Refleksje o Sokratesa
Kiedy słucha się jej w tle, płyta Sokratesa 18 poza nielicznymi wyjątkami wydaje się łagodna, melancholijna i refleksyjna, daleka od produkcji dla masowej publiczności. Pojawiają się tu powroty do muzycznych tradycji, takież cytaty i parafrazy. Trzeba przyznać, że kawał dobrej roboty wykonał Łukasz Borowiecki, kompozytor świetnie czujący puenty tekstowe i ozdabiający utwory dodatkowo przewrotkami w samych dźwiękach. Tak jak Andrus bawi się słowami, tak jego muzycy bawią się samym graniem, możliwością tworzenia czegoś więcej niż tylko dialogu instrumentów. Andrus na tej płycie bywa drapieżny, co już samo w sobie jest zabawne (Glanki i pacyfki doczekały się nie-poważnej konkurencji w postaci Babki w czapce czy Leszku synu Kazimierza). Bywa liryczny (Przy kościele Santa Croce: aż trudno uwierzyć, że to wykorzystanie prasowej informacji), czasami ucieka w klimaty noir (Ciocia w gablocie), nawiązuje do klasyki (Szopka d-mol op.66 to jeden z utworów, które powinny przejść do mistrzowskich realizacji piosenek satyrycznych). A jak patrzy się z Przehyby to sposób na poderwanie słuchaczy rytmem. I za każdym razem Artur Andrus ma coś do opowiedzenia, za każdym razem dąży do komicznego zamknięcia piosenki. Chociaż muzycznie (i wokalnie!) to krążek zadowalający gusta wybrednych, trzeba prześledzić kolejne warstwy żartów, docenić misterne konstrukcje. Wiele na tej płycie rozwiązań wartych uznania, chociaż w odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Sokratesa 18 w pierwszym odbiorze nie wydaje się zbiorem jednoznacznych przebojów. A jednak: od tej płyty trudno się oderwać, Andrus dojrzewa jako wokalista, bo jako autor tekstów zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia. Sokratesa 18 nie przypomina wcześniejszych płyt Andrusa. Ale zapada w pamięć tak samo.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja płyty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja płyty. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 16 lipca 2018
sobota, 1 sierpnia 2015
Piotr Woźniak: Tata Adama
MJM, Warszawa 2015.
Życie
Tata Adama jest schronieniem albo sposobem na odcięcie się od nieważnych codziennych spraw zajmujących myśli i szarpiących nerwy. Piotr Woźniak (tekstowo przy ogromnym wsparciu Agnieszki Łomnickiej) przywraca rzeczywistości bardziej duchowy wymiar. Na ludzkie sprawy Woźniak i Łomnicka spoglądają przez pryzmat uniwersalności, egzystencjalne refleksje raz zamieniają w poetycką filozofię, raz w żart. Tata Adama to krążek bardzo gościnny: tu można usiąść na ławce obok wygrzewającego się w słońcu kota, znaleźć swojego anielskiego przewodnika-pocieszyciela lub zjednoczyć się w poglądzie, że „ten ma rację, kto głośniej wrzaśnie”. Tata Adama wrzasku unika, tak samo jak unika wielkich słów. Tu o miłości mówi się najprościej, sporą rolę odgrywa cisza: nie jako brak dźwięków, a jako wyciszenie sprzyjające przemyśleniom. U Piotra Woźniaka bez przerwy spostrzeżenia natury ogólnoludzkiej splatają się z rzeczywistością odartą z patosu. Z jednej strony „szukamy siebie pogubieni w świecie”, z drugiej pojawia się świadomość, że „życie / wstaje o świcie / po krótkiej nocy / odsłania okno / nastawia kawę / przeciera oczy”. Piotr Woźniak i Agnieszka Łomnicka odkrywają prawdy oczywiste, a przecież niedostępne w codziennym chaosie. Ich uwagi, jakby notatki z podróży w głąb siebie, stanowią szereg ważnych olśnień dla odbiorców. Nie ma w tekstach na płycie kiczu, jest delikatność, nienachalny liryzm i przekonanie, że w prostych słowach kryją się najgłębsze prawdy. Kolejne frazy trafiają w sedno i sprawiają, że chce się tych piosenek słuchać wiele razy.
Dwoje autorów tekstów, jeden kompozytor (Piotr Woźniak). Do muzycznych aranżacji i Woźniaka prawie zawsze z gitarą dochodzi wiolonczelistka Anna Papierz i… dwóch muzyków w dwóch utworach (Janusz Tytman i Wojciech Czemplik). Wydawałoby się, że taki zestaw musi skończyć się powtarzalnością pomysłów i monotonią, tymczasem na płycie nie ma o tym mowy. Piotr Woźniak proponuje słuchaczom jedenaście utworów, a każdy utrzymany w innej stylistyce i w innym klimacie. Gitara i wiolonczela świetnie się ze sobą uzupełniają, prowadząc muzyczny dialog. Instrumentem staje się tu też głos Piotra Woźniaka: nie tylko nośnik szczerych emocji, ale i narzędzie interpretacji. Nie trzeba osobno analizować słów i melodii: stapiają się one w jedno i potęgują wrażenia odbiorców. Woźniak za każdym razem jest inny, zamienia się w przedstawiciela poezji śpiewanej, barda, artystę folkowego, ale i autora piosenek, które z powodzeniem mogłyby utrzymywać się na listach przebojów. Przede wszystkim jednak Piotr Woźniak bardzo umiejętnie eksponuje uczucia istotne w kolejnych utworach. Nie boi się też muzycznych i tekstowych dowcipów: kiedy śpiewa z uśmiechem, nastrój udziela się słuchaczom.
Tata Adama jest płytą modelowo wręcz skomponowaną, przemyślaną także pod kątem kolejności utworów. Piosenki refleksyjne przeplatają się z dowcipnymi, rytmy przygotowują na tekstowe prawdy do przemyślenia. Nie ulega wątpliwości, że to krążek przygotowany z sercem, nie w pośpiechu i z przymusu publikowania. Dlatego też ma tak ogromną siłę działania i dla odbiorców będzie swoistym drogowskazem.
Ale analizowanie poszczególnych składników płyty Tata Adama niewiele w gruncie rzeczy daje. Nie przekaże bowiem tego, co najważniejsze: pełnego artystycznego przeżycia, jakie te utwory zapewniają. Piotra Woźniaka po prostu chce się słuchać i ten, kto nie interesuje się nurtem krainy łagodności, a na Tatę Adama przypadkiem trafi, będzie mógł mówić o wielkim szczęściu. Banału (również muzycznego) tu nie ma.
Zresztą wszystko, co zostało już tu opisane, nie ma większego znaczenia. Na płycie Tata Adama rządzi, całkiem zresztą słusznie, kot. Gdyby nie było kota, nie mogłaby zaistnieć ta płyta, a wszystkie życia, ołówkowe i prawdziwe, straciłyby wartość. „Albo” w tytule piosenki Kot albo życie to po prostu słowny znak równości.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
Życie
Tata Adama jest schronieniem albo sposobem na odcięcie się od nieważnych codziennych spraw zajmujących myśli i szarpiących nerwy. Piotr Woźniak (tekstowo przy ogromnym wsparciu Agnieszki Łomnickiej) przywraca rzeczywistości bardziej duchowy wymiar. Na ludzkie sprawy Woźniak i Łomnicka spoglądają przez pryzmat uniwersalności, egzystencjalne refleksje raz zamieniają w poetycką filozofię, raz w żart. Tata Adama to krążek bardzo gościnny: tu można usiąść na ławce obok wygrzewającego się w słońcu kota, znaleźć swojego anielskiego przewodnika-pocieszyciela lub zjednoczyć się w poglądzie, że „ten ma rację, kto głośniej wrzaśnie”. Tata Adama wrzasku unika, tak samo jak unika wielkich słów. Tu o miłości mówi się najprościej, sporą rolę odgrywa cisza: nie jako brak dźwięków, a jako wyciszenie sprzyjające przemyśleniom. U Piotra Woźniaka bez przerwy spostrzeżenia natury ogólnoludzkiej splatają się z rzeczywistością odartą z patosu. Z jednej strony „szukamy siebie pogubieni w świecie”, z drugiej pojawia się świadomość, że „życie / wstaje o świcie / po krótkiej nocy / odsłania okno / nastawia kawę / przeciera oczy”. Piotr Woźniak i Agnieszka Łomnicka odkrywają prawdy oczywiste, a przecież niedostępne w codziennym chaosie. Ich uwagi, jakby notatki z podróży w głąb siebie, stanowią szereg ważnych olśnień dla odbiorców. Nie ma w tekstach na płycie kiczu, jest delikatność, nienachalny liryzm i przekonanie, że w prostych słowach kryją się najgłębsze prawdy. Kolejne frazy trafiają w sedno i sprawiają, że chce się tych piosenek słuchać wiele razy.
Dwoje autorów tekstów, jeden kompozytor (Piotr Woźniak). Do muzycznych aranżacji i Woźniaka prawie zawsze z gitarą dochodzi wiolonczelistka Anna Papierz i… dwóch muzyków w dwóch utworach (Janusz Tytman i Wojciech Czemplik). Wydawałoby się, że taki zestaw musi skończyć się powtarzalnością pomysłów i monotonią, tymczasem na płycie nie ma o tym mowy. Piotr Woźniak proponuje słuchaczom jedenaście utworów, a każdy utrzymany w innej stylistyce i w innym klimacie. Gitara i wiolonczela świetnie się ze sobą uzupełniają, prowadząc muzyczny dialog. Instrumentem staje się tu też głos Piotra Woźniaka: nie tylko nośnik szczerych emocji, ale i narzędzie interpretacji. Nie trzeba osobno analizować słów i melodii: stapiają się one w jedno i potęgują wrażenia odbiorców. Woźniak za każdym razem jest inny, zamienia się w przedstawiciela poezji śpiewanej, barda, artystę folkowego, ale i autora piosenek, które z powodzeniem mogłyby utrzymywać się na listach przebojów. Przede wszystkim jednak Piotr Woźniak bardzo umiejętnie eksponuje uczucia istotne w kolejnych utworach. Nie boi się też muzycznych i tekstowych dowcipów: kiedy śpiewa z uśmiechem, nastrój udziela się słuchaczom.
Tata Adama jest płytą modelowo wręcz skomponowaną, przemyślaną także pod kątem kolejności utworów. Piosenki refleksyjne przeplatają się z dowcipnymi, rytmy przygotowują na tekstowe prawdy do przemyślenia. Nie ulega wątpliwości, że to krążek przygotowany z sercem, nie w pośpiechu i z przymusu publikowania. Dlatego też ma tak ogromną siłę działania i dla odbiorców będzie swoistym drogowskazem.
Ale analizowanie poszczególnych składników płyty Tata Adama niewiele w gruncie rzeczy daje. Nie przekaże bowiem tego, co najważniejsze: pełnego artystycznego przeżycia, jakie te utwory zapewniają. Piotra Woźniaka po prostu chce się słuchać i ten, kto nie interesuje się nurtem krainy łagodności, a na Tatę Adama przypadkiem trafi, będzie mógł mówić o wielkim szczęściu. Banału (również muzycznego) tu nie ma.
Zresztą wszystko, co zostało już tu opisane, nie ma większego znaczenia. Na płycie Tata Adama rządzi, całkiem zresztą słusznie, kot. Gdyby nie było kota, nie mogłaby zaistnieć ta płyta, a wszystkie życia, ołówkowe i prawdziwe, straciłyby wartość. „Albo” w tytule piosenki Kot albo życie to po prostu słowny znak równości.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
niedziela, 13 kwietnia 2014
U studni
Muzyczna wizytówka
Jak jest z utworami na tej płycie? Trochę kałużowo, trochę przesiadkowo, cyrklowo i linijkowo, a czasami i listownie. A do tego bardzo, bardzo nastrojowo, refleksyjnie i pięknie. Tak po prostu. Debiutancki krążek grupy U Studni nie może zyskać medialnego rozgłosu – to płyta, która nie zaistnieje w świadomości masowego odbiorcy, nie narobi zamieszania na rynku fonograficznym i nie zdobędzie szturmem popularnych (wyłączając tematyczne) radiowych list przebojów. Zresztą nie takie jest jej zadanie. „U studni” to zestaw utworów niemodnych i paradoksalnie przez to właśnie ponadczasowych. Muzycy doskonale znani z poprzedniego, legendarnego i „kultowego” zespołu łączą tu nurty krainy łagodności z delikatnym, poetyckim żartem, refleksję i wyciszenie z harmonią i zgodą na świat, optymizm i nadzieję z dodającą sił miłością. Zabierają słuchaczy na muzyczną wędrówkę nie tylko po górskich szlakach (choć i tego motywu nie zabraknie).
Tekstowo w „U studni” spotykają się liryki Adama Ziemianina, celne emocjonalne spostrzeżenia i wyznania Dariusza Czarnego, a także krajobrazowe „Zaproszenie na wędrówkę” Ryszarda Żarowskiego (które jednocześnie wyróżnia się spośród propozycji na płycie – i bardzo się w nie wpisuje). Warto wsłuchać się i wczytać w treść kolejnych piosenek, by odkryć liczne zabawy frazami, językową elegancję i umiejętność eksponowania drobiazgów składających się na codzienne szczęście. Poetyckie poszukiwania autorstwa Ziemianina przeplatane naprawdę dobrymi tekstami Czarnego ładnie zmieniają rytm całej płyty i muszą trafiać do odbiorców. Opowiada się tu o sprawach pozornie nieistotnych, prywatnych (a dostępnych prawie każdemu), o rzeczach nieważnych w kontekście codziennych medialnych doniesień. Szczęście, miłość, radość, spokój czy nostalgię można opowiedzieć na bardzo wiele sposobów – i to bez odwoływania się do konwencjonalnych obrazków czy szlagwortów działających przez powtarzanie. U Studni przypomina o tym, co zasługuje na uwagę, a nie ma szans przebić się przez zdobycze popkultury. Tu nawet śpiewanie o rzeczach błahych jest zapowiedzią głębszych i ciekawych dla odbiorców przemyśleń. Stopniowo kolejne piosenki z płyty odkrywają swoje przesłania, bez nachalnych morałów i prawienia oczywistości. To płyta do odczuwania. Scenki z wyciszonego życia wzięte prezentowane są subtelnie i z klasą, a na krążku nie ma tekstów słabych – czy to od strony przekazu, czy – ze względu na poszukiwania formalne. Najlepsze jest to, że U Studni wcale nie narzuca głoszonych prawd odbiorcom: prezentuje jedynie spojrzenie na człowieka przefiltrowane przez wrażliwość i pogodę ducha. Nawet o przemijaniu można mówić krzepiąco.
Muzycznie „U studni” to przede wszystkim przepiękne brzmienia gitar i skrzypiec. Wokale Czarnego i Żarowskiego oraz Aleksandry Kiełb-Szawuły w zasadzie uzależniają od płyty. Na tym krążku każdy dźwięk jest dopracowany i dokładnie przemyślany – ale w przypadku U Studni to akurat nie dziwi, w końcu na koncertach członkowie zespołu także nie pozwalają sobie na aranżacyjno-akompaniatorskie niedociągnięcia. Pojawiają się tu nawiązania do różnych muzycznych gatunków. Nie funkcjonują one jako próby znalezienia własnego stylu, bo ten styl U Studni ma – to po prostu świetnie dobierane do opowieści i nastrojów muzyczne ilustracje składające się na ogólny portret zespołu. Dzięki temu płyta nie jest monotonna czy nudna, słucha się jej z przyjemnością bardzo długo. Muzykę do szesnastu piosenek napisał Dariusz Czarny – wykazując się znakomitym wyczuleniem na treści tekstów oraz na uczuciowe przesłania. Udało mu się połączyć wpadające w ucho ale nie tandetne czy płaskie melodie z sensem i nastrojem poszczególnych opowieści. To sprawia, że każda piosenka z płyty jest miniaturową całością, dopracowaną i cenną w oderwaniu od kontekstu. To również – może i niestety – przyczynia się do niemożliwości wskazania jednego lub dwóch „przebojów”, które wypromowałyby krążek/ Tu każda piosenka zasługuje na uznanie i każda może stać się tą „ulubioną” dla słuchaczy. „Zaproszenie na wędrówkę” również wpisuje się w te uwagi – Żarowski proponuje piosenkę nieco trudną, a przez to szalenie intrygującą – zapamiętuje się niemal sama i nie daje od siebie odpocząć.
Na płycie brakuje jednego: przedłużenia koncertowego spotkania z grupą. U Studni nie bazuje na charyzmie jednego muzyka, jako zespół nawiązuje błyskawiczny kontakt z publicznością – i tylko tego nie udało się w studyjnych nagraniach zawrzeć. „U studni” jest wizytówką muzyczną grupy, sugeruje, do jakich korzeni odwołują się muzycy – ale nie daje pojęcia o przeżyciach koncertowych. A jednak fanów i tak nie trzeba będzie do U Studni przekonywać. „U studni” to propozycja dla wszystkich, którzy kochają niebanalną piosenkę poetycką, gitarowo-skrzypcowe dopracowane w każdym detalu brzmienia, mądre przesłania i krzepiące treści. Oraz dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, co Dariusz Czarny, Wojciech Czemplik, Ryszard Żarowski, Andrzej Stagraczyński i Aleksandra Kiełb-Szawuła mają do zaoferowania odbiorcom.
Jak jest z utworami na tej płycie? Trochę kałużowo, trochę przesiadkowo, cyrklowo i linijkowo, a czasami i listownie. A do tego bardzo, bardzo nastrojowo, refleksyjnie i pięknie. Tak po prostu. Debiutancki krążek grupy U Studni nie może zyskać medialnego rozgłosu – to płyta, która nie zaistnieje w świadomości masowego odbiorcy, nie narobi zamieszania na rynku fonograficznym i nie zdobędzie szturmem popularnych (wyłączając tematyczne) radiowych list przebojów. Zresztą nie takie jest jej zadanie. „U studni” to zestaw utworów niemodnych i paradoksalnie przez to właśnie ponadczasowych. Muzycy doskonale znani z poprzedniego, legendarnego i „kultowego” zespołu łączą tu nurty krainy łagodności z delikatnym, poetyckim żartem, refleksję i wyciszenie z harmonią i zgodą na świat, optymizm i nadzieję z dodającą sił miłością. Zabierają słuchaczy na muzyczną wędrówkę nie tylko po górskich szlakach (choć i tego motywu nie zabraknie).
Tekstowo w „U studni” spotykają się liryki Adama Ziemianina, celne emocjonalne spostrzeżenia i wyznania Dariusza Czarnego, a także krajobrazowe „Zaproszenie na wędrówkę” Ryszarda Żarowskiego (które jednocześnie wyróżnia się spośród propozycji na płycie – i bardzo się w nie wpisuje). Warto wsłuchać się i wczytać w treść kolejnych piosenek, by odkryć liczne zabawy frazami, językową elegancję i umiejętność eksponowania drobiazgów składających się na codzienne szczęście. Poetyckie poszukiwania autorstwa Ziemianina przeplatane naprawdę dobrymi tekstami Czarnego ładnie zmieniają rytm całej płyty i muszą trafiać do odbiorców. Opowiada się tu o sprawach pozornie nieistotnych, prywatnych (a dostępnych prawie każdemu), o rzeczach nieważnych w kontekście codziennych medialnych doniesień. Szczęście, miłość, radość, spokój czy nostalgię można opowiedzieć na bardzo wiele sposobów – i to bez odwoływania się do konwencjonalnych obrazków czy szlagwortów działających przez powtarzanie. U Studni przypomina o tym, co zasługuje na uwagę, a nie ma szans przebić się przez zdobycze popkultury. Tu nawet śpiewanie o rzeczach błahych jest zapowiedzią głębszych i ciekawych dla odbiorców przemyśleń. Stopniowo kolejne piosenki z płyty odkrywają swoje przesłania, bez nachalnych morałów i prawienia oczywistości. To płyta do odczuwania. Scenki z wyciszonego życia wzięte prezentowane są subtelnie i z klasą, a na krążku nie ma tekstów słabych – czy to od strony przekazu, czy – ze względu na poszukiwania formalne. Najlepsze jest to, że U Studni wcale nie narzuca głoszonych prawd odbiorcom: prezentuje jedynie spojrzenie na człowieka przefiltrowane przez wrażliwość i pogodę ducha. Nawet o przemijaniu można mówić krzepiąco.
Muzycznie „U studni” to przede wszystkim przepiękne brzmienia gitar i skrzypiec. Wokale Czarnego i Żarowskiego oraz Aleksandry Kiełb-Szawuły w zasadzie uzależniają od płyty. Na tym krążku każdy dźwięk jest dopracowany i dokładnie przemyślany – ale w przypadku U Studni to akurat nie dziwi, w końcu na koncertach członkowie zespołu także nie pozwalają sobie na aranżacyjno-akompaniatorskie niedociągnięcia. Pojawiają się tu nawiązania do różnych muzycznych gatunków. Nie funkcjonują one jako próby znalezienia własnego stylu, bo ten styl U Studni ma – to po prostu świetnie dobierane do opowieści i nastrojów muzyczne ilustracje składające się na ogólny portret zespołu. Dzięki temu płyta nie jest monotonna czy nudna, słucha się jej z przyjemnością bardzo długo. Muzykę do szesnastu piosenek napisał Dariusz Czarny – wykazując się znakomitym wyczuleniem na treści tekstów oraz na uczuciowe przesłania. Udało mu się połączyć wpadające w ucho ale nie tandetne czy płaskie melodie z sensem i nastrojem poszczególnych opowieści. To sprawia, że każda piosenka z płyty jest miniaturową całością, dopracowaną i cenną w oderwaniu od kontekstu. To również – może i niestety – przyczynia się do niemożliwości wskazania jednego lub dwóch „przebojów”, które wypromowałyby krążek/ Tu każda piosenka zasługuje na uznanie i każda może stać się tą „ulubioną” dla słuchaczy. „Zaproszenie na wędrówkę” również wpisuje się w te uwagi – Żarowski proponuje piosenkę nieco trudną, a przez to szalenie intrygującą – zapamiętuje się niemal sama i nie daje od siebie odpocząć.
Na płycie brakuje jednego: przedłużenia koncertowego spotkania z grupą. U Studni nie bazuje na charyzmie jednego muzyka, jako zespół nawiązuje błyskawiczny kontakt z publicznością – i tylko tego nie udało się w studyjnych nagraniach zawrzeć. „U studni” jest wizytówką muzyczną grupy, sugeruje, do jakich korzeni odwołują się muzycy – ale nie daje pojęcia o przeżyciach koncertowych. A jednak fanów i tak nie trzeba będzie do U Studni przekonywać. „U studni” to propozycja dla wszystkich, którzy kochają niebanalną piosenkę poetycką, gitarowo-skrzypcowe dopracowane w każdym detalu brzmienia, mądre przesłania i krzepiące treści. Oraz dla tych, którzy chcieliby sprawdzić, co Dariusz Czarny, Wojciech Czemplik, Ryszard Żarowski, Andrzej Stagraczyński i Aleksandra Kiełb-Szawuła mają do zaoferowania odbiorcom.
środa, 20 czerwca 2012
Drzewo a Gada - CD
Kuszący Owoc Drzewa
Coraz częściej mówi się o upadku literackiej piosenki kabaretowej nie tylko jako gatunku, ale i scenicznego zjawiska, sposobu na zawładnięcie uwagą odbiorców. Coraz częściej masowa widownia odwraca się od tego typu twórczości, traktując ją jako zbędny przerywnik w natłoku dowcipów, gagów i dżingli. Piosenka kabaretowa na scenach offowych ma się jednak – na szczęście – całkiem nieźle i przywraca wiarę w istnienie ciekawych tekściarzy, intrygujących wykonawców oraz złaknionej muzyczno-literackich wrażeń publiki. Piszę to po raz kolejny odsłuchując płytę – właściwie wyrób płytowy, a dokładniej: owoc muzycznych działań grupy Drzewo a Gada. Owoc dojrzały, rewelacyjny w smaku, kiedy trzeba słodki (ale nie przesłodzony), kiedy trzeba – cierpki, nigdy mdły. Dobrze, że nie zakazany, chociaż silnie uzależnia, więc… kto wie.
W jednym z wywiadów Michał Laksa określa z przymrużeniem oka zespół Drzewa jako grupę złożoną z profesjonalnych muzyków i nieprofesjonalnego wokalisty – ale to także za sprawą chropowatego głosu Kuby Nowrotka piosenki tak wpadają w ucho. Już można zauważyć, że wyrasta Nowrotek na charyzmatycznego wokalistę – na scenie sprawia jeszcze wrażenie zdystansowanego czy lekko wycofanego, jakby nie do końca wierzył, że może zyskać uznanie; na krążku – bawi się śpiewaniem, podejmując się nawet – praktycznie bezbłędnej – interpretacji przedstawianych historii (nie zawsze jest to łatwe z racji wyrazistych akcentów w muzyce). Kuba Nowrotek nie śpiewa od niechcenia, „nieprofesjonalizm” (który pozostać może jedynie w sferze żartów, nie w produkcjach Drzewa) nadrabia starannym przygotowaniem, które objawia się między innymi w udanym omijaniu pułapek dykcyjnych. Charakterystyczne i niepowtarzalne brzmienie głosu Nowrotka sprawia, że odbiorcy najpierw będą się skupiać na samych pomysłach kompozycyjnych i wykonaniu utworów. Więcej: ten głos staje się podstawowym ozdobnikiem piosenek, nie trzeba im już żadnych efektów specjalnych, nierzadkich w kabaretowych muzycznych próbach. Przy Nowrotku wokaliści z wyszkolonymi głosami wydają się nudni (a kontrast ten można zaobserwować choćby tam, gdzie dochodzą chórki i wokale innych muzyków). A można usłyszeć jeszcze Patryka Laksę – Drewnianego Chłopca (który coraz śmielej zaczyna brać udział w muzycznej części projektu), Anitę Sajnóg, Bartosza Bialika – multiinstrumentalistę i porządkowego, Michała Kurowskiego – skrzypka. Grono muzyków uzupełniają Michał Laksa, Ludwik Konopko, Przemysław Borowiecki i Marek Sajnóg. Zespół zadbał o to, by młodzi kabareciarze mieli akompaniament na najwyższym poziomie. Utwory z płyty skomponowali Bialik, Laksa (Michał), Sajnóg (Marek) oraz ksiądz Marek Wójcicki – jest to więc w pełni autorska produkcja. Najlepsze jest to, że słychać na krążku i satysfakcję pomieszaną z radością wspólnego tworzenia, i energię zespołu, i profesjonalne, chłodne podejście. Jednocześnie. Funduje więc Drzewo a Gada muzyczną ucztę o wielu smakach. Są tu rozmaite inspiracje, rock i ślady popu, klimatyczne ballady, muzyczne żarty i poszukiwania rytmów czy wpadających w ucho fraz – zakończone sukcesami. Płyta ma swój wewnętrzny porządek, kolejność piosenek została dobrze przemyślana: wszystkie utwory składają się w nadopowieść, nadbudowaną na poszczególnych kawałkach historię o ważnym przesłaniu. Nie zawsze zresztą wygrywa tu muzyka kabaretowa i uśmiech.
Wszystkie teksty stworzył ksiądz Marek Wójcicki, autor legendarnego już (i reaktywowanego właśnie) Absurdalnego Kabaretu. Nie brakuje zatem w piosenkach żartów celnych i niespodziewanych puent, dialogów ze schematami, a czasem i filozoficznych westchnień. Ponieważ Drzewo a Gada to „z założenia zespół integracyjny” (o czym przy słuchaniu płyty łatwo zapomnieć), przemyca autor niekiedy przemyślenia związane z bólem, cierpieniem czy odchodzeniem. Bywa nostalgiczny, bywa i przekorny. Dostrzega niesprawiedliwości („Co Bogu nie wyszło”). Podejmuje dyskusję ze Stwórcą, ale i ze stereotypami obecnymi w popowych przebojach. W ujęciu księdza Wójcickiego (który też śpiewa na płycie) miłość i kłótnie zyskują nietypowy wymiar, a witalność i radość przekuwa się na głód życia. Nie brakuje tu i czarnego humoru (jedna z bardziej dynamicznych piosenek to „Zawał”, inna przekonuje, że „Straszyć każdy może”). Cieszę się, że do płyty dołączona została „mapa” z tekstami – wiele literackich godnych podziwu drobiazgów mogłoby umknąć przy słuchaniu energetycznej całości. Są tu zabawy służące wzbudzaniu śmiechu i uśmiechu, ale też i sformułowania, które zwracają uwagę aforystyczną konstrukcją i głębokim przesłaniem, daleko wykraczającym poza granice kabaretowej piosenki literackiej (finał „Adresu”!), innym razem pomysł skrywa się już w konstrukcji („Kobieda”). Aż nie chce się wierzyć, że wszystkie te różnorodne opowieści zostały stworzone przez jednego człowieka. Tu nie ma nudnych powtórzeń ani powielanych – ze sceny rozrywki czy z poprzednich tekstów – rozwiązań. I w tym też wielka wartość krążka.
Sporo można by też powiedzieć o samym sposobie wydania płyty, stronie graficznej okładki (niezawodny Bartosz Bialik, który najwyraźniej nie może się zdecydować na jeden rodzaj artystycznych popisów), o dowcipach w tekstach ze „stopki” – również lekkich i niewymuszonych. Ale wolę, słuchając po raz kolejny Drzewa, cieszyć się przede wszystkim tym, że grupa udowadnia, jak wiele można zdziałać razem. Mało (jeszcze) znany kabaret ma już w swoim dorobku płytę, której zazdrościć mu mogą zespoły doświadczone i od lat będące na szczycie kabaretowych upodobań publiki. Drzewo a Gada pokazuje, jak ogromny potencjał muzyczny w nim tkwi.
Drzewo a Gada
Coraz częściej mówi się o upadku literackiej piosenki kabaretowej nie tylko jako gatunku, ale i scenicznego zjawiska, sposobu na zawładnięcie uwagą odbiorców. Coraz częściej masowa widownia odwraca się od tego typu twórczości, traktując ją jako zbędny przerywnik w natłoku dowcipów, gagów i dżingli. Piosenka kabaretowa na scenach offowych ma się jednak – na szczęście – całkiem nieźle i przywraca wiarę w istnienie ciekawych tekściarzy, intrygujących wykonawców oraz złaknionej muzyczno-literackich wrażeń publiki. Piszę to po raz kolejny odsłuchując płytę – właściwie wyrób płytowy, a dokładniej: owoc muzycznych działań grupy Drzewo a Gada. Owoc dojrzały, rewelacyjny w smaku, kiedy trzeba słodki (ale nie przesłodzony), kiedy trzeba – cierpki, nigdy mdły. Dobrze, że nie zakazany, chociaż silnie uzależnia, więc… kto wie.
W jednym z wywiadów Michał Laksa określa z przymrużeniem oka zespół Drzewa jako grupę złożoną z profesjonalnych muzyków i nieprofesjonalnego wokalisty – ale to także za sprawą chropowatego głosu Kuby Nowrotka piosenki tak wpadają w ucho. Już można zauważyć, że wyrasta Nowrotek na charyzmatycznego wokalistę – na scenie sprawia jeszcze wrażenie zdystansowanego czy lekko wycofanego, jakby nie do końca wierzył, że może zyskać uznanie; na krążku – bawi się śpiewaniem, podejmując się nawet – praktycznie bezbłędnej – interpretacji przedstawianych historii (nie zawsze jest to łatwe z racji wyrazistych akcentów w muzyce). Kuba Nowrotek nie śpiewa od niechcenia, „nieprofesjonalizm” (który pozostać może jedynie w sferze żartów, nie w produkcjach Drzewa) nadrabia starannym przygotowaniem, które objawia się między innymi w udanym omijaniu pułapek dykcyjnych. Charakterystyczne i niepowtarzalne brzmienie głosu Nowrotka sprawia, że odbiorcy najpierw będą się skupiać na samych pomysłach kompozycyjnych i wykonaniu utworów. Więcej: ten głos staje się podstawowym ozdobnikiem piosenek, nie trzeba im już żadnych efektów specjalnych, nierzadkich w kabaretowych muzycznych próbach. Przy Nowrotku wokaliści z wyszkolonymi głosami wydają się nudni (a kontrast ten można zaobserwować choćby tam, gdzie dochodzą chórki i wokale innych muzyków). A można usłyszeć jeszcze Patryka Laksę – Drewnianego Chłopca (który coraz śmielej zaczyna brać udział w muzycznej części projektu), Anitę Sajnóg, Bartosza Bialika – multiinstrumentalistę i porządkowego, Michała Kurowskiego – skrzypka. Grono muzyków uzupełniają Michał Laksa, Ludwik Konopko, Przemysław Borowiecki i Marek Sajnóg. Zespół zadbał o to, by młodzi kabareciarze mieli akompaniament na najwyższym poziomie. Utwory z płyty skomponowali Bialik, Laksa (Michał), Sajnóg (Marek) oraz ksiądz Marek Wójcicki – jest to więc w pełni autorska produkcja. Najlepsze jest to, że słychać na krążku i satysfakcję pomieszaną z radością wspólnego tworzenia, i energię zespołu, i profesjonalne, chłodne podejście. Jednocześnie. Funduje więc Drzewo a Gada muzyczną ucztę o wielu smakach. Są tu rozmaite inspiracje, rock i ślady popu, klimatyczne ballady, muzyczne żarty i poszukiwania rytmów czy wpadających w ucho fraz – zakończone sukcesami. Płyta ma swój wewnętrzny porządek, kolejność piosenek została dobrze przemyślana: wszystkie utwory składają się w nadopowieść, nadbudowaną na poszczególnych kawałkach historię o ważnym przesłaniu. Nie zawsze zresztą wygrywa tu muzyka kabaretowa i uśmiech.
Wszystkie teksty stworzył ksiądz Marek Wójcicki, autor legendarnego już (i reaktywowanego właśnie) Absurdalnego Kabaretu. Nie brakuje zatem w piosenkach żartów celnych i niespodziewanych puent, dialogów ze schematami, a czasem i filozoficznych westchnień. Ponieważ Drzewo a Gada to „z założenia zespół integracyjny” (o czym przy słuchaniu płyty łatwo zapomnieć), przemyca autor niekiedy przemyślenia związane z bólem, cierpieniem czy odchodzeniem. Bywa nostalgiczny, bywa i przekorny. Dostrzega niesprawiedliwości („Co Bogu nie wyszło”). Podejmuje dyskusję ze Stwórcą, ale i ze stereotypami obecnymi w popowych przebojach. W ujęciu księdza Wójcickiego (który też śpiewa na płycie) miłość i kłótnie zyskują nietypowy wymiar, a witalność i radość przekuwa się na głód życia. Nie brakuje tu i czarnego humoru (jedna z bardziej dynamicznych piosenek to „Zawał”, inna przekonuje, że „Straszyć każdy może”). Cieszę się, że do płyty dołączona została „mapa” z tekstami – wiele literackich godnych podziwu drobiazgów mogłoby umknąć przy słuchaniu energetycznej całości. Są tu zabawy służące wzbudzaniu śmiechu i uśmiechu, ale też i sformułowania, które zwracają uwagę aforystyczną konstrukcją i głębokim przesłaniem, daleko wykraczającym poza granice kabaretowej piosenki literackiej (finał „Adresu”!), innym razem pomysł skrywa się już w konstrukcji („Kobieda”). Aż nie chce się wierzyć, że wszystkie te różnorodne opowieści zostały stworzone przez jednego człowieka. Tu nie ma nudnych powtórzeń ani powielanych – ze sceny rozrywki czy z poprzednich tekstów – rozwiązań. I w tym też wielka wartość krążka.
Sporo można by też powiedzieć o samym sposobie wydania płyty, stronie graficznej okładki (niezawodny Bartosz Bialik, który najwyraźniej nie może się zdecydować na jeden rodzaj artystycznych popisów), o dowcipach w tekstach ze „stopki” – również lekkich i niewymuszonych. Ale wolę, słuchając po raz kolejny Drzewa, cieszyć się przede wszystkim tym, że grupa udowadnia, jak wiele można zdziałać razem. Mało (jeszcze) znany kabaret ma już w swoim dorobku płytę, której zazdrościć mu mogą zespoły doświadczone i od lat będące na szczycie kabaretowych upodobań publiki. Drzewo a Gada pokazuje, jak ogromny potencjał muzyczny w nim tkwi.
Drzewo a Gada
niedziela, 8 kwietnia 2012
Barbara Lubos: Świat w obłokach (cd)
Hipnotyzerka
Piosenka aktorska (ze względu na profesję artystki)? A może poezja śpiewana, z uwagi na dobór materiału na recital i płytę „Świat w obłokach”? Nie mam pojęcia: obie te kategorie niosą przyzwolenie na niedoskonałość wykonania, margines błędu, który wybacza się wykonawcy bez trudu. A Barbara Lubos-Święs nie pozwala sobie nawet na odrobinę słabości – jest perfekcyjna, i to zarówno na nagraniu, jak i podczas recitali. Już po pierwszych wyśpiewanych przez nią dźwiękach słuchacze zyskują pewność, że warto Barbarze Lubos uwierzyć i dać się przenieść w świat piosenki literackiej w najlepszym możliwym wykonaniu. Bo chociaż utwory ze „Świata w obłokach” wykonywali wcześniej między innymi Marek Grechuta, Ewa Demarczyk czy Jacek Kaczmarski, to wersje proponowane przez Barbarę Lubos często przewyższają oryginały – a z całą pewnością zawsze zapadają w pamięć.
Trudno uwierzyć, zwłaszcza podczas recitalu), że ta filigranowa i lekko jakby onieśmielona artystka będzie w stanie zahipnotyzować publiczność mocnym, czystym i wyszkolonym głosem. Lubos śpiewa jak zawodowa wokalistka (chociaż patrząc na scenę muzyki pop, trzeba by napisać, że dużo lepiej). Do słodkiej barwy głosu dokłada cały wachlarz uczuć zapożyczony z aktorskiego warsztatu – a może i z głębokiego wewnętrznego przeżywania prezentowanych tekstów, bo przecież Barbara Lubos brzmi szczerze. Kolejnym składnikiem jest nienaganna dykcja. Dalej: ogromna swoboda, która przekłada się na wyzwalanie piękna i podkreślanie przesłań utworów. Lubos jako wykonawczyni i interpretatorka piosenek jest marzeniem każdego tekściarza – bezbłędnie akcentuje istotne motywy, tembrem głosu prowadzi mikrofabuły, a w dodatku potrafi tak wpływać na słuchaczy, by ci, nawet nieświadomie, przejmowali wyśpiewywane uczucia – których na całej płycie nie brakuje.
Nie trzeba wymyślnych aranżacji, tekst w idealnym wykonaniu broni się sam. Barbarze Lubos towarzyszy jedynie pianista, Adam Snopek – łatwo o jego zadaniu zapomnieć, co w wypadku tego krążka staje się sporym komplementem dla muzyka. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem wspaniały wokal – i treść piosenek. Wśród autorów tekstów wymienić należy Gałczyńskiego, Tuwima, Osiecką, Śliwiaka, Jastruna, Krynickiego czy Kaczmarskiego, wśród kompozytorów prym wiedzie Grechuta, ale pojawia się i Zygmunt Konieczny, Seweryn Krajewski czy Jan Kanty Pawluśkiewicz. Mierzenie się z najlepszymi – i wcale nie łatwymi piosenkami – zaowocowało płytą, której chce się słuchać bez przerwy. Zwłaszcza że w ujęciu Barbary Lubos kolejne historie zyskują zróżnicowane odcienie emocjonalne i nie pozostają bez wpływu na odbiorców. Siłę i talent artystki najlepiej słychać chyba w kulminacyjnym momencie płyty – w zestawieniu „Bajki o głupim Jasiu” i songu „Pompeje”: w piosenkach Kaczmarskiego Lubos może zaprezentować całą gamę uczuć harmonizujących z gęstymi znaczeniowo tekstami i wychodzi z tej próby zwycięsko. Barbara Lubos potrafi być przejęta, zachwycona, załamana i szczęśliwa – bez uciekania się do półśrodków, samym tylko głosem czaruje słuchaczy. Oczywiście można by tu wspomnieć o przemyślanej kompozycji recitalu i płyty, świetnie rozplanowanej kolejności piosenek – tyle że tu każdy utwór przeżywa się dzięki na nowo budowanej dramaturgii, trudno pozostać obojętnym wobec wokalnych i emocjonalnych popisów Barbary Lubos. Nie może być inaczej, kiedy nawet pojedyncze głoski zyskują tu swoją fakturę i kształt.
Odwołania do piosenki aktorskiej czy do poezji śpiewanej byłyby więc w tym wypadku krzywdzące dla artystki, która zaproponowała słuchaczom płytę wstrząsającą – i która bez reszty potrafi wczuć się w przedstawiane muzyczne opowieści. „Świata w obłokach” nie dałoby się promować na bazie skandalu czy nachalnej reklamy – ale nie mam wątpliwości, że każdy, kto usłyszy chociaż fragment i sięgnie po to wydawnictwo – zakocha się w śpiewie Barbary Lubos. To w końcu hipnotyzerka.
Piosenka aktorska (ze względu na profesję artystki)? A może poezja śpiewana, z uwagi na dobór materiału na recital i płytę „Świat w obłokach”? Nie mam pojęcia: obie te kategorie niosą przyzwolenie na niedoskonałość wykonania, margines błędu, który wybacza się wykonawcy bez trudu. A Barbara Lubos-Święs nie pozwala sobie nawet na odrobinę słabości – jest perfekcyjna, i to zarówno na nagraniu, jak i podczas recitali. Już po pierwszych wyśpiewanych przez nią dźwiękach słuchacze zyskują pewność, że warto Barbarze Lubos uwierzyć i dać się przenieść w świat piosenki literackiej w najlepszym możliwym wykonaniu. Bo chociaż utwory ze „Świata w obłokach” wykonywali wcześniej między innymi Marek Grechuta, Ewa Demarczyk czy Jacek Kaczmarski, to wersje proponowane przez Barbarę Lubos często przewyższają oryginały – a z całą pewnością zawsze zapadają w pamięć.
Trudno uwierzyć, zwłaszcza podczas recitalu), że ta filigranowa i lekko jakby onieśmielona artystka będzie w stanie zahipnotyzować publiczność mocnym, czystym i wyszkolonym głosem. Lubos śpiewa jak zawodowa wokalistka (chociaż patrząc na scenę muzyki pop, trzeba by napisać, że dużo lepiej). Do słodkiej barwy głosu dokłada cały wachlarz uczuć zapożyczony z aktorskiego warsztatu – a może i z głębokiego wewnętrznego przeżywania prezentowanych tekstów, bo przecież Barbara Lubos brzmi szczerze. Kolejnym składnikiem jest nienaganna dykcja. Dalej: ogromna swoboda, która przekłada się na wyzwalanie piękna i podkreślanie przesłań utworów. Lubos jako wykonawczyni i interpretatorka piosenek jest marzeniem każdego tekściarza – bezbłędnie akcentuje istotne motywy, tembrem głosu prowadzi mikrofabuły, a w dodatku potrafi tak wpływać na słuchaczy, by ci, nawet nieświadomie, przejmowali wyśpiewywane uczucia – których na całej płycie nie brakuje.
Nie trzeba wymyślnych aranżacji, tekst w idealnym wykonaniu broni się sam. Barbarze Lubos towarzyszy jedynie pianista, Adam Snopek – łatwo o jego zadaniu zapomnieć, co w wypadku tego krążka staje się sporym komplementem dla muzyka. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem wspaniały wokal – i treść piosenek. Wśród autorów tekstów wymienić należy Gałczyńskiego, Tuwima, Osiecką, Śliwiaka, Jastruna, Krynickiego czy Kaczmarskiego, wśród kompozytorów prym wiedzie Grechuta, ale pojawia się i Zygmunt Konieczny, Seweryn Krajewski czy Jan Kanty Pawluśkiewicz. Mierzenie się z najlepszymi – i wcale nie łatwymi piosenkami – zaowocowało płytą, której chce się słuchać bez przerwy. Zwłaszcza że w ujęciu Barbary Lubos kolejne historie zyskują zróżnicowane odcienie emocjonalne i nie pozostają bez wpływu na odbiorców. Siłę i talent artystki najlepiej słychać chyba w kulminacyjnym momencie płyty – w zestawieniu „Bajki o głupim Jasiu” i songu „Pompeje”: w piosenkach Kaczmarskiego Lubos może zaprezentować całą gamę uczuć harmonizujących z gęstymi znaczeniowo tekstami i wychodzi z tej próby zwycięsko. Barbara Lubos potrafi być przejęta, zachwycona, załamana i szczęśliwa – bez uciekania się do półśrodków, samym tylko głosem czaruje słuchaczy. Oczywiście można by tu wspomnieć o przemyślanej kompozycji recitalu i płyty, świetnie rozplanowanej kolejności piosenek – tyle że tu każdy utwór przeżywa się dzięki na nowo budowanej dramaturgii, trudno pozostać obojętnym wobec wokalnych i emocjonalnych popisów Barbary Lubos. Nie może być inaczej, kiedy nawet pojedyncze głoski zyskują tu swoją fakturę i kształt.
Odwołania do piosenki aktorskiej czy do poezji śpiewanej byłyby więc w tym wypadku krzywdzące dla artystki, która zaproponowała słuchaczom płytę wstrząsającą – i która bez reszty potrafi wczuć się w przedstawiane muzyczne opowieści. „Świata w obłokach” nie dałoby się promować na bazie skandalu czy nachalnej reklamy – ale nie mam wątpliwości, że każdy, kto usłyszy chociaż fragment i sięgnie po to wydawnictwo – zakocha się w śpiewie Barbary Lubos. To w końcu hipnotyzerka.
sobota, 24 grudnia 2011
Kabaret Jurki: Pierwsze DIWIDI
New Abra. Lublin 2011.
Ewolucja
Pamiętam Jurki z okresu „form sierocych”. Kiedy z Zieloną Górą kojarzył się już kabaret Potem, Jurki proponowały całkowite odejście od scenicznego obycia – artyści wydawali się niepewni i zagubieni nawet na mikroskopijnych scenach, a po każdych, nawet najbardziej nieśmiałych brawach przerywali skecz i zaczynali się kłaniać z radością i niepewnością w oczach. Do tych ukłonów wychodzili także ci przebywający aktualnie za kulisami, co jeszcze bardziej podbijało atmosferę na widowni. Jurki znalazły sposób na to, by zaistnieć w świadomości odbiorców i zapisać się w historii kabaretu – nawet teraz czasem nieświadomy i niedouczony internetowy dziennikarzyna łączy ich z tamtym pierwszym „sierocym” okresem, choć od lat są przecież zespołem w pełni profesjonalnym i jednym z filarów kabaretowego środowiska Zielonej Góry.
Aż dziw bierze, że na pierwsze nagranie DVD Jurki zdecydowały się dopiero teraz – „Pierwsze DIWIDI” zarejestrowane w lutym 2011 roku przynosi kilka skeczy i piosenek, które zyskały już rangę kultowych („Pani Jadzia”, „Mirek i Lucyna”, „Wykład profesora Zina” czy „Basie”), jak i mniej znanych utworów („Pożegnanie rezerwisty” czy „Niesamowity doktor Perliczka”). Jedenaście punktów występu wieńczy „Bajaderka” – tym razem złożona z pomyłek scenicznych. Z jednej strony fani kabaretu będą tęsknić za paroma wcześniejszymi numerami, z drugiej natomiast jakość tego nagrania sporo wynagrodzi. Wybrane do tego programu skecze zaskakują swoją różnorodnością i pomysłami na sceniczne sytuacje. Jurki niby to idą w stronę masowego odbiorcy (bez tego nie utrzymałyby się przecież dziś w mediach), ale jednocześnie przemycają także „coś” dla bardziej wymagających widzów. Kiedy wprowadzają tematy erotyczne, damsko-męskie, to na prawach dwuznaczności, a nie wulgaryzowania, zamiast wyśmiewania ludzi marginesu wolą prezentować ludzi przeciętnych, z ich zwykłymi problemami i doświadczeniami. Sięganie po stereotypy (blondynka, odchudzająca się żona, lekarz) nigdy nie jest jedynym pomysłem na cały skecz. Jurki proponują na „Pierwszym DIWIDI” numery dłuższe i do końca atrakcyjne: konsekwentnie tworzą postacie i sytuacje, a ich skecze nie są bezładnymi workami na pomysły czy żarty: miło obserwować, jak rozwija się scena – przemyślana, spokojna i odkrywcza.
Świat bohaterów ze skeczy ma być bliski zwykłym ludziom. Jurki równie często operują humorem, co satyrą. Ich skecze są bezpośrednią odpowiedzią na obserwacje obyczajowości – lub komentarzem czy surową krytyką zauważonych słabostek ludzkich. Przyjemność sprawiają zwłaszcza nawarstwiane puentki – padające jedna po drugiej jako błyskawiczne riposty w dialogach. Jurki w dodatku bez trudu wcielają się w kolejne postacie, tworząc ich lekkie karykatury lub parodie (żona w „Odchudzaniu”, generał w „Pożegnaniu rezerwisty” czy stylistyczny żart w wierszyku „W supermarkecie”). Sceniczne doświadczenie Jurków przekłada się na dobrą zabawę publiczności.
Na płycie znalazły się także dodatki – osiem skeczy z czasów form sierocych – dla obecnych widzów, przyzwyczajonych do głośnych (hałaśliwych) i kolorowych telewizyjnych skeczy te nagrania mogą być ogromnym zaskoczeniem. A także ciekawą wędrówką do czasów, kiedy nie wystarczało przeklinanie czy tworzenie seksualnych aluzji, by wywołać rechot odbiorców. Jurki przypominają siebie z początków działalności – tym bardziej chciałoby się znaleźć na płycie jeszcze dodatki z czasów między pierwszymi nagraniami i realizacją DVD. Może w przyszłości?
Ewolucja
Pamiętam Jurki z okresu „form sierocych”. Kiedy z Zieloną Górą kojarzył się już kabaret Potem, Jurki proponowały całkowite odejście od scenicznego obycia – artyści wydawali się niepewni i zagubieni nawet na mikroskopijnych scenach, a po każdych, nawet najbardziej nieśmiałych brawach przerywali skecz i zaczynali się kłaniać z radością i niepewnością w oczach. Do tych ukłonów wychodzili także ci przebywający aktualnie za kulisami, co jeszcze bardziej podbijało atmosferę na widowni. Jurki znalazły sposób na to, by zaistnieć w świadomości odbiorców i zapisać się w historii kabaretu – nawet teraz czasem nieświadomy i niedouczony internetowy dziennikarzyna łączy ich z tamtym pierwszym „sierocym” okresem, choć od lat są przecież zespołem w pełni profesjonalnym i jednym z filarów kabaretowego środowiska Zielonej Góry.
Aż dziw bierze, że na pierwsze nagranie DVD Jurki zdecydowały się dopiero teraz – „Pierwsze DIWIDI” zarejestrowane w lutym 2011 roku przynosi kilka skeczy i piosenek, które zyskały już rangę kultowych („Pani Jadzia”, „Mirek i Lucyna”, „Wykład profesora Zina” czy „Basie”), jak i mniej znanych utworów („Pożegnanie rezerwisty” czy „Niesamowity doktor Perliczka”). Jedenaście punktów występu wieńczy „Bajaderka” – tym razem złożona z pomyłek scenicznych. Z jednej strony fani kabaretu będą tęsknić za paroma wcześniejszymi numerami, z drugiej natomiast jakość tego nagrania sporo wynagrodzi. Wybrane do tego programu skecze zaskakują swoją różnorodnością i pomysłami na sceniczne sytuacje. Jurki niby to idą w stronę masowego odbiorcy (bez tego nie utrzymałyby się przecież dziś w mediach), ale jednocześnie przemycają także „coś” dla bardziej wymagających widzów. Kiedy wprowadzają tematy erotyczne, damsko-męskie, to na prawach dwuznaczności, a nie wulgaryzowania, zamiast wyśmiewania ludzi marginesu wolą prezentować ludzi przeciętnych, z ich zwykłymi problemami i doświadczeniami. Sięganie po stereotypy (blondynka, odchudzająca się żona, lekarz) nigdy nie jest jedynym pomysłem na cały skecz. Jurki proponują na „Pierwszym DIWIDI” numery dłuższe i do końca atrakcyjne: konsekwentnie tworzą postacie i sytuacje, a ich skecze nie są bezładnymi workami na pomysły czy żarty: miło obserwować, jak rozwija się scena – przemyślana, spokojna i odkrywcza.
Świat bohaterów ze skeczy ma być bliski zwykłym ludziom. Jurki równie często operują humorem, co satyrą. Ich skecze są bezpośrednią odpowiedzią na obserwacje obyczajowości – lub komentarzem czy surową krytyką zauważonych słabostek ludzkich. Przyjemność sprawiają zwłaszcza nawarstwiane puentki – padające jedna po drugiej jako błyskawiczne riposty w dialogach. Jurki w dodatku bez trudu wcielają się w kolejne postacie, tworząc ich lekkie karykatury lub parodie (żona w „Odchudzaniu”, generał w „Pożegnaniu rezerwisty” czy stylistyczny żart w wierszyku „W supermarkecie”). Sceniczne doświadczenie Jurków przekłada się na dobrą zabawę publiczności.
Na płycie znalazły się także dodatki – osiem skeczy z czasów form sierocych – dla obecnych widzów, przyzwyczajonych do głośnych (hałaśliwych) i kolorowych telewizyjnych skeczy te nagrania mogą być ogromnym zaskoczeniem. A także ciekawą wędrówką do czasów, kiedy nie wystarczało przeklinanie czy tworzenie seksualnych aluzji, by wywołać rechot odbiorców. Jurki przypominają siebie z początków działalności – tym bardziej chciałoby się znaleźć na płycie jeszcze dodatki z czasów między pierwszymi nagraniami i realizacją DVD. Może w przyszłości?
środa, 14 grudnia 2011
Kabaret Jurki: Piosenki (cd)
Problem z piosenką kabaretową polega dzisiaj przede wszystkim na tym, że rozleniwieni medialnymi produkcjami widzowie nie oczekują już inteligentnych i ciekawych tekstów śpiewanych – a kabarety coraz rzadziej po tę formę wyrazu sięgają. Piosenka kabaretowa funkcjonuje teraz na prawach cytatu (zwłaszcza z niedoścignionego duetu Przybora-Wasowski) lub parodii. Dla odbiorców to często synonim przerwy w programie. Dlatego też coraz mniej jest zespołów, które podejmują wysiłek stworzenia intrygującej, niebanalnej opowieści w mowie wiązanej i z opracowaniem muzycznym. Jeszcze mniej grup może z takich dokonań złożyć całą płytę. Krążki z piosenkami popularnością nie dorównują przeważnie kabaretowym składankom, za to dostarczają odbiorcom mnóstwo przyjemności. Tak jest na przykład z wydaną w 2008 roku płytą kabaretu Jurki – „Piosenki”. Agnieszka Marylka Litwin-Sobańska, znany Wojtek Kamiński i Przemysław Sasza Żejmo proponują słuchaczom zestaw autorskich, bardzo zgrabnych i dowcipnych historii, które za sprawą Bartłomieja Lewczuka, Dominika Rajchela i Piotra Spychały wprowadzają też inteligentną zabawę stylami muzycznymi. Ta płyta ma co najmniej trzy mocne punkty: teksty, muzykę i interpretacje (więc i wykonawców). To świetnie przygotowane nagrania studyjne, pod każdym względem dopracowane.
W tekstach nie ma artystycznych ustępstw ani banałów (czy to w zakresie rymów, czy treści) – każda piosenka jest osobną samodzielną całostką, z konsekwentnie budowaną dramaturgią i wyrazistą, zaskakującą puentą. Jurki znajdują własny sposób na ujęcie tematów mocno w kabarecie eksploatowanych – śpiewają o pieniądzach, ciąży, starości czy… gadaniu – i choć każdy bez trudu wskaże inne kabaretowe songi tym motywom poświęcone, Jurki przynoszą oryginalny zestaw utworów. Składają całe narracje zróżnicowane pod względem gatunkowym: „Rzecz miała miejsce w Nowym Jorku” to kryminał, „Pani Jadzia” – satyra obyczajowa, „Tajemnica” ma lekki posmak filmu noir, „Pociąg” to zaśpiewana anegdota, „Basie” – reklama. W każdej piosence da się odnaleźć inspiracje wieloma kulturowymi osiągnięciami i bogactwem genologii. W warstwie muzycznej ta płyta będzie prawdziwą gratką dla lubujących się w brzmieniowych aluzjach i nawiązaniach odbiorców. Każdy utwór utrzymany jest w innym klimacie, a część piosenek w ogóle łączy w sobie różne style muzyczne, ku zadziwieniu słuchaczy. To nie jest krążek przypadkowy, złożony naprędce z dostępnych materiałów, a dopracowany starannie zestaw piosenek, z których każda wnosi coś nowego i każda wzbogaca płytę.
Jurki nie tylko potrafią świetnie śpiewać: potrafią też rewelacyjnie interpretować teksty. Bawią się prezentowanymi opowieściami, nadając im ostateczny szlif i nasycając emocjami. Korzystają z umiejętności zmieniania tonu i barwy głosu – oraz stylu śpiewania, wykorzystują też praktykę sceniczną – biją na głowę wielu interpretatorów („Bar Piast” będzie tu chyba jednym z lepszych przykładów świadomego przedstawiania tekstu). Stylami najbardziej żongluje Agnieszka Marylka Litwin-Sobańska: w każdej piosence, a śpiewa na płycie najwięcej, sięga po nowy „głosowy image”, przekazuje samym głosem najwięcej emocji i szkicuje atmosferę utworu. Zresztą do płyty dołączone zostały jeszcze dwa śpiewane przez Marylkę i niełatwe utwory z Kabaretu Starszych Panów – „Shimmy Szuja” i „Dziewica Anastazja” – najlepsze od czasów pierwotnych wersji wykonania tych piosenek. Jest za co chwalić cały kabaret Jurki.
Marylka, Sasza i znany Wojtek sprawdzili się jako autorzy tekstów i wykonawcy (a także satyrycy i interpretatorzy). Ale „Piosenki” mają jeszcze jednego cichego bohatera-twórcę, Bartłomieja Lewczuka, który przytomnie nagrywał także część wygłupów zmęczonych już kabareciarzy – oraz ich improwizacje podczas prób. To dzięki niemu powstały wstawki do „Pani Jadzi” i apetyczny deser – „Bajaderka” – mozaika z nieplanowanych pogaduszek, prób akustycznych, dogadywań i rozgrzewek przed śpiewaniem.
W tekstach nie ma artystycznych ustępstw ani banałów (czy to w zakresie rymów, czy treści) – każda piosenka jest osobną samodzielną całostką, z konsekwentnie budowaną dramaturgią i wyrazistą, zaskakującą puentą. Jurki znajdują własny sposób na ujęcie tematów mocno w kabarecie eksploatowanych – śpiewają o pieniądzach, ciąży, starości czy… gadaniu – i choć każdy bez trudu wskaże inne kabaretowe songi tym motywom poświęcone, Jurki przynoszą oryginalny zestaw utworów. Składają całe narracje zróżnicowane pod względem gatunkowym: „Rzecz miała miejsce w Nowym Jorku” to kryminał, „Pani Jadzia” – satyra obyczajowa, „Tajemnica” ma lekki posmak filmu noir, „Pociąg” to zaśpiewana anegdota, „Basie” – reklama. W każdej piosence da się odnaleźć inspiracje wieloma kulturowymi osiągnięciami i bogactwem genologii. W warstwie muzycznej ta płyta będzie prawdziwą gratką dla lubujących się w brzmieniowych aluzjach i nawiązaniach odbiorców. Każdy utwór utrzymany jest w innym klimacie, a część piosenek w ogóle łączy w sobie różne style muzyczne, ku zadziwieniu słuchaczy. To nie jest krążek przypadkowy, złożony naprędce z dostępnych materiałów, a dopracowany starannie zestaw piosenek, z których każda wnosi coś nowego i każda wzbogaca płytę.
Jurki nie tylko potrafią świetnie śpiewać: potrafią też rewelacyjnie interpretować teksty. Bawią się prezentowanymi opowieściami, nadając im ostateczny szlif i nasycając emocjami. Korzystają z umiejętności zmieniania tonu i barwy głosu – oraz stylu śpiewania, wykorzystują też praktykę sceniczną – biją na głowę wielu interpretatorów („Bar Piast” będzie tu chyba jednym z lepszych przykładów świadomego przedstawiania tekstu). Stylami najbardziej żongluje Agnieszka Marylka Litwin-Sobańska: w każdej piosence, a śpiewa na płycie najwięcej, sięga po nowy „głosowy image”, przekazuje samym głosem najwięcej emocji i szkicuje atmosferę utworu. Zresztą do płyty dołączone zostały jeszcze dwa śpiewane przez Marylkę i niełatwe utwory z Kabaretu Starszych Panów – „Shimmy Szuja” i „Dziewica Anastazja” – najlepsze od czasów pierwotnych wersji wykonania tych piosenek. Jest za co chwalić cały kabaret Jurki.
Marylka, Sasza i znany Wojtek sprawdzili się jako autorzy tekstów i wykonawcy (a także satyrycy i interpretatorzy). Ale „Piosenki” mają jeszcze jednego cichego bohatera-twórcę, Bartłomieja Lewczuka, który przytomnie nagrywał także część wygłupów zmęczonych już kabareciarzy – oraz ich improwizacje podczas prób. To dzięki niemu powstały wstawki do „Pani Jadzi” i apetyczny deser – „Bajaderka” – mozaika z nieplanowanych pogaduszek, prób akustycznych, dogadywań i rozgrzewek przed śpiewaniem.
czwartek, 1 września 2011
Grupa Rafała Kmity: Aj waj! czyli piosenki z cynamonem
CD, Kraków 2010.
Klimat szmoncesów
Rafał Kmita chętnie sięga do tradycji humoru. Inspiracji dla kolejnych programów szukał między innymi w poetyce szmoncesów – i kiedy odkrył, że dobrze czuje się w tym typie żartu, mógł stworzyć widowiska warte uwagi. „Aj waj! Czyli historie z cynamonem” za sprawą scenografii i pomysłowego rozwiązania oświetlenia przenosi odbiorców na stary, zakurzony strych, a we wspomnieniach – i do świata, który już nie istnieje. Płyta CD z piosenkami i kilkoma monologami ze spektaklu pozbawiona jest oczywiście tych elementów, co nie znaczy, że stanie się uboższa o niepowtarzalną atmosferę przedstawienia. „Aj waj! Czyli piosenki z cynamonem” za sprawą rewelacyjnych tekstów Rafała Kmity, pasującej do nich, klimatycznej muzyki Bolesława Rawskiego oraz kunsztu wykonawców (Sonia Bohosiewicz, Kamila Klimczak, Marta Bizoń, Andrzej Róg, Marcin Kobierski, Tadeusz Kwinta, Arek Lipnicki, Piotr Sieklucki, Jacek Stefanik, Tadeusz Zięba) dostarcza odbiorcom niezwykłych wrażeń. Na siedemnaście zarejestrowanych tu utworów znalazło się jedenaście piosenek, jeden utwór instrumentalny (kto widział spektakl, ten wie, że zabawa muzyką żydowską także odgrywa w nim wielką rolę) i drobne opowiastki. Nie ma skeczy zbudowanych na wzór szmoncesów, ale nie oznacza to, że płyta stanie się monotonna.
Wśród piosenek nie mogło zabraknąć popularyzowanych w mediach – „Deszczowego kochanka” czy utworu „Dziwka z Krochmalnej Zełde-Chaja” w niezapomnianych interpretacjach Soni Bohosiewicz, musiał też zaistnieć śpiewano-mówiony „Aj aj, handelek!” – najbardziej chyba kojarzony z przedstawieniem utwór. W nastrój idealnie wprowadza polecenie „Przysłuchujcie się starym przedmiotom”, muzyczny wehikuł czasu, przenoszący słuchaczy do świata z żydowskich opowieści. Komiczny wydźwięk ma za to historia „Targować Żyd idzie” w brawurowym wykonaniu Andrzeja Roga. Nawiązanie do pierwszej piosenki stanowi utwór o marzeniach krawca Mendla. Rafał Kmita proponuje też dwie piosenki liryczne – jedna – „Smutne skrzypki” – ma przytaczać specyfikę muzycznych rozwiązań, druga – piękna „Kołysanka” śpiewana przez Sonię Bohosiewicz, wyrasta z niezgody na antysemickie nastroje. Przedostatni utwór z płyty jest już wariacją tematu – „Tańczy nasz rebe” to próba połączenia żydowskiej kultury z elementami muzyki współczesnej.
Płyta „Aj waj!” na godzinę przenosi słuchaczy do innej rzeczywistości. Mocno akcentowana jest tu kulturowa odrębność, widoczna nie tylko w konstrukcji dowcipów, ale i w obyczajowości czy specyficznej logice, cechującej kolejne historie. Śmiech szmoncesowy podbarwiony tu jest delikatnie goryczą: Kmita nie parodiuje kabaretowej przeszłości, on pastiszuje teksty, które znaleźć można – chociażby – u Horacego Safrina. Dobrze wyczuwa wewnętrzne napięcia szmoncesów i jest w stanie na ich podstawie wypracować charaktery swoich postaci. Jako jeden z nielicznych dzisiaj twórców dba o jakość piosenki kabaretowej, czego płyta „Aj waj” jest najlepszym dowodem.
Prezentowane tutaj opowieści gęste są od znaczeń i skrzą się dowcipem. Melancholia zawarta w wielu zapewnia odbiorcom cały wachlarz niejednoznacznych emocji i pozwala uniknąć rutyny. To nie jest krążek, o którym łatwo zapomnieć.
Klimat szmoncesów
Rafał Kmita chętnie sięga do tradycji humoru. Inspiracji dla kolejnych programów szukał między innymi w poetyce szmoncesów – i kiedy odkrył, że dobrze czuje się w tym typie żartu, mógł stworzyć widowiska warte uwagi. „Aj waj! Czyli historie z cynamonem” za sprawą scenografii i pomysłowego rozwiązania oświetlenia przenosi odbiorców na stary, zakurzony strych, a we wspomnieniach – i do świata, który już nie istnieje. Płyta CD z piosenkami i kilkoma monologami ze spektaklu pozbawiona jest oczywiście tych elementów, co nie znaczy, że stanie się uboższa o niepowtarzalną atmosferę przedstawienia. „Aj waj! Czyli piosenki z cynamonem” za sprawą rewelacyjnych tekstów Rafała Kmity, pasującej do nich, klimatycznej muzyki Bolesława Rawskiego oraz kunsztu wykonawców (Sonia Bohosiewicz, Kamila Klimczak, Marta Bizoń, Andrzej Róg, Marcin Kobierski, Tadeusz Kwinta, Arek Lipnicki, Piotr Sieklucki, Jacek Stefanik, Tadeusz Zięba) dostarcza odbiorcom niezwykłych wrażeń. Na siedemnaście zarejestrowanych tu utworów znalazło się jedenaście piosenek, jeden utwór instrumentalny (kto widział spektakl, ten wie, że zabawa muzyką żydowską także odgrywa w nim wielką rolę) i drobne opowiastki. Nie ma skeczy zbudowanych na wzór szmoncesów, ale nie oznacza to, że płyta stanie się monotonna.
Wśród piosenek nie mogło zabraknąć popularyzowanych w mediach – „Deszczowego kochanka” czy utworu „Dziwka z Krochmalnej Zełde-Chaja” w niezapomnianych interpretacjach Soni Bohosiewicz, musiał też zaistnieć śpiewano-mówiony „Aj aj, handelek!” – najbardziej chyba kojarzony z przedstawieniem utwór. W nastrój idealnie wprowadza polecenie „Przysłuchujcie się starym przedmiotom”, muzyczny wehikuł czasu, przenoszący słuchaczy do świata z żydowskich opowieści. Komiczny wydźwięk ma za to historia „Targować Żyd idzie” w brawurowym wykonaniu Andrzeja Roga. Nawiązanie do pierwszej piosenki stanowi utwór o marzeniach krawca Mendla. Rafał Kmita proponuje też dwie piosenki liryczne – jedna – „Smutne skrzypki” – ma przytaczać specyfikę muzycznych rozwiązań, druga – piękna „Kołysanka” śpiewana przez Sonię Bohosiewicz, wyrasta z niezgody na antysemickie nastroje. Przedostatni utwór z płyty jest już wariacją tematu – „Tańczy nasz rebe” to próba połączenia żydowskiej kultury z elementami muzyki współczesnej.
Płyta „Aj waj!” na godzinę przenosi słuchaczy do innej rzeczywistości. Mocno akcentowana jest tu kulturowa odrębność, widoczna nie tylko w konstrukcji dowcipów, ale i w obyczajowości czy specyficznej logice, cechującej kolejne historie. Śmiech szmoncesowy podbarwiony tu jest delikatnie goryczą: Kmita nie parodiuje kabaretowej przeszłości, on pastiszuje teksty, które znaleźć można – chociażby – u Horacego Safrina. Dobrze wyczuwa wewnętrzne napięcia szmoncesów i jest w stanie na ich podstawie wypracować charaktery swoich postaci. Jako jeden z nielicznych dzisiaj twórców dba o jakość piosenki kabaretowej, czego płyta „Aj waj” jest najlepszym dowodem.
Prezentowane tutaj opowieści gęste są od znaczeń i skrzą się dowcipem. Melancholia zawarta w wielu zapewnia odbiorcom cały wachlarz niejednoznacznych emocji i pozwala uniknąć rutyny. To nie jest krążek, o którym łatwo zapomnieć.
wtorek, 22 lutego 2011
Robert Talarczyk: Słowa
ZmySłowa
[płyta CD]
Napisali o nim, że „braki wokalne nadrabia charyzmą”. Mirosław Neinert w zapowiedzi recitalu „Słowa” 6 lutego 2011 roku w Teatrze Korez dodał z pełnym przekonaniem – „ale jak pięknie nadrabia!”. „Słowa” stały się ciałem, a dokładniej – płytą i teraz już każdy może wyrobić sobie własne zdanie na temat umiejętności wokalnych Roberta Talarczyka – aktora, reżysera teatralnego i dyrektora Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Bo charyzmy nikt nie odważy się zakwestionować. Dwanaście piosenek zarejestrowanych podczas koncertu w Teatrze Rozrywki w Chorzowie (październik 2009) to propozycja nie tylko dla tych, którzy słyszeli już Talarczyka w którymś z muzycznych spektakli – artysta bowiem daje się poznać także jako twórca tekstów (jedynie „Sarajewo” wyłamuje się częściowo z zestawu Talarczykowych utworów – częściowo, bo Robert Talarczyk proponuje tu przecież własne tłumaczenie).
Kilka piosenek teatralni bywalcy poznają bez trudu – poza wspomnianym już „Sarajewem” pojawiającym się w Korezowej „Komecie” (na płycie duet z Ewą Zug) znajdzie się tu „Twoje okno” z „Pomalu, a jeszcze raz!” czy „Pieśń odchodzących bohaterów” ze „Szwejka”. Ale Talarczyk zestawia w „Słowach” utwory różnorodne: melancholijne i nastrojowe liryczne piosenki, kawałki przesycone nutą autobiograficzną i liryką konfesyjną, dowcipne pomysły i literackie spostrzeżenia. Naprawdę trudno powiedzieć, w którym wcieleniu jest najbardziej przekonujący – za to z pewnością dostarczy, obok rozrywki, materiału do przemyśleń – i zadziwi paroma konceptami. Łatwo mu uwierzyć w muzyczne opowieści o nie zawsze szczęśliwej miłości (lub wręcz o rozstaniach i czasem niebanalnie, a czasem zwyczajnie wyrażanej tęsknocie). Słowami maluje Robert proste, zatopione w deszczu, nostalgiczne obrazki i uwodzi słuchaczy niespiesznymi, opartymi na emocjach, poetyckimi wizjami. Od popadnięcia w rutynę i schematyzm chronią Talarczyka – w przypadku smutnych piosenek o damsko-męskich relacjach – pomysły kompozytorów i interpretacje.
Ale przesycone uczuciem utwory o tonacji mollowej stają się w „Słowach” także wymarzonym tłem dla pomysłów niebanalnych. Talarczyk dostrzega, że „w słowach czy w nutach czają się zwykłe cuda”. Wie o tym, co porabiają na co dzień biurowi anieli, zauważa nawet, że „bohaterowie są zmęczeni – bo bohaterów znudził świat […] Herosi ą już niepotrzebni, na bohaterów popyt spadł”. Tekstami, które silnie zakorzenione są w wyobraźni, autor nawiązuje do najlepszych tradycji piosenki literackiej (Magda Umer i Andrzej Poniedzielski w chlip-hopowych rozmowach spopularyzowali na określenie tego typu utworów hasło „piosenki z tekstem”). Jasne, że bywa miejscami wręcz infantylny, kiedy tłumaczy, że zna siedem słów i z nich składa swoje wierszyki – ale przeważają na płycie pomysły, których można Talarczykowi pozazdrościć. Nalazły się w „Słowach” fragmenty lekkie i dowcipne – jak wyznanie „Może jutro” czy czerpiąca z poetyki czarnego humoru „Piosenka trupa”, nadające całości wyrazistego charakteru. Dzieli się wreszcie Robert Talarczyk swoimi prywatnymi przeżyciami i przemyśleniami, prezentując dedykowaną żonie opowieść sprzed zaśnięcia dzieci – czyli „Kołysankę dla Jakuba i Julii”, a także zbiór wspomnień zawartych w finałowym „Wiem, że nic nie wiem”.
Talarczyk zaprasza słuchaczy do świata magicznego, świata, w którym łzy rozczarowania mieszają się z poczuciem szczęścia, a gniew przyćmiewany jest przez ironię. W świecie tym, zmysłowym i kipiącym od uczuć opowiedzianych po królewsku słowa zajmują bardzo ważne miejsce – nie tylko w autotematycznych deklaracjach. Talarczyk-tekściarz bawi się frazami, tworząc słowne dowcipy (nieboszczyk milczy jak grób i wie, że nikt go z grobu nie wykopie), ale i przemycając literackie drobiazgi, które łatwo mogą umknąć przy odbiorze tej płyty („my jesteśmy sobie pisani” – przekonuje bohater w „Witam Panią”, a pisanie – choć w skonwencjonalizowanej frazie, odsyła do tytułu krążka). Autor przechodzi od piosenek-emocji i piosenek-obrazów do cytatów rodem z krainy łagodności (nuty pana Krzysia, co smyczkiem złotym gra), buduje nastrojowe formy i sprawia, że naprawdę trudno oderwać się od słuchania. Zwłaszcza że piosenkom towarzyszą jeszcze improwizowane podczas koncertu komentarze (więc i wielbiciele charyzmy Talarczyka znajdą tu coś dla siebie).
„Słowa” to nie tylko słowa niezwykłe, ale i muzyka. Krzysztof Maciejowski, Andrzej Minkacz i Jiři Toufar sprawili, że wiele utworów zapada w pamięć. Każdy z kompozytorów ma swój rozpoznawalny styl – i każdy proponuje inne spojrzenie na utwory Roberta Talarczyka. Dzięki temu płyta nabiera bardziej zróżnicowanego charakteru, a kompozycje i aranżacje idealnie współgrają z tekstami. Robertowi podczas recitalu towarzyszyli Ewa Zug (pianino, śpiew), Krzysztof Maciejowski (skrzypce, śpiew) i Marek Andrysek (akordeon). Dla Talarczyka najważniejsza jest interpretacja utworów, ale współpracujący z nim artyści sprawili, że płyta jest także niezwykle atrakcyjna pod względem muzycznym.
„Lubię piosenkę, to ważna część mojego życia, ale nie najważniejsza. W pewnym momencie wydawało mi się, że przez muzykę można więcej powiedzieć, że piosenka daje możliwość wyrażenia czystej emocji. Gdy ktoś wychodzi na scenę i śpiewa intrygującą, ciekawą piosenkę, to po drugiej stronie widz, któremu spodoba się melodia i tekst, dużo bardziej emocjonalnie traktuje ten występ, niż gdyby był to normalny monolog” – tłumaczył Robert Talarczyk w jednym z wywiadów. „Słowa” to płyta oryginalna specjalnie dla tych, których znudziły piosenki lekkie, łatwe i pozbawione głębszej treści.

Na zdjęciu: Robert Talarczyk.
Zdjęcie zrobione 6 lutego 2011 podczas recitalu "Słowa" w Teatrze Korez.
Autor zdjęcia: Radosław Ragan
[płyta CD]
Napisali o nim, że „braki wokalne nadrabia charyzmą”. Mirosław Neinert w zapowiedzi recitalu „Słowa” 6 lutego 2011 roku w Teatrze Korez dodał z pełnym przekonaniem – „ale jak pięknie nadrabia!”. „Słowa” stały się ciałem, a dokładniej – płytą i teraz już każdy może wyrobić sobie własne zdanie na temat umiejętności wokalnych Roberta Talarczyka – aktora, reżysera teatralnego i dyrektora Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Bo charyzmy nikt nie odważy się zakwestionować. Dwanaście piosenek zarejestrowanych podczas koncertu w Teatrze Rozrywki w Chorzowie (październik 2009) to propozycja nie tylko dla tych, którzy słyszeli już Talarczyka w którymś z muzycznych spektakli – artysta bowiem daje się poznać także jako twórca tekstów (jedynie „Sarajewo” wyłamuje się częściowo z zestawu Talarczykowych utworów – częściowo, bo Robert Talarczyk proponuje tu przecież własne tłumaczenie).
Kilka piosenek teatralni bywalcy poznają bez trudu – poza wspomnianym już „Sarajewem” pojawiającym się w Korezowej „Komecie” (na płycie duet z Ewą Zug) znajdzie się tu „Twoje okno” z „Pomalu, a jeszcze raz!” czy „Pieśń odchodzących bohaterów” ze „Szwejka”. Ale Talarczyk zestawia w „Słowach” utwory różnorodne: melancholijne i nastrojowe liryczne piosenki, kawałki przesycone nutą autobiograficzną i liryką konfesyjną, dowcipne pomysły i literackie spostrzeżenia. Naprawdę trudno powiedzieć, w którym wcieleniu jest najbardziej przekonujący – za to z pewnością dostarczy, obok rozrywki, materiału do przemyśleń – i zadziwi paroma konceptami. Łatwo mu uwierzyć w muzyczne opowieści o nie zawsze szczęśliwej miłości (lub wręcz o rozstaniach i czasem niebanalnie, a czasem zwyczajnie wyrażanej tęsknocie). Słowami maluje Robert proste, zatopione w deszczu, nostalgiczne obrazki i uwodzi słuchaczy niespiesznymi, opartymi na emocjach, poetyckimi wizjami. Od popadnięcia w rutynę i schematyzm chronią Talarczyka – w przypadku smutnych piosenek o damsko-męskich relacjach – pomysły kompozytorów i interpretacje.
Ale przesycone uczuciem utwory o tonacji mollowej stają się w „Słowach” także wymarzonym tłem dla pomysłów niebanalnych. Talarczyk dostrzega, że „w słowach czy w nutach czają się zwykłe cuda”. Wie o tym, co porabiają na co dzień biurowi anieli, zauważa nawet, że „bohaterowie są zmęczeni – bo bohaterów znudził świat […] Herosi ą już niepotrzebni, na bohaterów popyt spadł”. Tekstami, które silnie zakorzenione są w wyobraźni, autor nawiązuje do najlepszych tradycji piosenki literackiej (Magda Umer i Andrzej Poniedzielski w chlip-hopowych rozmowach spopularyzowali na określenie tego typu utworów hasło „piosenki z tekstem”). Jasne, że bywa miejscami wręcz infantylny, kiedy tłumaczy, że zna siedem słów i z nich składa swoje wierszyki – ale przeważają na płycie pomysły, których można Talarczykowi pozazdrościć. Nalazły się w „Słowach” fragmenty lekkie i dowcipne – jak wyznanie „Może jutro” czy czerpiąca z poetyki czarnego humoru „Piosenka trupa”, nadające całości wyrazistego charakteru. Dzieli się wreszcie Robert Talarczyk swoimi prywatnymi przeżyciami i przemyśleniami, prezentując dedykowaną żonie opowieść sprzed zaśnięcia dzieci – czyli „Kołysankę dla Jakuba i Julii”, a także zbiór wspomnień zawartych w finałowym „Wiem, że nic nie wiem”.
Talarczyk zaprasza słuchaczy do świata magicznego, świata, w którym łzy rozczarowania mieszają się z poczuciem szczęścia, a gniew przyćmiewany jest przez ironię. W świecie tym, zmysłowym i kipiącym od uczuć opowiedzianych po królewsku słowa zajmują bardzo ważne miejsce – nie tylko w autotematycznych deklaracjach. Talarczyk-tekściarz bawi się frazami, tworząc słowne dowcipy (nieboszczyk milczy jak grób i wie, że nikt go z grobu nie wykopie), ale i przemycając literackie drobiazgi, które łatwo mogą umknąć przy odbiorze tej płyty („my jesteśmy sobie pisani” – przekonuje bohater w „Witam Panią”, a pisanie – choć w skonwencjonalizowanej frazie, odsyła do tytułu krążka). Autor przechodzi od piosenek-emocji i piosenek-obrazów do cytatów rodem z krainy łagodności (nuty pana Krzysia, co smyczkiem złotym gra), buduje nastrojowe formy i sprawia, że naprawdę trudno oderwać się od słuchania. Zwłaszcza że piosenkom towarzyszą jeszcze improwizowane podczas koncertu komentarze (więc i wielbiciele charyzmy Talarczyka znajdą tu coś dla siebie).
„Słowa” to nie tylko słowa niezwykłe, ale i muzyka. Krzysztof Maciejowski, Andrzej Minkacz i Jiři Toufar sprawili, że wiele utworów zapada w pamięć. Każdy z kompozytorów ma swój rozpoznawalny styl – i każdy proponuje inne spojrzenie na utwory Roberta Talarczyka. Dzięki temu płyta nabiera bardziej zróżnicowanego charakteru, a kompozycje i aranżacje idealnie współgrają z tekstami. Robertowi podczas recitalu towarzyszyli Ewa Zug (pianino, śpiew), Krzysztof Maciejowski (skrzypce, śpiew) i Marek Andrysek (akordeon). Dla Talarczyka najważniejsza jest interpretacja utworów, ale współpracujący z nim artyści sprawili, że płyta jest także niezwykle atrakcyjna pod względem muzycznym.
„Lubię piosenkę, to ważna część mojego życia, ale nie najważniejsza. W pewnym momencie wydawało mi się, że przez muzykę można więcej powiedzieć, że piosenka daje możliwość wyrażenia czystej emocji. Gdy ktoś wychodzi na scenę i śpiewa intrygującą, ciekawą piosenkę, to po drugiej stronie widz, któremu spodoba się melodia i tekst, dużo bardziej emocjonalnie traktuje ten występ, niż gdyby był to normalny monolog” – tłumaczył Robert Talarczyk w jednym z wywiadów. „Słowa” to płyta oryginalna specjalnie dla tych, których znudziły piosenki lekkie, łatwe i pozbawione głębszej treści.

Na zdjęciu: Robert Talarczyk.
Zdjęcie zrobione 6 lutego 2011 podczas recitalu "Słowa" w Teatrze Korez.
Autor zdjęcia: Radosław Ragan
Subskrybuj:
Posty (Atom)






