Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławomir Mrożek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławomir Mrożek. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 czerwca 2026
czwartek, 5 grudnia 2024
Sławomir Mrożek: Trzy tragedie i karnawał
Noir sur Blanc, Kraków 2024.
Świętowanie
Dla tych wszystkich, którzy lubią porządek w biblioteczce i nie chcieli czekać na wznowienie dramatów zebranych Sławomira Mrożka wydawnictwo przygotowuje niespodziankę: „Trzy tragedie i karnawał” to bowiem okazja na przywołanie w wersji książkowej tekstu opublikowanego w czasopiśmie – razem z „manuskryptem” (ów manuskrypt to jednak nie do końca ręcznie pisany tekst, a wydruk komputerowy z naniesionymi ręcznie poprawkami, tak, żeby czytelnicy mogli prześledzić sobie zmiany wprowadzane przez autora, a co za tym idzie – żeby odkrywali ewolucję dramatu). „Karnawał” to historia cofająca czytelników do czasów Adama i Ewy, których odwiedza też Lilith, pierwsza żona Adama siejąca spory ferment w towarzyskich relacjach. Ale w tym świecie znalazło się na przykład miejsce i dla… Prometeusza. Jedno jest pewne: u zarania dziejów nawet karnawał musi wypaść wyjątkowo. A gdy do działania weźmie się Szatan, który przecież wykazuje się sprytem i inteligencją, żeby zrealizować własne potrzeby… zaczyna się prawdziwy popis. Popis ironii, popis spostrzegawczości i kreatywności w funkcjonowaniu całego towarzystwa. Sławomir Mrożek w „Karnawale” nie sięga po proste dowcipy i skojarzenia – proponuje gęsty i filozoficzny dramat, w którym wszystko jest możliwe, a jednocześnie – który rządzi się nieubłaganą logiką. I to czytelników z pewnością skusi. A żeby zaostrzyć apetyty wydawnictwo proponuje wcześniej trzy inne teksty: „Ambasadora”, czyli królestwo absurdu w wersji politycznej – ambasador, który nie chce się poddać, chociaż nie istnieje już jego pracodawca, zdolny jest dla podtrzymania wygodnego dla siebie stanu rzeczy iść na przeróżne ustępstwa wobec obcego kraju. Ale sam też może dyktować warunki tym, którzy chcieliby go usunąć ze stanowiska. W „Krawcu” bohater zastanawia się nad możliwością dopasowania klienta do odzieży, co prowadzi do triumfu purenonsensu w wykonaniu Mrożka (rzecz jasna i w tym tekście można dopatrywać się licznych aluzji do pozaliterackiej rzeczywistości). „Kontrakt” to skupienie się na najważniejszych ludzkich pragnieniach i potrzebach – mężczyzna, który ma nadzieję na rychłe rozstanie się ze światem, znajduje potencjalnego mordercę i zawiera z nim umowę. Nie zna dnia ani godziny, momentu, w którym straci życie. I właśnie przez niepewność i ciągłe zagrożenie zaczyna mu z powrotem na tym życiu zależeć. Mrożek prezentuje się tutaj jako autor czterech skrajnie różnych tekstów – wszystkie jednak cechują się trafnością obserwacji. Ten autor nie tylko wyczuwa absurd i potrafi posługiwać się ironią, nie tylko wie, jak przykuć uwagę teatralnego widza, któremu serwuje cały koktajl emocji i skrajności – ale też zna ludzkie przywary i umiejętnie je eksponuje. „Trzy tragedie i karnawał” to esencja Mrożka – książka, która zapewni sporo śmiechu, ale też dużo refleksji. Co ciekawe, większość najważniejszych kwestii zawiera się w dialogach, nie w inscenizacji (ale autor nie rezygnuje ze wskazówek scenograficznych), więc lektura nie odbierze czytelnikom radości z odkrywania kolejnych prawd objawionych. Mrożek dostrzega i wyśmiewa – ale nigdy nachalnie, unika mówienia oczywistości i prezentowania stereotypów – warto sięgnąć po ten spory tom, żeby przekonać się, jakie odcienie zyskuje tu mówienie o człowieku i jego kondycji.
Świętowanie
Dla tych wszystkich, którzy lubią porządek w biblioteczce i nie chcieli czekać na wznowienie dramatów zebranych Sławomira Mrożka wydawnictwo przygotowuje niespodziankę: „Trzy tragedie i karnawał” to bowiem okazja na przywołanie w wersji książkowej tekstu opublikowanego w czasopiśmie – razem z „manuskryptem” (ów manuskrypt to jednak nie do końca ręcznie pisany tekst, a wydruk komputerowy z naniesionymi ręcznie poprawkami, tak, żeby czytelnicy mogli prześledzić sobie zmiany wprowadzane przez autora, a co za tym idzie – żeby odkrywali ewolucję dramatu). „Karnawał” to historia cofająca czytelników do czasów Adama i Ewy, których odwiedza też Lilith, pierwsza żona Adama siejąca spory ferment w towarzyskich relacjach. Ale w tym świecie znalazło się na przykład miejsce i dla… Prometeusza. Jedno jest pewne: u zarania dziejów nawet karnawał musi wypaść wyjątkowo. A gdy do działania weźmie się Szatan, który przecież wykazuje się sprytem i inteligencją, żeby zrealizować własne potrzeby… zaczyna się prawdziwy popis. Popis ironii, popis spostrzegawczości i kreatywności w funkcjonowaniu całego towarzystwa. Sławomir Mrożek w „Karnawale” nie sięga po proste dowcipy i skojarzenia – proponuje gęsty i filozoficzny dramat, w którym wszystko jest możliwe, a jednocześnie – który rządzi się nieubłaganą logiką. I to czytelników z pewnością skusi. A żeby zaostrzyć apetyty wydawnictwo proponuje wcześniej trzy inne teksty: „Ambasadora”, czyli królestwo absurdu w wersji politycznej – ambasador, który nie chce się poddać, chociaż nie istnieje już jego pracodawca, zdolny jest dla podtrzymania wygodnego dla siebie stanu rzeczy iść na przeróżne ustępstwa wobec obcego kraju. Ale sam też może dyktować warunki tym, którzy chcieliby go usunąć ze stanowiska. W „Krawcu” bohater zastanawia się nad możliwością dopasowania klienta do odzieży, co prowadzi do triumfu purenonsensu w wykonaniu Mrożka (rzecz jasna i w tym tekście można dopatrywać się licznych aluzji do pozaliterackiej rzeczywistości). „Kontrakt” to skupienie się na najważniejszych ludzkich pragnieniach i potrzebach – mężczyzna, który ma nadzieję na rychłe rozstanie się ze światem, znajduje potencjalnego mordercę i zawiera z nim umowę. Nie zna dnia ani godziny, momentu, w którym straci życie. I właśnie przez niepewność i ciągłe zagrożenie zaczyna mu z powrotem na tym życiu zależeć. Mrożek prezentuje się tutaj jako autor czterech skrajnie różnych tekstów – wszystkie jednak cechują się trafnością obserwacji. Ten autor nie tylko wyczuwa absurd i potrafi posługiwać się ironią, nie tylko wie, jak przykuć uwagę teatralnego widza, któremu serwuje cały koktajl emocji i skrajności – ale też zna ludzkie przywary i umiejętnie je eksponuje. „Trzy tragedie i karnawał” to esencja Mrożka – książka, która zapewni sporo śmiechu, ale też dużo refleksji. Co ciekawe, większość najważniejszych kwestii zawiera się w dialogach, nie w inscenizacji (ale autor nie rezygnuje ze wskazówek scenograficznych), więc lektura nie odbierze czytelnikom radości z odkrywania kolejnych prawd objawionych. Mrożek dostrzega i wyśmiewa – ale nigdy nachalnie, unika mówienia oczywistości i prezentowania stereotypów – warto sięgnąć po ten spory tom, żeby przekonać się, jakie odcienie zyskuje tu mówienie o człowieku i jego kondycji.
sobota, 8 czerwca 2024
Sławomir Mrożek: Baltazar
Noir sur Blanc, Warszawa 2024 (wznowienie).
Życiorys
„Baltazar” był książką terapeutyczną. Pisaną przez Sławomira Mrożka w ramach treningu pamięci – po udarze mózgu i jego konsekwencji – afazji – funkcjonował jako ćwiczenie i sposób na powrót do sprawności nie tylko pisarskiej. Sławomir Mrożek zresztą o powodach stworzenia tej książki w niej napisał – żeby uciąć wszelkie domysły i nadać kierunek interpretacjom. Teraz „Baltazar” wraca na rynek – nie ma szans się zestarzeć, także po dwóch dekadach – dotyczy bowiem wyimka z życiorysu, zamyka się z chwilą wyruszenia autora na emigrację – i obejmuje jedynie wybrane aspekty egzystencji. Daje się odczytywać jednak nie tylko jako zbiór wiadomości na temat pisarza, przefiltrowanych przez jego wrażliwość i podejście do tworzenia – ale także jako nowy akt kreacji. Autor odziera tu tekst z ozdobników, unika sterowania rzeczywistością. Stawia na rzetelne komentarze, ale jednocześnie posługuje się polszczyzną dzisiaj niemodną wręcz i zapominaną, staranną i literacką na wskroś. „Baltazar” staje się zwierzeniem – ale zwierzeniem połączonym z celnymi obserwacjami. Mrożek ma tutaj za zadanie ćwiczyć pamięć – przywołuje zatem kolejne doświadczenia, zarejestrowane i przemyślane – dzieli się z czytelnikami dość wieloma szczegółami ze swojego życia, a do tego również uzupełnieniami do tego, co się wydarzyło. Jest przewodnikiem po własnym życiorysie – tyle że nie skupia się na tym, co najbardziej intryguje zwykle fanów twórczości. Bardzo rzadko przenosi uwagę czytelników na swoje opowiadania albo sztuki teatralne, a przeważnie nie stają się one podmiotem analiz – powracają we wzmiankach, z reguły ze względu na pozaliterackie powody, inspiracje i skojarzenia. Narodziny Mrożka-autora są przesycone ironią i oswajane śmiechem – ale z reguły w „Baltazarze” nie ma miejsca na drwiny i na sterowanie odbiorcami. Autor stawia tym razem na rzetelność – co mogło zaskakiwać badaczy jego twórczości. Mrożek, który nie zasłania się maską przesady i śmiechu to ktoś zupełnie obcy, ktoś, kogo trzeba na nowo się nauczyć. Zadania nie ułatwia fakt nastawienia na realizm – „Baltazar” ma być odbiciem rzeczywistości, próbą utrwalenia doświadczeń. To lektura trochę niewygodna – z jednej strony jest tu zestaw przeżyć i punktów z życiorysu, z drugiej – działa tu silnie na interpretację świadomość aktu twórczego, czy raczej – przyczyny aktu twórczego. „Baltazar” budzi też nadzieję – pokazuje powrót do normalności, ćwiczenie umysłu, które prowadzi do odzyskania sprawności pisarskiej – to coś, co ma wielkie znaczenie dla autora, ale i dla miłośników jego twórczości. Powrót Mrożka do siebie samego, obserwowany po latach – to wciąż silna propozycja wydawnicza. „Baltazar” w nowej wersji pozwala na uzupełnienie biblioteczki, na przypomnienie o twórcy, który na przypominanie w pełni zasługuje. Zmieniają się konteksty odczytań, ale „Baltazar” w sednie pozostaje taki sam, to zmagania ze sobą, wyzwanie z konieczności. Sławomir Mrożek poza detalami z własnego życia, karmi czytelników jeszcze uwagami natury ogólnej, pozwala wyciągać wnioski na temat swojego światopoglądu lub podejścia do niektórych spraw – nie musi tu dokładnie odtwarzać całego życia, wystarczy, że przywołuje sugestywne momenty i sceny ważne dla późniejszych decyzji. A opisuje je w sposób, któremu daleko do infantylizmu czy wprawek pisarskich dla treningu. „Baltazar” – niezależnie od przyciągającej uwagę interpretatorów i znaczącej według nich zmiany imienia wyizolowanej ze snu – to książka, która przedstawia fakty (w sferze dosłownej) i drogę do zdrowienia (w narracji).
Życiorys
„Baltazar” był książką terapeutyczną. Pisaną przez Sławomira Mrożka w ramach treningu pamięci – po udarze mózgu i jego konsekwencji – afazji – funkcjonował jako ćwiczenie i sposób na powrót do sprawności nie tylko pisarskiej. Sławomir Mrożek zresztą o powodach stworzenia tej książki w niej napisał – żeby uciąć wszelkie domysły i nadać kierunek interpretacjom. Teraz „Baltazar” wraca na rynek – nie ma szans się zestarzeć, także po dwóch dekadach – dotyczy bowiem wyimka z życiorysu, zamyka się z chwilą wyruszenia autora na emigrację – i obejmuje jedynie wybrane aspekty egzystencji. Daje się odczytywać jednak nie tylko jako zbiór wiadomości na temat pisarza, przefiltrowanych przez jego wrażliwość i podejście do tworzenia – ale także jako nowy akt kreacji. Autor odziera tu tekst z ozdobników, unika sterowania rzeczywistością. Stawia na rzetelne komentarze, ale jednocześnie posługuje się polszczyzną dzisiaj niemodną wręcz i zapominaną, staranną i literacką na wskroś. „Baltazar” staje się zwierzeniem – ale zwierzeniem połączonym z celnymi obserwacjami. Mrożek ma tutaj za zadanie ćwiczyć pamięć – przywołuje zatem kolejne doświadczenia, zarejestrowane i przemyślane – dzieli się z czytelnikami dość wieloma szczegółami ze swojego życia, a do tego również uzupełnieniami do tego, co się wydarzyło. Jest przewodnikiem po własnym życiorysie – tyle że nie skupia się na tym, co najbardziej intryguje zwykle fanów twórczości. Bardzo rzadko przenosi uwagę czytelników na swoje opowiadania albo sztuki teatralne, a przeważnie nie stają się one podmiotem analiz – powracają we wzmiankach, z reguły ze względu na pozaliterackie powody, inspiracje i skojarzenia. Narodziny Mrożka-autora są przesycone ironią i oswajane śmiechem – ale z reguły w „Baltazarze” nie ma miejsca na drwiny i na sterowanie odbiorcami. Autor stawia tym razem na rzetelność – co mogło zaskakiwać badaczy jego twórczości. Mrożek, który nie zasłania się maską przesady i śmiechu to ktoś zupełnie obcy, ktoś, kogo trzeba na nowo się nauczyć. Zadania nie ułatwia fakt nastawienia na realizm – „Baltazar” ma być odbiciem rzeczywistości, próbą utrwalenia doświadczeń. To lektura trochę niewygodna – z jednej strony jest tu zestaw przeżyć i punktów z życiorysu, z drugiej – działa tu silnie na interpretację świadomość aktu twórczego, czy raczej – przyczyny aktu twórczego. „Baltazar” budzi też nadzieję – pokazuje powrót do normalności, ćwiczenie umysłu, które prowadzi do odzyskania sprawności pisarskiej – to coś, co ma wielkie znaczenie dla autora, ale i dla miłośników jego twórczości. Powrót Mrożka do siebie samego, obserwowany po latach – to wciąż silna propozycja wydawnicza. „Baltazar” w nowej wersji pozwala na uzupełnienie biblioteczki, na przypomnienie o twórcy, który na przypominanie w pełni zasługuje. Zmieniają się konteksty odczytań, ale „Baltazar” w sednie pozostaje taki sam, to zmagania ze sobą, wyzwanie z konieczności. Sławomir Mrożek poza detalami z własnego życia, karmi czytelników jeszcze uwagami natury ogólnej, pozwala wyciągać wnioski na temat swojego światopoglądu lub podejścia do niektórych spraw – nie musi tu dokładnie odtwarzać całego życia, wystarczy, że przywołuje sugestywne momenty i sceny ważne dla późniejszych decyzji. A opisuje je w sposób, któremu daleko do infantylizmu czy wprawek pisarskich dla treningu. „Baltazar” – niezależnie od przyciągającej uwagę interpretatorów i znaczącej według nich zmiany imienia wyizolowanej ze snu – to książka, która przedstawia fakty (w sferze dosłownej) i drogę do zdrowienia (w narracji).
poniedziałek, 28 sierpnia 2023
Sławomir Mrożek: Zagadki bytu
Noir sur Blanc, Warszawa 2023.
Meandry wyobraźni
Sławomir Mrożek w każdym opowiadaniu wyczarowywał przed czytelnikami inny świat - absurdalny i wypełniony niezwykłymi sytuacjami. Niektóre historie rozciągają się na wiele stron, inne pozwalają jedynie zajrzeć do rzeczywistości postaci na kilka akapitów. Ale u Mrożka ważne jest zawsze puentowanie scenek - każda opowieść jest po coś, każda przynosi nieoczekiwane lub zaskakujące rozwiązanie. Dzięki temu kolejne wybory małych form nie mogą się nudzić odbiorcom. "Zagadki bytu" to hołd składany oniryczności, tutaj sporo da się przenieść bezpośrednio z atmosfery snu, w którym nic nie dziwi. Będzie tu zatem i polowanie na śniegusy, i grupowe spadanie, pojawią się duchy i pytania bez odpowiedzi. Będą charakterystyczne dla snów tematy i konsekwencje śnienia. Jeśli już przekracza się granicę jawy - to przeważnie po to, żeby zasygnalizować przejście z onirycznych rojeń. Temat snów i śnienia pozwala Mrożkowi na uruchamianie fantazji - i wciąganie czytelników w specyficzną grę.
Każde opowiadanie to miniatura prowadząca do wyrazistej puenty: liczą się tu spostrzeżenia satyryczne lub filozoficzne - zwykle jednak budzące śmiech (albo refleksję, której następstwem będzie rozbawienie czytelnika): nie chodzi o czysty komizm, a o wskazanie odbiorcom jakiejś prawdy o nich samych. Sławomir Mrożek doskonale się bawi przy wypracowywaniu kolejnych płaszczyzn funkcjonowania bohaterów. Niewielka jest ta książka, ale bardzo skondensowana - nawet jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że każde opowiadanie oddzielone jest od kolejnego rysunkiem satyrycznym Mrożka: i tu także widać minimalizm sprzyjający komizmowi. To efekt precyzji myślowej, autorowi udaje się przekazywać samą esencję.
Bohaterowie u Mrożka podporządkowują się rozmaitym nonsensom - nie mają wyjścia, nie znają innej rzeczywistości, a nawet jeśli z innej akurat przybyli - muszą zaakceptować zasady panujące w tej nowej, bo do starej nie ma powrotu. Wszyscy lokalsi świetnie się odnajdują w wykreowanej przestrzeni, tym większe wydaje się zagubienie tego, kto stał się gościem mimo woli. Mrożek odwzorowuje właściwie prawdopodobne reakcje czytelników wrzuconych w nowy dla siebie (i niemożliwy do uzyskania w realnym życiu) kontekst - i to sprawia, że opowiadaniami przekonuje do siebie nawet mimo sporej dawki absurdu. Nie ma u niego rzeczy niemożliwych, zwłaszcza kiedy dobrze uzasadnia reakcje i charaktery prezentowanych osób. "Zagadki bytu" to świetna lektura rozrywkowa - pozbawiona przypadkowych rozwiązań, dokładna w detalach i budowana na wielkiej wyobraźni. Nie ma tu popisów dla literackości - jest za to mnóstwo ekwilibrystyki pozwalającej na stworzenie idealnego nonsensu. Ta książka zachwyca - wcale nie dlatego, że odkrywa nieznane opowiadania Mrożka: zupełnie nie, te teksty funkcjonują często w świadomości czytelników. Jednak pozwala przypomnieć sobie o najlepszych cechach pisarstwa Sławomira Mrożka. Pięknie wydana publikacja przynosi sporo śmiechu - to najlepszy sposób na relaks, ale relaks niewykluczający zastanowienia. Bo opowiadania Mrożka zostają z odbiorcami na długo, dają się stopniowo odkrywać i przesączają ważne treści mimochodem.
Meandry wyobraźni
Sławomir Mrożek w każdym opowiadaniu wyczarowywał przed czytelnikami inny świat - absurdalny i wypełniony niezwykłymi sytuacjami. Niektóre historie rozciągają się na wiele stron, inne pozwalają jedynie zajrzeć do rzeczywistości postaci na kilka akapitów. Ale u Mrożka ważne jest zawsze puentowanie scenek - każda opowieść jest po coś, każda przynosi nieoczekiwane lub zaskakujące rozwiązanie. Dzięki temu kolejne wybory małych form nie mogą się nudzić odbiorcom. "Zagadki bytu" to hołd składany oniryczności, tutaj sporo da się przenieść bezpośrednio z atmosfery snu, w którym nic nie dziwi. Będzie tu zatem i polowanie na śniegusy, i grupowe spadanie, pojawią się duchy i pytania bez odpowiedzi. Będą charakterystyczne dla snów tematy i konsekwencje śnienia. Jeśli już przekracza się granicę jawy - to przeważnie po to, żeby zasygnalizować przejście z onirycznych rojeń. Temat snów i śnienia pozwala Mrożkowi na uruchamianie fantazji - i wciąganie czytelników w specyficzną grę.
Każde opowiadanie to miniatura prowadząca do wyrazistej puenty: liczą się tu spostrzeżenia satyryczne lub filozoficzne - zwykle jednak budzące śmiech (albo refleksję, której następstwem będzie rozbawienie czytelnika): nie chodzi o czysty komizm, a o wskazanie odbiorcom jakiejś prawdy o nich samych. Sławomir Mrożek doskonale się bawi przy wypracowywaniu kolejnych płaszczyzn funkcjonowania bohaterów. Niewielka jest ta książka, ale bardzo skondensowana - nawet jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że każde opowiadanie oddzielone jest od kolejnego rysunkiem satyrycznym Mrożka: i tu także widać minimalizm sprzyjający komizmowi. To efekt precyzji myślowej, autorowi udaje się przekazywać samą esencję.
Bohaterowie u Mrożka podporządkowują się rozmaitym nonsensom - nie mają wyjścia, nie znają innej rzeczywistości, a nawet jeśli z innej akurat przybyli - muszą zaakceptować zasady panujące w tej nowej, bo do starej nie ma powrotu. Wszyscy lokalsi świetnie się odnajdują w wykreowanej przestrzeni, tym większe wydaje się zagubienie tego, kto stał się gościem mimo woli. Mrożek odwzorowuje właściwie prawdopodobne reakcje czytelników wrzuconych w nowy dla siebie (i niemożliwy do uzyskania w realnym życiu) kontekst - i to sprawia, że opowiadaniami przekonuje do siebie nawet mimo sporej dawki absurdu. Nie ma u niego rzeczy niemożliwych, zwłaszcza kiedy dobrze uzasadnia reakcje i charaktery prezentowanych osób. "Zagadki bytu" to świetna lektura rozrywkowa - pozbawiona przypadkowych rozwiązań, dokładna w detalach i budowana na wielkiej wyobraźni. Nie ma tu popisów dla literackości - jest za to mnóstwo ekwilibrystyki pozwalającej na stworzenie idealnego nonsensu. Ta książka zachwyca - wcale nie dlatego, że odkrywa nieznane opowiadania Mrożka: zupełnie nie, te teksty funkcjonują często w świadomości czytelników. Jednak pozwala przypomnieć sobie o najlepszych cechach pisarstwa Sławomira Mrożka. Pięknie wydana publikacja przynosi sporo śmiechu - to najlepszy sposób na relaks, ale relaks niewykluczający zastanowienia. Bo opowiadania Mrożka zostają z odbiorcami na długo, dają się stopniowo odkrywać i przesączają ważne treści mimochodem.
niedziela, 16 października 2022
Sławomir Mrożek: Miłość na Krymie
Noir sur Blanc, Warszawa 2022.
Złudzenia
"Miłość na Krymie. Komedia tragiczna w trzech aktach" to tekst, który Sławomir Mrożek przygotował z rozmachem, nie tylko żeby pokazać zabawę intertekstualnymi skojarzeniami, ale też żeby rozsadzać absurdem konwencje teatralne. Już na wstępie autorzy adaptacji spotkają się z kategorycznymi nakazami i zakazami dotyczącymi zmian scenograficznych: Mrożek jako autor chce zatrzymać absolutnie każdy pomysł, który wymaga monumentalnej sceny i realistycznej scenografii - do tego, żeby przedstawić historię, którą dałoby się zmieścić przy jednym stoliku. "Miłość na Krymie" to zatem wyzwanie - dzisiaj. Mrożek oczywiście proponuje tu trzy obrazy sytuacji w Rosji, dokonuje ważnych społecznie podsumowań i analiz politycznych, pod płaszczykiem towarzyskiego spotkania. Wprowadza bohaterów, którzy nie będą krytykować niczego wprost - za to świetnie zdają sobie sprawę z ograniczeń płynących z zewnątrz. Próbują realizować własne pragnienia i podążać za najprostszymi popędami, jednak ich sytuację ciągle pogarsza fakt, że nie mogą w pełni stanowić o sobie. Sławomir Mrożek niespiesznie rozwija akcję. Zmusza bohaterów do wplatania w dialogi ocen dotyczących polityki, kiedy tylko uznaje, że dosłowność lepiej się sprawdzi. Nie chce uśpić czujności czytelników, żąda od nich stałego skupienia na wydarzeniach, ale bardziej na pułapkach codzienności. Wydaje się przez to, że bohaterowie są mocno zdystansowani od odbiorców, zwłaszcza obecnie - ale przecież "Miłość na Krymie" wcale się nie starzeje, w dalszym ciągu funkcjonuje jako precyzyjny komentarz do pewnego rodzaju rządów.
Ale ataki wymierzone we władze Sławomir Mrożek przeplata nawiązaniami do wielkich dramatopisarzy rosyjskich. Wprowadza albo cytaty, albo parafrazy, albo nawiązania do tytułów i do charakterystycznych wątków. Sprawia, że odbiorcy w pewnym momencie będą wręcz musieli zamienić się w dziennikarzy śledczych lub detektywów i wskazywać kolejne inspiracje. Zabawy literackie zdominują w którejś chwili lekturę, przekierują uwagę odbiorców na klasykę literatury i na treści przemycane przez twórców, sposoby ominięcia cenzury lub trafienia do odbiorców przez satyrę. Mrożek buduje opowieść o rozłożystej konstrukcji - szuka sposobów na wypełnienie scen nie tylko publicystycznymi (mimo że ponadczasowymi) treściami. Zresztą już wewnętrzna dynamika tej sztuki sprawia, że odbiorcy będą odkrywać w niej rozmaite przesłania - Mrożek stara się zróżnicować kolejne partie tekstu i za każdym razem zapewniać czytelnikom innego rodzaju łamigłówkę. Stawia diagnozy rosyjskiemu społeczeństwu, zastanawia się nad mentalnością, która nie pozwala na przejście do cywilizowanego świata i wytyka błędy. Ale przy tym wszystkim zajmuje się też tworzeniem literatury wysokiej klasy. "Miłość na Krymie" to sztuka obszerna i wielowymiarowa, aktualna mimo upływu czasu - ale jednocześnie dość ciężka dla tych, którzy spodziewaliby się prostych chwytów opartych na absurdzie i komizmie sytuacyjnym.
Złudzenia
"Miłość na Krymie. Komedia tragiczna w trzech aktach" to tekst, który Sławomir Mrożek przygotował z rozmachem, nie tylko żeby pokazać zabawę intertekstualnymi skojarzeniami, ale też żeby rozsadzać absurdem konwencje teatralne. Już na wstępie autorzy adaptacji spotkają się z kategorycznymi nakazami i zakazami dotyczącymi zmian scenograficznych: Mrożek jako autor chce zatrzymać absolutnie każdy pomysł, który wymaga monumentalnej sceny i realistycznej scenografii - do tego, żeby przedstawić historię, którą dałoby się zmieścić przy jednym stoliku. "Miłość na Krymie" to zatem wyzwanie - dzisiaj. Mrożek oczywiście proponuje tu trzy obrazy sytuacji w Rosji, dokonuje ważnych społecznie podsumowań i analiz politycznych, pod płaszczykiem towarzyskiego spotkania. Wprowadza bohaterów, którzy nie będą krytykować niczego wprost - za to świetnie zdają sobie sprawę z ograniczeń płynących z zewnątrz. Próbują realizować własne pragnienia i podążać za najprostszymi popędami, jednak ich sytuację ciągle pogarsza fakt, że nie mogą w pełni stanowić o sobie. Sławomir Mrożek niespiesznie rozwija akcję. Zmusza bohaterów do wplatania w dialogi ocen dotyczących polityki, kiedy tylko uznaje, że dosłowność lepiej się sprawdzi. Nie chce uśpić czujności czytelników, żąda od nich stałego skupienia na wydarzeniach, ale bardziej na pułapkach codzienności. Wydaje się przez to, że bohaterowie są mocno zdystansowani od odbiorców, zwłaszcza obecnie - ale przecież "Miłość na Krymie" wcale się nie starzeje, w dalszym ciągu funkcjonuje jako precyzyjny komentarz do pewnego rodzaju rządów.
Ale ataki wymierzone we władze Sławomir Mrożek przeplata nawiązaniami do wielkich dramatopisarzy rosyjskich. Wprowadza albo cytaty, albo parafrazy, albo nawiązania do tytułów i do charakterystycznych wątków. Sprawia, że odbiorcy w pewnym momencie będą wręcz musieli zamienić się w dziennikarzy śledczych lub detektywów i wskazywać kolejne inspiracje. Zabawy literackie zdominują w którejś chwili lekturę, przekierują uwagę odbiorców na klasykę literatury i na treści przemycane przez twórców, sposoby ominięcia cenzury lub trafienia do odbiorców przez satyrę. Mrożek buduje opowieść o rozłożystej konstrukcji - szuka sposobów na wypełnienie scen nie tylko publicystycznymi (mimo że ponadczasowymi) treściami. Zresztą już wewnętrzna dynamika tej sztuki sprawia, że odbiorcy będą odkrywać w niej rozmaite przesłania - Mrożek stara się zróżnicować kolejne partie tekstu i za każdym razem zapewniać czytelnikom innego rodzaju łamigłówkę. Stawia diagnozy rosyjskiemu społeczeństwu, zastanawia się nad mentalnością, która nie pozwala na przejście do cywilizowanego świata i wytyka błędy. Ale przy tym wszystkim zajmuje się też tworzeniem literatury wysokiej klasy. "Miłość na Krymie" to sztuka obszerna i wielowymiarowa, aktualna mimo upływu czasu - ale jednocześnie dość ciężka dla tych, którzy spodziewaliby się prostych chwytów opartych na absurdzie i komizmie sytuacyjnym.
poniedziałek, 2 lipca 2018
Sławomir Mrożek: Czekoladki dla Prezesa
Noir sur Blanc, Warszawa 2018.
Nagroda
Brawa dla wydawnictwa za celny marketingowy chwyt, który sprawi, że po tomik z opowiadaniami Mrożka sięgnąć będą mogli nawet ci na co dzień od książek stroniący. A wszystko za sprawą tytułu i połączenia w jedną relację drobnych opowiadań satyrycznych. "Czekoladki dla Prezesa" aktualne stają się za sprawą sytuacji politycznej - chociaż Sławomir Mrożek takiego zwrotu raczej spodziewać się nie mógł. Nie ulega jednak wątpliwości, że tytuł budzi zainteresowanie i przykuwa uwagę przypadkowych ewentualnych odbiorców. Fanów Mrożka z kolei nie trzeba będzie specjalnie zachęcać do lektury – co oczywiste.
"Czekoladki dla Prezesa" to zestaw dla tych, którzy cenią sobie satyrę i absurd, celne alegoryczne spostrzeżenia i nonsensy – ale też dla tych, którzy nie przepadają za śledzeniem zawiłych fabuł i wolą ultrakrótkie formy. Bo też i zawarte tu historie – opowiadania, których bohaterem jest Prezes – nie wykraczają przeważnie poza dwie lub trzy strony. Nie ma tu zatem miejsca na rozgałęzianie fabuł i testowanie narracyjnych możliwości. Te miniaturki przypominają raczej skecze, to scenki z puentami, skrótowe, dowcipne i celne, a do tego uniwersalne – kontekst społeczno-polityczno-obyczajowy odbiorców dorabia im kolejne płaszczyzny znaczeń, co tylko świadczy o kunszcie satyrycznym autora.
Prezes to ten, który ma władzę. Jako taki Prezes nie może samodzielnie opowiadać o tym, co się dzieje wokół niego. Wszystko relacjonują podwładni Prezesa, zatrudniani przez niego, zależni i bezbronni wobec jego pomysłów. Ale owi podwładni nie są jednak pozbawieni wyczulenia na absurd. Mogą bezlitośnie oceniać to, co na szczycie, mogą po kątach śmiać się z Prezesa i narzekać na to, co nie do przejścia. Śmiech staje się ich bronią: Prezes o tym nie ma pojęcia. Oprócz Prezesa pojawiają się tu inni pracownicy przedsiębiorstwa (bo przecież Mrożek nie rzeczywistość polityczną przedstawiał, a firmę z jej skostniałymi strukturami) - stereotypowi, podlizujący się zwierzchnikom albo tacy nie do ruszenia. W tym wszystkim narrator – zwykle anonimowy pracownik – musi się jakoś odnaleźć, wypracować strategię przetrwania. Z jego działań bierze się większość akcji.
Śmieje się Mrożek z biurokratyzmów, wielkich społecznych zrywów, pokazuje, jak Prezes w niekonwencjonalny sposób rozwiązuje problemy (które często sam stwarza). Pracownicy zakładu wychodzą naprzeciw odgórnym wytycznym, realizują bezsensowne plany i polecenia – z automatyzacji wypływa refleksja, która staje się potem podstawą komizmu. Mrożek bardzo chętnie sięga po nonsensy, korzysta z wyobraźni przy wyolbrzymianiu zwykłych spraw, czasami też ucieka w żarty abstrakcyjne, żeby podkreślić problemy w zmaganiach z codziennością. Tu przysypany dokumentami petent może stać przez parę lat zanim się go odkopie, tu Archiwum Spraw Niezałatwionych zamienia się w Trójkąt Bermudzki. Niespodzianek będzie wiele. Każde opowiadanie to inny temat, inny motyw: Mrożek stawia na scenki samodzielne i pozbawione powiązań (poza osobą Prezesa) - ale też za każdym razem daje do myślenia w inny sposób. Bawi się tematyką biurową i hierarchią wśród pracowników i ich szefów. Wykorzystuje stereotypowe ujęcia i niezwykłości dla wyśmiania tego, co skostniałe, niepotrzebne i utrudniające życie. Może odmalowywać ludzkie charaktery, może też śmiać się z zaobserwowanych komplikacji. W opowiadaniach o Prezesie bawi się autor formami i gatunkami, stawia na komizm i śmiech mimo wszystko. Nawet jeśli odkrywa przy okazji cenne prawdy o strukturach społecznych, nie przekreśla dowcipu.
Jest zatem tomik "Czekoladki dla Prezesa" wyjątkowo smakowity. To nie ten Mrożek, o którym uczą w szkołach, ale ten, po którego sięga się dla rozrywki i przyjemności dokonywania oczywistych odkryć. To Mrożek-prześmiewca, pełen ciekawych pomysłów. Mrożek - dobry obserwator. Mrożek-odkrywca.
Nagroda
Brawa dla wydawnictwa za celny marketingowy chwyt, który sprawi, że po tomik z opowiadaniami Mrożka sięgnąć będą mogli nawet ci na co dzień od książek stroniący. A wszystko za sprawą tytułu i połączenia w jedną relację drobnych opowiadań satyrycznych. "Czekoladki dla Prezesa" aktualne stają się za sprawą sytuacji politycznej - chociaż Sławomir Mrożek takiego zwrotu raczej spodziewać się nie mógł. Nie ulega jednak wątpliwości, że tytuł budzi zainteresowanie i przykuwa uwagę przypadkowych ewentualnych odbiorców. Fanów Mrożka z kolei nie trzeba będzie specjalnie zachęcać do lektury – co oczywiste.
"Czekoladki dla Prezesa" to zestaw dla tych, którzy cenią sobie satyrę i absurd, celne alegoryczne spostrzeżenia i nonsensy – ale też dla tych, którzy nie przepadają za śledzeniem zawiłych fabuł i wolą ultrakrótkie formy. Bo też i zawarte tu historie – opowiadania, których bohaterem jest Prezes – nie wykraczają przeważnie poza dwie lub trzy strony. Nie ma tu zatem miejsca na rozgałęzianie fabuł i testowanie narracyjnych możliwości. Te miniaturki przypominają raczej skecze, to scenki z puentami, skrótowe, dowcipne i celne, a do tego uniwersalne – kontekst społeczno-polityczno-obyczajowy odbiorców dorabia im kolejne płaszczyzny znaczeń, co tylko świadczy o kunszcie satyrycznym autora.
Prezes to ten, który ma władzę. Jako taki Prezes nie może samodzielnie opowiadać o tym, co się dzieje wokół niego. Wszystko relacjonują podwładni Prezesa, zatrudniani przez niego, zależni i bezbronni wobec jego pomysłów. Ale owi podwładni nie są jednak pozbawieni wyczulenia na absurd. Mogą bezlitośnie oceniać to, co na szczycie, mogą po kątach śmiać się z Prezesa i narzekać na to, co nie do przejścia. Śmiech staje się ich bronią: Prezes o tym nie ma pojęcia. Oprócz Prezesa pojawiają się tu inni pracownicy przedsiębiorstwa (bo przecież Mrożek nie rzeczywistość polityczną przedstawiał, a firmę z jej skostniałymi strukturami) - stereotypowi, podlizujący się zwierzchnikom albo tacy nie do ruszenia. W tym wszystkim narrator – zwykle anonimowy pracownik – musi się jakoś odnaleźć, wypracować strategię przetrwania. Z jego działań bierze się większość akcji.
Śmieje się Mrożek z biurokratyzmów, wielkich społecznych zrywów, pokazuje, jak Prezes w niekonwencjonalny sposób rozwiązuje problemy (które często sam stwarza). Pracownicy zakładu wychodzą naprzeciw odgórnym wytycznym, realizują bezsensowne plany i polecenia – z automatyzacji wypływa refleksja, która staje się potem podstawą komizmu. Mrożek bardzo chętnie sięga po nonsensy, korzysta z wyobraźni przy wyolbrzymianiu zwykłych spraw, czasami też ucieka w żarty abstrakcyjne, żeby podkreślić problemy w zmaganiach z codziennością. Tu przysypany dokumentami petent może stać przez parę lat zanim się go odkopie, tu Archiwum Spraw Niezałatwionych zamienia się w Trójkąt Bermudzki. Niespodzianek będzie wiele. Każde opowiadanie to inny temat, inny motyw: Mrożek stawia na scenki samodzielne i pozbawione powiązań (poza osobą Prezesa) - ale też za każdym razem daje do myślenia w inny sposób. Bawi się tematyką biurową i hierarchią wśród pracowników i ich szefów. Wykorzystuje stereotypowe ujęcia i niezwykłości dla wyśmiania tego, co skostniałe, niepotrzebne i utrudniające życie. Może odmalowywać ludzkie charaktery, może też śmiać się z zaobserwowanych komplikacji. W opowiadaniach o Prezesie bawi się autor formami i gatunkami, stawia na komizm i śmiech mimo wszystko. Nawet jeśli odkrywa przy okazji cenne prawdy o strukturach społecznych, nie przekreśla dowcipu.
Jest zatem tomik "Czekoladki dla Prezesa" wyjątkowo smakowity. To nie ten Mrożek, o którym uczą w szkołach, ale ten, po którego sięga się dla rozrywki i przyjemności dokonywania oczywistych odkryć. To Mrożek-prześmiewca, pełen ciekawych pomysłów. Mrożek - dobry obserwator. Mrożek-odkrywca.
środa, 13 grudnia 2017
Sławomir Mrożek, Leopold Tyrmand: W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.
Codzienność notowana
Sławomir Mrożek i Leopold Tyrmand to nie sylwetki, które wymienia się obok siebie w historii literatury. A jednak dwaj ludzie pióra stali się w pewnym momencie przyjaciółmi korespondencyjnymi. Połączył ich wspólny los – ale nie tylko. Możliwość wymiany myśli okazała się inspirująca dla obu twórców. Czytelnicy otrzymują teraz kolejny tom listów Mrożka – tym razem w korespondencji z Tyrmandem – i mogą prześledzić tematykę, problemy czy sposoby reagowania na wiadomości z różnych dziedzin.
Listy Mrożka i Tyrmanda z małymi wyjątkami są nieprzesadnie rozbudowane, wiele z nich zawiera po prostu dane adresowe, prośby o kontakt i krótkie wzmianki na temat spotkań towarzyskich czy zawodowych. To bardziej zapewnienia o wzajemnej pamięci i możliwość zaistnienia w życiu rozmówcy na chwilę niż pisane z rozmachem utwory. I Mrożek, i Tyrmand – serdeczni w pomysłowych nagłówkach, zawsze pamiętający o przekazywaniu pozdrowień dla bliskich – traktują listy jak fragmenty dziennikowych zapisków, te najbardziej faktograficzne. Niektóre spotkania po prostu nie wymagają dodatkowych tłumaczeń, komentarze nie są potrzebne autorom ani adresatom. Dla czytelników takie relacje będą zatem pobrzmiewać sucho. Nie jest to nowość w literaturze faktu, a w książce „W emigracyjnym labiryncie” – nawet nie podstawowy sposób prowadzenia korespondencji. Kiedy bowiem Mrożek lub Tyrmand zajmą się snuciem refleksji na tematy ich obu poruszające, książka zaczyna iskrzyć. Sporo tu przemyśleń o rodakach, kondycji Polaków nie tylko na emigracji – o specyfice myślenia, która charakteryzuje cały naród i właściwie uniemożliwia dopasowanie się do innego środowiska. Obaj panowie zajmują się kwestią tworzenia od strony autotematycznych refleksji, ale też przeglądu recenzji czy zwierzeń na temat potyczek z wydawcami bądź adaptatorami tekstów. Komentują nawzajem swoje utwory, traktując je jako pracę, a nie natchnione dzieła. Z rzadka zdarza się też wkraczanie w sferę prywatną (Tyrmand rozłożyście tłumaczy się Mrożkowi ze swojej słabości do kobiet – próbuje odpierać zarzuty i znaleźć uzasadnienie dla swojej postawy).
A ponieważ te listy nie są pisane na pokaz, dla szerokiego grona odbiorców, autorzy pozwalają sobie w nich dość często na rubaszny humor i dosadność. Nie boją się mocniejszych słów, kiedy te akurat dobrze podsumowują rzeczywistość. Zapewniają sobie odpoczynek od trosk, lub jednoczą się w utyskiwaniu na codzienność – ale z wdziękiem i lekkością.
Dariusz Pachocki pisze tu wstęp jak do pozycji z serii Biblioteki Narodowej – rozbudowany i wypełniony, niestety, co smakowitszymi wyimkami z listów. Szkoda, bo odbiera to czytelnikom część radości odkrywania co celniejszych fraz. Znacznie lepsze w zrozumieniu kontekstu jest posłowie Tadeusza Nyczka. W ogóle te listy w opracowaniu krytycznym wyposażone zostały w wiele przypisów (zwłaszcza biogramów wspominanych twórców) – tak, by orientować się w kontekście mogli również zwykli odbiorcy. „W emigracyjnym labiryncie” to kolejny zestaw ciekawych listów wymienianych przez literatów – coś dla fanów gatunku i zainteresowanych biografiami obu autorów.
Codzienność notowana
Sławomir Mrożek i Leopold Tyrmand to nie sylwetki, które wymienia się obok siebie w historii literatury. A jednak dwaj ludzie pióra stali się w pewnym momencie przyjaciółmi korespondencyjnymi. Połączył ich wspólny los – ale nie tylko. Możliwość wymiany myśli okazała się inspirująca dla obu twórców. Czytelnicy otrzymują teraz kolejny tom listów Mrożka – tym razem w korespondencji z Tyrmandem – i mogą prześledzić tematykę, problemy czy sposoby reagowania na wiadomości z różnych dziedzin.
Listy Mrożka i Tyrmanda z małymi wyjątkami są nieprzesadnie rozbudowane, wiele z nich zawiera po prostu dane adresowe, prośby o kontakt i krótkie wzmianki na temat spotkań towarzyskich czy zawodowych. To bardziej zapewnienia o wzajemnej pamięci i możliwość zaistnienia w życiu rozmówcy na chwilę niż pisane z rozmachem utwory. I Mrożek, i Tyrmand – serdeczni w pomysłowych nagłówkach, zawsze pamiętający o przekazywaniu pozdrowień dla bliskich – traktują listy jak fragmenty dziennikowych zapisków, te najbardziej faktograficzne. Niektóre spotkania po prostu nie wymagają dodatkowych tłumaczeń, komentarze nie są potrzebne autorom ani adresatom. Dla czytelników takie relacje będą zatem pobrzmiewać sucho. Nie jest to nowość w literaturze faktu, a w książce „W emigracyjnym labiryncie” – nawet nie podstawowy sposób prowadzenia korespondencji. Kiedy bowiem Mrożek lub Tyrmand zajmą się snuciem refleksji na tematy ich obu poruszające, książka zaczyna iskrzyć. Sporo tu przemyśleń o rodakach, kondycji Polaków nie tylko na emigracji – o specyfice myślenia, która charakteryzuje cały naród i właściwie uniemożliwia dopasowanie się do innego środowiska. Obaj panowie zajmują się kwestią tworzenia od strony autotematycznych refleksji, ale też przeglądu recenzji czy zwierzeń na temat potyczek z wydawcami bądź adaptatorami tekstów. Komentują nawzajem swoje utwory, traktując je jako pracę, a nie natchnione dzieła. Z rzadka zdarza się też wkraczanie w sferę prywatną (Tyrmand rozłożyście tłumaczy się Mrożkowi ze swojej słabości do kobiet – próbuje odpierać zarzuty i znaleźć uzasadnienie dla swojej postawy).
A ponieważ te listy nie są pisane na pokaz, dla szerokiego grona odbiorców, autorzy pozwalają sobie w nich dość często na rubaszny humor i dosadność. Nie boją się mocniejszych słów, kiedy te akurat dobrze podsumowują rzeczywistość. Zapewniają sobie odpoczynek od trosk, lub jednoczą się w utyskiwaniu na codzienność – ale z wdziękiem i lekkością.
Dariusz Pachocki pisze tu wstęp jak do pozycji z serii Biblioteki Narodowej – rozbudowany i wypełniony, niestety, co smakowitszymi wyimkami z listów. Szkoda, bo odbiera to czytelnikom część radości odkrywania co celniejszych fraz. Znacznie lepsze w zrozumieniu kontekstu jest posłowie Tadeusza Nyczka. W ogóle te listy w opracowaniu krytycznym wyposażone zostały w wiele przypisów (zwłaszcza biogramów wspominanych twórców) – tak, by orientować się w kontekście mogli również zwykli odbiorcy. „W emigracyjnym labiryncie” to kolejny zestaw ciekawych listów wymienianych przez literatów – coś dla fanów gatunku i zainteresowanych biografiami obu autorów.
środa, 28 czerwca 2017
Sławomir Mrożek: Policja
Noir sur Blanc, Warszawa 2017.
Role
Istnienie policji ma sens tylko wtedy, gdy ktoś nie przestrzega prawa. Jeśli ostatni nieprawomyślny – przebywający aktualnie w areszcie – przekona się, że lepiej przyznać się do błędów i obiecać poprawę – odzyska wolność. To bezpowrotnie zmieni układ sił. Nie będzie już potrzebny Naczelnik Policji ani sama instytucja więzienia. Wprawdzie Sierżant próbuje sprowokować obywateli do buntu i pozyskać w ten sposób następnego skazańca, ale nie jest to proste (zwłaszcza że sam nie przekonał się do dziwnego zadania). W państwie wszyscy są szczęśliwi, nie ma powodów do narzekania. „Policja”, sceniczny debiut Sławomira Mrożka, to dzieło oparte na prostym satyrycznym chwycie – zamianie ról. Autor dokonuje tu odwrócenia, definiuje rzeczywistość zerojedynkowo: można być albo „dobrym” i wtedy nawet najmniejsza wątpliwość nie ma dostępu do umysłu człowieka, albo „złym”, jeśli pojawi się nawet drobna rysa na idealnym wizerunku. „Zły” automatycznie zyskuje rangę czarnego charakteru – z braku poważnych wykroczeń. A poważniejszych wykroczeń nie ma, skoro w państwie prężnie działa aparat policyjny. Tu wszyscy po prostu muszą być zadowoleni. Mrożek pisze sztukę pozornie oderwaną od codzienności, ustroju politycznego czy sytuacji społecznej, odżegnuje się od pozaliterackich skojarzeń i doskonale wie, że nikt mu w te zapewnienia nie uwierzy. „Policja” okazuje się w dodatku uniwersalnym komentarzem; do różnych rządów idealnie pasuje. Każdy odczytywać będzie tę drobną historię przez pryzmat własnych obserwacji i każdy dostrzeże geniusz Mrożka – mimo formalnej prostoty. Jego tekst zawiera szereg ważnych obserwacji. Sam Sławomir Mrożek w tym dramacie staje się satyrykiem. Tak rozwija akcję, by uwypuklać absurdy. Operuje stereotypami i oczywistościami, które wprowadzone w nowy kontekst zmuszają do weryfikowania ocen. Tu każdy ma swoje zadania narzucane z góry, ale autor przełamuje „rutynę”, by podkreślić nonsensy płynące ze ślepego posłuszeństwa. Zestawia pozorną swojskość z nierealnością modelowej krainy. Do odgrywania ról wszyscy są mocno przywiązani – zwłaszcza że dzięki temu nie muszą analizować własnych reakcji. Automatyzacja to kolejny środek komizmotwórczy uruchamiany przez Mrożka precyzyjnie. W „Policji” z wysiłkiem zbudowana quasi-stabilizacja za sprawą jednego tylko człowieka zaczyna obnażać słabości całego systemu.
Tutaj Sławomir Mrożek wybiera przejrzyste chwyty i rozmowy właściwie nienaturalne, podporządkowane absurdom. Ale też „Policja” nie ma być kopią prawdziwego życia – powinna za to uwypuklać pułapki i niebezpieczeństwa systemów totalitarnych. „Młody” Mrożek imponuje ostrością spojrzenia, ale też pomysłem uproszczonym do granic możliwości bez straty dla przesłań. Bohaterom nie wolno wykazywać się nadmierną inteligencją – oni tylko działają i dzielą się refleksjami na temat postaw. To czytelnicy będą mogli wyciągać wnioski z gorzkiej i przewrotnej przygody. Co ciekawe, „Policja” po latach znów nabiera blasku – a może też nigdy go nie traciła?
Niepozorny tomik to prawdziwa eksplozja satyry. Satyry właśnie, bo Mrożek buduje drugie dno historii, poza tym, że pozwala się odbiorcom pośmiać z absurdalnej sytuacji. Mrożek udowadnia również, że wszystko jest kwestią interpretacji. Jego bohaterowie są (już?) niewrażliwi na ironię, a w związku z tym stają się śmieszniejsi. A jednak „Policja” to tomik – i dramat – bardzo niebezpieczny. Warto przyjrzeć się tej publikacji, choćby dla porównania z bardziej znanymi dziełami tego autora, to nie ulega wątpliwości. Ale przede wszystkim badaczy humoru może zachwycić czystość stosowanych tu zabiegów komizmotwórczych oraz cyzelowanie puent. Niby wiadomo, jak może się potoczyć akcja – ale trzeba sprawdzić, jak to Mrożek rozwinie.
Role
Istnienie policji ma sens tylko wtedy, gdy ktoś nie przestrzega prawa. Jeśli ostatni nieprawomyślny – przebywający aktualnie w areszcie – przekona się, że lepiej przyznać się do błędów i obiecać poprawę – odzyska wolność. To bezpowrotnie zmieni układ sił. Nie będzie już potrzebny Naczelnik Policji ani sama instytucja więzienia. Wprawdzie Sierżant próbuje sprowokować obywateli do buntu i pozyskać w ten sposób następnego skazańca, ale nie jest to proste (zwłaszcza że sam nie przekonał się do dziwnego zadania). W państwie wszyscy są szczęśliwi, nie ma powodów do narzekania. „Policja”, sceniczny debiut Sławomira Mrożka, to dzieło oparte na prostym satyrycznym chwycie – zamianie ról. Autor dokonuje tu odwrócenia, definiuje rzeczywistość zerojedynkowo: można być albo „dobrym” i wtedy nawet najmniejsza wątpliwość nie ma dostępu do umysłu człowieka, albo „złym”, jeśli pojawi się nawet drobna rysa na idealnym wizerunku. „Zły” automatycznie zyskuje rangę czarnego charakteru – z braku poważnych wykroczeń. A poważniejszych wykroczeń nie ma, skoro w państwie prężnie działa aparat policyjny. Tu wszyscy po prostu muszą być zadowoleni. Mrożek pisze sztukę pozornie oderwaną od codzienności, ustroju politycznego czy sytuacji społecznej, odżegnuje się od pozaliterackich skojarzeń i doskonale wie, że nikt mu w te zapewnienia nie uwierzy. „Policja” okazuje się w dodatku uniwersalnym komentarzem; do różnych rządów idealnie pasuje. Każdy odczytywać będzie tę drobną historię przez pryzmat własnych obserwacji i każdy dostrzeże geniusz Mrożka – mimo formalnej prostoty. Jego tekst zawiera szereg ważnych obserwacji. Sam Sławomir Mrożek w tym dramacie staje się satyrykiem. Tak rozwija akcję, by uwypuklać absurdy. Operuje stereotypami i oczywistościami, które wprowadzone w nowy kontekst zmuszają do weryfikowania ocen. Tu każdy ma swoje zadania narzucane z góry, ale autor przełamuje „rutynę”, by podkreślić nonsensy płynące ze ślepego posłuszeństwa. Zestawia pozorną swojskość z nierealnością modelowej krainy. Do odgrywania ról wszyscy są mocno przywiązani – zwłaszcza że dzięki temu nie muszą analizować własnych reakcji. Automatyzacja to kolejny środek komizmotwórczy uruchamiany przez Mrożka precyzyjnie. W „Policji” z wysiłkiem zbudowana quasi-stabilizacja za sprawą jednego tylko człowieka zaczyna obnażać słabości całego systemu.
Tutaj Sławomir Mrożek wybiera przejrzyste chwyty i rozmowy właściwie nienaturalne, podporządkowane absurdom. Ale też „Policja” nie ma być kopią prawdziwego życia – powinna za to uwypuklać pułapki i niebezpieczeństwa systemów totalitarnych. „Młody” Mrożek imponuje ostrością spojrzenia, ale też pomysłem uproszczonym do granic możliwości bez straty dla przesłań. Bohaterom nie wolno wykazywać się nadmierną inteligencją – oni tylko działają i dzielą się refleksjami na temat postaw. To czytelnicy będą mogli wyciągać wnioski z gorzkiej i przewrotnej przygody. Co ciekawe, „Policja” po latach znów nabiera blasku – a może też nigdy go nie traciła?
Niepozorny tomik to prawdziwa eksplozja satyry. Satyry właśnie, bo Mrożek buduje drugie dno historii, poza tym, że pozwala się odbiorcom pośmiać z absurdalnej sytuacji. Mrożek udowadnia również, że wszystko jest kwestią interpretacji. Jego bohaterowie są (już?) niewrażliwi na ironię, a w związku z tym stają się śmieszniejsi. A jednak „Policja” to tomik – i dramat – bardzo niebezpieczny. Warto przyjrzeć się tej publikacji, choćby dla porównania z bardziej znanymi dziełami tego autora, to nie ulega wątpliwości. Ale przede wszystkim badaczy humoru może zachwycić czystość stosowanych tu zabiegów komizmotwórczych oraz cyzelowanie puent. Niby wiadomo, jak może się potoczyć akcja – ale trzeba sprawdzić, jak to Mrożek rozwinie.
środa, 19 listopada 2014
Scenopis od wieczności (listy). Józef Baran, Sławomir Mrożek
Zysk i S-ka, Poznań 2014.
Filozofia korespondencyjna
Na początku drogi twórczej słowa uznania od wybitnego i już docenianego artysty mogą uskrzydlać. Do Józefa Barana, młodego poety, list z pochwałami dotyczącymi zbiorku wierszy przesłał Sławomir Mrożek. Ten pierwszy list po latach Józef Baran rekonstruuje z pamięci. Mrożek nie zamierza kreować się w nim na znawcę poezji, za to odnosi się do tematu rodzinnych stron, wsi zapamiętanej z dzieciństwa. Konkret pozwala obu panom podjąć rozbudowaną korespondencję. Znają się tylko za sprawą listów i lektury publikowanych tekstów – do spotkań dochodzi znacznie później. Jednak od początku z zapałem uprawiają sztukę epistolografii, która nieco przypomina zapiski diariuszowe o filozoficznym charakterze. Traci na znaczeniu różnica wieku oraz doświadczeń, nawet świadomość warsztatu. Panowie dzielą się uwagami na temat pisania, zastanawiają się nad kondycją współczesnego człowieka i snują na piśmie mocno melancholijne rozważania. Po pierwszych rzeczowych wspomnieniach przechodzą w świat ulotnych refleksji.
Tom „Scenopis od wieczności” gromadzi listy, jakie od 1974 roku przez blisko dwadzieścia lat wymieniali Józef Baran i Sławomir Mrożek. Początkowo ten pierwszy zachowuje się zresztą jak uczniak, który bardzo stara się zasłużyć na pochwałę mistrza – widać u Józefa Barana i uległość, i wielkie nadzieje. Chciałby z Mrożka uczynić wiernego czytelnika swojej poezji, wysyła mu kolejne tomiki i cykle wierszy. Mrożek woli – zamiast recenzowania utworów – porozmawiać na tematy nurtujące człowieka myślącego. Umiejętnie schodzi z piedestału, na którym postawił go Baran i bardzo dyskretnie steruje listowymi dyskusjami tak, by wymiana opinii nie przerodziła się w przykry obowiązek. Józef Baran z czasem dostosowuje się do tego tonu i podejmuje wyzwanie. Po latach śledzi własne zapiski z dużą dozą krytycyzmu i korzysta z szansy na redagowanie swoich listów: część skraca, a do wyjątkowo naiwnych spostrzeżeń dodaje w przypisach autoironiczne komentarze. Chociaż przechodzi z Mrożkiem na ty, nie potrafi zrezygnować z traktowania go jako autorytetu czy wyroczni.
Listy Mrożka i Barana to próba zarejestrowania zjawisk kulturalnych, szansa na wymianę poglądów bez większych sporów. Obaj literaci prezentują sobie nawzajem własne stanowiska i przemyślenia – ma się podczas lektury wrażenie, że nie potrzebują interlokutora, a odbiorcy, który przeczyta – i samą obecnością nada sens prowadzeniu osobistych zapisków. To sprawia, że tom uzupełnia zwłaszcza dziennikowe wynurzenia Mrożka. Nie jest to natomiast książka, która zrewolucjonizowałaby spojrzenie na twórczość autorów – nie ma takiego celu. Józef Baran ocala dla potomnych niezwykłą znajomość.
Do tomu Baran dołącza jeszcze swoje artykuły, pisane już po śmierci korespondencyjnego przyjaciela. Czuje się uprawniony do tego, by przedstawić szerszej publiczności literackiej „swojego” Mrożka, tego, którego poznał dzięki listownej wymianie myśli. „Scenopis od wieczności” zamienia się w końcu w książkę o roli Mrożka w życiu Józefa Barana. Cały tom został natomiast niemal zrecenzowany przez Wojciecha Ligęzę w posłowiu – gdyby chcieć napisać krytycznoliteracki tekst o tej publikacji, nie dałoby się uciec od jego spostrzeżeń.
Mrożek jako korespondent najpierw zastrzega się, że odpisze, jeśli znajdzie czas, a potem coraz bardziej się otwiera i niemal zaprzyjaźnia z poetą. Zapewnia Baranowi przeżycie niepowtarzalne – w ten sposób może też uświadomić odbiorcom siłę słowa pisanego.
Filozofia korespondencyjna
Na początku drogi twórczej słowa uznania od wybitnego i już docenianego artysty mogą uskrzydlać. Do Józefa Barana, młodego poety, list z pochwałami dotyczącymi zbiorku wierszy przesłał Sławomir Mrożek. Ten pierwszy list po latach Józef Baran rekonstruuje z pamięci. Mrożek nie zamierza kreować się w nim na znawcę poezji, za to odnosi się do tematu rodzinnych stron, wsi zapamiętanej z dzieciństwa. Konkret pozwala obu panom podjąć rozbudowaną korespondencję. Znają się tylko za sprawą listów i lektury publikowanych tekstów – do spotkań dochodzi znacznie później. Jednak od początku z zapałem uprawiają sztukę epistolografii, która nieco przypomina zapiski diariuszowe o filozoficznym charakterze. Traci na znaczeniu różnica wieku oraz doświadczeń, nawet świadomość warsztatu. Panowie dzielą się uwagami na temat pisania, zastanawiają się nad kondycją współczesnego człowieka i snują na piśmie mocno melancholijne rozważania. Po pierwszych rzeczowych wspomnieniach przechodzą w świat ulotnych refleksji.
Tom „Scenopis od wieczności” gromadzi listy, jakie od 1974 roku przez blisko dwadzieścia lat wymieniali Józef Baran i Sławomir Mrożek. Początkowo ten pierwszy zachowuje się zresztą jak uczniak, który bardzo stara się zasłużyć na pochwałę mistrza – widać u Józefa Barana i uległość, i wielkie nadzieje. Chciałby z Mrożka uczynić wiernego czytelnika swojej poezji, wysyła mu kolejne tomiki i cykle wierszy. Mrożek woli – zamiast recenzowania utworów – porozmawiać na tematy nurtujące człowieka myślącego. Umiejętnie schodzi z piedestału, na którym postawił go Baran i bardzo dyskretnie steruje listowymi dyskusjami tak, by wymiana opinii nie przerodziła się w przykry obowiązek. Józef Baran z czasem dostosowuje się do tego tonu i podejmuje wyzwanie. Po latach śledzi własne zapiski z dużą dozą krytycyzmu i korzysta z szansy na redagowanie swoich listów: część skraca, a do wyjątkowo naiwnych spostrzeżeń dodaje w przypisach autoironiczne komentarze. Chociaż przechodzi z Mrożkiem na ty, nie potrafi zrezygnować z traktowania go jako autorytetu czy wyroczni.
Listy Mrożka i Barana to próba zarejestrowania zjawisk kulturalnych, szansa na wymianę poglądów bez większych sporów. Obaj literaci prezentują sobie nawzajem własne stanowiska i przemyślenia – ma się podczas lektury wrażenie, że nie potrzebują interlokutora, a odbiorcy, który przeczyta – i samą obecnością nada sens prowadzeniu osobistych zapisków. To sprawia, że tom uzupełnia zwłaszcza dziennikowe wynurzenia Mrożka. Nie jest to natomiast książka, która zrewolucjonizowałaby spojrzenie na twórczość autorów – nie ma takiego celu. Józef Baran ocala dla potomnych niezwykłą znajomość.
Do tomu Baran dołącza jeszcze swoje artykuły, pisane już po śmierci korespondencyjnego przyjaciela. Czuje się uprawniony do tego, by przedstawić szerszej publiczności literackiej „swojego” Mrożka, tego, którego poznał dzięki listownej wymianie myśli. „Scenopis od wieczności” zamienia się w końcu w książkę o roli Mrożka w życiu Józefa Barana. Cały tom został natomiast niemal zrecenzowany przez Wojciecha Ligęzę w posłowiu – gdyby chcieć napisać krytycznoliteracki tekst o tej publikacji, nie dałoby się uciec od jego spostrzeżeń.
Mrożek jako korespondent najpierw zastrzega się, że odpisze, jeśli znajdzie czas, a potem coraz bardziej się otwiera i niemal zaprzyjaźnia z poetą. Zapewnia Baranowi przeżycie niepowtarzalne – w ten sposób może też uświadomić odbiorcom siłę słowa pisanego.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Sławomir Mrożek: Mrożek w obrazach
Noir sur Blanc, Warszawa 2013.
Czyste puenty
U rysowników satyrycznych wcale nie umiejętność realistycznego odtwarzania rzeczywistości liczy się najbardziej. Nawet nie talent do rysowania. Najważniejszy jest pomysł, wyczucie absurdów i puent, które zamknąć można w drobnym obrazku. Tu spostrzeżenie musi być bezlitosne i precyzyjne, musi zaskoczyć odbiorcę i zapaść mu w pamięć. Nie może czerpać z już funkcjonujących w obiegu dowcipów. Rysunek satyryczny może być błyskawiczną odpowiedzią na bieżące wydarzenia – lub humorystyczną zabawą. W tym drugim przypadku przedłuża się jego żywot.
Sławomir Mrożek najlepiej pokazuje, w czym tkwi istota rysunków satyrycznych. Jeden z jego bohaterów ubolewa „dlaczego namalował mnie Sławomir Mrożek a nie Leonardo da Vinci?”. Koślawe małe stworki o wielkich nosach i (czasami) patykowatych kończynach wyglądają jak bazgrołki, niedopracowane i tworzone niewprawną ręką. Jedynie mimika świadczy o tym, że ich autor wiedział doskonale, jaką sytuację chce przekazać – i jakie interakcje uruchomić. Dość szybko jednak wychodzi na jaw, że niedbała kreska to element kreacji rysunkowego świata, bo mimo pozornej bazgraniny odbiorcy nie będą mieli żadnego problemu z odczytaniem inwencji twórcy. Upraszczanie postaci wychodzi im i rysunkom na dobre, bo ważny jest zawsze pomysł i przesłanie – a myśl mogłaby zostać przyćmiona przez artystyczny kunszt. Sławomir Mrożek stawia na programową „brzydotę” kreski, zachwianie proporcji i „niedokończone” fragmenty rysunków – ale nie sprawia mu trudności przedstawianie postaci w ruchu, zasygnalizowanie typu osobowości czy zasugerowanie całego rozbudowanego kontekstu detalem. Wśród portretowanych postaci znajdą się zakochani i najgorsze oprychy, kobiety, dzieci, politycy, bohaterowie literaccy czy zwierzęta. Autorowi zawsze zależy na znajdowaniu absurdów i paradoksów, lubi bawić się stereotypami wyłącznie wtedy, gdy znajdzie odkrywczy sposób na ich zaprezentowanie. Formy i konwencje wykorzystuje tylko w chwilach, kiedy poza przełamaniem schematu dostrzeże potencjał komiczny na innej płaszczyźnie wątku. To sprawia, że tom „Mrożek w obrazach” ogląda się powoli i uważnie, z niesłabnącą satysfakcją. Nie ma tu tematycznego grupowania rysunków, a miniserie stanowią właściwie pojedyncze stripy. Z każdą stroną może pojawić się coś nieoczywistego i odkrywczego.
U Mrożka cieszą dwie sfery. Pierwsza – to komizm pomysłu, powód, dla którego rysunek powstał. W obrazkach króluje absurd, bez względu na to, czy ideę podsunęło życie, twórczość czy skojarzenie z dziedzin bardziej abstrakcyjnych. Zdarza się, że autor sięga po tematy bardziej filozoficzne czy wręcz metarysunkowe, bawi się, ale nie walczy i nie agituje – to przedłuża żywot pracom. Widać też w tych rysunkach pochwałę myślenia. Nawet nuda doprowadzić może do twórczego rozwiązywania problemów – ale u Mrożka owa nuda jest pierwszym krokiem do humorystycznego filozofowania. Bohaterowie popisują się taką wyobraźnią, że momentalnie budują odbiorcom cały otaczający ich świat. I nie trzeba skomplikowanych wyjaśnień ani pracy nad kreską, wystarczy pobieżny szkic, hasło, precyzja myśli. Stąd płynie druga ciesząca odbiorców wartość: mimo że Mrożka trudno byłoby określić jako rysownika-ilustratora, nikt nie będzie miał problemu ze zrozumieniem sytuacji na obrazkach. Mrożek poza świetnym dowcipem operuje też trafnymi gestami postaci. Bohaterowie z rysunków są żywi przez świat uczuć, które reprezentują, ale też przez symboliczne zachowania na rysunkach. To nie piękna kreska przyciąga do Mrożka, a prawdziwość – i celne spostrzeżenia. Mrożek w kilku słowach nakreśla całe sytuacje – jego rysunki to czyste puenty procesów myślowych, które odbiorcy bez trudu odtworzą. Tom „Mrożek w obrazkach” to nie tylko wybór rysunków satyryka i pisarza, ale i triumf absurdu, zestaw skojarzeń, które poza zabawą przyniosą sporo niespodzianek i filozoficznych tonów. Mrożek proponuje inteligentny humor i nie znudzi odbiorców swoimi rysunkami – każdy długo będzie odkrywać kolejne smaczki zestawu.
Czyste puenty
U rysowników satyrycznych wcale nie umiejętność realistycznego odtwarzania rzeczywistości liczy się najbardziej. Nawet nie talent do rysowania. Najważniejszy jest pomysł, wyczucie absurdów i puent, które zamknąć można w drobnym obrazku. Tu spostrzeżenie musi być bezlitosne i precyzyjne, musi zaskoczyć odbiorcę i zapaść mu w pamięć. Nie może czerpać z już funkcjonujących w obiegu dowcipów. Rysunek satyryczny może być błyskawiczną odpowiedzią na bieżące wydarzenia – lub humorystyczną zabawą. W tym drugim przypadku przedłuża się jego żywot.
Sławomir Mrożek najlepiej pokazuje, w czym tkwi istota rysunków satyrycznych. Jeden z jego bohaterów ubolewa „dlaczego namalował mnie Sławomir Mrożek a nie Leonardo da Vinci?”. Koślawe małe stworki o wielkich nosach i (czasami) patykowatych kończynach wyglądają jak bazgrołki, niedopracowane i tworzone niewprawną ręką. Jedynie mimika świadczy o tym, że ich autor wiedział doskonale, jaką sytuację chce przekazać – i jakie interakcje uruchomić. Dość szybko jednak wychodzi na jaw, że niedbała kreska to element kreacji rysunkowego świata, bo mimo pozornej bazgraniny odbiorcy nie będą mieli żadnego problemu z odczytaniem inwencji twórcy. Upraszczanie postaci wychodzi im i rysunkom na dobre, bo ważny jest zawsze pomysł i przesłanie – a myśl mogłaby zostać przyćmiona przez artystyczny kunszt. Sławomir Mrożek stawia na programową „brzydotę” kreski, zachwianie proporcji i „niedokończone” fragmenty rysunków – ale nie sprawia mu trudności przedstawianie postaci w ruchu, zasygnalizowanie typu osobowości czy zasugerowanie całego rozbudowanego kontekstu detalem. Wśród portretowanych postaci znajdą się zakochani i najgorsze oprychy, kobiety, dzieci, politycy, bohaterowie literaccy czy zwierzęta. Autorowi zawsze zależy na znajdowaniu absurdów i paradoksów, lubi bawić się stereotypami wyłącznie wtedy, gdy znajdzie odkrywczy sposób na ich zaprezentowanie. Formy i konwencje wykorzystuje tylko w chwilach, kiedy poza przełamaniem schematu dostrzeże potencjał komiczny na innej płaszczyźnie wątku. To sprawia, że tom „Mrożek w obrazach” ogląda się powoli i uważnie, z niesłabnącą satysfakcją. Nie ma tu tematycznego grupowania rysunków, a miniserie stanowią właściwie pojedyncze stripy. Z każdą stroną może pojawić się coś nieoczywistego i odkrywczego.
U Mrożka cieszą dwie sfery. Pierwsza – to komizm pomysłu, powód, dla którego rysunek powstał. W obrazkach króluje absurd, bez względu na to, czy ideę podsunęło życie, twórczość czy skojarzenie z dziedzin bardziej abstrakcyjnych. Zdarza się, że autor sięga po tematy bardziej filozoficzne czy wręcz metarysunkowe, bawi się, ale nie walczy i nie agituje – to przedłuża żywot pracom. Widać też w tych rysunkach pochwałę myślenia. Nawet nuda doprowadzić może do twórczego rozwiązywania problemów – ale u Mrożka owa nuda jest pierwszym krokiem do humorystycznego filozofowania. Bohaterowie popisują się taką wyobraźnią, że momentalnie budują odbiorcom cały otaczający ich świat. I nie trzeba skomplikowanych wyjaśnień ani pracy nad kreską, wystarczy pobieżny szkic, hasło, precyzja myśli. Stąd płynie druga ciesząca odbiorców wartość: mimo że Mrożka trudno byłoby określić jako rysownika-ilustratora, nikt nie będzie miał problemu ze zrozumieniem sytuacji na obrazkach. Mrożek poza świetnym dowcipem operuje też trafnymi gestami postaci. Bohaterowie z rysunków są żywi przez świat uczuć, które reprezentują, ale też przez symboliczne zachowania na rysunkach. To nie piękna kreska przyciąga do Mrożka, a prawdziwość – i celne spostrzeżenia. Mrożek w kilku słowach nakreśla całe sytuacje – jego rysunki to czyste puenty procesów myślowych, które odbiorcy bez trudu odtworzą. Tom „Mrożek w obrazkach” to nie tylko wybór rysunków satyryka i pisarza, ale i triumf absurdu, zestaw skojarzeń, które poza zabawą przyniosą sporo niespodzianek i filozoficznych tonów. Mrożek proponuje inteligentny humor i nie znudzi odbiorców swoimi rysunkami – każdy długo będzie odkrywać kolejne smaczki zestawu.
sobota, 2 czerwca 2012
Sławomir Mrożek: Trzy dłuższe historie
Noir sur Blanc, Warszawa 2012.
Zwierciadło
Noir sur Blanc konsekwentnie przybliża twórczość Sławomira Mrożka kolejnym pokoleniom odbiorców. Najnowszy tom serii, „Trzy dłuższe historie”, zawiera rozbudowane, kilkudziesięciostronicowe opowiadania. Znalazły się tu „Książeczka mułów”, „Moje ukochane beznóżki” oraz „Moniza Clavier”. Jedynym kryterium doboru tekstów była ich objętość – utwory dziś już sklasyczniałe, które nie pasowały do „Krótkich, ale całych historii”, bo niepotrzebnie rozbijałyby rytm książki, trafiły teraz do jednego tomu i przez takie wyodrębnienie sporo zyskują, z uwagi na jednostajne tempo lektury.
Trzy opowiadania Mrożka oznaczają tym razem trzy różne spojrzenia na świat, trzy pomysły realizacyjne i trzy nietypowe obrazy. Dla tego autora liczy się nie tylko satyryczny komentarz, którym opatruje kolejne wydarzenia. Mrożek zwraca też uwagę na oryginalność fabuł, istnienie postaci barwnych i nietuzinkowych oraz wtrącanie bohaterów w niezwykły dla czytelników kontekst. W swoich opowiadaniach może kreować wyobraźniowe przestrzenie, łącząc je z rzeczywistością za pomocą trafnych aluzji czy intertekstualnych zabaw. W „Trzech dłuższych historiach” Mrożek nie pozostawia wątpliwości co do tego, że jest satyrykiem, dostrzega bolączki codzienności i jest w stanie wskazać wady społeczeństwa. Nieco oniryczny, niby bajkowy klimat wytwarzany przez nienaturalne czasem i zwykle mocno przerysowane okoliczności pozwala ukryć aspekty dydaktyczne, a przynajmniej przysłonić próbę piętnowania rodaków. Bo Mrożek bywa bezlitosny. Nie stosuje taryfy ulgowej wobec krytykowanych postaci, potrafi odrzeć niechlubnego bohatera z choćby cienia sympatii. Podsuwa odbiorcom lustro, w którym jednak nikt nie zobaczy siebie. Jednocześnie nikt nie stwierdzi, że Mrożek nie ma racji. Zabawny jest fakt, że satyra zaangażowana w wykonaniu tego autora zyskuje drugie życie. To, co wydawałoby się archaiczne i nieaktualne, nagle zaczyna się idealnie wpasowywać w obserwowaną codzienność. Tak jest z opowiadaniami z „Trzech dłuższych historii”.
W „Książeczce mułów” wyjście od absurdu maskuje faktyczne przesłanie. Całe opowiadanie jest bowiem dość bezpośrednią krytyką kombinatorów, chuliganów i ludzi działających na szkodę społeczeństwa. Mułolog analizuje kolejne przypadki, traktując krytykowane postacie w kategoriach obserwacji przyrodniczej. Pozory naukowości to element grania formą, ale też literackiej zabawy, którą autor funduje czytelnikom. Także bohater „Monizy Clavier” przynosi aktualny portret emigranta. W zbudowanej na bazie stereotypów opowieści znajdzie się sporo motywów, które da się odnieść do emigracji zarobkowej – ale poza nimi ciekawy okaże się kontrast między prezentowanymi światami. Z kontrastu jest też utworzone środkowe opowiadanie – zwierzenie człowieka, który postanawia inwestować w brzydkie panie, by odnosić korzyści w sferze emocjonalnej. We wszystkich tekstach uderza przenikliwość autora i zdolność do dokonywania trafnych obserwacji. Rozrywkowe formy maskują tu gorzką prawdę o ludziach. Mrożek jednocześnie gani i bawi, dzięki wyolbrzymianiu niechlubnych cech oddala wrażenie przykrości, sprawdza się jako pisarz i jako satyryk, a przy tym z wyraźnym upodobaniem kreuje rzeczywistość tak, by uzasadnić istnienie w niej tych, którzy na co dzień nie stanowią pożądanego towarzystwa. Zmienność form uprzyjemnia jeszcze lekturę tej niewielkiej książeczki – jednej z ważniejszych pozycji literatury XX wieku. Warto czytać Mrożka, by móc z dystansem spojrzeć na siebie i otoczenie. W tych trzech opowiadaniach kryją się prawdy, jak się każe, uniwersalne, niezmienne mimo upływu czasu. Mrożek sklasyczniały w dalszym ciągu sprawdza się jako komentator rzeczywistości – dzięki poczuciu humoru i lekkiej formie zyskuje wierne grono czytelników nie tylko wśród literaturoznawców.
Zwierciadło
Noir sur Blanc konsekwentnie przybliża twórczość Sławomira Mrożka kolejnym pokoleniom odbiorców. Najnowszy tom serii, „Trzy dłuższe historie”, zawiera rozbudowane, kilkudziesięciostronicowe opowiadania. Znalazły się tu „Książeczka mułów”, „Moje ukochane beznóżki” oraz „Moniza Clavier”. Jedynym kryterium doboru tekstów była ich objętość – utwory dziś już sklasyczniałe, które nie pasowały do „Krótkich, ale całych historii”, bo niepotrzebnie rozbijałyby rytm książki, trafiły teraz do jednego tomu i przez takie wyodrębnienie sporo zyskują, z uwagi na jednostajne tempo lektury.
Trzy opowiadania Mrożka oznaczają tym razem trzy różne spojrzenia na świat, trzy pomysły realizacyjne i trzy nietypowe obrazy. Dla tego autora liczy się nie tylko satyryczny komentarz, którym opatruje kolejne wydarzenia. Mrożek zwraca też uwagę na oryginalność fabuł, istnienie postaci barwnych i nietuzinkowych oraz wtrącanie bohaterów w niezwykły dla czytelników kontekst. W swoich opowiadaniach może kreować wyobraźniowe przestrzenie, łącząc je z rzeczywistością za pomocą trafnych aluzji czy intertekstualnych zabaw. W „Trzech dłuższych historiach” Mrożek nie pozostawia wątpliwości co do tego, że jest satyrykiem, dostrzega bolączki codzienności i jest w stanie wskazać wady społeczeństwa. Nieco oniryczny, niby bajkowy klimat wytwarzany przez nienaturalne czasem i zwykle mocno przerysowane okoliczności pozwala ukryć aspekty dydaktyczne, a przynajmniej przysłonić próbę piętnowania rodaków. Bo Mrożek bywa bezlitosny. Nie stosuje taryfy ulgowej wobec krytykowanych postaci, potrafi odrzeć niechlubnego bohatera z choćby cienia sympatii. Podsuwa odbiorcom lustro, w którym jednak nikt nie zobaczy siebie. Jednocześnie nikt nie stwierdzi, że Mrożek nie ma racji. Zabawny jest fakt, że satyra zaangażowana w wykonaniu tego autora zyskuje drugie życie. To, co wydawałoby się archaiczne i nieaktualne, nagle zaczyna się idealnie wpasowywać w obserwowaną codzienność. Tak jest z opowiadaniami z „Trzech dłuższych historii”.
W „Książeczce mułów” wyjście od absurdu maskuje faktyczne przesłanie. Całe opowiadanie jest bowiem dość bezpośrednią krytyką kombinatorów, chuliganów i ludzi działających na szkodę społeczeństwa. Mułolog analizuje kolejne przypadki, traktując krytykowane postacie w kategoriach obserwacji przyrodniczej. Pozory naukowości to element grania formą, ale też literackiej zabawy, którą autor funduje czytelnikom. Także bohater „Monizy Clavier” przynosi aktualny portret emigranta. W zbudowanej na bazie stereotypów opowieści znajdzie się sporo motywów, które da się odnieść do emigracji zarobkowej – ale poza nimi ciekawy okaże się kontrast między prezentowanymi światami. Z kontrastu jest też utworzone środkowe opowiadanie – zwierzenie człowieka, który postanawia inwestować w brzydkie panie, by odnosić korzyści w sferze emocjonalnej. We wszystkich tekstach uderza przenikliwość autora i zdolność do dokonywania trafnych obserwacji. Rozrywkowe formy maskują tu gorzką prawdę o ludziach. Mrożek jednocześnie gani i bawi, dzięki wyolbrzymianiu niechlubnych cech oddala wrażenie przykrości, sprawdza się jako pisarz i jako satyryk, a przy tym z wyraźnym upodobaniem kreuje rzeczywistość tak, by uzasadnić istnienie w niej tych, którzy na co dzień nie stanowią pożądanego towarzystwa. Zmienność form uprzyjemnia jeszcze lekturę tej niewielkiej książeczki – jednej z ważniejszych pozycji literatury XX wieku. Warto czytać Mrożka, by móc z dystansem spojrzeć na siebie i otoczenie. W tych trzech opowiadaniach kryją się prawdy, jak się każe, uniwersalne, niezmienne mimo upływu czasu. Mrożek sklasyczniały w dalszym ciągu sprawdza się jako komentator rzeczywistości – dzięki poczuciu humoru i lekkiej formie zyskuje wierne grono czytelników nie tylko wśród literaturoznawców.
środa, 28 września 2011
Sławomir Mrożek: Krótkie, ale całe historie
Noir sur Blanc, Warszawa 2011.
Absurd i rzeczywistość
Sławomira Mrożka nigdy dosyć: kto raz rozsmakował się w jego literackich pomysłach, ten już zawsze chętnie powracać będzie do znanych sobie historii, by odkrywać je na nowo dla własnej przyjemności. W Noir sur Blanc ukazuje się publikacja, która ucieszy zarówno miłośników twórczości tego pisarza, jak i przypadkowych odbiorców (o ile tacy jeszcze się znajdą). Tom „Krótkie, ale całe historie” to zestaw wybranych opowiadań, które, czytane po latach, ujawniają swoją ponadczasowość.
Obok utworów mniej znanych pojawiają się i te nieśmiertelne, które jeszcze do niedawna znajdowały się w kanonie lektur szkolnych – „Słoń” czy „Wesele w Atomicach” – dziś w dalszym ciągu celne i śmieszące zarówno przez zawartość absurdu, jak i kreatywność autora. Dawna satyra stopniowo przeradza się w humor, czysty dowcip nie traci na jakości: opowiadania Mrożka są błyskotliwe, pełne kąśliwej ironii i abstrakcyjnych pomysłów. To literackie popisy komizmu, ale i nieskrępowanej wyobraźni. Mrożek przenosi obserwacje codzienności na płaszczyznę fantastycznego świata, rządzącego się wprawdzie własnymi prawami, ale zaskakująco zbliżanego w szczegółach do peerelowskiej realiów. Opowiadania Mrożka stają się mrugnięciem okiem do czytelników – i wciąż obywają się bez wyjaśniającego kontekst komentarza. Dzieje się tak za sprawą kilku uruchamianych płaszczyzn. Te literackie drobiazgi (do „Krótkich, ale całych historii”, zgodnie z tytułem, trafiły niemal wyłącznie kilkustronicowe miniatury) pozwalają oceniać rzeczywistość, dawać upust wyobraźni, mogą też służyć jako dowód wyczucia żartu. Poziom absurdu jest w nich stale podnoszony, nie tylko przez rozwój wydarzeń, lecz również dzięki językowym zabawom. Mrożek sięga po pastisz i parodię, tworzy wyraziste narracje, czasem samoośmieszające się (jak w przypadku naśladowania języka oficjalnych wypowiedzi), czasem służące rozrywce bądź wyostrzeniu wybranego stylu. Autor korzysta z różnych form i gatunków (najbardziej wyraziste w tym zakresie są gawędy wuja), by obnażyć niebezpieczeństwo posługiwania się językowymi schematami.
W świecie na nowo przez Mrożka poukładanym nie ma rzeczy niemożliwych. Lwy jedzą marchewkę i ziemniaki, w szufladzie mieszkają maleńcy ludzie, którzy przeżywają własne dramaty i rozterki, telegraf z ludzi jest dowodem postępu, a na wąsach zakochanego gajowego można wieszać pranie. Torpedę da się znaleźć w kawie, a arcydzieła literatury powstają na kilogramy. Rura tworzy teorię rur, fabrykę rozpoczyna się budować od komina. Sporo tu kpiny z biurokracji: ministrowie tworzą ustawę o szkodliwości padania śniegu, a hierarchia wojskowa nieoczekiwanie sprawdza się w Związku Literatów. Nie brakuje też czarnego humoru, w wydaniu Mrożka bliższego komizmowi niż grotesce, ale zawsze odważnego i odkrywczego. Każde opowiadanie poza elementami absurdu zawiera silne odniesienia do zewnętrznego świata: czasem autor wyostrza cechy bohaterów tak, żeby własnymi postawami ośmieszali oni wady konkretnych grup społecznych, prowadzi fabułki logicznie choć w oderwaniu od racjonalnego myślenia. Zaskakująca naiwność przeplata się z nieubłaganą konsekwencją w kreowaniu pomysłowych historii – Mrożek sam bawi się pisaniem, a przy tym przemyca w tomie trafne obserwacje. Śmiechem maskuje krytykę i pozwala sobie na drwinę. Ukrywa ją jednak, przenosząc akcję do bezpiecznej wyobraźni, przedmiotem zainteresowania czyni wydarzenia nierealne, a przecież znajomo pobrzmiewające.
Chociaż tom „Krótkie, ale całe historie” przynosi znane już opowiadania, jego lektura to czysta przyjemność. Ale przecież do czytania Mrożka nikogo zachęcać nie trzeba.
Absurd i rzeczywistość
Sławomira Mrożka nigdy dosyć: kto raz rozsmakował się w jego literackich pomysłach, ten już zawsze chętnie powracać będzie do znanych sobie historii, by odkrywać je na nowo dla własnej przyjemności. W Noir sur Blanc ukazuje się publikacja, która ucieszy zarówno miłośników twórczości tego pisarza, jak i przypadkowych odbiorców (o ile tacy jeszcze się znajdą). Tom „Krótkie, ale całe historie” to zestaw wybranych opowiadań, które, czytane po latach, ujawniają swoją ponadczasowość.
Obok utworów mniej znanych pojawiają się i te nieśmiertelne, które jeszcze do niedawna znajdowały się w kanonie lektur szkolnych – „Słoń” czy „Wesele w Atomicach” – dziś w dalszym ciągu celne i śmieszące zarówno przez zawartość absurdu, jak i kreatywność autora. Dawna satyra stopniowo przeradza się w humor, czysty dowcip nie traci na jakości: opowiadania Mrożka są błyskotliwe, pełne kąśliwej ironii i abstrakcyjnych pomysłów. To literackie popisy komizmu, ale i nieskrępowanej wyobraźni. Mrożek przenosi obserwacje codzienności na płaszczyznę fantastycznego świata, rządzącego się wprawdzie własnymi prawami, ale zaskakująco zbliżanego w szczegółach do peerelowskiej realiów. Opowiadania Mrożka stają się mrugnięciem okiem do czytelników – i wciąż obywają się bez wyjaśniającego kontekst komentarza. Dzieje się tak za sprawą kilku uruchamianych płaszczyzn. Te literackie drobiazgi (do „Krótkich, ale całych historii”, zgodnie z tytułem, trafiły niemal wyłącznie kilkustronicowe miniatury) pozwalają oceniać rzeczywistość, dawać upust wyobraźni, mogą też służyć jako dowód wyczucia żartu. Poziom absurdu jest w nich stale podnoszony, nie tylko przez rozwój wydarzeń, lecz również dzięki językowym zabawom. Mrożek sięga po pastisz i parodię, tworzy wyraziste narracje, czasem samoośmieszające się (jak w przypadku naśladowania języka oficjalnych wypowiedzi), czasem służące rozrywce bądź wyostrzeniu wybranego stylu. Autor korzysta z różnych form i gatunków (najbardziej wyraziste w tym zakresie są gawędy wuja), by obnażyć niebezpieczeństwo posługiwania się językowymi schematami.
W świecie na nowo przez Mrożka poukładanym nie ma rzeczy niemożliwych. Lwy jedzą marchewkę i ziemniaki, w szufladzie mieszkają maleńcy ludzie, którzy przeżywają własne dramaty i rozterki, telegraf z ludzi jest dowodem postępu, a na wąsach zakochanego gajowego można wieszać pranie. Torpedę da się znaleźć w kawie, a arcydzieła literatury powstają na kilogramy. Rura tworzy teorię rur, fabrykę rozpoczyna się budować od komina. Sporo tu kpiny z biurokracji: ministrowie tworzą ustawę o szkodliwości padania śniegu, a hierarchia wojskowa nieoczekiwanie sprawdza się w Związku Literatów. Nie brakuje też czarnego humoru, w wydaniu Mrożka bliższego komizmowi niż grotesce, ale zawsze odważnego i odkrywczego. Każde opowiadanie poza elementami absurdu zawiera silne odniesienia do zewnętrznego świata: czasem autor wyostrza cechy bohaterów tak, żeby własnymi postawami ośmieszali oni wady konkretnych grup społecznych, prowadzi fabułki logicznie choć w oderwaniu od racjonalnego myślenia. Zaskakująca naiwność przeplata się z nieubłaganą konsekwencją w kreowaniu pomysłowych historii – Mrożek sam bawi się pisaniem, a przy tym przemyca w tomie trafne obserwacje. Śmiechem maskuje krytykę i pozwala sobie na drwinę. Ukrywa ją jednak, przenosząc akcję do bezpiecznej wyobraźni, przedmiotem zainteresowania czyni wydarzenia nierealne, a przecież znajomo pobrzmiewające.
Chociaż tom „Krótkie, ale całe historie” przynosi znane już opowiadania, jego lektura to czysta przyjemność. Ale przecież do czytania Mrożka nikogo zachęcać nie trzeba.
czwartek, 11 listopada 2010
Sławomir Mrożek: Sztuki odnalezione. Małe i mniejsze
Noir sur Blanc, Warszawa 2010.
Śmiech tkwiący w drobiazgach
Zachwalanie tej książki nie ma większego sensu: wiadomo przecież, że wielbiciele twórczości Sławomira Mrożka nie przegapią „Sztuk odnalezionych” i pochłoną ten tom w tempie błyskawicznym. Sześć utworów – wśród nich przeważnie małe formy sceniczne, poza rozbudowanym do rozmiaru pełnoprawnego przedstawienia „Tercetem” – czasem zaskakuje stosowanymi rozwiązaniami i pomysłami, często śmieszy. Teksty różnią się od siebie nie tylko tematyką i formą – da się tu wyodrębnić skecz, bajkę, jednoaktówkę czy pełnowartościowy dramat – ale także rodzajem stosowanego dowcipu. Poszukiwania humoru, satyry i komizmu mogą stać się kluczem lekturowym „Sztuk odnalezionych”, a już na pewno dopełnieniem rozbudowanej analizy tomiku, jakiej w posłowiu dokonuje Tadeusz Nyczek.
W „Sztukach odnalezionych” żart pełni istotną rolę, jednak nie zawsze – a właściwie prawie nigdy – przybiera wymiar śmiechu beztroskiego. Mrożek umiejętnie łączy w swoich dziełach wyczucie absurdu i wyostrzony zmysł obserwacji, talent do mówienia ezopowowego i zamiłowanie do zabawy. Dzięki temu publikacja oficyny Noir sur Blanc skrzy się od dowcipu wysokiej próby, utwory są wysmakowane literacko, a do tego umożliwiają szybką adaptację i wystawienie ich na scenie. Mrożek chwilami zamienia się w reżysera, podpowiadając, jakimi środkami uzyskać najłatwiej opisany przez niego efekt, reguluje grę świateł i potrafi obrazowo przedstawić nieskomplikowane w technicznej realizacji autorskie wizje. Ale najważniejsze w tomie będą pomysły i sytuacje z pogranicza realności i oniryzmu, odsyłające do świata wyobraźni, proste (to jest czerpiące z wyrazistych i nieskomplikowanych skojarzeń), a przy tym nieodmiennie zaskakujące. Co ze śmiechem „Sztuk odnalezionych”? Zawsze przefiltrowany jest przez absurd i zderzenia z codziennością oraz polityką. Książkę otwiera króciutki utwór „Imieniny”, w którym najlepiej zarysowuje się istota Mrożkowego spojrzenia na otoczenie i konteksty polityczno-społeczne. Mechanizm literackiego dowcipu jest wręcz banalny: małżonka mecenasa trzyma w domu w klatce mężczyznę – i traktuje go jak kanarka. Wypuszczenie człowieka z klatki wiąże się z przerażeniem obecnych na przyjęciu gości. Umowne krainy z tekstów Mrożka przepełnione są tego rodzaju zabiegami, a komizm powierzchniowej warstwy utworów nie przesłania przecież jego głębszych znaczeń. W „Plombie hrabiego” autor stawia na absurd w stanie czystym, komplikuje treść i powiązania między bohaterami, by uwypuklić nonsens scenki. „Racket Baby” to już teatralny skecz, który urodził się z chęci satyrycznego skomentowania prasowych doniesień: widać tu typowo kabaretowe zabiegi i dążenie do rozbawienia odbiorców. Konwencja bajki sprawia, że „Bruno Sznajder” wydaje się najcięższy do przeniesienia na scenę – lecz pozwala też na odważne rozwiązania literackie, nie ma tu mowy o idei śmiechu dla śmiechu. „Jeleń” jest tekstem mocno satyrycznym, a przy tym niepozbawionym pierwiastków łagodnego dowcipu – i to zestawienie dwóch skrajności szczególnie może przypaść do gustu koneserom Mrożkowej twórczości. W „Tercecie” za to korzysta autor z najszerszego wachlarza możliwości komizmotwórczych, operuje symbolami i stereotypami, buduje sytuacje wieloznaczne i podatne na interpretacje, a poza tym daje potencjalnym aktorom szansę na wywoływanie śmiechu publiczności – choć śmiech ten będzie, rzecz jasna, podbarwiony goryczą.
Tadeusz Nyczek w posłowiu dokładnie przedstawia konteksty i daty powstawania utworów, ich losy (w przypadku „Tercetu”), powiązania z innymi dziełami Mrożka. Komentuje, interpretuje i przytacza oceny innych, by na koniec zapytać o stosunek badaczy i czytelników do tomu złożonego z literackich drobiazgów, niekoniecznie – jak cały czas sugerował – wybitnych. I przyznaje, że sztuki z tej książki mogą spodobać się odbiorcom. Ja po lekturze „Sztuk…” jestem tego pewna. Mrożek nie zawodzi.
Śmiech tkwiący w drobiazgach
Zachwalanie tej książki nie ma większego sensu: wiadomo przecież, że wielbiciele twórczości Sławomira Mrożka nie przegapią „Sztuk odnalezionych” i pochłoną ten tom w tempie błyskawicznym. Sześć utworów – wśród nich przeważnie małe formy sceniczne, poza rozbudowanym do rozmiaru pełnoprawnego przedstawienia „Tercetem” – czasem zaskakuje stosowanymi rozwiązaniami i pomysłami, często śmieszy. Teksty różnią się od siebie nie tylko tematyką i formą – da się tu wyodrębnić skecz, bajkę, jednoaktówkę czy pełnowartościowy dramat – ale także rodzajem stosowanego dowcipu. Poszukiwania humoru, satyry i komizmu mogą stać się kluczem lekturowym „Sztuk odnalezionych”, a już na pewno dopełnieniem rozbudowanej analizy tomiku, jakiej w posłowiu dokonuje Tadeusz Nyczek.
W „Sztukach odnalezionych” żart pełni istotną rolę, jednak nie zawsze – a właściwie prawie nigdy – przybiera wymiar śmiechu beztroskiego. Mrożek umiejętnie łączy w swoich dziełach wyczucie absurdu i wyostrzony zmysł obserwacji, talent do mówienia ezopowowego i zamiłowanie do zabawy. Dzięki temu publikacja oficyny Noir sur Blanc skrzy się od dowcipu wysokiej próby, utwory są wysmakowane literacko, a do tego umożliwiają szybką adaptację i wystawienie ich na scenie. Mrożek chwilami zamienia się w reżysera, podpowiadając, jakimi środkami uzyskać najłatwiej opisany przez niego efekt, reguluje grę świateł i potrafi obrazowo przedstawić nieskomplikowane w technicznej realizacji autorskie wizje. Ale najważniejsze w tomie będą pomysły i sytuacje z pogranicza realności i oniryzmu, odsyłające do świata wyobraźni, proste (to jest czerpiące z wyrazistych i nieskomplikowanych skojarzeń), a przy tym nieodmiennie zaskakujące. Co ze śmiechem „Sztuk odnalezionych”? Zawsze przefiltrowany jest przez absurd i zderzenia z codziennością oraz polityką. Książkę otwiera króciutki utwór „Imieniny”, w którym najlepiej zarysowuje się istota Mrożkowego spojrzenia na otoczenie i konteksty polityczno-społeczne. Mechanizm literackiego dowcipu jest wręcz banalny: małżonka mecenasa trzyma w domu w klatce mężczyznę – i traktuje go jak kanarka. Wypuszczenie człowieka z klatki wiąże się z przerażeniem obecnych na przyjęciu gości. Umowne krainy z tekstów Mrożka przepełnione są tego rodzaju zabiegami, a komizm powierzchniowej warstwy utworów nie przesłania przecież jego głębszych znaczeń. W „Plombie hrabiego” autor stawia na absurd w stanie czystym, komplikuje treść i powiązania między bohaterami, by uwypuklić nonsens scenki. „Racket Baby” to już teatralny skecz, który urodził się z chęci satyrycznego skomentowania prasowych doniesień: widać tu typowo kabaretowe zabiegi i dążenie do rozbawienia odbiorców. Konwencja bajki sprawia, że „Bruno Sznajder” wydaje się najcięższy do przeniesienia na scenę – lecz pozwala też na odważne rozwiązania literackie, nie ma tu mowy o idei śmiechu dla śmiechu. „Jeleń” jest tekstem mocno satyrycznym, a przy tym niepozbawionym pierwiastków łagodnego dowcipu – i to zestawienie dwóch skrajności szczególnie może przypaść do gustu koneserom Mrożkowej twórczości. W „Tercecie” za to korzysta autor z najszerszego wachlarza możliwości komizmotwórczych, operuje symbolami i stereotypami, buduje sytuacje wieloznaczne i podatne na interpretacje, a poza tym daje potencjalnym aktorom szansę na wywoływanie śmiechu publiczności – choć śmiech ten będzie, rzecz jasna, podbarwiony goryczą.
Tadeusz Nyczek w posłowiu dokładnie przedstawia konteksty i daty powstawania utworów, ich losy (w przypadku „Tercetu”), powiązania z innymi dziełami Mrożka. Komentuje, interpretuje i przytacza oceny innych, by na koniec zapytać o stosunek badaczy i czytelników do tomu złożonego z literackich drobiazgów, niekoniecznie – jak cały czas sugerował – wybitnych. I przyznaje, że sztuki z tej książki mogą spodobać się odbiorcom. Ja po lekturze „Sztuk…” jestem tego pewna. Mrożek nie zawodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






