystko w formie powieści komiksowej, Antek część wyjaśnień przerzuca do obrazków, część pozostawia w tradycyjnej formie, liczy się bowiem tempo opowiadania i umiejętne podkreślanie puent. Autorzy stawiają na prosty śmiech, przekonują odbiorców do cyklu dzięki odchodzeniu od wątków pedagogicznych i dzięki programowej niegrzeczności, łamaniu reguł już na etapie konstrukcji książki. Bohater musi wyjść cało z każdych opresji – a że przy okazji przeżywa rzeczy, które czasami trzeba ocenzurować (wstawiając obrazki miłych zwierząt), to dodatkowy składnik komiczny i uruchamianie wyobraźni czytelników. Żarty pojawiają się tu na różnych płaszczyznach, tak, żeby dzieci przekonały się do czytania książek i żeby miały powód nadrobienia zaległości w samej serii (jeśli takie mają) – wykorzystuje się w tomiku cały system odnośników do poprzednich historii. I tak Antek Fert po raz kolejny przemienia się z ofiary w bohatera.
czwartek, 9 stycznia 2025
Boguś Janiszewski, Nikola Kucharska: Kurzol. Kto ukradł pamięć?
Agora, Warszawa 2024.
Przyjemność bez końca
Kurzol to jest bohater bardzo sympatyczny. Wyzwala cieplejsze uczucia między innymi ze względu na swoje zagubienie w świecie i na komiczne błędy, jakie popełnia w związkach frazeologicznych. Kurzol przyjaźni się z Antkiem i razem z nim podróżuje po organizmach – Boguś Janiszewski i Nikola Kucharska proponują rodzimą wersję serialu „Było sobie życie”: również ożywiają, antropomorfizują bohaterów spotykanych w ciele i tłumaczą wiadomości ze szkolnych podręczników w sposób, który przypadnie do gustu czytelnikom. Jest to powieść (obiecująca seria), która momentami przechodzi z narracji tradycyjnej w obrazkowo-komiksową, żeby łatwiej było odbiorcom zapamiętywać informacje. „Kto ukradł pamięć” to jednak ukryta opowieść o uzależnieniu od przyjemności. Magiczna klepka przenosi bohaterów – do Antka i Kurzola przypadkiem dołącza starsza siostra Antka, Agata – do wnętrza ciała. Tam sympatyczne Dopaminy próbują zająć się przybyszami najlepiej jak potrafią. Fundują im zestaw przyjemności. Wszystko po to, żeby odwrócić uwagę od problemów w ciele (tym razem to ciało Agaty, co bohaterka ze zdumieniem odkrywa, po kotkach…). Neurony przestają pracować, Glutaminiany też nie radzą sobie ze swoimi obowiązkami, nagle wszystko staje na głowie i panuje chaos. Jak się okazuje – winna jest dopamina. Dopamina stale poszukująca przyjemności, blokująca wszelkie działania tak, żeby organizm mógł się skupić tylko i wyłącznie na tym. Boguś Janiszewski nie uprzedza, że wytłumaczy, jak rodzą się uzależnienia – robi to zupełnie na marginesie nowej przygody Kurzola. Wnioski na temat podobnych doświadczeń muszą wysnuć sami czytelnicy – i zrobią to, odpowiednio pokierowani.
Trzeba przeprowadzić śledztwo w organizmie. Kurzol wszystkiego się boi, Antek nie za bardzo wie, co zrobić, a Agata jest we własnym ciele z przypadku – tym bardziej nie może robić za przewodnika. Jednak połączenie sił daje wiele, przede wszystkim zwiększa odwagę. Ta się przyda, bo śledztwo to nie jedyne zajęcie bohaterów – trzeba będzie też przechytrzyć wroga. Można wpaść w pułapkę, a nawet zostać uwięzionym: niebezpieczeństwa okazują się rzeczywiste i namacalne. Dopamina nie należy do łagodnych, gdy się zirytuje, to znaczy – gdy nie może realizować swoich planów podboju świata (gospodarza). I tak z pozoru przyjemne zajęcie – oglądanie filmików z kotkami w internecie – może zamienić się w wielkie zagrożenie, a to ze względu na zmiany w układzie przyjemności. Wydaje się, że to przesada – jednak Kurzol, Antek i Agata przekonują się, że nie należy lekceważyć przestróg. Odbiorcy dowiedzą się, jak kończy się bodźcowanie wyłącznie przyjemnymi doznaniami – sami dostosują sobie tę sytuację do własnych lubianych czynności. Jest w tym tomie sporo adrenaliny i jest sporo humoru. I to przyciągnie czytelników – otrzymają bowiem wielką dawkę przyjemności (i nie będą nawet skupiać się na tym, że obok tej przyjemności zyskują i potężną dawkę wiedzy). Warto zaprzyjaźnić się z tymi bohaterami i przeżywać ich przygody – część wyjaśnień zostanie w pamięci i pozwoli na lepsze zrozumienie ciała człowieka. To dobre przygotowanie do szkolnych zadań – i zaspokajanie ciekawości. Ale forma odwraca uwagę od aspektów edukacyjnych, za to kusi szerokie grono czytelników.
Przyjemność bez końca
Kurzol to jest bohater bardzo sympatyczny. Wyzwala cieplejsze uczucia między innymi ze względu na swoje zagubienie w świecie i na komiczne błędy, jakie popełnia w związkach frazeologicznych. Kurzol przyjaźni się z Antkiem i razem z nim podróżuje po organizmach – Boguś Janiszewski i Nikola Kucharska proponują rodzimą wersję serialu „Było sobie życie”: również ożywiają, antropomorfizują bohaterów spotykanych w ciele i tłumaczą wiadomości ze szkolnych podręczników w sposób, który przypadnie do gustu czytelnikom. Jest to powieść (obiecująca seria), która momentami przechodzi z narracji tradycyjnej w obrazkowo-komiksową, żeby łatwiej było odbiorcom zapamiętywać informacje. „Kto ukradł pamięć” to jednak ukryta opowieść o uzależnieniu od przyjemności. Magiczna klepka przenosi bohaterów – do Antka i Kurzola przypadkiem dołącza starsza siostra Antka, Agata – do wnętrza ciała. Tam sympatyczne Dopaminy próbują zająć się przybyszami najlepiej jak potrafią. Fundują im zestaw przyjemności. Wszystko po to, żeby odwrócić uwagę od problemów w ciele (tym razem to ciało Agaty, co bohaterka ze zdumieniem odkrywa, po kotkach…). Neurony przestają pracować, Glutaminiany też nie radzą sobie ze swoimi obowiązkami, nagle wszystko staje na głowie i panuje chaos. Jak się okazuje – winna jest dopamina. Dopamina stale poszukująca przyjemności, blokująca wszelkie działania tak, żeby organizm mógł się skupić tylko i wyłącznie na tym. Boguś Janiszewski nie uprzedza, że wytłumaczy, jak rodzą się uzależnienia – robi to zupełnie na marginesie nowej przygody Kurzola. Wnioski na temat podobnych doświadczeń muszą wysnuć sami czytelnicy – i zrobią to, odpowiednio pokierowani.
Trzeba przeprowadzić śledztwo w organizmie. Kurzol wszystkiego się boi, Antek nie za bardzo wie, co zrobić, a Agata jest we własnym ciele z przypadku – tym bardziej nie może robić za przewodnika. Jednak połączenie sił daje wiele, przede wszystkim zwiększa odwagę. Ta się przyda, bo śledztwo to nie jedyne zajęcie bohaterów – trzeba będzie też przechytrzyć wroga. Można wpaść w pułapkę, a nawet zostać uwięzionym: niebezpieczeństwa okazują się rzeczywiste i namacalne. Dopamina nie należy do łagodnych, gdy się zirytuje, to znaczy – gdy nie może realizować swoich planów podboju świata (gospodarza). I tak z pozoru przyjemne zajęcie – oglądanie filmików z kotkami w internecie – może zamienić się w wielkie zagrożenie, a to ze względu na zmiany w układzie przyjemności. Wydaje się, że to przesada – jednak Kurzol, Antek i Agata przekonują się, że nie należy lekceważyć przestróg. Odbiorcy dowiedzą się, jak kończy się bodźcowanie wyłącznie przyjemnymi doznaniami – sami dostosują sobie tę sytuację do własnych lubianych czynności. Jest w tym tomie sporo adrenaliny i jest sporo humoru. I to przyciągnie czytelników – otrzymają bowiem wielką dawkę przyjemności (i nie będą nawet skupiać się na tym, że obok tej przyjemności zyskują i potężną dawkę wiedzy). Warto zaprzyjaźnić się z tymi bohaterami i przeżywać ich przygody – część wyjaśnień zostanie w pamięci i pozwoli na lepsze zrozumienie ciała człowieka. To dobre przygotowanie do szkolnych zadań – i zaspokajanie ciekawości. Ale forma odwraca uwagę od aspektów edukacyjnych, za to kusi szerokie grono czytelników.
niedziela, 3 listopada 2024
uru-chan: Unordinary
HarperYA, Warszawa 2024.
Siła
Dość zabawnie wypada cenzurowanie wulgaryzmów w mandze, w drugim tomie „Unordinary”, zwłaszcza że chlapanie farbą – jako przedstawianie krwi w obrażeniach bohaterów nie ma tu końca. Mogłoby się wydawać, że szkolne społeczności to rejony walki o władzę, ale walki psychologicznej – jednak bohaterowie przekonują się, że nic nie jest proste i czasami trzeba mierzyć się z własnymi lękami, ale dużo częściej – stawać do prawdziwych bitew z ostrą bronią. Uru-chan buduje opowieść osnutą na rozwarstwieniu klasowym, są tu przedstawiciele klasy wyższej – w szkole Wellston High jest ich mnóstwo – ale są też „zera”, ludzie, którzy starają się przemykać niepostrzeżenie i nie szukać kontaktu z innymi, a jeśli już zostaną zmuszeni do interakcji – to zwykle korzą się przed innymi uczniami. Ale niektórzy, żeby zapewnić sobie przetrwanie, udają kogoś, kim nie są.
Aktualnie Seraphina odbywa karę – nie wolno jej chodzić do szkoły. Z kolei John, który na lekcjach się pojawia, udaje, że należy do zer – tyle tylko, że ktoś domyśla się mistyfikacji i postanawia jej zapobiec. Intrygi nakładają się na siebie i prowadzą do konfrontacji, która wykracza daleko poza młodzieżowe przygody: tu rany są poważne, podobnie zresztą jak i same walki – ale też uru-chan stawia na bohaterów obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami właśnie po to, żeby w odpowiednim momencie wprowadzić na scenę uzdrowicieli lub zwyczajnie ocalać, a nie pozbawiać życia kolejnych uczniów. Wellston High nie jest tu nawet areną potyczek – żeby rozprawić się z przeciwnikiem, można go wywieźć daleko, tak, żeby miał mniejszą szansę na ratunek ze strony kogoś znajomego. Tu każdy prowadzi własną grę, każdy jest bezwzględny i pozbawiony jakichkolwiek empatycznych odruchów. Liczy się tylko stawianie na swoim i niszczenie tych, którzy mogliby zaburzyć ogólnie przyjęty ład. „Unordinary” to manga, w której dynamika momentami przesłania treść – chodzi o to, żeby działo się wszystko błyskawicznie i żeby akcja przybierała ekstremalne rozmiary, zwłaszcza kiedy dochodzi do walk. Nikomu nie można tu ufać, a najlepiej nie przyznawać się też do własnych celów – chociaż kto pojawi się na celowniku trzęsących szkołą grup, ten i tak nie będzie miał wyjścia – demaskacja oznacza tu kolejną brutalną walkę.
„Unordinary” jako komiks dla fanów mangi ucieka od przesłodzonych wizji i infantylizmu, uru-chan szuka sposobu na to, żeby nasycić komiks przemocą i strachem – i w ten sposób trafić do młodych czytelników. Dzięki retrospekcjom można się przekonać naocznie, jak zmieniają się bohaterowie skazani na odgórne porządki. Ale kształtowanie kadrów polega tu w dużej mierze na portretowaniu postaci i sygnalizowaniu ich emocji w mimice, rzadko kiedy obrazki wypełniane są elementami drugiego planu – nie ma czasu na śledzenie detali, kiedy bohaterowie muszą walczyć na śmierć i życie. Jednak wyniesienie szkolnych konfliktów na poziom serialu sensacyjnego z domieszką fantasy nie wszystkich przekona – trzeba będzie wziąć poprawkę na niewytłumaczalny czasem rozmach w budowaniu konsekwencji łamania szkolnych zasad.
Siła
Dość zabawnie wypada cenzurowanie wulgaryzmów w mandze, w drugim tomie „Unordinary”, zwłaszcza że chlapanie farbą – jako przedstawianie krwi w obrażeniach bohaterów nie ma tu końca. Mogłoby się wydawać, że szkolne społeczności to rejony walki o władzę, ale walki psychologicznej – jednak bohaterowie przekonują się, że nic nie jest proste i czasami trzeba mierzyć się z własnymi lękami, ale dużo częściej – stawać do prawdziwych bitew z ostrą bronią. Uru-chan buduje opowieść osnutą na rozwarstwieniu klasowym, są tu przedstawiciele klasy wyższej – w szkole Wellston High jest ich mnóstwo – ale są też „zera”, ludzie, którzy starają się przemykać niepostrzeżenie i nie szukać kontaktu z innymi, a jeśli już zostaną zmuszeni do interakcji – to zwykle korzą się przed innymi uczniami. Ale niektórzy, żeby zapewnić sobie przetrwanie, udają kogoś, kim nie są.
Aktualnie Seraphina odbywa karę – nie wolno jej chodzić do szkoły. Z kolei John, który na lekcjach się pojawia, udaje, że należy do zer – tyle tylko, że ktoś domyśla się mistyfikacji i postanawia jej zapobiec. Intrygi nakładają się na siebie i prowadzą do konfrontacji, która wykracza daleko poza młodzieżowe przygody: tu rany są poważne, podobnie zresztą jak i same walki – ale też uru-chan stawia na bohaterów obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami właśnie po to, żeby w odpowiednim momencie wprowadzić na scenę uzdrowicieli lub zwyczajnie ocalać, a nie pozbawiać życia kolejnych uczniów. Wellston High nie jest tu nawet areną potyczek – żeby rozprawić się z przeciwnikiem, można go wywieźć daleko, tak, żeby miał mniejszą szansę na ratunek ze strony kogoś znajomego. Tu każdy prowadzi własną grę, każdy jest bezwzględny i pozbawiony jakichkolwiek empatycznych odruchów. Liczy się tylko stawianie na swoim i niszczenie tych, którzy mogliby zaburzyć ogólnie przyjęty ład. „Unordinary” to manga, w której dynamika momentami przesłania treść – chodzi o to, żeby działo się wszystko błyskawicznie i żeby akcja przybierała ekstremalne rozmiary, zwłaszcza kiedy dochodzi do walk. Nikomu nie można tu ufać, a najlepiej nie przyznawać się też do własnych celów – chociaż kto pojawi się na celowniku trzęsących szkołą grup, ten i tak nie będzie miał wyjścia – demaskacja oznacza tu kolejną brutalną walkę.
„Unordinary” jako komiks dla fanów mangi ucieka od przesłodzonych wizji i infantylizmu, uru-chan szuka sposobu na to, żeby nasycić komiks przemocą i strachem – i w ten sposób trafić do młodych czytelników. Dzięki retrospekcjom można się przekonać naocznie, jak zmieniają się bohaterowie skazani na odgórne porządki. Ale kształtowanie kadrów polega tu w dużej mierze na portretowaniu postaci i sygnalizowaniu ich emocji w mimice, rzadko kiedy obrazki wypełniane są elementami drugiego planu – nie ma czasu na śledzenie detali, kiedy bohaterowie muszą walczyć na śmierć i życie. Jednak wyniesienie szkolnych konfliktów na poziom serialu sensacyjnego z domieszką fantasy nie wszystkich przekona – trzeba będzie wziąć poprawkę na niewytłumaczalny czasem rozmach w budowaniu konsekwencji łamania szkolnych zasad.
czwartek, 24 października 2024
Debbie Tung: Introwertyczka w głośnym świecie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Własne towarzystwo
Świetny młodzieżowo-dorosły komiks proponuje Debbie Tung, kiedy przedstawia skomplikowane relacje introwertyczki z otoczeniem. "Introwertyczka w głośnym świecie" to analiza tego, co przeszkadza i dręczy wycofanych ludzi - podczas gdy wszyscy uważają, że najlepsze jest spotykanie się z innymi, imprezowanie i głośne rozmowy, Debbie stroni od kolegów. Przeżywa katusze, kiedy musi gdzieś oddzwonić albo odebrać zapowiedziany telefon. Najlepsze przyjęcie to według niej to odwołane. Akumulatory Debbie ładuje pod kocem, z kubkiem ulubionej herbaty i z książką - z dala od hałaśliwych kompanów. Nie potrafi pracować w zespole: najlepiej koncentruje się jej w samotności, a dyskusje nad projektami nie mają większego sensu. Debbie od zawsze się izoluje: w dzieciństwie było to przedmiotem troski rodziców i psychologów, teraz, gdy wchodzi w dorosłość, może sama decydować o sobie - ale czuje presję, żeby zachowywać się tak, jak oczekują tego od niej inni ludzie. Rozumie ją tylko Jason. Jason jest ekstrawertykiem, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów, uwielbia small talki i jest duszą każdego towarzystwa. Ale przy Debbie się wycisza, docenia jej zdolność koncentracji i szanuje potrzebę zachowania prywatności czy uciekania od świata. Podczas spotkań towarzyskich to Jason bierze na siebie ciężar konwersowania z innymi, nie irytuje się, gdy Debbie potrzebuje przestrzeni. To facet idealny i nic dziwnego, że Debbie zgadza się wyjść za niego.
"Introwertyczka w głośnym świecie" to przegląd pułapek i schematów, w jakich utykają wysoko wrażliwi. Debbie Tung upraszcza sprawę, twierdząc, że opisuje losy introwertyczki - równie dobrze mogą to być wydarzenia z życia autystki albo osoby wysoko wrażliwej - nie ma to większego znaczenia, skoro w doświadczeniach Debbie z komiksu odnajdzie się całkiem spora grupa czytelniczek. Autorka pokazuje, że każdy ma prawo do realizowania własnych potrzeb i do kształtowania życia po swojemu. Debbie jest najbardziej szczęśliwa wtedy, kiedy inni by się zanudzili - dla niej jednak samotność ma sporo uroku. Zamkniętym w sobie ludziom Debbie uświadamia, że mogą podążać za własną receptą na szczęście. Z kolei tym głośnym i hałaśliwym przypomina, że nie wszyscy podzielają ich tendencje do zawłaszczania sobie całej przestrzeni. Dla introwertyków ta lektura może być pocieszeniem, pokazuje bowiem, że ludzie są różni i wiedzą, co jest dla nich najlepsze - a wcale nie muszą realizować przy tym scenariuszy narzucanych przez innych. Debbie, chociaż próbuje się naginać do wymogów otoczenia, w końcu odważa się żyć po swojemu - i to przesłanie ważne. Debbie Tung tworzy komiks przekonujący i zabawny, sporo tu dowcipu i dobrych pomysłów, sporo trafnych obserwacji, a przy tym też - autoironii. "Introwertyczka w głośnym świecie" to propozycja wyjątkowa, zapada w pamięć i inspiruje, pokazuje skrywane często emocje i odczucia, a także przyznaje odbiorcom prawo do postępowania wbrew trendom. Jest to komiks ważny, wartościowy i przydatny zwłaszcza w procesie budowania tożsamości - Debbie Tung daje narzędzia do funkcjonowania w nieprzyjaznym społeczeństwie.
Własne towarzystwo
Świetny młodzieżowo-dorosły komiks proponuje Debbie Tung, kiedy przedstawia skomplikowane relacje introwertyczki z otoczeniem. "Introwertyczka w głośnym świecie" to analiza tego, co przeszkadza i dręczy wycofanych ludzi - podczas gdy wszyscy uważają, że najlepsze jest spotykanie się z innymi, imprezowanie i głośne rozmowy, Debbie stroni od kolegów. Przeżywa katusze, kiedy musi gdzieś oddzwonić albo odebrać zapowiedziany telefon. Najlepsze przyjęcie to według niej to odwołane. Akumulatory Debbie ładuje pod kocem, z kubkiem ulubionej herbaty i z książką - z dala od hałaśliwych kompanów. Nie potrafi pracować w zespole: najlepiej koncentruje się jej w samotności, a dyskusje nad projektami nie mają większego sensu. Debbie od zawsze się izoluje: w dzieciństwie było to przedmiotem troski rodziców i psychologów, teraz, gdy wchodzi w dorosłość, może sama decydować o sobie - ale czuje presję, żeby zachowywać się tak, jak oczekują tego od niej inni ludzie. Rozumie ją tylko Jason. Jason jest ekstrawertykiem, nie ma problemu z nawiązywaniem kontaktów, uwielbia small talki i jest duszą każdego towarzystwa. Ale przy Debbie się wycisza, docenia jej zdolność koncentracji i szanuje potrzebę zachowania prywatności czy uciekania od świata. Podczas spotkań towarzyskich to Jason bierze na siebie ciężar konwersowania z innymi, nie irytuje się, gdy Debbie potrzebuje przestrzeni. To facet idealny i nic dziwnego, że Debbie zgadza się wyjść za niego.
"Introwertyczka w głośnym świecie" to przegląd pułapek i schematów, w jakich utykają wysoko wrażliwi. Debbie Tung upraszcza sprawę, twierdząc, że opisuje losy introwertyczki - równie dobrze mogą to być wydarzenia z życia autystki albo osoby wysoko wrażliwej - nie ma to większego znaczenia, skoro w doświadczeniach Debbie z komiksu odnajdzie się całkiem spora grupa czytelniczek. Autorka pokazuje, że każdy ma prawo do realizowania własnych potrzeb i do kształtowania życia po swojemu. Debbie jest najbardziej szczęśliwa wtedy, kiedy inni by się zanudzili - dla niej jednak samotność ma sporo uroku. Zamkniętym w sobie ludziom Debbie uświadamia, że mogą podążać za własną receptą na szczęście. Z kolei tym głośnym i hałaśliwym przypomina, że nie wszyscy podzielają ich tendencje do zawłaszczania sobie całej przestrzeni. Dla introwertyków ta lektura może być pocieszeniem, pokazuje bowiem, że ludzie są różni i wiedzą, co jest dla nich najlepsze - a wcale nie muszą realizować przy tym scenariuszy narzucanych przez innych. Debbie, chociaż próbuje się naginać do wymogów otoczenia, w końcu odważa się żyć po swojemu - i to przesłanie ważne. Debbie Tung tworzy komiks przekonujący i zabawny, sporo tu dowcipu i dobrych pomysłów, sporo trafnych obserwacji, a przy tym też - autoironii. "Introwertyczka w głośnym świecie" to propozycja wyjątkowa, zapada w pamięć i inspiruje, pokazuje skrywane często emocje i odczucia, a także przyznaje odbiorcom prawo do postępowania wbrew trendom. Jest to komiks ważny, wartościowy i przydatny zwłaszcza w procesie budowania tożsamości - Debbie Tung daje narzędzia do funkcjonowania w nieprzyjaznym społeczeństwie.
poniedziałek, 30 września 2024
Eva Amores, Matt Cosgrove: Najgorszy tydzień życia. Czwartek
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Coraz gorzej
Antek Fert to postać, na którą muszą spaść wszystkie kataklizmy świata, po to tylko, żeby odbiorcy mogli się trochę rozerwać. Antek stał się już wbrew zamierzeniom gwiazdą internetu za sprawą kolejnych wpadek (w których brak spodni i bielizny na filmikach to jedno z mniejszych zmartwień), a życie wciąż zsyła na niego kolejne kataklizmy. Teraz Antek trafia do telewizji (jako niechlubny bohater) i teoretycznie może poprawić swoje notowania. Ale tylko teoretycznie, bo wiadomo, że w Najgorszym tygodniu świata nie może wydarzyć się zbyt wiele krzepiących rzeczy. Antek Fert zbiera na siebie ciosy od losu i jako ofiara budzi śmiech czytelników – przerysowanie w tej serii odgrywa bardzo ważną rolę, a Eva Amores i Matt Cosgrove trafią do młodych czytelników właśnie dzięki rubaszności i odejściu od ugrzecznionych fabuł. Szykują swojemu bohaterowi prawdziwe piekło – tylko po to, żeby rozerwać odbiorców. I taka strategia się sprawdzi: chociaż może dorośli mogliby się zżymać na rodzaj komizmu, to humor, który ma się podobać przede wszystkim dzieciom – i je przyciągnąć do książek. To się uda. Antek Fert przeżywa kataklizmy na każdym kroku, ale tym razem niebezpieczeństwo przychodzi z nieoczekiwanej strony – oto bohater zostaje porwany, żeby uświetnić imprezę rozkapryszonej kilkulatki. Nie jest to najlepszy pomysł, ewidentnie zaszła pomyłka: istnieje bowiem inny Antek Fert, bożyszcze nastolatek i chodzący ideał (zresztą ów ideał zaprzyjaźnia się ze swoim pechowym imiennikiem) – utalentowany, przystojny i czarujący. Porwanie to pretekst do wprowadzenia dynamicznej (a momentami wręcz burzliwej) akcji i do rozśmieszania czytelników kolejnymi przygodami Antka. Nie zabraknie i tu jednak scen, które należy wyciąć ze względu na ich drastyczność lub niesmaczność (a motyw, w którym wszyscy po kolei zaczynają wymiotować, to tylko preludium do późniejszych katastrof): zamiast tego autorzy proponują oglądanie słodkich zwierząt w ich środowisku. Te przerywniki oczywiście także pełnią rolę komicznego refrenu i są stałym punktem serii. Antek Fert musi poradzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu, musi też nabrać dystansu do swoich spraw – co nie jest proste, zwłaszcza kiedy jego największy wróg za chwilę stanie się jego przyrodnim bratem – a przecież ten tydzień jeszcze się nie skończył…
Eva Amores i Matt Cosgrove proponują odbiorcom serię dynamiczną i bezkompromisową, serię, którą bardzo łatwo byłoby przekreślić ze względu na niski humor – wtedy przeoczyłoby się fakt, że ta para idealnie wprost wyczuwa potrzeby lekceważonej przeważnie grupy odbiorców, którzy czytać zwyczajnie nie lubią i którzy, jeśli już przekonają się do jakiejś książki, muszą otrzymać coś mocnego i coś spoza kanonów czy pouczeń. „Najgorszy tydzień życia. Czwartek” to powieść komiksowa wypełniona szalonymi wydarzeniami i niespodziewanymi zwrotami akcji, atrakcyjna dla czytelników, którzy liczą na łamanie zasad i na namnażanie problemów. Jest to powieść specyficzna: przeznaczona dla młodych odbiorców już w fazie planowania treści. Czytanie uprzyjemnia nie tylko dobór tematów i rodzaj komizmu, ale też ilustracje – komiksowe kadry ze sporą dawką ironii.
Coraz gorzej
Antek Fert to postać, na którą muszą spaść wszystkie kataklizmy świata, po to tylko, żeby odbiorcy mogli się trochę rozerwać. Antek stał się już wbrew zamierzeniom gwiazdą internetu za sprawą kolejnych wpadek (w których brak spodni i bielizny na filmikach to jedno z mniejszych zmartwień), a życie wciąż zsyła na niego kolejne kataklizmy. Teraz Antek trafia do telewizji (jako niechlubny bohater) i teoretycznie może poprawić swoje notowania. Ale tylko teoretycznie, bo wiadomo, że w Najgorszym tygodniu świata nie może wydarzyć się zbyt wiele krzepiących rzeczy. Antek Fert zbiera na siebie ciosy od losu i jako ofiara budzi śmiech czytelników – przerysowanie w tej serii odgrywa bardzo ważną rolę, a Eva Amores i Matt Cosgrove trafią do młodych czytelników właśnie dzięki rubaszności i odejściu od ugrzecznionych fabuł. Szykują swojemu bohaterowi prawdziwe piekło – tylko po to, żeby rozerwać odbiorców. I taka strategia się sprawdzi: chociaż może dorośli mogliby się zżymać na rodzaj komizmu, to humor, który ma się podobać przede wszystkim dzieciom – i je przyciągnąć do książek. To się uda. Antek Fert przeżywa kataklizmy na każdym kroku, ale tym razem niebezpieczeństwo przychodzi z nieoczekiwanej strony – oto bohater zostaje porwany, żeby uświetnić imprezę rozkapryszonej kilkulatki. Nie jest to najlepszy pomysł, ewidentnie zaszła pomyłka: istnieje bowiem inny Antek Fert, bożyszcze nastolatek i chodzący ideał (zresztą ów ideał zaprzyjaźnia się ze swoim pechowym imiennikiem) – utalentowany, przystojny i czarujący. Porwanie to pretekst do wprowadzenia dynamicznej (a momentami wręcz burzliwej) akcji i do rozśmieszania czytelników kolejnymi przygodami Antka. Nie zabraknie i tu jednak scen, które należy wyciąć ze względu na ich drastyczność lub niesmaczność (a motyw, w którym wszyscy po kolei zaczynają wymiotować, to tylko preludium do późniejszych katastrof): zamiast tego autorzy proponują oglądanie słodkich zwierząt w ich środowisku. Te przerywniki oczywiście także pełnią rolę komicznego refrenu i są stałym punktem serii. Antek Fert musi poradzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu, musi też nabrać dystansu do swoich spraw – co nie jest proste, zwłaszcza kiedy jego największy wróg za chwilę stanie się jego przyrodnim bratem – a przecież ten tydzień jeszcze się nie skończył…
Eva Amores i Matt Cosgrove proponują odbiorcom serię dynamiczną i bezkompromisową, serię, którą bardzo łatwo byłoby przekreślić ze względu na niski humor – wtedy przeoczyłoby się fakt, że ta para idealnie wprost wyczuwa potrzeby lekceważonej przeważnie grupy odbiorców, którzy czytać zwyczajnie nie lubią i którzy, jeśli już przekonają się do jakiejś książki, muszą otrzymać coś mocnego i coś spoza kanonów czy pouczeń. „Najgorszy tydzień życia. Czwartek” to powieść komiksowa wypełniona szalonymi wydarzeniami i niespodziewanymi zwrotami akcji, atrakcyjna dla czytelników, którzy liczą na łamanie zasad i na namnażanie problemów. Jest to powieść specyficzna: przeznaczona dla młodych odbiorców już w fazie planowania treści. Czytanie uprzyjemnia nie tylko dobór tematów i rodzaj komizmu, ale też ilustracje – komiksowe kadry ze sporą dawką ironii.
sobota, 17 sierpnia 2024
Andy Griffiths: 169-piętrowy domek na drzewie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Szkoła z koszmaru
Domek na drzewie rozbudowuje się o kolejne piętra, na których znajdują się wynalazki przedziwne. Na szczęście Andy, Terry i Jill nie narzekają na brak wyobraźni i mogą spędzać czas tak, jak im się żywnie podoba. Przynajmniej między kolejnymi katastrofami wyzwalanymi przez nie do końca przemyślane gadżety z różnych pięter. „169-piętrowy domek na drzewie” oznacza jednak sporo adrenaliny, która trafi do przekonania najmłodszym odbiorcom: Andy i Terry mają wrócić do szkoły. A to prawdziwy koszmar. Szkoła – ta z opowieści – oczywiście nie należy do najprzyjemniejszych placówek, liczne zakazy i nakazy całkowicie psują radość zabawy i nie ma znaczenia, że Andy i Terry w zasadzie są już dorośli i wcale tej szkoły do szczęścia nie potrzebują. To jeden temat, który nadaje rytm powieści komiksowej. Drugi to istnienie sobowtórów bohaterów, ich złych bliźniaków. Wyzwoleni za sprawą jednego z luster (całe piętro z różnymi krzywymi lustrami wydawało się świetnym pomysłem, do czasu…) oprawcy ścigają bohaterów, ale z czasem zaczynają z nimi współpracować – nic tak nie łączy jak chęć pokonania wspólnego wroga. W związku z tym bohaterowie nie zostaną zamknięci na zawsze w placówce edukacyjnej i będą musieli wrócić do swoich obowiązków. Czyli – do pisania kolejnej książki na już. Pan Nochal, właściciel Nochalskiej Księgarni, nie odpuszcza: wyznacza niemożliwe do zrealizowania deadline’y i przypomina o sobie bohaterom kolejnymi telefonami w najbardziej nieodpowiednich momentach. Nie da się siedzieć i pisać, kiedy trzeba akurat walczyć lub uciekać (albo, ewentualnie, próbować uwolnić się z pułapki). Tyle że Andy i Terry mają już spore doświadczenie w pokonywaniu trudności i muszą jakoś dać sobie radę w każdych okolicznościach, nawet tych najbardziej niesprzyjających. „169-piętrowy domek na drzewie” to powieść, w której pojawia się nawet szkoła na drzewie, absurd goni absurd – to, co najlepsze w cyklu powraca tutaj ze zwielokrotnioną siłą. Tym razem motyw kadrowania na kolejnych stronach przenosi się do zaskakującego trochę finału, a wyliczenie powraca jedynie przy relacji z pisania nowej książki – reszta to czysta akcja, szybka i zabawna dla najmłodszych czytelników. Warto tu podkreślić, że poza fabułą wypełnianą najbardziej szalonymi i nieprawdopodobnymi pomysłami pojawiają się ilustracje w formie gryzmołów – ale na tych, które zapełniają całe rozkładówki widnieje całe mnóstwo drobnych żartów, warto prześledzić te szkice, żeby odkrywać kolejne rysunkowe mrugnięcia okiem do młodych czytelników – jest tu sporo zabawnych rozwiązań. Autorzy, decydując się na odejście od wygładzonych i ugrzecznionych ilustracji, zwracają na siebie uwagę i przypominają odbiorcom, że każdy może zostać twórcą – liczy się wyobraźnia, a nie umiejętność tworzenia pięknych obrazków. Także w ramach treści przełamują schematy: pozwalają sobie na wprowadzanie do akcji wszystkiego, co przyjdzie im do głowy – a później prowadzą narrację tak, żeby wszystko w pewnym momencie się przydało. Więc chociaż czasami kolejne domki na drzewie wyglądają jak zapis snu i chaotycznych scenek – jest tu wewnętrzna logika. Wszystko razem sprzyja komizmowi, więc odbiorcy cyklu z pewnością ucieszą się z kolejnej części. Ta seria jest inna niż wszystko, co dostępne na rynku – w związku z tym może inspirować najmłodszych i zachęcać ich do czytania dla rozrywki.
Szkoła z koszmaru
Domek na drzewie rozbudowuje się o kolejne piętra, na których znajdują się wynalazki przedziwne. Na szczęście Andy, Terry i Jill nie narzekają na brak wyobraźni i mogą spędzać czas tak, jak im się żywnie podoba. Przynajmniej między kolejnymi katastrofami wyzwalanymi przez nie do końca przemyślane gadżety z różnych pięter. „169-piętrowy domek na drzewie” oznacza jednak sporo adrenaliny, która trafi do przekonania najmłodszym odbiorcom: Andy i Terry mają wrócić do szkoły. A to prawdziwy koszmar. Szkoła – ta z opowieści – oczywiście nie należy do najprzyjemniejszych placówek, liczne zakazy i nakazy całkowicie psują radość zabawy i nie ma znaczenia, że Andy i Terry w zasadzie są już dorośli i wcale tej szkoły do szczęścia nie potrzebują. To jeden temat, który nadaje rytm powieści komiksowej. Drugi to istnienie sobowtórów bohaterów, ich złych bliźniaków. Wyzwoleni za sprawą jednego z luster (całe piętro z różnymi krzywymi lustrami wydawało się świetnym pomysłem, do czasu…) oprawcy ścigają bohaterów, ale z czasem zaczynają z nimi współpracować – nic tak nie łączy jak chęć pokonania wspólnego wroga. W związku z tym bohaterowie nie zostaną zamknięci na zawsze w placówce edukacyjnej i będą musieli wrócić do swoich obowiązków. Czyli – do pisania kolejnej książki na już. Pan Nochal, właściciel Nochalskiej Księgarni, nie odpuszcza: wyznacza niemożliwe do zrealizowania deadline’y i przypomina o sobie bohaterom kolejnymi telefonami w najbardziej nieodpowiednich momentach. Nie da się siedzieć i pisać, kiedy trzeba akurat walczyć lub uciekać (albo, ewentualnie, próbować uwolnić się z pułapki). Tyle że Andy i Terry mają już spore doświadczenie w pokonywaniu trudności i muszą jakoś dać sobie radę w każdych okolicznościach, nawet tych najbardziej niesprzyjających. „169-piętrowy domek na drzewie” to powieść, w której pojawia się nawet szkoła na drzewie, absurd goni absurd – to, co najlepsze w cyklu powraca tutaj ze zwielokrotnioną siłą. Tym razem motyw kadrowania na kolejnych stronach przenosi się do zaskakującego trochę finału, a wyliczenie powraca jedynie przy relacji z pisania nowej książki – reszta to czysta akcja, szybka i zabawna dla najmłodszych czytelników. Warto tu podkreślić, że poza fabułą wypełnianą najbardziej szalonymi i nieprawdopodobnymi pomysłami pojawiają się ilustracje w formie gryzmołów – ale na tych, które zapełniają całe rozkładówki widnieje całe mnóstwo drobnych żartów, warto prześledzić te szkice, żeby odkrywać kolejne rysunkowe mrugnięcia okiem do młodych czytelników – jest tu sporo zabawnych rozwiązań. Autorzy, decydując się na odejście od wygładzonych i ugrzecznionych ilustracji, zwracają na siebie uwagę i przypominają odbiorcom, że każdy może zostać twórcą – liczy się wyobraźnia, a nie umiejętność tworzenia pięknych obrazków. Także w ramach treści przełamują schematy: pozwalają sobie na wprowadzanie do akcji wszystkiego, co przyjdzie im do głowy – a później prowadzą narrację tak, żeby wszystko w pewnym momencie się przydało. Więc chociaż czasami kolejne domki na drzewie wyglądają jak zapis snu i chaotycznych scenek – jest tu wewnętrzna logika. Wszystko razem sprzyja komizmowi, więc odbiorcy cyklu z pewnością ucieszą się z kolejnej części. Ta seria jest inna niż wszystko, co dostępne na rynku – w związku z tym może inspirować najmłodszych i zachęcać ich do czytania dla rozrywki.
poniedziałek, 3 czerwca 2024
Colleen AF Venable: Kati kocia opiekunka. (Nie)najlepsze przyjaciółki
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Akcje
Myszycielka to superbohaterka, jakiej świat potrzebuje. Nocami przebiera się w obcisły kostium i na własną rękę wymierza sprawiedliwość, walczy samotnie z tymi, którzy zanieczyszczają środowisko. O jej działalności głośno jest w mediach - ale nikt nie zna tożsamości Myszycielki. Nikt poza Kati, dziewczyną, która pomaga swojej sąsiadce w opiece nad ogromnym stadem kotów. Nastolatka stopniowo przekonuje się, że tropy prowadzą do jednej osoby - w końcu jest w stanie zdemaskować superbohaterkę i stać się jej pomocnicą. Przynajmniej do czasu, bo aktualnie Myszycielka przeżywa poważny kryzys. Nie podejmuje żadnych działań poza wysyłaniem maili (łatwo się domyślić, jak wielka jest skuteczność takich pseudoakcji) i jedynie zapowiada, że w przyszłości zajmie się bardziej konkretnymi protestami. Nie chce tłumaczyć się ze swoich decyzji, ale Kati nie zamierza czekać biernie. Zwłaszcza że ktoś podszywa się pod Myszycielkę i wykorzystuje jej image do działań niezgodnych z prawem - ale też sprzecznych z ideami prezentowanymi przez superbohaterkę. Fałszywa Myszycielka czyni wiele zła, ale nawet to nie jest w stanie nakłonić do działania sąsiadki Kati. Problem wydaje się głęboki - i nie pomoże nawet armia utalentowanych kotów, tu trzeba czegoś więcej. Gwiazdą mediów jest obecnie Syczoń Krzykliwy (chociaż po piętach depcze mu Nierdzewna Stal). Dotychczasowa strażniczka dobra - Myszycielka - zajmuje się oglądaniem programu kulinarnego - i to takiego, który promuje wyłącznie pozytywne nastawienie, komentarze pozbawione złośliwości oraz pyszne wypieki (nietrudno wskazać tutaj źródło inspiracji). W świecie superbohaterów dzieje się sporo - a Kati obserwuje wszystko, gotowa włączyć się do działania.
Ale nastolatka poza zmartwieniami superbohaterów ma też własne wyzwania, znacznie bliższe odbiorcom. Przede wszystkim nie radzi sobie w relacjach z dotychczasowymi przyjaciółkami. Owszem, znalazła nową grupę, w której może się sprawdzić - dziewczyny jeżdżące na deskorolkach i ćwiczące rozmaite sztuczki są dobrymi kandydatkami na przyjaciółki. Żal jednak rozstawać się z dotychczasowymi - a trzeba będzie, skoro na przykład Beth, do tej pory nieodłączna, znalazła sobie chłopaka i to jemu poświęca całą uwagę. Kati czuje się nierozumiana w swoim środowisku, nie ma komu się wyżalić ani zwierzyć, nikogo też nie interesują jej zmartwienia - a to sprawia, że nastolatka czuje się wyobcowana. Świat wariuje na punkcie gadżetów z superbohaterami, a dla Kati nie mają one żadnego znaczenia. Normalność - przynajmniej w pewnym zakresie - przywracają koty, które, chociaż nie mówią, są bardzo uzdolnione i radzą sobie z każdym wyzwaniem, zwłaszcza z nowoczesnymi technologiami - to wątek komiczny, który bardzo dobrze przyciąga do lektury i pozwala na wytchnienie od zmartwień. "Kati kocia opiekunka. (Nie)najlepsze przyjaciółki" to druga powieść komiksowa w cyklu - Colleen AF Venable i Stephanie Yue tworzą historię wielowątkową, komiks, którym - ze względu na emocje i problemy bohaterek - zainteresują się przede wszystkim dziewczyny. To trochę parodia komiksów o superbohaterach, trochę - powieść o dojrzewaniu i o typowych dla nastolatek zmartwieniach, trochę - satyra na konsumpcjonizm. Ciekawe podejście do formy. A przy okazji sporo wymownych kadrów z kotami w wersji humorystycznej.
Akcje
Myszycielka to superbohaterka, jakiej świat potrzebuje. Nocami przebiera się w obcisły kostium i na własną rękę wymierza sprawiedliwość, walczy samotnie z tymi, którzy zanieczyszczają środowisko. O jej działalności głośno jest w mediach - ale nikt nie zna tożsamości Myszycielki. Nikt poza Kati, dziewczyną, która pomaga swojej sąsiadce w opiece nad ogromnym stadem kotów. Nastolatka stopniowo przekonuje się, że tropy prowadzą do jednej osoby - w końcu jest w stanie zdemaskować superbohaterkę i stać się jej pomocnicą. Przynajmniej do czasu, bo aktualnie Myszycielka przeżywa poważny kryzys. Nie podejmuje żadnych działań poza wysyłaniem maili (łatwo się domyślić, jak wielka jest skuteczność takich pseudoakcji) i jedynie zapowiada, że w przyszłości zajmie się bardziej konkretnymi protestami. Nie chce tłumaczyć się ze swoich decyzji, ale Kati nie zamierza czekać biernie. Zwłaszcza że ktoś podszywa się pod Myszycielkę i wykorzystuje jej image do działań niezgodnych z prawem - ale też sprzecznych z ideami prezentowanymi przez superbohaterkę. Fałszywa Myszycielka czyni wiele zła, ale nawet to nie jest w stanie nakłonić do działania sąsiadki Kati. Problem wydaje się głęboki - i nie pomoże nawet armia utalentowanych kotów, tu trzeba czegoś więcej. Gwiazdą mediów jest obecnie Syczoń Krzykliwy (chociaż po piętach depcze mu Nierdzewna Stal). Dotychczasowa strażniczka dobra - Myszycielka - zajmuje się oglądaniem programu kulinarnego - i to takiego, który promuje wyłącznie pozytywne nastawienie, komentarze pozbawione złośliwości oraz pyszne wypieki (nietrudno wskazać tutaj źródło inspiracji). W świecie superbohaterów dzieje się sporo - a Kati obserwuje wszystko, gotowa włączyć się do działania.
Ale nastolatka poza zmartwieniami superbohaterów ma też własne wyzwania, znacznie bliższe odbiorcom. Przede wszystkim nie radzi sobie w relacjach z dotychczasowymi przyjaciółkami. Owszem, znalazła nową grupę, w której może się sprawdzić - dziewczyny jeżdżące na deskorolkach i ćwiczące rozmaite sztuczki są dobrymi kandydatkami na przyjaciółki. Żal jednak rozstawać się z dotychczasowymi - a trzeba będzie, skoro na przykład Beth, do tej pory nieodłączna, znalazła sobie chłopaka i to jemu poświęca całą uwagę. Kati czuje się nierozumiana w swoim środowisku, nie ma komu się wyżalić ani zwierzyć, nikogo też nie interesują jej zmartwienia - a to sprawia, że nastolatka czuje się wyobcowana. Świat wariuje na punkcie gadżetów z superbohaterami, a dla Kati nie mają one żadnego znaczenia. Normalność - przynajmniej w pewnym zakresie - przywracają koty, które, chociaż nie mówią, są bardzo uzdolnione i radzą sobie z każdym wyzwaniem, zwłaszcza z nowoczesnymi technologiami - to wątek komiczny, który bardzo dobrze przyciąga do lektury i pozwala na wytchnienie od zmartwień. "Kati kocia opiekunka. (Nie)najlepsze przyjaciółki" to druga powieść komiksowa w cyklu - Colleen AF Venable i Stephanie Yue tworzą historię wielowątkową, komiks, którym - ze względu na emocje i problemy bohaterek - zainteresują się przede wszystkim dziewczyny. To trochę parodia komiksów o superbohaterach, trochę - powieść o dojrzewaniu i o typowych dla nastolatek zmartwieniach, trochę - satyra na konsumpcjonizm. Ciekawe podejście do formy. A przy okazji sporo wymownych kadrów z kotami w wersji humorystycznej.
niedziela, 12 maja 2024
Lewis Hancox: Witajcie w St. Hell. Moje transpłciowe dorastanie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Druga płeć
Lewis Hancox dzieli się z czytelnikami swoją prywatną historią, którą przerabia na bardzo ciekawy i znaczący komiks, a właściwie – powieść komiksową. Pozwala dzięki osobistym doświadczeniom lepiej zrozumieć tych wszystkich, którzy źle czują się w swoich ciałach i potrzebują tranzycji, żeby zacząć normalnie funkcjonować. Na początku jest Lois. Nastolatka, która bunt okresu dojrzewania przechodzi inaczej niż można by się spodziewać. Dziewczyna nie cierpi swojego ciała, nie znosi dziewczyńskich ubrań (a szkolny mundurek w wersji z plisowaną spódniczką to dla niej udręka). I o ile fryzurę można jeszcze na upartego zmienić, zrezygnować z makijażu i nosić workowate stroje emo – to jednak nie wszystko uda się w ten sposób okiełznać. Zwłaszcza przemiany w organizmie napawają Lois odrazą. A ponieważ bohaterka nie akceptuje siebie – myśli, że nikt jej nigdy nie pokocha. Całą historię opowiada z perspektywy czasu Lewis – dorosły mężczyzna, który odwiedza nastolatkę, którą kiedyś był i komentuje jej odczucia czy zachowania. On wie, że wszystko skończy się dobrze, nie musi przeżywać już po raz drugi tej męki – teraz jego celem jest przedstawienie całego procesu, żeby pojęli go odbiorcy (i lekarze).
Lois ma wierną przyjaciółkę, na którą w każdych okolicznościach może liczyć – nie jest zatem całkiem wyobcowana. Nie ustrzeże jej to jednak przed szykanami i drwinami ze strony szkolnej społeczności. Każdy widzi w Lois dziwoląga: odrzucają ją dziewczyny i chłopcy. W dodatku bohaterka nie może ze względu na płeć realizować swoich pasji – uwielbia grać w koszykówkę, ale te zajęcia kierowane są tylko do chłopaków. Jakby tego było mało, rodzice Lois się rozstają – bohaterka będzie jeszcze musiała się mierzyć z rozwodem. Nie ma w domu wyedukowanych i racjonalnie myślących bliskich, ojciec zbliża się nawet do patologii, matka wydaje się być dość ograniczona – ale kiedy trzeba, to właśnie ona staje na wysokości zadania i wie, jak wspierać swoją pociechę. W końcu przychodzi ratunek. Chociaż Lois wielokrotnie dostosowuje się do sytuacji, jej cierpienia – niewidoczne niekiedy dla otoczenia – stają się jasne dla czytelników. Rozwiązaniem okazuje się tranzycja. Chociaż nie od razu da się wprowadzić ją w czyn – najpierw trzeba przeprowadzić rozmowę z rodzicami, później – przekonać lekarzy, dla których to jeszcze nowe rozwiązanie. Wszystkim wydaje się, że to kaprys, który minie – wszystkim, poza Lois, która marzy o tym, żeby pożegnać się z dziewczęcą wersją siebie. Tranzycja to nic przyjemnego, wielkie koszty i mnóstwo wyrzeczeń, trudnych rozmów i decyzji – a jednak to możliwość wyzwalająca, daje szansę na powrót do siebie. Lewis doskonale o tym wie – jest tu po to, żeby uświadomić odbiorcom, którzy są w podobnej sytuacji, że mogą zawalczyć o siebie – a wszystkim urodzonym we właściwych ciałach opowiedzieć, co czuje osoba, która chce przejść tranzycję. Ta powieść komiksowa jest bardzo potrzebna – wyjaśnia, co dzieje się w młodszych pokoleniach, skąd wysyp osób trans – które zyskują teraz możliwość na stanie się sobą. Jednocześnie „Witajcie w St. Hell. Moje transpłciowe dorastanie” to publikacja cenna i ciekawa nie tylko ze względu na odniesienia do pozaliterackiej rzeczywistości. Lewis Hancox przygotowuje bardzo dobrą fabułę: fakt, bazuje na własnych przeżyciach – ale forma, jaką wybiera, nie budzi wątpliwości: to znakomita relacja, zarówno w warstwie narracji tekstowej, jak i obrazkowej – wszystko pasuje tu do tematu i pomaga w uwypuklaniu najsilniejszych uczuć. Tych nie zabraknie. Można tę książkę traktować jako literaturę rozrywkową – ale niesie ze sobą bardzo ważne przesłania.
Druga płeć
Lewis Hancox dzieli się z czytelnikami swoją prywatną historią, którą przerabia na bardzo ciekawy i znaczący komiks, a właściwie – powieść komiksową. Pozwala dzięki osobistym doświadczeniom lepiej zrozumieć tych wszystkich, którzy źle czują się w swoich ciałach i potrzebują tranzycji, żeby zacząć normalnie funkcjonować. Na początku jest Lois. Nastolatka, która bunt okresu dojrzewania przechodzi inaczej niż można by się spodziewać. Dziewczyna nie cierpi swojego ciała, nie znosi dziewczyńskich ubrań (a szkolny mundurek w wersji z plisowaną spódniczką to dla niej udręka). I o ile fryzurę można jeszcze na upartego zmienić, zrezygnować z makijażu i nosić workowate stroje emo – to jednak nie wszystko uda się w ten sposób okiełznać. Zwłaszcza przemiany w organizmie napawają Lois odrazą. A ponieważ bohaterka nie akceptuje siebie – myśli, że nikt jej nigdy nie pokocha. Całą historię opowiada z perspektywy czasu Lewis – dorosły mężczyzna, który odwiedza nastolatkę, którą kiedyś był i komentuje jej odczucia czy zachowania. On wie, że wszystko skończy się dobrze, nie musi przeżywać już po raz drugi tej męki – teraz jego celem jest przedstawienie całego procesu, żeby pojęli go odbiorcy (i lekarze).
Lois ma wierną przyjaciółkę, na którą w każdych okolicznościach może liczyć – nie jest zatem całkiem wyobcowana. Nie ustrzeże jej to jednak przed szykanami i drwinami ze strony szkolnej społeczności. Każdy widzi w Lois dziwoląga: odrzucają ją dziewczyny i chłopcy. W dodatku bohaterka nie może ze względu na płeć realizować swoich pasji – uwielbia grać w koszykówkę, ale te zajęcia kierowane są tylko do chłopaków. Jakby tego było mało, rodzice Lois się rozstają – bohaterka będzie jeszcze musiała się mierzyć z rozwodem. Nie ma w domu wyedukowanych i racjonalnie myślących bliskich, ojciec zbliża się nawet do patologii, matka wydaje się być dość ograniczona – ale kiedy trzeba, to właśnie ona staje na wysokości zadania i wie, jak wspierać swoją pociechę. W końcu przychodzi ratunek. Chociaż Lois wielokrotnie dostosowuje się do sytuacji, jej cierpienia – niewidoczne niekiedy dla otoczenia – stają się jasne dla czytelników. Rozwiązaniem okazuje się tranzycja. Chociaż nie od razu da się wprowadzić ją w czyn – najpierw trzeba przeprowadzić rozmowę z rodzicami, później – przekonać lekarzy, dla których to jeszcze nowe rozwiązanie. Wszystkim wydaje się, że to kaprys, który minie – wszystkim, poza Lois, która marzy o tym, żeby pożegnać się z dziewczęcą wersją siebie. Tranzycja to nic przyjemnego, wielkie koszty i mnóstwo wyrzeczeń, trudnych rozmów i decyzji – a jednak to możliwość wyzwalająca, daje szansę na powrót do siebie. Lewis doskonale o tym wie – jest tu po to, żeby uświadomić odbiorcom, którzy są w podobnej sytuacji, że mogą zawalczyć o siebie – a wszystkim urodzonym we właściwych ciałach opowiedzieć, co czuje osoba, która chce przejść tranzycję. Ta powieść komiksowa jest bardzo potrzebna – wyjaśnia, co dzieje się w młodszych pokoleniach, skąd wysyp osób trans – które zyskują teraz możliwość na stanie się sobą. Jednocześnie „Witajcie w St. Hell. Moje transpłciowe dorastanie” to publikacja cenna i ciekawa nie tylko ze względu na odniesienia do pozaliterackiej rzeczywistości. Lewis Hancox przygotowuje bardzo dobrą fabułę: fakt, bazuje na własnych przeżyciach – ale forma, jaką wybiera, nie budzi wątpliwości: to znakomita relacja, zarówno w warstwie narracji tekstowej, jak i obrazkowej – wszystko pasuje tu do tematu i pomaga w uwypuklaniu najsilniejszych uczuć. Tych nie zabraknie. Można tę książkę traktować jako literaturę rozrywkową – ale niesie ze sobą bardzo ważne przesłania.
czwartek, 9 maja 2024
Eva Amores, Matt Cosgrove: Najgorszy tydzień życia. Środa
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Przygoda
Im gorzej – tym lepiej. Takie motto przyświeca Evie Amores i Mattowi Cosgrove, kiedy tworzą serię Najgorszy tydzień życia, której trzecia część – „Środa” – ukazuje się właśnie na rynku. Ale w środę nie ma szkolnych przepychanek i walk o miejsce w społeczności, nie ma też szkolnych prześladowców ani rodziców przynoszących wstyd w najgorszym momencie. Środa to czas, w którym Antek Fert skazany jest wyłącznie na towarzystwo swojego przyszłego przyrodniego brata, wnerwiającego do granic możliwości idealnego Marcina. Idealny Marcin wie, jak zaleźć za skórę i z pewnością to wykorzysta – pomijając drobne chwile słabości, w których potrzebuje pomocy Antka. Zbyt mało jest tych chwil, żeby bohater mógł w relacji z arcywrogiem czuć się pewnie – więc Antka czeka kolejny koszmarny dzień w najgorszym tygodniu życia.
Nie zabraknie tu dowcipów o kupie (chociaż już nie brązowych alarmów na basenie) i o powodach, dla których sedes jawi się jako dobro najwyższe. Jednak znacznie częściej Antek będzie musiał walczyć o przetrwanie – na bezludnej wyspie, otaczany przez rekiny, w kompromitujących momentach nagrywany przez Marcina, gryziony przez kraby albo jadący na niepewnej tyrolce. Akcja toczy się tu błyskawicznie, a kolejne niebezpieczeństwa, jakie tylko można sobie wyobrazić, z pewnością się tu pojawią. Nawet gadająca papuga, która trafia do chłopców w pewnym momencie, nie zamierza być miłym i towarzyskim ptaszkiem – a przypomina o serii katastrof (to znaczy: Marcina lubi, za Antkiem, delikatnie mówiąc, nie przepada i stara się utrudnić mu egzystencję). Na bezludnej wyspie nawet ulubiony survivalowy bohater by sobie nie poradził – a co dopiero mówić o dwóch uczniach, którzy organicznie się nie znoszą i robią sobie wzajemnie na złość. Eva Amores i Matt Cosgrove bawią się, doświadczając bohaterów najbardziej, jak się da – nie muszą się tego bać, wszystko jest na niby, wszystko rozgrywa się niepoważnie, więc im więcej koszmarów ziści się Antkowi – tym lepiej. Na tym buduje się komizm książki – i całego cyklu. „Środa” to zestaw dowcipów typu put-down, im gorzej wiedzie się bohaterowi, tym lepiej będą się bawić mali czytelnicy. Narracja prowadzona jest przez Antka Ferta – i dodatkowo w komiksowych dymkach, więc lektura przebiega szybko i bez opisów spowalniających akcję. Tu może zdarzyć się wszystko (a bohater powinien przetrwać… przynajmniej do niedzieli). Liczy się wyobraźnia autorów – w zakresie produkowania kolejnych wpadek i wyzwań. Marcin nie może nagle zamienić się w sojusznika i przyjaciela, Antek musi zaliczać kolejne katastrofy – a chociaż na początku wszystko brzmi raczej jak scenariusz filmu sensacyjnego, w dodatku mało prawdopodobnego, to jednak znajduje się tu racjonalne wytłumaczenie całości. I już za chwilę bohater będzie mógł mierzyć się z czwartkiem najgorszego tygodnia życia…
Przygoda
Im gorzej – tym lepiej. Takie motto przyświeca Evie Amores i Mattowi Cosgrove, kiedy tworzą serię Najgorszy tydzień życia, której trzecia część – „Środa” – ukazuje się właśnie na rynku. Ale w środę nie ma szkolnych przepychanek i walk o miejsce w społeczności, nie ma też szkolnych prześladowców ani rodziców przynoszących wstyd w najgorszym momencie. Środa to czas, w którym Antek Fert skazany jest wyłącznie na towarzystwo swojego przyszłego przyrodniego brata, wnerwiającego do granic możliwości idealnego Marcina. Idealny Marcin wie, jak zaleźć za skórę i z pewnością to wykorzysta – pomijając drobne chwile słabości, w których potrzebuje pomocy Antka. Zbyt mało jest tych chwil, żeby bohater mógł w relacji z arcywrogiem czuć się pewnie – więc Antka czeka kolejny koszmarny dzień w najgorszym tygodniu życia.
Nie zabraknie tu dowcipów o kupie (chociaż już nie brązowych alarmów na basenie) i o powodach, dla których sedes jawi się jako dobro najwyższe. Jednak znacznie częściej Antek będzie musiał walczyć o przetrwanie – na bezludnej wyspie, otaczany przez rekiny, w kompromitujących momentach nagrywany przez Marcina, gryziony przez kraby albo jadący na niepewnej tyrolce. Akcja toczy się tu błyskawicznie, a kolejne niebezpieczeństwa, jakie tylko można sobie wyobrazić, z pewnością się tu pojawią. Nawet gadająca papuga, która trafia do chłopców w pewnym momencie, nie zamierza być miłym i towarzyskim ptaszkiem – a przypomina o serii katastrof (to znaczy: Marcina lubi, za Antkiem, delikatnie mówiąc, nie przepada i stara się utrudnić mu egzystencję). Na bezludnej wyspie nawet ulubiony survivalowy bohater by sobie nie poradził – a co dopiero mówić o dwóch uczniach, którzy organicznie się nie znoszą i robią sobie wzajemnie na złość. Eva Amores i Matt Cosgrove bawią się, doświadczając bohaterów najbardziej, jak się da – nie muszą się tego bać, wszystko jest na niby, wszystko rozgrywa się niepoważnie, więc im więcej koszmarów ziści się Antkowi – tym lepiej. Na tym buduje się komizm książki – i całego cyklu. „Środa” to zestaw dowcipów typu put-down, im gorzej wiedzie się bohaterowi, tym lepiej będą się bawić mali czytelnicy. Narracja prowadzona jest przez Antka Ferta – i dodatkowo w komiksowych dymkach, więc lektura przebiega szybko i bez opisów spowalniających akcję. Tu może zdarzyć się wszystko (a bohater powinien przetrwać… przynajmniej do niedzieli). Liczy się wyobraźnia autorów – w zakresie produkowania kolejnych wpadek i wyzwań. Marcin nie może nagle zamienić się w sojusznika i przyjaciela, Antek musi zaliczać kolejne katastrofy – a chociaż na początku wszystko brzmi raczej jak scenariusz filmu sensacyjnego, w dodatku mało prawdopodobnego, to jednak znajduje się tu racjonalne wytłumaczenie całości. I już za chwilę bohater będzie mógł mierzyć się z czwartkiem najgorszego tygodnia życia…
środa, 20 marca 2024
Jeff Kinney: Dziennik Cwaniaczka. Główka pracuje
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Upadek
Greg ma powody do niepokoju. Szkoła, do której chodzi, przeżywa kryzys – i to kryzys potężny. Dzieciaki nie chcą się uczyć, ale zaraz będą musiały przysiąść nad książkami, żeby zdać pewien ważny test. Od wyników tego testu zależy ich przyszłość… chyba że po drodze przytrafi się nieoczekiwany kryzys (oczywiście że się przytrafi). Gimnazjum Grega wpada w tarapaty finansowe i nie pomagają żadne racjonalne i irracjonalne sposoby rozwiązania problemu – oklejenie wszystkich możliwych płaszczyzn reklamami czy zmiana imienia i maskotki szkolnej na to, co zaproponują sponsorzy. Uczniowie trafią do najbliższych placówek – gimnazjum, które jest spełnieniem marzeń każdego nastolatka i gimnazjum, którego poziom jest jeszcze gorszy niż poziom szkoły Grega. Połowa kolegów Grega stanie się zatem szczęśliwcami, a druga połowa… niekoniecznie. W dodatku przydział jest odgórny i nie można go zmienić, chyba że zmieni się sam. Zamieszanie robi się olbrzymie, a działania bohatera mogą je tylko potęgować.
Greg w każdej sytuacji szuka pozytywów, mimo okoliczności stara się cieszyć wszystkim – jest w stanie dostrzec okazję w momencie przejścia do nowej szkoły (zwłaszcza kiedy stara zaskakuje go na każdym kroku rozwiązaniami niecodziennymi, na przykład tajnym skrótem w ścianie szafki). Z tym bohaterem nie można się nudzić, bo też i Greg bez przerwy doświadcza czegoś innego. Relacjonuje swoje przygody dynamicznie: nie zatrzymuje się na dłużej nad żadnym wydarzeniem, z czasem co najwyżej może pokazać efekty działań, o których czytelnicy już nie pamiętają. Bo rzeczywiście ukryte powiązania w ramach fabuły są szansą na dodatkową rozrywkę. Greg przedstawia zwyczajne (czyli w wersji powieści komiksowej mocno podkoloryzowane) życie nastolatka, nie szczędząc odbiorcom szczegółów na temat kolejnych porażek. Katastrofy, jakie go spotykają, doprowadzane są na skraj absurdu – i to podstawowy czynnik rozśmieszający odbiorców. Greg nie musi opisywać wszystkiego, stąd zresztą zawrotne tempo opowieści: podprowadza pod zagadnienie, żeby odbiorcy wiedzieli, co jest grane – a następnie przechodzi na puenty rysunkowe. Proste i szybkie szkice pokazują kwintesencję dowcipu, nie ma wątpliwości, że intencje autora zostaną właściwie odebrane – a czytelnicy docenią jakość komizmu. Greg potrafi non stop rozśmieszać, nawet kiedy jemu samemu akurat do śmiechu nie jest – to bohater, który ma dystans do swoich problemów, radzi sobie z wyśmiewaniem się z nich i z przekonywaniem czytelników do siebie. To bohater, który da się lubić, nawet jeśli czasami próbuje zapracować sobie na ksywkę.
Tym razem u Grega znowu dzieje się bardzo dużo, a zmiany dotyczą nie tylko bohatera, ale też w równym stopniu jego kolegów (często anonimowych). Pojawiają się też nietypowe wynalazki, na przykład asortyment szkolnego sklepiku – to kolejny powód do radości. Greg gimnazjalne życie zamienia w wielką przygodę, odwracalną – na szczęście. Jest to bohater, który nie boi się podejmowania ryzyka, a czasami zostaje do tego zmuszony – ale nie zamierza przesadnie narzekać na swój los, raczej wykorzystuje go jako bazę do niewymuszonej narracji. Greg daje się lubić – ze wszystkimi swoimi wadami. To postać w sam raz dla tych odbiorców, którzy za czytaniem nie przepadali – seria Dziennik Cwaniaczka przekonuje ich, że warto postawić na lekturę jako sposób spędzania wolnego czasu.
Upadek
Greg ma powody do niepokoju. Szkoła, do której chodzi, przeżywa kryzys – i to kryzys potężny. Dzieciaki nie chcą się uczyć, ale zaraz będą musiały przysiąść nad książkami, żeby zdać pewien ważny test. Od wyników tego testu zależy ich przyszłość… chyba że po drodze przytrafi się nieoczekiwany kryzys (oczywiście że się przytrafi). Gimnazjum Grega wpada w tarapaty finansowe i nie pomagają żadne racjonalne i irracjonalne sposoby rozwiązania problemu – oklejenie wszystkich możliwych płaszczyzn reklamami czy zmiana imienia i maskotki szkolnej na to, co zaproponują sponsorzy. Uczniowie trafią do najbliższych placówek – gimnazjum, które jest spełnieniem marzeń każdego nastolatka i gimnazjum, którego poziom jest jeszcze gorszy niż poziom szkoły Grega. Połowa kolegów Grega stanie się zatem szczęśliwcami, a druga połowa… niekoniecznie. W dodatku przydział jest odgórny i nie można go zmienić, chyba że zmieni się sam. Zamieszanie robi się olbrzymie, a działania bohatera mogą je tylko potęgować.
Greg w każdej sytuacji szuka pozytywów, mimo okoliczności stara się cieszyć wszystkim – jest w stanie dostrzec okazję w momencie przejścia do nowej szkoły (zwłaszcza kiedy stara zaskakuje go na każdym kroku rozwiązaniami niecodziennymi, na przykład tajnym skrótem w ścianie szafki). Z tym bohaterem nie można się nudzić, bo też i Greg bez przerwy doświadcza czegoś innego. Relacjonuje swoje przygody dynamicznie: nie zatrzymuje się na dłużej nad żadnym wydarzeniem, z czasem co najwyżej może pokazać efekty działań, o których czytelnicy już nie pamiętają. Bo rzeczywiście ukryte powiązania w ramach fabuły są szansą na dodatkową rozrywkę. Greg przedstawia zwyczajne (czyli w wersji powieści komiksowej mocno podkoloryzowane) życie nastolatka, nie szczędząc odbiorcom szczegółów na temat kolejnych porażek. Katastrofy, jakie go spotykają, doprowadzane są na skraj absurdu – i to podstawowy czynnik rozśmieszający odbiorców. Greg nie musi opisywać wszystkiego, stąd zresztą zawrotne tempo opowieści: podprowadza pod zagadnienie, żeby odbiorcy wiedzieli, co jest grane – a następnie przechodzi na puenty rysunkowe. Proste i szybkie szkice pokazują kwintesencję dowcipu, nie ma wątpliwości, że intencje autora zostaną właściwie odebrane – a czytelnicy docenią jakość komizmu. Greg potrafi non stop rozśmieszać, nawet kiedy jemu samemu akurat do śmiechu nie jest – to bohater, który ma dystans do swoich problemów, radzi sobie z wyśmiewaniem się z nich i z przekonywaniem czytelników do siebie. To bohater, który da się lubić, nawet jeśli czasami próbuje zapracować sobie na ksywkę.
Tym razem u Grega znowu dzieje się bardzo dużo, a zmiany dotyczą nie tylko bohatera, ale też w równym stopniu jego kolegów (często anonimowych). Pojawiają się też nietypowe wynalazki, na przykład asortyment szkolnego sklepiku – to kolejny powód do radości. Greg gimnazjalne życie zamienia w wielką przygodę, odwracalną – na szczęście. Jest to bohater, który nie boi się podejmowania ryzyka, a czasami zostaje do tego zmuszony – ale nie zamierza przesadnie narzekać na swój los, raczej wykorzystuje go jako bazę do niewymuszonej narracji. Greg daje się lubić – ze wszystkimi swoimi wadami. To postać w sam raz dla tych odbiorców, którzy za czytaniem nie przepadali – seria Dziennik Cwaniaczka przekonuje ich, że warto postawić na lekturę jako sposób spędzania wolnego czasu.
piątek, 1 grudnia 2023
Boguś Janiszewski i Nikola Kucharska: Kurzol. Strach się bać
Agora, Warszawa 2023.
W ciele
Powieści komiksowe w Polsce rozwijają się trochę inaczej niż na zachodzie: rodzimi autorzy rezygnują z zabawy i absurdu dla samej zabawy - liczy się dla nich bardziej możliwość edukowania czytelników przy okazji. Jednak z takiego podejścia, płynącego po trosze z oczekiwań wydawców, wynika nowa jakość w gatunku - książki okazują się bardziej wartościowe, a jednocześnie i tak pełne humoru i ciekawe. "Kurzol. Strach się bać" to druga część cyklu trochę w tle nawiązującego do "Było sobie życie". Antek i jego przyjaciel - kłębek kurzu, Kurzol, za pomocą piątej klepki dostają się do wnętrza organizmu, żeby odbyć tam nietypową podróż - tym razem w celu odkrycia źródeł strachu i lęku (dla wygody i zrozumiałości strach i lęk zostały tutaj połączone w jedną emocję, na rozróżnienia przyjdzie czas po przekazaniu odbiorcom najważniejszych wiadomości).
Dla tych, którzy czytali poprzedni tom - pojawią się u Bogusia Janiszewskiego i Nikoli Kucharskiej starzy znajomi, Alina Adrenalina czy generał Korti, czyli hormon Kortyzol - bohaterowie wyraziści i komiczni w swoich przesadzonych zachowaniach. Kurzol twierdzi, że strachu nie zna (chociaż kolejne jego doświadczenia i zachowania mocno temu przeczą - stworek boi się wszystkiego, od odkurzacza mamy - swojego naturalnego wroga - po istoty napotkane w organizmie). Autorzy będą zatem ciągle go doświadczali, żeby ujawnić sprzeczności między deklarowanymi wartościami a rzeczywistością. Tyle że bohaterowie mają tym razem spore powody do niepokoju: w organizmie to oni są intruzami, a ciało ma specjalnie wyszkolone jednostki do walki z tego typu przybyszami. Reaguje bezbłędnie i chce pozbyć się najeźdźców, nie ma tu miejsca na wyjaśnienia i negocjacje - trzeba wykazać się sprytem, żeby wyjść cało z opresji. Im więcej powodów do strachu, tym lepiej z perspektywy czytelników - będzie po prostu wesoło. Wiadomości na temat biologii to jedynie dodatek, będą się wchłaniać i przyswajać z rytmem lektury i niemal bez wysiłku - pomoże przy tym na pewno wartka akcja i zestaw zabawnych pomysłów. Janiszewski i Kucharska stawiają na tempo - tu bez przerwy coś się dzieje, więc młodzi czytelnicy nie będą się nudzić. Autorzy uczą, ale też dostarczają sporą porcję rozrywki. Zwracają uwagę zwłaszcza fantazyjne stwory - Nikola Kucharska gorzej czuje się w przedstawianiu komiksowych ludzi, ale jeśli chodzi o wymyślanie kształtów i antropomorfizowanie poszczególnych "mieszkańców" organizmu - nie ma sobie równych. Każdego ucieszy taką galerią postaci - to pożywka dla wyobraźni i jednocześnie wsparcie w procesie przyswajania wiedzy. Niespodzianka dla czytelników, którzy powieści komiksowe do tej pory kojarzyli z niestarannymi bazgrołami - trzeba przyznać, że ta seria bez trudu wytrzymuje konkurencję. To historia wciągająca i barwna, wypełniona ciekawostkami na temat człowieka i ze zgrabną rozrywkową fabułą - wykorzystującą najlepsze cechy komiksów. Warto śledzić serię z Kurzolem - to bohater, który wiele razy przyda się młodym czytelnikom jako przewodnik po biologii. A ponieważ Kurzol zabawnie przekręca powiedzenia - można też poćwiczyć swoją sprawność językową. Komizm pojawia się w tej książce na każdej stronie, ale nie jest jedynym jej atutem.
W ciele
Powieści komiksowe w Polsce rozwijają się trochę inaczej niż na zachodzie: rodzimi autorzy rezygnują z zabawy i absurdu dla samej zabawy - liczy się dla nich bardziej możliwość edukowania czytelników przy okazji. Jednak z takiego podejścia, płynącego po trosze z oczekiwań wydawców, wynika nowa jakość w gatunku - książki okazują się bardziej wartościowe, a jednocześnie i tak pełne humoru i ciekawe. "Kurzol. Strach się bać" to druga część cyklu trochę w tle nawiązującego do "Było sobie życie". Antek i jego przyjaciel - kłębek kurzu, Kurzol, za pomocą piątej klepki dostają się do wnętrza organizmu, żeby odbyć tam nietypową podróż - tym razem w celu odkrycia źródeł strachu i lęku (dla wygody i zrozumiałości strach i lęk zostały tutaj połączone w jedną emocję, na rozróżnienia przyjdzie czas po przekazaniu odbiorcom najważniejszych wiadomości).
Dla tych, którzy czytali poprzedni tom - pojawią się u Bogusia Janiszewskiego i Nikoli Kucharskiej starzy znajomi, Alina Adrenalina czy generał Korti, czyli hormon Kortyzol - bohaterowie wyraziści i komiczni w swoich przesadzonych zachowaniach. Kurzol twierdzi, że strachu nie zna (chociaż kolejne jego doświadczenia i zachowania mocno temu przeczą - stworek boi się wszystkiego, od odkurzacza mamy - swojego naturalnego wroga - po istoty napotkane w organizmie). Autorzy będą zatem ciągle go doświadczali, żeby ujawnić sprzeczności między deklarowanymi wartościami a rzeczywistością. Tyle że bohaterowie mają tym razem spore powody do niepokoju: w organizmie to oni są intruzami, a ciało ma specjalnie wyszkolone jednostki do walki z tego typu przybyszami. Reaguje bezbłędnie i chce pozbyć się najeźdźców, nie ma tu miejsca na wyjaśnienia i negocjacje - trzeba wykazać się sprytem, żeby wyjść cało z opresji. Im więcej powodów do strachu, tym lepiej z perspektywy czytelników - będzie po prostu wesoło. Wiadomości na temat biologii to jedynie dodatek, będą się wchłaniać i przyswajać z rytmem lektury i niemal bez wysiłku - pomoże przy tym na pewno wartka akcja i zestaw zabawnych pomysłów. Janiszewski i Kucharska stawiają na tempo - tu bez przerwy coś się dzieje, więc młodzi czytelnicy nie będą się nudzić. Autorzy uczą, ale też dostarczają sporą porcję rozrywki. Zwracają uwagę zwłaszcza fantazyjne stwory - Nikola Kucharska gorzej czuje się w przedstawianiu komiksowych ludzi, ale jeśli chodzi o wymyślanie kształtów i antropomorfizowanie poszczególnych "mieszkańców" organizmu - nie ma sobie równych. Każdego ucieszy taką galerią postaci - to pożywka dla wyobraźni i jednocześnie wsparcie w procesie przyswajania wiedzy. Niespodzianka dla czytelników, którzy powieści komiksowe do tej pory kojarzyli z niestarannymi bazgrołami - trzeba przyznać, że ta seria bez trudu wytrzymuje konkurencję. To historia wciągająca i barwna, wypełniona ciekawostkami na temat człowieka i ze zgrabną rozrywkową fabułą - wykorzystującą najlepsze cechy komiksów. Warto śledzić serię z Kurzolem - to bohater, który wiele razy przyda się młodym czytelnikom jako przewodnik po biologii. A ponieważ Kurzol zabawnie przekręca powiedzenia - można też poćwiczyć swoją sprawność językową. Komizm pojawia się w tej książce na każdej stronie, ale nie jest jedynym jej atutem.
czwartek, 16 listopada 2023
Colleen AF Venable: Kati, kocia opiekunka
Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.
Tajemnica kotów
Są w tej powieści komiksowej dwa ważne motywy: jeden - bajkowy, nawiązujący do świata superbohaterów (tu - w kobiecej wersji). Drugi - odnoszący się do rzeczywistości znanej młodym czytelniczkom, charakterystyczny w procesie kształtowania się (lub kończenia) przyjaźni. Kati to dziewczyna, która próbuje zarobić na wyjazd na obóz - całe towarzystwo, w którym się obraca, będzie spędzać wakacje razem, jednak bohaterki nie stać na opłacenie choćby jednego turnusu. Mogłaby poprosić o pomoc, albo przyjąć wsparcie od znajomych - jednak Kati nie należy do osób, które łatwo się poddają. Postanawia samodzielnie zarobić na wakacje - chce podjąć się prostych prac, które mogliby jej zlecić sąsiedzi. I tak trafia do domu Magdy, do mieszkania, w którym jest 217 przedziwnych kotów. Koty Magdy są wyjątkowe. Potrafią wszystko, bo też i ich właścicielka twierdzi, że nic trudnego w wytresowaniu ich (i nauczeniu ich zachowań, które nawet zdolnym ludziom przysparzają trudności). Ponadto koty Magdy mają mocne charaktery i potrafią zaleźć każdemu za skórę. Opieka nad takim stadem nie należy do prostych. Ale liczy się coś jeszcze: Magda wychodzi do pracy na noc i kiedy znika, w mieście dzieją się dziwne rzeczy - o których donoszą media. Nic dziwnego, bo sensacja goni sensację. Myszycielka działa wszędzie tam, gdzie zwierzętom może stać się krzywda. Nie przejmuje się ludźmi, wymierza kary i uwalnia żywe stworzenia - a przy tym pozostaje nieuchwytna. Kati niemal traci z oczu działanie Myszycielki - tak jest zaabsorbowana próbami zapanowania nad kotami. W pewnym momencie przekonuje się też, że pocztówki z obozu - na które tak czekała - przychodzą coraz rzadziej i coraz mniej w nich skupienia nad problemami Kati. Przyjaciółka znalazła sobie chłopaka i towarzystwo, do którego chętnie się dopasowuje. Już nie potrzebuje Kati z jej finansowymi kłopotami i ciągłymi dylematami. Kati przekonuje się, jak bolesne jest odrzucenie - bez względu na przyczynę. Rozpad przyjaźni rozgrywa się w tle mocno sensacyjnej historii związanej z akcją ratunkową. I tu przydają się nadludzkie umiejętności kotów.
Colleen AF Venable bardzo się stara nie zmęczyć czytelniczek i zapewnić im sporo przeżyć dzięki wielokierunkowej akcji. Do tego zamieszcza w tomiku mnóstwo żartów na temat kotów - ci, którzy kochają te czworonogi, niejeden raz parskną na widok trafnych puent z kolejnych kadrów. Zapowiada się zatem całkiem interesujący cykl dla młodych odbiorców - zabawa połączona z ważnymi przekazami dotyczącymi relacji w grupie. "Kati, kocia opiekunka" to przedstawienie rozwiązań, na jakie odbiorczynie przeważnie nie wpadają, emocjonalnie zaangażowane w szukanie ratunku i próby zrozumienia, co się zmieniło. Jest to powieść komiksowa, w której humor pojawia się w tle tekstu, ale i w samych ilustracjach (Stephanie Yue bawi się, portretując koty) - niepozbawiona goryczy, jednak uniemożliwiająca czytelniczkom zamartwianie się codziennymi sprawami. Jest to historia, na którą warto zwrócić uwagę - wartościowa i rozrywkowa, atrakcyjna dla młodych odbiorców i wypełniona interesującymi pomysłami. Jest to początek serii - więc Kati na dłużej zagości w świecie czytelniczek - a to bohaterka, która zasługuje na uznanie.
Tajemnica kotów
Są w tej powieści komiksowej dwa ważne motywy: jeden - bajkowy, nawiązujący do świata superbohaterów (tu - w kobiecej wersji). Drugi - odnoszący się do rzeczywistości znanej młodym czytelniczkom, charakterystyczny w procesie kształtowania się (lub kończenia) przyjaźni. Kati to dziewczyna, która próbuje zarobić na wyjazd na obóz - całe towarzystwo, w którym się obraca, będzie spędzać wakacje razem, jednak bohaterki nie stać na opłacenie choćby jednego turnusu. Mogłaby poprosić o pomoc, albo przyjąć wsparcie od znajomych - jednak Kati nie należy do osób, które łatwo się poddają. Postanawia samodzielnie zarobić na wakacje - chce podjąć się prostych prac, które mogliby jej zlecić sąsiedzi. I tak trafia do domu Magdy, do mieszkania, w którym jest 217 przedziwnych kotów. Koty Magdy są wyjątkowe. Potrafią wszystko, bo też i ich właścicielka twierdzi, że nic trudnego w wytresowaniu ich (i nauczeniu ich zachowań, które nawet zdolnym ludziom przysparzają trudności). Ponadto koty Magdy mają mocne charaktery i potrafią zaleźć każdemu za skórę. Opieka nad takim stadem nie należy do prostych. Ale liczy się coś jeszcze: Magda wychodzi do pracy na noc i kiedy znika, w mieście dzieją się dziwne rzeczy - o których donoszą media. Nic dziwnego, bo sensacja goni sensację. Myszycielka działa wszędzie tam, gdzie zwierzętom może stać się krzywda. Nie przejmuje się ludźmi, wymierza kary i uwalnia żywe stworzenia - a przy tym pozostaje nieuchwytna. Kati niemal traci z oczu działanie Myszycielki - tak jest zaabsorbowana próbami zapanowania nad kotami. W pewnym momencie przekonuje się też, że pocztówki z obozu - na które tak czekała - przychodzą coraz rzadziej i coraz mniej w nich skupienia nad problemami Kati. Przyjaciółka znalazła sobie chłopaka i towarzystwo, do którego chętnie się dopasowuje. Już nie potrzebuje Kati z jej finansowymi kłopotami i ciągłymi dylematami. Kati przekonuje się, jak bolesne jest odrzucenie - bez względu na przyczynę. Rozpad przyjaźni rozgrywa się w tle mocno sensacyjnej historii związanej z akcją ratunkową. I tu przydają się nadludzkie umiejętności kotów.
Colleen AF Venable bardzo się stara nie zmęczyć czytelniczek i zapewnić im sporo przeżyć dzięki wielokierunkowej akcji. Do tego zamieszcza w tomiku mnóstwo żartów na temat kotów - ci, którzy kochają te czworonogi, niejeden raz parskną na widok trafnych puent z kolejnych kadrów. Zapowiada się zatem całkiem interesujący cykl dla młodych odbiorców - zabawa połączona z ważnymi przekazami dotyczącymi relacji w grupie. "Kati, kocia opiekunka" to przedstawienie rozwiązań, na jakie odbiorczynie przeważnie nie wpadają, emocjonalnie zaangażowane w szukanie ratunku i próby zrozumienia, co się zmieniło. Jest to powieść komiksowa, w której humor pojawia się w tle tekstu, ale i w samych ilustracjach (Stephanie Yue bawi się, portretując koty) - niepozbawiona goryczy, jednak uniemożliwiająca czytelniczkom zamartwianie się codziennymi sprawami. Jest to historia, na którą warto zwrócić uwagę - wartościowa i rozrywkowa, atrakcyjna dla młodych odbiorców i wypełniona interesującymi pomysłami. Jest to początek serii - więc Kati na dłużej zagości w świecie czytelniczek - a to bohaterka, która zasługuje na uznanie.
czwartek, 19 października 2023
Talia Dutton: M jak monstrum
Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.
Samodzielność
Jest to książka wybitna. Talia Dutton przekona do siebie nastoletnich czytelników, ale może też podbić serca jurorów w rozmaitych konkursach. Wykorzystuje powieść graficzną, żeby przedstawić historię fantasy o poszukiwaniu własnej tożsamości. Odwołuje się przy tym trochę do wyobraźni, trochę do Frankensteina (zresztą jedna z bohaterek, prowadząca eksperymenty naukowe, ma na imię Frankie, bo Talia Dutton inspiracji nie ukrywa). W tej powieści mimo jej oderwania od rzeczywistości w warstwie fabularnej odnajdą się czytelnicy za sprawą silnych emocji. "M jak monstrum" to historia wstrząsająca z różnych powodów. Frankie dla nauki zrobi wszystko. Ale ponieważ podczas jednego z niefortunnych eksperymentów zabiła siostrę, Maurę, postanawia naprawić swój błąd i wskrzesić dziewczynę. Składa jej ciało w całość, nieumiejętnie zszywa (szpecące szwy poprawić może sąsiadka) i przywraca Maurę do istnienia. Tyle tylko, że istota, która powstaje w ten sposób, nie ma wiele wspólnego z Maurą - towarzyszką szalonych działań w laboratorium. Z Maurą jako jedyna zachowuje kontakt: widzi ją w lusterkach i dzięki temu może udawać kogoś, kim nie jest. Mierzy się z oczekiwaniami otoczenia: Frankie chce w koszmarnej dziewczynie widzieć swoją siostrę: czeka na podobny zestaw wspomnień i na współpracę w badaniach. Tymczasem M nie jest Maurą. Nawet w detalach - zmusza się do picia gorzkiej herbaty, która wcale jej nie smakuje, ubiera się w stroje, których nie cierpi i powtarza wiernie to, co mówi jej Maura. Jednak na dłuższą metę tak nie może funkcjonować nawet człowiek stworzony w laboratorium i pozszywany z kawałków. Frankie w końcu się o tym przekonuje i zaczyna snuć plan naprawienia Maury - rozczłonkowania jej i poskładania na nowo. Z kolei M źle czuje się nie w dziwnym ciele, a w konflikcie między własną osobowością i oczekiwaniami bliskich. Dużo może poświęcić dla rodziny i akceptacji, ale Talia Dutton zadaje pytanie, ile ostatecznie.
"M jak monstrum" to książka, która pokazuje trudne tematy nurtujące nastoletnich czytelników - ale z innej perspektywy. Tutaj nie ma wydumanych problemów, które otoczeniu łatwo zbagatelizować czy odrzucić i oceniać przez pryzmat własnych doświadczeń. Jeśli M podporządkuje się działaniom Frankie, straci siebie - i to dosłownie. Jeśli będzie udawać kogoś, kim nie jest, będzie nieszczęśliwa. Talia Dutton znajduje sposób na przekazanie wiadomości o ludziach, którzy źle czują się w swoich ciałach - albo którzy padają ofiarami nadmiernych oczekiwań najbliższych. Akcja rozgrywa się tutaj w tekście i w rysunkach: ograniczanie kolorów sprawia, że komiksowość nie jest równoznaczna z infantylizmem, z kolei odpowiednie kadrowanie pozwala na ujawnianie najważniejszych emocji bohaterów. Talia Dutton ucieka od taniej sensacyjności i od budowania historii pod publiczkę - ma sporo do powiedzenia i nie da się zignorować tych przesłań. "M jak monstrum" to książka cenna i wyjątkowa, powinna trafić do jak najszerszego grona odbiorców - niech nikt nie da się zwieść okładkowej ilustracji, nie ma w niej najważniejszych wiadomości z tomu. Ta powieść graficzna pokazuje, jak wielki potencjał drzemie w gatunku wykorzystywanym zwykle czysto rozrywkowo.
Samodzielność
Jest to książka wybitna. Talia Dutton przekona do siebie nastoletnich czytelników, ale może też podbić serca jurorów w rozmaitych konkursach. Wykorzystuje powieść graficzną, żeby przedstawić historię fantasy o poszukiwaniu własnej tożsamości. Odwołuje się przy tym trochę do wyobraźni, trochę do Frankensteina (zresztą jedna z bohaterek, prowadząca eksperymenty naukowe, ma na imię Frankie, bo Talia Dutton inspiracji nie ukrywa). W tej powieści mimo jej oderwania od rzeczywistości w warstwie fabularnej odnajdą się czytelnicy za sprawą silnych emocji. "M jak monstrum" to historia wstrząsająca z różnych powodów. Frankie dla nauki zrobi wszystko. Ale ponieważ podczas jednego z niefortunnych eksperymentów zabiła siostrę, Maurę, postanawia naprawić swój błąd i wskrzesić dziewczynę. Składa jej ciało w całość, nieumiejętnie zszywa (szpecące szwy poprawić może sąsiadka) i przywraca Maurę do istnienia. Tyle tylko, że istota, która powstaje w ten sposób, nie ma wiele wspólnego z Maurą - towarzyszką szalonych działań w laboratorium. Z Maurą jako jedyna zachowuje kontakt: widzi ją w lusterkach i dzięki temu może udawać kogoś, kim nie jest. Mierzy się z oczekiwaniami otoczenia: Frankie chce w koszmarnej dziewczynie widzieć swoją siostrę: czeka na podobny zestaw wspomnień i na współpracę w badaniach. Tymczasem M nie jest Maurą. Nawet w detalach - zmusza się do picia gorzkiej herbaty, która wcale jej nie smakuje, ubiera się w stroje, których nie cierpi i powtarza wiernie to, co mówi jej Maura. Jednak na dłuższą metę tak nie może funkcjonować nawet człowiek stworzony w laboratorium i pozszywany z kawałków. Frankie w końcu się o tym przekonuje i zaczyna snuć plan naprawienia Maury - rozczłonkowania jej i poskładania na nowo. Z kolei M źle czuje się nie w dziwnym ciele, a w konflikcie między własną osobowością i oczekiwaniami bliskich. Dużo może poświęcić dla rodziny i akceptacji, ale Talia Dutton zadaje pytanie, ile ostatecznie.
"M jak monstrum" to książka, która pokazuje trudne tematy nurtujące nastoletnich czytelników - ale z innej perspektywy. Tutaj nie ma wydumanych problemów, które otoczeniu łatwo zbagatelizować czy odrzucić i oceniać przez pryzmat własnych doświadczeń. Jeśli M podporządkuje się działaniom Frankie, straci siebie - i to dosłownie. Jeśli będzie udawać kogoś, kim nie jest, będzie nieszczęśliwa. Talia Dutton znajduje sposób na przekazanie wiadomości o ludziach, którzy źle czują się w swoich ciałach - albo którzy padają ofiarami nadmiernych oczekiwań najbliższych. Akcja rozgrywa się tutaj w tekście i w rysunkach: ograniczanie kolorów sprawia, że komiksowość nie jest równoznaczna z infantylizmem, z kolei odpowiednie kadrowanie pozwala na ujawnianie najważniejszych emocji bohaterów. Talia Dutton ucieka od taniej sensacyjności i od budowania historii pod publiczkę - ma sporo do powiedzenia i nie da się zignorować tych przesłań. "M jak monstrum" to książka cenna i wyjątkowa, powinna trafić do jak najszerszego grona odbiorców - niech nikt nie da się zwieść okładkowej ilustracji, nie ma w niej najważniejszych wiadomości z tomu. Ta powieść graficzna pokazuje, jak wielki potencjał drzemie w gatunku wykorzystywanym zwykle czysto rozrywkowo.
wtorek, 17 października 2023
Eva Amores, Matt Cosgrove: Najgorszy tydzień życia. Wtorek
Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.
Pechowiec
Antek Fert jest stworzony po to, żeby mieć pecha. Przytrafiają mu się na co dzień rzeczy, które stanowią sedno największych koszmarów każdego dzieciaka i nastolatka - bohater cyklu Najgorszy tydzień życia miałby na co narzekać. Ale nie narzeka, relacjonuje fakty, ku uciesze małych odbiorców. Eva Amores i Matt Cosgrove w powieści komiksowej kierują się bowiem do młodych i przede wszystkim zbuntowanych przeciwko tradycyjnym lekturom czytelników - chcą im pokazać, że książki to świetna rozrywka, przełamująca tematy tabu i często nieuzyskująca akceptacji rodziców. Zwłaszcza kiedy treści będą takie jak w tej serii. "Wtorek" to kolejny zestaw traumatycznych przeżyć młodego bohatera. Antek Fert nie musi tym razem rywalizować z gwiazdą mediów Antonim Fertem, chociaż właśnie z chęci rywalizacji wynika jego największy problem: odwrotny irokez. Bohater chce przygotować sobie świetną fryzurę, bo w szkole będą robione klasowe zdjęcia. W wyniku pomyłki aplikuje sobie na środek głowy krem do depilacji, a co stanie się dalej - łatwo przewidzieć. Seria katastrof, które tylko podtrzymają wizerunek Antka Ferta wśród rówieśników. Po poniedziałkowych wpadkach (zwłaszcza aktywowaniu kodu brązowego na basenie, o czym nie daje się odbiorcom zapomnieć i w tej części) chłopak stał się memem - trafił do licznych wirali i grafik, jego twarz zna każdy dzięki zabawnym przeróbkom. Teraz nie ma jednak czasu na rozpamiętywanie przeszłości, bo przecież Antek pakuje się w kolejne tarapaty błyskawicznie. Dobrze przynajmniej, że klasowe zdjęcie ma już za sobą. Chyba że coś się zepsuje.
We "Wtorku" trochę mniej jest humoru fekalnego, chociaż dalej rubaszna cielesność ma swoje znaczenie: Antek Fert jest workiem treningowym, postacią, na którą spadają kolejne nieszczęścia, radykalnie zmieniając - chwilowo - jego wygląd. W momencie gdy przynajmniej poprawny wizerunek jest ważny i trafi do klasowej kroniki - to największy problem. A ponieważ Antek jest niewinny - tylko pomaga odrobinę złemu losowi, ale nie byłby w stanie przewidzieć konsekwencji swoich działań - potęguje to komizm. Dzieci mogą się cieszyć z kolejnych wpadek, a dynamiczna akcja tylko zachęci je do śledzenia doświadczeń Antka. Dowcip podporządkowywany jest najmłodszym odbiorcom, nie można się tu doszukiwać głębokich treści - ale jeśli chodzi o przekonanie maluchów do czytania, to taka seria dobrze się sprawdzi. Gatunkowe rozwiązania umożliwiają budowanie komizmu - łatwiej przedstawić graficznie bohatera niż tłumaczyć, co mu się stało - to także przyspiesza odbiór.
Eva Amores i Matt Cosgrove przygotowują książkę rozrywkową - ale przecież zapewniają też odbiorcom wentyl bezpieczeństwa, świadomość, że ich przygody szkolne wcale nie są tak ekstremalne i tak trudne jak w wypadku Antka Ferta. Antek to tester najgorszych scenariuszy, przeżywa rzeczy, które zdyskwalifikowałyby przeciętnego ucznia w środowisku rówieśników - i po każdej przygodzie się podnosi, dzięki czemu wciąż może rozśmieszać dzieci. Taki cykl przyda się na rynku choćby do pokazania odbiorcom zróżnicowania w tematach książeczek, to jest zdecydowanie jedna z "niegrzecznych" serii, które niekoniecznie zyskują aprobatę rodziców, za to cieszą się ogromnym uznaniem grupy docelowej.
Pechowiec
Antek Fert jest stworzony po to, żeby mieć pecha. Przytrafiają mu się na co dzień rzeczy, które stanowią sedno największych koszmarów każdego dzieciaka i nastolatka - bohater cyklu Najgorszy tydzień życia miałby na co narzekać. Ale nie narzeka, relacjonuje fakty, ku uciesze małych odbiorców. Eva Amores i Matt Cosgrove w powieści komiksowej kierują się bowiem do młodych i przede wszystkim zbuntowanych przeciwko tradycyjnym lekturom czytelników - chcą im pokazać, że książki to świetna rozrywka, przełamująca tematy tabu i często nieuzyskująca akceptacji rodziców. Zwłaszcza kiedy treści będą takie jak w tej serii. "Wtorek" to kolejny zestaw traumatycznych przeżyć młodego bohatera. Antek Fert nie musi tym razem rywalizować z gwiazdą mediów Antonim Fertem, chociaż właśnie z chęci rywalizacji wynika jego największy problem: odwrotny irokez. Bohater chce przygotować sobie świetną fryzurę, bo w szkole będą robione klasowe zdjęcia. W wyniku pomyłki aplikuje sobie na środek głowy krem do depilacji, a co stanie się dalej - łatwo przewidzieć. Seria katastrof, które tylko podtrzymają wizerunek Antka Ferta wśród rówieśników. Po poniedziałkowych wpadkach (zwłaszcza aktywowaniu kodu brązowego na basenie, o czym nie daje się odbiorcom zapomnieć i w tej części) chłopak stał się memem - trafił do licznych wirali i grafik, jego twarz zna każdy dzięki zabawnym przeróbkom. Teraz nie ma jednak czasu na rozpamiętywanie przeszłości, bo przecież Antek pakuje się w kolejne tarapaty błyskawicznie. Dobrze przynajmniej, że klasowe zdjęcie ma już za sobą. Chyba że coś się zepsuje.
We "Wtorku" trochę mniej jest humoru fekalnego, chociaż dalej rubaszna cielesność ma swoje znaczenie: Antek Fert jest workiem treningowym, postacią, na którą spadają kolejne nieszczęścia, radykalnie zmieniając - chwilowo - jego wygląd. W momencie gdy przynajmniej poprawny wizerunek jest ważny i trafi do klasowej kroniki - to największy problem. A ponieważ Antek jest niewinny - tylko pomaga odrobinę złemu losowi, ale nie byłby w stanie przewidzieć konsekwencji swoich działań - potęguje to komizm. Dzieci mogą się cieszyć z kolejnych wpadek, a dynamiczna akcja tylko zachęci je do śledzenia doświadczeń Antka. Dowcip podporządkowywany jest najmłodszym odbiorcom, nie można się tu doszukiwać głębokich treści - ale jeśli chodzi o przekonanie maluchów do czytania, to taka seria dobrze się sprawdzi. Gatunkowe rozwiązania umożliwiają budowanie komizmu - łatwiej przedstawić graficznie bohatera niż tłumaczyć, co mu się stało - to także przyspiesza odbiór.
Eva Amores i Matt Cosgrove przygotowują książkę rozrywkową - ale przecież zapewniają też odbiorcom wentyl bezpieczeństwa, świadomość, że ich przygody szkolne wcale nie są tak ekstremalne i tak trudne jak w wypadku Antka Ferta. Antek to tester najgorszych scenariuszy, przeżywa rzeczy, które zdyskwalifikowałyby przeciętnego ucznia w środowisku rówieśników - i po każdej przygodzie się podnosi, dzięki czemu wciąż może rozśmieszać dzieci. Taki cykl przyda się na rynku choćby do pokazania odbiorcom zróżnicowania w tematach książeczek, to jest zdecydowanie jedna z "niegrzecznych" serii, które niekoniecznie zyskują aprobatę rodziców, za to cieszą się ogromnym uznaniem grupy docelowej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






