Nasza Księgarnia, Warszawa 2026. (gra)
Krok dalej
Tych bohaterów już mali odbiorcy znają. W serii gier edukacyjnych Naszej Księgarni pojawia się kolejna propozycja pozwalająca na ćwiczenie sztuki czytania. „Sylaby” to pomoc naukowa, którą najmłodsi użytkownicy nie pogardzą – zwłaszcza że wywołuje skojarzenia z zabawą. Eleganckie pudełko skrywa w sobie instrukcję obsługi – małą książeczkę przybliżającą zasady całej serii i pomysły, które można wykorzystać w zabawach z najmłodszymi – oraz mnóstwo kart. Chodzi tu o nauczenie dzieci rozpoznawania sylab – i ćwiczenia rozpoznawania liter. Podstawowa lekcja dotyczy sylab otwartych i zamkniętych: tu z pomocą przychodzi warstwa graficzna. Sylaby otwarte to te zakończone samogłoską, ale w wersji tej gry – to te z białym tłem. Sylaby zamknięte, zakończone spółgłoską, mają tło czarne – i da się je łączyć w pary. Do kart sylab (jest ich aż sto, więc można będzie ułożyć nie tylko sporo par (zdradzam sekret: 24, co oznacza, że da się grać tymi kartami jak w Czarnego Piotrusia), ale i sporo wyrazów) dodane zostały karty liter – samogłosek i spółgłosek oraz karty specjalne (bo czasami trzeba użyć jokera, żeby wywiązać się z zadania). Jeśli komuś brakuje konkretnej sylaby, będzie mógł zbudować ją sobie z kart liter. Na karcie sylab mamy też mały rysuneczek podpowiadający, jakie słowo należy ułożyć, wykorzystując posiadany element (i w jakiej kolejności połączyć karty). Są też wskazówki kolorystyczne: inaczej zaznacza się w podpowiedziach rzeczowniki i czasowniki, można zatem rozwijać zabawę dalej.
W książeczce z instrukcją mamy propozycję zabaw dla dzieci – w zależności od ich umiejętności i czynionych postępów. I to rozwiązanie pozwoli rodzicom na ocenianie pracy dzieci, ale też na dobieranie gier do możliwości maluchów. Przydadzą się (opcjonalnie) łapki na muchy – co oznacza, że zabawę da się urozmaicać i to w sposób, który absolutnie nie kojarzy się odbiorcom z grami edukacyjnymi. I o to właśnie chodzi – żeby zaskoczyć dzieci i żeby podsunąć ich rodzicom pomysły na ciekawe urozmaicenie nauki. Odbiorcy dostają tu narzędzia i szereg wskazówek, jak z nich korzystać. Ale nie oznacza to, że nie będzie wolno działać zgodnie z własnymi wyobrażeniami i pomysłami – tak przygotowana gra wręcz zaprasza do wprowadzania swoich reguł i modyfikowania ich, żeby nie znudzić małych odbiorców ćwiczeniem czytania sylabami. Jest to bardzo dobry pomysł, bo maluchy przekonają się, że lekcje czytania nie muszą być męczące – mogą kojarzyć się z dobrą rozrywką i rywalizacją w rodzinnym gronie. Jeśli doda się element losowości do tego wyzwania – szanse się wyrównują i rodzice mogą też brać udział w graniu. A to najlepsza zachęta do działania i zaproszenie do zabawy dla kilkulatków. Po raz kolejny Nasza Księgarnia pokazuje, że da się powiązać rozrywkę i naukę bez zadęcia i wielkich teorii – tu liczy się po prostu radość dzieci.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka czytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka czytania. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 lipca 2026
niedziela, 20 lipca 2025
Agnieszka Łubkowska: Sylaby i słowa. Łatwa nauka czytania. Zestaw 20 książek
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Zestaw
Wiele już jest na rynku tomików i propozycji ułatwiających najmłodszym lekcję czytania czy rozpoznawania liter. Szkolne czytanki odchodzą do lamusa, teraz można sobie wybierać abecadła i historie w zależności od własnych zainteresowań i ulubionych gatunków – dzięki temu znacznie łatwiej będzie przekonać dzieci do wysiłku intelektualnego i sprawić, że chętnie przystąpią do poznawania świata książek. I Agnieszka Łubkowska wyróżnia się na tym rynku – w tej gałęzi literatury czwartej czy też pomocy naukowych – bo oferuje odbiorcom potężny i ciężki pakiet. Zestaw dwudziestu książeczek-zeszytów zamkniętych w ładnym pudełku i podzielonych ze względu na formę. Części zostały ułożone zgodnie z rosnącym stopniem trudności. W pierwszej dzieci poznają sylaby z „a”, przy siódmej wkraczają samogłoski nosowe, a przy dziewiątej dwuznaki, przyjdzie też czas na h i ch, na rz i ż, więc można będzie stopniowo wprowadzać także reguły ortografii. Całość zamykają sylaby zamknięte i sylaby ze zmiękczeniami.
Każda książeczka w tekturowej oprawie to kilka stron z bogato ilustrowaną historią (różniącą się od poprzednich bohaterami i sytuacjami, żeby dzieciom nie znudziła się monotonia w przekazie). Przydaje się tutaj forma komiksowa: dzięki charakterystycznym dymkom pojedyncze strony zamieniają się w pojedyncze kadry – łatwo prześledzić, co i kto mówi i o co mu chodzi. Poza dynamicznymi ilustracjami pojawiają się też „pejzaże” – statyczne obrazki, w których widnieją jedynie podpisy pod wybranymi elementami. Historyjki oczywiście skonstruowane są tak, żeby istniała w nich nadreprezentacja wybranego rodzaju sylaby. To ułatwi czytanie (i naukę sylabizowania przy okazji). Łatwo dzięki temu śledzić postępy dziecka, ale też przygotowywać stopniowo do „prawdziwych” lektur.
Ten zestaw robi wrażenie dzięki obfitości drobnych tomików – więc i historyjek z bohaterami, których łatwo polubić. Bywa zwyczajnie, ale też bajkowo i wyobraźniowo, wszystko po to, żeby najmłodsi koncentrowali się na fabułach, a nie na procesie czytania. Sama lektura nie będzie trwała długo: nikt się do niej nie zniechęci, tomiki mogą wyznaczać rytm i cele do osiągnięcia. Zestaw może się spodobać nie tylko rodzicom czy animatorom, ale przede wszystkim ich pociechom – można tu samodzielnie prześledzić całą opowieść bez konieczności proszenia o pomoc, a to pokazuje, dlaczego ludzie sięgają po książki dla przyjemności. Dzieci nie zmęczą się i nie zrażą porażkami, bo na te zwyczajnie nie ma miejsca. Takich propozycji na rynku powinno być jak najwięcej – to sposób na powrót książek do łask społeczeństwa. I w tym wszystkim malutkie obrazkowe publikacje skonstruowane są tak, żeby przyciągać uwagę najmłodszych. Dorośli mogą się zadowolić wyjaśnieniami na okładkach – ale nie pojmą raczej, jak dobra zabawa spotka tu ich pociechy. Nie tylko Agnieszka Łubkowska może być dumna z tej propozycji, ale i całe wydawnictwo – oto na rynku funkcjonuje teraz coś, co przyda się kolejnym pokoleniom. Klasyczna czytanka rozbita na wiele małych zeszytów to coś w sam raz na początek lekturowej przygody. Wszystko jest tu bardzo dobrze wymyślone i warte polecenia.
Zestaw
Wiele już jest na rynku tomików i propozycji ułatwiających najmłodszym lekcję czytania czy rozpoznawania liter. Szkolne czytanki odchodzą do lamusa, teraz można sobie wybierać abecadła i historie w zależności od własnych zainteresowań i ulubionych gatunków – dzięki temu znacznie łatwiej będzie przekonać dzieci do wysiłku intelektualnego i sprawić, że chętnie przystąpią do poznawania świata książek. I Agnieszka Łubkowska wyróżnia się na tym rynku – w tej gałęzi literatury czwartej czy też pomocy naukowych – bo oferuje odbiorcom potężny i ciężki pakiet. Zestaw dwudziestu książeczek-zeszytów zamkniętych w ładnym pudełku i podzielonych ze względu na formę. Części zostały ułożone zgodnie z rosnącym stopniem trudności. W pierwszej dzieci poznają sylaby z „a”, przy siódmej wkraczają samogłoski nosowe, a przy dziewiątej dwuznaki, przyjdzie też czas na h i ch, na rz i ż, więc można będzie stopniowo wprowadzać także reguły ortografii. Całość zamykają sylaby zamknięte i sylaby ze zmiękczeniami.
Każda książeczka w tekturowej oprawie to kilka stron z bogato ilustrowaną historią (różniącą się od poprzednich bohaterami i sytuacjami, żeby dzieciom nie znudziła się monotonia w przekazie). Przydaje się tutaj forma komiksowa: dzięki charakterystycznym dymkom pojedyncze strony zamieniają się w pojedyncze kadry – łatwo prześledzić, co i kto mówi i o co mu chodzi. Poza dynamicznymi ilustracjami pojawiają się też „pejzaże” – statyczne obrazki, w których widnieją jedynie podpisy pod wybranymi elementami. Historyjki oczywiście skonstruowane są tak, żeby istniała w nich nadreprezentacja wybranego rodzaju sylaby. To ułatwi czytanie (i naukę sylabizowania przy okazji). Łatwo dzięki temu śledzić postępy dziecka, ale też przygotowywać stopniowo do „prawdziwych” lektur.
Ten zestaw robi wrażenie dzięki obfitości drobnych tomików – więc i historyjek z bohaterami, których łatwo polubić. Bywa zwyczajnie, ale też bajkowo i wyobraźniowo, wszystko po to, żeby najmłodsi koncentrowali się na fabułach, a nie na procesie czytania. Sama lektura nie będzie trwała długo: nikt się do niej nie zniechęci, tomiki mogą wyznaczać rytm i cele do osiągnięcia. Zestaw może się spodobać nie tylko rodzicom czy animatorom, ale przede wszystkim ich pociechom – można tu samodzielnie prześledzić całą opowieść bez konieczności proszenia o pomoc, a to pokazuje, dlaczego ludzie sięgają po książki dla przyjemności. Dzieci nie zmęczą się i nie zrażą porażkami, bo na te zwyczajnie nie ma miejsca. Takich propozycji na rynku powinno być jak najwięcej – to sposób na powrót książek do łask społeczeństwa. I w tym wszystkim malutkie obrazkowe publikacje skonstruowane są tak, żeby przyciągać uwagę najmłodszych. Dorośli mogą się zadowolić wyjaśnieniami na okładkach – ale nie pojmą raczej, jak dobra zabawa spotka tu ich pociechy. Nie tylko Agnieszka Łubkowska może być dumna z tej propozycji, ale i całe wydawnictwo – oto na rynku funkcjonuje teraz coś, co przyda się kolejnym pokoleniom. Klasyczna czytanka rozbita na wiele małych zeszytów to coś w sam raz na początek lekturowej przygody. Wszystko jest tu bardzo dobrze wymyślone i warte polecenia.
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Zofia Stanecka: Troja. Historia upadku miasta
Egmont, Warszawa 2017.
Mity w bajce
Rozwija się seria Egmontu Czytam sobie z trzema poziomami trudności, żeby dzieci mogły świadomie dopasować sobie lektury do własnych umiejętności, a dorośli – śledzić postępy pociech. Dodatkowym atutem dobrze obmyślonego cyklu jest wprowadzanie kwalifikatorów okołogatunkowych, żeby również temat lub obszar zainteresowań nakreślić przed przystąpieniem do pracy. Czytanie – nawet na etapie żmudnych ćwiczeń – może wiązać się z przyjemnością i zamienić w ważną rozrywkę. Cykl Czytam sobie jest przygotowywany z matematyczną niemal precyzją – żeby nauczyciele wiedzieli, jakie umiejętności trenować będzie kilkulatek. Każdy poziom ma określoną (w przybliżeniu) liczbę słów, stopień trudności zdań czy głosek, dodatki (opcjonalnie słowniczek trudniejszych pojęć, zawsze – rozbijane na głoski lub sylaby pojedyncze wybrane słowa). To wszystko daje się zmierzyć i sprawdzić. Dla samych odbiorców jednak najważniejsza będzie fabuła. Często w serii twórcy stawiają na literaturę faktu – budują drobne historyjki biograficzne lub edukacyjne scenki z życia przedstawiciela wybranego zawodu. Zdarzają się też fikcyjne opowiastki, nie chodzi w końcu o stałe edukowanie czytelników, a o wciągnięcie ich w świat czytania, a to uzyskać można najłatwiej przez zabawę.
W przypadku „Troi” w ujęciu Zofii Staneckiej sytuacja trochę się zmienia. Owszem, założenia co do liczby wyrazów, wprowadzania dialogów czy sylabizowania pozostają stałe. Na pierwszy plan wysuwa się jednak komplikowanie słownictwa. Rzecz dotyczy mitu – i kto przeoczy określenie gatunkowe na okładce, ten może się zdziwić dość nagłym przejściem w świat greckich bogów, bo w samym tekście autorka tego nie akcentuje dodatkowo. Jak zawsze w tomikach z drugiego poziomu serii tekst zajmuje mniej niż pół każdej strony – to pojedyncze akapity, zaledwie kilka linijek dość dużego druku. Jest zajmujący – bo konflikt, który prowadzi do upadku Troi to element oryginalny w lekturach dla małych czytelników. Ale jest też naszpikowany trudnymi słowami, których nie da się zestawiać z używanymi na co dzień. Nie pojawiają się tu dwuznaki, tylko 23 głoski podstawowe i „h” – więc autorka zmuszona będzie do szukania synonimów i do stylistycznych wygibasów w miejsce niekiedy po prostu znanych maluchom odpowiedników z dwuznakami. Nie ominie jednak kwestii onomastycznych – już same imiona z mitologii mogą sprawiać trudność początkującym czytelnikom. Jest tych nazw własnych w książeczce dużo i być może dzieci będą potrzebować pomocy przy lekturze – co trochę zaburza ideę samodzielnego czytania. „Troja”, choć odmierzona idealnie pod kątem matematycznych wykładników serii, wydaje się zbyt trudna jak na drugi poziom. To jednak oceniać będą już sami odbiorcy, którzy zmierzą się z wyzwaniem.
Zofia Stanecka wykorzystuje mit do wprowadzenia ważnych prawd o świecie. Tworzy ramę kompozycyjną z ostrzeżenia przed okrucieństwem wojny. Następnie przechodzi do kolejnych sytuacji powiązanych z historią Troi – przedstawia olimpijskich bogów, życiorys Parysa, jabłko Hesperyd, doświadczenia Achillesa – i samą wojnę. Tematów jest tu sporo i wysiłku wymaga też prześledzenie związków przyczynowo-skutkowych, analiza biegu wydarzeń, nie mówiąc już o połapaniu się w gronie bohaterów. To wszystko są trudności powiększające kompetencje językowe dzieci i przydające się w ćwiczeniu czytania – ale wyzwanie dla kilkulatków jest duże. Przy okazji odbiorcy przekonają się, że w mitologii tkwi potężna siła – te fabuły się nie starzeją. „Troja. Historia upadku miasta” to z jednej strony nawiązanie do opowieści i sytuacji, które inspirowały artystów na przestrzeni wieków, z drugiej – możliwość przypomnienia dzieciom, że wojna to nie zabawa. Zofia Stanecka potrafi opowiadać historie dla najmłodszych, radzi sobie też bez trudu z każdym kolejnym pomysłem. Piotr Fąfrowicz z kolei bawi się antycznymi motywami, przekuwając je na grafiki w sam raz dla dzieci. „Troja. Historia upadku miasta” to w końcu również tomik z serii picture booków, pozwalający czytelnikom w miarę bezboleśnie przejść od dziecięcych obrazkowych historyjek do prawdziwych lektur.
Mity w bajce
Rozwija się seria Egmontu Czytam sobie z trzema poziomami trudności, żeby dzieci mogły świadomie dopasować sobie lektury do własnych umiejętności, a dorośli – śledzić postępy pociech. Dodatkowym atutem dobrze obmyślonego cyklu jest wprowadzanie kwalifikatorów okołogatunkowych, żeby również temat lub obszar zainteresowań nakreślić przed przystąpieniem do pracy. Czytanie – nawet na etapie żmudnych ćwiczeń – może wiązać się z przyjemnością i zamienić w ważną rozrywkę. Cykl Czytam sobie jest przygotowywany z matematyczną niemal precyzją – żeby nauczyciele wiedzieli, jakie umiejętności trenować będzie kilkulatek. Każdy poziom ma określoną (w przybliżeniu) liczbę słów, stopień trudności zdań czy głosek, dodatki (opcjonalnie słowniczek trudniejszych pojęć, zawsze – rozbijane na głoski lub sylaby pojedyncze wybrane słowa). To wszystko daje się zmierzyć i sprawdzić. Dla samych odbiorców jednak najważniejsza będzie fabuła. Często w serii twórcy stawiają na literaturę faktu – budują drobne historyjki biograficzne lub edukacyjne scenki z życia przedstawiciela wybranego zawodu. Zdarzają się też fikcyjne opowiastki, nie chodzi w końcu o stałe edukowanie czytelników, a o wciągnięcie ich w świat czytania, a to uzyskać można najłatwiej przez zabawę.
W przypadku „Troi” w ujęciu Zofii Staneckiej sytuacja trochę się zmienia. Owszem, założenia co do liczby wyrazów, wprowadzania dialogów czy sylabizowania pozostają stałe. Na pierwszy plan wysuwa się jednak komplikowanie słownictwa. Rzecz dotyczy mitu – i kto przeoczy określenie gatunkowe na okładce, ten może się zdziwić dość nagłym przejściem w świat greckich bogów, bo w samym tekście autorka tego nie akcentuje dodatkowo. Jak zawsze w tomikach z drugiego poziomu serii tekst zajmuje mniej niż pół każdej strony – to pojedyncze akapity, zaledwie kilka linijek dość dużego druku. Jest zajmujący – bo konflikt, który prowadzi do upadku Troi to element oryginalny w lekturach dla małych czytelników. Ale jest też naszpikowany trudnymi słowami, których nie da się zestawiać z używanymi na co dzień. Nie pojawiają się tu dwuznaki, tylko 23 głoski podstawowe i „h” – więc autorka zmuszona będzie do szukania synonimów i do stylistycznych wygibasów w miejsce niekiedy po prostu znanych maluchom odpowiedników z dwuznakami. Nie ominie jednak kwestii onomastycznych – już same imiona z mitologii mogą sprawiać trudność początkującym czytelnikom. Jest tych nazw własnych w książeczce dużo i być może dzieci będą potrzebować pomocy przy lekturze – co trochę zaburza ideę samodzielnego czytania. „Troja”, choć odmierzona idealnie pod kątem matematycznych wykładników serii, wydaje się zbyt trudna jak na drugi poziom. To jednak oceniać będą już sami odbiorcy, którzy zmierzą się z wyzwaniem.
Zofia Stanecka wykorzystuje mit do wprowadzenia ważnych prawd o świecie. Tworzy ramę kompozycyjną z ostrzeżenia przed okrucieństwem wojny. Następnie przechodzi do kolejnych sytuacji powiązanych z historią Troi – przedstawia olimpijskich bogów, życiorys Parysa, jabłko Hesperyd, doświadczenia Achillesa – i samą wojnę. Tematów jest tu sporo i wysiłku wymaga też prześledzenie związków przyczynowo-skutkowych, analiza biegu wydarzeń, nie mówiąc już o połapaniu się w gronie bohaterów. To wszystko są trudności powiększające kompetencje językowe dzieci i przydające się w ćwiczeniu czytania – ale wyzwanie dla kilkulatków jest duże. Przy okazji odbiorcy przekonają się, że w mitologii tkwi potężna siła – te fabuły się nie starzeją. „Troja. Historia upadku miasta” to z jednej strony nawiązanie do opowieści i sytuacji, które inspirowały artystów na przestrzeni wieków, z drugiej – możliwość przypomnienia dzieciom, że wojna to nie zabawa. Zofia Stanecka potrafi opowiadać historie dla najmłodszych, radzi sobie też bez trudu z każdym kolejnym pomysłem. Piotr Fąfrowicz z kolei bawi się antycznymi motywami, przekuwając je na grafiki w sam raz dla dzieci. „Troja. Historia upadku miasta” to w końcu również tomik z serii picture booków, pozwalający czytelnikom w miarę bezboleśnie przejść od dziecięcych obrazkowych historyjek do prawdziwych lektur.
sobota, 5 listopada 2016
Wojciech Widłak: O smoku spod Wawelu
Egmont, Warszawa 2016.
Zagadka jajka
O smoku wawelskim wie każde polskie dziecko. To jedna z podstawowych historii, należąca do kanonu lektur (lub po prostu narracji). Smok wawelski mieszka sobie w grocie, dopóki nie zostanie otruty przez sprytnego szewczyka Dratewkę. Wojciech Widłak w tomiku „O smoku spod Wawelu” idzie jednak trochę dalej. Zadaje sobie pytanie, skąd właściwie na Wawelu wziął się smok. Pokazuje w swojej książeczce, jak negatywny bohater wielu przekazów trafił do króla Kraka. Nie zatrzymuje tu relacji, prezentuje też dzielnego i pomysłowego szewczyka, a całość puentuje pewną – nieobecną w legendach – konsekwencją, której dzieci by nie wymyśliły. I o to chodzi: jeszcze na dobre kilkulatki nie wkroczyły w świat samodzielnych lektur, a już mogą znaleźć bonus w postaci nowych wiadomości, uzupełnień do powszechnie znanych bajek.
Wojciech Widłak ma tu niewiele miejsca na narrację. Książeczki na pierwszym poziomie serii Czytam sobie zawierają do 200 słów – na stronie to maksymalnie dwie krótkie linijki tekstu. Autor posługuje się wyrazami pozbawionymi dwuznaków czy „dziwnych” literowych zbitek. Unika też błędów, które często popełniają inni twórcy w serii: nie wprowadza niezrozumiałych dla dzieci synonimów tylko dlatego, że formalnie pasują do wymogów cyklu. Stawia na zrozumiałość i na pewną przyjemność czytania. Odbiorcom zapewnia nie tylko czytankę. Poza tym, że opisuje wydarzenia związane z wybrykami smoka, buduje emocjonalne napięcie. Sięga po drobne bezpośrednie wypowiedzi. Dynamizuje historyjkę. Widać, że zależy mu na małych odbiorcach, nie tylko na stworzeniu kolejnej przydatnej w nauce czytania publikacji. Dba o to, by maluchy były usatysfakcjonowane fabułą i zrozumiały, że warto umieć czytać i z tej umiejętności korzystać. Przekonuje dobrym przykładem.
Widłak rozszerza akcję o elementy dotąd mało eksponowane, a w rezultacie odrobinę modyfikuje też proporcje. Nie musi, wzorem dawnych twórców, rozwodzić się nad kwestią śmierci smoka – to nie należy do najciekawszych motywów, przynajmniej dzisiaj, w świecie, który walczy z przemocą w literaturze czwartej. Owszem, smok ginie, Widłak legendy nie odwraca, ale też nie zajmuje się tą kwestią zbyt szczegółowo. Zmniejsza też znaczenie szewczyka Dratewki, tym razem to król Krak, dotąd postać marginalna, wybija się na pierwszy plan. Smok nie jada dziewic (pochłania za to wszystko inne. Ale Wojciech Widłak musi odejść od poprzedników i zaproponować inną, nową wersję legendy bez sprzeniewierzania się jej. Ta sztuka się udaje – tomik dla maluchów będzie dobrym wyborem.
Tym bardziej, że ilustracje wykonała tu Jola Richter-Magnuszewska. Ilustratorka uznana i z udanymi realizacjami pomysłów (sprawdziła się już wiele razy przy ozdabianiu klasycznych opowieści). W jej ujęciu smok wawelski wcale nie jest groźny, a przynajmniej – nie tak do końca. Przypomina raczej smoka rysowanego przez dzieci, nieco infantylnego, trochę sympatycznego – nie na tyle może, żeby płakać po jego śmierci, ale jednak – do przyjemnego oglądania tomiku bez strachu. To ważne. Richter-Magnuszewska świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że nieudane, zbyt przerażające ilustracje mogą być przyczyną dziecięcych koszmarów, a w ekstremalnych wypadkach także powodem odrzucenia książeczki. Stawia więc na w miarę bezpieczną przygodę. Stosuje znane dzieciom narzędzia, więc tomik okaże się też zachętą do samodzielnego tworzenia. Pobudza wyobraźnię – zabiera do niemodnego już świata smoków, wskrzesza legendy. Przygotowany przez Egmont tomik ma, rzecz jasna, pozwolić dzieciom ćwiczyć czytanie – ale poza tym zapewnia całą moc wrażeń.
Kilkulatki nie zmęczą się śledzeniem tekstu, poćwiczą też głoskowanie dzięki rozpisywanym pojedynczym wyrazom. Poznają historyjkę, która przekazywana jest kolejnym pokoleniom. Przekonają się, że ciekawość prowadzi do coraz to nowych odkryć. Wojciech Widłak i Jola Richter-Magnuszewska posługują się subtelnym dowcipem, a i znajomością dziecięcej percepcji. Tomik poświęcony historii smoka wawelskiego to przyjemne spotkanie z książkami na pierwszym etapie nauki. Stanowi urozmaicenie podręcznikowych czytanek, bliżej mu do książeczki rozrywkowej niż edukacyjnej.
Zagadka jajka
O smoku wawelskim wie każde polskie dziecko. To jedna z podstawowych historii, należąca do kanonu lektur (lub po prostu narracji). Smok wawelski mieszka sobie w grocie, dopóki nie zostanie otruty przez sprytnego szewczyka Dratewkę. Wojciech Widłak w tomiku „O smoku spod Wawelu” idzie jednak trochę dalej. Zadaje sobie pytanie, skąd właściwie na Wawelu wziął się smok. Pokazuje w swojej książeczce, jak negatywny bohater wielu przekazów trafił do króla Kraka. Nie zatrzymuje tu relacji, prezentuje też dzielnego i pomysłowego szewczyka, a całość puentuje pewną – nieobecną w legendach – konsekwencją, której dzieci by nie wymyśliły. I o to chodzi: jeszcze na dobre kilkulatki nie wkroczyły w świat samodzielnych lektur, a już mogą znaleźć bonus w postaci nowych wiadomości, uzupełnień do powszechnie znanych bajek.
Wojciech Widłak ma tu niewiele miejsca na narrację. Książeczki na pierwszym poziomie serii Czytam sobie zawierają do 200 słów – na stronie to maksymalnie dwie krótkie linijki tekstu. Autor posługuje się wyrazami pozbawionymi dwuznaków czy „dziwnych” literowych zbitek. Unika też błędów, które często popełniają inni twórcy w serii: nie wprowadza niezrozumiałych dla dzieci synonimów tylko dlatego, że formalnie pasują do wymogów cyklu. Stawia na zrozumiałość i na pewną przyjemność czytania. Odbiorcom zapewnia nie tylko czytankę. Poza tym, że opisuje wydarzenia związane z wybrykami smoka, buduje emocjonalne napięcie. Sięga po drobne bezpośrednie wypowiedzi. Dynamizuje historyjkę. Widać, że zależy mu na małych odbiorcach, nie tylko na stworzeniu kolejnej przydatnej w nauce czytania publikacji. Dba o to, by maluchy były usatysfakcjonowane fabułą i zrozumiały, że warto umieć czytać i z tej umiejętności korzystać. Przekonuje dobrym przykładem.
Widłak rozszerza akcję o elementy dotąd mało eksponowane, a w rezultacie odrobinę modyfikuje też proporcje. Nie musi, wzorem dawnych twórców, rozwodzić się nad kwestią śmierci smoka – to nie należy do najciekawszych motywów, przynajmniej dzisiaj, w świecie, który walczy z przemocą w literaturze czwartej. Owszem, smok ginie, Widłak legendy nie odwraca, ale też nie zajmuje się tą kwestią zbyt szczegółowo. Zmniejsza też znaczenie szewczyka Dratewki, tym razem to król Krak, dotąd postać marginalna, wybija się na pierwszy plan. Smok nie jada dziewic (pochłania za to wszystko inne. Ale Wojciech Widłak musi odejść od poprzedników i zaproponować inną, nową wersję legendy bez sprzeniewierzania się jej. Ta sztuka się udaje – tomik dla maluchów będzie dobrym wyborem.
Tym bardziej, że ilustracje wykonała tu Jola Richter-Magnuszewska. Ilustratorka uznana i z udanymi realizacjami pomysłów (sprawdziła się już wiele razy przy ozdabianiu klasycznych opowieści). W jej ujęciu smok wawelski wcale nie jest groźny, a przynajmniej – nie tak do końca. Przypomina raczej smoka rysowanego przez dzieci, nieco infantylnego, trochę sympatycznego – nie na tyle może, żeby płakać po jego śmierci, ale jednak – do przyjemnego oglądania tomiku bez strachu. To ważne. Richter-Magnuszewska świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że nieudane, zbyt przerażające ilustracje mogą być przyczyną dziecięcych koszmarów, a w ekstremalnych wypadkach także powodem odrzucenia książeczki. Stawia więc na w miarę bezpieczną przygodę. Stosuje znane dzieciom narzędzia, więc tomik okaże się też zachętą do samodzielnego tworzenia. Pobudza wyobraźnię – zabiera do niemodnego już świata smoków, wskrzesza legendy. Przygotowany przez Egmont tomik ma, rzecz jasna, pozwolić dzieciom ćwiczyć czytanie – ale poza tym zapewnia całą moc wrażeń.
Kilkulatki nie zmęczą się śledzeniem tekstu, poćwiczą też głoskowanie dzięki rozpisywanym pojedynczym wyrazom. Poznają historyjkę, która przekazywana jest kolejnym pokoleniom. Przekonają się, że ciekawość prowadzi do coraz to nowych odkryć. Wojciech Widłak i Jola Richter-Magnuszewska posługują się subtelnym dowcipem, a i znajomością dziecięcej percepcji. Tomik poświęcony historii smoka wawelskiego to przyjemne spotkanie z książkami na pierwszym etapie nauki. Stanowi urozmaicenie podręcznikowych czytanek, bliżej mu do książeczki rozrywkowej niż edukacyjnej.
wtorek, 19 lipca 2016
Joanna Jagiełło: Różowe babeczki
Egmont, Warszawa 2016.
Ciastolina
Chociaż mnóstwo jest na rynku wydawniczym opowiastek, według których dzieci zakładają własne agencje detektywistyczne i łapią przestępców szybciej niż policja, najlepiej czyta się maluchom te historie, w których mogłyby samodzielnie uczestniczyć. Joanna Jagiełło tworzy minikryminał w serii Egmontu Poczytaj ze mną i zapewnia odbiorcom nie tylko dawkę wiedzy o zajęciach detektywa, ale i ciekawą przygodę, starszym natomiast – lekką satyrę. „Różowe babeczki” to tomik dla wszystkich dzieci.
Tata Lusi będzie otwierał agencję detektywistyczną, więc Lusia dobrze wie, co to za zawód i jak zbierać materiały do śledztwa. Sama zresztą zamierza zostać detektywem. Pierwsze zlecenie dotyczy sprawy w cukierni. Hanna Bajadera, właścicielka przybytku, nie budzi zaufania. Nie dość, że gardzi dziećmi, to jeszcze średnio dba o jakość produktów: sprzedaje stare ciasta, a krem przechowuje nawet dwa tygodnie. Jagiełło odbiera zdecydowanie apetyt na słodycze i sprawia, że dzieci mogą zająć się sednem śledztwa. Wraz z Lusią będą się zastanawiać nad tym, kto podmienił krem w babeczkach na ciastolinę.
Autorka dobrze motywuje pomoc małej bohaterki: dorośli czasem nie mają pojęcia o dziecięcych sprawach, nie potrafią na przykład rozpoznać ciastoliny. Dalej – tata i Lusia mogą zadawać pytania na zmianę, a każde przybliża ich do rozwiązania zagadki Dobry detektyw pozna nie tylko sprawcę zdarzenia, ale i przyczyny jego działań. „Różowe babeczki” nie mogą mieć zbyt rozbudowanej akcji, to lektura na jeden raz. Dlatego też liczą się konkrety i precyzja działania. Joanna Jagiełło nie szaleje też z zakresem „przestępstwa”: zamiast ścigać złoczyńców, bohaterka szuka sprawcy prostego wybryku, leży to w zakresie jej możliwości, a pozwala nabrać wprawy przed późniejszymi wyzwaniami. Lusia brzmi jak detektyw, ale nie wymądrza się przesadnie, jest znośna – a jako dziecięca bohaterka też dość zgrabnie wymyślona, co wpływa na jakość lektury.
Joanna Jagiełło stara się w tomiku zawrzeć szereg wskazówek dotyczących pracy detektywa czy zachowań Lusi i jej taty. To jak kryminał rozczytywany na oczach dzieci – autorka uczy, jakie są niezbędne składniki takiej historii i co oznaczają poszczególne etapy śledztwa. Pokazuje nawet samo wnioskowanie – kiedy bohaterowie zbierają posiadane wiadomości i próbują się z nich dowiedzieć czegoś o wydarzeniu. „Różowe babeczki” umożliwiają krok po kroku przeprowadzenie śledztwa, dostarczają rozrywki, ale są też edukacyjną pozycją, która nie męczy dzieci. Jagiełło sporo akcji przenosi do dialogów, stara się pisać uroczyście (jak przystało na poważne zajęcie!) i dokładnie podsumowywać akcję. Jedynie za „kakałko” zasługuje na babeczkę z ciastoliną zamiast kremu. Subtelnie wprowadza też tematy poza kryminalną fabułą: Lusia wychowuje się bez mamy, tata nie lubi, kiedy używa kolokwializmów, obcy ludzie (tu – pani Bajadera) litują się nad dziewczynką bez choćby prób wnikania w sens takiej postawy, oceniają po pozorach, więc i krzywdząco dla postaci.
Marta Krzywicka dba o stronę graficzną „Różowych babeczek” i sprawia, że mimo różu w tytule tomik przyciągnie różnych czytelników. Ubiera dziewczynkę w bluzkę z wzorem w trupie czaszki, ładnie akcentuje pierwszy plan rysunków, zmienia perspektywę, żeby podkreślać wybrane tematy danej scenki. Ilustruje tomik przygodowy z pełną tego świadomością i sprawia, że dobrze się ogląda doświadczenia Lusi. Ta pozycja świetnie urozmaica lekcje czytania, a do tego uczy gatunkowych wyróżników kryminału, dzięki czemu dzieci będą mogły coraz bardziej świadomie wybierać sobie lektury.
Ciastolina
Chociaż mnóstwo jest na rynku wydawniczym opowiastek, według których dzieci zakładają własne agencje detektywistyczne i łapią przestępców szybciej niż policja, najlepiej czyta się maluchom te historie, w których mogłyby samodzielnie uczestniczyć. Joanna Jagiełło tworzy minikryminał w serii Egmontu Poczytaj ze mną i zapewnia odbiorcom nie tylko dawkę wiedzy o zajęciach detektywa, ale i ciekawą przygodę, starszym natomiast – lekką satyrę. „Różowe babeczki” to tomik dla wszystkich dzieci.
Tata Lusi będzie otwierał agencję detektywistyczną, więc Lusia dobrze wie, co to za zawód i jak zbierać materiały do śledztwa. Sama zresztą zamierza zostać detektywem. Pierwsze zlecenie dotyczy sprawy w cukierni. Hanna Bajadera, właścicielka przybytku, nie budzi zaufania. Nie dość, że gardzi dziećmi, to jeszcze średnio dba o jakość produktów: sprzedaje stare ciasta, a krem przechowuje nawet dwa tygodnie. Jagiełło odbiera zdecydowanie apetyt na słodycze i sprawia, że dzieci mogą zająć się sednem śledztwa. Wraz z Lusią będą się zastanawiać nad tym, kto podmienił krem w babeczkach na ciastolinę.
Autorka dobrze motywuje pomoc małej bohaterki: dorośli czasem nie mają pojęcia o dziecięcych sprawach, nie potrafią na przykład rozpoznać ciastoliny. Dalej – tata i Lusia mogą zadawać pytania na zmianę, a każde przybliża ich do rozwiązania zagadki Dobry detektyw pozna nie tylko sprawcę zdarzenia, ale i przyczyny jego działań. „Różowe babeczki” nie mogą mieć zbyt rozbudowanej akcji, to lektura na jeden raz. Dlatego też liczą się konkrety i precyzja działania. Joanna Jagiełło nie szaleje też z zakresem „przestępstwa”: zamiast ścigać złoczyńców, bohaterka szuka sprawcy prostego wybryku, leży to w zakresie jej możliwości, a pozwala nabrać wprawy przed późniejszymi wyzwaniami. Lusia brzmi jak detektyw, ale nie wymądrza się przesadnie, jest znośna – a jako dziecięca bohaterka też dość zgrabnie wymyślona, co wpływa na jakość lektury.
Joanna Jagiełło stara się w tomiku zawrzeć szereg wskazówek dotyczących pracy detektywa czy zachowań Lusi i jej taty. To jak kryminał rozczytywany na oczach dzieci – autorka uczy, jakie są niezbędne składniki takiej historii i co oznaczają poszczególne etapy śledztwa. Pokazuje nawet samo wnioskowanie – kiedy bohaterowie zbierają posiadane wiadomości i próbują się z nich dowiedzieć czegoś o wydarzeniu. „Różowe babeczki” umożliwiają krok po kroku przeprowadzenie śledztwa, dostarczają rozrywki, ale są też edukacyjną pozycją, która nie męczy dzieci. Jagiełło sporo akcji przenosi do dialogów, stara się pisać uroczyście (jak przystało na poważne zajęcie!) i dokładnie podsumowywać akcję. Jedynie za „kakałko” zasługuje na babeczkę z ciastoliną zamiast kremu. Subtelnie wprowadza też tematy poza kryminalną fabułą: Lusia wychowuje się bez mamy, tata nie lubi, kiedy używa kolokwializmów, obcy ludzie (tu – pani Bajadera) litują się nad dziewczynką bez choćby prób wnikania w sens takiej postawy, oceniają po pozorach, więc i krzywdząco dla postaci.
Marta Krzywicka dba o stronę graficzną „Różowych babeczek” i sprawia, że mimo różu w tytule tomik przyciągnie różnych czytelników. Ubiera dziewczynkę w bluzkę z wzorem w trupie czaszki, ładnie akcentuje pierwszy plan rysunków, zmienia perspektywę, żeby podkreślać wybrane tematy danej scenki. Ilustruje tomik przygodowy z pełną tego świadomością i sprawia, że dobrze się ogląda doświadczenia Lusi. Ta pozycja świetnie urozmaica lekcje czytania, a do tego uczy gatunkowych wyróżników kryminału, dzięki czemu dzieci będą mogły coraz bardziej świadomie wybierać sobie lektury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






