Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

czwartek, 26 stycznia 2017

Andy Griffiths: 52-piętrowy domek na drzewie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Wspinaczka

Andy i Terry nie próżnują, znowu rozbudowali swój domek na drzewie, tak, że liczy on teraz już 52 piętra. Pojawiły się tu między innymi sala do żonglowania piłami mechanicznymi, wyrzutnia marchewek czy… nawiedzony dom, szereg miejsc zapewniających przygody i rozrywkę. Jak wiadomo z poprzednich części zabawnej komiksowej serii, bohaterowie – Andy (pisarz) i Terry (rysownik) spędzają czas na zabawach i wybrykach. W okolicach trzydziestej strony pojawia się u nich pan Nochal, karykaturalizowany wydawca, który psuje całą rozrywkę, przypominając o terminie oddania do druku nowej książki. Tym razem jednak pana Nochala nie ma – a to już powód do niepokoju. Dwaj bohaterowie, którzy są jednocześnie twórcami tomiku, wyruszają na poszukiwania. Tropy prowadzą do Natki Jarskiej, autorki wydanej przez pana Nochala książki o nienawiści do warzyw. Jakby problemów było mało, Jill ukłuła się zaczarowaną marchewką i zapadła w baśniowy sen, z którego uwolnić może ją wyłącznie książę. To oznacza, jak zwykle, zestaw szalonych wyobraźniowych przygód i problemów, których w realnym świecie nie ma.

Czwarty tomik serii powieści komiksowych wprowadza jeden drobny aspekt – może nie tyle wychowawczy (albo – nie w starym stylu moralizatorski), co przekornie zachęcający dzieci do jedzenia warzyw. Wszyscy mają pomóc w ich „niszczeniu”, a nie ma lepszej i skuteczniejszej metody na rozprawienie się z wrogiem niż pożarcie go. Poza tym, jak zawsze, liczy się absurdalna zabawa bez granic czy jakichkolwiek nakazów. Andy i Terry żyją w wyimaginowanym świecie, w którym wszystko jest możliwe – nawet skomplikowane operacje na czasie. To świat dziecięcej fantazji i absurdu, pozbawiony dorosłych porządków. Pisarz i rysownik zachowują się w nim jak kilkulatki, więc szybko znajdą z odbiorcami wspólny język. Mogą dzięki jasnemu określeniu grupy docelowej stosować także humor sytuacyjny lub rubaszny – ale na nim nie poprzestają, bawiąc się równie dobrze ironią czy nonsensem. Andy i Terry w domku na drzewie zyskują przestrzeń do tworzenia i inspiracje. Spotykają wszystkożerną i niebezpieczną dla wrogów gąsienicę, która pochłonie każdego przeciwnika, a na dalekie trasy ruszają jajkolotem (bo nikogo nie zdziwi – i nie zwróci niczyjej uwagi – obiekt, który porusza się po niebie i wygląda jak jajko sadzone). Tu może się zdarzyć absolutnie wszystko, a akcja podporządkowana jest śmiechowi i oryginalnym wydarzeniom, więc – po prostu czystej rozrywce. Czego by Andy i Terry nie robili, trzeba im uwierzyć – w końcu przecież sami opowiadają o swoich dynamicznych przygodach (i sami je rysują, co już daje stuprocentową pewność, że wszystko wydarzyło się naprawdę).

Ta seria kusi dzieci między innymi łamaniem zasad. Andy Grifiths i Terry Denton nie znają dorosłych zmartwień czy kłopotów z prawdziwego życia (jedynym ich sygnałem mógłby być deadline i rozzłoszczony pan Nochal) za to testują konsekwencje nieograniczonego korzystania z wyobraźni. W sali do żonglowania piłami pełno jest obciętych nosów i palców, ale to zwykłe przyjęcie urodzinowe kryje w sobie szereg niebezpieczeństw. Twórcy stosują tutaj odwrócenia ról (kto by pomyślał, że warzywa mogą chcieć zemścić się za doznawane krzywdy!), czasem wprowadzają komiczne przebieranki. Z każdym tematem próbują zaskoczyć kilkulatki – zaoferować im coś, czego na pewno nie znajdą w innych książkach.

„52-piętrowy domek na drzewie” to książka, która jest bogato ilustrowana – rysunki są celowo niestaranne, ale i komiksowe, jakby w pośpiechu przygotowane jako komentarz do szybkiej akcji, urealniający ją i przejmujący sporą część wyjaśnień. To wygoda dla dzieci – i stopniowe przechodzenie do dłuższych lektur. Ta seria przełamuje wymogi rynkowe, udowadnia, że w literaturze czwartej można zdziałać wiele, jeśli tylko porzuci się utarte ścieżki i schematy pisania. Autorzy wprawdzie nie są prekursorami gatunku, ale powieść komiksową mocno przekształcili, przystosowali do własnych potrzeb i proponują najmłodszym wielką przygodę – test, co by było, gdyby mogło. Tu dorośli nie mają nawet prawa wstępu – i bardzo dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com