Bezdroża, Gliwice 2026.
Samotnik
Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.
Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura górska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura górska. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 stycznia 2026
sobota, 17 maja 2025
Beata Słama: Planeta Hala. Opowieści z Hali Gąsienicowej
Czarne, Wołowiec 2025.
Szlaki
Czytelnicy, którzy pasjonują się literaturą górską, wiedzą zwykle, czego oczekiwać po książkach z tego gatunku i po naśladującej ją literaturze non-fiction. Jednak Beata Słama wyłamuje się ze schematów: o Tatrach pisze po swojemu i w zupełnym oderwaniu od poprzedników (których przecież czytała, co wiele razy udowadnia). „Planeta Hala. Opowieści z Hali Gąsienicowej” to przejście do innego świata, rządzącego się własnymi prawami, wyjątkowego i stanowiącego azyl dla tych, którzy dobrze się tu czują. Autorka postanawia stworzyć monografię miejsca, prześledzić historię szlaków tak, żeby dzisiejszym taternikom zapewnić ciągłość wrażeń – i żeby zatrzymać się na moment w pędzie do kolekcjonowania szczytów oraz tras. Cofa się w czasie do chwili, w której w góry chodzili nieliczni – i przeszli do historii bez względu na swoje dokonania. Częstuje odbiorców opowieściami ze schronisk i z dróg wytyczanych przez kolejnych śmiałków, sprawdza, co do powiedzenia mają taternicy i jak historia odzwierciedla się w czasach współczesnych. Wreszcie zajmuje się przedstawieniem własnego miejsca na Ziemi – sama tu zamieszkała, pokochała Tatry i stała się ich częścią, a teraz próbuje przywrócić równowagę – przypomnieć o majestacie gór trochę na przekór patoturystyce (jeśli wystarczy zapłacić, żeby zdobyć Mount Everest, jeśli trzeba stać w długiej kolejce, żeby wejść na szczyt, to niekoniecznie o to w pięknie gór zawsze chodziło).
Autorka cofa się do czasów, w których kobiety dopiero zaczynały nosić w górach spodnie (a i to czasem przebierały się dopiero po wyjściu w trasę, żeby nie siać zgorszenia), przywołuje wielkie nazwiska i czyta mistrzów. Ma w zanadrzu sporo opowieści ku przestrodze, jak i tych krzepiących. Ale podstawową siłą tej publikacji jest uchwycenie zmian – zderzenia przeszłości i teraźniejszości i rodzących się na tym zderzeniu rozczarowań. „Planeta Hala” to opowieść zagęszczana faktami, jest tu wiele ciekawostek i kwestii zapomnianych, wyciąganych z archiwów lub przeżywanych osobiście – to tak naprawdę szkic, bo wydaje się po lekturze, że każda ścieżka potrzebuje tu osobnego komentarza, żeby naprawdę w pełni wybrzmieć mogła niezwykłość Tatr. Dużo tu wiadomości, ale równie dużo emocji. To lektura dla wszystkich, którzy chcieliby powrotu do majestatu gór, którzy narzekają na najazd turystów na szlaki i którzy potrzebują powrotu do mitologizowania Tatr za pomocą zestawu faktów. Beata Słama rezygnuje z typowego dla twórców literatury górskiej języka – i dzięki temu może tworzyć narrację wciągającą i wyjątkową. Nikogo nie naśladuje, nikogo nie ściga. Ma swoją wizję opowieści, którą konsekwentnie realizuje. Warto też zaznaczyć, że „Planeta Hala” nie jest książką pop, to publikacja, w której narracja jest bardzo gęsta i niespieszna. W plastycznej opowieści fotografie z przeszłości są tylko mało znaczącym dodatkiem – tu najbardziej liczy się słowo, to, co zapamiętane i to, co odkrywane podczas osobistych poszukiwań. Ten potężny tom znakomicie uzupełnia historie o Tatrach i przenosi do czasów, w których góry miały wielkie znaczenie dla tych, którzy się w nie wybierali. Tu nie chodzi o sentymenty, raczej o podejście niezależne od epoki, za to pasujące do człowieka.
Szlaki
Czytelnicy, którzy pasjonują się literaturą górską, wiedzą zwykle, czego oczekiwać po książkach z tego gatunku i po naśladującej ją literaturze non-fiction. Jednak Beata Słama wyłamuje się ze schematów: o Tatrach pisze po swojemu i w zupełnym oderwaniu od poprzedników (których przecież czytała, co wiele razy udowadnia). „Planeta Hala. Opowieści z Hali Gąsienicowej” to przejście do innego świata, rządzącego się własnymi prawami, wyjątkowego i stanowiącego azyl dla tych, którzy dobrze się tu czują. Autorka postanawia stworzyć monografię miejsca, prześledzić historię szlaków tak, żeby dzisiejszym taternikom zapewnić ciągłość wrażeń – i żeby zatrzymać się na moment w pędzie do kolekcjonowania szczytów oraz tras. Cofa się w czasie do chwili, w której w góry chodzili nieliczni – i przeszli do historii bez względu na swoje dokonania. Częstuje odbiorców opowieściami ze schronisk i z dróg wytyczanych przez kolejnych śmiałków, sprawdza, co do powiedzenia mają taternicy i jak historia odzwierciedla się w czasach współczesnych. Wreszcie zajmuje się przedstawieniem własnego miejsca na Ziemi – sama tu zamieszkała, pokochała Tatry i stała się ich częścią, a teraz próbuje przywrócić równowagę – przypomnieć o majestacie gór trochę na przekór patoturystyce (jeśli wystarczy zapłacić, żeby zdobyć Mount Everest, jeśli trzeba stać w długiej kolejce, żeby wejść na szczyt, to niekoniecznie o to w pięknie gór zawsze chodziło).
Autorka cofa się do czasów, w których kobiety dopiero zaczynały nosić w górach spodnie (a i to czasem przebierały się dopiero po wyjściu w trasę, żeby nie siać zgorszenia), przywołuje wielkie nazwiska i czyta mistrzów. Ma w zanadrzu sporo opowieści ku przestrodze, jak i tych krzepiących. Ale podstawową siłą tej publikacji jest uchwycenie zmian – zderzenia przeszłości i teraźniejszości i rodzących się na tym zderzeniu rozczarowań. „Planeta Hala” to opowieść zagęszczana faktami, jest tu wiele ciekawostek i kwestii zapomnianych, wyciąganych z archiwów lub przeżywanych osobiście – to tak naprawdę szkic, bo wydaje się po lekturze, że każda ścieżka potrzebuje tu osobnego komentarza, żeby naprawdę w pełni wybrzmieć mogła niezwykłość Tatr. Dużo tu wiadomości, ale równie dużo emocji. To lektura dla wszystkich, którzy chcieliby powrotu do majestatu gór, którzy narzekają na najazd turystów na szlaki i którzy potrzebują powrotu do mitologizowania Tatr za pomocą zestawu faktów. Beata Słama rezygnuje z typowego dla twórców literatury górskiej języka – i dzięki temu może tworzyć narrację wciągającą i wyjątkową. Nikogo nie naśladuje, nikogo nie ściga. Ma swoją wizję opowieści, którą konsekwentnie realizuje. Warto też zaznaczyć, że „Planeta Hala” nie jest książką pop, to publikacja, w której narracja jest bardzo gęsta i niespieszna. W plastycznej opowieści fotografie z przeszłości są tylko mało znaczącym dodatkiem – tu najbardziej liczy się słowo, to, co zapamiętane i to, co odkrywane podczas osobistych poszukiwań. Ten potężny tom znakomicie uzupełnia historie o Tatrach i przenosi do czasów, w których góry miały wielkie znaczenie dla tych, którzy się w nie wybierali. Tu nie chodzi o sentymenty, raczej o podejście niezależne od epoki, za to pasujące do człowieka.
środa, 1 maja 2024
Robb Maciąg: Książka o górach
Agora, Warszawa 2024.
Ze szczytów
To, co w literaturze górskiej oczywiste dla fanów tematu, stanowi dodatkowy lekturowy smaczek, koloryt książek – czy to opowieści fabularnych czy biografii albo monografii szczytów. Jednak przydałoby się jeszcze objaśnić terminy młodszym odbiorcom (albo laikom, którzy nie są w stanie domyślić się od razu, czym jest szpej albo jak wyglądają kolejne techniki wspinaczkowe). Robb Maciąg w tomie „Książka o górach” zajmuje się podawaniem podstaw wszystkim chętnym. Teoretycznie kieruje swoją książkę do najmłodszych, tak, żeby wychować ich na amatorów gatunku – ale można jego publikację potraktować jako przewodnik dla tych wszystkich, którzy potrzebują czytelnych wyjaśnień, jednoznacznych opisów i prostego wprowadzenia do tematu. Jest „Książka o górach” wielkoformatowym i bogato ilustrowanym tomem, w którym autor przygląda się kolejnym aspektom wspinaczki i przekonuje, że góry mogą zachwycić każdego, niezależnie od wieku, płci i umiejętności. Można przecież zdobywać szczyty, ale też wybierać się na jednodniowe wycieczki, można spacerować dolinami albo chłonąć atmosferę gór dzięki lekturom. Wprowadza zatem Robb Maciąg między innymi wskazówki co do zachowania się na szlakach, uczy, czym jest GOPR i TOPR, ale pisze też o tym, skąd w ogóle wzięły się góry i jak odróżnić taternictwo od alpinizmu a alpinizm od himalaizmu. Przedstawia rodzaje wspinaczki i sprzęt niezbędny na wyprawach. Z czasem wprowadza też kolejne nazwiska – osób, które są bardzo ważne w górskim świecie. Przyzwyczaja czytelników do konkretnych postaci, a żeby jeszcze lepiej zaakcentować polskie tradycje alpinistyczne, ostatnią część książki przeznacza na zestaw sylwetek polskich wspinaczy (stosowanie określenia „wspinaczka” na kobietę, która się wspina, może momentami niepotrzebnie zaciemniać narrację): w krótkich notkach przedstawia tych, których znać trzeba.
„Książka o górach” to faktycznie ważne i cenne przygotowanie do dorosłych lektur z literatury górskiej – dzięki tak solidnej podstawie będzie można przejść do kolejnych tytułów już bez frustracji. Ta publikacja nie tylko wyjaśnia terminy stosowane w fachowej literaturze, ale też pokazuje, czym może być i jak może się objawiać miłość do gór. Wartościowa, ciekawie napisana, przygotowana z myślą o młodych czytelnikach – to książka, od której można spokojnie zacząć przygodę ze wspinaczką (w dowolnym jej wymiarze). Patricija Bliuj-Stodulska zadbała o stronę graficzną i sprawiła, że tom wypada imponująco pod różnymi względami. Warstwa ilustracyjna ma też znaczenie jako nośnik informacji – trzeba przeanalizować część rysunków, żeby zrozumieć zasady działania konkretnych przyrządów. Piękno gór objawia się tutaj na różne sposoby. Cała książka pozwala tym, którzy nie wychowywali się w górskim środowisku, zrozumieć miłość do gór w różnych jej aspektach. To znakomita podstawa, podręcznik zachowywania się na szlakach i historii zdobywania szczytów. To tom, który wprawdzie nie jest stworzony jak czytanka dla dzieci, ale zaangażuje i zaintryguje młodych czytelników. Spodoba się wszystkim, którzy chcą poznawać nowe środowiska. Jest to też rynkowa odpowiedź na zainteresowanie górskimi tematami – nie da się ukryć, powstanie tego tomu to efekt mody. Na szczęście efekt bardzo udany – czyta się tę książkę z przyjemnością, Robb Maciąg dobrze wprowadza odbiorców w zagadnienie.
Ze szczytów
To, co w literaturze górskiej oczywiste dla fanów tematu, stanowi dodatkowy lekturowy smaczek, koloryt książek – czy to opowieści fabularnych czy biografii albo monografii szczytów. Jednak przydałoby się jeszcze objaśnić terminy młodszym odbiorcom (albo laikom, którzy nie są w stanie domyślić się od razu, czym jest szpej albo jak wyglądają kolejne techniki wspinaczkowe). Robb Maciąg w tomie „Książka o górach” zajmuje się podawaniem podstaw wszystkim chętnym. Teoretycznie kieruje swoją książkę do najmłodszych, tak, żeby wychować ich na amatorów gatunku – ale można jego publikację potraktować jako przewodnik dla tych wszystkich, którzy potrzebują czytelnych wyjaśnień, jednoznacznych opisów i prostego wprowadzenia do tematu. Jest „Książka o górach” wielkoformatowym i bogato ilustrowanym tomem, w którym autor przygląda się kolejnym aspektom wspinaczki i przekonuje, że góry mogą zachwycić każdego, niezależnie od wieku, płci i umiejętności. Można przecież zdobywać szczyty, ale też wybierać się na jednodniowe wycieczki, można spacerować dolinami albo chłonąć atmosferę gór dzięki lekturom. Wprowadza zatem Robb Maciąg między innymi wskazówki co do zachowania się na szlakach, uczy, czym jest GOPR i TOPR, ale pisze też o tym, skąd w ogóle wzięły się góry i jak odróżnić taternictwo od alpinizmu a alpinizm od himalaizmu. Przedstawia rodzaje wspinaczki i sprzęt niezbędny na wyprawach. Z czasem wprowadza też kolejne nazwiska – osób, które są bardzo ważne w górskim świecie. Przyzwyczaja czytelników do konkretnych postaci, a żeby jeszcze lepiej zaakcentować polskie tradycje alpinistyczne, ostatnią część książki przeznacza na zestaw sylwetek polskich wspinaczy (stosowanie określenia „wspinaczka” na kobietę, która się wspina, może momentami niepotrzebnie zaciemniać narrację): w krótkich notkach przedstawia tych, których znać trzeba.
„Książka o górach” to faktycznie ważne i cenne przygotowanie do dorosłych lektur z literatury górskiej – dzięki tak solidnej podstawie będzie można przejść do kolejnych tytułów już bez frustracji. Ta publikacja nie tylko wyjaśnia terminy stosowane w fachowej literaturze, ale też pokazuje, czym może być i jak może się objawiać miłość do gór. Wartościowa, ciekawie napisana, przygotowana z myślą o młodych czytelnikach – to książka, od której można spokojnie zacząć przygodę ze wspinaczką (w dowolnym jej wymiarze). Patricija Bliuj-Stodulska zadbała o stronę graficzną i sprawiła, że tom wypada imponująco pod różnymi względami. Warstwa ilustracyjna ma też znaczenie jako nośnik informacji – trzeba przeanalizować część rysunków, żeby zrozumieć zasady działania konkretnych przyrządów. Piękno gór objawia się tutaj na różne sposoby. Cała książka pozwala tym, którzy nie wychowywali się w górskim środowisku, zrozumieć miłość do gór w różnych jej aspektach. To znakomita podstawa, podręcznik zachowywania się na szlakach i historii zdobywania szczytów. To tom, który wprawdzie nie jest stworzony jak czytanka dla dzieci, ale zaangażuje i zaintryguje młodych czytelników. Spodoba się wszystkim, którzy chcą poznawać nowe środowiska. Jest to też rynkowa odpowiedź na zainteresowanie górskimi tematami – nie da się ukryć, powstanie tego tomu to efekt mody. Na szczęście efekt bardzo udany – czyta się tę książkę z przyjemnością, Robb Maciąg dobrze wprowadza odbiorców w zagadnienie.
niedziela, 21 stycznia 2024
Cecylia Kukuczka: Listy z pionowego świata. Wspomnienia żony himalaisty
Agora, Warszawa 2023.
Tęsknota
O wielkich wspinaczach mówi się przeważnie z perspektywy górskich sukcesów, ewentualnie – na fali zainteresowania górską literaturą faktu – za sprawą walki podejmowanej z każdą kolejną wyprawą. Mówi się o nich w przypadku wielkich tragedii i zmagań ze słabościami, mówi się o nich przy rekordach. Ale w tym medialnym natłoku ciekawostek znikają te najbardziej przyziemne: opinie ukochanych, którzy muszą radzić sobie samodzielnie podczas gdy ich wybranek realizuje najbardziej ekstremalne scenariusze. Rzadko oddaje się głos rodzinom – rzadko owe rodziny przyjmują perspektywę inną niż nasuwająca się sama: przecież nie da się zakazać, ubłagać ani zaszantażować, ten, kto kocha góry, nie zrezygnuje z nich dla nikogo. I chociaż wydawałoby się, że zdobywanie szczytów krok po kroku jest znacznie bardziej widowiskowe, a co za tym idzie – też atrakcyjne w lekturze – to jednak opinia bliskich może przynieść znacznie więcej informacji niż oficjalne biografie. Cecylia Kukuczka raczej trzyma się bezpiecznych danych. Unika sentymentów i zastanawiania się, jak wyglądałoby życie, gdyby Jurek Kukuczka porzucił góry. Rezygnuje też z opisywania codziennego znoju, chociaż pozbawiona męskiego wsparcia musi sama dbać o dom, wykonywać remonty czy naprawy, wychowywać dzieci i zarabiać. Nie narzeka. Zakasuje rękawy i działa. Jedynym sygnałem cierpień, jakie przynosi jej ta miłość, są łzy. Tyle tylko, że Cecylia Kukuczka przyznaje otwarcie, że potrafi płakać z byle powodu – i ten zabieg pozwala jej kreować się na silną kobietę stawiającą pomnik mężowi. Z drugiej strony - w dwóch zdaniach potrafi zamknąć informację, która częścią czytelników wstrząśnie.
Ten pomnik to Izba Pamięci – autorka tomu „Listy z pionowego świata. Wspomnienia żony himalaisty” nie jest zbyt wylewną osobą. Nie chce opowiadać o Jerzym od strony prywatnej – ani w książce, ani grupom, które oprowadza po stworzonym miejscu upamiętniającym męża. Nie zależy jej na budzeniu litości ani na współczuciu, za to chce jak najdłużej ocalić od zapomnienia wielkiego wspinacza – mimo że wie, że wszyscy kiedyś znikną ze świadomości kolejnych pokoleń. Wprowadza drobne wzmianki o tym, jak się żyło w małżeństwie ale samotnie – za to unika portretowania chwil spędzanych z Jerzym. Nawiązuje do tematów, które gdzieś w biografii zafunkcjonowały, między innymi do znaków i snów – przewidywań co do przyszłego losu himalaisty. Przemyca detale związane z ubraniami na wyprawę, ale znacznie bardziej angażuje się w handel materiałami przywożonymi przez wspinaczy. Krótkie rozdziały są pozbawione wielkich uczuciowych skoków – autorka po prostu relacjonuje swoją drogę do stworzenia Izby Pamięci, pokazuje siebie, jaką zapamiętała – żeby odbiorcy mogli zastanowić się nad jej losem, ale żeby przesadnie się nim nie zmęczyli. Rozdziały są bardzo krótkie, skondensowane i pozbawione tonów syntezy – autorka wybiera szczegóły, którym się przygląda – i robi to bardzo szybko, bez przegadania. Rozdziały przeplatane są z kolei listami od Kukuczki – z wypraw. I tu pewne tematy się powtarzają: jest mowa o zarobkowaniu, o dzieciach, o zobowiązaniach finansowych – to zwykłe, przyziemne sprawy, których nie da się załatwić na miejscu. Jerzy Kukuczka nie zajmuje się specjalnie swoją wspinaczką, a niektóre wiadomości wręcz ukrywa przed żoną – żeby jej niepotrzebnie nie straszyć. I tak w „Listach z pionowego świata” pojawiają się dwa nurty niemówienia: jeden to niemówienie Jerzego Kukuczki, skrywanie się za prostymi codziennymi zaleceniami i komentarzami. Drugi – to niemówienie Cecylii Kukuczki, która dzisiaj nie pamięta złych chwil z małżeństwa i która nie zdecydowała się po śmierci Jerzego na inny związek. Nie ma tu przepisu na sielankę i wielką miłość, nie ma też refleksji nad potęgą gór – króluje zwyczajność, tak rzadka w literaturze górskiej.
Tęsknota
O wielkich wspinaczach mówi się przeważnie z perspektywy górskich sukcesów, ewentualnie – na fali zainteresowania górską literaturą faktu – za sprawą walki podejmowanej z każdą kolejną wyprawą. Mówi się o nich w przypadku wielkich tragedii i zmagań ze słabościami, mówi się o nich przy rekordach. Ale w tym medialnym natłoku ciekawostek znikają te najbardziej przyziemne: opinie ukochanych, którzy muszą radzić sobie samodzielnie podczas gdy ich wybranek realizuje najbardziej ekstremalne scenariusze. Rzadko oddaje się głos rodzinom – rzadko owe rodziny przyjmują perspektywę inną niż nasuwająca się sama: przecież nie da się zakazać, ubłagać ani zaszantażować, ten, kto kocha góry, nie zrezygnuje z nich dla nikogo. I chociaż wydawałoby się, że zdobywanie szczytów krok po kroku jest znacznie bardziej widowiskowe, a co za tym idzie – też atrakcyjne w lekturze – to jednak opinia bliskich może przynieść znacznie więcej informacji niż oficjalne biografie. Cecylia Kukuczka raczej trzyma się bezpiecznych danych. Unika sentymentów i zastanawiania się, jak wyglądałoby życie, gdyby Jurek Kukuczka porzucił góry. Rezygnuje też z opisywania codziennego znoju, chociaż pozbawiona męskiego wsparcia musi sama dbać o dom, wykonywać remonty czy naprawy, wychowywać dzieci i zarabiać. Nie narzeka. Zakasuje rękawy i działa. Jedynym sygnałem cierpień, jakie przynosi jej ta miłość, są łzy. Tyle tylko, że Cecylia Kukuczka przyznaje otwarcie, że potrafi płakać z byle powodu – i ten zabieg pozwala jej kreować się na silną kobietę stawiającą pomnik mężowi. Z drugiej strony - w dwóch zdaniach potrafi zamknąć informację, która częścią czytelników wstrząśnie.
Ten pomnik to Izba Pamięci – autorka tomu „Listy z pionowego świata. Wspomnienia żony himalaisty” nie jest zbyt wylewną osobą. Nie chce opowiadać o Jerzym od strony prywatnej – ani w książce, ani grupom, które oprowadza po stworzonym miejscu upamiętniającym męża. Nie zależy jej na budzeniu litości ani na współczuciu, za to chce jak najdłużej ocalić od zapomnienia wielkiego wspinacza – mimo że wie, że wszyscy kiedyś znikną ze świadomości kolejnych pokoleń. Wprowadza drobne wzmianki o tym, jak się żyło w małżeństwie ale samotnie – za to unika portretowania chwil spędzanych z Jerzym. Nawiązuje do tematów, które gdzieś w biografii zafunkcjonowały, między innymi do znaków i snów – przewidywań co do przyszłego losu himalaisty. Przemyca detale związane z ubraniami na wyprawę, ale znacznie bardziej angażuje się w handel materiałami przywożonymi przez wspinaczy. Krótkie rozdziały są pozbawione wielkich uczuciowych skoków – autorka po prostu relacjonuje swoją drogę do stworzenia Izby Pamięci, pokazuje siebie, jaką zapamiętała – żeby odbiorcy mogli zastanowić się nad jej losem, ale żeby przesadnie się nim nie zmęczyli. Rozdziały są bardzo krótkie, skondensowane i pozbawione tonów syntezy – autorka wybiera szczegóły, którym się przygląda – i robi to bardzo szybko, bez przegadania. Rozdziały przeplatane są z kolei listami od Kukuczki – z wypraw. I tu pewne tematy się powtarzają: jest mowa o zarobkowaniu, o dzieciach, o zobowiązaniach finansowych – to zwykłe, przyziemne sprawy, których nie da się załatwić na miejscu. Jerzy Kukuczka nie zajmuje się specjalnie swoją wspinaczką, a niektóre wiadomości wręcz ukrywa przed żoną – żeby jej niepotrzebnie nie straszyć. I tak w „Listach z pionowego świata” pojawiają się dwa nurty niemówienia: jeden to niemówienie Jerzego Kukuczki, skrywanie się za prostymi codziennymi zaleceniami i komentarzami. Drugi – to niemówienie Cecylii Kukuczki, która dzisiaj nie pamięta złych chwil z małżeństwa i która nie zdecydowała się po śmierci Jerzego na inny związek. Nie ma tu przepisu na sielankę i wielką miłość, nie ma też refleksji nad potęgą gór – króluje zwyczajność, tak rzadka w literaturze górskiej.
poniedziałek, 20 listopada 2023
Wojciech Fusek, Jerzy Porębski: Kurczab. Szpej, szpada i tajemnice
Agora, Warszawa 2023.
Sport
Agora konsekwentnie uzupełnia swoją biblioteczkę z biografiami wspinaczy, a kolejne tomy coraz mniej zahaczają o górskie szczyty, bardziej dotyczą życia w związku z górami. "Kurczab. Szpej, szpada i tajemnice" należy do właśnie takiej kategorii książek - Wojciech Fusek i Jerzy Porębski przywołują sylwetkę człowieka ważnego dla polskiej wspinaczki, ale często kojarzonego spoza taternictwa. Janusz Kurczab jest tu bohaterem właściwym - w odróżnieniu od wielu "górskich" opowieści o podbojach wspinaczy. Liczy się jego życie, a dopiero w drugiej kolejności wydarzenia ze zdobywania szczytów. W związku z tym po książkę sięgnąć mogą nie tylko fani gatunku i ci, którzy potrzebują dopowiedzenia do kolejnych sylwetek himalaistów, ale też zwykli odbiorcy - i autorom uda się zaintrygować obie grupy. "Kurczab" to tom dość obszerny, ale też Fusek i Porębski mają do przeanalizowania nie tylko sprawy związane z górami - bo chociaż Jano zasłynął jako kierownik wypraw, w jego życiu równie istotne były inne dyscypliny sportowe i na ich polu osiągał duże sukcesy.
W góry z bohaterem książki autorzy "wychodzą" rzadko: nie interesuje ich odtwarzanie etapów wspinaczki, chyba że podczas niej zdarzy się jakiś wypadek albo inny istotny dla historii fakt warty odnotowania (i zapewniający trochę adrenaliny). Kurczab funkcjonuje w tej wersji trochę na uboczu, zupełnie jakby nie chciał wysuwać się na pierwszy plan - ustępuje innym, kolegom lub uczniom. A przecież wielką wartość mają informacje o tym, jak kierował ekipami czy jaką filozofię wobec wyznaczania kolejnych rekordów wyznawał. Jano nie daje się ponieść magii gór, nie uzależnia się od wspinania, chociaż do zdobywania szczytów często wraca - ale góry nie są dla niego wszystkim, w związku z tym zupełnie inaczej prowadzona jest tu narracja. Znane z literatury górskiej obrazki tu przewijają się raczej dość rzadko, autorzy bardziej skupiają się na organizowaniu sobie zycia w trudnych czasach PRL-u. I tak przyglądają się temu, co przy biciu rekordów wspinaczkowych nie ma większego znaczenia - na przykład handlowi przy okazji wypraw. Do tego dochodzi też temat prywatności Jano - w odróżnieniu od "domowych" scenek z innych biografii, tutaj liczy się jedynie kwestia jego orientacji seksualnej (chociaż bez sensacyjności), ale nie przedstawia się jego partnerów: ci pozostają poza obszarem zainteresowania autorów - dzięki takiemu podejściu można uniknąć plotkarskich tonów i wybijania mniej istotnych zagadnień. Opowieść o Januszu Kurczabie to bardzo szeroka historia, obejmująca w dużym stopniu kontekst pozabiograficzny, rzeczywistość, w której Jano funkcjonował. I dzięki temu można poszerzyć grono odbiorców tomu. "Kurczab" to książka wydana w serii biografii wspinaczy - i pod tym względem nie zawiedzie, natomiast nie jest przeznaczona wyłącznie do czytania informacyjnego, sprawdza się jako lektura rozrywkowa. Warto po nią sięgnąć, także dlatego, żeby oderwać się od schematów realizowanych w tego typu publikacjach. W przypadku "Kurczaba" nie ma mowy o rutynie, co sprawia, że książka na długo może zagościć w świadomości czytelników.
Sport
Agora konsekwentnie uzupełnia swoją biblioteczkę z biografiami wspinaczy, a kolejne tomy coraz mniej zahaczają o górskie szczyty, bardziej dotyczą życia w związku z górami. "Kurczab. Szpej, szpada i tajemnice" należy do właśnie takiej kategorii książek - Wojciech Fusek i Jerzy Porębski przywołują sylwetkę człowieka ważnego dla polskiej wspinaczki, ale często kojarzonego spoza taternictwa. Janusz Kurczab jest tu bohaterem właściwym - w odróżnieniu od wielu "górskich" opowieści o podbojach wspinaczy. Liczy się jego życie, a dopiero w drugiej kolejności wydarzenia ze zdobywania szczytów. W związku z tym po książkę sięgnąć mogą nie tylko fani gatunku i ci, którzy potrzebują dopowiedzenia do kolejnych sylwetek himalaistów, ale też zwykli odbiorcy - i autorom uda się zaintrygować obie grupy. "Kurczab" to tom dość obszerny, ale też Fusek i Porębski mają do przeanalizowania nie tylko sprawy związane z górami - bo chociaż Jano zasłynął jako kierownik wypraw, w jego życiu równie istotne były inne dyscypliny sportowe i na ich polu osiągał duże sukcesy.
W góry z bohaterem książki autorzy "wychodzą" rzadko: nie interesuje ich odtwarzanie etapów wspinaczki, chyba że podczas niej zdarzy się jakiś wypadek albo inny istotny dla historii fakt warty odnotowania (i zapewniający trochę adrenaliny). Kurczab funkcjonuje w tej wersji trochę na uboczu, zupełnie jakby nie chciał wysuwać się na pierwszy plan - ustępuje innym, kolegom lub uczniom. A przecież wielką wartość mają informacje o tym, jak kierował ekipami czy jaką filozofię wobec wyznaczania kolejnych rekordów wyznawał. Jano nie daje się ponieść magii gór, nie uzależnia się od wspinania, chociaż do zdobywania szczytów często wraca - ale góry nie są dla niego wszystkim, w związku z tym zupełnie inaczej prowadzona jest tu narracja. Znane z literatury górskiej obrazki tu przewijają się raczej dość rzadko, autorzy bardziej skupiają się na organizowaniu sobie zycia w trudnych czasach PRL-u. I tak przyglądają się temu, co przy biciu rekordów wspinaczkowych nie ma większego znaczenia - na przykład handlowi przy okazji wypraw. Do tego dochodzi też temat prywatności Jano - w odróżnieniu od "domowych" scenek z innych biografii, tutaj liczy się jedynie kwestia jego orientacji seksualnej (chociaż bez sensacyjności), ale nie przedstawia się jego partnerów: ci pozostają poza obszarem zainteresowania autorów - dzięki takiemu podejściu można uniknąć plotkarskich tonów i wybijania mniej istotnych zagadnień. Opowieść o Januszu Kurczabie to bardzo szeroka historia, obejmująca w dużym stopniu kontekst pozabiograficzny, rzeczywistość, w której Jano funkcjonował. I dzięki temu można poszerzyć grono odbiorców tomu. "Kurczab" to książka wydana w serii biografii wspinaczy - i pod tym względem nie zawiedzie, natomiast nie jest przeznaczona wyłącznie do czytania informacyjnego, sprawdza się jako lektura rozrywkowa. Warto po nią sięgnąć, także dlatego, żeby oderwać się od schematów realizowanych w tego typu publikacjach. W przypadku "Kurczaba" nie ma mowy o rutynie, co sprawia, że książka na długo może zagościć w świadomości czytelników.
piątek, 24 lutego 2023
Amy McCulloch: Bez tchu
Luna, Warszawa 2023.
Atak szczytowy
Amy McCulloch doskonale wie, jakimi prawami rządzą się thrillery - i fakt, że czerpie z literatury górskiej, nie spycha jej z obranej trasy. "Bez tchu" to książka, która ani na moment nie zapomina o kryminalno-sensacyjnej proweniencji, nie ma tu powtarzania wiadomości ze wspomnień wspinaczy ani analizowania tego, co w literaturze górskiej niezmienne. Cecily Wong to dziennikarka, której wspinaczka nie wychodzi zbyt dobrze. Jednak bohaterka ma towarzyszyć jednemu z himalaistów i stworzyć o nim artykuł, który wstrząśnie społeczeństwem. Żeby dobrze zrealizować swoje zadanie, Cecily Wong nie ma wyjścia: musi dołączyć do programu "Czternaście na lekko" i brać udział w wyprawach. Nawet jeśli chodzi o prostą rozmowę lub możliwość lepszego poznania obiektu zainteresowania, warunki stawiane przez wspinacza wydają się ekstremalnie trudne do zrealizowania. Cecily ma na koncie spektakularną porażkę, która - paradoksalnie - przyniosła jej sporą sławę. Teraz jednak nie chce utrudniać zdobycia szczytu, szuka metody na to, żeby udowodnić innym, że można w górach na niej polegać. Od czasu do czasu Cecily dzieli się z czytelnikami fragmentami swoich artykułów albo notatek do nich: chce udowodnić, że ma dobre pióro i poradzi sobie z każdym wyzwaniem - literackim. Bo z górskimi bywa różnie.
Góry wszystko wyostrzają. Nie ma tu miejsca na błędy ani na niesnaski, a ponieważ wspina się razem sześć obcych sobie osób - tarcia wydają się nieuniknione. Ci, którzy nie pasują do zespołu, będą musieli się usunąć, żeby nie przeszkadzać liderom. Cecily wcale nie nadaje się na górską twardzielkę. Każda kobieta spotykana w drodze na szczyt znacznie lepiej radzi sobie z wyzwaniami. A jednak Cecily - jako amatorka - osiąga imponujące rezultaty. W końcu to walka o jej byt.
Góra nie wybacza. Zwłaszcza jeśli ktoś przestanie się koncentrować. Tu łatwo narobić sobie wrogów, bo nie wszyscy należą do wyrozumiałych. Do tego wysokość sporo komplikuje: ludzie zaczynają się zachowywać inaczej pod wpływem warunków atmosferycznych. Stają się nieprzewidywalni i wręcz niebezpieczni dla siebie nawzajem. Cecily nie może być obojętna wobec niepokojących sygnałów z zewnątrz. W obozie nie czuje się pewnie, zwłaszcza gdy odkrywa ślady obecności kogoś, kogo nie powinno tam być. Jeszcze nie wyznała zespołowi całej prawdy, jeszcze nie zapracowała sobie na pełne zaufanie, więc ma powody do niepokoju, napędzana lekkimi wyrzutami sumienia. Amy McCulloch całkiem dobrze przedstawia dylematy bohaterki, ale nie zajmuje się analizowaniem jej stanów duchowych - pozwala raczej, żeby czytelnicy wyciągali wnioski z zachowań i relacji w zespole. Sytuację utrudnia fakt, że to Cecily dokonuje obserwacji, które mogą zmienić układ sił. Sama wspinaczka i szansa na zdobycie szczytu przestaje mieć znaczenie, kiedy okazuje się, że na górze grasuje morderca. Nie dość, że można stracić życie przez upadek, lawinę albo wpadnięcie do szczeliny, trzeba jeszcze pilnować siebie, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez tajemniczego przestępcę.
I Amy McCulloch wykorzystuje sceny ze wspinaczki - sama przeżywała takie przygody w wysokich górach, jest zatem w stanie prezentować ten świat bez odwoływania się do schematów z literatury górskiej. Jest przy tym bardzo przekonująca, wie, jakie emocje towarzyszą wspinaczom i co może decydować o ich chwilach słabości. Dobrze się "Bez tchu" czyta. To książka starannie obmyślona i z dobrą intrygą.
Atak szczytowy
Amy McCulloch doskonale wie, jakimi prawami rządzą się thrillery - i fakt, że czerpie z literatury górskiej, nie spycha jej z obranej trasy. "Bez tchu" to książka, która ani na moment nie zapomina o kryminalno-sensacyjnej proweniencji, nie ma tu powtarzania wiadomości ze wspomnień wspinaczy ani analizowania tego, co w literaturze górskiej niezmienne. Cecily Wong to dziennikarka, której wspinaczka nie wychodzi zbyt dobrze. Jednak bohaterka ma towarzyszyć jednemu z himalaistów i stworzyć o nim artykuł, który wstrząśnie społeczeństwem. Żeby dobrze zrealizować swoje zadanie, Cecily Wong nie ma wyjścia: musi dołączyć do programu "Czternaście na lekko" i brać udział w wyprawach. Nawet jeśli chodzi o prostą rozmowę lub możliwość lepszego poznania obiektu zainteresowania, warunki stawiane przez wspinacza wydają się ekstremalnie trudne do zrealizowania. Cecily ma na koncie spektakularną porażkę, która - paradoksalnie - przyniosła jej sporą sławę. Teraz jednak nie chce utrudniać zdobycia szczytu, szuka metody na to, żeby udowodnić innym, że można w górach na niej polegać. Od czasu do czasu Cecily dzieli się z czytelnikami fragmentami swoich artykułów albo notatek do nich: chce udowodnić, że ma dobre pióro i poradzi sobie z każdym wyzwaniem - literackim. Bo z górskimi bywa różnie.
Góry wszystko wyostrzają. Nie ma tu miejsca na błędy ani na niesnaski, a ponieważ wspina się razem sześć obcych sobie osób - tarcia wydają się nieuniknione. Ci, którzy nie pasują do zespołu, będą musieli się usunąć, żeby nie przeszkadzać liderom. Cecily wcale nie nadaje się na górską twardzielkę. Każda kobieta spotykana w drodze na szczyt znacznie lepiej radzi sobie z wyzwaniami. A jednak Cecily - jako amatorka - osiąga imponujące rezultaty. W końcu to walka o jej byt.
Góra nie wybacza. Zwłaszcza jeśli ktoś przestanie się koncentrować. Tu łatwo narobić sobie wrogów, bo nie wszyscy należą do wyrozumiałych. Do tego wysokość sporo komplikuje: ludzie zaczynają się zachowywać inaczej pod wpływem warunków atmosferycznych. Stają się nieprzewidywalni i wręcz niebezpieczni dla siebie nawzajem. Cecily nie może być obojętna wobec niepokojących sygnałów z zewnątrz. W obozie nie czuje się pewnie, zwłaszcza gdy odkrywa ślady obecności kogoś, kogo nie powinno tam być. Jeszcze nie wyznała zespołowi całej prawdy, jeszcze nie zapracowała sobie na pełne zaufanie, więc ma powody do niepokoju, napędzana lekkimi wyrzutami sumienia. Amy McCulloch całkiem dobrze przedstawia dylematy bohaterki, ale nie zajmuje się analizowaniem jej stanów duchowych - pozwala raczej, żeby czytelnicy wyciągali wnioski z zachowań i relacji w zespole. Sytuację utrudnia fakt, że to Cecily dokonuje obserwacji, które mogą zmienić układ sił. Sama wspinaczka i szansa na zdobycie szczytu przestaje mieć znaczenie, kiedy okazuje się, że na górze grasuje morderca. Nie dość, że można stracić życie przez upadek, lawinę albo wpadnięcie do szczeliny, trzeba jeszcze pilnować siebie, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez tajemniczego przestępcę.
I Amy McCulloch wykorzystuje sceny ze wspinaczki - sama przeżywała takie przygody w wysokich górach, jest zatem w stanie prezentować ten świat bez odwoływania się do schematów z literatury górskiej. Jest przy tym bardzo przekonująca, wie, jakie emocje towarzyszą wspinaczom i co może decydować o ich chwilach słabości. Dobrze się "Bez tchu" czyta. To książka starannie obmyślona i z dobrą intrygą.
sobota, 11 lutego 2023
Elżbieta Sieradzińska: Wrócimy po was. Historie alpejskie
Marginesy, Warszawa 2023.
Bez szans
Elżbieta Sieradzińska rozsmakowała się w górskich historiach i na rynek powraca z książką "Wrócimy po was. Historie alpejskie" - zestawem katastrof i wypadków bez happy endu, wyzwalających gorycz i poczucie bezradności w związku z obietnicami, których nie da się zrealizować. Jak tytułowe "wrócimy po was" - słowa, których nie można było wprowadzić w czyn za sprawą odgórnej decyzji i które oznaczały wydanie wyroku śmierci na młodych mężczyzn podążających za marzeniami. Owszem, gdyby udało się sprowadzić ich z gór, czekałby ich szereg amputacji - jednak rozpaczliwa walka o przetrwanie i determinacja, dzięki której przeżyli w ekstremalnych warunkach znacznie więcej czasu niż ktokolwiek by się spodziewał wyzwalają w czytelnikach niezgodę na takie zakończenie. Elżbieta Sieradzińska wie, jak wywołać potężne emocje, kieruje się do odbiorców, oferując im zestaw wstrząsających historii. Wykorzystuje modę na literaturę górską i literaturę faktu w tematyce okołogórskiej - odświeża wydarzenia, które odbiły się szerokim echem w mediach i pozwala jeszcze raz przeżyć nietypowe i sensacyjne sceny. Jest tu zerwanie lin kolejki górskiej przez samolot - dramatyczny wypadek, który nie powinien się był wydarzyć. Jest katastrofa innego samolotu - owiana tajemnicą i pełna dziwnych okoliczności nie do upowszechniania. Jest pilot, który potrafi lądować na dużych wysokościach i w różnych warunkach: pomaga w ocalaniu życia śmiałków, którzy zapuścili się zbyt wysoko albo przecenili swoje umiejętności. Sieradzińska sięga po życiorysy i po historie tajemnicze, nie zawsze możliwe do pełnego wyjaśnienia. Odkrywa przed czytelnikami tajemnice gór, sprawia, że ludzie chcą śledzić losy bohaterów i zastanawiać się nad ich decyzjami. Wiadomo, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, wiadomo, że nie wszyscy z kolejnych rozdziałów przeżyją - Elżbieta Sieradzińska nie skupia się jednak na ludzkich dramatach dla sensacji. Znajduje znakomite opowieści, potrafi zaangażować w nie czytelników. Dzieje się tak między innymi za sprawą reporterskiego podejścia do odwzorowywanych faktów. Autorka odnosi się bezpośrednio do emocji i do postaw ludzi, którzy z różnych powodów wystawieni zostali na poważne niebezpieczeństwo i niekoniecznie wiedzą, jak poradzić sobie w górach. Rejestruje ich drobne marzenia i nadzieje, żeby za moment pokazać, jak los potrafi wszystko w jednej chwili odebrać albo przekreślić. Jednak "Wrócimy po was" to nie książka, która wybrzmiewałaby pesymistycznie. To kawał porządnej literatury okołogórskiej, coś dla fanów modnych reportażowych opowieści o alpinistach i nie tylko o nich. To klimatyczna relacja dotycząca potęgi gór i wyzwań, jakie mogą spotkać każdego, kto próbuje się z nimi zmierzyć. Elżbieta Sieradzińska dobrze czuje się w tym gatunku, ma do zaoferowania czytelnikom sporo - a jej komentarze są przekonujące i wartościowe. Nie jest to kolejne przetrawianie już przedstawionych historii, a spójna, dobrze skomponowana i starannie przemyślana książka zapewniająca czytelnikom adrenalinę. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich tych, którzy są zainteresowani tropieniem górskich katastrof - i dla tych, którzy cenią sobie sprawne narracje.
Bez szans
Elżbieta Sieradzińska rozsmakowała się w górskich historiach i na rynek powraca z książką "Wrócimy po was. Historie alpejskie" - zestawem katastrof i wypadków bez happy endu, wyzwalających gorycz i poczucie bezradności w związku z obietnicami, których nie da się zrealizować. Jak tytułowe "wrócimy po was" - słowa, których nie można było wprowadzić w czyn za sprawą odgórnej decyzji i które oznaczały wydanie wyroku śmierci na młodych mężczyzn podążających za marzeniami. Owszem, gdyby udało się sprowadzić ich z gór, czekałby ich szereg amputacji - jednak rozpaczliwa walka o przetrwanie i determinacja, dzięki której przeżyli w ekstremalnych warunkach znacznie więcej czasu niż ktokolwiek by się spodziewał wyzwalają w czytelnikach niezgodę na takie zakończenie. Elżbieta Sieradzińska wie, jak wywołać potężne emocje, kieruje się do odbiorców, oferując im zestaw wstrząsających historii. Wykorzystuje modę na literaturę górską i literaturę faktu w tematyce okołogórskiej - odświeża wydarzenia, które odbiły się szerokim echem w mediach i pozwala jeszcze raz przeżyć nietypowe i sensacyjne sceny. Jest tu zerwanie lin kolejki górskiej przez samolot - dramatyczny wypadek, który nie powinien się był wydarzyć. Jest katastrofa innego samolotu - owiana tajemnicą i pełna dziwnych okoliczności nie do upowszechniania. Jest pilot, który potrafi lądować na dużych wysokościach i w różnych warunkach: pomaga w ocalaniu życia śmiałków, którzy zapuścili się zbyt wysoko albo przecenili swoje umiejętności. Sieradzińska sięga po życiorysy i po historie tajemnicze, nie zawsze możliwe do pełnego wyjaśnienia. Odkrywa przed czytelnikami tajemnice gór, sprawia, że ludzie chcą śledzić losy bohaterów i zastanawiać się nad ich decyzjami. Wiadomo, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, wiadomo, że nie wszyscy z kolejnych rozdziałów przeżyją - Elżbieta Sieradzińska nie skupia się jednak na ludzkich dramatach dla sensacji. Znajduje znakomite opowieści, potrafi zaangażować w nie czytelników. Dzieje się tak między innymi za sprawą reporterskiego podejścia do odwzorowywanych faktów. Autorka odnosi się bezpośrednio do emocji i do postaw ludzi, którzy z różnych powodów wystawieni zostali na poważne niebezpieczeństwo i niekoniecznie wiedzą, jak poradzić sobie w górach. Rejestruje ich drobne marzenia i nadzieje, żeby za moment pokazać, jak los potrafi wszystko w jednej chwili odebrać albo przekreślić. Jednak "Wrócimy po was" to nie książka, która wybrzmiewałaby pesymistycznie. To kawał porządnej literatury okołogórskiej, coś dla fanów modnych reportażowych opowieści o alpinistach i nie tylko o nich. To klimatyczna relacja dotycząca potęgi gór i wyzwań, jakie mogą spotkać każdego, kto próbuje się z nimi zmierzyć. Elżbieta Sieradzińska dobrze czuje się w tym gatunku, ma do zaoferowania czytelnikom sporo - a jej komentarze są przekonujące i wartościowe. Nie jest to kolejne przetrawianie już przedstawionych historii, a spójna, dobrze skomponowana i starannie przemyślana książka zapewniająca czytelnikom adrenalinę. Obowiązkowa pozycja dla wszystkich tych, którzy są zainteresowani tropieniem górskich katastrof - i dla tych, którzy cenią sobie sprawne narracje.
poniedziałek, 19 września 2022
Wojciech Fusek, Jerzy Porębski: GOPR. Na każde wezwanie
Agora, Warszawa 2022.
Ratunek
Beata Sabała-Zielińska podbiła rynek, tworząc wypełnioną emocjami historię TOPR-u. Odpowiedzią staje się książka "GOPR. Na każde wezwanie" stworzona przez Wojciecha Fuska i Jerzego Porębskiego. Nie jest to ani monografia GOPR-u, ani zestaw anegdot i schroniskowych opowieści - raczej próba przypomnienia społeczeństwu o pracy ratowników i o zagrożeniach w górach. Autorzy wiedzą doskonale, że tematy, którymi się zajmują, nie są obce fanom literatury górskiej i na przykład jeśli ktoś poszukuje opowieści o wypadkach, sięgnie do "Wołania w górach" Michała Jagiełły, a jeśli komuś zależy na opisach poszczególnych wypraw, spróbuje odgrzebać informacje w wyznaniach samych wspinaczy. Jednak "GOPR. Na każde wezwanie" to książka uzupełniająca stan na rynku, pojawia się tu między innymi - dość ostrożnie szkicowana - kwestia różnic między GOPR-em i TOPR-em. Fusek i Porębski raczej nie koncentrują się na rywalizacji tych grup, nie podkreślają żadnych konfliktów, liczy się kult ciężkiej pracy. Podkreślane jest tu społeczne zaufanie do ratowników (chociaż kilka przykrych spraw ze strony turystów twórcy tomu przypominają). Ratownicy to bohaterowie - chociaż nie lubią, kiedy tak się o nich mówi. To jednak nie ulega wątpliwości, książka "GOPR" ciągle o tym przypomina.
Jest tu odrobina historii, nie tylko GOPR-u, ale ogólnie - ratownictwa górskiego w Polsce. Jest informacja o tym, jak wygląda proces rekrutacji do GOPR-u, żeby wszyscy chętni mogli dowiedzieć się, z czym będą się mierzyć (przy okazji zgrabnie rozwiewają autorzy wątpliwości na temat miejsca zamieszkania: nawet praca i mieszkanie na drugim końcu Polski nie przeszkadza chętnym w przyjmowaniu dyżurów). Jest mowa o wyposażeniu ratowników, zwłaszcza - w temacie zachowania łączności, coś, co dzisiaj wydaje się oczywiste i proste, dawniej było wielkim wyzwaniem i wiązało się nie tylko z eksperymentami, ale i z samodzielnymi konstrukcjami sprawdzanymi w najsurowszych warunkach. Następnie przychodzi czas na przedstawienie - skrótowe i esencjonalne, ale przygotowane dla masowych odbiorców - działalności poszczególnych grup w ramach GOPR-u. Tutaj Wojciech Fusek i Jerzy Porębski sięgają już po sprawdzone w literaturze górskiej chwyty: wybierają po prostu wypadki i dramatyczne wydarzenia, żeby przyciągnąć uwagę czytelników. Odnoszą się do konkretnych akcji, które nie tylko uzmysłowią niefrasobliwość turystów lub pech wspinaczy, ale też - działalność ratowników. To sposób na pokazanie, że nie tylko w najwyższych partiach gór można wpaść w potężne tarapaty - zawsze należy zachować ostrożność i kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie modami czy ambicjami. "GOPR" to trochę opowieść o bezmyślności tych, którzy w góry wychodzą z różnych powodów, a trochę - gloryfikacja tych, którzy w góry wychodzą, kiedy wszyscy inni stamtąd uciekają. Prezentacja GOPR-u wypada mniej barwnie niż książki o TOPR-ze, nie jest to jednak zarzut: Wojciech Fusek i Jerzy Porębski wolą sygnalizować różne zagadnienia niż je pogłębiać, zajmują się prezentowaniem działań GOPR-u na wybranych przykładach. Nie chcą nudzić czytelników, ale nie mają też zamiaru tworzyć fabularyzowanej opowieści z zestawem przygód. Wiadomo, że fani gatunku nie przejdą obok tej książki obojętnie. Pozostali czytelnicy dowiedzą się czegoś o życiu ratowników.
Ratunek
Beata Sabała-Zielińska podbiła rynek, tworząc wypełnioną emocjami historię TOPR-u. Odpowiedzią staje się książka "GOPR. Na każde wezwanie" stworzona przez Wojciecha Fuska i Jerzego Porębskiego. Nie jest to ani monografia GOPR-u, ani zestaw anegdot i schroniskowych opowieści - raczej próba przypomnienia społeczeństwu o pracy ratowników i o zagrożeniach w górach. Autorzy wiedzą doskonale, że tematy, którymi się zajmują, nie są obce fanom literatury górskiej i na przykład jeśli ktoś poszukuje opowieści o wypadkach, sięgnie do "Wołania w górach" Michała Jagiełły, a jeśli komuś zależy na opisach poszczególnych wypraw, spróbuje odgrzebać informacje w wyznaniach samych wspinaczy. Jednak "GOPR. Na każde wezwanie" to książka uzupełniająca stan na rynku, pojawia się tu między innymi - dość ostrożnie szkicowana - kwestia różnic między GOPR-em i TOPR-em. Fusek i Porębski raczej nie koncentrują się na rywalizacji tych grup, nie podkreślają żadnych konfliktów, liczy się kult ciężkiej pracy. Podkreślane jest tu społeczne zaufanie do ratowników (chociaż kilka przykrych spraw ze strony turystów twórcy tomu przypominają). Ratownicy to bohaterowie - chociaż nie lubią, kiedy tak się o nich mówi. To jednak nie ulega wątpliwości, książka "GOPR" ciągle o tym przypomina.
Jest tu odrobina historii, nie tylko GOPR-u, ale ogólnie - ratownictwa górskiego w Polsce. Jest informacja o tym, jak wygląda proces rekrutacji do GOPR-u, żeby wszyscy chętni mogli dowiedzieć się, z czym będą się mierzyć (przy okazji zgrabnie rozwiewają autorzy wątpliwości na temat miejsca zamieszkania: nawet praca i mieszkanie na drugim końcu Polski nie przeszkadza chętnym w przyjmowaniu dyżurów). Jest mowa o wyposażeniu ratowników, zwłaszcza - w temacie zachowania łączności, coś, co dzisiaj wydaje się oczywiste i proste, dawniej było wielkim wyzwaniem i wiązało się nie tylko z eksperymentami, ale i z samodzielnymi konstrukcjami sprawdzanymi w najsurowszych warunkach. Następnie przychodzi czas na przedstawienie - skrótowe i esencjonalne, ale przygotowane dla masowych odbiorców - działalności poszczególnych grup w ramach GOPR-u. Tutaj Wojciech Fusek i Jerzy Porębski sięgają już po sprawdzone w literaturze górskiej chwyty: wybierają po prostu wypadki i dramatyczne wydarzenia, żeby przyciągnąć uwagę czytelników. Odnoszą się do konkretnych akcji, które nie tylko uzmysłowią niefrasobliwość turystów lub pech wspinaczy, ale też - działalność ratowników. To sposób na pokazanie, że nie tylko w najwyższych partiach gór można wpaść w potężne tarapaty - zawsze należy zachować ostrożność i kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie modami czy ambicjami. "GOPR" to trochę opowieść o bezmyślności tych, którzy w góry wychodzą z różnych powodów, a trochę - gloryfikacja tych, którzy w góry wychodzą, kiedy wszyscy inni stamtąd uciekają. Prezentacja GOPR-u wypada mniej barwnie niż książki o TOPR-ze, nie jest to jednak zarzut: Wojciech Fusek i Jerzy Porębski wolą sygnalizować różne zagadnienia niż je pogłębiać, zajmują się prezentowaniem działań GOPR-u na wybranych przykładach. Nie chcą nudzić czytelników, ale nie mają też zamiaru tworzyć fabularyzowanej opowieści z zestawem przygód. Wiadomo, że fani gatunku nie przejdą obok tej książki obojętnie. Pozostali czytelnicy dowiedzą się czegoś o życiu ratowników.
wtorek, 12 lipca 2022
Elżbieta Sieradzińska: Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt
Marginesy, Warszawa 2022.
Upór
Ta biografia powraca na rynek - z książką Elżbiety Sieradzińskiej musieli zetknąć się wszyscy, którzy pasjonują się wspinaczką wysokogórską i himalaistami. "Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt" to bardzo szczegółowa i wypełniona ciekawostkami, a do tego - rzeczowa i dobrze napisana książka poświęcona niezwykłej postaci. Elżbieta Sieradzińska pisze o Wandzie Rutkiewicz przez pryzmat zdobywanych przez nią szczytów i górskich znajomości - ale nie zapomina o życiu prywatnym swojej bohaterki. Stara się przemierzać świat i oglądać góry oczami Wandy, tak, żeby czytelnikom uświadomić bez moralizowania, dlaczego niektórzy wybierają niebezpieczne wyprawy i wyzwania zamiast zwyczajnej codzienności. Sieradzińska szuka przepisu na najlepszą charakterystykę Wandy Rutkiewicz, dopuszcza do głosu rozmaite postacie ze wspinaczkowego świata. Każdy ma inne spojrzenie na Wandę Rutkiewicz i każdy wykorzystuje inne aspekty znajomości, żeby przedstawić himalaistkę. Oczywiście nie zabraknie głosu matki - która do końca nie wierzyła, że jej córka zginęła w górach - i komentarzy na temat dyskusji wśród wspinaczy.
"Jeszcze tylko jeden szczyt" to opowieść mocno zanurzona w temacie gór i wspinaczki. Autorka wręcz zabiera czytelników na wyprawy, przedstawia im wyzwania związane z kolejnymi zadaniami i z biciem rekordów w górach. Pokazuje, ile wyrzeczeń kosztuje wspinaczka, kiedy przechodzi się największe kryzysy i jak rozwiązuje się problemy płynące z różnic płci: co prawda w wersji szczątkowej, ale i tak zaspokoi to ciekawość czytelników. Wanda Rutkiewicz jednak nie należy do osobowości, które dadzą się wpasować w schematy biografii. Elżbieta Sieradzińska pokazuje jej relacje z innymi wspinaczami, zmieniające się z czasem: odnotowuje, kto Wandę darzył szacunkiem, a kto nie chciał się z nią wspinać, komu ufała, a kogo odstraszała sposobem bycia. Wychwytuje sedno kontaktów interpersonalnych w chwilach największych triumfów i wtedy, gdy Wanda zaczęła tracić zdrowie, ale nie ambicje. Przedstawia też pomysły wizerunkowe, Wandę, jaka w powszechnej świadomości nie istnieje: kokietującą i uwodzicielską. Dzięki temu książka może być bardziej intrygująca i - na pewno - zyskuje na dynamice. Rejestruje autorka związki i partnerów życiowych Wandy Rutkiewicz, zajmuje się także dodatkowymi sposobami na promocję i zarabianie bohaterki książki. Wanda Rutkiewicz, która kręci filmy, wygłasza prelekcje i spotyka się z fanami to niezbędne uzupełnienie opowieści.
Przede wszystkim jednak "Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt" to książka bardzo dobrze napisana. Elżbieta Sieradzińska rezygnuje z mozaikowości, jeśli wprowadza cytaty i komentarze osób z zewnątrz - to na prawach reportażu, a nie zastępowania całych fragmentów rozdziałów, sama potrafi bez problemu poprowadzić opowieść tak, żeby była spójna, zwarta i ciekawa dla odbiorców. Porządkuje wiadomości i dba o to, żeby odbiorcy zyskali kompletne informacje. Unika własnych ocen, stawia na obiektywizm (i dokłada do tego opinie znajomych Wandy Rutkiewicz). Jest to sposób, który idealnie się sprawdza: ta książka stoi w opozycji do tworzonych na szybko (w związku z boomem na literaturę górską) biografii dzisiejszych himalaistów. Jest pełna, a do tego bardzo udana.
Upór
Ta biografia powraca na rynek - z książką Elżbiety Sieradzińskiej musieli zetknąć się wszyscy, którzy pasjonują się wspinaczką wysokogórską i himalaistami. "Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt" to bardzo szczegółowa i wypełniona ciekawostkami, a do tego - rzeczowa i dobrze napisana książka poświęcona niezwykłej postaci. Elżbieta Sieradzińska pisze o Wandzie Rutkiewicz przez pryzmat zdobywanych przez nią szczytów i górskich znajomości - ale nie zapomina o życiu prywatnym swojej bohaterki. Stara się przemierzać świat i oglądać góry oczami Wandy, tak, żeby czytelnikom uświadomić bez moralizowania, dlaczego niektórzy wybierają niebezpieczne wyprawy i wyzwania zamiast zwyczajnej codzienności. Sieradzińska szuka przepisu na najlepszą charakterystykę Wandy Rutkiewicz, dopuszcza do głosu rozmaite postacie ze wspinaczkowego świata. Każdy ma inne spojrzenie na Wandę Rutkiewicz i każdy wykorzystuje inne aspekty znajomości, żeby przedstawić himalaistkę. Oczywiście nie zabraknie głosu matki - która do końca nie wierzyła, że jej córka zginęła w górach - i komentarzy na temat dyskusji wśród wspinaczy.
"Jeszcze tylko jeden szczyt" to opowieść mocno zanurzona w temacie gór i wspinaczki. Autorka wręcz zabiera czytelników na wyprawy, przedstawia im wyzwania związane z kolejnymi zadaniami i z biciem rekordów w górach. Pokazuje, ile wyrzeczeń kosztuje wspinaczka, kiedy przechodzi się największe kryzysy i jak rozwiązuje się problemy płynące z różnic płci: co prawda w wersji szczątkowej, ale i tak zaspokoi to ciekawość czytelników. Wanda Rutkiewicz jednak nie należy do osobowości, które dadzą się wpasować w schematy biografii. Elżbieta Sieradzińska pokazuje jej relacje z innymi wspinaczami, zmieniające się z czasem: odnotowuje, kto Wandę darzył szacunkiem, a kto nie chciał się z nią wspinać, komu ufała, a kogo odstraszała sposobem bycia. Wychwytuje sedno kontaktów interpersonalnych w chwilach największych triumfów i wtedy, gdy Wanda zaczęła tracić zdrowie, ale nie ambicje. Przedstawia też pomysły wizerunkowe, Wandę, jaka w powszechnej świadomości nie istnieje: kokietującą i uwodzicielską. Dzięki temu książka może być bardziej intrygująca i - na pewno - zyskuje na dynamice. Rejestruje autorka związki i partnerów życiowych Wandy Rutkiewicz, zajmuje się także dodatkowymi sposobami na promocję i zarabianie bohaterki książki. Wanda Rutkiewicz, która kręci filmy, wygłasza prelekcje i spotyka się z fanami to niezbędne uzupełnienie opowieści.
Przede wszystkim jednak "Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt" to książka bardzo dobrze napisana. Elżbieta Sieradzińska rezygnuje z mozaikowości, jeśli wprowadza cytaty i komentarze osób z zewnątrz - to na prawach reportażu, a nie zastępowania całych fragmentów rozdziałów, sama potrafi bez problemu poprowadzić opowieść tak, żeby była spójna, zwarta i ciekawa dla odbiorców. Porządkuje wiadomości i dba o to, żeby odbiorcy zyskali kompletne informacje. Unika własnych ocen, stawia na obiektywizm (i dokłada do tego opinie znajomych Wandy Rutkiewicz). Jest to sposób, który idealnie się sprawdza: ta książka stoi w opozycji do tworzonych na szybko (w związku z boomem na literaturę górską) biografii dzisiejszych himalaistów. Jest pełna, a do tego bardzo udana.
sobota, 26 lutego 2022
Kuba Szpilka: Chodząc w Tatry
Czarne, Wołowiec 2022.
Refleksje z wędrówek
Podczas gdy rynek zalewają produkcje spod znaku literatury górskiej - autobiografie i opowieści o mrożących krew w żyłach wyczynach himalaistów - Kuba Szpilka proponuje książkę niespieszną i spokojną, wypełnioną felietonami refleksyjnymi. "Chodząc w Tatry" to bardzo przyjemna alternatywa dla głośnych i medialnych pozycji - tu nie będzie ani nawiązań do najbardziej brawurowych górskich akcji, ani wyliczeń wypadków. Tylko autor i góry, cisza i wsłuchiwanie się w siebie - na górskich szlakach. Tatry w tym ujęciu budzą respekt swoim majestatem i chociaż czasami pojawia się w nich zbyt wielu turystów, Kuba Szpilka jest w stanie się od tego tematu odciąć na tyle, żeby pokazać czytelnikom, ile mogą znaczyć góry. Impulsem do stworzenia tekstów stają się kolejne wyprawy, drobne wypady na szlak, rekreacyjne, czasami - wyczynowe. Tatry sprzyjają rozmyślaniom: a to o foczeniu, które często powraca w wywodach, a to porach roku, które w górach intensywnieją. Odnotowuje Kuba Szpilka ważne postacie, które można spotkać na szlakach, tropi "ślady żydowskie", czyta stare książki i ogląda wystawy, żeby przekonać się, jak Tatry mogły być ukazywane. Ale nie proponuje czytelnikom kompilacji tego, co już zapisane, nie chce powtarzać wiadomości - woli podzielić się tym, co przychodzi mu do głowy podczas eskapad. Niekiedy tylko szuka możliwości pouczenia, przemówienia do rozsądku głośnemu i śmiecącemu tłumowi: obraz Tatr po najazdach turystów bywa przerażający, a przecież to dla człowieka, który góry kocha i spędza w nich każdą wolną chwilę dodatkowy powód do przykrości. "Chodząc w Tatry" to publikacja do niespiesznej lektury dla przyjemności. Przeznaczona nie tylko dla tych, którzy góry kochają, ale i dla miłośników lektur wyciszających, lifestyle'owych i przygotowywanych na przekór obowiązującym modom. Kuba Szpilka nie zamierza się nikomu przypochlebiać, nie szuka taniego uznania ani możliwości dotarcia do szerokiej grupy odbiorców. Wie doskonale, że znajdzie wspólny język z tymi, którzy góry kochają bezwarunkowo - i że do nich bez problemu trafi. To z nimi dzieli się zestawem przemyśleń, które momentami wydają się dość oczywiste, a czasem pozwalają na zastanowienie się nad własnymi priorytetami. Nie ma w tej książce pogoni za karierą ani rezygnowania z siebie, doznania są intensywne i chwilami wzniosłe. Autor próbuje zrozumieć Tatry i wie, że mu się to nie uda do końca - ale już ta cząstka, której doświadcza, wystarcza, żeby przeżywać kolejne olśnienia i zachwyty. Unika Kuba Szpilka egzaltacji, jest pełen podziwu dla Tatr i przedstawia siebie w ich obliczu, skupia się na tym, co do gór przyciąga i co sprawia, że człowiek zawsze czuje respekt w stosunku do nich. Liczy się tu zestaw spostrzeżeń filozoficznych i duchowych, to jak wejście do świata samorozwoju - ale nie od strony kioskowych poradników, a uczciwego, dogłębnego poznania. To książka idealna dla wszystkich, którzy chcą się dowiedzieć, dlaczego Tatry przyciągają do siebie.
Refleksje z wędrówek
Podczas gdy rynek zalewają produkcje spod znaku literatury górskiej - autobiografie i opowieści o mrożących krew w żyłach wyczynach himalaistów - Kuba Szpilka proponuje książkę niespieszną i spokojną, wypełnioną felietonami refleksyjnymi. "Chodząc w Tatry" to bardzo przyjemna alternatywa dla głośnych i medialnych pozycji - tu nie będzie ani nawiązań do najbardziej brawurowych górskich akcji, ani wyliczeń wypadków. Tylko autor i góry, cisza i wsłuchiwanie się w siebie - na górskich szlakach. Tatry w tym ujęciu budzą respekt swoim majestatem i chociaż czasami pojawia się w nich zbyt wielu turystów, Kuba Szpilka jest w stanie się od tego tematu odciąć na tyle, żeby pokazać czytelnikom, ile mogą znaczyć góry. Impulsem do stworzenia tekstów stają się kolejne wyprawy, drobne wypady na szlak, rekreacyjne, czasami - wyczynowe. Tatry sprzyjają rozmyślaniom: a to o foczeniu, które często powraca w wywodach, a to porach roku, które w górach intensywnieją. Odnotowuje Kuba Szpilka ważne postacie, które można spotkać na szlakach, tropi "ślady żydowskie", czyta stare książki i ogląda wystawy, żeby przekonać się, jak Tatry mogły być ukazywane. Ale nie proponuje czytelnikom kompilacji tego, co już zapisane, nie chce powtarzać wiadomości - woli podzielić się tym, co przychodzi mu do głowy podczas eskapad. Niekiedy tylko szuka możliwości pouczenia, przemówienia do rozsądku głośnemu i śmiecącemu tłumowi: obraz Tatr po najazdach turystów bywa przerażający, a przecież to dla człowieka, który góry kocha i spędza w nich każdą wolną chwilę dodatkowy powód do przykrości. "Chodząc w Tatry" to publikacja do niespiesznej lektury dla przyjemności. Przeznaczona nie tylko dla tych, którzy góry kochają, ale i dla miłośników lektur wyciszających, lifestyle'owych i przygotowywanych na przekór obowiązującym modom. Kuba Szpilka nie zamierza się nikomu przypochlebiać, nie szuka taniego uznania ani możliwości dotarcia do szerokiej grupy odbiorców. Wie doskonale, że znajdzie wspólny język z tymi, którzy góry kochają bezwarunkowo - i że do nich bez problemu trafi. To z nimi dzieli się zestawem przemyśleń, które momentami wydają się dość oczywiste, a czasem pozwalają na zastanowienie się nad własnymi priorytetami. Nie ma w tej książce pogoni za karierą ani rezygnowania z siebie, doznania są intensywne i chwilami wzniosłe. Autor próbuje zrozumieć Tatry i wie, że mu się to nie uda do końca - ale już ta cząstka, której doświadcza, wystarcza, żeby przeżywać kolejne olśnienia i zachwyty. Unika Kuba Szpilka egzaltacji, jest pełen podziwu dla Tatr i przedstawia siebie w ich obliczu, skupia się na tym, co do gór przyciąga i co sprawia, że człowiek zawsze czuje respekt w stosunku do nich. Liczy się tu zestaw spostrzeżeń filozoficznych i duchowych, to jak wejście do świata samorozwoju - ale nie od strony kioskowych poradników, a uczciwego, dogłębnego poznania. To książka idealna dla wszystkich, którzy chcą się dowiedzieć, dlaczego Tatry przyciągają do siebie.
wtorek, 18 stycznia 2022
Krzysztof Wielicki: Solo. Moje samotne wspinaczki
Agora, Warszawa 2022.
Samotnie
Literatura górska sama w sobie nie intryguje już czytelników tak jak dawniej, jednak autobiograficzne opowieści samych wspinaczy cieszą się większym powodzeniem niż kiedykolwiek do tej pory. W związku z tym na rynku pojawiają się kolejne wyznania i komentarze himalaistów, sposoby na przypomnienie o sobie szerokiej publiczności. Coś, co kiedyś nie było medialne jako sport ekstremalny, dzisiaj rozbudza wyobraźnię. Nieprzypadkowo zresztą Krzysztof Wielicki swoją - i tylko swoją - relację rozpoczyna od nawiązania do akcji ratunkowej na Nanga Parbat, rozdzierających scen z ratowaniem Elisabeth Revol i Tomka Mackiewicza. Tom autor zamyka natomiast motywem sukcesu - zdobywanie kolejnych ośmiotysięczników, zwłaszcza solo, może robić wrażenie. "Solo" to przede wszystkim chęć odnotowania własnych rekordów, pokazanie, jak człowiek mierzy się z naturą i dąży do realizowania najśmielszych marzeń. Ale Krzysztof Wielicki zaznacza też, że czasami trzeba umieć odpuścić, że potrzebni są "hamulcowi", którzy w odpowiednim momencie powiedzą stop i zapobiegną katastrofie. Sam może oceniać i odnosić się do wyczynów kolegów - jednak najważniejsze staje się dla niego przypomnienie o "swoich" górach.
W odróżnieniu od analiz kolejnych wypraw, książka Krzysztofa Wielickiego nie cechuje się nadmierną ilością detali. Nie znajdzie się w niej rozważań nad każdym krokiem w wysokich górach: pewne rzeczy nie wymagają komentarza, znacznie ważniejsze wydaje się zarejestrowanie szeregu wyczynów składających się na dobrze przemyślaną całość. Krzysztof Wielicki tylko czasami daje się ponieść historii: zdarza się, że ma w zanadrzu ciekawostkę, na której może zbudować część relacji przyciągającej czytelników. Tak staje się między innymi z liczącym ponad dwie dekady hakiem znalezionym na jednym ze szczytów: ów hak staje się symbolem, znakiem przemian, jakie zachodzą w środowisku wspinaczy. Dla odbiorców ciekawe będzie też kombinowanie, jak obejść przepisy lub nieprzewidziane trudności - między innymi odłączenie się wyprawy. Czasami wprowadza też Wielicki detale dotyczące organizacji wyjść w wysokie góry, podpowiada, jakie niepisane zasady rządzą przygotowywaniem zapasów. Przypomina o wielkich górskich dramatach, odwołuje się do pogody. Niekiedy nawiązuje do komplikacji zdrowotnych: kiedy dawką uderzeniową leczy dziwny wrzód na twarzy, albo kiedy wspina się w gorsecie i każdy ruch przypłaca wielkim bólem. Nie zabraknie więc silnych wrażeń i przeżyć, które czytelnikom przypadną do gustu. W tej publikacji raczej niewiele jest szczegółów dotyczących zdobywania szczytów: liczy się efekt, sukces albo poczucie sukcesu, kiedy uda się wrócić cało w najbardziej niesprzyjających warunkach. Krzysztof Wielicki czasem pozwala sobie na spojrzenie na całe środowisko wspinaczkowe, funkcjonuje już niemal jak mentor. Raczej nie odnosi się do tematu rodzin i przeżywania śmierci kolegów, interesuje go bardziej samotna walka.
Co ważne, w tej książce mnóstwo jest przepięknych zdjęć (i tras na szczyt), zdjęć z baz lub... z wierzchołków. Chociaż tym Krzysztof Wielicki się nie zajmuje, fotografie jednoznacznie pokazują, dlaczego niektórzy ludzie zawsze będą chcieli się wspinać, dlaczego pokochają góry mimo wielkich wyzwań. I nawet jeśli zdjęcia są sposobem na nadanie objęości drobnej przecież książce, i tak ogląda się je z zapartym tchem i podziwem.
Samotnie
Literatura górska sama w sobie nie intryguje już czytelników tak jak dawniej, jednak autobiograficzne opowieści samych wspinaczy cieszą się większym powodzeniem niż kiedykolwiek do tej pory. W związku z tym na rynku pojawiają się kolejne wyznania i komentarze himalaistów, sposoby na przypomnienie o sobie szerokiej publiczności. Coś, co kiedyś nie było medialne jako sport ekstremalny, dzisiaj rozbudza wyobraźnię. Nieprzypadkowo zresztą Krzysztof Wielicki swoją - i tylko swoją - relację rozpoczyna od nawiązania do akcji ratunkowej na Nanga Parbat, rozdzierających scen z ratowaniem Elisabeth Revol i Tomka Mackiewicza. Tom autor zamyka natomiast motywem sukcesu - zdobywanie kolejnych ośmiotysięczników, zwłaszcza solo, może robić wrażenie. "Solo" to przede wszystkim chęć odnotowania własnych rekordów, pokazanie, jak człowiek mierzy się z naturą i dąży do realizowania najśmielszych marzeń. Ale Krzysztof Wielicki zaznacza też, że czasami trzeba umieć odpuścić, że potrzebni są "hamulcowi", którzy w odpowiednim momencie powiedzą stop i zapobiegną katastrofie. Sam może oceniać i odnosić się do wyczynów kolegów - jednak najważniejsze staje się dla niego przypomnienie o "swoich" górach.
W odróżnieniu od analiz kolejnych wypraw, książka Krzysztofa Wielickiego nie cechuje się nadmierną ilością detali. Nie znajdzie się w niej rozważań nad każdym krokiem w wysokich górach: pewne rzeczy nie wymagają komentarza, znacznie ważniejsze wydaje się zarejestrowanie szeregu wyczynów składających się na dobrze przemyślaną całość. Krzysztof Wielicki tylko czasami daje się ponieść historii: zdarza się, że ma w zanadrzu ciekawostkę, na której może zbudować część relacji przyciągającej czytelników. Tak staje się między innymi z liczącym ponad dwie dekady hakiem znalezionym na jednym ze szczytów: ów hak staje się symbolem, znakiem przemian, jakie zachodzą w środowisku wspinaczy. Dla odbiorców ciekawe będzie też kombinowanie, jak obejść przepisy lub nieprzewidziane trudności - między innymi odłączenie się wyprawy. Czasami wprowadza też Wielicki detale dotyczące organizacji wyjść w wysokie góry, podpowiada, jakie niepisane zasady rządzą przygotowywaniem zapasów. Przypomina o wielkich górskich dramatach, odwołuje się do pogody. Niekiedy nawiązuje do komplikacji zdrowotnych: kiedy dawką uderzeniową leczy dziwny wrzód na twarzy, albo kiedy wspina się w gorsecie i każdy ruch przypłaca wielkim bólem. Nie zabraknie więc silnych wrażeń i przeżyć, które czytelnikom przypadną do gustu. W tej publikacji raczej niewiele jest szczegółów dotyczących zdobywania szczytów: liczy się efekt, sukces albo poczucie sukcesu, kiedy uda się wrócić cało w najbardziej niesprzyjających warunkach. Krzysztof Wielicki czasem pozwala sobie na spojrzenie na całe środowisko wspinaczkowe, funkcjonuje już niemal jak mentor. Raczej nie odnosi się do tematu rodzin i przeżywania śmierci kolegów, interesuje go bardziej samotna walka.
Co ważne, w tej książce mnóstwo jest przepięknych zdjęć (i tras na szczyt), zdjęć z baz lub... z wierzchołków. Chociaż tym Krzysztof Wielicki się nie zajmuje, fotografie jednoznacznie pokazują, dlaczego niektórzy ludzie zawsze będą chcieli się wspinać, dlaczego pokochają góry mimo wielkich wyzwań. I nawet jeśli zdjęcia są sposobem na nadanie objęości drobnej przecież książce, i tak ogląda się je z zapartym tchem i podziwem.
niedziela, 2 stycznia 2022
Agata Komosa-Styczeń: Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Wspinaczka
Literatura górska bardzo nie lubi narzucanych dodatkowych tez - rządzi się swoimi prawami i próby włączenia jej w inny nurt zazwyczaj kończą się fiaskiem. "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" to książka, w której Agata Komosa-Styczeń chce przyjmować pozycję feministki - i dziwi się, że spora część potencjalnych rozmówczyń nie chce dzielić się przeżyciami, a te, które zgodziły się na wywiad, niekoniecznie zamierzają potwierdzać, że zdobywanie szczytów to sport zdominowany przez mężczyzn. Widać to po rozmiarach przytaczanych cytatów - jeśli któraś z taterniczek zgadza się z feministycznymi uwagami autorki, zyskuje sporo miejsca na podzielenie się własnymi obserwacjami. Jeśli jednak rozmówczyni nie zamierza narzekać na płeć przeciwną i podkreślać nierówności w górach - jej obecność zostanie po prostu odnotowana w kilku typowych uwagach. I tak większość czytelników, którzy feministyczne tony postanowią zignorować i skupić się na ciekawej opowieści o paniach w polskich Tatrach ubawi się najbardziej określeniem "wspinaczka", które autorka stosuje jako synonim taterniczki, zapominając, że to słowo ma swoje - inne - znaczenie.
Agata Komosa-Styczeń postanawia zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców - wykorzystując boom na literaturę górską i reportaże związane ze wspinaniem się - kobiety, które wsławiły się chodzeniem po Tatrach, a swój zestaw szkiców biograficznych chce zacząć w jak najbardziej zamierzchłej przeszłości: żeby, w miarę możliwości, odnotować jak najwięcej nazwisk. Sprawdza, jak początkowo były traktowane kobiety w górach, jakie stroje musiały nosić i jak przebijały się do "męskiego" sportu. Nie brakuje scen dramatycznych i... romansowych. Agata Komosa-Styczeń przywołuje panie, które wsławiły się czymś więcej niż "tylko" wytyczaniem nowych dróg w Tatrach. Zdarza się, że wprowadza kogoś do swojego zestawu nazwisk tylko dlatego, że uznaje, że tak powinna - dlatego do tomu trafiła (wprawdzie w migawce, ale zawsze) Wanda Rutkiewicz. Tym taterniczkom, z którymi mogła porozmawiać, zadaje podobne pytania - dotyczące na przykład życia towarzyskiego w górach, ale i stosunku mężczyzn do pań na szlakach. Sprawdza, co powstrzymywało bohaterki przed biciem kolejnych rekordów: dlaczego w pewnym momencie rezygnowały ze wspinania się i jak godziły pasję z innymi, bardziej przyziemnymi obowiązkami.
Nie ma tu wysokich gór, ale ryzyko i zagrożenia są takie same jak w himalajskich narracjach. Pojawia się nieustanne przekraczanie granic, testowanie własnych możliwości oraz poszukiwanie miejsca dla siebie. Agata Komosa-Styczeń próbuje uporządkować zestaw nazwisk, które w historii Tatr powinny się koniecznie pojawić - daje też odbiorcom szansę na przypomnienie sobie wielkich sław i historii taternictwa. "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" to pełna emocji charakterystycznych dla literatury górskiej książka, która spodoba się fanom reportaży i biografii dotyczących tego sportu ekstremalnego. I niezależnie od powtarzania niektórych zagadnień w różnych konfiguracjach - Agata Komosa-Styczeń dostarczy czytelnikom ciekawej lektury.
Wspinaczka
Literatura górska bardzo nie lubi narzucanych dodatkowych tez - rządzi się swoimi prawami i próby włączenia jej w inny nurt zazwyczaj kończą się fiaskiem. "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" to książka, w której Agata Komosa-Styczeń chce przyjmować pozycję feministki - i dziwi się, że spora część potencjalnych rozmówczyń nie chce dzielić się przeżyciami, a te, które zgodziły się na wywiad, niekoniecznie zamierzają potwierdzać, że zdobywanie szczytów to sport zdominowany przez mężczyzn. Widać to po rozmiarach przytaczanych cytatów - jeśli któraś z taterniczek zgadza się z feministycznymi uwagami autorki, zyskuje sporo miejsca na podzielenie się własnymi obserwacjami. Jeśli jednak rozmówczyni nie zamierza narzekać na płeć przeciwną i podkreślać nierówności w górach - jej obecność zostanie po prostu odnotowana w kilku typowych uwagach. I tak większość czytelników, którzy feministyczne tony postanowią zignorować i skupić się na ciekawej opowieści o paniach w polskich Tatrach ubawi się najbardziej określeniem "wspinaczka", które autorka stosuje jako synonim taterniczki, zapominając, że to słowo ma swoje - inne - znaczenie.
Agata Komosa-Styczeń postanawia zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców - wykorzystując boom na literaturę górską i reportaże związane ze wspinaniem się - kobiety, które wsławiły się chodzeniem po Tatrach, a swój zestaw szkiców biograficznych chce zacząć w jak najbardziej zamierzchłej przeszłości: żeby, w miarę możliwości, odnotować jak najwięcej nazwisk. Sprawdza, jak początkowo były traktowane kobiety w górach, jakie stroje musiały nosić i jak przebijały się do "męskiego" sportu. Nie brakuje scen dramatycznych i... romansowych. Agata Komosa-Styczeń przywołuje panie, które wsławiły się czymś więcej niż "tylko" wytyczaniem nowych dróg w Tatrach. Zdarza się, że wprowadza kogoś do swojego zestawu nazwisk tylko dlatego, że uznaje, że tak powinna - dlatego do tomu trafiła (wprawdzie w migawce, ale zawsze) Wanda Rutkiewicz. Tym taterniczkom, z którymi mogła porozmawiać, zadaje podobne pytania - dotyczące na przykład życia towarzyskiego w górach, ale i stosunku mężczyzn do pań na szlakach. Sprawdza, co powstrzymywało bohaterki przed biciem kolejnych rekordów: dlaczego w pewnym momencie rezygnowały ze wspinania się i jak godziły pasję z innymi, bardziej przyziemnymi obowiązkami.
Nie ma tu wysokich gór, ale ryzyko i zagrożenia są takie same jak w himalajskich narracjach. Pojawia się nieustanne przekraczanie granic, testowanie własnych możliwości oraz poszukiwanie miejsca dla siebie. Agata Komosa-Styczeń próbuje uporządkować zestaw nazwisk, które w historii Tatr powinny się koniecznie pojawić - daje też odbiorcom szansę na przypomnienie sobie wielkich sław i historii taternictwa. "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" to pełna emocji charakterystycznych dla literatury górskiej książka, która spodoba się fanom reportaży i biografii dotyczących tego sportu ekstremalnego. I niezależnie od powtarzania niektórych zagadnień w różnych konfiguracjach - Agata Komosa-Styczeń dostarczy czytelnikom ciekawej lektury.
środa, 8 grudnia 2021
Rachela Berkowska: Życie za szczyt. Polacy w Himalajach i Karakorum
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Bez powrotu
Narracje z gór – te prawdziwe, a nie te opierające się na wyobraźni – w ostatnich latach bardzo rozpalają wyobraźnię szerokich grup odbiorców. A jeśli jest dzięki temu możliwość popularyzowania wiedzy o himalaistach i o samym zdobywaniu szczytów – niszowym przecież sporcie ekstremalnym – pojawiają się na rynku kolejne publikacje dotyczące górskich dramatów. To, co najbardziej przerażające, co budzi szereg pytań o zasadność wspinaczki i o uczucia z tras – zyskuje kształt w kolejnych opracowaniach. Tym razem Rachela Berkowska proponuje zestaw szkiców o tych, którzy pozostali na zawsze w Himalajach i w Karakorum. Znajduje miejsce dla tych wspinaczy, którzy może i odnosili życiowe sukcesy, ale nie dali rady wrócić z gór. Realizowali pasje, ale zapłacili za nie najwyższą cenę. Najwięcej mówi się o zwycięzcach, Rachela Berkowska przygląda się jednak tym Polakom, którzy nie wpisali się do świadomości szerokiej grupy odbiorców – zginęli w czasach, kiedy media nie rozdmuchiwały jeszcze każdej tragedii i nie zamieniały jej w spektakl. Są tu nieszczęśliwe wypadki i sprawy nie do końca wyjaśnione, te, które obrosły legendą i te, które pokazują okrucieństwo gór. Część wydarzeń prowokowała do dyskusji na temat bezpieczeństwa w górach i zachowań partnerów wspinaczkowych: jedni hołdują zasadzie spopularyzowanej przez Wawrzyńca Żuławskiego – że nie zostawia się przyjaciela, choćby był już bryłą lodu – inni uważają, że przede wszystkim należy ratować siebie, a każdy powinien wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie i bezpieczeństwo. Tu jednak nie ma miejsca na wchodzenie w akademickie spory i dyskusje, to nie one są ważne – a to, co zmieniła śmierć. Często – niepotrzebna, bezsensowna i do uniknięcia, gdyby ofiary gór zdały się na rozsądek. Innym razem – to śmierć, która wstrząsnęła bliskimi. Ktoś po latach wraca po ciało przyjaciółki pozostawione w prowizorycznym grobie, ktoś inny przeżywa szok, widząc partnera spadającego w przepaść. Każdy przypadek jest inny, wszystkie łączy jednak ból i rozpacz rodzin. Rachela Berkowska sięga do wspomnień i przemyśleń bliskich ofiar – rozmawia z dziećmi i żonami wspinaczy, zadaje pytania, które chcieliby zadać zwykli odbiorcy. Nie ocenia i nie oskarża, nie wprowadza refleksji na temat rozsądku lub potrzeby adrenaliny. Interesują ją tylko same wypadki w górach: przemierza ze swoimi bohaterami ostatnie trasy, sprawdza, co udało im się dokonać, a czego zrobić nie mogli – szuka też przyczyn porażek i rejestru zachowań towarzyszy niedoli. Odnotowuje dramatyczną walkę o życie wspinaczy – jeśli niszczy ich choroba wysokościowa. Przedstawia kaprysy pogody – w górach śmiertelnie niebezpieczne. Szuka sensacji, ale bez poczucia przełamywania tabu: po prostu zajmuje się wspinaczami, którzy zostali w górach na zawsze. Znajduje dla nich miejsce w narracjach z literatury górskiej połączonej z literaturą faktu – buduje zestaw obrazków sugestywnych i wartościowych dla odbiorców ceniących sobie gatunek – a przy okazji zwraca uwagę na dalszoplanowych przeważnie wspinaczy (tutaj na drugi plan schodzą powszechnie znani). Rachela Berkowska wpada w rytm narracji charakterystycznej dla tego odłamu literatury – nie zawiedzie zatem fanów gatunku.
Bez powrotu
Narracje z gór – te prawdziwe, a nie te opierające się na wyobraźni – w ostatnich latach bardzo rozpalają wyobraźnię szerokich grup odbiorców. A jeśli jest dzięki temu możliwość popularyzowania wiedzy o himalaistach i o samym zdobywaniu szczytów – niszowym przecież sporcie ekstremalnym – pojawiają się na rynku kolejne publikacje dotyczące górskich dramatów. To, co najbardziej przerażające, co budzi szereg pytań o zasadność wspinaczki i o uczucia z tras – zyskuje kształt w kolejnych opracowaniach. Tym razem Rachela Berkowska proponuje zestaw szkiców o tych, którzy pozostali na zawsze w Himalajach i w Karakorum. Znajduje miejsce dla tych wspinaczy, którzy może i odnosili życiowe sukcesy, ale nie dali rady wrócić z gór. Realizowali pasje, ale zapłacili za nie najwyższą cenę. Najwięcej mówi się o zwycięzcach, Rachela Berkowska przygląda się jednak tym Polakom, którzy nie wpisali się do świadomości szerokiej grupy odbiorców – zginęli w czasach, kiedy media nie rozdmuchiwały jeszcze każdej tragedii i nie zamieniały jej w spektakl. Są tu nieszczęśliwe wypadki i sprawy nie do końca wyjaśnione, te, które obrosły legendą i te, które pokazują okrucieństwo gór. Część wydarzeń prowokowała do dyskusji na temat bezpieczeństwa w górach i zachowań partnerów wspinaczkowych: jedni hołdują zasadzie spopularyzowanej przez Wawrzyńca Żuławskiego – że nie zostawia się przyjaciela, choćby był już bryłą lodu – inni uważają, że przede wszystkim należy ratować siebie, a każdy powinien wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie i bezpieczeństwo. Tu jednak nie ma miejsca na wchodzenie w akademickie spory i dyskusje, to nie one są ważne – a to, co zmieniła śmierć. Często – niepotrzebna, bezsensowna i do uniknięcia, gdyby ofiary gór zdały się na rozsądek. Innym razem – to śmierć, która wstrząsnęła bliskimi. Ktoś po latach wraca po ciało przyjaciółki pozostawione w prowizorycznym grobie, ktoś inny przeżywa szok, widząc partnera spadającego w przepaść. Każdy przypadek jest inny, wszystkie łączy jednak ból i rozpacz rodzin. Rachela Berkowska sięga do wspomnień i przemyśleń bliskich ofiar – rozmawia z dziećmi i żonami wspinaczy, zadaje pytania, które chcieliby zadać zwykli odbiorcy. Nie ocenia i nie oskarża, nie wprowadza refleksji na temat rozsądku lub potrzeby adrenaliny. Interesują ją tylko same wypadki w górach: przemierza ze swoimi bohaterami ostatnie trasy, sprawdza, co udało im się dokonać, a czego zrobić nie mogli – szuka też przyczyn porażek i rejestru zachowań towarzyszy niedoli. Odnotowuje dramatyczną walkę o życie wspinaczy – jeśli niszczy ich choroba wysokościowa. Przedstawia kaprysy pogody – w górach śmiertelnie niebezpieczne. Szuka sensacji, ale bez poczucia przełamywania tabu: po prostu zajmuje się wspinaczami, którzy zostali w górach na zawsze. Znajduje dla nich miejsce w narracjach z literatury górskiej połączonej z literaturą faktu – buduje zestaw obrazków sugestywnych i wartościowych dla odbiorców ceniących sobie gatunek – a przy okazji zwraca uwagę na dalszoplanowych przeważnie wspinaczy (tutaj na drugi plan schodzą powszechnie znani). Rachela Berkowska wpada w rytm narracji charakterystycznej dla tego odłamu literatury – nie zawiedzie zatem fanów gatunku.
środa, 3 listopada 2021
Beata Sabała-Zielińska: TOPR 2. Nie każdy wróci
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Z góry
Monografią TOPR-u Beata Sabała-Zielińska dała się poznać nie tylko fanom literatury górskiej. Sukces tomu sprawił, że czytelnicy otrzymują teraz drugą część historii o akcjach ratunkowych w Tatrach. Podtytuł nie pozostawia złudzeń: „TOPR 2. Nie każdy wróci” to w dużej części opowieść o tych, których nie udało się przeżyć w ekstremalnych warunkach, a także o tych, których od katastrofy dzieliło niewiele. Autorka zajmuje się tym razem kilkoma zaledwie akcjami – ratowaniem grotołazów, którzy zostali odcięci w jaskini przez wodę, burzą nad Giewontem – tu wyładowania atmosferyczne raniły lub zabiły kilkadziesiąt osób czy wyprawami na szczyt w niesprzyjających warunkach. Jedno jest pewne: Tatr nie można lekceważyć, a kto ignoruje zasady bezpieczeństwa, szybko może sprowadzić na siebie nieszczęście i potężnie skomplikować codzienność grupy ratowników. Beata Sabała-Zielińska przygląda się wielkim akcjom, zarówno z perspektywy bliskich (lub ewentualnych świadków) jak i ze strony samych ratowników. W ten sposób może także proponować przestrogi dla odbiorców – chociaż jak refren przewijają się przez książkę informacje o tym, że turyści przeważnie ignorują dobre rady i bezmyślnie narażają siebie i innych na niebezpieczeństwa w górach.
Niby wiadomo, że wielu bohaterom tej książki nie uda się przeżyć – jednak nie odbiera to emocji lekturowych. Beata Sabała-Zielińska pisze tak, żeby wstrząsnąć czytelnikami, żeby mogli oni razem z toprowcami angażować się w opowieści i śledzić losy ratowników oraz ratowanych. Najczęściej wybiera rozmowy z ludźmi: wypytuje o wydarzenia ratowników, rodziny zaginionych czy tych, którym udało się przeżyć. Czasami oddaje głos także ludziom pomagającym w akcjach – na przykład właścicielom schronisk. Pozwala im na podzielenie się przeżyciami, ale też na wprowadzenie niezbędnych wyjaśnień – tak, by osoby postronne mogły lepiej zorientować się w powadze sytuacji i by tom nie stał się przesadnie hermetyczny. Opisywanie kolejnych wypadków to również – choć nie należy to do głównych celów książki – miejsce na rozwiewanie wątpliwości pojawiających się w mediach czy jednoznaczne wytłumaczenia niektórych zachowań oraz decyzji podejmowanych przez ratowników. Bezustannie powraca tu bowiem pytanie o granice ryzyka: kiedy należy zakończyć akcję i jak dużo zrobić, kiedy nie da się już pomóc żywemu człowiekowi. W grę wchodzą wielkie emocje, ale i potężne niebezpieczeństwa. Żeby uświadomić czytelnikom skalę akcji, autorka podaje pod koniec rozdziałów wartości liczbowe – jednak najbardziej przemówi do czytelników za sprawą samych wypowiedzi bezpośrednio zaangażowanych.
Znajduje też Beata Sabała-Zielińska miejsce na opisywanie reakcji żon i partnerek (czasami też rodziców lub dzieci) ratowników z TOPR-u. Oddaje głos tym, które pozostają na drugim planie, pozwala odrobinę zajrzeć w życie prywatne, przekonać się, co charakteryzuje toprowców, jak radzą sobie ze stresem na co dzień i dlaczego tak bardzo przekonują do siebie płeć piękną. I to finał, który ma złagodzić gorzkie brzmienie niektórych relacji. Jest to książka wyjątkowa, a co najważniejsze – mimo trudnych często tematów znakomicie się ją czyta.
Z góry
Monografią TOPR-u Beata Sabała-Zielińska dała się poznać nie tylko fanom literatury górskiej. Sukces tomu sprawił, że czytelnicy otrzymują teraz drugą część historii o akcjach ratunkowych w Tatrach. Podtytuł nie pozostawia złudzeń: „TOPR 2. Nie każdy wróci” to w dużej części opowieść o tych, których nie udało się przeżyć w ekstremalnych warunkach, a także o tych, których od katastrofy dzieliło niewiele. Autorka zajmuje się tym razem kilkoma zaledwie akcjami – ratowaniem grotołazów, którzy zostali odcięci w jaskini przez wodę, burzą nad Giewontem – tu wyładowania atmosferyczne raniły lub zabiły kilkadziesiąt osób czy wyprawami na szczyt w niesprzyjających warunkach. Jedno jest pewne: Tatr nie można lekceważyć, a kto ignoruje zasady bezpieczeństwa, szybko może sprowadzić na siebie nieszczęście i potężnie skomplikować codzienność grupy ratowników. Beata Sabała-Zielińska przygląda się wielkim akcjom, zarówno z perspektywy bliskich (lub ewentualnych świadków) jak i ze strony samych ratowników. W ten sposób może także proponować przestrogi dla odbiorców – chociaż jak refren przewijają się przez książkę informacje o tym, że turyści przeważnie ignorują dobre rady i bezmyślnie narażają siebie i innych na niebezpieczeństwa w górach.
Niby wiadomo, że wielu bohaterom tej książki nie uda się przeżyć – jednak nie odbiera to emocji lekturowych. Beata Sabała-Zielińska pisze tak, żeby wstrząsnąć czytelnikami, żeby mogli oni razem z toprowcami angażować się w opowieści i śledzić losy ratowników oraz ratowanych. Najczęściej wybiera rozmowy z ludźmi: wypytuje o wydarzenia ratowników, rodziny zaginionych czy tych, którym udało się przeżyć. Czasami oddaje głos także ludziom pomagającym w akcjach – na przykład właścicielom schronisk. Pozwala im na podzielenie się przeżyciami, ale też na wprowadzenie niezbędnych wyjaśnień – tak, by osoby postronne mogły lepiej zorientować się w powadze sytuacji i by tom nie stał się przesadnie hermetyczny. Opisywanie kolejnych wypadków to również – choć nie należy to do głównych celów książki – miejsce na rozwiewanie wątpliwości pojawiających się w mediach czy jednoznaczne wytłumaczenia niektórych zachowań oraz decyzji podejmowanych przez ratowników. Bezustannie powraca tu bowiem pytanie o granice ryzyka: kiedy należy zakończyć akcję i jak dużo zrobić, kiedy nie da się już pomóc żywemu człowiekowi. W grę wchodzą wielkie emocje, ale i potężne niebezpieczeństwa. Żeby uświadomić czytelnikom skalę akcji, autorka podaje pod koniec rozdziałów wartości liczbowe – jednak najbardziej przemówi do czytelników za sprawą samych wypowiedzi bezpośrednio zaangażowanych.
Znajduje też Beata Sabała-Zielińska miejsce na opisywanie reakcji żon i partnerek (czasami też rodziców lub dzieci) ratowników z TOPR-u. Oddaje głos tym, które pozostają na drugim planie, pozwala odrobinę zajrzeć w życie prywatne, przekonać się, co charakteryzuje toprowców, jak radzą sobie ze stresem na co dzień i dlaczego tak bardzo przekonują do siebie płeć piękną. I to finał, który ma złagodzić gorzkie brzmienie niektórych relacji. Jest to książka wyjątkowa, a co najważniejsze – mimo trudnych często tematów znakomicie się ją czyta.
niedziela, 22 sierpnia 2021
Krzysztof Koziołek: Biały pył
Agora, Warszawa 2021.
Ze szczytu
Krzysztof Koziołek wykorzystuje gatunek, który zyskał niebywałą popularność - czyli literaturę górską - żeby zamienić go w kryminał. Tworzy opowieść z drogi na szczyt, wysyła swoich bohaterów zimą na K2 (tekst powstał jeszcze przed sukcesem Szerpów), wierząc, że Polacy jako pierwsi zdobędą tę górę. Bohaterowie mierzą się z legendą Zimowych Wojowników, znają całą historię polskich wypraw i chcą dopisać własną kartę. Przymierzają się do pierwszego wejścia, ale jednocześnie przepracowują własne problemy i traumy. Im wyżej, tym więcej scysji i konfliktów w ekipie, która wydawała się całkiem dobrze zgrana. Nagle okazuje się, że każdy chce zdobyć szczyt, a poza tym - że trwa indywidualna walka między wspinaczami. W pewnym momencie nawet bohaterowie ubolewają nad tym, że zmieniły się kodeksy wartości i motywacje: teraz każdy może liczyć tylko na siebie, a dziennikarze tylko podgrzewają atmosferę. Na górę wspinają się różni ludzie: ci, którzy mają na koncie wielkie sukcesy, i ci zapomniani, którzy chcą udowodnić sobie i innym, że coś potrafią. W ekipie pojawia się między innymi Zuza - kobieta, która nie miała szczęścia w dotychczasowych górskich eskapadach - a także dziennikarz, który nie miał w planach wybierania się na szczyt, a powinien jedynie zbierać materiały do ciekawego reportażu. W pewnym momencie zaczyna się walka. Wszyscy ci, którzy wierzyli jeszcze w romantyczne ideały i zwyczajne koleżeństwo, zostaną natychmiast wytrąceni ze swojej strefy komfortu, Krzysztof Koziołek odnosi się w ten sposób do sporów, które ze środowiska górskiego co jakiś czas przenikają do świadomości ludzi z zewnątrz - jednak wyostrza je jeszcze bardziej i wplata w dyskusje postaci. W górach wszystko odczuwa się mocniej, nie ma miejsca na półtony i udawanie, zwłaszcza gdy trzeba się zmagać ze skutkami choroby wysokościowej, ze zmęczeniem i zimnem. Nie ma co liczyć na wyrozumiałość, a kierownik może o czymkolwiek decydować tylko teoretycznie. Każdy walczy o swoje. Autor ujawnia też motywacje poszczególnych wspinaczy - pokazuje, że każdy z nich ma inne powody, by odnieść sukces, nie oglądając się na innych. Naświetla też nie zawsze krzepiące wizje relacji między uczestnikami wyprawy. Tak, że kiedy w górze zacznie dochodzić do dramatycznych wydarzeń, czytelnicy nabiorą wątpliwości - co jest dziełem przypadku, a co efektem starannie zaplanowanej strategii. Krzysztof Koziołek pyta, kiedy można ufać innym, a kiedy trzeba zachować ostrożność. W fikcyjne wydarzenia wplata autor nawiązania do znanych fanom literatury górskiej (zwłaszcza biografii i autobiografii wspinaczy) motywów. Wprowadza charakterystyczne cytaty i poglądy, tak, że stali czytelnicy górskich serii nie będą mieli problemu ze wskazaniem ich źródeł. Dużo czyta - i w gatunku upatruje swoich szans na kryminał. Całkiem nieźle mu wychodzi przeszczepienie zagadnień ze wspinaczki na fabułę - można spokojnie polecić jego książkę wszystkim tym, którzy są zainteresowani zdobywaniem szczytów (przynajmniej - w wersji literackiej). Autor umiejętnie prowadzi samą intrygę i nie można mu mieć za złe, że wykorzystuje warunki panujące w wysokich górach, żeby trochę namieszać w fabule.
Ze szczytu
Krzysztof Koziołek wykorzystuje gatunek, który zyskał niebywałą popularność - czyli literaturę górską - żeby zamienić go w kryminał. Tworzy opowieść z drogi na szczyt, wysyła swoich bohaterów zimą na K2 (tekst powstał jeszcze przed sukcesem Szerpów), wierząc, że Polacy jako pierwsi zdobędą tę górę. Bohaterowie mierzą się z legendą Zimowych Wojowników, znają całą historię polskich wypraw i chcą dopisać własną kartę. Przymierzają się do pierwszego wejścia, ale jednocześnie przepracowują własne problemy i traumy. Im wyżej, tym więcej scysji i konfliktów w ekipie, która wydawała się całkiem dobrze zgrana. Nagle okazuje się, że każdy chce zdobyć szczyt, a poza tym - że trwa indywidualna walka między wspinaczami. W pewnym momencie nawet bohaterowie ubolewają nad tym, że zmieniły się kodeksy wartości i motywacje: teraz każdy może liczyć tylko na siebie, a dziennikarze tylko podgrzewają atmosferę. Na górę wspinają się różni ludzie: ci, którzy mają na koncie wielkie sukcesy, i ci zapomniani, którzy chcą udowodnić sobie i innym, że coś potrafią. W ekipie pojawia się między innymi Zuza - kobieta, która nie miała szczęścia w dotychczasowych górskich eskapadach - a także dziennikarz, który nie miał w planach wybierania się na szczyt, a powinien jedynie zbierać materiały do ciekawego reportażu. W pewnym momencie zaczyna się walka. Wszyscy ci, którzy wierzyli jeszcze w romantyczne ideały i zwyczajne koleżeństwo, zostaną natychmiast wytrąceni ze swojej strefy komfortu, Krzysztof Koziołek odnosi się w ten sposób do sporów, które ze środowiska górskiego co jakiś czas przenikają do świadomości ludzi z zewnątrz - jednak wyostrza je jeszcze bardziej i wplata w dyskusje postaci. W górach wszystko odczuwa się mocniej, nie ma miejsca na półtony i udawanie, zwłaszcza gdy trzeba się zmagać ze skutkami choroby wysokościowej, ze zmęczeniem i zimnem. Nie ma co liczyć na wyrozumiałość, a kierownik może o czymkolwiek decydować tylko teoretycznie. Każdy walczy o swoje. Autor ujawnia też motywacje poszczególnych wspinaczy - pokazuje, że każdy z nich ma inne powody, by odnieść sukces, nie oglądając się na innych. Naświetla też nie zawsze krzepiące wizje relacji między uczestnikami wyprawy. Tak, że kiedy w górze zacznie dochodzić do dramatycznych wydarzeń, czytelnicy nabiorą wątpliwości - co jest dziełem przypadku, a co efektem starannie zaplanowanej strategii. Krzysztof Koziołek pyta, kiedy można ufać innym, a kiedy trzeba zachować ostrożność. W fikcyjne wydarzenia wplata autor nawiązania do znanych fanom literatury górskiej (zwłaszcza biografii i autobiografii wspinaczy) motywów. Wprowadza charakterystyczne cytaty i poglądy, tak, że stali czytelnicy górskich serii nie będą mieli problemu ze wskazaniem ich źródeł. Dużo czyta - i w gatunku upatruje swoich szans na kryminał. Całkiem nieźle mu wychodzi przeszczepienie zagadnień ze wspinaczki na fabułę - można spokojnie polecić jego książkę wszystkim tym, którzy są zainteresowani zdobywaniem szczytów (przynajmniej - w wersji literackiej). Autor umiejętnie prowadzi samą intrygę i nie można mu mieć za złe, że wykorzystuje warunki panujące w wysokich górach, żeby trochę namieszać w fabule.
poniedziałek, 7 czerwca 2021
Anna Król: Kamienny sufit. Opowieść o pierwszych taterniczkach
Znak, Kraków 2021.
Z góry
Podwójną opowieść skrywa ta książka. Anna Król łączy tutaj pasję czytania o pierwszych taterniczkach i wspinania się. Przemierza kolejne szlaki i testuje drogi, które przechodziły pierwsze kobiety w Tatrach. Uzupełnia biblioteczkę górską o bardzo ważną pozycję. Przede wszystkim dlatego, że dzisiaj wszyscy rzucają się na zdobywanie najwyższych szczytów i widzą niemal wyłącznie Himalaje. Tymczasem Tatry pełne są arcyciekawych i często bardzo wymagających dróg, o czym wielu fanów literatury górskiej nie ma jak się dowiedzieć. Anna Król postanawia zatem przybliżyć historię taterniczek i połączyć ją z własną opowieścią o Tatrach. Zagłębia się w przeszłość, pozwala poznać wyimki z życia poszczególnych taterniczek - nie przytacza całych biografii, bo to byłoby męczące - za to zajmuje się przedstawianiem kobiet w górach. Przy okazji prezentowania poszczególnych postaci może znaleźć miejsce i na komentowanie specyficznych strojów, i na relacje dotyczące towarzystwa. Za każdym razem sytuacja wygląda tak, że przeplata autorka przygody z przeszłości własnymi przemyśleniami i odczuciami z gór. Przerywa narrację - relacjonowanie dawnych dokonań pierwszych kobiet w górach - żeby podzielić się swoją trasą.
Przeważnie Anna Król chce testować wybierane przez zapisane w historii poprzedniczki szlaki. Decyduje się na przejście tych samych dróg, które przemierzały dawne taterniczki, ale czasami przekonuje się, że dzisiaj to niemożliwe. Doskonale orientuje się w topografii, co niekiedy staje się przeszkodą ze względu na świadomość górskich tragedii. Zdarza się tak, że autorka przypomina sobie o śmierciach lub cierpieniach taterniczek - a znajduje się w tym samym miejscu, w którym bohaterki jej relacji traciły życie. Nie potrafi wówczas przejść do porządku dziennego nad takim motywem, dzieli się zatem z odbiorcami zestawem swoich emocji. Parę razy szuka - trochę na wzór Długosza - literackości, widać to szczególnie wyraźnie w obecności dwóch much natrętnie obijających się o kask i przywołujących skojarzenia z dwiema taterniczkami, które na zawsze pozostały w górach.
Kobiety, które po raz pierwszy przechodziły trudne drogi w Tatrach sporo ryzykowały. Ale Anna Król też przeżywa niekiedy mrożące krew w żyłach przygody, przekonuje się, że łatwo o nieszczęśliwy wypadek. Doświadcza skrajności, także tych pogodowych, prowadzących do poważnego testu umiejętności. Nie zawsze udaje jej się zrealizować wszystkie plany - tym bardziej wzrasta jej szacunek do poprzedniczek. Swoimi trasami zwraca uwagę na obecność kobiet w Tatrach w czasach, w których nikt nie traktował płci pięknej poważnie, a jednym z podstawowych problemów było to, czy panie mogą nosić spodnie i pozbyć się parasolek oraz kapeluszy. Jest to publikacja bardzo udana, dobrze napisana - ze świadomością praw rządzących literaturą górską. Anna Król znalazła sobie temat, który jest w stanie zrealizować znakomicie. Zaistnieje na pewno w tej specyficznej gałęzi literatury sportowej, przy okazji uzupełni wiadomości tych czytelników, którzy podczas boomu na opowieści z gór zainteresowali się tematem. Dostarcza emocjonującej relacji, nie tylko szuka wiadomości o pierwszych taterniczkach, ale też wie, jak sprzedać zdobyte informacje. Nawet jeśli w końcowych rozdziałach trochę powtarza niektóre dane, da się jej to łatwo wybaczyć: książka po prostu wciąga.
Z góry
Podwójną opowieść skrywa ta książka. Anna Król łączy tutaj pasję czytania o pierwszych taterniczkach i wspinania się. Przemierza kolejne szlaki i testuje drogi, które przechodziły pierwsze kobiety w Tatrach. Uzupełnia biblioteczkę górską o bardzo ważną pozycję. Przede wszystkim dlatego, że dzisiaj wszyscy rzucają się na zdobywanie najwyższych szczytów i widzą niemal wyłącznie Himalaje. Tymczasem Tatry pełne są arcyciekawych i często bardzo wymagających dróg, o czym wielu fanów literatury górskiej nie ma jak się dowiedzieć. Anna Król postanawia zatem przybliżyć historię taterniczek i połączyć ją z własną opowieścią o Tatrach. Zagłębia się w przeszłość, pozwala poznać wyimki z życia poszczególnych taterniczek - nie przytacza całych biografii, bo to byłoby męczące - za to zajmuje się przedstawianiem kobiet w górach. Przy okazji prezentowania poszczególnych postaci może znaleźć miejsce i na komentowanie specyficznych strojów, i na relacje dotyczące towarzystwa. Za każdym razem sytuacja wygląda tak, że przeplata autorka przygody z przeszłości własnymi przemyśleniami i odczuciami z gór. Przerywa narrację - relacjonowanie dawnych dokonań pierwszych kobiet w górach - żeby podzielić się swoją trasą.
Przeważnie Anna Król chce testować wybierane przez zapisane w historii poprzedniczki szlaki. Decyduje się na przejście tych samych dróg, które przemierzały dawne taterniczki, ale czasami przekonuje się, że dzisiaj to niemożliwe. Doskonale orientuje się w topografii, co niekiedy staje się przeszkodą ze względu na świadomość górskich tragedii. Zdarza się tak, że autorka przypomina sobie o śmierciach lub cierpieniach taterniczek - a znajduje się w tym samym miejscu, w którym bohaterki jej relacji traciły życie. Nie potrafi wówczas przejść do porządku dziennego nad takim motywem, dzieli się zatem z odbiorcami zestawem swoich emocji. Parę razy szuka - trochę na wzór Długosza - literackości, widać to szczególnie wyraźnie w obecności dwóch much natrętnie obijających się o kask i przywołujących skojarzenia z dwiema taterniczkami, które na zawsze pozostały w górach.
Kobiety, które po raz pierwszy przechodziły trudne drogi w Tatrach sporo ryzykowały. Ale Anna Król też przeżywa niekiedy mrożące krew w żyłach przygody, przekonuje się, że łatwo o nieszczęśliwy wypadek. Doświadcza skrajności, także tych pogodowych, prowadzących do poważnego testu umiejętności. Nie zawsze udaje jej się zrealizować wszystkie plany - tym bardziej wzrasta jej szacunek do poprzedniczek. Swoimi trasami zwraca uwagę na obecność kobiet w Tatrach w czasach, w których nikt nie traktował płci pięknej poważnie, a jednym z podstawowych problemów było to, czy panie mogą nosić spodnie i pozbyć się parasolek oraz kapeluszy. Jest to publikacja bardzo udana, dobrze napisana - ze świadomością praw rządzących literaturą górską. Anna Król znalazła sobie temat, który jest w stanie zrealizować znakomicie. Zaistnieje na pewno w tej specyficznej gałęzi literatury sportowej, przy okazji uzupełni wiadomości tych czytelników, którzy podczas boomu na opowieści z gór zainteresowali się tematem. Dostarcza emocjonującej relacji, nie tylko szuka wiadomości o pierwszych taterniczkach, ale też wie, jak sprzedać zdobyte informacje. Nawet jeśli w końcowych rozdziałach trochę powtarza niektóre dane, da się jej to łatwo wybaczyć: książka po prostu wciąga.
czwartek, 11 lutego 2021
Bernadette McDonald: 8000 zimą
Agora, Warszawa 2021.
Najwyżej
Bernadette McDonald stworzyła kolejną pozycję z zakresu literatury górskiej - i to pozycję, która na polskim rynku wydawniczym może zostać wyjątkowo dobrze przyjęta z racji tematu. Autorka przygląda się bowiem zimowemu zdobywaniu ośmiotysięczników - a to wyścig, w którym prym wiodą Polacy. Najpierw - Lodowi Wojownicy, później Polski Himalaizm Zimowy, wielkie zwycięstwa (ale i równie wielkie tragedie). Autorka oczywiście wybiera tylko część historii zdobywania ośmiotysięczników (co ciekawe, historia pisze się na oczach odbiorców, zdobycie K2 zimą przez Szerpów to wiadomość zbyt nowa, by mogła wejść do tomu), ale potrafi przekazać ją z pasją i tak, by zaangażować czytelników. Wiele z tych wejść doczekało się już bardziej obszernych omówień w kolejnych biografiach wspinaczy, jednak Bernadette McDonald szuka esencji: proponuje odbiorcom zestaw najsilniejszych emocji i najciekawszych wypraw.
Najpierw wyjaśnia, skąd w ogóle pęd Polaków do zdobywania szczytów i wytyczania nowych tras zimą - znajduje sensowne wyjaśnienie i chociaż dzisiaj himalaistów pchać może tylko tradycja, nie ulega wątpliwości, że rozmach i wyobraźnia wspinaczy biorą się z dokonań poprzednich pokoleń, z czasów, kiedy polskie ekipy nie dysponowały jeszcze "kosmicznym" wyposażeniem. Ośmiotysięczniki zimą to możliwość sprawdzenia własnych możliwości, albo - okazja do wyrównania prywatnych porachunków z górą. Ośmiotysięczniki zimą to dramatyczne scenariusze, historie, w których zejścia są najważniejsze. Niektórzy nie wiedzą, kiedy przerwać atak i wycofać się z góry, inni zawracają, chociaż od szczytu dzieli ich kilkadziesiąt metrów. Bernadette McDonald takie opowieści zbiera, układając z nich relację o poszczególnych górach. Dzięki temu może zarazić czytelników miłością do literatury górskiej, albo przynajmniej zaprosić do dalszego zbierania informacji. Stawia na opowieści dynamiczne i pełne wrażeń, pozwala jeszcze raz przeżywać doświadczenia wspinaczy - nawet te doskonale znane i omówione w mediach. Pomaga pojąć, dlaczego niektórzy wciąż wracają w konkretne miejsca i oddaje hołd tym, którzy w wysokich górach zostali na zawsze. Bernadette McDonald zbiera wszystkie "naj" - interesują ją najbardziej spektakularne wyprawy i sukcesy lub działania ratunkowe. Odnotowuje, kto wszedł najwyżej, kto jako pierwszy zdobył górę zimą i kto nie korzystał przy tym z pomocy. Pojawiają się w tej książce nazwiska doskonale znane fanom literatury górskiej, jednak nowy w stosunku do doskonale znanych relacji jest rytm. Autorka znalazła sposób na wydobycie esencji wspinaczki, udaje jej się przykuć uwagę czytelników i przedstawić skróconą - ale wciąż pasjonującą - historię od pierwszych zimowych wejść po nieudane eskapady na K2. "8000 zimą" może być świetnym wprowadzeniem do literatury górskiej, początkiem ciekawych opowieści. Nie zabraknie tu ani wyznań wspinaczy, naświetlania górskich przyjaźni czy portretów ludzi-legend, nie zabraknie także fotograficznej dokumentacji. Autorka nie traktuje tematu wspinaczki wysokogórskiej jako zbioru oczywistości: mimo olbrzymiej bibliografii - i świadomości, że zwraca się w pierwszej kolejności do fanów tematu - udaje jej się stworzyć książkę dla masowej publiczności.
Najwyżej
Bernadette McDonald stworzyła kolejną pozycję z zakresu literatury górskiej - i to pozycję, która na polskim rynku wydawniczym może zostać wyjątkowo dobrze przyjęta z racji tematu. Autorka przygląda się bowiem zimowemu zdobywaniu ośmiotysięczników - a to wyścig, w którym prym wiodą Polacy. Najpierw - Lodowi Wojownicy, później Polski Himalaizm Zimowy, wielkie zwycięstwa (ale i równie wielkie tragedie). Autorka oczywiście wybiera tylko część historii zdobywania ośmiotysięczników (co ciekawe, historia pisze się na oczach odbiorców, zdobycie K2 zimą przez Szerpów to wiadomość zbyt nowa, by mogła wejść do tomu), ale potrafi przekazać ją z pasją i tak, by zaangażować czytelników. Wiele z tych wejść doczekało się już bardziej obszernych omówień w kolejnych biografiach wspinaczy, jednak Bernadette McDonald szuka esencji: proponuje odbiorcom zestaw najsilniejszych emocji i najciekawszych wypraw.
Najpierw wyjaśnia, skąd w ogóle pęd Polaków do zdobywania szczytów i wytyczania nowych tras zimą - znajduje sensowne wyjaśnienie i chociaż dzisiaj himalaistów pchać może tylko tradycja, nie ulega wątpliwości, że rozmach i wyobraźnia wspinaczy biorą się z dokonań poprzednich pokoleń, z czasów, kiedy polskie ekipy nie dysponowały jeszcze "kosmicznym" wyposażeniem. Ośmiotysięczniki zimą to możliwość sprawdzenia własnych możliwości, albo - okazja do wyrównania prywatnych porachunków z górą. Ośmiotysięczniki zimą to dramatyczne scenariusze, historie, w których zejścia są najważniejsze. Niektórzy nie wiedzą, kiedy przerwać atak i wycofać się z góry, inni zawracają, chociaż od szczytu dzieli ich kilkadziesiąt metrów. Bernadette McDonald takie opowieści zbiera, układając z nich relację o poszczególnych górach. Dzięki temu może zarazić czytelników miłością do literatury górskiej, albo przynajmniej zaprosić do dalszego zbierania informacji. Stawia na opowieści dynamiczne i pełne wrażeń, pozwala jeszcze raz przeżywać doświadczenia wspinaczy - nawet te doskonale znane i omówione w mediach. Pomaga pojąć, dlaczego niektórzy wciąż wracają w konkretne miejsca i oddaje hołd tym, którzy w wysokich górach zostali na zawsze. Bernadette McDonald zbiera wszystkie "naj" - interesują ją najbardziej spektakularne wyprawy i sukcesy lub działania ratunkowe. Odnotowuje, kto wszedł najwyżej, kto jako pierwszy zdobył górę zimą i kto nie korzystał przy tym z pomocy. Pojawiają się w tej książce nazwiska doskonale znane fanom literatury górskiej, jednak nowy w stosunku do doskonale znanych relacji jest rytm. Autorka znalazła sposób na wydobycie esencji wspinaczki, udaje jej się przykuć uwagę czytelników i przedstawić skróconą - ale wciąż pasjonującą - historię od pierwszych zimowych wejść po nieudane eskapady na K2. "8000 zimą" może być świetnym wprowadzeniem do literatury górskiej, początkiem ciekawych opowieści. Nie zabraknie tu ani wyznań wspinaczy, naświetlania górskich przyjaźni czy portretów ludzi-legend, nie zabraknie także fotograficznej dokumentacji. Autorka nie traktuje tematu wspinaczki wysokogórskiej jako zbioru oczywistości: mimo olbrzymiej bibliografii - i świadomości, że zwraca się w pierwszej kolejności do fanów tematu - udaje jej się stworzyć książkę dla masowej publiczności.
poniedziałek, 4 stycznia 2021
Beata Sabała-Zielińska: Pięć Stawów. Dom bez adresu
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
W górze
Schronisko w Pięciu Stawach, położone wysoko w górach, ma swoją wielką i ciekawą historię. Beata Sabała-Zielińska dzięki współpracy z dwiema właścicielkami tworzy obszerną i bardzo atrakcyjną w lekturze monografię miejsca. Udaje jej się nie tylko zebrać anegdoty i materiały składające się na historię obiektu, ale też - odtworzyć ducha miejsca, uświadomić odbiorcom, że mają do czynienia z nietypowym i wyjątkowym domem dla turystów oraz wspinaczy. Przeszłość odtwarza autorka między innymi dzięki niepublikowanym zapiskom Marii Krzeptowskiej, zapiskom, co trzeba zaznaczyć, dowcipnym. Czytelnicy będą mogli zanurzyć się w świecie wspomnień i bogatych charakterów. Tu każda postać, wkraczająca do opowieści, natychmiast skupia na sobie całą uwagę: daje szansę przeżywania na nowo kolejnych wydarzeń. Sabała-Zielińska zajmuje się przeplataniem trzech tematów: jeden to bohaterowie: właściciele miejsca, ale też stali bywalcy czy co barwniejsi turyści. Drugi - samo miejsce. Organizacja przestrzeni, ściany, przez które hula wiatr, brak udogodnień, do których dzisiejsi roszczeniowi turyści są przyzwyczajeni. Trzecie zagadnienie to warunki, które na pewne rozwiązania nie pozwalają, inne - wymuszają. Kwestie aprowizacji, elektryczności, docierania na górę lub... przymusowego mieszkania tu przez czas, w którym śnieg odetnie schronisko od świata - dodaje to smaku całości.
W pierwszej kolejności autorkę interesują ludzie. Rozmawia nie tylko z obecnymi właścicielkami schroniska, ale też ze stałymi bywalcami, tymi, którzy mogą przedstawiać życie schroniska i przypominać ciekawe wydarzenia. Sięga po spisywane materiały. To wszystko łączy się w opowieść anegdotyczną i wesołą, ale też spójną i wypełnioną intrygującymi charakterystykami. Dla tych, którzy w Pięciu Stawach bywają, nie będzie tu zaskoczeń - ale odbiorcy uzyskają fascynującą opowieść z życia górskiego schroniska. Zwykłym czytelnikom oraz fanom literatury górskiej spodobać się może zwłaszcza zestaw problemów związanych z prowadzeniem takiego miejsca. Autorka sprawdza, w jaki sposób dostarcza się tutaj ciężkie zakupy, jak wywozi śmieci czy ścieki - w końcu na taką wysokość nie da się dotrzeć samochodem. Perypetie związane z pokonywaniem trasy są mocno rozbudowane i rozciągnięte w czasie, uzależnione od pomysłowości górali i od technicznych możliwości w danym momencie. Odbiorcy dowiedzą się też, czego w schronisku na pewno nie będzie. Pojawiają się w książce historie legendarnych imprez i wypadków górskich, analizy współpracy z TOPR-em, ekstrawaganckie pomysły bywalców lub... noclegi na podłodze. Beata Sabała-Zielińska opisuje między innymi sytuacje dzisiaj już ze względu na zmieniające się przepisy niedozwolone, a kiedyś zapewniające dodatkowe atrakcje. Nie zabraknie opowieści o przyrodzie: o niedźwiedziach odwiedzających schronisko i o traktowaniu Pięciu Stawów jak podwórka przez dzieci.
Jest to książka bardzo gęsta i napisana ciekawie. Dynamiczna, wciągająca i zapewniająca spokój na długi czas lektury. Autorka przygląda się miejscu niezwykłemu i mającemu własną legendę - daje szansę na zakochanie się w tym schronisku: nie tylko umożliwia uświadomienie odbiorcom, jak ciężkiej pracy wymaga zaangażowanie się w działalność w Pięciu Stawach, ale też utrwala liczne humorystyczne historyjki, dowody na pomysłowość i nietuzinkowe osobowości. Bohaterowie z tej książki szybko stają się bliscy odbiorcom - można śledzić ich dokonania i docenić rozwiązania w warunkach trudnych do wyobrażenia. Beata Sabała-Zielińska tworzy pozycję, od której trudno się oderwać. To może przekonać czytelników do literatury górskiej.
W górze
Schronisko w Pięciu Stawach, położone wysoko w górach, ma swoją wielką i ciekawą historię. Beata Sabała-Zielińska dzięki współpracy z dwiema właścicielkami tworzy obszerną i bardzo atrakcyjną w lekturze monografię miejsca. Udaje jej się nie tylko zebrać anegdoty i materiały składające się na historię obiektu, ale też - odtworzyć ducha miejsca, uświadomić odbiorcom, że mają do czynienia z nietypowym i wyjątkowym domem dla turystów oraz wspinaczy. Przeszłość odtwarza autorka między innymi dzięki niepublikowanym zapiskom Marii Krzeptowskiej, zapiskom, co trzeba zaznaczyć, dowcipnym. Czytelnicy będą mogli zanurzyć się w świecie wspomnień i bogatych charakterów. Tu każda postać, wkraczająca do opowieści, natychmiast skupia na sobie całą uwagę: daje szansę przeżywania na nowo kolejnych wydarzeń. Sabała-Zielińska zajmuje się przeplataniem trzech tematów: jeden to bohaterowie: właściciele miejsca, ale też stali bywalcy czy co barwniejsi turyści. Drugi - samo miejsce. Organizacja przestrzeni, ściany, przez które hula wiatr, brak udogodnień, do których dzisiejsi roszczeniowi turyści są przyzwyczajeni. Trzecie zagadnienie to warunki, które na pewne rozwiązania nie pozwalają, inne - wymuszają. Kwestie aprowizacji, elektryczności, docierania na górę lub... przymusowego mieszkania tu przez czas, w którym śnieg odetnie schronisko od świata - dodaje to smaku całości.
W pierwszej kolejności autorkę interesują ludzie. Rozmawia nie tylko z obecnymi właścicielkami schroniska, ale też ze stałymi bywalcami, tymi, którzy mogą przedstawiać życie schroniska i przypominać ciekawe wydarzenia. Sięga po spisywane materiały. To wszystko łączy się w opowieść anegdotyczną i wesołą, ale też spójną i wypełnioną intrygującymi charakterystykami. Dla tych, którzy w Pięciu Stawach bywają, nie będzie tu zaskoczeń - ale odbiorcy uzyskają fascynującą opowieść z życia górskiego schroniska. Zwykłym czytelnikom oraz fanom literatury górskiej spodobać się może zwłaszcza zestaw problemów związanych z prowadzeniem takiego miejsca. Autorka sprawdza, w jaki sposób dostarcza się tutaj ciężkie zakupy, jak wywozi śmieci czy ścieki - w końcu na taką wysokość nie da się dotrzeć samochodem. Perypetie związane z pokonywaniem trasy są mocno rozbudowane i rozciągnięte w czasie, uzależnione od pomysłowości górali i od technicznych możliwości w danym momencie. Odbiorcy dowiedzą się też, czego w schronisku na pewno nie będzie. Pojawiają się w książce historie legendarnych imprez i wypadków górskich, analizy współpracy z TOPR-em, ekstrawaganckie pomysły bywalców lub... noclegi na podłodze. Beata Sabała-Zielińska opisuje między innymi sytuacje dzisiaj już ze względu na zmieniające się przepisy niedozwolone, a kiedyś zapewniające dodatkowe atrakcje. Nie zabraknie opowieści o przyrodzie: o niedźwiedziach odwiedzających schronisko i o traktowaniu Pięciu Stawów jak podwórka przez dzieci.
Jest to książka bardzo gęsta i napisana ciekawie. Dynamiczna, wciągająca i zapewniająca spokój na długi czas lektury. Autorka przygląda się miejscu niezwykłemu i mającemu własną legendę - daje szansę na zakochanie się w tym schronisku: nie tylko umożliwia uświadomienie odbiorcom, jak ciężkiej pracy wymaga zaangażowanie się w działalność w Pięciu Stawach, ale też utrwala liczne humorystyczne historyjki, dowody na pomysłowość i nietuzinkowe osobowości. Bohaterowie z tej książki szybko stają się bliscy odbiorcom - można śledzić ich dokonania i docenić rozwiązania w warunkach trudnych do wyobrażenia. Beata Sabała-Zielińska tworzy pozycję, od której trudno się oderwać. To może przekonać czytelników do literatury górskiej.
wtorek, 15 grudnia 2020
Dariusz Kortko, Jerzy Porębski: Berbeka. Życie w cieniu Broad Peaku
Agora, Warszawa 2020.
Tęsknota
Maciej Berbeka po prostu musiał pokochać góry. Przejął pasję ojca i zapisał się w historii polskiego himalaizmu. W wysokie góry prowadził klientów, zdobywał szczyty i realizował marzenia. Teraz jego biografia uzupełnia biblioteczkę Agory. Dariusz Kortko i Jerzy Porębski bez sentymentów stworzyli portret człowieka, który da się lubić – nie idealnego czy idealizowanego, ale zwyczajnego, z rozmaitymi słabościami i talentami nie do końca wykorzystywanymi. „Berbeka. Życie w cieniu Broad Peaku” to książka pisana wielkimi emocjami i jako taka sprawdzi się dla szerokiego grona odbiorców. Nie trzeba być fanem literatury górskiej ani tego specyficznego odłamu biografii sportowych – historii wspinaczy – żeby zachwycić się tym, co z materiałem wyjściowym robi Dariusz Kortko. To reportaż pełen emocji, zaskakujący, a miejscami też wstrząsający. Nigdy nie naiwny – autorzy rezygnują z powtarzanego do tej pory często pytania o sens wypraw w góry i o podejście do tego tematu członków rodziny. Ewa Dyakowska-Berbeka swoimi uczuciami już się w książkach podzieliła, tutaj wracają pewne komentarze, niezbędne do zrozumienia całych sytuacji – Berbeka nie zawsze będzie w centrum wydarzeń. A jednak to właśnie do niego czytelnicy będą chcieli wracać, żeby dowiedzieć się, jak wyglądały jego kolejne wyprawy.
Broad Peak jest tu na początku – żeby przedstawić odbiorcom najbardziej dramatyczny moment dotyczący porażki i zwycięstwa w jednym. Porażki, bo bohaterowi tomu nie udało się zdobyć szczytu, chociaż był o tym przekonany – i zwycięstwa, bo mimo skrajnego wycieńczenia i zagrożenia życia udało mu się zejść z góry. Dariusz Kortko nie pokazuje jednak wyłącznie Maćka Berbeki w Himalajach. Interesuje się również jego życiem prywatnym: sporo tu miejsca dla Teatru Witkacego – przede wszystkim ze względu na Ewę. Autorzy przedstawiają historię wielkiej miłości (niby to stały punkt w biografiach wspinaczy, a jednak nie zawsze mogą zaprezentować szczęśliwy związek). Przedstawiają Berbekę podejmującego się różnych prac. Ale też – Berbekę, który w bazie „wypija truciznę” (to komiczny motyw, a do tego oddalający pomnikowość postaci). Kortko nie zapomina o przedstawianiu tła społeczno-obyczajowego: wyprawy z PRL-u to zestaw trudności i wyzwań, które trzeba pokonywać pomysłowością. Tej Berbece i jego kolegom nie brakuje.
Jest tu narracja, która może się spodobać odbiorcom – z racji jej reportażowego charakteru, emocjonalności i podejścia jak najbliżej do bohatera tomu. Jest mnóstwo fotografii, ale nie rozrzedzają one tekstu. Dariusz Kortko i Jerzy Porębski nie wpadają w manierę pisania o zdobywcach szczytów, szukają nowej drogi na scharakteryzowanie postaci. Maciej Berbeka jest tutaj prezentowany ciekawie. „Życie w cieniu Broad Peaku” to tom niepozbawiony humoru, znalazło się w nim miejsce na anegdoty, sympatyczne wspomnienia i indywidualnie szkicowane portrety. Nie zabrakło jednak i zgrzytów: w tle pojawiają się rozłamy w środowisku wspinaczy, pytania o granice poświęcenia dla drugiego człowieka i o to, ile można zrobić, żeby osiągnąć własne cele. Kortko i Porębski nie rozwijają tych wątków, jednak przypominają o nich odbiorcom, żeby uświadomić im, że zdobywanie szczytów wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i ryzykiem – także w sferze międzyludzkiej.
Tęsknota
Maciej Berbeka po prostu musiał pokochać góry. Przejął pasję ojca i zapisał się w historii polskiego himalaizmu. W wysokie góry prowadził klientów, zdobywał szczyty i realizował marzenia. Teraz jego biografia uzupełnia biblioteczkę Agory. Dariusz Kortko i Jerzy Porębski bez sentymentów stworzyli portret człowieka, który da się lubić – nie idealnego czy idealizowanego, ale zwyczajnego, z rozmaitymi słabościami i talentami nie do końca wykorzystywanymi. „Berbeka. Życie w cieniu Broad Peaku” to książka pisana wielkimi emocjami i jako taka sprawdzi się dla szerokiego grona odbiorców. Nie trzeba być fanem literatury górskiej ani tego specyficznego odłamu biografii sportowych – historii wspinaczy – żeby zachwycić się tym, co z materiałem wyjściowym robi Dariusz Kortko. To reportaż pełen emocji, zaskakujący, a miejscami też wstrząsający. Nigdy nie naiwny – autorzy rezygnują z powtarzanego do tej pory często pytania o sens wypraw w góry i o podejście do tego tematu członków rodziny. Ewa Dyakowska-Berbeka swoimi uczuciami już się w książkach podzieliła, tutaj wracają pewne komentarze, niezbędne do zrozumienia całych sytuacji – Berbeka nie zawsze będzie w centrum wydarzeń. A jednak to właśnie do niego czytelnicy będą chcieli wracać, żeby dowiedzieć się, jak wyglądały jego kolejne wyprawy.
Broad Peak jest tu na początku – żeby przedstawić odbiorcom najbardziej dramatyczny moment dotyczący porażki i zwycięstwa w jednym. Porażki, bo bohaterowi tomu nie udało się zdobyć szczytu, chociaż był o tym przekonany – i zwycięstwa, bo mimo skrajnego wycieńczenia i zagrożenia życia udało mu się zejść z góry. Dariusz Kortko nie pokazuje jednak wyłącznie Maćka Berbeki w Himalajach. Interesuje się również jego życiem prywatnym: sporo tu miejsca dla Teatru Witkacego – przede wszystkim ze względu na Ewę. Autorzy przedstawiają historię wielkiej miłości (niby to stały punkt w biografiach wspinaczy, a jednak nie zawsze mogą zaprezentować szczęśliwy związek). Przedstawiają Berbekę podejmującego się różnych prac. Ale też – Berbekę, który w bazie „wypija truciznę” (to komiczny motyw, a do tego oddalający pomnikowość postaci). Kortko nie zapomina o przedstawianiu tła społeczno-obyczajowego: wyprawy z PRL-u to zestaw trudności i wyzwań, które trzeba pokonywać pomysłowością. Tej Berbece i jego kolegom nie brakuje.
Jest tu narracja, która może się spodobać odbiorcom – z racji jej reportażowego charakteru, emocjonalności i podejścia jak najbliżej do bohatera tomu. Jest mnóstwo fotografii, ale nie rozrzedzają one tekstu. Dariusz Kortko i Jerzy Porębski nie wpadają w manierę pisania o zdobywcach szczytów, szukają nowej drogi na scharakteryzowanie postaci. Maciej Berbeka jest tutaj prezentowany ciekawie. „Życie w cieniu Broad Peaku” to tom niepozbawiony humoru, znalazło się w nim miejsce na anegdoty, sympatyczne wspomnienia i indywidualnie szkicowane portrety. Nie zabrakło jednak i zgrzytów: w tle pojawiają się rozłamy w środowisku wspinaczy, pytania o granice poświęcenia dla drugiego człowieka i o to, ile można zrobić, żeby osiągnąć własne cele. Kortko i Porębski nie rozwijają tych wątków, jednak przypominają o nich odbiorcom, żeby uświadomić im, że zdobywanie szczytów wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i ryzykiem – także w sferze międzyludzkiej.
wtorek, 13 października 2020
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, Joanna Sokolińska: Rodziny himalaistów
W.A.B., Warszawa 2020.
Ci, którzy zostają
Boom na literaturę górską sprawił, że autorzy książek szukają tematów także poza drogami na szczyty. Bo chociaż towarzyszenie wspinaczom w ekstremalnych wyprawach i rejestrowanie każdej komplikacji ma swój urok i wielu odbiorcom zwyczajnie się podoba, do szerokiego grona publiczności można dotrzeć przede wszystkim dzięki akcentowaniu normalności. Zwykłych czytelników nie interesują nazwy, trasy ani szczegóły techniczne – zwykli czytelnicy potrzebują emocji zrozumiałych dla każdego i pod każdą szerokością geograficzną. Tych emocji szukają w wyznaniach wspinaczy – i w lekturach wokół tego tematu. „Rodziny himalaistów” to książka-dopowiedzenie, informacja o tym, co w biografiach czy relacjach ze zdobywania szczytów zostaje zepchnięte na margines. O tym, co dzieje się z członkami rodziny: żonami i dziećmi, które najpierw muszą sobie radzić same, gdy mąż i ojciec wyjeżdża na dalekie i niebezpieczne wyprawy, a później… zostają same, gdy koledzy wspinacza (a dzisiaj coraz częściej media) przynoszą wiadomość o jego tragicznej śmierci. Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin i Joanna Sokolińska wybierają niełatwe zagadnienie – i pokazują, jak do tematu utraty podchodzą bliscy wspinaczy.
Dziewięć rozdziałów – śmierci więcej, bo czasami autorki odnoszą się do kilku dramatów podczas jednej wyprawy. Za każdym razem zestawiają pasję i potrzebę przygody z cierpieniem rodzin. Za każdym razem starają się wypytać członków rodziny (zwłaszcza dzieci, które czasem nawet nie pamiętają zbyt dobrze ojców) o to, czy mają żal, czy raczej rozumieją podążanie za głosem serca. Budują krótkie portrety, sprawdzają, kto miał przeczucia, kto nie zwracał uwagi na konieczność ciągłych rozstań i kto w ogóle nie nadawał się do rodzinnego życia. Rejestrują też przemiany – bo przecież ten, kto wraca z gór, zawsze wydaje się inny niż przed eskapadą. Wreszcie dochodzi do motywu upamiętniania bliskich, którzy zostali w górach na zawsze – każdy ma na to inny sposób. „Rodziny himalaistów” to migawki z życia – próby uchwycenia szczątków normalności tam, gdzie o normalności mowy być nie mogło. Zdarza się, że autorki sięgają do spraw sprzed dekad, ale też do tych najnowszych, które poruszały opinię publiczną i trochę przyczyniły się do budzenia zainteresowania literaturą górską oraz osiągnięciami himalaistów. Można się zastanawiać, czy tom jest poszukiwaniem ludzkiego cierpienia i nieszczęścia, ale można też potraktować go jako ciekawe dopowiedzenie do prawdziwej pasji. Skrzydłowska-Kalukin oraz Sokolińska skupiają się na odwrotnej stronie wielkich sukcesów i równie wielkich porażek kosztujących życie – dla nich ważni są ci, którzy nie słyszą zewu gór i nie próbują nawet podążać za bliskimi. To temat, który istotny będzie zwłaszcza dla czytelników z krytycyzmem śledzących kolejne biografie wspinaczy czy zachwyty nad sukcesami w wysokich górach – wszystko bowiem ma swoją cenę i może funkcjonować, dopóki ma się szczęście i nie przegra z warunkami w ścianie. „Rodziny himalaistów” to bolesne przypomnienie o kruchości ludzkiego życia i o potędze marzeń – których zdrowy rozsądek nie przekreśla.
Ci, którzy zostają
Boom na literaturę górską sprawił, że autorzy książek szukają tematów także poza drogami na szczyty. Bo chociaż towarzyszenie wspinaczom w ekstremalnych wyprawach i rejestrowanie każdej komplikacji ma swój urok i wielu odbiorcom zwyczajnie się podoba, do szerokiego grona publiczności można dotrzeć przede wszystkim dzięki akcentowaniu normalności. Zwykłych czytelników nie interesują nazwy, trasy ani szczegóły techniczne – zwykli czytelnicy potrzebują emocji zrozumiałych dla każdego i pod każdą szerokością geograficzną. Tych emocji szukają w wyznaniach wspinaczy – i w lekturach wokół tego tematu. „Rodziny himalaistów” to książka-dopowiedzenie, informacja o tym, co w biografiach czy relacjach ze zdobywania szczytów zostaje zepchnięte na margines. O tym, co dzieje się z członkami rodziny: żonami i dziećmi, które najpierw muszą sobie radzić same, gdy mąż i ojciec wyjeżdża na dalekie i niebezpieczne wyprawy, a później… zostają same, gdy koledzy wspinacza (a dzisiaj coraz częściej media) przynoszą wiadomość o jego tragicznej śmierci. Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin i Joanna Sokolińska wybierają niełatwe zagadnienie – i pokazują, jak do tematu utraty podchodzą bliscy wspinaczy.
Dziewięć rozdziałów – śmierci więcej, bo czasami autorki odnoszą się do kilku dramatów podczas jednej wyprawy. Za każdym razem zestawiają pasję i potrzebę przygody z cierpieniem rodzin. Za każdym razem starają się wypytać członków rodziny (zwłaszcza dzieci, które czasem nawet nie pamiętają zbyt dobrze ojców) o to, czy mają żal, czy raczej rozumieją podążanie za głosem serca. Budują krótkie portrety, sprawdzają, kto miał przeczucia, kto nie zwracał uwagi na konieczność ciągłych rozstań i kto w ogóle nie nadawał się do rodzinnego życia. Rejestrują też przemiany – bo przecież ten, kto wraca z gór, zawsze wydaje się inny niż przed eskapadą. Wreszcie dochodzi do motywu upamiętniania bliskich, którzy zostali w górach na zawsze – każdy ma na to inny sposób. „Rodziny himalaistów” to migawki z życia – próby uchwycenia szczątków normalności tam, gdzie o normalności mowy być nie mogło. Zdarza się, że autorki sięgają do spraw sprzed dekad, ale też do tych najnowszych, które poruszały opinię publiczną i trochę przyczyniły się do budzenia zainteresowania literaturą górską oraz osiągnięciami himalaistów. Można się zastanawiać, czy tom jest poszukiwaniem ludzkiego cierpienia i nieszczęścia, ale można też potraktować go jako ciekawe dopowiedzenie do prawdziwej pasji. Skrzydłowska-Kalukin oraz Sokolińska skupiają się na odwrotnej stronie wielkich sukcesów i równie wielkich porażek kosztujących życie – dla nich ważni są ci, którzy nie słyszą zewu gór i nie próbują nawet podążać za bliskimi. To temat, który istotny będzie zwłaszcza dla czytelników z krytycyzmem śledzących kolejne biografie wspinaczy czy zachwyty nad sukcesami w wysokich górach – wszystko bowiem ma swoją cenę i może funkcjonować, dopóki ma się szczęście i nie przegra z warunkami w ścianie. „Rodziny himalaistów” to bolesne przypomnienie o kruchości ludzkiego życia i o potędze marzeń – których zdrowy rozsądek nie przekreśla.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






