* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SQN. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2025

Aneta Jadowska: Sekret prawie byłego męża

SQN, Warszawa 2025.

Pułapka

Agata Bunc jest pisarką, która potrzebuje w swoim życiu zmiany. Od ośmiu lat nie może się rozwieść z mężem – ten robi problemy i celowo utrudnia rozstanie. Nie zamierza ratować małżeństwa, ma już zresztą od pewnego czasu nową partnerkę – ale przez złośliwość komplikuje Agacie życie. Na szczęście dużo się ostatnio zmieniło: Agata zamieszkała w domu Uklejów razem z dwiema przyjaciółkami, również pisarkami. Trzy Gracje wspierają się i pomagają sobie we wszystkim, od przepędzania kryzysów twórczych po pilnowanie posiłków. Rozumieją się świetnie i pokazują, co oznacza przyjaźń. Są silne dzięki temu, że przebywają razem – a to oznacza, że kiedy przyjdzie im się zmierzyć z kolejnym wyzwaniem, poradzą sobie nie tylko z amatorskim śledztwem. Może nawet nie tak amatorskim: trzy Gracje radzą sobie z budowaniem intryg lepiej niż niejeden śledczy – procentuje doświadczenie w tworzeniu kryminałów. W związku z tym również w odkrywaniu motywów działań przestępczych są dobre i tu przyda się ich pomysłowość.

Bo wszystko wskazuje na to, że ktoś próbuje wrobić Agatę Bunc w morderstwo. Jej prawie były małżonek umiera blisko domu Uklejów. W takim wypadku najbardziej podejrzana jest najbliższa rodzina – czyli Agata, która na chwilę znika z oczu przyjaciółkom. U progu upragnionego rozwodu wprawdzie nie ma motywu – jednak wygodniccy prokuratorzy mogą być innego zdania. Zaczyna się mozolne gromadzenie dowodów i próby odkrycia tożsamości mordercy. „Sekret prawie byłego męża” to mnóstwo kwestii obyczajowych w powiązaniu z rozwijającym się śledztwem. Z perspektywy czytelników najważniejsze może być budowanie azylu – trzy kobiety mogą ułożyć sobie życie z dala od oceniających je oczu, mogą pozwalać sobie na dziwactwa i nietuzinkowe rozwiązania, zapewniają sobie wzajemnie wsparcie i troszczą się o siebie. To niezawodny magnes na odbiorczynie – mimo toczącego się śledztwa, mimo zagrożenia, bo w końcu Agatę ktoś próbuje wrobić w morderstwo – jest tu schronienie, azyl przed okrutną rzeczywistością. Jest to propozycja dla czytelników, którzy nie przepadają za epatowaniem złem – nie lubią brutalności i koszmarów na jawie. Aneta Jadowska wie, co zrobić, żeby przyciągnąć uwagę i żeby zatrzymać przy sobie nie tylko fanów kryminałów.

Jest to powieść, która gwarantuje pozostanie czytelników przy serii. Bardzo liczy się w niej klimat i możliwość prezentowania narracyjnych talentów autorki, intryga, która schodzi na dalszy plan, nie zawodzi. Przyjemne charaktery, sporo pobocznych wątków i wygoda – która sprawia, że w tej książce można się rozgościć – to atuty drugiej części serii. Gdzieś w tle przewijają się dylematy pisarskie – nie da się inaczej, skoro w jednym miejscu zamieszkały aż trzy pisarki – więc Aneta Jadowska zapewnia sobie szereg pytań podczas spotkań autorskich. Jednak sporo rzeczy też wyjaśnia i podpowiada tym, którzy chcą zabawić się w tworzenie kryminałów.

niedziela, 24 marca 2024

Aneta Jadowska: Tajemnica domu Uklejów

SQN, Kraków 2024.

Schronienie

Bardzo troszczy się Aneta Jadowska o swoją bohaterkę, Ninę, jedną z trzech Gracji, które pojawią się w Ustce, by poczęstować czytelników trylogią kryminalną. „Tajemnica domu Uklejów” to powieść, która – chociaż oparta na kryminalnej intrydze – daje pokrzepienie i zachęca do zagłębienia się w cykl. Wszystko zaczyna się z chwilą typową bardziej dla obyczajówek – oto Nina, kobieta, która przez ostatnie lata pracowała jako opiekunka pewnej starszej pani, straciła zatrudnienie: śmierć Luli okazała się jednak nie tylko brzemienna w smutki. Nina odziedziczyła po Luli duży dom w Ustce. Teraz może sobie pozwolić na zrealizowanie pewnego marzenia: dostaje od losu aż rok na wprowadzenie zmian. Tymczasem dom w Ustce nie pozwala na stagnację. Owszem, trzeba przeprowadzić remont i zagospodarować pomieszczenia, które nie były używane od lat. To jednak nie jest problemem dla Niny, która namiętnie ogląda wszelkie remontowe vlogi. Gorzej, że w domu pojawiają się włamywacze. I nie wszyscy z nich muszą przeżyć…

Jest w tej książce serdeczność, jakiej często trudno się spodziewać po kryminałach. Aneta Jadowska przysyła do swojej bohaterki dwie internetowe przyjaciółki-pisarki, Agatę i Zuzę. Obie mogą sobie pozwolić na odejście od własnych spraw (jedna nawet powinna), obie mogą pracować z dowolnego miejsca, a że dom kusi nie tylko zbrodnią, warto mu się bliżej przyjrzeć. Obecność bratnich dusz, które idealnie wkomponowują się w przestrzeń domu pomaga i pozwala uporać się z drobnymi i większymi przykrościami. Nina na horyzoncie może dostrzec szansę na miłość – ale to odległe tło, w żadnym razie nie wyznacznik kierunku fabuły, raczej dodatkowy smaczek dla odbiorczyń. W „Tajemnicy domu Uklejów” trzeba bowiem rozwiązać zagadkę: czego szukał pierwszy przestępca – i co kieruje kolejnymi, że próbują zakraść się do nowej siedziby Niny. Aneta Jadowska wprowadza detale z codzienności Zuzy i Agaty – tak, żeby przygotować sobie grunt pod kolejne opowieści. Na Ninę spadło już wystarczająco dużo nieszczęść – teraz może powoli zacząć odzyskiwać siły i dobre samopoczucie. To wyraźne pochylenie się nad bohaterką nie niszczy rytmu powieści: Aneta Jadowska wie, jak przyciągnąć odbiorców do książki i jak zapewnić im zestaw silnych wrażeń. Bardzo dba o to, żeby kanwą historii nie było samo amatorskie śledztwo – najbardziej liczą się relacje międzyludzkie, zwłaszcza przyjaźń (chociaż w bogatej galerii charakterów autorka nie szczędzi oryginalnych postaw, czasem o wydźwięku komicznym). Rozwiązywanie zagadek to zaledwie jeden z aspektów codzienności, którą trzeba sobie uporządkować na nowo.

Gracje mają poczucie humoru i są silne swoją przyjaźnią, zapewniają sobie wzajemnie wsparcie bez zbędnych komentarzy – i nie boją się niczego. Rezolutne, wyrobione w odczytywaniu emocji innych – dają się lubić. Co ciekawe, Aneta Jadowska zmultiplikowała jeszcze motyw bohaterki-pisarki – a jednak autotematyzm nie będzie dla czytelników męczący, to po prostu wyjaśnienie potencjału i aktywności bohaterek, które przy uporządkowanych zawodach nie mogłyby gromadzić informacji ani uczestniczyć w kolejnych szarpiących nerwy przygodach. Jest „Tajemnica domu Uklejów” książką dobrze napisaną, z pomysłem i szeregiem atrakcji dla wszystkich, którzy w kryminałach cenią sobie ludzkie oblicze postaci. Aneta Jadowska zrobiła wiele, żeby mrok nie przyćmił dobrej zabawy – tu tworzy azyl dla odbiorców, pozwala na przyjemność lekturową nawet tym, którzy w kryminałach nie gustują.

czwartek, 8 września 2022

Tomasz Maruszewski: Wrzaski

SQN, Kraków 2022.

Presja

Może i Adam miał to, czego ludzie mogliby mu pozazdrościć: żonę, córeczkę, dom, pracę. Z żoną wprawdzie raczej się nie dogaduje: oświadczył się na wieść o ciąży Bożeny po jednorazowej przygodzie, ona - żeby nie okryć się hańbą - porzuciła swojego ukochanego - ale nie wchodzą sobie w drogę i nawet jakieś przywiązanie między nimi jest. Tylko że Adam jest z tych, o których się głośno nie mówi. Kocha mężczyzn, a kto to słyszał takie wynaturzenie, tylko problemy z tego i pedofilia. Wprawdzie ludzie nie do końca wiedzą, jak powiązać krzywdzenie dzieci z miłością homoseksualną, ale na pewno jakieś zależności są, przecież tylko kobieta i mężczyzna mogą tworzyć prawdziwy związek. Zbiera Tomasz Maruszewski te przerażające poglądy i uprzedzenia i układa je w powieść "Wrzaski" - powieść, która nie przyniesie spokoju i pokazuje destrukcję. Nawet jeśli z romansu Adama i Jerzego nic by nie wyszło, nawet gdyby to był tylko chwilowy kaprys, poryw serca albo zwyczajne pożądanie - mężczyźni nie mają szansy na sprawdzenie siebie w duecie. Ukrywają się z zakazanym uczuciem: muszą wybierać hotele na odludziu i udawać, że przyjechali w celach biznesowych. Muszą uważać na każdy krok i każdy gest - wszędzie mogą znaleźć się nieżyczliwi, a od plotek prosta droga do prześladowań. I tak pewnego dnia Jerzy zostaje pobity - Adam widzi to z okna i chce pobiec ukochanemu na ratunek, nawet jeśli i tak we dwóch nie wygraliby z napastnikami. Ktoś jednak skutecznie mu to uniemożliwia. Tak zaczyna się rozpad związku, ale i powolny upadek Adama. Bohater nie ma już czego szukać we własnym domu: żona nie chce mieć z nim nic wspólnego i zabrania kontaktować się z ukochaną córeczką. Policjant ostrzega przed kolejnymi atakami i sugeruje, że najbezpieczniej byłoby Adamowi opuścić miasto. Wszyscy odwracają się od człowieka, który próbował kochać po swojemu i nie umiał zagłuszyć własnych pragnień - chociaż nikogo przy tym nie krzywdził. Z różnych stron rozlegają się głosy potępienia, a Tomasz Maruszewski zamienia je we wrzaski. Podąża za Adamem - tylko po to, żeby przekonać się, że ta postać szczęścia już nie znajdzie, została złamana i upodlona.

"Wrzaski" to antyutopia i antyromans, historia, która - niestety - może się wydarzać wciąż w najbliższej okolicy. Pokazuje, do jakich tragedii doprowadzać mogą odpowiednio podkarmiane uprzedzenia i brak elementarnej wiedzy. Chciałoby się napisać, że autor oparł fabułę na hiperbolizacjach - jednak lekturze będzie towarzyszyć świadomość, że to sytuacje bardzo prawdopodobne i wcale nie przerysowane. Czystą nienawiść napastników próbuje się tu co jakiś czas wyjaśniać, prezentować jako efekt ich własnych stłumionych pragnień - jednak to nie pomaga na zachwiane poczucie bezpieczeństwa. Adam traci znacznie więcej, niż mógłby się spodziewać. W efekcie napaści rezygnuje ze swoich marzeń. Nigdy już nie znajdzie szczęścia, bo też i nigdy nie odważy się postąpić wbrew woli tłumu. A jego indywidualnej klęski nie pojmuje nikt z zewnątrz - postrzegany jako niegroźny osiedlowy menel mężczyzna staje się wyrzutem sumienia w społeczeństwie, które pozwala na lincz w imię fałszywie pojmowanych wartości. "Wrzaski" to książka wstrząsająca i ważna - ale ze względu na niewygodny temat może nie trafić do mainstreamu.

czwartek, 26 listopada 2020

Agnieszka Sztyler-Turovsky: Oddział zakaźny. Historie bez cenzury

SQN, Kraków 2020.

Apel

Agnieszka Sztyler-Turovsky dociera do lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, którzy mierzą się z sytuacją, na jaką nie byli przygotowani. „Oddział zakaźny. Historie bez cenzury” to nie tylko zwierzenia zakaźników, ale i tych, którzy szybko musieli się nauczyć nowych procedur i wdrożyć je w życie. To opowieści tych, którzy nie mają czasu na śledzenie medialnych doniesień w sprawie COVID-19 i branie udziału w idiotycznych sporach wywoływanych przez „niewierzących” w koronawirusa, bo na co dzień mają aż za wiele przypadków śmiertelnych – nawet kiedy nic wcześniej nie wskazywało na zbliżający się koniec. Dociera autorka też do lekarzy, których wypowiedzi zostały zmanipulowane i wykorzystywane przez zwolenników teorii spiskowych. Najczęściej jednak trafia do ludzi, którzy przekazują w mniej lub bardziej żołnierskich słowach to, że należy nosić maseczki, przestrzegać zasady dystansu społecznego i nie narażać siebie i innych, kiedy ma się jakiekolwiek podejrzenia co do swojego złego stanu zdrowia.

Często w opowieściach pojawia się motyw pacjenta zero w Polsce – rzecz dotyczy pierwszego lockdownu i uczenia się pandemii przez medyków. Pojawiają się w książce lekarze, którzy dostali nakaz pracy w szpitalu jednoimiennym i ci, których placówka zostaje właśnie w taki szpital przekształcona. Ale pojawiają się również ci, którzy muszą zadbać o to, żeby nie narażać innych chorych na kontakt z niebezpiecznym wirusem. Lekarze są świadomi, że wiele planowanych zabiegów nie może dojść do skutku, co więcej: nawet ich bliscy czasami nie mogą otrzymać potrzebnej pomocy, chociaż przed pandemią nie byłoby z tym najmniejszego problemu. Jednak koronawirus jest groźny i nic do tej pory nie przygotowało na tak ogromną walkę. Opowiadają medycy, jak uczyli się zakładać kombinezony z filmików od włoskich kolegów, opowiadają o brakach w zaopatrzeniu. Jedni zajmują się komentowaniem działań rządu, inni wręcz przeciwnie – skupiają się wyłącznie na doświadczeniach z najbliższego otoczenia. Nie wszyscy silą się na uprzejmość, są i tacy, którzy w ostrym języku dają upust codziennym emocjom. Bohaterowie tego tomu opowiadają o postawach rodzin, współpracowników i sąsiadów i autorka stawia w tym wypadku raczej na historie krzepiące: nawet jeśli gdzieś były problemy z zaakceptowaniem ryzyka, wszystko kończyło się wielkim porozumieniem i wsparciem. Źle jest zawsze gdzie indziej – pod tym względem próbuje Sztyler-Turovsky stworzyć książkową utopię. Jednak takie obrazki są potrzebne zwłaszcza innym przedstawicielom służby zdrowia, przede wszystkim tym, którzy tracą już siły i nadzieję na wsparcie z zewnątrz.

„Oddział zakaźny. Historie bez cenzury” to nie miejsce na wymienianie „bezobjawowych” pacjentów. Tu pacjenci mogą stracić życie w ciągu pół godziny od wystąpienia problemów z oddychaniem, tu lekarze i pielęgniarki pomagają odchodzącym połączyć się telefonicznie z rodzinami, by mogli się chociaż w ten sposób pożegnać. Tu panuje wielka partyzantka: brakuje wszystkiego i wciąż trzeba kombinować, żeby przetrwać. A medialne doniesienia? Nikt nie zwraca na nie uwagi. Szkoda czasu.

środa, 1 lipca 2020

Matt Rendell: Marco Pantani. Ostatni podjazd

SQN, Kraków 2020.

Upadek

Przez Matta Rendella Marco Pantani uznawany jest za geniusza. Takie stanowisko odrobinę pozwoli zrozumieć posłowie do polskiego wydania ksiązki „Marco Pantani. Ostatni podjazd”, jednak odbiorcom – zwłaszcza tym, którzy chcieliby widzieć sport jako uczciwą rywalizację i pokonywanie własnych słabości ciężką pracą – opowieść wydać się może bardzo odstręczająca. Marco Pantani ceniony jest za umiejętności kolarskie, które pozwalały „uciec” rywalom zwłaszcza na trudnych podjazdach. Matt Rendell wiele razy zachwycać się będzie w opowieści sylwetką kolarza, jego zachowaniem na trasie, a także podejmowanym ryzykiem: będzie tworzyć peany na cześć mistrza, który przegrywać nie potrafił (podobnie zresztą jak rozmawiać z fanami czy dziennikarzami), będzie rozkoszować się jego jazdą i odnotowywać każde odejście od kolarskiej „normy”. A równolegle zacznie opowiadać o problemach – i to poważnych – ze środkami dopingującymi czy z narkotykami. W ten sposób, czego sam w narracji nie zauważa, automatycznie zacznie podważać jakość odnoszonych sukcesów i talentu Pantaniego.

Zaczyna się ta książka od finału, od śmierci Marco Pantaniego w hotelowym pokoju. Śmierci w samotności, wspomaganej narkotykami i problemami psychicznymi (na których w tomie jednak nikt nie będzie się skupiał, przyćmią je kwestie substancji psychoaktywnych). Dopiero po takim wprowadzeniu Matt Rendell opisuje swojego idola z chwil sławy. Sprawia wrażenie, jakby cały świt uwziął się na geniusza wyścigów: może i Pantani przesadza ze wspomagaczami, ale kontrole antydopingowe działają na oślep i męczą zawodników, a w ogóle to w kolarstwie (z czasów Pantaniego) wszyscy czymś się szprycują, trwa wyścig między lekarzami a kontrolerami – to podstawowa rywalizacja, której ofiarą padają sportowcy. Rendell wydaje się być zaślepiony na ewidentne wady Pantaniego, nie chce też, żeby czytelnicy w jakikolwiek sposób próbowali krytykować kolarza, za każdym razem szuka usprawiedliwienia dla uzależnień i kolejnych wykroczeń poza normy społeczne. Zupełnie jakby Pantani mógł sobie pozwolić na znacznie więcej niż zwykli śmiertelnicy. Jego nonszalancja – i gloryfikowanie sportowca przez autora tomu – to czynniki, które psują lekturę. W dodatku Matt Rendell nie potrafi utrzymać rytmu ksiązki. Raz po raz przetyka relacje z tras wyjaśnieniami dotyczącymi wpływu środków dopingujących na organizm czy przepychanek między lekarzami sportowców i badaczami. Usiłuje prezentować Pantaniego jako ofiarę działań podejmowanych wokół niego, a nie przejmuje się tym, jaki wizerunek rzeczywiście kreuje. I tak obszerna biografia zamienia się w lekturę średnio atrakcyjną z perspektywy zwykłych czytelników – jeśli ktoś nie angażował się w kolarskie tematy, raczej i tak by na tę pozycję nie trafił, ale nawet fani sportu niekoniecznie będą usatysfakcjonowani opowieścią. Marco Pantani funkcjonujący tu jako antyideał – w życiu prywatnym (kłopoty z kobietami i budowaniem relacji międzyludzkich), w sferze dopingu i uzależnienia od kokainy, a nawet w podejściu do porażek – nie przekonuje do siebie.

czwartek, 25 czerwca 2020

Otylia Jędrzejczak: Otylia. Moja historia

SQN, Kraków 2019.

Osobiście

Nie przypomina ta publikacja typowych autobiografii sportowców, zupełnie jakby Otylia Jędrzejczak chciała – zamiast opowiadać o pływackich sukcesach – raz na zawsze rozwiać wątpliwości dotyczące kwestii osobistych. Ta książka zaczyna się od zwierzeń bardzo prywatnych i długo przy nich pozostaje. Otylia Jędrzejczak dzięki pomocy redaktorów-ghostów opowiada o domu rodzinnym, o swoich pływackich początkach (basen jako sposób na korygowanie postawy). Nie może tu zabraknąć tematu miłości do brata, Szymka – i tragicznego wypadku. Autorka jednak chce, żeby dla odbiorców stały się jasne jej uczucia i decyzje, choćby ta o unikaniu tematu w wywiadach (a komentarz dotyczący dziennikarzy nieszanujących granic prywatności jest bardzo mocny w swojej wymowie). Otylia Jędrzejczak opowiada również o swoich chłopakach, a później i życiowym partnerze – i to kolejny motyw, który wybija z konwencji autobiografii sportowej. Coś, co zwykle jest spychane na margines, tu wybija się na pierwszy plan. Jędrzejczak rzeczywiście decyduje się wpuścić odbiorców do swojego życia – proponuje dzielenie się rodzinnymi nadziejami i pomysłami. Co pewien czas powraca do tematu własnych rodziców, nawet kiedy wyjdzie już z rozdziału o dzieciństwie. I dopiero kiedy przedstawi tematy najbardziej osobiste, zajmie się zagadnieniami ze sportu – dość powierzchownie.

Być może odbiorcy będą po tę publikację sięgać właśnie dla analiz sportowych, ale to też dość ograniczana kwestia. Nie znajdzie się tu relacji z kolejnych minut czy sekund w basenie podczas zawodów. Sama Otylia Jędrzejczak przyznaje, że pływanie to powtarzanie tych samych ruchów, nuda dla psychiki. Nie zaproponuje zatem drobiazgowego komentarza do bitych rekordów. Skupia się natomiast na momentach trudnych, kontrowersyjnych czy spornych. Czasami przedstawia chwile triumfu albo przygląda się znajomościom czy przyjaźniom. Sporo miejsca poświęca na przedstawianie atmosfery, bez względu na to, czy chodzi o młodzieżową drużynę, czy o grono olimpijczyków. Rozprawia się ta autorka z przyczynami rozstania z trenerem Pawłem Słomińskim. To temat potraktowany przez nią najbardziej szczegółowo – ale też przecież najbardziej poruszający opinię publiczną. Poza tym zajmie się Jędrzejczak między innymi rolą psychologa dla sportowców – wspomina o swojej działalności na rzecz najmłodszych, przygotowuje relację szczerą, miejscami emocjonalną i bardzo osobistą. Osobisty charakter tomu odzwierciedla się również w wierszach pisanych pod wpływem chwili albo we fragmentach listów kierowanych do zmarłego brata – w zastępstwie pamiętnika. Jeśli dodać do tego wiele zdjęć – tom zwraca uwagę wręcz intymnym przekazem.

Niewiele tu w kontekście całości życia sportowca. To, co dla czytelników czasami trudne do pojęcia, a czasami – szokujące, dla Otylii Jędrzejczak stanowiło normalność niewartą uwagi. Zdarza się, że ze wzmianek rzucanych od niechcenia będzie można się dowiedzieć czegoś, co dla autorki w ogóle nie miało znaczenia. Jędrzejczak kładzie nacisk na prezentowanie towarzystwa, wsparcia od bliskich. W książce opowiada o tym, co sprawiło jej największy ból i o reakcjach na niesprawiedliwe lub krzywdzące oceny. Autorka odchodzi od typowych motywów z autobiografii sportowych, daje się poznać od innej strony. Budzi ciekawość, a do tego postanawia rozwiać pewne wątpliwości.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Enrico Galiano: Jeszcze będziemy szczęśliwi

SQN, Kraków 2019.

Wytropić ukochanego

Gioia Spada nie wierzy w ludzi, nie ufa ludziom i nie chce otaczać się ludźmi. Zbyt wiele razy się rozczarowała, za dużo wyzwisk i niewybrednych żartów ze strony rówieśników doznała, żeby teraz dopuszczać ich do siebie. Gioia jest uznawana przez kolegów z klasy za dziwaczkę – ubiera się inaczej niż wszyscy, słucha innej niż wszyscy muzyki, nie ma z nią o czym pogadać (chociaż jej pasją jest wyszukiwanie słów, które w innych językach nie istnieją – żeby poznać tęsknoty i potrzeby wyrażania uczuć różnych społeczeństw). Gioia Spada to siedemnastolatka przegrana na starcie. Takie jak ona nie zostają najpopularniejszymi dziewczynami w szkole, mają trudności ze zdobywaniem przyjaciół. Zresztą Gioia ufa wyłącznie Toni, a Tonia istnieje tylko w jej wyobraźni – za to zawsze służy pomocą albo kąśliwą radą. To z Tonią Gioia prowadzi długie dyskusje, to z Tonią wychodzi na spacery. Tonia zaspokaja w pełni jej potrzebę rozmawiania z innymi, nawet jeśli potęguje wrażenie dziwaczności Gioi. Jest jednak przyjaciółką, a przyjaciół się nie opuszcza. Sama Gioia nie myśli o tym, ale ma jeszcze jedną bratnią duszę: o wszystkim może porozmawiać ze swoim nauczycielem filozofii, jedynym, który dostrzega potencjał dziewczyny i zachęca ją do podążania za pomysłami.

W domu Gioia Spada nie ma zbyt wesołej sytuacji: matka po raz kolejny przyjmuje ojca pod swój dach. Wiadomo, że skończy się to awanturami, przemocą i pokaleczonym znowu sercem, wiadomo, że kobieta będzie cierpiała, a jej ukochany nie weźmie się za porządną pracę, a będzie tylko wymagał. Gioia nie chce tego przeżywać, zna doskonale scenariusz i boi się, że straci z trudem budowany azyl. Jednak jest bezsilna wobec uporu dorosłych. I w tym zestawie problemów w domu i w szkole bohaterka znienacka spotyka chłopaka, który odmienia jej życie. Lo sam wydaje się dziwakiem, ma wiele przyzwyczajeń, które ludzi od niego odstraszają, a które Gioia świetnie rozumie. Zdaje sobie sprawę ze znaczenia dyskrecji i nie chce zmieniać Gioi. Nastolatka szybko zaczyna mu ufać, a z czasem się w nim zadurza. Nie przejmuje się nawet tym, że Lo stroni od wspólnych wyjść. Tak, że kiedy chłopak znika bez śladu, pozostawia po sobie bardzo dużo pytań. Enrico Galiano proponuje młodym czytelniczkom powieść ciekawą i trzymającą w napięciu (mimo że prawa schematu romansowego są nieubłagalne i pewnych rzeczy można się domyślić). Stawia na poczucie wyobcowania i niezrozumienia, powszechne wśród młodych czytelników. Do tego przedstawia szereg domowych zmartwień – licznych pretensji czy trosk, które odbijają się na codzienności nastolatków. Przede wszystkim jednak wprowadza mocną historię – ma pomysł na fabułę i wie, jak przyciągnąć do lektury. Dobrze prowadzi opowieść, przy okazji może nawet przekonać czytelników do szukania własnych nieprzetłumaczalnych słów. Przekonuje do uczuć, a to dla odbiorców będzie najważniejszym elementem książki. Wyostrza autor pewne sytuacje w gronie nastolatków, ale ma w tym swój cel. A że przy okazji potrafi rozwijać fabułę w kierunkach nieoczekiwanych – podbije rynek.

sobota, 9 listopada 2019

Bonnie Smith Whitehouse: Pieszo i beztrosko. O sztuce spacerowania

SQN, Kraków 2019.

Dla spacerowiczów

Bonnie Smith Whitehouse próbuje przekonać czytelników do zdrowotnych aspektów spacerów i do trenowania uważności przez chodzenie po najbliższej okolicy. „Pieszo i beztrosko” do mała książeczka, którą amatorzy niespiesznego przemierzania świata na własnych nogach mogą zabrać ze sobą i wykonywać wprowadzane przez autorkę zadania – tak, żeby nie znudzić się zbyt szybko tą formą rozrywki. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego od spacerowania, ale po modzie na nordic walking odbiorcy już nie powinni się dziwić, że każdemu rodzajowi aktywności fizycznej czy psychicznej można nadać odpowiednią oprawę i udawać, że jest to część rozbudowanego programu dbania o siebie. „Pieszo i beztrosko” to książka, która na rynku funkcjonować może jako gadżet – niemal wyłącznie – i która przyda się czytelnikom jako ozdobnik. Faktycznie jest pięknie wydana, ma wszytą zakładkę i sporo miejsca na notatki – to w pewnym stopniu maskuje brak pomysłu na zapełnienie objętości treścią, a trochę – może nadawać ekskluzywnego charakteru całości. Twarda okładka i tłoczone pozłacane litery też uszlachetniają przekaz. Bonnie Smith Whitehouse nie wymyśla właściwie nic nowego, jedynie motywuje do działania – ale dzisiaj i to się liczy, jeśli ktoś potrzebuje mody, żeby ruszyć z miejsca, niech po tę książkę śmiało sięga – nie zaszkodzi mu na pewno. Reszta może po prostu przyjąć jej istnienie do wiadomości – bez takiej pozycji na półce można spokojnie żyć.

Oczywiście znajduje się w środku wytłumaczenie koncepcji „pieszo i beztrosko” - czyli szukanie uzasadnienia dla samego tomu, wyliczanie zdrowotnych skutków spacerowania (gdyby ktoś się zastanawiał, jakie korzyści przyniesie mu wychodzenie do pobliskiego parku albo na łąkę – ludzie pracujący w korporacjach być może odnajdą się w tym stylu). I teraz: każdy rozdział w tomie rozpoczyna się od bardzo krótkiego i dość osobistego wprowadzenia. Bonnie Smith Whitehouse nie zajmuje się opowiadaniem o sobie, tylko o tym, czym dla niej są spacery – na taki temat nie da się zbyt długo pisać, więc autorka dość szybko przechodzi do streszczenia zawartości rozdziału i przygotowuje odbiorców na to, co poznają za chwilę. Dalej wynotowuje cytaty, które warte są rozważenia – przedstawia je, a następnie podaje kilka zadań dla odbiorców. To zadania dość proste i przypominają wyimki z dziennika kreatywnego, można dzięki nim rozwijać umiejętności pisania albo przysłuchiwać się sobie, zastanawiać nad własnymi potrzebami i nad sensem spacerowania jako takiego. Przekonuje, że warto przybrać pozycję turysty, który odkrywa nieznane sobie miejsce (nawet jeśli spacer odbywa się utartymi szlakami), zachęca do zagłębiania się we wspomnienia i do elementów medytacji. Czasami zwraca uwagę na problemy kraju albo na ekologię, innym razem każe skupić się na sobie i wykorzystywać spacer jako szansę na oczyszczenie umysłu. Przerywnikami dla własnych notatek mają być kolejne cytaty – tym razem przedstawiane już w funkcji przede wszystkim ozdobnikowej – wypełniające całą stronę lub rozkładówkę. „Pieszo i beztrosko” nie jest książką, która ma ambicje tworzenia mody, powstaje raczej na marginesie innych poradników z dziedziny samorozwoju.

czwartek, 3 października 2019

Peter Crouch: Jak być piłkarzem

SQN, Kraków 2019.

Nie na poważnie

Peter Crouch się wygłupia. Wygłupia się, bo dzięki temu ma szansę się wybić spośród publikacji sportowych – a zwłaszcza wyznań piłkarzy, najbardziej chyba efemerycznych na tej półce. Zwykle piłkarz, który wydaje autobiografię, może trafić wyłącznie do kibiców – i jego książka nie przetrwa zbyt długo (chyba że to piłkarska ponadczasowa gwiazda). Crouch próbuje zatem innego sposobu, żeby zapisać się w świadomości czytelników – ciągle błaznuje. A ponieważ jego poczucie humoru przechodzi próbę tekstu pisanego, „Jak być piłkarzem” może trafić do szerszego grona czytelników.

Autor nie zajmuje się opisywaniem kolejnych spotkań i charakteryzowaniem kolegów z drużyn (chyba że akurat potrzebuje ich jako przykładu, wtedy sobie używa na kolejnych sportowcach). Bardziej liczy się dla niego ogólna idea piłki nożnej i – zestaw barwnych czasem zachowań piłkarzy. Osobno przedstawi między innymi bramkarzy czy obrońców, skupi się na krótki moment na Lidze Mistrzów – ale znacznie bardziej intrygują go kolejne składniki bycia piłkarzem. Dla odbiorców przeanalizuje zatem treningi, motyw autokaru klubowego, boisk treningowych, wywiadów udzielanych po meczach, transferów czy goli strzelanych z woleja albo głową. Cały rozdział poświęca też na „cieszynki”, czyli gesty, które piłkarz wykonuje po strzeleniu bramki – w końcu to szereg znaków, które powinny być dobrze przemyślane, by dotarły do kibiców i niosły swoje przesłanie. Należy się do nich przygotować, a nie stawiać na improwizację: w końcu okazji do ich prezentowania nie ma aż tak dużo, żeby móc marnować kolejne na nieudaną cieszynkę. Żeby jeszcze bardziej poszerzyć krąg czytelników, zajmuje się również całą otoczką bycia piłkarzem – opowiada o tym, jak piłkarze budują i wyposażają swoje domy, jak i dlaczego zmieniają samochody. W krzywym zwierciadle przedstawi mody – na tatuaże, ciuchy albo fryzury (nic dziwnego, kiedy ogląda zdjęcia sprzed lat, może się załamać na myśl o tym, co kiedyś można było nosić). Przygląda się nawet piłkarzom w reklamie – to jest rozpatruje, jaka reklama nie przyniesie hańby – i jak zawodnicy traktują darmowe gadżety lub przedmioty. Czasami dla zilustrowania opowieści sięga autor po zestaw przykładów z życia wziętych i konkretnych piłkarzy używa jako dowodów na poparcie swoich tez, czasami skupia się po prostu na zjawisku – a i tak dostarczy w ten sposób odbiorcom materiału do refleksji. Opowiada o tym, czego nie pokazują media, jest komentatorem zachowań z szatni czy z treningów. Dzięki temu, że zdradza czytelnikom informacje niemedialne, może zostać wysłuchany. „Jak być piłkarzem” to książka nastawiona na rozśmieszanie – autor wykorzystuje tu własne poczucie humoru, ale też uważnie podsłuchuje choćby stand-uperów i stara się swoją relację kreować na kabaretowy wywód. Nie zmęczy, chyba że ktoś sięgnąłby po tom dla wiadomości życiorysowych – tego zbyt wiele nie znajdzie i może się wówczas rozczarować. Peter Crouch wie jednak, jak przyciągać czytelników i podsuwa im książkę zabawną, rozrywkową i nietypową.

piątek, 31 maja 2019

Harda Horda. Antologia opowiadań

SQN, Kraków 2019.

Fantazja pań

Wcale nie jest to próbka możliwości każdej z autorek, ani też chęć udowodnienia, że fantastyka jest kobietą i że panie w tym gatunku mają sporo do powiedzenia. Nie jest to też pojedynek na małe formy, ani poszukiwanie możliwości, które zapewnia literatura fantasy. Ba, nie jest to nawet reklama działań poszczególnych pisarek, bo tak naprawdę to one – każda z osobna – będą zachętą do sprawdzenia, czym jest Harda Horda, w drugą stronę jeszcze to nie działa. Chociaż po tej publikacji może zacząć. Na tom „Harda Horda” składa się dwanaście opowiadań dwunastu autorek, które zrzeszyły się w internecie, zaistniały jako grupa towarzyska, umożliwiająca wymianę doświadczeń i wskazówek, pomoc twórczą i inspirację, motywację do działania. Łączy je jedno: tworzą literaturę fantastyczną. Dzieli mnóstwo, od poetyki po sfery zainteresowań i podejście do gatunku. Jedne wolą stawiać na zabobony, czary i dawne wierzenia, inne sięgają po futurystyczne scenki i wzbogacają wyposażenie swoich postaci o wymyślne rekwizyty. Jedne zadowalają się bohaterami zaczerpniętymi z ludowych przesądów, inne próbują odrobinę zmodyfikować realia, tak, żeby nieprawdopodobne stało się wyjątkowo bliskie. Jedne lubią bawić, inne – przerażać. Nie dadzą się wrzucić do jednego worka, „Harda Horda” to dowód na ich kreatywność i samodzielność.

Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska – to skład Hardej Hordy. Zestaw nazwisk, które czytelnikom fantastyki powiedzą wiele, książka ma więc szansę zaistnieć na rynku i spowodować swoistą wymianę odbiorców. Autorki nie pozwolą się nudzić, każda z nich zabiera czytelników na moment do stworzonego przez siebie świata. Po to, żeby otwarcie drwić ze strachu przed śmiercią, żeby wywoływać kataklizmy i apokalipsy, albo żeby uruchomić fantazję i przypomnieć, że w literaturze można wszystko. Dwanaście tekstów to dwanaście różnych sposobów opowiadania o nierzeczywistości. Pojawią się tu stylizacje powiązane z miejscem akcji (nawiązania do stereotypowego ujęcia literatury z różnych krajów), zabawy z melodyjnością języka albo z zapożyczeniami z różnych gatunków. Autorki nie traktują zbioru opowiadań jako okazji do autoprezentacji, szukają za to zabawy – dla siebie i dla czytelników.

Jest ta publikacja dobrze przygotowanym przeglądem historii komediowych i tragicznych, zakorzenionych w tradycji albo nowatorskich – ale nigdy nie pozostawiających czytelników obojętnymi. Owszem, trzeba lubić literaturę fantasy i furtki, jakie otwiera przed autorami – żeby w pełni docenić zasób intertekstualiów i genezy pomysłów. Ale Harda Horda pokazuje coś jeszcze: że w dalszym ciągu na rynku jest miejsce na towarzyskie grupy literackie, że można robić coś dla wspólnej satysfakcji. W zasadzie jedyne, co można by w tym tomie zmienić – to zrezygnować z pojedynczych akapitów wyciąganych na osobne strony w charakterze ilustracji. Takich ozdobników ani zajawek odbiorcy tej książki potrzebować nie będą w żadnym momencie, już same nazwiska będą gwarancją skupienia uwagi. Wycieczka w świat wyobraźni w tym wypadku dostarczy odpowiednią dawkę emocji i wyzwoli ciekawość.

sobota, 25 maja 2019

Peter Sagan: Mój świat

SQN, Kraków 2019.

Na szosie

Peter Sagan to Słowak, który w kolarstwie osiągnął bardzo wiele, ale tom „Mój świat” nie jest zwyczajnym rejestrem kolejnych zdobywanych przez niego koszulek. Nie zajmuje się też autor analizowaniem bez końca wyścigów – mimo że tłumaczy odbiorcom, że nie ma dwóch podobnych. Ponadto świadomy jest tego, że jako postać rozpoznawalna (przynajmniej w swoim kraju), musi chronić swoją prywatność – ale parę tematów z życiem osobistym powiązanych też tu poruszy. „Mój świat” to dosyć typowa autobiografia sportowa – chociaż wyróżniana przez temat, bo jak na razie niewielu kolarzy prezentuje swoje wspomnienia. Sagan nie musi czekać do późnej starości, już teraz jest w stanie dostarczyć czytelnikom silnych wrażeń powiązanych z wyścigami, pasją, która stała się sposobem na życie.

Sagan nie porusza się po schematach publikacji biograficznych, za to podporządkowuje swoją historię sportowi. Z dzieciństwa zajmują go zwłaszcza wycieczki z rodziną – krajoznawcze wyprawy na rowerach (przy okazji autor przedstawi własną opinię na temat treningów w młodym wieku). Potem zajmuje się kolejnymi etapami kariery, pokazuje, czym różni się jeżdżenie w klubach od reprezentowania kraju. Uświadamia czytelnikom, że w kolarstwie liczy się również praca całego zespołu na rzecz lidera, a uleganie poleceniom trenera niekoniecznie jest po myśli indywidualisty nastawionego na zwyciężanie. Zdarza się, że przedstawienie szczegółów trasy wyścigu to dla autora szansa na opisanie własnej wersji wydarzeń, podanie interpretacji, z którą Sagan się zgadza. W końcu to opowieść z jego perspektywy, możliwość weryfikowania fałszywych sądów.

Tematy kolarstwa przetykane są filozoficznymi wstawkami na temat sportu, Peter Sagan nie zajmuje się odtwarzaniem własnego planu treningowego – raczej będzie opowiadać czytelnikom, co sądzi na różne tematy związane z rowerem i wyścigami, rywalizacją na poziomie międzynarodowym. Nie zamienia się to w ciężką literaturę, cały czas autor zachowuje kolokwialny styl. Pozwala sobie nawet na dowcipy, puentowanie scenek z humorem albo ironią. To może się podobać odbiorcom, Peter Sagan udowadnia, że ma poczucie humoru. Podkreśla też aspekty towarzyskie, opowiada o zaprzyjaźnionych kolarzach (zwykle na temat rywali ma coś miłego do powiedzenia), przedstawia – ale skrótowo – swoją rodzinę. Przytoczy kilka anegdot z codzienności wyścigowej i kilka refleksji z bycia celebrytą – rozpoznawalnym sportowcem. „Mój świat” to książka dla kibiców. Nie znajdzie się tutaj rejestru wszystkich dokonań autora, nie będzie analiz formy. Stawia Sagan raczej na ogólniki, które podbudowuje swoimi spostrzeżeniami na temat uprawiania sportu. Propozycja dla fanów nie wymaga jednak fachowej wiedzy na temat wyścigów, autor pisze jak dla laików – może więc kogoś spoza grona kibiców zaintrygować. Nie ma tu komplikowanej narracji czy budowania napięcia – jest zwykła, rzetelna relacja.

czwartek, 16 maja 2019

Jakub Ćwiek: Stróże

SQN, Kraków 2019.

Niebo na przekór

Wydział Interwencyjny Nadzoru Anielskiego to specyficzna organizacja zrzeszająca aniołów stróżów. Nie każdy człowiek ma swojego nadziemskiego opiekuna, a sami Stróże dalecy są od wyobrażeń z dziecięcych wizji nadprzyrodzonych istot. Wizerunkami aniołów bawi się Jakub Ćwiek, który w powieści „Stróże” obmyśla złożoną intrygę kryminalną, żeby móc powymyślać sobie na nowo zaświaty. W jego ujęciu Stróże mają swoje słabości – i to całkiem liczne. Rywalizują z rozmaitymi bóstwami – do gry włącza się między innymi Loki – ale pojawi się też bóstwo polinezyjskie. WINA działa prężnie – ale nie zawsze zgodnie z oczekiwaniami. Jako organizacja dość często nawala, a wtedy jej przedstawiciele czują wstyd. Rzecz jasna boją się też represji: po trzech przewinieniach tracą stanowisko. Tymczasem własne interwencje dopasowują do sytuacji, łatwo ulegają silnym emocjom i wcale nie zamierzają się kierować tylko anielską dobrocią. Jeśli Stróże- co im się czasami zdarza – pilnują przedszkolaków, nie powstrzymają się przed atakiem zabawką czy dołączeniem do przepychanek. U dorosłych jest jeszcze lepiej…

Konstrukcja świata Stróżów staje się jasna dopiero w momencie, gdy na skutek nieziemskiego burdelu komisarz Jakub Ryjek zostaje uznany za świętego. Wprawdzie przeżył śmierć kliniczną i powrócił do świata żywych, co jednak nie zostało w porę odnotowane w pozaziemskich aktach. Trybiki machiny i procedury ruszyły – trzeba będzie trochę odczekać zanim da się odkręcić biurokratyczne działania. Na razie zatem Ryjek, zawieszony między niebem i ziemią, czasami widzi Stróżów, a czasami nie i nikt nie wytłumaczy, dlaczego tak się dzieje. Jakub Ćwiek nie ma w tym wypadku zbyt dużo pracy przy rozśmieszaniu odbiorców, wystarczy, że skontrastuje powszechne wyobrażenia na temat aniołów z iście kryminalnymi praktykami, które przedstawicieli WINA określają. Ćwiek stawia zwłaszcza na anioły-twardzieli, do organizacji WINA inni zresztą należeć nie powinni: nie poradziliby sobie z wyzwaniami. I tak bardzo często dochodzi do nadużyć – kiedy anioł wie lepiej, co robić, żeby jego podopieczny uniknął problemów, sam wpada w tarapaty. Ten rytm będzie się w powieści powtarzać dosyć często i za każdym razem posłuży budzeniu radości odbiorców. Rysy na charakterach krystalicznie uczciwych istot to źródło niewymuszonego komizmu. Ale Jakub Ćwiek w ogóle lekko traktuje materię powieściową – między innymi bawi się nazwiskami, tworzy wariacje „reklamowe” na temat nazwy firmy, wplata ironię w komentarze postaci. Ma całkiem sporo pomysłów na rozśmieszanie, właściwie nawet dla nich rezygnuje z komplikowania linii fabularnej. „Stróże” to lekka powieść, w której nie będzie chodziło o ważne dla odbiorców przesłania – a wyłącznie o rozrywkę. Tego Jakub Ćwiek pilnuje. Motywy religijne oraz mitologiczne traktuje tu jak stereotypy, które można sobie bez żadnych kompleksów przełamywać.

Są „Stróże” powieścią rzekomo stworzoną na marginesie innych pomysłów, literacką zabawą dla wtajemniczonych (Ćwiek odwołuje się tutaj do innej swojej książki), ale też możliwością zaprezentowania warsztatu pisarskiego szerokiemu gronu odbiorców. Przynajmniej tych, którzy nie są przewrażliwieni na punkcie zaświatowych tematów – bo autor bywa obrazoburczy bardzo chętnie, chce przełamywać konwencję w pisaniu o niebiosach.

wtorek, 14 maja 2019

Tomasz Łapiński: Szmata

SQN, Kraków 2019.

Bez piłki

Temat piłki nożnej do powieści rozrywkowych wkracza bardzo rzadko. Autorzy wychodzą ze słusznego założenia, że to panie są najczęściej grupą docelową czytadeł – a wśród tych, które lubią czytać obyczajówki rzadko spotyka się fanki futbolu, zwłaszcza w jego szatniowej wersji. Motywami korupcji i przekrętów w rozgrywkach ligowych częściej ekscytują się panowie – a oni nie należą do wiernych czytelników rozrywkowej literatury masowej spod znaku obyczajowości. Nawet jeśli liczą na jakieś smaczki z rzeczywistych wydarzeń – trudno będzie ich przekonać do lektury. Tomasz Łapiński wydaje się dobrą osobą do tego, żeby przedstawiać meandry działań klubów, matactw działaczy czy postaw trenerów – w końcu środowisko futbolowe poznał od podszewki. Może w tym tkwić będzie wabik: sam autor przyciągnie do książki męską publiczność. Autor niby zarzeka się, że wymyśla opowieść i jej bohaterów – a jednak każdy będzie poszukiwać gdzieś ech skandali wywlekanych na światło dzienne przez dziennikarzy.

Bohaterem i zarazem narratorem opowieści czyni Łapiński Romana, zwykłego piłkarza, który funkcjonuje właściwie jako ostatni naiwny w polskiej lidze. Koledzy zarabiają na boku, umawiając się z rywalami na sprzedaż punktów, potrafią oddać każdy ważny mecz. Nie kierują się ani idealizmem, ani dobrem drużyny. To jeden z problemów trawiących polską piłkę. Inne to na przykład trener-idiota, który dorabia się ksywy Wrzaskun – nie bez powodu. Sponsorzy na początku pełni nadziei zbyt późno dowiadują się, że futbol to worek bez dna – wydatki nigdy się nie kończą. A kiedy przekonają się już o tej smutnej prawdzie – stają się niewypłacalni. Nic dziwnego, że piłkarze szukają metod podreperowania domowych budżetów. Łapiński nawet nie próbuje nikogo usprawiedliwiać. Sięga po sensację – tyle tylko, że sensację, która nie wszystkimi wstrząśnie. Roman bulwersuje się postępowaniem kolegów. Jako „ostatnia dziewica” w zakresie korupcji staje się bohaterem idealnym do tego, żeby wmieszać się w świat, którego zasad nie rozumie. Sam postanawia złożyć ofertę prezesowi klubu rywali. W piłce nożnej fair play to tylko pusty frazes, a kibice są z klubem wyłącznie wtedy, gdy dzieje się dobrze. Roman będzie musiał doprowadzić do tego, by wyeliminować z drużyny pięciu najlepszych zawodników – tylko wtedy da radę dotrzymać warunków umowy ze sprzedanym meczem bez konieczności dzielenia się zyskiem z innymi. Ma wprawdzie wsparcie, ale staje się mózgiem operacji w zakresie, którego nigdy dotąd nie testował.

Tom „Szmata” przedstawia doświadczenia pozaboiskowe z eksponowaniem wszelkich problemów trawiących polską piłkę – Tomasz Łapiński próbuje porozliczać się z nieuczciwością, chciwością i niesprawiedliwościami, znajduje miejsce do wyrażenia własnej opinii na temat przekrętów. Przekazuje odbiorcom szereg przemyśleń dotyczących tego, co należy koniecznie naprawić, ale stawia też na sensacyjne wrażenia: w końcu nie stroni od półświatka i porachunków w „męskim” stylu. Nie czuje się jeszcze zbyt pewnie w narracji: najpierw za długo tłumaczy się ze stosowania wulgaryzmów, później co jakiś czas powraca do powinności autora – to dylematy, które mógłby przerobić sam ze sobą jeszcze przed przystąpieniem do pisania powieści, tak, żeby nie usprawiedliwiać się już przed odbiorcami, bo to nikomu nie jest potrzebne. „Szmata” to powieść tematyczna, odejście od schematów w literaturze rozrywkowej – bliżej jej do dziennikarskich poszukiwań.

piątek, 10 sierpnia 2018

Mayte Garcia: The Most Beautiful. Moje życie z Prince'em

SQN, Kraków 2018.

Życie złudzeniami

Śmierć Prince’a staje się impulsem do spisania związanych z nim wspomnień, a że Mayte Garcina przeżywa historię jak z baśni, może się podzielić z czytelnikami niewiarygodną wręcz opowieścią. Jej tom “Moje życie z Prince’em” pobrzmiewa wprawdzie mocno naiwnie, ale też autorka nie wychodzi poza kreację zauroczonej nastolatki, idealizującej obiekt westchnień. Chociaż nie ma tu realizacji typowej miłości do muzyka: Mayte nie należy do grona fanek Prince’a, a na jego koncert trafia przez przypadek. Wpada jednak artyście w oko i ciąg dalszy to naturalna konsekwencja pierwszego spotkania. Mayte jest tancerką, już robi karierę, spędza całe dnie na ćwiczeniu swoich umiejętności i doskonaleniu układów choreograficznych. Wie, co oznacza ciężka praca. W próbie dostania się do zespołu Prince’a kibicuje jej matka: właściwie to ona wpycha dziewczynę z kasetą demo do pracowników Prince’a, świadoma, że tylko najodważniejsi mają szansę na zdobycie sławy. Mayte nie zależy na tej akurat grupie w takim samym stopniu, nawet trochę bagatelizuje sprawę - i może ten jej brak determinacji pomaga. Dziewczyna wydaje się muzykowi atrakcyjna i ciekawa, postanawia więc nawiązać współpracę.

Ta książka składa się właściwie z dwóch obszarów tematycznych. W pierwszej części to idylla, szczęśliwy związek, którego można tylko pozazdrościć. W ujęciu Mayte Prince to chodzący ideał, gwiazda, która ani przez moment nie wykorzystuje swojej pozycji w zdobywaniu uczuć naiwnej dziewczyny. Zanim jeszcze do jakiegokolwiek związku dojdzie, to troskliwy opiekun, który realizuje wytyczne rodziców niepełnoletniej tancerki i ani przez moment nie pozwala sobie na wyjście poza zawodowe relacje. Sam obraz flirtu także w narracji Mayte nie jest zbyt pikantny, wszystko sprowadza się do porozumienia dusz i do wzajemnego zaufania. Taki obraz niekoniecznie przekona odbiorców, ale jest przeniesieniem wspomnień autorki na relację. Mayte Garcia innego Prince’a widzieć nie chce - ale też nie zmusza odbiorców do bezrefleksyjnego przyjęcia jej wersji wydarzeń. Druga, krótsza część książki pokazuje schyłek związku. Mayte Garcia dostrzega obecność rywalki, subtelne znaki, które wcześniej mogła lekceważyć, teraz stanowią już przeszkody nie do przejścia. Zdaje sobie sprawę z tego, że to koniec. Sytuacji nie ułatwia zachowanie Prince’a podczas ciąży kobiety: muzyk nie wierzy lekarzom i nie szuka pomocy, gdy jest to najbardziej potrzebne.

Jeśli do opowieści przedrą się gdziekolwiek rysy na wizerunku artysty, Mayte Garcia natychmiast stara się usprawiedliwić byłego ukochanego, albo przynajmniej wziąć część winy na siebie. Jeśli Prince twierdzi, że źle się czuje, bo przedawkował aspirynę, Mayte nawet nie podejrzewa przedawkowania narkotyków. Relacje z kobietami postrzega przez pryzmat własnego doświadczenia. Wystawia Prince’owi pomnik, nie pozwalając, by ktokolwiek miał o nim złe zdanie. Widać w tym wierność pierwszej miłości, widać też nastawienie na realizację baśniowego snu. Mayte Garcia zachowuje się tak, jakby nie chciała rozczarować czytelniczek, które czekają na opowieść jak z bajki - z prawdziwym księciem i realizowaniem dziewczęcych fantazji. W efekcie podążanie schematami trochę odbija się na narracji: chociaż książka jest poprawna od strony tekstowej, staje się też momentami raczej nudna w przedstawianiu wzorca-Prince'a, człowieka pozbawionego wad. To zrozumiałe jako spojrzenie zakochanej po raz pierwszy nastolatki, ale niekoniecznie już u kobiety po przejściach. Mayte Garcia chce jednak unikać skandali i idealizować wspomnienia, a w końcu to jej wolno w jej własnych wyznaniach.

sobota, 7 stycznia 2017

Andrés Iniesta, Marcos López, Ramón Besa: Andrés Iniesta. Artysta futbolu. Gra mojego życia

SQN, Kraków 2016.

Na boisku

„Artysta futbolu” to książka, w której Andrés Iniesta dzieli się z kibicami swoją historią przy pomocy dwóch ghostów-dziennikarzy – Marcos López i Ramón Besa są wpisani jako współautorzy tomu, ale to piłkarz decyduje o kształcie publikacji i chce mieć wpływ na każdy jej element, zresztą tłumaczy to we wstępie. Lektura pokazuje, że opowieść z autobiografii łatwo zamienia się w biografię lub po prostu książkę o piłkarzu. Rozdziały rozpoczynają się drobnymi fragmentami w pierwszej osobie – czasem to w ogóle pojedyncze akapity, ale dla odbiorców ważne będzie, że Iniesta sam się do nich zwraca. Współautorzy biorą na siebie trud przybliżania konkretnych punktów życiorysu. Nie męczą się ze standardowymi schematami biograficznymi, wybierają tematy i działania, które sprawdzają się w książce. I chociaż to książka, której nie da się czytać w oderwaniu od boisk czy szatni, została dobrze skomponowana, ułożona tak, by nie nudzić. Sprawdza się to podejście dobrze i nawet jeśli Iniesta chce kontrolować kształt publikacji, wyraźne jest tu również doświadczenie właściwych „pisarzy”.

Na pierwszej wyklejce pojawia się zestaw cytatów – króciutkich wypowiedzi sportowców czy trenerów na temat piłkarza. Już te komentarze pokazują, że tom dotyczy niezwykłego człowieka, boiskowego „artysty” – a jednak wielki sportowy talent przeżywa też poważny kryzys i od tego Iniesta rozpoczyna zwierzenia. Pokazuje moment u szczytu sławy i… zatracenie harmonii. Nie nazywa choroby depresją, ale stara się bez definiowania uświadomić odbiorcom problem nie do przezwyciężenia bez profesjonalnej pomocy. Iniesta, który wiele osiągnął, który zyskał sławę i finansowy spokój, który ma cudowną rodzinę i przyjaciół – nie potrafi cieszyć się życiem. To krótki, ale bardzo przejmujący rozdział, który od razu może pomóc w odbrązowieniu bohatera książki. Dalej już cała trójka autorów zwraca uwagę na to, by uporządkować relacje chronologicznie i dosyć szczegółowo traktować wybrane wątki z kariery. Nie obeszło się bez opowiadania o wyczynach małego chłopca i o talencie, który umożliwia nastolatkowi grę ze starszymi od siebie. Z dala od rodzinnego domu, pod czujną opieką trenerów, Iniesta rozwija umiejętności piłkarskie, ale równie istotne są w jego przypadku relacje z kobietami. Bohater tej książki doskonale czyta grę i potrafi wypracować golkiperom wyśmienite sytuacje brakowe – uczy się także współpracy z drużyną i ten tom dobrze to podkreśla. Następne rozdziały to już sprawdzanie wartości piłkarza – mecze (lub treningi) oraz sceny, które zapadły w pamięć kibicom. Za każdym razem Iniesta jest charakteryzowany przez pryzmat indywidualnych predyspozycji – dzięki opisom kolegów czy trenerów. Niewątpliwie sporo pomaga też fakt, że Iniesta może uzupełniać spostrzeżenia własnymi uwagami – dzięki temu lepiej wypada cała lektura.

Książka składa się z dwóch części, pierwsza to sportowe dokonania piłkarza, druga – krótsza – to Iniesta w ocenie bliskich. Współautorzy tym razem robią wyjątek w chronieniu prywatności – na krótkie zwierzenia namawiają między innymi żonę piłkarza oraz jego matkę. Oddają głos innym, ale stawiają na formę reportażu bogato uzupełnianego bezpośrednimi wypowiedziami. Ta część nie tyle uzupełnia wizerunek bohatera tomu, co go podkreśla. Zresztą w całej publikacji odwoływanie się do drobnych komentarzy innych jest zabiegiem częstym i umiejętnie wykorzystywanym. Sportowa autobiografia artysty futbolu jest lekturą pełną i starannie przygotowaną. Iniesta jako talent przedstawia kibicom własne dokonania w tomie, którego nie musi się wstydzić. Wyróżnia się ta publikacja na rynku biografii piłkarzy – jest przemyślana i dobrze wyważona.

niedziela, 4 grudnia 2016

Michael Seth Starr: Ringo

SQN, Kraków 2016.

Gwiazda

„Ringo” to nieautoryzowana biografia, książka o jednym z Beatlesów. Jej bohater, kiedy dowiedział się o zamiarach autora, zdecydowanie odciął się od powstającej publikacji – ale Michael Seth Starr nie przejął się tym zbytnio: i tak wykonał olbrzymią archiwizacyjną pracę, nawet bez udziału bohatera był w stanie stworzyć niebanalną opowieść pełną ciekawostek. Starr, którego z Beatlesem łączy przypadkowa zbieżność mian, potrafi opowiadać z zaangażowaniem, a i bez uciekania się do zbyt łatwych ocen. Nie sugeruje ich czytelnikom, raczej prowadzi przez życiorysowe meandry sławy.

Na początku autor przekonuje, że „Ringo” nie będzie narracją o Beatlesach: takich publikacji powstało i powstaje już przecież wiele, tym razem uwaga odbiorców ma zostać skierowana na perkusistę. Obietnicę Starr wypełnia, chociaż niekoniecznie w stu procentach: kiedy akurat w codzienności Ringo nie dzieje się nic absorbującego, sprawdza, co w tym czasie przygotowywał zespół. Drugie zastrzeżenie, które Michael Seth Starr przywołuje na początku tomu, dotyczy oceny czy charakterystyki gry bohatera. Starr nie chce zajmować się techniką perkusisty: nie ma do tego narzędzi ani kompetencji. A jednak udaje mu się powrócić do tematu i zaakcentować między innymi to, co sprawiło, że Ringo znalazł naśladowców. Od czasu do czasu zwraca uwagę na sposób gry, wyzwania dla bohatera tomu czy jego ulubione przejścia. Sięga też po opinie muzyków – na końcu tomu przytacza kilka komentarzy bardziej profesjonalnych, chociaż i nie hermetycznych dla zwykłego czytelnika. Dobrze, że wbrew zapowiedziom odnosi się do tego tematu – udowadnia tym samym, że potrafi wyszukiwać wiadomości o muzyku i analizować dane, a następnie je przekazywać. Wtapia zdobyte informacje starannie w historię, nie tworzy osobnych tematyzowanych rozdziałów. Rytm tej książce nadaje życie perkusisty, co oznacza, że Michael Seth Starr wybiera prostą relację, a nie komentarze. Usiłuje zachować obiektywny ton, nie podejmuje się ocen ani dodatkowych uwag, chce, żeby czytelnikom zostały same fakty.

Książka dzieli się w naturalny sposób na dwie części, pierwsza dotyczy czasu największej popularności Beatlesów od dołączenia Ringo do zespołu. Tu Starr opowiada o docieraniu się grupy, o przyjaźniach, konfliktach i koncertach, podczas których piszczące fanki zagłuszają dźwięki dochodzące ze sceny. Nie zabraknie też opowieści o perkusji Ringo. Z czasem autor opuszcza świat Beatlesów: próby wskrzeszania zespołu nie mogą się powieść. Każdy z członków ekipy zajmuje się już własnymi interesami. Ringo zaczyna fascynować się branżą filmową (co zaczęło się jeszcze w czasach Beatlesów). Ma rozmaite pomysły na samorealizację, nie odcina kuponów od dawnej sławy.

Michael Seth Starr także odnosi się – co w standardowych biografiach niekoniecznie oczywiste – do życia prywatnego bohatera tomu. Zestawia jego codzienność ze sprawami rodzinnymi pozostałych Beatlesów, ale też z konieczności dokonuje przeglądu faktów z zewnątrz: może się opierać tylko na tym, co znane i gdzieś już w dowolnej formie opublikowane, bo nie uzyska od Ringo żadnych komentarzy. Nie daje po sobie poznać, że brakuje mu wiedzy z najpewniejszego źródła, umiejętnie układa opowieść tak, żeby czytelnicy nie zauważali tego braku. Autor rezygnuje też z typowych w poppublikacjach wypełniaczy, ogranicza mozaiki cytatów – owszem, przytacza wypowiedzi z różnych źródeł, ale tylko jako uzupełnienie czy ilustrację własnych słów, nigdy zamiast właściwej historii. Bardzo poważnie traktuje zadanie napisania biografii eks-Beatlesa, szanuje fanów i zdaje sobie sprawę z mnogości beatlesowskich publikacji na rynku. Wie, że aby wytrzymać konkurencję, musi wybrać rzetelność. A Ringo jako bohater tomu okazuje się całkiem wdzięcznym tematem. Do tego trudno nie nucić przy lekturze.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Tris Dixon: Floyd Mayweather. Najdroższe pięści świata

SQN, Kraków 2016.

„Floyd Mayweather. Najdroższe pięści świata” to biografia sportowa, która pokazuje wyczyny legendy ringu. Tris Dixon wziął się za opisywanie dokonań człowieka, którego walki wielokrotnie komentował – a już na początku tomu sugeruje, jaką stronę w ocenie pięściarza wybierze. Floyd Mayweather bowiem, jak wielu sportowców, budzi kontrowersje. Potrafi przepuścić fortunę na swoje kaprysy (wyliczenie samochodów, jakie są w jego posiadaniu, zajmuje spory kawałek wstępu), ma też rozmaite wady, których opinia publiczna nie wybacza. Dixon natomiast chce widzieć przede wszystkim boksera dobrego i utalentowanego, odważnego i hojnego, kiedy trzeba komuś pomóc. Celowo zatem zaznacza pomoc finansową dla znajomych w potrzebie, relacje z ojcem czy wysiłki na ringu. W tej książce Mayweather nie jest rozkapryszonym gwiazdorem, a autentycznym talentem.

Co ciekawe, Dixon prowadzi relację przez pryzmat walk. Na początku przez chwilę zatrzymuje się na temacie trudnego dzieciństwa, dorastania w świecie przemocy i narkotyków (odwołuje się do scen szokujących zwykłego czytelnika, bardziej pasujących do filmów sensacyjnych niż do rzeczywistego życiorysu). Przypomina, skąd bohater tomu musiał się wyrwać, żeby zostać kimś. Podsuwa też oczywiste wytłumaczenie determinacji czy pasji. Ze spraw osobistych bohatera tomu na początku Dixon nakreśla jeszcze relację z ojcem. Ojciec-trener, ojciec-menadżer, ale i ojciec-wróg pojawiają się w tych migawkach. Owszem, senior wie, jak pokierować karierą młodej gwiazdy, ale nie zawsze ma na uwadze dobro syna. Tris Dixon prędko przechodzi do spraw zawodowych: dużo wygodniej mu omawiać strategie kolejnych walk czy relacje z rywalami na ringu niż analizować rodzinne spory i przyznawać rację jednej ze stron. Nie pomija tu chorób, kontuzji ani gier psychologicznych, nie ucieka od tematu pieniędzy, największej machiny napędowej „akcji”. W relacjach z poszczególnych walk zaczyna się rysować charakterystyka stylu. Żeby nie zanudzać odbiorców przebiegiem walk, autor odnosi się bardziej do relacji i do komentarzy zaangażowanych, do zestawu emocji sportowych i pozasportowych. Przypomina również o rozmaitych rankingach czy możliwościach działania dla chcących piąć się w górę w bokserskim świecie. Od czasu do czasu Dixon przemyca drobne wzmianki o życiu rodzinnym Mayweathera.

Z upływem czasu opowieść w oczywisty sposób się zmienia: pojawia się dostęp do kolejnych pokus, błędy, za które słono się płaci. Nadchodzi też temat wielkiego bogactwa i fanaberii. To bardziej obrazowe niż same walki (przynajmniej w tekście), ale Dixon pilnuje narracji. Skandale i wydarzenia niechlubne trochę tu przepadają w obliczu sportowych wyzwań, autor zawsze daje bokserowi szansę wytłumaczenia się, nie krytykuje też jego linii obrony, chociaż doskonale wie, że bohater tomu nie zawsze ma rację. W tej biografii to dokonania sportowe stawiane są na pierwszym planie. Dixon sięga po medialny wizerunek boksera (wzbogacając go o kwestie, które stawiają Mayweathera w dobrym świetle, a mogły nie zostać dostatecznie wyeksponowane), niemal całkowicie pomijając jego prywatność. Pokazuje, na czym polega kreowanie siebie – i przygotowywanie drogi do ogromnych pieniędzy – ale kulisy dotyczą tu wyłącznie sportowych relacji. Tak jest Dixonowi najwygodniej, tak zresztą książka najlepiej trafi do kibiców. Tris Dixon ze znawstwem analizuje wydarzenia z ringu (i sam wybór rywali), proponując czytelnikom kawałek historii boksu z perspektywy sławnego pięściarza.

niedziela, 13 listopada 2016

Mark Webber: Moja Formuła 1

SQN, Kraków 2016.

Na torze

„Moja Formuła 1” to kolejna autobiografia sportowa, chociaż może należałoby jednak powiedzieć, że biografia, bo Mark Webber tworzy ją dzięki pracy nieobecnego na okładce ghosta, Stuarta Sykesa. To on porządkował informacje, doszukiwał się w archiwach wydarzeń, na które trzeba zwrócić uwagę i sprawił, że książka jest rzeczowa i pełna szczegółów, a do tego też bardzo osobista. Mark Webber z kolei opowiada o tym, czego zwykli odbiorcy i widzowie nawet sobie nie wyobrażają: tłumaczy, jak klaustrofobiczne wrażenia zapewnia kombinezon i kask rajdowca oraz konstrukcja samego pojazdu, dlaczego kierowcy niezbędna jest kondycja, jakich obrażeń można się nabawić podczas wyścigu (i to bez wypadku), co czuje człowiek, którego samochód ulega poważnej kraksie. Na początku Mark Webber przedstawia drogę z Australii do Formuły 1, sprawdza, jak talent i marzenia przełożyć na rzeczywiste osiągnięcia na torze oraz karierę. To, co zwykle w tego typu historiach bagatelizowane, tu okazuje się bardzo ważne – gdyby Webber podążał utartymi szlakami, być może przegapiłby „swój” moment. Dobry plan, mądra menedżerka i partnerka życiowa kierowcy oraz determinacja to czynniki, które pozwoliły Markowi Webberowi dostać się na szczyt.

Potem pojawia się komentarz do konkretnych torów i wyścigów, autor często wraca na przykład do charakterystycznego ulicznego wyścigu w Monako. Zajmuje się też problemami konstrukcyjnymi – porównuje samochody, wskazuje wady niektórych bolidów i za każdym razem wyjaśnia czytelnikom, jak pozornie nieważne czynniki wpływają na osiągnięcia w tym sporcie. Odnosi się i do warunków pogodowych, i do rodzaju „rozgrzewki”, i do monotonii toru czy do procesu tankowania. Pozwala zjeżdżać do pit-stopu (bywa, że to chwile dramatyczne), przeżywać przeciążenia na zakrętach i przesyłać komunikaty przez radio. Czasem opowiada o rywalach i ma dla nich (na przykład dla Roberta Kubicy) więcej życzliwości niż dla partnerów z zespołu. Trzecia część tomu to już niemal opowieść zdominowana przez konflikt z Sebastianem Vettelem, zestaw pretensji, rozczarowań lub komentarzy, których widzowie – kibice – nie poznawali w odpowiednim czasie. Tom z czasem dąży do rozgoryczenia, ale nie zmienia to faktu, że autor dzieli się z czytelnikami wiedzą „tajemną”, wprowadza ich do swojego świat a i oferuje wycieczkę po torach rajdowych. Dla kibiców to wielka frajda.

Jest ten tom napisany z ogromną dbałością o detale. Mark Webber nie musi wysilać pamięci, skoro wszystkie informacje może odtwarzać ghostwriter. Praca, jaką wykonuje, jest olbrzymia – i sprawia, że tą książką można się posługiwać również jako źródłem wiedzy. Oznacza to, że w lekturze pojawią się całe fragmenty „techniczne”, oczywiście przystosowane do wymogów publikacji masowej, ale i tak dla bardzo zainteresowanych tym akurat sportem. Webber wynagradza nadmiar danych przez skupienie się na emocjach, nie dla wszystkich naturalnych. Ta autobiografia dotyczy w pierwszej kolejności tematów sportowych i zawodowych – kwestie prywatne schodzą w niej na dalszy plan, ale są obecne, mimo że w tle. Webber natomiast skupia się na tych aspektach działalności, z których i tak dał się poznać widzom – stawia na sport i przybliżanie zasad Formuły 1. Chociaż minęły już czasy Roberta Kubicy, zainteresowanym Formułą 1 taka opowieść się przyda jako dodatek do opowieści komentatorów.

sobota, 8 października 2016

Leszek Orłowski: Barca. Złota dekada

SQN, Kraków 2016.

Sukcesy

"Barca. Złota dekada” to prezent dla fanów. Klub, który stał się już kultowym wśród kibiców, doczekał się całkiem sporej liczby opracowań. Za wyjaśnianie fenomenu FC Barcelony – z ostatnich dziesięciu lat – wziął się Leszek Orłowski, dziennikarz sportowy i komentator. Jego „Barca. Złota dekada” to próba dokonania analiz kolejnych posunięć szkoleniowców – i znalezienia recepty na wielki sukces. Orłowski z konieczności pisze z dystansu, jego pozycja różni się od zachodnich monografii sportowych. Ten autor wypracowuje sobie własny styl mówienia o zespole – ale też stawia na rzetelność, przynajmniej w ramach dostępnych informacji. Śledzi publikacje na temat drużyny, ale w książce zachowuje indywidualny punkt widzenia, a i indywidualny sposób prowadzenia narracji.

Zwłaszcza w pierwszych rozdziałach odznacza się tendencja do rozbijania faktów, rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze i analizowania krok po kroku. Sprawdza autor powody porażek i zwycięstw, ocenia kolejnych piłkarzy, teorie czy pomysły szkoleniowców. Wybiera konkrety: odnosi się do kwestii transferowych, relacji w szatni, treningowych podpowiedzi, wizerunku gwiazd w oczach innych zawodników. Bardzo rzadko łączy życie piłkarzy z ich prywatnymi sprawami – tylko wtedy, kiedy jest to naprawdę konieczne i ma wyraźny wpływ na grę. Równocześnie jednak chętnie odnosi się do anegdot i smaczków spoza sfery sportu. Lubi drobiazgi, które sprowadzają na ziemię (żeby wpłynąć na piłkarza, trener odbywa poważną rozmowę z jego rodzicami). Takimi wstawkami Orłowski wzbogaca tom. Nie chce, żeby czytelnicy przedzierali się wyłącznie przez zbiory danych. Co ciekawe, nie zamienia się też w statystyka, wygodniej mu szukać tematów w wizjach trenerów i w relacjach między piłkarzami. Nie rozpatruje, jak to często robią zachodni autorzy, konkretnych spotkań minuta po minucie, w tej dziedzinie stara się o ogląd całościowy: co najwyżej wybiera pojedyncze akcje, które odbiły się echem na sytuacji w drużynie i na przykład pozwoliły zbudować porozumienie między zawodnikami. Chociaż Orłowski odnosi się do „złotej dekady”, liczą się dla niego ludzie, nie punkty. Czasami przytacza schematy ustawień (dla laików bardziej przekonujące niż tłumaczenia), czasami wskazuje przyczyny porażki. Opowiada bardziej szczegółowo o transferach. Nie ma w tej publikacji za to rozbudowanych wypowiedzi samych bohaterów (czy wielkich cytatów z opracowań o Barcelonie). Orłowski tropi raczej jednozdaniowe chwytliwe hasła, sięga – jeśli już bardzo tego potrzebuje – po podsumowania na gorąco. Ale ogólnie takich ilustracji nie szuka – pasowałyby bardziej do reporterskiego obrazka, a tu autor jest obserwatorem z zewnątrz.

W samej warstwie tekstowej Leszek Orłowski przybiera dwojaką postać. Jest fachowcem, który ma własne zdanie – gdy opisuje losy klubu. Ale bardzo potrzebuje ogólnikowych rozbiegówek niemal na początku każdego rozdziału. Tu wychodzi zwykle albo od truizmów, albo od prywatnych skojarzeń, albo od scenek, które później już nie wrócą, by zamknąć całość – i to przywodzi na myśl porady z kursów kreatywnego pisania czy tworzenia dziennikarskich tekstów mających zaintrygować czytelników. Nie byłoby nic złego w tym, że autor portretuje babcię jednego z piłkarzy, która w szpitalu przeżywa mecz – gdyby ta urocza historyjka miała jakiekolwiek odniesienie gdzieś dalej. Słaby jest za każdym razem punkt spojenia potrzebnych tylko Orłowskiemu wstępików z późniejszymi konkretami. Zrozumiałe, że robi to dla dobra książki, że chce zatrzymać czytelników – ale tą publikacją trafi i tak tylko do fanów Barceolny, więc nie musi się martwić, że oni nie wytrwają. Skusi ich jednak coś innego: skłonność autora do analizowania sukcesów i porażek, umiejętność wyciągania wniosków – i wyczulenie na wewnętrzne „sekrety” klubu. Orłowski nie próbuje swoich czytelników okłamywać czy zwodzić, prowadzi ich przez kawałek pięknej historii drużyny jako komentator sportowy.

poniedziałek, 3 października 2016

John Cross: Arsène Wenger: Generał i jego Kanonierzy

SQN, Warszawa 2016.



Charyzma

"Arsène Wenger"? Błyskotliwość, autorytet, dystans do siebie. Arsène Wenger jako bohater tomu Johna Crossa prezentuje się całkiem nieźle, chociaż autor nie pomija też wad czy nie unika słów krytyki od fanów albo niektórych piłkarzy. Zdaje sobie sprawę, że wielkie osobowości nigdy nie są oceniane jednoznacznie, a Wenger należy przecież do szkoleniowców wybitnych. Ta książka, wpisująca się w nurt biografii sportowych, odnosi się przede wszystkim do obrazu Wengera w roli szkoleniowca (zwanego też menedżerem drużyny). Owszem, autor próbuje w pewnym momencie nawiązać do życia prywatnego bohatera tomu, nawet prezentuje jego standardowy rozkład dnia, ale w tematyce pozasportowej nie czuje się pewnie. Dużo łatwiej mu obserwować Wengera w pracy. Temu też publikację „Generał i jego Kanonierzy” poświęca. Nie jest to tradycyjna biografia z szukaniem równowagi między życiem osobistym i zawodowym, momentami ma się zresztą wrażenie, że ten bohater poza boiskami nie istnieje.

Cross stara się uświadomić czytelnikom, z jaką osobowością mają do czynienia. Kolejne punkty opowieści wyznacza przez konkretne wydarzenia ważne dla trenerskiej kariery – co stanowi zrozumiały wybór – ale miejsca pomiędzy datami wypełnia przede wszystkim próbą szkicowania charakteru. Wengera oceniają współpracownicy (ale nie wystawiają mu laurek, raczej komentują znane sobie sytuacje, które rzucają nowe światło na wybory czy decyzje – są to wypowiedzi rozbudowane, ale ciekawe przez anegdotyczność i opisy sytuacji, a nie wrażeń). Nie może tu zabraknąć komentarzy dotyczących metod szkoleniowych – i znów Cross nie kwestionuje obieranych przez bohatera książki dróg: nawet jeśli piłkarze mają co do pomysłów zastrzeżenia, Cross zachowuje wiarę w to, że Wenger wie, co robi. Przytacza wtedy negatywne opinie lub wątpliwości, ale sam nie pozwala sobie na wahanie. Pisze trochę w imieniu trenera, przekonanego o słuszności stosowanych rozwiązań. Na początku do tematów sportowych dochodzą jeszcze problemy z imprezowaniem w drużynie, ale Wenger radzi sobie z tym tematem i przekonuje do siebie piłkarzy, zyskując ich zaufanie.

Tak, jak trener przekonuje piłkarzy, jego portret kreślony przez Crossa przekona czytelników. Autor nie wychwala swojego bohatera, a pozwala, żeby to jego działania zamieniały się w rodzaj autoportretu. Czasami odwołuje się do detali wpływających na pozazawodową charakterystykę to Wenger, któremu przydarzają się zabawne wpadki – innym razem porusza temat konieczności borykania się z okrutnymi oskarżeniami, ukazując Wengera właściwie bezradnego w obliczu ataków mediów. Często natomiast podkreśla autor szacunek do tego trenera. Do opowieści o nim włącza kwestie sporne, ale sporo miejsca poświęca samej filozofii pracy. Odwołuje się chociażby do tematu transferów, do zarządzania klubowymi finansami i do procesu wyszukiwania młodych utalentowanych piłkarzy. To zjawiska, które czytelnicy – kibice – poznać mogą wreszcie od środka, bo zwykle nie mają dostępu do takich informacji.

Tom poświęcony Wengerowi został przygotowany rzetelnie. To publikacja o zaskakującej objętości – prawie czterysta stron konkretów i komentarzy. Cross unika pustosłowia i skupia się na charakterze szkoleniowca, cytuje co ciekawsze fragmenty na jego temat (parę razy głos zyskuje sam trener). Widać tu bardzo staranne przygotowanie do pracy i umiejętność porządkowania faktów. Cross narrację dopasowuje do postaci, pisze tak, że rytm historii zlewa się z prezentowanym portretem. Nie ma tu pośpiechu ani niestaranności, więc fanom Wengera tom przypadnie do gustu. Autor pisze w pierwszej kolejności o człowieku – pewnym siebie, inteligentnym i mającym pomysły na prowadzenie piłkarzy – a w drugiej kolejności o samym futbolu. I chociaż nie dopuszcza do Wengera zbyt blisko, kreuje całkiem udany portret charyzmatycznego szkoleniowca dla wielbicieli literatury sportowej. John Cross tworzy półbiografię, książkę, którą nieźle się czyta.