* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Griffiths. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andy Griffiths. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

Andy Griffiths: Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wyprawa

Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.

Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.

sobota, 17 sierpnia 2024

Andy Griffiths: 169-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Szkoła z koszmaru

Domek na drzewie rozbudowuje się o kolejne piętra, na których znajdują się wynalazki przedziwne. Na szczęście Andy, Terry i Jill nie narzekają na brak wyobraźni i mogą spędzać czas tak, jak im się żywnie podoba. Przynajmniej między kolejnymi katastrofami wyzwalanymi przez nie do końca przemyślane gadżety z różnych pięter. „169-piętrowy domek na drzewie” oznacza jednak sporo adrenaliny, która trafi do przekonania najmłodszym odbiorcom: Andy i Terry mają wrócić do szkoły. A to prawdziwy koszmar. Szkoła – ta z opowieści – oczywiście nie należy do najprzyjemniejszych placówek, liczne zakazy i nakazy całkowicie psują radość zabawy i nie ma znaczenia, że Andy i Terry w zasadzie są już dorośli i wcale tej szkoły do szczęścia nie potrzebują. To jeden temat, który nadaje rytm powieści komiksowej. Drugi to istnienie sobowtórów bohaterów, ich złych bliźniaków. Wyzwoleni za sprawą jednego z luster (całe piętro z różnymi krzywymi lustrami wydawało się świetnym pomysłem, do czasu…) oprawcy ścigają bohaterów, ale z czasem zaczynają z nimi współpracować – nic tak nie łączy jak chęć pokonania wspólnego wroga. W związku z tym bohaterowie nie zostaną zamknięci na zawsze w placówce edukacyjnej i będą musieli wrócić do swoich obowiązków. Czyli – do pisania kolejnej książki na już. Pan Nochal, właściciel Nochalskiej Księgarni, nie odpuszcza: wyznacza niemożliwe do zrealizowania deadline’y i przypomina o sobie bohaterom kolejnymi telefonami w najbardziej nieodpowiednich momentach. Nie da się siedzieć i pisać, kiedy trzeba akurat walczyć lub uciekać (albo, ewentualnie, próbować uwolnić się z pułapki). Tyle że Andy i Terry mają już spore doświadczenie w pokonywaniu trudności i muszą jakoś dać sobie radę w każdych okolicznościach, nawet tych najbardziej niesprzyjających. „169-piętrowy domek na drzewie” to powieść, w której pojawia się nawet szkoła na drzewie, absurd goni absurd – to, co najlepsze w cyklu powraca tutaj ze zwielokrotnioną siłą. Tym razem motyw kadrowania na kolejnych stronach przenosi się do zaskakującego trochę finału, a wyliczenie powraca jedynie przy relacji z pisania nowej książki – reszta to czysta akcja, szybka i zabawna dla najmłodszych czytelników. Warto tu podkreślić, że poza fabułą wypełnianą najbardziej szalonymi i nieprawdopodobnymi pomysłami pojawiają się ilustracje w formie gryzmołów – ale na tych, które zapełniają całe rozkładówki widnieje całe mnóstwo drobnych żartów, warto prześledzić te szkice, żeby odkrywać kolejne rysunkowe mrugnięcia okiem do młodych czytelników – jest tu sporo zabawnych rozwiązań. Autorzy, decydując się na odejście od wygładzonych i ugrzecznionych ilustracji, zwracają na siebie uwagę i przypominają odbiorcom, że każdy może zostać twórcą – liczy się wyobraźnia, a nie umiejętność tworzenia pięknych obrazków. Także w ramach treści przełamują schematy: pozwalają sobie na wprowadzanie do akcji wszystkiego, co przyjdzie im do głowy – a później prowadzą narrację tak, żeby wszystko w pewnym momencie się przydało. Więc chociaż czasami kolejne domki na drzewie wyglądają jak zapis snu i chaotycznych scenek – jest tu wewnętrzna logika. Wszystko razem sprzyja komizmowi, więc odbiorcy cyklu z pewnością ucieszą się z kolejnej części. Ta seria jest inna niż wszystko, co dostępne na rynku – w związku z tym może inspirować najmłodszych i zachęcać ich do czytania dla rozrywki.

niedziela, 23 czerwca 2024

Andy Griffiths, Jill Griffiths, Terry Denton: Bzdurki i badziewie z domku na drzewie. Najgłupsze łamigłówki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.

Zabawy

Bestsellerowa seria o ciągle rozbudowywanym domku na drzewie doczekała się teraz tomiku-gadżetu, jak zresztą większość popularnych cykli dla młodych odbiorców. „Bzdurki i badziewie z domku na drzewie. Najgłupsze łamigłówki” to właśnie książka z zadaniami logicznymi dla młodych odbiorców i fanów Andy’ego, Terry’ego i ich przyjaciół. Domek na drzewie, który z każdym kolejnym tomem rozrastał się o trzynaście pięter, staje się areną kolejnych zabaw. Trzeba tutaj wciąż przemierzać labirynty, porównywać ilustracje, pomagać bohaterom, wykreślać słowa… Jest też bardzo bogato reprezentowany dział zadań kreatywnych – na dorysowywanie z wyobraźni tego, czego na stronach nie ma. Można tu oczywiście rysować w stylu autorów – czyli bazgrać – lub dać upust własnej artystycznej wyobraźni, nie ma złych rozwiązań (bo już łamigłówki zyskują klucz odpowiedzi – prawdopodobnie po to, żeby sprawdzać postępy albo nie frustrować się przesadnie, kiedy coś nie wyjdzie: zadania nie zawsze należą do prostych). Tym razem książka ma troje autorów – Andy Griffiths i Terry Denton zapraszają tu do współpracy Jill Griffiths (też znaną odbiorcom jako postać z kolejnych części cyklu).

Oczywiście tomik z zadaniami logicznymi jest jednocześnie reklamą całego cyklu – pojawiają się tu nawiązania do konkretnych książek, można będzie po nie sięgać, żeby przypomnieć sobie najbardziej zabawne przygody i absurdalne pomysły. Co ciekawe, obrazki w kolejnych publikacjach były raczej gryzmołami niż starannie dopracowanymi pod kątem grafiki pracami. Tu jest inaczej – rzadko pojawiają się ilustracje proste i upraszczane, bazujące na gryzmołach – znacznie więcej jest tu popisów graficznych, strony wypełniane są detalami, co automatycznie podnosi poziom trudności zadań. Autorzy wiedzą, że muszą zaoferować odbiorcom coś wyjątkowego i pasującego do całej serii – w związku z tym stawiają na rollercoaster emocji i na dużą ekspresję, a jednocześnie na znane czytelnikom doskonale łamigłówki. Nie trzeba się tu będzie zastanawiać nad zasadami rozwiązywania zadań – w strukturze wszystko jest znane i zwyczajne. Dopiero nawiązania do pomysłów z cyklu zmieniają rytm książki.

Jest to publikacja, która dobrze uzupełnia serię. Można poradzić sobie bez niej – nie wprowadzi przecież niczego nowego do wiadomości fanów – ale zapewni sporo rozrywki (objętościowo jest to przecież typowa powieść komiksowa). Tym, co w książce nowe (w porównaniu z innymi zestawami łamigłówek dołączanymi do poczytnych cykli) jest mnogość komiksowych dymków. Autorzy-bohaterowie przez cały czas chcą utrzymywać kontakt z odbiorcami, zwracają się bezpośrednio do nich i zachęcają do działania – a także do uczestniczenia w powieściowym świecie. Ta publikacja zaprasza też do przedzierzgnięcia się w autorów – można tu podawać własne pomysły na kolejne piętra z domku na drzewie i wynalazki, można zatem stwierdzić, że została pomyślana jako ćwiczenie na rozwijanie wyobraźni. Z pewnością przyda się odbiorcom takie uruchamianie fantazji i szansa na wprowadzanie swoich komentarzy – to pierwszy krok do samodzielnego wymyślania historii. Zwłaszcza że cała seria o domku na drzewie jest na tyle szalona i absurdalna, że nikogo nie znudzi wymyślanie nieprawdopodobnych przygód.

piątek, 21 lipca 2023

Andy Griffiths: 156-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.

Zimowa przygoda

Andy i Terry ciągle rozbudowują swój piętrowy domek na drzewie, z każdym kolejnym tomem dochodzi aż trzynaście pięter niezwykłego miejsca - a każde piętro staje się z miejsca tematyczne i podporządkowane aktualnym wyobraźniowym potrzebom. Spodziewać się należy jedynie niespodziewanego, bo w tych książkach absurd goni absurd i ani na moment nie pozwala odbiorcom się zatrzymywać. "156-piętrowy domek na drzewie" to propozycja, w której znowu wymagania wydawnicze Pana Nochala nadają rytm zachowaniom Andy'ego i Terry'ego - ale nie tylko one się liczą. Bo chociaż surowy wydawca żąda niemal natychmiast (na jutro) nowej propozycji wydawniczej, bohaterowie muszą się zająć czymś zupełnie innym. Chociaż domek na drzewie najczęściej kojarzy się z wakacjami, tutaj staje się areną świątecznych wypadków. Nadchodzi bowiem Boże Narodzenie. Andy i Terry ozdobili już każdy liść na drzewie lampkami choinkowymi, teraz przygotowują rekordowo długie listy do Świętego Mikołaja. A kiedy otrzymują w prezencie paczkę śniegu, postanawiają ulepić z niego bałwana - i to nie jest dobry pomysł, bo w domku na drzewie każdy niespodziewany gość może mieć złe zamiary. Nie inaczej jest z bałwanem. Kiedy Święty Mikołaj wpada w tarapaty, Andy i Terry wiedzą, że muszą uratować święta i dostarczyć prezenty do wszystkich dzieci z listy. Na szczęście Jill, ich sąsiadka, ma zaprzęg złożony z latających kotów i może zastąpić mikołajowe sanie.

"156-piętrowy domek na drzewie" to, jak zwykle w serii, opowieść szalona, zwariowana i pozbawiona morałów dla dzieci. Powieść komiksowa przygotowana dla czystej rozrywki i mocno bazująca na twórczości, którą można znaleźć choćby w zeszytach szkolnych i dziecięcej wyobraźni. To nieprawdopodobne wydarzenia połączone bazgranymi rysunkami. Nie ma miejsca na cyzelowanie - czy to obrazków, czy fabuły, wszystko rozgrywa się błyskawicznie i jako takie ma przyciągać uwagę dzieci. Andy Griffiths i Terry Denton zyskują popularność właśnie dzięki odejściu od "powinności" twórców i od schematów najczęściej wymaganych przez wydawców. Pozwalają sobie na opowieści, które do tej pory nie wkraczały do literatury czwartej. Przy okazji mogą też pokazywać, ile znaczy rozwinięta wyobraźnia: chociaż opowieści kierują się pewną wewnętrzną logiką (uważni odbiorcy z pewnością dostrzegą fakt, że coś, co pokazało się w początkowym wyliczeniu, może powrócić jako jeden z niezbędnych elementów w ucieczce przed zagrożeniem). Nie można narzekać na brak akcji: tempo wydarzeń jest ogromne i chociaż książki wyglądają dość poważnie (pod kątem objętości), to większą część stron zabierają gryzmołki i rysunki, więc dzieci nie muszą się obawiać masy tekstu do prześledzenia. Seria cieszy się zatem sporym powodzeniem wśród młodych czytelników - to książki tylko dla rozrywki, ale nie bez znaczenia będzie też możliwość pokazania odbiorcom, że można wymyślać wszystko, bez żadnych ograniczeń i bez podporządkowywania się konwencjom. Na rynku znalazło się miejsce dla tego typu opowieści i bez trudu można zrozumieć intencje twórców. "156-piętrowy domek na drzewie" to kolejny zestaw niespodzianek z rozbudowanego domku - efekt wymyślania i wygłupów, które nikomu nie zaszkodzą.

niedziela, 5 marca 2023

Andy Griffiths: Domek na drzewie. Najgłupsze historyjki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2023.

Wyobraźnia

Na chwilę domek na drzewie przestał rosnąć, ale Andy i Terry (w porozumieniu z Jill) nie zaprzestali swoich wybryków, które relacjonują dla najmłodszych odbiorców i fanów powieści komiksowych. Tutaj mamy do czynienia z małą formą: zestawem krótkich i absurdalnych opowiadań, w których może zdarzyć się absolutnie wszystko, im bardziej zwariowane i dziwne - tym lepiej. Andy Griffiths i Terrt Denton - autor i rysownik - zamieniają się w dwóch szalonych przyjaciół, Andy'ego i Terry'ego - którzy spędzają razem czas i ciągle się bawią, przynajmniej dopóki pan Nochal z Nochalskiej Księgarni nie upomni się o kolejną propozycję wydawniczą. Wtedy trzeba będzie na szybko zmontować coś z przeżywanych w czasie przeznaczonym na pracę przygód. A tych przygód jest mnóstwo - i każda wydaje się bardziej absurdalna od poprzedniej. Autorzy robią wszystko to, na co zwykle nie pozwala się twórcom. Zamieniają opowieść w slapstickową kreskówkę, zrzucają na siebie pianina, urywają sobie głowy, wybuchają siebie nawzajem albo jedzą temperówki. Nie ma obaw, że podpowiedzą dzieciom głupie pomysły - od początku dla wszystkich jest jasne, że tu liczy się wyobraźnia a nie rzeczywiste doświadczenia i nikt naśladować bohaterów nie będzie - z różnych powodów. Chociaż dorosłym taka książka może wydać się zbiorem niepotrzebnych i nieambitnych historyjek, lektura wcale nie będzie stratą czasu. To, co w literaturze czwartej od pewnego czasu zakazane, przyciągnie dzieci i zachęci je do czytania. A ponadto liczy się tu umiejętność rozwijania wyobraźni. Najmłodsi przekonają się, że wszystko można wymyślić - a to prosta droga do naprawiania tego, co skrzywiły nowe media i elektroniczne rozrywki. Dzieci zrozumieją, że są w stanie samodzielnie konstruować podobne historie, zresztą humor Andy'ego i Terry'ego zbliżony jest bardzo do tego, co dzieje się na marginesach szkolnych zeszytów. Ponieważ "Domek na drzewie. Najgłupsze historyjki" to zestaw bardzo krótkich opowiadań, kilkulatki zobaczą, że nie trzeba wcale zbyt dużo wysiłku, żeby wykombinować podobne opowiastki. Andy i Terry dbają o puenty, nawet jeśli nonsensowne - mają do zaoferowania sporo. Ich działania przynoszą śmiech, tu nie liczy się ani przesłanie, ani morały - nawet jeśli czasami Andy albo Terry pouczają się wzajemnie, że czegoś robić nie wolno. To zabawy bardzo przypominające działania dzieci - można na bieżąco wymyślać i uzupełniać regulaminy, przekomarzać się lub wzajemnie sobie dokuczać (byle dobrotliwie), wypominać sobie wcześniejsze wpadki, wprowadzać zadawnione spory do każdej dyskusji... Można też cieszyć się kolejnymi wynalazkami, bo kiedy Andy i Terry czegoś potrzebują, wprowadzają po prostu następną maszynę zapewniającą im dostęp do upragnionych przedmiotów. W tym świecie może się zdarzyć wszystko i dlatego dzieci mogą bardzo ucieszyć się na wieść, że ich ulubieni bohaterowie wracają w skondensowanych opowiastkach. Te historyjki czyta się bardzo szybko, zwłaszcza że tekstowej narracji towarzyszą tu bazgrane rysunki i mnóstwo emocjonalnych podkreśleń w samym druku. Andy i Terry nie zawodzą - odświeżają nieco formę przed kolejną powieścią w cyklu.

sobota, 6 sierpnia 2022

Andy Griffiths: 143-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2022.

Wakacje

Domek na drzewie, stworzony przez Andy'ego i Terry'ego, rozrósł się już do niebotycznych rozmiarów: liczy już 143 piętra (w każdym tomie dochodzi trzynaście nowych). Nic więc dziwnego, że bohaterowie postanawiają od niego odpocząć i wybierają się na wakacje. Właściwie to pole kempingowe znajduje się na jednym z pięter domku na drzewie, ale bardzo łatwo o tym zapomnieć, bo Andy i Terry po drodze zabierają mnóstwo dziwnych stworzeń (lokatorów i znajomych), a także niepotrzebnych i niezwykłych wynalazków. Pakują się w pośpiechu, bo właściciel Nochalskiej Księgarni znowu żąda nowej książki - trzeba zatem uciec przed jego gniewem i wykorzystać urlop na pisanie i rysowanie. Przynajmniej taki jest plan. Co zresztą nikogo nie zdziwi, bo odbiorcy przyzwyczaili się już do schematu, według którego tworzona jest ta seria. Na początku bohaterowie prezentują specyfikę kolejnych pomieszczeń, udowadniając odbiorcom, że wyobraźnia i absurd będą w tomie czymś naturalnym. Później - zdopingowani przez wydawcę - zamierzają zabrać się do dzieła. A później cały misterny plan się sypie, pojawia się nieoczekiwane zagrożenie lub wyzwanie, próba ratunku skutkuje jeszcze gorszymi tarapatami, działa efekt śnieżnej kuli - aż do finału, w którym wszystko się rozpada, a Pan Nochal dostaje upragnioną książkę.

Tym razem Wtrąbęmuzator kicha, a jego katar bardzo się przydaje, bo przynajmniej jest z czego zrobić namiot odpowiedniej wielkości. Przy ognisku świetnie opowiada się straszne (prawie straszne) historie. Tymczasem Jill nie marnuje czasu i szuka uh - te dziwne stworzenia są podobne do różnych zwierząt, w zasadzie nikt nie wie, do jakich, bo uhy nie tak łatwo wytropić. Jeśli do tego dodać mrożące krew w żyłach sceny na jeziorze, przypadkowe przecięcie Andy'ego siekierą na pół i las nocą - można tylko próbować sobie wyobrazić, co dzieje się w 143-piętrowym domku na drzewie. A i tak Andy Griffiths i Terry Denton są o krok przed odbiorcami - bo mogą absolutnie wszystko. Ich bohaterowie śpiewają niezbyt inteligentne piosenki albo przeżywają przygody rodem z zeszytów szkolnych: bez ładu i składu, przynajmniej pozornie, bo to, co przedstawiają autorzy jako zdobycze z kolejnych pięter na początku książki, później ma znaczenie w rozwoju fabuły. Można tu nie przejmować się prawami fizyki, można ignorować zdrowy rozsądek i wszelkie dorosłe postawy. Liczy się dobra zabawa - bohaterowie są jak niesforne dzieci, a bajkowi mieszkańcy domku na drzewie dotrzymują im kroku w codziennych wygłupach. Nic dziwnego, że zdarzyć się tu może wiele i jeśli ktoś ma dosyć pouczeń i powagi w klasycznych lekturach, po tę powieść komiksową sięgnąć powinien bardzo szybko. Bazgrolone rysunki, brak chęci do moralizowania, wybryki i ucieczka od odpowiedzialności - to wszystko, czego w książkach dla młodych czytelników nie było do tej pory - tu osiąga ekstremalne wartości. "143-piętrowy domek na drzewie" to lektura niezwykła, o czym łatwo przekona się każdy, kto nie lubi czytać. Tu po prostu śledzi się pomysły postaci i podąża za dziwactwami, a wszystko dla śmiechu.

wtorek, 13 lipca 2021

Andy Griffiths: 130-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.

Eksplozja wyobraźni

Wydawało się, że ta seria nie będzie mogła rozrastać się w nieskończoność, ale domek na drzewie ma już sto trzydzieści pięter (zaczynał od trzynastu, to dziesiąty tom serii). Andy i Terry wciąż operują tym samym sprawdzonym szablonem, ale za każdym razem wlewają w niego zupełnie nowe treści, pokazując dzieciom, jak korzystać z wyobraźni. Domek na drzewie doczekuje się kolejnych pomieszczeń o dziwnym przeznaczeniu (a czasami też o dziwnych lokatorach). Służy do zabawy i do realizowania najbardziej dzikich pomysłów. Nie ma tu tradycyjnych podziałów przestrzeni, nie ma rzeczy, na które zwracaliby uwagę dorośli. To festiwal dziecięcości w najlepszym wydaniu, szalony i kolorowy. Andy i Terry zachowują się jak kilkulatki – trudno im się dziwić, bo w domku na drzewie mogą przenieść się do dzieciństwa. Jedynym zgrzytem w tej działalności staje się obecność Pana Nochala. Szef obu mężczyzn potrafi zepsuć każdą zabawę przypomnieniem o zbliżającym się terminie ukończenia książki. Przeważnie zresztą, kiedy pojawia się z komentarzem na temat deadline'u, Andy i Terry nie mają nawet szkicu koncepcji, muszą zatem działać i postawić na przypadek, żeby oddać jakikolwiek materiał do druku. Rezygnują z planów i szkiców, improwizują, a właściwie nawet nie zasiadają do pracy. To ich rzeczywistość zapewnia im tematy na książkę. Tym razem bohaterowie nie mogą skupić się na pisaniu i rysowaniu, bo ścigają muchę. Na muchę nie działają żadne środki, nie udaje się jej upolować, zgładzić ani wyrzucić z domku na drzewie. Irytujący owad staje się wrogiem numer jeden. Później kosmiczne oko porywa bohaterów na wyprawę po kosmosie (co ma taką zaletę, że w kosmosie jest słaby zasięg i można odrobinę oddalić groźby Pana Nochala). Andy i Terry wezmą udział w międzygalaktycznych igrzyskach śmierci (nawet jeśli nie napawa ich to entuzjazmem). Jest tu mnóstwo pożarów, mnóstwo walk na śmierć i życie, a także mnóstwo błota. Absurd przesyca te opowieści: nie można w żaden sposób uwierzyć w relację Andy'ego i Terry'ego, a jednocześnie dzieci będą się przy niej świetnie bawić właśnie ze względu na nonsensy i brak pouczeń. Nie chodzi tutaj o to, by przemycać rozmaite systemy wartości albo edukować małych odbiorców, a żeby pokazać im, że książki mogą być atrakcyjne przez czystą rozrywkę i komizm. Jest to powieść komiksowa, mało tekstów, mnóstwo ilustracji w formie bazgrołów. Przełamuje konwencje, nie mieści się w trendach wyznaczanych dzisiaj przez redakcje wydawnictw. Andy Griffiths i Terry Denton doskonale się bawią – przypominają sobie historie niewiarygodne tworzone przez kilkulatki – i układają je w ciąg wydarzeń z wewnętrzną logiką, ale kompletnie bez sensu. Jest to naturalna kwestia: w domku na drzewie nie można się przecież nudzić. Bardzo dynamiczna akcja i nastawienie na masową publiczność to cechy tej serii: autorzy przypominają, że dzieci także zasługują na porcję rozrywki. Przy okazji mogą pozwolić im ćwiczyć wyobraźnię i uświadomić, że każdy może zostać pisarzem i tworzyć własne zwariowane historie.

sobota, 25 kwietnia 2020

Andy Griffiths: 117-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.

Opowieść rysownika

Przy rozbudowującym się za każdym razem o trzynaście pięter domku na drzewie wydaje się, że każdy może zostać autorem, jak Andy. Andy przecież nic nie robi, tylko spisuje absurdalne wygłupy swoje i rysownika Terry’ego w coraz bardziej wymyślnych pomieszczeniach domku na drzewie i w okolicy. Tu może się zdarzyć wszystko, a skoro nie ma żadnych ograniczeń – dzieci błyskawicznie odnajdą się w klimacie relacji. Nic dziwnego, że w „117-piętrowym domku na drzewie” to Terry zamierza przejąć pałeczkę i poprowadzić narrację. Sytuacja wygląda jak zawsze: Pan Nochal upomina się o kolejną książkę, którą trzeba złożyć na jego biurku do siedemnastej. Termin jest nieprzekraczalny, tymczasem bohaterowie nie mają nawet cienia pomysłu na akcję, woleliby bawić się w swoim domku. Nic dziwnego – przy stu siedemnastu piętrach zawsze znajdą się pomieszczenia, które warto odwiedzić (może pomijając te z agresywnymi i dzikimi zwierzętami). Wszyscy, którzy pojawili się w poprzednich częściach cyklu, mają swoje pokoje lub zajęcia (powróci tu między innymi Wtrąbęmuzator), dojdzie też mnóstwo nowych miejsc szalonych, wyobraźniowych i pozbawionych kontaktu z rzeczywistością. W pokoju dla minikoników znajduje się na przykład miniminikonik, o połowę mniejszy od pozostałych (nawiasem mówiąc, ładnie część koników zajmuje się numerem strony). W domku na drzewie dzieje się mnóstwo i autorzy prezentują tylko maleńki wycinek akcji. Roi się tu od drapieżników i od zwiedzających, których wożą latające pingwiny, jest pełno ciekawych i przydatnych maszyn. Tylko książki trzeba pisać tradycyjnie. Ale po tylu częściach cyklu Terry uważa, że zrobi to równie dobrze jak Andy – i postanawia przejąć narrację.

Tylko że Terry jest rysownikiem i fabuła nie przychodzi mu do głowy. Nawet jeśli ma to być fabuła swobodna i zwariowana. Terry może rysować kropki. A potem sprawiać, żeby te kropki zamieniały się w kształty. Jednym słowem – jest wciąż rysownikiem, nie opowiadaczem historii. To doprowadza do katastrofy, pojawia się narralicja, czyli bardzo surowa policja narracyjna, która ma za zadanie nie dopuszczać do powstawania chałtur, a Andy i Terry mogą trafić do więzienia na miliony milionów lat. Albo i dłużej. Nic dziwnego, że uciekają. I tu w wydobywaniu się z części kłopotów mogą przydać się monotonne pomysły Terry’ego. Andy Griffiths i Terry Denton znów bawią się absurdem i nieskrępowanymi niczym pomysłami. Proponują dzieciom historię, w której nie ma pouczeń ani morałów, za to króluje humor zbliżony do tego tworzonego przez najmłodszych. Dzieje się tu dużo, szybko, dynamicznie i nieprzewidywalnie, ale zawsze pomieszczenia z nowych pięter domku na drzewie odgrywają jakąś rolę w późniejszych działaniach bohaterów, co może ucieszyć uważnych czytelników. Dla obserwatorów jest tu mnóstwo niespodzianek graficznych, warto śledzić rysunki i pomysły z drugiego planu – tam, gdzie bohaterowie zajmują się sobą i wymieniają opiniami. „117-piętrowy domek na drzewie” porusza też kwestie autotematyczne, Andy i Terry trochę pokazują, na czym polega tworzenie i wymyślanie dobrych historii – ale to tylko pretekst do podróży po domku na drzewie.

środa, 3 kwietnia 2019

Andy Griffiths: 104-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Ząb i historia

Andy i Terry znowu się rozbudowali i teraz już mieszkają w 104-piętrowym domku na drzewie. Nie gubią się w nim, bo rzadko odwiedzają wszystkie piętra, a z niektórych wygryzają ich inni lokatorzy (na przykład żarłoczne rekiny). Jedyne zmartwienie, jakie te postacie mają, wiąże się z zamówieniami na kolejne książki. Znowu pojawia się bowiem Pan Nochal, wydawca – i żąda następnych bestsellerów. Andy akurat cierpi na ból zęba, więc najchętniej nic by nie robił (jak zwykle), a Terry sam nie wymyśli fabuły, bo jest rysownikiem, a nie pisarzem. Tu przydać się może gadżet z jednego ze sklepów, które mieszczą się w domku na drzewie – pióro piszące bez pomocy ludzi. Trzeba je jednak najpierw kupić. Czyli – zdobyć pieniądze. A akurat przez przypadek bohaterowie zamieniają maszynę do robienia pieniędzy w maszynę do robienia miodu (ku radości okolicznych niedźwiedzi). Trzeba zatem będzie połączyć bolący ząb, mądre pióro, niedźwiedzie i wyprzedaże – a historia dla Pana Nochala powstanie sama i będzie to kolejna zwariowana, absolutnie niewiarygodna i dziwna opowieść, w ramach której Andy i Terry nie przestaną sobie wzajemnie dokuczać, Jill – przybywać im z pomocą, a wszystkie okoliczne zwierzęta – wprowadzać chaos. Jak zawsze pojawią się tu fragmenty gotowej książki, jak nie zawsze – rymowane opowieści (w tym nawet pastisz). Nawet na streszczenie poprzednich przygód znajdzie się miejsce za sprawą przeglądu gadżetów. Andy i Terry żyją w chaosie, a do tego lubią humor dość rubaszny czy ludyczny – ten, do którego przez długi czas dzieci w literaturze nie miały dostępu. Tutaj najbardziej liczy się wyobraźnia, nieskrępowana i szalona – szereg wygłupów i absurdalnych pomysłów, które jakimś cudem układają się w logiczną całość. Wykorzystywane są między innymi chwyty retardacji, przedłużania oczekiwania na finał danej przygody bo autotematyzm zajmuje w tomiku dość ważne miejsce. Andy i Terry czas spędzają na beztroskiej zabawie – jeśli akurat nie uczestniczą w bójkach, bitwach i kataklizmach. Nie da się inaczej, w domku na drzewie nie obowiązują żadne nudne zasady. Trzeba za to wykorzystywać osiągnięcia wyobraźni – maszyny i pomysły stwarzane z dala od racjonalizmu dorosłych.

„104-piętrowy domek na drzewie” ma też jeden nowy element – to żarty tworzone na każdej rozkładówce przez gadżet z opowieści. Opierają się one na lubianych przez dzieci zagadkach i na klimacie absurdu, który niekoniecznie odpowiadać będzie dorosłym. Najmłodsi jednak zyskają tu kolejną płaszczyznę śmiechu, bardzo pasującą do wymowy całości tomu. Oczywiście jak zwykle ważną rolę odgrywają tu rysunki – w postaci zeszytowych gryzmołów, pospieszne i niestaranne (chociaż w niektórych wypadkach też imponujące). Ilustracje dopowiadają część przygód, warto je uważnie oglądać, bo czasami skrywają dodatkowe żarty – zabawy dla najmłodszych. Raz to pospieszne szkice, raz wielkoformatowe komiksowe kadry – tak samo jak w tekstach nie ma tutaj mizdrzenia się, szukania tematów wychowawczych czy zadań dla dzieci: autorzy z pełną świadomością odchodzą od rytmu publikacji edukacyjnych, podążają w kierunku historii, która absolutnie nie może mieć morału i nie może niczego dzieci uczyć. Tylko czysta rozrywka, radość bez żadnych obciążeń. I o ile dorosłych takie działania mogłyby w końcu zmęczyć, o tyle dzieci będą tą publikacją – jak i całą serią – zachwycone.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Andy Griffiths: 91-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Poszukiwania

Wiadomo, że jeśli istnieje gdzieś bardzo niebezpieczny guzik, którego pod żadnym pozorem nie należy wciskać (bo konsekwencją będzie szereg straszliwych katastrof), to Andy i Terry z domku na drzewie przynajmniej rozważą wciśnięcie. Wiadomo też, że jeśli pojawi się pan Nochal, wydawca (a zawsze się pojawia), to zażąda nowej książki natychmiast. Ale tego, co rozpoczyna fabułę „91-piętrowego domku na drzewie” (z każdym tomem przybywa 13 pięter) nikt nie przewidzi. Oto pan Nochal oddaje dwóm niesfornym twórcom pod opiekę swoje wnuki – sześcioletnie bliźniaki i dzidziusia. Maluchy rozbiegają się po domku (w którym nie brakuje sali do żonglowania piłami łańcuchowymi czy oczka z wygłodniałymi rekinami i… sieją spustoszenie.

Nie zabraknie tu wynalazków (bagietka podwodna, samonadymające się majtki ratunkowe), które świadczą o dziecięcej wprost wyobraźni autorów i doskonałym zrozumieniu mechanizmów, które bawią najmłodszych. Andy Griffiths i Terry Denton stawiają na absurdy, śmiech, który czasem jest rubaszny i nie trafiłby do innych niż literatura rozrywkowa dla mas publikacji. Ale uruchamianie zakazanych jeszcze dwie dekady temu w twórczości dla dzieci motywów gwarantuje olbrzymie zainteresowanie maluchów i traktowanie powieści komiksowej jako źródła rozrywki. Andy i Terry nie mają zamiaru nikogo i niczego uczyć, chcą tylko dobrej zabawy. Nie wywyższają się nad swoich odbiorców, sugerują czasem nawet, że są mniej od nich sprytni, a bardziej infantylni. Tak przykuwają uwagę – mocno wyróżniają się na rynku wydawniczym, nawet teraz, gdy powieści komiksowych jest sporo. Proponują prostą rozrywkę, ale jednocześnie coś, czego do tej pory w książkach nie było. Włączają do fabuły motywy znane raczej z pomysłów na nudnych lekcjach: nonsensy są tu na porządku dziennym, a im bardziej nieprawdopodobna akcja, tym lepiej.

Oryginalność pojawia się również w formie. Powieść komiksowa święci triumfy, ale tu nikt nie troszczy się o staranność wykonania: ilustracje przypominają gryzmoły i czasami trzeba się uważnie wpatrywać, żeby odkryć wszystkie niespodzianki. Do tego kiedy bohaterowie przemierzają większe odległości, ich droga zostaje rozłożona na wiele stron o podobnej zawartości. Takie działania odrywają od standardowych sposobów prowadzenia historii. Ważną rolę – jak rzadko w serii – odgrywa tu intertekst. Andy i Terry bawią się nawiązaniami literackimi. Do tego dochodzi pobyt na bezludnej wyspie czy grafik opieki nad dziećmi, pomysły, które same w sobie są komiczne. Andy i Terry sami wywołują masę kłopotów, które potem naprawiają z lepszym lub gorszym skutkiem. Tym razem trafiają na godnych siebie przeciwników. Motyw opieki nad dziećmi zwykle stwarza liczne możliwości rozśmieszania czytelników. Tu prowokuje również ekstremalne przygody i doświadczenia rodem z fantazji. Autorzy zaczynają też eksperymentować z formą – pokazują, jak różne możliwości narracyjne dadzą im zmieniające się wcielenia. Jak zwykle nie można się w domku na drzewie nudzić, to lektura w sam raz dla wszystkich, którzy nie lubią czytania i nie dają się przekonać do książek jako takich. Andy Griffiths i Terry Denton wiedzą doskonale, jak przekonać do siebie maluchy. A to oznacza, że już wkrótce rozbudują się o kolejne 13 pięter.

niedziela, 11 lutego 2018

Andy Griffiths: 78-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Akcja!

Wydawać by się mogło, że to koniec wielkiej przyjaźni. Andy i Terry, którzy dotąd mieszkali razem w domku na drzewie – konsekwentnie rozbudowywanym, za każdym razem o kolejne trzynaście pięter – teraz stają się rywalami w drodze do sławy. Wszystko za sprawą filmu na podstawie ich przygód. Autor książek i ich ilustrator mają zagrać samych siebie. Tyle że Andy jako narrator nie jest zbyt ciekawym obiektem do filmowania, nawet jeśli sam ma genialne (we własnym mniemaniu) pomysły. Nawet jeśli uczestniczył w odtwarzanych wydarzeniach, a czasami je generował. To Terry okazuje się śmieszniejszy, bardziej skłonny do błazenady i odważny. Andy da się łatwo zastąpić, i to Melem Gibonem, małpą, która przynajmniej rozbawi widzów. Reżyser jest bezwzględny i postanawia rozdzielić przyjaciół. Andy zachowuje się jak dziecko, któremu ktoś odebrał zabawki. Obraża się, kwestionuje jakość produkcji i zamyka się w sobie. Każdy mały odbiorca z łatwością dostrzeże w jego postawie echa własnych doświadczeń – każdy pojmie rozgoryczenie i żal. Ale w 78-piętrowym domku na drzewie nie sposób się nudzić.

Andy Griffiths i Terry Denton tym razem postanowili odrobinę zmodyfikować schemat, który już się odrobinę mógł przejeść odbiorcom. Zamiast pisania nowej książki opartej na kolejnych fantastycznych i absurdalnych wydarzeniach, wzięli się do kręcenia filmu. Bohaterowie – Andy i Terry – znów korzystają z wynalazków wielkiego domku na drzewie, ale zamiast walczyć z zewnętrznymi niebezpieczeństwami, mierzą się ze zjawiskiem znacznie poważniejszym: z kryzysem przyjaźni. Teraz może zdarzyć się wszystko, zwłaszcza że nikt nie chce pojąć, co naprawdę czuje odrzucony Andy. Film to okazja do przypomnienia co bardziej komicznych scenek z poprzednich powieści komiksowych: pojawiają się na marginesie narracji slapstickowe gagi obliczone na śmiech dzieci – równocześnie to dyskretna zachęta do czytania pozostałych książek z cyklu. Dzieci dowiedzą się też, dlaczego Andy i Terry potrzebują się wzajemnie: kiedy autor książek próbuje je zilustrować, działa bardzo nieporadnie (to wielka sztuka, jeśli weźmie się pod uwagę bazgrołowaty charakter rysunków Terry’ego). Wszystko służy rozbudzaniu ciekawości i chęci sprawdzenia, jak też bohaterowie poradzą sobie z nietypowym wyzwaniem. „78-piętrowy domek na drzewie” to opowieść o przyjaźni akcentowanej bardziej niż do tej pory.

Jak zwykle jest tu wiele wydarzeń nonsensownych, czerpiących z wyobraźni i z tego, co zwyczajnie w lekturach dla dzieci było zakazane. Autorzy stawiają na dynamiczną akcję, szereg następujących po sobie błyskawicznie wydarzeń wolnych od realiów, a jednak mimo wszystko połączonych ze sobą w logiczny ciąg wypadków. Humor kryje się w tempie, ale i w pomysłach – możliwych do zrodzenia w dziecięcej wyobraźni. Nieskrępowana zabawa to wyznacznik całego cyklu. Do tego lektura upływa szybko za sprawą przesycenia tomu ilustracjami. Terry Denton, który stawia na komiksowe bazgroły, tym razem ukrywa w wielkoformatowych obrazkach wiele niespodzianek dla czytelników – pozafabularne wstawki dalszoplanowych postaci czekają na odkrycie i docenienie.

„78-piętrowy domek na drzewie” to kolejna opowieść z bestsellerowego cyklu. Widać w niej, że autorzy nie zamierzają poprzestać na sprawdzonym schemacie i szukają rozwiązań, które pasowałyby do założeń serii, a przy tym umożliwiały dalsze literacko-komiksowe szaleństwa. To książka, która ma bawić – ale przez wprowadzenie wątku rywalizacji może wyjątkowo również pouczać maluchy, pokazywać im wartość przyjaźni i negatywne strony zazdrości.

czwartek, 26 stycznia 2017

Andy Griffiths: 52-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Wspinaczka

Andy i Terry nie próżnują, znowu rozbudowali swój domek na drzewie, tak, że liczy on teraz już 52 piętra. Pojawiły się tu między innymi sala do żonglowania piłami mechanicznymi, wyrzutnia marchewek czy… nawiedzony dom, szereg miejsc zapewniających przygody i rozrywkę. Jak wiadomo z poprzednich części zabawnej komiksowej serii, bohaterowie – Andy (pisarz) i Terry (rysownik) spędzają czas na zabawach i wybrykach. W okolicach trzydziestej strony pojawia się u nich pan Nochal, karykaturalizowany wydawca, który psuje całą rozrywkę, przypominając o terminie oddania do druku nowej książki. Tym razem jednak pana Nochala nie ma – a to już powód do niepokoju. Dwaj bohaterowie, którzy są jednocześnie twórcami tomiku, wyruszają na poszukiwania. Tropy prowadzą do Natki Jarskiej, autorki wydanej przez pana Nochala książki o nienawiści do warzyw. Jakby problemów było mało, Jill ukłuła się zaczarowaną marchewką i zapadła w baśniowy sen, z którego uwolnić może ją wyłącznie książę. To oznacza, jak zwykle, zestaw szalonych wyobraźniowych przygód i problemów, których w realnym świecie nie ma.

Czwarty tomik serii powieści komiksowych wprowadza jeden drobny aspekt – może nie tyle wychowawczy (albo – nie w starym stylu moralizatorski), co przekornie zachęcający dzieci do jedzenia warzyw. Wszyscy mają pomóc w ich „niszczeniu”, a nie ma lepszej i skuteczniejszej metody na rozprawienie się z wrogiem niż pożarcie go. Poza tym, jak zawsze, liczy się absurdalna zabawa bez granic czy jakichkolwiek nakazów. Andy i Terry żyją w wyimaginowanym świecie, w którym wszystko jest możliwe – nawet skomplikowane operacje na czasie. To świat dziecięcej fantazji i absurdu, pozbawiony dorosłych porządków. Pisarz i rysownik zachowują się w nim jak kilkulatki, więc szybko znajdą z odbiorcami wspólny język. Mogą dzięki jasnemu określeniu grupy docelowej stosować także humor sytuacyjny lub rubaszny – ale na nim nie poprzestają, bawiąc się równie dobrze ironią czy nonsensem. Andy i Terry w domku na drzewie zyskują przestrzeń do tworzenia i inspiracje. Spotykają wszystkożerną i niebezpieczną dla wrogów gąsienicę, która pochłonie każdego przeciwnika, a na dalekie trasy ruszają jajkolotem (bo nikogo nie zdziwi – i nie zwróci niczyjej uwagi – obiekt, który porusza się po niebie i wygląda jak jajko sadzone). Tu może się zdarzyć absolutnie wszystko, a akcja podporządkowana jest śmiechowi i oryginalnym wydarzeniom, więc – po prostu czystej rozrywce. Czego by Andy i Terry nie robili, trzeba im uwierzyć – w końcu przecież sami opowiadają o swoich dynamicznych przygodach (i sami je rysują, co już daje stuprocentową pewność, że wszystko wydarzyło się naprawdę).

Ta seria kusi dzieci między innymi łamaniem zasad. Andy Grifiths i Terry Denton nie znają dorosłych zmartwień czy kłopotów z prawdziwego życia (jedynym ich sygnałem mógłby być deadline i rozzłoszczony pan Nochal) za to testują konsekwencje nieograniczonego korzystania z wyobraźni. W sali do żonglowania piłami pełno jest obciętych nosów i palców, ale to zwykłe przyjęcie urodzinowe kryje w sobie szereg niebezpieczeństw. Twórcy stosują tutaj odwrócenia ról (kto by pomyślał, że warzywa mogą chcieć zemścić się za doznawane krzywdy!), czasem wprowadzają komiczne przebieranki. Z każdym tematem próbują zaskoczyć kilkulatki – zaoferować im coś, czego na pewno nie znajdą w innych książkach.

„52-piętrowy domek na drzewie” to książka, która jest bogato ilustrowana – rysunki są celowo niestaranne, ale i komiksowe, jakby w pośpiechu przygotowane jako komentarz do szybkiej akcji, urealniający ją i przejmujący sporą część wyjaśnień. To wygoda dla dzieci – i stopniowe przechodzenie do dłuższych lektur. Ta seria przełamuje wymogi rynkowe, udowadnia, że w literaturze czwartej można zdziałać wiele, jeśli tylko porzuci się utarte ścieżki i schematy pisania. Autorzy wprawdzie nie są prekursorami gatunku, ale powieść komiksową mocno przekształcili, przystosowali do własnych potrzeb i proponują najmłodszym wielką przygodę – test, co by było, gdyby mogło. Tu dorośli nie mają nawet prawa wstępu – i bardzo dobrze.

wtorek, 31 maja 2016

Andy Griffiths: 39-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Maszyna do pisania

W końcu musiało do tego dojść. Andy i Terry rozbudowali swój 26-piętrowy domek na drzewie o kolejnych 13 pięter i mają teraz 39-piętrowy domek na drzewie. Spędzają w nim każdą chwilę – i nic dziwnego, bo w takim miejscu każdy siedziałby całymi dniami. Od czasu do czasu bohaterowie muszą pracować nad kolejną książką, ale na najniższym piętrze domku pojawia się maszyna, która przejmie obowiązki autorów i w krótkim czasie dostarczy wydawcy, panu Nochalowi, upragnioną pozycję (ze ściśle określoną liczbą stron). Tylko że we wszystkich bajkach wynalazki umożliwiające lenistwo w pewnym momencie psują się, co ma opłakane skutki. Andy i Terry też przekonują się, że maszyna do pisania książek nie była zbyt dobrym pomysłem. Trzeba by odmyślacza, żeby pokonał tak potężny twór. A kiedy odmyślacz wpadnie w szał odmyślania…

Andy Griffiths i Terry Denton wciąż się bawią. Wiedzą przy tym, że nie wszyscy dorośli rozumieją takie nieskrępowane korzystanie z wyobraźni – i próbują się trochę wytłumaczyć. W przewrotny i satyryczny sposób komentują historie z morałem, przekonują też, że piszą i rysują najlepsze historyjki na świecie. Przy programowaniu maszyny sprawdzają, jakie proporcje (i jakie składniki) powinna mieć idealna historia. I nigdy, przenigdy nie odwołują się do normalności. Bo o normalności piszą wszyscy. Andy i Terry mają tę przewagę, że stale rozbudowywany domek na drzewie uzasadnia ich dowolne szaleństwa. Utrzymują, że naprawdę przydarzyły im się najbardziej niemożliwe przygody – i właśnie po to sięga się po ich historie. Dla absurdu pozbawionego naleciałości pedagogicznych – i dla kreatywnych pomysłów.

Kiedy Andy i Terry są głodni, jedzą pianki. Kiedy rozmawiają, jednocześnie latają na odrzutowych krzesłach. Kiedy potrzebują rakiety, żeby dostać się na ciemną stronę Księżyca – rysują ją dzięki grze połącz kropki. Dzielnie stawiają czoła przeciwnościom losu i kryzysom, na które sami zapracowali. Wszystkich ich katastrof można by uniknąć, gdyby tylko bohaterowie nie działali impulsywnie. Oni jednak są jak dzieci – i bardzo chętnie wykorzystują każdą okazję do psot czy wygłupów. Każdy, kto ma w domu czynny niewybuchający wulkan, gmach opery i oczko wodne z żarłocznymi rekinami, od czasu do czasu pozwala sobie na niefrasobliwość.

Andy i Terry tworzą dla rozrywki (także – swojej własnej). Ich relacja to krótkie akapity przerywane rysunkami dzięki takiej nieco inspirowanej komiksem formie mogą dowolnie wydłużać dyskusje (składające się z powielanego fragmentu tekstu) czy wyliczenia. Słowa dopełniane są ilustracjami, te rozdmuchuje jeszcze wyobraźnia. Najważniejszy jest beztroski śmiech. A ponieważ to w dużym stopniu humor sytuacyjny oraz niski fizjologiczny i uwielbiany przez dzieci – nie obejdzie się bez zniesmaczających dorosłych żartów. Andy i Terry rozbawiają mimo to inteligentnie: dobrze wiedzą, czego oczekują dzieci – i tylko z tego układają swoją historię. To sprawia, że chociaż nie dałoby się przenieść ich doświadczeń na zwyczajność, maluchy będą śledzić akcję z zapałem i wiarą w kolejne doznania. Ta seria pokazuje, jak historia bajkowa może prześcignąć grę komputerową w oczach dzieci. Nie ma w niej dorosłej powagi ani patosu, nie ma cennych lekcji ani prawdy. Griffiths i Denton to duet, który przywraca dzieciom lektury niepoważne, tworzone dla czystej rozrywki. Udowadniają ci autorzy, że tylko fantazja pozwala kreować upragnione światy – i że nie ma żadnych przeszkód w tworzeniu własnych wielopiętrowych domków na drzewie. Tu czytelnicy bawią się tak samo dobrze jak twórcy – bo miejsca w domku wystarczy dla wszystkich.

piątek, 22 stycznia 2016

Andy Griffiths, Terry Denton: 26-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Wyobraźnia

Nie wystarczyło im trzynaście pięter domku na drzewie, Andy i Terry rozbudowali swoją posiadłość o kolejnych trzynaście pięter. Znajdują się na nich między innymi komora antygrawitacyjna, lodziarnia z osiemdziesięcioma siedmioma smakami lodów czy Labirynt Śmierci, miejsce, z którego nie da się wydostać. W takim domku zabawa trwa bez przerwy – chociaż Andy i Terry powinni pracować nad nową książką, bo ich wydawca, pan Nochal, nie toleruje żadnych spóźnień i usprawiedliwień. I może nawet bohaterowie wzięliby się do dzieła, gdyby nie przedziwne zbiegi okoliczności. Tak przy okazji: nigdy nie próbujcie prać brudnych gaci w basenie z żarłocznymi rekinami.

Andy Griffiths i Terry Denton do czytania chcą przekonać przede wszystkim te dzieci, które preferują inne rodzaje rozrywek. Stąd rubaszny humor, sporo absurdu i dynamiczna akcja, która raz po raz wymyka się spod kontroli. To dla najmłodszych przewidziane są fabularne atrakcje i rekwizyty w postaci majtek (dmuchanych lub brudnych), przechodzenie od tekstu do rysunku i stale podkręcane tempo. Dorośli „26-piętrowym domkiem na drzewie” zachwycać się nie muszą – ale jeśli ten tomik przekona dzieci do czytania, warto po niego sięgnąć.

Bardzo dużo się tu dzieje i jak zwykle w serii akcją rządzi autotematyzm. Tym razem bohaterowie – Andy i Terry – oraz Jill – prezentują historie o tym, jak się poznali. To burzliwe przygody, w których nie brakuje drewnogłowych piratów, topniejących gór lodowych, łabędzia na pedały i sztormów. Co ciekawe, refrenem tych opowieści jest zwykle wina rodziców: niektórzy troszczą się o potomstwo przesadnie i najchętniej na zawsze zamknęliby dziecko w pokoju obitym gąbką, inni nie zwracają uwagi na potrzeby pociech – w każdym wypadku ratunkiem okazuje się bogata wyobraźnia i odwaga mimo wszystko. Andy i Terry nie boją się tworzyć latających kotów czy maszyny do tatuowania, ich domek pełen jest przedziwnych wynalazków, które mogą wydać się potrzebne i ciekawe maluchom. Chociaż ograniczają tekstową warstwę opowieści do minimum, udaje im się łączyć wątki i wykorzystywać raz wprowadzone detale dalej w akcji. Stawiają na dzianie się, bez względu na prawdopodobieństwo (im mniej prawdy i bliskości do normalnego życia, tym lepiej – odwołania do rzeczywistości służą autorom tylko jako elementy satyry, nigdy niezbędniki świata przedstawionego).

Książka okazuje się szybką lekturą przez przejmowanie narracji w rysunkach. Autorzy nie boją się powrotów i przypomnień (obok „przyspieszonej” rysunkowej relacji proponują na przykład… złożone już strony z gotowego tomiku jako część opowieści). Do tego autorzy lubują się w ilustrowanych wyliczeniach, które czasem ciągną się ponad miarę, rozkładają na serię obrazków ruch, reakcje i miny. Bawią się klasycznymi rymowankami (najpierw znajdują dziesięciu wyrzuconych na brzeg piratów, później piraci wypełniają słowa dziecięcej rymowanki – a właściwie jej wersji stworzonej w temacie cyklu). Wydaje się, że twórcy nie przejmują się żadnymi ograniczeniami, a już na pewno nie chcą okazać się dorośli. W „prawdziwej” książce pokazują fantazję kilkulatków, sami są jak dzieci. Bawią się beztrosko, bo ich przygody są zbyt niepoważne, żeby były groźne. Na wygłupach mija im mnóstwo czasu, ale i tak dzieci znajdą tu kilka ważnych dla siebie przesłań. „26-piętrowy domek na drzewie” to książka przyjazna najmłodszym. Rysowana komiksowo i lekko niedbale, wywraca do góry nogami kanony i schematyczne wątki, cieszy twórczą swobodą i odwagą. W tego typu opowieściach ważna jest przede wszystkim zabawa odbiorców- a tę Andy i Terry gwarantują, skoro sami należą do dziecięcego świata. Nie jest to publikacja wybitna pod względem literackim, ale też nie ma taka być, oczekuje się po niej za to odświeżania schematów i niebanalnej rozrywki. Autorzy pokazują, ile może zdziałać wyobraźnia, przypominają dzieciom, że same mogą tworzyć fantastyczne scenariusze i uzupełniać daną im przestrzeń, potężny domek na drzewie, o własne pomysły.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Andy Griffiths: 13-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

Przygody w domku

Dla dzieci ta seria zapowiada się znakomicie. Dla dorosłych, którzy cenią sobie bajkowy absurd, zresztą też. Tu nic nie jest prawdziwe i za sprawą konstrukcji – prawdziwe staje się wszystko. Jak trzynastopiętrowy domek na drzewie, zestaw przedziwnych pokoi i miejsc, w których pracują, mieszkają i bawią się Andy (pisarz) i Terry (rysownik). W domku na drzewie jest pokój zabaw, fontanna z oranżadą czy oczko wodne z żarłocznymi rekinami – wszystko, czego potrzeba, żeby mieć przygody na wyciągnięcie ręki. Andy i Terry mogą nawet przeprowadzać eksperymenty w swojej pracowni – pod warunkiem, że nic im nie przeszkadza. Ale kiedy jeden z twórców sprowadza morskie małpy i chce założyć hodowlę, a wydawca domaga się książki, zaczyna się problem.

Andy i Terry są jak dzieci. Uwielbiają słodkie pianki i uganianie się za strzelającym popcornem. Pakują się w tarapaty, gdy na przykład przerobią kota na kanarka lub sprowadzą do domku Syrenatę, utajonego potwora. Przy tym, co przeżywają na co dzień, brak weny będzie ich najmniejszym zmartwieniem. W „13-piętrowym domku na drzewie” wszystko może się wydarzyć i nic nikogo nie zdziwi. Ani ogromny balon z gumy, ani komiksowa historyjka o Superpalcu. Najważniejsze, że każda strona przynosi nowe zaskoczenia, które często z opisów przenoszą się do grafik. I tak, kiedy Terry uderzy Andy’ego w głowę powiększonym bananem, a ktoś nagle wyłączy światło, na kolejnych kartkach króluje całkiem logiczna czerń. Gdy autorzy muszą przedstawić mękę twórczą, przywołają puste kartki. Upływ czasu odmierzany kroplami też da się przedstawić w serii rysunków. W ten sposób dzieci łatwiej i szybciej uświadomią sobie emocje bohaterów, a do tego przewrotnie – dla przyjemności autorów – dadzą się nabrać na prawdziwość opowieści. W końcu Andy i Terry rzeczywiście mieszkają w 13-piętrowym domku na drzewie (ta informacja pojawia się w ich biograficznych notkach) i pracują nad książkami. W związku z tym cała reszta też musi się zgadzać, a do tego jest bardzo zabawna. I to wystarczy.

Tę historyjkę czyta się błyskawicznie, nie zauważając nawet lekturowego wysiłku. Zanim opisy zdążą się rozwinąć, autorzy przechodzą już do satyrycznych rysunków (często zamieszczanych jako puenty i podbijających humor sytuacyjny). Stawiają na bardzo krótkie i bardzo nonsensowe przygody, często wywodzące się z parodii rozmaitych wątków literackich i filmowych. W ich doświadczenia nie da się uwierzyć – ale cieszy jakość wyobraźni. Zerowe prawdopodobieństwo kolejnych wydarzeń przenosi się na zabawę czytelników: im bardziej bez sensu i bez odniesień do codzienności, tym lepiej. W końcu „13-piętrowy domek na drzewie” może rządzić się swoimi prawami i nie zniechęca ogromem fantazji. Andy i Terry świetnie się bawią – na to samo pozwolą innym.

Ta książka to prawdziwa odskocznia od zwyczajności i pouczających lektur. Dla dzieci zmęczonych wartościami w literaturze czwartej taka manifestacja twórczej swobody może stać się największą atrakcją. Przerzucanie uwagi z tekstu na rysunki sprawdziło się już w kilku bestsellerowych seriach, a maluchy docenią fabularne szaleństwo tej bajki. Dorosłym za to spodobają się wątki satyryczne, zwłaszcza ciągłe naśmiewanie się z wydawcy. Andy i Terry w tej publikacji bawią się jak dzieci, tyle tylko – że za sprawą wielkiej wyobraźni mają z tego jeszcze większą frajdę. Radość beztroskiego tworzenia to coś, co najbardziej rzuca się w oczy – i co przyniesie serii największą sławę. Tutaj nie ma kompromisów, autocenzury i zastanawiania się nad wpływem literatury na dzieci. Chodzi o czysty komizm, rozrywkę bez obciążeń. Udaje się to uzyskać autorom, więc rozbudowywany domek na drzewie, mimo że całkiem szalony, zyska wielu stałych bywalców. Autorzy wiedzą, jak dotrzeć do dzieci, a w tej publikacji sami zamieniają się w niesforne urwisy. Mają pomysł na opowiastki, realizują go z rozmachem, a do tego zachęcają do czytania przez swobodę, dystans i niepoważne podejście do lektur.