Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 12 kwietnia 2017

Joanna Nadin: Joe sam w domu

Akapit Press, Łódź 2017.

Strach

Olbrzymi jest problem z tłumaczeniami Iwony Żółtowskiej. Kiedy stara się ona wcielić w prowadzącego narrację nastoletniego bohatera, wybiera slang jako najbliższy prawdziwemu obrazowi nastolatka sposób opowiadania. Tyle że jej slang niekoniecznie przystawać będzie do slangu naprawdę stosowanego przez czytelników, nie mówiąc już o tym, że nieprzezroczysta relacja błyskawicznie się archaizuje. Na początku książki „Joe sam w domu” fałsze językowe odciągają uwagę od treści. To zestawianie kolokwializmów, wyrazów nacechowanych emocjonalnie i zdrobnień – i nigdy nie wiadomo, co i dlaczego zastąpi określenie neutralne. Całość po prostu nie brzmi, nie jest przekonująca. O dziwo, lepiej sprawdziłaby się tu narracja transparentna, bo Joe, trzynastoletni bohater tomu, odstaje od rówieśników. Swoje fobie leczy obsesyjnym liczeniem (kilka innych natręctw pojawi się w trakcie opowieści), jest oczywistym outsiderem – typem, który można niemal bez konsekwencji gnębić i poniżać. A do tego wydaje się nad wiek inteligentny. I w takim zestawieniu cech młodzieżowy żargon traci rację bytu.

Joe zostaje sam w domu wbrew dzisiejszym tendencjom do nadmiernego chronienia dzieci. W jego środowisku to jednak nic nowego. Matka wyjeżdża na parę dni ze swoim chłopakiem (w tym świecie nie ma miejsca na pełne rodziny, ani na rodziny patchworkowe) za granicę, Joe ma przeczekać ten czas, nie przyznając się do sytuacji nikomu z otoczenia. Uczy się gospodarować oszczędnościami i wprowadzać sobie limity na rozrywki. Jednak wpada w poważne kłopoty w szkole, kończy mu się jedzenie, a mieszkanie nachodzi agresywny mężczyzna. W zestawie katastrof pojawia się jeden jasny punkt, Asha. Dziewczynka przyjeżdża do dziadka – sąsiada Joego – i znajduje drogę do zamkniętego w sobie chłopca. Nie jest taka jak jej rówieśnice – można jej zaufać. Joe powoli odkrywa, że lubi spędzać z nią czas. Pojmuje też, że tajemnice przestają ciążyć, jeśli można się nimi podzielić z kimś bliskim.

Joanna Nadin nie rozpieszcza swojego bohatera, wysyła go do młodzieżowego piekła i pokazuje, że w dorosłym życiu czekać go będzie prawdopodobnie to samo. Nie zapewnia beztroskiego dzieciństwa, które pięknie wyglądać będzie we wspomnieniach. Joe mógłby się załamać, gdyby nie siła, jaką daje mu pierwsza miłość. Założenie równie stare jak literatura, ale Nadin rozpisuje je na burzliwą historię o wielu zwrotach akcji i sprawia, że nie wybrzmiewa infantylnie. Udowadnia czytelnikom, że nie warto samotnie borykać się z problemami, przypomina też o znaczeniu przyjaźni. „Joe sam w domu” to książka odważna (chociaż nie przełomowa) i pełna przygód, które nie wpisują się w konwencję literatury czwartej. Tutaj do powieści dla dzieci wkracza światek przestępczy lub patologie. Matki spędzają czas na kolejnych imprezach i popadają w różne uzależnienia, nie stanowią już ochrony dla pociech – ich partnerzy traktują cudze dzieci z całym okrucieństwem, na jakie ich stać. Azylem nie mogą być dziadkowie – odsuwani od najmłodszego pokolenia. W takim układzie można liczyć tylko na rówieśników (siłą rzeczy, mniej doświadczonych w rozwiązywaniu skomplikowanych problemów). „Joe sam w domu” to tom, który wprowadza w mroczną codzienność, ale daje też nadzieję. Joanna Nadin dobrze realizuje przepis na młodzieżową sensację, podejmuje ryzyko, które się opłaca. Jest autorką, która stroni od banałów, za to przekonująco oddaje uczucia postaci – znów bez odwoływania się do oczywistości. „Joe sam w domu” to propozycja dla buntowników i dla tych, którzy dopiero muszą uwierzyć w siebie, żeby poradzić sobie z rzeczywistością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com