Czternasty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego to sezon, który możemy zaproponować dzięki Przyjaciołom. Chcemy jednak, żeby znalazło się w nim coś, co zapoczątkuje nowy cykl – kolejna scena ChTO, na najwyższym poziomie.
14 sierpnia 2020, piątek, godz. 18:00
NOWA SCENA CHTO – NA NAJWYŻSZYM POZIOMIE
miejsce: Sztygarka, na wieży Prezydent
Rafał Rutkowski: Hejnał z wieży wyciągowej (transmisja internetowa)
Impulsem do powstania nowego cyklu stała się pandemia: kiedy nie wolno było organizować spektakli z publicznością, Naczelny Ogrodnik zaczął w Chorzowie szukać miejsc nieteatralnych, które nadadzą się na scenę on line. Jednym z najważniejszych punktów na tej mapie stała się wieża szybu Prezydent. Tu spektaklu jeszcze nie było! I tak wirus pomógł nam we wzbogaceniu oferty ChTO…
Tekst Hejnału... napisał Rafał Rutkowski podczas lockdownu, kiedy zastanawialiśmy się nad możliwościami i kształtem czternastego sezonu. Sam zaproponował tytuł, nie zdradza na razie szczegółów – ale zapowiada niespodziankę dla widzów. Transmisja z wieży Prezydent, we współpracy z COM TV, a jeśli pogoda pozwoli – z wykorzystaniem drona, będzie udostępniona w internecie, a sam aktor po zejściu z wieży wyruszy na spotkanie z publicznością...
14 sierpnia 2020, piątek, godz. 19:00
miejsce: Chorzowskie Centrum Kultury
Michał Walczak (tekst), Rafał Rutkowski (na scenie): To nie jest kraj dla wielkich ludzi (wersja specjalna)
… i tuż po występie na wieży zaprezentuje odnowiony (także z uwzględnieniem pandemii) one man show: To nie jest kraj dla wielkich ludzi w Chorzowskim Centrum Kultury. To kabaretowy i aktorski popis Rafała Rutkowskiego, tym razem na żywo. Stereotypy są po to, żeby je wyśmiać, a jeśli do tego ma się aktora, który zagra absolutnie wszystko – można liczyć na teatralną ucztę.
Rafał Rutkowski? Wielki człowiek, wielki aktor. Wiadomo, że wejdzie na scenę, zdeklasuje stand-uperów, aktorów zawstydzi swobodnym kontaktem z publicznością, jak zwykle wciąganą do spektaklu. Wyśmieje wszystko, bo nie ma dla niego tematów tabu, a poprawność polityczna traci rację bytu. Ostre dowcipy zestawi Rutkowski z inteligentnym żartem, a monodram zamieni w wielogłosowe show i sam będzie się bawić równie dobrze jak widownia. To nie jest kraj dla wielkich ludzi łączy elementy teatru i kabaretu, a charyzma Rafała Rutkowskiego oraz łatwość, z jaką wciela się w kolejne wyraziste postacie, zapewnią rozrywkę w dobrym gatunku.
BILETY:
Hejnał z wieży wyciągowej (transmisja on line): bezpłatny dostęp w internecie
To nie jest kraj dla wielkich ludzi: 60 zł (dostępne w kasie ChCK)
15 sierpnia 2020, sobota, godz. 15:00
miejsce: Wasze domy
start INTERNETOWEJ DZIECINADY
Zasady: na profilu facebookowym będziemy prezentować filmiki i instrukcje, jak przygotować kolejnych potrzebnych w tym roku lalkowych aktorów, tak, by każde dziecko mogło stworzyć samodzielnie swoich teatralnych bohaterów. Opublikujemy też nagranie tekstu bajki, do której chętne dzieci będą w domach animować przygotowane wcześniej lalki. Dzięki temu kilkulatki nawet w pojedynkę dadzą radę przedstawić prawdziwą bajkę na prawdziwej – przygotowanej według zasad teatralnych – scenie. Dorośli, nie zapomnijcie o brawach dla artystów!
Najmłodsi tym razem będą pracować samodzielnie w domach i dadzą przedstawienie dla swoich bliskich. Jeśli przyślecie nam nagrania występów – chętnie je opublikujemy!
INTERNETOWA DZIECINADA: za darmo, dostęp do wszystkich materiałów w internecie na stronie www.facebook.com/chorzowskiteatrogrodowy
28 sierpnia 2020, piątek, godz. 18:00
miejsce: Sztygarka, w Magazynie Ciekłego Powietrza
Teatr Korez: Miłość i polityka
Spektakl, który ciągle się zmienia za sprawą wyjątkowo kreatywnego Ministra Sprawiedliwości, Roberta Talarczyka (dyrektora Teatru Śląskiego). Pewnego dnia przychodzi do niego Poseł Bogusław Kudłek (aktor kabaretu Paranienormalni) i proponuje, że zabierze jego żonę Barbarę Lubos (przedstawiać nie trzeba) na upojny weekend na Gwadelupę. W sytuację wmiesza się jeszcze seksowna asystentka Ministra (Iza Malik, czyli cholonkowa Tekla jako seksbomba) oraz prawa ręka Ministra, Hubert Bronicki (dyrektor Teatru Rawa).
Intryga goni intrygę, szantaże zmieniają układy sił, a Poseł jest podobno dobry w łóżku.
Inteligentna komedia ze świata polityki (francuskiej) i miłości.
Autor tekstu (Pierre Sauvil) doskonale wychwycił ponadczasowość relacji międzyludzkich, tłumaczka (Barbara Grzegorzewska) zapewnia iskrę dowcipu w samych dialogach.
reżyseria: Mariusz Orski
światło i dźwięk: Sergiusz Brożek
na scenie: Barbara Lubos, Izabella Malik, Hubert Bronicki, Bogusław Kudłek, Robert Talarczyk
Bilety: 60 zł (dostępne w Sztygarce)
28 sierpnia 2020, piątek, godz. 20:00
miejsce: Chorzowskie Centrum Kultury
MUZYCZNY FINAŁ CHORZOWSKIEGO TEATRU OGRODOWEGO
oraz INAUGURACJA CYKLU CHORZOWSKIEGO CENTRUM KULTURY
PIOSENKI Z TEKSTEM
Koncert współorganizowany z Wydziałem Kultury, Sportu i Turystyki UM Chorzów
Joanna Kołaczkowska: Piosenki z tekstem
„Muzyki potrzebuję jak powietrza, jak wiatru, który przegania… chcę by jego powiew mnie porywał, unosił na barana, a potem grzecznie zanosił do domu. Chcę, by piosenki mną poniewierały i wyrywały mi włosy. Marzeniem moim jest stworzenie takich piosenek, które będą żyły i od czasu do czasu wyrwą komuś choć jeden włos” (Joanna Kołaczkowska)
Znakomitej artystce znanej z kabaretów Potem i Hrabi towarzyszyć będzie dwóch muzyków.
Czy trzeba dodawać coś więcej?
Pomoc ze strony Miasta Chorzów (koronawirus niemal całkowicie zlikwidował budżet imprezy) nie wystarczy na sfinansowanie czternastego sezonu nawet w mocno okrojonej formie, dlatego potrzebujemy również wsparcia teatromanów. Nie chcemy wprowadzać opłat za oglądanie transmisji, liczymy jednak na to, że docenicie artystów, którzy zdecydowali się pomóc nam jeszcze w momencie, gdy nie mogliśmy im zagwarantować żadnych wypłat.
Wydamy też – tym razem w wersji cyfrowej, ze względów sanitarnych – „Sztajgerowy Cajtung”, w którym, jak zwykle, znajdziecie ciekawe rozmowy i teksty.
Sukcesem czternastego wirusowego sezonu jest ustalenie cen biletów na poziomie 50 zł: to decyzja szalona, ale liczymy na Was, tylko dzięki Wam wszystko może się udać. Kupujcie bilety w przedsprzedaży, informujcie o akcji znajomych, którzy mogą być zainteresowani znakomitymi teatralnymi komediami.
Jeśli lubicie dobry teatr, jeśli chcecie pomóc ChTO w tym roku: prosimy o wpłatę dowolnej kwoty na konto Stowarzyszenia SZTYG.art, organizatora ChTO
51 1140 1078 0000 5128 2100 1001
z dopiskiem „darowizna na cele statutowe – ChTO 2020”.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chorzowski Teatr Ogrodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chorzowski Teatr Ogrodowy. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 lipca 2020
środa, 31 lipca 2019
rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem
Wystarczy jeden widz
rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem
Sztajgerowy Cajtung: „Ja wam, k…, pokażę, że będę aktorem!”. Mocne słowa skierował Pan kiedyś do komisji egzaminacyjnej. Czy była w tym chęć zaistnienia, zapadnięcia im w pamięć? Skąd w młodym człowieku pewność, że tak się stanie?
Wojciech Pszoniak: Może nie byłem pewny, że tak się stanie. To była moja reakcja na to, że nie dali mi do końca szansy na egzaminie zaistnieć. W związku z tym był to pewnego rodzaju mój desperacki krzyk. Miałem poczucie, że nie poświęcili mi wystarczająco dużo uwagi. Każdy egzamin, szczególnie w artystycznych dziedzinach, jest sprawą bardzo delikatną. Oni się mną, najprościej mówiąc, nie zainteresowali. Przyjęli na ten rok ludzi, których nazwiska dzisiaj nic by Pani nie powiedziały. Może to była wina zmęczenia, jestem przecież pedagogiem, wiem, jak na egzaminach człowiek się męczy… ale to wielka odpowiedzialność. Nie można odpoczywać sobie w momencie, gdy decyduje się o życiu młodych ludzi: bo to jest element decyzji za młodego człowieka, którym wtedy byłem. Ale w związku z tym, że dali mi szansę, żebym zrozumiał, że jestem mocny i nie dam się, mogę im za to podziękować.
Sz. C.: Twierdzi Pan, że „nie można być dobrym aktorem bez dotknięcia życia”. A jak jest w odwrotną stronę? Czy aktorstwo czegoś uczy, jakoś przydaje się w codziennych sprawach?
W. P.: Myślę, że to zależy od roli i od postaci, jaką się gra. Oczywiście nie mówię o pseudoaktorstwie serialowym czy nawet filmowym, bo w filmach nie ma już dzisiaj sztuki aktorskiej. Sztuka aktorska, jeżeli istnieje, istnieje tylko w teatrze, nie ma innej możliwości… Aktorstwo nie pomaga, bo czy malarzowi pomaga, że maluje? Nie pomaga na takim poziomie myślenia, jeżeli to nie jest robienie min. Bo jeśli ktoś robi miny, to robi miny też w życiu. W drugą stronę to nie działa.
Sz. C.: Gra Pan na różnych instrumentach, między innymi na oboju, klarnecie czy werblu. Jak muzyka przekłada się na to, co Pan robi na scenie?
W. P.: Z muzyką jestem związany, oczywiście teraz już mniej gram, mam mniej okazji, przecież tu trzeba ćwiczyć. Ale matka prowadziła mnie od dzieciństwa do opery. na koncerty, w takiej atmosferze się wychowałem i nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Jako dziecko poszedłem do szkoły muzycznej, muzyka jest stale obecna w moim życiu. Bardzo często zapraszają mnie na czytanie różnego rodzaju tekstów z orkiestrą symfoniczną czy poematów w filharmonii: to część mojego życia artystycznego.
Sz. C.: Teraz będzie pytanie z wysokiego C: ten zawód to dla Pana rzemiosło czy powołanie? Jakie wartości chce Pan przez niego przekazywać?
W. P.: To w ogóle nie jest dla mnie zawód, unikam tego słowa. Zawodowy musi być stolarz, ślusarz, chirurg, pilot samolotu. W sztuce nie ma zawodów. Dzisiaj świat zwariował, zrobił ze wszystkiego produkt, w związku z tym mamy też do czynienia z aktorami-produktami, których popularność przynosi pieniądze: ale to nie ma nic wspólnego ze sztuką. Nie można być zawodowym księdzem ani zawodowym poetą. W sztuce aktorskiej też istnieje natchnienie, aktorzy potrafią być artystami. Pianista może grać na fortepianie, ale nie być artystą. Tak dzieje się, kiedy nie ma indywidualnego, osobistego wkładu w to, co się robi. Nie uważam się za zawodowego aktora. Zawodowi aktorzy to ci, którzy robią reklamy, muszą wypowiedzieć swoje kwestie szybko, wolno, albo zrobić coś w odpowiednim czasie. W sztuce nie ma zawodu, mówi się „zawód”, bo z tego się żyje, ale przecież poeta pisze wiersze, kiedy ma natchnienie, a nie piętnaście wierszy miesięcznie, żeby zarobić pieniądze. W taki sposób to traktuję.
Sz. C.: Gra Pan w różnych językach: po polsku, po angielsku, po francusku i niemiecku. Czy takie granie w różnych językach wymusza na aktorze jakąś zmianę podejścia, czy są różne chwyty do stosowania, albo sposoby oddziaływania na widownię w zależności od kraju?
W. P.: Jesteśmy w zasięgu kultury europejskiej, więc nie ma różnych kodów kulturowych, które zmuszałyby aktora do kompletnie innego podejścia. Repertuar jest podobny. Dotyka się tu rzemiosła, bo żeby być artystą, trzeba umieć grać. Zanim profesor wiolonczeli zostanie wielkim artystą, musi przejść etap tak zwanego zawodu, czyli rzemiosła: musi odpowiednio umieć zagrać: szybko, wolno, głośniej, ciszej. Z językiem jest tak samo: musi Pani nauczyć się języka w taki sposób, żeby nie drażnił, nie przeszkadzał ludziom w przyjmowaniu tego, co Pani będzie gotowa artystycznie przekazać.
Sz. C.: Monodram to gatunek trudny dla aktora, a od widzów w Belfrze wymaga skupienia. Czego oczekuje Pan od swojej publiczności?
W. P.: To jest mój jedyny partner. Istnieje bardzo silny związek widza z aktorem, ja tego potrzebuję i widz tak samo, żeby wytrzymać półtorej godziny… Wie Pani, ja nie jestem Dodą, nie jestem młodą dziewczyną, publiczność nie przychodzi na mnie, żeby się pozachwycać moją urodą, tylko żeby się czegoś dowiedzieć z tej sztuki i z tej roli. Od widza wymaga Belfer zatem uwagi. Potrzebny jest widz, który wie, po co przychodzi. Dzisiaj nie jest to częste, bo ludzie są przyzwyczajeni do różnych medialnych rzeczy, a monodram jest formą skromną, trudną, ale wdzięczną, jeśli jest dobrze zrobiony. Jest wdzięczny i dla aktora, i dla widza. Po spektaklu aktor może mieć wielką satysfakcję, ale widz również.
Sz. C.: Sporo Pan mówi o szacunku do zawodu aktora, a dzisiaj to rzadkie zjawisko. W czym powinno się objawiać? Czy aktor powinien walczyć o to, żeby go dostrzegali, czy postawić na cierpliwość i czekać, aż się uszlachetni z czasem?
W. P.: W ogóle nie powinien się tym zajmować. Jak to w życiu: są ludzie, którzy mają pasję i tacy, którzy pasji nie mają. Jeżeli ma się coś do powiedzenia w tym, co się robi, a dotyczy to nie tylko aktorstwa, a wszystkiego, jeżeli nie jest się jedynie wykonawcą, to jest to pewna filozofia życia, wrażliwość, stosunek do życia i do ludzi, uczenie się rozumienia drugiego człowieka. Aktorstwo nie jest udawaniem czegokolwiek, tylko próbą zrozumienia człowieka, postaci, którą się gra, którą się tworzy. To wiąże się z etyką. Tak jak istnieje etyka duchownego, któremu pewnych rzeczy nie wypada robić, etyka lekarza, tak istnieje etyka artysty. Aktora, który, jeśli posiada poczucie wartości i szuka sensu w tym, co robi, też od razu ma określony w ten sposób punkt widzenia. Nie będzie brał szmiry, nie będzie robił czegoś tylko dla pieniędzy, nie będzie robił byle czego, będzie podchodził do pracy poważnie. To automatycznie wytwarza pewien kod postępowania.
Sz. C.: Na scenie lubi Pan być poważny i dramatyczny, ale też uwielbia błaznować. Jaki rodzaj śmiechu jest Panu w spektaklach najbardziej bliski?
W. P.: Mogę powiedzieć, jaki jest najbardziej odległy i denerwujący… Rechot. Nienawidzę rechotu. W dzisiejszych czasach, mówię o Polsce, ten rechot jest dominujący: to dlatego, że ludzie nie mają czasu, jest niska kultura kabaretów. Śmiech jest mądry, jest potrzebny, Pan Bóg stworzył człowieka, żeby się śmiał, nie dlatego, że miał taki kaprys, ale dlatego, że śmiech jest ważny. Człowiek się śmieje, patrząc na filmy Chaplina czy Bustera Keatona i to jest mądry śmiech. Ale jest też głupi śmiech, czyli tak zwany rechot, w którym o nich nie chodzi. Śmiech przecież może poruszać i wzruszać. I taki śmiech jest mi bliski.
Sz. C.: Belfra gra Pan już od piętnastu lat. Jak zmienia się ten spektakl, jeśli w ogóle?
W. P.: Zmienia się. Teatr ma to w sobie, że może nie jest wieczny, ale jest żywy. Nie gram Belfra regularnie, więc nie mam rutyny. To wspaniały, inteligentny, mądry, śmieszny momentami i tragiczny tekst, który mi pozwala na utrzymanie świeżości. Jak się zmienia, to nie ja mogę powiedzieć, ale zmienia się wraz ze mną, myślę, że piętnaście lat temu był trochę inny. Dalej jest tekstem mądrym, nic z niego nie wyparowuje. Jest żywy, publiczność, która do tej pory to oglądała, przyjmuje go bardzo pozytywnie.
Sz. C.: A czy dzięki Belfrowi jakiś aspekt rzeczywistości stał się dla Pana bardziej zrozumiały?
W. P.: Może nie zrozumiały, ale… aktor może tu uczestniczyć w życiu, obserwując je. Belfer napisany jest bardzo mądrze przez profesora, który wie, co to znaczy być nauczycielem. Myślę, że zawarł tu swoje przeżycia i swoje doświadczenie. Ja też jestem pedagogiem, nie w szkole, nie w liceum, ale też jest to niezwykle ważna praca z młodzieżą. Szkoła to bardzo znaczący moment dla młodego człowieka, powstają tam niezwykłe związki z innymi ludźmi, zapadają istotne decyzje. Pamiętamy wszystkich swoich ulubionych nauczycieli, tych, których ceniliśmy, ale pamiętamy też tych, którzy nie byli dla nas mili i nie dali nam tego wszystkiego. Podstawowe komórki w życiu młodego człowieka to dom i szkoła, dlatego przywiązuję do tego taką wagę. Pamiętam moje przeżycia jako ucznia i próbuję to w roli zmieścić. Sz. C.: A jakiś konkretny nauczyciel na Pana wpłynął? Pamięta Pan swoich belfrów?
W. P.: Miałem wspaniałego polonistę, mądrego i spokojnego, wspaniałego historyka, matematyka, w liceum muzycznym profesora oboju… Profesor jest bardzo ważny, bardzo często może uszkodzić młodego człowieka, łatwo to zrobić. Miałem też w szkole podstawowej matematyka, który był antypatyczny i niemiły, pamiętam jego twarz. Może sam był nieszczęśliwy i przekazywał to, świadomie czy nieświadomie, uczniom, nie kochał ich. Bo ucznia trzeba kochać, nie miłością udawaną, tylko tak, jak Korczak kochał dzieci. To specjalny związek, trzeba mieć poczucie wielkiej odpowiedzialności.
Sz. C.: A jakim Pan chce być nauczycielem dla swoich studentów? Czego ich nauczyć w pierwszej kolejności?
W. P.: Przede wszystkim ich otworzyć i uwrażliwić na to, co życie niesie. A życie jest nieprzewidywalne, nie do wyreżyserowania. Trzeba ich uodpornić na zło, ale też uwrażliwić na dobro, na to, że życie jest piękne i świat jest piękny, chociaż momentami trudno w to uwierzyć. Trzeba życie przeżyć z takim poczuciem, że się go nie zmarnowało, to jest najważniejsze. Reszta to kwestia losu i przypadków.
Sz. C.: Belfer jest prezentowany w wielkich miastach i małych ośrodkach. Czy widzi Pan różnicę w odbieraniu go przez publiczność? A może liczy się wiek?
W. P.: Nie. Tu przychodzi publiczność, która, mam wrażenie, wie, po co przychodzi. Przede wszystkim ja nie jestem medialnym, serialowym aktorem, nie czuję popularności. Popularność potrafi psuć i nie jest tak bardzo potrzebna: przydaje się tym, którzy zarabiają pieniądze na popularnych aktorach. Wystarczy na sali jeden widz, który wie, po co przyszedł i aktor, który wie, po co do niego mówi i po co gra. W związku z tym bardzo lubię w małych ośrodkach spotykać się z ludźmi, bliska jest mi kultura: nie ta oficjalna, tylko ta, która się rodzi w malutkich miejscach, w szkołach, małych miasteczkach. Nie w Warszawie czy w Krakowie, a tam, gdzie nauczyciele i ludzie zajmujący się kulturą wykonują niezwykłą robotę. Ja to czuję, jestem bardzo szczęśliwy, kiedy spotykam takich ludzi, cieszę się, że jest w nich ta potrzeba przeżywania rzeczy wartościowych, na tak zwanej „prowincji”.
Sz. C.: Na jaki element warsztatu aktorskiego wyczulał się Pan specjalnie? Czy jakiś konkretny wiązał się z odniesieniem sukcesu w aktorstwie?
W. P.: Nigdy o tym nie myślałem i w ogóle się nie zajmowałem sukcesami. Sukces jest wtedy, gdy ja uznam, że coś jest dla mnie ważne. To, co piszą, bardzo często, dzisiaj szczególnie, polega na płytkości i szybkości oceny aktorów… dziennikarze nie znają się na sztuce aktorskiej, więc mylą wszystko. Nie przejmuję się tym, po prostu robię swoje i nad sukcesami nigdy się nie zastanawiałem, bo nie ma to żadnego wpływu na to, co myślę o świecie, o życiu i o człowieku.
Sz. C.: I to bardzo ładna puenta. Dziękuję za rozmowę.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem
Sztajgerowy Cajtung: „Ja wam, k…, pokażę, że będę aktorem!”. Mocne słowa skierował Pan kiedyś do komisji egzaminacyjnej. Czy była w tym chęć zaistnienia, zapadnięcia im w pamięć? Skąd w młodym człowieku pewność, że tak się stanie?
Wojciech Pszoniak: Może nie byłem pewny, że tak się stanie. To była moja reakcja na to, że nie dali mi do końca szansy na egzaminie zaistnieć. W związku z tym był to pewnego rodzaju mój desperacki krzyk. Miałem poczucie, że nie poświęcili mi wystarczająco dużo uwagi. Każdy egzamin, szczególnie w artystycznych dziedzinach, jest sprawą bardzo delikatną. Oni się mną, najprościej mówiąc, nie zainteresowali. Przyjęli na ten rok ludzi, których nazwiska dzisiaj nic by Pani nie powiedziały. Może to była wina zmęczenia, jestem przecież pedagogiem, wiem, jak na egzaminach człowiek się męczy… ale to wielka odpowiedzialność. Nie można odpoczywać sobie w momencie, gdy decyduje się o życiu młodych ludzi: bo to jest element decyzji za młodego człowieka, którym wtedy byłem. Ale w związku z tym, że dali mi szansę, żebym zrozumiał, że jestem mocny i nie dam się, mogę im za to podziękować.
Sz. C.: Twierdzi Pan, że „nie można być dobrym aktorem bez dotknięcia życia”. A jak jest w odwrotną stronę? Czy aktorstwo czegoś uczy, jakoś przydaje się w codziennych sprawach?
W. P.: Myślę, że to zależy od roli i od postaci, jaką się gra. Oczywiście nie mówię o pseudoaktorstwie serialowym czy nawet filmowym, bo w filmach nie ma już dzisiaj sztuki aktorskiej. Sztuka aktorska, jeżeli istnieje, istnieje tylko w teatrze, nie ma innej możliwości… Aktorstwo nie pomaga, bo czy malarzowi pomaga, że maluje? Nie pomaga na takim poziomie myślenia, jeżeli to nie jest robienie min. Bo jeśli ktoś robi miny, to robi miny też w życiu. W drugą stronę to nie działa.
Sz. C.: Gra Pan na różnych instrumentach, między innymi na oboju, klarnecie czy werblu. Jak muzyka przekłada się na to, co Pan robi na scenie?
W. P.: Z muzyką jestem związany, oczywiście teraz już mniej gram, mam mniej okazji, przecież tu trzeba ćwiczyć. Ale matka prowadziła mnie od dzieciństwa do opery. na koncerty, w takiej atmosferze się wychowałem i nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Jako dziecko poszedłem do szkoły muzycznej, muzyka jest stale obecna w moim życiu. Bardzo często zapraszają mnie na czytanie różnego rodzaju tekstów z orkiestrą symfoniczną czy poematów w filharmonii: to część mojego życia artystycznego.
Sz. C.: Teraz będzie pytanie z wysokiego C: ten zawód to dla Pana rzemiosło czy powołanie? Jakie wartości chce Pan przez niego przekazywać?
W. P.: To w ogóle nie jest dla mnie zawód, unikam tego słowa. Zawodowy musi być stolarz, ślusarz, chirurg, pilot samolotu. W sztuce nie ma zawodów. Dzisiaj świat zwariował, zrobił ze wszystkiego produkt, w związku z tym mamy też do czynienia z aktorami-produktami, których popularność przynosi pieniądze: ale to nie ma nic wspólnego ze sztuką. Nie można być zawodowym księdzem ani zawodowym poetą. W sztuce aktorskiej też istnieje natchnienie, aktorzy potrafią być artystami. Pianista może grać na fortepianie, ale nie być artystą. Tak dzieje się, kiedy nie ma indywidualnego, osobistego wkładu w to, co się robi. Nie uważam się za zawodowego aktora. Zawodowi aktorzy to ci, którzy robią reklamy, muszą wypowiedzieć swoje kwestie szybko, wolno, albo zrobić coś w odpowiednim czasie. W sztuce nie ma zawodu, mówi się „zawód”, bo z tego się żyje, ale przecież poeta pisze wiersze, kiedy ma natchnienie, a nie piętnaście wierszy miesięcznie, żeby zarobić pieniądze. W taki sposób to traktuję.
Sz. C.: Gra Pan w różnych językach: po polsku, po angielsku, po francusku i niemiecku. Czy takie granie w różnych językach wymusza na aktorze jakąś zmianę podejścia, czy są różne chwyty do stosowania, albo sposoby oddziaływania na widownię w zależności od kraju?
W. P.: Jesteśmy w zasięgu kultury europejskiej, więc nie ma różnych kodów kulturowych, które zmuszałyby aktora do kompletnie innego podejścia. Repertuar jest podobny. Dotyka się tu rzemiosła, bo żeby być artystą, trzeba umieć grać. Zanim profesor wiolonczeli zostanie wielkim artystą, musi przejść etap tak zwanego zawodu, czyli rzemiosła: musi odpowiednio umieć zagrać: szybko, wolno, głośniej, ciszej. Z językiem jest tak samo: musi Pani nauczyć się języka w taki sposób, żeby nie drażnił, nie przeszkadzał ludziom w przyjmowaniu tego, co Pani będzie gotowa artystycznie przekazać.
Sz. C.: Monodram to gatunek trudny dla aktora, a od widzów w Belfrze wymaga skupienia. Czego oczekuje Pan od swojej publiczności?
W. P.: To jest mój jedyny partner. Istnieje bardzo silny związek widza z aktorem, ja tego potrzebuję i widz tak samo, żeby wytrzymać półtorej godziny… Wie Pani, ja nie jestem Dodą, nie jestem młodą dziewczyną, publiczność nie przychodzi na mnie, żeby się pozachwycać moją urodą, tylko żeby się czegoś dowiedzieć z tej sztuki i z tej roli. Od widza wymaga Belfer zatem uwagi. Potrzebny jest widz, który wie, po co przychodzi. Dzisiaj nie jest to częste, bo ludzie są przyzwyczajeni do różnych medialnych rzeczy, a monodram jest formą skromną, trudną, ale wdzięczną, jeśli jest dobrze zrobiony. Jest wdzięczny i dla aktora, i dla widza. Po spektaklu aktor może mieć wielką satysfakcję, ale widz również.
Sz. C.: Sporo Pan mówi o szacunku do zawodu aktora, a dzisiaj to rzadkie zjawisko. W czym powinno się objawiać? Czy aktor powinien walczyć o to, żeby go dostrzegali, czy postawić na cierpliwość i czekać, aż się uszlachetni z czasem?
W. P.: W ogóle nie powinien się tym zajmować. Jak to w życiu: są ludzie, którzy mają pasję i tacy, którzy pasji nie mają. Jeżeli ma się coś do powiedzenia w tym, co się robi, a dotyczy to nie tylko aktorstwa, a wszystkiego, jeżeli nie jest się jedynie wykonawcą, to jest to pewna filozofia życia, wrażliwość, stosunek do życia i do ludzi, uczenie się rozumienia drugiego człowieka. Aktorstwo nie jest udawaniem czegokolwiek, tylko próbą zrozumienia człowieka, postaci, którą się gra, którą się tworzy. To wiąże się z etyką. Tak jak istnieje etyka duchownego, któremu pewnych rzeczy nie wypada robić, etyka lekarza, tak istnieje etyka artysty. Aktora, który, jeśli posiada poczucie wartości i szuka sensu w tym, co robi, też od razu ma określony w ten sposób punkt widzenia. Nie będzie brał szmiry, nie będzie robił czegoś tylko dla pieniędzy, nie będzie robił byle czego, będzie podchodził do pracy poważnie. To automatycznie wytwarza pewien kod postępowania.
Sz. C.: Na scenie lubi Pan być poważny i dramatyczny, ale też uwielbia błaznować. Jaki rodzaj śmiechu jest Panu w spektaklach najbardziej bliski?
W. P.: Mogę powiedzieć, jaki jest najbardziej odległy i denerwujący… Rechot. Nienawidzę rechotu. W dzisiejszych czasach, mówię o Polsce, ten rechot jest dominujący: to dlatego, że ludzie nie mają czasu, jest niska kultura kabaretów. Śmiech jest mądry, jest potrzebny, Pan Bóg stworzył człowieka, żeby się śmiał, nie dlatego, że miał taki kaprys, ale dlatego, że śmiech jest ważny. Człowiek się śmieje, patrząc na filmy Chaplina czy Bustera Keatona i to jest mądry śmiech. Ale jest też głupi śmiech, czyli tak zwany rechot, w którym o nich nie chodzi. Śmiech przecież może poruszać i wzruszać. I taki śmiech jest mi bliski.
Sz. C.: Belfra gra Pan już od piętnastu lat. Jak zmienia się ten spektakl, jeśli w ogóle?
W. P.: Zmienia się. Teatr ma to w sobie, że może nie jest wieczny, ale jest żywy. Nie gram Belfra regularnie, więc nie mam rutyny. To wspaniały, inteligentny, mądry, śmieszny momentami i tragiczny tekst, który mi pozwala na utrzymanie świeżości. Jak się zmienia, to nie ja mogę powiedzieć, ale zmienia się wraz ze mną, myślę, że piętnaście lat temu był trochę inny. Dalej jest tekstem mądrym, nic z niego nie wyparowuje. Jest żywy, publiczność, która do tej pory to oglądała, przyjmuje go bardzo pozytywnie.
Sz. C.: A czy dzięki Belfrowi jakiś aspekt rzeczywistości stał się dla Pana bardziej zrozumiały?
W. P.: Może nie zrozumiały, ale… aktor może tu uczestniczyć w życiu, obserwując je. Belfer napisany jest bardzo mądrze przez profesora, który wie, co to znaczy być nauczycielem. Myślę, że zawarł tu swoje przeżycia i swoje doświadczenie. Ja też jestem pedagogiem, nie w szkole, nie w liceum, ale też jest to niezwykle ważna praca z młodzieżą. Szkoła to bardzo znaczący moment dla młodego człowieka, powstają tam niezwykłe związki z innymi ludźmi, zapadają istotne decyzje. Pamiętamy wszystkich swoich ulubionych nauczycieli, tych, których ceniliśmy, ale pamiętamy też tych, którzy nie byli dla nas mili i nie dali nam tego wszystkiego. Podstawowe komórki w życiu młodego człowieka to dom i szkoła, dlatego przywiązuję do tego taką wagę. Pamiętam moje przeżycia jako ucznia i próbuję to w roli zmieścić. Sz. C.: A jakiś konkretny nauczyciel na Pana wpłynął? Pamięta Pan swoich belfrów?
W. P.: Miałem wspaniałego polonistę, mądrego i spokojnego, wspaniałego historyka, matematyka, w liceum muzycznym profesora oboju… Profesor jest bardzo ważny, bardzo często może uszkodzić młodego człowieka, łatwo to zrobić. Miałem też w szkole podstawowej matematyka, który był antypatyczny i niemiły, pamiętam jego twarz. Może sam był nieszczęśliwy i przekazywał to, świadomie czy nieświadomie, uczniom, nie kochał ich. Bo ucznia trzeba kochać, nie miłością udawaną, tylko tak, jak Korczak kochał dzieci. To specjalny związek, trzeba mieć poczucie wielkiej odpowiedzialności.
Sz. C.: A jakim Pan chce być nauczycielem dla swoich studentów? Czego ich nauczyć w pierwszej kolejności?
W. P.: Przede wszystkim ich otworzyć i uwrażliwić na to, co życie niesie. A życie jest nieprzewidywalne, nie do wyreżyserowania. Trzeba ich uodpornić na zło, ale też uwrażliwić na dobro, na to, że życie jest piękne i świat jest piękny, chociaż momentami trudno w to uwierzyć. Trzeba życie przeżyć z takim poczuciem, że się go nie zmarnowało, to jest najważniejsze. Reszta to kwestia losu i przypadków.
Sz. C.: Belfer jest prezentowany w wielkich miastach i małych ośrodkach. Czy widzi Pan różnicę w odbieraniu go przez publiczność? A może liczy się wiek?
W. P.: Nie. Tu przychodzi publiczność, która, mam wrażenie, wie, po co przychodzi. Przede wszystkim ja nie jestem medialnym, serialowym aktorem, nie czuję popularności. Popularność potrafi psuć i nie jest tak bardzo potrzebna: przydaje się tym, którzy zarabiają pieniądze na popularnych aktorach. Wystarczy na sali jeden widz, który wie, po co przyszedł i aktor, który wie, po co do niego mówi i po co gra. W związku z tym bardzo lubię w małych ośrodkach spotykać się z ludźmi, bliska jest mi kultura: nie ta oficjalna, tylko ta, która się rodzi w malutkich miejscach, w szkołach, małych miasteczkach. Nie w Warszawie czy w Krakowie, a tam, gdzie nauczyciele i ludzie zajmujący się kulturą wykonują niezwykłą robotę. Ja to czuję, jestem bardzo szczęśliwy, kiedy spotykam takich ludzi, cieszę się, że jest w nich ta potrzeba przeżywania rzeczy wartościowych, na tak zwanej „prowincji”.
Sz. C.: Na jaki element warsztatu aktorskiego wyczulał się Pan specjalnie? Czy jakiś konkretny wiązał się z odniesieniem sukcesu w aktorstwie?
W. P.: Nigdy o tym nie myślałem i w ogóle się nie zajmowałem sukcesami. Sukces jest wtedy, gdy ja uznam, że coś jest dla mnie ważne. To, co piszą, bardzo często, dzisiaj szczególnie, polega na płytkości i szybkości oceny aktorów… dziennikarze nie znają się na sztuce aktorskiej, więc mylą wszystko. Nie przejmuję się tym, po prostu robię swoje i nad sukcesami nigdy się nie zastanawiałem, bo nie ma to żadnego wpływu na to, co myślę o świecie, o życiu i o człowieku.
Sz. C.: I to bardzo ładna puenta. Dziękuję za rozmowę.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
poniedziałek, 29 lipca 2019
Niepodległość słoików
Poruszanie synapsami
Jak to działa? Bardzo prosto. Czasami lalka przywlecze za sobą animatora. Animator wkłada rękę w mózg lalki, steruje synapsami i już. Rafał Rutkowski w stand-upowym wstępie do Niepodległości słoików wytłumaczy niewtajemniczonym kim jest słoik, ale też: jak oglądać widowisko muppetów. Przy okazji zwróci też uwagę na kwestie techniczne, sam w tym spektaklu jest realizatorem światła, kiedy znika jako postać, udaje się za pulpit ustawiony na scenie, żeby budować klimat opowieści. Z kolei z trzymanego w ręce telefonu puszcza muzykę. Nie dość, że jako stand-uper wprowadza publiczność w temat i przywołuje na scenę różnych bohaterów, to jeszcze zamienia się w animatora wydarzeń. Prowadzi między innymi terapię pozytywną i podpowiada słoikom, co mają robić, żeby poradzić sobie z rzeczywistością w stolicy.
Ile postaci, tyle pomysłów, każdy znajduje inny sposób na siebie. Wałszawska syłenka, symbol miasta, Pałac Kultury i Nauki, czy Pan Prezydent, ale i zupełnie zwyczajni przedstawiciele społeczeństwa. Do Warszawy przybywa Tania, Ukrainka zajmująca się sprzątaniem. Tania zwykle siedzi na mopie (wzorem dawnych czarownic), jedną dłoń (połączoną z dłonią Heleny Radzikowskiej) ma w rękawiczce gumowej, zawsze gotowa do czyszczenia i pokonywania brudu. Kiedy ma dość, zaśpiewa protest song, paląc papierosa. Białostocki Podlaski Śledź natomiast widzi swoją szansę w polityce. Skrajnie prawicowe poglądy przetyka zabawami słownymi („byłem na fali”). Wydaje rozkazy, jest niezłomny i nieustraszony. Myśleć nie musi, wystarczy mu siła. O ile Podlaski Śledź chce się wybić, o tyle Mariusz z Ożarowa próbuje się ukryć. Nie dlatego, że jeździ na wózku. Jego strategia polega na szukaniu niezgodnych z przepisami rozwiązań. Tam, gdzie niepełnosprawnym stawia się jakieś bariery, tam Mariusz z Ożarowa dotrze, żeby wywołać awanturę i wyciągnąć dla siebie wysokie odszkodowanie. Jako jeden z nielicznych ma szansę na zrobienie kariery. Na osobną uwagę zasługuje Prowincjonalny Aktor, próbujący robić karierę wśród homoseksualistów-reżyserów.
Każda z postaci ma swoje solowe wystąpienie, czas na prezentację i na zwierzenia (co czasami przeradza się w sesję psychoterapeutyczną). Jednak iskrzyć pomiędzy nimi zaczyna dopiero wtedy, gdy wchodzą ze sobą w interakcję. I tak Warszawska Syrenka oraz Podlaski Śledź mogą z racji podobieństw fizycznych rozpocząć romans-tarło. Kwintesencją rozrywki jest tu parodia występu Fashionistki (Paulina Moś): w tym fragmencie na scenie pojawia się cała Papahema i pracuje jak Papahema, zamieniając się w jeden organizm. Tu zabawa formą najlepiej ujawnia kunszt i pomysły tego zespołu.
Ponieważ tekst Niepodległości słoików nie jest specjalnie wciągający (są w nim fajne momenty, ale są też niestety dłużyzny), uwaga automatycznie przenosi się na samych aktorów. I tu panowie z Papahemy wiodą prym: przy Mariuszu z Ożarowa można zapomnieć, że animuje go Mateusz Trzmiel, z kolei Paweł Rutkowski proponuje dwie skrajnie różne role jako Podlaski Śledź i Prowincjonalny Aktor. Nie chodzi tu jedynie o przekonujące poruszanie lalkami, ale też o zabawy głosem i… charakterami postaci.
Z zestawu jednostkowych wyznań nie stworzy się pełnowartościowej historii, ale Niepodległość słoików funkcjonować może jako ciekawy głos na młodej scenie teatralnej.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 28 lipca 2019
Montownia: Quo vadis
Zemsta belfrów
Na ziemi węgla i modrej kapusty, na ziemi, która pozwala odetchnąć świeżym powietrzem (w odróżnieniu od zatęchłej Warszawy), zbudowany został starożytny Rzym. Zbudowany został właściwie jedną styropianową kolumną, niezbyt wysoką, ale wystarczającą do zasugerowania przestrzeni. W sumie skoro o scenografii mowa, to i tak jak na Montownię jest imponująca: podesty na różnych wysokościach (raz zamienią się w scenę, raz w rewiowe schody, a raz w… ukryty dom Piotra rybaka, pierwszego ucznia Chrestosa: miejsce tajnych spotkań pierwszych chrześcijan). Podesty tworzą piętro, które umożliwia jednoczesną obserwację różnych planów przestrzeni i sugerują boskość pięknej Ligii, która objawia się, niczym Matka Boska, nad zaskoczonymi Rzymianami. Pod podestem tepidarium (pomieszczenie między łaźnią a pokojem kąpieli gorących, jak dowiedzą się w pierwszych słowach widzowie), namiot, albo komnaty, w których przebywa Cezar. Do tego klatka dla lwów, żeby zamienić scenę w arenę igrzysk. Zresztą: co tylko będzie potrzebne, to wyczaruje się z teatralnych rozwiązań. Kufer na rekwizyty jest wanną (ma nawet prysznic) albo stołem mikserskim dla DJ-a, statyw na mikrofon jest statywem (i nikogo nie dziwi jego istnienie w starożytnym Rzymie). To przecież Montownia: minimum scenografii, minimum rekwizytów, za to mnóstwo zabawy. Na scenie pojawi się nawet basen. Rekwizytowa i kostiumowa asceza cieszy: tu role zmieniają się w zależności od przywdzianego nakrycia głowy, obcisłe giezło Rutkowskiego jest raz suknią Ligii Kaliny, raz zbroją dowódcy pretorianów. Maciej Wierzbicki może być Cezarem (kiedy na głowie ma wieniec z liści laurowych) albo niewolnicą-niewolnikiem Eunice (kiedy przykuty jest do kuli; ale ta kula w mgnienie oka stać się może kulą do przepowiadania przyszłości), swoją drogą rekord metamorfozy scenicznej dzielą ze sobą Rutek i Wierzba: ten pierwszy zmienia się z dowódcy pretorian w Ligię przez zdjęcie hełmu, ten drugi schodzi ze sceny jako Cezar i natychmiast wyłania się zza parawanu jako Eunice. Siłacz Kroton przedstawiony został jako karateka, który pokonuje przeciwników bez dotykania ich (a na wstępie rozbija głową „beton”), za to Ursus ma koturny i za krótki statyw. O pomysłach na wykorzystanie pojawiających się na scenie przedmiotów można by pisać w nieskończoność. A przecież tu liczy się też historia.
Historia wiernie przejmowana od Henryka Sienkiewicza. Może tylko ze zmodyfikowanymi punktami kulminacyjnymi. Sama powieść Quo vadis wydawała się kompletnie niesceniczna i w zapowiedziach Montowni pojawiła się jako żart. Jednak do adaptacji tekstu doszło, a mogło się to udać tylko z przymrużeniem oka. W spektaklu będzie wielka miłość Marka Winnicjusza do Ligii Kaliny, będą prześladowania pierwszych chrześcijan, będzie spalenie Rzymu i igrzyska, będzie Ligia na byku. Wszystko, co najważniejsze w powieści. Tyle że na wesoło, albo, jak kto woli, prześmiewczo. Dopisane do Sienkiewicza zostały piosenki, każda w innym stylu, każda podbijająca komizm. Rafał Rutkowski i Marcin Perchuć na wstępie intonują duet na wzór Dumki na dwa serca, Neron śpiewa „bo ja jestem, proszę państwa, zajebisty”, kiedy Rzymianie skaczą i tańczą pod sceną, przepis na rybę po grecku zamienia się w hit z Ulicy Sezamkowej rodem, Lew z in vitro ma fryzurę Tiny Turner, pierwsi chrześcijanie śpiewają gospel, a do flamenco w ogóle trafia „La Sztygarka”. Piosenka o miłości (lub zabójstwie) to parodia Arki Noego. W tym świecie przenikają się aktualne pomysły z imitowaniem przeszłości: dlatego też orgii w stylu starożytnych Rzymian towarzyszy muzyka techno. Kolaż gatunków i teatralnych cytatów sprawdza się tu znakomicie, Montownia wykorzystuje między innymi zabawy pantomimą, bezustannie rozbija patos (kiedy Winnicjusz ryje wiadomość dla Petroniusza, robi błąd ortograficzny w swoim nazwisku), tytułowe pytanie wyzwala kolejne: kto ma nieść GPS. Każdy przedmiot, który pojawi się na scenie, jest ogrywany na różne sposoby, klatka dla lwów na przykład na moment stanie się harfą. Chociaż akcja rozgrywa się błyskawicznie (spektakl trwa godzinę i jest faktycznie esencją dowcipu), udaje się aktorom Montowni bez problemu wskazywać rodzaje relacji między postaciami i błyskawicznie szkicować charaktery. Czy to podlizywanie się Neronowi i odpowiadanie na jego kaprysy, czy pożądanie narastające między Markiem Winnicjuszem i Ligią, czy radość i naiwna wiara pierwszych chrześcijan: wszystko jest tu satyryczne, ale też wiarygodne. Prześmiewczość nie psuje radości ze śledzenia opowieści. Zdarzają się kreskówkowe skróty czasowe, a całość bazuje na przerysowaniu, ale to wszystko zrobione jest wdzięcznie i z pomysłem. Na scenie doskonale bawi się Montownia, na widowni doskonale bawi się publiczność: to najlepsza odpowiedź na pytanie, dlaczego Montowniacy są stałymi gośćmi Chorzowskiego Teatru Ogrodowego.
A na czym polega zemsta belfrów? Jeśli ktoś nie przeczytał Quo vadis wtedy, kiedy zadał mu taką lekturę nauczyciel i po spektaklu Montowni zechce nadrobić zaległości czytelnicze, już zawsze Ligia Kalina będzie dla niego mieć uduchowioną twarz grającego piękną dziewicę Rafała Rutkowskiego. I dobrze.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
poniedziałek, 22 lipca 2019
rozmowa z postaciami z Niepodległości słoików
Apetyt na role
rozmowa z postaciami z Niepodlegości słoików
Sztajgerowy Cajtung: Jaka jest Wasza definicja słoika?
Niedźwiedź Zakopiański: Słoik to nie puszka. I nie flaszka. To jest dla mnie najważniejsze, bo zostałam słoikiem, żeby uporać się z nałogiem.
Mariusz z Ożarowa: Proszę pani, idąc za definicją Słownika Języka Polskiego, „słoik” to „mały słój”… I o co tu tyle zamieszania. Pytam. O co?!
Celebrytka: You mean jar?
Tania: „Sto wiorst, nie droga, sto rubli, nie pieniądz, sto gram, nie wódka”.
Prowincjonalny Aktor: „Słoik” to określenie na wspaniałe, nowoprzybyłe do Warszawy osoby, które swoimi tradycjami i folklorem wzbogacą naszą kochaną stolicę.
Sz. C.: Jakie macie porady dla słoików?
Prowincjonalny Aktor: Nie bójcie się siebie!
Niedźwiedź Zakopiański: W dużym mieście wszystko jest możliwe, więc spełniajcie swoje marzenia! I pamiętajcie: karma wraca.
Mariusz z Ożarowa: Gorąco polecam zakupy w dyskontach Biedronki: fajna oferta, a i klimatyzacja jest. Warto.
Celebrytka: Nobody knows you? You can be everybody!
Pan Prezydent: Idźcie na wybory. A jeśli wylądujecie w Ameryce, nie próbujcie robić stand-upów przed Trumpem.
Tania: Nie wtapiajcie się w tłum, niczym guma w chodnik.
Pałac Kultury: Dajcie spokój z tymi selfiakami ze mną w tle. Ileż można. Na Boga!
Podlaski Śledź: Dla słoików radzę, by przemyślały opcję rozbiórki tego Pajaca z antenką na głowie, co tak sterczy dumnie w centrum i się świeci na tęczowo. Rozbierzcie wszystko, co tęczowe (bez podtekstów, oczywiście!).
Sz. C.: Kto Was animuje?
Pan Prezydent: Niestosowne pytanie.
Syrenka: Jakaś baba z wadą wymowy. Z góry przepraszam za niedogodności.
Niedźwiedź Zakopiański: Mój terapeuta.
Prowincjonalny Aktor: Przyznaję: na prowincji animował mnie dyrektor teatru, w Warszawie… nie mogę powiedzieć, kto mi tam ręce wsadza, to mógłby być skandal, Pudelek nie śpi… Albo dobra! Rafał Rutkowski. Pozdrawiam jego żonę, Magdę. :)
Celebrytka: Ja się animuję on my own!
Mariusz z Ożarowa: Mateusz, generalnie w porządku człowiek. Zgrabnie to robi.
Pałac Kultury: Animują mnie przeróżni warszawiacy, ci rdzenni, choć ich to jak na lekarstwo, ale ci przyszywani. Czasem pijani, czasem trzeźwi, młodzi, starzy, grubi i ładni, a i zagraniczna wycieczka się trafi… i tak to się jakoś kręci.
Podlaski Śledź: Koleś, co twierdzi, że jest z Podlasia, ale naciągane to jego zaciąganie. Nie ufam dla typa.
Tania: Nikt. Nie jestem muppetem.
Sz. C.: Gdzie planujecie robić karierę po zakończeniu tego, co robicie teraz?
Podlaski Śledź: Dla mnie najlepsza kariera w oceanie.
Prowincjonalny Aktor: Co za głupie pytanie... Hollywood!!! Miałem już spotkanie z Tarantino.
Tania: W Opolu albo Sopocie.
Syrenka: Marzy mi się Europarlament, taki przytulny mandacik.
Mariusz z Ożarowa: Wstyd się przyznać, ale ostatnimi czasy kręci mnie burleska… Grażynka próbuje wybić mi to z głowy, ale coś mnie łupie w kościach, że sekcja gimnastyczno-akrobatyczna jakiegoś zachodniego show po prostu mnie potrzebuje. I już.
Celebrytka: Warsaw vloger to never ending story!
Pałac Kultury: Kiedy tylko przestanę być Pałacem Kultury, założę fundację działającą na rzecz walki z hejtem w stosunku do Bogu ducha winnych budynków.
Sz. C.: Z jakimi nadziejami przybyliście do stolicy?
Syrenka: Oficjalnie? Za karierą. Prywatnie? Stabilizacja...
Pałac Kultury: Myślałem, że będę symbolem idei jedności państw. Ech…
Podlaski Śledź: Liczyłem, że uda mi się zrobić porządek w tym zgniłym od genderu mieście. Niestety spotkałem taką jedną....
Sz. C.: Co byście w swoich kreacjach zmienili?
Prowincjonalny Aktor: Nic? Jest zajebista?
Pan Prezydent: Kostium. Następnym razem wybiorę Żubra.
Syrenka: Popracowałabym nad wymową.
Podlaski Śledź: Więcej tarła.
Celebrytka: Ja know fashion.
Pałac Kultury: Elewację na wysokości 32. piętra, gdzieś w okolicy lewej łopatki… Ach, nic, kochani, nic bym nie zmieniał, za bardzo siebie… kocham. No i już.
Mariusz z Ożarowa: Wózek, do cholery, przecież na tym to się normalnie nie da. Bardzo mało zwrotny dziad. Bardzo.
Sz. C.: O jakich rolach marzycie?
Syrenka: Rolach społecznych i życiowych.
Celebrytka: Rollercoaster, you know?
Prowincjonalny Aktor: O wszystkich. Mam ogromny apetyt na reżyse... na role! Na role, oczywiście...
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z postaciami z Niepodlegości słoików
Sztajgerowy Cajtung: Jaka jest Wasza definicja słoika?
Niedźwiedź Zakopiański: Słoik to nie puszka. I nie flaszka. To jest dla mnie najważniejsze, bo zostałam słoikiem, żeby uporać się z nałogiem.
Mariusz z Ożarowa: Proszę pani, idąc za definicją Słownika Języka Polskiego, „słoik” to „mały słój”… I o co tu tyle zamieszania. Pytam. O co?!
Celebrytka: You mean jar?
Tania: „Sto wiorst, nie droga, sto rubli, nie pieniądz, sto gram, nie wódka”.
Prowincjonalny Aktor: „Słoik” to określenie na wspaniałe, nowoprzybyłe do Warszawy osoby, które swoimi tradycjami i folklorem wzbogacą naszą kochaną stolicę.
Sz. C.: Jakie macie porady dla słoików?
Prowincjonalny Aktor: Nie bójcie się siebie!
Niedźwiedź Zakopiański: W dużym mieście wszystko jest możliwe, więc spełniajcie swoje marzenia! I pamiętajcie: karma wraca.
Mariusz z Ożarowa: Gorąco polecam zakupy w dyskontach Biedronki: fajna oferta, a i klimatyzacja jest. Warto.
Celebrytka: Nobody knows you? You can be everybody!
Pan Prezydent: Idźcie na wybory. A jeśli wylądujecie w Ameryce, nie próbujcie robić stand-upów przed Trumpem.
Tania: Nie wtapiajcie się w tłum, niczym guma w chodnik.
Pałac Kultury: Dajcie spokój z tymi selfiakami ze mną w tle. Ileż można. Na Boga!
Podlaski Śledź: Dla słoików radzę, by przemyślały opcję rozbiórki tego Pajaca z antenką na głowie, co tak sterczy dumnie w centrum i się świeci na tęczowo. Rozbierzcie wszystko, co tęczowe (bez podtekstów, oczywiście!).
Sz. C.: Kto Was animuje?
Pan Prezydent: Niestosowne pytanie.
Syrenka: Jakaś baba z wadą wymowy. Z góry przepraszam za niedogodności.
Niedźwiedź Zakopiański: Mój terapeuta.
Prowincjonalny Aktor: Przyznaję: na prowincji animował mnie dyrektor teatru, w Warszawie… nie mogę powiedzieć, kto mi tam ręce wsadza, to mógłby być skandal, Pudelek nie śpi… Albo dobra! Rafał Rutkowski. Pozdrawiam jego żonę, Magdę. :)
Celebrytka: Ja się animuję on my own!
Mariusz z Ożarowa: Mateusz, generalnie w porządku człowiek. Zgrabnie to robi.
Pałac Kultury: Animują mnie przeróżni warszawiacy, ci rdzenni, choć ich to jak na lekarstwo, ale ci przyszywani. Czasem pijani, czasem trzeźwi, młodzi, starzy, grubi i ładni, a i zagraniczna wycieczka się trafi… i tak to się jakoś kręci.
Podlaski Śledź: Koleś, co twierdzi, że jest z Podlasia, ale naciągane to jego zaciąganie. Nie ufam dla typa.
Tania: Nikt. Nie jestem muppetem.
Sz. C.: Gdzie planujecie robić karierę po zakończeniu tego, co robicie teraz?
Podlaski Śledź: Dla mnie najlepsza kariera w oceanie.
Prowincjonalny Aktor: Co za głupie pytanie... Hollywood!!! Miałem już spotkanie z Tarantino.
Tania: W Opolu albo Sopocie.
Syrenka: Marzy mi się Europarlament, taki przytulny mandacik.
Mariusz z Ożarowa: Wstyd się przyznać, ale ostatnimi czasy kręci mnie burleska… Grażynka próbuje wybić mi to z głowy, ale coś mnie łupie w kościach, że sekcja gimnastyczno-akrobatyczna jakiegoś zachodniego show po prostu mnie potrzebuje. I już.
Celebrytka: Warsaw vloger to never ending story!
Pałac Kultury: Kiedy tylko przestanę być Pałacem Kultury, założę fundację działającą na rzecz walki z hejtem w stosunku do Bogu ducha winnych budynków.
Sz. C.: Z jakimi nadziejami przybyliście do stolicy?
Syrenka: Oficjalnie? Za karierą. Prywatnie? Stabilizacja...
Pałac Kultury: Myślałem, że będę symbolem idei jedności państw. Ech…
Podlaski Śledź: Liczyłem, że uda mi się zrobić porządek w tym zgniłym od genderu mieście. Niestety spotkałem taką jedną....
Sz. C.: Co byście w swoich kreacjach zmienili?
Prowincjonalny Aktor: Nic? Jest zajebista?
Pan Prezydent: Kostium. Następnym razem wybiorę Żubra.
Syrenka: Popracowałabym nad wymową.
Podlaski Śledź: Więcej tarła.
Celebrytka: Ja know fashion.
Pałac Kultury: Elewację na wysokości 32. piętra, gdzieś w okolicy lewej łopatki… Ach, nic, kochani, nic bym nie zmieniał, za bardzo siebie… kocham. No i już.
Mariusz z Ożarowa: Wózek, do cholery, przecież na tym to się normalnie nie da. Bardzo mało zwrotny dziad. Bardzo.
Sz. C.: O jakich rolach marzycie?
Syrenka: Rolach społecznych i życiowych.
Celebrytka: Rollercoaster, you know?
Prowincjonalny Aktor: O wszystkich. Mam ogromny apetyt na reżyse... na role! Na role, oczywiście...
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 21 lipca 2019
rozmowa z Rafałem Rutkowskim
Drink z Quo vadis
rozmowa z Rafałem Rutkowskim
Sztajgerowy Cajtung: Ludzie masowo wypożyczają Quo vadis, biedne dzieci nie mają co czytać, społeczeństwo upada moralnie i to wszystko jak zwykle przez Was. Co chcieliście przez Quo vadis osiągnąć?
Rafał Rutkowski: Na końcu Quo vadis mówimy głośno, żeby młodzież, broń Boże, nie czerpała wiedzy z naszego przedstawienia. Nasz spektakl nie jest tak zwanym brykiem lekturowym. Zdarza się, że na Quo vadis przychodzą do nas szkoły i nauczyciele są bardzo rozczarowani… a uczniowie wręcz przeciwnie. Chcieliśmy tak naprawdę zrobić to w stylu montypythonowskim, trochę inspirowałem się Świętym Graalem i trochę Żywotem Briana, bo Quo vadis to jest taki nasz polski Żywot Briana. Przeczytałem tę książkę drugi raz w życiu, gdy robiłem adaptację: powieść Sienkiewicza jest, moim zdaniem, bardzo słaba, wręcz nudna, natomiast spektakl to wyciśnięcie esencji. Na początku nasza adaptacja miała 72 strony, skończyło się na 12 czy na 13, więc jest to esencja. Esencja purenonsensowa, pikantna, taki dobry drink z Quo vadis.
Sz. C.: A czytałeś w szkole pilnie lektury?
R. R.: Nie, nie czytałem pilnie lektur, wręcz przeciwnie. Nie byłem zbyt pilnym uczniem, jeśli o to chodzi. Quo vadis przeczytałem w gorączce, w chorobie, chyba nawet pod koniec podstawówki. Pamiętam, że wtedy ta książka bardzo mi się podobała, pokazywała bohaterstwo chrześcijan, ich cierpienie, szlachetną Ligię i tyrana Nerona. Kiedy czytałem ją drugi raz, żeby zrobić adaptację, śmiałem się do rozpuku: ta książka jest tak śmieszna i tak strasznie naiwna. Gdybym miał wtedy wiedzę i doświadczenie życiowe, które mam dzisiaj, pewnie przy lekturze też bym się śmiał. Z innych lektur: bardzo lubiłem Krzyżaków, fascynowałem się tą książką, przeczytałem ją kilkakrotnie. Tak samo Chłopców z Placu Broni czytałem z wielką chęcią. Z resztą miałem problem.
Sz. C.: Przenieśliście na scenę coś, czego nie da się przenieść na scenę. Jak?
R. R.: To było nasze zadanie: żeby widzowie przyszli i zobaczyli te najważniejsze momenty Quo vadis, których nawet kino polskie nie dźwignęło, jak pamiętasz: bo film był słaby. U nas są wszystkie najważniejsze momenty Quo vadis i wszystko, z czego Quo vadis słynie, można zobaczyć na scenie, bo taka jest filozofia Montowni. Pokazujemy na scenie rzeczy, których bałyby się pokazać największe sceny świata. My używamy do tego poczucia humoru, wyobraźni i żartu.
Sz. C.: A walczycie między sobą o role, czy wiadomo od początku, kto co zrobi najlepiej, czyli, na przykład, że Ty będziesz Ligią?
R. R.: To, że ja jestem Ligią, to był wybór dość poważny. Ligia w powieści Sienkiewicza jest postacią idealną, skromną, szlachetną… takich kobiet nie ma na świecie, żadna aktorka by tego nie dźwignęła, nie ma szans. Poszliśmy więc w drugą stronę i uznaliśmy, idąc za teatrem greckim, że wszystkie postaci kobiece zagrają mężczyźni. Taki prosty myk pozwolił mi wcielić się w Ligię, szlachetną i wspaniałą chrześcijankę.
Sz. C.: A reszta nie zazdrościła?
R. R.: Nie, bo reszta też miała ciekawe role do zagrania. Wierzba zagrał Lwa, Szlachetnego i przystojnego Winnicjusza gra Adaś Krawczuk, a na przykład Ursusa, słynnego siłacza, gra Marcin Perchuć, który zresztą jest wyższy, mógł sobie zagrać nie chuchro, tylko hipermana. Myślę, że każdy dostał naprawdę fajną rolę.
Sz. C.: Czy Montownia jest w ogóle do wyreżyserowania, czy jakiś reżyser przy Was się poddał?
R. R.: Montownia jest do wyreżyserowania, ale musimy mieć reżysera-komandosa, który nas ogarnie. Reżyser o słabym charakterze może nie dźwignąć tego tematu i możemy go przekabacić na swoją stronę. Nie jesteśmy łatwym zespołem do wyreżyserowania, ale jeśli ktoś ma na nas patent, wie jak to zrobić, to na końcu może być bardzo zadowolony.
Sz. C.: Jaki macie sposób na wypalenie artystyczne? Istnieje coś takiego w Montowni?
R. R.: Tak! Wypalenie artystyczne to jest w ogóle cecha zawodu. Natomiast my w Montowni od początku szukaliśmy różnych dróg i różnych stylów, inspirowaliśmy się literaturą, dramatem, ludźmi, dobieraliśmy sobie gości, z którymi graliśmy, zmienialiśmy sceny… Każdy z nas robi różne rzeczy indywidualnie. Dużo robimy, dzięki czemu nie nudzimy się, bo, wiesz, wypalenie wynika też z nudy albo z rutyny czy powtarzalności, a my tego nie mamy, więc na razie nam to nie grozi, spoko.
Sz. C.: A jest jakiś aspekt aktorstwa, z którym sobie nie radzisz, albo który przewalczyłeś po trudach?
R. R.: Trudno powiedzieć… W Montowni robimy spektakle w swoim stylu: one są dostosowane do naszych osobowości i do naszego rozumienia świata, w nich jest dystans, humor, metafora i tak dalej. Nie lubię aktorstwa wprost, trudno mi się odnaleźć w aktorstwie, które jest obecne w polskich telenowelach. To aktorstwo, które jest wypowiadaniem kwestii bez emocji, wypowiadaniem tekstu prawie na biało. Jestem aktorem charakterystycznym, więc ciężko mi zaakceptować taką nijakość, która teraz jest chętnie eksponowana. Nie lubię jakości takiego grania-niegrania. Kiedy coś robię, staram się znaleźć znak, znaczenie, nie umiem zagrać bez tego. Tak zwane „czytanie na głos”? W tym bym się nie odnalazł.
Sz. C.: Widzowie nie mają szans dostrzec Waszych wpadek, skoro się ciągle na scenie bawicie. Pamiętasz jakieś spektakularne wpadki?
R. R.: Tak, było ich sporo! Ale są trzy rodzaje wpadek. Jedne wynikają z niespotykanych zdarzeń, kiedy coś stanie się ze scenografią czy rekwizytem, drugie, że się zapomina tekstu, ma się „dziurę w głowie” i trzeba improwizować, a trzecie, kiedy aktor zgotuje się na scenie, nagle go coś rozśmieszy, czasami coś zupełnie absurdalnego, o czym widz nie ma zielonego pojęcia. Z ciekawych wpadek… graliśmy kiedyś Szelmostwa Skapena, gramy tam w skrzyni, na skrzyni, obok skrzyni… i nagle urwało się wieko. Musieliśmy je przytrzymywać, otwierając i zamykając skrzynię. Wszystkie sceny przereżyserowaliśmy tak, żeby trzymać wieko. Z innych rzeczy… kiedyś Marcin dramatycznie skaleczył się w palec, lała mu się krew, grał więc tak, żeby widzowie nie zauważyli jego zakrwawionej ręki, owijał ją jakąś szmatą, która była rekwizytem, żeby tylko publiczność się nie przestraszyła. Graliśmy kiedyś Transatlantyk z opuszczaną sceną. Scena się opuściła, ale już nie podniosła z powrotem, więc pół spektaklu graliśmy z dziurą w scenie, musieliśmy ją omijać. I parę razy zgotowaliśmy się tak ze śmiechu, że widzowie się zarażali śmiechem i dostawaliśmy brawa, bo nie mogliśmy grać dalej.
Sz. C.: Wykorzystujecie w Quo vadis bardzo teatralne i „techniczne” rekwizyty…
R. R.: Zasadą scenografii do Quo vadis było to, że wykorzystujemy rzeczy typowo teatralne: podesty, jeżdżący case, taki kufer na rekwizyty. Drobne elementy, sugerujące, że akcja dzieje się w starożytnym Rzymie to jakaś styropianowa kolumna, hełm gladiatora, ale raczej stroje są bardzo umowne i typowo Montowniane, czyli jednym znakiem, na przykład zmianą czapki, pokazujemy, kim jesteśmy czy gdzie się akcja dzieje. To trochę powrót do naszych Szelmostw Skapena, dellartowski styl, w rekwizytach też to widać.
Sz. C.: Nie obrażacie przypadkiem czyichś uczuć, skoro to teraz takie modne?
R. R.: Czasami zdarza nam się tym spektaklem obrazić uczucia, nie ukrywam, ale powiem, że to już wina Sienkiewicza, a nie nasza. To on tak napisał książkę, a nie my, my tylko powtarzamy jego słowa. Oczywiście tam jest walka Nerona i pogańskich Rzymian z wczesnymi chrześcijanami, to był dla nas ważny aspekt. Pokazujemy i jednych, i drugich, ale obie strony w dość zabawny sposób, śmiejąc się z tego. Sienkiewicz napisał to bardzo pompatycznie, my robimy to popowo i komiksowo. Młodzieży się podoba, paru zakonnicom podobało się mniej.
Sz. C.: Jak wyglądało Quo vadis na tydzień przed premierą?
R. R.: Nie wyglądało w ogóle. Nie było tego spektaklu na tydzień przed premierą, on powstał na trzeciej generalnej. Ten spektakl nie miał sztywnego scenariusza, do ostatniej chwili szukaliśmy pomysłów, rozwiązań na scenę, mocowaliśmy się z nim do końca. Efekt był zresztą super, bo poza scenami mówionymi jest tam element musicalu, mamy piosenki… To wszystko montowało się do ostatniej chwili, ale tak to jest w Montowni, że walczymy o najlepszy efekt do końca i rzutem na taśmę ten spektakl stworzyliśmy. Potem okazało się, że to, że walczyliśmy do końca, wyszło nam na dobre, jesteśmy zadowoleni.
Sz. C.: Show-biznes nie narzuca Ci swoich reguł, raczej Ty jemu. Co w tej machinie Ci się podoba?
R. R.: Z show-biznesem jest tak, że jego reguły w Polsce są dość dziwne, wygląda to trochę inaczej niż sobie myślimy, jak wygląda. Są elementy show-biznesu, w których ja się dobrze czuję, które lubię i w których działam, ale są i takie, których nie tyle nie rozumiem, co nie są dla mnie. Show-biznes to nie tylko działalność artystyczna, ale też pewien sposób uprawiania polityki, bywania… Trzeba umieć czasami grać w różne gry w show-biznesie, mnie nie zawsze się chce, nie zawsze mi się to podoba. Z drugiej strony nie tęsknię do takiego show-biznesu typu celebryckiego. Ocieram się, oczywiście, ale mnie to nie kręci.
Sz. C.: O czym musiałby pamiętać autor, który pisze dla Ciebie?
R. R.: Powinien pamiętać o tym, że ja jestem aktorem charakterystycznym i że wyglądam jak wyglądam, a kiedy wychodzę na scenę i mówię, to to od razu nabiera pewnego znaczenia. Nie da się ze mnie zrobić teflonowego aktora, jestem znakiem. Musi pamiętać o tym, że ja na scenie od razu coś znaczę, jeszcze przy mojej vis comica i charakterystycznym sposobie poruszania się… Jeśli autor o tym wie, to może zrobić dużo rzeczy, jeśli nie wie, to może się pomylić, bo gdybym na przykład miał zagrać Marka Winnicjusza, to wyszłoby zabawnie. Ale jeśli tak akurat miałoby być, to proszę bardzo.
fragment do wywiadu z Papahemą:
Sz. C.: Jak Ci się gra w otoczeniu lalek?
R. R.: Super! Z lalkami gra się genialnie, a szczególnie z lalkami animowanymi przez świetnych lalkarzy, jakimi są Papahema. Z lalką gra się trudno, bo jest niebywale prawdziwa. Jeżeli lalka potrafi przekazać jakieś emocje, to aktor żywego planu jest od niej słabszy. Lalka może pobudzić wyobraźnię w taki sposób, w jaki aktor nie da rady, jest fantastycznym przekaźnikiem. To duży challenge i wyzwanie, ja to lubię, bardzo mi się to podoba, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mógł to zrobić. Ale to, co zrobiliśmy z Papahemą, to było spełnienie moich marzeń.
Sz. C.: Kto Cię animuje?
R. R.: Mnie animuje, jak jest dobry tekst, fajna ekipa… to wyzwala pokłady kreatywności. Poza tym staram się animować sam, zresztą Teatr Montownia na tym polega: sami się animujemy.
Sz. C.: Chcesz być dla młodszych kolegów guru?
R. R.: Absolutnie nie. Działamy po partnersku, oni czerpią z naszego doświadczenia, my z ich młodzieńczego poweru i rzucania się z apetytem na nowe rzeczy. To wymiana w obie strony.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Rafałem Rutkowskim
Sztajgerowy Cajtung: Ludzie masowo wypożyczają Quo vadis, biedne dzieci nie mają co czytać, społeczeństwo upada moralnie i to wszystko jak zwykle przez Was. Co chcieliście przez Quo vadis osiągnąć?
Rafał Rutkowski: Na końcu Quo vadis mówimy głośno, żeby młodzież, broń Boże, nie czerpała wiedzy z naszego przedstawienia. Nasz spektakl nie jest tak zwanym brykiem lekturowym. Zdarza się, że na Quo vadis przychodzą do nas szkoły i nauczyciele są bardzo rozczarowani… a uczniowie wręcz przeciwnie. Chcieliśmy tak naprawdę zrobić to w stylu montypythonowskim, trochę inspirowałem się Świętym Graalem i trochę Żywotem Briana, bo Quo vadis to jest taki nasz polski Żywot Briana. Przeczytałem tę książkę drugi raz w życiu, gdy robiłem adaptację: powieść Sienkiewicza jest, moim zdaniem, bardzo słaba, wręcz nudna, natomiast spektakl to wyciśnięcie esencji. Na początku nasza adaptacja miała 72 strony, skończyło się na 12 czy na 13, więc jest to esencja. Esencja purenonsensowa, pikantna, taki dobry drink z Quo vadis.
Sz. C.: A czytałeś w szkole pilnie lektury?
R. R.: Nie, nie czytałem pilnie lektur, wręcz przeciwnie. Nie byłem zbyt pilnym uczniem, jeśli o to chodzi. Quo vadis przeczytałem w gorączce, w chorobie, chyba nawet pod koniec podstawówki. Pamiętam, że wtedy ta książka bardzo mi się podobała, pokazywała bohaterstwo chrześcijan, ich cierpienie, szlachetną Ligię i tyrana Nerona. Kiedy czytałem ją drugi raz, żeby zrobić adaptację, śmiałem się do rozpuku: ta książka jest tak śmieszna i tak strasznie naiwna. Gdybym miał wtedy wiedzę i doświadczenie życiowe, które mam dzisiaj, pewnie przy lekturze też bym się śmiał. Z innych lektur: bardzo lubiłem Krzyżaków, fascynowałem się tą książką, przeczytałem ją kilkakrotnie. Tak samo Chłopców z Placu Broni czytałem z wielką chęcią. Z resztą miałem problem.
Sz. C.: Przenieśliście na scenę coś, czego nie da się przenieść na scenę. Jak?
R. R.: To było nasze zadanie: żeby widzowie przyszli i zobaczyli te najważniejsze momenty Quo vadis, których nawet kino polskie nie dźwignęło, jak pamiętasz: bo film był słaby. U nas są wszystkie najważniejsze momenty Quo vadis i wszystko, z czego Quo vadis słynie, można zobaczyć na scenie, bo taka jest filozofia Montowni. Pokazujemy na scenie rzeczy, których bałyby się pokazać największe sceny świata. My używamy do tego poczucia humoru, wyobraźni i żartu.
Sz. C.: A walczycie między sobą o role, czy wiadomo od początku, kto co zrobi najlepiej, czyli, na przykład, że Ty będziesz Ligią?
R. R.: To, że ja jestem Ligią, to był wybór dość poważny. Ligia w powieści Sienkiewicza jest postacią idealną, skromną, szlachetną… takich kobiet nie ma na świecie, żadna aktorka by tego nie dźwignęła, nie ma szans. Poszliśmy więc w drugą stronę i uznaliśmy, idąc za teatrem greckim, że wszystkie postaci kobiece zagrają mężczyźni. Taki prosty myk pozwolił mi wcielić się w Ligię, szlachetną i wspaniałą chrześcijankę.
Sz. C.: A reszta nie zazdrościła?
R. R.: Nie, bo reszta też miała ciekawe role do zagrania. Wierzba zagrał Lwa, Szlachetnego i przystojnego Winnicjusza gra Adaś Krawczuk, a na przykład Ursusa, słynnego siłacza, gra Marcin Perchuć, który zresztą jest wyższy, mógł sobie zagrać nie chuchro, tylko hipermana. Myślę, że każdy dostał naprawdę fajną rolę.
Sz. C.: Czy Montownia jest w ogóle do wyreżyserowania, czy jakiś reżyser przy Was się poddał?
R. R.: Montownia jest do wyreżyserowania, ale musimy mieć reżysera-komandosa, który nas ogarnie. Reżyser o słabym charakterze może nie dźwignąć tego tematu i możemy go przekabacić na swoją stronę. Nie jesteśmy łatwym zespołem do wyreżyserowania, ale jeśli ktoś ma na nas patent, wie jak to zrobić, to na końcu może być bardzo zadowolony.
Sz. C.: Jaki macie sposób na wypalenie artystyczne? Istnieje coś takiego w Montowni?
R. R.: Tak! Wypalenie artystyczne to jest w ogóle cecha zawodu. Natomiast my w Montowni od początku szukaliśmy różnych dróg i różnych stylów, inspirowaliśmy się literaturą, dramatem, ludźmi, dobieraliśmy sobie gości, z którymi graliśmy, zmienialiśmy sceny… Każdy z nas robi różne rzeczy indywidualnie. Dużo robimy, dzięki czemu nie nudzimy się, bo, wiesz, wypalenie wynika też z nudy albo z rutyny czy powtarzalności, a my tego nie mamy, więc na razie nam to nie grozi, spoko.
Sz. C.: A jest jakiś aspekt aktorstwa, z którym sobie nie radzisz, albo który przewalczyłeś po trudach?
R. R.: Trudno powiedzieć… W Montowni robimy spektakle w swoim stylu: one są dostosowane do naszych osobowości i do naszego rozumienia świata, w nich jest dystans, humor, metafora i tak dalej. Nie lubię aktorstwa wprost, trudno mi się odnaleźć w aktorstwie, które jest obecne w polskich telenowelach. To aktorstwo, które jest wypowiadaniem kwestii bez emocji, wypowiadaniem tekstu prawie na biało. Jestem aktorem charakterystycznym, więc ciężko mi zaakceptować taką nijakość, która teraz jest chętnie eksponowana. Nie lubię jakości takiego grania-niegrania. Kiedy coś robię, staram się znaleźć znak, znaczenie, nie umiem zagrać bez tego. Tak zwane „czytanie na głos”? W tym bym się nie odnalazł.
Sz. C.: Widzowie nie mają szans dostrzec Waszych wpadek, skoro się ciągle na scenie bawicie. Pamiętasz jakieś spektakularne wpadki?
R. R.: Tak, było ich sporo! Ale są trzy rodzaje wpadek. Jedne wynikają z niespotykanych zdarzeń, kiedy coś stanie się ze scenografią czy rekwizytem, drugie, że się zapomina tekstu, ma się „dziurę w głowie” i trzeba improwizować, a trzecie, kiedy aktor zgotuje się na scenie, nagle go coś rozśmieszy, czasami coś zupełnie absurdalnego, o czym widz nie ma zielonego pojęcia. Z ciekawych wpadek… graliśmy kiedyś Szelmostwa Skapena, gramy tam w skrzyni, na skrzyni, obok skrzyni… i nagle urwało się wieko. Musieliśmy je przytrzymywać, otwierając i zamykając skrzynię. Wszystkie sceny przereżyserowaliśmy tak, żeby trzymać wieko. Z innych rzeczy… kiedyś Marcin dramatycznie skaleczył się w palec, lała mu się krew, grał więc tak, żeby widzowie nie zauważyli jego zakrwawionej ręki, owijał ją jakąś szmatą, która była rekwizytem, żeby tylko publiczność się nie przestraszyła. Graliśmy kiedyś Transatlantyk z opuszczaną sceną. Scena się opuściła, ale już nie podniosła z powrotem, więc pół spektaklu graliśmy z dziurą w scenie, musieliśmy ją omijać. I parę razy zgotowaliśmy się tak ze śmiechu, że widzowie się zarażali śmiechem i dostawaliśmy brawa, bo nie mogliśmy grać dalej.
Sz. C.: Wykorzystujecie w Quo vadis bardzo teatralne i „techniczne” rekwizyty…
R. R.: Zasadą scenografii do Quo vadis było to, że wykorzystujemy rzeczy typowo teatralne: podesty, jeżdżący case, taki kufer na rekwizyty. Drobne elementy, sugerujące, że akcja dzieje się w starożytnym Rzymie to jakaś styropianowa kolumna, hełm gladiatora, ale raczej stroje są bardzo umowne i typowo Montowniane, czyli jednym znakiem, na przykład zmianą czapki, pokazujemy, kim jesteśmy czy gdzie się akcja dzieje. To trochę powrót do naszych Szelmostw Skapena, dellartowski styl, w rekwizytach też to widać.
Sz. C.: Nie obrażacie przypadkiem czyichś uczuć, skoro to teraz takie modne?
R. R.: Czasami zdarza nam się tym spektaklem obrazić uczucia, nie ukrywam, ale powiem, że to już wina Sienkiewicza, a nie nasza. To on tak napisał książkę, a nie my, my tylko powtarzamy jego słowa. Oczywiście tam jest walka Nerona i pogańskich Rzymian z wczesnymi chrześcijanami, to był dla nas ważny aspekt. Pokazujemy i jednych, i drugich, ale obie strony w dość zabawny sposób, śmiejąc się z tego. Sienkiewicz napisał to bardzo pompatycznie, my robimy to popowo i komiksowo. Młodzieży się podoba, paru zakonnicom podobało się mniej.
Sz. C.: Jak wyglądało Quo vadis na tydzień przed premierą?
R. R.: Nie wyglądało w ogóle. Nie było tego spektaklu na tydzień przed premierą, on powstał na trzeciej generalnej. Ten spektakl nie miał sztywnego scenariusza, do ostatniej chwili szukaliśmy pomysłów, rozwiązań na scenę, mocowaliśmy się z nim do końca. Efekt był zresztą super, bo poza scenami mówionymi jest tam element musicalu, mamy piosenki… To wszystko montowało się do ostatniej chwili, ale tak to jest w Montowni, że walczymy o najlepszy efekt do końca i rzutem na taśmę ten spektakl stworzyliśmy. Potem okazało się, że to, że walczyliśmy do końca, wyszło nam na dobre, jesteśmy zadowoleni.
Sz. C.: Show-biznes nie narzuca Ci swoich reguł, raczej Ty jemu. Co w tej machinie Ci się podoba?
R. R.: Z show-biznesem jest tak, że jego reguły w Polsce są dość dziwne, wygląda to trochę inaczej niż sobie myślimy, jak wygląda. Są elementy show-biznesu, w których ja się dobrze czuję, które lubię i w których działam, ale są i takie, których nie tyle nie rozumiem, co nie są dla mnie. Show-biznes to nie tylko działalność artystyczna, ale też pewien sposób uprawiania polityki, bywania… Trzeba umieć czasami grać w różne gry w show-biznesie, mnie nie zawsze się chce, nie zawsze mi się to podoba. Z drugiej strony nie tęsknię do takiego show-biznesu typu celebryckiego. Ocieram się, oczywiście, ale mnie to nie kręci.
Sz. C.: O czym musiałby pamiętać autor, który pisze dla Ciebie?
R. R.: Powinien pamiętać o tym, że ja jestem aktorem charakterystycznym i że wyglądam jak wyglądam, a kiedy wychodzę na scenę i mówię, to to od razu nabiera pewnego znaczenia. Nie da się ze mnie zrobić teflonowego aktora, jestem znakiem. Musi pamiętać o tym, że ja na scenie od razu coś znaczę, jeszcze przy mojej vis comica i charakterystycznym sposobie poruszania się… Jeśli autor o tym wie, to może zrobić dużo rzeczy, jeśli nie wie, to może się pomylić, bo gdybym na przykład miał zagrać Marka Winnicjusza, to wyszłoby zabawnie. Ale jeśli tak akurat miałoby być, to proszę bardzo.
fragment do wywiadu z Papahemą:
Sz. C.: Jak Ci się gra w otoczeniu lalek?
R. R.: Super! Z lalkami gra się genialnie, a szczególnie z lalkami animowanymi przez świetnych lalkarzy, jakimi są Papahema. Z lalką gra się trudno, bo jest niebywale prawdziwa. Jeżeli lalka potrafi przekazać jakieś emocje, to aktor żywego planu jest od niej słabszy. Lalka może pobudzić wyobraźnię w taki sposób, w jaki aktor nie da rady, jest fantastycznym przekaźnikiem. To duży challenge i wyzwanie, ja to lubię, bardzo mi się to podoba, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mógł to zrobić. Ale to, co zrobiliśmy z Papahemą, to było spełnienie moich marzeń.
Sz. C.: Kto Cię animuje?
R. R.: Mnie animuje, jak jest dobry tekst, fajna ekipa… to wyzwala pokłady kreatywności. Poza tym staram się animować sam, zresztą Teatr Montownia na tym polega: sami się animujemy.
Sz. C.: Chcesz być dla młodszych kolegów guru?
R. R.: Absolutnie nie. Działamy po partnersku, oni czerpią z naszego doświadczenia, my z ich młodzieńczego poweru i rzucania się z apetytem na nowe rzeczy. To wymiana w obie strony.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
poniedziałek, 15 lipca 2019
rozmowa z Adamem Nowakiem
Warto być opowiadaczem
rozmowa z Adamem Nowakiem
Sztajgerowy Cajtung: Wielu uważa Pana za „Pana Raz Dwa Trzy”, niewielu podchodzi i mówi po prostu „Cześć, Adam”. A jednak jawi się Pan publiczności jako zwykły facet, kumpel znany wszystkim. Jak to jest z Pana popularnością?
Adam Nowak: O! Tego właściwie nie wiem. Bliskie jest mi stwierdzenie, że jestem raczej popularny. Z naciskiem na „raczej”. Bywa, że ktoś mnie rozpozna na ulicy, w urzędach, czy w sklepie na zakupach. Bywa, że ktoś podejdzie i chwilę porozmawia. Moje imię i nazwisko nie jest specjalnie trudne do zapamiętania. Najczęściej jestem jednak zauważany jako „ten z Raz Dwa Trzy”. Niekiedy komuś w głowie przewija się taśma z pamięcią i próbuje sobie przypomnieć, skąd mnie zna. Dostrzegam wtedy grymas wysiłku i często erupcję radości z powodu odnalezienia kontekstu i sytuacji znajomości. Pada wielokrotnie: „Wiem, wiem! Z…telewizji!!! Pan gra w takim zespole… 2+1…” Sz. C.: Czy przez lata ewoluowało Pańskie myślenie o zespole, czy spodziewał się Pan kiedyś czegoś innego? A. N.: Po brzmieniu zespołu słychać, że wszyscy jakoś zmieniliśmy się. Zaczynaliśmy od bardzo kameralnego tercetu, przez kwartet, kwintet, aż po dzisiejszy sekstet. Od myślenia teatralno-ascetycznego po otwarte dynamiczne brzmienie zespołu używającego rockowych czy jazzowych stylizacji. W połowie lat 90-tych nagraliśmy trzecią płytę Cztery. Zaczęliśmy grać w dużych salach. Zaczęto nas zapraszać na koncerty plenerowe. Potrzeba było dynamiczniejszych środków i narzędzi, żeby sprostać zadaniu. Kiedy graliśmy na początku w tercecie, do głowy by nam nie przyszło użycie całej perkusji, czy napisanie piosenki z refrenem. Na każdej płycie próbowaliśmy innego podejścia do własnej twórczości Również innego do działalności równoległej. Czyli do płyt z piosenkami Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego. Przed użyciem instrumentów toczyły się rozmowy, co, jak, dlaczego? Można się pokusić o podejrzenie ewolucji w naszej działalności.
Sz. C.: Jeszcze przed muzyczną karierą trafił Pan do środowiska kabaretowego w Zielonej Górze. Co z kabaretu przeniosło się później do zespołu?
A. N.: Systematyka pracy. Umawianie się na próby, Punktualność. Praca indywidualna. To był ruch amatorski funkcjonujący jak zawodowa jednostka kultury. Poświęcenie. Brak pytań „za ile?”, jeśli sprawy dotyczyły inwestycji w samych siebie. Także cierpliwość i wyrozumiałość. Umiejętność wspólnego rozładowywania napięć i chęć szczerego rozwiązywania problemów. I przekonanie, że jak się powiedziało „A” to trzeba powiedzieć „B”.
Sz. C.: Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że wychodzenie na scenę jest jak wyjście na dach. Jakie ryzyko dzisiaj, po prawie trzech dekadach, podejmujecie? Jak Pan ocenia, że dany utwór „chwyci”?
A. N.: Dzisiaj? Że wchodząc na scenę możemy z niej nie zejść. Albo zejść na scenie. To żart, oczywiście. Każda piosenka jest inna. Każdą tworzy się bez doświadczenia. Gdyby się korzystało z doświadczenia i jakiejś metody tworzenia, wszystkie piosenki byłyby podobne do siebie, jednolite. A my, poruszając się w granicach tak zwanego charakterystycznego brzmienia naszego zespołu, jesteśmy zobowiązani do różnorodności dla dobra ciekawej opowieści. Słuchacza trzeba zaciekawiać, a nie liczyć na jego wyrozumiałość. Wprowadzanie nowych piosenek to ryzyko. Bywa, że się nic nie wie na temat przypuszczalnego odbioru. Pomocne jest przypuszczenie, że wszyscy muzycy czują, wiedzą i rozumieją, w czym grają i co grają. Czy zachodzą współbrzmienia, które dla nas samych są atrakcyjne. Czy udało nam się zbudować odpowiednie napięcia w utworze. A później trzeba wyjść na scenę i zagrać. Bywa nerwowo.
Sz. C.: Czy pod wpływem fanów zdarza się Panu zmieniać decyzje artystyczne (na przykład dotyczące nowych aranżacji?
A. N.: Nie. Nigdy. To, co robimy, to autorskie, autonomiczne wypowiedzi i tylko my decydujemy, co i jak zostanie zaśpiewane i zagrane. Wiem, że niektórzy wykonawcy boją się zmieniać raz ustalone aranżacje, tonacje, czy inne ważne elementy piosenki. To, co my robimy, bywa ryzykowne. Ponieważ się zmieniamy, zmieniają się z nami napisane kiedyś piosenki. Odbiorcy radzą sobie z tym od samego początku. Nie słyszałem zgłaszanych pretensji, wiec nasz proceder zmian trwa i będzie trwał.
Sz. C.: Gdyby Raz Dwa Trzy miało się na scenie muzycznej pojawić dzisiaj, w jakim kierunku by Pan poszedł?
A. N.: Nie mam pojęcia. Jestem tym, kim jestem, więc muzyka płynie ze mnie taka, a nie inna. Od początku chciałem, żebyśmy mówili wyłącznie naszymi głosami, słowami i dźwiękami. Uciekamy jak najdalej od tego, żeby to, co robimy, było do czegoś podobne, bo tak łatwiej sprzedać produkt. Przy takim myśleniu tak zwany produkt szybciej się zużywa. Jestem chyba trochę archaiczny. Lubię, jak coś się starzeje, a nie niszczeje. To, co się dzisiaj i od jakiegoś czasu wytwarza w wielu dziedzinach dóbr materialnych i niematerialnych, po prostu niszczeje, a nie starzeje. Niestety niszczeje za szybko.
Sz. C.: Na jaki gatunek muzyczny się zamykacie i nigdy go nie ruszycie, a jaki zawsze będzie Was jako zespół inspirował?
A. N.: W sztuce wszystko wolno. Powiedzenie, że się czegoś nie zrobi, bo coś się w danej chwili może nie podobać, nie jest chyba dobrą postawą. Istnieją estetyki i gatunki nie stanowiące dla mnie źródła inspiracji, czy zainteresowania. Kompetencje też są ważnym elementem dokonywania wyborów. Jest nam blisko do jazzu, rocka, folku, reggae, piosenki autorskiej, także do klasyki. Każdy z nas słucha czegoś innego. Słychać ten eklektyzm w aranżacjach. Kiedyś duża, muzyczna firma wydawnicza zaproponowała mi w 90-tych latach napisanie piosenek dla wykonawcy z estetyki disco-polo. Odmówiłem. Mój rozmówca twierdził wtedy, że niepotrzebnie się uchylam, bo nie tacy jak ja piszą całą jedną płytę przy flaszce przez jedną noc. To cóż? Pogratulowałem talentu i nie wydaliśmy wspólnego komunikatu.
Sz. C.: Jaki ma Pan sposób na to, żeby muzykowanie, jednak ciężka praca, ciągle dawało radość, żeby się nie wypalić?
A. N.: Samo muzykowanie nie jest chyba ciężką pracą. Trudne bywają okoliczności i to, co towarzyszy muzykowaniu. Podróże, odległości, hotele, choroby i wiele innych. Uważam, że jest to zajęcie dla ludzi, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli podjęli taką, a nie inną decyzję dotyczącą wykonywanego zajęcia. Bynajmniej nie powinni narzekać, tylko nieustannie poszukiwać. Nieustanne poszukiwanie i indywidualna oraz wspólna praca może spowodować, że człowiek nie znudzi się tym, co robi. A jeśli się nudzi, to niech zmieni zajęcie na mniej nudne.
Sz. C.: Twierdzi Pan, że do chóru się nie nadaje, za to lubi działać w zespole. Co daje taki rodzaj współpracy?
A. N.: Lubię działalność grupową. Jest ciekawiej. Inni wnoszą do wspólnie wypracowywanej wartości swoje serce, talent, intelekt, wrażliwość. To rodzi ciekawe relacje. Podróże są atrakcyjniejsze. Jest do kogo gębę otworzyć. Każdy od każdego nieustannie się czegoś uczy.
Sz. C.: Co chciałby Pan zachować z piosenek, co powinno przetrwać?
A. N.: Ja tu chyba nie mam nic do chcenia. O tym decydują słuchający piosenek. Nie marzy mi się przechodzenie do historii. Nie odczuwam też potrzeby misji. Żyjemy w czasie teraźniejszym. I to w naszym życiu, i w tym czasie, dzieje się najważniejsze. Czy to przez tak zwane banalne codzienne czynności, czy przez jakąś podwyżkę od losu i ciekawe zdarzenie. Zajmuję się życiem. Jest tylko jedno, tu, na Ziemi. Zmaganie może polegać na tym, żeby było intensywne i ciekawe.
Sz. C.: Mówi Pan, że odbiorcy musi wystarczyć kontakt z dziełem, kontakt z artystą nie jest konieczny. Kto jest dla Pana publicznością pożądaną?
A. N.: Publiczność pożądana to ta, która przychodzi na koncert. To grupa przypadkowych ludzi. Planująca jakieś zdarzenie, w jakimś miejscu. Przygotowująca się do wyjścia na koncert. Oczekująca zdarzenia. Przeżywająca zdarzenie. Od dzieci po bardzo dojrzałych odbiorców. Nigdy nie tworzyliśmy piosenek dla jakiegoś przypuszczalnego targetu. Kieruję się zasadą, że każdy był kiedyś dzieckiem. Czyli najwrażliwszą, pełną ciekawości świata osobą. Chcącą poznać ten świat. To, co robię, kieruję w stronę tejże wrażliwości. W każdym z nas ta wrażliwość cały czas istnieje. Niektórym przychodzi ponownie ją odkrywać. To muszą być fascynujące chwile.
Sz. C.: Jak uczył się Pan pisania piosenek?
A. N.: Nie uczyłem się pisania piosenek. Chciałem po prostu zaśpiewać kiedyś pierwszą swoją piosenkę. Dużo słuchałem. Wychowywałem się w środowisku, w którym sześć na dziesięć osób grało na gitarach. Większość śpiewała. Gdy usłyszałem pierwszy raz Wysockiego czy Cohena, doznałem olśnienia. Żadna siła nie mogła mnie oderwać od magnetofonu. Chodziło o to, żeby wchłonąć każdy najdrobniejszy element piosenki i wykonania. Żeby pozostał we mnie na zawsze. W tym była jakaś magia. To powodowało też inne postrzeganie świata. Fascynujący byli Led Zeppelin. Ale też gitarzyści klasyczni, jak Alirio Diaz, czy Narciso Yepes. Granie w piłkę, łobuzowanie za garażami, przesiadywanie w piwnicach bloku. Wszystko działo się w każdej chwili. Bywało niebezpiecznie. Ale to było nasze intensywne życie.
Sz. C.: Uważa Pan się za poetę, tekściarza, showmana? Jaki aspekt tworzenia i występowania jest dla Pana najważniejszy?
A. N.: Najbliżej jest mi do tekściarza. Aspiracje poetyckie zamknąłem chyba dość dawno temu. Z ulgą. Showman ze mnie nie najlepszy. Po prostu coś niekiedy mówię między piosenkami. Być może dla niektórych odbiorców bywa to istotne. W tym, czego się podjęliśmy, jest bardziej aspekt spotkania, niż występu. Odgrywanie przygotowanych z góry aranżacji powoduje znużenie. Usiłujemy się zaskakiwać na scenie. Wtedy słuchacze czują, że dzieje się coś jedynego, niepowtarzalnego, przeznaczonego tylko do tego miejsca i czasu, który wspólnie przeżywamy. To się wydaje takie proste. Ktoś opowiada, a ktoś inny słucha i reaguje. Może właśnie dlatego warto być cały czas dzieckiem i słuchać z otwartymi szeroko ustami i oczami różnych opowieści. I warto być opowiadaczem, żeby się przekonać jaką można komuś sprawić frajdę.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Adamem Nowakiem
Sztajgerowy Cajtung: Wielu uważa Pana za „Pana Raz Dwa Trzy”, niewielu podchodzi i mówi po prostu „Cześć, Adam”. A jednak jawi się Pan publiczności jako zwykły facet, kumpel znany wszystkim. Jak to jest z Pana popularnością?
Adam Nowak: O! Tego właściwie nie wiem. Bliskie jest mi stwierdzenie, że jestem raczej popularny. Z naciskiem na „raczej”. Bywa, że ktoś mnie rozpozna na ulicy, w urzędach, czy w sklepie na zakupach. Bywa, że ktoś podejdzie i chwilę porozmawia. Moje imię i nazwisko nie jest specjalnie trudne do zapamiętania. Najczęściej jestem jednak zauważany jako „ten z Raz Dwa Trzy”. Niekiedy komuś w głowie przewija się taśma z pamięcią i próbuje sobie przypomnieć, skąd mnie zna. Dostrzegam wtedy grymas wysiłku i często erupcję radości z powodu odnalezienia kontekstu i sytuacji znajomości. Pada wielokrotnie: „Wiem, wiem! Z…telewizji!!! Pan gra w takim zespole… 2+1…” Sz. C.: Czy przez lata ewoluowało Pańskie myślenie o zespole, czy spodziewał się Pan kiedyś czegoś innego? A. N.: Po brzmieniu zespołu słychać, że wszyscy jakoś zmieniliśmy się. Zaczynaliśmy od bardzo kameralnego tercetu, przez kwartet, kwintet, aż po dzisiejszy sekstet. Od myślenia teatralno-ascetycznego po otwarte dynamiczne brzmienie zespołu używającego rockowych czy jazzowych stylizacji. W połowie lat 90-tych nagraliśmy trzecią płytę Cztery. Zaczęliśmy grać w dużych salach. Zaczęto nas zapraszać na koncerty plenerowe. Potrzeba było dynamiczniejszych środków i narzędzi, żeby sprostać zadaniu. Kiedy graliśmy na początku w tercecie, do głowy by nam nie przyszło użycie całej perkusji, czy napisanie piosenki z refrenem. Na każdej płycie próbowaliśmy innego podejścia do własnej twórczości Również innego do działalności równoległej. Czyli do płyt z piosenkami Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego. Przed użyciem instrumentów toczyły się rozmowy, co, jak, dlaczego? Można się pokusić o podejrzenie ewolucji w naszej działalności.
Sz. C.: Jeszcze przed muzyczną karierą trafił Pan do środowiska kabaretowego w Zielonej Górze. Co z kabaretu przeniosło się później do zespołu?
A. N.: Systematyka pracy. Umawianie się na próby, Punktualność. Praca indywidualna. To był ruch amatorski funkcjonujący jak zawodowa jednostka kultury. Poświęcenie. Brak pytań „za ile?”, jeśli sprawy dotyczyły inwestycji w samych siebie. Także cierpliwość i wyrozumiałość. Umiejętność wspólnego rozładowywania napięć i chęć szczerego rozwiązywania problemów. I przekonanie, że jak się powiedziało „A” to trzeba powiedzieć „B”.
Sz. C.: Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że wychodzenie na scenę jest jak wyjście na dach. Jakie ryzyko dzisiaj, po prawie trzech dekadach, podejmujecie? Jak Pan ocenia, że dany utwór „chwyci”?
A. N.: Dzisiaj? Że wchodząc na scenę możemy z niej nie zejść. Albo zejść na scenie. To żart, oczywiście. Każda piosenka jest inna. Każdą tworzy się bez doświadczenia. Gdyby się korzystało z doświadczenia i jakiejś metody tworzenia, wszystkie piosenki byłyby podobne do siebie, jednolite. A my, poruszając się w granicach tak zwanego charakterystycznego brzmienia naszego zespołu, jesteśmy zobowiązani do różnorodności dla dobra ciekawej opowieści. Słuchacza trzeba zaciekawiać, a nie liczyć na jego wyrozumiałość. Wprowadzanie nowych piosenek to ryzyko. Bywa, że się nic nie wie na temat przypuszczalnego odbioru. Pomocne jest przypuszczenie, że wszyscy muzycy czują, wiedzą i rozumieją, w czym grają i co grają. Czy zachodzą współbrzmienia, które dla nas samych są atrakcyjne. Czy udało nam się zbudować odpowiednie napięcia w utworze. A później trzeba wyjść na scenę i zagrać. Bywa nerwowo.
Sz. C.: Czy pod wpływem fanów zdarza się Panu zmieniać decyzje artystyczne (na przykład dotyczące nowych aranżacji?
A. N.: Nie. Nigdy. To, co robimy, to autorskie, autonomiczne wypowiedzi i tylko my decydujemy, co i jak zostanie zaśpiewane i zagrane. Wiem, że niektórzy wykonawcy boją się zmieniać raz ustalone aranżacje, tonacje, czy inne ważne elementy piosenki. To, co my robimy, bywa ryzykowne. Ponieważ się zmieniamy, zmieniają się z nami napisane kiedyś piosenki. Odbiorcy radzą sobie z tym od samego początku. Nie słyszałem zgłaszanych pretensji, wiec nasz proceder zmian trwa i będzie trwał.
Sz. C.: Gdyby Raz Dwa Trzy miało się na scenie muzycznej pojawić dzisiaj, w jakim kierunku by Pan poszedł?
A. N.: Nie mam pojęcia. Jestem tym, kim jestem, więc muzyka płynie ze mnie taka, a nie inna. Od początku chciałem, żebyśmy mówili wyłącznie naszymi głosami, słowami i dźwiękami. Uciekamy jak najdalej od tego, żeby to, co robimy, było do czegoś podobne, bo tak łatwiej sprzedać produkt. Przy takim myśleniu tak zwany produkt szybciej się zużywa. Jestem chyba trochę archaiczny. Lubię, jak coś się starzeje, a nie niszczeje. To, co się dzisiaj i od jakiegoś czasu wytwarza w wielu dziedzinach dóbr materialnych i niematerialnych, po prostu niszczeje, a nie starzeje. Niestety niszczeje za szybko.
Sz. C.: Na jaki gatunek muzyczny się zamykacie i nigdy go nie ruszycie, a jaki zawsze będzie Was jako zespół inspirował?
A. N.: W sztuce wszystko wolno. Powiedzenie, że się czegoś nie zrobi, bo coś się w danej chwili może nie podobać, nie jest chyba dobrą postawą. Istnieją estetyki i gatunki nie stanowiące dla mnie źródła inspiracji, czy zainteresowania. Kompetencje też są ważnym elementem dokonywania wyborów. Jest nam blisko do jazzu, rocka, folku, reggae, piosenki autorskiej, także do klasyki. Każdy z nas słucha czegoś innego. Słychać ten eklektyzm w aranżacjach. Kiedyś duża, muzyczna firma wydawnicza zaproponowała mi w 90-tych latach napisanie piosenek dla wykonawcy z estetyki disco-polo. Odmówiłem. Mój rozmówca twierdził wtedy, że niepotrzebnie się uchylam, bo nie tacy jak ja piszą całą jedną płytę przy flaszce przez jedną noc. To cóż? Pogratulowałem talentu i nie wydaliśmy wspólnego komunikatu.
Sz. C.: Jaki ma Pan sposób na to, żeby muzykowanie, jednak ciężka praca, ciągle dawało radość, żeby się nie wypalić?
A. N.: Samo muzykowanie nie jest chyba ciężką pracą. Trudne bywają okoliczności i to, co towarzyszy muzykowaniu. Podróże, odległości, hotele, choroby i wiele innych. Uważam, że jest to zajęcie dla ludzi, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli podjęli taką, a nie inną decyzję dotyczącą wykonywanego zajęcia. Bynajmniej nie powinni narzekać, tylko nieustannie poszukiwać. Nieustanne poszukiwanie i indywidualna oraz wspólna praca może spowodować, że człowiek nie znudzi się tym, co robi. A jeśli się nudzi, to niech zmieni zajęcie na mniej nudne.
Sz. C.: Twierdzi Pan, że do chóru się nie nadaje, za to lubi działać w zespole. Co daje taki rodzaj współpracy?
A. N.: Lubię działalność grupową. Jest ciekawiej. Inni wnoszą do wspólnie wypracowywanej wartości swoje serce, talent, intelekt, wrażliwość. To rodzi ciekawe relacje. Podróże są atrakcyjniejsze. Jest do kogo gębę otworzyć. Każdy od każdego nieustannie się czegoś uczy.
Sz. C.: Co chciałby Pan zachować z piosenek, co powinno przetrwać?
A. N.: Ja tu chyba nie mam nic do chcenia. O tym decydują słuchający piosenek. Nie marzy mi się przechodzenie do historii. Nie odczuwam też potrzeby misji. Żyjemy w czasie teraźniejszym. I to w naszym życiu, i w tym czasie, dzieje się najważniejsze. Czy to przez tak zwane banalne codzienne czynności, czy przez jakąś podwyżkę od losu i ciekawe zdarzenie. Zajmuję się życiem. Jest tylko jedno, tu, na Ziemi. Zmaganie może polegać na tym, żeby było intensywne i ciekawe.
Sz. C.: Mówi Pan, że odbiorcy musi wystarczyć kontakt z dziełem, kontakt z artystą nie jest konieczny. Kto jest dla Pana publicznością pożądaną?
A. N.: Publiczność pożądana to ta, która przychodzi na koncert. To grupa przypadkowych ludzi. Planująca jakieś zdarzenie, w jakimś miejscu. Przygotowująca się do wyjścia na koncert. Oczekująca zdarzenia. Przeżywająca zdarzenie. Od dzieci po bardzo dojrzałych odbiorców. Nigdy nie tworzyliśmy piosenek dla jakiegoś przypuszczalnego targetu. Kieruję się zasadą, że każdy był kiedyś dzieckiem. Czyli najwrażliwszą, pełną ciekawości świata osobą. Chcącą poznać ten świat. To, co robię, kieruję w stronę tejże wrażliwości. W każdym z nas ta wrażliwość cały czas istnieje. Niektórym przychodzi ponownie ją odkrywać. To muszą być fascynujące chwile.
Sz. C.: Jak uczył się Pan pisania piosenek?
A. N.: Nie uczyłem się pisania piosenek. Chciałem po prostu zaśpiewać kiedyś pierwszą swoją piosenkę. Dużo słuchałem. Wychowywałem się w środowisku, w którym sześć na dziesięć osób grało na gitarach. Większość śpiewała. Gdy usłyszałem pierwszy raz Wysockiego czy Cohena, doznałem olśnienia. Żadna siła nie mogła mnie oderwać od magnetofonu. Chodziło o to, żeby wchłonąć każdy najdrobniejszy element piosenki i wykonania. Żeby pozostał we mnie na zawsze. W tym była jakaś magia. To powodowało też inne postrzeganie świata. Fascynujący byli Led Zeppelin. Ale też gitarzyści klasyczni, jak Alirio Diaz, czy Narciso Yepes. Granie w piłkę, łobuzowanie za garażami, przesiadywanie w piwnicach bloku. Wszystko działo się w każdej chwili. Bywało niebezpiecznie. Ale to było nasze intensywne życie.
Sz. C.: Uważa Pan się za poetę, tekściarza, showmana? Jaki aspekt tworzenia i występowania jest dla Pana najważniejszy?
A. N.: Najbliżej jest mi do tekściarza. Aspiracje poetyckie zamknąłem chyba dość dawno temu. Z ulgą. Showman ze mnie nie najlepszy. Po prostu coś niekiedy mówię między piosenkami. Być może dla niektórych odbiorców bywa to istotne. W tym, czego się podjęliśmy, jest bardziej aspekt spotkania, niż występu. Odgrywanie przygotowanych z góry aranżacji powoduje znużenie. Usiłujemy się zaskakiwać na scenie. Wtedy słuchacze czują, że dzieje się coś jedynego, niepowtarzalnego, przeznaczonego tylko do tego miejsca i czasu, który wspólnie przeżywamy. To się wydaje takie proste. Ktoś opowiada, a ktoś inny słucha i reaguje. Może właśnie dlatego warto być cały czas dzieckiem i słuchać z otwartymi szeroko ustami i oczami różnych opowieści. I warto być opowiadaczem, żeby się przekonać jaką można komuś sprawić frajdę.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 14 lipca 2019
Trzynastka na szóstkę
Trzynastka na szóstkę
po konferencji prasowej ChTO
„Kulturowo boimy się trzynastki, ja się z tego trochę śmieję, gramy sobie trzynastką jak chcemy”, rozpoczął konferencję prasową trzynastego sezonu ChTO Naczelny Ogrodnik Sergiusz Brożek, żeby chwilę później przejść do opowieści o wyzwaniach, z jakimi muszą się zmagać organizatorzy festiwalu. Trzynasty sezon, mimo niespodziewanych komplikacji pozaartystycznych udało się jednak przygotować zgodnie z założeniami. I tak na tradycyjne pytanie, co nowego, Naczelny Ogrodnik tradycyjnie odpowiada, że nic. Kłamie. A to dlatego, że nowości kilka do Chorzowskiego Teatru Ogrodowego zawitało.
Najpierw: nowe sceny. Magazyn Ciekłego Powietrza chorzowskiej Sztygarki i Chorzowskie Centrum Kultury na spektakle dla dorosłych, Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”, czyli Skansen, na spektakle małego ChTO w sierpniowe soboty to już miejsca z ChTO kojarzone. Dołącza do nich w tym roku MDK Batory oraz… nowy rynek w Chorzowie. W Batorym odbędzie się spektakl finałowy (30 sierpnia o 19:00, Wielki John Barrymore z Jerzym Trelą w roli tytułowej) oraz jedyny w tym sezonie (jak na razie, ale wszystko może się jeszcze zmienić w połowie wakacji, jak zaznaczał Sergiusz Brożek na konferencji) spektakl w cyklu Tyjater kery godo, czyli Mianujom mie Hanka, monodram Grażyny Bułki (18 sierpnia, godz. 18:00). To kontynuacja pomysłu, który pojawił się przed dwoma laty: żeby wzruszającą i przekrojową opowieść o Śląsku w historii oraz w życiu mieszkańców pokazać we wszystkich dzielnicach Chorzowa, tak, żeby nawet ludzie, którzy mają problem z dotarciem do teatru, mogli się z tą relacją zapoznać. Na rynku z kolei, nowym miejscu spotkań kulturalnych, 15 sierpnia odbędzie się kolejna Dziecinada, czyli wielkie święto dzieci. Stałych widzów przekonywać nie trzeba: najpierw Divadlo PIKI zaprezentuje Paskudarium, czyli swój kolejny arcyzabawny i interaktywny spektakl, dzięki któremu dzieci dowiedzą się, jak ważna jest wyobraźnia na co dzień, a później wszyscy chętni wezmą udział w warsztatach plastycznych i teatralnych przygotowanych przez niezawodną Fundację Edukacyjną Kombinatory pod wodzą Oli Mruczek-Kuleszy i sami przygotują spektakl, który następnie wystawią na stojącej na rynku scenie. To wielka przygoda dla maluchów, ale też dla ich rodziców. Szczegóły małego ChTO zdradzać będziemy w późniejszym terminie, wiadomo jednak, że po pierwsze, odbywać się będzie w sierpniowe soboty, zawsze o 15:00 w Skansenie, a po drugie: na wszystkie wydarzenia małego ChTO wstęp jest wolny. Szóstą sceną miał być Teatr Rozrywki (z umówionym spektaklem finałowym), jednak na skutek wydarzeń, które wstrząsnęły nie tylko środowiskiem artystycznym Chorzowa nie udało się tego zamiaru zrealizować. Z Teatru Rozrywki nie rezygnujemy, dołączy do nas w przyszłym roku, ale już mówimy o nim jako o szóstej scenie ChTO.
Nowością w ChTO jest kolejny cykl, CHTO PO CIEMKU. Po ciemku nie dlatego, że bez świateł (chociaż już po zachodzie słońca), ale dlatego, że spektakle tego cyklu prezentowane będą o godzinie 22:00. Co otwiera nowe możliwości, ale tylko dla dorosłych… Na początek dwie propozycje. 19 lipca Rafał Rutkowski razem z kolegami z białostockiej Papahemy (pamiętacie Calineczkę dla dorosłych albo Radium Girls? No właśnie, to oni!) i w otoczeniu muppetowych lalek przedstawi stand-upową historię warszawskich słoików. Będzie bezkompromisowo i odważnie, a wśród gości między innymi znany aktor, który pokaże wszystko, Warszawska Syrenka czy Śledź o dość radykalnych poglądach. Jeśli bajka, to tylko dla dorosłych. Drugi spektakl w cyklu to Siódemka (2 sierpnia), monodram Pawła Pabisiaka na podstawie prozy Ziemowita Szczerka. Szalony, oniryczny, z przedziwnymi wizjami i… parodiami, a także z muzyką na żywo. Coś, co daje do myślenia, chociaż na krótką metę rozbawia.
Ale do nowości w ChTO zaliczyć też trzeba obecność dwóch aktorów z najwyższej półki: Wojciech Pszoniak ze spektaklem Belfer (26 lipca o 19:00) wpisuje się w cykl Monodram mistrzowski, a przy okazji też wprowadza (zbiegiem okoliczności, w końcu tekst belgijskiego autora liczy sobie już wiele lat, a sam monodram grany jest od 2009 roku) komentarz do wydarzeń pozateatralnych. Drugim mistrzem, choć za tym określeniem nie przepada, jest Jerzy Trela, który pod pretekstem dylematów szekspirowskiego aktora będzie stawiać diagnozy na temat kondycji teatru i jego twórców w ogóle (30 sierpnia).
Nowością jest oczywiście gość inaugurujący trzynasty sezon (12 lipca o 19:00). Raz Dwa Trzy to zespół, który, jak uświadamia Naczelny Ogrodnik, „od pewnego czasu był na krótkiej liście na muzyczną inaugurację. Zawsze był dobry, ale teraz jest w znakomitej formie koncertowej”.
„Nadal prezentujemy na ogół kameralne, stricte aktorskie spektakle komediowe, bo takie uważamy za najciekawsze w teatrze, szczególnie że latem, kiedy szukamy lżejszej nieco muzy, można pokazać komedie teatralne. Komedia to trudna sztuka, wypaczyły ją w ostatnich czasach farsy”, mówił na konferencji Sergiusz Brożek, żeby przejść do pierwszej informacji na temat tego, co sprawdzone: Teatr Ludowy, który sięgnął po Kolację dla głupca (23 sierpnia), oparł się pokusie przerobienia tej sztuki na farsę, proponuje widzom mądrą komedię. Świeżo po premierze obejrzeć ją mogą również widzowie ChTO. Z kolei Montownia, teatr, bez którego trudno sobie wyobrazić ChTO, pojawi się ze spektaklem Quo vadis (19 lipca), czyli komiczną i satyryczną (czasami bardzo wyostrzoną) trawestacją powieści Henryka Sienkiewicza. Można by zapytać, skąd pomysł, żeby przenosić na scenę absolutnie niesceniczny tekst. Ano z kolejnego scenicznego żartu: po Trzech muszkieterach aktorzy zapewniają, że teraz wezmą się za Quo vadis. Najwyraźniej podobają im się takie wyzwania. Montownia to połączenie sztuki teatralnej ze skłonnością do ciągłego obnażania metateatralnych chwytów, ale o tym nikogo przekonywać nie trzeba. Z kolejnym spektaklem pojawi się też Papahema (16 sierpnia). Macbett to zwrot w kierunku absurdu i poszukiwanie przełamującego konwencję języka teatru. Papahema to zespół, którego pomysły warto obserwować, dzięki ChTO widzowie na Śląsku mają taką możliwość. Teatr Badów, który przybrał imię Piotra Bikonta, powraca po przerwie, tym razem z… Themersonem. Przygody Pędrka Wyrzutka zostały na nowo przygotowane i 2 sierpnia nowi widzowie będą mogli przekonać się, jaki pomysł na siebie mają aktorzy z niewielkiego ośrodka. Do „starych” bywalców zalicza się też teatr, który w zeszłym roku na ChTO zadebiutował i idealnie wpisał się w konwencję festiwalu, AVE Teatr: 9 sierpnia będzie można zobaczyć ich komedię Kobieta na zamówienie (kobieta to Beata Zarembianka, mężczyźni ją zamawiający to Dariusz Niebudek i Jacek Kawalec).
O wszystkich wydarzeniach informować będzie „Sztajgerowy Cajtung”, który skończył dziesięć lat; wakacyjny tygodnik tak cudowny i tak wspaniały, że lepszy trudno sobie wyobrazić. Już niedługo dostęp do niego będzie jeszcze łatwiejszy, bo gazeta festiwalowa zostanie zdigitalizowana.
Jak podkreślał obecny na konferencji przedstawiciel Wydziału Kultury, Sportu i Turystyki w Chorzowie, Adam Lapski, z oferty Chorzowskiego Teatru Ogrodowego korzystać mogą nie tylko mieszkańcy miasta, ale i goście, którzy zawitają tu w sezonie urlopowym. Tomasz Ignalski, dyrektor Chorzowskiego Centrum Kultury zaznaczył, że ChTO jest już znakiem rozpoznawczym Miasta. I z tego bardzo się cieszymy.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
po konferencji prasowej ChTO
„Kulturowo boimy się trzynastki, ja się z tego trochę śmieję, gramy sobie trzynastką jak chcemy”, rozpoczął konferencję prasową trzynastego sezonu ChTO Naczelny Ogrodnik Sergiusz Brożek, żeby chwilę później przejść do opowieści o wyzwaniach, z jakimi muszą się zmagać organizatorzy festiwalu. Trzynasty sezon, mimo niespodziewanych komplikacji pozaartystycznych udało się jednak przygotować zgodnie z założeniami. I tak na tradycyjne pytanie, co nowego, Naczelny Ogrodnik tradycyjnie odpowiada, że nic. Kłamie. A to dlatego, że nowości kilka do Chorzowskiego Teatru Ogrodowego zawitało.
Najpierw: nowe sceny. Magazyn Ciekłego Powietrza chorzowskiej Sztygarki i Chorzowskie Centrum Kultury na spektakle dla dorosłych, Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”, czyli Skansen, na spektakle małego ChTO w sierpniowe soboty to już miejsca z ChTO kojarzone. Dołącza do nich w tym roku MDK Batory oraz… nowy rynek w Chorzowie. W Batorym odbędzie się spektakl finałowy (30 sierpnia o 19:00, Wielki John Barrymore z Jerzym Trelą w roli tytułowej) oraz jedyny w tym sezonie (jak na razie, ale wszystko może się jeszcze zmienić w połowie wakacji, jak zaznaczał Sergiusz Brożek na konferencji) spektakl w cyklu Tyjater kery godo, czyli Mianujom mie Hanka, monodram Grażyny Bułki (18 sierpnia, godz. 18:00). To kontynuacja pomysłu, który pojawił się przed dwoma laty: żeby wzruszającą i przekrojową opowieść o Śląsku w historii oraz w życiu mieszkańców pokazać we wszystkich dzielnicach Chorzowa, tak, żeby nawet ludzie, którzy mają problem z dotarciem do teatru, mogli się z tą relacją zapoznać. Na rynku z kolei, nowym miejscu spotkań kulturalnych, 15 sierpnia odbędzie się kolejna Dziecinada, czyli wielkie święto dzieci. Stałych widzów przekonywać nie trzeba: najpierw Divadlo PIKI zaprezentuje Paskudarium, czyli swój kolejny arcyzabawny i interaktywny spektakl, dzięki któremu dzieci dowiedzą się, jak ważna jest wyobraźnia na co dzień, a później wszyscy chętni wezmą udział w warsztatach plastycznych i teatralnych przygotowanych przez niezawodną Fundację Edukacyjną Kombinatory pod wodzą Oli Mruczek-Kuleszy i sami przygotują spektakl, który następnie wystawią na stojącej na rynku scenie. To wielka przygoda dla maluchów, ale też dla ich rodziców. Szczegóły małego ChTO zdradzać będziemy w późniejszym terminie, wiadomo jednak, że po pierwsze, odbywać się będzie w sierpniowe soboty, zawsze o 15:00 w Skansenie, a po drugie: na wszystkie wydarzenia małego ChTO wstęp jest wolny. Szóstą sceną miał być Teatr Rozrywki (z umówionym spektaklem finałowym), jednak na skutek wydarzeń, które wstrząsnęły nie tylko środowiskiem artystycznym Chorzowa nie udało się tego zamiaru zrealizować. Z Teatru Rozrywki nie rezygnujemy, dołączy do nas w przyszłym roku, ale już mówimy o nim jako o szóstej scenie ChTO.
Nowością w ChTO jest kolejny cykl, CHTO PO CIEMKU. Po ciemku nie dlatego, że bez świateł (chociaż już po zachodzie słońca), ale dlatego, że spektakle tego cyklu prezentowane będą o godzinie 22:00. Co otwiera nowe możliwości, ale tylko dla dorosłych… Na początek dwie propozycje. 19 lipca Rafał Rutkowski razem z kolegami z białostockiej Papahemy (pamiętacie Calineczkę dla dorosłych albo Radium Girls? No właśnie, to oni!) i w otoczeniu muppetowych lalek przedstawi stand-upową historię warszawskich słoików. Będzie bezkompromisowo i odważnie, a wśród gości między innymi znany aktor, który pokaże wszystko, Warszawska Syrenka czy Śledź o dość radykalnych poglądach. Jeśli bajka, to tylko dla dorosłych. Drugi spektakl w cyklu to Siódemka (2 sierpnia), monodram Pawła Pabisiaka na podstawie prozy Ziemowita Szczerka. Szalony, oniryczny, z przedziwnymi wizjami i… parodiami, a także z muzyką na żywo. Coś, co daje do myślenia, chociaż na krótką metę rozbawia.
Ale do nowości w ChTO zaliczyć też trzeba obecność dwóch aktorów z najwyższej półki: Wojciech Pszoniak ze spektaklem Belfer (26 lipca o 19:00) wpisuje się w cykl Monodram mistrzowski, a przy okazji też wprowadza (zbiegiem okoliczności, w końcu tekst belgijskiego autora liczy sobie już wiele lat, a sam monodram grany jest od 2009 roku) komentarz do wydarzeń pozateatralnych. Drugim mistrzem, choć za tym określeniem nie przepada, jest Jerzy Trela, który pod pretekstem dylematów szekspirowskiego aktora będzie stawiać diagnozy na temat kondycji teatru i jego twórców w ogóle (30 sierpnia).
Nowością jest oczywiście gość inaugurujący trzynasty sezon (12 lipca o 19:00). Raz Dwa Trzy to zespół, który, jak uświadamia Naczelny Ogrodnik, „od pewnego czasu był na krótkiej liście na muzyczną inaugurację. Zawsze był dobry, ale teraz jest w znakomitej formie koncertowej”.
„Nadal prezentujemy na ogół kameralne, stricte aktorskie spektakle komediowe, bo takie uważamy za najciekawsze w teatrze, szczególnie że latem, kiedy szukamy lżejszej nieco muzy, można pokazać komedie teatralne. Komedia to trudna sztuka, wypaczyły ją w ostatnich czasach farsy”, mówił na konferencji Sergiusz Brożek, żeby przejść do pierwszej informacji na temat tego, co sprawdzone: Teatr Ludowy, który sięgnął po Kolację dla głupca (23 sierpnia), oparł się pokusie przerobienia tej sztuki na farsę, proponuje widzom mądrą komedię. Świeżo po premierze obejrzeć ją mogą również widzowie ChTO. Z kolei Montownia, teatr, bez którego trudno sobie wyobrazić ChTO, pojawi się ze spektaklem Quo vadis (19 lipca), czyli komiczną i satyryczną (czasami bardzo wyostrzoną) trawestacją powieści Henryka Sienkiewicza. Można by zapytać, skąd pomysł, żeby przenosić na scenę absolutnie niesceniczny tekst. Ano z kolejnego scenicznego żartu: po Trzech muszkieterach aktorzy zapewniają, że teraz wezmą się za Quo vadis. Najwyraźniej podobają im się takie wyzwania. Montownia to połączenie sztuki teatralnej ze skłonnością do ciągłego obnażania metateatralnych chwytów, ale o tym nikogo przekonywać nie trzeba. Z kolejnym spektaklem pojawi się też Papahema (16 sierpnia). Macbett to zwrot w kierunku absurdu i poszukiwanie przełamującego konwencję języka teatru. Papahema to zespół, którego pomysły warto obserwować, dzięki ChTO widzowie na Śląsku mają taką możliwość. Teatr Badów, który przybrał imię Piotra Bikonta, powraca po przerwie, tym razem z… Themersonem. Przygody Pędrka Wyrzutka zostały na nowo przygotowane i 2 sierpnia nowi widzowie będą mogli przekonać się, jaki pomysł na siebie mają aktorzy z niewielkiego ośrodka. Do „starych” bywalców zalicza się też teatr, który w zeszłym roku na ChTO zadebiutował i idealnie wpisał się w konwencję festiwalu, AVE Teatr: 9 sierpnia będzie można zobaczyć ich komedię Kobieta na zamówienie (kobieta to Beata Zarembianka, mężczyźni ją zamawiający to Dariusz Niebudek i Jacek Kawalec).
O wszystkich wydarzeniach informować będzie „Sztajgerowy Cajtung”, który skończył dziesięć lat; wakacyjny tygodnik tak cudowny i tak wspaniały, że lepszy trudno sobie wyobrazić. Już niedługo dostęp do niego będzie jeszcze łatwiejszy, bo gazeta festiwalowa zostanie zdigitalizowana.
Jak podkreślał obecny na konferencji przedstawiciel Wydziału Kultury, Sportu i Turystyki w Chorzowie, Adam Lapski, z oferty Chorzowskiego Teatru Ogrodowego korzystać mogą nie tylko mieszkańcy miasta, ale i goście, którzy zawitają tu w sezonie urlopowym. Tomasz Ignalski, dyrektor Chorzowskiego Centrum Kultury zaznaczył, że ChTO jest już znakiem rozpoznawczym Miasta. I z tego bardzo się cieszymy.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
poniedziałek, 16 lipca 2018
Sokratesa 18
Refleksje o Sokratesa
Kiedy słucha się jej w tle, płyta Sokratesa 18 poza nielicznymi wyjątkami wydaje się łagodna, melancholijna i refleksyjna, daleka od produkcji dla masowej publiczności. Pojawiają się tu powroty do muzycznych tradycji, takież cytaty i parafrazy. Trzeba przyznać, że kawał dobrej roboty wykonał Łukasz Borowiecki, kompozytor świetnie czujący puenty tekstowe i ozdabiający utwory dodatkowo przewrotkami w samych dźwiękach. Tak jak Andrus bawi się słowami, tak jego muzycy bawią się samym graniem, możliwością tworzenia czegoś więcej niż tylko dialogu instrumentów. Andrus na tej płycie bywa drapieżny, co już samo w sobie jest zabawne (Glanki i pacyfki doczekały się nie-poważnej konkurencji w postaci Babki w czapce czy Leszku synu Kazimierza). Bywa liryczny (Przy kościele Santa Croce: aż trudno uwierzyć, że to wykorzystanie prasowej informacji), czasami ucieka w klimaty noir (Ciocia w gablocie), nawiązuje do klasyki (Szopka d-mol op.66 to jeden z utworów, które powinny przejść do mistrzowskich realizacji piosenek satyrycznych). A jak patrzy się z Przehyby to sposób na poderwanie słuchaczy rytmem. I za każdym razem Artur Andrus ma coś do opowiedzenia, za każdym razem dąży do komicznego zamknięcia piosenki. Chociaż muzycznie (i wokalnie!) to krążek zadowalający gusta wybrednych, trzeba prześledzić kolejne warstwy żartów, docenić misterne konstrukcje. Wiele na tej płycie rozwiązań wartych uznania, chociaż w odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Sokratesa 18 w pierwszym odbiorze nie wydaje się zbiorem jednoznacznych przebojów. A jednak: od tej płyty trudno się oderwać, Andrus dojrzewa jako wokalista, bo jako autor tekstów zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia. Sokratesa 18 nie przypomina wcześniejszych płyt Andrusa. Ale zapada w pamięć tak samo.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Kiedy słucha się jej w tle, płyta Sokratesa 18 poza nielicznymi wyjątkami wydaje się łagodna, melancholijna i refleksyjna, daleka od produkcji dla masowej publiczności. Pojawiają się tu powroty do muzycznych tradycji, takież cytaty i parafrazy. Trzeba przyznać, że kawał dobrej roboty wykonał Łukasz Borowiecki, kompozytor świetnie czujący puenty tekstowe i ozdabiający utwory dodatkowo przewrotkami w samych dźwiękach. Tak jak Andrus bawi się słowami, tak jego muzycy bawią się samym graniem, możliwością tworzenia czegoś więcej niż tylko dialogu instrumentów. Andrus na tej płycie bywa drapieżny, co już samo w sobie jest zabawne (Glanki i pacyfki doczekały się nie-poważnej konkurencji w postaci Babki w czapce czy Leszku synu Kazimierza). Bywa liryczny (Przy kościele Santa Croce: aż trudno uwierzyć, że to wykorzystanie prasowej informacji), czasami ucieka w klimaty noir (Ciocia w gablocie), nawiązuje do klasyki (Szopka d-mol op.66 to jeden z utworów, które powinny przejść do mistrzowskich realizacji piosenek satyrycznych). A jak patrzy się z Przehyby to sposób na poderwanie słuchaczy rytmem. I za każdym razem Artur Andrus ma coś do opowiedzenia, za każdym razem dąży do komicznego zamknięcia piosenki. Chociaż muzycznie (i wokalnie!) to krążek zadowalający gusta wybrednych, trzeba prześledzić kolejne warstwy żartów, docenić misterne konstrukcje. Wiele na tej płycie rozwiązań wartych uznania, chociaż w odróżnieniu od poprzednich wydawnictw Sokratesa 18 w pierwszym odbiorze nie wydaje się zbiorem jednoznacznych przebojów. A jednak: od tej płyty trudno się oderwać, Andrus dojrzewa jako wokalista, bo jako autor tekstów zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia. Sokratesa 18 nie przypomina wcześniejszych płyt Andrusa. Ale zapada w pamięć tak samo.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
niedziela, 15 lipca 2018
konferencja ChTO
Nic nowego
czyli konferencja
Co na ChTO? Nic nowego. To przewrotne nieco streszczenie dwunastego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego wygłoszone przez Naczelnego Ogrodnika Sergiusza Brożka pojawiło się na konferencji prasowej po raz kolejny. Nie od dzisiaj w końcu wiadomo, że dobre, kameralne i sprawdzone komedie w sam raz na letnie wieczory to idea nadrzędna programu ChTO: tu liczą się wrażenia artystyczne, wysoki poziom spektakli, a i rozrywka daleka od banału. Również z tego względu swoim recitalem dwunasty sezon zainauguruje Artur Andrus ze swoimi muzykami. Satyrykowi i dziennikarzowi towarzyszyć będzie Dorota Miśkiewicz: to jeden z prezentów dla publiczności. Nie ostatni. Tegoroczna edycja przebiegać będzie pod hasłem „twój teatralny tuzin”, co oznacza aż dwanaście spektakli dla dorosłych (program małego ChTO i Dziecinady przedstawiony zostanie w późniejszym terminie, zwłaszcza że rzecz dotyczy sobotnich sierpniowych popołudni).
Gdzie w takim razie sygnalizowana w pierwszym zdaniu przewrotność podsumowania? Oczywiście w repertuarze. „Nic nowego” w założeniach programowych oznacza bowiem zestaw nowości. Ceremonie zimowe połączonych sił Teatru Montownia i Teatru WARSawy na wyjeździe, poza siedzibą macierzystą, zostaną zaprezentowane po raz pierwszy, w sali ChCK (tylko tam po drobnych modyfikacjach zmieścić się może olbrzymia scenografia). Szac, najnowsza propozycja Teatru Naumionego pod wodzą Iwony Woźniak, będzie miał w ChCK swoją chorzowską premierę. Po raz pierwszy na scenie ChTO zaprezentuje się rzeszowski Teatr Bo Tak (który na kilka minut przed konferencją prasową zmienił nazwę na Ave Teatr, ale nie należy się obawiać: to wciąż ci sami doskonali aktorzy, którzy bawią się w dobrym tekstowo spektaklu). Dla części widzów nowością może być również literacko-melancholijne wcielenie Andrzeja Grabowskiego, który po latach wraca do swojej przygody z Jesieninem. Naczelny Ogrodnik zaprosił też na ChTO młody (ale już dla chorzowskich widzów nie nowy!) Teatr Papahema: ich spektakl o Marii Skłodowskiej-Curie imponuje pomysłami realizacyjnymi, dość wspomnieć, że tytułową bohaterkę gra… czworo aktorów. Spektakl Baby (w reżyserii, ponownie, Iwony Woźniak) zgarnia nagrody na kolejnych konkursach i przeglądach, nie mogło go więc zabraknąć w ChTO. Dla tych, którzy uważają, że lato jest od spędzania czasu przy grillu, Montownia tym razem z Och-Teatrem zaprezentuje po raz pierwszy… farsę, Wąsy. Nowa jest również czwarta scena, w Starochorzowskim Domu Kultury: Chorzowski Teatr Ogrodowy cały czas się rozwija i stara się dotrzeć z ofertą do jak najszerszego grona widzów. Nie udałoby się to bez Miasta Chorzów, które jest współorganizatorem festiwalu: obecny na konferencji prasowej Prezydent Wiesław Ciężkowski wyjaśniał, na czym polega wzajemna współpraca.
Dla równowagi to, co stare, to powrót do tradycji. Tradycji śląskich (Mianujom mie Hanka to jedyny spektakl powtórzony w programie, tym razem na inaugurację sceny w SDK). Historia życia Karin Stanek spodoba się tym, którzy w młodości byli fanami bigbitu, ale i przedstawicielom kolejnych pokoleń. W tym roku również (nareszcie) uda się pokazać Wszystko o mężczyznach Teatru Ludowego. Z kolei Wiwisexia Teatru Korez to spektakl, na który w sezonie niezwykle ciężko się dostać: pojawia się na ChTO już jako klasyka rewelacyjnego dowcipu Tomasza Jachimka.
Dzięki konferencji dziennikarze mieli możliwość spotkać się z przedstawicielami dwóch scen ChTO: Dyrektor ChCK Tomasz Ignalski przedstawił plany rozwoju współpracy, niespodzianki dla widzów oraz… niektóre sekrety budowania repertuaru ChTO, Dyrektor Starochorzowskiego Domu Kultury przedstawił między innymi ciekawostki na temat prezentowanych na nowej scenie ChTO spektakli.
A przy okazji okazało się, że konferencja prasowa dwunastego sezonu otworzyła lato, bo tak pięknej pogody po ostatnich chłodach chyba nikt się nie spodziewał.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
czyli konferencja
Co na ChTO? Nic nowego. To przewrotne nieco streszczenie dwunastego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego wygłoszone przez Naczelnego Ogrodnika Sergiusza Brożka pojawiło się na konferencji prasowej po raz kolejny. Nie od dzisiaj w końcu wiadomo, że dobre, kameralne i sprawdzone komedie w sam raz na letnie wieczory to idea nadrzędna programu ChTO: tu liczą się wrażenia artystyczne, wysoki poziom spektakli, a i rozrywka daleka od banału. Również z tego względu swoim recitalem dwunasty sezon zainauguruje Artur Andrus ze swoimi muzykami. Satyrykowi i dziennikarzowi towarzyszyć będzie Dorota Miśkiewicz: to jeden z prezentów dla publiczności. Nie ostatni. Tegoroczna edycja przebiegać będzie pod hasłem „twój teatralny tuzin”, co oznacza aż dwanaście spektakli dla dorosłych (program małego ChTO i Dziecinady przedstawiony zostanie w późniejszym terminie, zwłaszcza że rzecz dotyczy sobotnich sierpniowych popołudni).
Gdzie w takim razie sygnalizowana w pierwszym zdaniu przewrotność podsumowania? Oczywiście w repertuarze. „Nic nowego” w założeniach programowych oznacza bowiem zestaw nowości. Ceremonie zimowe połączonych sił Teatru Montownia i Teatru WARSawy na wyjeździe, poza siedzibą macierzystą, zostaną zaprezentowane po raz pierwszy, w sali ChCK (tylko tam po drobnych modyfikacjach zmieścić się może olbrzymia scenografia). Szac, najnowsza propozycja Teatru Naumionego pod wodzą Iwony Woźniak, będzie miał w ChCK swoją chorzowską premierę. Po raz pierwszy na scenie ChTO zaprezentuje się rzeszowski Teatr Bo Tak (który na kilka minut przed konferencją prasową zmienił nazwę na Ave Teatr, ale nie należy się obawiać: to wciąż ci sami doskonali aktorzy, którzy bawią się w dobrym tekstowo spektaklu). Dla części widzów nowością może być również literacko-melancholijne wcielenie Andrzeja Grabowskiego, który po latach wraca do swojej przygody z Jesieninem. Naczelny Ogrodnik zaprosił też na ChTO młody (ale już dla chorzowskich widzów nie nowy!) Teatr Papahema: ich spektakl o Marii Skłodowskiej-Curie imponuje pomysłami realizacyjnymi, dość wspomnieć, że tytułową bohaterkę gra… czworo aktorów. Spektakl Baby (w reżyserii, ponownie, Iwony Woźniak) zgarnia nagrody na kolejnych konkursach i przeglądach, nie mogło go więc zabraknąć w ChTO. Dla tych, którzy uważają, że lato jest od spędzania czasu przy grillu, Montownia tym razem z Och-Teatrem zaprezentuje po raz pierwszy… farsę, Wąsy. Nowa jest również czwarta scena, w Starochorzowskim Domu Kultury: Chorzowski Teatr Ogrodowy cały czas się rozwija i stara się dotrzeć z ofertą do jak najszerszego grona widzów. Nie udałoby się to bez Miasta Chorzów, które jest współorganizatorem festiwalu: obecny na konferencji prasowej Prezydent Wiesław Ciężkowski wyjaśniał, na czym polega wzajemna współpraca.
Dla równowagi to, co stare, to powrót do tradycji. Tradycji śląskich (Mianujom mie Hanka to jedyny spektakl powtórzony w programie, tym razem na inaugurację sceny w SDK). Historia życia Karin Stanek spodoba się tym, którzy w młodości byli fanami bigbitu, ale i przedstawicielom kolejnych pokoleń. W tym roku również (nareszcie) uda się pokazać Wszystko o mężczyznach Teatru Ludowego. Z kolei Wiwisexia Teatru Korez to spektakl, na który w sezonie niezwykle ciężko się dostać: pojawia się na ChTO już jako klasyka rewelacyjnego dowcipu Tomasza Jachimka.
Dzięki konferencji dziennikarze mieli możliwość spotkać się z przedstawicielami dwóch scen ChTO: Dyrektor ChCK Tomasz Ignalski przedstawił plany rozwoju współpracy, niespodzianki dla widzów oraz… niektóre sekrety budowania repertuaru ChTO, Dyrektor Starochorzowskiego Domu Kultury przedstawił między innymi ciekawostki na temat prezentowanych na nowej scenie ChTO spektakli.
A przy okazji okazało się, że konferencja prasowa dwunastego sezonu otworzyła lato, bo tak pięknej pogody po ostatnich chłodach chyba nikt się nie spodziewał.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
sobota, 14 lipca 2018
Artur Andrus w Chorzowskim Teatrze Ogrodowym
Portret
Nie śpiewa przed lustrem, bo ma wtedy ciekawsze zajęcia, na przykład golenie. Ale śpiewa przed mikrofonem, nagrywa kolejne płyty i wciąż zaskakuje odbiorców nowymi wcieleniami scenicznymi. Od „teledysków na żywo” (pierwsza piosenka, tworząca niejako z przypadku Andrusa-wokalistę to Zabierzcie mi gitarę, w ramach teledysków pojawiła się później też składanka przebojów Boney M.), drobnych żartów, w których pomysł na piosenkę był ważniejszy niż samo wykonanie (Pszczółki), od scenicznych przyjaźni (Wiesiek idzie), przez Trójkowe Karpie, aż po stylistycznie dopracowane pastisze muzyczne (Szanta narciarska, Cyniczne córy Zurychu). Za sprawą słuchaczy, których zresztą sam do śmiechu przyzwyczajał, na listach przebojów wygrywał ze Stingiem. Teraz Artur Andrus powraca do słuchaczy z płytą Sokratesa 18, wciąż pełną żartów, ale też mocno melancholijną, mniej przesyconą cytatami i zabawami formalnymi, za to filozoficzną i refleksyjną. Uwielbiany przez publiczność artysta sprawdza się i jako konferansjer, i jako satyryk, chociaż polityki i satyry agitacyjnej unika, skupiając się bardziej na uniwersalnych spostrzeżeniach. Chętniej tłumaczy, że nie jest satyrykiem a rozśmieszaczem: nie próbuje naprawiać świata, zajmuje się błahostkami. Uwodzi w improwizacjach, pisze książki, grywa w spektaklach, do radia wraca (ale na razie do innego, co fanom raczej przeszkadzać nie będzie). Nie lubi nudy i w zadaniach, których się podejmuje doskonale to widać. Uwielbia za to radiowe audycje: tylko tam może mieć wrażenie kameralnej rozmowy, z jednym odbiorcą. Zbiera dziennikarskie kurioza i nieoczywiste komplementy (te ostatnie po tym, gdy usłyszał po występie, że jest śmieszny jak pies). Reaguje na to, co dziwne, ale też i nieistotne w szerszej perspektywie: z improwizacji powstają czasami utwory, które przetrwają próbę czasu i mogą funkcjonować poza wyjaśniającym kontekstem (tak było z Matką piłkarza czy Szaloną Krewetką). Przeważnie Andrus nie pisze piosenek dla innych, ale też i sam najlepiej interpretuje dowcipy, jeśli dodać do tego wciąż rosnące umiejętności wokalne, staje się jasne, że popularność płyt tego satyryka nie jest wyłącznie efektem ironicznej ciekawości odbiorców. Fenomen Artura Andrusa może polegać na dobrotliwym humorze, na śmiechu bez zjadliwości i chęci klasyfikowania oraz oceniania zjawisk. Ale jest to też dziennikarz, który przywraca do świadomości szerokiej grupy odbiorców dawnych mistrzów: przedstawił słuchaczom między innymi Stefanię Grodzieńską i Marię Czubaszek, sprawił, że obie panie na nowo zaistniały w przestrzeni publicznej jako cenione autorki satyr (a Maria Czubaszek stała się wręcz celebrytką). Potrafi śmiać się z siebie (stąd pomysł na zespół Demony Sanatorium). Fani wytwórni A’Yoy znajdą go w filmach (czasami gra samego siebie, a czasami… karykaturę samego siebie, beznadziejnego konferansjera obrzucanego pomidorami). Współpraca z kabareciarzami owocuje zestawem kolejnych anegdot (kabaret Potem wyjaśnia, dlaczego w programie Trąbka dla gubernatora starszy posterunkowy nazywa się Artur Andrus i „jest głupi jak tapeta w motylki”).
Piosenki pisze, bo sprawia mu to przyjemność. Ale zawsze tworzy takie, przy których można tańczyć, żeby sam, jako wykonawca, nie musiał tego robić. Nic dziwnego, że przy choreografii do Piłem w Spale, spałem w Pile, pierwszej wersji Diridondy, Córach Zurychu czy Królowej nadbałtyckich raf publiczność szaleje. Deklaruje Andrus, że kiedy jego płyty będą się słabiej sprzedawać, zdemoluje jakiś hotel lub wymyśli podobny skandal dla podgrzania atmosfery. Na razie nie musi.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Nie śpiewa przed lustrem, bo ma wtedy ciekawsze zajęcia, na przykład golenie. Ale śpiewa przed mikrofonem, nagrywa kolejne płyty i wciąż zaskakuje odbiorców nowymi wcieleniami scenicznymi. Od „teledysków na żywo” (pierwsza piosenka, tworząca niejako z przypadku Andrusa-wokalistę to Zabierzcie mi gitarę, w ramach teledysków pojawiła się później też składanka przebojów Boney M.), drobnych żartów, w których pomysł na piosenkę był ważniejszy niż samo wykonanie (Pszczółki), od scenicznych przyjaźni (Wiesiek idzie), przez Trójkowe Karpie, aż po stylistycznie dopracowane pastisze muzyczne (Szanta narciarska, Cyniczne córy Zurychu). Za sprawą słuchaczy, których zresztą sam do śmiechu przyzwyczajał, na listach przebojów wygrywał ze Stingiem. Teraz Artur Andrus powraca do słuchaczy z płytą Sokratesa 18, wciąż pełną żartów, ale też mocno melancholijną, mniej przesyconą cytatami i zabawami formalnymi, za to filozoficzną i refleksyjną. Uwielbiany przez publiczność artysta sprawdza się i jako konferansjer, i jako satyryk, chociaż polityki i satyry agitacyjnej unika, skupiając się bardziej na uniwersalnych spostrzeżeniach. Chętniej tłumaczy, że nie jest satyrykiem a rozśmieszaczem: nie próbuje naprawiać świata, zajmuje się błahostkami. Uwodzi w improwizacjach, pisze książki, grywa w spektaklach, do radia wraca (ale na razie do innego, co fanom raczej przeszkadzać nie będzie). Nie lubi nudy i w zadaniach, których się podejmuje doskonale to widać. Uwielbia za to radiowe audycje: tylko tam może mieć wrażenie kameralnej rozmowy, z jednym odbiorcą. Zbiera dziennikarskie kurioza i nieoczywiste komplementy (te ostatnie po tym, gdy usłyszał po występie, że jest śmieszny jak pies). Reaguje na to, co dziwne, ale też i nieistotne w szerszej perspektywie: z improwizacji powstają czasami utwory, które przetrwają próbę czasu i mogą funkcjonować poza wyjaśniającym kontekstem (tak było z Matką piłkarza czy Szaloną Krewetką). Przeważnie Andrus nie pisze piosenek dla innych, ale też i sam najlepiej interpretuje dowcipy, jeśli dodać do tego wciąż rosnące umiejętności wokalne, staje się jasne, że popularność płyt tego satyryka nie jest wyłącznie efektem ironicznej ciekawości odbiorców. Fenomen Artura Andrusa może polegać na dobrotliwym humorze, na śmiechu bez zjadliwości i chęci klasyfikowania oraz oceniania zjawisk. Ale jest to też dziennikarz, który przywraca do świadomości szerokiej grupy odbiorców dawnych mistrzów: przedstawił słuchaczom między innymi Stefanię Grodzieńską i Marię Czubaszek, sprawił, że obie panie na nowo zaistniały w przestrzeni publicznej jako cenione autorki satyr (a Maria Czubaszek stała się wręcz celebrytką). Potrafi śmiać się z siebie (stąd pomysł na zespół Demony Sanatorium). Fani wytwórni A’Yoy znajdą go w filmach (czasami gra samego siebie, a czasami… karykaturę samego siebie, beznadziejnego konferansjera obrzucanego pomidorami). Współpraca z kabareciarzami owocuje zestawem kolejnych anegdot (kabaret Potem wyjaśnia, dlaczego w programie Trąbka dla gubernatora starszy posterunkowy nazywa się Artur Andrus i „jest głupi jak tapeta w motylki”).
Piosenki pisze, bo sprawia mu to przyjemność. Ale zawsze tworzy takie, przy których można tańczyć, żeby sam, jako wykonawca, nie musiał tego robić. Nic dziwnego, że przy choreografii do Piłem w Spale, spałem w Pile, pierwszej wersji Diridondy, Córach Zurychu czy Królowej nadbałtyckich raf publiczność szaleje. Deklaruje Andrus, że kiedy jego płyty będą się słabiej sprzedawać, zdemoluje jakiś hotel lub wymyśli podobny skandal dla podgrzania atmosfery. Na razie nie musi.
Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
czwartek, 11 sierpnia 2016
zapowiedź ChTO
12 sierpnia, godz. 19:00
w Sztygarce
Trzej Muszkieterowie
Teatr Montownia (Warszawa) i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)
tekst: Aleksander Dumas
reżyseria: Giovanny Castellanos
adaptacja: Jakub Roszkowski
scenografia i kostiumy: Dominika Skaza
muzyka: Marcin Rumiński
na scenie: Monika Fronczek, Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki
czas trwania: 80 minut
Trzej Muszkieterowie to klasyk. Opowieść o przyjaźni czterech mistrzów szpady łączy w sobie wszystko, co kochają widzowie: szalone przygody, pojedynki, namiętności, nieoczekiwane zwroty akcji i zabarwione erotyzmem sceny zalotów i zdrad. Zespół Montowni proponuje widzowi nowe odczytanie bestselleru Aleksandra Dumasa. Skomplikowana, ale naszkicowana niezwykle precyzyjnie i odgrywana w szaleńczym tempie intryga oraz koloryt siedemnastowiecznej Francji, nieustannie zmieniający role aktorzy i tylko jeden element scenografii: wielofunkcyjna szafa. Wszystko to jest pretekstem do zabawy w teatr, gry ze stereotypami i popkulturowymi wyobrażeniami na temat doskonale wszystkim znanej powieści. Montownia przefiltrowuje je przez swój charakterystyczny styl, wrażliwość i poczucie humoru. Trzej Muszkieterowie to także wyborny popis aktorskiego rzemiosła, oparty na grze gestów, wyobraźni i eksponowaniu przerysowanej fizyczności kolejnych bohaterów. Choć piątka aktorów odtwarza aż kilkanaście postaci, nie może tu być mowy o pomyłce. Nie sposób pominąć też brawurowych ról psa de Gaulle'a i kota Richelieu… To po prostu trzeba zobaczyć!
Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?ID=22062
oraz w recepcji Sztygarki (tel. 32 249 59 92)
13 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
Teatr w Kłodzku (Kłodzko) – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
tekst: Karel Čapek
adaptacja i reżyseria: Michał Tramer
projekt i wykonanie lalek: Elżbieta Żelezik
muzyka: Leszek Nowotarski
kostiumy: Anna Kandziora
na scenie: Joanna Półtoranos, Joanna Załucka
Spektakl przedstawia perypetie dorastającego szczeniaka. Poza wspaniałym tekstem literackim dużym walorem przedstawienia jest jego strona plastyczna i muzyczna. Kolorowe lecz proste dekoracje i kostiumy stanowią świetne tło dla efektownych lalek psów, Daszeńka... jest spektaklem jednocześnie radosnym, dynamicznym, ciepłym i mądrym, który nie tylko bawi, ale i uczy. Skierowany jest do wszystkich widzów od 5 do 105 lat, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników psów.
Wstęp wolny
15 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
DZIECINADA
– a na dobry początek:
Babeczka z jajeczka
Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)
tekst: Iva Procházková
adaptacja: Katka Aulitisová
reżyseria: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
scenografia: Markétka Plachá
muzyka: Peter Vaňouček
na scenie: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
Po co ojciec na tronie lub mama-królowa, jeśli nie mają czasu dla swojego dziecka? W dodatku czasami potrafią tak zdenerwować, że człowiek wyskoczyłby ze skóry!
Najwyższa pora na cud! Złota rybka? Lampa Aladyna? Czarodziejskie lusterko?
Nie. Jajeczko. Zwyczajne małe jajeczko.
oraz warsztaty teatralne i plastyczne a także konkursy i niespodzianki
(we współpracy z Fundacją Edukacyjną KOMBINATORY)
Wstęp wolny
w Sztygarce
Trzej Muszkieterowie
Teatr Montownia (Warszawa) i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)
tekst: Aleksander Dumas
reżyseria: Giovanny Castellanos
adaptacja: Jakub Roszkowski
scenografia i kostiumy: Dominika Skaza
muzyka: Marcin Rumiński
na scenie: Monika Fronczek, Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki
czas trwania: 80 minut
Trzej Muszkieterowie to klasyk. Opowieść o przyjaźni czterech mistrzów szpady łączy w sobie wszystko, co kochają widzowie: szalone przygody, pojedynki, namiętności, nieoczekiwane zwroty akcji i zabarwione erotyzmem sceny zalotów i zdrad. Zespół Montowni proponuje widzowi nowe odczytanie bestselleru Aleksandra Dumasa. Skomplikowana, ale naszkicowana niezwykle precyzyjnie i odgrywana w szaleńczym tempie intryga oraz koloryt siedemnastowiecznej Francji, nieustannie zmieniający role aktorzy i tylko jeden element scenografii: wielofunkcyjna szafa. Wszystko to jest pretekstem do zabawy w teatr, gry ze stereotypami i popkulturowymi wyobrażeniami na temat doskonale wszystkim znanej powieści. Montownia przefiltrowuje je przez swój charakterystyczny styl, wrażliwość i poczucie humoru. Trzej Muszkieterowie to także wyborny popis aktorskiego rzemiosła, oparty na grze gestów, wyobraźni i eksponowaniu przerysowanej fizyczności kolejnych bohaterów. Choć piątka aktorów odtwarza aż kilkanaście postaci, nie może tu być mowy o pomyłce. Nie sposób pominąć też brawurowych ról psa de Gaulle'a i kota Richelieu… To po prostu trzeba zobaczyć!
Wejściówki w cenie 20 zł dostępne w sieci ticketportal
http://www.ticketportal.pl/podujatie_search.asp?ID=22062
oraz w recepcji Sztygarki (tel. 32 249 59 92)
13 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
Teatr w Kłodzku (Kłodzko) – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
tekst: Karel Čapek
adaptacja i reżyseria: Michał Tramer
projekt i wykonanie lalek: Elżbieta Żelezik
muzyka: Leszek Nowotarski
kostiumy: Anna Kandziora
na scenie: Joanna Półtoranos, Joanna Załucka
Spektakl przedstawia perypetie dorastającego szczeniaka. Poza wspaniałym tekstem literackim dużym walorem przedstawienia jest jego strona plastyczna i muzyczna. Kolorowe lecz proste dekoracje i kostiumy stanowią świetne tło dla efektownych lalek psów, Daszeńka... jest spektaklem jednocześnie radosnym, dynamicznym, ciepłym i mądrym, który nie tylko bawi, ale i uczy. Skierowany jest do wszystkich widzów od 5 do 105 lat, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników psów.
Wstęp wolny
15 sierpnia, godz. 15:00
w Skansenie
DZIECINADA
– a na dobry początek:
Babeczka z jajeczka
Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)
tekst: Iva Procházková
adaptacja: Katka Aulitisová
reżyseria: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
scenografia: Markétka Plachá
muzyka: Peter Vaňouček
na scenie: Katka Aulitisová i Ľubo Piktor
Po co ojciec na tronie lub mama-królowa, jeśli nie mają czasu dla swojego dziecka? W dodatku czasami potrafią tak zdenerwować, że człowiek wyskoczyłby ze skóry!
Najwyższa pora na cud! Złota rybka? Lampa Aladyna? Czarodziejskie lusterko?
Nie. Jajeczko. Zwyczajne małe jajeczko.
oraz warsztaty teatralne i plastyczne a także konkursy i niespodzianki
(we współpracy z Fundacją Edukacyjną KOMBINATORY)
Wstęp wolny
środa, 20 lipca 2016
Kopidoł - zapowiedź
22 lipca, godz. 19:00
w Chorzowskim Centrum Kultury
Kopidoł
Teatr Naumiony (Ornontowice)
cykl: TYJATER KERY GODO
tekst: Joanna Sodzawiczny
reżyseria: Iwona Woźniak
asystent reżysera, sufler, konsultant do spraw językowych: Teresa Machulik
scenografia i kostiumy: Sabina Baron
charakteryzacja: Helena Chwałek
przygotowanie muzyczne: Nina Wolska, Paweł Łebek
reżyseria świateł: Marcin Thomann
na scenie: Bronisława Porembska, Jolanta Sodzawiczny, Magdalena Owczarek, Beata Kniejska, Stefan Owczarek, Józef Ignasiak, Joanna Sodzawiczny, Joanna Wiaterek, Sylwia Zajusz, Karolina Jaworska, Karolina Sosna, Patryk Skolik, Dominik Sodzawiczny, Łukasz Domin, Łukasz Gocal, w roli Kopidoła: Bartłomiej Garus
czas trwania: 70 minut
z materiałów prasowych:
Historia kopidoła (grabarza) i jego rodziny osadzona w połowie XX wieku na terenie wioski na Górnym Śląsku. Tragikomiczna opowieść o losach wielopokoleniowej rodziny, w której codzienność zakłóca śmierć seniora rodu. W przedstawieniu wykorzystano obrzędy pogrzebowe, które jeszcze do niedawna kultywowano na Śląsku, a także stare pieśni pogrzebowe śpiewane w domach. Całość zagrana po śląsku. Pomimo bardzo poważnej tematyki spektakl utrzymany jest w konwencji tragikomedii, gdzie dość zabawne perypetie rodzinne przeplatają się z śląską obrzędowością.
w Chorzowskim Centrum Kultury
Kopidoł
Teatr Naumiony (Ornontowice)
cykl: TYJATER KERY GODO
tekst: Joanna Sodzawiczny
reżyseria: Iwona Woźniak
asystent reżysera, sufler, konsultant do spraw językowych: Teresa Machulik
scenografia i kostiumy: Sabina Baron
charakteryzacja: Helena Chwałek
przygotowanie muzyczne: Nina Wolska, Paweł Łebek
reżyseria świateł: Marcin Thomann
na scenie: Bronisława Porembska, Jolanta Sodzawiczny, Magdalena Owczarek, Beata Kniejska, Stefan Owczarek, Józef Ignasiak, Joanna Sodzawiczny, Joanna Wiaterek, Sylwia Zajusz, Karolina Jaworska, Karolina Sosna, Patryk Skolik, Dominik Sodzawiczny, Łukasz Domin, Łukasz Gocal, w roli Kopidoła: Bartłomiej Garus
czas trwania: 70 minut
z materiałów prasowych:
Historia kopidoła (grabarza) i jego rodziny osadzona w połowie XX wieku na terenie wioski na Górnym Śląsku. Tragikomiczna opowieść o losach wielopokoleniowej rodziny, w której codzienność zakłóca śmierć seniora rodu. W przedstawieniu wykorzystano obrzędy pogrzebowe, które jeszcze do niedawna kultywowano na Śląsku, a także stare pieśni pogrzebowe śpiewane w domach. Całość zagrana po śląsku. Pomimo bardzo poważnej tematyki spektakl utrzymany jest w konwencji tragikomedii, gdzie dość zabawne perypetie rodzinne przeplatają się z śląską obrzędowością.
czwartek, 14 lipca 2016
Chorzowski Teatr Ogrodowy sezon dziesiąty 2016 rok
czyli na trzech scenach sztuka
PROGRAM DZIESIĄTEGO SEZONU CHTO
15 lipca, godz. 19:00
Sonia Bohosiewicz
oraz big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki
10 sekretów Marilyn Monroe
(w ChCK)
22 lipca, godz. 19:00
cykl: TYJATER KERY GODO
Teatr Naumiony (Ornontowice)
Kopidoł
(w ChCK)
ok. 20:30 projekcja filmu dokumentalnego Autonomiści (w ChCK)
29 lipca, godz. 19:00
cykl: MONODRAM MISTRZOWSKI
Joanna Szczepkowska
Goła baba
(w Sztygarce)
5 sierpnia, godz. 19:00
Teatr Ludowy (Kraków)
Mending fences.Wszystko o związkach
(w Sztygarce)
godz. 21:00
cykl: TYJATER KERY GODO
Teatr Reduta Śląska (Chorzów)
Stary klamor w dziadkowym szranku
(w ChCK)
ok. godz. 22:00 projekcja filmu dokumentalnego Reduta przestrzeni
(w ChCK)
6 sierpnia, godz. 15:00
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr Gry i Ludzie (Katowice)
Opowieści wagantów
(w Skansenie)
12 sierpnia, godz. 19:00
Teatr Montownia (Warszawa)
i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)
Trzej Muszkieterowie
(w Sztygarce)
13 sierpnia, godz. 15:00
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr w Kłodzku – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
(w Skansenie)
15 sierpnia, godz. 15:00
DZIECINADA
na początek Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)
Babeczka z jajeczka
a później warsztaty teatralne i plastyczne, wspólnie przygotowane bajkowe przedstawienie i niespodzianki (we współpracy z Fundacją Edukacyjną Kombinatory)
(w Skansenie)
19 sierpnia, godz. 19:00
Nowy Teatr im. Witkacego (Słupsk)
Bóg mordu
(w Sztygarce)
godz. 21:00
Teatr Bez Sceny (Katowice)
Psiunio
(w ChCK, scena Antrakt)
20 sierpnia, godz. 15:00
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr Dzieci Zagłębia im. Jana Dormana (Będzin)
O Talerzu Nierozbitku
(w Skansenie)
26 sierpnia, godz. 19:00
Teatr im. Ludwika Solskiego (Tarnów)
Jakobi i Leidental
(w Sztygarce)
26 sierpnia, godz. 21:00
pod wieżą Prezydent
Dwugłowy Smok – projekcja filmu i toast jubileuszowy
15 lipca, godz. 19:00
Sonia Bohosiewicz
oraz big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki
10 sekretów Marilyn Monroe
(w ChCK)
22 lipca, godz. 19:00
cykl: TYJATER KERY GODO
Teatr Naumiony (Ornontowice)
Kopidoł
(w ChCK)
ok. 20:30 projekcja filmu dokumentalnego Autonomiści (w ChCK)
29 lipca, godz. 19:00
cykl: MONODRAM MISTRZOWSKI
Joanna Szczepkowska
Goła baba
(w Sztygarce)
5 sierpnia, godz. 19:00
Teatr Ludowy (Kraków)
Mending fences.Wszystko o związkach
(w Sztygarce)
godz. 21:00
cykl: TYJATER KERY GODO
Teatr Reduta Śląska (Chorzów)
Stary klamor w dziadkowym szranku
(w ChCK)
ok. godz. 22:00 projekcja filmu dokumentalnego Reduta przestrzeni
(w ChCK)
6 sierpnia, godz. 15:00
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr Gry i Ludzie (Katowice)
Opowieści wagantów
(w Skansenie)
12 sierpnia, godz. 19:00
Teatr Montownia (Warszawa)
i Teatr Łaźnia Nowa (Kraków)
Trzej Muszkieterowie
(w Sztygarce)
13 sierpnia, godz. 15:00
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr w Kłodzku – Kłodzki Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji
Daszeńka, czyli żywot szczeniaka
(w Skansenie)
15 sierpnia, godz. 15:00
DZIECINADA
na początek Divadlo PIKI (Pezinok, Słowacja)
Babeczka z jajeczka
a później warsztaty teatralne i plastyczne, wspólnie przygotowane bajkowe przedstawienie i niespodzianki (we współpracy z Fundacją Edukacyjną Kombinatory)
(w Skansenie)
19 sierpnia, godz. 19:00
Nowy Teatr im. Witkacego (Słupsk)
Bóg mordu
(w Sztygarce)
godz. 21:00
Teatr Bez Sceny (Katowice)
Psiunio
(w ChCK, scena Antrakt)
20 sierpnia, godz. 15:00
Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy
Teatr Dzieci Zagłębia im. Jana Dormana (Będzin)
O Talerzu Nierozbitku
(w Skansenie)
26 sierpnia, godz. 19:00
Teatr im. Ludwika Solskiego (Tarnów)
Jakobi i Leidental
(w Sztygarce)
26 sierpnia, godz. 21:00
pod wieżą Prezydent
Dwugłowy Smok – projekcja filmu i toast jubileuszowy
wtorek, 28 czerwca 2016
Sonia Bohosiewicz - koncert inauguracyjny dziesiątego sezonu Chorzowskiego Teatru Ogrodowego
Chorzowski Teatr Ogrodowy sezon dziesiąty 2016 rok, czyli na trzech scenach sztuka
KONCERT INAUGURACYJNY
15 lipca, godz. 19:00
w Chorzowskim Centrum Kultury
10 sekretów Marilyn Monroe
Sonia Bohosiewicz
oraz big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki
Sonia Bohosiewicz nie zamierza udawać Marilyn Monroe. Z fascynacji gwiazdą i miłości do śpiewania powstał jednak niezwykły koncert, recital, jakiego dotąd nie było. Sonia hipnotyzuje głosem, a jej występ to nie tylko okazja do przyjrzenia się biografii Monroe, ale i spotkanie dwóch wielkich osobowości. Uwodzicielska. Tajemnicza. Czarująca. Liryczna. Komediowa. Bohosiewicz czy Monroe?
A przecież Sonia nie pojawi się na scenie sama... Big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki zapewni niezapomnianą oprawę muzyczną.
Wydarzenie inaugurujące dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego łączy muzykę, teatr i film w najlepszym możliwym wydaniu.
Uwaga: 10 sekretów Marilyn Monroe podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będzie mieć swoją śląską premierę!

fot. M. Makowski
KONCERT INAUGURACYJNY
15 lipca, godz. 19:00
w Chorzowskim Centrum Kultury
10 sekretów Marilyn Monroe
Sonia Bohosiewicz
oraz big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki
Sonia Bohosiewicz nie zamierza udawać Marilyn Monroe. Z fascynacji gwiazdą i miłości do śpiewania powstał jednak niezwykły koncert, recital, jakiego dotąd nie było. Sonia hipnotyzuje głosem, a jej występ to nie tylko okazja do przyjrzenia się biografii Monroe, ale i spotkanie dwóch wielkich osobowości. Uwodzicielska. Tajemnicza. Czarująca. Liryczna. Komediowa. Bohosiewicz czy Monroe?
A przecież Sonia nie pojawi się na scenie sama... Big-band pod dyrekcją Wiesława Pieregorólki zapewni niezapomnianą oprawę muzyczną.
Wydarzenie inaugurujące dziesiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego łączy muzykę, teatr i film w najlepszym możliwym wydaniu.
Uwaga: 10 sekretów Marilyn Monroe podczas Chorzowskiego Teatru Ogrodowego będzie mieć swoją śląską premierę!

fot. M. Makowski
niedziela, 30 sierpnia 2015
Podsumowanie 9. sezonu ChTO
Na finał
Jak podsumować dziewiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego? Najprościej odda to chyba bardzo trafny podtytuł: „wśród przyjaciół”. Ta edycja odbywała się właśnie w kręgu zespołów sprawdzonych i zaprzyjaźnionych (co ciekawe, kto pojawił się w Magazynie Ciekłego Powietrza po raz pierwszy, natychmiast dołączał do tej grupy), a niemal familiarna atmosfera przenosiła się również na widzów.
Rozpoczęliśmy ten sezon od pięknego poetyckiego koncertu: Piotr Woźniak z Anną Papierz i Tadeusz Woźniak Projekt (więc Tadeusz Woźniak, Piotr Woźniak, Jola Majchrzak-Woźniak i Mariusz Jagoda) przypomnieli, dlaczego poezja śpiewana i utwory ze starannie dobieranymi tekstami stanowią najlepszą alternatywę dla codziennego pośpiechu. Piosenki z płyty Tata Adama promowanej przez Piotra Woźniaka jeszcze długo rozbrzmiewały w pamięci, a w recenzjach i opiniach po koncercie pojawiało się najczęściej słowo „magia”. Podwójny koncert na otwarcie, więc i podwójny finał, ale zanim do tego dojdzie…
Na początek teatralnych wrażeń Montownia w składzie dwuosobowym i historia o komiku oraz jego terapeucie. O ile Rafał Rutkowski jest widzom (nie tylko) ChTO doskonale znany, o tyle Adam Woronowicz pozytywnie zaskoczył komediowym wyczuciem. Dwaj aktorzy stworzyli wielki show: zafundowali publiczności, poza feerią żartów, również celne spostrzeżenia na temat polskich realiów. Nie można zapomnieć i o Sowie Mądrej Głowie, bez której trudno sobie wyobrazić aktorskie popisy.
W drugi teatralny piątek do Chorzowa, nareszcie, przyjechał Jan Peszek z monodramem granym od trzydziestu dziewięciu lat. Manifest o sztuce i powinnościach artysty zamieniony w jednoosobowy i w najdrobniejszych szczegółach wyreżyserowany popis bez wątpienia zasługuje na określenie, pod którym figurował w programie, „mistrzowski”. Dokonując na scenie rzeczy niemożliwych, Peszek nie odrywał się od tekstu Schaeffera. Z czasem jego gra na różnych przedmiotach zaczęła układać się w wielopłaszczyznową opowieść, sugestywnie aluzyjną.
Następny spektakl, Griga Teatru Nowego z Krakowa przeniósł wszystkich do ubogiej izdebki w głębi Rosji. Piotr Sieklucki, Aneta Wirzinkiewicz oraz Dominik Nowak bardzo przekonująco zaprezentowali ludzkie dramaty i dylematy wyostrzane przez alkohol. Udowodnili, że każdy człowiek jest gotową historią, materiałem na książkę (lub spektakl). Tu nadmiar procentów nie przytępiał zwykłej ludzkiej wrażliwości, pokazywał za to potęgę prawdziwej przyjaźni, silnej bez względu na trudny los.
Chociaż Stowarzyszenie Teatralne Badów pozostaje nieco na uboczu teatralnej mapy kraju, przygotowuje spektakle, które z powodzeniem konkurować mogą z najlepszymi produkcjami głośnych twórców. Joanna Fidler i Paweł Pabisiak, duet znany już z poprzednich sezonów ChTO, pod wodzą Piotra Bikonta zaprezentował Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca w sposób, który zasługuje na najwyższe uznanie. Tłum postaci, wydarzenia zmieniające się jak w kalejdoskopie i bezustanna tułaczka małego, poniżanego żydowskiego krawca to połączenie śmiechu i wzruszeń.
Śmiechu nie zabrakło i w ostatniej repertuarowej propozycji. Miód, albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem to jak szalony sen reżysera. Svoboda wykorzystuje tu absurdalny dowcip i do karykatury doprowadza farsową modę na seks jako temat sztuki. Ale w jego ujęciu seks z gwiazdą scen wygląda inaczej niż w sennych marzeniach…
A że na finał co roku staramy się przygotować dodatkową niespodziankę, to nie koniec atrakcji. Pod wieżą Prezydent odbył się plenerowy i widowiskowy spektakl poświęcony legendzie Karola Goduli, czyli Golem Godula tyskiego Teatru HoM. To przedstawienie, które trzeba zobaczyć: a śląski temat dobrze wpisuje się w krajobraz postindustrialny.
Nie zawiódł i Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy, czyli letnie propozycje dla najmłodszych, chociaż Naczelny Ogrodnik ubolewa nad tym, że tylko jeden spektakl udało się pokazać w plenerze, przed Sztygarką. W założeniu plenerowe są wszystkie zapraszane, a plany pokrzyżować może tylko zła pogoda. W tym roku jednak pogoda była zbyt dobra i trzy razy chroniliśmy się w klimatyzowanym Magazynie Ciekłego Powietrza przed palącym słońcem. Przed zabudowaniami zagrał białostocki Teatr Conieco, który sporo radości dzieciom przyniósł ze względu na odświeżenie i przypomnienie znanych bajek Brzechwy, Konopnickiej czy Jachowicza. Pięknie malowane lalki zjawiskowo prezentowały się pod wieżą.
Równie imponująco wyglądałby tam but z historii o Szewczyku Dratewce, przybliżanej przez Teatr Gry i Ludzie, ale niestety: ogromna konstrukcja scenograficzna stanąć musiała w Magazynie. Nie przeszkodziło to najmłodszym śledzić z zapartym tchem opowieści o przygodach dzielnego szewczyka i pięknej królewny. Smok z głową w kształcie buta („butny smok”, jak skomentował Naczelny Ogrodnik) pokazywał jeszcze lepiej wyobraźnię twórców spektaklu. Kto na koniec wziął udział w wycieczce przez but? Było można.
Dziecinadę urządzaliśmy po raz czwarty, jak zwykle z niezastąpioną Fundacją Edukacyjną Kombinatory, a także przy rzeczowym wsparciu firmy EPK, która na wieść o „pirackim” temacie zafundowała chętnym do udziału w bajce dzieciom nie tylko słodki wkład do skarbu, ale i pirackie chusty. Zanim jednak do naszej bajki doszło, słowacki teatr PIKI, obecny z nami na każdej Dziecinadzie (a i wcześniej) przedstawił wzruszającą opowieść o małym i niezbyt urodziwym kundelku, Psie Przytulaku. Aktorzy zaimponowali również dorosłym: tempem zmian i precyzją w odtwarzaniu ruchliwych ulic Paryża. Wirtuozersko wymieniali się lalkami i zmieniali sposób kadrowania, było więc co podziwiać.
Ostatnią propozycją dla najmłodszych była Fabryka zabawek agencji artystycznej Prym ART. Spektakl muzyczny (kompozycje Dariusza Szwedy naprawdę wpadały w ucho!), bajecznie kolorowy i z niemal „kryminalną” fabułą: bohaterowie musieli pomóc panu Stanisławowi, sympatycznemu pracownikowi z fabryki zabawek, w znalezieniu okularów zabranych przez podstępnego Czarcika. Każdy z dziecięcych spektakli miał inną formę i każdy w inny sposób pokazywał najmłodszym, jak zamieniać rzeczywistość w bajkę. Dzięki tej różnorodności formalnej nie nudzili się także rodzice: nawet jeśli nie porwałyby ich teksty, mogli przyjrzeć się pomysłom scenograficznym czy reżyserskim.
Co jeszcze? Były konkursy dla najmłodszych (w pierwszych pięciu numerach „Sztajgerowego Cajtunga”, były festiwalowe koszulki dla młodszych i starszych (nigdy do kupienia, zawsze do wygrania w konkursach, między innymi na naszym facebooku: www.facebook.com/chorzowskiteatrogrodowy, ale też w zaprzyjaźnionych portalach). Po raz pierwszy wprowadziliśmy patronaty medialne, żeby było o nas jeszcze więcej słychać. Na Wasze opinie o ChTO tradycyjnie czekamy pod adresem sztajgerowycajtung@gmail.com.
I nie żegnamy się wcale na rok! To znaczy, owszem, dziesiąty sezon w następne wakacje, ale już 30 września o godzinie 19:00 zapraszamy do ChTO poza sezonem: przyjedzie do nas ponownie Rafał Rutkowski, tym razem ze swoim najlepszym monodramem, Ojciec polski.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Jak podsumować dziewiąty sezon Chorzowskiego Teatru Ogrodowego? Najprościej odda to chyba bardzo trafny podtytuł: „wśród przyjaciół”. Ta edycja odbywała się właśnie w kręgu zespołów sprawdzonych i zaprzyjaźnionych (co ciekawe, kto pojawił się w Magazynie Ciekłego Powietrza po raz pierwszy, natychmiast dołączał do tej grupy), a niemal familiarna atmosfera przenosiła się również na widzów.
Rozpoczęliśmy ten sezon od pięknego poetyckiego koncertu: Piotr Woźniak z Anną Papierz i Tadeusz Woźniak Projekt (więc Tadeusz Woźniak, Piotr Woźniak, Jola Majchrzak-Woźniak i Mariusz Jagoda) przypomnieli, dlaczego poezja śpiewana i utwory ze starannie dobieranymi tekstami stanowią najlepszą alternatywę dla codziennego pośpiechu. Piosenki z płyty Tata Adama promowanej przez Piotra Woźniaka jeszcze długo rozbrzmiewały w pamięci, a w recenzjach i opiniach po koncercie pojawiało się najczęściej słowo „magia”. Podwójny koncert na otwarcie, więc i podwójny finał, ale zanim do tego dojdzie…
Na początek teatralnych wrażeń Montownia w składzie dwuosobowym i historia o komiku oraz jego terapeucie. O ile Rafał Rutkowski jest widzom (nie tylko) ChTO doskonale znany, o tyle Adam Woronowicz pozytywnie zaskoczył komediowym wyczuciem. Dwaj aktorzy stworzyli wielki show: zafundowali publiczności, poza feerią żartów, również celne spostrzeżenia na temat polskich realiów. Nie można zapomnieć i o Sowie Mądrej Głowie, bez której trudno sobie wyobrazić aktorskie popisy.
W drugi teatralny piątek do Chorzowa, nareszcie, przyjechał Jan Peszek z monodramem granym od trzydziestu dziewięciu lat. Manifest o sztuce i powinnościach artysty zamieniony w jednoosobowy i w najdrobniejszych szczegółach wyreżyserowany popis bez wątpienia zasługuje na określenie, pod którym figurował w programie, „mistrzowski”. Dokonując na scenie rzeczy niemożliwych, Peszek nie odrywał się od tekstu Schaeffera. Z czasem jego gra na różnych przedmiotach zaczęła układać się w wielopłaszczyznową opowieść, sugestywnie aluzyjną.
Następny spektakl, Griga Teatru Nowego z Krakowa przeniósł wszystkich do ubogiej izdebki w głębi Rosji. Piotr Sieklucki, Aneta Wirzinkiewicz oraz Dominik Nowak bardzo przekonująco zaprezentowali ludzkie dramaty i dylematy wyostrzane przez alkohol. Udowodnili, że każdy człowiek jest gotową historią, materiałem na książkę (lub spektakl). Tu nadmiar procentów nie przytępiał zwykłej ludzkiej wrażliwości, pokazywał za to potęgę prawdziwej przyjaźni, silnej bez względu na trudny los.
Chociaż Stowarzyszenie Teatralne Badów pozostaje nieco na uboczu teatralnej mapy kraju, przygotowuje spektakle, które z powodzeniem konkurować mogą z najlepszymi produkcjami głośnych twórców. Joanna Fidler i Paweł Pabisiak, duet znany już z poprzednich sezonów ChTO, pod wodzą Piotra Bikonta zaprezentował Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca w sposób, który zasługuje na najwyższe uznanie. Tłum postaci, wydarzenia zmieniające się jak w kalejdoskopie i bezustanna tułaczka małego, poniżanego żydowskiego krawca to połączenie śmiechu i wzruszeń.
Śmiechu nie zabrakło i w ostatniej repertuarowej propozycji. Miód, albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem to jak szalony sen reżysera. Svoboda wykorzystuje tu absurdalny dowcip i do karykatury doprowadza farsową modę na seks jako temat sztuki. Ale w jego ujęciu seks z gwiazdą scen wygląda inaczej niż w sennych marzeniach…
A że na finał co roku staramy się przygotować dodatkową niespodziankę, to nie koniec atrakcji. Pod wieżą Prezydent odbył się plenerowy i widowiskowy spektakl poświęcony legendzie Karola Goduli, czyli Golem Godula tyskiego Teatru HoM. To przedstawienie, które trzeba zobaczyć: a śląski temat dobrze wpisuje się w krajobraz postindustrialny.
Nie zawiódł i Chorzowski Teatrzyk Ogródkowy, czyli letnie propozycje dla najmłodszych, chociaż Naczelny Ogrodnik ubolewa nad tym, że tylko jeden spektakl udało się pokazać w plenerze, przed Sztygarką. W założeniu plenerowe są wszystkie zapraszane, a plany pokrzyżować może tylko zła pogoda. W tym roku jednak pogoda była zbyt dobra i trzy razy chroniliśmy się w klimatyzowanym Magazynie Ciekłego Powietrza przed palącym słońcem. Przed zabudowaniami zagrał białostocki Teatr Conieco, który sporo radości dzieciom przyniósł ze względu na odświeżenie i przypomnienie znanych bajek Brzechwy, Konopnickiej czy Jachowicza. Pięknie malowane lalki zjawiskowo prezentowały się pod wieżą.
Równie imponująco wyglądałby tam but z historii o Szewczyku Dratewce, przybliżanej przez Teatr Gry i Ludzie, ale niestety: ogromna konstrukcja scenograficzna stanąć musiała w Magazynie. Nie przeszkodziło to najmłodszym śledzić z zapartym tchem opowieści o przygodach dzielnego szewczyka i pięknej królewny. Smok z głową w kształcie buta („butny smok”, jak skomentował Naczelny Ogrodnik) pokazywał jeszcze lepiej wyobraźnię twórców spektaklu. Kto na koniec wziął udział w wycieczce przez but? Było można.
Dziecinadę urządzaliśmy po raz czwarty, jak zwykle z niezastąpioną Fundacją Edukacyjną Kombinatory, a także przy rzeczowym wsparciu firmy EPK, która na wieść o „pirackim” temacie zafundowała chętnym do udziału w bajce dzieciom nie tylko słodki wkład do skarbu, ale i pirackie chusty. Zanim jednak do naszej bajki doszło, słowacki teatr PIKI, obecny z nami na każdej Dziecinadzie (a i wcześniej) przedstawił wzruszającą opowieść o małym i niezbyt urodziwym kundelku, Psie Przytulaku. Aktorzy zaimponowali również dorosłym: tempem zmian i precyzją w odtwarzaniu ruchliwych ulic Paryża. Wirtuozersko wymieniali się lalkami i zmieniali sposób kadrowania, było więc co podziwiać.
Ostatnią propozycją dla najmłodszych była Fabryka zabawek agencji artystycznej Prym ART. Spektakl muzyczny (kompozycje Dariusza Szwedy naprawdę wpadały w ucho!), bajecznie kolorowy i z niemal „kryminalną” fabułą: bohaterowie musieli pomóc panu Stanisławowi, sympatycznemu pracownikowi z fabryki zabawek, w znalezieniu okularów zabranych przez podstępnego Czarcika. Każdy z dziecięcych spektakli miał inną formę i każdy w inny sposób pokazywał najmłodszym, jak zamieniać rzeczywistość w bajkę. Dzięki tej różnorodności formalnej nie nudzili się także rodzice: nawet jeśli nie porwałyby ich teksty, mogli przyjrzeć się pomysłom scenograficznym czy reżyserskim.
Co jeszcze? Były konkursy dla najmłodszych (w pierwszych pięciu numerach „Sztajgerowego Cajtunga”, były festiwalowe koszulki dla młodszych i starszych (nigdy do kupienia, zawsze do wygrania w konkursach, między innymi na naszym facebooku: www.facebook.com/chorzowskiteatrogrodowy, ale też w zaprzyjaźnionych portalach). Po raz pierwszy wprowadziliśmy patronaty medialne, żeby było o nas jeszcze więcej słychać. Na Wasze opinie o ChTO tradycyjnie czekamy pod adresem sztajgerowycajtung@gmail.com.
I nie żegnamy się wcale na rok! To znaczy, owszem, dziesiąty sezon w następne wakacje, ale już 30 września o godzinie 19:00 zapraszamy do ChTO poza sezonem: przyjedzie do nas ponownie Rafał Rutkowski, tym razem ze swoim najlepszym monodramem, Ojciec polski.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
sobota, 29 sierpnia 2015
Stowarzyszenie Teatralne Badów: Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca
Zezowaty pech
„Kiedy po ulicach spaceruje stuprocentowa historia, zwykłemu człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak tylko śmierć z zachwytem w oczach”, twierdzi Lejzorek, mały i ubogi krawiec, ofiara zarówno wielkiej polityki, jak i drobnych niegodziwości możnych tego świata. To bohater, który szczęścia w życiu zaznać nie może: będzie egzystować, miotany po różnych krajach i zupełnie bezsilny wobec losu, ale nie dostanie szansy na poprawę swojej sytuacji, choćby i nauczył się cwaniactwa. Bo szczęście zarezerwowane jest dla wyżej postawionych, a ci z kolei potrzebują Lejzorków do zapewnienia sobie taniej rozrywki, a i do utrzymania poczucia wyższości. Litość Lejzorek obudzi tylko w widzach, zdystansowanych od czasów i obyczajów z tomu Erenburga: nigdy w sobie współczesnych. Dla nich Lejzorek pozostanie popychadłem. Majątku nie zbije: rozmnażanie królików kończy się na pierwszej parze, reklama tranu owocuje zapłatą w postaci jednego sucharka i dwóch szklanek mleka dziennie. W wędrownym cyrku Lejzorek może co najwyżej dublować chorą na bronchit małpę. „Biedacy nie mają nic prócz głodnego serca. Bogaci mają wszystko, lecz serca nie mają”, konstatuje upokarzany bohater. Lejzorek tuła się po Europie, z Homla trafia do Moskwy, stamtąd między innymi do Warszawy, do Królewca, do Paryża czy do Palestyny, jego skazaną na porażki wędrówkę raz po raz przerywają okresy aresztu. Bohater nie ma szans w konfrontacji z wielką polityką. A że mały krawiec wciąż podejmuje wyzwania, przypomina trochę Szwejka w swoim naiwnym optymizmie.
Tę mnogość scen, sytuacji i postaci w Burzliwym życiu Lejzorka Rojtszwańca Stowarzyszenia Teatralnego Badów oddaje dwoje aktorów. Lejzorkiem jest Joanna Fidler. Paweł Pabisiak dorabia całe tło: zamienia się w głupawego rosyjskiego urzędnika, pijanego rotmistrza, żonę właściciela składu aptecznego, naiwnego aktora dziecięcego (choć dwudziestodziewięcioletniego) czy w paryskiego „smakosza i lowelasa”. Metamorfoz dokonuje błyskawicznie i na oczach widzów: nawet kiedy stoi tyłem, czekając na wejście do scenki, istnieje już jako nowa postać. Wystarcza mu drobny gest lub zmiana głosu. Jest równie przekonujący w damskich i męskich wcieleniach: do tych pierwszych czasami przebiera się w rozkloszowane suknie, innym razem wystarczają mu detale: szal czy parasol. Samym sposobem poruszania się może zaznaczyć odrębność charakterów kolejnych postaci. Joanna Fidler wcale nie ma łatwiejszego zadania: jej Lejzorek przechodzi zewnętrzne przemiany: bywa zdruzgotany lub pewny siebie, załamany, wystraszony czy dumny. Wygłasza wielki monolog. Niekiedy bawi, innym razem wzrusza. Lejzorkowi w tym wykonaniu łatwo uwierzyć w głód czy rozczarowania. Z kolei duet Fidler i Pabisiak to już pojedynek, w którym trudno byłoby wskazać zwycięzcę. Dzięki obsadzeniu aktorki w męskiej roli Piotr Bikont uzyskuje dodatkowe płaszczyzny teatralnych smaczków: w tańcu to Lejzorek zachowuje się jak kobieta, w scenie miłosnego spełnienia w kobietę zamienia się Paweł Pabisiak.
Piętrowa konstrukcja i skromne meble pozwalają błyskawicznie zmieniać miejsca akcji. Na dwupoziomowym podeście wyświetlają się plakaty (przypominające o czasowych, kulturowych i geograficznych przeskokach), zamocowane na szczycie koła (jak koła w wieżach szybowych) pomagają w sygnalizowaniu ruchu lub upływu czasu. Podesty mogą być pryczami w więzieniu lub areną slapstickowego pościgu jak w niemym filmie. W Burzliwym życiu Lejzorka Rojtszwańca scenograficzna oszczędność odpowiada temu, co dzieje się z przeobrażeniami aktorów. Za to treść pozostaje w nadmiarze: dwugodzinny spektakl nie jest zbieraniną zabawnych anegdot. Spostrzeżenia natury filozoficznej i wartościowe refleksje przeplatają się tu z rozrywką w równych proporcjach. Doświadczenia Lejzorka zarysowane są fragmentarycznie, ale też rzeczowo, z uwzględnieniem społeczno-politycznego kontekstu, charakteru rozmówców czy towarzyszy niedoli.
Stowarzyszenie Teatralne Badów nie rozczarowuje swoimi pomysłami. Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca to kolejna propozycja zapewniająca spotkanie z teatrem na wysokim poziomie. Piotr Bikont może ze swoimi aktorami zdziałać bardzo dużo, a że do tego ma pomysły na ocalenie literackości bazowych dla scenariusza tekstów, tym lepiej.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
Tę mnogość scen, sytuacji i postaci w Burzliwym życiu Lejzorka Rojtszwańca Stowarzyszenia Teatralnego Badów oddaje dwoje aktorów. Lejzorkiem jest Joanna Fidler. Paweł Pabisiak dorabia całe tło: zamienia się w głupawego rosyjskiego urzędnika, pijanego rotmistrza, żonę właściciela składu aptecznego, naiwnego aktora dziecięcego (choć dwudziestodziewięcioletniego) czy w paryskiego „smakosza i lowelasa”. Metamorfoz dokonuje błyskawicznie i na oczach widzów: nawet kiedy stoi tyłem, czekając na wejście do scenki, istnieje już jako nowa postać. Wystarcza mu drobny gest lub zmiana głosu. Jest równie przekonujący w damskich i męskich wcieleniach: do tych pierwszych czasami przebiera się w rozkloszowane suknie, innym razem wystarczają mu detale: szal czy parasol. Samym sposobem poruszania się może zaznaczyć odrębność charakterów kolejnych postaci. Joanna Fidler wcale nie ma łatwiejszego zadania: jej Lejzorek przechodzi zewnętrzne przemiany: bywa zdruzgotany lub pewny siebie, załamany, wystraszony czy dumny. Wygłasza wielki monolog. Niekiedy bawi, innym razem wzrusza. Lejzorkowi w tym wykonaniu łatwo uwierzyć w głód czy rozczarowania. Z kolei duet Fidler i Pabisiak to już pojedynek, w którym trudno byłoby wskazać zwycięzcę. Dzięki obsadzeniu aktorki w męskiej roli Piotr Bikont uzyskuje dodatkowe płaszczyzny teatralnych smaczków: w tańcu to Lejzorek zachowuje się jak kobieta, w scenie miłosnego spełnienia w kobietę zamienia się Paweł Pabisiak.
Piętrowa konstrukcja i skromne meble pozwalają błyskawicznie zmieniać miejsca akcji. Na dwupoziomowym podeście wyświetlają się plakaty (przypominające o czasowych, kulturowych i geograficznych przeskokach), zamocowane na szczycie koła (jak koła w wieżach szybowych) pomagają w sygnalizowaniu ruchu lub upływu czasu. Podesty mogą być pryczami w więzieniu lub areną slapstickowego pościgu jak w niemym filmie. W Burzliwym życiu Lejzorka Rojtszwańca scenograficzna oszczędność odpowiada temu, co dzieje się z przeobrażeniami aktorów. Za to treść pozostaje w nadmiarze: dwugodzinny spektakl nie jest zbieraniną zabawnych anegdot. Spostrzeżenia natury filozoficznej i wartościowe refleksje przeplatają się tu z rozrywką w równych proporcjach. Doświadczenia Lejzorka zarysowane są fragmentarycznie, ale też rzeczowo, z uwzględnieniem społeczno-politycznego kontekstu, charakteru rozmówców czy towarzyszy niedoli.
Stowarzyszenie Teatralne Badów nie rozczarowuje swoimi pomysłami. Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca to kolejna propozycja zapewniająca spotkanie z teatrem na wysokim poziomie. Piotr Bikont może ze swoimi aktorami zdziałać bardzo dużo, a że do tego ma pomysły na ocalenie literackości bazowych dla scenariusza tekstów, tym lepiej.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
niedziela, 23 sierpnia 2015
Teatr Nowy (Kraków): Griga
Wyznania
Każdy człowiek to materiał na osobną opowieść. Na urodzinach u Grigi spotyka się troje przyjaciół, a to oznacza trzy odrębne historie o tym, jak przewrotny i złośliwy potrafi być los. Griga to poczciwina, jak mówi o nim Pietia: „Griga jest nie tylko szkodliwy, ale i bezużyteczny dla większości społeczeństwa”. Miał trzy żony, a miłości żadnej, to prosty chłop (i co z tego, że oczytany). Sonia jest „kobietą z przeszłością”, niespełnioną aktorką, która kiedyś musiała wybierać między miłością do mężczyzny a miłością do sceny. Złakniona cieplejszych uczuć, nie może zaznać szczęścia. Pietia z kolei wydaje się największym cwaniakiem w tym towarzystwie, ale i jego baba z domu wyrzuciła, gdy nakryła go w stodole z kochanką („wypiłem, to i baby pomyliłem”). Ciężko chora małżonka czeka na przeprosiny i zrozumienie, tyle że Pietia nie dostrzega swojej winy. I tak u Grigi wódka oraz samogon stają się pretekstem do coraz trudniejszych wyznań. A to nie koniec komplikacji dla bohaterów. Ich przyjaźń zostanie wkrótce wystawiona na poważną próbę. Griga na podstawie opowiadań Antona Czechowa to spektakl bardzo malowniczy. Na scenie stoi prastare radio i rozpadający się „kredens”, żeliwne łóżko i stolik, przy którym toczy się najwięcej rozmów. Kolorowe tkaniny to wyraz tęsknoty do świetności, próba oswojenia biedy, która wyziera tu z każdego kąta. Siermiężną scenografię dopełniają kostiumowe kontrasty. Griga przechadza się w samej bieliźnie, Pietia w mundurze, o surowości klimatu i spektaklu przypomina barani wysłużony kożuch i czapka-uszatka. Tak przygotowana przestrzeń uzupełnia rosyjskie opowieści, a dodatkiem są tu tęskne rosyjskie ballady sugerujące upływ czasu i zmiany tematyczne. Wszystko to sprawia, że widzowie zostają natychmiast przeniesieni do spektaklowej rzeczywistości. W tym ostatnim zresztą pomagają też interakcje: publiczność częstowana jest prawdziwą wódką („tego się nie wącha, tylko się spożywa!”) lub obcałowywana w co bardziej rzewnych chwilach. Nie ma siły, trzeba się bratać z aktorami. Którzy co chwilę przechodzą od łzawej sympatii do nienawiści, jak to przy alkoholu. Kompozycyjnie to dość prosty spektakl, mimo zróżnicowanych portretów postaci. Jego siła tkwi w komizmie. Każdy z bohaterów śmieszy inaczej. Griga przez naiwność i prostolinijność, Pietia za sprawą kombinatorstwa, Sonia przez przejęcie męskiej roli kompana do kieliszka. Griga jednak żyje drobnymi smaczkami, idealnie wyreżyserowanymi: pistolet, którym jeszcze przed chwilą groziło się najlepszemu przyjacielowi, trafia w jego ręce przy okazji uścisków, pijany bohater odgrywa całą etiudę z gaszeniem zapałki: nie może zionąć na nią wódką, żeby nie spalić mieszkania. Zabawnych detali jest w całej historii bardzo dużo i brawa dla aktorów, że nie gubią ich w ferworze pijackiego grania. W kameralnym spotkaniu humor zapewniany jest przez dystans do czasów i ludzi. A przecież historia Grigi staje się sprawą uniwersalną, a śmiech stopniowo zamienia się w grozę.
Griga pokazuje w pewnym przyspieszeniu, jak łatwo z ideałów i marzeń wpaść w niemożliwy do wygrania pojedynek z rzeczywistością. Alkohol wyostrza tu spojrzenie i wydobywa na światło dzienne ponure prawdy. Urodzinowe przyjęcie to nie tylko okazja do żartów i kpin. Udaje się Dominikowi Nowakowi, Anecie Wirzinkiewicz i Piotrowi Siekluckiemu podkreślenie atmosfery „rosyjskości” i połączenie jej z prawdami o człowieku jako takim.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Każdy człowiek to materiał na osobną opowieść. Na urodzinach u Grigi spotyka się troje przyjaciół, a to oznacza trzy odrębne historie o tym, jak przewrotny i złośliwy potrafi być los. Griga to poczciwina, jak mówi o nim Pietia: „Griga jest nie tylko szkodliwy, ale i bezużyteczny dla większości społeczeństwa”. Miał trzy żony, a miłości żadnej, to prosty chłop (i co z tego, że oczytany). Sonia jest „kobietą z przeszłością”, niespełnioną aktorką, która kiedyś musiała wybierać między miłością do mężczyzny a miłością do sceny. Złakniona cieplejszych uczuć, nie może zaznać szczęścia. Pietia z kolei wydaje się największym cwaniakiem w tym towarzystwie, ale i jego baba z domu wyrzuciła, gdy nakryła go w stodole z kochanką („wypiłem, to i baby pomyliłem”). Ciężko chora małżonka czeka na przeprosiny i zrozumienie, tyle że Pietia nie dostrzega swojej winy. I tak u Grigi wódka oraz samogon stają się pretekstem do coraz trudniejszych wyznań. A to nie koniec komplikacji dla bohaterów. Ich przyjaźń zostanie wkrótce wystawiona na poważną próbę. Griga na podstawie opowiadań Antona Czechowa to spektakl bardzo malowniczy. Na scenie stoi prastare radio i rozpadający się „kredens”, żeliwne łóżko i stolik, przy którym toczy się najwięcej rozmów. Kolorowe tkaniny to wyraz tęsknoty do świetności, próba oswojenia biedy, która wyziera tu z każdego kąta. Siermiężną scenografię dopełniają kostiumowe kontrasty. Griga przechadza się w samej bieliźnie, Pietia w mundurze, o surowości klimatu i spektaklu przypomina barani wysłużony kożuch i czapka-uszatka. Tak przygotowana przestrzeń uzupełnia rosyjskie opowieści, a dodatkiem są tu tęskne rosyjskie ballady sugerujące upływ czasu i zmiany tematyczne. Wszystko to sprawia, że widzowie zostają natychmiast przeniesieni do spektaklowej rzeczywistości. W tym ostatnim zresztą pomagają też interakcje: publiczność częstowana jest prawdziwą wódką („tego się nie wącha, tylko się spożywa!”) lub obcałowywana w co bardziej rzewnych chwilach. Nie ma siły, trzeba się bratać z aktorami. Którzy co chwilę przechodzą od łzawej sympatii do nienawiści, jak to przy alkoholu. Kompozycyjnie to dość prosty spektakl, mimo zróżnicowanych portretów postaci. Jego siła tkwi w komizmie. Każdy z bohaterów śmieszy inaczej. Griga przez naiwność i prostolinijność, Pietia za sprawą kombinatorstwa, Sonia przez przejęcie męskiej roli kompana do kieliszka. Griga jednak żyje drobnymi smaczkami, idealnie wyreżyserowanymi: pistolet, którym jeszcze przed chwilą groziło się najlepszemu przyjacielowi, trafia w jego ręce przy okazji uścisków, pijany bohater odgrywa całą etiudę z gaszeniem zapałki: nie może zionąć na nią wódką, żeby nie spalić mieszkania. Zabawnych detali jest w całej historii bardzo dużo i brawa dla aktorów, że nie gubią ich w ferworze pijackiego grania. W kameralnym spotkaniu humor zapewniany jest przez dystans do czasów i ludzi. A przecież historia Grigi staje się sprawą uniwersalną, a śmiech stopniowo zamienia się w grozę.
Griga pokazuje w pewnym przyspieszeniu, jak łatwo z ideałów i marzeń wpaść w niemożliwy do wygrania pojedynek z rzeczywistością. Alkohol wyostrza tu spojrzenie i wydobywa na światło dzienne ponure prawdy. Urodzinowe przyjęcie to nie tylko okazja do żartów i kpin. Udaje się Dominikowi Nowakowi, Anecie Wirzinkiewicz i Piotrowi Siekluckiemu podkreślenie atmosfery „rosyjskości” i połączenie jej z prawdami o człowieku jako takim.
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Dziecko w sobie. Rozmowa z Janem Peszkiem
Dziecko w sobie
rozmowa z Janem Peszkiem
Sztajgerowy Cajtung: Od wielu lat gra Pan Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego, a ludzie wciąż chcą ten spektakl oglądać i chcą na niego przychodzić. Jak Pan sam walczy z rutyną na scenie?
Jan Peszek: Każdy aktor ma swój indywidualny sposób na zjawisko rutyny. Umiejętność ucieczki od rutyny to jedna z podstawowych konieczności profesji aktora. Scenariusz… dla mnie samego jest zjawiskiem wyjątkowym: w przyszłym roku minie czterdzieści lat grania. Nie ma miesiąca, żebym tego spektaklu nie grał. Zawsze jest żywo odbierany, co najprawdopodobniej znaczy, że dociera do widza w wersji niezrutynizowanej. Ja właściwie nie robię wiele, żeby walczyć z rutyną: to jest mój cel, albo rodzaj pasji, żeby nie ulegać rutynie w każdym działaniu, tylko zawsze zachowywać świeżość. Nazwałbym to takim dzieckiem w sobie. Scenariusz… stał się moim manifestem, moją osobistą wypowiedzią. Najzwyczajniej w świecie przed każdym spektaklem uruchamiam w sobie potrzebę wypowiedzenia tego, co mam do wypowiedzenia i podzielenia się tym z widzami. Tak naprawdę nic więcej nie robię, przez tyle lat forma oczywiście się utrwaliła, tak samo jak scenariusz spektaklu, chodzi naprawdę tylko o ożywienie tego punktu w człowieku, w którym chce się coś widzowi przekazać. A ja wiem, co chcę widzowi przekazać, bo to, co Schaeffer napisał, jest mi nieobojętne. Nie trzeba się popisywać aktorską woltyżerką, to obowiązek aktora, żeby umieć grać. Trzeba natomiast, i to dotyczy każdego spektaklu i każdej roli, umieć powiedzieć coś o kondycji człowieka.
Sz. C.: Tekst Scenariusza… się nie zmienia, nie zmienia się reżyseria. Zmienia się Pan, ze względu na bagaż doświadczeń. Czy wobec tego nie kusi Pana, żeby coś w tym spektaklu zmienić?
J. P.: Nie. To, co ja mówię, jest pewnego rodzaju esencją, syntezą tego, co Schaeffer napisał. Ja, za jego pozwoleniem, dokonałem poważnych cięć. Teraz, za sprawą Instytutu Badań Literackich PAN, wyszła nowa książka tekstów Schaeffera, pod tytułem Aktor i tam po raz pierwszy jest wydrukowany cały tekst Scenariusza… Ostatnio przejrzałem ten tekst i zobaczyłem, jak dużo wyrzuciłem. Były oczywiście fragmenty, które jeszcze grałem przez jakiś czas, ale potem wydawało mi się, że są zbędne i należy ograniczyć się do tych części tekstu, które są najbardziej uniwersalne. Poza tym forma występu jednego aktora nie powinna przekraczać godziny.
Sz. C.: Jest Pan człowiekiem, który utrzymuje ogromne tempo życia, lubi Pan ciągłe zmiany. Szczęście to dla Pana ruch?
J. P.: Ruch jest dla mnie przejawem życia. Jest to pewnie związane z moim temperamentem i cechami osobniczymi, ale jestem, rzeczywiście mogę tak powiedzieć, człowiekiem ruchu, moje ciało jest zawsze pobudzone i aktywne, nastawione na ruch, ale też na zmiany. Teraz zamieszkałem w jednym miejscu, ale wiele razy przenosiłem się z miasta do miasta, z teatru do teatru z całą rodziną. To zawsze było zdrowe, nigdy nie żałowaliśmy zmian: oznaczały nowe środowiska, nowe bodźce i nowe perspektywy. Teraz mieszkam na stałe pod Krakowem, ale nie czuję się związany z tym miastem, na pewno nie na śmierć i życie, natomiast bardzo dużo jeżdżę. W tej chwili przez półtora miesiąca w Warszawie pracuję nad nowym spektaklem, który będzie prapremierą tekstu irlandzkiego (Błogie dni Deirdre Kinahan, przyp. red.) w Teatrze Ateneum w Warszawie. Kiedy skończę tę pracę, pojawi się następna, pojadę do Krakowa, gdzie będę pracował z Capellą Cracoviensis przy prezentacji Brahmsa (Piosenki miłości i śmierci, przyp. red.), ciągle szukam nowych bodźców, bo wtedy najzwyczajniej w świecie wiem, że żyję. Skoro mówimy o ruchu, rola w Teatrze Ateneum jest pewnym wyzwaniem, ponieważ moja postać właściwie prawie się nie rusza. To jest jeden z powodów, dla których, oprócz oczywiście świetnego towarzystwa aktorskiego i reżyserskiego, podjąłem się tego wyzwania: żeby grać faceta, który ma bardzo ograniczone możliwości ruchu.
Sz. C.: Ważnym składnikiem Pana osobowości jest poczucie humoru…
J. P.: Bardzo miło mi to słyszeć, bo wydaje mi się, że to idzie w parze: w tym sensie, w jakim człowiek aktywny jest otwarty, ma pozytywną ciekawość świata i ludzi. Zauważam, że rodzaj skłonności do ciemnych barw w życiu jest stratą czasu. Poczucie humoru jest przejawem aktywności, tak je rozumiem.
Sz. C.: Zdarzyła się Panu zazdrość o role innych, albo myślenie: a ja bym to lepiej zagrał?
J. P.: Nie, nigdy tymi kategoriami nie myślę. To nie oznacza, że jestem świetny, ale raczej, jeżeli widzę, że ktoś gra źle, widzę błędy, ale nie pakuję siebie w tę sytuację. Uwielbiam uczestniczyć w spektaklach, czy w ogóle oglądać spektakle, bo ciągle dużo do teatru chodzę, i obserwować, jak koledzy i koleżanki wspaniale grają. Cieszy mnie to ogromnie, nawet, kiedy pomyślę, że wielu rzeczy bym nie potrafił zrobić: bo odkrywam, że to możliwe. I to bardzo pozytywne zjawisko, choć coraz rzadsze. Wobec bylejakości, jaka nas otacza, wkrada się bylejakość analizy grania.
Sz. C.: A co z momentami zniechęcenia związanymi z rolami? Zdarzało się, że miał Pan dość występowania?
J. P.: Nigdy. Ale zawsze, od najwcześniejszych lat, kiedy coś mi nie odpowiadało i nie zgadzałem się z tym, nie godziłem się, żeby w tym wystąpić, albo żeby wystąpić w formie, której nie akceptowałem. Całkiem niedawno nawet zdarzyło się, że w połowie pracy odszedłem. Uznałem ją za nonsens, stratę czasu, brak porozumienia i powiedziałem: do widzenia.
Sz. C.: Dużo pracuje Pan z młodymi aktorami. Czy uczy się Pan czegoś od młodego pokolenia?
J. P.: Z młodymi ludźmi spotykam się nie dlatego, że oni działają na mnie jakoś szczególnie odświeżająco, czy że chcę sam wrócić do młodości, która przecież już dawno minęła i już jej we mnie nie ma… ale to młodzi ludzie rzetelnie informują mnie o świecie, w którym żyję. Swoimi pytaniami, swoimi rozterkami, swoimi ekstremalnymi zachowaniami, co oczywiście jest domeną młodości… Oni mi tak naprawdę mówią: żyjesz na takim świecie. Żadna telewizja, żadna prasa, żadne dzienniki nie udzielą mi rzetelnej informacji o świecie, w którym żyję… dlatego nie oglądam telewizji, nie czytam prasy i wcale nie oznacza to, że nie mam wiedzy o rzeczywistości. Aktor tę wiedzę powinien mieć, bo przecież on zawsze mówi o człowieku, który żyje w danym momencie historii. Media to są mechanizmy rynkowe, a to mnie nie interesuje.
Sz. C.: Gdzie są w teatrze granice, których by Pan nie przekroczył?
J. P.: W sensie podejmowania najbardziej prowokacyjnych, ekstremalnych wyzwań… nie ma takich granic, bo człowiek nie ma granic, jest nieprzewidywalny, nieograniczony w swoich możliwościach. Na pewno nie przekroczę granicy szmiry, tandety, bełkotu, hucpy. To są cechy, które często towarzyszą młodym ludziom wynoszonym na świecznik przez krytykę. Krytyka czy instytucje opiniotwórcze mają tę cechę, że co jakiś czas wybierają sobie bożka, który jest niewiele wart, przez jakiś czas biją mu pokłony i z tego żyją.
Sz. C.: Bardzo dziękujemy za rozmowę!
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
rozmowa z Janem Peszkiem
Sztajgerowy Cajtung: Od wielu lat gra Pan Scenariusz dla nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego, a ludzie wciąż chcą ten spektakl oglądać i chcą na niego przychodzić. Jak Pan sam walczy z rutyną na scenie?
Jan Peszek: Każdy aktor ma swój indywidualny sposób na zjawisko rutyny. Umiejętność ucieczki od rutyny to jedna z podstawowych konieczności profesji aktora. Scenariusz… dla mnie samego jest zjawiskiem wyjątkowym: w przyszłym roku minie czterdzieści lat grania. Nie ma miesiąca, żebym tego spektaklu nie grał. Zawsze jest żywo odbierany, co najprawdopodobniej znaczy, że dociera do widza w wersji niezrutynizowanej. Ja właściwie nie robię wiele, żeby walczyć z rutyną: to jest mój cel, albo rodzaj pasji, żeby nie ulegać rutynie w każdym działaniu, tylko zawsze zachowywać świeżość. Nazwałbym to takim dzieckiem w sobie. Scenariusz… stał się moim manifestem, moją osobistą wypowiedzią. Najzwyczajniej w świecie przed każdym spektaklem uruchamiam w sobie potrzebę wypowiedzenia tego, co mam do wypowiedzenia i podzielenia się tym z widzami. Tak naprawdę nic więcej nie robię, przez tyle lat forma oczywiście się utrwaliła, tak samo jak scenariusz spektaklu, chodzi naprawdę tylko o ożywienie tego punktu w człowieku, w którym chce się coś widzowi przekazać. A ja wiem, co chcę widzowi przekazać, bo to, co Schaeffer napisał, jest mi nieobojętne. Nie trzeba się popisywać aktorską woltyżerką, to obowiązek aktora, żeby umieć grać. Trzeba natomiast, i to dotyczy każdego spektaklu i każdej roli, umieć powiedzieć coś o kondycji człowieka.
Sz. C.: Tekst Scenariusza… się nie zmienia, nie zmienia się reżyseria. Zmienia się Pan, ze względu na bagaż doświadczeń. Czy wobec tego nie kusi Pana, żeby coś w tym spektaklu zmienić?
J. P.: Nie. To, co ja mówię, jest pewnego rodzaju esencją, syntezą tego, co Schaeffer napisał. Ja, za jego pozwoleniem, dokonałem poważnych cięć. Teraz, za sprawą Instytutu Badań Literackich PAN, wyszła nowa książka tekstów Schaeffera, pod tytułem Aktor i tam po raz pierwszy jest wydrukowany cały tekst Scenariusza… Ostatnio przejrzałem ten tekst i zobaczyłem, jak dużo wyrzuciłem. Były oczywiście fragmenty, które jeszcze grałem przez jakiś czas, ale potem wydawało mi się, że są zbędne i należy ograniczyć się do tych części tekstu, które są najbardziej uniwersalne. Poza tym forma występu jednego aktora nie powinna przekraczać godziny.
Sz. C.: Jest Pan człowiekiem, który utrzymuje ogromne tempo życia, lubi Pan ciągłe zmiany. Szczęście to dla Pana ruch?
J. P.: Ruch jest dla mnie przejawem życia. Jest to pewnie związane z moim temperamentem i cechami osobniczymi, ale jestem, rzeczywiście mogę tak powiedzieć, człowiekiem ruchu, moje ciało jest zawsze pobudzone i aktywne, nastawione na ruch, ale też na zmiany. Teraz zamieszkałem w jednym miejscu, ale wiele razy przenosiłem się z miasta do miasta, z teatru do teatru z całą rodziną. To zawsze było zdrowe, nigdy nie żałowaliśmy zmian: oznaczały nowe środowiska, nowe bodźce i nowe perspektywy. Teraz mieszkam na stałe pod Krakowem, ale nie czuję się związany z tym miastem, na pewno nie na śmierć i życie, natomiast bardzo dużo jeżdżę. W tej chwili przez półtora miesiąca w Warszawie pracuję nad nowym spektaklem, który będzie prapremierą tekstu irlandzkiego (Błogie dni Deirdre Kinahan, przyp. red.) w Teatrze Ateneum w Warszawie. Kiedy skończę tę pracę, pojawi się następna, pojadę do Krakowa, gdzie będę pracował z Capellą Cracoviensis przy prezentacji Brahmsa (Piosenki miłości i śmierci, przyp. red.), ciągle szukam nowych bodźców, bo wtedy najzwyczajniej w świecie wiem, że żyję. Skoro mówimy o ruchu, rola w Teatrze Ateneum jest pewnym wyzwaniem, ponieważ moja postać właściwie prawie się nie rusza. To jest jeden z powodów, dla których, oprócz oczywiście świetnego towarzystwa aktorskiego i reżyserskiego, podjąłem się tego wyzwania: żeby grać faceta, który ma bardzo ograniczone możliwości ruchu.
Sz. C.: Ważnym składnikiem Pana osobowości jest poczucie humoru…
J. P.: Bardzo miło mi to słyszeć, bo wydaje mi się, że to idzie w parze: w tym sensie, w jakim człowiek aktywny jest otwarty, ma pozytywną ciekawość świata i ludzi. Zauważam, że rodzaj skłonności do ciemnych barw w życiu jest stratą czasu. Poczucie humoru jest przejawem aktywności, tak je rozumiem.
Sz. C.: Zdarzyła się Panu zazdrość o role innych, albo myślenie: a ja bym to lepiej zagrał?
J. P.: Nie, nigdy tymi kategoriami nie myślę. To nie oznacza, że jestem świetny, ale raczej, jeżeli widzę, że ktoś gra źle, widzę błędy, ale nie pakuję siebie w tę sytuację. Uwielbiam uczestniczyć w spektaklach, czy w ogóle oglądać spektakle, bo ciągle dużo do teatru chodzę, i obserwować, jak koledzy i koleżanki wspaniale grają. Cieszy mnie to ogromnie, nawet, kiedy pomyślę, że wielu rzeczy bym nie potrafił zrobić: bo odkrywam, że to możliwe. I to bardzo pozytywne zjawisko, choć coraz rzadsze. Wobec bylejakości, jaka nas otacza, wkrada się bylejakość analizy grania.
Sz. C.: A co z momentami zniechęcenia związanymi z rolami? Zdarzało się, że miał Pan dość występowania?
J. P.: Nigdy. Ale zawsze, od najwcześniejszych lat, kiedy coś mi nie odpowiadało i nie zgadzałem się z tym, nie godziłem się, żeby w tym wystąpić, albo żeby wystąpić w formie, której nie akceptowałem. Całkiem niedawno nawet zdarzyło się, że w połowie pracy odszedłem. Uznałem ją za nonsens, stratę czasu, brak porozumienia i powiedziałem: do widzenia.
Sz. C.: Dużo pracuje Pan z młodymi aktorami. Czy uczy się Pan czegoś od młodego pokolenia?
J. P.: Z młodymi ludźmi spotykam się nie dlatego, że oni działają na mnie jakoś szczególnie odświeżająco, czy że chcę sam wrócić do młodości, która przecież już dawno minęła i już jej we mnie nie ma… ale to młodzi ludzie rzetelnie informują mnie o świecie, w którym żyję. Swoimi pytaniami, swoimi rozterkami, swoimi ekstremalnymi zachowaniami, co oczywiście jest domeną młodości… Oni mi tak naprawdę mówią: żyjesz na takim świecie. Żadna telewizja, żadna prasa, żadne dzienniki nie udzielą mi rzetelnej informacji o świecie, w którym żyję… dlatego nie oglądam telewizji, nie czytam prasy i wcale nie oznacza to, że nie mam wiedzy o rzeczywistości. Aktor tę wiedzę powinien mieć, bo przecież on zawsze mówi o człowieku, który żyje w danym momencie historii. Media to są mechanizmy rynkowe, a to mnie nie interesuje.
Sz. C.: Gdzie są w teatrze granice, których by Pan nie przekroczył?
J. P.: W sensie podejmowania najbardziej prowokacyjnych, ekstremalnych wyzwań… nie ma takich granic, bo człowiek nie ma granic, jest nieprzewidywalny, nieograniczony w swoich możliwościach. Na pewno nie przekroczę granicy szmiry, tandety, bełkotu, hucpy. To są cechy, które często towarzyszą młodym ludziom wynoszonym na świecznik przez krytykę. Krytyka czy instytucje opiniotwórcze mają tę cechę, że co jakiś czas wybierają sobie bożka, który jest niewiele wart, przez jakiś czas biją mu pokłony i z tego żyją.
Sz. C.: Bardzo dziękujemy za rozmowę!
rozmawiała Iza Mikrut
tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego „Sztajgerowy Cajtung”
Subskrybuj:
Posty (Atom)






