Filia, Poznań 2026.
Genealogia
Długo na tę książkę Marta Obuch kazała czekać swoim odbiorcom, a kiedy już ją stworzyła, wiedziała, że jest to coś innego niż proponowane zwykle komedie kryminalne – i uprzedza przed lekturą lojalnie. Ale „Na babski rozum” to nie wypadek przy pracy, raczej sposób na przezwyciężenie kryzysu twórczego i trochę na podzielenie się z czytelnikami tym, co autorkę zafascynowało – możliwościami prowadzenia genealogicznych poszukiwań za sprawą różnych internetowych portali. W takie poszukiwania autorka ubiera Tosię, poczciwą bohaterkę z „Ja tu tylko zabijam”. Tosia jak zwykle nie potrafi się uporać ze swoją codziennością: zaręczyny z Lulkiem po czasie stały się źródłem kolejnych pytań, a despotyzm matki przechodzi wszelkie granice. Bohaterka musi w dodatku uczestniczyć w rodzinnej imprezie na wsi – i niekoniecznie ma na to ochotę, zwłaszcza że pobyt w rodzinnych stronach przypomina jej o niechcianej, a odziedziczonej po babci starej chacie, przyczynie wielu sennych koszmarów. Tosia jest już dorosła i właściwie wie, że może pozbyć się problemu i spieniężyć posiadłość, jednak podczas przygotowań do imprezy dzieje się coś, co wybija ją z tego pomysłu.
I teraz Marta Obuch serwuje czytelnikom książkę, w której przez długi czas dzieje się bardzo mało. Oto bohaterka poznaje (albo przypomina sobie) o kolejnych ciotkach i krewnych, a na rodzinne spotkanie zaproszeni zostają też obcy dla niej ludzie – ale w końcu to pani Regina decyduje, z kim chce świętować. Tosia rozpisuje sobie koligacje rodzinne, zastanawia się nad charakterami i poznaje właściwy stan swojego posiadania (co trochę odciąża ją od myślenia o nierówności w relacji z Lulkiem). W końcu zostaje usunięta z pola widzenia przez niefortunny wypadek. Równolegle dzieją się sprawy kryminalne – ale raczej bez zapału. Akcja przyspiesza dopiero w finale tomu, tutaj powraca dawna Marta Obuch – można na ten moment poczekać i nabrać nadziei na kolejne już zwyczajne dla tej autorki narracje. „Na babski rozum” nie jest powieścią, która trzymałaby w napięciu i cieszyła ogromem nietypowych wydarzeń, już w samej swojej konstrukcji wyklucza takie rozwiązania. A jednak fani tej autorki poczekają – i przyjrzą się drobnym i większym zmianom w życiu Jadwigi czy komisarza Marchewki. Warto cierpliwie poczekać, a przy okazji – czasami – wykorzystywać wiedzę zdobytą przez autorkę i bohaterkę w zakresie poznawania dziejów własnych przodków. „Na babski rozum” to książka, która nowego grona fanów autorce nie zbuduje, ale starego nie odstraszy. A na pełnowartościową komedię kryminalną przyjdzie trochę poczekać – chociaż może krócej niż ostatnio. Marta Obuch walczyła z kryzysem twórczym, udało jej się ten kryzys przewalczyć i to najważniejsze. Gdyby nie to, że przyzwyczaiła odbiorców do pewnego stylu i rozkładu akcentów, nikogo by jej najnowsza powieść nie zdziwiła – tym razem jednak nawet sama autorka ostrzega, że będzie nieco inaczej.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 15 marca 2026
wtorek, 21 października 2025
Krystyna Mirek: Zauroczenie
Filia, Poznań 2025.
Skarb
Poszukiwanie skarbu w najbardziej klasycznej wersji proponuje Krystyna Mirek w powieści „Zauroczenie” – i przy okazji oferuje czytelniczkom to, co najbardziej przyciągnie je do lektury: obietnicę relacji okołomiłosnych. Chociaż zamyka się na niewielkiej przestrzeni, znajduje miejsce dla wielu postaci. Akcja kręci się wokół Matyldy, matki dwóch mężczyzn, posiadaczki dwóch domów i kobiety o wielkim sercu. Matylda spieszy z pomocą, kiedy córka jej dawnej koleżanki zostaje na bruku, zdradzona i porzucona przez męża. Emilia od zaraz może się wprowadzić do starego domostwa, naprzeciwko posiadłości Matyldy. Córki Emilii są zachwycone: mogą się bawić w ogródku, dodatkowo odwiedza je wielki pies gospodarzy – najwyraźniej spragniony głaskania. Ale w tym wszystkim pojawia się coraz więcej zagadek i sekretów.
W historii Emilii punktem ryzyka jest matka: to ona układa dorosłej córce życie, to ona pchnęła ją w ramiona Jacka (który miał być bogaty i czuły, ale ani jedno ani drugie się nie sprawdziło), to ona zgłasza się do Matyldy z prośbą o pomoc, zwłaszcza że pamięta z przeszłości pewną rewelację – i chciałaby to sprawdzić. Dla pięknej kobiety, która znienacka pojawia się w sąsiedztwie, dorośli synowie Matyldy tracą głowy. Relacje między nimi były do tej pory napięte – po tym, jak jeden z braci odbił drugiemu ukochaną. Lata mijają, ale o krzywdach trudno zapomnieć. Teraz jednak wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego finału: każdy z mężczyzn znalazł już ukochaną i pora naprawić rodzinne stosunki. Jednak u Matyldy znowu iskrzy, tym razem za sprawą nieoczekiwanej przysługi. Jakby tego było mało, sama Matylda zaczyna być zazdrosna o swojego męża. Wszystko kumuluje się w miejscu, które powinno być azylem i odskocznią od największych trosk. Najważniejszy jednak będzie skarb z przeszłości – i to dosłowny skarb, rodem ze starych historii. Krystyna Mirek ożywia temat, który wydawał się już zbyt archaiczny i wyeksploatowany tak bardzo, że nie da się z niego nic nowego wydobyć. A jednak autorka może ucieszyć dzisiejsze czytelniczki.
„Zauroczenie” to dość lekka powieść, czyta się ją szybko. Oczywiście Krystyna Mirek wie, jak przyciągnąć odbiorczynie do kolejnej części – ale przede wszystkim liczy się umiejętność zbudowania miejsca, które będzie intrygować i wabić. Problemy sercowe bohaterów pochodzą spoza orbity odbiorczyń: to mężczyźni przeżywają rozmaite dylematy w związku z dawnymi przeżyciami. Kobiety mogą co najwyżej odkrywać rzeczywistość, sprawdzać, o co chodziło z przeszłością, która sięga do teraz. Nie ma męczącego analizowania wydarzeń ani nadmiernego psychologizowania, przeżycia odbijają się w codziennym funkcjonowaniu – i to w „Zauroczeniu” mocny akcent. Krystyna Mirek próbuje swoich sił w różnych gatunkach, tym razem kieruje się do czytelniczek, które potrzebują szybkiego relaksu i niezbyt rozbudowanych lektur. Ale też w ten świat wkracza się błyskawicznie – nie trzeba żadnych skomplikowanych wyjaśnień czy opisów.
Skarb
Poszukiwanie skarbu w najbardziej klasycznej wersji proponuje Krystyna Mirek w powieści „Zauroczenie” – i przy okazji oferuje czytelniczkom to, co najbardziej przyciągnie je do lektury: obietnicę relacji okołomiłosnych. Chociaż zamyka się na niewielkiej przestrzeni, znajduje miejsce dla wielu postaci. Akcja kręci się wokół Matyldy, matki dwóch mężczyzn, posiadaczki dwóch domów i kobiety o wielkim sercu. Matylda spieszy z pomocą, kiedy córka jej dawnej koleżanki zostaje na bruku, zdradzona i porzucona przez męża. Emilia od zaraz może się wprowadzić do starego domostwa, naprzeciwko posiadłości Matyldy. Córki Emilii są zachwycone: mogą się bawić w ogródku, dodatkowo odwiedza je wielki pies gospodarzy – najwyraźniej spragniony głaskania. Ale w tym wszystkim pojawia się coraz więcej zagadek i sekretów.
W historii Emilii punktem ryzyka jest matka: to ona układa dorosłej córce życie, to ona pchnęła ją w ramiona Jacka (który miał być bogaty i czuły, ale ani jedno ani drugie się nie sprawdziło), to ona zgłasza się do Matyldy z prośbą o pomoc, zwłaszcza że pamięta z przeszłości pewną rewelację – i chciałaby to sprawdzić. Dla pięknej kobiety, która znienacka pojawia się w sąsiedztwie, dorośli synowie Matyldy tracą głowy. Relacje między nimi były do tej pory napięte – po tym, jak jeden z braci odbił drugiemu ukochaną. Lata mijają, ale o krzywdach trudno zapomnieć. Teraz jednak wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego finału: każdy z mężczyzn znalazł już ukochaną i pora naprawić rodzinne stosunki. Jednak u Matyldy znowu iskrzy, tym razem za sprawą nieoczekiwanej przysługi. Jakby tego było mało, sama Matylda zaczyna być zazdrosna o swojego męża. Wszystko kumuluje się w miejscu, które powinno być azylem i odskocznią od największych trosk. Najważniejszy jednak będzie skarb z przeszłości – i to dosłowny skarb, rodem ze starych historii. Krystyna Mirek ożywia temat, który wydawał się już zbyt archaiczny i wyeksploatowany tak bardzo, że nie da się z niego nic nowego wydobyć. A jednak autorka może ucieszyć dzisiejsze czytelniczki.
„Zauroczenie” to dość lekka powieść, czyta się ją szybko. Oczywiście Krystyna Mirek wie, jak przyciągnąć odbiorczynie do kolejnej części – ale przede wszystkim liczy się umiejętność zbudowania miejsca, które będzie intrygować i wabić. Problemy sercowe bohaterów pochodzą spoza orbity odbiorczyń: to mężczyźni przeżywają rozmaite dylematy w związku z dawnymi przeżyciami. Kobiety mogą co najwyżej odkrywać rzeczywistość, sprawdzać, o co chodziło z przeszłością, która sięga do teraz. Nie ma męczącego analizowania wydarzeń ani nadmiernego psychologizowania, przeżycia odbijają się w codziennym funkcjonowaniu – i to w „Zauroczeniu” mocny akcent. Krystyna Mirek próbuje swoich sił w różnych gatunkach, tym razem kieruje się do czytelniczek, które potrzebują szybkiego relaksu i niezbyt rozbudowanych lektur. Ale też w ten świat wkracza się błyskawicznie – nie trzeba żadnych skomplikowanych wyjaśnień czy opisów.
sobota, 13 września 2025
Beau Donelly, Nick Toscano: Kobieta, która oszukała świat. Historia Belle Gibson i największego skandalu wellness
Filia, Warszawa 2025.
Zdrowienie
W dwóch kierunkach toczy się ta opowieść. Z jednej strony to zapis efektów dziennikarskiego śledztwa – działań, które oddolnie miały spowodować wymierzenie sprawiedliwości i zahamowanie niebezpiecznego procederu. Z drugiej to historia zakrojona na szeroką skalę – dotycząca nieweryfikowanych wiadomości znajdowanych w internecie. „Kobieta, która oszukała świat. Historia Belle Gibson i największego skandalu wellness” to książka wciąż wstrząsająca, chociaż od jej powstania minęło już sporo czasu. Jednak za sprawą rozlicznych teorii spiskowych – także związanych z branżą zdrowia – warto nagłaśniać podobne przypadki i nie dopuścić do ich rozprzestrzeniania się. Nie ze względów finansowych a etycznych.
Niechlubną bohaterką tej książki jest Belle Gibson, młoda Australijka, która podbija internet. Dzieli się ze swoimi followersami przykrą informacją: lekarze wykryli u niej raka mózgu, ale Belle postanowiła porzucić medycynę konwencjonalną i wyleczyć się na własną rękę dzięki zdrowemu trybowi życia i odpowiedniej diecie. Od czasu do czasu kobieta umiejętnie podtrzymuje zainteresowanie sobą, wyznając między innymi, że pojawiły się liczne przerzuty do wielu narządów – i że zostało jej tylko kilka miesięcy życia, które planuje jak najlepiej wykorzystać. Belle na zdjęciach publikowanych w mediach społecznościowych wygląda zdrowo i zachwycająco, stanowi inspirację dla wielu chorych – daje im nadzieję i zachęca do podążania trudną, ale satysfakcjonującą drogą. Staje się przewodnikiem po branży wellness, tworzy książkę z przepisami kulinarnymi oraz aplikację – do jej drzwi puka między innymi Apple. W tym wszystkim jest tylko jeden problem: Belle Gibson nigdy nie chorowała na raka, wymyśliła sobie chorobę, a założoną przez siebie fundację wykorzystuje do zdobywania pieniędzy, które teoretycznie ma przekazywać potrzebującym.
Wątpliwości długo się nie pojawiają, dopiero po pewnym czasie przyjaciele zaczynają się zastanawiać nad prawdomównością Belle, a kiedy dochodzą do wniosku, że coś jest nie tak – a konfrontacje nie pozwalają na uzyskanie odpowiedzi – powiadamiają media. I tak skandal zaczyna wychodzić na światło dzienne. Beau Donelly i Nick Toscano próbują dojść do prawdy i odkrywają przerażające wiadomości. Historia samej Belle Gibson pełna jest wątpliwości i pytań. Ale o wiele ważniejsze staje się tutaj spojrzenie na społeczność ludzi chorych i ich bliskich. Autorzy (oraz ich rozmówcy, specjaliści z onkologii) świetnie zdają sobie sprawę z tego, że ludzie chwycą się każdej, nawet absurdalnej nadziei na wyzdrowienie. Jeśli polega to na zmianie trybu życia na zdrowszy – nie zaszkodzą sobie. Ale jeśli uwierzą w nietypowe terapie, mogą stracić majątek, czas (którego i tak mają za mało), a także życie. I to właśnie przed oszustami żerującymi na naiwności i nadziei ludzi chorych na raka przestrzega ta książka. Sprawnie napisany reportaż trzyma w napięciu i przygnębia – zwłaszcza kiedy odbiorcy zdają sobie sprawę z powszechności problemu. Internetowi oszuści bez trudu znajdą drogę do ludzi gotowych zapłacić za zdrowie – i nie ma znaczenia fakt, że owi oszuści nie zaoferują faktycznie żadnych przełomowych terapii ani leków.
I dlatego „Kobieta, która oszukała świat” to publikacja, która powinna dotrzeć do jak najszerszego grona czytelników – jako przestroga i zwrócenie uwagi na niepokojące trendy – w internecie każdy może przybrać dowolną rolę, warto zatem wyćwiczyć w sobie nieufność i krytycyzm wobec kolejnych głoszonych rewelacji, a nie czekać na uregulowania prawne. Dobrze jest ta książka napisana.
Zdrowienie
W dwóch kierunkach toczy się ta opowieść. Z jednej strony to zapis efektów dziennikarskiego śledztwa – działań, które oddolnie miały spowodować wymierzenie sprawiedliwości i zahamowanie niebezpiecznego procederu. Z drugiej to historia zakrojona na szeroką skalę – dotycząca nieweryfikowanych wiadomości znajdowanych w internecie. „Kobieta, która oszukała świat. Historia Belle Gibson i największego skandalu wellness” to książka wciąż wstrząsająca, chociaż od jej powstania minęło już sporo czasu. Jednak za sprawą rozlicznych teorii spiskowych – także związanych z branżą zdrowia – warto nagłaśniać podobne przypadki i nie dopuścić do ich rozprzestrzeniania się. Nie ze względów finansowych a etycznych.
Niechlubną bohaterką tej książki jest Belle Gibson, młoda Australijka, która podbija internet. Dzieli się ze swoimi followersami przykrą informacją: lekarze wykryli u niej raka mózgu, ale Belle postanowiła porzucić medycynę konwencjonalną i wyleczyć się na własną rękę dzięki zdrowemu trybowi życia i odpowiedniej diecie. Od czasu do czasu kobieta umiejętnie podtrzymuje zainteresowanie sobą, wyznając między innymi, że pojawiły się liczne przerzuty do wielu narządów – i że zostało jej tylko kilka miesięcy życia, które planuje jak najlepiej wykorzystać. Belle na zdjęciach publikowanych w mediach społecznościowych wygląda zdrowo i zachwycająco, stanowi inspirację dla wielu chorych – daje im nadzieję i zachęca do podążania trudną, ale satysfakcjonującą drogą. Staje się przewodnikiem po branży wellness, tworzy książkę z przepisami kulinarnymi oraz aplikację – do jej drzwi puka między innymi Apple. W tym wszystkim jest tylko jeden problem: Belle Gibson nigdy nie chorowała na raka, wymyśliła sobie chorobę, a założoną przez siebie fundację wykorzystuje do zdobywania pieniędzy, które teoretycznie ma przekazywać potrzebującym.
Wątpliwości długo się nie pojawiają, dopiero po pewnym czasie przyjaciele zaczynają się zastanawiać nad prawdomównością Belle, a kiedy dochodzą do wniosku, że coś jest nie tak – a konfrontacje nie pozwalają na uzyskanie odpowiedzi – powiadamiają media. I tak skandal zaczyna wychodzić na światło dzienne. Beau Donelly i Nick Toscano próbują dojść do prawdy i odkrywają przerażające wiadomości. Historia samej Belle Gibson pełna jest wątpliwości i pytań. Ale o wiele ważniejsze staje się tutaj spojrzenie na społeczność ludzi chorych i ich bliskich. Autorzy (oraz ich rozmówcy, specjaliści z onkologii) świetnie zdają sobie sprawę z tego, że ludzie chwycą się każdej, nawet absurdalnej nadziei na wyzdrowienie. Jeśli polega to na zmianie trybu życia na zdrowszy – nie zaszkodzą sobie. Ale jeśli uwierzą w nietypowe terapie, mogą stracić majątek, czas (którego i tak mają za mało), a także życie. I to właśnie przed oszustami żerującymi na naiwności i nadziei ludzi chorych na raka przestrzega ta książka. Sprawnie napisany reportaż trzyma w napięciu i przygnębia – zwłaszcza kiedy odbiorcy zdają sobie sprawę z powszechności problemu. Internetowi oszuści bez trudu znajdą drogę do ludzi gotowych zapłacić za zdrowie – i nie ma znaczenia fakt, że owi oszuści nie zaoferują faktycznie żadnych przełomowych terapii ani leków.
I dlatego „Kobieta, która oszukała świat” to publikacja, która powinna dotrzeć do jak najszerszego grona czytelników – jako przestroga i zwrócenie uwagi na niepokojące trendy – w internecie każdy może przybrać dowolną rolę, warto zatem wyćwiczyć w sobie nieufność i krytycyzm wobec kolejnych głoszonych rewelacji, a nie czekać na uregulowania prawne. Dobrze jest ta książka napisana.
piątek, 18 kwietnia 2025
Magdalena Witkiewicz, Alek Rogoziński: Biuro M
Filia, Poznań 2018.
Kojarzenie par
Szybka powieść na poprawienie sobie humoru - Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński bawią się motywami damsko-męskimi na luzie. "Biuro M" to paleta karykatur i zbiegów okoliczności, które pozwalają się pośmiać, a nie zmuszają do głębokich refleksji i trudnych życiowych przemyśleń, nawet jeśli bohaterom niekoniecznie się w życiu układa. Barbara po trzech narzeczonych Michałach (odbitych przez jedną i tę samą Elwirkę) trafia do Miasteczka. Nie zamierza już się z nikim spotykać, za towarzysza życia wybiera sobie kota Puszysława. Nie może siedzieć w domu, a jedyne sensowne zajęcie zapewni jej biuro matrymonialne prowadzone przez ekscentryczną właścicielkę, Krystynę, co i rusz uspokajaną przez współpracowników ziółkami w kawie. Barbara w swoim stanie ducha niekoniecznie nadaje się do kojarzenia par - ale jest w stanie napisać program komputerowy, który pozwoli wyszukiwać odpowiednie dopasowania i ułatwi proces gromadzenia danych. Jacek też nie jest typem, który marzyłby o pracy w biurze matrymonialnym, ale porażki w kolejnych miejscach, do których kieruje go urząd pracy, praktycznie likwidują szansę na inne zajęcie. Jacek to mężczyzna, który odruchowo podrywa każdą napotkaną kobietę - pod warunkiem, że ta nie ubiera się w worki (jak Barbara) i wymaga męskiej opieki.
"Biuro M" to galeria barwnych postaci: w tym samym miejscu swoje pracownie mają zielarz i wróżka - pierwszy ma dużą wiedzę, ale niekoniecznie podejście do klientów, za to jego podpowiedzi związane z leczniczymi i uspokajającymi działaniami roślin są nieocenione w tak dziwnym środowisku. Druga wprawdzie nie bardzo radzi sobie z przepowiadaniem przyszłości, ale jest dobrą obserwatorką i wie, co zrobić, żeby pchnąć ludzi ku sobie w odpowiednim momencie. To dzięki ludziom dzieje się tu wiele - chociaż w pewnej chwili pojawią się nawet wątki kryminalne. "Biuro M" to powieść, w której poszukiwanie drugiej połówki zyskuje lekki wymiar - nie dzieje się tu nic wielkiego, całość bazuje na śmiechu i na powierzchownych obserwacjach - ale to wystarcza, nie trzeba tu psychologicznych wywodów, żeby dobrze się bawić. "Biuro M" przynosi rozrywkę - i to widać w każdym punkcie narracji. Cechą charakterystyczną tej książki jest także skrótowe przedstawianie życiorysów bohaterów, żeby odbiorcy mogli łatwo zorientować się w postawach bohaterów - ale też żeby nie musieli specjalnie zapamiętywać prezentowanych rewelacji. Tu trzeba zatrzymać się na poziomie aktualności, śledzić bieżące wydarzenia - komedię pomyłek i obyczajowych wpadek. Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński wiedzą, co zrobić, żeby ubarwiać rzeczywistość postaci i żeby przyciągać odbiorców za sprawą oryginalności. Nie budują skomplikowanych intryg - liczy się skecz, gag, chwila, która rozbawi. "Biuro M" to lekka powieść rozrywkowa, która nie udaje niczego innego - ale nie jest to w żadnym wypadku zarzut, to przyjemna opowieść. Bez zadęcia i o sprawach, które zostały już setki razy przegadane da się pisać - i to dość ciekawie. "Biuro M" to powieść na jeden wieczór, a przy tym - stworzona z pomysłem.
Kojarzenie par
Szybka powieść na poprawienie sobie humoru - Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński bawią się motywami damsko-męskimi na luzie. "Biuro M" to paleta karykatur i zbiegów okoliczności, które pozwalają się pośmiać, a nie zmuszają do głębokich refleksji i trudnych życiowych przemyśleń, nawet jeśli bohaterom niekoniecznie się w życiu układa. Barbara po trzech narzeczonych Michałach (odbitych przez jedną i tę samą Elwirkę) trafia do Miasteczka. Nie zamierza już się z nikim spotykać, za towarzysza życia wybiera sobie kota Puszysława. Nie może siedzieć w domu, a jedyne sensowne zajęcie zapewni jej biuro matrymonialne prowadzone przez ekscentryczną właścicielkę, Krystynę, co i rusz uspokajaną przez współpracowników ziółkami w kawie. Barbara w swoim stanie ducha niekoniecznie nadaje się do kojarzenia par - ale jest w stanie napisać program komputerowy, który pozwoli wyszukiwać odpowiednie dopasowania i ułatwi proces gromadzenia danych. Jacek też nie jest typem, który marzyłby o pracy w biurze matrymonialnym, ale porażki w kolejnych miejscach, do których kieruje go urząd pracy, praktycznie likwidują szansę na inne zajęcie. Jacek to mężczyzna, który odruchowo podrywa każdą napotkaną kobietę - pod warunkiem, że ta nie ubiera się w worki (jak Barbara) i wymaga męskiej opieki.
"Biuro M" to galeria barwnych postaci: w tym samym miejscu swoje pracownie mają zielarz i wróżka - pierwszy ma dużą wiedzę, ale niekoniecznie podejście do klientów, za to jego podpowiedzi związane z leczniczymi i uspokajającymi działaniami roślin są nieocenione w tak dziwnym środowisku. Druga wprawdzie nie bardzo radzi sobie z przepowiadaniem przyszłości, ale jest dobrą obserwatorką i wie, co zrobić, żeby pchnąć ludzi ku sobie w odpowiednim momencie. To dzięki ludziom dzieje się tu wiele - chociaż w pewnej chwili pojawią się nawet wątki kryminalne. "Biuro M" to powieść, w której poszukiwanie drugiej połówki zyskuje lekki wymiar - nie dzieje się tu nic wielkiego, całość bazuje na śmiechu i na powierzchownych obserwacjach - ale to wystarcza, nie trzeba tu psychologicznych wywodów, żeby dobrze się bawić. "Biuro M" przynosi rozrywkę - i to widać w każdym punkcie narracji. Cechą charakterystyczną tej książki jest także skrótowe przedstawianie życiorysów bohaterów, żeby odbiorcy mogli łatwo zorientować się w postawach bohaterów - ale też żeby nie musieli specjalnie zapamiętywać prezentowanych rewelacji. Tu trzeba zatrzymać się na poziomie aktualności, śledzić bieżące wydarzenia - komedię pomyłek i obyczajowych wpadek. Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński wiedzą, co zrobić, żeby ubarwiać rzeczywistość postaci i żeby przyciągać odbiorców za sprawą oryginalności. Nie budują skomplikowanych intryg - liczy się skecz, gag, chwila, która rozbawi. "Biuro M" to lekka powieść rozrywkowa, która nie udaje niczego innego - ale nie jest to w żadnym wypadku zarzut, to przyjemna opowieść. Bez zadęcia i o sprawach, które zostały już setki razy przegadane da się pisać - i to dość ciekawie. "Biuro M" to powieść na jeden wieczór, a przy tym - stworzona z pomysłem.
niedziela, 10 listopada 2024
Marta Obuch: Nieziemski spadek
Filia, Poznań 2024.
Więzi rodzinne
Marta Obuch w tej książce walczy sama ze sobą - i odnosi sukces. "Nieziemski spadek" to kolejna propozycja komedii kryminalnej z elementami nieco romantycznymi, ale tym razem znacznie więcej jest w treści psychologicznych wstawek, porad i inspiracji. Wszystko przez to, że Hanka, bohaterka książki, boryka się z wyzwaniami płynącymi z zachowań najbliższych. Tęskni za mamą, która rok wcześniej zmarła na raka trzustki - ale odkrywa nową postać ze swojej rodziny, babcię Krystynę. Krystyna jest mocno ekscentryczna, rozpaczliwie próbuje ukryć oznaki starzenia się, szasta pieniędzmi i ma mnóstwo wad - otacza się jednak całym szeregiem ludzi, którym płaci za wykonywanie rozmaitych domowych obowiązków. Pragnie jednak dożyć swoich dni w towarzystwie kogoś z rodziny i dlatego przypomina sobie o wnuczce, której wcześniej nie chciała znać. Ale Krystyna to nie jedyna zwichrowana osobowość w otoczeniu Hanki. Kobieta nauczyła się już, jak egzystować z narcystycznym ojcem - wie, że to relacja toksyczna i wypracowała sobie własne sposoby na zachowanie zdrowych zmysłów. Sposobami na krzywdzące relacje dzieli się z odbiorcami: i wyjątkowo nie jest to porada w stylu "uciekaj i zerwij wszelkie kontakty". To, czego dokonuje Hanka, jest wyjątkowo trudne i nie każdemu może się udać - jednak stałe przypominanie o wyjściu z trudnej sytuacji może dać nadzieję czytelniczkom również tłamszonym przez bliskich.
Hanka ma zamiar połaszczyć się na spadek (chociaż babcia żyje i ma się dobrze, wbrew zapowiedziom). Ale w związku z tym powinna rozwiązać zagadkę kryminalną. W willi, w której zaczyna mieszkać z babcią, dzieje się coś dziwnego, gospodyni, która ukrywa nieumiejętność gotowania, dostaje anonimy, ogrodnik nie zna się na roślinach za to idealnie zna się na nich fizjoterapeuta (który z kolei technik masażu uczy się z internetowych kursów). Barwna osobowość babci przy tym zdecydowanie blednie. A atmosfera się zagęszcza: coraz więcej jest zagrożeń i coraz więcej przykrych niespodzianek. Skoro Hanka postanowiła, że zamieszka z babcią, chciałaby czuć się bezpiecznie - tymczasem pojawiają się pierwsze zwłoki i potencjał na kolejne trupy. Zagadka z przeszłości, zestaw pułapek, aktualne problemy - to wszystko sprawia, że chce się czytać tę powieść i kibicować bohaterce. Hanka przecież nie jest idealna, ani nie aspiruje do takiego miana. To kobieta, która radzi sobie jak może ze swoją codziennością, jest sobą i dzięki temu daje się lubić. W powieści nie zabraknie też komisarza Marchewki, którego sprawy rodzinne i osobiste doświadczenia mocno wpłyną na budowanie nowych relacji nie tylko na płaszczyźnie zawodowej. Trochę mniej tu może dowcipu, ale Marta Obuch dzieli się z czytelnikami optymizmem i przepisami na szczęście w normalnym życiu. Snuje intrygę kryminalną, żeby odbiorcy mogli zastanawiać się razem z bohaterką, co dzieje się w willi babci Krystyny. Słowem - proponuje autorka kolejne zabawne czytadło z kryminałem w tle, "Nieziemski spadek" nie zawiedzie tych, którzy po książki Marty Obuch sięgają dla rozrywki i przyjemności.
Więzi rodzinne
Marta Obuch w tej książce walczy sama ze sobą - i odnosi sukces. "Nieziemski spadek" to kolejna propozycja komedii kryminalnej z elementami nieco romantycznymi, ale tym razem znacznie więcej jest w treści psychologicznych wstawek, porad i inspiracji. Wszystko przez to, że Hanka, bohaterka książki, boryka się z wyzwaniami płynącymi z zachowań najbliższych. Tęskni za mamą, która rok wcześniej zmarła na raka trzustki - ale odkrywa nową postać ze swojej rodziny, babcię Krystynę. Krystyna jest mocno ekscentryczna, rozpaczliwie próbuje ukryć oznaki starzenia się, szasta pieniędzmi i ma mnóstwo wad - otacza się jednak całym szeregiem ludzi, którym płaci za wykonywanie rozmaitych domowych obowiązków. Pragnie jednak dożyć swoich dni w towarzystwie kogoś z rodziny i dlatego przypomina sobie o wnuczce, której wcześniej nie chciała znać. Ale Krystyna to nie jedyna zwichrowana osobowość w otoczeniu Hanki. Kobieta nauczyła się już, jak egzystować z narcystycznym ojcem - wie, że to relacja toksyczna i wypracowała sobie własne sposoby na zachowanie zdrowych zmysłów. Sposobami na krzywdzące relacje dzieli się z odbiorcami: i wyjątkowo nie jest to porada w stylu "uciekaj i zerwij wszelkie kontakty". To, czego dokonuje Hanka, jest wyjątkowo trudne i nie każdemu może się udać - jednak stałe przypominanie o wyjściu z trudnej sytuacji może dać nadzieję czytelniczkom również tłamszonym przez bliskich.
Hanka ma zamiar połaszczyć się na spadek (chociaż babcia żyje i ma się dobrze, wbrew zapowiedziom). Ale w związku z tym powinna rozwiązać zagadkę kryminalną. W willi, w której zaczyna mieszkać z babcią, dzieje się coś dziwnego, gospodyni, która ukrywa nieumiejętność gotowania, dostaje anonimy, ogrodnik nie zna się na roślinach za to idealnie zna się na nich fizjoterapeuta (który z kolei technik masażu uczy się z internetowych kursów). Barwna osobowość babci przy tym zdecydowanie blednie. A atmosfera się zagęszcza: coraz więcej jest zagrożeń i coraz więcej przykrych niespodzianek. Skoro Hanka postanowiła, że zamieszka z babcią, chciałaby czuć się bezpiecznie - tymczasem pojawiają się pierwsze zwłoki i potencjał na kolejne trupy. Zagadka z przeszłości, zestaw pułapek, aktualne problemy - to wszystko sprawia, że chce się czytać tę powieść i kibicować bohaterce. Hanka przecież nie jest idealna, ani nie aspiruje do takiego miana. To kobieta, która radzi sobie jak może ze swoją codziennością, jest sobą i dzięki temu daje się lubić. W powieści nie zabraknie też komisarza Marchewki, którego sprawy rodzinne i osobiste doświadczenia mocno wpłyną na budowanie nowych relacji nie tylko na płaszczyźnie zawodowej. Trochę mniej tu może dowcipu, ale Marta Obuch dzieli się z czytelnikami optymizmem i przepisami na szczęście w normalnym życiu. Snuje intrygę kryminalną, żeby odbiorcy mogli zastanawiać się razem z bohaterką, co dzieje się w willi babci Krystyny. Słowem - proponuje autorka kolejne zabawne czytadło z kryminałem w tle, "Nieziemski spadek" nie zawiedzie tych, którzy po książki Marty Obuch sięgają dla rozrywki i przyjemności.
czwartek, 15 lutego 2024
Marta Obuch: Ja tu tylko zabijam
Filia, Poznań 2024.
Uczelnia
Marta Obuch ma dość prosty przepis na romantyczne komedie kryminalne: pojawia się kobieta, która akurat (z różnych powodów) nie jest w żadnym związku i zaczyna ją ten stan uwierać, więc natychmiast na horyzoncie majaczy ktoś, kto mógłby się nadać na partnera – i to nie byle jakiego. Ale ten ktoś, nie żaden superheros, zwyczajny i sympatyczny typ (z różnymi od początku wyraźnymi wadami i równoważącymi je zaletami) zyskuje błyskawicznie konkurenta w postaci przystojniaka ze snów – kobieta musi sparzyć się na przystojniaku, żeby móc już bez przeszkód budować dobry związek z kimś zwyczajnym. W tle pojawia się śledztwo, zagadka kryminalna, którą trzeba rozwiązać, bo za bardzo ingeruje w codzienność, żeby dać sobie z nią spokój. Do tego garść informacji powiązanych z zawodami bohaterów, tak, żeby zasugerować odbiorcom wniknięcie w przedstawiany świat. Całość okazuje się zabawna i miła – i tego wrażenia nie są w stanie zatrzeć ani jednokierunkowość scenariusza, ani upodobanie do akcentowanych od czasu do czasu zabaw słownych.
Nie inaczej jest z „Ja tu tylko zabijam”: to powieść, którą autorka osadza w realiach Uniwersytetu Śląskiego i bazuje – przynajmniej częściowo – na charakterach prawdziwych wykładowców. Jest tu Tosia, doktorantka, która zatrudnia się jako pomoc domowa u jednego profesora. Tosia nie potrafi dogadać się z despotyczną i toksyczną matką, w związku z czym w pewnym momencie wyprowadza się z domu i trafia do swojego najlepszego przyjaciela, Lulka. Lulka friendzone mocno gniecie, jednak niedwuznaczne aluzje Tosia ignoruje. Wszystko zaczyna się zmieniać pod wpływem niebezpieczeństwa – całego szeregu niewytłumaczonych zjawisk, w których ofiarą może stać się profesor (a przy których, dziwnym zrządzeniem losu, Tosia przeważnie się znajduje). Rozgrywa się tu zatem równolegle kilka wątków: Tosia musi uporać się ze sprawami w domu rodzinnym, jej rodzice mają zresztą własną oryginalną metodę na swoją relację. Profesorowie prowadzą własne, oderwane od przyziemności, dysputy, czasami starają się lekceważyć niebezpieczeństwo, ale nie zawsze im się to udaje. Do tego komisarz Marchewka – lubiany przez czytelników bohater poprzednich tomów powraca tutaj z zupełnie nieoczekiwanym kryzysem, który przyczynia się do jego chwilowego upadku. Lulek nie walczy ze stereotypami na temat powierzchownych ocen (a szkoda…). Jakby tego było mało, jest tu też pies, który daje się pokochać za własną wyjątkowość i superprzystojniak, który pokochać się nie da za nic w świecie. Pikanterii dodają plany Tosi na osiągnięcie orgazmu (chociaż starania mogą być frustrujące) i pomysły na nietuzinkowe scenariusze w sypialni. Jest tu sporo powodów do śmiechu i niewiele możliwości wyprzedzenia rozwiązania kryminalnej intrygi – Marta Obuch proponuje czytelnikom raczej zabawę polegającą na śledzeniu biegu wydarzeń i galerii charakterów niż analizowanie śladów pozostawianych przez przestępców. Jest „Ja tu tylko zabijam” zabawną lekturą rozrywkową, w sam raz dla wszystkich fanów komedii kryminalnych z mocno rozbudowanym wątkiem obyczajowym.
Uczelnia
Marta Obuch ma dość prosty przepis na romantyczne komedie kryminalne: pojawia się kobieta, która akurat (z różnych powodów) nie jest w żadnym związku i zaczyna ją ten stan uwierać, więc natychmiast na horyzoncie majaczy ktoś, kto mógłby się nadać na partnera – i to nie byle jakiego. Ale ten ktoś, nie żaden superheros, zwyczajny i sympatyczny typ (z różnymi od początku wyraźnymi wadami i równoważącymi je zaletami) zyskuje błyskawicznie konkurenta w postaci przystojniaka ze snów – kobieta musi sparzyć się na przystojniaku, żeby móc już bez przeszkód budować dobry związek z kimś zwyczajnym. W tle pojawia się śledztwo, zagadka kryminalna, którą trzeba rozwiązać, bo za bardzo ingeruje w codzienność, żeby dać sobie z nią spokój. Do tego garść informacji powiązanych z zawodami bohaterów, tak, żeby zasugerować odbiorcom wniknięcie w przedstawiany świat. Całość okazuje się zabawna i miła – i tego wrażenia nie są w stanie zatrzeć ani jednokierunkowość scenariusza, ani upodobanie do akcentowanych od czasu do czasu zabaw słownych.
Nie inaczej jest z „Ja tu tylko zabijam”: to powieść, którą autorka osadza w realiach Uniwersytetu Śląskiego i bazuje – przynajmniej częściowo – na charakterach prawdziwych wykładowców. Jest tu Tosia, doktorantka, która zatrudnia się jako pomoc domowa u jednego profesora. Tosia nie potrafi dogadać się z despotyczną i toksyczną matką, w związku z czym w pewnym momencie wyprowadza się z domu i trafia do swojego najlepszego przyjaciela, Lulka. Lulka friendzone mocno gniecie, jednak niedwuznaczne aluzje Tosia ignoruje. Wszystko zaczyna się zmieniać pod wpływem niebezpieczeństwa – całego szeregu niewytłumaczonych zjawisk, w których ofiarą może stać się profesor (a przy których, dziwnym zrządzeniem losu, Tosia przeważnie się znajduje). Rozgrywa się tu zatem równolegle kilka wątków: Tosia musi uporać się ze sprawami w domu rodzinnym, jej rodzice mają zresztą własną oryginalną metodę na swoją relację. Profesorowie prowadzą własne, oderwane od przyziemności, dysputy, czasami starają się lekceważyć niebezpieczeństwo, ale nie zawsze im się to udaje. Do tego komisarz Marchewka – lubiany przez czytelników bohater poprzednich tomów powraca tutaj z zupełnie nieoczekiwanym kryzysem, który przyczynia się do jego chwilowego upadku. Lulek nie walczy ze stereotypami na temat powierzchownych ocen (a szkoda…). Jakby tego było mało, jest tu też pies, który daje się pokochać za własną wyjątkowość i superprzystojniak, który pokochać się nie da za nic w świecie. Pikanterii dodają plany Tosi na osiągnięcie orgazmu (chociaż starania mogą być frustrujące) i pomysły na nietuzinkowe scenariusze w sypialni. Jest tu sporo powodów do śmiechu i niewiele możliwości wyprzedzenia rozwiązania kryminalnej intrygi – Marta Obuch proponuje czytelnikom raczej zabawę polegającą na śledzeniu biegu wydarzeń i galerii charakterów niż analizowanie śladów pozostawianych przez przestępców. Jest „Ja tu tylko zabijam” zabawną lekturą rozrywkową, w sam raz dla wszystkich fanów komedii kryminalnych z mocno rozbudowanym wątkiem obyczajowym.
wtorek, 31 października 2023
Barbara Kingsolver: Demon Copperhead
Filia, Warszawa 2023.
Życie odnalezione
Olbrzymią powieść wzorowaną na dziele Dickensa proponuje Barbara Kingsolver - "Demon Copperhead", dzisiejsze wcielenie Davida Copperfielda to prozatorski popis i przepis na wykorzystanie tematów znanych. Bo przecież autorka nie tworzy tutaj nowych treści, bazuje na tym, co znane i sprawdzone, przeprowadza czytelników przez doświadczenia Damona (zwanego od dzieciństwa Demonem) i pokazuje jego poplątane losy. Szczególnie ciężko doświadcza bohatera w jego dzieciństwie. Demona spotyka wszystko, co najgorsze - tylko po to, żeby udało się go zahartować. Samotna nastolatka z uzależnieniami nie radzi sobie ze sobą, a co dopiero z nieplanowanym dzieckiem - Demon pojawia się w najmniej gościnnym miejscu na świecie i od pierwszych minut życia musi radzić sobie niemal sam. Nie pomagają później ani znajomości matki, ani przedsiębiorczość, jakiej chłopak bardzo szybko się nauczy. Dzieci z patologicznych domów muszą dojrzewać szybciej, Demon błyskawicznie traci nadzieję na poprawę swoich warunków. Na szczęście może przynajmniej na początku liczyć na rodzinę swojego najlepszego przyjaciela - ale nawet i to może spotkać się z krytyką najbliższego otoczenia. Chłopak powinien nauczyć się, jak to jest liczyć wyłącznie na siebie, tak dla niego będzie najbezpieczniej i wiązać się to będzie ze znacznie mniejszą liczbą rozczarowań. Barbara Kingsolver nie chce ani na moment dać bohaterowi odpocząć, zamienia go w dzisiejszego Hioba, niszczy wszystko, na czym Demonowi kiedykolwiek może zależeć - bo to rozbudzi ciekawość czytelników, wyzwoli pytania o to, jak chłopak poradzi sobie w maksymalnie niegościnnym świecie. Z czasem Demon coraz lepiej odnajduje się w rzeczywistości, ale nie oznacza to, że będzie miał mniej problemów i zmartwień. Bohater zawiera kolejne znajomości i nie może liczyć na to, że któraś z nich poprawi jego warunki bytowe - autorka pilnuje tego, żeby Demon miał zawsze pod górkę i żeby rozczarowywał się zawsze, gdy będzie mu się wydawało, że już wszystko może się ułożyć. "Demon Copperhead to typowa powieść środka, początkowo historia o dojrzewaniu - bo bardzo dużo energii autorka wkłada w to, żeby ukazać codzienność ciężko doświadczanego przez życie dziecka - później już obraz psychologicznych przemian postaci. "Demon Copperhead" to apetyczna proza, która zmienia się i dojrzewa razem z bohaterem.
Oczywiście Barbara Kingsolver nie zamierza zatrzymywać się w trakcie przeprowadzanych obserwacji, mówi czytelnikom wszystko, co da się o bohaterze w konkretnym etapie jego życia powiedzieć, ale pamięta przy tym, jak ważne są punkty przełomowe. Puentuje każdy rozdział egzystencji Demona, podsuwa mu coraz to nowe wyzwania, które pozwolą czytelnikom na dokonywanie oceny charakteru przemian. Demon Copperhead testuje dla odbiorców to, ile człowiek jest w stanie znieść - i w jakie piekło może wpakować się na własne życzenie, kiedy już ma szansę decydowania o swoich losach. A to z kolei cenna lekcja dla wszystkich, którzy sięgną po tom. Barbara Kingsolver stawia na narrację w starym stylu, czasem w ogóle podbarwianą dialektami - zależy jej na epice z rozmachem, na możliwości powiedzenia czegoś więcej niż w dzisiejszym zabieganiu oczekują odbiorcy.
Życie odnalezione
Olbrzymią powieść wzorowaną na dziele Dickensa proponuje Barbara Kingsolver - "Demon Copperhead", dzisiejsze wcielenie Davida Copperfielda to prozatorski popis i przepis na wykorzystanie tematów znanych. Bo przecież autorka nie tworzy tutaj nowych treści, bazuje na tym, co znane i sprawdzone, przeprowadza czytelników przez doświadczenia Damona (zwanego od dzieciństwa Demonem) i pokazuje jego poplątane losy. Szczególnie ciężko doświadcza bohatera w jego dzieciństwie. Demona spotyka wszystko, co najgorsze - tylko po to, żeby udało się go zahartować. Samotna nastolatka z uzależnieniami nie radzi sobie ze sobą, a co dopiero z nieplanowanym dzieckiem - Demon pojawia się w najmniej gościnnym miejscu na świecie i od pierwszych minut życia musi radzić sobie niemal sam. Nie pomagają później ani znajomości matki, ani przedsiębiorczość, jakiej chłopak bardzo szybko się nauczy. Dzieci z patologicznych domów muszą dojrzewać szybciej, Demon błyskawicznie traci nadzieję na poprawę swoich warunków. Na szczęście może przynajmniej na początku liczyć na rodzinę swojego najlepszego przyjaciela - ale nawet i to może spotkać się z krytyką najbliższego otoczenia. Chłopak powinien nauczyć się, jak to jest liczyć wyłącznie na siebie, tak dla niego będzie najbezpieczniej i wiązać się to będzie ze znacznie mniejszą liczbą rozczarowań. Barbara Kingsolver nie chce ani na moment dać bohaterowi odpocząć, zamienia go w dzisiejszego Hioba, niszczy wszystko, na czym Demonowi kiedykolwiek może zależeć - bo to rozbudzi ciekawość czytelników, wyzwoli pytania o to, jak chłopak poradzi sobie w maksymalnie niegościnnym świecie. Z czasem Demon coraz lepiej odnajduje się w rzeczywistości, ale nie oznacza to, że będzie miał mniej problemów i zmartwień. Bohater zawiera kolejne znajomości i nie może liczyć na to, że któraś z nich poprawi jego warunki bytowe - autorka pilnuje tego, żeby Demon miał zawsze pod górkę i żeby rozczarowywał się zawsze, gdy będzie mu się wydawało, że już wszystko może się ułożyć. "Demon Copperhead to typowa powieść środka, początkowo historia o dojrzewaniu - bo bardzo dużo energii autorka wkłada w to, żeby ukazać codzienność ciężko doświadczanego przez życie dziecka - później już obraz psychologicznych przemian postaci. "Demon Copperhead" to apetyczna proza, która zmienia się i dojrzewa razem z bohaterem.
Oczywiście Barbara Kingsolver nie zamierza zatrzymywać się w trakcie przeprowadzanych obserwacji, mówi czytelnikom wszystko, co da się o bohaterze w konkretnym etapie jego życia powiedzieć, ale pamięta przy tym, jak ważne są punkty przełomowe. Puentuje każdy rozdział egzystencji Demona, podsuwa mu coraz to nowe wyzwania, które pozwolą czytelnikom na dokonywanie oceny charakteru przemian. Demon Copperhead testuje dla odbiorców to, ile człowiek jest w stanie znieść - i w jakie piekło może wpakować się na własne życzenie, kiedy już ma szansę decydowania o swoich losach. A to z kolei cenna lekcja dla wszystkich, którzy sięgną po tom. Barbara Kingsolver stawia na narrację w starym stylu, czasem w ogóle podbarwianą dialektami - zależy jej na epice z rozmachem, na możliwości powiedzenia czegoś więcej niż w dzisiejszym zabieganiu oczekują odbiorcy.
sobota, 28 stycznia 2023
Agnieszka Krawczyk: Dobre uczynki
Filia, Poznań 2018.
Plany
Mieszkańcy Kamienicy Pod Złotą Gwiazdą mają sporo do przemyślenia. Spotykają się wciąż, żeby przedyskutować kolejne pomysły związane z zagospodardowaniem podwórek i pomieszczeń wspólnych: chodzi o to, żeby wypracować jak najlepsze dla wszystkich rozwiązania. Do tego jednak potrzebna jest dobra wola i chęć współpracy, a to nie wszystkim odpowiada. Zresztą - być może niektórzy po prostu nie potrafią wierzyć w ludzi i w bezinteresowne dobro, za to nauczyli się walczyć o własne interesy za wszelką cenę. Tego Agnieszka Krawczyk nie rozstrzyga, chociaż swoim negatywnym postaciom serwuje czasami drobne kazania i wskazówki życiowe. Liczy prawdopodobnie na to, że przekonają one odbiorców do wprowadzania w życie podobnych reguł. Jeszcze jeden temat "edukacyjny" się tu pojawia: oto jedna z bohaterek cierpi na coraz bardziej intensywne i dokuczliwe bóle głowy. Próbuje sobie z nimi radzić na własną rękę, nie chce iść do lekarza - bliscy szykują podstęp, żeby nakłonić ją do badań. I tu Agnieszka Krawczyk znów podsuwa czytelniczkom schemat postępowania, nie dopuszcza do siebie w ogóle myśli, że ktoś mógłby podjąć inną decyzję niż ta sugerowana.
Jest w "Dobrych uczynkach" kilka ważnych zagadnień, które napędzają fabułę. Z jednej strony wkracza autorka w historię - próbuje prześledzić losy poprzednich właścicieli kamienicy, zahacza o dramaty wojenne i o motyw bezinteresownego dobra w ratowaniu innych. Z drugiej strony pojawiają się tu motywy z teraźniejszości, na które warto zwrócić uwagę: między innymi idea ogrodów społecznych oraz kwestia integracji (w postaci ośrodka dla dzieci ze specjalnymi potrzebami). Rodzinne sekrety i problemy, które pojawiają się przypadkiem, nie zmącą poczucia wspólnoty czy nawet szczęścia - w "Dobrych uczynkach" Agnieszka Krawczyk dba o to, żeby czytelniczki pokrzepiać i zapewniać im obietnicę rozwiązywania wszystkich kłopotów. Zapewnia nadzieję, chce przywracać wiarę w ludzi. Tutaj każdy może komuś pomóc, każdy może zrobić coś, co lokalnej społeczności przyniesie radość. Mieszkańcy Kamienicy Pod Złotą Gwiazdą uczą, jak działać w niewielkiej wspólnocie, jak rozwiązywać potencjalne konflikty, ale też jak radzić sobie z toksycznymi osobami, z ludźmi, którzy po prostu nie mają ochoty się zmieniać i nie przyjmują do wiadomości, że ich filozofia życiowa kogoś rani. Nauczycieli, co robić, żeby żyć w zgodzie z innymi, jest tu mnóstwo, na szczęście Agnieszka Krawczyk stosunkowo rzadko wybiera prawienie morałów i dobitne komentarze wychowawcze. Są, i to w bezpośrednich rozmowach, żeby na pewno trafiły pod właściwy w powieści adres - ale nie ulega wątpliwości, że autorka wysyła je w stronę czytelniczek. Pisze jak zwykle ciepło i emocjonalnie, tak, żeby przyciągnąć odbiorczynie do świata, który zamienia się w azyl. Nie szuka tym razem ucieczki w scenariusz romansowy, pozwala na odpoczynek od najbardziej wyeksploatowanych scenariuszy. Przekonuje czytelniczki, że rozumie je i zna ich potrzeby, nie będzie podporządkowywać się rynkowym modom, skoro świetnie udaje jej się tworzyć obyczajowe historie wypełnione ciekawymi wątkami. Czyta się tę powieść bardzo dobrze, oczywiście autorka umiejętnie buduje napięcie, żeby przyciągnąć do trzeciego tomu - ale nie zawodzi i jest w stanie dostarczyć sporo emocji.
Plany
Mieszkańcy Kamienicy Pod Złotą Gwiazdą mają sporo do przemyślenia. Spotykają się wciąż, żeby przedyskutować kolejne pomysły związane z zagospodardowaniem podwórek i pomieszczeń wspólnych: chodzi o to, żeby wypracować jak najlepsze dla wszystkich rozwiązania. Do tego jednak potrzebna jest dobra wola i chęć współpracy, a to nie wszystkim odpowiada. Zresztą - być może niektórzy po prostu nie potrafią wierzyć w ludzi i w bezinteresowne dobro, za to nauczyli się walczyć o własne interesy za wszelką cenę. Tego Agnieszka Krawczyk nie rozstrzyga, chociaż swoim negatywnym postaciom serwuje czasami drobne kazania i wskazówki życiowe. Liczy prawdopodobnie na to, że przekonają one odbiorców do wprowadzania w życie podobnych reguł. Jeszcze jeden temat "edukacyjny" się tu pojawia: oto jedna z bohaterek cierpi na coraz bardziej intensywne i dokuczliwe bóle głowy. Próbuje sobie z nimi radzić na własną rękę, nie chce iść do lekarza - bliscy szykują podstęp, żeby nakłonić ją do badań. I tu Agnieszka Krawczyk znów podsuwa czytelniczkom schemat postępowania, nie dopuszcza do siebie w ogóle myśli, że ktoś mógłby podjąć inną decyzję niż ta sugerowana.
Jest w "Dobrych uczynkach" kilka ważnych zagadnień, które napędzają fabułę. Z jednej strony wkracza autorka w historię - próbuje prześledzić losy poprzednich właścicieli kamienicy, zahacza o dramaty wojenne i o motyw bezinteresownego dobra w ratowaniu innych. Z drugiej strony pojawiają się tu motywy z teraźniejszości, na które warto zwrócić uwagę: między innymi idea ogrodów społecznych oraz kwestia integracji (w postaci ośrodka dla dzieci ze specjalnymi potrzebami). Rodzinne sekrety i problemy, które pojawiają się przypadkiem, nie zmącą poczucia wspólnoty czy nawet szczęścia - w "Dobrych uczynkach" Agnieszka Krawczyk dba o to, żeby czytelniczki pokrzepiać i zapewniać im obietnicę rozwiązywania wszystkich kłopotów. Zapewnia nadzieję, chce przywracać wiarę w ludzi. Tutaj każdy może komuś pomóc, każdy może zrobić coś, co lokalnej społeczności przyniesie radość. Mieszkańcy Kamienicy Pod Złotą Gwiazdą uczą, jak działać w niewielkiej wspólnocie, jak rozwiązywać potencjalne konflikty, ale też jak radzić sobie z toksycznymi osobami, z ludźmi, którzy po prostu nie mają ochoty się zmieniać i nie przyjmują do wiadomości, że ich filozofia życiowa kogoś rani. Nauczycieli, co robić, żeby żyć w zgodzie z innymi, jest tu mnóstwo, na szczęście Agnieszka Krawczyk stosunkowo rzadko wybiera prawienie morałów i dobitne komentarze wychowawcze. Są, i to w bezpośrednich rozmowach, żeby na pewno trafiły pod właściwy w powieści adres - ale nie ulega wątpliwości, że autorka wysyła je w stronę czytelniczek. Pisze jak zwykle ciepło i emocjonalnie, tak, żeby przyciągnąć odbiorczynie do świata, który zamienia się w azyl. Nie szuka tym razem ucieczki w scenariusz romansowy, pozwala na odpoczynek od najbardziej wyeksploatowanych scenariuszy. Przekonuje czytelniczki, że rozumie je i zna ich potrzeby, nie będzie podporządkowywać się rynkowym modom, skoro świetnie udaje jej się tworzyć obyczajowe historie wypełnione ciekawymi wątkami. Czyta się tę powieść bardzo dobrze, oczywiście autorka umiejętnie buduje napięcie, żeby przyciągnąć do trzeciego tomu - ale nie zawodzi i jest w stanie dostarczyć sporo emocji.
wtorek, 24 stycznia 2023
Agnieszka Krawczyk: Uzdrowicielka
Filia, Poznań 2021.
Zacisze
Po "Warkoczu plecionym z kwiatów" w serii Leśne Ustronie Agnieszka Krawczyk przychodzi z apetycznym obszernym tomem "Uzdrowicielka", w którym dzieje się nieco więcej i nieco intensywniej. Kolejne miesiące (jesienne) to okazja do przypomnienia, jakie rośliny w tym czasie kwitną, które się zbiera i jakimi właściwościami się cechują. We wstępach do kolejnych części książki pojawiają się też motywacyjne zadania i wyzwania dla odbiorczyń, które potrzebują takiego impulsu, żeby zyskać namiastkę pracy nad sobą. Można tak naprawdę te wstawki pomijać - bo w samej powieści nie odgrywają ważnej roli, stanowią dodatek, który ma uprawdopodobnić narrację i zaspokoić ciekawość pań podążających za literacką modą. Teraz szczególnym powodzeniem cieszą się "zielarskie" historie, więc nic dziwnego, że i Agnieszka Krawczyk dodaje do swojej powieści wstawki, które pasują do trendów. W samej akcji realizuje schemat znany wcześniej i wykorzystywany wiele razy - dotyczący azylu w małej miejscowości, z życzliwymi sąsiadami i możliwością rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Tym razem to Zośka chowa się przed światem. Po wypadku, po którym zostały jej na twarzy blizny, wpada w kompleksy i próbuje uciekać od ludzi. W spadku po Zazulinie, miejscowej znachorce, Zośka otrzymuje rozpadający się dom - mogłaby tu zamieszkać, gdyby nie rodzina, która przypomniała sobie nagle o zmarłej ciotce i usiłuje dochodzić swoich praw niekoniecznie legalnie. Zośka tymczasem nie chce konfliktów i wycofuje się, gdy trzeba zawalczyć. Dlatego też zresztą nie pozwala sobie na rozwijanie uczucia do Mariusza. Sąsiad jest zawsze w pobliżu i służy pomocą, kiedy trzeba - ale właśnie wróciła do niego dawna narzeczona, a to oznacza, że będzie próbował odbudować swój związek i znaleźć szczęście w tej relacji. Zresztą w domu Mariusza jest pełno ludzi: sprowadza się do niego również siostra z dzieckiem. Rezolutna dziewczynka sprawdza się jako opiekunka wyjątkowo niesfornej kozy, jej matka boryka się z rozwodowymi problemami. Ale przecież w Nieznajomce wszystkie problemy muszą się jakoś rozwiązać. Nawet te rodzinne, kiedy dorosły syn przez lata nie potrafi wybaczyć ojcu zdrady. Antoni Szeptyna przygotowuje swoją drugą książkę - bo pierwsza spotkała się z wyjątkowo serdecznym przyjęciem, także dzięki Zośce, która szuka inspiracji w "codziennych źródłach mocy" (jej wpisy internetowe przytaczane w narracji pobrzmiewają naiwnie, ale mogą stać się bodźcem do działania dla części odbiorczyń - wszystkie czytelniczki, które dostrzegą w tym infantylizm, mogą bez szkody dla całości pomijać te jednoakapitowe wynurzenia). "Uzdrowicielka" to zestaw codziennych trosk zatopionych w zwykłej ludzkiej serdeczności i w wierze, że los wszystko wyprostuje i wynagrodzi. Jest to powieść krzepiąca i przyjemna, nawet mimo przejściowych trudności różnych bohaterów - Agnieszka Krawczyk wie, jak zapraszać do przyjaznego świata i nie przestraszyć odbiorczyń, a zapewnić im wsparcie. To powieść dla pań, które potrzebują wyciszenia i odpoczynku od zwykłych zmartwień - i które zamierzają z natury czerpać energię do działania.
Zacisze
Po "Warkoczu plecionym z kwiatów" w serii Leśne Ustronie Agnieszka Krawczyk przychodzi z apetycznym obszernym tomem "Uzdrowicielka", w którym dzieje się nieco więcej i nieco intensywniej. Kolejne miesiące (jesienne) to okazja do przypomnienia, jakie rośliny w tym czasie kwitną, które się zbiera i jakimi właściwościami się cechują. We wstępach do kolejnych części książki pojawiają się też motywacyjne zadania i wyzwania dla odbiorczyń, które potrzebują takiego impulsu, żeby zyskać namiastkę pracy nad sobą. Można tak naprawdę te wstawki pomijać - bo w samej powieści nie odgrywają ważnej roli, stanowią dodatek, który ma uprawdopodobnić narrację i zaspokoić ciekawość pań podążających za literacką modą. Teraz szczególnym powodzeniem cieszą się "zielarskie" historie, więc nic dziwnego, że i Agnieszka Krawczyk dodaje do swojej powieści wstawki, które pasują do trendów. W samej akcji realizuje schemat znany wcześniej i wykorzystywany wiele razy - dotyczący azylu w małej miejscowości, z życzliwymi sąsiadami i możliwością rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Tym razem to Zośka chowa się przed światem. Po wypadku, po którym zostały jej na twarzy blizny, wpada w kompleksy i próbuje uciekać od ludzi. W spadku po Zazulinie, miejscowej znachorce, Zośka otrzymuje rozpadający się dom - mogłaby tu zamieszkać, gdyby nie rodzina, która przypomniała sobie nagle o zmarłej ciotce i usiłuje dochodzić swoich praw niekoniecznie legalnie. Zośka tymczasem nie chce konfliktów i wycofuje się, gdy trzeba zawalczyć. Dlatego też zresztą nie pozwala sobie na rozwijanie uczucia do Mariusza. Sąsiad jest zawsze w pobliżu i służy pomocą, kiedy trzeba - ale właśnie wróciła do niego dawna narzeczona, a to oznacza, że będzie próbował odbudować swój związek i znaleźć szczęście w tej relacji. Zresztą w domu Mariusza jest pełno ludzi: sprowadza się do niego również siostra z dzieckiem. Rezolutna dziewczynka sprawdza się jako opiekunka wyjątkowo niesfornej kozy, jej matka boryka się z rozwodowymi problemami. Ale przecież w Nieznajomce wszystkie problemy muszą się jakoś rozwiązać. Nawet te rodzinne, kiedy dorosły syn przez lata nie potrafi wybaczyć ojcu zdrady. Antoni Szeptyna przygotowuje swoją drugą książkę - bo pierwsza spotkała się z wyjątkowo serdecznym przyjęciem, także dzięki Zośce, która szuka inspiracji w "codziennych źródłach mocy" (jej wpisy internetowe przytaczane w narracji pobrzmiewają naiwnie, ale mogą stać się bodźcem do działania dla części odbiorczyń - wszystkie czytelniczki, które dostrzegą w tym infantylizm, mogą bez szkody dla całości pomijać te jednoakapitowe wynurzenia). "Uzdrowicielka" to zestaw codziennych trosk zatopionych w zwykłej ludzkiej serdeczności i w wierze, że los wszystko wyprostuje i wynagrodzi. Jest to powieść krzepiąca i przyjemna, nawet mimo przejściowych trudności różnych bohaterów - Agnieszka Krawczyk wie, jak zapraszać do przyjaznego świata i nie przestraszyć odbiorczyń, a zapewnić im wsparcie. To powieść dla pań, które potrzebują wyciszenia i odpoczynku od zwykłych zmartwień - i które zamierzają z natury czerpać energię do działania.
wtorek, 2 listopada 2021
Agnieszka Krawczyk: Warkocz spleciony z kwiatów
Filia, Warszawa 2021.
TaniaKsiazka.pl
Z łąki
"Warkocz spleciony z kwiatów", powieść Agnieszki Krawczyk z księgarni TaniaKsiazka.pl to początek cyklu "Leśne ustronie", od nazwy azylu dla bohaterów - miejsca, w którym każdy może być sobą i dzięki bliskiemu kontaktowi z naturą pozbyć się codziennych problemów. Tworzy autorka przestrzeń, która zapewni wytchnienie czytelniczkom - chociaż sama akcja tym razem okazuje się bardzo uproszczona i wręcz miejscami schematyczna. Bohaterka, Zośka ("Zofia" brzmi według niej zbyt poważnie) po wypadku, po którym została jej przerażająca blizna na twarzy, wpada w kompleksy i wycofuje się ze zwyczajnego życia. Wyraźnie nie radzi sobie z otoczeniem: męczą ją ludzkie spojrzenia i uwagi wygłaszane za plecami, nie chce każdemu tłumaczyć, co ją spotkało, a także nie umie pogodzić się ze stratą urody. Zośka nie rozumie, że niezależnie od wyglądu ktoś może ją cenić za charakter. Ukrywa się w Nieznajomce, licząc na to, że w małej społeczności będzie jej łatwiej zniknąć. Codziennie wplata we włosy inne kwiaty, żeby upiększyć swoją fryzurę (zwraca tym na siebie uwagę jeszcze bardziej niż za sprawą blizny po oparzeniu). Za namową innych postanawia poznać rozmaite zioła i kwiaty, żeby nie narażać się na niebezpieczeństwa. Niektóre rośliny mają przecież właściwości trujące, inne można wykorzystywać w celach leczniczych albo - żeby o czymś otoczenie poinformować (przynajmniej w wersji idealizowanej: przecież nie każdy rozumie znaczenie kwiatów). Zośka spotyka tu też ludzi, którzy mogą pomóc jej uporać się z kompleksami. Nowe znajomości są obiecujące: przygotowują na romans, a przynajmniej na otwarcie się na innych ludzi. Zośka musi nauczyć się żyć od nowa i pogodzić się z tym, co się stało. Azyl jest najlepszym miejscem do pogodzenia się z losem. Tu rządzi rytm natury, wszystko wydaje się prostsze niż w wielkim mieście. Nie zabraknie postaci wyjątkowych: jest na przykład stara znachorka, która widzi znacznie więcej niż przeciętny człowiek i potrafi przepowiadać przyszłość, ale tylko wybranym. Jest w tej powieści charakterystyczny dla pewnej gałęzi literatury kobiecej klimat - związany trochę z ezoteryką, trochę z zielarstwem, trochę z powrotem do motywów "wiedźm" sprzed wieków. Tu można docenić umiejętności pozaksiążkowe (chociaż dla bohaterki bardzo ważna jest książka lokalnego autora), to, co płynie wprost z łąk. Każdą część tomu autorka rozpoczyna od przeglądu kwitnących kwiatów, ziół i roślin, które się w danym okresie zbiera, a także ciekawostek związanych z rytmem natury. Z kolei w klauzulach rozdziałów znajdują się często "źródła mocy" - drobne wyznania, z których czytelniczki mają czerpać inspirację i które można wykorzystywać w samorozwoju. Agnieszka Krawczyk nie wprowadza tu zbyt skomplikowanej fabuły, pozwala i bohaterce, i czytelniczkom odpocząć od śledzenia wielkich intryg. Czasami wydaje się, że przesadza w sięganiu po rozwiązania zbyt oczywiste - ale tego rodzaju proza rządzi się przecież swoimi prawami.
Po więcej powieści z kategorii literatura kobieca warto zajrzeć na stronę księgarni TaniaKsiazka.pl
TaniaKsiazka.pl
Z łąki
"Warkocz spleciony z kwiatów", powieść Agnieszki Krawczyk z księgarni TaniaKsiazka.pl to początek cyklu "Leśne ustronie", od nazwy azylu dla bohaterów - miejsca, w którym każdy może być sobą i dzięki bliskiemu kontaktowi z naturą pozbyć się codziennych problemów. Tworzy autorka przestrzeń, która zapewni wytchnienie czytelniczkom - chociaż sama akcja tym razem okazuje się bardzo uproszczona i wręcz miejscami schematyczna. Bohaterka, Zośka ("Zofia" brzmi według niej zbyt poważnie) po wypadku, po którym została jej przerażająca blizna na twarzy, wpada w kompleksy i wycofuje się ze zwyczajnego życia. Wyraźnie nie radzi sobie z otoczeniem: męczą ją ludzkie spojrzenia i uwagi wygłaszane za plecami, nie chce każdemu tłumaczyć, co ją spotkało, a także nie umie pogodzić się ze stratą urody. Zośka nie rozumie, że niezależnie od wyglądu ktoś może ją cenić za charakter. Ukrywa się w Nieznajomce, licząc na to, że w małej społeczności będzie jej łatwiej zniknąć. Codziennie wplata we włosy inne kwiaty, żeby upiększyć swoją fryzurę (zwraca tym na siebie uwagę jeszcze bardziej niż za sprawą blizny po oparzeniu). Za namową innych postanawia poznać rozmaite zioła i kwiaty, żeby nie narażać się na niebezpieczeństwa. Niektóre rośliny mają przecież właściwości trujące, inne można wykorzystywać w celach leczniczych albo - żeby o czymś otoczenie poinformować (przynajmniej w wersji idealizowanej: przecież nie każdy rozumie znaczenie kwiatów). Zośka spotyka tu też ludzi, którzy mogą pomóc jej uporać się z kompleksami. Nowe znajomości są obiecujące: przygotowują na romans, a przynajmniej na otwarcie się na innych ludzi. Zośka musi nauczyć się żyć od nowa i pogodzić się z tym, co się stało. Azyl jest najlepszym miejscem do pogodzenia się z losem. Tu rządzi rytm natury, wszystko wydaje się prostsze niż w wielkim mieście. Nie zabraknie postaci wyjątkowych: jest na przykład stara znachorka, która widzi znacznie więcej niż przeciętny człowiek i potrafi przepowiadać przyszłość, ale tylko wybranym. Jest w tej powieści charakterystyczny dla pewnej gałęzi literatury kobiecej klimat - związany trochę z ezoteryką, trochę z zielarstwem, trochę z powrotem do motywów "wiedźm" sprzed wieków. Tu można docenić umiejętności pozaksiążkowe (chociaż dla bohaterki bardzo ważna jest książka lokalnego autora), to, co płynie wprost z łąk. Każdą część tomu autorka rozpoczyna od przeglądu kwitnących kwiatów, ziół i roślin, które się w danym okresie zbiera, a także ciekawostek związanych z rytmem natury. Z kolei w klauzulach rozdziałów znajdują się często "źródła mocy" - drobne wyznania, z których czytelniczki mają czerpać inspirację i które można wykorzystywać w samorozwoju. Agnieszka Krawczyk nie wprowadza tu zbyt skomplikowanej fabuły, pozwala i bohaterce, i czytelniczkom odpocząć od śledzenia wielkich intryg. Czasami wydaje się, że przesadza w sięganiu po rozwiązania zbyt oczywiste - ale tego rodzaju proza rządzi się przecież swoimi prawami.
Po więcej powieści z kategorii literatura kobieca warto zajrzeć na stronę księgarni TaniaKsiazka.pl
niedziela, 15 sierpnia 2021
Marta Obuch: Dama ciężkich obyczajów
Filia, Poznań 2021.
Ogródek gangstera
Marta Obuch pisze ostatnio swoje komedie kryminalne według jednego szablonu i to wcale nie musi być problemem dla czytelniczek. Bo łatwo dać się uwieść historiom romansowym z ogromną dozą humoru na pierwszym planie oraz z sensacjami (zwykle ze śląskich miast) w tle. Tym razem autorka powołuje do istnienia trzy niezwykle żywiołowe bohaterki. Wiolonczelistka Lidka zamierza zająć się swoim życiem uczuciowym i codziennie zagadywać do jednego nieznajomego mężczyzny, żeby dzięki temu zwiększyć szansę na miłość. Jej kuzynka, Iwonka, przeżywa właśnie kryzys: wieloletniemu narzeczonemu zaczęło przeszkadzać, że Iwonka niesamowicie się spasła. Poczciwy Misiek próbuje delikatnie (w swoim mniemaniu) dać Iwonce do zrozumienia, że powinna odrobinę o siebie zadbać, zyskuje jednak tyle, że narzeczona wyprowadza się z domu i postanawia zająć się rozpustą. Przynajmniej - w oczach nieświadomego Miśka. Jest jeszcze ciotka Czesława, energiczna starsza pani, która w wyniku kradzieży straciła oszczędności całego życia - i w efekcie szansę na spełnienie dość nietypowego marzenia. Kobieta wie, że nie powinna przesadnie liczyć na sukces policji w odzyskaniu majątku, chce zatem sama zwrócić się do gangsterów z prośbą o pomoc. Tyle tylko, że poznanie gangstera to nie taka prosta sprawa i warto byłoby najpierw wiedzieć, gdzie szukać.
O ile w charakterach i w sprawach kryminalnych wprowadza Marta Obuch urozmaicenia, na wszelki wypadek wciąż wpatrując się w powieści Joanny Chmielewskiej, o tyle wątek romansowy jest zwykle podobny: od początku wiadomo, między kim zaiskrzy, a sam rozwijający się temat miłości autorka wykorzystuje przede wszystkim po to, żeby pouczać czytelniczki w sprawach sercowych. Podpowiada im, jak się zachowywać, żeby zdobyć uznanie lub uwagę ukochanego, znaleźć receptę na kryzys w związku albo uciec od powszechnych problemów. Daje wskazówki wprost, wtapia je w narrację tak, by nikt nie miał wątpliwości, co zrobić, gdy uczucie gaśnie. Flirty, randki, wzajemne drobne kłamstewka i otwartość na nowe doświadczenia - to wszystko ma przynosić radość. Marta Obuch podpowiada, jak stworzyć satysfakcjonujący związek. Nie obiecuje miłości aż po grób, jej "żyli długo i szczęśliwie" zatrzymuje się na sprawach najbardziej aktualnych - a uczucie zdobywa się często przez żarty i komiczne sytuacje. Nie ma wielkich słów, nie ma łzawych historii ani sentymentów, dzięki czemu nawet realizowany w kolejnej książce schemat wcale nie będzie nudzić. Autorka dodatkowo puszcza wodze fantazji w kwestiach porachunków gangsterskich: nie ma tu żadnych ograniczeń, może wymyślić wszystko - nawet nie po to, żeby dostarczyć adrenaliny odbiorcom, a żeby ich ciągle rozśmieszać. Jest to rozwiązanie, które dobrze się sprawdzi. Charakterystyczne dla gatunku zderzenie naiwności zwykłych bohaterek z pozornie sprytnym i niebezpiecznym gangiem - to nie motyw, w który trzeba uwierzyć. Jednak sposób prowadzenia narracji i cenne porady dla odbiorczyń to powody, dla których po "Damę ciężkich obyczajów" sięgnąć dla rozrywki w wakacje można bez strachu.
Ogródek gangstera
Marta Obuch pisze ostatnio swoje komedie kryminalne według jednego szablonu i to wcale nie musi być problemem dla czytelniczek. Bo łatwo dać się uwieść historiom romansowym z ogromną dozą humoru na pierwszym planie oraz z sensacjami (zwykle ze śląskich miast) w tle. Tym razem autorka powołuje do istnienia trzy niezwykle żywiołowe bohaterki. Wiolonczelistka Lidka zamierza zająć się swoim życiem uczuciowym i codziennie zagadywać do jednego nieznajomego mężczyzny, żeby dzięki temu zwiększyć szansę na miłość. Jej kuzynka, Iwonka, przeżywa właśnie kryzys: wieloletniemu narzeczonemu zaczęło przeszkadzać, że Iwonka niesamowicie się spasła. Poczciwy Misiek próbuje delikatnie (w swoim mniemaniu) dać Iwonce do zrozumienia, że powinna odrobinę o siebie zadbać, zyskuje jednak tyle, że narzeczona wyprowadza się z domu i postanawia zająć się rozpustą. Przynajmniej - w oczach nieświadomego Miśka. Jest jeszcze ciotka Czesława, energiczna starsza pani, która w wyniku kradzieży straciła oszczędności całego życia - i w efekcie szansę na spełnienie dość nietypowego marzenia. Kobieta wie, że nie powinna przesadnie liczyć na sukces policji w odzyskaniu majątku, chce zatem sama zwrócić się do gangsterów z prośbą o pomoc. Tyle tylko, że poznanie gangstera to nie taka prosta sprawa i warto byłoby najpierw wiedzieć, gdzie szukać.
O ile w charakterach i w sprawach kryminalnych wprowadza Marta Obuch urozmaicenia, na wszelki wypadek wciąż wpatrując się w powieści Joanny Chmielewskiej, o tyle wątek romansowy jest zwykle podobny: od początku wiadomo, między kim zaiskrzy, a sam rozwijający się temat miłości autorka wykorzystuje przede wszystkim po to, żeby pouczać czytelniczki w sprawach sercowych. Podpowiada im, jak się zachowywać, żeby zdobyć uznanie lub uwagę ukochanego, znaleźć receptę na kryzys w związku albo uciec od powszechnych problemów. Daje wskazówki wprost, wtapia je w narrację tak, by nikt nie miał wątpliwości, co zrobić, gdy uczucie gaśnie. Flirty, randki, wzajemne drobne kłamstewka i otwartość na nowe doświadczenia - to wszystko ma przynosić radość. Marta Obuch podpowiada, jak stworzyć satysfakcjonujący związek. Nie obiecuje miłości aż po grób, jej "żyli długo i szczęśliwie" zatrzymuje się na sprawach najbardziej aktualnych - a uczucie zdobywa się często przez żarty i komiczne sytuacje. Nie ma wielkich słów, nie ma łzawych historii ani sentymentów, dzięki czemu nawet realizowany w kolejnej książce schemat wcale nie będzie nudzić. Autorka dodatkowo puszcza wodze fantazji w kwestiach porachunków gangsterskich: nie ma tu żadnych ograniczeń, może wymyślić wszystko - nawet nie po to, żeby dostarczyć adrenaliny odbiorcom, a żeby ich ciągle rozśmieszać. Jest to rozwiązanie, które dobrze się sprawdzi. Charakterystyczne dla gatunku zderzenie naiwności zwykłych bohaterek z pozornie sprytnym i niebezpiecznym gangiem - to nie motyw, w który trzeba uwierzyć. Jednak sposób prowadzenia narracji i cenne porady dla odbiorczyń to powody, dla których po "Damę ciężkich obyczajów" sięgnąć dla rozrywki w wakacje można bez strachu.
wtorek, 22 grudnia 2020
Zofia Ossowska: Pensjonat Samotnych Serc
Filia, Poznań 2020.
Życie od nowa
Matylda Jaśmin to bohaterka, która potrzebuje impulsu do zakończenia swojego małżeństwa. Nie chce dłużej być terroryzowaną żoną, ofiarą przemocy domowej. Wie już, że Wojtek nigdy się nie zmieni: że zawsze będzie oprawcą, który umiejętnie manipuluje uczuciami. W dodatku trudno się od niego uwolnić: osacza i przeraża. Nie stara się już nawet o zachowanie pozorów: nawet jeśli przez chwilę próbuje udawać, gra, że zależy mu na związku, płacze i błaga o przebaczenie, w tej samej rozmowie potrafi pokazać swoje prawdziwe oblicze. A i tak Matylda nie umie zrobić ostatniego ruchu - i uciec. Wydaje jej się, że w nikim nie ma oparcia. Z przyjaciela i miłości swojego życia zrezygnowała, kiedy okazało się, że Filip popełnił ogromny błąd, który będzie ciągnął się za nim przez całe życie. Rodziców podejrzewa o to, że nie zapewnią jej wsparcia, tylko staną po stronie dobrze zarabiającego Wojtka. Od znajomych skutecznie odciął ją małżonek, żeby mieć nad kobietą większą władzę. Tylko szefowa Matyldy Jaśmin wydaje się o nią dbać i to ona wysyła bohaterkę do Pensjonatu Samotnych Serc. Nazwa pretensjonalna, właścicielka - serdeczna, dobra i przyjacielska aż za bardzo. Tyle że to problem literacki a nie charakterologiczny. Pani Wiesia zapewnia potrzebne wsparcie wszystkim, którzy przybywają do niej, by wyleczyć się z nieszczęśliwych miłości. Nie reklamuje się w internecie: i tak wszyscy trafiają do niej dzięki poczcie pantoflowej, na brak gości właścicielka pensjonatu narzekać nie może. Od początku postanawia, że będzie się do Matyldy zwracać per "Jaśminku" (co niby jest czułe i sympatyczne, ale przecież mowa o nazwisku człowieka, który zamienił życie Matyldy w piekło, tego nikt nie zauważa). Drugą rzeczą nie do zniesienia jest uporczywe zdrabnianie przez panią Wiesię wszystkiego, co związane z jedzeniem. Proponuje bohaterom zawsze dżemik, przy śniadankach i bułeczkach można się wściec: nie wiadomo, dlaczego do dorosłych dziubdzia jak do maluchów. Niby chodzi o zapewnienie atmosfery azylu - a jednak opiekuńczość jest tu dziwnie okazywana.
Cała książka składa się z szeregu retrospekcji. Najpierw to Matylda opowiada swoją historię pani Wiesi. Przerywa swoje monologi tylko po to, żeby zachować dynamikę - chociaż na wypełnianie teraźniejszości autorka za dużo pomysłów nie ma. Przerwy pani Wiesia wypełnia wyrazami przerażenia i zapewnieniami, że bohaterka nie musi opowiadać, jeśli nie chce. Później identyczny zabieg pojawia się przy Arturze, synu właścicielki: on również ma za sobą smutne sprawy, o których opowiada Matyldzie (i ta tak samo wycofuje się z pytania, kiedy widzi, że opowieść dociera do najtrudniejszych momentów). To zabiegi naiwne i trochę zniechęcające do lektury. Poza tym Zofia Ossowska nieprzekonująco rozkłada akcenty wydarzeń. "Pensjonat Samotnych Serc" to książka nakierowana na przeszłość - wprawdzie autorka próbuje też zarysować coś, co da szansę na tworzenie opowieści w niedalekiej przyszłości, ale czyni to dość przewidywalnie. To obyczajówka, która ma być przestrogą dla kobiet - pokazaniem, jak kończy się życie z tyranem i dlaczego nie wolno dać się przekonać oprawcy do powrotu. W scenariuszu przewidywalna, w konstrukcji ma kilka słabych punktów. Chyba że komuś uda się wkręcić w historię - wtedy te niedociągnięcia raczej nie będą przeszkadzać.
Życie od nowa
Matylda Jaśmin to bohaterka, która potrzebuje impulsu do zakończenia swojego małżeństwa. Nie chce dłużej być terroryzowaną żoną, ofiarą przemocy domowej. Wie już, że Wojtek nigdy się nie zmieni: że zawsze będzie oprawcą, który umiejętnie manipuluje uczuciami. W dodatku trudno się od niego uwolnić: osacza i przeraża. Nie stara się już nawet o zachowanie pozorów: nawet jeśli przez chwilę próbuje udawać, gra, że zależy mu na związku, płacze i błaga o przebaczenie, w tej samej rozmowie potrafi pokazać swoje prawdziwe oblicze. A i tak Matylda nie umie zrobić ostatniego ruchu - i uciec. Wydaje jej się, że w nikim nie ma oparcia. Z przyjaciela i miłości swojego życia zrezygnowała, kiedy okazało się, że Filip popełnił ogromny błąd, który będzie ciągnął się za nim przez całe życie. Rodziców podejrzewa o to, że nie zapewnią jej wsparcia, tylko staną po stronie dobrze zarabiającego Wojtka. Od znajomych skutecznie odciął ją małżonek, żeby mieć nad kobietą większą władzę. Tylko szefowa Matyldy Jaśmin wydaje się o nią dbać i to ona wysyła bohaterkę do Pensjonatu Samotnych Serc. Nazwa pretensjonalna, właścicielka - serdeczna, dobra i przyjacielska aż za bardzo. Tyle że to problem literacki a nie charakterologiczny. Pani Wiesia zapewnia potrzebne wsparcie wszystkim, którzy przybywają do niej, by wyleczyć się z nieszczęśliwych miłości. Nie reklamuje się w internecie: i tak wszyscy trafiają do niej dzięki poczcie pantoflowej, na brak gości właścicielka pensjonatu narzekać nie może. Od początku postanawia, że będzie się do Matyldy zwracać per "Jaśminku" (co niby jest czułe i sympatyczne, ale przecież mowa o nazwisku człowieka, który zamienił życie Matyldy w piekło, tego nikt nie zauważa). Drugą rzeczą nie do zniesienia jest uporczywe zdrabnianie przez panią Wiesię wszystkiego, co związane z jedzeniem. Proponuje bohaterom zawsze dżemik, przy śniadankach i bułeczkach można się wściec: nie wiadomo, dlaczego do dorosłych dziubdzia jak do maluchów. Niby chodzi o zapewnienie atmosfery azylu - a jednak opiekuńczość jest tu dziwnie okazywana.
Cała książka składa się z szeregu retrospekcji. Najpierw to Matylda opowiada swoją historię pani Wiesi. Przerywa swoje monologi tylko po to, żeby zachować dynamikę - chociaż na wypełnianie teraźniejszości autorka za dużo pomysłów nie ma. Przerwy pani Wiesia wypełnia wyrazami przerażenia i zapewnieniami, że bohaterka nie musi opowiadać, jeśli nie chce. Później identyczny zabieg pojawia się przy Arturze, synu właścicielki: on również ma za sobą smutne sprawy, o których opowiada Matyldzie (i ta tak samo wycofuje się z pytania, kiedy widzi, że opowieść dociera do najtrudniejszych momentów). To zabiegi naiwne i trochę zniechęcające do lektury. Poza tym Zofia Ossowska nieprzekonująco rozkłada akcenty wydarzeń. "Pensjonat Samotnych Serc" to książka nakierowana na przeszłość - wprawdzie autorka próbuje też zarysować coś, co da szansę na tworzenie opowieści w niedalekiej przyszłości, ale czyni to dość przewidywalnie. To obyczajówka, która ma być przestrogą dla kobiet - pokazaniem, jak kończy się życie z tyranem i dlaczego nie wolno dać się przekonać oprawcy do powrotu. W scenariuszu przewidywalna, w konstrukcji ma kilka słabych punktów. Chyba że komuś uda się wkręcić w historię - wtedy te niedociągnięcia raczej nie będą przeszkadzać.
poniedziałek, 30 listopada 2020
Agnieszka Krawczyk: Marzenia, które się spełniają
Filia, Poznań 2020.
Pomoc na ulicy
Mała Nela przy ulicy Wierzbowej ma już wielu przyjaciół. Dziewczynka zjednuje sobie sąsiadów – jest pełna energii i dobrych pomysłów, teraz planuje na przykład stworzenie budek dla ptaków, które pomaluje i wręczy wszystkim mieszkańcom. Nela nie ma pojęcia, że stała się kartą przetargową w sądowej przepychance rodziców: ojciec chce jak najszybciej zyskać prawo do majątku i próbuje zastraszyć matkę dziewczynki, wykorzystując fakt, że Nela chodzi po Wierzbowej bez opieki. Dorośli jednak nie do końca mogą przejąć się sprawą, do której Hanna nie chce się przyznawać. Kobieta znajduje oparcie w miejscowym lekarzu (który dostrzega sens intrygi i jest w stanie przekonać do niego sąsiadkę), uwaga przenosi się więc na pana Zygmunta, statecznego emeryta, który właśnie stracił sens życia: ktoś ukradł różę, którą Zygmunt osobiście wyhodował. Mężczyzna uważa, że nie odtworzy już swojego skarbu, nawet nie ma na to ochoty. Nieszczęśliwa miłość z kolei podcina skrzydła Weronice – dziewczyna lokuje uczucia w artyście, który zapatrzony jest w siebie i nie zwraca uwagi na potrzeby innych, realizuje wyłącznie własne pomysły. Na ulicy Wierzbowej nie brakuje malkontentów: prym wiedzie tu Ewa, która w trosce o innych krytykuje otwarcie, pisze donosy i poucza sąsiadów – nie zmieni jej nawet próba pokazania jej niestosowności takich zachowań. Z kolei Jola, również starsza pani, uwielbia udzielać dobrych rad, mimo że nikt o nie nie prosi. Takie postawy zwykle zniechęcają otoczenie – najgorsze jest to, że w żaden sposób nie da się przekonać kobiet, że ich działania nie przynoszą zamierzonych efektów, a ponadto stawiają je same w złym świetle. Ale na ulicy Wierzbowej nie mogą mieszkać wyłącznie dobre dusze: zrobiłoby się zdecydowanie za słodko.
Dba zatem Agnieszka Krawczyk o to, by zróżnicować problemy i troski mieszkańców – przedstawia dylematy i wyzwania z codzienności, ale też umożliwia bohaterom wsłuchanie się we własne potrzeby i wyrażanie wprost tego, co im niezbędne do spokojnej egzystencji. Ludzie w Uroczynie wzajemnie się szanują, przynajmniej w większości – jednak bardzo chętnie też wtrącają się w sprawy innych – i to jedna z wad mieszkania w zacisznym miejscu. Agnieszka Krawczyk pozwala odbiorcom zaglądać do różnych domów, zaprzyjaźnia z bohaterami i przygotowuje czytelników na dalszą – samodzielną – drogę postaci. W tym pomagają jej wyraziste charaktery i przedstawione już marzenia. Ta powieść należy do czytadeł, które wciągają – i chociaż jest to zamknięcie serii, nie ma w niej smutku rozstania z sąsiadami z ulicy Wierzbowej. Agnieszka Krawczyk z jednej strony próbuje trochę podpowiadać odbiorcom, co zrobić, żeby umilić świat innym i sobie, z drugiej – pozwala na ucieczkę od codzienności. Nie wprowadza schematycznych rozwiązań, każda z postaci może wybrać własną drogę. Całość została opisana bardzo zgrabnie. Przyjemnie się tę powieść czyta – „Marzenia, które się spełniają” to bardzo udane zamknięcie poczytnej serii.
Pomoc na ulicy
Mała Nela przy ulicy Wierzbowej ma już wielu przyjaciół. Dziewczynka zjednuje sobie sąsiadów – jest pełna energii i dobrych pomysłów, teraz planuje na przykład stworzenie budek dla ptaków, które pomaluje i wręczy wszystkim mieszkańcom. Nela nie ma pojęcia, że stała się kartą przetargową w sądowej przepychance rodziców: ojciec chce jak najszybciej zyskać prawo do majątku i próbuje zastraszyć matkę dziewczynki, wykorzystując fakt, że Nela chodzi po Wierzbowej bez opieki. Dorośli jednak nie do końca mogą przejąć się sprawą, do której Hanna nie chce się przyznawać. Kobieta znajduje oparcie w miejscowym lekarzu (który dostrzega sens intrygi i jest w stanie przekonać do niego sąsiadkę), uwaga przenosi się więc na pana Zygmunta, statecznego emeryta, który właśnie stracił sens życia: ktoś ukradł różę, którą Zygmunt osobiście wyhodował. Mężczyzna uważa, że nie odtworzy już swojego skarbu, nawet nie ma na to ochoty. Nieszczęśliwa miłość z kolei podcina skrzydła Weronice – dziewczyna lokuje uczucia w artyście, który zapatrzony jest w siebie i nie zwraca uwagi na potrzeby innych, realizuje wyłącznie własne pomysły. Na ulicy Wierzbowej nie brakuje malkontentów: prym wiedzie tu Ewa, która w trosce o innych krytykuje otwarcie, pisze donosy i poucza sąsiadów – nie zmieni jej nawet próba pokazania jej niestosowności takich zachowań. Z kolei Jola, również starsza pani, uwielbia udzielać dobrych rad, mimo że nikt o nie nie prosi. Takie postawy zwykle zniechęcają otoczenie – najgorsze jest to, że w żaden sposób nie da się przekonać kobiet, że ich działania nie przynoszą zamierzonych efektów, a ponadto stawiają je same w złym świetle. Ale na ulicy Wierzbowej nie mogą mieszkać wyłącznie dobre dusze: zrobiłoby się zdecydowanie za słodko.
Dba zatem Agnieszka Krawczyk o to, by zróżnicować problemy i troski mieszkańców – przedstawia dylematy i wyzwania z codzienności, ale też umożliwia bohaterom wsłuchanie się we własne potrzeby i wyrażanie wprost tego, co im niezbędne do spokojnej egzystencji. Ludzie w Uroczynie wzajemnie się szanują, przynajmniej w większości – jednak bardzo chętnie też wtrącają się w sprawy innych – i to jedna z wad mieszkania w zacisznym miejscu. Agnieszka Krawczyk pozwala odbiorcom zaglądać do różnych domów, zaprzyjaźnia z bohaterami i przygotowuje czytelników na dalszą – samodzielną – drogę postaci. W tym pomagają jej wyraziste charaktery i przedstawione już marzenia. Ta powieść należy do czytadeł, które wciągają – i chociaż jest to zamknięcie serii, nie ma w niej smutku rozstania z sąsiadami z ulicy Wierzbowej. Agnieszka Krawczyk z jednej strony próbuje trochę podpowiadać odbiorcom, co zrobić, żeby umilić świat innym i sobie, z drugiej – pozwala na ucieczkę od codzienności. Nie wprowadza schematycznych rozwiązań, każda z postaci może wybrać własną drogę. Całość została opisana bardzo zgrabnie. Przyjemnie się tę powieść czyta – „Marzenia, które się spełniają” to bardzo udane zamknięcie poczytnej serii.
środa, 25 listopada 2020
Tomasz Kieres: Kilka słów o miłości
Filia, Poznań 2020.
Nieuświadomienie
Tomasz Kieres próbuje być Januszem L. Wiśniewskim i przekonywać czytelniczki, że doskonale rozumie, o co im chodzi w uczuciach – co oznacza, że mniej energii poświęca na szlifowanie fabuły, skupia się za to na bezustannym roztrząsaniu emocji bohatera. W książce „Kilka słów o miłości” stawia na postać Szymona, mężczyzny, który nie potrafi się zaangażować w żaden związek. Szymon ma trzydzieści pięć lat i jeszcze nigdy nie był z żadną kobietą dłużej niż rok, ale to w żaden sposób nie daje mu do myślenia. Mężczyzna obserwuje za to, jak kolejne partnerki decydują za niego i odchodzą. W momencie otwarcia powieści „Kilka słów o miłości” rezygnuje z Szymona Oliwia – kobieta sukcesu, zdecydowana, silna i pewna siebie. Oliwia potrafi tak pokierować rozmową, żeby z niedopowiedzeń wynikało to, co najważniejsze: w tym związku coś poważnie nie gra. Szymon nie ma jednak czasu, żeby się tym przejąć, bo właśnie zdobywa przyjaciółkę (zresztą – za sprawą Oliwii). Ma tylko jeździć z nią do pracy, do Warszawy. Karolina zresztą jest w stałym związku, przygotowuje się do ślubu, a jej zaborczy i nadopiekuńczy narzeczony nie dopuściłby do jakiegokolwiek pogłębiania relacji z sąsiadem. Kiedy zaczyna się „Kilka słów o miłości”, Szymon poznaje u Karoliny jej siostrę, Weronikę – i to z Weroniką (która w związki nigdy się nie angażuje) zaczyna układać sobie życie. To początek tomu.
Tomasz Kieres po prostu uwielbia psychologiczne dylematy. Jest w stanie w dialogach bez końca zajmować się jednym spojrzeniem czy słowem, albo tonem bohaterów – do tego stopnia, że kiedy dochodzi do poważnych rozmów między postaciami ma się ochotę natychmiast zacząć kartkować powieść. Nie dość, że w tym podejściu jest bardzo drobiazgowy, to jeszcze – przewidywalny, zawsze, kiedy pozwala bohaterom na analizowanie bez końca stanów emocjonalnych, dąży do wstrząsu w ich życiu. Jednocześnie staje się oczywiste, że mimo ucieczek to do Karoliny Szymon czuje najwięcej – nawet jeśli sam przed sobą się do tego nie chce przyznać. I ta przewidywalność w tomie „Kilka słów o miłości” sprawia, że trudno jest czekać na finał. Być może czytelniczki-idealistki będą zachwycone mężczyzną, który tak doskonale rozumie kobiety – tyle tylko, że przez taką kreację Szymon staje się zupełnie niewiarygodny, a jeszcze rozbudza nadzieję tych pań, które nie potrafią odróżniać rzeczywistości od fikcji literackiej. Kieres pisze przez to książkę pod publiczkę, jest świadomy potrzeb odbiorczyń w dziedzinie lektur rozrywkowych – ale mocno przesadza w wykorzystywaniu wiedzy na temat tego, co chciałyby przeczytać. W efekcie „Kilka słów o miłości” często traci rytm, atmosfera siada przez rozwlekłość uczuciowych analiz i znaczące gesty czy spojrzenia. W obrębie samej fabuły z kolei autor stosuje wielkie przeskoki czasowe – i to już całkiem rozbija akcję.
Nieuświadomienie
Tomasz Kieres próbuje być Januszem L. Wiśniewskim i przekonywać czytelniczki, że doskonale rozumie, o co im chodzi w uczuciach – co oznacza, że mniej energii poświęca na szlifowanie fabuły, skupia się za to na bezustannym roztrząsaniu emocji bohatera. W książce „Kilka słów o miłości” stawia na postać Szymona, mężczyzny, który nie potrafi się zaangażować w żaden związek. Szymon ma trzydzieści pięć lat i jeszcze nigdy nie był z żadną kobietą dłużej niż rok, ale to w żaden sposób nie daje mu do myślenia. Mężczyzna obserwuje za to, jak kolejne partnerki decydują za niego i odchodzą. W momencie otwarcia powieści „Kilka słów o miłości” rezygnuje z Szymona Oliwia – kobieta sukcesu, zdecydowana, silna i pewna siebie. Oliwia potrafi tak pokierować rozmową, żeby z niedopowiedzeń wynikało to, co najważniejsze: w tym związku coś poważnie nie gra. Szymon nie ma jednak czasu, żeby się tym przejąć, bo właśnie zdobywa przyjaciółkę (zresztą – za sprawą Oliwii). Ma tylko jeździć z nią do pracy, do Warszawy. Karolina zresztą jest w stałym związku, przygotowuje się do ślubu, a jej zaborczy i nadopiekuńczy narzeczony nie dopuściłby do jakiegokolwiek pogłębiania relacji z sąsiadem. Kiedy zaczyna się „Kilka słów o miłości”, Szymon poznaje u Karoliny jej siostrę, Weronikę – i to z Weroniką (która w związki nigdy się nie angażuje) zaczyna układać sobie życie. To początek tomu.
Tomasz Kieres po prostu uwielbia psychologiczne dylematy. Jest w stanie w dialogach bez końca zajmować się jednym spojrzeniem czy słowem, albo tonem bohaterów – do tego stopnia, że kiedy dochodzi do poważnych rozmów między postaciami ma się ochotę natychmiast zacząć kartkować powieść. Nie dość, że w tym podejściu jest bardzo drobiazgowy, to jeszcze – przewidywalny, zawsze, kiedy pozwala bohaterom na analizowanie bez końca stanów emocjonalnych, dąży do wstrząsu w ich życiu. Jednocześnie staje się oczywiste, że mimo ucieczek to do Karoliny Szymon czuje najwięcej – nawet jeśli sam przed sobą się do tego nie chce przyznać. I ta przewidywalność w tomie „Kilka słów o miłości” sprawia, że trudno jest czekać na finał. Być może czytelniczki-idealistki będą zachwycone mężczyzną, który tak doskonale rozumie kobiety – tyle tylko, że przez taką kreację Szymon staje się zupełnie niewiarygodny, a jeszcze rozbudza nadzieję tych pań, które nie potrafią odróżniać rzeczywistości od fikcji literackiej. Kieres pisze przez to książkę pod publiczkę, jest świadomy potrzeb odbiorczyń w dziedzinie lektur rozrywkowych – ale mocno przesadza w wykorzystywaniu wiedzy na temat tego, co chciałyby przeczytać. W efekcie „Kilka słów o miłości” często traci rytm, atmosfera siada przez rozwlekłość uczuciowych analiz i znaczące gesty czy spojrzenia. W obrębie samej fabuły z kolei autor stosuje wielkie przeskoki czasowe – i to już całkiem rozbija akcję.
poniedziałek, 23 listopada 2020
Majka Nowak: Jak nie zostałam influencerką
Filia, Poznań 2020.
Zarabianie w internecie
Jest ta książka reklamowana jako najzabawniejsza powieść tego roku i nie do końca należy w to wierzyć. Bo chociaż Majka Nowak radzi sobie z satyrycznym komentowaniem rzeczywistości wirtualnej i tendencji wśród influencerów, to jednak pomysłu na dużą formę nie ma i poprzestaje na szeregu monologów wewnętrznych bohaterki-nieudaczniczki. Majka z książki nie ma zbyt wiele do zaoferowania potencjalnym fanom. Na razie traci pracę, co oznacza, że będzie mieć trochę wolnego czasu i więcej niż zwykle pieniędzy na koncie (nie myśli o tym, że trzy wypłaty mają jej zapewnić stabilność finansową dopóki nie znajdzie sobie kolejnego zatrudnienia – cieszy się z faktu, że są). Skoro już nie musi chodzić do pracy, postanawia zrobić karierę w internecie – bez konieczności wychodzenia z domu i rezygnowania z ulubionych rozrywek. Maja ma nadwagę, jest niezbyt urodziwa (przynajmniej nie znosi widoku swojej twarzy na zdjęciach), najchętniej przesiaduje w dresach, a ponadto jest dość zaniedbana. Brakuje jej kondycji i motywacji do tego, by coś w swoim życiu zmienić. Niespecjalnie dba o porządek, nie ma faceta (co niezmiennie irytuje jej mamę) ani żadnych talentów, które mogłaby spieniężyć. O swoich brakach boleśnie się przekonuje w czasie prób zostania influencerką. Bo ktoś, kto nie ma o sobie zbyt dobrego mniemania – jak Majka właśnie – nie ma też szans na pociągnięcie za sobą tłumów. Bohaterka musiałaby najpierw uwierzyć w siebie, a później przyjąć do wiadomości fakt, że inwestycje są nieodłącznym składnikiem sukcesu. Najlepiej wychodzi Mai picie wina i oglądanie seriali. A na tym trudno zbić fortunę.
Kiedy bohaterka postanawia zostać influencerką, kształtuje się też sama książka. Maja relacjonuje swoje perypetie w kolejnych rozdziałach tematycznych. Chce być najpierw fitinfluencerką i toczy walkę z własnym lenistwem, nadwagą oraz nieumiejętnością wykonywania różnych ćwiczeń, później próbuje między innymi zaangażować się w przedstawianie zdjęć zwierząt (tyle że jej kot nie chce współpracować), prezentowanie ubrań, makijażu na różne okazje, chce spróbować swoich sił w aranżacjach wnętrz, w travellingu, albo w rękodzielnictwie – za każdym razem ponosząc przewidywalną porażkę. Maja nie nadaje się po prostu do robienia kariery w internecie, ale nie przyjmuje tego do wiadomości. Niesiona entuzjazmem, realizuje kolejne ambitne projekty, ale zapału wystarcza jej na start.
„Jak nie zostałam influencerką” to książka zabawna – ale też przewidywalna, co jest największą jej wadą. Autorka w zasadzie nie wychodzi poza kolejne doświadczenia bohaterki prowadzące do porażki w dziedzinie internetowych blogów, nie pozwala jej na życie poza modnym światkiem. To może w pewnym momencie zmęczyć. Nawet jeśli potężną bronią Majki Nowak jest ironia (i autoironia bohaterki), brakuje tu czegoś już na etapie konstrukcji. Majka Nowak wyśmiewa internetowe mody, bawi się kolejnymi zadaniami, pokazując ich kulisy (i brak olśniewających efektów), ale za tym wszystkim nie stoi wiele poza chęcią rozbawienia odbiorczyń. Tej książce przydałyby się nożyczki – i odchudzenie całości o 2/3. „Jak nie zostałam influencerką” to jedynie przegląd tego, czym można próbować zabłysnąć w internecie – i radość z niepowodzeń kobiety, która na pewno nie może dyktować warunków funkcjonowania innym, bo nie radzi sobie ze sobą samą. A to za mało, żeby zdobyć tytuł najzabawniejszej powieści roku.
Zarabianie w internecie
Jest ta książka reklamowana jako najzabawniejsza powieść tego roku i nie do końca należy w to wierzyć. Bo chociaż Majka Nowak radzi sobie z satyrycznym komentowaniem rzeczywistości wirtualnej i tendencji wśród influencerów, to jednak pomysłu na dużą formę nie ma i poprzestaje na szeregu monologów wewnętrznych bohaterki-nieudaczniczki. Majka z książki nie ma zbyt wiele do zaoferowania potencjalnym fanom. Na razie traci pracę, co oznacza, że będzie mieć trochę wolnego czasu i więcej niż zwykle pieniędzy na koncie (nie myśli o tym, że trzy wypłaty mają jej zapewnić stabilność finansową dopóki nie znajdzie sobie kolejnego zatrudnienia – cieszy się z faktu, że są). Skoro już nie musi chodzić do pracy, postanawia zrobić karierę w internecie – bez konieczności wychodzenia z domu i rezygnowania z ulubionych rozrywek. Maja ma nadwagę, jest niezbyt urodziwa (przynajmniej nie znosi widoku swojej twarzy na zdjęciach), najchętniej przesiaduje w dresach, a ponadto jest dość zaniedbana. Brakuje jej kondycji i motywacji do tego, by coś w swoim życiu zmienić. Niespecjalnie dba o porządek, nie ma faceta (co niezmiennie irytuje jej mamę) ani żadnych talentów, które mogłaby spieniężyć. O swoich brakach boleśnie się przekonuje w czasie prób zostania influencerką. Bo ktoś, kto nie ma o sobie zbyt dobrego mniemania – jak Majka właśnie – nie ma też szans na pociągnięcie za sobą tłumów. Bohaterka musiałaby najpierw uwierzyć w siebie, a później przyjąć do wiadomości fakt, że inwestycje są nieodłącznym składnikiem sukcesu. Najlepiej wychodzi Mai picie wina i oglądanie seriali. A na tym trudno zbić fortunę.
Kiedy bohaterka postanawia zostać influencerką, kształtuje się też sama książka. Maja relacjonuje swoje perypetie w kolejnych rozdziałach tematycznych. Chce być najpierw fitinfluencerką i toczy walkę z własnym lenistwem, nadwagą oraz nieumiejętnością wykonywania różnych ćwiczeń, później próbuje między innymi zaangażować się w przedstawianie zdjęć zwierząt (tyle że jej kot nie chce współpracować), prezentowanie ubrań, makijażu na różne okazje, chce spróbować swoich sił w aranżacjach wnętrz, w travellingu, albo w rękodzielnictwie – za każdym razem ponosząc przewidywalną porażkę. Maja nie nadaje się po prostu do robienia kariery w internecie, ale nie przyjmuje tego do wiadomości. Niesiona entuzjazmem, realizuje kolejne ambitne projekty, ale zapału wystarcza jej na start.
„Jak nie zostałam influencerką” to książka zabawna – ale też przewidywalna, co jest największą jej wadą. Autorka w zasadzie nie wychodzi poza kolejne doświadczenia bohaterki prowadzące do porażki w dziedzinie internetowych blogów, nie pozwala jej na życie poza modnym światkiem. To może w pewnym momencie zmęczyć. Nawet jeśli potężną bronią Majki Nowak jest ironia (i autoironia bohaterki), brakuje tu czegoś już na etapie konstrukcji. Majka Nowak wyśmiewa internetowe mody, bawi się kolejnymi zadaniami, pokazując ich kulisy (i brak olśniewających efektów), ale za tym wszystkim nie stoi wiele poza chęcią rozbawienia odbiorczyń. Tej książce przydałyby się nożyczki – i odchudzenie całości o 2/3. „Jak nie zostałam influencerką” to jedynie przegląd tego, czym można próbować zabłysnąć w internecie – i radość z niepowodzeń kobiety, która na pewno nie może dyktować warunków funkcjonowania innym, bo nie radzi sobie ze sobą samą. A to za mało, żeby zdobyć tytuł najzabawniejszej powieści roku.
środa, 4 listopada 2020
Malwina Ferenz: Szpital na peryferiach
Filia, Poznań 2020.
Wypadek
Przeważnie z rezerwą podchodzi się do tomów, w których sam autor przekonuje, że pisze dla śmiechu i że zamierza doprowadzać czytelników do niekontrolowanych wybuchów radości choćby w środkach komunikacji publicznej. Jednak Malwina Ferenz rzeczywiście rozbawić potrafi i jej krótki wstęp do książki „Szpital na peryferiach” - zupełnie zbędny – nie odbierze zabawy podczas lektury. Autorka stawia na intrygę okołokryminalną: oto dwóch przyjaciół, którzy dopiero co wyszli z więzienia, planuje ostatni skok. Zamierzają ukraść jubilerowi zestaw diamentów zamówionych przez lokalnego biznesmena – i w ten sposób ustawić się do końca życia. Karol i Filip bystrością nie grzeszą, więc jeśli coś może pójść nie tak – na pewno pójdzie.
W efekcie wypadku drogowego do szpitala na oddział chirurgii urazowej trafia pięć osób powiązanych ze sobą – chociaż nieświadomie. Młody naukowiec Tomasz, jego narzeczona Paulina, obaj niefortunni złodzieje, Sylwester Bogusławski – biznesmen, dla którego miały być diamenty oraz Grzegorz Gałązka, policjant niedoceniany przez zwierzchników. Autorka stopniowo odsłania relacje między nimi i zbiegi okoliczności, które doprowadziły do zamieszania. Dwóch bohaterów kraksy pakuje w gips bardzo dokładnie, następnych – fragmentarycznie. Wszystko po to, żeby dochodziło do komicznych pomyłek i do komplikacji. Unieruchomieni w szpitalu ludzie mogą jeszcze czasami działać: a to za sprawą nudzącego się na neurologii ośmiolatka, a to za sprawą kapelana szpitalnego, który chce pomóc. Tempa nadaje jeszcze żona biznesmena, Monika, która feralnego dnia odkrywa zdradę swojego małżonka i obmyśla zemstę. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu i dotyczy konsekwencji działań podejmowanych przez bohaterów. Układ sił stale się zmienia, a to za sprawą odkrywania tajemnic i komplikacji emocjonalnych. Chociaż Malwina Ferenz nie ma zbyt dużo czasu ani ochoty na zgłębianie psychiki swoich postaci, bawi się karykaturami przekonująco. Sprawia, że można polubić zarówno złodziei-nieudaczników (którzy mają cechy pozwalające wierzyć w ich dobre serca), jak i bezradnego śledczego, któremu nikt nie wierzy. Unika ponadto ta autorka stereotypów: zdradzona kobieta nie musi wpadać w czarną rozpacz. Monika, która zbliża się do pięćdziesiątki i której główną atrakcją na co dzień jest dbanie o włosy i paznokcie, zdaje sobie sprawę, że nie wygra z kochanką męża w kategorii młodość. Ma jednak umysł, z którego potrafi zrobić użytek – a to rzadkość w przypadku powieściowych romansów.
Wszystko jest tu obliczone na śmiech, ale przerysowania wcale nie bolą i nie irytują, wręcz przeciwnie – autorka tak prowadzi narrację, że chce się podążać za bohaterami i sprawdzać, co mają do zaoferowania. W kolejnych rozdziałach przeskakuje się od postaci do postaci, więc nawet mimo zakotwiczenia w szpitalu nie ma mowy o rutynie. „Szpital na peryferiach” to prosty, ale świetny poprawiacz humoru – powieść, którą czyta się bardzo szybko, jednak z zaangażowaniem w prześmiewczą akcję.
Wypadek
Przeważnie z rezerwą podchodzi się do tomów, w których sam autor przekonuje, że pisze dla śmiechu i że zamierza doprowadzać czytelników do niekontrolowanych wybuchów radości choćby w środkach komunikacji publicznej. Jednak Malwina Ferenz rzeczywiście rozbawić potrafi i jej krótki wstęp do książki „Szpital na peryferiach” - zupełnie zbędny – nie odbierze zabawy podczas lektury. Autorka stawia na intrygę okołokryminalną: oto dwóch przyjaciół, którzy dopiero co wyszli z więzienia, planuje ostatni skok. Zamierzają ukraść jubilerowi zestaw diamentów zamówionych przez lokalnego biznesmena – i w ten sposób ustawić się do końca życia. Karol i Filip bystrością nie grzeszą, więc jeśli coś może pójść nie tak – na pewno pójdzie.
W efekcie wypadku drogowego do szpitala na oddział chirurgii urazowej trafia pięć osób powiązanych ze sobą – chociaż nieświadomie. Młody naukowiec Tomasz, jego narzeczona Paulina, obaj niefortunni złodzieje, Sylwester Bogusławski – biznesmen, dla którego miały być diamenty oraz Grzegorz Gałązka, policjant niedoceniany przez zwierzchników. Autorka stopniowo odsłania relacje między nimi i zbiegi okoliczności, które doprowadziły do zamieszania. Dwóch bohaterów kraksy pakuje w gips bardzo dokładnie, następnych – fragmentarycznie. Wszystko po to, żeby dochodziło do komicznych pomyłek i do komplikacji. Unieruchomieni w szpitalu ludzie mogą jeszcze czasami działać: a to za sprawą nudzącego się na neurologii ośmiolatka, a to za sprawą kapelana szpitalnego, który chce pomóc. Tempa nadaje jeszcze żona biznesmena, Monika, która feralnego dnia odkrywa zdradę swojego małżonka i obmyśla zemstę. Większa część akcji rozgrywa się w szpitalu i dotyczy konsekwencji działań podejmowanych przez bohaterów. Układ sił stale się zmienia, a to za sprawą odkrywania tajemnic i komplikacji emocjonalnych. Chociaż Malwina Ferenz nie ma zbyt dużo czasu ani ochoty na zgłębianie psychiki swoich postaci, bawi się karykaturami przekonująco. Sprawia, że można polubić zarówno złodziei-nieudaczników (którzy mają cechy pozwalające wierzyć w ich dobre serca), jak i bezradnego śledczego, któremu nikt nie wierzy. Unika ponadto ta autorka stereotypów: zdradzona kobieta nie musi wpadać w czarną rozpacz. Monika, która zbliża się do pięćdziesiątki i której główną atrakcją na co dzień jest dbanie o włosy i paznokcie, zdaje sobie sprawę, że nie wygra z kochanką męża w kategorii młodość. Ma jednak umysł, z którego potrafi zrobić użytek – a to rzadkość w przypadku powieściowych romansów.
Wszystko jest tu obliczone na śmiech, ale przerysowania wcale nie bolą i nie irytują, wręcz przeciwnie – autorka tak prowadzi narrację, że chce się podążać za bohaterami i sprawdzać, co mają do zaoferowania. W kolejnych rozdziałach przeskakuje się od postaci do postaci, więc nawet mimo zakotwiczenia w szpitalu nie ma mowy o rutynie. „Szpital na peryferiach” to prosty, ale świetny poprawiacz humoru – powieść, którą czyta się bardzo szybko, jednak z zaangażowaniem w prześmiewczą akcję.
poniedziałek, 21 września 2020
Kinga Gąska: Miłość aż po rozwód
Filia, Poznań 2020.
Nie na ciepło
Kinga Gąska jako temat swojej powieści wybiera motyw niewierności i budowania związku bez świadomości tego, kim jest drugi człowiek. Przedstawia trzy relacje – najpierw przygląda się Joannie. Joanna robi karierę i nie zastanawia się nad życiem z kimś: bycie żoną nie należy do spraw, którymi by się przejmowała. Jednak kiedy na horyzoncie pojawia się Paweł, kobieta zmienia swoje priorytety: zaczyna układać plany na bycie we dwoje. Joanna dalej zajmuje się pracą – podoba jej się, że dla ukochanego nie musi z niczego rezygnować. Z czasem przekonuje się jednak, że wygoda to nie wszystko. Jadwiga to matka Pawła i bohaterka drugiej części książki. Jadwiga – stateczna bibliotekarka dawno już chyba odłożyła marzenia o wielkiej miłości. Nie musi jednak szukać szczęścia – ono przychodzi samo, pod postacią potencjalnego towarzysza na życie. To dla Jadwigi szansa, ale też wielka zmiana. Trudno jej przestawić się na pozytywne myślenie, zwłaszcza że „w pewnym wieku” nie należy już liczyć na miłosne uniesienia. Jest jeszcze trzecia bohaterka, która we wzmiankach przewija się w środku tomu i na koniec zyskuje głos. To Ewelina, córka Jadwigi i szwagierka Joanny – długi czas nieświadoma jej istnienia. Te trzy kobiety są Gąsce potrzebne, ponieważ autorka za cel postawiła sobie uświadamianie odbiorczyń w kwestii toksycznych związków. Joanna o swoim mężu nic nie wie, a kiedy chce o coś zapytać, spotyka się z wielką agresją. Nie ma zatem pojęcia nawet o tym, gdzie Paweł pracuje. Nie zna jego rodziny ani kolegów, nie wie, która z przyjaciółek Pawła spotkała. Coraz częściej też przekonuje się, że to, co słyszy od wybranka, mija się z prawdą. Paweł manipuluje ludźmi i jest bardzo niebezpieczny. Jednak tom „Miłość aż po rozwód” zdecydowanie należy do Eweliny. To postać, która na karty książek trafia niezwykle rzadko, bo trudno znaleźć w niej dobre strony – jako typ zwykle ulega wyszydzeniu. Nie budzi sympatii ani zaufania, ale też – paradoksalnie – nie należy do mniejszości. Ewelina zamienia się w instagramową mamuśkę, tworzy na użytek internetu wyidealizowaną wizję własnego życia. Zamiast postawić na własny rozwój, wybrała łapanie faceta na dziecko. Dopiero z czasem mądrzeje i dostrzega pułapki takiego zachowania. Wtedy jednak może być już za późno.
Kinga Gąska pisze książkę niewygodną. To nie obyczajówka, która skusi spragnione łatwej rozrywki czytelniczki, raczej powieść psychologiczna. Owszem, lekka w tonie, ale nie zawsze przyjemna. Autorka zresztą z wyborów fabularnych trochę się tłumaczy na końcu tomu, ale jest przekonana, że powinna odbiorczynie ostrzec. Na pewno – pokazać im drogi działania, przypomnieć, że to od nich zależy kierunek egzystencji. I wytłumaczyć, że nie ma sensu trwanie przy kimś na siłę – bo sytuacja nigdy się nie poprawi. Joanna pewność siebie traci przez związek z Pawłem i na powrót musi się nauczyć samodzielności: chociaż w tarapaty wpędziła się przecież jako kobieta sukcesu, silna, samodzielna i wyzwolona. Ewelina od początku chciała wisieć na facecie – u niej refleksja nad beznadziejnością takiego stanu przychodzi z czasem. Jadwiga z kolei staje się ofiarą społecznych przekonań i uprzedzeń. Nigdy nie jest za późno na zmiany i to autorka mocno podkreśla. Kto zetknął się z toksycznymi charakterami – toksycznymi nawet w mniejszym stopniu niż Paweł i Sebastian – wie, że Gąska nie przesadza i że edukowanie odbiorczyń w tym zakresie jest ważne. „Miłość aż po rozwód” to opowieść będąca przeciwwagą dla ciepłych i optymistycznych obyczajówek.
Nie na ciepło
Kinga Gąska jako temat swojej powieści wybiera motyw niewierności i budowania związku bez świadomości tego, kim jest drugi człowiek. Przedstawia trzy relacje – najpierw przygląda się Joannie. Joanna robi karierę i nie zastanawia się nad życiem z kimś: bycie żoną nie należy do spraw, którymi by się przejmowała. Jednak kiedy na horyzoncie pojawia się Paweł, kobieta zmienia swoje priorytety: zaczyna układać plany na bycie we dwoje. Joanna dalej zajmuje się pracą – podoba jej się, że dla ukochanego nie musi z niczego rezygnować. Z czasem przekonuje się jednak, że wygoda to nie wszystko. Jadwiga to matka Pawła i bohaterka drugiej części książki. Jadwiga – stateczna bibliotekarka dawno już chyba odłożyła marzenia o wielkiej miłości. Nie musi jednak szukać szczęścia – ono przychodzi samo, pod postacią potencjalnego towarzysza na życie. To dla Jadwigi szansa, ale też wielka zmiana. Trudno jej przestawić się na pozytywne myślenie, zwłaszcza że „w pewnym wieku” nie należy już liczyć na miłosne uniesienia. Jest jeszcze trzecia bohaterka, która we wzmiankach przewija się w środku tomu i na koniec zyskuje głos. To Ewelina, córka Jadwigi i szwagierka Joanny – długi czas nieświadoma jej istnienia. Te trzy kobiety są Gąsce potrzebne, ponieważ autorka za cel postawiła sobie uświadamianie odbiorczyń w kwestii toksycznych związków. Joanna o swoim mężu nic nie wie, a kiedy chce o coś zapytać, spotyka się z wielką agresją. Nie ma zatem pojęcia nawet o tym, gdzie Paweł pracuje. Nie zna jego rodziny ani kolegów, nie wie, która z przyjaciółek Pawła spotkała. Coraz częściej też przekonuje się, że to, co słyszy od wybranka, mija się z prawdą. Paweł manipuluje ludźmi i jest bardzo niebezpieczny. Jednak tom „Miłość aż po rozwód” zdecydowanie należy do Eweliny. To postać, która na karty książek trafia niezwykle rzadko, bo trudno znaleźć w niej dobre strony – jako typ zwykle ulega wyszydzeniu. Nie budzi sympatii ani zaufania, ale też – paradoksalnie – nie należy do mniejszości. Ewelina zamienia się w instagramową mamuśkę, tworzy na użytek internetu wyidealizowaną wizję własnego życia. Zamiast postawić na własny rozwój, wybrała łapanie faceta na dziecko. Dopiero z czasem mądrzeje i dostrzega pułapki takiego zachowania. Wtedy jednak może być już za późno.
Kinga Gąska pisze książkę niewygodną. To nie obyczajówka, która skusi spragnione łatwej rozrywki czytelniczki, raczej powieść psychologiczna. Owszem, lekka w tonie, ale nie zawsze przyjemna. Autorka zresztą z wyborów fabularnych trochę się tłumaczy na końcu tomu, ale jest przekonana, że powinna odbiorczynie ostrzec. Na pewno – pokazać im drogi działania, przypomnieć, że to od nich zależy kierunek egzystencji. I wytłumaczyć, że nie ma sensu trwanie przy kimś na siłę – bo sytuacja nigdy się nie poprawi. Joanna pewność siebie traci przez związek z Pawłem i na powrót musi się nauczyć samodzielności: chociaż w tarapaty wpędziła się przecież jako kobieta sukcesu, silna, samodzielna i wyzwolona. Ewelina od początku chciała wisieć na facecie – u niej refleksja nad beznadziejnością takiego stanu przychodzi z czasem. Jadwiga z kolei staje się ofiarą społecznych przekonań i uprzedzeń. Nigdy nie jest za późno na zmiany i to autorka mocno podkreśla. Kto zetknął się z toksycznymi charakterami – toksycznymi nawet w mniejszym stopniu niż Paweł i Sebastian – wie, że Gąska nie przesadza i że edukowanie odbiorczyń w tym zakresie jest ważne. „Miłość aż po rozwód” to opowieść będąca przeciwwagą dla ciepłych i optymistycznych obyczajówek.
niedziela, 30 sierpnia 2020
Agnieszka Olejnik: Jeszcze będzie przepięknie
Filia, Poznań 2020.
Pokrzepienie
Gdy wokół zło, w Miłosnej też musi wydarzyć się coś, co pokaże, że literacki azyl nie jest do końca wolny od zmartwień. Zresztą – gdyby tak było, Agnieszka Olejnik nie przyciągnęłaby czytelniczek do serii opowieści o Adzie zakochanej w mężu przyjaciółki. W tomie „Jeszcze będzie przepięknie” autorka chce ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię i podpowiedzieć najlepsze rozwiązanie niewiarygodnie trudnej pod względem emocji sytuacji. Tyle tylko, że perypetie sercowe bohaterki schodzą na dalszy plan w związku z rozterkami, jakie przeżywają inni mieszkańcy Miłosnej, ci młodsi i ci najstarsi. Przede wszystkim dworek odkrywa kolejne tajemnice, wśród których znalezienie pamiętników nieznanej ciotki Bogny to najlepsze z możliwych znalezisko. Ale i zamurowane pomieszczenie budzi ciekawość – zwłaszcza że rzecz wiąże się z czasami wojny i decyzjami pani dziedziczki, która o swoich postanowieniach nie rozmawiała z pracownikami. Dlatego też pan Antoni, stary ogrodnik, nie może wyjaśnić sprawy niecierpliwemu Dawidowi – i sam czeka na komentarz z zaświatów, żeby dowiedzieć się, co takiego działo się w Miłosnej podczas drugiej wojny światowej. Niewątpliwie było to coś, co wpłynęło na domowników – pamiętnik Bogny sporo w tej materii rozwiązuje.
Agnieszka Olejnik burzy ład przez szereg nieszczęść i wypadków. Najpierw krzywdę robi sobie pan Antoni, później nieszczęście spotyka Zuzę – dziewczynę z patologicznej rodziny, która obsesyjnie wręcz dba o młodszego brata i dopiero przy Dawidzie w Miłosnej próbuje się otworzyć na innych ludzi i uwierzyć w ich życzliwość. Najmłodsze pokolenie – brat Zuzy i syn Igora – znajduje własny sposób na wyjście z kryzysu. Dorośli mogą jedynie obserwować i nie wtrącać się do tego, co naprawia sam czas – oraz pies. Dawid przekonuje się z kolei, że serce nie zawsze podpowiada najlepsze rozwiązania: nie należy się wtrącać w zauroczenia nastolatków, jednak często przegapiają oni to, co cenne i blisko. Sama Ada nie może w tej kwestii pouczać syna, zwłaszcza że przeżywa swoje dylematy. Autorka robi wiele, żeby zatrzymać odbiorczynie przy powieści – i bardzo dobrze jej się to udaje, znajdą tu coś dla siebie miłośniczki powieści romantycznych, historycznych obyczajówek i ciepłych pokrzepiaczy. Mnożenie trudności sprawia tylko, że tym większą nadzieję uda się autorce obudzić w czytelniczkach. Delikatny humor w narracji nie znika pod wpływem mnogości nieszczęść. Może tylko raz budzą się pytania o zachowanie dorosłych: kiedy problem dotyka dzieci, a starsze pokolenie, zamiast wziąć się w garść i służyć wsparciem, zaczyna od lamentów i płaczu – kompletnie nieuzasadnionego w trudnej sytuacji. Jednak Agnieszka Olejnik wie, co chce osiągnąć – i dąży do swojego celu. „Jeszcze będzie przepięknie” to kolejna udana obyczajówka tej autorki – pełna ciepła i optymizmu mimo wszystko. Ta autorka potrafi dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i przekonać do swoich bohaterów – a przy okazji ma pomysły na wielokierunkowe fabuły, tak, żeby nie zamęczyć kwestią uczuciowości.
Pokrzepienie
Gdy wokół zło, w Miłosnej też musi wydarzyć się coś, co pokaże, że literacki azyl nie jest do końca wolny od zmartwień. Zresztą – gdyby tak było, Agnieszka Olejnik nie przyciągnęłaby czytelniczek do serii opowieści o Adzie zakochanej w mężu przyjaciółki. W tomie „Jeszcze będzie przepięknie” autorka chce ostatecznie rozstrzygnąć tę kwestię i podpowiedzieć najlepsze rozwiązanie niewiarygodnie trudnej pod względem emocji sytuacji. Tyle tylko, że perypetie sercowe bohaterki schodzą na dalszy plan w związku z rozterkami, jakie przeżywają inni mieszkańcy Miłosnej, ci młodsi i ci najstarsi. Przede wszystkim dworek odkrywa kolejne tajemnice, wśród których znalezienie pamiętników nieznanej ciotki Bogny to najlepsze z możliwych znalezisko. Ale i zamurowane pomieszczenie budzi ciekawość – zwłaszcza że rzecz wiąże się z czasami wojny i decyzjami pani dziedziczki, która o swoich postanowieniach nie rozmawiała z pracownikami. Dlatego też pan Antoni, stary ogrodnik, nie może wyjaśnić sprawy niecierpliwemu Dawidowi – i sam czeka na komentarz z zaświatów, żeby dowiedzieć się, co takiego działo się w Miłosnej podczas drugiej wojny światowej. Niewątpliwie było to coś, co wpłynęło na domowników – pamiętnik Bogny sporo w tej materii rozwiązuje.
Agnieszka Olejnik burzy ład przez szereg nieszczęść i wypadków. Najpierw krzywdę robi sobie pan Antoni, później nieszczęście spotyka Zuzę – dziewczynę z patologicznej rodziny, która obsesyjnie wręcz dba o młodszego brata i dopiero przy Dawidzie w Miłosnej próbuje się otworzyć na innych ludzi i uwierzyć w ich życzliwość. Najmłodsze pokolenie – brat Zuzy i syn Igora – znajduje własny sposób na wyjście z kryzysu. Dorośli mogą jedynie obserwować i nie wtrącać się do tego, co naprawia sam czas – oraz pies. Dawid przekonuje się z kolei, że serce nie zawsze podpowiada najlepsze rozwiązania: nie należy się wtrącać w zauroczenia nastolatków, jednak często przegapiają oni to, co cenne i blisko. Sama Ada nie może w tej kwestii pouczać syna, zwłaszcza że przeżywa swoje dylematy. Autorka robi wiele, żeby zatrzymać odbiorczynie przy powieści – i bardzo dobrze jej się to udaje, znajdą tu coś dla siebie miłośniczki powieści romantycznych, historycznych obyczajówek i ciepłych pokrzepiaczy. Mnożenie trudności sprawia tylko, że tym większą nadzieję uda się autorce obudzić w czytelniczkach. Delikatny humor w narracji nie znika pod wpływem mnogości nieszczęść. Może tylko raz budzą się pytania o zachowanie dorosłych: kiedy problem dotyka dzieci, a starsze pokolenie, zamiast wziąć się w garść i służyć wsparciem, zaczyna od lamentów i płaczu – kompletnie nieuzasadnionego w trudnej sytuacji. Jednak Agnieszka Olejnik wie, co chce osiągnąć – i dąży do swojego celu. „Jeszcze będzie przepięknie” to kolejna udana obyczajówka tej autorki – pełna ciepła i optymizmu mimo wszystko. Ta autorka potrafi dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i przekonać do swoich bohaterów – a przy okazji ma pomysły na wielokierunkowe fabuły, tak, żeby nie zamęczyć kwestią uczuciowości.
wtorek, 19 maja 2020
Remigiusz Mróz: Iluzjonista
Filia, Poznań 2019.
Sztuczki
Po trzydziestu latach od zbrodni powraca tajemniczy morderca odpowiedzialny za serię tragedii. Wszystko wskazuje na to, że „iluzjonista” uderza znowu. Jest bezwzględny i ironicznie okrutny, a do tego znaczy swoje ofiary – wypala na ciałach znak zapytania. To sygnał dla śledczych i informacja, że morderca czuje się bezkarny i do przesady swobodny. U Remigiusza Mroza akcja przebiega od trupa do trupa (a kolejne morderstwa łączy w „Iluzjoniście” teatralizacja). Ten autor mocno upraszcza sobie zadanie, przechodząc w świat prestidigitatorskich sztuczek. Bo morderca wykorzystuje typowe dla pokazów magików zachowania. O ile jednak podczas takich imprez nikomu nie dzieje się krzywda, o tyle przy działaniach tajemniczego Iluzjonisty wszystko prowadzi do śmierci w męczarniach. I tak wydarzenia z przeszłości i te obecne różnią się jedynie stopniem zaawansowania przygotowań widowiska. Dawniej morderca stawiał na bardziej prymitywne rozwiązania, teraz sięga po wyrafinowane pomysły. Ludzie tracą życie w skomplikowanych sceneriach, same zwłoki też zostają wykorzystane do pokazu siły i wyższości mordercy. Liczy się budzenie strachu – i granie na emocjach bezradnych śledczych. Jest w „Iluzjoniście” widmo bezczelności zderzanej z koszmarem – ofiary zamieniają się w rekwizyty tak, żeby wyzwalać lęk.
Były prokurator Edling dawniej rozwiązywał sprawę Iluzjonisty i jest przekonany, że odniósł sukces. Skoro jednak po dekadach z powrotem pojawił się problem, Edling potraktuje sprawę ambicjonalnie. Chce zrozumieć psychikę mordercy – zapewne psychopaty, skoro cieszy go zadawanie bólu i cierpienia niewinnym dla samego efektu. Były śledczy w tym starciu nie miałby szans na odniesienie jakiegokolwiek sukcesu, nawet z najlepszymi pracownikami policji. Do działania musi zaprosić kobietę, która w dawnych latach nie wahała się przed niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Punkowo nastawiona do życia Małgorzata Rosa daleka jest od wizerunków bohaterek romansów. Twardo stąpa po ziemi, nie bawi się w sentymenty, a do tego jest bardzo silna psychicznie. Może proponować niekonwencjonalne rozwiązania bez ograniczeń, daje sobie radę w każdych warunkach. Małgorzata Rosa jest postacią, która ubarwia tę historię, umożliwia rozwijanie opowieści w dwóch płaszczyznach. W przeszłości mogła kusić wyzwolonym stylem życia, ucieczką od schematów i specyficznym z tego płynącym seksapilem. Teraz Małgorzata Rosa jest być może nieco zgorzkniała, ale wciąż nie zamierza się poddawać ani ulegać sentymentom. Nie wykorzysta urody, ale nadal urzeka niezależnością. I znowu może się przydać w schwytaniu przestępcy. Małgorzata Rosa to uosobienie wolności – ale też postać, dzięki której ta opowieść lepiej funkcjonuje.
Remigiusz Mróz posługuje się raczej tanimi chwytami, fabułę konstruuje z powtarzalnego składnika, który jedynie ciągle modyfikuje. Nie dba nawet o odwzorowywanie realiów PRL-u – klimatu znanego z całej serii kryminałów. Koloryt lokalny go nie interesuje, podobnie jak budowanie bardziej skomplikowanych charakterystyk postaci. Remigiusz Mróz mimo sporej objętości książki bardzo upraszcza tę historię: sprowadza akcję zbyt często do niekończących się wymian zdań między bohaterami. Stawianie na dialogi pokazuje pośpiech w tworzeniu tej powieści. Za mało tu też czynników, które mogłyby przyciągnąć odbiorców i przytrzymać ich przy tej narracji. Mróz pisze książkę bardzo pod publiczkę, nie interesują go walory literackie, a jedynie gotowy do sprzedania produkt – a to samo w sobie przekłada się na odbiór historii.
Sztuczki
Po trzydziestu latach od zbrodni powraca tajemniczy morderca odpowiedzialny za serię tragedii. Wszystko wskazuje na to, że „iluzjonista” uderza znowu. Jest bezwzględny i ironicznie okrutny, a do tego znaczy swoje ofiary – wypala na ciałach znak zapytania. To sygnał dla śledczych i informacja, że morderca czuje się bezkarny i do przesady swobodny. U Remigiusza Mroza akcja przebiega od trupa do trupa (a kolejne morderstwa łączy w „Iluzjoniście” teatralizacja). Ten autor mocno upraszcza sobie zadanie, przechodząc w świat prestidigitatorskich sztuczek. Bo morderca wykorzystuje typowe dla pokazów magików zachowania. O ile jednak podczas takich imprez nikomu nie dzieje się krzywda, o tyle przy działaniach tajemniczego Iluzjonisty wszystko prowadzi do śmierci w męczarniach. I tak wydarzenia z przeszłości i te obecne różnią się jedynie stopniem zaawansowania przygotowań widowiska. Dawniej morderca stawiał na bardziej prymitywne rozwiązania, teraz sięga po wyrafinowane pomysły. Ludzie tracą życie w skomplikowanych sceneriach, same zwłoki też zostają wykorzystane do pokazu siły i wyższości mordercy. Liczy się budzenie strachu – i granie na emocjach bezradnych śledczych. Jest w „Iluzjoniście” widmo bezczelności zderzanej z koszmarem – ofiary zamieniają się w rekwizyty tak, żeby wyzwalać lęk.
Były prokurator Edling dawniej rozwiązywał sprawę Iluzjonisty i jest przekonany, że odniósł sukces. Skoro jednak po dekadach z powrotem pojawił się problem, Edling potraktuje sprawę ambicjonalnie. Chce zrozumieć psychikę mordercy – zapewne psychopaty, skoro cieszy go zadawanie bólu i cierpienia niewinnym dla samego efektu. Były śledczy w tym starciu nie miałby szans na odniesienie jakiegokolwiek sukcesu, nawet z najlepszymi pracownikami policji. Do działania musi zaprosić kobietę, która w dawnych latach nie wahała się przed niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Punkowo nastawiona do życia Małgorzata Rosa daleka jest od wizerunków bohaterek romansów. Twardo stąpa po ziemi, nie bawi się w sentymenty, a do tego jest bardzo silna psychicznie. Może proponować niekonwencjonalne rozwiązania bez ograniczeń, daje sobie radę w każdych warunkach. Małgorzata Rosa jest postacią, która ubarwia tę historię, umożliwia rozwijanie opowieści w dwóch płaszczyznach. W przeszłości mogła kusić wyzwolonym stylem życia, ucieczką od schematów i specyficznym z tego płynącym seksapilem. Teraz Małgorzata Rosa jest być może nieco zgorzkniała, ale wciąż nie zamierza się poddawać ani ulegać sentymentom. Nie wykorzysta urody, ale nadal urzeka niezależnością. I znowu może się przydać w schwytaniu przestępcy. Małgorzata Rosa to uosobienie wolności – ale też postać, dzięki której ta opowieść lepiej funkcjonuje.
Remigiusz Mróz posługuje się raczej tanimi chwytami, fabułę konstruuje z powtarzalnego składnika, który jedynie ciągle modyfikuje. Nie dba nawet o odwzorowywanie realiów PRL-u – klimatu znanego z całej serii kryminałów. Koloryt lokalny go nie interesuje, podobnie jak budowanie bardziej skomplikowanych charakterystyk postaci. Remigiusz Mróz mimo sporej objętości książki bardzo upraszcza tę historię: sprowadza akcję zbyt często do niekończących się wymian zdań między bohaterami. Stawianie na dialogi pokazuje pośpiech w tworzeniu tej powieści. Za mało tu też czynników, które mogłyby przyciągnąć odbiorców i przytrzymać ich przy tej narracji. Mróz pisze książkę bardzo pod publiczkę, nie interesują go walory literackie, a jedynie gotowy do sprzedania produkt – a to samo w sobie przekłada się na odbiór historii.
wtorek, 17 marca 2020
Neil Pasricha: Awesome. Księga małych cudowności
Filia, Poznań 2020.
Cudowności
Ta książka ma za zadanie zamienić dorosłych z powrotem w dzieci. I to w dzieci, które radość odkrywają w każdym – zwyczajnym z pozoru – wydarzeniu. Nie ma wyjścia, trzeba cieszyć się z drobiazgów, a po krótkim treningu okaże się, że to droga do zwiększonego poczucia szczęśliwości. Niby nic – wystarczy doceniać przyjemności chwilowe, krótkotrwałe i bardzo proste do osiągnięcia. Neil Pasricha działa lepiej niż najlepszy mówca motywacyjny, a że swoje spostrzeżenia wzbogaca jeszcze o komentarze ludzi, którzy śledzą jego stronę i nadsyłają własne propozycje rzeczy „cudownych” - może rozbudowywać przepis na zadowolenie. Bezcenny, bo niewymagający ani nakładów finansowych, ani energii. Pasricha jest trochę jak Pollyanna – pozwala odbiorcom na nowo zacząć cieszyć się rzeczami, które dawniej były traktowane jak niezawodne poprawiacze nastroju. Do tego daje prawo do infantylnej radości z byle czego i proponuje proste sposoby na redukcję stresu. Rozwodzi się nad zabawą folią bąbelkową, nad przyjemnością zanurzenia się w czystej pościeli, nad prysznicem po ciężkim dniu – rejestruje też momenty, które dają satysfakcję niezrozumiałą dla otoczenia, za to doskonale wyczuwalną przez samego działającego. To drobne sukcesy w rodzaju trafienia do nowo otwartej kasy w supermarkecie czy prawidłowego zaparkowania. Nawet jeśli część komentarzy wydaje się na wyrost, z pewnością znajdzie się ktoś, kto podzieli entuzjazm autora właśnie w tej części egzystencji – i nauczy się na nowo doceniać przyjemność płynącą z kolejnych działań.
„Awesome. Księga małych cudowności” to książka, która pozwala się błyskawicznie zrelaksować i przez to też automatycznie poprawia humor natychmiast. Składa się z szeregu drobnych rozdziałów (czasem zawierających jedną linijkę tekstu, czasem – rozbudowywanych na kilka stron). Za każdym razem tytułem rozdziału jest kolejna „cudowność”: sytuacja lub zachowanie, które relaksuje na poziomie mikro, jest ulotne, ale niewątpliwie przyjemne. Autor odwołuje się do uruchamianych zmysłów: przypomina na przykład o zapachu nowo otwartego pudełka kredek. Dzięki niemu można powrócić do skojarzeń, które rzeczywiście satysfakcjonują i cieszą – a o których nie myśli się podczas codziennego zabiegania. Już samo tego typu nawiązanie do pozytywnych konotacji może okazać się relaksujące. Z kolei każdy rozdział kończony jest okrzykiem „to cudowne”, żeby czytelnicy uświadomili sobie, że warto się ekscytować, przejąć radość od najmłodszych i wykorzystywać chwile, które przynoszą drobną przyjemność. Czasami wykorzystuje Pasricha spostrzeżenia typowo kobiece (wtedy do narracji dodaje, że tak przynajmniej słyszał: czynnik humorystyczny odgrywa tu dużą rolę).
„Awesome” to książka, która już w założeniach ma dostarczać rozrywki. Nie trzeba nawet podążać za autorem i wypróbowywać wszystkich podpowiedzi – więcej robi Pasricha dla treningu uważności niż autorzy poradników do samorozwoju. Wystarczy samo pomyślenie o czynności, żeby obudzić pozytywne skojarzenia – warto tę pozycję sobie dawkować, rozbić przyjemność na mniejsze kawałki i częstować się nią codziennie. Lektura zresztą przyniesie pewien ważny skutek: wyczulenie na to, co na co dzień cieszy, chociaż pozornie nie ma znaczenia.
Cudowności
Ta książka ma za zadanie zamienić dorosłych z powrotem w dzieci. I to w dzieci, które radość odkrywają w każdym – zwyczajnym z pozoru – wydarzeniu. Nie ma wyjścia, trzeba cieszyć się z drobiazgów, a po krótkim treningu okaże się, że to droga do zwiększonego poczucia szczęśliwości. Niby nic – wystarczy doceniać przyjemności chwilowe, krótkotrwałe i bardzo proste do osiągnięcia. Neil Pasricha działa lepiej niż najlepszy mówca motywacyjny, a że swoje spostrzeżenia wzbogaca jeszcze o komentarze ludzi, którzy śledzą jego stronę i nadsyłają własne propozycje rzeczy „cudownych” - może rozbudowywać przepis na zadowolenie. Bezcenny, bo niewymagający ani nakładów finansowych, ani energii. Pasricha jest trochę jak Pollyanna – pozwala odbiorcom na nowo zacząć cieszyć się rzeczami, które dawniej były traktowane jak niezawodne poprawiacze nastroju. Do tego daje prawo do infantylnej radości z byle czego i proponuje proste sposoby na redukcję stresu. Rozwodzi się nad zabawą folią bąbelkową, nad przyjemnością zanurzenia się w czystej pościeli, nad prysznicem po ciężkim dniu – rejestruje też momenty, które dają satysfakcję niezrozumiałą dla otoczenia, za to doskonale wyczuwalną przez samego działającego. To drobne sukcesy w rodzaju trafienia do nowo otwartej kasy w supermarkecie czy prawidłowego zaparkowania. Nawet jeśli część komentarzy wydaje się na wyrost, z pewnością znajdzie się ktoś, kto podzieli entuzjazm autora właśnie w tej części egzystencji – i nauczy się na nowo doceniać przyjemność płynącą z kolejnych działań.
„Awesome. Księga małych cudowności” to książka, która pozwala się błyskawicznie zrelaksować i przez to też automatycznie poprawia humor natychmiast. Składa się z szeregu drobnych rozdziałów (czasem zawierających jedną linijkę tekstu, czasem – rozbudowywanych na kilka stron). Za każdym razem tytułem rozdziału jest kolejna „cudowność”: sytuacja lub zachowanie, które relaksuje na poziomie mikro, jest ulotne, ale niewątpliwie przyjemne. Autor odwołuje się do uruchamianych zmysłów: przypomina na przykład o zapachu nowo otwartego pudełka kredek. Dzięki niemu można powrócić do skojarzeń, które rzeczywiście satysfakcjonują i cieszą – a o których nie myśli się podczas codziennego zabiegania. Już samo tego typu nawiązanie do pozytywnych konotacji może okazać się relaksujące. Z kolei każdy rozdział kończony jest okrzykiem „to cudowne”, żeby czytelnicy uświadomili sobie, że warto się ekscytować, przejąć radość od najmłodszych i wykorzystywać chwile, które przynoszą drobną przyjemność. Czasami wykorzystuje Pasricha spostrzeżenia typowo kobiece (wtedy do narracji dodaje, że tak przynajmniej słyszał: czynnik humorystyczny odgrywa tu dużą rolę).
„Awesome” to książka, która już w założeniach ma dostarczać rozrywki. Nie trzeba nawet podążać za autorem i wypróbowywać wszystkich podpowiedzi – więcej robi Pasricha dla treningu uważności niż autorzy poradników do samorozwoju. Wystarczy samo pomyślenie o czynności, żeby obudzić pozytywne skojarzenia – warto tę pozycję sobie dawkować, rozbić przyjemność na mniejsze kawałki i częstować się nią codziennie. Lektura zresztą przyniesie pewien ważny skutek: wyczulenie na to, co na co dzień cieszy, chociaż pozornie nie ma znaczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






