* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariusz Urbanek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariusz Urbanek. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2026

Mariusz Urbanek: Gałczyński. Kanarek w klatce

Iskry, Warszawa 2026.

Czary

Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.

Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.

sobota, 8 lipca 2023

Mariusz Urbanek: Marian Eile. Poczciwy cynik z "Przekroju"

Iskry, Warszawa 2023.

Przywódca

Mariusz Urbanek przyzwyczaił czytelników do ciekawych i wypełnionych anegdotami biografii - przywołuje postacie znane i kojarzone, chociaż niekoniecznie w detalach trafiające do masowej wyobraźni. "Marian Eile. Poczciwy cynik z Przekroju" to kolejna książka w tej serii - i kolejna, która nie zawiedzie fanów tego autora. Urbanek zabiera odbiorców do redakcji, która przeszła do historii ze względu na nietypowe rozwiązania i decyzje wydawnicze oraz personalne - i przygląda się działaniom redaktora naczelnego. Bardzo mało interesuje go życie prywatne Mariana Eilego, zwłaszcza że te jego aspekty, które mogłyby przyciągnąć masowych odbiorców, raczej nie dają się odkryć. Więcej miejsca przeznacza Urbanek na zastanawianie się nad relacjami Eilego i Janiny Ipohorskiej niż nad małżeństwem bohatera tomu - a przecież i tak poprzestać musi na domysłach i przypuszczeniach, bo prawdy poznać nie może. W każdym razie Eile zawodowo jest znacznie bardziej interesującym obiektem niż Eile prywatnie - w związku z tym opowieść o naczelnym "Przekroju" chwilami zamienia się w opowieść o kulisach "Przekroju" i wcale nie jest to zarzut, bo "Przekrój" to przekrój pomysłów na czasopismo wyjątkowe - ale pomysłów zrodzonych przeważnie w głowie Eilego. Mariusz Urbanek przeprowadza odbiorców przez genezy rozmaitych rubryk i postaci, które trafiły do zbiorowej świadomości, przywołuje też relacje ze sławnymi twórcami, których teksty zasilały "Przekrój". Pokazuje, jak wyglądała współpraca i jak kształtowało się towarzystwo wokół "Przekroju" działające. Stopniowo przechodzi też do tematów mniej atrakcyjnych z perspektywy zwykłego czytelnika, między innymi do polityki wkraczającej na łamy "Przekroju" i do życia Eilego - raczej trudno o optymistyczne wiadomości wtedy, kiedy trzeba walczyć o byt i stawiać czoła przeciwnościom losu. Mariusz Urbanek dba jednak o to, żeby czytelnicy dostali też sporą dawkę śmiechu i ciekawostek - w końcu "Przekrój" jako miejsce aktywizacji życia towarzyskiego i literackiego zamieniał się w źródło anegdot. Marian Eile to człowiek, który spaja wszystko i realizuje odważne wizje w wyjątkowym piśmie.

Mariusz Urbanek rozszyfrowuje pseudonimy i tożsamości, sięga po recenzje i chwyty pozwalające rozpropagować "Przekrój". Opowiada o legendzie - i wiadomo, że największym szacunkiem darzy "Przekrój" ze złotych lat. Jednak nie odrzuca też pisma po zmianach naczelnych - prowadzi rozmowy z ludźmi, którzy kontynuowali dorobek Eilego i dołącza do książki rozbudowane wywiady, tak, żeby nie zatrzymać się na jednej perspektywie. I to również może dla czytelników stać się atrakcyjne - widać, że nawet przy potężnej osobowości na pierwszy plan wysuwa się dzieło, pismo tworzone nie tylko przez literatów, ale również przez rysowników. Eile jest tym, który planuje każdy detal w "Przekroju" i tym, który musi sporo się nakombinować, żeby swojego dzieła nie stracić na przykład za sprawą niesfornych piszących albo złych decyzji wydawniczych. Wiele tu będzie niespodzianek i wiadomości z biografii wielkich artystów - ale od strony "Przekrojowej" działalności, wiele też kreatywnych pomysłów i inspiracji. Twórczy ferment w "Przekroju" to coś, co przyciągać będzie dzisiejszych czytelników i coś, co pozwoli pielęgnować marzenia o tworzeniu wyjątkowych miejsc. Urbanek - do czego zdążył już odbiorców przyzwyczaić - wie, jak uchwycić niepowtarzalną atmosferę, międzyludzkie relacje i wyzwania związane z publikacjami. Oferuje czytelnikom wszystko to, na co czekają.

czwartek, 26 marca 2020

Mariusz Urbanek: Zły Tyrmand

Iskry, Warszawa 2020.

Wielki powrót

Tą publikacją Mariusz Urbanek uwodził czytelników już wiele lat temu, teraz powraca ona na rynek już jako książka uznanego biografisty-anegdociarza. To jednocześnie okazja do przypomnienia odbiorcom sylwetki Leopolda Tyrmanda. „Zły Tyrmand” jest tomem, który uzupełni istniejące na rynku biografie i opowieści – ale od strony towarzyskiej i osobowościowej. Urbanek robi właściwie to, z czego zasłynął na rynku: zbiera ciekawostki i informacje pozaencyklopedyczne. W „Złym Tyrmandzie” jest przewodnikiem po codziennym życiu pisarza. Nie zagłębia się specjalnie w sprawy bardzo już szeroko omówione (między innymi kwestię Bogny-Krystyny), za to pokazuje Tyrmanda w relacjach ze znajomymi, ludźmi sztuki i osobami z najbliższych kręgów.

Urbanek najpierw przeprowadza wywiady z kilkudziesięcioma postaciami (dzisiaj z tego powodu książka nie mogłaby już powstać: wielu rozmówców nie żyje): gromadzi dzięki temu wiadomości, do których nie dotarłby, wertując oficjalne źródła. Szuka tego, co chwytliwe i ciekawe z perspektywy odbiorców – jak się okazuje – ponadczasowo, bo tom wcale się nie zestarzał. Dzięki prywatnym rozmowom może Mariusz Urbanek odkrywać pozapodręcznikowe zwierzenia na temat Tyrmanda. Umożliwia wgląd w codzienność bez konieczności porządkowania biograficznych detali – coś, co mogłoby znużyć odbiorców, tutaj nie istnieje: żaden rozdział nie potrzebuje rozbiegówki, autor od razu wstrzela się w temat. Przeprowadza zatem wywiady i na ich podstawie tworzy relacje. Reportażowe, szybkie, trafne i zabawne. Zbliża się do felietonów albo opowieści środowiskowych, radzi sobie z wyzwaniem – nie musi powtarzać wiadomości na temat Tyrmanda, każdemu pozwala powiedzieć to, co najważniejsze.

„Zły Tyrmand” to książka stworzona z humorem i rzetelnie – ale bez konieczności budowania pełnej notki życiorysowej. Tyrmand jest dzisiaj interesujący zwłaszcza jako barwny ptak, nie ze względu na realizowanie konkretnych planów na życie. I dlatego forma wybrana przez Urbanka sprawdza się idealnie: informacje o ważnych wydarzeniach przynosi kalendarium, a poszczególne opowieści zamieniają się w portrety – jednostkowe i wyjątkowe. Każdy obserwuje Tyrmanda z własnej perspektywy – przez pryzmat własnych zainteresowań albo spotkań z nim. Jednocześnie unika autor formy wspomnieniowej, ucieka od gloryfikowania bohatera tomu. Teksty są dość krótkie – czasami aż chciałoby się pogłębiania anegdot i historyjek – nie wnoszą one zbyt wiele do interpretacji książek, rzadko zresztą odnoszą się bezpośrednio do dzieł Tyrmanda, bardziej liczy się kontekst obyczajowy.

Mariusz Urbanek zatem rozbawi, rozbudzi ciekawość i sprawi, że sylwetka Leopolda Tyrmanda zaintryguje młodsze pokolenia. Przy okazji może ten autor przypomnieć naprawdę niezłą książkę – trafi nią do szerokiego grona odbiorców. Sztuka polega tutaj na umiejętnym eksponowaniu puent, na pokazywaniu, jak funkcjonował Tyrmand w swoich czasach i wśród podobnych sobie oryginałów. Część sukcesu publikacji bierze się z biografii bohatera tomu – ale ogromne znaczenie ma jakość opowieści: Mariusz Urbanek przekonuje do siebie każdą książką.

czwartek, 25 października 2018

Mariusz Urbanek: Profesor Weigl i karmiciele wszy

Iskry, Warszawa 2018.

Szczepionka

Mariusz Urbanek wyrasta na czołowego biografa Iskier, każda jego kolejna książka przekonuje odbiorców i zasługuje na pochwały oraz nagrody. Przybliża ten autor sylwetki znanych, ale również zapomnianych. Teraz na warsztat wziął postać, która wiele razy w historii budziła kontrowersje i różnie w różnych czasach była oceniana. “Profesor Weigl i karmiciele wszy” to tytuł, który może budzić zainteresowanie, ale i... obrzydzenie, przynajmniej miejscami. Nie da się ukryć, że ta publikacja, zwłaszcza w pierwszej fazie, apetyczna nie jest. W końcu żeby zrozumieć znaczenie odkryć Weigla, trzeba przyjrzeć się działaniom, które prowadziły do pozyskiwania szczepionki na tyfus. Niezbędne substancje bohater pozyskiwał z wszy, z kolei żeby owe wszy utrzymać przy życiu tak długo, jak były potrzebne - należało je karmić. Rudolf Weigl, profesjonalista i majsterkowicz, sam wymyślił klateczki, w których owady przytykało się do nóg i rąk karmicieli. Wśród tych karmicieli - zwłaszcza podczas drugiej wojny światowej - znalazło się wielu przedstawicieli inteligencji czy zawodów artystycznych, ale także ci, którzy uciekli przed śmiercią. Gabinet Weigla dawał schronienie – bo Niemcy panicznie bali się tyfusu i nie mogli przeprowadzać drobiazgowych kontroli w zakładzie. Jednocześnie potrzebowali szczepionek, cenili zatem profesora.

Na początku Mariusz Urbanek dość drobiazgowo analizuje przygotowywanie remedium na groźną chorobę, nie pomija żadnego elementu, nawet najbardziej turpistycznego. Chodzi o to, żeby czytelnicy zaznajomili się z tematem i przygotowali na dalsze rewelacje. Zaczyna autor dość tradycyjnie 0 od omówienia pochodzenia bohatera tomu, jednak później życie prywatne coraz bardziej będzie ustępować miejsca pracy. Nie oznacza to, że autor odrzuci akcenty komiczne: profesor Weigl stał się bohaterem licznych anegdot, część zresztą sam miał na swój temat wymyślać. I z takich drobnych puent Urbanek buduje cały rozdział. Później powraca między innymi do kwestii kobiet w życiu profesora, przedstawia jego żony i syna, który również mógł rzucić światło na wydarzenia w pracowni. Bolesną kwestią staje się narodowa tożsamość. Profesor Weigl to Austriak, który jednak wybrał na swoją ojczyznę Polskę w 1918 roku – i tej decyzji już nie zmienił, mimo że kosztowało go to wiele wyrzeczeń. O problemach związanych z pochodzeniem trochę tu Urbanek napisze. Relację będzie przetykać komentarzami pracowników Weigla i jego przyjaciół, zaprezentuje specyfikę pracy w laboratorium - i podział zadań, opowie o zagrożeniach, ale i o sposobach sabotowania Niemców (czasami odnosi się do zagadnień, które dzisiaj budzą zdziwienie: na przykład, dlaczego Weigl przygotowywał szczepionki również dla wrogów). Oskarżenia o kolaborację, jakie pojawiały się w powojennych plotkach, trzeba odpowiedni skomentować, tak, żeby bohaterstwo Weigla dzisiaj nie budziło wątpliwości.

Jak zwykle Mariusz Urbanek zachwyca narracją. Wie, jak rozkładać akcenty w opowieści i na które elementy zwracać większą uwagę. Wyszukuje ciekawostki, nie skupia się wyłącznie na życiorysie Weigla - to byłoby nieco nużące. Znajduje za to miejsce na przedstawianie jego pracowników oraz “karmicieli wszy” (w tym pierwszym przypadku motywem refrenowym okazuje się “zakładówka”, tyfus, który przechodzi każdy zatrudniony u Weigla, niezależnie od szczepionek, w drugim - reakcje organizmu, ale i podejście do zajęcia, które ratuje innym życie, a wydaje się przerażające. Jakby tego było mało, zbiera Urbanek rozmaite niemieckie plakaty propagandowe związane z informowaniem o chorobie, przytacza je jako ilustracje do opowieści. “Profesor Weigl i karmiciele wszy” to publikacja poruszająca oryginalny temat - już z tego powodu zdobędzie uznanie czytelników. Prezentuje fragment historii z perspektywy niemal prywatnej. Pomaga dowiedzieć się czegoś na temat odkryć naukowych, które zrewolucjonizowały świat. Nie ma tutaj szansy na zamęczenie tematem - chociaż książka, w odróżnieniu od innych pozycji Urbanka, nie nadaje się do czytania przy jedzeniu.

niedziela, 29 listopada 2015

Mariusz Urbanek: Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie

Iskry, Warszawa 2015.

Legendy o legendzie

Ktoś o egzystencji tak barwnej i bogatej w anegdoty jak Bolesław Wieniawa-Długoszowski w opracowaniu tak niezłomnego tropiciela ciekawostek i gawędziarza jak Mariusz Urbanek – to połączenie musi zaowocować książką niezapomnianą. I to bez względu na rzeczywiste zainteresowanie historią: Urbanek dał się już poznać jako autor niebanalnych publikacji z zakresu literatury faktu. Tomem „Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie” udowadnia swoją silną pozycję na rynku wydawniczym. Wydaje się, że Mariusz Urbanek każdy życiorys będzie umiał przenieść w atrakcyjną dla odbiorców narrację. Tu sięga po bohatera już za życia owianego legendą i świadomie kreującego własny wizerunek, traktuje więc pracę biografa prawie jak artystyczną szansę. Pisze o Wieniawie tak, jakby był świadkiem jego pomysłów i postaw. „Wieniawa” staje się lekturą lepszą niż beletrystyka, chociaż pod pewnymi względami równie starannie komponowaną.

Cała sztuka polega na czarowaniu opowieścią. Urbanek nie tworzy przyciężkiego dzieła, w którym liczą się wyłącznie suche fakty. Anegdotom i dowcipom przyznaje równorzędne prawo bytu w słusznym przekonaniu, że dobrze obrazują tytułową postać. Zresztą motyw humoru w kreacji Wieniawy byłby niemożliwy do uniknięcia, a sam autor kilka razy udowadnia, że dobroduszne kpiny daje się odczytywać jako wyraz aprobaty czy sympatii. Nawet w przesadzonych historiach powracają elementy ważne przy prezentowaniu osobowości. Do tego komizm z niestarzejących się anegdot przenika i do narracji. Wieniawa portretowany z wprawą, rzeczowo ale i żartobliwie, to zjawisko, od którego trudno będzie się uwolnić. Urbanek zabiera czytelników w klimatyczną podróż w czasie. Wrażliwy na dawną obyczajowość, umiejętnie przekazuje atmosferę międzywojnia czy gwar kawiarni literackich. Wieniawa interesuje Urbanka jako żołnierz, jako „człowiek Piłsudskiego”, ale i jako… artysta. Przebieg jego twórczych poszukiwań obrazują obszerne fragmenty wierszy. Bywa zresztą, że to Wieniawa staje się bohaterem satyr – i to Urbanek pieczołowicie odnotowuje. Nie musi zdawać się na wyobraźnię odbiorców, ukazuje im wizerunek tak oryginalny, że aż jak z powieści historycznej. Urbanek odtwarza rozmaite zachowania Wieniawy, podąża za swoim bohaterem, bo wie, że nawet w pozornie najnudniejszym momencie znajdzie anegdotę, punkt zaczepienia dla przewrotki w tekście. I nie zawodzi się, bo Wieniawa-Długoszowski zawsze pozostaje sobą. A to oznacza, że nie daje się wtłoczyć w schematy zachowań, słynie z niekonwencjonalnych pomysłów i cieszy kreatywnością. „Niewielu udało się pogodzić dwie tak sprzeczne z sobą rzeczy: wojskową dyscyplinę i artystyczne rozwichrzenie” – pisze Mariusz Urbanek i na tej dychotomii rozpina obraz Wieniawy. Unika jednak wewnętrznych sprzeczności dzięki temu, że doskonale zna swojego bohatera i docenia nawet mitotwórcze opowieści jako składnik życiorysu. Wieniawa w świadomości odbiorców funkcjonuje w roli człowieka nietuzinkowego i wolnego od ograniczeń wszelkiego rodzaju. Urbanek na światło dzienne wydobywa go w najbardziej ludzkiej rozrywkowej postaci – chociaż nie odbiera Wieniawie powagi w tematach patriotycznych. Warto zwrócić uwagę na to, że Urbanek lubi i umie opowiadać zajmująco. Bezbłędnie puentuje kolejne ciekawostki, sam bawi się znalezionymi (obszerna bibliografia!) relacjami. „Wieniawę” po prostu dobrze się czyta – ale Urbanek przyzwyczaił już przecież odbiorców do takiego stanu rzeczy. Z jego biografiami – przyjemnie spędza się czas, bez względu na to, kogo akurat dotyczą. Więc kiedy bohaterem tomu staje się człowiek o nietypowym sposobie bycia, takiej profesji i charakterze, Urbanek mógłby jedynie dopełnić historię. Jednak ten autor dodaje do narracji ton, dzięki któremu całość wybrzmiewa jeszcze lepiej.

niedziela, 31 maja 2015

Mariusz Urbanek: Kisielewscy. Zygmunt, Jan August, Stefan, Wacek

Iskry, Warszawa 2015.

Indywidualności

Mariusz Urbanek nie tworzy tradycyjnych biografii, on zabiera czytelników do sedna spraw ważnych dla bohaterów książek – i pozwala im towarzyszyć w rozmaitych życiowych wyzwaniach. Tak jest z czterema Kisielewskimi – Urbanek mógłby żmudnie rozbudowywać encyklopedyczne notki, ale zamiast tego woli zaprezentować odbiorcom biografie zbeletryzowane i splecione ze sobą. Opisuje Jana Augusta, Zygmunta, Stefana i Wacka tak, jakby towarzyszył im w codziennych sprawach. Wyrzuca z opowieści tematy mało istotne (mało „życiowe”), pomija nudne fakty, a uwypukla te, które świadczyły o charakterach czy temperamentach. Kiedy nie może zbudować spójnej opowieści o życiu, przerzuca się na twórczość – i to tak, żeby czytelnicy nie odczuli, że czegokolwiek tu brakuje. W przypadku tomu „Kisielewscy” to dorosłość i spojrzenie na sprawy artystyczne (a czasem też i polityczne) stanowi przedmiot zainteresowania Urbanka. Czterej Kisielewscy pojawiają się tu jako bohaterowie atrakcyjni z uwagi na własną egzotyczność, indywidualizm i nieuleganie wpływom innych. Różnią się od siebie, ale Mariusz Urbanek łączy ich nie tylko ze względu na rodzinne powiązania. Wszyscy mają prezentować niezłomność charakterów i wysoką samoświadomość. Tu nawet problemy – choroba psychiczna czy zamiłowanie do hazardu – nie niszczą obrazu ludzi, których warto upamiętnić. Urbanek towarzyszy trzem pokoleniom Kisielewskich i przez cały czas podtrzymuje zainteresowanie czytelników bliskością omawianych postaci. W przypadku Jana Augusta i Zygmunta pisze przede wszystkim o sztuce. Pierwszego prezentuje jako autora tekstów dla teatru, u drugiego wskazuje celne obserwacje społeczne przemycane w powieściach. Nieco inaczej rzecz ma się w przypadku Stefana i Wacka: tu twórczość przetykana jest społecznymi i charakterologicznymi uwarunkowaniami. Urbanek uzyskuje wielobarwne portrety ojca i syna przez to, że sam nie jest pewien, któremu powinien bardziej kibicować. Kiedy staje po stronie Stefana, musi zaznaczyć, jakie zmartwienia generował Wacek. Kiedy przedstawia Wacka, Stefan widnieje jako ten, którego poglądy uniemożliwiają osiągnięcie szczęścia. Ta gra toczy się przez dużą część książki i jawi się równie atrakcyjnie jak burzliwe fragmenty życiorysów Kisielewskich. Kiedy to tylko możliwe, Urbanek nawiązuje do rozmów z ludźmi, którzy znali jego bohaterów, odwołuje się też do dostępnych ogólnie opinii. Nie wykorzystuje ich jednak jako wyłącznego składnika budującego charakterystyki – te płyną z analiz zachowań oraz postaw, życiowych wyborów – i relacji rodzinnych. „Kisielewscy” to książka ukrywająca pracę badawczą. Niemal do każdego zdania mógłby Mariusz Urbanek przygotować wyjaśniający źródło przypis – woli jednak, żeby nic nie zakłócało czytelnikom odbioru. W ten sposób beletryzuje swoją książkę i trafia z nią do różnych grup czytelników. Zapewnia im nie tylko sporą dawkę wiadomości, ale też dobrą rozrywkę podczas śledzenia sprawnej narracji. Zresztą Urbanek w Iskrach dorobił się już pozycji uznanego biografa i odbiorcy doskonale wiedzą, czego spodziewać się po jego publikacjach. „Kisielewscy”, chociaż dotyczą czterech a nie jednej postaci, nie wydają się lekturą pospieszną czy niestarannie przygotowaną. Ten autor potrafi snuć opowieści pełne życia, a przy tym dalekie od konwencjonalnych biografii. Zresztą o dobrym opanowaniu formy świadczy tu umiejętność przeplatania życiorysów i układania z poszczególnych historii jednej bardzo udanej narracji. „Kisielewscy” to z jednej strony pozycja biograficzna przybliżająca sylwetki czterech wybitnych przedstawicieli rodu, który zapisał się w historii kultury, z drugiej – prawdziwa lekcja pisania w wykonaniu Mariusza Urbanka.

środa, 31 grudnia 2014

Mariusz Urbanek: Genialni. Lwowska szkoła matematyczna

Iskry, Warszawa 2014.

Mistrzowie obliczeń

Mariusz Urbanek jako biograf nie zawodzi w dalszym ciągu. Jego najnowsza publikacja, „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna” to opowieść o życiu kilku uczonych – jednocześnie wybitnych umysłów i nieprzystosowanych do zwykłej egzystencji osobowości. A że Urbanek sprawdza się jako poszukiwacz anegdot – w tym temacie znalazł pole do popisu. Można nawet nie lubić matematyki, a i tak „Genialnych” czytać z przyjemnością – autor nie skupia się bowiem na przybliżaniu odbiorcom sedna badań, a na prezentowaniu codzienności matematyków. W gronie najlepszych znaleźli się m.in. Stanisław Mazur, Stefan Banach czy Stanisław Ulam. Nazwiska utrwalone w historii – i to nie tylko w historii matematyki (Ulam jako jeden z pracujących nad bombą atomową) ożywają tu i trafiają do powszechnej świadomości. Urbanek trochę przypomina odbiorcom o postaciach ze świata nauk ścisłych, a trochę bawi się opowieściami, które żal byłoby stracić.

„Genialni” ze względu na obecność kilku ważnych bohaterów nie przypominają typowych biografii. Urbanek proponuje migawki z doświadczeń kolejnych postaci, wprowadza je szybko i przeplata ze sobą. Koncentruje się na jednej sylwetce na chwilę, żeby dostarczyć czytelników paru biograficznych szczegółów i natychmiast przejść do następnego przedstawiciela „lwowskiej szkoły matematycznej”. Taki rytm tomu wydaje się bardzo Urbankowi odpowiadać – ten autor przecież celowo wynajduje w życiorysach ciekawostki i anegdoty, by osłabić „encyklopedyczne” brzmienie wiadomości. I „Genialnych” skleja z takich właśnie odkryć. Tu mniej liczy się, kto z jakiej rodziny się wywodził. Scenki towarzyskie niemal całkowicie zdominują pierwszą część książki. A wśród barwnych opowieści pojawiają się historie o niezwykłych sposobach zdobywania tytułów naukowych, o grach w gronie matematyków czy o ich życiowej nieporadności. Niewiele życia prywatnego, ale niewiele też sfery naukowej, jakby bohaterów najlepiej definiowały wzajemne „zabawy”. Wielkie matematyczne odkrycia są sygnalizowane tu jakby przypadkowo, na marginesie prezentowania ciekawych charakterów postaci. Dość szczegółowo Urbanek opisuje też czas wojny – tu musi zrezygnować z lekkiego tonu, ale nie zaburza przez to samego rytmu opowieści. Nie porzuca też mozaikowej formy – wciąż przeskakuje od uczonego do uczonego. W ten sposób nawet z fragmentarycznych życiorysów złożyć może całość, spójną relację rozbudzającą ciekawość odbiorców, a nie nudną.

Bo Urbankowi przede wszystkim zależy na zaprezentowaniu barwnych postaci, które nie zabiegały o rozgłos i nie wdarły się do powszechnej świadomości. Matematycy z lwowskiej szkoły z jednej strony przełamują stereotyp poważnych uczonych zaangażowanych w rozwój nauki i przekazujących innym wyniki swoich badań, z drugiej jawią się jako gromada indywidualistów z czasem niezrozumiałymi dla otoczenia przyzwyczajeniami. Matematyka plasuje się gdzieś w tle, zresztą zdarza się, że wybitny przedstawiciel tej dziedziny wiedzy ma problemy z dodawaniem cen gazet. Takich smaczków Urbanek dostarcza bardzo dużo – wydaje się niemal, że tylko w ich poszukiwaniu sięga do materiałów źródłowych i odtwarza pozanaukowe relacje między genialnymi.

Wcale nie trzeba znać się na matematyce, żeby cieszyć się lekturą. Dla ceniących tę gałąź nauki „Genialni” mogą być miejscami rozczarowujący – Urbanek pomija specyfikę problemów-zagadek, oddala się od liczb i wzorów czy dowodów matematycznych. Czasem aż chciałoby się zerknąć – przy okazji cieszenia się anegdotami – na to, co stanowiło codzienność bohaterów. Autor jednak dostarcza wyłącznie humanistycznego spojrzenia na biografie uczonych, wyjaśnienia matematycznych zawiłości pozostawiając innym. Tym sposobem poszerza grono swoich odbiorców.

środa, 9 października 2013

Mariusz Urbanek: Tuwim. Wylękniony bluźnierca

Iskry, Warszawa 2013.

Intensywność poezji

Mariusz Urbanek przybliża czytelnikom po raz kolejny postać Juliana Tuwima. Jego książka „Tuwim. Wylękniony bluźnierca” to bardzo umiejętne połączenie nienudnych wiadomości biograficznych z przeglądem twórczości oraz recepcji dzieł, ozdobione dodatkowo mapą kontaktów towarzyskich i społeczno-politycznym kontekstem dla tworzenia i życia. Autor przygląda się Tuwimowi, jako badacz i czytelnik, a taka perspektywa sprawi, że łatwiej mu będzie przekonać do siebie odbiorców. Zresztą, kto poznał już biografie pióra Urbanka, ten wie, że warto po nie sięgać. I tym razem autor nie zawodzi, stając się ciekawym opowiadaczem (bo nie – gawędziarzem) o Tuwimie.

Urbanek rzetelnie przygotowuje woje książki. Kiedy czyta go ktoś obeznany w życiorysowo-anegdotycznych perypetiach bohaterów i twórców, dostrzega źródła poszczególnych historii – ale nie musi męczyć się ze szwami w narracji. Urbanek bardzo zgrabnie splata całe komentarze, wybiera z materiałów źródłowych to, co jest mu akurat najbardziej potrzebne oraz to, co stale podtrzymywać będzie uwagę odbiorców. W „Tuwimie” porusza się najpierw według klucza twórczości, potem – według wyznaczników biografii. Dzięki temu może zaprezentować odbiorcom najbardziej interesujące sfery egzystencji poety. Chociaż odnosi się Urbanek do motywów znanych z zapisków wspomnieniowych czy opracowań, potrafi przełożyć dostępne wiadomości na wartką i spójną lekturę. Tych, którzy życie i twórczość Tuwima znają, nie zrazi do siebie (co najwyżej zachęci do samodzielnego pogłębiania wiedzy), tych, którzy nie mają pojęcia o działalności poety zaopatrzy w rzetelny zestaw faktów, komentarzy i cytatów. Autor wypowiedzi innych cytuje obficie, ale zawsze tak, że nie sprawia wrażenia mozaiki z zewnętrznych opinii. Potrafi parafrazować uwagi i wplatać je w tekst bez przykrych dla odbiorców stylistycznych przeskoków. Z dostępnych składników przyrządza bardzo apetyczne danie, sam usuwa się w cień: jako świadomy narrator, nie musi eksponować własnej ogromnej pracy. Tym przekona do siebie ostatecznie.

Na początku droga przez życie Tuwima prowadzi od utworu do utworu. Urbanek bezbłędnie wybiera te scenki i te teksty, które były istotne dla jego bohatera, pozwala przemawiać spotkaniom, sytuacjom i drobiazgom z codzienności. Nie stara się opowiedzieć i przeanalizować wszystkiego – takie zadanie przerastałoby ramy tej biografii i prawdopodobnie odstraszyłoby sporą część czytelników. Mariusz Urbanek daje się za to poznać jako ten, który dokonuje dobrych wyborów, umiejętnie selekcjonuje materiały i podkreśla to, co przykuje uwagę odbiorców. Nie rozprasza się na historiach, które nic nie wnoszą do charakterystyki poety. Rozdziały porządkuje tematycznie – utwory czy zainteresowania Tuwima prezentuje w oderwaniu od całego życia, jakby przez lupę przyglądał się konkretnym wycinkom działalności poety po to, by umiejscowić je w literackiej przestrzeni. Opowiada o Tuwimie szybko, ale też starannie, bez spłycania tematów. Przekonuje do siebie czytelników jako ten, który umie znajdować ciekawostki i zajmująco opowiadać o niemedialnej pracy.

Tuwim na kartach tomu Urbanka powraca z całą intensywnością: nie traci się tu nic z jego emocji i alchemicznych zabaw słowami. Urbanek stroni natomiast od szkolnych i podręcznikowych sposobów prezentowania poetów. Wydobywa esencję z twórczości Juliana Tuwima, serwując czytelnikom naprawdę udaną historię, oderwaną od szablonów i wzorów pisania biografii czy biografii pop. „Tuwim. Wylękniony bluźnierca” to publikacja, która pozwala przypomnieć najważniejsze (ale i najbardziej oryginalne) dokonania Juliana Tuwima. Dobrze przemyślana i skomponowana, przenosi odbiorców w świat, w którym najważniejsze są słowa.

piątek, 31 maja 2013

Mariusz Urbanek: Brzechwa nie dla dzieci

Iskry, Warszawa 2013.

Bajkopisarz i życie

W świadomości społecznej Jan Brzechwa funkcjonuje jako bajkopisarz. O jego działalności satyrycznej pamięta niewielu. O Brzechwie-liryku niemal nikt. Arcyciekawy zbiór wspomnień, „Akademia Pana Brzechwy” nie przebija się do kanonów lektur, a niektórych – bardzo zaangażowanych w dawną politykę i rozdrapywanie życiorysów w poszukiwaniu tanich sensacji – interesuje wyłącznie podważanie zasług autora, który uczył dzieci humoru. Mariusz Urbanek w tomie „Brzechwa nie dla dzieci” tworzy biograficzno-artystyczną kompilację wiadomości o działaniach Jana Brzechwy – a że ochoczo czerpie z wywiadów i zapisków bliskich poety, a samego autora traktuje niemal jak swojego przyjaciela, jest co poczytać.

Urbanek dość dokładnie przygląda się kolejnym dziedzinom, w których udzielał się Brzechwa. Kiedy analizuje życiorys, uwypukla ciekawostki, kiedy przechodzi do twórczości, przywołuje artystyczne wybory, powiązania z rzeczywistością i klucze interpretacyjne. Chętnie korzysta z notowanych przez przyjaciół Brzechwy anegdot, budując obraz człowieka z nieprzeciętnym poczuciem humoru. Trzeba mu przyznać, że kiedy sięga po spisywane przez satyryków fragmenty, nie wprowadza ich – jak niektórzy publicyści – na prawach mozaikowej konstrukcji z cytatów, ale nie niszczy puent ani wewnętrznej lekkości wspomnień. Stawia na rzetelność, stara się precyzyjnie przedstawiać swojego bohatera. Tematyzuje rozdziały, by przeciętnemu czytelnikowi łatwiej było śledzić zwłaszcza artystyczne wybory. Bardziej zainteresowanym literackimi poszukiwaniami Brzechwy spodobać się mogą zwłaszcza szczegółowo potraktowane epizody kabaretowe. Zabrakło mi natomiast trochę Brzechwy z „Opowiadań drastycznych” (choć sam zestaw pojawia się w tomie kilka razy). Bardzo ładnie wybrzmiewają tu opowieści poświęcone walkom o kształt literatury dla dzieci. Mariusz Urbanek nie pomija też „niewygodnych” zagadnień – a całą książkę kończy rejestrem burzy nad Brzechwą i przedstawieniem politycznych przepychanek (nic a nic nie interesujących dzieci, które wybrały sobie bajkopisarza na patrona szkoły). ZAiKS, kontakty ze skamandrytami i futurystami, opinie krytyków – Urbanek dąży do zaprezentowania wielowymiarowego wizerunku. Wiadomo, że o samym Brzechwie jako bajkopisarzu można by bez trudu napisać kilka tomów – ale Urbanek szuka równowagi między kolejnymi rolami Jana Brzechwy. Pokazuje go bez patosu, za to z sympatią. Odnosi się do recepcji twórczości, i do grona znajomych. Przywołuje Brzechwę mniej znanego – i budzi zainteresowanie artystą, na którego tekstach wychowują się kolejne pokolenia.

Udała się Urbankowi ta biografia nawet bardziej niż książka o Broniewskim: jest bardziej gęsta, sycąca, a przy tym mocno zanurzona w realiach konkretnych zawodów. Autor nie wpada w manię cytowania (a popularyzatorski charakter opowieści każe mu zrezygnować z przypisów na rzecz rzetelnej bibliografii). Jeśli ktoś po lekturze tego tomu będzie chciał zagłębić się w świat bliski Brzechwie, bez trudu trafi do najciekawszych tekstów źródłowych – wywiadów i wspomnień. Zwykłym czytelnikom Urbanek proponuje też delikatne próby odczytywania twórczości Brzechwy dzięki kilku kluczom interpretacyjnym. Nie popada w biograficzne schematy, anegdoty rozmieszcza z wyczuciem. To naprawdę udana biografia, wprowadzająca też śladowe pomysły na odczytywanie lektur. Na takie opracowanie Brzechwa zasługuje. Tom Iskier wart jest polecenia: poza szczegółowym przedstawianiem życia i twórczości Brzechwy cieszy tu także ładny język i wyczucie stylistyczne. To tom mimo kontrowersyjnych czasem tematów optymistyczny i pogodny, pasuje do pisarstwa Brzechwy – i porządkuje informacje na temat artysty. Dobrze się „Brzechwę nie dla dzieci” czyta, a Urbanek udowadnia, że potrafi wzbudzić zainteresowanie czytelników starannie opracowanym tematem.


niedziela, 20 listopada 2011

Mariusz Urbanek: Broniewski. Miłość, wódka, polityka

Iskry, Warszawa 2011.

Poeta niepokorny

Właściwie do lektury biografii Władysława Broniewskiego zachęcać nikogo nie trzeba, bo wtajemniczeni na tę pozycję czekali z niecierpliwością, a niewtajemniczonym wystarczy kilka faktów lub anegdot z życiorysu, by natychmiast rozbudzić ich ciekawość, ale Mariusz Urbanek wykorzystuje dodatkowo marketingowo-gawędziarskie zdolności, by tekst ubarwić. I tak od pierwszych stron (a może i od pierwszych słów) tomu „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” autor dostarcza sensacji, ciekawostek i przeżyć barwnie opisanych. Nie ma tu nic ze żmudnego przekopywania się przez zestaw suchych faktów z cudzego życia, nie ma zmęczenia tematem ani formą – książka Urbanka nie przypomina klasycznej biografii, szybciej plotkarską opowieść, utkaną z wydarzeń mało prawdopodobnych, a przecież zachowanych w pamięci potomnych.

Trzy elementy, tak trafnie zaakcentowane w podtytule książki, mają przyciągnąć uwagę odbiorców, jednak nie na prawach taniej sensacji, a jako czynniki kształtujące biografię poety. Rzeczywiście Urbanek rozpoczyna od rozpracowywania kolejnych dam serca Broniewskiego, rzeczywiście często powraca do tematu polityki (nie dałoby się tego przecież uniknąć) i nie ukrywa słabości swojego bohatera do alkoholu. W tym wszystkim nie traci z oczu literatury, chociaż bardziej interesuje go życie, postawy dalekie od pomnikowych i niebanalne pomysły, które z czasem zaczęły budować legendę Broniewskiego. Urbanek traktuje poetę z sympatią, nie sili się na obiektywizm, widać, że pozostaje pod urokiem Broniewskiego – ale też rzetelnie wczytuje się w dostępne dokumenty. Co ważne, wiedzę wyniesioną z rozmaitych pism przekuwa na rodzaj półprywatnego reportażu, interesuje go przede wszystkim Broniewski nieoficjalny – dowcipny i stanowczy, nie zawsze szczęśliwy, czasem zagubiony. Broniewski w sercowych podbojach i Broniewski-alkoholik, dobry mąż i ojciec lub łajdak (którego mimo wszystko nie da się odrzucić). Broniewski na wojnie i Broniewski torpedujący absurdalne pomysły władz, Broniewski jako autor poematu chwalącego Stalina i Broniewski-patriota. Niby to na marginesie trzech tytułowych skandalizujących tematów, udaje się Urbankowi całkiem dobrze nakreślić sylwetkę poety z różnych stron. Dla tych czytelników, którzy życiorys Broniewskiego znają, wielkich niespodzianek tu nie będzie (ciekawostkę stanowi jedynie komentarz do aktualnej recepcji Broniewskiego, a dla wszystkich odbiorców miłym prezentem będzie obszerny wywiad z przybraną córką poety, podsumowujący sferę prywatną). Urbanek korzysta z zachowanych materiałów, a jednocześnie potrafi je opracować tak, by uzyskać świeżą i żywą narrację. Nie widać żmudnej archiwizacyjnej pracy – przysłania ją lekki, bogaty w anegdoty i fragmenty wierszy tekst. Takie rozwiązanie nie tylko pozwala przybliżyć sylwetkę Broniewskiego, ale jeszcze, dodatkowo, wzbudzić do niego sympatię oraz zainteresowanie twórczością. Urbanek dobrze panuje nad egzystencją opisywanego poety i fascynacją nim dzieli się z przekonujący sposób z czytelnikami, co sprawia, że tom „Broniewski. Miłość, wódka, polityka” naprawdę wciąga.