PWN, Warszawa 2018.
Zrób sobie człowieka
Przedziwna jest ta publikacja i chociaż podtrzymuje ideę ogłoszoną w tytule serii (Laboratorium w szufladzie), paru odbiorców zaskoczy rozwiązaniami i pomysłami na poznawanie szczegółów anatomicznych. Zasław Adamaszek bowiem nie skupia się na tym, żeby przedstawiać czytelnikom elementy biologii czy nauki o człowieku jako takim. Interesuje go natomiast, jak w warunkach domowych skonstruować mechanizmy podobne do tych, które działają w ludzkim ciele. Namawia do prac ręcznych w dość zaawansowanym zakresie – a wszystko po to, żeby stworzyć model płuc, układu wydalniczego albo dłoni. Wszystko przypominać może dziecięcą zabawę: w ruch pójdzie piankolina, rurki do napojów, paski papieru, baloniki i stare butelki. Czasami autor będzie jednak zachęcał do bardziej precyzyjnych i skomplikowanych prac: trzeba będzie coś polutować, użyć baterii i sprawić, że gotowy produkt zaświeci. A wszystko w imię poznawania człowieka i fascynacji jego organizmem.
“Anatomia człowieka” to publikacja wykorzystująca dotychczasowe zdobycze serii. Zasław Adamaszek nie zamierza tutaj robić nic poza gruntem przygotowanym przez poprzedników. Dzieli książkę na części - w tym wypadku poświęcone kolejnym elementom ludzkiego ciała (osobno omawiać będzie kręgosłup, serce, mięśnie czy mózg. Za każdym razem uważnie przyglądać się będzie stanowi nauki: tak, by dostarczyć odbiorcom solidne podstawy wiedzy. Takie wprowadzenia są niezbędne, żeby uniknąć późniejszych nieporozumień albo pytań o celowość działania. W końcu to, do czego Adamaszek zachęca, nie należy do zwyczajnych zadań domowych z biologii ani nawet do zwykłych praktyk studentów medycyny. Rzadko nawet spotyka się ludzi z podobnymi pasjami: trzeba więc sporej dawki teorii, żeby przekonać odbiorców do praktyki, czyli do konstruowania sobie poszczególnych modeli elementów ludzkiego ciała dla zabawy i sprawdzenia, jak działają.
Autor traktuje pojedyncze konstrukcje bardzo poważnie i dba nie tylko o zgodność z zasadami fizyki czy wykorzystanie prostych do zdobycia materiałów, ale nawet o efekt wizualny: stąd wykorzystywanie materiałów kojarzonych dotąd raczej z plastyką młodszych klas niż z pracą nad ludzkim ciałem. Ponadto dba o to, by nie pozostawiać wątpliwości młodym konstruktorom: proponuje niemal przepisy, wzorowane na tych kulinarnych, z dokładnym podaniem, co będzie potrzebne i co należy przed przystąpieniem do pracy przygotować. W kolejnych krokach omawia działania, co pewien czas przywołując ich znaczenie czy sens. Ponieważ angażuje czytelników do sporej i wytężonej pracy, musi dość dobrze umotywować działania, żeby nie zniechęcić dzieci, a zaprosić je do ciekawej przygody. Skupia się tu przy tym na anatomii, mniej na zasadach fizyki (te sygnalizuje). Jest to publikacja dobra nie tylko dla uczniów: przydać się może również rodzicom, których pociechy są ciekawe świata, a jeszcze za małe na konstruktorskie wyzwania: prawie wszystkie z tych propozycji nadają się na prezentację “magicznych” możliwości ludzkiego ciała: każdy ojciec zaimponuje swojemu dziecku, kiedy zamiast zbywać jego pytania i odsyłać do lektur, zabierze się do pracy i pokaże efekt funkcjonowania ludzkiego ciała na prostym modelu. Ale żeby stworzyć sobie części człowieka, trzeba sporo czasu - więc Adamaszek nie każdemu przypadnie do gustu. Nacisk w tej publikacji kładzie się nie na edukowanie odbiorców, a na zabawę, która edukację ma wpisaną w rezultaty. To książka dla czytelników, którzy chcą rozumieć funkcjonowanie ludzkiego organizmu, a do tego mają ochotę na manualne wyzwania.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laboratorium w szufladzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laboratorium w szufladzie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 lipca 2018
czwartek, 25 stycznia 2018
Stanisław Łoboziak: Laboratorium w szufladzie. Biologia
PWN, Warszawa 2016.
Doświadczenia
Powszechne jest narzekanie na szkołę. Że nauczyciele nagradzają wyłącznie za zakuwanie, że nie potrafią zainteresować materiałem, że dla ciekawych i żądnych wiedzy uczniów nie ma odpowiednich propozycji. Teraz jako uzupełnienie programu przychodzi popularnonaukowy cykl Laboratorium w szufladzie, dzięki któremu każdy w domowych warunkach i bez większych nakładów finansowych przeprowadzać może eksperymenty i zgłębiać wiedzę. Seria teoretycznie kierowana jest do młodych ludzi, w praktyce skorzystać z niej mogą nauczyciele, którzy nie trzymają się kurczowo podstaw programowych, rodzice chcący przekonać pociechy do nauki, a poza tym wszyscy, którzy mają ochotę empirycznie sprawdzić odkrycia naukowe lub znaleźć wyjaśnienia zaobserwowanych już zjawisk. „Laboratorium w szufladzie. Biologia” to tomik na pograniczu biologii i chemii organicznej, wykraczający sporo poza wiadomości z podręczników. Stanisław Łoboziak przekonuje, że biologią mogą się zainteresować wszyscy. Naczyń i narzędzi potrzebnych do przeprowadzania eksperymentów poleca szukać… w kuchni (ale kilka razy ostrzega, by raz użytych do ćwiczeń nie przenosić z powrotem do kuchennych celów). Nie do końca wystarczy wyposażenie kuchni, bo przyda się między innymi mikroskop, ale i tak dzisiaj dostęp do tego typu sprzętów jest dużo łatwiejszy niż dawniej.
Zaczyna autor od… wydzielenia i obserwowania DNA. To oznacza, że będzie zamieniać teorię w praktykę, unaoczni odbiorcom, że tematy pracy biologa nie są tak abstrakcyjne. W ogóle pierwsze proponowane przez niego zadania przypominają te z lekcji: przygotowuje się preparaty i obserwuje komórki pod mikroskopem. Efekty trafiają do rysunku poglądowego i prowadzą bezpośrednio do wniosków. W dalszej kolejności autor zajmuje się między innymi fotosyntezą (sprawdza, jak rośliny produkują tlen pod wpływem światła), filtrowaniem wody, przygotowywaniem wskaźników z czerwonej kapusty. Zagląda do kuchni, opowiadając o jogurcie czy drożdżach, pozwala wyhodować rozmaite grzyby (między innymi na… papierze toaletowym) i zajmuje się owadożernymi roślinami. Podejmuje trudne zagadnienia (bioluminescencja) i takie, które nawet dla dzieci nie będą dziwne (zachowanie dżdżownic). Czasami trzeba będzie wykorzystać światło UV, czasami efekt badań da się od razu wykorzystać w codziennym życiu (sprawdzenie pH gleby podpowie, jakie rośliny będą dobrze rosły w domowym ogródku).
Każdy rozdział, osobny temat, to kilka składników. Najpierw autor wylicza potrzebny sprzęt oraz materiały – o ile w tej pierwszej dziedzinie można być kreatywnym i niektóre pozycje zastąpić innymi bez wychodzenia na zakupy, o tyle przy gromadzeniu materiałów trzeba się będzie napracować: zdobyć moczarkę kanadyjską, rozmaite roztwory a nawet… larwy much plujek lub kawałek świeżo ściętego drewna z drzewa bukowego. Korzystanie z tomiku wymagać więc będzie wysiłku, ale wynagrodzi to możliwość obserwowania opisanych w książce zjawisk. To jak dokonywanie odkryć, ale bez zdawania się na przypadek – sposób na zainteresowanie nauką najbardziej opornych. Po spisie potrzebnych rzeczy pojawia się procedura, czyli opis – krok po kroku – koniecznych czynności. Autor nic nie pozostawia przypadkowi, dokładnie odmierza wartości i nie daje miejsca na modyfikacje. Kolejny punkt opisu to obserwacje – tu pojawia się krótki przegląd tego, co odbiorcy powinni samodzielnie zauważyć, ewentualnie – na czym się skupić. Obserwacje są bardzo krótkie, rozbudowane stają się wnioski – kolejny punkt obowiązkowy każdego rozdziału. Autor chce bowiem wytłumaczyć czytelnikom, co oznacza przeprowadzone doświadczenie, jak przydaje się w codzienności – i wprowadza tu też sporą dawkę fachowej wiedzy, tak, aby oprócz samego doświadczenia odbiorcy umieli też wyjaśnić proces. To miejsce na dodatkowe komentarze, które wprowadzone na początku mogłyby co bardziej niecierpliwych zniechęcić do pracy. Część rozdziałów zamyka bonus „czy wiesz, że”, z możliwością poszerzania wiedzy o dalsze ciekawostki. „Laboratorium w szufladzie. Biologia” to książka, która ma oswajać z nauką.
Doświadczenia
Powszechne jest narzekanie na szkołę. Że nauczyciele nagradzają wyłącznie za zakuwanie, że nie potrafią zainteresować materiałem, że dla ciekawych i żądnych wiedzy uczniów nie ma odpowiednich propozycji. Teraz jako uzupełnienie programu przychodzi popularnonaukowy cykl Laboratorium w szufladzie, dzięki któremu każdy w domowych warunkach i bez większych nakładów finansowych przeprowadzać może eksperymenty i zgłębiać wiedzę. Seria teoretycznie kierowana jest do młodych ludzi, w praktyce skorzystać z niej mogą nauczyciele, którzy nie trzymają się kurczowo podstaw programowych, rodzice chcący przekonać pociechy do nauki, a poza tym wszyscy, którzy mają ochotę empirycznie sprawdzić odkrycia naukowe lub znaleźć wyjaśnienia zaobserwowanych już zjawisk. „Laboratorium w szufladzie. Biologia” to tomik na pograniczu biologii i chemii organicznej, wykraczający sporo poza wiadomości z podręczników. Stanisław Łoboziak przekonuje, że biologią mogą się zainteresować wszyscy. Naczyń i narzędzi potrzebnych do przeprowadzania eksperymentów poleca szukać… w kuchni (ale kilka razy ostrzega, by raz użytych do ćwiczeń nie przenosić z powrotem do kuchennych celów). Nie do końca wystarczy wyposażenie kuchni, bo przyda się między innymi mikroskop, ale i tak dzisiaj dostęp do tego typu sprzętów jest dużo łatwiejszy niż dawniej.
Zaczyna autor od… wydzielenia i obserwowania DNA. To oznacza, że będzie zamieniać teorię w praktykę, unaoczni odbiorcom, że tematy pracy biologa nie są tak abstrakcyjne. W ogóle pierwsze proponowane przez niego zadania przypominają te z lekcji: przygotowuje się preparaty i obserwuje komórki pod mikroskopem. Efekty trafiają do rysunku poglądowego i prowadzą bezpośrednio do wniosków. W dalszej kolejności autor zajmuje się między innymi fotosyntezą (sprawdza, jak rośliny produkują tlen pod wpływem światła), filtrowaniem wody, przygotowywaniem wskaźników z czerwonej kapusty. Zagląda do kuchni, opowiadając o jogurcie czy drożdżach, pozwala wyhodować rozmaite grzyby (między innymi na… papierze toaletowym) i zajmuje się owadożernymi roślinami. Podejmuje trudne zagadnienia (bioluminescencja) i takie, które nawet dla dzieci nie będą dziwne (zachowanie dżdżownic). Czasami trzeba będzie wykorzystać światło UV, czasami efekt badań da się od razu wykorzystać w codziennym życiu (sprawdzenie pH gleby podpowie, jakie rośliny będą dobrze rosły w domowym ogródku).
Każdy rozdział, osobny temat, to kilka składników. Najpierw autor wylicza potrzebny sprzęt oraz materiały – o ile w tej pierwszej dziedzinie można być kreatywnym i niektóre pozycje zastąpić innymi bez wychodzenia na zakupy, o tyle przy gromadzeniu materiałów trzeba się będzie napracować: zdobyć moczarkę kanadyjską, rozmaite roztwory a nawet… larwy much plujek lub kawałek świeżo ściętego drewna z drzewa bukowego. Korzystanie z tomiku wymagać więc będzie wysiłku, ale wynagrodzi to możliwość obserwowania opisanych w książce zjawisk. To jak dokonywanie odkryć, ale bez zdawania się na przypadek – sposób na zainteresowanie nauką najbardziej opornych. Po spisie potrzebnych rzeczy pojawia się procedura, czyli opis – krok po kroku – koniecznych czynności. Autor nic nie pozostawia przypadkowi, dokładnie odmierza wartości i nie daje miejsca na modyfikacje. Kolejny punkt opisu to obserwacje – tu pojawia się krótki przegląd tego, co odbiorcy powinni samodzielnie zauważyć, ewentualnie – na czym się skupić. Obserwacje są bardzo krótkie, rozbudowane stają się wnioski – kolejny punkt obowiązkowy każdego rozdziału. Autor chce bowiem wytłumaczyć czytelnikom, co oznacza przeprowadzone doświadczenie, jak przydaje się w codzienności – i wprowadza tu też sporą dawkę fachowej wiedzy, tak, aby oprócz samego doświadczenia odbiorcy umieli też wyjaśnić proces. To miejsce na dodatkowe komentarze, które wprowadzone na początku mogłyby co bardziej niecierpliwych zniechęcić do pracy. Część rozdziałów zamyka bonus „czy wiesz, że”, z możliwością poszerzania wiedzy o dalsze ciekawostki. „Laboratorium w szufladzie. Biologia” to książka, która ma oswajać z nauką.
poniedziałek, 26 grudnia 2016
Łukasz Badowski, Zasław Adamaszek: Laboratorium w szufladzie. Matematyka
PWN, Warszawa 2016.
Poza liczbami
Seria Laboratorium w szufladzie to szereg pozycji, które nakazują przedefiniować szkolną wiedzę i cały sposób przyswajania nauki. Autorom zależy na tym, by informacje przekazywać w atrakcyjny dla młodszych i starszych sposób, tak daleko od podręczników, jak to tylko możliwe. Tu nikomu nie da się zarzucić rutyny w nauczaniu, monotonii albo braku pomysłów. Cykl jest alternatywą dla szkolnej dawki wiedzy, a zainteresować może i młodszych, i starszych czytelników – ze względu na oryginalne propozycje doświadczeń naukowych i „eksperymentów” do przeprowadzenia samodzielnie w domu.
Tomik „Laboratorium w szufladzie. Matematyka” także spełnia założenia tego cyklu, chociaż części odbiorców wyda się to niemożliwe. Matematyka traktowana jako najbardziej „teoretyczna” z nauk, w najmniejszym stopniu nie kojarzy się z działaniem wykraczającym poza rozwiązywanie zadań i równań. Jeśli ktoś z powodu liczb matematyki nie znosi, może się nie obawiać – tu rachunków ani wzorów nie będzie. Nie będzie też podstaw, od których przeważnie zaczyna się spotkanie z tym przedmiotem. Pojawią się za to obserwacje i zjawiska do wykorzystania w różnych dziedzinach życia codziennego. Niektóre – niezbędne, inne przydatne w rozrywce, jeszcze inne – rozbudzające ciekawość i nakłaniające do samodzielnych poszukiwań. W tomiku znajdzie się również sporo teorii, ale już z poziomu zaawansowanego. Nie przez przypadek książka ma cztery kolorystyczne oznaczenia poziomów trudności, a w rozdziałach nawiązuje się do wiedzy akademickiej. Matematyka raz wiąże się z fizyką, raz – z geografią, przydaje się nawet w warsztacie poety, co autorzy sprytnie udowadniają. Na dowód, jak mocno pogłębiają wiadomości, warto przytoczyć fakt, że przywołane przez nich rozpiski stóp akcentowych w wierszach obejmują także nazewnictwo wartości spoza polskich utworów – tego nie poznają nawet jako ciekawostki studenci polonistyki. Ale matematyk w tej wersji nie liczy i nie oblicza. Nie ma na to czasu, bo wciąż przytrafia się coś, co warto zaobserwować i przeanalizować.
Autorzy zaczynają od zasad symetrii, a do ćwiczeń wykorzystują zwykłe lustro. Pokazują, czym naprawdę jest odbicie – i jak twórczo je wykorzystać. To pretekst do opowiadania o palindromach i prób odwracania kierunku pisania. Zaczyna się od znajdowania osi symetrii symboli – ale to droga do zbudowania własnego kalejdoskopu. Kiedy już temat historii zostanie wyczerpany, przychodzi czas na… układanie kafelków. Autorzy nie zajmują się oczywistościami, ale sprawdzają, z jakich figur nie da się stworzyć parkietu. Pokazują wymyślanie wzorów, często bardzo skomplikowanych. „Kafelki” stają się ciekawym, bo praktycznym, ukazaniem życiowego potencjału geometrii. Od figur autorzy przechodzą do brył – namawiają do konstruowania wielościanów (symetrię zresztą da się wykorzystywać również przy składaniu papieru). Tu z pomocą przychodzi dzisiejsze wyposażenie sklepów z produktami do hand-made’owych popisów. Z drucików kreatywnych i słomek da się układać nawet bardzo skomplikowane bryły, chętni mogą też posłużyć się podanymi schematami i przygotować kartonowe odpowiedniki. Matematyka to nie tylko budowanie jak z klocków – w tomie „Laboratorium w szufladzie. Matematyka” moment przejścia do skomplikowanych szyfrów jest tylko kwestią czasu. Autorzy nawiązują do Enigmy i pokazują, jak wykonać własne koło szyfrujące z… pudełka po płycie CD. Wśród ich „wynalazków” jest też urządzenie do cięcia styropianu ze struny do gitary. Większość odbiorców nie myślała w ten sposób o matematyce. Warto tu też zaznaczyć, że dla autorów zabawą jest samodzielne przygotowywanie potrzebnych przedmiotów: można kupować odpowiednio przycięte lusterka albo soczewki, ale dużo ciekawiej jest samodzielnie przyciąć rurkę szklaną.
Rozdziały, nawet te według oznaczeń najprostsze, cechują się wysokim stopniem skomplikowania: pobieżna lektura nie pozwoli na zrozumienie wyjaśnień. Tu trzeba uwagi i pracy – a także chęci zgłębiania zagadnienia. Praktyczna część tomiku dostarczy rozrywki, ale teoretyczna jest dla osób naprawdę ciekawych przyczyn określonych zjawisk. To matematyka dużo bardziej skomplikowana niż „zwykłe” liczenie – ci, którzy narzekają na matematykę w szkole, zobaczą, że nie jest wcale taka trudna, pozostali mogą wreszcie zająć się inną stroną tej dziedziny wiedzy. „Laboratorium w szufladzie. Matematyka” to publikacja dla spragnionych wiedzy i bardzo wymagających czytelników.
Poza liczbami
Seria Laboratorium w szufladzie to szereg pozycji, które nakazują przedefiniować szkolną wiedzę i cały sposób przyswajania nauki. Autorom zależy na tym, by informacje przekazywać w atrakcyjny dla młodszych i starszych sposób, tak daleko od podręczników, jak to tylko możliwe. Tu nikomu nie da się zarzucić rutyny w nauczaniu, monotonii albo braku pomysłów. Cykl jest alternatywą dla szkolnej dawki wiedzy, a zainteresować może i młodszych, i starszych czytelników – ze względu na oryginalne propozycje doświadczeń naukowych i „eksperymentów” do przeprowadzenia samodzielnie w domu.
Tomik „Laboratorium w szufladzie. Matematyka” także spełnia założenia tego cyklu, chociaż części odbiorców wyda się to niemożliwe. Matematyka traktowana jako najbardziej „teoretyczna” z nauk, w najmniejszym stopniu nie kojarzy się z działaniem wykraczającym poza rozwiązywanie zadań i równań. Jeśli ktoś z powodu liczb matematyki nie znosi, może się nie obawiać – tu rachunków ani wzorów nie będzie. Nie będzie też podstaw, od których przeważnie zaczyna się spotkanie z tym przedmiotem. Pojawią się za to obserwacje i zjawiska do wykorzystania w różnych dziedzinach życia codziennego. Niektóre – niezbędne, inne przydatne w rozrywce, jeszcze inne – rozbudzające ciekawość i nakłaniające do samodzielnych poszukiwań. W tomiku znajdzie się również sporo teorii, ale już z poziomu zaawansowanego. Nie przez przypadek książka ma cztery kolorystyczne oznaczenia poziomów trudności, a w rozdziałach nawiązuje się do wiedzy akademickiej. Matematyka raz wiąże się z fizyką, raz – z geografią, przydaje się nawet w warsztacie poety, co autorzy sprytnie udowadniają. Na dowód, jak mocno pogłębiają wiadomości, warto przytoczyć fakt, że przywołane przez nich rozpiski stóp akcentowych w wierszach obejmują także nazewnictwo wartości spoza polskich utworów – tego nie poznają nawet jako ciekawostki studenci polonistyki. Ale matematyk w tej wersji nie liczy i nie oblicza. Nie ma na to czasu, bo wciąż przytrafia się coś, co warto zaobserwować i przeanalizować.
Autorzy zaczynają od zasad symetrii, a do ćwiczeń wykorzystują zwykłe lustro. Pokazują, czym naprawdę jest odbicie – i jak twórczo je wykorzystać. To pretekst do opowiadania o palindromach i prób odwracania kierunku pisania. Zaczyna się od znajdowania osi symetrii symboli – ale to droga do zbudowania własnego kalejdoskopu. Kiedy już temat historii zostanie wyczerpany, przychodzi czas na… układanie kafelków. Autorzy nie zajmują się oczywistościami, ale sprawdzają, z jakich figur nie da się stworzyć parkietu. Pokazują wymyślanie wzorów, często bardzo skomplikowanych. „Kafelki” stają się ciekawym, bo praktycznym, ukazaniem życiowego potencjału geometrii. Od figur autorzy przechodzą do brył – namawiają do konstruowania wielościanów (symetrię zresztą da się wykorzystywać również przy składaniu papieru). Tu z pomocą przychodzi dzisiejsze wyposażenie sklepów z produktami do hand-made’owych popisów. Z drucików kreatywnych i słomek da się układać nawet bardzo skomplikowane bryły, chętni mogą też posłużyć się podanymi schematami i przygotować kartonowe odpowiedniki. Matematyka to nie tylko budowanie jak z klocków – w tomie „Laboratorium w szufladzie. Matematyka” moment przejścia do skomplikowanych szyfrów jest tylko kwestią czasu. Autorzy nawiązują do Enigmy i pokazują, jak wykonać własne koło szyfrujące z… pudełka po płycie CD. Wśród ich „wynalazków” jest też urządzenie do cięcia styropianu ze struny do gitary. Większość odbiorców nie myślała w ten sposób o matematyce. Warto tu też zaznaczyć, że dla autorów zabawą jest samodzielne przygotowywanie potrzebnych przedmiotów: można kupować odpowiednio przycięte lusterka albo soczewki, ale dużo ciekawiej jest samodzielnie przyciąć rurkę szklaną.
Rozdziały, nawet te według oznaczeń najprostsze, cechują się wysokim stopniem skomplikowania: pobieżna lektura nie pozwoli na zrozumienie wyjaśnień. Tu trzeba uwagi i pracy – a także chęci zgłębiania zagadnienia. Praktyczna część tomiku dostarczy rozrywki, ale teoretyczna jest dla osób naprawdę ciekawych przyczyn określonych zjawisk. To matematyka dużo bardziej skomplikowana niż „zwykłe” liczenie – ci, którzy narzekają na matematykę w szkole, zobaczą, że nie jest wcale taka trudna, pozostali mogą wreszcie zająć się inną stroną tej dziedziny wiedzy. „Laboratorium w szufladzie. Matematyka” to publikacja dla spragnionych wiedzy i bardzo wymagających czytelników.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






