Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.
Absurd śledztwa
Artur Andrus i Wojciech Zimiński wkraczają w świat powieści kryminalnych przefiltrowanych przez absurd. Na pewno ci, którzy lubią podążać za śledczymi krok w krok i czerpią radość z niekończących się przesłuchań świadków będą rozczarowani - za to czytelnicy, którzy cenią sobie nonsens i satyryczne pomysły, mogą parę razy się zachwycić. "A koń w galopie nie śpiewa" to rozrywka nietypowa. Fakt, że bohater znajduje w ogrodzie botanicznym zwłoki kobiety, do niczego nie zobowiązuje. Śledztwo zaczyna zataczać coraz szersze kręgi i już wkrótce zmienia się cel poszukiwań. Nie na intrydze skupiają się autorzy, a na zupełnie pobocznych charakterystykach postaci, które brawurowo wkraczają do opowieści i mocno zaciemniają jej kierunek. W zasadzie chodzi tu najbardziej o popis i o wykorzystanie drobiazgów satyrycznych, które nie zmieściłyby się nigdzie indziej. Bogata galeria postaci służy do testowania komicznych rozwiązań: to dowcipy różnego rodzaju, nie tylko dla wyczulonych na ironię czytelników. Streszczanie fabuły nic by tu nie dało: nie bieg wydarzeń angażuje czytelników, a kolejne sposoby wywoływania śmiechu. Oczywiście - nie wszystkie przekonają każdego odbiorcę, za to pewne jest, że podążający śladem Kazimierza Kortunia będą wybuchać śmiechem w różnych miejscach tomu. Artur Andrus i Wojciech Zimiński połączyli siły - i stworzyli książkę, która wymyka się wszelkim schematom. Gdzieś pobrzmiewają echa angielskich kryminałów, ale kryminał schodzi tu na daleki plan. Nie można w tej powieści pominąć żadnego zdania - bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie autorzy zdecydują się na popisy żartami. Może na tym ucierpieć rozkład akcentów w tomie - trudno raczej o zaangażowanie czytelników w detektywistyczną przygodę, jeśli co chwilę odwraca się ich uwagę w kierunku śmiechu. Przed przystąpieniem do lektury trzeba po prostu uwzględnić, że tu najważniejszy jest śmiech połączony z absurdem, więc - często odległy od obiegowych żartów.
"A koń w galopie nie śpiewa" to historia, która wypełniona jest satyrycznymi drobiazgami. Mniej autorzy zajmują się brzmieniem całości i budowaniem większych relacji, bardziej - szlifowaniem jednozdaniowych komentarzy, które wzbudzą zawiść innych satyryków. Czytelnicy będą musieli na początku przekonać się do mniej znanego trybu przedstawiania wydarzeń: to nie jest styl znany ze zwykłych kryminałów czy komedii kryminalnych - Andrus i Zimiński uciekają od inspiracji oraz od podpowiedzi z warsztatów kreatywnego pisania, stawiając na czystą zabawę. Zatem czytelnicy, którzy szukają standardowych historii: zbrodnia - śledztwo - rozwiązanie zagadki - nie znajdą tu realizacji odpowiedniej dla siebie. Ta proza jest mozaikowa i nietypowa w swojej konstrukcji, stanowi wypadkową poczucia humoru dwóch satyryków i rodzaj literackiego eksperymentu. Nie da się tu nawet powiedzieć, które pomysły sprawdzają się najlepiej: te najbardziej komiczne rozwiązania czerpią z różnych sposobów wywoływania śmiechu. Można zatem czytać, odkrywać kolejne dowcipy i cieszyć się ich jakością - a mniej przejmować się samym przebiegiem akcji i komplikacjami w warstwie opisowej.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Andrus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artur Andrus. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 kwietnia 2022
środa, 10 listopada 2021
Artur Andrus: Antylopa z Podbeskidzia
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Ballady dziadowskie
Opowieści Artura Andrusa zawsze są pełne humoru i pozwalają na nowo odkrywać absurdy codzienności. Coś, co wydawało się najbardziej efemerycznym elementem twórczości tego autora, czyli "ballady dziadowskie", prezentowane na spotkaniach i recitalach tworzone w pół godziny piosenki na tematy z miejscowej prasy - teraz w niewielkiej części zyskały przedłużenie żywota przez zestaw felietonów zgromadzonych w tomie "Antylopa z Podbeskidzia". Artur Andrus - walcząc z lockdownowym marazmem - zabiera czytelników w podróż przez lata i miasta, pokazując historię swoich ballad podwórzowych: od inspiracji i pierwszego pomysłu, który nie schodził z listy przebojów, po jednorazowe utwory wprawiające w zachwyt lokalną publiczność.
Kto zna genezę "ballad dziadowskich" Andrusa, nie będzie zaskoczony: autor zwykle przedstawia kilka ciekawostek wyczytanych w prasie (niekoniecznie tej najwyższych lotów, bardzo często sięga po nieznane szerzej tytuły, wykorzystuje kwestie miejscowych przepychanek, horoskopy, doniesienia obyczajowe, sprawy bulwersujące wyłącznie mieszkańców miasta, śmiesznostki i nonsensy - nie interesują go za to kwestie polityczne i tematy ogólnopolskie). Już sama prezentacja tych odkryć wypełniona jest śmiechem: w końcu Andrus potrafi podkreślać puenty i uwypuklać satyryczną stronę rzeczywistości - i tym razem nie zawodzi. Wplata niekiedy do opowieści także skojarzenia spoza prasy regionalnej, dzieli się anegdotami z życia i ripostami różnych artystów, z którymi podzielił się odkryciami. Wszystko razem składa się na barwną opowieść - za każdym razem inną za sprawą rozległości poruszanych zagadnień. Andrus dociera do pomysłów wręcz niewiarygodnych, komicznych już bez dodatkowej oprawy - ale wie, jak je podkolorować i dodać im blasku, tak, żeby nie świadczyły o nieudolności dziennikarskiej, a stanowiły zestaw zaskoczeń dla czytelników. Rozpiętość tematyczna artykułów jest olbrzymia i odbiorcy mogą się zacząć zastanawiać, czy możliwe jest połączenie wszystkich w jednym utworze - a przecież o to w "balladach dziadowskich" u Andrusa chodzi. Szybko staje się jasne, że doniesienia medialne zamieniają się w zbiór wyjątkowych puent w życiu wyimaginowanych bohaterów. Przeważnie piosenki proponowane przez Artura Andrusa układane są na znaną melodię (z kilkoma wyjątkami), można zatem wyobrażać sobie, jak brzmiały na scenie. Najważniejszy jest tu humor - nie wyśmiewanie problemów zwykłych ludzi, a wydobywanie absurdów z relacji. Artur Andrus pisze teksty - wbrew nazwie - dalekie od dziadostwa. Imponuje i umiejętnościami w zakresie wydobywania i podkreślania puent, samymi rymami i budowaniem niezwykłych historii. Przerabia rewelacje z gazet na olśniewające scenki rodzajowe. Przy tej książce odbiorców czeka mnóstwo śmiechu - ale i podziwu dla autora. "Ballady dziadowskie" w połączeniu ze źródłami inspiracji, oczywiście odpowiednio zaprezentowanymi, nie będą się nudzić. Czytelnicy otrzymują tutaj kolejny popis humoru, wyjątkową opowieść, która okazuje się uniwersalna - jakby na przekór efemeryczności gazetowych doniesień. I chociaż łatwo byłoby tu załamywać ręce nad poziomem dziennikarstwa, można po prostu czerpać radość z efektów satyrycznych - warto sięgnąć po "Antylopę z Podbeskidzia" dla zabawy. Artur Andrus przeprowadza czytelników przez swoje dzieła błyskawiczne i obliczone na natychmiastowy efekt, ale ponieważ utrwala jednorazowe ballady, oferuje też odbiorcom wartość dodaną: zestaw powodów do śmiechu w każdych okolicznościach. To książka idealna dla czytelników, którzy chcą odpocząć przy inteligentnych dowcipach i pomysłach.
Ballady dziadowskie
Opowieści Artura Andrusa zawsze są pełne humoru i pozwalają na nowo odkrywać absurdy codzienności. Coś, co wydawało się najbardziej efemerycznym elementem twórczości tego autora, czyli "ballady dziadowskie", prezentowane na spotkaniach i recitalach tworzone w pół godziny piosenki na tematy z miejscowej prasy - teraz w niewielkiej części zyskały przedłużenie żywota przez zestaw felietonów zgromadzonych w tomie "Antylopa z Podbeskidzia". Artur Andrus - walcząc z lockdownowym marazmem - zabiera czytelników w podróż przez lata i miasta, pokazując historię swoich ballad podwórzowych: od inspiracji i pierwszego pomysłu, który nie schodził z listy przebojów, po jednorazowe utwory wprawiające w zachwyt lokalną publiczność.
Kto zna genezę "ballad dziadowskich" Andrusa, nie będzie zaskoczony: autor zwykle przedstawia kilka ciekawostek wyczytanych w prasie (niekoniecznie tej najwyższych lotów, bardzo często sięga po nieznane szerzej tytuły, wykorzystuje kwestie miejscowych przepychanek, horoskopy, doniesienia obyczajowe, sprawy bulwersujące wyłącznie mieszkańców miasta, śmiesznostki i nonsensy - nie interesują go za to kwestie polityczne i tematy ogólnopolskie). Już sama prezentacja tych odkryć wypełniona jest śmiechem: w końcu Andrus potrafi podkreślać puenty i uwypuklać satyryczną stronę rzeczywistości - i tym razem nie zawodzi. Wplata niekiedy do opowieści także skojarzenia spoza prasy regionalnej, dzieli się anegdotami z życia i ripostami różnych artystów, z którymi podzielił się odkryciami. Wszystko razem składa się na barwną opowieść - za każdym razem inną za sprawą rozległości poruszanych zagadnień. Andrus dociera do pomysłów wręcz niewiarygodnych, komicznych już bez dodatkowej oprawy - ale wie, jak je podkolorować i dodać im blasku, tak, żeby nie świadczyły o nieudolności dziennikarskiej, a stanowiły zestaw zaskoczeń dla czytelników. Rozpiętość tematyczna artykułów jest olbrzymia i odbiorcy mogą się zacząć zastanawiać, czy możliwe jest połączenie wszystkich w jednym utworze - a przecież o to w "balladach dziadowskich" u Andrusa chodzi. Szybko staje się jasne, że doniesienia medialne zamieniają się w zbiór wyjątkowych puent w życiu wyimaginowanych bohaterów. Przeważnie piosenki proponowane przez Artura Andrusa układane są na znaną melodię (z kilkoma wyjątkami), można zatem wyobrażać sobie, jak brzmiały na scenie. Najważniejszy jest tu humor - nie wyśmiewanie problemów zwykłych ludzi, a wydobywanie absurdów z relacji. Artur Andrus pisze teksty - wbrew nazwie - dalekie od dziadostwa. Imponuje i umiejętnościami w zakresie wydobywania i podkreślania puent, samymi rymami i budowaniem niezwykłych historii. Przerabia rewelacje z gazet na olśniewające scenki rodzajowe. Przy tej książce odbiorców czeka mnóstwo śmiechu - ale i podziwu dla autora. "Ballady dziadowskie" w połączeniu ze źródłami inspiracji, oczywiście odpowiednio zaprezentowanymi, nie będą się nudzić. Czytelnicy otrzymują tutaj kolejny popis humoru, wyjątkową opowieść, która okazuje się uniwersalna - jakby na przekór efemeryczności gazetowych doniesień. I chociaż łatwo byłoby tu załamywać ręce nad poziomem dziennikarstwa, można po prostu czerpać radość z efektów satyrycznych - warto sięgnąć po "Antylopę z Podbeskidzia" dla zabawy. Artur Andrus przeprowadza czytelników przez swoje dzieła błyskawiczne i obliczone na natychmiastowy efekt, ale ponieważ utrwala jednorazowe ballady, oferuje też odbiorcom wartość dodaną: zestaw powodów do śmiechu w każdych okolicznościach. To książka idealna dla czytelników, którzy chcą odpocząć przy inteligentnych dowcipach i pomysłach.
sobota, 29 września 2018
Artur Andrus: Bzdurki, czyli bajki dla dzieci (i) innych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.
Bajki na wesoło
Bohaterowie starych baśni i bajek są już trochę zmęczeni przeżywaniem raz za razem tych samych przygód. Podobnie znużeni mogą być dorośli czytaniem i opowiadaniem pociechom wciąż na nowo tych samych fabuł. I wtedy z pomocą przychodzi Artur Andrus, który proponuje tom “Bzdurki, czyli bajki dla dzieci (i) innych). Ta publikacja szybko się nie znudzi, co ma złe konsekwencje wyłącznie dla bohaterów: istnieje obawa, że zostaną zamęczeni ciągłym doświadczaniem na nowo swoich dokonań. Autor pisze ze świadomością reguł gatunku, ale i z nieodłącznym zmysłem satyrycznym i talentem do absurdalnych skojarzeń. Wprowadza postacie ciekawe i przełamujące konwencję: jest tu na przykład rzodkiewkowa królewna, której serce można zdobyć dzięki kreatywności i zrobieniu czegoś zaskakującego z pęczkiem rzodkiewek. Są bohaterowie, których niezwykłe miana już wystarczają za uzasadnienie istnienia: Ciotkę Grzechotkę, Wujka Zepsujka oraz Dziadka Niejadka (od niejeżdżenia) wysyła Andrus do wyjątkowych miejsc, pozwala odmienić życie i zrozumieć ważne prawdy. Czasami sięga po bajki zakorzenione w powiedzeniach (kura pisząca pazurem), a czasami – po dziecięce strachy (dentysta boi się małego Franka). Pozwala bohaterom zrozumieć, gdzie ich miejsce albo spotkać kogoś, z kim zechcą spędzić resztę życia. Daje się w tych bajkach zauważyć ślady klasycznych fabuł i przesłań, Artur Andrus prowadzi historie właściwie zgodnie z oczekiwaniami, jeśli chodzi o fabuły. Ale już w realizacjach i kreacjach postaci zamienia się w humorystę, jakich ciągle na rynku literatury czwartej za mało. Nie byłby sobą ten autor, gdyby nie bawił się poszczególnymi motywami i nie rozśmieszał na każdym etapie opowieści. Uwielbia absurdy i rozbijanie skostniałych struktur językowych, do rzeczywistości bohaterów dokłada propozycje ich zabaw, śmiechu szuka nawet w onomastyce. Tu każde kolejne zdanie może zaskoczyć drobnym żartem albo graniem intertekstem, inspiracje stają się podstawą kolejnych mrugnięć do czytelników: każdy z łatwością wychwyci bajkowy kontekst ora ironiczne podejście autora do tematu. Osobną kwestię w dynamicznych opowiadaniach stanowią drobne przyśpiewki. Znowu Andrus, mistrz rymowanych absurdów, udowadnia, jak można w literaturze dla dzieci wykorzystywać międzytekstowe skojarzenia i na czym polega komizm rymów. Tego typu bezinteresowne popisy satyryczne zachęcają do lektury “Bzdurek” również dorosłych: poczucie humoru autora okazuje się uniwersalne.
Już same historyjki wystarczyłyby, żeby zapewnić autorowi miejsce w kanonie literatury czwartej, nawet gdyby Artur Andrus był kompletnie nieznanym twórcą. Jednak w “Bzdurkach” pojawiają się jeszcze dodatkowe morały i przesłania dla czytelników, zaznaczane hasłem “Bo tak naprawdę...”. Tutaj znajdują się cenne wskazówki i pouczenia, ale też... kolejne puenty, które zaskoczą nawet dorosłych (jak ta z księgową). Autoironia staje się jeszcze jednym poziomem żartów i pozwala odbiorcom na pełniejsze cieszenie się konwencją bajek. Artur Andrus doskonale się tu bawi – i na to samo pozwala czytelnikom w każdym wieku. “Bzdurki” to książka, którą zilustrował Daniel de Latour – czyli rysownik często wykorzystujący w publikacjach Naszej Księgarni poczucie humoru. To kolejny powód, dla którego z “Bzdurkami” nikt nie będzie chciał się rozstawać. Z tej lektury ucieszą się maluchy – ale ich rodzice będą mieli jeszcze więcej zabawy. A najlepsze jest to, że wcale nie trzeba posiadać potomstwa, żeby zachwycać się “Bzdurkami”. Przy zakupie można ewentualnie powiedzieć, że to dla bratanka (ale jeśli naprawdę ma się bratanka, lepiej od razu kupić dwa egzemplarze).
Bajki na wesoło
Bohaterowie starych baśni i bajek są już trochę zmęczeni przeżywaniem raz za razem tych samych przygód. Podobnie znużeni mogą być dorośli czytaniem i opowiadaniem pociechom wciąż na nowo tych samych fabuł. I wtedy z pomocą przychodzi Artur Andrus, który proponuje tom “Bzdurki, czyli bajki dla dzieci (i) innych). Ta publikacja szybko się nie znudzi, co ma złe konsekwencje wyłącznie dla bohaterów: istnieje obawa, że zostaną zamęczeni ciągłym doświadczaniem na nowo swoich dokonań. Autor pisze ze świadomością reguł gatunku, ale i z nieodłącznym zmysłem satyrycznym i talentem do absurdalnych skojarzeń. Wprowadza postacie ciekawe i przełamujące konwencję: jest tu na przykład rzodkiewkowa królewna, której serce można zdobyć dzięki kreatywności i zrobieniu czegoś zaskakującego z pęczkiem rzodkiewek. Są bohaterowie, których niezwykłe miana już wystarczają za uzasadnienie istnienia: Ciotkę Grzechotkę, Wujka Zepsujka oraz Dziadka Niejadka (od niejeżdżenia) wysyła Andrus do wyjątkowych miejsc, pozwala odmienić życie i zrozumieć ważne prawdy. Czasami sięga po bajki zakorzenione w powiedzeniach (kura pisząca pazurem), a czasami – po dziecięce strachy (dentysta boi się małego Franka). Pozwala bohaterom zrozumieć, gdzie ich miejsce albo spotkać kogoś, z kim zechcą spędzić resztę życia. Daje się w tych bajkach zauważyć ślady klasycznych fabuł i przesłań, Artur Andrus prowadzi historie właściwie zgodnie z oczekiwaniami, jeśli chodzi o fabuły. Ale już w realizacjach i kreacjach postaci zamienia się w humorystę, jakich ciągle na rynku literatury czwartej za mało. Nie byłby sobą ten autor, gdyby nie bawił się poszczególnymi motywami i nie rozśmieszał na każdym etapie opowieści. Uwielbia absurdy i rozbijanie skostniałych struktur językowych, do rzeczywistości bohaterów dokłada propozycje ich zabaw, śmiechu szuka nawet w onomastyce. Tu każde kolejne zdanie może zaskoczyć drobnym żartem albo graniem intertekstem, inspiracje stają się podstawą kolejnych mrugnięć do czytelników: każdy z łatwością wychwyci bajkowy kontekst ora ironiczne podejście autora do tematu. Osobną kwestię w dynamicznych opowiadaniach stanowią drobne przyśpiewki. Znowu Andrus, mistrz rymowanych absurdów, udowadnia, jak można w literaturze dla dzieci wykorzystywać międzytekstowe skojarzenia i na czym polega komizm rymów. Tego typu bezinteresowne popisy satyryczne zachęcają do lektury “Bzdurek” również dorosłych: poczucie humoru autora okazuje się uniwersalne.
Już same historyjki wystarczyłyby, żeby zapewnić autorowi miejsce w kanonie literatury czwartej, nawet gdyby Artur Andrus był kompletnie nieznanym twórcą. Jednak w “Bzdurkach” pojawiają się jeszcze dodatkowe morały i przesłania dla czytelników, zaznaczane hasłem “Bo tak naprawdę...”. Tutaj znajdują się cenne wskazówki i pouczenia, ale też... kolejne puenty, które zaskoczą nawet dorosłych (jak ta z księgową). Autoironia staje się jeszcze jednym poziomem żartów i pozwala odbiorcom na pełniejsze cieszenie się konwencją bajek. Artur Andrus doskonale się tu bawi – i na to samo pozwala czytelnikom w każdym wieku. “Bzdurki” to książka, którą zilustrował Daniel de Latour – czyli rysownik często wykorzystujący w publikacjach Naszej Księgarni poczucie humoru. To kolejny powód, dla którego z “Bzdurkami” nikt nie będzie chciał się rozstawać. Z tej lektury ucieszą się maluchy – ale ich rodzice będą mieli jeszcze więcej zabawy. A najlepsze jest to, że wcale nie trzeba posiadać potomstwa, żeby zachwycać się “Bzdurkami”. Przy zakupie można ewentualnie powiedzieć, że to dla bratanka (ale jeśli naprawdę ma się bratanka, lepiej od razu kupić dwa egzemplarze).
poniedziałek, 16 lipca 2018
Sokratesa 18
Refleksje o Sokratesa
Kiedy słucha się jej w tle, płyta Sokratesa 18 poza nielicznymi wyjątkami wydaje się łagodna, melancholijna i refleksyjna, daleka od produkcji dla masowej publiczności. Pojawiają się tu powroty do muzycznych tradycji, takież cytaty i parafrazy. Trzeba przyznać, że kawał dobrej roboty wykonał Łukasz Borowiecki, kompozytor świetnie czujący puenty tekstowe i ozdabiający utwory dodatkowo przewrotkami w samych dźwiękach. Tak jak Andrus bawi się słowami, tak jego muzycy bawią się samym graniem, możliwością tworzenia czegoś więcej niż tylko dialogu instrumentów. Andrus na tej płycie bywa drapieżny, co już samo w sobie jest zabawne (Glanki i pacyfki doczekały się nie-poważnej konkurencji w postaci Babki w czapce czy Leszku synu Kazimierza). Bywa liryczny (Przy kościele Santa Croce: aż trudno uwierzyć, że to wykorzystanie prasowej informacji), czasami ucieka w klimaty noir (Ciocia w gablocie), nawiązuje do klasyki (Szopka d-mol op.66 to jeden z utworów, które powinny przejść do mistrzowskich realizacji piosenek satyrycznych). A jak patrzy się z Przehyby to sposób na poderwanie słuchaczy rytmem. I za każdym razem Artur Andrus ma coś do opowiedzenia, za każdym razem dąży do komicznego zamknięcia piosenki. Chociaż muzycznie (i wokalnie!) to krążek zadowalający gusta wybrednych, trzeba prześledzić kolejne warstwy żartów, docenić misterne konstrukcje. Wiele na tej płycie rozwiązań wartych uznania, chociaż w odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Sokratesa 18 w pierwszym odbiorze nie wydaje się zbiorem jednoznacznych przebojów. A jednak: od tej płyty trudno się oderwać, Andrus dojrzewa jako wokalista, bo jako autor tekstów zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia. Sokratesa 18 nie przypomina wcześniejszych płyt Andrusa. Ale zapada w pamięć tak samo.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Kiedy słucha się jej w tle, płyta Sokratesa 18 poza nielicznymi wyjątkami wydaje się łagodna, melancholijna i refleksyjna, daleka od produkcji dla masowej publiczności. Pojawiają się tu powroty do muzycznych tradycji, takież cytaty i parafrazy. Trzeba przyznać, że kawał dobrej roboty wykonał Łukasz Borowiecki, kompozytor świetnie czujący puenty tekstowe i ozdabiający utwory dodatkowo przewrotkami w samych dźwiękach. Tak jak Andrus bawi się słowami, tak jego muzycy bawią się samym graniem, możliwością tworzenia czegoś więcej niż tylko dialogu instrumentów. Andrus na tej płycie bywa drapieżny, co już samo w sobie jest zabawne (Glanki i pacyfki doczekały się nie-poważnej konkurencji w postaci Babki w czapce czy Leszku synu Kazimierza). Bywa liryczny (Przy kościele Santa Croce: aż trudno uwierzyć, że to wykorzystanie prasowej informacji), czasami ucieka w klimaty noir (Ciocia w gablocie), nawiązuje do klasyki (Szopka d-mol op.66 to jeden z utworów, które powinny przejść do mistrzowskich realizacji piosenek satyrycznych). A jak patrzy się z Przehyby to sposób na poderwanie słuchaczy rytmem. I za każdym razem Artur Andrus ma coś do opowiedzenia, za każdym razem dąży do komicznego zamknięcia piosenki. Chociaż muzycznie (i wokalnie!) to krążek zadowalający gusta wybrednych, trzeba prześledzić kolejne warstwy żartów, docenić misterne konstrukcje. Wiele na tej płycie rozwiązań wartych uznania, chociaż w odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Sokratesa 18 w pierwszym odbiorze nie wydaje się zbiorem jednoznacznych przebojów. A jednak: od tej płyty trudno się oderwać, Andrus dojrzewa jako wokalista, bo jako autor tekstów zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia. Sokratesa 18 nie przypomina wcześniejszych płyt Andrusa. Ale zapada w pamięć tak samo.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
sobota, 14 lipca 2018
Artur Andrus w Chorzowskim Teatrze Ogrodowym
Portret
Nie śpiewa przed lustrem, bo ma wtedy ciekawsze zajęcia, na przykład golenie. Ale śpiewa przed mikrofonem, nagrywa kolejne płyty i wciąż zaskakuje odbiorców nowymi wcieleniami scenicznymi. Od „teledysków na żywo” (pierwsza piosenka, tworząca niejako z przypadku Andrusa-wokalistę to Zabierzcie mi gitarę, w ramach teledysków pojawiła się później też składanka przebojów Boney M.), drobnych żartów, w których pomysł na piosenkę był ważniejszy niż samo wykonanie (Pszczółki), od scenicznych przyjaźni (Wiesiek idzie), przez Trójkowe Karpie, aż po stylistycznie dopracowane pastisze muzyczne (Szanta narciarska, Cyniczne córy Zurychu). Za sprawą słuchaczy, których zresztą sam do śmiechu przyzwyczajał, na listach przebojów wygrywał ze Stingiem. Teraz Artur Andrus powraca do słuchaczy z płytą Sokratesa 18, wciąż pełną żartów, ale też mocno melancholijną, mniej przesyconą cytatami i zabawami formalnymi, za to filozoficzną i refleksyjną. Uwielbiany przez publiczność artysta sprawdza się i jako konferansjer, i jako satyryk, chociaż polityki i satyry agitacyjnej unika, skupiając się bardziej na uniwersalnych spostrzeżeniach. Chętniej tłumaczy, że nie jest satyrykiem a rozśmieszaczem: nie próbuje naprawiać świata, zajmuje się błahostkami. Uwodzi w improwizacjach, pisze książki, grywa w spektaklach, do radia wraca (ale na razie do innego, co fanom raczej przeszkadzać nie będzie). Nie lubi nudy i w zadaniach, których się podejmuje doskonale to widać. Uwielbia za to radiowe audycje: tylko tam może mieć wrażenie kameralnej rozmowy, z jednym odbiorcą. Zbiera dziennikarskie kurioza i nieoczywiste komplementy (te ostatnie po tym, gdy usłyszał po występie, że jest śmieszny jak pies). Reaguje na to, co dziwne, ale też i nieistotne w szerszej perspektywie: z improwizacji powstają czasami utwory, które przetrwają próbę czasu i mogą funkcjonować poza wyjaśniającym kontekstem (tak było z Matką piłkarza czy Szaloną Krewetką). Przeważnie Andrus nie pisze piosenek dla innych, ale też i sam najlepiej interpretuje dowcipy, jeśli dodać do tego wciąż rosnące umiejętności wokalne, staje się jasne, że popularność płyt tego satyryka nie jest wyłącznie efektem ironicznej ciekawości odbiorców. Fenomen Artura Andrusa może polegać na dobrotliwym humorze, na śmiechu bez zjadliwości i chęci klasyfikowania oraz oceniania zjawisk. Ale jest to też dziennikarz, który przywraca do świadomości szerokiej grupy odbiorców dawnych mistrzów: przedstawił słuchaczom między innymi Stefanię Grodzieńską i Marię Czubaszek, sprawił, że obie panie na nowo zaistniały w przestrzeni publicznej jako cenione autorki satyr (a Maria Czubaszek stała się wręcz celebrytką). Potrafi śmiać się z siebie (stąd pomysł na zespół Demony Sanatorium). Fani wytwórni A’Yoy znajdą go w filmach (czasami gra samego siebie, a czasami… karykaturę samego siebie, beznadziejnego konferansjera obrzucanego pomidorami). Współpraca z kabareciarzami owocuje zestawem kolejnych anegdot (kabaret Potem wyjaśnia, dlaczego w programie Trąbka dla gubernatora starszy posterunkowy nazywa się Artur Andrus i „jest głupi jak tapeta w motylki”).
Piosenki pisze, bo sprawia mu to przyjemność. Ale zawsze tworzy takie, przy których można tańczyć, żeby sam, jako wykonawca, nie musiał tego robić. Nic dziwnego, że przy choreografii do Piłem w Spale, spałem w Pile, pierwszej wersji Diridondy, Córach Zurychu czy Królowej nadbałtyckich raf publiczność szaleje. Deklaruje Andrus, że kiedy jego płyty będą się słabiej sprzedawać, zdemoluje jakiś hotel lub wymyśli podobny skandal dla podgrzania atmosfery. Na razie nie musi.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Nie śpiewa przed lustrem, bo ma wtedy ciekawsze zajęcia, na przykład golenie. Ale śpiewa przed mikrofonem, nagrywa kolejne płyty i wciąż zaskakuje odbiorców nowymi wcieleniami scenicznymi. Od „teledysków na żywo” (pierwsza piosenka, tworząca niejako z przypadku Andrusa-wokalistę to Zabierzcie mi gitarę, w ramach teledysków pojawiła się później też składanka przebojów Boney M.), drobnych żartów, w których pomysł na piosenkę był ważniejszy niż samo wykonanie (Pszczółki), od scenicznych przyjaźni (Wiesiek idzie), przez Trójkowe Karpie, aż po stylistycznie dopracowane pastisze muzyczne (Szanta narciarska, Cyniczne córy Zurychu). Za sprawą słuchaczy, których zresztą sam do śmiechu przyzwyczajał, na listach przebojów wygrywał ze Stingiem. Teraz Artur Andrus powraca do słuchaczy z płytą Sokratesa 18, wciąż pełną żartów, ale też mocno melancholijną, mniej przesyconą cytatami i zabawami formalnymi, za to filozoficzną i refleksyjną. Uwielbiany przez publiczność artysta sprawdza się i jako konferansjer, i jako satyryk, chociaż polityki i satyry agitacyjnej unika, skupiając się bardziej na uniwersalnych spostrzeżeniach. Chętniej tłumaczy, że nie jest satyrykiem a rozśmieszaczem: nie próbuje naprawiać świata, zajmuje się błahostkami. Uwodzi w improwizacjach, pisze książki, grywa w spektaklach, do radia wraca (ale na razie do innego, co fanom raczej przeszkadzać nie będzie). Nie lubi nudy i w zadaniach, których się podejmuje doskonale to widać. Uwielbia za to radiowe audycje: tylko tam może mieć wrażenie kameralnej rozmowy, z jednym odbiorcą. Zbiera dziennikarskie kurioza i nieoczywiste komplementy (te ostatnie po tym, gdy usłyszał po występie, że jest śmieszny jak pies). Reaguje na to, co dziwne, ale też i nieistotne w szerszej perspektywie: z improwizacji powstają czasami utwory, które przetrwają próbę czasu i mogą funkcjonować poza wyjaśniającym kontekstem (tak było z Matką piłkarza czy Szaloną Krewetką). Przeważnie Andrus nie pisze piosenek dla innych, ale też i sam najlepiej interpretuje dowcipy, jeśli dodać do tego wciąż rosnące umiejętności wokalne, staje się jasne, że popularność płyt tego satyryka nie jest wyłącznie efektem ironicznej ciekawości odbiorców. Fenomen Artura Andrusa może polegać na dobrotliwym humorze, na śmiechu bez zjadliwości i chęci klasyfikowania oraz oceniania zjawisk. Ale jest to też dziennikarz, który przywraca do świadomości szerokiej grupy odbiorców dawnych mistrzów: przedstawił słuchaczom między innymi Stefanię Grodzieńską i Marię Czubaszek, sprawił, że obie panie na nowo zaistniały w przestrzeni publicznej jako cenione autorki satyr (a Maria Czubaszek stała się wręcz celebrytką). Potrafi śmiać się z siebie (stąd pomysł na zespół Demony Sanatorium). Fani wytwórni A’Yoy znajdą go w filmach (czasami gra samego siebie, a czasami… karykaturę samego siebie, beznadziejnego konferansjera obrzucanego pomidorami). Współpraca z kabareciarzami owocuje zestawem kolejnych anegdot (kabaret Potem wyjaśnia, dlaczego w programie Trąbka dla gubernatora starszy posterunkowy nazywa się Artur Andrus i „jest głupi jak tapeta w motylki”).
Piosenki pisze, bo sprawia mu to przyjemność. Ale zawsze tworzy takie, przy których można tańczyć, żeby sam, jako wykonawca, nie musiał tego robić. Nic dziwnego, że przy choreografii do Piłem w Spale, spałem w Pile, pierwszej wersji Diridondy, Córach Zurychu czy Królowej nadbałtyckich raf publiczność szaleje. Deklaruje Andrus, że kiedy jego płyty będą się słabiej sprzedawać, zdemoluje jakiś hotel lub wymyśli podobny skandal dla podgrzania atmosfery. Na razie nie musi.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
sobota, 21 czerwca 2014
Artur Andrus: Vietato Fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Czysty śmiech
Wiadomość, że Artur Andrus przestaje blogować, zasmuciła miłośników inteligentnego humoru. Na szczęście jest „Vietato Fumare”, drugi tom gromadzący blogowe wpisy oraz… felietony z „Gazety Lekarskiej”. Po „Blogu osławionym między niewiastami” zresztą nawet najbardziej „tradycyjni” czytelnicy wiedzą, czego się spodziewać i „Vietato Fumare” pokochają. Bo Artur Andrus nie zawodzi. Niby jest felietonistą (na co wskazuje konstrukcja poszczególnych tekstów-notek), ale na pierwszym miejscu zawsze stawia humor. Posługuje się jasnymi odcieniami żartu – autoironią, dobroduszną kpiną, wyczuciem absurdu, śmiechem czystym, pozbawionym agonistycznych tendencji. Od czasu do czasu zamienia się w satyryka, by coś wyśmiać, ale wtedy nigdy nie posługuje się ani oczywistościami (i głośnymi tematami), ani ostrą satyrą – wybiera za to motywy, które same w sobie rozśmieszają – i nadaje im odpowiednią oprawę. Nie walczy, za to dostarcza rozrywki na najwyższym poziomie – i to w każdym felietonie. Tutaj nie zdarzają się teksty-wypełniacze, notki słabe czy męczące. Zdarza się za to, że Andrus przytacza fragmenty opowieści swoich słuchaczy, ale nawet wtedy świetnie je opracowuje – opatruje komentarzem (i puentą), dzięki któremu mogą błyszczeć.
„Vietato Fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze” to przede wszystkim popis humorysty. Andrus do drobnych opowiastek włącza także rymowane teksty i piosenki, które nucą już wszyscy – udowadnia, że nie wystarczy być przenikliwym obserwatorem i tropicielem codziennych absurdów, trzeba jeszcze nadać znalezionym tematom odpowiednią formę. Andrus to mistrz puentowania historii, nawet tych najbardziej nonsensownych. Bezbłędnie akcentuje kolejne śmiesznostki i sam tworzy żarty, szuka komizmu w doniesieniach medialnych, przypadkowych skojarzeniach oraz w codzienności. Ten autor nie żeruje na modnych czy nagłaśnianych tematach – kołach ratunkowych dla przeciętnych dziennikarzy prasowych. Dla niego punktem wyjścia może być zdanie z nieznanej ogółowi publikacji, przypadkiem zasłyszany komentarz lub ciekawostka – i tak wszystko obuduje humorystyczną i dowcipną opowiastką tak, by czytelnicy również zauważyli śmiesznostki życia codziennego – i by zaczęli się na nie wyczulać. Andrus nie potrzebuje tematów sezonowych, nie powtarza wałkowanych do znudzenia kwestii. Zawsze jest odkrywcą i przewodnikiem po świecie, który zamienia się w świat humoru.
Lekkość stylu oraz dowcip pojawiają się tutaj na równi z językową elegancją. Artur Andrus potrafi bawić w sposób inteligentny, bez zniżania się do ludycznych żartów i wulgaryzowania narracji. Zachowuje klasę, a przy tym nie rezygnuje z dobrej zabawy, udowadnia, że komizm nie musi wiązać się ze schlebianiem masowym gustom. To jeden z nielicznych satyryków, którzy do popularnego obiegu przedostają się bez rezygnowania z własnej poetyki. Andrus uświadamia czytelnikom, że można dostrzegać wiele subtelności humoru i czerpać przyjemność z żartów, które na estradzie niekoniecznie by się sprawdziły. Daje odpocząć od kabaretonowej (przy dzisiejszych nawiązaniach) pseudorozrywki i zapewnia zabawę odbiorcom myślącym.
„Vietato Fumare” to spora porcja śmiechu bez przerwy. Nie ma tu sztucznego rozdmuchiwania objętości książki, czytelnicy otrzymają porządny zestaw tekstów poprawiających humor i urzekających błyskotliwością. Artur Andrus i tym razem nie zawodzi – z tym, że po lekturze tomu „Vietato Fumare” niewielu felietonistów będzie miało szansę jeszcze rozbawić. Na szczęście (dla nich) Andrus pozostaje w tej książce przede wszystkim humorystą – uczy mądrego śmiechu, nawet gdy odwołuje się do błahostek.
Czysty śmiech
Wiadomość, że Artur Andrus przestaje blogować, zasmuciła miłośników inteligentnego humoru. Na szczęście jest „Vietato Fumare”, drugi tom gromadzący blogowe wpisy oraz… felietony z „Gazety Lekarskiej”. Po „Blogu osławionym między niewiastami” zresztą nawet najbardziej „tradycyjni” czytelnicy wiedzą, czego się spodziewać i „Vietato Fumare” pokochają. Bo Artur Andrus nie zawodzi. Niby jest felietonistą (na co wskazuje konstrukcja poszczególnych tekstów-notek), ale na pierwszym miejscu zawsze stawia humor. Posługuje się jasnymi odcieniami żartu – autoironią, dobroduszną kpiną, wyczuciem absurdu, śmiechem czystym, pozbawionym agonistycznych tendencji. Od czasu do czasu zamienia się w satyryka, by coś wyśmiać, ale wtedy nigdy nie posługuje się ani oczywistościami (i głośnymi tematami), ani ostrą satyrą – wybiera za to motywy, które same w sobie rozśmieszają – i nadaje im odpowiednią oprawę. Nie walczy, za to dostarcza rozrywki na najwyższym poziomie – i to w każdym felietonie. Tutaj nie zdarzają się teksty-wypełniacze, notki słabe czy męczące. Zdarza się za to, że Andrus przytacza fragmenty opowieści swoich słuchaczy, ale nawet wtedy świetnie je opracowuje – opatruje komentarzem (i puentą), dzięki któremu mogą błyszczeć.
„Vietato Fumare, czyli reszta z bloga i coś jeszcze” to przede wszystkim popis humorysty. Andrus do drobnych opowiastek włącza także rymowane teksty i piosenki, które nucą już wszyscy – udowadnia, że nie wystarczy być przenikliwym obserwatorem i tropicielem codziennych absurdów, trzeba jeszcze nadać znalezionym tematom odpowiednią formę. Andrus to mistrz puentowania historii, nawet tych najbardziej nonsensownych. Bezbłędnie akcentuje kolejne śmiesznostki i sam tworzy żarty, szuka komizmu w doniesieniach medialnych, przypadkowych skojarzeniach oraz w codzienności. Ten autor nie żeruje na modnych czy nagłaśnianych tematach – kołach ratunkowych dla przeciętnych dziennikarzy prasowych. Dla niego punktem wyjścia może być zdanie z nieznanej ogółowi publikacji, przypadkiem zasłyszany komentarz lub ciekawostka – i tak wszystko obuduje humorystyczną i dowcipną opowiastką tak, by czytelnicy również zauważyli śmiesznostki życia codziennego – i by zaczęli się na nie wyczulać. Andrus nie potrzebuje tematów sezonowych, nie powtarza wałkowanych do znudzenia kwestii. Zawsze jest odkrywcą i przewodnikiem po świecie, który zamienia się w świat humoru.
Lekkość stylu oraz dowcip pojawiają się tutaj na równi z językową elegancją. Artur Andrus potrafi bawić w sposób inteligentny, bez zniżania się do ludycznych żartów i wulgaryzowania narracji. Zachowuje klasę, a przy tym nie rezygnuje z dobrej zabawy, udowadnia, że komizm nie musi wiązać się ze schlebianiem masowym gustom. To jeden z nielicznych satyryków, którzy do popularnego obiegu przedostają się bez rezygnowania z własnej poetyki. Andrus uświadamia czytelnikom, że można dostrzegać wiele subtelności humoru i czerpać przyjemność z żartów, które na estradzie niekoniecznie by się sprawdziły. Daje odpocząć od kabaretonowej (przy dzisiejszych nawiązaniach) pseudorozrywki i zapewnia zabawę odbiorcom myślącym.
„Vietato Fumare” to spora porcja śmiechu bez przerwy. Nie ma tu sztucznego rozdmuchiwania objętości książki, czytelnicy otrzymają porządny zestaw tekstów poprawiających humor i urzekających błyskotliwością. Artur Andrus i tym razem nie zawodzi – z tym, że po lekturze tomu „Vietato Fumare” niewielu felietonistów będzie miało szansę jeszcze rozbawić. Na szczęście (dla nich) Andrus pozostaje w tej książce przede wszystkim humorystą – uczy mądrego śmiechu, nawet gdy odwołuje się do błahostek.
niedziela, 3 listopada 2013
Maria Czubaszek, Wojciech Karolak w rozmowie z Arturem Andrusem: Boks na Ptaku, czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.
Familiarny śmiech
Maria Czubaszek i Wojciech Karolak przez długi czas znani byli pewnym kręgom zainteresowanych (satyrą lub jazzem). Artur Andrus przypomniał Marię Czubaszek szerszemu gronu odbiorców, a już niemal celebrycką karierę zapewnił autorce tekstów satyrycznych brawurowy występ w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”. Tak Marii Czubaszek udało się przejście z enklawy satyryków do masowej publiczności – i chociaż część tej publiczności przygląda się znacznie chętniej kontrowersyjnym decyzjom Marii Czubaszek – większość uwielbia jej abstrakcyjne skojarzenia i absurdalne poczucie humoru. Jedno i drugie pojawiło się już w tomie „Każdy tom ma swój Czubaszek”. Wojciech Karolak, znakomity muzyk, pozostał wówczas w cieniu rozsławionej żony – chociaż dysponuje równie wspaniałym poczuciem humoru i dystansem do siebie oraz rzeczywistości. Teraz zyskuje szansę na zaprezentowanie się odbiorcom. Tom „Boks na Ptaku” to druga część rozmów Artura Andrusa – tym razem on i Maria Czubaszek mają stanowić tło dla Wojciecha Karolaka snującego wspomnienia i opowiadającego anegdoty z różnych momentów życia. Nie jest to jednak klasyczny wywiad-rzeka, ani też rozmowa o charakterze biograficznym. Zdarza się, że na niezamierzone tory kierują dyskusję obrazy z telewizji, albo zupełnie nieistotne dygresje. W końcu nie chodzi tu o precyzyjne odtwarzanie życiorysu Wojciecha Karolaka, a o znakomitą zabawę czytelników. To „Boks na Ptaku” gwarantuje.
Artur Andrus łączy tu role dziennikarza, satyryka, przyjaciela, ale i odbiorcy, słuchacza, który lubi się śmiać, dostrzega paradoksy i operuje ironią równie swobodnie jak jego rozmówcy. To sprawia, że czytelnicy tomu będą się podczas lektury dobrze bawić – zapewnia lekki ton i brak narzucanych kierunków dialogów. Andrus nie wycofa się i kiedy rozmowa zaczyna toczyć się w kierunku niepotrzebnego w biografiach absurdu – pozwala na skojarzenia satyryczne i ciekawe oraz ważne dla rozrywkowej wymowy tomu. Do dyskusji Andrus i Karolak włączają Marię Czubaszek, czyniąc ją często obiektem żartów – ale też Maria Czubaszek potrafi w nieoczekiwanym momencie zdziwić się naiwnie czy znaleźć drugie dno rozmowy i całkowicie odmienić jej atmosferę. Nie mówi tu zbyt wiele, to Wojciech Karolak snuje wspomnienia – ale dzięki obecności wybitnych satyryków wytwarza się nastrój, który spodoba się czytelnikom.
Jedną warstwę opowieści stanowi humor i cała seria zabawnych skojarzeń, które rodzą się podczas dyskusji. To wartość oczywista, której odbiorcy oczekują – i nie będą rozczarowani, bo śmiechu tu nie zabraknie. Drugą zapewniają doświadczenia i wspomnienia Wojciecha Karolaka: to przejście od satyry do branży muzycznej i spojrzenie na środowisko jazzmanów od wewnątrz. Trzecim motywem w tomie jest miłość. „Boks na Ptaku” to opowieść o niezwykłym małżeńskim porozumieniu, o umiejętności wybaczania i o cieszeniu się sobą. Ta historia mieści się między wierszami, daje się odczytywać z drobnych przekomarzanek i ciepłych wzajemnych kpin ze swoich słabostek. Artur Andrus nie porusza tematów, które łatwo stałyby się pożywką dla brukowców – potrafi subtelnie i ostrożnie przejść nad sprawami trudnymi. Jego rozmówcy wyznają tyle, na ile mają ochotę, nie ma tu mowy o dziennikarskich śledztwach i wywlekaniu sensacji. Familiarny charakter rozmowy pozwala na takie rozwiązania. Kolejną sprawą są odnalezione w walizce teksty Marii Czubaszek oraz ilustracje (rysunki i fotomontaże) Wojciecha Karolaka. Do tego wszystkiego Artur Andrus dorzuca jeszcze serię anegdotek, które dobrze charakteryzują bohaterów tomu, a nie zmieściłyby się w podstawowym nurcie rozmowy. Całość bawi do ostatniej strony, a Andrus, Czubaszek i Karolak dbają o to, by lektura nie znudziła się czytelnikom, mimo że wydają się nie pamiętać o odbiorcach. Oba tomy zasługują na uwagę, oba są zjawiskiem niezwykłym na rynku wydawniczym. „Boks na Ptaku” przedłuża jeszcze „prywatne” rozrywkowe spotkanie – i mam nadzieję, że będzie jeszcze dalszy ciąg.
Familiarny śmiech
Maria Czubaszek i Wojciech Karolak przez długi czas znani byli pewnym kręgom zainteresowanych (satyrą lub jazzem). Artur Andrus przypomniał Marię Czubaszek szerszemu gronu odbiorców, a już niemal celebrycką karierę zapewnił autorce tekstów satyrycznych brawurowy występ w improwizowanym serialu „Spadkobiercy”. Tak Marii Czubaszek udało się przejście z enklawy satyryków do masowej publiczności – i chociaż część tej publiczności przygląda się znacznie chętniej kontrowersyjnym decyzjom Marii Czubaszek – większość uwielbia jej abstrakcyjne skojarzenia i absurdalne poczucie humoru. Jedno i drugie pojawiło się już w tomie „Każdy tom ma swój Czubaszek”. Wojciech Karolak, znakomity muzyk, pozostał wówczas w cieniu rozsławionej żony – chociaż dysponuje równie wspaniałym poczuciem humoru i dystansem do siebie oraz rzeczywistości. Teraz zyskuje szansę na zaprezentowanie się odbiorcom. Tom „Boks na Ptaku” to druga część rozmów Artura Andrusa – tym razem on i Maria Czubaszek mają stanowić tło dla Wojciecha Karolaka snującego wspomnienia i opowiadającego anegdoty z różnych momentów życia. Nie jest to jednak klasyczny wywiad-rzeka, ani też rozmowa o charakterze biograficznym. Zdarza się, że na niezamierzone tory kierują dyskusję obrazy z telewizji, albo zupełnie nieistotne dygresje. W końcu nie chodzi tu o precyzyjne odtwarzanie życiorysu Wojciecha Karolaka, a o znakomitą zabawę czytelników. To „Boks na Ptaku” gwarantuje.
Artur Andrus łączy tu role dziennikarza, satyryka, przyjaciela, ale i odbiorcy, słuchacza, który lubi się śmiać, dostrzega paradoksy i operuje ironią równie swobodnie jak jego rozmówcy. To sprawia, że czytelnicy tomu będą się podczas lektury dobrze bawić – zapewnia lekki ton i brak narzucanych kierunków dialogów. Andrus nie wycofa się i kiedy rozmowa zaczyna toczyć się w kierunku niepotrzebnego w biografiach absurdu – pozwala na skojarzenia satyryczne i ciekawe oraz ważne dla rozrywkowej wymowy tomu. Do dyskusji Andrus i Karolak włączają Marię Czubaszek, czyniąc ją często obiektem żartów – ale też Maria Czubaszek potrafi w nieoczekiwanym momencie zdziwić się naiwnie czy znaleźć drugie dno rozmowy i całkowicie odmienić jej atmosferę. Nie mówi tu zbyt wiele, to Wojciech Karolak snuje wspomnienia – ale dzięki obecności wybitnych satyryków wytwarza się nastrój, który spodoba się czytelnikom.
Jedną warstwę opowieści stanowi humor i cała seria zabawnych skojarzeń, które rodzą się podczas dyskusji. To wartość oczywista, której odbiorcy oczekują – i nie będą rozczarowani, bo śmiechu tu nie zabraknie. Drugą zapewniają doświadczenia i wspomnienia Wojciecha Karolaka: to przejście od satyry do branży muzycznej i spojrzenie na środowisko jazzmanów od wewnątrz. Trzecim motywem w tomie jest miłość. „Boks na Ptaku” to opowieść o niezwykłym małżeńskim porozumieniu, o umiejętności wybaczania i o cieszeniu się sobą. Ta historia mieści się między wierszami, daje się odczytywać z drobnych przekomarzanek i ciepłych wzajemnych kpin ze swoich słabostek. Artur Andrus nie porusza tematów, które łatwo stałyby się pożywką dla brukowców – potrafi subtelnie i ostrożnie przejść nad sprawami trudnymi. Jego rozmówcy wyznają tyle, na ile mają ochotę, nie ma tu mowy o dziennikarskich śledztwach i wywlekaniu sensacji. Familiarny charakter rozmowy pozwala na takie rozwiązania. Kolejną sprawą są odnalezione w walizce teksty Marii Czubaszek oraz ilustracje (rysunki i fotomontaże) Wojciecha Karolaka. Do tego wszystkiego Artur Andrus dorzuca jeszcze serię anegdotek, które dobrze charakteryzują bohaterów tomu, a nie zmieściłyby się w podstawowym nurcie rozmowy. Całość bawi do ostatniej strony, a Andrus, Czubaszek i Karolak dbają o to, by lektura nie znudziła się czytelnikom, mimo że wydają się nie pamiętać o odbiorcach. Oba tomy zasługują na uwagę, oba są zjawiskiem niezwykłym na rynku wydawniczym. „Boks na Ptaku” przedłuża jeszcze „prywatne” rozrywkowe spotkanie – i mam nadzieję, że będzie jeszcze dalszy ciąg.
niedziela, 20 maja 2012
Artur Andrus: Blog osławiony między niewiastami
Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.
Królestwo śmiechu
Z twórczością czołowych przedstawicieli satyry inteligentnej można się dzisiaj spotkać nie tylko na scenach i estradach, ale i w internecie. Na blogu do końca zeszłego roku swoimi przemyśleniami dzielił się z Magdą Umer (i internautami) Andrzej Poniedzielski. Rzeczywistość tabloidową komentuje Maria Czubaszek. Artur Andrus z kolei gromadzi absurdy codziennego życia. Po sukcesie tomu „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” wydawnictwo Prószyński i S-ka zdecydowało się na wydanie obszernego zbioru felietonów i blogowych zapisków Artura Andrusa „Blog osławiony między niewiastami”. Pewne jest jedno: tę książkę trzeba czytać powoli, a i tak nie da się uniknąć ryzyka pęknięcia ze śmiechu.
Była już kilka lat temu niszowa i przez wielu nieodkryta publikacja z wybranymi tekstami Artura Andrusa – „Popisuchy”. „Blog…” zawiera dużo więcej tekstów, a także wiersze i piosenki w formie reprodukowanych rękopisów na nietypowych czasami drukach. Dla wielbicieli oryginalnego dowcipu Andrusa ta książka to najpiękniejszy prezent. Felietony przewidziane jako blogowe komentarze (lub ozdobniki prasy specjalistycznej, bo nie tylko internetowe wpisy można tu znaleźć) zyskują drugie, znacznie dłuższe niż to internetowe życie. Widać też w tomie rzeczywistą potęgę i trwałość satyry obyczajowej oraz bezinteresownego humoru. Andrus praktycznie nie interesuje się polityką, rzadko też odnosi się do wydarzeń medialnych i głośnych. Żartu szuka za to w pozornie zwykłych obserwacjach, zaskakujących skojarzeniach i wtrąceniach. Część inspiracji pochodzi z rozmów z słuchaczami „Akademii Rozrywki’ radiowej Trójki, część – z nadesłanych przez odbiorców śmiesznostek, najwięcej – z umiejętności autora w dostrzeganiu absurdu w codzienności. Andrus nie tylko komentuje rzeczywistość, ale i bawi się własnymi pomysłami, pozwala się zadziwiać i naiwnie zdumiewać – a przy tym nigdy nie sięga po banał czy obiegowe dowcipy. Byłby autor ironistą, gdyby nie fakt, że ironiczny sposób patrzenia na świat ociepla. Jeśli wybiera złośliwość, to skierowaną zwykle pod własnym adresem. Jest naiwny ale nie infantylny, co więcej – jego naiwność nie wiąże się z prostotą i przewidywalnością, a z ogromną inteligencją. Dzięki temu Andrus proponować może teksty wysokiej jakości. Udowadnia, że temat do żartu da się znaleźć wszędzie – i że satyra dziś nie musi sprowadzać się do ludycznych dowcipasów i prób przekraczania granic dobrego smaku. Lekkie i pomysłowe teksty wprawiają w dobry nastrój – zresztą tych, którzy cenią sobie satyrę Artura Andrusa, przekonywać do książki nie trzeba. Tajemnicą wydawnictwa pozostanie, jak w przeszło pięćsetstronicowym tomie zmieściło się więcej żartów niż na wszystkich zeszłorocznych kabaretonach razem wziętych.
Cieszy fakt, że to właśnie Prószyński wydaje kolejną satyryczną publikację, dzięki temu bowiem książka trafić może do szerokiego grona odbiorców. Nawet ci, którzy odcinają się od polskiej sceny kabaretowej, znajdą tu wiele dla siebie. Felietony z tomu „Blog osławiony” to źródło nieustającej zabawy, a i prawdziwa szkoła dostrzegania śmiechu w codziennych drobiazgach, o kulturze słowa nie wspominając. Andrus nie poprzestaje na humorystycznych skojarzeniach, dowcipnych docinkach i prywatnych absurdach. Każdy jego tekst staje się też miniaturową perełką satyryczną (zresztą część opowieści artysta wykorzystuje w swoim recitalu na scenie) – z doskonale wyprowadzanymi puentami. Artur Andrus okazuje się mistrzem gatunku, pokazuje, jak olbrzymi potencjał satyryczny tkwi w zwykłym życiu – a przy okazji i dokumentuje rozmaite niedociągnięcia, wpadki i błędy. Nie ma w autorze jednak agresji, a jego felietony nie wiążą się ze złośliwością, a z dobrotliwym spojrzeniem na świat. Niewielu twórców dzisiaj potrafi taką postawę połączyć z czystym komizmem. Andrus świetnie się bawi przy opisywaniu rzeczywistości, a wraz z nim rozrywkę będą mieli czytelnicy. Naprawdę od tego tomu trudno się oderwać – internauci i wierni fani nie będą mieli co do tego wątpliwości. Reszta błyskawicznie się do lektury przekona.
Królestwo śmiechu
Z twórczością czołowych przedstawicieli satyry inteligentnej można się dzisiaj spotkać nie tylko na scenach i estradach, ale i w internecie. Na blogu do końca zeszłego roku swoimi przemyśleniami dzielił się z Magdą Umer (i internautami) Andrzej Poniedzielski. Rzeczywistość tabloidową komentuje Maria Czubaszek. Artur Andrus z kolei gromadzi absurdy codziennego życia. Po sukcesie tomu „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” wydawnictwo Prószyński i S-ka zdecydowało się na wydanie obszernego zbioru felietonów i blogowych zapisków Artura Andrusa „Blog osławiony między niewiastami”. Pewne jest jedno: tę książkę trzeba czytać powoli, a i tak nie da się uniknąć ryzyka pęknięcia ze śmiechu.
Była już kilka lat temu niszowa i przez wielu nieodkryta publikacja z wybranymi tekstami Artura Andrusa – „Popisuchy”. „Blog…” zawiera dużo więcej tekstów, a także wiersze i piosenki w formie reprodukowanych rękopisów na nietypowych czasami drukach. Dla wielbicieli oryginalnego dowcipu Andrusa ta książka to najpiękniejszy prezent. Felietony przewidziane jako blogowe komentarze (lub ozdobniki prasy specjalistycznej, bo nie tylko internetowe wpisy można tu znaleźć) zyskują drugie, znacznie dłuższe niż to internetowe życie. Widać też w tomie rzeczywistą potęgę i trwałość satyry obyczajowej oraz bezinteresownego humoru. Andrus praktycznie nie interesuje się polityką, rzadko też odnosi się do wydarzeń medialnych i głośnych. Żartu szuka za to w pozornie zwykłych obserwacjach, zaskakujących skojarzeniach i wtrąceniach. Część inspiracji pochodzi z rozmów z słuchaczami „Akademii Rozrywki’ radiowej Trójki, część – z nadesłanych przez odbiorców śmiesznostek, najwięcej – z umiejętności autora w dostrzeganiu absurdu w codzienności. Andrus nie tylko komentuje rzeczywistość, ale i bawi się własnymi pomysłami, pozwala się zadziwiać i naiwnie zdumiewać – a przy tym nigdy nie sięga po banał czy obiegowe dowcipy. Byłby autor ironistą, gdyby nie fakt, że ironiczny sposób patrzenia na świat ociepla. Jeśli wybiera złośliwość, to skierowaną zwykle pod własnym adresem. Jest naiwny ale nie infantylny, co więcej – jego naiwność nie wiąże się z prostotą i przewidywalnością, a z ogromną inteligencją. Dzięki temu Andrus proponować może teksty wysokiej jakości. Udowadnia, że temat do żartu da się znaleźć wszędzie – i że satyra dziś nie musi sprowadzać się do ludycznych dowcipasów i prób przekraczania granic dobrego smaku. Lekkie i pomysłowe teksty wprawiają w dobry nastrój – zresztą tych, którzy cenią sobie satyrę Artura Andrusa, przekonywać do książki nie trzeba. Tajemnicą wydawnictwa pozostanie, jak w przeszło pięćsetstronicowym tomie zmieściło się więcej żartów niż na wszystkich zeszłorocznych kabaretonach razem wziętych.
Cieszy fakt, że to właśnie Prószyński wydaje kolejną satyryczną publikację, dzięki temu bowiem książka trafić może do szerokiego grona odbiorców. Nawet ci, którzy odcinają się od polskiej sceny kabaretowej, znajdą tu wiele dla siebie. Felietony z tomu „Blog osławiony” to źródło nieustającej zabawy, a i prawdziwa szkoła dostrzegania śmiechu w codziennych drobiazgach, o kulturze słowa nie wspominając. Andrus nie poprzestaje na humorystycznych skojarzeniach, dowcipnych docinkach i prywatnych absurdach. Każdy jego tekst staje się też miniaturową perełką satyryczną (zresztą część opowieści artysta wykorzystuje w swoim recitalu na scenie) – z doskonale wyprowadzanymi puentami. Artur Andrus okazuje się mistrzem gatunku, pokazuje, jak olbrzymi potencjał satyryczny tkwi w zwykłym życiu – a przy okazji i dokumentuje rozmaite niedociągnięcia, wpadki i błędy. Nie ma w autorze jednak agresji, a jego felietony nie wiążą się ze złośliwością, a z dobrotliwym spojrzeniem na świat. Niewielu twórców dzisiaj potrafi taką postawę połączyć z czystym komizmem. Andrus świetnie się bawi przy opisywaniu rzeczywistości, a wraz z nim rozrywkę będą mieli czytelnicy. Naprawdę od tego tomu trudno się oderwać – internauci i wierni fani nie będą mieli co do tego wątpliwości. Reszta błyskawicznie się do lektury przekona.
wtorek, 13 marca 2012
Maria Czubaszek, Artur Andrus: Każdy szczyt ma swój Czubaszek
Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.
Rozmowa przyjaciół
Maria Czubaszek przez długi czas funkcjonowała wyłącznie w świadomości odbiorców mocno zainteresowanych środowiskiem satyrycznym i humorem absurdalnym. Masowej publiczności przywrócił ją chyba dopiero Artur Andrus. Teraz, na fali popularności artystki (popularność tę potęguje między innymi improwizowany serial „Spadkobiercy”, do którego Maria Czubaszek wdarła się przebojem) ukazała się książka „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”. Wywiad z autorką przeprowadził Artur Andrus – i ten duet zapewni czytelnikom sporo rozrywki i garść ciekawych wspomnień.
Maria Czubaszek jako postać medialna zasłynęła za sprawą kilku zupełnie niemedialnych dziś poglądów, o których nie waha się mówić głośno. To między innymi stosunek do dzieci i do chęci posiadania dzieci (atmosferę kolorowych pisemek podgrzewa publiczne przyznanie się autorki do aborcji) czy kwestia palenia papierosów. To, co istotne w życiu, nie ma znaczenia w twórczości – i chciałoby się dodać, że zasada ta działa również po odwróceniu, bo Maria Czubaszek lubuje się w żartach abstrakcyjnych, dziwnych wręcz w sposobie patrzenia na świat (co zarzucała koleżance po fachu przez pewien czas Stefania Grodzieńska). Niełatwo wyobrazić sobie mieszankę purenonsensowego poczucia humoru i zdecydowanych poglądów, pozwalających budować własny system wartości. Tymczasem taką właśnie mieszankę proponuje się odbiorcom w tomie „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”.
Autorka, która szczerze nie znosi wspomnień, robiła wiele, by odwrócić uwagę Andrusa-dziennikarza od chronologii i konkretnych sytuacji (chociaż parę razy o tym, co boli, opowiedziała, więc książka nie wybrzmiewa tylko jak błahostka). W efekcie tom składa się z uporządkowanych, owszem, na osi czasu anegdot, lecz nie są to nigdy pełne zwierzenia na wybrany temat. Kilka słów o dzieciństwie, szybko przedstawiony ślub i rozwód z Czubaszkiem, opowiastki z czasów studiów, miłość do Wojciecha Karolaka, ITR, seriale i psy. W skrócie opowiedziane życie mniej jest atrakcyjne niż stała obecność humorystycznych komentarzy i dowcipnych ripost – a może to sama autorka chce odwracać uwagę od tego, co byłoby rozdrapywaniem starych ran.
Artur Andrus łączy w tym tomie fach dziennikarza oraz satyryka (a przy okazji jest też przyjacielem, który nie będzie nalegał na kontynuowanie niemiłego wątku, lecz roześmieje się z żartu lub odpowie złośliwostką na złośliwostkę). Prowadzi rozmowę lekko i bez nastawienia na jej informacyjny charakter, zadowala się drobinami wspomnień, umiejętnie do ich snucia zachęca i nie próbuje okazać się równie ważny, jak jego rozmówczyni. Wydawać by się mogło, że pozwala Marii Czubaszek na błądzenie myślami po przeszłości, tymczasem dyskretnie nią kieruje i bez błędu wychwytuje co ciekawsze motywy.
Widać, że rozmawiają ze sobą przyjaciele. Rozumieją się doskonale i wzajemnie się motywują do wygłaszania coraz to nowych żartów – oraz do błyskotliwego reagowania na kwestie interlokutora (wprawdzie Andrus zaczyna wywiad od „yyyy”, ale to też dowód na pomysłowość i nastawienie na śmiech – oraz na oryginalność dzieła). Nie ma tu klasycznych fragmentów charakterystycznych dla wywiadów, ani też szablonowych pytań. Toczy się po prostu rozmowa, niezwykła, bo podsycana humorem.
W książce pojawiają się komentarze znanych satyryków (i nie tylko) na temat Marii Czubaszek oraz wypowiedzi autorki na temat kolegów, skecze (i szybko wyjaśni się, dlaczego tom określa Andrus jako pierwszy drukowany audiobook) i piosenki, zdjęcia (z komentarzami-reakcjami autorki) i rysunki Karolaka. Poza tym – śmiech, inteligentny dowcip i lekkość. To książka, której nikt nie chce się pozbywać.
Rozmowa przyjaciół
Maria Czubaszek przez długi czas funkcjonowała wyłącznie w świadomości odbiorców mocno zainteresowanych środowiskiem satyrycznym i humorem absurdalnym. Masowej publiczności przywrócił ją chyba dopiero Artur Andrus. Teraz, na fali popularności artystki (popularność tę potęguje między innymi improwizowany serial „Spadkobiercy”, do którego Maria Czubaszek wdarła się przebojem) ukazała się książka „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”. Wywiad z autorką przeprowadził Artur Andrus – i ten duet zapewni czytelnikom sporo rozrywki i garść ciekawych wspomnień.
Maria Czubaszek jako postać medialna zasłynęła za sprawą kilku zupełnie niemedialnych dziś poglądów, o których nie waha się mówić głośno. To między innymi stosunek do dzieci i do chęci posiadania dzieci (atmosferę kolorowych pisemek podgrzewa publiczne przyznanie się autorki do aborcji) czy kwestia palenia papierosów. To, co istotne w życiu, nie ma znaczenia w twórczości – i chciałoby się dodać, że zasada ta działa również po odwróceniu, bo Maria Czubaszek lubuje się w żartach abstrakcyjnych, dziwnych wręcz w sposobie patrzenia na świat (co zarzucała koleżance po fachu przez pewien czas Stefania Grodzieńska). Niełatwo wyobrazić sobie mieszankę purenonsensowego poczucia humoru i zdecydowanych poglądów, pozwalających budować własny system wartości. Tymczasem taką właśnie mieszankę proponuje się odbiorcom w tomie „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”.
Autorka, która szczerze nie znosi wspomnień, robiła wiele, by odwrócić uwagę Andrusa-dziennikarza od chronologii i konkretnych sytuacji (chociaż parę razy o tym, co boli, opowiedziała, więc książka nie wybrzmiewa tylko jak błahostka). W efekcie tom składa się z uporządkowanych, owszem, na osi czasu anegdot, lecz nie są to nigdy pełne zwierzenia na wybrany temat. Kilka słów o dzieciństwie, szybko przedstawiony ślub i rozwód z Czubaszkiem, opowiastki z czasów studiów, miłość do Wojciecha Karolaka, ITR, seriale i psy. W skrócie opowiedziane życie mniej jest atrakcyjne niż stała obecność humorystycznych komentarzy i dowcipnych ripost – a może to sama autorka chce odwracać uwagę od tego, co byłoby rozdrapywaniem starych ran.
Artur Andrus łączy w tym tomie fach dziennikarza oraz satyryka (a przy okazji jest też przyjacielem, który nie będzie nalegał na kontynuowanie niemiłego wątku, lecz roześmieje się z żartu lub odpowie złośliwostką na złośliwostkę). Prowadzi rozmowę lekko i bez nastawienia na jej informacyjny charakter, zadowala się drobinami wspomnień, umiejętnie do ich snucia zachęca i nie próbuje okazać się równie ważny, jak jego rozmówczyni. Wydawać by się mogło, że pozwala Marii Czubaszek na błądzenie myślami po przeszłości, tymczasem dyskretnie nią kieruje i bez błędu wychwytuje co ciekawsze motywy.
Widać, że rozmawiają ze sobą przyjaciele. Rozumieją się doskonale i wzajemnie się motywują do wygłaszania coraz to nowych żartów – oraz do błyskotliwego reagowania na kwestie interlokutora (wprawdzie Andrus zaczyna wywiad od „yyyy”, ale to też dowód na pomysłowość i nastawienie na śmiech – oraz na oryginalność dzieła). Nie ma tu klasycznych fragmentów charakterystycznych dla wywiadów, ani też szablonowych pytań. Toczy się po prostu rozmowa, niezwykła, bo podsycana humorem.
W książce pojawiają się komentarze znanych satyryków (i nie tylko) na temat Marii Czubaszek oraz wypowiedzi autorki na temat kolegów, skecze (i szybko wyjaśni się, dlaczego tom określa Andrus jako pierwszy drukowany audiobook) i piosenki, zdjęcia (z komentarzami-reakcjami autorki) i rysunki Karolaka. Poza tym – śmiech, inteligentny dowcip i lekkość. To książka, której nikt nie chce się pozbywać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






