* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Jagiełło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Jagiełło. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2026

Joanna Jagiełło: Wynalazek pana B.

Harperkids, Warszawa 2026.

Odkrywanie świata

Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.

William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.

„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.

piątek, 22 sierpnia 2025

Joanna Jagiełło: Karetka mojego taty

Harperkids, Warszawa 2025.

Czas

Praca ratowników medycznych nie należy do najłatwiejszych, a do tego wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i problemami. Przekonuje się o tym Antek: jego tata wprawdzie jeździ karetką (nawet na sygnale), ale ciągle nie ma go w domu i nawet kiedy Antek bardzo chciałby zaprosić go na szkolne uroczystości – tata przeważnie ma dyżury, których nie może odwołać. To przeszkadza też mamie, która w końcu żąda wyprowadzki – Joanna Jagiełło nie oszczędza małych czytelników, ale dzięki temu może ich do tomiku w serii Czytam sobie przekonać. „Karetka mojego taty”, książka na trzecim poziomie serii, obfituje w emocjonujące wydarzenia. Antek raz może przyjrzeć się zajęciom taty z bliska – kiedy mama musi wyjechać, a tata ma dyżur – chłopiec trafia do bazy i obserwuje wszystko, co jest codziennością taty, przynajmniej od kulis. Nie może wyruszyć na ratunek potrzebującym, ale zadaje mnóstwo pytań i dowiaduje się z tego, co robić, żeby uratować komuś życie. Stara się jak najwięcej zapamiętać: między innymi numer telefonu, pod który trzeba dzwonić, żeby wezwać pomoc. A ponieważ udzielenie pomocy nie kończy się na wybraniu numeru, Antek wbija sobie w głowę wiedzę na temat układania kogoś na boku, sprawdzania oddechu czy… używania defibrylatora. Może być dumny z taty – co nie zmienia faktu, że nie może liczyć na jego obecność i wsparcie.

Ale samo opisywanie elementów pracy ratownika medycznego to za mało, żeby przyciągnąć dzieci, które ćwiczą sztukę czytania. Dlatego też Joanna Jagiełło koncentruje się na rozpadzie życia rodzinnego – pokazuje odbiorcom, że czasami nawet oczywiste wyrzeczenia prowadzą do konfliktów. Antek nie ma pretensji do mamy, że tata się wyprowadził: i tak nie ma go ciągle w domu. Sam zaczyna też to boleśnie odczuwać – zwłaszcza że zbliża się ważny mecz drużyny Jastrzębi, a wszyscy zawodnicy mogą liczyć na obecność ojców, a niektórzy – obojga rodziców. Antek daje z siebie wszystko, jednak nawet kiedy strzela decydującego gola, dopinguje go tylko mama. Jednak prawdziwy sprawdzian umiejętności chłopca – i relacji rodzinnych – nastąpi. Joanna Jagiełło dba o to, żeby dużo się tu działo: zaangażuje dzieci na różnych płaszczyznach, a trochę przy okazji nauczy je, jak reagować podczas nieprzewidzianych sytuacji. Podczas wypadków trzeba wiedzieć, co robić – i zachować zimną krew, nie ma tu znaczenia wiek, nawet młodzi ludzie mogą wydawać polecenia starszym, jeśli tylko nauczyli się, jak udzielać pomocy.

„Karetka mojego taty” to książka, która ma się przydać dzieciom ćwiczącym sztukę czytania – ale warto ją podsunąć wszystkim maluchom, bo mieszczą się tu praktyczne wskazówki i komentarze dotyczące działań w prawdziwym życiu. Przy okazji autorka może uświadomić też czytelnikom, że trzeba zawsze brać pod uwagę zajęcia czy możliwości drugiej osoby – nie zawsze da się dostosować do oczekiwań. Jest „Karetka mojego taty” również okazją do poznania paru nowych trudnych słówek – i to można też wziąć pod uwagę: podczas lektury pojawią się słowa oznaczone gwiazdką i wyjaśnione na końcu tomiku. To bardzo udana propozycja dla najmłodszych.

poniedziałek, 9 września 2024

Joanna Jagiełło: Wzgórze Snów

Harperkids, Warszawa 2024.

Zmiana w czasie

Joanna Jagiełło zachęca dzieci do ćwiczenia czytania (i do czytania dla przyjemności, w końcu "Wzgórze Snów" ukazuje się w cyklu Czytam, bo lubię) za sprawą podróży w czasie i konfliktu pokoleń - to nośne i ponadczasowe zagadnienia, które zwykle budzą zainteresowanie zwłaszcza młodszych grup odbiorców, bo uświadamiają, że można wpłynąć na bieg wydarzeń albo wprowadzić niezwykłe rozwiązania działające na wyobraźnię w nietypowy sposób. Tutaj autorka tworzy przestrzeń pozbawioną elektronicznych gadżetów - nieprzypadkowo nie da się naładować smartfonów, chociaż w kamperze elektryczność w gniazdkach właściwie jest dzięki generatorowi. Liczy się bowiem przygoda w starym stylu. Z kolei, co niezwykłe, konflikt pokoleń objawia się na linii dziadkowie - wnuki, a to rzadkość. Z rodzicami bohaterowie tej książki nie mają najlepszych relacji, zresztą średnie pokolenie wyrusza na zagraniczne wczasy, żeby nacieszyć się sobą. Dzieci mają z kolei udać się z dziadkami do miejsca dzieciństwa tych ostatnich. Nitąd - wioska, którą łatwo i zgodnie z prawdą byłoby nazwać Nikąd, jak też jeden z bohaterów czyni - nie jest przyjaznym miejscem. Nie ma tu nic, co przyciągnęłoby followersów, a przecież Kostka nagrywa vlogi ze swojej codzienności i walczy o oglądalność. Aleks to młody filozof, który cały czas siedzi z nosem w książkach. A Gucio - najmłodszy z rodzeństwa - to jeszcze dziecko. Problem w tym, że nikt z tej trójki nigdy nie był w dziczy, nie spędzał czasu poza cywilizacją, co bardzo irytuje dziadków. Ci z kolei są przyzwyczajeni do zupełnie innego trybu życia i mogliby dać wnukom nauczkę. Wspólne wakacje to nie powinna być arena do wzajemnych pretensji i sporów, ale na to się właśnie zanosi. Tyle że Joanna Jagiełło w odpowiednim momencie usuwa z pola widzenia przewodników po głuszy. Dziadkowie wiedzieliby, jak sobie radzić z rozpalaniem ogniska i czy można się bać przechodzenia przez cmentarz nocą - wnukowie muszą się dopiero przekonać, czy poradzą sobie z dala od internetu i wygód. Dla Kostki problemem jest siusianie w krzakach, ale z biegiem czasu staje się to najmniejszym ze zmartwień. Na jakiś czas koniec z internetem i kontaktem z fanami, teraz trzeba przetrwać. A być może i pomóc komuś wypełnić jego misję. "Wzgórze Snów" to klasyczna przygodówka, powieść, która ma zachęcić do czytania za sprawą nietypowych wydarzeń i grożących dzieciom niebezpieczeństw. Liczy się tu odejście od znanego świata w stronę postaci z wierzeń (autorka ożywi kilka stworów z podań ludowych) i w stronę głębokiej przeszłości - Joanna Jagiełło próbuje trochę zasypać przepaść międzypokoleniową, sugeruje czytelnikom, że to, co oni znają z własnej codzienności, jeszcze dwa pokolenia wcześniej wcale nie było naturalne i oczywiste. "Wzgórze Snów" to książka, która daje do myślenia, ale też przypomina o przeżyciach i doświadczeniach nieoczywistych dla dzisiejszych dzieci. I dzięki temu ta książka będzie przyciągać odbiorców.

wtorek, 7 czerwca 2022

Joanna Jagiełło: Popękane życie

Harper Collins, Warszawa 2022.

Decyzja

Tego nie da się ukryć przed dziećmi, nawet przed mniej bystrymi niż Laura, Leo i Lena. Atmosfera w domu stopniowo zaczyna się psuć. Rodzice, którzy dawniej nie szczędzili sobie czułości, teraz zachowują się zupełnie inaczej, coraz częściej złoszczą się na siebie o byle drobiazgi, rezygnują z bliskości i oskarżają się wzajemnie. Ojciec wychodzi z domu, żeby pobiegać - jego treningi irytują matkę, która zarzuca mężowi brak czasu dla rodziny. Jednak treningi stają się wymarzoną okazją do zaznania spokoju, którego nie ma przy ciągłych pretensjach. Dom przestaje być schronieniem, a sytuacja między dorosłymi odbija się na młodszym pokoleniu. Laura powinna uczyć się do matury i myśleć nad wyborem studiów (niekoniecznie chce robić to, co wymyślili i doradzają jej rodzice: ma własne pasje, wśród których teatr wysuwa się na pierwszy plan: tymczasem musi martwić się o rodzeństwo, zwłaszcza że skryty zwykle brat zaczyna cierpieć na zaburzenia odżywiania i próbuje znaleźć ukojenie w zadawaniu sobie ran. Tnie się tak, by nikt tego nie zauważył - na szczęście Laura w porę reaguje i zapobiega dramatom. Nawet najmłodsza Lena zauważa, że coś jest nie tak - analitycznym umysłem próbuje ogarnąć sytuację i znaleźć rozwiązanie najlepsze dla wszystkich. Dzieci chwytają się różnych sposobów, żeby ocalić rodzinę: przekonują się jednak, że kiedy miłość wygaśnie, nic jej nie przywróci. Joanna Jagiełło stawia na mocną powieść psychologiczną dla nastolatków - przedstawia świat, który nie jest lukrowany i w którym trudno o ucieczkę. Bohaterowie sami muszą dojść do wniosku, że sprawy rodziców to coś, co nie może ich zniszczyć - tylko jeśli wypracują porozumienie sami ze sobą, będą mogli zdystansować się od problemów w domu. Przyjdzie zresztą pora na wyliczenie dorosłym ich grzechów. Na razie codzienność zmienia się dynamicznie i trzeba skupić się na zachowaniu zdrowych zmysłów, chociaż ci, którzy normalnie dawaliby wsparcie, skupieni są na walce między sobą.

Mama i tata stawiają swoje pociechy w centrum konfliktu. Każą im wybierać, z kim chcą zamieszkać, próbują wpływać na zeznania przed sądem. Wywołują poczucie winy w każdym z osobna dziecku: wciągają najmłodszych w swoje spory i nie zastanawiają się nad konsekwencjami takich zachowań. W efekcie dzieci muszą dorosnąć znacznie szybciej, niż by chciały. Laura zarzuca swój związek z Oliwierem: chłopak ma dość ciągłego wysłuchiwania żali i zapewniania wsparcia, skoro nie otrzymuje w zamian podobnego zrozumienia (a sam boryka się z innymi rodzinnymi kłopotami). Leo wreszcie się zakochuje, ale jako nieśmiały chłopak, nie do końca wie, jak powinien się zachować, żeby nie stracić obiektu westchnień. Lena bierze sprawy w swoje ręce: kiedy dowiaduje się, że mogłaby być owocem zdrady mamy (w wyniku prania brudów przy dzieciach) - postanawia zrobić testy genetyczne i przekonać się, czyim jest dzieckiem. To wszystko zostaje przedstawione w konfrontacji ze zwyczajnością poza domem. "Popękane życie" jest zatem powieścią wielowymiarową i pokazującą odbiorcom siłę, jaka płynie z obecności bliskich - oraz destrukcję, jaką są w stanie zafundować czasem dorośli. Jest to powieść, która mimo trudnych zagadnień krzepi - przypomina, że żadne zmartwienie nie trwa wiecznie i że czasami trzeba po prostu działać na przekór wszystkiemu. Przekonująca jest ta książka - a fakt, że Joanna Jagiełło odrzuca charakterystyczne dla nastoletnich powieści sercowe dylematy na rzecz prozy życia może przyciągnąć do lektury szerokie grono odbiorców.

piątek, 19 marca 2021

Joanna Jagiełło: Wielki bal

Harperkids, Warszawa 2021.

Na ratunek

Nel uwielbia się bawić z tatą. Spędza z nim czas i cieszy się z zainteresowania. Wie, że może o wszystkim porozmawiać. Na przykład o tym, za co przebrać się na zbliżającym się balu karnawałowym. Nel jest bardzo przejęta imprezą: wie, że został ogłoszony konkurs na najlepszy kostium, więc zależy jej na zwycięstwie. Kostiumy są dzisiaj powszechnie dostępne: nie trzeba wiele wysiłku, żeby kupić wymarzony strój. Nel też zamierza namówić rodziców na kocie przebranie - inspiruje się domowym kotem, Eliotem. Jeśli uda jej się wyglądać jak domowy pupil, wygra na pewno. Ale wtedy wydarza się coś, czego dziewczynka nie oczekiwała. Tata tłumaczy, dlaczego nie powinno się wydawać pieniędzy na jednorazowy kostium. I wcale nie chodzi tu o pieniądze: przebrania nie są już zbyt drogie. Problem w tym, że zostaną użyte tylko podczas balu, a później trafią do śmieci i przyczynią się do zaśmiecania planety. Tata zajmuje się ekologią i wykorzystuje okazję, żeby omówić ze swoją córką skomplikowaną kwestię. Wyjaśnia między innymi, że do wyprodukowania takiego stroju potrzebne są ponad dwa tysiące litrów wody. Nel wprawdzie marzy o wygranej w konkursie, ale nie chciałaby stanowić zagrożenia dla przyrody. Ma zatem twardy orzech do zgryzienia.

Joanna Jagiełło bardzo ładnie wymyśliła fabułę, która sprawdza się na drugim poziomie cyklu Czytam sobie, a do tego daje się zakwalifikować jako ekologiczna historia. Dzieci nie tylko uczą się czytać: czy raczej ćwiczą tę sztukę - ale jeszcze chłoną wiadomości dotyczące losów planety. "Wielki bal" angażuje za sprawą relacji, jaką Nel ma z tatą: to na pewno przekona dzieci, dorosły, traktujący poważnie swoją pociechę. Nel dowie się czegoś, czego jeszcze nie wiedziała: może zająć się nowym zagadnieniem. Ale to nie wszystko, co oferuje doświadczona autorka. "Wielki bal" prowadzi przecież do balowego finału. Oto bohaterka, która już wie, że nie powinna namawiać rodziców na kupno kostiumu. Jednak na bal idzie - potrzebuje zatem stroju. I tu zaczyna się wielka zabawa. Nel może bowiem sama skomponować przebranie z tego, co znajdzie w nieużywanych ciuchach. To pozwoli jej na lepsze dopasowanie stroju do wyglądu Eliota, a także... na wystrzałowy ogon przygotowany przez zdolnego tatę. Może gdyby Nel sama posłuchała dorosłych, spotkałaby się z ostracyzmem w szkole - ona jednak namawia koleżanki na podobne działania. Dzięki temu ma poczucie, że jeszcze więcej zrobiła dla ochrony środowiska.

Nie chodzi tu przecież wyłącznie o ochronę przyrody, chociaż fakt kupowania i wyrzucania po jednokrotnym użyciu ubrania zasługuje na naświetlenie (i zmianę specyfiki myślenia). Autorka nie nazywa tego, ale skupia się na podskórnym krytykowaniu konsumpcjonizmu. Trafi do przekonania dzieciom, "Wielki bal" jest pozycją, która przyciąga ze względu na rozwój akcji. Na takim tomiku można spokojnie ćwiczyć czytanie. Przydają się tu bardzo ilustracje Joli Richter-Magnuszewskiej: to świetne wycinanki, które zainspirują maluchy.

sobota, 18 kwietnia 2020

Joanna Jagiełło: Wyprawa Kon-Tiki

Egmont, Warszawa 2020.

Odkrycia

Drugi poziom serii Czytam sobie dla dzieci, które ćwiczą sztukę czytania, zawiera poważniejsze teksty, zupełnie jakby przejście do większych objętościowo form wiązało się automatycznie z koniecznością odejścia od bajkowości i dowcipów. Jeśli trafi się na etykietkę „fakty”, raczej nie będzie miejsca na zbyt dużo humoru – ale na motywy, które rozbudzają ciekawość i wyobraźnię. Nadają się do tego dawne wielkie podróże, odkrycia geograficzne czy tematy z historii. Sylwetki wielkich podróżników i badaczy dobrze się tu sprawdzają – więc też często powracają. Joanna Jagiełło w tomiku „Wyprawa Kon-Tiki” sięga po relację burzliwą i niemal fantastyczną – chociaż prawdziwą. Młody naukowiec z Norwegii, Thor, oraz jego partnerka Liv badają jedną z wysp Polinezji. Chociaż starsi profesorowie są przekonani, że ludzie dotarli tu z Azji, Thor i Liv dostrzegają podobieństwo znalezionych kamiennych figur do figur znajdujących się w Peru. To spore wyzwanie: przekonać do odważnej teorii uczonych i wydawców. Thor zamierza opublikować wyniki swojej pracy, ale spotyka się z niedowierzaniem i drwinami. Musi więc podjąć ryzyko i udowodnić, że da się przepłynąć prymitywną tratwą z Peru na wyspę Polinezji. I tak zaczyna się wielka przygoda: opowieść o załodze, o zwierzętach (na tratwie jest papuga oraz krab – wyłowiony z wody, bajkowo gadający, jedyny łącznik ze światem kreskówek). Wielka woda to obecność rekinów, sporo niewygód i wyzwań: lęk nocą, sztorm, niepewność, czy uda się zrealizować cel, a nawet – czy wszyscy przeżyją tę wyprawę. „Wyprawa Kon-Tiki” wypełniona jest silnymi wrażeniami i emocjami o różnych odcieniach. To nie tylko oznacza dla dzieci kibicowanie bohaterom – ale także wiele przeżyć. Joanna Jagiełło pokazuje, że wyprawy badawcze wiązać się mgły z ryzykiem, zmusza dzieci do ciągłego skupienia i śledzenia kolejnych wątków wyprawy.

Co zabawne – i znowu płynące z nieprzystawalności zasad serii do realiów czytelniczych – nie wolno autorom wprowadzać dwuznaków ani zmiękczeń – tych teoretycznie dzieci jeszcze nie znają. Ale muszą uczący się czytać poradzić sobie z takimi słowami jak kuriozum, bestseller czy ekscentrycy. Jeśli już maluchy mają samodzielnie radzić sobie z tekstem, to może proponować im też raz na jakiś czas złamanie reguł – inaczej trudno wytłumaczyć, dlaczego mają biedzić się z „bielutkim” piaskiem (zamiast zwyczajnie białym). Ograniczenia literowe, obecne też na drugim poziomie serii, czasami oznaczają rezygnację z czasowników. To nie zawsze dynamizuje opowieść, bywa, że po prostu mocno ją komplikuje. Najpierw autorka, która musi trzymać się wytycznych, później prawdopodobnie redakcja, wyczulona w tym przypadku ponad miarę wyłącznie na zasady – a nie na brzmienie tekstu czy jego zrozumiałość – w efekcie powstają dziwactwa o wiele bardziej komplikujące opowieść niż sprawiałaby to obecność „zakazanych” liter i zbitek literowych.

„Wyprawę Kon-Tiki” ilustruje Tomek Kozłowski. Jego ilustracje są ciemne i mroczne, czasami mają funkcję informacyjną. Bywa też, że działają na wyobraźnię – jak scena z olbrzymim rekinem pod tratwą. To książeczka, która ma udawać bardzo poważną, tak, by dzieci, które przechodzą na drugi poziom serii Czytam sobie poczuły się doroślej. To na pewno wzmocni poczucie własnej wartości odbiorców – ale nie dostarczy im przyjemności lekturowej w tak dużym stopniu jak bardziej rozrywkowe propozycje. „Wyprawa Kon-Tiki” to próba uświadomienia dzieciom, że młodsi i niedoceniani też mogą dokonywać wielkich czynów. Muszą uwierzyć w siebie i nie podporządkowywać się przebrzmiałym autorytetom. Joanna Jagiełło zapewnia więc odbiorcom nie tylko wielką przygodę w starym stylu oraz zestaw informacji, ale i ważne przesłanie.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Joanna Jagiełło: Jak ziarnka piasku

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Bez ratunku

Rozpoczyna się ta opowieść od tragedii, którą Joanna Jagiełło wzięła z życia. Siedemnastoletnia Nina w dniu urodzin popełnia samobójstwo. Całą scenę dokładnie aranżuje, nagrywa i umieszcza na portalu społecznościowym. Chociaż ma tam kilkuset znajomych, na ratunek wyrusza tylko przyjaciel-gej, Łukasz, kolega z klasy w liceum artystycznym. Nina wybiera moment, kiedy jej najlepsza przyjaciółka, Ania, jest daleko. Umiera z łzą pierrota wymalowaną na pobielonej twarzy. "Jak ziarnka piasku" to relacja po stracie - z retrospekcjami, które pokazują początek przyjaźni Niny i Anny - ale nie wyjaśniają w żaden sposób, dlaczego dziewczyna się powiesiła. Autorka przytacza też sytuacje z codzienności Anny i stopniowo naświetla to, co wydarzyło się w życiu Niny.

Anna próbuje rozszyfrować zagadkę. Cierpi, bo przyjaciółka nie podzieliła się z nią problemami - rozmawia więc z jej kolegami i w konsekwencji... zajmuje miejsce Niny w szkole artystycznej. Pozostaje na uboczu - nie ma już bratniej duszy, której mogłaby zaufać. W domu przeżywa nieustające kłótnie z despotyczną matką. Wydaje jej się, że psuje wszystko, za co się zabierze. Koszmarną pomyłką okazuje się związek z toksycznym znajomym z harcerstwa, nic dziwnego, że spragniona uczucia dziewczyna angażuje się emocjonalnie w relację z wykładowcą. I to prawdziwy początek jej gehenny. "Jak ziarnka piasku" to książka, w której Anna nieświadomie powiela drogę Niny. Musi to zrobić z kilku powodów: żeby rozwikłać sprawę śmierci przyjaciółki i dowiedzieć się tego, czego inni nie mają szans, ale też żeby ocalić inne młode dziewczyny i poznać potęgę przyjaźni. Przekonać się, czym grozi osamotnienie i wyobcowanie, a także brak zaufania do najbliższych. Jest w tym dramacie również ważna lekcja dla odbiorczyń. Joanna Jagiełło idzie trochę pod prąd trendów w literaturze młodzieżowej. Podczas gdy bohaterowie powieści pop najczęściej odkrywają własną seksualność i zaczynają budować pierwsze poważne związki oparte także na fizycznej bliskości, Jagiełło przestrzega przed nadmiernym kierowaniem się pożądaniem. Problemy w tym wypadku biorą się z imprezowania i niepohamowanego poddawania się pokusom, ale bohaterka zostaje usprawiedliwiona. Wprawdzie ulega czarowi nauczyciela i naiwnie się w nim zakochuje, jednak ostatecznie pada ofiarą grupy mężczyzn, którzy wykorzystują nastolatki z problemami. Joanna Jagiełło w ten sposób zwraca uwagę na to, że przydałoby się zachowanie ostrożności: ograniczone zaufanie zwłaszcza w sytuacjach "imprezowych".

"Jak ziarnka piasku" to powieść, która wychodzi od szoku, ale na jednym wstrząsie się nie kończy. Młodym odbiorczyniom pokazuje ta autorka, jak codzienne zmartwienia mogą się łatwo rozrosnąć w problemy, z którymi nie można sobie poradzić. W fabule akcentuje znaczenie decyzji Anny - która nie ulega presji i w maksymalnie stresowej sytuacji potrafi zadziałać rozsądnie i logicznie. Jej postawa to wskazówka dla czytelniczek: nie wolno im milczeć, bez względu na to, czy są osamotnione i smutne, czy szantażowane lub zastraszane. Przesłań cennych w wieku dojrzewania ma ta niewielka przecież powieść wiele, jest też dobrze napisana (chociaż może nie do końca uzasadniona została decyzja bohaterki, żeby zmienić szkołę w momencie, gdy i tak jest w trudnej sytuacji: ten gest był potrzebny dla samej akcji, ale nie mieści się w portrecie charakterologicznym). "Jak ziarnka piasku" to historia, która będzie wywoływać silne emocje. Zadziała tym bardziej, że oparta została na faktach: to scenariusz, który tylko częściowo pochodzi z wyobraźni. Zamknięcie tematu w zgrabnej powieści sprawi, że przestrogi dotrą do szerokiego grona odbiorczyń. Joanna Jagiełło nie proponuje dydaktycznego straszaka, dba o to, by dostarczać czytelniczkom również ciekawej relacji i zestawu konfliktów czy odczuć znanych z codzienności. To wszystko służy przyciągnięciu młodzieży do lektury. Rezygnacja z chronienia nastolatek przed złem świata to w tym wypadku znakomite posunięcie.

poniedziałek, 18 września 2017

Joanna Jagiełło, Jarosław Kaczmarek: Napastnicy. Snajperzy, dryblerzy, szaleńcy

Egmont, Warszawa 2017.

Boiskowe sukcesy

Seria biografii piłkarzy w Egmoncie rozrasta się w innych niż pierwotnie zakładane kierunkach, ale oznacza to, że mali kibice mogą zdobywać wiedzę z różnych okołopiłkarskich opowieści. „Napastnicy. Snajperzy, dryblerzy, szaleńcy” to tomik przygotowany przez Joannę Jagiełło i Jarosława Kaczmarka. Składa się z dwóch części. Najpierw Kaczmarek przedstawia historię pozycji: pokazuje, jak zmieniało się podejście trenerów do roli napastnika, kto grał przełomowymi ustawieniami, jakie są zalety i wady przesuwania napastników do defensywy i czym jest futbol totalny. To wiadomości, które pozwolą dzieciom zrozumieć decyzje trenerskie lub ocenić rozwiązania stosowane przez wybraną drużynę, informacje przydatne w lekcjach futbolu, ale też z perspektywy fana piłki nożnej. Jarosław Kaczmarek podaje konkretne przykłady, więc cały ten teoretyczny wstęp wypada nieźle, czyta się go dobrze i łatwiej potem zająć się wybranymi minibiografiami.

Te tworzy Joanna Jagiełło – i w odróżnieniu od dziennikarzy sportowych, najbardziej zbliża się stylistyką do pierwszych biografii Żółtowskiej-Darskiej. Wie, jak pisać zajmująco dla dzieci i na co kłaść nacisk przy omawianiu kolejnych sylwetek. Nie zanudza analizami meczy, choćby i najbardziej przełomowych – wie, że nie zawsze udaje się w ten sposób oddać boiskowe emocje, a zresztą ma ograniczoną ilość miejsca, musi je więc sensownie zagospodarować.

W biografiach kolejnych napastników interesuje ją najpierw sam początek drogi do kariery i wielkiej sławy. Sprawdza, kto został wyłowiony jako młody talent przez trenerów, a kto musiał do siebie przekonywać różne kluby, kto szybko się usamodzielnił, a komu było ciężko rozstawać się z rodzicami. Przedstawia pierwsze sukcesy, ale też pierwsze rozczarowania lub konflikty na boisku. Przy okazji może wytłumaczyć, jakie gesty i zachowania nie są w piłce nożnej tolerowane, a także – co można przekazać „cieszynką” po zdobyciu gola. Czasami przekazuje definicje czy pojęcia z języka komentatorów. Najbardziej jednak interesują ją sami piłkarze, ich ambicje, nadzieje, to, co czyni ich wyjątkowymi. Wprowadza zaledwie kilku napastników z różnych drużyn (a część doczekała się już swoich „pełnych” książkowych opisów – ale autorka nie powiela akcentów z gotowych opracowań).

Zajmowanie się biografiami piłkarzy to z jednej strony próba zwrócenia uwagi na fakt, że tylko ciężką pracą i determinacją można coś osiągnąć (czasami dochodzi do tego kwestia odpowiedniej diety, innym razem fachowej pomocy psychologicznej, wsparcia bliskich czy zewnętrznych okoliczności). Z drugiej strony sami piłkarze bywają wzorami do naśladowania (nie jedzą „śmieciowych” potraw, nie imprezują, gdy czeka ich ważny mecz, wyciągają wnioski ze swoich błędów i uczą się przyjmować porażki). Odpowiednie treści zostaną w tomie zaakcentowane, nawet przez podkreślenia czcionką – ale Joanna Jagiełło pisze tak, żeby dzieci z przykładów sportowców wyciągały wnioski dla siebie. Poza literackimi portretami są tu jeszcze, jak w całej serii, kolorowe strony, tym razem wskazujące kolejnych bohaterów piłkarskiej historii, zdjęcia z meczy i informacyjne komentarze. Do tego Andrzej Juskowiak ocenia wybranych do tomu piłkarzy z boiskowej perspektywy. Tomik „Napastnicy. Snajperzy, dryblerzy, szaleńcy” to publikacja dla małych fanów piłki nożnej niezbędna – jak niemal wszystkie w serii – a za sprawą sportu może przekonać najmłodszych do spędzania czasu z książką.

niedziela, 20 listopada 2016

Joanna Jagiełło: Zielone martensy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

Samotność

Książki nagradzane w konkursie literackim im. Astrid Lindgren jakiś czas temu wydawał Stentor. Teraz publikacje wyłonione przez jury przedstawia dzieciom Nasza Księgarnia, a to oznacza, że wartościowe historie mają większą szansę na dotarcie do szerokiego grona odbiorców. A że zwycięzcami często są autorzy i tak już znani czytelnikom, nie ma wątpliwości, że warto po ich propozycje sięgnąć. W „Zielonych martensach” Joanny Jagiełło pojawia się motyw eurosierot, dzieci, których rodzice wyjeżdżają do innych krajów w celach zarobkowych. Tak jest przynajmniej, gdy patrzy się na sytuację Feliksa i Wiki z zewnątrz, bo sami bohaterowie nie są wtajemniczeni w zjawisko (ani w jego rozmiar). Wiedzą tylko, że mama opiekuje się w Niemczech starszymi ludźmi – co nie jest do końca prawdą, bo zarabia jako sprzątaczka – i że nie ma jej, gdy jest najbardziej potrzebna. Dziećmi opiekuje się babcia, ale gdy zachoruje, Feliks musi szybko przejąć obowiązki dorosłych – zadbać o dom i młodszą siostrę, nie narobić sobie problemów w szkole i jeszcze zająć się babcią. Feliks chodzi do drugiej klasy gimnazjum i jest introwertykiem, ale smak przyjaźni poznaje dzięki młodszej o rok Opcie.

Opta ma nadwagę i niezmierne pokłady optymizmu. Chociaż jej mama zmarła, a tata angażuje się w związki bez przyszłości z dużo młodszymi paniami, Opta zawsze próbuje być szczęśliwa. Nie przejmuje się nawet docinkami koleżanek: ubiera się w lumpeksach i dumnie prezentuje własny styl. Opta jest wolnością – i receptą dla Feliksa, bo w trudnych chwilach zawsze staje przy nim. Opta to najlepsze, co mogło się zdarzyć Feliksowi w momencie, gdy babcia choruje, a matka nie zamierza przyjeżdżać do dzieci.

Jest jeszcze Wika, dziesięciolatka bardzo podatna na wpływy. Razem z przyjaciółkami zaczepia obcych, marzy o modnych przedmiotach tylko dlatego, że są modne i nie rozumie, że mogłaby jakoś pomóc Feliksowi. Wika wplątuje się w najgroźniejszą sytuację, a Joanna Jagiełło przemyca w książce ważną przestrogę dla małych odbiorców: najłatwiej wpaść w pułapkę, gdy jest się zrozpaczonym i osamotnionym. Wika może i powinna budzić litość, ale jest zbyt samolubna, żeby tak na odbiorców działać.

W „Zielonych martensach” ta trójka na przemian prowadzi opowieści. Feliks przedstawia sytuację w domu, Opta – w swoim (oboje grawitują ku sobie, więc i motyw pierwszej miłości z czasem się ujawni). a Wika – scenki z fałszywymi przyjaciółkami. Każde z bohaterów inaczej przeżywa brak matki i konieczność dorośnięcia, każde też inaczej radzi sobie z sytuacją. Autorka podkreśla, że nawet najbardziej zaradne dzieci potrzebują uwagi i czułości: Feliks w milczeniu cierpi, bo wie, że choćby najbardziej się starał, nie usłyszy od matki pochwały. Joanna Jagiełło porusza tu delikatne tematy z wielką wprawą, na pierwszym planie jest atrakcyjna dla młodych czytelników opowieść, a psychologiczne interpretacje to dodatek do fabuły. Autorka przekonująco odnotowuje potrzeby bohaterów i wie, jak zapewnić sobie uwagę odbiorców. Wywołuje skrajnie różne emocje – pojawi się tu i złość na matkę, i wzruszenie, i podziw (w przypadku odpowiedzialności Feliksa), strach i szczęście. „Zielone martensy” to powieść dość krótka, do szybkiej lektury – ale z głębokimi i ważnymi znaczeniami. Jagiełło prowadzi akcję tak, że problemy bohaterów, chociaż ogromne, nie przygnębiają, ale zachęcają do działania. Uświadamia, że w najtrudniejszej sytuacji można sobie poradzić dzięki determinacji i odwadze. Prezentuje siłę postaci, które w normalnych warunkach nie podejrzewałyby siebie o podobną wytrzymałość. „Zielone martensy”, powieść, która zdobyła drugą nagrodę w swojej kategorii, przynosi odbiorcom sporo tematów do przemyśleń, ale zapewnia też i rozrywkę. To ważna i mądra książka.

wtorek, 19 lipca 2016

Joanna Jagiełło: Różowe babeczki

Egmont, Warszawa 2016.

Ciastolina

Chociaż mnóstwo jest na rynku wydawniczym opowiastek, według których dzieci zakładają własne agencje detektywistyczne i łapią przestępców szybciej niż policja, najlepiej czyta się maluchom te historie, w których mogłyby samodzielnie uczestniczyć. Joanna Jagiełło tworzy minikryminał w serii Egmontu Poczytaj ze mną i zapewnia odbiorcom nie tylko dawkę wiedzy o zajęciach detektywa, ale i ciekawą przygodę, starszym natomiast – lekką satyrę. „Różowe babeczki” to tomik dla wszystkich dzieci.

Tata Lusi będzie otwierał agencję detektywistyczną, więc Lusia dobrze wie, co to za zawód i jak zbierać materiały do śledztwa. Sama zresztą zamierza zostać detektywem. Pierwsze zlecenie dotyczy sprawy w cukierni. Hanna Bajadera, właścicielka przybytku, nie budzi zaufania. Nie dość, że gardzi dziećmi, to jeszcze średnio dba o jakość produktów: sprzedaje stare ciasta, a krem przechowuje nawet dwa tygodnie. Jagiełło odbiera zdecydowanie apetyt na słodycze i sprawia, że dzieci mogą zająć się sednem śledztwa. Wraz z Lusią będą się zastanawiać nad tym, kto podmienił krem w babeczkach na ciastolinę.

Autorka dobrze motywuje pomoc małej bohaterki: dorośli czasem nie mają pojęcia o dziecięcych sprawach, nie potrafią na przykład rozpoznać ciastoliny. Dalej – tata i Lusia mogą zadawać pytania na zmianę, a każde przybliża ich do rozwiązania zagadki Dobry detektyw pozna nie tylko sprawcę zdarzenia, ale i przyczyny jego działań. „Różowe babeczki” nie mogą mieć zbyt rozbudowanej akcji, to lektura na jeden raz. Dlatego też liczą się konkrety i precyzja działania. Joanna Jagiełło nie szaleje też z zakresem „przestępstwa”: zamiast ścigać złoczyńców, bohaterka szuka sprawcy prostego wybryku, leży to w zakresie jej możliwości, a pozwala nabrać wprawy przed późniejszymi wyzwaniami. Lusia brzmi jak detektyw, ale nie wymądrza się przesadnie, jest znośna – a jako dziecięca bohaterka też dość zgrabnie wymyślona, co wpływa na jakość lektury.

Joanna Jagiełło stara się w tomiku zawrzeć szereg wskazówek dotyczących pracy detektywa czy zachowań Lusi i jej taty. To jak kryminał rozczytywany na oczach dzieci – autorka uczy, jakie są niezbędne składniki takiej historii i co oznaczają poszczególne etapy śledztwa. Pokazuje nawet samo wnioskowanie – kiedy bohaterowie zbierają posiadane wiadomości i próbują się z nich dowiedzieć czegoś o wydarzeniu. „Różowe babeczki” umożliwiają krok po kroku przeprowadzenie śledztwa, dostarczają rozrywki, ale są też edukacyjną pozycją, która nie męczy dzieci. Jagiełło sporo akcji przenosi do dialogów, stara się pisać uroczyście (jak przystało na poważne zajęcie!) i dokładnie podsumowywać akcję. Jedynie za „kakałko” zasługuje na babeczkę z ciastoliną zamiast kremu. Subtelnie wprowadza też tematy poza kryminalną fabułą: Lusia wychowuje się bez mamy, tata nie lubi, kiedy używa kolokwializmów, obcy ludzie (tu – pani Bajadera) litują się nad dziewczynką bez choćby prób wnikania w sens takiej postawy, oceniają po pozorach, więc i krzywdząco dla postaci.

Marta Krzywicka dba o stronę graficzną „Różowych babeczek” i sprawia, że mimo różu w tytule tomik przyciągnie różnych czytelników. Ubiera dziewczynkę w bluzkę z wzorem w trupie czaszki, ładnie akcentuje pierwszy plan rysunków, zmienia perspektywę, żeby podkreślać wybrane tematy danej scenki. Ilustruje tomik przygodowy z pełną tego świadomością i sprawia, że dobrze się ogląda doświadczenia Lusi. Ta pozycja świetnie urozmaica lekcje czytania, a do tego uczy gatunkowych wyróżników kryminału, dzięki czemu dzieci będą mogły coraz bardziej świadomie wybierać sobie lektury.