Marginesy, Warszawa 2025.
Sztuka
Szczególnym powodzeniem na rynku cieszą się oparte na faktach opowieści, w których eksponowany jest wątek obyczajowy – normalność wielkich sław. Bettina Storks sięga po życiorys Dory Maar, żeby zaprezentować nie tylko jej związek z Picassem, ale też całą otoczkę towarzyską. Już samo przejście do niezbyt odległej przeszłości (za to odmiennej pod względem zwyczajów) zapewni zainteresowanie czytelniczek. Ale Bettina Storks ma jeszcze jeden atut w zanadrzu: wielką historię, która wtrąca się w życie bohaterów. Motyw rozwijającego się faszyzmu to coś, co zmąci spokój każdego – bez względu na kontakty interpersonalne. Dora Maar jest interesująca jeszcze z jednego powodu: przez swoje pochodzenie musi spróbować wymyślić siebie na nowo, żeby naprawdę liczyć się w towarzystwie. Metamorfoza rozpoczyna się u niej od zmiany nazwiska – odsunięcie od siebie skojarzeń z chorwackimi korzeniami. Dora Maar wie, czego chce od życia. Planuje zrobić karierę w fotografii – sama określa sobie cele i konsekwentnie je realizuje. Nie boi się najbardziej ekstrawaganckich pomysłów, ceni sobie niezależność i jest bardzo silna. I jako taka postać – może wkroczyć do paryskiej bohemy. Artystka, o której zaczyna być głośno – bo przekracza granice sztuki i eksperymentuje z formą – zwraca na siebie uwagę uznanego już twórcy. Picasso zaczyna dzielić z nią życie.
I, jak to przeważnie bywa, związek dwojga kreatywnych ludzi jest burzliwy i pełen wyzwań, a Bettina Storks szuka punktów zapalnych. Bardzo dba o to, żeby nie osiąść w „żyli długo i szczęśliwie”, skupia się na codzienności, a jednocześnie podąża za przyjaciółmi pary, żeby wychwytywać smaczki związane z obyczajowością. Nawet nie liczą się tu wielkie skandale, bardziej – próby dotarcia się. Przynajmniej dopóki nie zwróci się autorka w kierunku dziejów. Sztukę można tworzyć w każdych warunkach, jednak warto uważać, żeby nie stała się ona manifestem politycznym. Storks prowadzi bohaterkę aż po kres upragnionego związku – pokazuje różne odcienie miłości, ale też walkę o siebie i o własne marzenia. Tu nic nie przychodzi łatwo, każde spełniane pragnienie to zestaw wyrzeczeń i wyborów. I z tego powodu nawet odbiorcy, którzy niekoniecznie zainteresowani są historią sztuki, mogą dać się prowadzić autorce w wizji wielkiej miłości. Co ważne, nie jest to powieść biograficzna, jedynie oparta na faktach – zogniskowana na uczuciach ponadczasowych i pozbawionych jednoznacznych emocji. „Dora Maar. Dwa oblicza miłości” to powieść obyczajowa z wątkami historycznymi, przygotowana tak, żeby przyciągnąć szerokie grono czytelniczek, zwłaszcza rozmiłowanych w akcentowaniu międzyludzkich relacji. Jest to dobrze przygotowana historia, wciągająca z różnych powodów – atrakcyjna przez mnogość uczuć, ambitniejsza przez nawiązania do świata sztuki i do prawdziwych postaci. Tu liczy się podążanie za własnymi potrzebami, czasami nawet na przekór całemu światu. Dora Maar – która całkiem niedawno wkroczyła do świadomości szerokiego grona odbiorców – jest idealnym przykładem walki o swoje.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 30 czerwca 2025
niedziela, 29 czerwca 2025
Katarzyna Gacek: Wypadek? Nie sądzę
Agora, Warszawa 2025.
Żałoba
Katarzyna Gacek ma rękę do obyczajowych kryminałów – do powieści, w których intryga jest równie ważna jak zwyczajność bohaterów (dzisiaj daje się to wtłoczyć pod szyld „cosy crime”, zupełnie jakby kryminały oferujące coś więcej niż śledztwo nie miały racji bytu). „Wypadek? Nie sądzę” to kolejna powieść, którą można się zachwycić, nawet mimo trudnego tła. Oto bowiem do Nałęczowa powraca Gabriela. Była policjantka ma spędzić miesiąc u rodziców – poproszona przez nich o dopilnowanie rozwoju pensjonatu Jaśminowy Dwór. Matka skarży się na problemy z synem, który nie radzi sobie w recepcji, zatrudnia kucharza, który wprawdzie legitymuje się wybitnym wykształceniem kulinarnym, ale dostarcza klientom potraw niejadalnych, a do tego jej synowa produkuje bardzo brzydkie gobeliny, którymi ozdabia pensjonat. Gabriela ma zająć tym wszystkim myśli i oderwać się od złych wspomnień. Niedawno straciła męża w wypadku samochodowym – nie pogodziła się ze stratą, a ponieważ wciąż się obwinia, postanowiła zrezygnować z przyjemności. Powrót do rodzinnego domu może być wystarczającą pokutą, zwłaszcza że w Nałęczowie wszyscy się znają i chętniej żyją życiem sąsiadów niż własnym. I Gabriela mogłaby wziąć się do działania, żeby polepszyć funkcjonowanie pensjonatu, gdyby nie nagła wieść o samobójstwie w sąsiedztwie. Znana aktorka, Sandra Herman, wyskakuje z balkonu. Owszem, była gwiazdą znienawidzoną przez opinię publiczną, owszem, miała hejterów i trudne przeprawy z dawnymi fanami – jednak charakterologicznie nie pasowała do profilu samobójcy. I dlatego Gabriela postanawia na własną rękę dowiedzieć się czegoś o tajemniczej śmierci. A że jej ulubioną metodą działania jest prowokacja, wie, jak zdobywać informacje, do których inni nie mają dostępu.
Katarzyna Gacek zabiera czytelników na rzekomą prowincję – Nałęczów jako taki staje się bardzo dobrym tłem do zbrodni. W razie potrzeby wiadomości można porozsiewać dzięki plotkom, starsze pokolenie jest doskonale poinformowane, kto z kim i dlaczego, ewentualni rozmówcy, którzy byliby w stanie rzucić nowe światło na sytuację Sandry, są na wyciągnięcie ręki. Gabriela powoli wraca do życia – skoro i tak sprawy związane z pensjonatem torpeduje matka, kobieta może swoją energię ukierunkować na coś innego. Zbrodnia przypomina jej o dawnym życiu zawodowym i o chwilach, w których była szczęśliwa. Prowadzi do pogodzenia się z losem i do przeanalizowania sytuacji już bez obezwładniającego bólu. Zmiana perspektywy – w tym wypadku miejsca zamieszkania i optyki – oznacza nowe informacje, które wcześniej nie miały szans na przebicie się do świadomości bohaterki. I tak powoli odsłania się nie tylko historia aktorki, która lubiła się bawić innymi, ale też samej Gabrieli – kobiety mocno pokaleczonej przez życie. Katarzyna Gacek wie, jak pisać, żeby przyciągnąć uwagę. Nieważne, czy stawia na współpracę kilku przyjaciółek, czy – jak tutaj – na samotne działanie w tajemnicy przed wszystkimi – buduje przestrzeń, w której odbiorcy czują się doskonale. Proponuje – jak zwykle – powieść gęstą i wypełnioną ciekawymi szczegółami, obserwacjami psychologicznymi i wydarzeniami. Tu liczy się zrozumienie dla postaci – a dopiero w drugiej kolejności intryga kryminalna.
Żałoba
Katarzyna Gacek ma rękę do obyczajowych kryminałów – do powieści, w których intryga jest równie ważna jak zwyczajność bohaterów (dzisiaj daje się to wtłoczyć pod szyld „cosy crime”, zupełnie jakby kryminały oferujące coś więcej niż śledztwo nie miały racji bytu). „Wypadek? Nie sądzę” to kolejna powieść, którą można się zachwycić, nawet mimo trudnego tła. Oto bowiem do Nałęczowa powraca Gabriela. Była policjantka ma spędzić miesiąc u rodziców – poproszona przez nich o dopilnowanie rozwoju pensjonatu Jaśminowy Dwór. Matka skarży się na problemy z synem, który nie radzi sobie w recepcji, zatrudnia kucharza, który wprawdzie legitymuje się wybitnym wykształceniem kulinarnym, ale dostarcza klientom potraw niejadalnych, a do tego jej synowa produkuje bardzo brzydkie gobeliny, którymi ozdabia pensjonat. Gabriela ma zająć tym wszystkim myśli i oderwać się od złych wspomnień. Niedawno straciła męża w wypadku samochodowym – nie pogodziła się ze stratą, a ponieważ wciąż się obwinia, postanowiła zrezygnować z przyjemności. Powrót do rodzinnego domu może być wystarczającą pokutą, zwłaszcza że w Nałęczowie wszyscy się znają i chętniej żyją życiem sąsiadów niż własnym. I Gabriela mogłaby wziąć się do działania, żeby polepszyć funkcjonowanie pensjonatu, gdyby nie nagła wieść o samobójstwie w sąsiedztwie. Znana aktorka, Sandra Herman, wyskakuje z balkonu. Owszem, była gwiazdą znienawidzoną przez opinię publiczną, owszem, miała hejterów i trudne przeprawy z dawnymi fanami – jednak charakterologicznie nie pasowała do profilu samobójcy. I dlatego Gabriela postanawia na własną rękę dowiedzieć się czegoś o tajemniczej śmierci. A że jej ulubioną metodą działania jest prowokacja, wie, jak zdobywać informacje, do których inni nie mają dostępu.
Katarzyna Gacek zabiera czytelników na rzekomą prowincję – Nałęczów jako taki staje się bardzo dobrym tłem do zbrodni. W razie potrzeby wiadomości można porozsiewać dzięki plotkom, starsze pokolenie jest doskonale poinformowane, kto z kim i dlaczego, ewentualni rozmówcy, którzy byliby w stanie rzucić nowe światło na sytuację Sandry, są na wyciągnięcie ręki. Gabriela powoli wraca do życia – skoro i tak sprawy związane z pensjonatem torpeduje matka, kobieta może swoją energię ukierunkować na coś innego. Zbrodnia przypomina jej o dawnym życiu zawodowym i o chwilach, w których była szczęśliwa. Prowadzi do pogodzenia się z losem i do przeanalizowania sytuacji już bez obezwładniającego bólu. Zmiana perspektywy – w tym wypadku miejsca zamieszkania i optyki – oznacza nowe informacje, które wcześniej nie miały szans na przebicie się do świadomości bohaterki. I tak powoli odsłania się nie tylko historia aktorki, która lubiła się bawić innymi, ale też samej Gabrieli – kobiety mocno pokaleczonej przez życie. Katarzyna Gacek wie, jak pisać, żeby przyciągnąć uwagę. Nieważne, czy stawia na współpracę kilku przyjaciółek, czy – jak tutaj – na samotne działanie w tajemnicy przed wszystkimi – buduje przestrzeń, w której odbiorcy czują się doskonale. Proponuje – jak zwykle – powieść gęstą i wypełnioną ciekawymi szczegółami, obserwacjami psychologicznymi i wydarzeniami. Tu liczy się zrozumienie dla postaci – a dopiero w drugiej kolejności intryga kryminalna.
sobota, 28 czerwca 2025
Jory John: Wielki ser
Harperkids, Warszawa 2025.
Wygrane
Jory John nie ma problemu z wymyślaniem kolejnych bajkowych bohaterów – powołuje do życia w kreskówkowych opowiastkach wszystko, co da się zjeść. Wśród postaci były już między innymi ziarenko, jajko, ziemniak, ciastko czy winogrono – teraz przychodzi kolej na… Wielki Ser. Przed wypowiedzeniem tych słów należy koniecznie wziąć głęboki oddech, bo wszystko sprowadza się do podziwiania postaci. Wielki Ser jest wyjątkowym, czadowym czedarem, który ma ambicje bycia Kimś. Osiąga wszystko bez trudu – bo robi tylko to, w czym jest dobry. Nie potrafi przegrywać, bo nie jest do tego stworzony. Podtrzymuje mit bycia Wielkim Serem – zależy mu na tym, żeby wszyscy uwierzyli w jego wspaniałość. Do czasu. Bo nikt nie może zawsze wygrywać. I tym razem pojawiają się zawody, Seraton. Turniej złożony z przeróżnych konkurencji. To wtedy właśnie Wielki Ser zostaje zdystansowany przez Klinka – i to nie tylko w jednej konkurencji. Wielki Ser poznaje smak porażki i przekonuje się, jak to jest nie być w centrum uwagi. Ale porażka wcale nie oznacza tragedii – bohater dowiaduje się czegoś o sobie i o ciągłych wygranych.
Wielki Ser to bohater komiczny. Nie brakuje mu pewności siebie, a nawet pewnej pyszałkowatości, która niekoniecznie podbije jego wartość w oczach innych (w tym wypadku czytelników, którzy – lepiej, żeby tej postaci uwierzyli). Ale Jory John nie stawia na nudną i moralizatorską opowieść o tym, jak nauczyć się przegrywać. Wielki Ser przegrywać nie umie – i do tej pory nie miał okazji się tego nauczyć. A przecież kiedy na mecie wyprzedza go Klinek, a później ten mały niepozorny kawałek sera wygrywa kolejne konkursy, nawet te najbardziej absurdalne, Wielki Ser miałby powody do kryzysu. Tymczasem on zaprzyjaźnia się z przeciwnikiem, cieszy się z jego sukcesów i nawet czuje ulgę, kiedy przekonuje się, że nie zawsze musi być doskonały. Wielki Ser to przykład tego, co jest naprawdę w życiu ważne.
Cała historia operuje dynamicznym kadrowaniem i ironią, wiele tu dowcipów dla różnych pokoleń odbiorców. Wielki Ser mimo swoich słabostek da się lubić, przynosi też sporo śmiechu. To idealna propozycja dla dzieci, które uczą się czytać – chętnie sprawdzą, co przydarzyło się śmiesznemu bohaterowi. Ale to również coś dla czytelników, którzy już świadomie szukają rozrywkowych bajkowych lektur. Wielki Ser niczego nie pozwala traktować poważnie – a to trochę uczy zachowania w kryzysowych sytuacjach z prawdziwego życia. Wielki Ser pozwala na odskocznię od edukacyjnych tomików – i od pouczania, tak charakterystycznego w książeczkach dla dzieci – i dlatego jako lektura wieczorna przypadnie do gustu także dorosłym, czytającym swoim pociechom. Cała seria tego autora zasługuje na uwagę, „Wielki Ser” nie należy do wyjątków. Można jednak od tego tomiku zacząć się zaprzyjaźniać z jadalnymi bohaterami.
Wygrane
Jory John nie ma problemu z wymyślaniem kolejnych bajkowych bohaterów – powołuje do życia w kreskówkowych opowiastkach wszystko, co da się zjeść. Wśród postaci były już między innymi ziarenko, jajko, ziemniak, ciastko czy winogrono – teraz przychodzi kolej na… Wielki Ser. Przed wypowiedzeniem tych słów należy koniecznie wziąć głęboki oddech, bo wszystko sprowadza się do podziwiania postaci. Wielki Ser jest wyjątkowym, czadowym czedarem, który ma ambicje bycia Kimś. Osiąga wszystko bez trudu – bo robi tylko to, w czym jest dobry. Nie potrafi przegrywać, bo nie jest do tego stworzony. Podtrzymuje mit bycia Wielkim Serem – zależy mu na tym, żeby wszyscy uwierzyli w jego wspaniałość. Do czasu. Bo nikt nie może zawsze wygrywać. I tym razem pojawiają się zawody, Seraton. Turniej złożony z przeróżnych konkurencji. To wtedy właśnie Wielki Ser zostaje zdystansowany przez Klinka – i to nie tylko w jednej konkurencji. Wielki Ser poznaje smak porażki i przekonuje się, jak to jest nie być w centrum uwagi. Ale porażka wcale nie oznacza tragedii – bohater dowiaduje się czegoś o sobie i o ciągłych wygranych.
Wielki Ser to bohater komiczny. Nie brakuje mu pewności siebie, a nawet pewnej pyszałkowatości, która niekoniecznie podbije jego wartość w oczach innych (w tym wypadku czytelników, którzy – lepiej, żeby tej postaci uwierzyli). Ale Jory John nie stawia na nudną i moralizatorską opowieść o tym, jak nauczyć się przegrywać. Wielki Ser przegrywać nie umie – i do tej pory nie miał okazji się tego nauczyć. A przecież kiedy na mecie wyprzedza go Klinek, a później ten mały niepozorny kawałek sera wygrywa kolejne konkursy, nawet te najbardziej absurdalne, Wielki Ser miałby powody do kryzysu. Tymczasem on zaprzyjaźnia się z przeciwnikiem, cieszy się z jego sukcesów i nawet czuje ulgę, kiedy przekonuje się, że nie zawsze musi być doskonały. Wielki Ser to przykład tego, co jest naprawdę w życiu ważne.
Cała historia operuje dynamicznym kadrowaniem i ironią, wiele tu dowcipów dla różnych pokoleń odbiorców. Wielki Ser mimo swoich słabostek da się lubić, przynosi też sporo śmiechu. To idealna propozycja dla dzieci, które uczą się czytać – chętnie sprawdzą, co przydarzyło się śmiesznemu bohaterowi. Ale to również coś dla czytelników, którzy już świadomie szukają rozrywkowych bajkowych lektur. Wielki Ser niczego nie pozwala traktować poważnie – a to trochę uczy zachowania w kryzysowych sytuacjach z prawdziwego życia. Wielki Ser pozwala na odskocznię od edukacyjnych tomików – i od pouczania, tak charakterystycznego w książeczkach dla dzieci – i dlatego jako lektura wieczorna przypadnie do gustu także dorosłym, czytającym swoim pociechom. Cała seria tego autora zasługuje na uwagę, „Wielki Ser” nie należy do wyjątków. Można jednak od tego tomiku zacząć się zaprzyjaźniać z jadalnymi bohaterami.
piątek, 27 czerwca 2025
Michal Hvorecký: Troll
Biblioteka Słów, Warszawa 2025.
Internet
Michal Hvorecký uważnie obserwuje internet i sprawdza, jaką rolę w budowaniu reżimów może odgrywać. Wizja niedalekiej przyszłości z wojną elektroniczną przemienioną szybko w wojnę hybrydową poraża trafnością – chociaż jest dość jednokierunkowo przedstawiona. Autor skupia się w zasadzie tylko na jednym działaniu: na dyskredytowaniu przeciwnika i na obnażaniu jego słabych stron przez fabrykowanie oskarżeń niemających oparcia w rzeczywistości. Jakoś trzeba zarabiać na życie – ci, którzy dobrze sobie radzą w internetowym świecie, mogą znaleźć zatrudnienie jako trolle – każdy ma określoną liczbę tożsamości, jakie może przyjąć i postów, jakie musi stworzyć. Rygorystyczne warunki mają na celu wyłapywanie wszelkich nieprawomyślnych haseł – po to, żeby w zarodku zdusić ewentualne przejawy buntu.
Dla bohatera, który trafił do fabryki trolli, praca jest wszystkim. Mężczyzna nie zastanawia się nawet nad konsekwencjami swoich działań. Uczy się, jak pracować wydajniej, czego od niego oczekują inni i co stanie się, jeśli złamie zasady. Brak życia prywatnego idzie w parze z kompleksami – tytułowy troll jest nieatrakcyjny (nie tylko dla płci pięknej), nigdy nie uprawiał seksu, a spora nadwaga sprawia, że wszelkie próby nawiązania kontaktu z kobietami kończą się upokorzeniem. Tylko Johana – jedna z pracownic farmy trolli – nie brzydzi się przebywać z bohaterem, nawet się z nim przyjaźni. Chociaż nie ma tu szansy na żaden związek, liczy się wsparcie drugiego człowieka.
Niezależnie od indywidualnej walki, jaką toczy we własnej codzienności troll – liczy się tu akcja na skalę międzynarodową. Z pozoru niewinne kłamstewka stopniowo zaczynają się rozwijać i żyć własnym życiem, rujnując przeciwnika. Podkarmiana nienawiść przechodzi w coraz gorsze czyny – nikt już nie może czuć się bezpiecznie, podczas wojny hybrydowej – toczonej także poza internetową rzeczywistością – giną ludzie. Ci spośród trolli, którzy nie nauczyli się wyłączać sumienia, będą mieli nie lada problem, żeby pogodzić się ze świadomością krzywd, jakie wyrządzają inni. Niektórzy radzą sobie z tym w dość radykalny sposób. Inni – próbują naprawić błędy.
I tylko brak bardziej rozbudowanej intrygi sprawia, że „Troll” to książka, która pozostawia pewien niedosyt. Michal Hvorecký bardzo dobrze odsłania mechanizmy działania hejtu, ale nie ma wyraźniejszego pomysłu na rozwinięcie akcji – tworzy po prostu opowiadanie, ze starannie prowadzoną narracją. Wypełnia książkę trafnymi obserwacjami, jest w tym naprawdę dobry – tyle tylko, że fabuła daje się przewidzieć i przypomina wiele opowieści o reżimowych środowiskach. Warto po tę niewielką książkę sięgnąć, bo ona uświadamia czytelnikom zagrożenia płynące z bagatelizowania hejtu. Do tego przypomina, że nie można wierzyć we wszystko, co zobaczy się w internecie – zwłaszcza że obok tych, którzy dla zabawy tworzą fałszywe treści, produkcja fake newsów i oskarżeń bez podstaw to potężna broń. Tu zło zyskuje swoje ucieleśnienie – więc należy „Trolla” czytać przez pryzmat przestrogi. Warto jednak podkreślić, jak gęstą prozę oferuje autor: wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników i jak przedstawić im dystopię nie tylko w warstwie internetowej.
Internet
Michal Hvorecký uważnie obserwuje internet i sprawdza, jaką rolę w budowaniu reżimów może odgrywać. Wizja niedalekiej przyszłości z wojną elektroniczną przemienioną szybko w wojnę hybrydową poraża trafnością – chociaż jest dość jednokierunkowo przedstawiona. Autor skupia się w zasadzie tylko na jednym działaniu: na dyskredytowaniu przeciwnika i na obnażaniu jego słabych stron przez fabrykowanie oskarżeń niemających oparcia w rzeczywistości. Jakoś trzeba zarabiać na życie – ci, którzy dobrze sobie radzą w internetowym świecie, mogą znaleźć zatrudnienie jako trolle – każdy ma określoną liczbę tożsamości, jakie może przyjąć i postów, jakie musi stworzyć. Rygorystyczne warunki mają na celu wyłapywanie wszelkich nieprawomyślnych haseł – po to, żeby w zarodku zdusić ewentualne przejawy buntu.
Dla bohatera, który trafił do fabryki trolli, praca jest wszystkim. Mężczyzna nie zastanawia się nawet nad konsekwencjami swoich działań. Uczy się, jak pracować wydajniej, czego od niego oczekują inni i co stanie się, jeśli złamie zasady. Brak życia prywatnego idzie w parze z kompleksami – tytułowy troll jest nieatrakcyjny (nie tylko dla płci pięknej), nigdy nie uprawiał seksu, a spora nadwaga sprawia, że wszelkie próby nawiązania kontaktu z kobietami kończą się upokorzeniem. Tylko Johana – jedna z pracownic farmy trolli – nie brzydzi się przebywać z bohaterem, nawet się z nim przyjaźni. Chociaż nie ma tu szansy na żaden związek, liczy się wsparcie drugiego człowieka.
Niezależnie od indywidualnej walki, jaką toczy we własnej codzienności troll – liczy się tu akcja na skalę międzynarodową. Z pozoru niewinne kłamstewka stopniowo zaczynają się rozwijać i żyć własnym życiem, rujnując przeciwnika. Podkarmiana nienawiść przechodzi w coraz gorsze czyny – nikt już nie może czuć się bezpiecznie, podczas wojny hybrydowej – toczonej także poza internetową rzeczywistością – giną ludzie. Ci spośród trolli, którzy nie nauczyli się wyłączać sumienia, będą mieli nie lada problem, żeby pogodzić się ze świadomością krzywd, jakie wyrządzają inni. Niektórzy radzą sobie z tym w dość radykalny sposób. Inni – próbują naprawić błędy.
I tylko brak bardziej rozbudowanej intrygi sprawia, że „Troll” to książka, która pozostawia pewien niedosyt. Michal Hvorecký bardzo dobrze odsłania mechanizmy działania hejtu, ale nie ma wyraźniejszego pomysłu na rozwinięcie akcji – tworzy po prostu opowiadanie, ze starannie prowadzoną narracją. Wypełnia książkę trafnymi obserwacjami, jest w tym naprawdę dobry – tyle tylko, że fabuła daje się przewidzieć i przypomina wiele opowieści o reżimowych środowiskach. Warto po tę niewielką książkę sięgnąć, bo ona uświadamia czytelnikom zagrożenia płynące z bagatelizowania hejtu. Do tego przypomina, że nie można wierzyć we wszystko, co zobaczy się w internecie – zwłaszcza że obok tych, którzy dla zabawy tworzą fałszywe treści, produkcja fake newsów i oskarżeń bez podstaw to potężna broń. Tu zło zyskuje swoje ucieleśnienie – więc należy „Trolla” czytać przez pryzmat przestrogi. Warto jednak podkreślić, jak gęstą prozę oferuje autor: wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników i jak przedstawić im dystopię nie tylko w warstwie internetowej.
czwartek, 26 czerwca 2025
Hanne Gjerde: Eternity. Wejdź do gry!
Kropka, Warszawa 2025.
Strata
Mama Kiana umarła. Chłopiec nie może się pogodzić z tą stratą, nie wie, jak ma dalej funkcjonować w tak niesprawiedliwym świecie. Choroba zabrała mu rodzicielkę, jednak pozostały wspomnienia. Dziecku to nie może wystarczyć. Na szczęście mama Kiana była projektantką gier komputerowych, a swoją pasją zdążyła się podzielić z synem. Razem tworzyli fantastyczne światy i plansze z zadaniami do wykonania. Eternity to zresztą ich wspólne dzieło, ostatnie, które ujrzało światło dzienne. Kiedyś Kian i jego mama grali razem, teraz chłopiec nie ma zamiaru wkraczać do wirtualnej przestrzeni. I gdyby nie pewna wiadomość, wysłana zresztą z konta, którym posługiwała się w grze mama, Kian nie zdecydowałby się na rozrywkę tego rodzaju. Teraz jednak dowiaduje się, że ma dobę na wypełnienie misji: wejście do Eternity, znalezienie mamy i opuszczenie gry. Stawka jest wysoka: jeśli chłopak nie wypełni zadania, zostanie uwięziony w świecie fantasy. Ale skoro i tak cierpi – może nie byłoby to takie złe rozwiązanie?
Eternity ma elementy ulubionych gier Kiana, powieściowa gra bazuje na tym, co znane jest odbiorcom-graczom. Są tu i wybuchające ptaki, i kwadratowe rośliny, miszmasz wiążący narrację z zainteresowaniami czytelników. Ale chwilowo nie o nawiązania i zapożyczenia chodzi. Liczy się spotkanie, jakiego bohaterowi brakowało. Kian w grze może spotkać swoją matkę – nie ma znaczenia, jak do tego dochodzi, tu marzenia mogą spokojnie pomieszać się z rzeczywistością i nie wszystko musi zostać wytłumaczone. Najważniejsze jest coś innego: takie spotkanie daje szansę na przepracowanie żałoby. Chłopak może zadać pytania, które wcześniej nie przyszłyby mu do głowy. Teraz jednak wie, co nie zostało powiedziane, jest bogatszy o całe swoje cierpienie i żal. Rozmowa z mamą jest trudna, zwłaszcza kiedy okaże się, że nie ma powrotu do wspólnego normalnego życia. Bo nawet fantazje mają swoje granice – przełamanie bariery śmierci byłoby tu wbrew wszelkim zasadom konstrukcji powieściowej. Kian otrzymuje jednak szansę na wyjaśnienie paru spraw i zyskanie pokrzepienia – mama powie mu rzeczy, które bohater bardzo chciałby usłyszeć. Pożegnanie, tym razem bardziej świadome, ma sens – jest wzruszające, ale nie przytłoczy czytelników, raczej zwróci ich uwagę na pewne kwestie i przyczyni się do lepszego rozumienia poczucia straty. Hanne Gjerde prowadzi tu dwa wyraźne wątki. W pierwszym koncentruje się na relacjach rodzice – dziecko. Ojciec, który od teraz musi samotnie wychowywać syna, musi nauczyć się rozmawiać z pociechą – i własne cierpienie odsunąć na dalszy plan. Matka – która przychodzi tylko w grze – skoro zyskuje głos, może podzielić się pewnymi przemyśleniami. Sam Kian także nie jest bezwolnym bohaterem bez własnych przemyśleń – nieważne, że to jego pierwsze trudne doświadczenie, musi pewne rzeczy przepracować osobiście. Drugi wątek to gra: czytelnicy, którzy lubią wirtualne rozrywki, będą tu cieszyć się opisami kolejnych komplikacji i wyzwań na planszach. Fabuła gry nawet nie musi być do końca jasna dla odbiorców, liczy się tylko zasygnalizowanie wirtualnej przestrzeni i prawdziwości gry. Powieść o żałobie jest trudna i niewygodna, ale jest też atrakcyjna dla dzisiejszych małych odbiorców.
Strata
Mama Kiana umarła. Chłopiec nie może się pogodzić z tą stratą, nie wie, jak ma dalej funkcjonować w tak niesprawiedliwym świecie. Choroba zabrała mu rodzicielkę, jednak pozostały wspomnienia. Dziecku to nie może wystarczyć. Na szczęście mama Kiana była projektantką gier komputerowych, a swoją pasją zdążyła się podzielić z synem. Razem tworzyli fantastyczne światy i plansze z zadaniami do wykonania. Eternity to zresztą ich wspólne dzieło, ostatnie, które ujrzało światło dzienne. Kiedyś Kian i jego mama grali razem, teraz chłopiec nie ma zamiaru wkraczać do wirtualnej przestrzeni. I gdyby nie pewna wiadomość, wysłana zresztą z konta, którym posługiwała się w grze mama, Kian nie zdecydowałby się na rozrywkę tego rodzaju. Teraz jednak dowiaduje się, że ma dobę na wypełnienie misji: wejście do Eternity, znalezienie mamy i opuszczenie gry. Stawka jest wysoka: jeśli chłopak nie wypełni zadania, zostanie uwięziony w świecie fantasy. Ale skoro i tak cierpi – może nie byłoby to takie złe rozwiązanie?
Eternity ma elementy ulubionych gier Kiana, powieściowa gra bazuje na tym, co znane jest odbiorcom-graczom. Są tu i wybuchające ptaki, i kwadratowe rośliny, miszmasz wiążący narrację z zainteresowaniami czytelników. Ale chwilowo nie o nawiązania i zapożyczenia chodzi. Liczy się spotkanie, jakiego bohaterowi brakowało. Kian w grze może spotkać swoją matkę – nie ma znaczenia, jak do tego dochodzi, tu marzenia mogą spokojnie pomieszać się z rzeczywistością i nie wszystko musi zostać wytłumaczone. Najważniejsze jest coś innego: takie spotkanie daje szansę na przepracowanie żałoby. Chłopak może zadać pytania, które wcześniej nie przyszłyby mu do głowy. Teraz jednak wie, co nie zostało powiedziane, jest bogatszy o całe swoje cierpienie i żal. Rozmowa z mamą jest trudna, zwłaszcza kiedy okaże się, że nie ma powrotu do wspólnego normalnego życia. Bo nawet fantazje mają swoje granice – przełamanie bariery śmierci byłoby tu wbrew wszelkim zasadom konstrukcji powieściowej. Kian otrzymuje jednak szansę na wyjaśnienie paru spraw i zyskanie pokrzepienia – mama powie mu rzeczy, które bohater bardzo chciałby usłyszeć. Pożegnanie, tym razem bardziej świadome, ma sens – jest wzruszające, ale nie przytłoczy czytelników, raczej zwróci ich uwagę na pewne kwestie i przyczyni się do lepszego rozumienia poczucia straty. Hanne Gjerde prowadzi tu dwa wyraźne wątki. W pierwszym koncentruje się na relacjach rodzice – dziecko. Ojciec, który od teraz musi samotnie wychowywać syna, musi nauczyć się rozmawiać z pociechą – i własne cierpienie odsunąć na dalszy plan. Matka – która przychodzi tylko w grze – skoro zyskuje głos, może podzielić się pewnymi przemyśleniami. Sam Kian także nie jest bezwolnym bohaterem bez własnych przemyśleń – nieważne, że to jego pierwsze trudne doświadczenie, musi pewne rzeczy przepracować osobiście. Drugi wątek to gra: czytelnicy, którzy lubią wirtualne rozrywki, będą tu cieszyć się opisami kolejnych komplikacji i wyzwań na planszach. Fabuła gry nawet nie musi być do końca jasna dla odbiorców, liczy się tylko zasygnalizowanie wirtualnej przestrzeni i prawdziwości gry. Powieść o żałobie jest trudna i niewygodna, ale jest też atrakcyjna dla dzisiejszych małych odbiorców.
środa, 25 czerwca 2025
Moje pierwsze słowa
Harperkids, Warszawa 2025.
Dopasowywanie
„Moje pierwsze słowa” to tomik wydany w cyklu Akademia Mądrego Dziecka, kierowany do dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Ma się przysłużyć do rozwijania słownictwa i przekonać dzieci do zabawy – pokaże im, że można się dobrze bawić książkami. Nie ma tu żadnej fabuły ani szansy na opowieść, chyba że odbiorcy sami zaczną sobie snuć własne historie na podstawie prezentowanych obrazków. Ale rzeczywiście ten tomik to zbiór niezależnych od siebie obrazków. Każda strona podzielona jest na cztery (lub mniej) części, które zostały wyodrębnione graficznie za pomocą jednolitych – różnych – kolorów tła. Każda ma też duży tytuł – temat ilustracji. Każda strona ma dwa okrągłe otwory, w których treści zależą od użytkowników książki. Są tu cztery koła z wycinanymi w drobne fale brzegami – i kręcenie tymi kołami pozwala na wprowadzanie komunikatów na stronę. Podpis informuje, co zrobić, co ma się pojawić w okienku. Jeśli będzie pasowało – wszystko jasne, dzieci mają w ręce książkę, która składa się z ilustracji oraz wyjaśnień – nazw, które muszą sobie przyswajać. Jeśli nie będzie pasowało, pojawia się efekt komiczny, niezamierzony, za to zachęcający do dalszego działania – oglądania książeczki i wprowadzania do niej zmian.
Bazuje ta książka na wyliczeniach i na zaskoczeniu. Ponieważ nie ma akcji, która mogłaby dzieci zatrzymać przy lekturze, liczy się dostarczanie im stale nowych bodźców. Każda kolejna ilustracja może być powodem do rozmów z dzieckiem albo do obmyślania potencjalnych wydarzeń – tylko że do tego trzeba kreatywnego podejścia. Maluchom, którym wystarczy bawienie się książkami, wydawnictwo dostarcza prostszej rozrywki – kręcenie jednym z czterech kół pozwala na znalezienie odpowiedzi na podawane zagadki. Wystarczy dopasowanie obrazka do podpisu – albo sprawdzanie, co się stanie, jeśli odpowiedź z poprzedniej strony zostanie bez zmian do kolejnego pytania. „Magia” dla najmłodszych polega na tym, że koła są cztery – po jednym na górę i dół prawej i lewej strony – i w tym samym miejscu mogą pojawiać się różne ilustracje (a fakt, że zmienia się kontekst – i nazwa przedmiotu, który ma się pokazać – to nagroda dla odbiorców). Dzieci nie mogą obejrzeć całego koła, więc kręcenie nim wiązać się będzie z odkrywaniem kolejnych treści wciąż na nowo. I to sprawia, że chętniej podejdą do zabawy książką. „Moje pierwsze słowa” to publikacja przygotowana z myślą o maluchach, które potrzebują bodźców i nowych wrażeń. Nie muszą koncentrować się na lekturze, tutaj chodzi bardziej o poznawanie nowych słów albo o wprowadzanie poprawnych odpowiedzi obrazkowych na rozkładówkach. Da się tomik „Moje pierwsze słowa” wykorzystać jako lekcję czytania – duże i wyraźne litery bardzo w tym pomogą. Jest to zatem publikacja przygotowana dla wszystkich tych, którzy chcą poznawać świat i są ciekawi otoczenia.
Dopasowywanie
„Moje pierwsze słowa” to tomik wydany w cyklu Akademia Mądrego Dziecka, kierowany do dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Ma się przysłużyć do rozwijania słownictwa i przekonać dzieci do zabawy – pokaże im, że można się dobrze bawić książkami. Nie ma tu żadnej fabuły ani szansy na opowieść, chyba że odbiorcy sami zaczną sobie snuć własne historie na podstawie prezentowanych obrazków. Ale rzeczywiście ten tomik to zbiór niezależnych od siebie obrazków. Każda strona podzielona jest na cztery (lub mniej) części, które zostały wyodrębnione graficznie za pomocą jednolitych – różnych – kolorów tła. Każda ma też duży tytuł – temat ilustracji. Każda strona ma dwa okrągłe otwory, w których treści zależą od użytkowników książki. Są tu cztery koła z wycinanymi w drobne fale brzegami – i kręcenie tymi kołami pozwala na wprowadzanie komunikatów na stronę. Podpis informuje, co zrobić, co ma się pojawić w okienku. Jeśli będzie pasowało – wszystko jasne, dzieci mają w ręce książkę, która składa się z ilustracji oraz wyjaśnień – nazw, które muszą sobie przyswajać. Jeśli nie będzie pasowało, pojawia się efekt komiczny, niezamierzony, za to zachęcający do dalszego działania – oglądania książeczki i wprowadzania do niej zmian.
Bazuje ta książka na wyliczeniach i na zaskoczeniu. Ponieważ nie ma akcji, która mogłaby dzieci zatrzymać przy lekturze, liczy się dostarczanie im stale nowych bodźców. Każda kolejna ilustracja może być powodem do rozmów z dzieckiem albo do obmyślania potencjalnych wydarzeń – tylko że do tego trzeba kreatywnego podejścia. Maluchom, którym wystarczy bawienie się książkami, wydawnictwo dostarcza prostszej rozrywki – kręcenie jednym z czterech kół pozwala na znalezienie odpowiedzi na podawane zagadki. Wystarczy dopasowanie obrazka do podpisu – albo sprawdzanie, co się stanie, jeśli odpowiedź z poprzedniej strony zostanie bez zmian do kolejnego pytania. „Magia” dla najmłodszych polega na tym, że koła są cztery – po jednym na górę i dół prawej i lewej strony – i w tym samym miejscu mogą pojawiać się różne ilustracje (a fakt, że zmienia się kontekst – i nazwa przedmiotu, który ma się pokazać – to nagroda dla odbiorców). Dzieci nie mogą obejrzeć całego koła, więc kręcenie nim wiązać się będzie z odkrywaniem kolejnych treści wciąż na nowo. I to sprawia, że chętniej podejdą do zabawy książką. „Moje pierwsze słowa” to publikacja przygotowana z myślą o maluchach, które potrzebują bodźców i nowych wrażeń. Nie muszą koncentrować się na lekturze, tutaj chodzi bardziej o poznawanie nowych słów albo o wprowadzanie poprawnych odpowiedzi obrazkowych na rozkładówkach. Da się tomik „Moje pierwsze słowa” wykorzystać jako lekcję czytania – duże i wyraźne litery bardzo w tym pomogą. Jest to zatem publikacja przygotowana dla wszystkich tych, którzy chcą poznawać świat i są ciekawi otoczenia.
wtorek, 24 czerwca 2025
Jeremy Renner: Mój następny oddech
Media Rodzina, Poznań 2025.
Walka
Jeremy Renner to ten aktor, który sceny kaskaderskie kręcił bez pomocy. Jako Hawkeye w Avengersach dał się poznać szerokiej publiczności – ale nie o rolach i filmach będzie opowiadać w książce „Mój następny oddech”. Chociaż trzeba przyznać, że jeśli dobry ghostwriter zamienił tę historię w wyjątkową książkę, kolejny może sobie poradzić z niezwykłym scenariuszem. Ta książka to świadectwo walki o życie. Jeremy Renner spędza czas z rodziną na zjeździe, w górach. Zamierza niedługo zabrać swoich bliskich na narty, ale ponieważ nagłe załamanie pogody sprawiło, że drogi są nieprzejezdne, musi najpierw uporać się z odśnieżeniem trasy. I popełnia błędy, które będą go sporo kosztowały. Nie zaciąga hamulca w ratraku – sześciotonowy pojazd w pewnym momencie ześlizguje się prosto na siostrzeńca Jeremy’ego – a następnie bohater książki próbuje naprawić to niedopatrzenie i… skacze, żeby dostać się do kabiny.
Wszystko, co najbardziej dramatyczne, rozgrywa się na pierwszych kilku stronach, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, co właściwie się wydarzyło – ale autor będzie jeszcze wielokrotnie powracał do sytuacji jak z horroru. Nagle bożyszcze tłumów, aktor-twardziel zostaje wciągnięty pod ratrak i całkowicie zmiażdżony. Czuje, jak pękają kolejne kości, widzi własne oko, które wypłynęło z oczodołu i wie, że został wgnieciony w lód. W pewnym momencie musi przerzucić ciężar narracji z własnych wspomnień na relacje innych – bo na szczęście udało się sprowadzić pomoc. Nastoletni Alex, siostrzeniec Rennera, alarmuje ludzi z okolicznych domów (na szczęście trafia do jedynego miejsca, w którym ktoś jest: sąsiedzi nie tylko przydadzą się w bezpośrednim działaniu, ale też mogą wezwać pogotowie i helikopter). I teraz walka o przetrwanie zaczyna się na dobre. Ale nie jest to literatura szpitalna. Autor mocno podkreśla samoświadomość w koszmarnych chwilach. Wie, że musi oddychać, żeby dać szansę medykom dotrzeć na miejsce wypadku. Działa w szoku, ale później przypisuje swoje zachowanie codziennym treningom i umiejętnościom nabywanym na różnych etapach życia. Najważniejsze to doczekać do przyjazdu lekarzy. I właściwie tylko momentu zbierania z lodu pokiereszowanego aktora nie ma w książce rozpisanego na sekundy. Całą resztę czytelnicy poznają bardzo dokładnie. Jednak Jeremy Renner po przeżyciu śmierci klinicznej wraca do błyskawicznej walki o samodzielność i zdrowie. Kiedy już trafi do szpitala, zamiast analizować w nieskończoność swoje obrażenia, koncentruje się na tym, dlaczego zależało mu na szybkim wyjściu do domu. Podkreśla też nieustannie rolę i wsparcie bliskich. Wie, że im również zgotował prawdziwy koszmar – i od własnego optymizmu uzależnia szczęście innych. To podejście pozwala mu dokonać publicznego rachunku sumienia i przekonać czytelników, jak ważna jest wola przetrwania. Oczywiście liczy się tutaj niebywałe szczęście: fakt, że autor nie zginął pod gąsienicami ratraka, zakrawa na cud – a skoro jeden cud już się odbył, kolejnym trzeba pomóc samodzielnie.
Dużo w tej książce wdzięczności i dodawania otuchy innym, dużo silnych emocji – liczy się jednak wyjątkowy happy end. Ze „zdarzenia” autor wyciąga lekcję dla siebie, wprowadza do swojego zachowania reakcje i cechy, które do tej pory nie gościły zbyt często w jego biografii. Może jednak tworzyć siebie na nowo – i to z chęcią robi.
Walka
Jeremy Renner to ten aktor, który sceny kaskaderskie kręcił bez pomocy. Jako Hawkeye w Avengersach dał się poznać szerokiej publiczności – ale nie o rolach i filmach będzie opowiadać w książce „Mój następny oddech”. Chociaż trzeba przyznać, że jeśli dobry ghostwriter zamienił tę historię w wyjątkową książkę, kolejny może sobie poradzić z niezwykłym scenariuszem. Ta książka to świadectwo walki o życie. Jeremy Renner spędza czas z rodziną na zjeździe, w górach. Zamierza niedługo zabrać swoich bliskich na narty, ale ponieważ nagłe załamanie pogody sprawiło, że drogi są nieprzejezdne, musi najpierw uporać się z odśnieżeniem trasy. I popełnia błędy, które będą go sporo kosztowały. Nie zaciąga hamulca w ratraku – sześciotonowy pojazd w pewnym momencie ześlizguje się prosto na siostrzeńca Jeremy’ego – a następnie bohater książki próbuje naprawić to niedopatrzenie i… skacze, żeby dostać się do kabiny.
Wszystko, co najbardziej dramatyczne, rozgrywa się na pierwszych kilku stronach, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, co właściwie się wydarzyło – ale autor będzie jeszcze wielokrotnie powracał do sytuacji jak z horroru. Nagle bożyszcze tłumów, aktor-twardziel zostaje wciągnięty pod ratrak i całkowicie zmiażdżony. Czuje, jak pękają kolejne kości, widzi własne oko, które wypłynęło z oczodołu i wie, że został wgnieciony w lód. W pewnym momencie musi przerzucić ciężar narracji z własnych wspomnień na relacje innych – bo na szczęście udało się sprowadzić pomoc. Nastoletni Alex, siostrzeniec Rennera, alarmuje ludzi z okolicznych domów (na szczęście trafia do jedynego miejsca, w którym ktoś jest: sąsiedzi nie tylko przydadzą się w bezpośrednim działaniu, ale też mogą wezwać pogotowie i helikopter). I teraz walka o przetrwanie zaczyna się na dobre. Ale nie jest to literatura szpitalna. Autor mocno podkreśla samoświadomość w koszmarnych chwilach. Wie, że musi oddychać, żeby dać szansę medykom dotrzeć na miejsce wypadku. Działa w szoku, ale później przypisuje swoje zachowanie codziennym treningom i umiejętnościom nabywanym na różnych etapach życia. Najważniejsze to doczekać do przyjazdu lekarzy. I właściwie tylko momentu zbierania z lodu pokiereszowanego aktora nie ma w książce rozpisanego na sekundy. Całą resztę czytelnicy poznają bardzo dokładnie. Jednak Jeremy Renner po przeżyciu śmierci klinicznej wraca do błyskawicznej walki o samodzielność i zdrowie. Kiedy już trafi do szpitala, zamiast analizować w nieskończoność swoje obrażenia, koncentruje się na tym, dlaczego zależało mu na szybkim wyjściu do domu. Podkreśla też nieustannie rolę i wsparcie bliskich. Wie, że im również zgotował prawdziwy koszmar – i od własnego optymizmu uzależnia szczęście innych. To podejście pozwala mu dokonać publicznego rachunku sumienia i przekonać czytelników, jak ważna jest wola przetrwania. Oczywiście liczy się tutaj niebywałe szczęście: fakt, że autor nie zginął pod gąsienicami ratraka, zakrawa na cud – a skoro jeden cud już się odbył, kolejnym trzeba pomóc samodzielnie.
Dużo w tej książce wdzięczności i dodawania otuchy innym, dużo silnych emocji – liczy się jednak wyjątkowy happy end. Ze „zdarzenia” autor wyciąga lekcję dla siebie, wprowadza do swojego zachowania reakcje i cechy, które do tej pory nie gościły zbyt często w jego biografii. Może jednak tworzyć siebie na nowo – i to z chęcią robi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






