Świat Książki, Warszawa 2025.
Spotkania w głowie
Dla dwunastoletniego dziecka śmierć rodziców jest ogromną traumą. Thea, bohaterka „Gier umysłu”, przeżywa dużo więcej: w głowie towarzyszy mordercy, podąża za nim i widzi ostatnie chwile mamy i taty. Tak dowiaduje się też o czymś więcej: posiada niezwykły dar, dziedziczony przez kobiety w jej rodzie. Mama Thei świadomie z niego zrezygnowała, jednak babcia – która teraz zostanie opiekunką dziewczynki i jej brata – wie doskonale, co spotyka Theę i może ją poprowadzić przez kolejne działania. Nie jest łatwo przewidywać przyszłość albo przenosić się w czasie równolegle do czyjegoś umysłu. Nie jest łatwo wpuszczać kogoś do siebie we śnie. „Gry umysłu” to bardzo rozbudowana powieść i bardzo atrakcyjna dla czytelników. Nora Roberts kojarzy się przede wszystkim z romansami dla kobiet – jednak pod pseudonimem tworzyła przez długi czas powieści sensacyjne. W „Grach umysłu” łączy te dwa nurty tak, że nie widać szwów – ale jest tu wyjątkowo wiele urozmaiconych wydarzeń, dostarczających i adrenaliny, i silnych emocji.
Thea jest wyjątkowa. Ale przez to, że nawiązuje kontakt z mordercą, ustawia kierunek swojej egzystencji. Chce prowadzić spokojne życie z daleka od cywilizacji, ale musi liczyć się z tym, że człowiek, którego wsadziła za kratki, pała żądzą zemsty. Riggs odwiedza ją w myślach i w snach, grożąc i strasząc. Nie docenia jednak przeciwniczki: Thea nie zamierza się poddawać. Dorasta i zajmuje się projektowaniem gier. Przygotowuje jednak także wyjątkową grę umysłu – pułapkę dla swojego prześladowcy.
Nora Roberts chce przedstawiać zwyczajność. Odsuwa bohaterkę od wyścigu szczurów i od walk o wpływy. Thea może się sprawdzać w tym, co poznała w dzieciństwie: cieszy się, kiedy przygotowuje z babcią naturalne kosmetyki i leki – i może roznosić je potrzebującym. Ponieważ dysponuje wyjątkową wyobraźnią, sprawdza się w zawodzie kreatywnym. A do tego mimo koszmarnej przeszłości dorosła Thea chce żyć normalnie. Na odludziu spotyka mężczyznę, w którym durzyła się jako nastolatka. I to z nim może budować przyszłość. Pod warunkiem, że przemoże się i wyzna mu całą prawdę. Bo z ukrywaniem pewnych doświadczeń nie da się zdobyć zaufania.
I tak Nora Roberts rozwija nurt romansowo-obyczajowy: walkę o szczęście w związku dwojga ludzi po przejściach – ale interesuje się o wiele bardziej zagrożeniem, jakie płynie z chorego umysłu. Riggs od początku rozkoszuje się zbrodnią, pragnie jej i żywi się cudzym cierpieniem. Nikt nie jest w stanie dotrzeć do jego umysłu – nikt poza Theą (która zresztą wykorzystuje swój dar, żeby ratować innych i współpracować z detektywami) – a to oznacza, że tylko główna bohaterka zna jego zamiary. Najważniejsze jest to, żeby nie dała się zastraszyć i żeby samodzielnie wypracowała plan działania – aby ocalić także siebie i swoją przyszłość. Nora Roberts wie, jak prowadzić fabułę, która zaintryguje czytelników – i jest w stanie wyzwolić polekturowe refleksje. Ta autorka dostarcza rozrywki. Wie, jak wykorzystać nietypowy pomysł – nie musi nawet w żaden sposób wyjaśniać, skąd wziął się dziwny dar – ważne, że wie, jak go dla fabuły wykorzystać. „Gry umysłu” to książka wyjątkowa.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
środa, 11 czerwca 2025
czwartek, 24 kwietnia 2025
Nora Roberts: Świadek śmierci
Świat Książki, Warszawa 2025.
Przedstawienie
Silne naleciałości z książek Agathy Christie pojawiają się w tomie „Świadek śmierci”, kolejnym tomie przygód porucznik Eve Dallas i jej bliskich. Wszystko zaczyna się od tego, że mąż Eve, Roarke, pokonał w pewnym momencie demony przeszłości i zaczął wymyślać siebie na nowo. Dotarł do sytuacji, której wielu mu zazdrości: jest teraz bardzo bogaty i to on może dyktować warunki innym. Roarke jest właścicielem wielkich firm i koncernów, kontroluje wiele miejsc nie tylko w mieście. Nie afiszuje się jednak z bogactwem ani wpływami, jedynie uruchamia swoje znajomości, kiedy może ułatwić żonie śledztwo. Eve Dallas nie chce korzystać z koneksji, odrzuca wszelkie oferty pomocy, chociaż bez małżonka byłoby jej trudniej. Ale wreszcie przychodzi czas na relaks. Roarke otwiera teatr i na przedstawienie premierowe przychodzi z żoną. Eve zajmuje się odruchowo sprawdzaniem fabuły pod kątem prawdziwości emocji i sensowności logiki. Ogląda, ale pracuje – nie jest w stanie odciąć się od zawodowych naleciałości. I może ma to sens, bo w pewnym momencie jeden z aktorów ginie, zabity na oczach wszystkich widzów. Sztuka zamienia się w koszmar i trzeba rzeczywiście wziąć się do pracy: dla Eve to koniec odpoczynku. Nie jest to jednak ostatnia ofiara w teatrze. Specyficzne środowisko, które przyjdzie Eve poznać od środka, pokazuje, że nie ma prostych rozwiązań.
Nora Robers bawi się w tym tomie – jak i w poprzednich – zestawem spraw prywatnych, emocji i pikanterii. Z upodobaniem nakreśla relację erotyczną między Eve i jej mężem, pozwala też na rozrywkę Peabody, która szczęście znajduje w nieoczekiwanej relacji z góry skazanej na niepowodzenie, przynajmniej według stereotypów. Żeby jeszcze bardziej wzmocnić więzi z bohaterami, autorka wprowadza też postać dalszoplanową, stażystę, który jest wpatrzony w Dallas jak w obrazek – i który może za swoje zaangażowanie słono zapłacić. Wszystko po to, żeby pokazać Eve Dallas jako postać z krwi i kości, mierzącą się z własnymi demonami (zwłaszcza tragiczna przeszłość mocno się w tej części odzywa). Eve potrzebuje wsparcia bliskich i ich stałej obecności, żeby w ogóle poradzić sobie z koszmarami, które uruchamiają kolejne wydarzenia i szczegóły śledztwa. I chociaż w „Świadku śmierci” daje się odkryć wyraźne inspiracje klasyką kryminału, autorka koncentruje się przede wszystkim na charakteryzowaniu światka aktorów – i nie jest to obraz przychylny. Zawód, który wymaga obnażania swoich uczuć na scenie, wyzwala też pewne cechy charakteru, tutaj mocno eksponowane. Nie ma łaskawości ani litości w ocenie środowiska aktorów – tu każdy jest egocentryczny i nie szuka przyjaźni, każdy dba wyłącznie o własne interesy – nawet zbrodnia na oczach wszystkich nie jest w stanie wytrącić aktorów ze stanu zadufania. Nora Roberts bardzo ostro ocenia teatralną rzeczywistość, jednoznacznie krytyczny obraz nie zaciemnia jednak śledztwa. Jest to opowieść, która wciąga nie tyle z racji fabuły, co ze względu na charaktery. Liczy się tu zestaw wyrazistych osobowości i relacji, w jakie wchodzą bohaterowie. I to wystarcza, żeby przyciągnąć do opowieści.
Przedstawienie
Silne naleciałości z książek Agathy Christie pojawiają się w tomie „Świadek śmierci”, kolejnym tomie przygód porucznik Eve Dallas i jej bliskich. Wszystko zaczyna się od tego, że mąż Eve, Roarke, pokonał w pewnym momencie demony przeszłości i zaczął wymyślać siebie na nowo. Dotarł do sytuacji, której wielu mu zazdrości: jest teraz bardzo bogaty i to on może dyktować warunki innym. Roarke jest właścicielem wielkich firm i koncernów, kontroluje wiele miejsc nie tylko w mieście. Nie afiszuje się jednak z bogactwem ani wpływami, jedynie uruchamia swoje znajomości, kiedy może ułatwić żonie śledztwo. Eve Dallas nie chce korzystać z koneksji, odrzuca wszelkie oferty pomocy, chociaż bez małżonka byłoby jej trudniej. Ale wreszcie przychodzi czas na relaks. Roarke otwiera teatr i na przedstawienie premierowe przychodzi z żoną. Eve zajmuje się odruchowo sprawdzaniem fabuły pod kątem prawdziwości emocji i sensowności logiki. Ogląda, ale pracuje – nie jest w stanie odciąć się od zawodowych naleciałości. I może ma to sens, bo w pewnym momencie jeden z aktorów ginie, zabity na oczach wszystkich widzów. Sztuka zamienia się w koszmar i trzeba rzeczywiście wziąć się do pracy: dla Eve to koniec odpoczynku. Nie jest to jednak ostatnia ofiara w teatrze. Specyficzne środowisko, które przyjdzie Eve poznać od środka, pokazuje, że nie ma prostych rozwiązań.
Nora Robers bawi się w tym tomie – jak i w poprzednich – zestawem spraw prywatnych, emocji i pikanterii. Z upodobaniem nakreśla relację erotyczną między Eve i jej mężem, pozwala też na rozrywkę Peabody, która szczęście znajduje w nieoczekiwanej relacji z góry skazanej na niepowodzenie, przynajmniej według stereotypów. Żeby jeszcze bardziej wzmocnić więzi z bohaterami, autorka wprowadza też postać dalszoplanową, stażystę, który jest wpatrzony w Dallas jak w obrazek – i który może za swoje zaangażowanie słono zapłacić. Wszystko po to, żeby pokazać Eve Dallas jako postać z krwi i kości, mierzącą się z własnymi demonami (zwłaszcza tragiczna przeszłość mocno się w tej części odzywa). Eve potrzebuje wsparcia bliskich i ich stałej obecności, żeby w ogóle poradzić sobie z koszmarami, które uruchamiają kolejne wydarzenia i szczegóły śledztwa. I chociaż w „Świadku śmierci” daje się odkryć wyraźne inspiracje klasyką kryminału, autorka koncentruje się przede wszystkim na charakteryzowaniu światka aktorów – i nie jest to obraz przychylny. Zawód, który wymaga obnażania swoich uczuć na scenie, wyzwala też pewne cechy charakteru, tutaj mocno eksponowane. Nie ma łaskawości ani litości w ocenie środowiska aktorów – tu każdy jest egocentryczny i nie szuka przyjaźni, każdy dba wyłącznie o własne interesy – nawet zbrodnia na oczach wszystkich nie jest w stanie wytrącić aktorów ze stanu zadufania. Nora Roberts bardzo ostro ocenia teatralną rzeczywistość, jednoznacznie krytyczny obraz nie zaciemnia jednak śledztwa. Jest to opowieść, która wciąga nie tyle z racji fabuły, co ze względu na charaktery. Liczy się tu zestaw wyrazistych osobowości i relacji, w jakie wchodzą bohaterowie. I to wystarcza, żeby przyciągnąć do opowieści.
czwartek, 27 lutego 2025
Nora Roberts: Aż po grób
Świat Książki, Warszawa 2025 (wznowienie).
Sprawiedliwość
„My, Kasandra” – tak podpisują się sprawcy zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku w listach kierowanych do porucznik Eve Dallas. We własnym mniemaniu walczą o sprawiedliwość i wymierzają ją, ale dla wszystkich jasne jest, że za Kasandrą kryje się grupa szaleńców, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko mordować. Chociaż Eve Dallas i tak próbowałaby rozwiązać tę sprawę, ma większą motywację, żeby się nią zająć – celem ataku wydaje się być jej ukochany mąż. Roarke nic sobie nie robi z zagrożenia, a przynajmniej nie zamierza się bać – nawet informacje o niebezpieczeństwie nie sprawiają, że zrezygnuje ze swojej rutyny. Tyle tylko, że Kasandra atakuje całe budynki i doprowadza do śmierci niewinnych ludzi. Tego już nie da się zignorować.
„Aż po grób” to kolejna powieść, którą Nora Roberts pisała jako J. D. Robb – i kolejna w cyklu Oblicza śmierci. Jednak poza walką z niewidocznymi przestępcami silnie akcentowane są tu wątki osobiste. Najpierw – relacja Eve i jej męża: to para, która ekstremalne emocje rozładowuje seksem – nawet kiedy sprzeczki małżeńskie mają przyćmić porozumienie, nie da się zaprzeczyć, że tych dwoje czuje coś do siebie i bez przerwy ulega pożądaniu. Tym razem jednak swoją drugą połówkę w burzliwym wydaniu znajduje także asystentka Eve – i to w człowieku, którego do tej pory najchętniej by unikała. Jakby tego było mało, pewien mężczyzna jest świadkiem przemocy wobec pięknej (zamężnej) kobiety i zrobi wszystko, żeby ocalić ją przed losem ofiary tyrana. Co chwilę autorka przełącza się na świat uczuć i na romanse – żeby zafundować czytelnikom serię wstrząsów odmiennych od poczucia zagrożenia.
Jest w tej powieści bardzo dużo sensacji. Liczą się filmowe sceny, widowiskowe sytuacje – walka z niebezpieczeństwem w wielkim stylu. Tu już nie będzie śmierci – będą następujące po sobie masakry. Nora Roberts chce szokować czytelników i wprowadzać poczucie zagrożenia, a jednocześnie koncentrować się na jednostkach. Dopiero możliwość rozwiązania zagadki co do tożsamości Kasandry (albo szefostwa Kasandry) zapewni szanse na spokój i powstrzymanie szaleńców. Reagować trzeba: prześladowców nie zadowolą ani pieniądze, ani sława – chodzi im o sianie zniszczenia. A sprawy pojedynczych bohaterów nieoczekiwanie mogą wiązać się ze sobą. Jest w tym tomie mnóstwo energii i intryga kryminalna wrzucona w centrum thrillera, jest rozrywka dla tych, którzy cenią sobie dynamiczne i pełne zagrożenia powieści. Nora Roberts wie, jak prowadzić wielowątkową narrację, w której stale odwraca uwagę czytelników od bieżących wątków i przekierowuje na inne sfery aktywności. Temat zagrożeń zamachami terrorystycznymi nabiera tutaj barw – i funkcjonuje jako koloryt lokalny dla przedstawienia prywatnych losów postaci. „Aż po grób” to kolejna powieść w cyklu – jednak nie trzeba znać poprzednich części, żeby czerpać przyjemność z tej lektury. Autorka nie odwołuje się do przeszłości bohaterów (przynajmniej nie w zakresie konieczności poznawania poprzednich ich losów, bo przecież traumy Eve Dallas są mocno akcentowane), za to częstuje czytelników efektownym tu i teraz.
Sprawiedliwość
„My, Kasandra” – tak podpisują się sprawcy zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku w listach kierowanych do porucznik Eve Dallas. We własnym mniemaniu walczą o sprawiedliwość i wymierzają ją, ale dla wszystkich jasne jest, że za Kasandrą kryje się grupa szaleńców, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko mordować. Chociaż Eve Dallas i tak próbowałaby rozwiązać tę sprawę, ma większą motywację, żeby się nią zająć – celem ataku wydaje się być jej ukochany mąż. Roarke nic sobie nie robi z zagrożenia, a przynajmniej nie zamierza się bać – nawet informacje o niebezpieczeństwie nie sprawiają, że zrezygnuje ze swojej rutyny. Tyle tylko, że Kasandra atakuje całe budynki i doprowadza do śmierci niewinnych ludzi. Tego już nie da się zignorować.
„Aż po grób” to kolejna powieść, którą Nora Roberts pisała jako J. D. Robb – i kolejna w cyklu Oblicza śmierci. Jednak poza walką z niewidocznymi przestępcami silnie akcentowane są tu wątki osobiste. Najpierw – relacja Eve i jej męża: to para, która ekstremalne emocje rozładowuje seksem – nawet kiedy sprzeczki małżeńskie mają przyćmić porozumienie, nie da się zaprzeczyć, że tych dwoje czuje coś do siebie i bez przerwy ulega pożądaniu. Tym razem jednak swoją drugą połówkę w burzliwym wydaniu znajduje także asystentka Eve – i to w człowieku, którego do tej pory najchętniej by unikała. Jakby tego było mało, pewien mężczyzna jest świadkiem przemocy wobec pięknej (zamężnej) kobiety i zrobi wszystko, żeby ocalić ją przed losem ofiary tyrana. Co chwilę autorka przełącza się na świat uczuć i na romanse – żeby zafundować czytelnikom serię wstrząsów odmiennych od poczucia zagrożenia.
Jest w tej powieści bardzo dużo sensacji. Liczą się filmowe sceny, widowiskowe sytuacje – walka z niebezpieczeństwem w wielkim stylu. Tu już nie będzie śmierci – będą następujące po sobie masakry. Nora Roberts chce szokować czytelników i wprowadzać poczucie zagrożenia, a jednocześnie koncentrować się na jednostkach. Dopiero możliwość rozwiązania zagadki co do tożsamości Kasandry (albo szefostwa Kasandry) zapewni szanse na spokój i powstrzymanie szaleńców. Reagować trzeba: prześladowców nie zadowolą ani pieniądze, ani sława – chodzi im o sianie zniszczenia. A sprawy pojedynczych bohaterów nieoczekiwanie mogą wiązać się ze sobą. Jest w tym tomie mnóstwo energii i intryga kryminalna wrzucona w centrum thrillera, jest rozrywka dla tych, którzy cenią sobie dynamiczne i pełne zagrożenia powieści. Nora Roberts wie, jak prowadzić wielowątkową narrację, w której stale odwraca uwagę czytelników od bieżących wątków i przekierowuje na inne sfery aktywności. Temat zagrożeń zamachami terrorystycznymi nabiera tutaj barw – i funkcjonuje jako koloryt lokalny dla przedstawienia prywatnych losów postaci. „Aż po grób” to kolejna powieść w cyklu – jednak nie trzeba znać poprzednich części, żeby czerpać przyjemność z tej lektury. Autorka nie odwołuje się do przeszłości bohaterów (przynajmniej nie w zakresie konieczności poznawania poprzednich ich losów, bo przecież traumy Eve Dallas są mocno akcentowane), za to częstuje czytelników efektownym tu i teraz.
niedziela, 26 stycznia 2025
Nora Roberts: Zabójczy spisek
Świat Książki, Warszawa 2025. (wznowienie)
Cięcie
„Zabójczy spisek” powraca na rynek. To powieść dla wszystkich tych, którzy kochają sensację w wersji delikatnie futurystycznej – i lubią mięsiste narracje. Nora Roberts proponuje czytelnikom serię o porucznik Eve Dallas, ale kolejne tomy w tym cyklu funkcjonują jako samodzielne historie. Jeśli komuś spodoba się kreacja bohaterów – może bez trudu znaleźć sobie inne opowieści z nimi. A nie ma wątpliwości, że Eve Dallas i jej mąż, Roarke, potrafią przyciągnąć do siebie odbiorców. Ona jest bezwzględna i niebezpieczna, jej mózg pracuje bez zarzutu, do tego jest też bardzo seksowna. On doskonale odczytuje jej nastroje i potrafi zapewnić azyl w świecie, w którym roi się od niebezpiecznych przestępców. Oboje mają się ku sobie – to małżeństwo, któremu wystarczy spojrzenie, żeby wylądować w łóżku albo zaplanować sobie ognisty wieczór i ze względu na te plany odrzucać wszelkie nieoczekiwane akcje z pracy. Wątki osobiste w tym wypadku schodzą w „Zabójczym spisku” na drugi plan, chociaż Nora Roberts wie, jak dzięki nim poszerzać grono czytelników. O wiele bardziej tym razem liczą się sprawy śledcze – i to w podwójnym wymiarze.
Z jednej strony jest bowiem morderca. Nieuchwytny, niebezpieczny i… utalentowany. Najprawdopodobniej wywodzi się z lekarskiego środowiska, a przynajmniej szkolił się u chirurgów – wycina on swoim ofiarom narządy. Precyzyjna robota budzi podziw fachowców – co nie zmienia faktu, że giną zwłaszcza bezdomni i ludzie, o których nikt by się nie upomniał. Z drugiej strony jest tu podwładna Eve Dallas, kobieta, która za wszelką cenę chce ją zniszczyć i pisze kolejne skargi, które mają zszargać reputację bohaterki. I ona sporo miesza w intrydze. Pikanterii całości dodaje przeniesienie akcji w niedaleką już przyszłość – to lata 50. XXI wieku, sporo elementów z dzisiejszej rzeczywistości wciąż funkcjonuje, ale autorka dodaje parę motywów, które jeszcze do niedawna mogły być uznawane za wytwór wyobraźni futurysty. Są tu androidy – roboty, które wyglądają i zachowują się jak ludzie, chociaż nieco się od nich różnią w detalach, są komputery, którym wydaje się głosowo polecenia (tu akurat rzeczywistość dogania akcję), są wreszcie medyczne eksperymenty, które dają nadzieję na długie życie bez cierpienia. I, jak to zwykle bywa w sytuacjach, w których nie ma ograniczeń – to etyka i pieniądze zmieniają świat. Narządy do nielegalnych operacji trzeba jakoś pozyskiwać, przynajmniej jeśli chce się dalej testować rozwiązania medyczne, które zrewolucjonizują naukę. Tymczasem silne emocje i ukrywane frustracje również nie zapewniają stabilności. W tym wszystkim opoką może być ktoś bliski i świadomy komplikacji w codzienności.
„Zabójczy spisek” to powieść wielowątkowa – nie tylko główne śledztwo przyciąga czytelników, równie mocno liczą się perypetie życiowe Eve Dallas, a już jej idealne relacje z mężem (również człowiekiem po przejściach) to dodatek na dosmaczenie fabuły. Nora Roberts wie, jak zapewnić sobie uznanie odbiorców, tworzy sycącą powieść rozrywkową bazującą na sensacji i odrobinie romansu – niby wykorzystuje typowe dla thrillerów motywy, a jednak nadaje im inny wymiar.
Cięcie
„Zabójczy spisek” powraca na rynek. To powieść dla wszystkich tych, którzy kochają sensację w wersji delikatnie futurystycznej – i lubią mięsiste narracje. Nora Roberts proponuje czytelnikom serię o porucznik Eve Dallas, ale kolejne tomy w tym cyklu funkcjonują jako samodzielne historie. Jeśli komuś spodoba się kreacja bohaterów – może bez trudu znaleźć sobie inne opowieści z nimi. A nie ma wątpliwości, że Eve Dallas i jej mąż, Roarke, potrafią przyciągnąć do siebie odbiorców. Ona jest bezwzględna i niebezpieczna, jej mózg pracuje bez zarzutu, do tego jest też bardzo seksowna. On doskonale odczytuje jej nastroje i potrafi zapewnić azyl w świecie, w którym roi się od niebezpiecznych przestępców. Oboje mają się ku sobie – to małżeństwo, któremu wystarczy spojrzenie, żeby wylądować w łóżku albo zaplanować sobie ognisty wieczór i ze względu na te plany odrzucać wszelkie nieoczekiwane akcje z pracy. Wątki osobiste w tym wypadku schodzą w „Zabójczym spisku” na drugi plan, chociaż Nora Roberts wie, jak dzięki nim poszerzać grono czytelników. O wiele bardziej tym razem liczą się sprawy śledcze – i to w podwójnym wymiarze.
Z jednej strony jest bowiem morderca. Nieuchwytny, niebezpieczny i… utalentowany. Najprawdopodobniej wywodzi się z lekarskiego środowiska, a przynajmniej szkolił się u chirurgów – wycina on swoim ofiarom narządy. Precyzyjna robota budzi podziw fachowców – co nie zmienia faktu, że giną zwłaszcza bezdomni i ludzie, o których nikt by się nie upomniał. Z drugiej strony jest tu podwładna Eve Dallas, kobieta, która za wszelką cenę chce ją zniszczyć i pisze kolejne skargi, które mają zszargać reputację bohaterki. I ona sporo miesza w intrydze. Pikanterii całości dodaje przeniesienie akcji w niedaleką już przyszłość – to lata 50. XXI wieku, sporo elementów z dzisiejszej rzeczywistości wciąż funkcjonuje, ale autorka dodaje parę motywów, które jeszcze do niedawna mogły być uznawane za wytwór wyobraźni futurysty. Są tu androidy – roboty, które wyglądają i zachowują się jak ludzie, chociaż nieco się od nich różnią w detalach, są komputery, którym wydaje się głosowo polecenia (tu akurat rzeczywistość dogania akcję), są wreszcie medyczne eksperymenty, które dają nadzieję na długie życie bez cierpienia. I, jak to zwykle bywa w sytuacjach, w których nie ma ograniczeń – to etyka i pieniądze zmieniają świat. Narządy do nielegalnych operacji trzeba jakoś pozyskiwać, przynajmniej jeśli chce się dalej testować rozwiązania medyczne, które zrewolucjonizują naukę. Tymczasem silne emocje i ukrywane frustracje również nie zapewniają stabilności. W tym wszystkim opoką może być ktoś bliski i świadomy komplikacji w codzienności.
„Zabójczy spisek” to powieść wielowątkowa – nie tylko główne śledztwo przyciąga czytelników, równie mocno liczą się perypetie życiowe Eve Dallas, a już jej idealne relacje z mężem (również człowiekiem po przejściach) to dodatek na dosmaczenie fabuły. Nora Roberts wie, jak zapewnić sobie uznanie odbiorców, tworzy sycącą powieść rozrywkową bazującą na sensacji i odrobinie romansu – niby wykorzystuje typowe dla thrillerów motywy, a jednak nadaje im inny wymiar.
piątek, 23 września 2022
Delia i Mark Owens: Zew Kalahari
Świat Książki, Warszawa 2022.
Wśród lwów
Jest to książka dla poszukiwaczy przygód i nie ma znaczenia, że wydarzenia tu opisane rozegrały się w przeszłości odległej o kilka dekad - warunki życia na Kalahari doskonale łączą się z surowością i brakiem zdobyczy cywilizacyjnych. Delia i Mark Owensowie decydują się na mnóstwo wyrzeczeń i niebezpieczeństw, żeby zrealizować swoje marzenia i bardzo ambitne plany naukowe. Ich celem jest wyprawa na Kalahari i prowadzenie badań dotyczących żyjących tam zwierząt. Bez grantów, bez sponsorów, z kilkoma tysiącami dolarów, które zdobyli przez wyprzedaż całego dobytku, młodzi ludzie wyruszają na wieloletnią wyprawę. "Zew Kalahari" to zestaw wspomnień z tych czasów i ekscytująca lektura dla odbiorców, którzy wolą nie ruszać się z kanapy, a już na pewno nie zrezygnowaliby z ułatwień, jakie zapewnia cywilizacja.
Obserwowanie hien brunatnych w ich naturalnym środowisku przeradza się w dwa rozległe projekty - dochodzi do niego zbieranie informacji na temat zachowań lwów. Błękitne Stado, które najczęściej odwiedza obóz Owensów, zapewnia sporo atrakcji, także - wrażeń dla czytelników. Z zapartym tchem będzie się tu czytać o tym, jak lwy nocą podchodzą pod namiot, albo jak w dzień wkraczają do obozu i przywłaszczają sobie rozmaite przedmioty. Na początku to niepewność i próby delikatnego odciągania ich uwagi od współmałżonka, któremu odcięta została droga ewakuacji, nocowanie w samochodzie i testowanie granic, później - wzajemne zrozumienie i wzruszająca możliwość współistnienia z poszanowaniem swoich terytoriów. Marek i Delia Owensowie nie chcą przesadnie ingerować w środowisko naturalne lwów ani oswajać ich z obecnością człowieka, wiedzą, że to może się źle skończyć. Jednak chociaż są świadomi, że powinni zostawić naturze regulowanie spraw życia i śmierci kilka razy decydują się na sprzeniewierzenie się własnym zasadom i udzielenie pomocy wielkim drapieżnikom. Dwa wielkie tematy pojawiają się w tej książce. Z jednej strony to konieczność zorganizowania sobie namiastki normalności: schronienia, domu, zaopatrzenia w prowiant i zdobycie środków transportu oraz paliwa. Autorzy nie poruszają kwestii swojej relacji, chociaż zaznaczają niektóre pominięte wydarzenia będące udziałem ich rodzin. Pomijają też tematy higieniczno-toaletowe, w zamian dzieląc się z odbiorcami informacjami na temat posiłków, ich monotonii lub wartości. Z drugiej strony "Zew Kalahari" to opowieść o badaniach, o sposobie gromadzenia informacji na temat hien i lwów. Najpierw - dramatyczna walka o jakiekolwiek środki na pracę naukową, później - radość z dokonywania odkryć, o jakich świat nie miał pojęcia. Jeszcze później - poszerzanie możliwości przez zakładanie zwierzętom obroży z nadajnikami, rozbudowywanie obozu i coraz lepsze zaopatrzenie - co wiąże się automatycznie z problemami innego rodzaju, na przykład - jak unieruchomić i zabezpieczyć samolot podczas burzy. Autorzy prowadzą narrację tak, że czytelnicy będą się cieszyć z każdego sukcesu, przeżywać każde wielkie odkrycie i doświadczać całej gamy emocji. Będą płakać przy rozstaniach ze zwierzętami, które otrzymały imiona i kibicować im w codziennej walce o przetrwanie. Będą też doskonale się bawić przy interpretowaniu zachowań imitujących ludzkie. Mark i Delia Owensowie wiedzą, jak przyciągać uwagę czytelników - i oboje w takim samym stopniu to wykorzystują. Bo rozdziały są tematyzowane i tworzone przez nich osobno, co zapewnia różnorodność i ciekawe spojrzenia na codzienność na Kalahari. Jest to tom dla ceniących sobie przygodę i dla tych, którzy chcą jeszcze raz przeżyć historię przyrodniczych odkryć.
Wśród lwów
Jest to książka dla poszukiwaczy przygód i nie ma znaczenia, że wydarzenia tu opisane rozegrały się w przeszłości odległej o kilka dekad - warunki życia na Kalahari doskonale łączą się z surowością i brakiem zdobyczy cywilizacyjnych. Delia i Mark Owensowie decydują się na mnóstwo wyrzeczeń i niebezpieczeństw, żeby zrealizować swoje marzenia i bardzo ambitne plany naukowe. Ich celem jest wyprawa na Kalahari i prowadzenie badań dotyczących żyjących tam zwierząt. Bez grantów, bez sponsorów, z kilkoma tysiącami dolarów, które zdobyli przez wyprzedaż całego dobytku, młodzi ludzie wyruszają na wieloletnią wyprawę. "Zew Kalahari" to zestaw wspomnień z tych czasów i ekscytująca lektura dla odbiorców, którzy wolą nie ruszać się z kanapy, a już na pewno nie zrezygnowaliby z ułatwień, jakie zapewnia cywilizacja.
Obserwowanie hien brunatnych w ich naturalnym środowisku przeradza się w dwa rozległe projekty - dochodzi do niego zbieranie informacji na temat zachowań lwów. Błękitne Stado, które najczęściej odwiedza obóz Owensów, zapewnia sporo atrakcji, także - wrażeń dla czytelników. Z zapartym tchem będzie się tu czytać o tym, jak lwy nocą podchodzą pod namiot, albo jak w dzień wkraczają do obozu i przywłaszczają sobie rozmaite przedmioty. Na początku to niepewność i próby delikatnego odciągania ich uwagi od współmałżonka, któremu odcięta została droga ewakuacji, nocowanie w samochodzie i testowanie granic, później - wzajemne zrozumienie i wzruszająca możliwość współistnienia z poszanowaniem swoich terytoriów. Marek i Delia Owensowie nie chcą przesadnie ingerować w środowisko naturalne lwów ani oswajać ich z obecnością człowieka, wiedzą, że to może się źle skończyć. Jednak chociaż są świadomi, że powinni zostawić naturze regulowanie spraw życia i śmierci kilka razy decydują się na sprzeniewierzenie się własnym zasadom i udzielenie pomocy wielkim drapieżnikom. Dwa wielkie tematy pojawiają się w tej książce. Z jednej strony to konieczność zorganizowania sobie namiastki normalności: schronienia, domu, zaopatrzenia w prowiant i zdobycie środków transportu oraz paliwa. Autorzy nie poruszają kwestii swojej relacji, chociaż zaznaczają niektóre pominięte wydarzenia będące udziałem ich rodzin. Pomijają też tematy higieniczno-toaletowe, w zamian dzieląc się z odbiorcami informacjami na temat posiłków, ich monotonii lub wartości. Z drugiej strony "Zew Kalahari" to opowieść o badaniach, o sposobie gromadzenia informacji na temat hien i lwów. Najpierw - dramatyczna walka o jakiekolwiek środki na pracę naukową, później - radość z dokonywania odkryć, o jakich świat nie miał pojęcia. Jeszcze później - poszerzanie możliwości przez zakładanie zwierzętom obroży z nadajnikami, rozbudowywanie obozu i coraz lepsze zaopatrzenie - co wiąże się automatycznie z problemami innego rodzaju, na przykład - jak unieruchomić i zabezpieczyć samolot podczas burzy. Autorzy prowadzą narrację tak, że czytelnicy będą się cieszyć z każdego sukcesu, przeżywać każde wielkie odkrycie i doświadczać całej gamy emocji. Będą płakać przy rozstaniach ze zwierzętami, które otrzymały imiona i kibicować im w codziennej walce o przetrwanie. Będą też doskonale się bawić przy interpretowaniu zachowań imitujących ludzkie. Mark i Delia Owensowie wiedzą, jak przyciągać uwagę czytelników - i oboje w takim samym stopniu to wykorzystują. Bo rozdziały są tematyzowane i tworzone przez nich osobno, co zapewnia różnorodność i ciekawe spojrzenia na codzienność na Kalahari. Jest to tom dla ceniących sobie przygodę i dla tych, którzy chcą jeszcze raz przeżyć historię przyrodniczych odkryć.
sobota, 17 września 2022
Paullina Simons: Droga do raju
Świat Książki, Warszawa 2022.
Przemiana
Te dwie dziewczyny kiedyś się przyjaźniły, ale teraz sporo je dzieli. Właściwie nie miałyby o czym ze sobą rozmawiać, bo gdyby zaczęły, wyciągnęłyby na światło dzienne złe sekrety i przykre fakty na zawsze zmieniające charakter relacji. Jednak teraz Shelby i Gina bardzo siebie potrzebują. Shelby zamierza przejechać Stany Zjednoczone: wchodzi w dorosłość z chęcią odnalezienia matki i poznania jej rodzinnych tajemnic. W końcu Shelby wychowywana była przez ciotkę i wokół tej sytuacji narosło sporo fałszywych wiadomości. To ciotka doprowadza do realizacji szalonego - jakby się z zewnątrz wydawało - marzenia: kupuje Shelby żółtego mustanga, samochód bardzo cenny (i bardzo widoczny na drodze, co będzie miało duże znaczenie w historii). Ciotka wie, że każdy dorastający młody człowiek potrzebuje tego typu wyprawy, sama zresztą też w młodości podróżowała. Nie próbuje nawet powstrzymać Shelby, wyposaża ją jedynie w listę przestróg. Gina z kolei dołącza się do eskapady, wykorzystuje okazję, żeby pojechać do ukochanego. Ów ukochany w liście informuje ją, że jeśli nie zostanie powstrzymany, wkrótce się ożeni i być może popełni przez to życiowy błąd, przed którym uchronić go może tylko Gina. Shelby nie ma powodu, żeby pomagać - jednak Gina dołączy się do wydatków na paliwo, a potencjalnie mogłaby jeszcze siadać za kółkiem i odciążać kierowcę.
Dość często kiedyś w młodzieżówkach amerykańskich pojawiał się motyw podróży samochodowej przez kraj - podróży, podczas której bohaterowie dojrzewają, dowiadują się czegoś o sobie i muszą mierzyć się z wieloma wyzwaniami. Wydawało się, że w ostatnich latach tylko John Green wskrzesił ten motyw. Paullina Simons radzi sobie z nim jednak doskonale i chociaż wysyła bohaterki kilka dekad wstecz, pozwala na przeżycie wielkiej przygody. Shelby i Gina mogłyby po prostu dążyć do celu i rozpracowywać dawne traumy, gdyby nie Candy. Dziewczyna o niekonwencjonalnym wyglądzie - autostopowiczka ewidentnie potrzebująca pomocy - dołącza się do podróżniczek i przejmuje błyskawicznie niemal całą uwagę. Pełna sprzeczności nastolatka nie boi się wyzwań, a do tego - ma specyficzny system wartości. Robi rzeczy, które nie mieszczą się w głowach Shelby i Ginie, ale też inaczej interpretuje rozmaite fakty i zmienia światopogląd nowych znajomych. Uświadamia im, na czym polega życie w klasztorze i - dlaczego dziewczyna nieposiadająca ani grosza może błyskawicznie zarobić, zadzierając spódnicę. Candy nie zna żadnych modnych przebojów, ma mnóstwo tatuaży i zdecydowanie wyróżnia się wyglądem. Przeszła wiele i zachowuje się, jakby znała już kwintesencję wolności. Wyzwolona i odważna wpada w tarapaty i potrzebuje wsparcia. Shelby i Gina przekonują się, że ta osoba powie im sporo o życiu. Nie zawsze prawdy będą wygodne.
"Droga do raju" to trochę filozofii życiowej z dala od porad pedagogów i dorosłych. Mnóstwo adrenaliny - zagrożenia w trasie to realizacja najgorszych koszmarów wszystkich przezornych i bojących się ryzyka rodziców. Trochę humoru - bo jednak nie da się przez cały czas przeżywać dylematów moralnych i lęków. Wiele sekretów i zagadek, odsłanianych z czasem i zaskakujących. I do tego znakomita narracja - Paullina Simons stworzyła książkę, która w pełni zasługuje na docenienie i nawet fakt, że to opowieść z przeszłości, nie odstraszy dzisiejszych młodych odbiorców.
Przemiana
Te dwie dziewczyny kiedyś się przyjaźniły, ale teraz sporo je dzieli. Właściwie nie miałyby o czym ze sobą rozmawiać, bo gdyby zaczęły, wyciągnęłyby na światło dzienne złe sekrety i przykre fakty na zawsze zmieniające charakter relacji. Jednak teraz Shelby i Gina bardzo siebie potrzebują. Shelby zamierza przejechać Stany Zjednoczone: wchodzi w dorosłość z chęcią odnalezienia matki i poznania jej rodzinnych tajemnic. W końcu Shelby wychowywana była przez ciotkę i wokół tej sytuacji narosło sporo fałszywych wiadomości. To ciotka doprowadza do realizacji szalonego - jakby się z zewnątrz wydawało - marzenia: kupuje Shelby żółtego mustanga, samochód bardzo cenny (i bardzo widoczny na drodze, co będzie miało duże znaczenie w historii). Ciotka wie, że każdy dorastający młody człowiek potrzebuje tego typu wyprawy, sama zresztą też w młodości podróżowała. Nie próbuje nawet powstrzymać Shelby, wyposaża ją jedynie w listę przestróg. Gina z kolei dołącza się do eskapady, wykorzystuje okazję, żeby pojechać do ukochanego. Ów ukochany w liście informuje ją, że jeśli nie zostanie powstrzymany, wkrótce się ożeni i być może popełni przez to życiowy błąd, przed którym uchronić go może tylko Gina. Shelby nie ma powodu, żeby pomagać - jednak Gina dołączy się do wydatków na paliwo, a potencjalnie mogłaby jeszcze siadać za kółkiem i odciążać kierowcę.
Dość często kiedyś w młodzieżówkach amerykańskich pojawiał się motyw podróży samochodowej przez kraj - podróży, podczas której bohaterowie dojrzewają, dowiadują się czegoś o sobie i muszą mierzyć się z wieloma wyzwaniami. Wydawało się, że w ostatnich latach tylko John Green wskrzesił ten motyw. Paullina Simons radzi sobie z nim jednak doskonale i chociaż wysyła bohaterki kilka dekad wstecz, pozwala na przeżycie wielkiej przygody. Shelby i Gina mogłyby po prostu dążyć do celu i rozpracowywać dawne traumy, gdyby nie Candy. Dziewczyna o niekonwencjonalnym wyglądzie - autostopowiczka ewidentnie potrzebująca pomocy - dołącza się do podróżniczek i przejmuje błyskawicznie niemal całą uwagę. Pełna sprzeczności nastolatka nie boi się wyzwań, a do tego - ma specyficzny system wartości. Robi rzeczy, które nie mieszczą się w głowach Shelby i Ginie, ale też inaczej interpretuje rozmaite fakty i zmienia światopogląd nowych znajomych. Uświadamia im, na czym polega życie w klasztorze i - dlaczego dziewczyna nieposiadająca ani grosza może błyskawicznie zarobić, zadzierając spódnicę. Candy nie zna żadnych modnych przebojów, ma mnóstwo tatuaży i zdecydowanie wyróżnia się wyglądem. Przeszła wiele i zachowuje się, jakby znała już kwintesencję wolności. Wyzwolona i odważna wpada w tarapaty i potrzebuje wsparcia. Shelby i Gina przekonują się, że ta osoba powie im sporo o życiu. Nie zawsze prawdy będą wygodne.
"Droga do raju" to trochę filozofii życiowej z dala od porad pedagogów i dorosłych. Mnóstwo adrenaliny - zagrożenia w trasie to realizacja najgorszych koszmarów wszystkich przezornych i bojących się ryzyka rodziców. Trochę humoru - bo jednak nie da się przez cały czas przeżywać dylematów moralnych i lęków. Wiele sekretów i zagadek, odsłanianych z czasem i zaskakujących. I do tego znakomita narracja - Paullina Simons stworzyła książkę, która w pełni zasługuje na docenienie i nawet fakt, że to opowieść z przeszłości, nie odstraszy dzisiejszych młodych odbiorców.
wtorek, 19 lipca 2022
Kristin Hannah: Cudowna moc miłości
Świat Książki, Warszawa 2022.
Przebudzenie
Kristin Hannah tworzy bardzo papierowy i przewidywalny romans dla szerokiego grona odbiorczyń spragnionych łzawych historii. "Cudowna moc miłości" to książka, która w żadnym aspekcie nie zaskoczy czytelniczek - a jednak spotka się z uznaniem, zwłaszcza że realizowane są tu kolejne baśniowe scenariusze, rodem z najprostszych marzeń. Autorka zarzuca prawdopodobieństwo, oddala konieczność wprowadzania fachowych wyjaśnień: liczą się czyste emocje. Sytuacja jest dość oczywista i w założeniu szarpiąca nerwy: oto Mike, szczęśliwa żona i matka, opiekunka koni, wybiera się na przejażdżkę. Podczas pokonywania jednej z przeszkód, spada z konia i uderza głową w słupek, traci przytomność (na oczach kilkuletniego syna) i po pewnym czasie zapada w śpiączkę. Nie może jej uratować mąż-lekarz, ani najlepsi specjaliści, jakich udaje się poprosić o pomoc. Cierpi Liam - który nagle musi odnaleźć się w rzeczywistości bez ukochanej żony, cierpi Rosa - matka Mike, cierpią jej dzieci: nastoletnia Jacey i mały Bret. Każdy na swój sposób radzi sobie z sytuacją, każdy też szuka metody na obudzenie Mike. Kristin Hannah zderza dwie postawy: racjonalizm i prostą wiarę. Liam jest lekarzem, wie, że medycyna może pomóc w powrocie Mike do życia. Rosa inaczej: liczy na to, że modlitwa przywróci jej córce zdrowie. Nikt nie zastanawia się nad ewentualnymi konsekwencjami wypadku: chodzi tylko o to, żeby uniknąć ostateczności.
I dalej autorka podąża zero-jedynkowym scenariuszem: Mike odzyska przytomność, albo nie odzyska. Przy jej łóżku czuwają dwaj mężczyźni jej życia, bo śpiączka wyzwala kolejne tajemnice z przeszłości. Wielka miłość młodej kobiety obecnie jest powszechnie rozpoznawaną gwiazdą filmową. Z takim rywalem Liam nie może stawać w szranki, co gorsza, dowiedział się o jego istnieniu dopiero teraz, gdy pogrążona w śpiączce ukochana reaguje wyłącznie na imię byłego. Rozczarowanie jest ogromne, a to dopiero początek kłopotów. Liam zrobi wiele dla dobra żony - pytanie jednak, czy powinien w tym poświęcać dobro dzieci.
Kristin Hannah z wyczuciem układa kolejne dylematy i pozwala postaciom decydować o tym, co dla nich najlepsze. Umożliwia całkowitą zmianę każdemu, przyzwyczaja do wizji takich transformacji i zapewnia zgodę każdej ze stron na dowolne działania. Gdy w grę wchodzą wielkie uczucia, nie ma co liczyć na logikę i rozsądek, a autorka próbuje zwodzić czytelniczki i przekonywać je, że obecność księcia z bajki to wstęp do wielkiej życiowej przygody. "Cudowna moc miłości" to książka, która nie zaskoczy nikogo kierunkiem akcji. Mogą męczyć w niej moralizatorskie wstawki dotyczące boskich interwencji i przewidywalność scenariuszowa, ale przynajmniej Kristin Hannah wie, jak pisać, od strony warsztatowej ma sporo do powiedzenia. Funduje odbiorczyniom mnóstwo emocji - widać wprawdzie założenia i chęć przyciągnięcia mas konkretnymi rozwiązaniami, ale realizacja nie jest zła. Naiwność w samym scenariuszu nie przekłada się na narrację - Kristin Hannah wie, jak pisać, a że kieruje się do jasno określonej grupy czytelniczek, może sobie pozwolić na rozwiązania proste i sentymentalne.
Przebudzenie
Kristin Hannah tworzy bardzo papierowy i przewidywalny romans dla szerokiego grona odbiorczyń spragnionych łzawych historii. "Cudowna moc miłości" to książka, która w żadnym aspekcie nie zaskoczy czytelniczek - a jednak spotka się z uznaniem, zwłaszcza że realizowane są tu kolejne baśniowe scenariusze, rodem z najprostszych marzeń. Autorka zarzuca prawdopodobieństwo, oddala konieczność wprowadzania fachowych wyjaśnień: liczą się czyste emocje. Sytuacja jest dość oczywista i w założeniu szarpiąca nerwy: oto Mike, szczęśliwa żona i matka, opiekunka koni, wybiera się na przejażdżkę. Podczas pokonywania jednej z przeszkód, spada z konia i uderza głową w słupek, traci przytomność (na oczach kilkuletniego syna) i po pewnym czasie zapada w śpiączkę. Nie może jej uratować mąż-lekarz, ani najlepsi specjaliści, jakich udaje się poprosić o pomoc. Cierpi Liam - który nagle musi odnaleźć się w rzeczywistości bez ukochanej żony, cierpi Rosa - matka Mike, cierpią jej dzieci: nastoletnia Jacey i mały Bret. Każdy na swój sposób radzi sobie z sytuacją, każdy też szuka metody na obudzenie Mike. Kristin Hannah zderza dwie postawy: racjonalizm i prostą wiarę. Liam jest lekarzem, wie, że medycyna może pomóc w powrocie Mike do życia. Rosa inaczej: liczy na to, że modlitwa przywróci jej córce zdrowie. Nikt nie zastanawia się nad ewentualnymi konsekwencjami wypadku: chodzi tylko o to, żeby uniknąć ostateczności.
I dalej autorka podąża zero-jedynkowym scenariuszem: Mike odzyska przytomność, albo nie odzyska. Przy jej łóżku czuwają dwaj mężczyźni jej życia, bo śpiączka wyzwala kolejne tajemnice z przeszłości. Wielka miłość młodej kobiety obecnie jest powszechnie rozpoznawaną gwiazdą filmową. Z takim rywalem Liam nie może stawać w szranki, co gorsza, dowiedział się o jego istnieniu dopiero teraz, gdy pogrążona w śpiączce ukochana reaguje wyłącznie na imię byłego. Rozczarowanie jest ogromne, a to dopiero początek kłopotów. Liam zrobi wiele dla dobra żony - pytanie jednak, czy powinien w tym poświęcać dobro dzieci.
Kristin Hannah z wyczuciem układa kolejne dylematy i pozwala postaciom decydować o tym, co dla nich najlepsze. Umożliwia całkowitą zmianę każdemu, przyzwyczaja do wizji takich transformacji i zapewnia zgodę każdej ze stron na dowolne działania. Gdy w grę wchodzą wielkie uczucia, nie ma co liczyć na logikę i rozsądek, a autorka próbuje zwodzić czytelniczki i przekonywać je, że obecność księcia z bajki to wstęp do wielkiej życiowej przygody. "Cudowna moc miłości" to książka, która nie zaskoczy nikogo kierunkiem akcji. Mogą męczyć w niej moralizatorskie wstawki dotyczące boskich interwencji i przewidywalność scenariuszowa, ale przynajmniej Kristin Hannah wie, jak pisać, od strony warsztatowej ma sporo do powiedzenia. Funduje odbiorczyniom mnóstwo emocji - widać wprawdzie założenia i chęć przyciągnięcia mas konkretnymi rozwiązaniami, ale realizacja nie jest zła. Naiwność w samym scenariuszu nie przekłada się na narrację - Kristin Hannah wie, jak pisać, a że kieruje się do jasno określonej grupy czytelniczek, może sobie pozwolić na rozwiązania proste i sentymentalne.
piątek, 15 lipca 2022
Jacek Pałkiewicz: Dubaj. Prawdziwe oblicze
Świat Książki, Warszawa 2022.
Przepych
Jacek Pałkiewicz dostrzega ironię sytuacji, zresztą nie bez powodu postanawia odwiedzić Dubaj - jako kontrast wobec swoich "zwykłych" wypraw. Chce się dowiedzieć czegoś o mieście, które w opinii wielu jawi się jako spełnienie największych marzeń o bogactwie - i przekonać się, czy to miejsce zapewnia wolność. Wybiera się z żoną na wakacje życia - przynajmniej w ocenie tych, którzy na podobną eskapadę nie będą sobie mogli pozwolić ze względów finansowych. I przybliża czytelnikom tajemnice Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy odkrycia, które w Dubaju nie szokują. Dubaj sto lat wcześniej był miejscem zasypanym piaskiem, bez możliwości rozwoju i bez szans na przyciągnięcie ludzi. Błyskawicznie zamienił się w raj - jednak jego rajskość równie szybko zaczęła budzić wątpliwości. Jacek Pałkiewicz kontaktuje się z Izmirem - reportażowym przewodnikiem po Dubaju. To Izmir będzie zapewniać kolejnych rozmówców, to Izmir wprowadzi w bardziej mroczne klimaty. Izmir służy wyjaśnieniami i pozwala lepiej zrozumieć Dubaj, żyje tu i w pewien sposób usprawiedliwia kolejne dziwne rozwiązania - tak, żeby czytelnicy zrozumieli perspektywę miejscowych. Ale chociaż Izmir to w wydaniu książkowym chodząca encyklopedia - jest w stanie sypać danymi jak z rękawa, wiadomo, że to postać wykreowana na potrzeby przekazywania informacji odbiorcom i do zdynamizowania treści, które inaczej wypadałyby bardziej papierowo. Czasami też tę rolę - rolę edukowania czytelników - powierza Jacek Pałkiewicz Lindzie, kiedy rozmawia z nią dla zabicia czasu. Niezależnie jednak od sposobu wplatania informacji w tekst, proponuje odbiorcom wyrazistą opowieść z wielkimi pieniędzmi w tle.
Pyta Jacek Pałkiewicz o organizację życia codziennego w Dubaju, wskazuje pułapki i problemy natury społecznej: rozwiązania, które tu się stosuje, na dłuższą metę mogą zaszkodzić i uniemożliwić mieszkańcom rozwój. Przypomina, w jakich okolicznościach Dubaj może stać się katastrofą - czym rozwiewa mit miejsca idealnego. Wkracza w świat rozrywek i dostępnych na wyciągnięcie ręki niekoniecznie legalnych sposobów na relaks, opowiada o prostytucji i rozbojach, żeby trochę przybliżyć czytelnikom zasady funkcjonowania tutaj i popularność miejsca. Zajmuje się mentalnością szejków i taksówkarzy. Sprawdza, jak na życie wpływa religia i jaka jest pozycja kobiet w tym świecie. Dochodzi do wniosków, które mogą odbiorców zaskoczyć albo które zmienią postrzeganie Dubaju - tu idylliczne obrazki mocno się oddalają. Jednocześnie nie słabnie podziw dla myśli urbanistycznej i dla rozwiązań pozwalających człowiekowi wygrać z naturą: autor zastanawia się nad systemami dostarczania wody do wysokich budynków i nad ochroną przed klęskami żywiołowymi. Oprowadza po sztucznie stworzonych wyspach i wyjaśnia, co oznaczają ich kształty. Jest w tym wszystkim cień fascynacji, ale raczej dla pomysłowości człowieka niż dla samej realizacji odważnych marzeń. "Dubaj. Prawdziwe oblicze" to książka, w której nie ma zachwytów nad intrygującym miejscem - krytyczne spojrzenie pozwala na stworzenie wielowymiarowego pejzażu Dubaju. Jacek Pałkiewicz wie, jak przyciągać czytelników i co im serwować, żeby chcieli pozostać przy lekturze - jego rozwiązania, nawet te wymuszone przez formę tekstu, dobrze się sprawdzają. "Dubaj. Prawdziwe oblicze" to także tom, w którym pojawia się wiele fotografii podkreślających imponujący charakter miejsca.
Przepych
Jacek Pałkiewicz dostrzega ironię sytuacji, zresztą nie bez powodu postanawia odwiedzić Dubaj - jako kontrast wobec swoich "zwykłych" wypraw. Chce się dowiedzieć czegoś o mieście, które w opinii wielu jawi się jako spełnienie największych marzeń o bogactwie - i przekonać się, czy to miejsce zapewnia wolność. Wybiera się z żoną na wakacje życia - przynajmniej w ocenie tych, którzy na podobną eskapadę nie będą sobie mogli pozwolić ze względów finansowych. I przybliża czytelnikom tajemnice Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy odkrycia, które w Dubaju nie szokują. Dubaj sto lat wcześniej był miejscem zasypanym piaskiem, bez możliwości rozwoju i bez szans na przyciągnięcie ludzi. Błyskawicznie zamienił się w raj - jednak jego rajskość równie szybko zaczęła budzić wątpliwości. Jacek Pałkiewicz kontaktuje się z Izmirem - reportażowym przewodnikiem po Dubaju. To Izmir będzie zapewniać kolejnych rozmówców, to Izmir wprowadzi w bardziej mroczne klimaty. Izmir służy wyjaśnieniami i pozwala lepiej zrozumieć Dubaj, żyje tu i w pewien sposób usprawiedliwia kolejne dziwne rozwiązania - tak, żeby czytelnicy zrozumieli perspektywę miejscowych. Ale chociaż Izmir to w wydaniu książkowym chodząca encyklopedia - jest w stanie sypać danymi jak z rękawa, wiadomo, że to postać wykreowana na potrzeby przekazywania informacji odbiorcom i do zdynamizowania treści, które inaczej wypadałyby bardziej papierowo. Czasami też tę rolę - rolę edukowania czytelników - powierza Jacek Pałkiewicz Lindzie, kiedy rozmawia z nią dla zabicia czasu. Niezależnie jednak od sposobu wplatania informacji w tekst, proponuje odbiorcom wyrazistą opowieść z wielkimi pieniędzmi w tle.
Pyta Jacek Pałkiewicz o organizację życia codziennego w Dubaju, wskazuje pułapki i problemy natury społecznej: rozwiązania, które tu się stosuje, na dłuższą metę mogą zaszkodzić i uniemożliwić mieszkańcom rozwój. Przypomina, w jakich okolicznościach Dubaj może stać się katastrofą - czym rozwiewa mit miejsca idealnego. Wkracza w świat rozrywek i dostępnych na wyciągnięcie ręki niekoniecznie legalnych sposobów na relaks, opowiada o prostytucji i rozbojach, żeby trochę przybliżyć czytelnikom zasady funkcjonowania tutaj i popularność miejsca. Zajmuje się mentalnością szejków i taksówkarzy. Sprawdza, jak na życie wpływa religia i jaka jest pozycja kobiet w tym świecie. Dochodzi do wniosków, które mogą odbiorców zaskoczyć albo które zmienią postrzeganie Dubaju - tu idylliczne obrazki mocno się oddalają. Jednocześnie nie słabnie podziw dla myśli urbanistycznej i dla rozwiązań pozwalających człowiekowi wygrać z naturą: autor zastanawia się nad systemami dostarczania wody do wysokich budynków i nad ochroną przed klęskami żywiołowymi. Oprowadza po sztucznie stworzonych wyspach i wyjaśnia, co oznaczają ich kształty. Jest w tym wszystkim cień fascynacji, ale raczej dla pomysłowości człowieka niż dla samej realizacji odważnych marzeń. "Dubaj. Prawdziwe oblicze" to książka, w której nie ma zachwytów nad intrygującym miejscem - krytyczne spojrzenie pozwala na stworzenie wielowymiarowego pejzażu Dubaju. Jacek Pałkiewicz wie, jak przyciągać czytelników i co im serwować, żeby chcieli pozostać przy lekturze - jego rozwiązania, nawet te wymuszone przez formę tekstu, dobrze się sprawdzają. "Dubaj. Prawdziwe oblicze" to także tom, w którym pojawia się wiele fotografii podkreślających imponujący charakter miejsca.
sobota, 12 marca 2022
Piotr Milewski: Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia
Świat Książki, Warszawa 2022.
Sens podróży
Piotr Milewski odkrywa Japonię po swojemu. Nie zamierza realizować kolejnych punktów z przewodników turystycznych, wiedzę o tym, co sprawdzić i czego doświadczyć czerpie od napotykanych na drodze osób. Ze wszystkimi chce rozmawiać, jeździ autostopem, żeby jak najpełniej poznawać specyfikę miejsc, do których trafia. Ma mnóstwo czasu, może sobie pozwolić na błądzenie i na stopniowe odkrywanie otoczenia. I ten niespieszny rytm bardzo koić będzie czytelników, bo nawet jeśli autor nawiązuje do zniszczeń wojennych czy własnych drobnych przykrości - to nigdy nie rezygnuje ze stoickiego spokoju w narracji. "Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia" to właśnie taka lektura, jakiej poszukuje się w długie zimowe wieczory: pozwalająca na odbywanie literackich podróży i przeżywanie z autorem kolejnych jego nietypowych spotkań ze zwyczajnymi ludźmi.
Piotr Milewski opowiada, dzieląc się z odbiorcami wiedzą na temat kultury Japonii i miejscowych zwyczajów. Stara się przybliżać nietypowe i co bardziej egzotyczne odkrycia, przedstawia liczne ciekawostki - nie jak z podręcznika, a te nieoczywiste, bazujące na zaskoczeniach. Pozwala czytelnikom na przechodzenie tras ze sobą - sam musi je dopiero odkrywać, a przecież może pomóc w poznawaniu Japonii od najbardziej ludzkiej strony. Każdy rozdział w tej książce to osobny temat, pokazujący mentalność Japończyków albo tradycje. Autor doskonale rozumie kulturę, z którą ma do czynienia - ale jest też w stanie bez trudu wyłapać różnice między podejściem Europejczyka i mieszkańca Japonii do rozmaitych komplikacji czy utrudnień w codzienności. Odnotowuje zatem liczne absurdy i dzieli się nimi z odbiorcami - zapraszając ich do poszukiwań kolejnych niespodzianek. Wyjaśnia motywacje w zachowaniach napotykanych ludzi i standardy, które dziwić mogą tylko osoby spoza Japonii. Felietonowość rozdziałów sprawia, że może czasami podzielić się tematami z historii kraju albo opowieściami geograficznymi, skupić na topografii miast czy też - zająć się opisywaniem barwnych tradycji. Nie potrzebuje do tego świąt: nawet zwykłe czynności mogą funkcjonować jak coś niezwykłego dla czytelników i Piotr Milewski świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Można mu zaufać - sprawdza się jako ten, który tłumaczy orientalną kulturę. Chodzi własnymi drogami i przyzwyczaja się do utrudnień, uczy się, jak sobie z nimi radzić - lubi wyzwania, a Japonia ich nie szczędzi. Piotr Milewski szuka miejsc, które powiedzą mu najwięcej o zwykłych mieszkańcach i o ich przyzwyczajeniach. Zagląda do barów, podejmuje dialog z napotykanymi ludźmi, opisuje gościnność tych, u których mógł się zatrzymać (i przy okazji rejestruje ich drobne dziwactwa lub nietypowe pomysły). Ponieważ rozdziały są krótkie, a autor nie zamierza zamęczać odbiorców wielopiętrowymi analizami - skupia się za to na reportażowym charakterze opowieści - ta książka może ucieszyć czytelników spragnionych rozrywki podlanej odrobinę edukacją. "Dzienniki japońskie" to zestaw minireportaży, opowieści bezpośrednich, w pełni angażujących odbiorców. Nie trzeba wcale być fanem japońskiej kultury i mentalności, żeby czerpać radość z lektury "Dzienników japońskich" - to książka, która nadaje się świetnie dla poszukujących praktycznych wiadomości, ale i dla tych, którzy nie zamierzają ruszać się z wygodnego fotela. Piotr Milewski w swoich podróżniczych i wielokulturowych relacjach nie zawodzi.
Sens podróży
Piotr Milewski odkrywa Japonię po swojemu. Nie zamierza realizować kolejnych punktów z przewodników turystycznych, wiedzę o tym, co sprawdzić i czego doświadczyć czerpie od napotykanych na drodze osób. Ze wszystkimi chce rozmawiać, jeździ autostopem, żeby jak najpełniej poznawać specyfikę miejsc, do których trafia. Ma mnóstwo czasu, może sobie pozwolić na błądzenie i na stopniowe odkrywanie otoczenia. I ten niespieszny rytm bardzo koić będzie czytelników, bo nawet jeśli autor nawiązuje do zniszczeń wojennych czy własnych drobnych przykrości - to nigdy nie rezygnuje ze stoickiego spokoju w narracji. "Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia" to właśnie taka lektura, jakiej poszukuje się w długie zimowe wieczory: pozwalająca na odbywanie literackich podróży i przeżywanie z autorem kolejnych jego nietypowych spotkań ze zwyczajnymi ludźmi.
Piotr Milewski opowiada, dzieląc się z odbiorcami wiedzą na temat kultury Japonii i miejscowych zwyczajów. Stara się przybliżać nietypowe i co bardziej egzotyczne odkrycia, przedstawia liczne ciekawostki - nie jak z podręcznika, a te nieoczywiste, bazujące na zaskoczeniach. Pozwala czytelnikom na przechodzenie tras ze sobą - sam musi je dopiero odkrywać, a przecież może pomóc w poznawaniu Japonii od najbardziej ludzkiej strony. Każdy rozdział w tej książce to osobny temat, pokazujący mentalność Japończyków albo tradycje. Autor doskonale rozumie kulturę, z którą ma do czynienia - ale jest też w stanie bez trudu wyłapać różnice między podejściem Europejczyka i mieszkańca Japonii do rozmaitych komplikacji czy utrudnień w codzienności. Odnotowuje zatem liczne absurdy i dzieli się nimi z odbiorcami - zapraszając ich do poszukiwań kolejnych niespodzianek. Wyjaśnia motywacje w zachowaniach napotykanych ludzi i standardy, które dziwić mogą tylko osoby spoza Japonii. Felietonowość rozdziałów sprawia, że może czasami podzielić się tematami z historii kraju albo opowieściami geograficznymi, skupić na topografii miast czy też - zająć się opisywaniem barwnych tradycji. Nie potrzebuje do tego świąt: nawet zwykłe czynności mogą funkcjonować jak coś niezwykłego dla czytelników i Piotr Milewski świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Można mu zaufać - sprawdza się jako ten, który tłumaczy orientalną kulturę. Chodzi własnymi drogami i przyzwyczaja się do utrudnień, uczy się, jak sobie z nimi radzić - lubi wyzwania, a Japonia ich nie szczędzi. Piotr Milewski szuka miejsc, które powiedzą mu najwięcej o zwykłych mieszkańcach i o ich przyzwyczajeniach. Zagląda do barów, podejmuje dialog z napotykanymi ludźmi, opisuje gościnność tych, u których mógł się zatrzymać (i przy okazji rejestruje ich drobne dziwactwa lub nietypowe pomysły). Ponieważ rozdziały są krótkie, a autor nie zamierza zamęczać odbiorców wielopiętrowymi analizami - skupia się za to na reportażowym charakterze opowieści - ta książka może ucieszyć czytelników spragnionych rozrywki podlanej odrobinę edukacją. "Dzienniki japońskie" to zestaw minireportaży, opowieści bezpośrednich, w pełni angażujących odbiorców. Nie trzeba wcale być fanem japońskiej kultury i mentalności, żeby czerpać radość z lektury "Dzienników japońskich" - to książka, która nadaje się świetnie dla poszukujących praktycznych wiadomości, ale i dla tych, którzy nie zamierzają ruszać się z wygodnego fotela. Piotr Milewski w swoich podróżniczych i wielokulturowych relacjach nie zawodzi.
poniedziałek, 17 stycznia 2022
Kristin Hannah: Firefly Lane
Świat Książki, Warszawa 2021.
Życie zachłanne
Są tu - na początku historii - dwie czternastolatki. Jedna, Kate, skryta i nieśmiała. Unika towarzystwa, nie chce nawiązywać nowych znajomości i nigdy nie zdobywa się nawet na odrobinę szaleństwa. Kate po prostu nie nadaje się na duszę towarzystwa, co trochę martwi jej mamę. Nastolatka mogłaby przecież korzystać z życia oraz z otwierających się przed nią możliwości. Los Kate odmienia się, gdy w pobliżu pojawia się Tully. Tully jest piękna i przebojowa. Potrafi walczyć o swoje, zresztą inaczej zginęłaby w świecie. Nie otrzymuje wsparcia w domu, jej biologiczna matka nie nadaje się na rodzica. Nieprzypadkowo zwraca uwagę na Kate: u niej może zaspokajać potrzeby dotyczące rodziny i przyjaźni. Kate i Tully snują wielkie plany, zamierzają zająć się dziennikarstwem i pracować jako duet. Ale chociaż przyjaźń wciąż trwa, różnice między charakterami i wychowaniem coraz bardziej dają się bohaterkom we znaki. Jeszcze niedawno Kate była powiernicą Tully, dowiedziała się, że nastolatka została zgwałcona. Teraz Tully walczy o uznanie najlepszego z wykładowców i wdaje się w romans z nim, a jej sposób bycia nie pozostawia wątpliwości: Tully zawsze osiągnie to, czego chce, bez względu na środki. Zresztą w pewnym momencie zostaje bardzo trafnie scharakteryzowana jako ta, która zawsze pragnie więcej. Kate próbuje żyć normalnie, wycofuje się z szaleńczej pogoni za marzeniami. Zna swoje ograniczenia, potrzebuje też stabilizacji i chce założyć rodzinę. Tully uważa, że nie można jej kochać, wikła się w relacje bez przyszłości i nie przywiązuje do nich większej wagi.
"Firefly Lane" to powieść, w której relację Kate i Tully Kristin Hannah rozpisuje na dekady i komentuje pospiesznie, tak, żeby nakreślić jak najwięcej charakterystycznych elementów. Tu sprawdza konsekwencje impulsywnych decyzji i wpływy przyjaciółek. Interesuje ją normalność w obliczu emocjonalnego huraganu, brak szansy na realizowanie standardowych scenariuszy. Relacje międzyludzkie to coś najbardziej kuszącego - i celnie przedstawianego, liczy się tu cała dynamika związków oraz trudnej przyjaźni. Z czasem do hermetycznego układu Tully i Kate dochodzi coraz więcej postaci, a każda zostaje odpowiedni ukształtowana przez tę parę bohaterek. Hannah precyzyjnie odtwarza specyfikę kontaktów interpersonalnych, jest dobrą obserwatorką i skupia się tylko na motywach, które pozwalają na dokonywanie błyskawicznych ocen. Sprawia, że mimo czasowych przeskoków bardzo łatwo akcja nabiera spójności. Jest opowieścią o dojrzewaniu, ale bardziej o ludziach, którzy nie dadzą rady przełamywać własnych ograniczeń nawet wtedy, gdy wzór innego postępowania mają na wyciągnięcie ręki. Autorka funduje też postaciom mnóstwo wyzwań. Osobny temat stanowi tu umiejętne odtwarzanie kontekstu kulturowego. Zmiany dekad odzwierciedlają się w narracji, a przecież nie ma tu żonglerki stylami, jedynie - wyczulenie na obyczajowość.
"Firefly Lane" to powieść, która wraca na rynek za sprawą serialu, może zatem zainteresować inne pokolenie odbiorców i przekonać do pisarstwa Kristin Hannah. To książka, w której nawet pozornie zwyczajne wydarzenia zaczynają się zamieniać w ciekawe wyzwania. Przełamuje obyczajówkę stylem Bildungsroman oraz powieścią psychologiczną i jako taka może uwodzić czytelników. Jej siłą jest mocna narracja i kreacje postaci - niby oparte na wyostrzonych portretach, a jednak niepozbawione subtelności.
Życie zachłanne
Są tu - na początku historii - dwie czternastolatki. Jedna, Kate, skryta i nieśmiała. Unika towarzystwa, nie chce nawiązywać nowych znajomości i nigdy nie zdobywa się nawet na odrobinę szaleństwa. Kate po prostu nie nadaje się na duszę towarzystwa, co trochę martwi jej mamę. Nastolatka mogłaby przecież korzystać z życia oraz z otwierających się przed nią możliwości. Los Kate odmienia się, gdy w pobliżu pojawia się Tully. Tully jest piękna i przebojowa. Potrafi walczyć o swoje, zresztą inaczej zginęłaby w świecie. Nie otrzymuje wsparcia w domu, jej biologiczna matka nie nadaje się na rodzica. Nieprzypadkowo zwraca uwagę na Kate: u niej może zaspokajać potrzeby dotyczące rodziny i przyjaźni. Kate i Tully snują wielkie plany, zamierzają zająć się dziennikarstwem i pracować jako duet. Ale chociaż przyjaźń wciąż trwa, różnice między charakterami i wychowaniem coraz bardziej dają się bohaterkom we znaki. Jeszcze niedawno Kate była powiernicą Tully, dowiedziała się, że nastolatka została zgwałcona. Teraz Tully walczy o uznanie najlepszego z wykładowców i wdaje się w romans z nim, a jej sposób bycia nie pozostawia wątpliwości: Tully zawsze osiągnie to, czego chce, bez względu na środki. Zresztą w pewnym momencie zostaje bardzo trafnie scharakteryzowana jako ta, która zawsze pragnie więcej. Kate próbuje żyć normalnie, wycofuje się z szaleńczej pogoni za marzeniami. Zna swoje ograniczenia, potrzebuje też stabilizacji i chce założyć rodzinę. Tully uważa, że nie można jej kochać, wikła się w relacje bez przyszłości i nie przywiązuje do nich większej wagi.
"Firefly Lane" to powieść, w której relację Kate i Tully Kristin Hannah rozpisuje na dekady i komentuje pospiesznie, tak, żeby nakreślić jak najwięcej charakterystycznych elementów. Tu sprawdza konsekwencje impulsywnych decyzji i wpływy przyjaciółek. Interesuje ją normalność w obliczu emocjonalnego huraganu, brak szansy na realizowanie standardowych scenariuszy. Relacje międzyludzkie to coś najbardziej kuszącego - i celnie przedstawianego, liczy się tu cała dynamika związków oraz trudnej przyjaźni. Z czasem do hermetycznego układu Tully i Kate dochodzi coraz więcej postaci, a każda zostaje odpowiedni ukształtowana przez tę parę bohaterek. Hannah precyzyjnie odtwarza specyfikę kontaktów interpersonalnych, jest dobrą obserwatorką i skupia się tylko na motywach, które pozwalają na dokonywanie błyskawicznych ocen. Sprawia, że mimo czasowych przeskoków bardzo łatwo akcja nabiera spójności. Jest opowieścią o dojrzewaniu, ale bardziej o ludziach, którzy nie dadzą rady przełamywać własnych ograniczeń nawet wtedy, gdy wzór innego postępowania mają na wyciągnięcie ręki. Autorka funduje też postaciom mnóstwo wyzwań. Osobny temat stanowi tu umiejętne odtwarzanie kontekstu kulturowego. Zmiany dekad odzwierciedlają się w narracji, a przecież nie ma tu żonglerki stylami, jedynie - wyczulenie na obyczajowość.
"Firefly Lane" to powieść, która wraca na rynek za sprawą serialu, może zatem zainteresować inne pokolenie odbiorców i przekonać do pisarstwa Kristin Hannah. To książka, w której nawet pozornie zwyczajne wydarzenia zaczynają się zamieniać w ciekawe wyzwania. Przełamuje obyczajówkę stylem Bildungsroman oraz powieścią psychologiczną i jako taka może uwodzić czytelników. Jej siłą jest mocna narracja i kreacje postaci - niby oparte na wyostrzonych portretach, a jednak niepozbawione subtelności.
wtorek, 26 października 2021
Santa Montefiore: Sonata o niezapominajce
Świat Książki, Warszawa 2021.
Głos serca
Santa Montefiore nie tylko odwołuje się do marzeń czytelniczek, ale też podsuwa im ważne i poważne tematy do przeanalizowania. Zmusza wręcz do tego, żeby przyjrzeć się uczuciom i zastanowić nad własnymi wyborami życiowymi. Nie inaczej jest w "Sonacie o niezapominajce", kolejnej powieści obyczajowej, która będzie ważnym drogowskazem dla części odbiorczyń. Ramą kompozycyjną staje się tu pogrzeb Cecila, człowieka statecznego i uporządkowanego, głowy rodziny, ale też mężczyzny, który mógł wiele w życiu stracić. Autorka cofa się w przeszłość, żeby przejść przez dwa pokolenia i nakreślić losy prawdziwie zakochanej kobiety. Audrey, którą poznają czytelniczki, to młoda kobieta. Jeszcze nastolatka, która pewnego dnia poznaje dwóch braci. Cecil raczej ją nudzi, za to Louis przyprawia o mocniejsze bicie serca. Rodzice najchętniej widzieliby Audrey w związku z Cecilem: to bezpieczny wybór, jeśli dziewczyna pokieruje się rozsądkiem, sporo zyska. Audrey jednak daje się ponieść uczuciom: wymyka się na randki z Louisem i uczy od niego, czym jest wielka miłość. Rozkład sił zmienia jednak śmierć młodszej siostry Audrey: Louis nie wytrzymuje napięcia i postanawia wyjechać, a bohaterka wychodzi za mąż za tego z braci, którego naprawdę nie umiała pokochać, rodzi mu dwie córki i... wciąż tęskni za Louisem.
Santa Montefiore wychodzi od prostego schematu, który w dodatku wydaje się mieć dość przewidywalny za sprawą konwenansów przebieg. Czasy nie pozwalają na przesadną emancypację kobiet, Audrey powinna robić to, czego wymagają od niej starsi - i nie zawieść oczekiwań innych ludzi. Jej zdanie nie ma zbyt wielkiego znaczenia, zwłaszcza kiedy chodzi o tak płochą sprawę jak miłość: młode kobiety nie powinny decydować, z kim spędzą resztę życia. Audrey przekonuje się, że nie da się uszczęśliwić wszystkich: albo zawalczy o własne szczęście, albo zrealizuje plan, jaki został dla niej ułożony. I to pytanie, które autorka kieruje w stronę czytelniczek: co one wybrałyby na miejscu bohaterki, czy zdecydowałyby się na niepewną przyszłość z ukochanym, czy poszłyby za głosem rozsądku. Ale nie koniec na tym: Santa Montefiore przypomina o tym, że miłość nie jest tematem, którym można się bawić. Córki Audrey realizują dwa różne scenariusze: jedna, okrutna i piękna, bawi się mężczyznami i łamie im serca. Druga - bardziej poczciwa - kocha się nieszczęśliwie w tym, który marzy o jej siostrze. Autorka robi dużo, żeby przyciągnąć odbiorczynie do tej fabuły. Szykuje jednak rozwiązanie, które zadowolić powinno wszystkie grupy czytelniczek.
Pisze ta autorka z wyczuciem, zależy jej na melodyjnej i gęstej narracji, wypełnionej danymi. To bohaterki mają się poświęcać uczuciom, czytelniczki muszą mieć pełny ogląd sytuacji, żeby wyrobić sobie zdanie na temat kobiecych decyzji. "Sonata o niezapominajce" to znakomita powieść obyczajowa dla pań, które lubią klimaty retro.
Głos serca
Santa Montefiore nie tylko odwołuje się do marzeń czytelniczek, ale też podsuwa im ważne i poważne tematy do przeanalizowania. Zmusza wręcz do tego, żeby przyjrzeć się uczuciom i zastanowić nad własnymi wyborami życiowymi. Nie inaczej jest w "Sonacie o niezapominajce", kolejnej powieści obyczajowej, która będzie ważnym drogowskazem dla części odbiorczyń. Ramą kompozycyjną staje się tu pogrzeb Cecila, człowieka statecznego i uporządkowanego, głowy rodziny, ale też mężczyzny, który mógł wiele w życiu stracić. Autorka cofa się w przeszłość, żeby przejść przez dwa pokolenia i nakreślić losy prawdziwie zakochanej kobiety. Audrey, którą poznają czytelniczki, to młoda kobieta. Jeszcze nastolatka, która pewnego dnia poznaje dwóch braci. Cecil raczej ją nudzi, za to Louis przyprawia o mocniejsze bicie serca. Rodzice najchętniej widzieliby Audrey w związku z Cecilem: to bezpieczny wybór, jeśli dziewczyna pokieruje się rozsądkiem, sporo zyska. Audrey jednak daje się ponieść uczuciom: wymyka się na randki z Louisem i uczy od niego, czym jest wielka miłość. Rozkład sił zmienia jednak śmierć młodszej siostry Audrey: Louis nie wytrzymuje napięcia i postanawia wyjechać, a bohaterka wychodzi za mąż za tego z braci, którego naprawdę nie umiała pokochać, rodzi mu dwie córki i... wciąż tęskni za Louisem.
Santa Montefiore wychodzi od prostego schematu, który w dodatku wydaje się mieć dość przewidywalny za sprawą konwenansów przebieg. Czasy nie pozwalają na przesadną emancypację kobiet, Audrey powinna robić to, czego wymagają od niej starsi - i nie zawieść oczekiwań innych ludzi. Jej zdanie nie ma zbyt wielkiego znaczenia, zwłaszcza kiedy chodzi o tak płochą sprawę jak miłość: młode kobiety nie powinny decydować, z kim spędzą resztę życia. Audrey przekonuje się, że nie da się uszczęśliwić wszystkich: albo zawalczy o własne szczęście, albo zrealizuje plan, jaki został dla niej ułożony. I to pytanie, które autorka kieruje w stronę czytelniczek: co one wybrałyby na miejscu bohaterki, czy zdecydowałyby się na niepewną przyszłość z ukochanym, czy poszłyby za głosem rozsądku. Ale nie koniec na tym: Santa Montefiore przypomina o tym, że miłość nie jest tematem, którym można się bawić. Córki Audrey realizują dwa różne scenariusze: jedna, okrutna i piękna, bawi się mężczyznami i łamie im serca. Druga - bardziej poczciwa - kocha się nieszczęśliwie w tym, który marzy o jej siostrze. Autorka robi dużo, żeby przyciągnąć odbiorczynie do tej fabuły. Szykuje jednak rozwiązanie, które zadowolić powinno wszystkie grupy czytelniczek.
Pisze ta autorka z wyczuciem, zależy jej na melodyjnej i gęstej narracji, wypełnionej danymi. To bohaterki mają się poświęcać uczuciom, czytelniczki muszą mieć pełny ogląd sytuacji, żeby wyrobić sobie zdanie na temat kobiecych decyzji. "Sonata o niezapominajce" to znakomita powieść obyczajowa dla pań, które lubią klimaty retro.
środa, 29 września 2021
Michał Pozdał: Kobieta świadoma
Świat Książki, Warszawa 2021.
Seksualność
Im więcej emocji wzbudza edukacja seksualna w szkołach, tym bardziej rynek wydawniczy kieruje się do dorosłych odbiorców, w celu uświadamiania ich w kwestiach związanych z życiem erotycznym i poznawaniem własnych potrzeb. „Kobieta świadoma” to tom w stylu, który dobrze się sprawdza: zestaw pouczających opowieści z gabinetu terapeuty, prezentowanych na prawach anegdot z przesłaniami dla odbiorczyń. Michał Pozdał przygląda się historiom kobiet, które miały problemy z prowadzeniem udanego i satysfakcjonującego życia seksualnego. Wybiera przypadki czasami dość ekstremalne, powiązane z poważnymi zaburzeniami lub traumami, jednak znacznie częściej zależy mu na pokazaniu, że każdy jest inny i różne mechanizmy mogą wpływać na przekonanie do seksu. Spostrzeżeniem, które prowadzi do stworzenia książki jest fakt, że kobiety mają tendencję do samoobwiniania się – także w łóżku – i z tym autor zamierza walczyć. Oczywiście przypomina, że pewne problemy powinno się leczyć dzięki medycynie, ale psychologia i seksuologia mają też ważne narzędzia pozwalające na ulepszenie życia erotycznego (a czasem w ogóle – na rozpoczęcie go).
Przywołuje autor przypadki kobiet, które uważają się za oziębłe albo aseksualne: sprawdza, skąd wzięło się u nich takie przekonanie i pokazuje, jak pozornie odległe doświadczenia wpływały na postrzeganie siebie. Sięga po opowieści o pochwicy i o niewyobrażalnym bólu podczas każdego zbliżenia czy nawet na myśl o badaniu ginekologicznym. Obserwuje związki przemocowe. Czasami jednak chodzi „tylko” o brak satysfakcji czy przyjemności na myśl o zbliżeniach. Znalazło się miejsce na skomentowanie transseksualizmu czy zdrad wręcz kompulsywnych oraz na analizowanie wpływu traum na ucieczkę w seks. Michał Pozdał przypomina co pewien czas o tym, że można trafić na różnych lekarzy, nie wszyscy potrafią wykazać się empatią albo zrozumieniem – jednak nie powinno to prowadzić do rezygnacji z poszukiwania pomocy. W kolejnych rozdziałach opowiada ten autor nie tylko, na czym polega istota komplikacji u bohaterek – ale też jak sam podchodził od prób rozwiązywania problemów. Przeprowadza czytelników przez meandry terapii, dzieli się wiedzą i obserwacjami. To sprawia, że jeśli ktoś odkryje w jakimś scenariuszu elementy znane z własnego doświadczenia, zyska automatycznie garść porad i wskazówek. Lektura zatem zamieni się w użytkową. Jednak odbiorczynie, które nie cierpią z powodu swoich łóżkowych decyzji mogą przekonać się, jak różne problemy spotykają inne kobiety. Michał Pozdał opowiada o kolejnych przypadkach z wyczuleniem i troską, nie popisuje się wiedzą fachową w sposób hermetyczny czy męczący: dba o to, żeby narracja wypadała przystępnie dla szerokiego grona odbiorców. „Kobieta świadoma” to książka bardzo ważna i przydatna. Na rynku znajdzie swoje miejsce i zagości na dłużej – autor wybrał formę, która sprawdza się znacznie lepiej niż wywiady-rzeki. Wpisał się w nurt reportaży medycznych, a efekt jego działań spodoba się czytelniczkom.
Seksualność
Im więcej emocji wzbudza edukacja seksualna w szkołach, tym bardziej rynek wydawniczy kieruje się do dorosłych odbiorców, w celu uświadamiania ich w kwestiach związanych z życiem erotycznym i poznawaniem własnych potrzeb. „Kobieta świadoma” to tom w stylu, który dobrze się sprawdza: zestaw pouczających opowieści z gabinetu terapeuty, prezentowanych na prawach anegdot z przesłaniami dla odbiorczyń. Michał Pozdał przygląda się historiom kobiet, które miały problemy z prowadzeniem udanego i satysfakcjonującego życia seksualnego. Wybiera przypadki czasami dość ekstremalne, powiązane z poważnymi zaburzeniami lub traumami, jednak znacznie częściej zależy mu na pokazaniu, że każdy jest inny i różne mechanizmy mogą wpływać na przekonanie do seksu. Spostrzeżeniem, które prowadzi do stworzenia książki jest fakt, że kobiety mają tendencję do samoobwiniania się – także w łóżku – i z tym autor zamierza walczyć. Oczywiście przypomina, że pewne problemy powinno się leczyć dzięki medycynie, ale psychologia i seksuologia mają też ważne narzędzia pozwalające na ulepszenie życia erotycznego (a czasem w ogóle – na rozpoczęcie go).
Przywołuje autor przypadki kobiet, które uważają się za oziębłe albo aseksualne: sprawdza, skąd wzięło się u nich takie przekonanie i pokazuje, jak pozornie odległe doświadczenia wpływały na postrzeganie siebie. Sięga po opowieści o pochwicy i o niewyobrażalnym bólu podczas każdego zbliżenia czy nawet na myśl o badaniu ginekologicznym. Obserwuje związki przemocowe. Czasami jednak chodzi „tylko” o brak satysfakcji czy przyjemności na myśl o zbliżeniach. Znalazło się miejsce na skomentowanie transseksualizmu czy zdrad wręcz kompulsywnych oraz na analizowanie wpływu traum na ucieczkę w seks. Michał Pozdał przypomina co pewien czas o tym, że można trafić na różnych lekarzy, nie wszyscy potrafią wykazać się empatią albo zrozumieniem – jednak nie powinno to prowadzić do rezygnacji z poszukiwania pomocy. W kolejnych rozdziałach opowiada ten autor nie tylko, na czym polega istota komplikacji u bohaterek – ale też jak sam podchodził od prób rozwiązywania problemów. Przeprowadza czytelników przez meandry terapii, dzieli się wiedzą i obserwacjami. To sprawia, że jeśli ktoś odkryje w jakimś scenariuszu elementy znane z własnego doświadczenia, zyska automatycznie garść porad i wskazówek. Lektura zatem zamieni się w użytkową. Jednak odbiorczynie, które nie cierpią z powodu swoich łóżkowych decyzji mogą przekonać się, jak różne problemy spotykają inne kobiety. Michał Pozdał opowiada o kolejnych przypadkach z wyczuleniem i troską, nie popisuje się wiedzą fachową w sposób hermetyczny czy męczący: dba o to, żeby narracja wypadała przystępnie dla szerokiego grona odbiorców. „Kobieta świadoma” to książka bardzo ważna i przydatna. Na rynku znajdzie swoje miejsce i zagości na dłużej – autor wybrał formę, która sprawdza się znacznie lepiej niż wywiady-rzeki. Wpisał się w nurt reportaży medycznych, a efekt jego działań spodoba się czytelniczkom.
poniedziałek, 2 sierpnia 2021
Santa Montefiore: Tu i teraz
Świat Książki, Warszawa 2021.
Tracenie świata
Santa Montefiore potrafi pisać książki obyczajowe chwytające za serce - i nic dziwnego, że podbija rynek każdą kolejną powieścią. "Tu i teraz" to historia zbliżająca się odrobinę do literatury szpitalnej w wersji powieści dla kobiet - pokazuje, jak cieszyć się każdą chwilą i nie załamywać przy trudnościach. Jednak inaczej niż w wielu poprzednich książkach tej autorki - tu od pierwszych stron pojawia się niepokój. Wszystko dlatego, że bohaterka Marigold, matka dorosłych córek i właścicielka wiejskiego sklepiku, pewnego dnia odkrywa, że ma luki w pamięci. Nagle staje się zagubiona: nie pamięta, co miała zrobić i dokąd się udać. Niby nic, zwłaszcza że wszyscy są przekonani, że w pewnym wieku zapominanie to normalność: zdarza się i nie ma się co nim przejmować. Marigold jednak czuje, że dzieje się coś złego. Sytuacja, która wyprowadza ją z równowagi, zaczyna się powtarzać i kobieta udaje się do lekarzy. Jednocześnie przed bliskimi chce udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Obraca w żart ewentualne pomyłki i wpadki, a jeśli sugeruje, że coś jest nie tak, spotyka się z zaprzeczeniami. Zwłaszcza matka Marigold nie dopuszcza do siebie myśli, że córka może mieć problemy z mózgiem. Uważa, że to jej - jako przedstawicielce starszego pokolenia - mogą przydarzyć się poważne kłopoty zdrowotne. Jednak Busia jest okazem zdrowia i jedyne, co ją wyróżnia, to skłonność do ciągłego narzekania. Busia nie zamierza wspierać Marigold, przynajmniej nie dopóki nie wierzy w jej przypadłość. Inaczej jest z córkami i mężem. Wreszcie pojawia się okrutna diagnoza: demencja. I wtedy wszyscy ludzie z otoczenia Marigold postanawiają zebrać dla niej wspomnienia, tak, by kiedyś - kiedy mózg odmówi współpracy - Marigold mogła skojarzyć miłe chwile spędzane z lokalną społecznością.
"Tu i teraz" to powieść wielotorowa. Jeden motyw to choroba Marigold, bezradność kobiety i jej bliskich i nieuchronność losu: nawet przy największym zaangażowaniu rodziny w końcu opieka domowa przestanie wystarczać i dla bezpieczeństwa trzeba będzie rozstać się z mamą i żoną. Marigold jeszcze przeważnie świadoma wydarzeń mierzy się z tym, co ją czeka: wybiera się do ośrodka opieki i poznaje ludzi dotkniętych tą samą przypadłością. Drugi motyw to reakcje bliskich na chorobę: jedni zaprzeczają, inni czują strach i chcą uciekać, jeszcze inni wiedzą, że poradzą sobie w każdej sytuacji i opracowują plany na przyszłość. Ale Santa Montefiore na tym nie poprzestaje. Kieruje uwagę odbiorczyń na losy córek Marigold. Jedna z nich do tej pory mieszkała wygodnie z rodzicami, prowadząc życie blogerki - beztroskie i dość egoistyczne. Druga właśnie wraca do rodzinnego domu po rozstaniu z partnerem. Chce od życia czegoś innego niż jej ukochany, cierpi więc, ale nie może poradzić sobie z brakiem zaangażowania z jego strony. Na miejscu znajduje wsparcie i szansę na ułożenie sobie życia na nowo, chociaż myślała, że przegapiła swoją szansę na szczęście. Najsilniejszym tematem jest jednak w "Tu i teraz" miłość. Dennis, który kocha Marigold, to ideał - jego postawa będzie budzić najwięcej wzruszeń. Udało się autorce stworzenie książki wstrząsającej i przypominającej o kruchości szczęścia, a jednocześnie ciepłej i krzepiącej.
Tracenie świata
Santa Montefiore potrafi pisać książki obyczajowe chwytające za serce - i nic dziwnego, że podbija rynek każdą kolejną powieścią. "Tu i teraz" to historia zbliżająca się odrobinę do literatury szpitalnej w wersji powieści dla kobiet - pokazuje, jak cieszyć się każdą chwilą i nie załamywać przy trudnościach. Jednak inaczej niż w wielu poprzednich książkach tej autorki - tu od pierwszych stron pojawia się niepokój. Wszystko dlatego, że bohaterka Marigold, matka dorosłych córek i właścicielka wiejskiego sklepiku, pewnego dnia odkrywa, że ma luki w pamięci. Nagle staje się zagubiona: nie pamięta, co miała zrobić i dokąd się udać. Niby nic, zwłaszcza że wszyscy są przekonani, że w pewnym wieku zapominanie to normalność: zdarza się i nie ma się co nim przejmować. Marigold jednak czuje, że dzieje się coś złego. Sytuacja, która wyprowadza ją z równowagi, zaczyna się powtarzać i kobieta udaje się do lekarzy. Jednocześnie przed bliskimi chce udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Obraca w żart ewentualne pomyłki i wpadki, a jeśli sugeruje, że coś jest nie tak, spotyka się z zaprzeczeniami. Zwłaszcza matka Marigold nie dopuszcza do siebie myśli, że córka może mieć problemy z mózgiem. Uważa, że to jej - jako przedstawicielce starszego pokolenia - mogą przydarzyć się poważne kłopoty zdrowotne. Jednak Busia jest okazem zdrowia i jedyne, co ją wyróżnia, to skłonność do ciągłego narzekania. Busia nie zamierza wspierać Marigold, przynajmniej nie dopóki nie wierzy w jej przypadłość. Inaczej jest z córkami i mężem. Wreszcie pojawia się okrutna diagnoza: demencja. I wtedy wszyscy ludzie z otoczenia Marigold postanawiają zebrać dla niej wspomnienia, tak, by kiedyś - kiedy mózg odmówi współpracy - Marigold mogła skojarzyć miłe chwile spędzane z lokalną społecznością.
"Tu i teraz" to powieść wielotorowa. Jeden motyw to choroba Marigold, bezradność kobiety i jej bliskich i nieuchronność losu: nawet przy największym zaangażowaniu rodziny w końcu opieka domowa przestanie wystarczać i dla bezpieczeństwa trzeba będzie rozstać się z mamą i żoną. Marigold jeszcze przeważnie świadoma wydarzeń mierzy się z tym, co ją czeka: wybiera się do ośrodka opieki i poznaje ludzi dotkniętych tą samą przypadłością. Drugi motyw to reakcje bliskich na chorobę: jedni zaprzeczają, inni czują strach i chcą uciekać, jeszcze inni wiedzą, że poradzą sobie w każdej sytuacji i opracowują plany na przyszłość. Ale Santa Montefiore na tym nie poprzestaje. Kieruje uwagę odbiorczyń na losy córek Marigold. Jedna z nich do tej pory mieszkała wygodnie z rodzicami, prowadząc życie blogerki - beztroskie i dość egoistyczne. Druga właśnie wraca do rodzinnego domu po rozstaniu z partnerem. Chce od życia czegoś innego niż jej ukochany, cierpi więc, ale nie może poradzić sobie z brakiem zaangażowania z jego strony. Na miejscu znajduje wsparcie i szansę na ułożenie sobie życia na nowo, chociaż myślała, że przegapiła swoją szansę na szczęście. Najsilniejszym tematem jest jednak w "Tu i teraz" miłość. Dennis, który kocha Marigold, to ideał - jego postawa będzie budzić najwięcej wzruszeń. Udało się autorce stworzenie książki wstrząsającej i przypominającej o kruchości szczęścia, a jednocześnie ciepłej i krzepiącej.
sobota, 31 lipca 2021
Sue Roberts: Mój gorący francuski romans
Świat Książki, Warszawa 2021.
Spotkanie po latach
Olivia często spędzała wakacje u ciotki na Riwierze Francuskiej. Teraz ciotka Gem będzie miała operację, więc przyda jej się wsparcie - to dla kobiety okazja do wybrania się w strony, z którymi wiąże się mnóstwo pięknych wspomnień i najważniejsze historie. To tutaj Olivia przeżyła swoją największą miłość (zwieńczoną ciążą). Owoc tej miłości aktualnie jest już dorosły i uczy się odpowiedzialności. Jake idzie w ślady matki w wyborze zawodu - może zostać cukiernikiem, bo lubi i potrafi piec świetne ciasta. Jednocześnie jest jednak dość naiwny i dziecięcy w zachowaniach - chciałby poznać swojego ojca i coraz częściej powraca do tego tematu w rozmowach z rodzicielką. W erze internetu nie powinno to być żadnym problemem - ale Jake nie ma pomysłu, jak zacząć szukać. Olivia nie chce informować syna o swojej przeszłości, przynajmniej nie teraz - dopóki nie udało jej się trafić na ślad Andre. Teraz, ponieważ wraca do miejsca, w którym przeżyła swój wielki romans, zyskuje nadzieję na odnowienie kontaktów. Nie ma złudzeń: jej dawny ukochany zapewne ułożył sobie życie, nie czekał na nią przez dwadzieścia lat. Nadzieje jednak pozostają i nie pozwalają przekreślić przeszłości. Dawny Andre nie marzył o założeniu rodziny: kochał podróże i nie dałoby się z nim stworzyć rodziny. Ale ludzie się zmieniają. Olivia, która na Riwierze spędza zasłużone wakacje, pewnego dnia odkrywa, że w pobliżu pracuje mężczyzna łudząco podobny do Andre. Niestety - jest z nim jakaś kobieta i dziecko.
Sue Roberts nie pozwoli się czytelniczkom zbyt długo męczyć. Proponuje romans wakacyjny, powieść obyczajową napisaną z humorem i wypełnioną obietnicami baśniowego finału. Tu liczy się czysta rozrywka, wspomagana jeszcze pysznymi wypiekami (przepisy pojawiają się na końcu tomu). Autorka nie buduje bardzo skomplikowanej fabuły: pozwala Olivii na wypoczynek (i zaopiekowanie się ciotką), na powracanie do miłych wspomnień i na cieszenie się bliskością przyjaciółek. Tutaj codzienne zmartwienia nie mają prawa wstępu - Olivia nie przejmuje się przesadnie nadziejami syna na poznanie ojca, nie gryzie się też koniecznością wyznania prawdy po latach. Wszystko wypada naturalnie i prosto, a do tego pozwala podsycać atmosferę wzajemnego zrozumienia i czułości. "Mój gorący francuski romans" to książka napisana dla kobiet - z wyczuciem narracyjnym i umiejętnością opisywania detali. Sue Roberts pozwala dobrze się bawić przy obserwowaniu urlopu bohaterki. Przypomina, że można spełniać marzenia i warto dać im szansę, nie bać się i nie ulegać własnym wyobrażeniom. Tu problemy rozwiązują się same, zanim jeszcze mają możliwość zaistnienia - liczy się radość i przyjemność. Także przyjemność czytania, Sue Roberts tworzy książkę w klasycznym stylu: stawia na rozbudowane opisy i na precyzję w prezentowaniu rzeczywistości bohaterki. Sprawdza się to rozwiązanie w obyczajówce i nawet jednokierunkowość w scenariuszu nie przekreśla radości czytania. To powieść obyczajowa dla mas, ale wolna od wad literatury masowej.
Spotkanie po latach
Olivia często spędzała wakacje u ciotki na Riwierze Francuskiej. Teraz ciotka Gem będzie miała operację, więc przyda jej się wsparcie - to dla kobiety okazja do wybrania się w strony, z którymi wiąże się mnóstwo pięknych wspomnień i najważniejsze historie. To tutaj Olivia przeżyła swoją największą miłość (zwieńczoną ciążą). Owoc tej miłości aktualnie jest już dorosły i uczy się odpowiedzialności. Jake idzie w ślady matki w wyborze zawodu - może zostać cukiernikiem, bo lubi i potrafi piec świetne ciasta. Jednocześnie jest jednak dość naiwny i dziecięcy w zachowaniach - chciałby poznać swojego ojca i coraz częściej powraca do tego tematu w rozmowach z rodzicielką. W erze internetu nie powinno to być żadnym problemem - ale Jake nie ma pomysłu, jak zacząć szukać. Olivia nie chce informować syna o swojej przeszłości, przynajmniej nie teraz - dopóki nie udało jej się trafić na ślad Andre. Teraz, ponieważ wraca do miejsca, w którym przeżyła swój wielki romans, zyskuje nadzieję na odnowienie kontaktów. Nie ma złudzeń: jej dawny ukochany zapewne ułożył sobie życie, nie czekał na nią przez dwadzieścia lat. Nadzieje jednak pozostają i nie pozwalają przekreślić przeszłości. Dawny Andre nie marzył o założeniu rodziny: kochał podróże i nie dałoby się z nim stworzyć rodziny. Ale ludzie się zmieniają. Olivia, która na Riwierze spędza zasłużone wakacje, pewnego dnia odkrywa, że w pobliżu pracuje mężczyzna łudząco podobny do Andre. Niestety - jest z nim jakaś kobieta i dziecko.
Sue Roberts nie pozwoli się czytelniczkom zbyt długo męczyć. Proponuje romans wakacyjny, powieść obyczajową napisaną z humorem i wypełnioną obietnicami baśniowego finału. Tu liczy się czysta rozrywka, wspomagana jeszcze pysznymi wypiekami (przepisy pojawiają się na końcu tomu). Autorka nie buduje bardzo skomplikowanej fabuły: pozwala Olivii na wypoczynek (i zaopiekowanie się ciotką), na powracanie do miłych wspomnień i na cieszenie się bliskością przyjaciółek. Tutaj codzienne zmartwienia nie mają prawa wstępu - Olivia nie przejmuje się przesadnie nadziejami syna na poznanie ojca, nie gryzie się też koniecznością wyznania prawdy po latach. Wszystko wypada naturalnie i prosto, a do tego pozwala podsycać atmosferę wzajemnego zrozumienia i czułości. "Mój gorący francuski romans" to książka napisana dla kobiet - z wyczuciem narracyjnym i umiejętnością opisywania detali. Sue Roberts pozwala dobrze się bawić przy obserwowaniu urlopu bohaterki. Przypomina, że można spełniać marzenia i warto dać im szansę, nie bać się i nie ulegać własnym wyobrażeniom. Tu problemy rozwiązują się same, zanim jeszcze mają możliwość zaistnienia - liczy się radość i przyjemność. Także przyjemność czytania, Sue Roberts tworzy książkę w klasycznym stylu: stawia na rozbudowane opisy i na precyzję w prezentowaniu rzeczywistości bohaterki. Sprawdza się to rozwiązanie w obyczajówce i nawet jednokierunkowość w scenariuszu nie przekreśla radości czytania. To powieść obyczajowa dla mas, ale wolna od wad literatury masowej.
piątek, 21 maja 2021
Kristin Harmel: Księga Utraconych Imion
Świat Książki, Warszawa 2021.
Ucieczka
Ta historia bazuje na wydarzeniach z drugiej wojny światowej, jednak nie męczy nadmiernie przerobionym wielokrotnie tematem. Kristin Harmel przyciągnie do tomu również fanów literatury obyczajowej. Unika schematów i rozwiązań wypranych z emocji, stawia za to na przeżywanie. Tu liczy się zbiór przemian, jakie musi przejść bohaterka. Wszystko zaczyna się w Paryżu. Żydowska rodzina przekonuje się, że zaogniają się nastroje antysemickie. Sąsiadka potrzebująca pomocy i zwracająca się do matki Evy jest w stanie zadenuncjować rodzinę. Kiedy hitlerowcy przychodzą nocą i zabierają ojca Evy, ta wie jedno: musi zabrać matkę i uciekać. Snuje też plany uwolnienia ojca z aresztu. Utalentowana plastycznie dziewczyna może podrobić dokumenty i pomóc bliskim, na to przynajmniej liczy. A w lokalnej społeczności, tam, dokąd dotarła, istnieje zapotrzebowanie na fałszerzy. To szansa na niesienie pomocy i ocalenie kolejnych ludzi. W "Księdze Utraconych Imion" wydarzenia historyczne stają się tłem dla uczuć Evy. Kobieta poznaje kogoś, kto może wyratować ją z opresji, podając się za jej męża - stopniowo będzie rozkwitać przywiązanie i wreszcie miłość. W "Księdze Utraconych Imion" autorka wykorzystuje przeskoki w czasie: teraźniejszość Evy nie służy wyłącznie retrospekcjom, dzieje się w niej coś istotnego. Podstawowy nurt opowieści to pełna zagadek przeszłość. Autorka pokazuje, jak Eva odnalazła się w nowym miejscu i jak doskonaliła swój fach, ale także jak kształtowała się jej tożsamość. Kobieta wchodzi w nowe środowisko, w którym katolicki ksiądz jest jednym z szefów akcji - matka boi się, że Eva wyrzeknie się swojej wiary i kultury. Do tego autorka dokłada liczne tajemnice i szyfry. Ważny jest tu matematyczny pomysł na kodowanie nazwisk ocalanych dzieci, w związku z tym pomysłem pojawiają się też tajne wiadomości pozostawiane w określonym miejscu. To może się podobać czytelnikom.
Autorka wykorzystuje dwa motywy. Pierwszym jest ciągłe zagrożenie. Nie ma tu przygody w klasycznym rozumieniu. W każdej chwili może się zmienić rozkład sił. Wojna jest bardzo blisko i uniemożliwia zwyczajne planowanie. Oddala szansę na pełne szczęście, bohaterka skupia się zatem na niesieniu pomocy najbardziej potrzebującym, bo tylko tak może działać w tych warunkach. Drugim motywem jest uskrzydlająca miłość. Nawet jeśli nienazywana i przez długi czas niedookreślana - istnieje i dodaje otuchy. Autorka wykorzystuje nietypowe elementy, między innymi techniczne szczegóły działania fałszerzy czy pomysł na nieużywaną książkę. Nie męczy czytelników wyjaśnieniami historycznymi, ale wplata ich konsekwencje w opowieść. Tworzy książkę dla wszystkich, tom, który mocno oddziałuje na emocje czytelników. Nastawienie na wyraziste uczucia to wyróżnik książki. Kristin Harmel wyzwala w czytelnikach sporo wzruszeń. Unika za to oczywistości, dzięki czemu może wciąż zaskakiwać. Wplata nawet do narracji motywy filozoficzne - zastanawia się nad tym, co definiuje człowieka i na ile jest on zależny od czasów, w jakich przyszło mu żyć. "Księga Utraconych Imion" to historia zapadająca w pamięć i wyjątkowa. Nawet jeśli ktoś ma dosyć książek czerpiących z wydarzeń z drugiej wojny światowej, zyska tu mnóstwo tematów do przemyśleń. Autorka ma dobry pomysł na całość, urzeka nie tylko staranną narracją, ale i rozkładem wydarzeń. Wielowątkowa i pełna wstrząsów opowieść jest pod różnymi względami wyjątkowa. Przeznaczona dla miłośników różnych gatunków, odwołująca się do uniwersalnych uczuć.
Ucieczka
Ta historia bazuje na wydarzeniach z drugiej wojny światowej, jednak nie męczy nadmiernie przerobionym wielokrotnie tematem. Kristin Harmel przyciągnie do tomu również fanów literatury obyczajowej. Unika schematów i rozwiązań wypranych z emocji, stawia za to na przeżywanie. Tu liczy się zbiór przemian, jakie musi przejść bohaterka. Wszystko zaczyna się w Paryżu. Żydowska rodzina przekonuje się, że zaogniają się nastroje antysemickie. Sąsiadka potrzebująca pomocy i zwracająca się do matki Evy jest w stanie zadenuncjować rodzinę. Kiedy hitlerowcy przychodzą nocą i zabierają ojca Evy, ta wie jedno: musi zabrać matkę i uciekać. Snuje też plany uwolnienia ojca z aresztu. Utalentowana plastycznie dziewczyna może podrobić dokumenty i pomóc bliskim, na to przynajmniej liczy. A w lokalnej społeczności, tam, dokąd dotarła, istnieje zapotrzebowanie na fałszerzy. To szansa na niesienie pomocy i ocalenie kolejnych ludzi. W "Księdze Utraconych Imion" wydarzenia historyczne stają się tłem dla uczuć Evy. Kobieta poznaje kogoś, kto może wyratować ją z opresji, podając się za jej męża - stopniowo będzie rozkwitać przywiązanie i wreszcie miłość. W "Księdze Utraconych Imion" autorka wykorzystuje przeskoki w czasie: teraźniejszość Evy nie służy wyłącznie retrospekcjom, dzieje się w niej coś istotnego. Podstawowy nurt opowieści to pełna zagadek przeszłość. Autorka pokazuje, jak Eva odnalazła się w nowym miejscu i jak doskonaliła swój fach, ale także jak kształtowała się jej tożsamość. Kobieta wchodzi w nowe środowisko, w którym katolicki ksiądz jest jednym z szefów akcji - matka boi się, że Eva wyrzeknie się swojej wiary i kultury. Do tego autorka dokłada liczne tajemnice i szyfry. Ważny jest tu matematyczny pomysł na kodowanie nazwisk ocalanych dzieci, w związku z tym pomysłem pojawiają się też tajne wiadomości pozostawiane w określonym miejscu. To może się podobać czytelnikom.
Autorka wykorzystuje dwa motywy. Pierwszym jest ciągłe zagrożenie. Nie ma tu przygody w klasycznym rozumieniu. W każdej chwili może się zmienić rozkład sił. Wojna jest bardzo blisko i uniemożliwia zwyczajne planowanie. Oddala szansę na pełne szczęście, bohaterka skupia się zatem na niesieniu pomocy najbardziej potrzebującym, bo tylko tak może działać w tych warunkach. Drugim motywem jest uskrzydlająca miłość. Nawet jeśli nienazywana i przez długi czas niedookreślana - istnieje i dodaje otuchy. Autorka wykorzystuje nietypowe elementy, między innymi techniczne szczegóły działania fałszerzy czy pomysł na nieużywaną książkę. Nie męczy czytelników wyjaśnieniami historycznymi, ale wplata ich konsekwencje w opowieść. Tworzy książkę dla wszystkich, tom, który mocno oddziałuje na emocje czytelników. Nastawienie na wyraziste uczucia to wyróżnik książki. Kristin Harmel wyzwala w czytelnikach sporo wzruszeń. Unika za to oczywistości, dzięki czemu może wciąż zaskakiwać. Wplata nawet do narracji motywy filozoficzne - zastanawia się nad tym, co definiuje człowieka i na ile jest on zależny od czasów, w jakich przyszło mu żyć. "Księga Utraconych Imion" to historia zapadająca w pamięć i wyjątkowa. Nawet jeśli ktoś ma dosyć książek czerpiących z wydarzeń z drugiej wojny światowej, zyska tu mnóstwo tematów do przemyśleń. Autorka ma dobry pomysł na całość, urzeka nie tylko staranną narracją, ale i rozkładem wydarzeń. Wielowątkowa i pełna wstrząsów opowieść jest pod różnymi względami wyjątkowa. Przeznaczona dla miłośników różnych gatunków, odwołująca się do uniwersalnych uczuć.
sobota, 24 kwietnia 2021
Jakub Rybicki: Po Bajkale. Rowerem przez Syberię
Świat Książki, Warszawa 2021.
Na mrozie
Jakub Rybicki postanawia się wybrać na eskapadę w starym stylu, powiązaną z wymyślnymi rekordami albo realizowaniem odważnych marzeń. Wprawdzie rekordów już nie bije, bo nie byłby pierwszy, ale też nie próbuje podchodzić do tematu przesadnie ambicjonalnie. Stawia na dobrą zabawę i na przygodę w najlepszym znaczeniu tego słowa. "Po Bajkale. Rowerem przez Syberię" to właściwie dwie rowerowe wyprawy. W pierwszej autor postanawia postawić na spontaniczność i przejechać do Mongolii. Na rowerze - żeby już nie koncentrować się na szukaniu środków lokomocji. Roweru nie ma, ale może go kupić na zwykłym syberyjskim targu, na którym da się kupić wszystko. Pomysł jest równie malowniczy co szalony: Jakub Rybicki jednak nie zamierza się przejmować drobiazgami. Zamiast inwestowania w kosmiczny i niezawodny sprzęt (którego musiałby strzec przed złodziejami), jeździ do miejscowych mechaników, którzy naprawią to, co się zepsuje i przygotują pojazd na długą trasę. Wszyscy dowiadujący się o planach Rybickiego odradzają mu takie zachowanie - jednak autor nie daje się zawrócić z obranej drogi. Druga wyprawa oznacza przejazd przez zamarznięty Bajkał. I tu Jakub Rybicki chce trochę bardziej się zaangażować. Nie ma już niefrasobliwości w wybieraniu sprzętu ani - niepotrzebnej brawury; autor dobiera sobie wyprawowego kumpla, który tak samo gotowy jest na przygody. Rybicki nie lubi żmudnych treningów, uznaje, że kondycję wyrobi sobie w trasie. Nie planuje przesadnie i nie skupia się na tym, co może się nie udać - postanawia zdać się na los. Jednocześnie bardzo starannie przygotowuje się do drogi, co widać w obu przypadkach za sprawą informacji, którymi częstuje odbiorców.
"Po Bajkale" to książka w stylu dzisiejszych podróżniczych publikacji, wypełniona ciekawostkami, uwagami z podróży i licznymi zdjęciami (w tym wypadku - nie są one amatorskie, co jakiś czas pojawiają się kadry, których można autorowi pozazdrościć). Jakub Rybicki tłumaczy, dlaczego nie podejmuje się ścigania z poprzednikami, nie szuka wielkich wyzwań, dzięki którym zapisze się w historii - stawia za to na drobne anegdotki z podróży. Czytelnicy dowiedzą się czegoś o regionie, po którym autor się przemieszcza. Najbardziej ciekawe wydają mu się spotkania z miejscowymi - precyzyjnie zatem odtwarza zwłaszcza relacje międzyludzkie, nieoczekiwane reakcje albo charaktery typowe dla miejsca. Zderza opowieści z inną mentalnością, czym może zobrazować specyfikę życia na Syberii. Zyskuje dzięki takiemu podejściu całkiem sporo dowcipnych opowiastek, którymi może ubarwiać swoje przeżycia. Zajmuje się prezentowaniem inności - bez niepotrzebnej ekscytacji czy ucieczki od tego, co nieznane. Dzieli się z czytelnikami zestawem wiadomości, czerpie z lektur, ale przede wszystkim z otoczenia. To dostarcza mu ogromnej ilości ciekawostek. Przy tej strategii autora ekstremalny charakter jego wypraw traci na znaczeniu, bardziej liczy się możliwość dotarcia do różnych miejsc i poznawania zwykłych-niezwykłych ludzi.
"Po Bajkale" to tom wydany jak album, jest w nim wiele fotografii imponujących, odwzorowujących niezwykłość przestrzeni albo samego wyzwania związanego z rowerowym przemierzaniem terenów kojarzących się ze śniegiem i bardzo niskimi temperaturami. Jakub Rybicki pokazuje, że jedynie wyobraźnia może ograniczać człowieka.
Na mrozie
Jakub Rybicki postanawia się wybrać na eskapadę w starym stylu, powiązaną z wymyślnymi rekordami albo realizowaniem odważnych marzeń. Wprawdzie rekordów już nie bije, bo nie byłby pierwszy, ale też nie próbuje podchodzić do tematu przesadnie ambicjonalnie. Stawia na dobrą zabawę i na przygodę w najlepszym znaczeniu tego słowa. "Po Bajkale. Rowerem przez Syberię" to właściwie dwie rowerowe wyprawy. W pierwszej autor postanawia postawić na spontaniczność i przejechać do Mongolii. Na rowerze - żeby już nie koncentrować się na szukaniu środków lokomocji. Roweru nie ma, ale może go kupić na zwykłym syberyjskim targu, na którym da się kupić wszystko. Pomysł jest równie malowniczy co szalony: Jakub Rybicki jednak nie zamierza się przejmować drobiazgami. Zamiast inwestowania w kosmiczny i niezawodny sprzęt (którego musiałby strzec przed złodziejami), jeździ do miejscowych mechaników, którzy naprawią to, co się zepsuje i przygotują pojazd na długą trasę. Wszyscy dowiadujący się o planach Rybickiego odradzają mu takie zachowanie - jednak autor nie daje się zawrócić z obranej drogi. Druga wyprawa oznacza przejazd przez zamarznięty Bajkał. I tu Jakub Rybicki chce trochę bardziej się zaangażować. Nie ma już niefrasobliwości w wybieraniu sprzętu ani - niepotrzebnej brawury; autor dobiera sobie wyprawowego kumpla, który tak samo gotowy jest na przygody. Rybicki nie lubi żmudnych treningów, uznaje, że kondycję wyrobi sobie w trasie. Nie planuje przesadnie i nie skupia się na tym, co może się nie udać - postanawia zdać się na los. Jednocześnie bardzo starannie przygotowuje się do drogi, co widać w obu przypadkach za sprawą informacji, którymi częstuje odbiorców.
"Po Bajkale" to książka w stylu dzisiejszych podróżniczych publikacji, wypełniona ciekawostkami, uwagami z podróży i licznymi zdjęciami (w tym wypadku - nie są one amatorskie, co jakiś czas pojawiają się kadry, których można autorowi pozazdrościć). Jakub Rybicki tłumaczy, dlaczego nie podejmuje się ścigania z poprzednikami, nie szuka wielkich wyzwań, dzięki którym zapisze się w historii - stawia za to na drobne anegdotki z podróży. Czytelnicy dowiedzą się czegoś o regionie, po którym autor się przemieszcza. Najbardziej ciekawe wydają mu się spotkania z miejscowymi - precyzyjnie zatem odtwarza zwłaszcza relacje międzyludzkie, nieoczekiwane reakcje albo charaktery typowe dla miejsca. Zderza opowieści z inną mentalnością, czym może zobrazować specyfikę życia na Syberii. Zyskuje dzięki takiemu podejściu całkiem sporo dowcipnych opowiastek, którymi może ubarwiać swoje przeżycia. Zajmuje się prezentowaniem inności - bez niepotrzebnej ekscytacji czy ucieczki od tego, co nieznane. Dzieli się z czytelnikami zestawem wiadomości, czerpie z lektur, ale przede wszystkim z otoczenia. To dostarcza mu ogromnej ilości ciekawostek. Przy tej strategii autora ekstremalny charakter jego wypraw traci na znaczeniu, bardziej liczy się możliwość dotarcia do różnych miejsc i poznawania zwykłych-niezwykłych ludzi.
"Po Bajkale" to tom wydany jak album, jest w nim wiele fotografii imponujących, odwzorowujących niezwykłość przestrzeni albo samego wyzwania związanego z rowerowym przemierzaniem terenów kojarzących się ze śniegiem i bardzo niskimi temperaturami. Jakub Rybicki pokazuje, że jedynie wyobraźnia może ograniczać człowieka.
czwartek, 21 maja 2020
Piotr Milewski: Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji
Świat Książki, Warszawa 2020.
Wolność
Piotr Milewski pisze książkę, o której można mówić w samych superlatywach. Nie dość, że od środka prezentuje codzienność w japońskiej korporacji – od zatrudnienia przez rutynową pracę aż po rozwiązanie umowy (rzecz nie do pomyślenia dla większości miejscowych pracowników), to jeszcze potrafi doskonale puentować poszczególne doświadczenia i ozdabiać je ironią czy dowcipem. „Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji” to opowieść składająca się z zestawu bardzo krótkich, ale celnych rozdziałów – ciekawa analiza specyfiki sytuacji nie do końca zwykłego pracownika. W firmie K. wszyscy mają być jak jedna wielka rodzina – takie jest założenie, które stale przypominają zwierzchnicy. Wobec rodziny jest się przecież lojalnym, można dla niej dużo poświęcić. Nikt zatem nie zaprotestuje, gdy „rodzina” zapewnia rozrywki poza godzinami pracy, organizuje czas wolny pracowników albo usiłuje wpływać na ich wybory. Przecież to wszystko dla wspólnego dobra. Piotr Milewski jest przybyszem z zewnątrz, pracownikiem cennym, bo umożliwiającym otwarcie rynku na Europę (a później również na Azję) – w dodatku to pierwszy cudzoziemiec w przedsiębiorstwie. Na początku stara się dostosować, nie wyraża głośno swoich poglądów, zachowuje się tak jak koledzy – dba o to, żeby się nie wyróżniać. I tak przecież jest faworyzowany przez Prezesa, który wybiera sobie go na towarzysza wycieczek po okolicy. Stopniowo uczy się Milewski czytać między wierszami, dowiaduje się, co tak naprawdę znaczyły pewne zapisy w regulaminie, który otrzymał na początku kariery. Zaczyna się nudzić powtarzalnością schematów podczas apeli czy zebrań, a kiedy próbuje skorzystać z przysługujących mu praw – spotyka się ze zdziwieniem ze strony zwierzchników. Tutaj presję wywiera się dyskretnie, ale sygnały wysyłane przez kierowników czy dyrektorów są nadzwyczaj czytelne – trzeba nie lada siły woli, żeby się nie ugiąć pod presją. Autor przekonuje się, że obietnica pracy do emerytury, stabilnego wynagrodzenia i bonusów to jedno – ale japońska korporacja stopniowo go osacza, uniemożliwia decydowanie o czasie wolnym i odbiera radość życia. Złota klatka irytuje, ale też uzależnia, gwarantując bezpieczeństwo.
Piotr Milewski w K. poznaje nie tylko drogę, jaką przechodzą zwykli pracownicy - rejestruje też zasady zdobywania klientów, spotkania w zakrapiane alkoholem i… troskę szefów o życie rodzinne pracowników. Czasami jego doświadczenia mogą cieszyć, innym razem – przerażają. To, co Japończykom nie przeszkadza, dla obcokrajowca staje się co najmniej dziwne – autor odnotowuje wszelkie przejawy odmienności, to, co dla niego niezrozumiałe albo trudne do zaakceptowania i to, co zwyczajnie komiczne. Dzięki temu „Planeta K.” staje się opowieścią niezwykle atrakcyjną. Krótkie rozdziały to kolejne etapy w karierze w K., zestawy zachowań i zwyczajów niespotykanych w Europie – próba zrozumienia innej rzeczywistości i narracyjny strzał w dziesiątkę. Jest to publikacja, która uświadamia czytelnikom, jak różne mogą być oczekiwania wobec pracy i pracodawcy, a także – jak bardzo elastycznym trzeba być, kiedy chce się wieść normalne życie w dalekich krajach. Milewski z uśmiechem opowiada o japońskiej przygodzie – a nie męczy przedłużającymi się analizami. Ta książka wciąga już od pierwszej strony.
Wolność
Piotr Milewski pisze książkę, o której można mówić w samych superlatywach. Nie dość, że od środka prezentuje codzienność w japońskiej korporacji – od zatrudnienia przez rutynową pracę aż po rozwiązanie umowy (rzecz nie do pomyślenia dla większości miejscowych pracowników), to jeszcze potrafi doskonale puentować poszczególne doświadczenia i ozdabiać je ironią czy dowcipem. „Planeta K. Pięć lat w japońskiej korporacji” to opowieść składająca się z zestawu bardzo krótkich, ale celnych rozdziałów – ciekawa analiza specyfiki sytuacji nie do końca zwykłego pracownika. W firmie K. wszyscy mają być jak jedna wielka rodzina – takie jest założenie, które stale przypominają zwierzchnicy. Wobec rodziny jest się przecież lojalnym, można dla niej dużo poświęcić. Nikt zatem nie zaprotestuje, gdy „rodzina” zapewnia rozrywki poza godzinami pracy, organizuje czas wolny pracowników albo usiłuje wpływać na ich wybory. Przecież to wszystko dla wspólnego dobra. Piotr Milewski jest przybyszem z zewnątrz, pracownikiem cennym, bo umożliwiającym otwarcie rynku na Europę (a później również na Azję) – w dodatku to pierwszy cudzoziemiec w przedsiębiorstwie. Na początku stara się dostosować, nie wyraża głośno swoich poglądów, zachowuje się tak jak koledzy – dba o to, żeby się nie wyróżniać. I tak przecież jest faworyzowany przez Prezesa, który wybiera sobie go na towarzysza wycieczek po okolicy. Stopniowo uczy się Milewski czytać między wierszami, dowiaduje się, co tak naprawdę znaczyły pewne zapisy w regulaminie, który otrzymał na początku kariery. Zaczyna się nudzić powtarzalnością schematów podczas apeli czy zebrań, a kiedy próbuje skorzystać z przysługujących mu praw – spotyka się ze zdziwieniem ze strony zwierzchników. Tutaj presję wywiera się dyskretnie, ale sygnały wysyłane przez kierowników czy dyrektorów są nadzwyczaj czytelne – trzeba nie lada siły woli, żeby się nie ugiąć pod presją. Autor przekonuje się, że obietnica pracy do emerytury, stabilnego wynagrodzenia i bonusów to jedno – ale japońska korporacja stopniowo go osacza, uniemożliwia decydowanie o czasie wolnym i odbiera radość życia. Złota klatka irytuje, ale też uzależnia, gwarantując bezpieczeństwo.
Piotr Milewski w K. poznaje nie tylko drogę, jaką przechodzą zwykli pracownicy - rejestruje też zasady zdobywania klientów, spotkania w zakrapiane alkoholem i… troskę szefów o życie rodzinne pracowników. Czasami jego doświadczenia mogą cieszyć, innym razem – przerażają. To, co Japończykom nie przeszkadza, dla obcokrajowca staje się co najmniej dziwne – autor odnotowuje wszelkie przejawy odmienności, to, co dla niego niezrozumiałe albo trudne do zaakceptowania i to, co zwyczajnie komiczne. Dzięki temu „Planeta K.” staje się opowieścią niezwykle atrakcyjną. Krótkie rozdziały to kolejne etapy w karierze w K., zestawy zachowań i zwyczajów niespotykanych w Europie – próba zrozumienia innej rzeczywistości i narracyjny strzał w dziesiątkę. Jest to publikacja, która uświadamia czytelnikom, jak różne mogą być oczekiwania wobec pracy i pracodawcy, a także – jak bardzo elastycznym trzeba być, kiedy chce się wieść normalne życie w dalekich krajach. Milewski z uśmiechem opowiada o japońskiej przygodzie – a nie męczy przedłużającymi się analizami. Ta książka wciąga już od pierwszej strony.
czwartek, 7 maja 2020
Justyna Kopińska: Lekarstwo dla duszy
Świat Książki, Warszawa 2020.
Reakcje
O swoim podejściu do dziennikarstwa Justyna Kopińska wiele razy w felietonach pisze, w pewnym stopniu odpowiadając tym samym na wątpliwości odbiorców. Autotematyzm nie jest jednak ani dla czytelników, ani dla samej autorki czymś, co warto by było eksponować nadmiernie. Znacznie lepsze są kulisy powstawania głośnych reportaży, przejścia od ludzkiej krzywdy do potworności, jakie niektórzy wyrządzają świadomie. Kolejne części zbioru „Lekarstwo dla duszy” tytułowane są hasłowo, wielkimi tematami. Jest wśród nich nienawiść, Polska, życzliwość, człowiek, dobro czy agresja. Mimo takich podziałów znajdzie się tu trochę refrenowych zagadnień – Justyna Kopińska ponownie wykorzystuje i ważne dla niej cytaty, i motywy z kolejnych reportaży, wstrząsy i odkrycia – co do których ma pewność, że silnie będą działać na czytelnika. W felietonach nie ma czasu na dogłębne analizowanie kolejnych wydarzeń, autorka nakreśla jedynie specyfikę sprawy, najmocniejszy punkt – tylko po to, żeby sprawdzić, jak zachowują się ludzie. Dzieli się wiadomościami, które mogą szokować – ale i takimi, które mają moc pokrzepienia i pocieszenia. W krótkich tekstach zajmuje się wyrazistymi scenkami. Tematów do felietonów szuka w drobiazgach i w uciążliwych na co dzień sytuacjach – nie może w żaden zaangażować się w pełni, bo to oznaczałoby utratę zagadnienia, które można rozpracować w wielkim reportażu. Zawsze jednak wyciąga autorka z zagadnień prawdy uniwersalne dotyczące ludzkich charakterów. Nawet jeśli sama nie ma dokładnie zdania, po co tworzy dany felieton – musi, bo gonią ją terminy, bo obiecała tekst, a nie ma na niego pomysłu.
„Lekarstwo dla duszy” to opowieści krótkie, pospieszne i bez precyzyjnego analizowania postaw opisywanych postaci. Kopińska posługuje się tu odkryciami dokonanymi przy okazji pracy reportera – nie zamierza zasłynąć tekstami felietonowymi, więc też traktuje je nieco jako próbę rozpisania się i podzielenia z czytelnikami błyskawicznymi refleksjami. Taka skrótowość dla odbiorców, którzy przyzwyczajeni są do internetowego rytmu, nie będzie niczym dziwnym – za to czytelnicy tęskniący za pełnokrwistymi małymi formami mogą być nieco zawiedzeni – wtedy przydadzą się odnośniki do książek reporterskich. Kopińska do niektórych zagadnień powraca. Wśród tematów, które stale się pojawiają, jest pedofilia, polityka (mimo że autorka zarzeka się, że nie chce pisać o polityce ani opowiadać się po żadnej ze stron, bo to robią wszyscy), sytuacja zgwałconych kobiet czy hejt. Znajduje jednak autorka również motywy, które przyniosą odrobinę wytchnienia – bez uciekania się do wielkich słów opowie, jak przejawia się miłość i przywiązanie, napomknie o roli życzliwości i bezinteresownej dobroci. Czasami śmieje się z nieważnych wad, wykpiwa megalomanię czy potrzebę dowartościowywania się, pokazuje, jak ludzie zachowują się w grupie i co chcą przez to osiągnąć – ale najlepiej czuje się jednak w sprawach, które bada reporterskim okiem i te felietony okazują się najbardziej efektowne.
Reakcje
O swoim podejściu do dziennikarstwa Justyna Kopińska wiele razy w felietonach pisze, w pewnym stopniu odpowiadając tym samym na wątpliwości odbiorców. Autotematyzm nie jest jednak ani dla czytelników, ani dla samej autorki czymś, co warto by było eksponować nadmiernie. Znacznie lepsze są kulisy powstawania głośnych reportaży, przejścia od ludzkiej krzywdy do potworności, jakie niektórzy wyrządzają świadomie. Kolejne części zbioru „Lekarstwo dla duszy” tytułowane są hasłowo, wielkimi tematami. Jest wśród nich nienawiść, Polska, życzliwość, człowiek, dobro czy agresja. Mimo takich podziałów znajdzie się tu trochę refrenowych zagadnień – Justyna Kopińska ponownie wykorzystuje i ważne dla niej cytaty, i motywy z kolejnych reportaży, wstrząsy i odkrycia – co do których ma pewność, że silnie będą działać na czytelnika. W felietonach nie ma czasu na dogłębne analizowanie kolejnych wydarzeń, autorka nakreśla jedynie specyfikę sprawy, najmocniejszy punkt – tylko po to, żeby sprawdzić, jak zachowują się ludzie. Dzieli się wiadomościami, które mogą szokować – ale i takimi, które mają moc pokrzepienia i pocieszenia. W krótkich tekstach zajmuje się wyrazistymi scenkami. Tematów do felietonów szuka w drobiazgach i w uciążliwych na co dzień sytuacjach – nie może w żaden zaangażować się w pełni, bo to oznaczałoby utratę zagadnienia, które można rozpracować w wielkim reportażu. Zawsze jednak wyciąga autorka z zagadnień prawdy uniwersalne dotyczące ludzkich charakterów. Nawet jeśli sama nie ma dokładnie zdania, po co tworzy dany felieton – musi, bo gonią ją terminy, bo obiecała tekst, a nie ma na niego pomysłu.
„Lekarstwo dla duszy” to opowieści krótkie, pospieszne i bez precyzyjnego analizowania postaw opisywanych postaci. Kopińska posługuje się tu odkryciami dokonanymi przy okazji pracy reportera – nie zamierza zasłynąć tekstami felietonowymi, więc też traktuje je nieco jako próbę rozpisania się i podzielenia z czytelnikami błyskawicznymi refleksjami. Taka skrótowość dla odbiorców, którzy przyzwyczajeni są do internetowego rytmu, nie będzie niczym dziwnym – za to czytelnicy tęskniący za pełnokrwistymi małymi formami mogą być nieco zawiedzeni – wtedy przydadzą się odnośniki do książek reporterskich. Kopińska do niektórych zagadnień powraca. Wśród tematów, które stale się pojawiają, jest pedofilia, polityka (mimo że autorka zarzeka się, że nie chce pisać o polityce ani opowiadać się po żadnej ze stron, bo to robią wszyscy), sytuacja zgwałconych kobiet czy hejt. Znajduje jednak autorka również motywy, które przyniosą odrobinę wytchnienia – bez uciekania się do wielkich słów opowie, jak przejawia się miłość i przywiązanie, napomknie o roli życzliwości i bezinteresownej dobroci. Czasami śmieje się z nieważnych wad, wykpiwa megalomanię czy potrzebę dowartościowywania się, pokazuje, jak ludzie zachowują się w grupie i co chcą przez to osiągnąć – ale najlepiej czuje się jednak w sprawach, które bada reporterskim okiem i te felietony okazują się najbardziej efektowne.
piątek, 6 marca 2020
Kasia Bulicz-Kasprzak: Magiczna podróż
Świat Książki, Warszawa 2019.
Świąteczne czytadło
Kasia Bulicz-Kasprzak dobrze odnajduje się w krzepiących obyczajówkach, prostych powieściach dla kobiet, które szukają przede wszystkim relaksu i oderwania się od codziennych wyzwań. „Magiczna podróż” to dodatkowo tom podporządkowany modzie na bożonarodzeniowe klimaty – musi wydarzyć się coś, co pozwoli dorosłym kobietom przywrócić wiarę w święta. Ale naiwność w takich lekturach łatwo się wybacza, zwłaszcza kiedy pojawia się – jak w tym przypadku – w towarzystwie szeregu zabawnych wypadków. Chociaż na początku zabawnie być nie może. Najpierw chory chłopiec, który właśnie przez nieuwagę dorosłych stracił ukochanego psa (pies zamierza dotrzeć do szpitala, by zanieść dziecku ulubioną zabawkę, ale o tym przecież ludzie nie mają pojęcia). Dorośli – skonfliktowani ze sobą na wiele sposobów. Robert – ojciec dziecka – własną matkę traktuje obcesowo i szorstko, nie mogąc jej wybaczyć postawy sprzed lat. Trzy bohaterki, które za chwilę się poznają, pragną uciec od przereklamowanej „świątecznej atmosfery”: Beata nie chce tłumaczyć się z rozstania z facetem – została właśnie singielką z niechcianym kotem, nie jest z tego dumna, zwłaszcza że marzy o dziecku i czuje, że straciła najlepsze lata życia na niewłaściwego partnera. Alicja z kolei jest ciągle mentalnie dzieckiem: nie może zaakceptować tego, że po śmierci matki jej ojciec związał się z... siostrą zmarłej. Czuje się zdradzona przez oboje, nie widzi dla siebie miejsca przy ich rodzinnym stole. Nie wyobraża sobie zatem też wspólnych świąt. Z kolei Małgorzata chciałaby urządzić Wigilię idealną: dba o zachowanie pozorów i kompletnie nie przejmuje się tym, że mąż obraził się na swojego ojca i nie chce go zapraszać, a dzieci mają swoje plany, wszyscy są natomiast zmęczeni przygotowaniami i chcieliby, żeby Małgorzata choć odrobinę odpuściła. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się rodzinne sprawy wszystkich bohaterów, gdyby nie przypadek: Małgorzata znajduje zagubionego psa, przyprowadza go do sklepu zoologicznego, w którym pracuje Alicja (i w którym Beata kupuje akurat karmę dla niechcianego kota). Odwiezienie psa na drugi koniec kraju wydaje się wszystkim trzem kobietom pomysłem idealnym, by uciec od zmartwień, przynajmniej chwilowo. I tak rozpoczyna się magiczna podróż. Przed obcymi łatwiej się otworzyć, a wygadać się trzeba, żeby nie przeżywać w nieskończoność swoich zmartwień. Kobiety z różnym doświadczeniem – i w różnym wieku – mogą coś doradzić i pomóc zrozumieć sedno problemu.
Słaba jest korekta w tej książce, zdarzają się tu błędy przerażające, ale i tak odbiorczynie skupiać się będą na kolejnych doświadczeniach bohaterek. Na początku autorka potrzebuje dość długiej rozbiegówki, trochę utrudnia czytelniczkom zaangażowanie się w losy bohaterek – ale kiedy już doprowadza do sytuacji, w której trzy kobiety siedzą z kotem i psem w zbyt ciasnym samochodzie i wybierają się w nieznane, szybko rozkręca akcję, również tę emocjonalną. Umożliwia kibicowanie każdej z postaci z osobna – ale też dostrzeganie źródeł ich problemów. Alicja nie zauważa zakochanego w niej kolegi z pracy, Małgorzata nie wie, że przesadza, narzucając innym własny punkt widzenia, a Beata zamyka się w cierpieniu i przeżywaniu straty i nie jest w stanie racjonalnie myśleć nad kolejnymi ruchami – a przecież istnieje wiele wyjść z sytuacji. Kasia Bulicz-Kasprzak poza pokazywaniem magii świątecznego czasu dba o to, by zaintrygować samymi życiowymi zakrętami bohaterek.
Świąteczne czytadło
Kasia Bulicz-Kasprzak dobrze odnajduje się w krzepiących obyczajówkach, prostych powieściach dla kobiet, które szukają przede wszystkim relaksu i oderwania się od codziennych wyzwań. „Magiczna podróż” to dodatkowo tom podporządkowany modzie na bożonarodzeniowe klimaty – musi wydarzyć się coś, co pozwoli dorosłym kobietom przywrócić wiarę w święta. Ale naiwność w takich lekturach łatwo się wybacza, zwłaszcza kiedy pojawia się – jak w tym przypadku – w towarzystwie szeregu zabawnych wypadków. Chociaż na początku zabawnie być nie może. Najpierw chory chłopiec, który właśnie przez nieuwagę dorosłych stracił ukochanego psa (pies zamierza dotrzeć do szpitala, by zanieść dziecku ulubioną zabawkę, ale o tym przecież ludzie nie mają pojęcia). Dorośli – skonfliktowani ze sobą na wiele sposobów. Robert – ojciec dziecka – własną matkę traktuje obcesowo i szorstko, nie mogąc jej wybaczyć postawy sprzed lat. Trzy bohaterki, które za chwilę się poznają, pragną uciec od przereklamowanej „świątecznej atmosfery”: Beata nie chce tłumaczyć się z rozstania z facetem – została właśnie singielką z niechcianym kotem, nie jest z tego dumna, zwłaszcza że marzy o dziecku i czuje, że straciła najlepsze lata życia na niewłaściwego partnera. Alicja z kolei jest ciągle mentalnie dzieckiem: nie może zaakceptować tego, że po śmierci matki jej ojciec związał się z... siostrą zmarłej. Czuje się zdradzona przez oboje, nie widzi dla siebie miejsca przy ich rodzinnym stole. Nie wyobraża sobie zatem też wspólnych świąt. Z kolei Małgorzata chciałaby urządzić Wigilię idealną: dba o zachowanie pozorów i kompletnie nie przejmuje się tym, że mąż obraził się na swojego ojca i nie chce go zapraszać, a dzieci mają swoje plany, wszyscy są natomiast zmęczeni przygotowaniami i chcieliby, żeby Małgorzata choć odrobinę odpuściła. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się rodzinne sprawy wszystkich bohaterów, gdyby nie przypadek: Małgorzata znajduje zagubionego psa, przyprowadza go do sklepu zoologicznego, w którym pracuje Alicja (i w którym Beata kupuje akurat karmę dla niechcianego kota). Odwiezienie psa na drugi koniec kraju wydaje się wszystkim trzem kobietom pomysłem idealnym, by uciec od zmartwień, przynajmniej chwilowo. I tak rozpoczyna się magiczna podróż. Przed obcymi łatwiej się otworzyć, a wygadać się trzeba, żeby nie przeżywać w nieskończoność swoich zmartwień. Kobiety z różnym doświadczeniem – i w różnym wieku – mogą coś doradzić i pomóc zrozumieć sedno problemu.
Słaba jest korekta w tej książce, zdarzają się tu błędy przerażające, ale i tak odbiorczynie skupiać się będą na kolejnych doświadczeniach bohaterek. Na początku autorka potrzebuje dość długiej rozbiegówki, trochę utrudnia czytelniczkom zaangażowanie się w losy bohaterek – ale kiedy już doprowadza do sytuacji, w której trzy kobiety siedzą z kotem i psem w zbyt ciasnym samochodzie i wybierają się w nieznane, szybko rozkręca akcję, również tę emocjonalną. Umożliwia kibicowanie każdej z postaci z osobna – ale też dostrzeganie źródeł ich problemów. Alicja nie zauważa zakochanego w niej kolegi z pracy, Małgorzata nie wie, że przesadza, narzucając innym własny punkt widzenia, a Beata zamyka się w cierpieniu i przeżywaniu straty i nie jest w stanie racjonalnie myśleć nad kolejnymi ruchami – a przecież istnieje wiele wyjść z sytuacji. Kasia Bulicz-Kasprzak poza pokazywaniem magii świątecznego czasu dba o to, by zaintrygować samymi życiowymi zakrętami bohaterek.
poniedziałek, 16 września 2019
Sue Roberts: Moje wielkie greckie wakacje
Świat Książki, Warszawa 2019.
Nowe życie
Wielkie greckie wakacje w tym wypadku biorą się z życiowej konieczności a nie z chęci wprowadzenia zmian. Mandy nie ma wyjścia: musi wykorzystać urlop, bo szef nie pozostawia jej wyboru. Widzi, że przez życiowe problemy kobieta przestaje sobie radzić w restauracji i zamiast tworzyć miłą atmosferę, odstrasza klientów. Mandy właśnie dowiedziała się od męża, że ten ma dość związku i odchodzi – nic dziwnego, że nie tryska entuzjazmem. Powinna spojrzeć z dystansu na swoje zmartwienia, ale też odpocząć od obowiązków. Może przy okazji wykorzystać szansę i zastanowić się nad własnym życiem – na ogół stara się tłamsić ponure refleksje. Praca barmanki to wszystko, na co może liczyć kobieta, która w pewnym momencie zarzuciła edukację. Nawet gdyby bohaterka powieści Sue Roberts chciała coś w swoim życiu zmienić, nie wie, jak się do tego zabrać. Na razie jednak czeka Grecja, a wraz z nią – rozwiązanie problemów. Przynajmniej taką należy mieć nadzieję.
Początek tomu „Moje wielkie greckie wakacje” jest dość tendencyjny, później jednak autorka odchodzi od wprowadzonych schematów: najbardziej poważną zmianą jest to, że wiarołomny mąż wraca, żeby bohaterka mogła sprawdzić, czy spełnienie najgorętszych próśb coś da. To również wskazówka dla czytelniczek, przytoczenie – w sposób mniej oczywisty – porady na temat dawnych związków i ponownego schodzenia się z tym, który skrzywdził. Mandy nie tylko zyskuje czas, by ochłonąć. Może także sprawdzić, czy ludzie się zmieniają. Jednym tematem jest tutaj rozpad wieloletniego małżeństwa i utrata oparcia, które owo małżeństwo zapewniało. Kobieta musi odkryć w sobie siłę i nauczyć się samodzielności. A ponieważ od pewnego czasu uważa, że praca w barze nie daje jej w pełni rozwinąć talentów – przychodzi czas na nowe wyzwanie. Sue Roberts wysoko stawia bohaterce poprzeczkę: Mandy już wkrótce będzie organizować ogromny festiwal muzyczny w Grecji. Sprowadzi tu gwiazdy światowego formatu (przynajmniej takie ma plany) i przekona się, że może działać jako autorka wielkiego wydarzenia. Wpływ na nią ma zapomniana koleżanka ze szkoły, menadżerka znanych muzyków. I chociaż Mandy do tej pory nie miała zbyt dużego pojęcia o organizacji koncertów, w nowej roli może zaistnieć i podbudować poczucie własnej wartości.
„Moje wielkie greckie wakacje” to ciekawie poprowadzona obyczajówka. Sue Roberts odrzuca tematy romansowe – wystarczająco dużo krwi psuje bohaterce postawa męża – skupia się natomiast na nowych, otwierających się możliwościach. To dla odbiorczyń sygnał, że czasem warto zdobyć się na odwagę i próbować coś zmienić. Sue Roberts chce dodawać otuchy, w naturalny sposób wyzwalać w czytelniczkach radość istnienia i nadzieję na pozytywne rozwiązania. „Moje wielkie greckie wakacje” to baśń, może trochę niekonwencjonalna (i idealizowana w ramach samego organizowania koncertów, tutaj wychodzi na jaw naiwność autorki), ale atrakcyjna przez oryginalność w fabule. Przynajmniej w ramach pozaromansowych.
Nowe życie
Wielkie greckie wakacje w tym wypadku biorą się z życiowej konieczności a nie z chęci wprowadzenia zmian. Mandy nie ma wyjścia: musi wykorzystać urlop, bo szef nie pozostawia jej wyboru. Widzi, że przez życiowe problemy kobieta przestaje sobie radzić w restauracji i zamiast tworzyć miłą atmosferę, odstrasza klientów. Mandy właśnie dowiedziała się od męża, że ten ma dość związku i odchodzi – nic dziwnego, że nie tryska entuzjazmem. Powinna spojrzeć z dystansu na swoje zmartwienia, ale też odpocząć od obowiązków. Może przy okazji wykorzystać szansę i zastanowić się nad własnym życiem – na ogół stara się tłamsić ponure refleksje. Praca barmanki to wszystko, na co może liczyć kobieta, która w pewnym momencie zarzuciła edukację. Nawet gdyby bohaterka powieści Sue Roberts chciała coś w swoim życiu zmienić, nie wie, jak się do tego zabrać. Na razie jednak czeka Grecja, a wraz z nią – rozwiązanie problemów. Przynajmniej taką należy mieć nadzieję.
Początek tomu „Moje wielkie greckie wakacje” jest dość tendencyjny, później jednak autorka odchodzi od wprowadzonych schematów: najbardziej poważną zmianą jest to, że wiarołomny mąż wraca, żeby bohaterka mogła sprawdzić, czy spełnienie najgorętszych próśb coś da. To również wskazówka dla czytelniczek, przytoczenie – w sposób mniej oczywisty – porady na temat dawnych związków i ponownego schodzenia się z tym, który skrzywdził. Mandy nie tylko zyskuje czas, by ochłonąć. Może także sprawdzić, czy ludzie się zmieniają. Jednym tematem jest tutaj rozpad wieloletniego małżeństwa i utrata oparcia, które owo małżeństwo zapewniało. Kobieta musi odkryć w sobie siłę i nauczyć się samodzielności. A ponieważ od pewnego czasu uważa, że praca w barze nie daje jej w pełni rozwinąć talentów – przychodzi czas na nowe wyzwanie. Sue Roberts wysoko stawia bohaterce poprzeczkę: Mandy już wkrótce będzie organizować ogromny festiwal muzyczny w Grecji. Sprowadzi tu gwiazdy światowego formatu (przynajmniej takie ma plany) i przekona się, że może działać jako autorka wielkiego wydarzenia. Wpływ na nią ma zapomniana koleżanka ze szkoły, menadżerka znanych muzyków. I chociaż Mandy do tej pory nie miała zbyt dużego pojęcia o organizacji koncertów, w nowej roli może zaistnieć i podbudować poczucie własnej wartości.
„Moje wielkie greckie wakacje” to ciekawie poprowadzona obyczajówka. Sue Roberts odrzuca tematy romansowe – wystarczająco dużo krwi psuje bohaterce postawa męża – skupia się natomiast na nowych, otwierających się możliwościach. To dla odbiorczyń sygnał, że czasem warto zdobyć się na odwagę i próbować coś zmienić. Sue Roberts chce dodawać otuchy, w naturalny sposób wyzwalać w czytelniczkach radość istnienia i nadzieję na pozytywne rozwiązania. „Moje wielkie greckie wakacje” to baśń, może trochę niekonwencjonalna (i idealizowana w ramach samego organizowania koncertów, tutaj wychodzi na jaw naiwność autorki), ale atrakcyjna przez oryginalność w fabule. Przynajmniej w ramach pozaromansowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






