Albatros, Warszawa 2021.
Zagrożenia
Katie Maguire to postać, która przyciąga szerokie grono odbiorczyń - i nie ma znaczenia, że jako pani nadkomisarz pada ofiarą dziennikarskich ataków. Musi być silna, choćby ze względu na przykrości, jakie ją spotykają. W płonącym samochodzie ginie jej były kochanek, sędzia Quinn, inny z partnerów - i przełożonych w pracy - stara się w przedziwny sposób zwrócić na siebie uwagę kobiety. Katie znalazła swoje szczęście z kobietą i nie potrzebuje już szukać partnera do seksualnych ekscesów, może skupić się na prowadzonych sprawach - w śledztwach dzieje się bardzo dużo. Aż dziwne, że miasto jest aż tak bogate w przestępców: jest tu cała wojna gangów, porachunki w grupach mafijnych (nie bez trupów), jest atak terrorystyczny, jest strzelanina, jest cały szereg rozmaitych aktów agresji, które pokazują mieszkańcom jedno: mimo zapewnień pani nadkomisarz, że wszystko jest pod kontrolą, miejsce staje się coraz mniej bezpieczne. "Do ostatniej kropli krwi", thriller Grahama Mastertona, to jedna z powieści, w których trup ściele się gęsto i prawdopodobnie po to, żeby odwrócić uwagę od dość słabej jakościowo intrygi.
Autor przełącza się ze scen z Katie na obrazki z zasad działania przestępców, po to, żeby podsycić jeszcze okrucieństwo - ale i tak wypełnia kolejne strony obrazami cierpienia i przerażających śmierci, chce podsycać lęk i wzbudzać nienawiść do tych, którzy bez skrupułów pozbawiają innych życia. Kolejnymi zgonami wypełnia strony, żeby zwiększać napięcie i presję na śledczych - Katie Maguire znajduje się w sporych tarapatach przez to, że ma wroga wśród dziennikarzy i wśród przełożonych. Liczyć może wyłącznie na swoją ukochaną, ale w pracy jest skazana sama na siebie. Potrafi czytać pozostawione ślady i nie ma problemów z wnioskowaniem - tutaj autor nie zaskakuje niczym, konstrukcja "zawodowa" bohaterki to wykorzystanie schematów z powieści detektywistycznych i sensacyjnych. Żeby odbiorcom trochę wynagrodzić jednokierunkowość wysiłków, pozwala sobie autor na wkroczenie do życia prywatnego, a nawet intymnego postaci. Katie Maguire interesuje go z różnych powodów - pozwala to czytelnikom na lepsze poznanie bohaterki i na stworzenie wrażenia wielokierunkowości w fabule. To oczywiście wrażenie złudne, widać, jak Masterton realizuje schemat powieściowy, który po prostu wypełnia treścią - jednak czytelnicy spragnieni sensacji i mocnej prozy mogą się w tym tomie odnaleźć. Jest to zawsze spore ryzyko - epatowanie przemocą i rezygnacja ze sporej części codziennych tematów automatycznie czyni książkę bardziej tendencyjną. Graham Masterton może trafić do masowej publiczności, ale czytelników oczekujących bardziej ambitnych lektur rozrywkowych rozczaruje przez decyzje pisarskie i rozwiązania w zakresie fabuły.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
piątek, 11 lutego 2022
wtorek, 4 stycznia 2022
Kazuo Ishiguro: Klara i Słońce
Albatros, Warszawa 2021.
Sztuczna Przyjaciółka
Klara prowadzi narrację w tej powieści, ale sama w sobie mogłaby być obiektem analiz i opisów, niekoniecznie własnych. Klara przesiaduje na wystawie sklepu, chce wiedzieć, gdzie zachodzi słońce (i czerpać z niego energię). Klara uważnie obserwuje wszystko, co dzieje się wokół niej. Jest uczestniczką wydarzeń, ale potrafi się od nich zdystansować, kiedy zajdzie taka potrzeba. I chociaż może nie powinna, Klara ma swoje uczucia, które świadczą o jej wyjątkowości. To dziwne, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Klara jest SP - Sztuczną Przyjaciółką, w dodatku nie z najnowszej generacji, a nieco starszą. Po SP przychodzą do sklepu rodzice, kupujący dla swoich dzieci niezwykłe lalki. Po rozbudzającej ciekawość prezentacji Klara trafia do Josie - i uczy się zwyczajnego życia w prawdziwym domu. Dowiaduje się też o ludziach rzeczy, o których nie miała pojęcia. Stopniowo uczy się, jak ich rozszyfrowywać. Przeżywa rozmaite dziwne z jej perspektywy sytuacje, a z każdej wyciąga wnioski. Na rzeczywistość Klary wpływa też choroba jej małej przyjaciółki. Josie czasami słabnie, nie może wychodzić z domu i uczestniczyć w różnych imprezach czy wydarzeniach. Klara zaczyna w zastępstwie towarzyszyć matce Josie - i dzięki temu może zmienić sposób myślenia kobiety o SP jako sztucznych tworach pozbawionych uczuć czy wyobraźni. Sama Klara często postępuje schematycznie lub według jasno określonych reguł, które nie podlegają dyskusji - ale te nie sprawdzają się w zwyczajnym życiu. Dla Josie ważny jest jej przyjaciel, Rick - chłopak, który bez trudu może zdobyć jej serce. Tyle tylko, że Josie przez choroby coraz bardziej słabnie i Klara, która początkowo jedynie dotrzymywała towarzystwa dziewczynie, zaczyna zajmować jej miejsce. W rodzinnych poszukiwaniach wielką rolę odgrywa Słońce.
Kazuo Ishiguro na początku tomu intryguje odbiorców niezwykłym pomysłem. Zaprasza do lektury przez rozbudzenie ciekawości kierunkiem rozwoju fabuły: tworzy sobie bohaterkę, która będzie ludzi obserwować z dystansu, ale jednocześnie na tyle ciekawą świata i odwazną, że mało przez to przewidywalną. Wystarcza kilka sugestywnych obrazków, żeby czytelnicy nie chcieli już rozstawać się z Klarą. Motyw Josie nie przywodzi na myśl powieści o dojrzewaniu, jest znacznie głębszy i pozbawiony schematycznych rozwiązań. W tym ujęciu Klara może się sprawdzić - jej świat ma sporo punktów stycznych z ludzkim.
"Klara i Słońce" to książka, która sukces może odnieść nie tylko za sprawą oryginalnej fabuły czy kreacji postaci. Kazuo Ishiguro jest w stanei nakreślić i atrakcyjne problemy, i nietypowe motywacje bohaterów. Urzeka także narracją - sposób budowania historii na planie fraz zaskakuje precyzją. Tu przez cały czas dzieje się coś niezwykłego, co będzie czytelników zatrzymywać nad tomem. Jest ta powieść atrakcyjna dla różnych grup odbiorców. Przynosi rozrywkę, a poza tym daje szansę na refleksję nad przyszłością sztucznej inteligencji. To fantastyka najwyższych lotów, połączona z obyczajówką, celna w uczuciach oraz reakcjach bohaterów. Ma autor w zanadrzu sporo niespodzianek i rozwiązań odważnych. Nie eksperymentuje za to na poziomie narracji. Pisze tak, żeby skusić czytelników nieprzewidywalnością. Kunszt literacki wiąże się tu z pomysłowością i z chęcią imponowania odbiorcom fabułą.
Sztuczna Przyjaciółka
Klara prowadzi narrację w tej powieści, ale sama w sobie mogłaby być obiektem analiz i opisów, niekoniecznie własnych. Klara przesiaduje na wystawie sklepu, chce wiedzieć, gdzie zachodzi słońce (i czerpać z niego energię). Klara uważnie obserwuje wszystko, co dzieje się wokół niej. Jest uczestniczką wydarzeń, ale potrafi się od nich zdystansować, kiedy zajdzie taka potrzeba. I chociaż może nie powinna, Klara ma swoje uczucia, które świadczą o jej wyjątkowości. To dziwne, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Klara jest SP - Sztuczną Przyjaciółką, w dodatku nie z najnowszej generacji, a nieco starszą. Po SP przychodzą do sklepu rodzice, kupujący dla swoich dzieci niezwykłe lalki. Po rozbudzającej ciekawość prezentacji Klara trafia do Josie - i uczy się zwyczajnego życia w prawdziwym domu. Dowiaduje się też o ludziach rzeczy, o których nie miała pojęcia. Stopniowo uczy się, jak ich rozszyfrowywać. Przeżywa rozmaite dziwne z jej perspektywy sytuacje, a z każdej wyciąga wnioski. Na rzeczywistość Klary wpływa też choroba jej małej przyjaciółki. Josie czasami słabnie, nie może wychodzić z domu i uczestniczyć w różnych imprezach czy wydarzeniach. Klara zaczyna w zastępstwie towarzyszyć matce Josie - i dzięki temu może zmienić sposób myślenia kobiety o SP jako sztucznych tworach pozbawionych uczuć czy wyobraźni. Sama Klara często postępuje schematycznie lub według jasno określonych reguł, które nie podlegają dyskusji - ale te nie sprawdzają się w zwyczajnym życiu. Dla Josie ważny jest jej przyjaciel, Rick - chłopak, który bez trudu może zdobyć jej serce. Tyle tylko, że Josie przez choroby coraz bardziej słabnie i Klara, która początkowo jedynie dotrzymywała towarzystwa dziewczynie, zaczyna zajmować jej miejsce. W rodzinnych poszukiwaniach wielką rolę odgrywa Słońce.
Kazuo Ishiguro na początku tomu intryguje odbiorców niezwykłym pomysłem. Zaprasza do lektury przez rozbudzenie ciekawości kierunkiem rozwoju fabuły: tworzy sobie bohaterkę, która będzie ludzi obserwować z dystansu, ale jednocześnie na tyle ciekawą świata i odwazną, że mało przez to przewidywalną. Wystarcza kilka sugestywnych obrazków, żeby czytelnicy nie chcieli już rozstawać się z Klarą. Motyw Josie nie przywodzi na myśl powieści o dojrzewaniu, jest znacznie głębszy i pozbawiony schematycznych rozwiązań. W tym ujęciu Klara może się sprawdzić - jej świat ma sporo punktów stycznych z ludzkim.
"Klara i Słońce" to książka, która sukces może odnieść nie tylko za sprawą oryginalnej fabuły czy kreacji postaci. Kazuo Ishiguro jest w stanei nakreślić i atrakcyjne problemy, i nietypowe motywacje bohaterów. Urzeka także narracją - sposób budowania historii na planie fraz zaskakuje precyzją. Tu przez cały czas dzieje się coś niezwykłego, co będzie czytelników zatrzymywać nad tomem. Jest ta powieść atrakcyjna dla różnych grup odbiorców. Przynosi rozrywkę, a poza tym daje szansę na refleksję nad przyszłością sztucznej inteligencji. To fantastyka najwyższych lotów, połączona z obyczajówką, celna w uczuciach oraz reakcjach bohaterów. Ma autor w zanadrzu sporo niespodzianek i rozwiązań odważnych. Nie eksperymentuje za to na poziomie narracji. Pisze tak, żeby skusić czytelników nieprzewidywalnością. Kunszt literacki wiąże się tu z pomysłowością i z chęcią imponowania odbiorcom fabułą.
piątek, 24 grudnia 2021
Lee Child, Andrew Child: Strażnik
Albatros, Warszawa 2021.
Serwery
Jack Reacher to superbohater na miarę dzisiejszych powieści sensacyjnych dla mas - i w swoich zachowaniach może wydawać się zbyt idealny, jednak i tak Lee Child - tym razem we współpracy z bratem - potrafi do niego przekonać. "Strażnik" to kolejna opowieść z tą postacią - i wiadomo, że nudzić się nie będzie można. W małym miasteczku (bo z niewiadomych przyczyn to właśnie małe miasteczka stają się najlepszą scenerią do filmowych akcji) Jack Reacher staje się świadkiem porwania. Wydobywa z tarapatów Rusty'ego Rutherforda i wplątuje się w aferę kryminalno-informatyczną. Miasto jest szantażowane: luki w systemie internetowym sprawiają, że bardzo łatwo jest stracić dane, za to bardzo trudno stawić czoła tym, którzy usiłują się nieuczciwie wzbogacić. Jednak nawet jeśli Reacher niekoniecznie dobrze orientuje się w tematach informatycznych, ma w tym świecie wartościowego przewodnika: Rusty jest specjalistą z powołania. Do tego to on pierwszy zauważył problem, który później został wykorzystany przez przestępców. Teraz jednak Rusty'emu grozi niebezpieczeństwo, a Reacher nie pozostaje bezczynny w takich sytuacjach.
Motyw wyjaśnień informatycznych został wpleciony do powieści tak, by przekonać zwykłych odbiorców, ale nie zamęczyć ich niepotrzebnymi z ich perspektywy szczegółami. Bardziej liczą się - jak zwykle - bezpośrednie potyczki i starcia, a do tego psychologiczne portrety. Prawdopodobieństwo w reakcjach to coś, w czym Lee Child celuje. Przesada pojawia się dopiero w scenach walk. Autorzy zdecydowali się na rytm, który z czasem może się opatrzyć: pokazują, co powinien zrobić przestępca, żeby zaatakować zgodnie z zamysłem - i zaskoczyć przeciwnika - a następnie tłumaczą, czego ów czarny charakter nie zrobił - by stało się jasne, jak pozbawił się szansy na proste zwycięstwo. Stąd szybka droga do analizy postawy Jacka Reachera - zawsze zachowania przestępców idą po jego myśli, tak, by mógł wykazać się talentem do bójek z wieloma przeciwnikami czy do wykorzystywania sprytu i wyczucia. Oczywiście jest w tym karykaturalna przesada - Jack Reacher jawi się jako ideał, który zbija z tropu zarówno śledczych, jak i światek bandytów - radzi sobie i z procesami dedukcji na najwyższym poziomie, i z przejawami agresji ze strony wrogów. Wie, jak stosować szantaże i jak wychodzić cało ze wszystkich opresji. W efekcie ten bohater wypada bardzo nieprawdziwie - i jednocześnie dość kusząco dla odbiorców.
"Strażnik" to powieść, w której silne nastawienie na akcję w wersji ekstremalnej najbardziej rzuca się w oczy. Jest to książka rozrywkowa, do której nie dorabia się żadnej innej ideologii: kierowana do czytelników ceniących sobie sensację i lubiących konkretnego bohatera - jednak chociaż Jack Reacher często w książkach powraca, można o jego przygodach czytać w oderwaniu od innych powieści. "Strażnik" to historia samodzielna i zapewniająca moc wrażeń tym, którzy uodpornią się na naiwności w kreowaniu superpostaci.
Serwery
Jack Reacher to superbohater na miarę dzisiejszych powieści sensacyjnych dla mas - i w swoich zachowaniach może wydawać się zbyt idealny, jednak i tak Lee Child - tym razem we współpracy z bratem - potrafi do niego przekonać. "Strażnik" to kolejna opowieść z tą postacią - i wiadomo, że nudzić się nie będzie można. W małym miasteczku (bo z niewiadomych przyczyn to właśnie małe miasteczka stają się najlepszą scenerią do filmowych akcji) Jack Reacher staje się świadkiem porwania. Wydobywa z tarapatów Rusty'ego Rutherforda i wplątuje się w aferę kryminalno-informatyczną. Miasto jest szantażowane: luki w systemie internetowym sprawiają, że bardzo łatwo jest stracić dane, za to bardzo trudno stawić czoła tym, którzy usiłują się nieuczciwie wzbogacić. Jednak nawet jeśli Reacher niekoniecznie dobrze orientuje się w tematach informatycznych, ma w tym świecie wartościowego przewodnika: Rusty jest specjalistą z powołania. Do tego to on pierwszy zauważył problem, który później został wykorzystany przez przestępców. Teraz jednak Rusty'emu grozi niebezpieczeństwo, a Reacher nie pozostaje bezczynny w takich sytuacjach.
Motyw wyjaśnień informatycznych został wpleciony do powieści tak, by przekonać zwykłych odbiorców, ale nie zamęczyć ich niepotrzebnymi z ich perspektywy szczegółami. Bardziej liczą się - jak zwykle - bezpośrednie potyczki i starcia, a do tego psychologiczne portrety. Prawdopodobieństwo w reakcjach to coś, w czym Lee Child celuje. Przesada pojawia się dopiero w scenach walk. Autorzy zdecydowali się na rytm, który z czasem może się opatrzyć: pokazują, co powinien zrobić przestępca, żeby zaatakować zgodnie z zamysłem - i zaskoczyć przeciwnika - a następnie tłumaczą, czego ów czarny charakter nie zrobił - by stało się jasne, jak pozbawił się szansy na proste zwycięstwo. Stąd szybka droga do analizy postawy Jacka Reachera - zawsze zachowania przestępców idą po jego myśli, tak, by mógł wykazać się talentem do bójek z wieloma przeciwnikami czy do wykorzystywania sprytu i wyczucia. Oczywiście jest w tym karykaturalna przesada - Jack Reacher jawi się jako ideał, który zbija z tropu zarówno śledczych, jak i światek bandytów - radzi sobie i z procesami dedukcji na najwyższym poziomie, i z przejawami agresji ze strony wrogów. Wie, jak stosować szantaże i jak wychodzić cało ze wszystkich opresji. W efekcie ten bohater wypada bardzo nieprawdziwie - i jednocześnie dość kusząco dla odbiorców.
"Strażnik" to powieść, w której silne nastawienie na akcję w wersji ekstremalnej najbardziej rzuca się w oczy. Jest to książka rozrywkowa, do której nie dorabia się żadnej innej ideologii: kierowana do czytelników ceniących sobie sensację i lubiących konkretnego bohatera - jednak chociaż Jack Reacher często w książkach powraca, można o jego przygodach czytać w oderwaniu od innych powieści. "Strażnik" to historia samodzielna i zapewniająca moc wrażeń tym, którzy uodpornią się na naiwności w kreowaniu superpostaci.
piątek, 4 czerwca 2021
Lucinda Riley: Siostra Burzy
Albatros, Warszawa 2020.
O rodzinie
Wszystkie tomy z tej rozbudowanej sagi zaczynają się w jednym punkcie: w chwili śmierci Pa Salta (odrobinę przed, żeby udało się nakreślić niezbędny kontekst). Później Lucinda Riley zajmuje się wybraną bohaterką, jedną z przybranych córek Pa Salta i prezentuje jej historię. Pozwala też poznać aktualne losy postaci. Młode kobiety realizują się w różnych dziedzinach. Ally, bohaterka "Siostry Burzy", uwielbia żeglowanie. Najwyraźniej przejęła zainteresowania od Pa Salta, który na morzu zginął (zresztą - w tajemniczych okolicznościach). Przed domowym dramatem Ally spędzała czas na wodzie i cieszyła się obecnością ukochanego. Rozkwitała, mogła czuć się spełniona i snuć piękne plany na przyszłość. Przez smutną wiadomość wróciła do rodzinnego domu, nie wiedząc, że to nie koniec zmartwień. Istnieje też pewne pocieszenie. Pa Salt pozostawił Plejadom - swoim córkom - informację o ich pochodzeniu. Dzięki temu Ally może się dowiedzieć, kim jest i zaangażować w poszukiwania. Pod warunkiem, że rozwiąże pewną zagadkę związaną z zamierzchłą przeszłością.
Na początku tomu "Siostra Burzy" Lucinda Riley zajmuje się prezentowaniem sielanki. Wszystko się dobrze układa, a bohaterka realizująca własne plany ma też szczęście w miłości. A kiedy wróci do bliskich przekona się, że ma w nich wsparcie. Ally będzie go potrzebowała. Jednak w pewnym momencie autorka wyrywa ją z tego środowiska i przestaje się zajmować pozostałymi siostrami. Wytwarza to trochę niepotrzebną pustkę. Dlatego też Lucinda Riley zaczyna przenosić się w przeszłość. Przedstawia czytelnikom historię Anny, kobiety, która ma wrodzony talent i może zrobić wspaniałą karierę, zaistnieć na największych scenach muzycznych. Anna wychodzi ze środowiska, w którym nie ma miejsca na popularność i sztukę, wychowuje się wśród ludzi nieznających marzeń o lepszym świecie. Mimo wszystko decyduje się na zmiany. Poznaje też człowieka, na którym jej zależy. Historia Anny jest dość dramatyczna, a ponieważ należy do odległej przeszłości i jest elementem zagadki dla Ally, autorka może całą uwagę poświęcić tej postaci. Dzieli jej przeżycia tak, by podtrzymać zainteresowanie czytelników. Zwłaszcza że w tym momencie fabuły u Ally nie wydarza się już nic wartego uwagi. Proponuje zatem Lucinda Riley w "Siostrze Burzy" dwie pełnowartościowe narracje, a czyni to z rozmachem. Książka rozmiarami przypomina bardziej opowieści fantasy - i to te największe - niż realizacje obyczajowe. Radzi sobie Riley z tą historią bez zarzutu, buduje grono odbiorczyń, które sięgną do innych powieści z tego cyklu. "Siostra Burzy" to książka z bardzo gęstymi i przekonującymi opisami. Autorka stawia na szczegółowość, dba o przedstawianie detali oraz o ocenianie sfery uczuciowej. Bardzo starannie także szkicuje tło. Liczy się dla niej nie tylko bogaty zestaw przeżyć bohaterek. Znajduje mnóstwo punktów zaczepienia dla odbiorców, tematów, które pozwolą na podjęcie decyzji o pozostaniu przy serii. Tutaj najlepiej sprawdza się spowolnienie tempa akcji i narracje w duchu dziewiętnastowiecznych powieści. Lucinda Riley trafi do przekonania czytelników, którzy mają dosyć bylejakości i jednokierunkowych narracji. Wybiera często niepopularne rozwiązania, ale nie zapomina i o angażowaniu w codzienność obu bohaterek. Siedem sióstr to seria niezwyczajna, ale ma w sobie coś, co czytelnikom po prostu musi przypaść do gustu. Jedynie szkoda, że odsuwa autorka z pola widzenia pozostałe siostry, nie pozwala się nimi zainteresować przed czasem.
O rodzinie
Wszystkie tomy z tej rozbudowanej sagi zaczynają się w jednym punkcie: w chwili śmierci Pa Salta (odrobinę przed, żeby udało się nakreślić niezbędny kontekst). Później Lucinda Riley zajmuje się wybraną bohaterką, jedną z przybranych córek Pa Salta i prezentuje jej historię. Pozwala też poznać aktualne losy postaci. Młode kobiety realizują się w różnych dziedzinach. Ally, bohaterka "Siostry Burzy", uwielbia żeglowanie. Najwyraźniej przejęła zainteresowania od Pa Salta, który na morzu zginął (zresztą - w tajemniczych okolicznościach). Przed domowym dramatem Ally spędzała czas na wodzie i cieszyła się obecnością ukochanego. Rozkwitała, mogła czuć się spełniona i snuć piękne plany na przyszłość. Przez smutną wiadomość wróciła do rodzinnego domu, nie wiedząc, że to nie koniec zmartwień. Istnieje też pewne pocieszenie. Pa Salt pozostawił Plejadom - swoim córkom - informację o ich pochodzeniu. Dzięki temu Ally może się dowiedzieć, kim jest i zaangażować w poszukiwania. Pod warunkiem, że rozwiąże pewną zagadkę związaną z zamierzchłą przeszłością.
Na początku tomu "Siostra Burzy" Lucinda Riley zajmuje się prezentowaniem sielanki. Wszystko się dobrze układa, a bohaterka realizująca własne plany ma też szczęście w miłości. A kiedy wróci do bliskich przekona się, że ma w nich wsparcie. Ally będzie go potrzebowała. Jednak w pewnym momencie autorka wyrywa ją z tego środowiska i przestaje się zajmować pozostałymi siostrami. Wytwarza to trochę niepotrzebną pustkę. Dlatego też Lucinda Riley zaczyna przenosić się w przeszłość. Przedstawia czytelnikom historię Anny, kobiety, która ma wrodzony talent i może zrobić wspaniałą karierę, zaistnieć na największych scenach muzycznych. Anna wychodzi ze środowiska, w którym nie ma miejsca na popularność i sztukę, wychowuje się wśród ludzi nieznających marzeń o lepszym świecie. Mimo wszystko decyduje się na zmiany. Poznaje też człowieka, na którym jej zależy. Historia Anny jest dość dramatyczna, a ponieważ należy do odległej przeszłości i jest elementem zagadki dla Ally, autorka może całą uwagę poświęcić tej postaci. Dzieli jej przeżycia tak, by podtrzymać zainteresowanie czytelników. Zwłaszcza że w tym momencie fabuły u Ally nie wydarza się już nic wartego uwagi. Proponuje zatem Lucinda Riley w "Siostrze Burzy" dwie pełnowartościowe narracje, a czyni to z rozmachem. Książka rozmiarami przypomina bardziej opowieści fantasy - i to te największe - niż realizacje obyczajowe. Radzi sobie Riley z tą historią bez zarzutu, buduje grono odbiorczyń, które sięgną do innych powieści z tego cyklu. "Siostra Burzy" to książka z bardzo gęstymi i przekonującymi opisami. Autorka stawia na szczegółowość, dba o przedstawianie detali oraz o ocenianie sfery uczuciowej. Bardzo starannie także szkicuje tło. Liczy się dla niej nie tylko bogaty zestaw przeżyć bohaterek. Znajduje mnóstwo punktów zaczepienia dla odbiorców, tematów, które pozwolą na podjęcie decyzji o pozostaniu przy serii. Tutaj najlepiej sprawdza się spowolnienie tempa akcji i narracje w duchu dziewiętnastowiecznych powieści. Lucinda Riley trafi do przekonania czytelników, którzy mają dosyć bylejakości i jednokierunkowych narracji. Wybiera często niepopularne rozwiązania, ale nie zapomina i o angażowaniu w codzienność obu bohaterek. Siedem sióstr to seria niezwyczajna, ale ma w sobie coś, co czytelnikom po prostu musi przypaść do gustu. Jedynie szkoda, że odsuwa autorka z pola widzenia pozostałe siostry, nie pozwala się nimi zainteresować przed czasem.
wtorek, 4 maja 2021
B. A. Paris: Terapeutka
Albatros, Warszawa 2021.
Tajemnica domu
Często w thrillerach powraca ten sam motyw: sekret. Ludzie, którym na sobie zależy, psują wszystko, bo nie decydują się na wypowiedzenie kilku słów prawdy w odpowiednim momencie. Gdyby to zrobili, nie byłoby w ogóle fabuł - i to chyba najsmutniejszy element obowiązkowy w gatunku. B. A. Paris w "Terapeutce" także podąża tym tropem. Alice przeprowadza się ze swoim nowym partnerem do pięknego domu. Pora na doszlifowanie się i sprawdzenie, czy parze będzie się dobrze razem mieszkać. Wprawdzie dom kupuje Leo, jednak Alice nie zwraca uwagi na takie drobiazgi. Organizuje nawet przyjęcie dla sąsiadów: nie chciałaby czuć się obco, liczy na to, że przekona do siebie kobiety z otoczenia i nawiąże nowe znajomości, które przerodzą się w piękne przyjaźnie. Poza tym nie chciałaby, żeby ktoś ją obgadywał za plecami, a wydaje jej się, że słyszy własne imię w rozmowach sąsiadek. Przyjęcie w nowym domu to świetna metoda na przełamanie lodów. Tylko Alice, kiedy dowie się, że w jej sypialni umarła kobieta, może się trochę zdenerwować. Jak zwykle B. A. Paris na początku stawia na opowieść obyczajowo-psychologiczną, żeby zaintrygować i wciągnąć w historię. Nie dzieje się tu wiele, ale autorka wie, jak stworzyć odpowiednią atmosferę. Bazuje na niedomówieniach i braku wiadomości, a przy tym - na nieuchwytnym ale istotnym niebezpieczeństwie. Alice czuje się zagrożona i robi się coraz bardziej podejrzliwa. Nikomu nie może ufać: Leo wiedział o morderstwie w nowym domu, ale nie wtajemniczył ukochanej w tę przeszłość. Sąsiadki najwyraźniej coś ukrywają. Starsze małżeństwo z osiedla próbuje bohaterkę ostrzegać, chyba że jej się tylko wydaje. Mnożą się pytania, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Alice nie może już przebywać w przerażającym ją domu, nie wie też, gdzie szukać pomocy: odtrącona przez najbliższą osobę, zaczyna podejrzewać absolutnie wszystkich. Aż sytuacja staje się nie do zniesienia. Można się zastanawiać, jak autorka buduje intrygę i na czym najbardziej jej zależy - jednak bez względu na bieg akcji, atutem jej powieści staje się atmosfera, to coś poza fabułą i poza kreacjami bohaterów. B. A. Paris nie chce przesadnie komplikować celów postaci, skupia się na tym, co ważne dla Alice, odrzuca za to całą resztę - i tak wygra, zapewniając czytelnikom odpowiednią dawkę grozy i nieszczęść. Jest "Terapeutka" powieścią dziwną o tyle, że autorka z rzadka wplata tu scenki z gabinetu terapeutycznego - oczywiście z anonimowymi postaciami. Próbuje utrudnić czytelnikom ich własne śledztwo, to wplątuje w dane sugestie stereotypowe, to je obala - w tej książce tak właśnie działa. Kto poszukuje mocnych wrażeń, bardzo krwawych scen tu nie znajdzie - liczy się psychologiczne zagmatwanie. Ale też bez wielkich komplikacji. Autorka proponuje za to książkę z dopracowaną narracją.
Tajemnica domu
Często w thrillerach powraca ten sam motyw: sekret. Ludzie, którym na sobie zależy, psują wszystko, bo nie decydują się na wypowiedzenie kilku słów prawdy w odpowiednim momencie. Gdyby to zrobili, nie byłoby w ogóle fabuł - i to chyba najsmutniejszy element obowiązkowy w gatunku. B. A. Paris w "Terapeutce" także podąża tym tropem. Alice przeprowadza się ze swoim nowym partnerem do pięknego domu. Pora na doszlifowanie się i sprawdzenie, czy parze będzie się dobrze razem mieszkać. Wprawdzie dom kupuje Leo, jednak Alice nie zwraca uwagi na takie drobiazgi. Organizuje nawet przyjęcie dla sąsiadów: nie chciałaby czuć się obco, liczy na to, że przekona do siebie kobiety z otoczenia i nawiąże nowe znajomości, które przerodzą się w piękne przyjaźnie. Poza tym nie chciałaby, żeby ktoś ją obgadywał za plecami, a wydaje jej się, że słyszy własne imię w rozmowach sąsiadek. Przyjęcie w nowym domu to świetna metoda na przełamanie lodów. Tylko Alice, kiedy dowie się, że w jej sypialni umarła kobieta, może się trochę zdenerwować. Jak zwykle B. A. Paris na początku stawia na opowieść obyczajowo-psychologiczną, żeby zaintrygować i wciągnąć w historię. Nie dzieje się tu wiele, ale autorka wie, jak stworzyć odpowiednią atmosferę. Bazuje na niedomówieniach i braku wiadomości, a przy tym - na nieuchwytnym ale istotnym niebezpieczeństwie. Alice czuje się zagrożona i robi się coraz bardziej podejrzliwa. Nikomu nie może ufać: Leo wiedział o morderstwie w nowym domu, ale nie wtajemniczył ukochanej w tę przeszłość. Sąsiadki najwyraźniej coś ukrywają. Starsze małżeństwo z osiedla próbuje bohaterkę ostrzegać, chyba że jej się tylko wydaje. Mnożą się pytania, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Alice nie może już przebywać w przerażającym ją domu, nie wie też, gdzie szukać pomocy: odtrącona przez najbliższą osobę, zaczyna podejrzewać absolutnie wszystkich. Aż sytuacja staje się nie do zniesienia. Można się zastanawiać, jak autorka buduje intrygę i na czym najbardziej jej zależy - jednak bez względu na bieg akcji, atutem jej powieści staje się atmosfera, to coś poza fabułą i poza kreacjami bohaterów. B. A. Paris nie chce przesadnie komplikować celów postaci, skupia się na tym, co ważne dla Alice, odrzuca za to całą resztę - i tak wygra, zapewniając czytelnikom odpowiednią dawkę grozy i nieszczęść. Jest "Terapeutka" powieścią dziwną o tyle, że autorka z rzadka wplata tu scenki z gabinetu terapeutycznego - oczywiście z anonimowymi postaciami. Próbuje utrudnić czytelnikom ich własne śledztwo, to wplątuje w dane sugestie stereotypowe, to je obala - w tej książce tak właśnie działa. Kto poszukuje mocnych wrażeń, bardzo krwawych scen tu nie znajdzie - liczy się psychologiczne zagmatwanie. Ale też bez wielkich komplikacji. Autorka proponuje za to książkę z dopracowaną narracją.
poniedziałek, 14 grudnia 2020
B. A. Paris, Clare Mackintosh, Sophie Hannah, Holly Brown: Dublerka
Albatros, Warszawa 2020.
Kara za przeszłość
Cztery dorastające córki i cztery nadopiekuńcze matki. Wydaje się, że Ruby, Jess i ich koleżanki powinny mieć jakieś prywatne życie, tymczasem zachowują się tak, jakby były w pełni zależne od rodziców. Kiedy coś nie idzie po ich myśli płaczą i biegną na skargę, nie ma tu tematu chłopaków ani randek, a dziewczyny zajęte są wyłącznie dręczeniem się nawzajem. Atmosfera przenosi się na ich matki, dawniej zaprzyjaźnione, teraz już borykające się z nadmiarem pretensji i problemów. Gdzieś w „Dublerce” zagubiła się prawdziwość historii, wygląda to trochę tak, jakby pierwotnie dziewczyny były zaplanowane na wkraczanie w wiek nastoletni, ale przez ogrom cierpień i krzywd musiały zostać postarzone – i to na szybko, bez zastanowienia nad ich charakterami i zmianami w psychice. Autorkom były jednak potrzebne nastolatki z pozoru niewinne, żeby pełniej wybrzmiał zestaw żalów.
B. A. Paris, Clare Mackintosh, Sophie Hannah i Holly Brown tworzą razem opowieść jakby z warsztatów kreatywnego pisania. Akcję relacjonują cztery kobiety, matki nastolatek. Kobiety są zwaśnione i nie chcą już szukać sojuszniczek w sprawie córek: każda broni własnej i każda przejmuje się, że to jej dziecko najbardziej ucierpi. Same dzieci też zachowują się jak dzieci – zamiast walczyć o swoje i szukać metod wyjścia z kryzysu, liczą wyłącznie na podpowiedzi ze strony dorosłych. Zupełnie jak nie nastolatki. Jakby tego było mało, cztery autorki zamykają akcję w szkole aktorskiej. Bohaterki marzą o karierze scenicznej, zamierzają realizować się w świetle reflektorów – to potrzebne autorkom wyłącznie do podkreślania talentów do udawania. Wszystkie dziewczyny muszą przecież wykazywać się zmysłem aktorskim, żeby poradzić sobie w takim miejscu. To automatycznie podważa ich wiarygodność. I, jak to często w „szkolnych” thrillerach bywa, za nastolatkami wlecze się przeszłość. Ruby dawniej dręczyła szkolną koleżankę, historia powtórzyła się rok wcześniej, więc wszystkie matki są szczególnie wyczulone na jej zachowania (i próbują chronić swoje córki; matka Ruby zatem czuje się urażona w imieniu swoim i pociechy). Ale to na Ruby spadają najpotężniejsze oskarżenia i w końcu to Ruby cierpi, bo ktoś ją prześladuje. Ponieważ nie daje się złapać sprawcy, znów Ruby jest posądzana o odwracanie od siebie podejrzeń. A wszystko z chwilą, gdy do szkoły przychodzi nowa uczennica, która zamierza dołączyć do paczki czterech dziewczyn – chociaż najwyraźniej do nich nie pasuje. Imogen jednak pasuje do samej akcji: kiedy trzeba, zaleje się łzami, naskarży albo rzuci niewinną uwagę, która da sporo do myślenia matkom.
Napisana jest ta książka bardzo zgrabnie i może się podobać w planie narracji, jednak jest kompletnie nieprzemyślana w zawartości: trudno raczej uwierzyć w podobne postawy bohaterek, bez względu na to, co musiały przejść i z czym się mierzą na co dzień. Nie wyszły autorkom portrety córek – chociaż portrety matek są nawet ciekawe. Gorzej, że fabuła trzyma się właśnie na zachowaniach córek, więc wszelkie uproszczenia w tym obszarze wpływają automatycznie na odbiór całego tomu. Szkoda, bo „Dublerka” to zgrabne opisy…
Kara za przeszłość
Cztery dorastające córki i cztery nadopiekuńcze matki. Wydaje się, że Ruby, Jess i ich koleżanki powinny mieć jakieś prywatne życie, tymczasem zachowują się tak, jakby były w pełni zależne od rodziców. Kiedy coś nie idzie po ich myśli płaczą i biegną na skargę, nie ma tu tematu chłopaków ani randek, a dziewczyny zajęte są wyłącznie dręczeniem się nawzajem. Atmosfera przenosi się na ich matki, dawniej zaprzyjaźnione, teraz już borykające się z nadmiarem pretensji i problemów. Gdzieś w „Dublerce” zagubiła się prawdziwość historii, wygląda to trochę tak, jakby pierwotnie dziewczyny były zaplanowane na wkraczanie w wiek nastoletni, ale przez ogrom cierpień i krzywd musiały zostać postarzone – i to na szybko, bez zastanowienia nad ich charakterami i zmianami w psychice. Autorkom były jednak potrzebne nastolatki z pozoru niewinne, żeby pełniej wybrzmiał zestaw żalów.
B. A. Paris, Clare Mackintosh, Sophie Hannah i Holly Brown tworzą razem opowieść jakby z warsztatów kreatywnego pisania. Akcję relacjonują cztery kobiety, matki nastolatek. Kobiety są zwaśnione i nie chcą już szukać sojuszniczek w sprawie córek: każda broni własnej i każda przejmuje się, że to jej dziecko najbardziej ucierpi. Same dzieci też zachowują się jak dzieci – zamiast walczyć o swoje i szukać metod wyjścia z kryzysu, liczą wyłącznie na podpowiedzi ze strony dorosłych. Zupełnie jak nie nastolatki. Jakby tego było mało, cztery autorki zamykają akcję w szkole aktorskiej. Bohaterki marzą o karierze scenicznej, zamierzają realizować się w świetle reflektorów – to potrzebne autorkom wyłącznie do podkreślania talentów do udawania. Wszystkie dziewczyny muszą przecież wykazywać się zmysłem aktorskim, żeby poradzić sobie w takim miejscu. To automatycznie podważa ich wiarygodność. I, jak to często w „szkolnych” thrillerach bywa, za nastolatkami wlecze się przeszłość. Ruby dawniej dręczyła szkolną koleżankę, historia powtórzyła się rok wcześniej, więc wszystkie matki są szczególnie wyczulone na jej zachowania (i próbują chronić swoje córki; matka Ruby zatem czuje się urażona w imieniu swoim i pociechy). Ale to na Ruby spadają najpotężniejsze oskarżenia i w końcu to Ruby cierpi, bo ktoś ją prześladuje. Ponieważ nie daje się złapać sprawcy, znów Ruby jest posądzana o odwracanie od siebie podejrzeń. A wszystko z chwilą, gdy do szkoły przychodzi nowa uczennica, która zamierza dołączyć do paczki czterech dziewczyn – chociaż najwyraźniej do nich nie pasuje. Imogen jednak pasuje do samej akcji: kiedy trzeba, zaleje się łzami, naskarży albo rzuci niewinną uwagę, która da sporo do myślenia matkom.
Napisana jest ta książka bardzo zgrabnie i może się podobać w planie narracji, jednak jest kompletnie nieprzemyślana w zawartości: trudno raczej uwierzyć w podobne postawy bohaterek, bez względu na to, co musiały przejść i z czym się mierzą na co dzień. Nie wyszły autorkom portrety córek – chociaż portrety matek są nawet ciekawe. Gorzej, że fabuła trzyma się właśnie na zachowaniach córek, więc wszelkie uproszczenia w tym obszarze wpływają automatycznie na odbiór całego tomu. Szkoda, bo „Dublerka” to zgrabne opisy…
wtorek, 17 września 2019
Alaitz Leceaga: Las zna twoje imię
Albatros, Warszawa 2019.
Los kobiet
Alaitz Leceaga proponuje czytelnikom bardzo gęstą i bardzo zaangażowaną prozę. Przenosi w przeszłość, do 1928 roku, żeby uwypuklić komplikacje płynące z różnic płci. Kobiety na baskijskim wybrzeżu nie mają łatwego życia. Podporządkowane głowie rodziny, despotycznemu markizowi, muszą liczyć się z wielkimi wyzwaniami, a czasem – z potężnymi zagrożeniami. Do tego dochodzi odrobina magii, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ale Leceaga daleka jest od prostych powieści fantasy z nurtu pop: jeśli czary, to po to, żeby podsycić grozę i uruchomić społeczne lęki. „Las zna twoje imię” to powieść wypełniona mrokiem, a jednocześnie napisana tak melodyjnie, że trudno się od niej oderwać. To historia o kobietach i dla kobiet – ale nie tylko.
Wszystko zaczyna się od samobójczej śmierci babci, która w willi Soledad zwyczajnie nie wytrzymuje. Kobieta postanawia skoczyć z klifu i robi to nie dlatego, by zwrócić na siebie uwagę. Nie zniknie jednak z opowieści: już z innego świata przekazuje swoim wnuczkom ponurą prawdę: jedna z nich nie dożyje piętnastego roku życia. Dziewczynki, bliźniaczki, na razie nie przejmują się istotami z zaświatów, a przepowiednia wydaje się na tyle odległa, by nie zaprzątać sobie nią głowy. Sytuacja zmienia się z chwilą, gdy na horyzoncie pojawiają się pierwsze miłości i zauroczenia. Bohaterki łatwo mogą zadurzyć się w młodzieńcu, który przebywa w pobliżu – to zaś niekoniecznie przypadnie do gustu despotycznemu ojcu. Połączenie chęci zemsty i zwierzęcej niemal walki o swoje terytorium musi zaowocować tragedią. A ta tragedia to dopiero punkt wyjścia do całej historii sagowej, w której podrzędna rola kobiet raz po raz staje się przyczyną kolejnych dramatów. Alaitz Leceaga pisze w sposób, który przypadnie do gustu miłośnikom prozy psychologicznej, ale i klimatycznych opowieści retro. Narracja jest tu przeładowana szczegółami, tak, że opisy mogą spowolnić lekturę – nie da się od nich uciec, bo stanowią ważny element historii, sprawiają, że łatwo wpaść w przedstawiany świat, za to nie można się od niego uwolnić. Estrella, bohaterka historii, trafia do różnych przestrzeni, nie jest skazana wyłącznie na domowe otoczenie – w takim wypadku musiałaby iść w ślady babki. Przeszłość jednak mocno ją definiuje i ciągnie się za nią w sposób trudny do przewidzenia. Las, na początku owoc zakazany, dla kobiety okazuje się przekleństwem, a doświadczenia z wczesnej młodości już na zawsze będą wyznaczały postawy bohaterki.
Alaitz Leceaga nie boi się silnych rozwiązań, nie przywiązuje się też do postaci (w odróżnieniu od czytelników, którym pewne zabiegi literackie będą zwyczajnie nie w smak), za to potrafi opowiadać i tworzyć wielowątkowe fabuły. „Las zna twoje imię” to powieściowy debiut tej autorki – rozbudzający wyobraźnię i wyzwalający ogromne zainteresowanie w kolejnych tłumaczeniach. Nic dziwnego: łączy się tutaj klasyczny niemal styl prowadzenia opowieści z filmową fantazją, z rozmachem w konstruowaniu scen i z odwagą w wymyślaniu akcji. „Las zna twoje imię” to powieść dla zmęczonych stylistyką pop – książka w starym stylu, pełna tego, co w literaturze przez namiętnych czytelników poszukiwane.
Los kobiet
Alaitz Leceaga proponuje czytelnikom bardzo gęstą i bardzo zaangażowaną prozę. Przenosi w przeszłość, do 1928 roku, żeby uwypuklić komplikacje płynące z różnic płci. Kobiety na baskijskim wybrzeżu nie mają łatwego życia. Podporządkowane głowie rodziny, despotycznemu markizowi, muszą liczyć się z wielkimi wyzwaniami, a czasem – z potężnymi zagrożeniami. Do tego dochodzi odrobina magii, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ale Leceaga daleka jest od prostych powieści fantasy z nurtu pop: jeśli czary, to po to, żeby podsycić grozę i uruchomić społeczne lęki. „Las zna twoje imię” to powieść wypełniona mrokiem, a jednocześnie napisana tak melodyjnie, że trudno się od niej oderwać. To historia o kobietach i dla kobiet – ale nie tylko.
Wszystko zaczyna się od samobójczej śmierci babci, która w willi Soledad zwyczajnie nie wytrzymuje. Kobieta postanawia skoczyć z klifu i robi to nie dlatego, by zwrócić na siebie uwagę. Nie zniknie jednak z opowieści: już z innego świata przekazuje swoim wnuczkom ponurą prawdę: jedna z nich nie dożyje piętnastego roku życia. Dziewczynki, bliźniaczki, na razie nie przejmują się istotami z zaświatów, a przepowiednia wydaje się na tyle odległa, by nie zaprzątać sobie nią głowy. Sytuacja zmienia się z chwilą, gdy na horyzoncie pojawiają się pierwsze miłości i zauroczenia. Bohaterki łatwo mogą zadurzyć się w młodzieńcu, który przebywa w pobliżu – to zaś niekoniecznie przypadnie do gustu despotycznemu ojcu. Połączenie chęci zemsty i zwierzęcej niemal walki o swoje terytorium musi zaowocować tragedią. A ta tragedia to dopiero punkt wyjścia do całej historii sagowej, w której podrzędna rola kobiet raz po raz staje się przyczyną kolejnych dramatów. Alaitz Leceaga pisze w sposób, który przypadnie do gustu miłośnikom prozy psychologicznej, ale i klimatycznych opowieści retro. Narracja jest tu przeładowana szczegółami, tak, że opisy mogą spowolnić lekturę – nie da się od nich uciec, bo stanowią ważny element historii, sprawiają, że łatwo wpaść w przedstawiany świat, za to nie można się od niego uwolnić. Estrella, bohaterka historii, trafia do różnych przestrzeni, nie jest skazana wyłącznie na domowe otoczenie – w takim wypadku musiałaby iść w ślady babki. Przeszłość jednak mocno ją definiuje i ciągnie się za nią w sposób trudny do przewidzenia. Las, na początku owoc zakazany, dla kobiety okazuje się przekleństwem, a doświadczenia z wczesnej młodości już na zawsze będą wyznaczały postawy bohaterki.
Alaitz Leceaga nie boi się silnych rozwiązań, nie przywiązuje się też do postaci (w odróżnieniu od czytelników, którym pewne zabiegi literackie będą zwyczajnie nie w smak), za to potrafi opowiadać i tworzyć wielowątkowe fabuły. „Las zna twoje imię” to powieściowy debiut tej autorki – rozbudzający wyobraźnię i wyzwalający ogromne zainteresowanie w kolejnych tłumaczeniach. Nic dziwnego: łączy się tutaj klasyczny niemal styl prowadzenia opowieści z filmową fantazją, z rozmachem w konstruowaniu scen i z odwagą w wymyślaniu akcji. „Las zna twoje imię” to powieść dla zmęczonych stylistyką pop – książka w starym stylu, pełna tego, co w literaturze przez namiętnych czytelników poszukiwane.
sobota, 24 sierpnia 2019
Lucinda Riley: Sekret Heleny
Albatros, Warszawa 2019.
Dawna miłość
Alex nie może się zdefiniować. Nie wie, kim jest, nie potrafi się odnaleźć, a przez to też nie może dogadać się z bliskimi. Sytuację w jego wypadku komplikuje fakt, że najwyraźniej matka coś przed nim ukrywa. Nastoletni chłopak wietrzy tajemnicę, wie, że jest niedaleko jej odkrycia, ale nie ma jeszcze pojęcia, w jaki sposób dotrzeć do prawdy. Prowadzi pamiętnik, żeby uporządkować własne emocje, spisuje to, co dla niego istotne. Po latach Alex powraca do tamtych notatek, odczytuje je na nowo – dzięki czemu czytelnicy mogą się przekonać, co go ukształtowało i za jakimi wartościami chłopak podążał. Potrzebne jest mu wsparcie i spojrzenie z zewnątrz, zwłaszcza że niecodzienna sytuacja wywraca do góry nogami całe jego życie, jakie by nie było. Wszystko przez sekret Heleny. Helena – szczęśliwa żona i matka – wybiera się z bliskimi na Cypr, do pensjonatu Pandora (i nazwa w tym przypadku jest znacząca). W Pandorze powracają do niej dawne przeżycia. Najpierw bohaterka trafia na mężczyznę, w którym niegdyś była zakochana, a później... musi powrócić pamięcią do najtrudniejszych chwil, tak, żeby nie doprowadzić do zniszczenia całej rodziny. Kiedyś Helena kłamała, żeby ocalić bliskich. Teraz nie może już dłużej kłamać, a rodzina oczekuje wyjaśnień. Ujawnienie prawdy wiele zmieni, nie da się pozostać przy dawnych porządkach: zbyt dużo przesłanek już wyszło na jaw.
W „Sekrecie Heleny” akcja najbardziej rozwija się w przeszłość, przechodzi do sytuacji sprzed lat, bo tam też wydarzyło się najwięcej – teraz tylko pojawiają się konsekwencje dawnych doświadczeń. Helena przeżyła wielką miłość, ale popełniła też kilka błędów, które do dzisiaj nie dają jej spokoju. Dla czytelników niejasne będzie właściwie tylko jedno: dlaczego ta kobieta była w stanie tak długo odgrywać rolę, którą sobie wybrała – i grać z bliskimi bez stresu, że kłamstwo ujrzy światło dzienne. Helena wydaje się oazą spokoju, ostoją i wsparciem dla najbliższych. Daje wszystkim ciepło, pielęgnuje domowe ognisko – i gdyby nie pewien wakacyjny bodziec – nie musiałaby w ogóle tej wygodnej dla siebie sytuacji zmieniać. Ale też Lucinda Riley niekoniecznie zwraca uwagę na przekonujące charaktery czy reakcje. Bardziej liczy się dla autorki dobro powieści niż prawdziwość postaci, a to już motyw, który nie zawsze zwolenników znajduje. Dopasowuje bowiem Riley charaktery do potrzeb fabularnych, nie dba o „życiowość”. To mankament. Z drugiej strony jednak autorka dostarcza odbiorczyniom – bo to panie najchętniej będą po „Sekret Heleny” sięgać – narrację w stylu dawnych wielkich powieści. Tu liczą się przede wszystkim uczucia. Ożywa w książce miłość Heleny, zadawniona relacja: romans, który nie miał szans na przetrwanie. Pojawia się motyw chcianych i niechcianych dzieci, sytuacje, przed jakimi stają młode dziewczyny nieprzygotowane jeszcze na samodzielne i samotne wychowywanie potomstwa. To prowadzi zatem do możliwości wywołania dyskusji na temat relacji międzypokoleniowych. Riley zajmuje się też podwalinami związku. Pyta o granice szczerości, o możliwość dogadania się z partnerem i o zaufanie. Pobyt na Cyprze to weryfikacja wyznawanych poglądów, próba zmiany rozkładu sił – wymuszona niejako przez przypadkowe spotkanie. Lucinda Riley nie potrzebuje tu sensacyjnej akcji w teraźniejszości: przeszłość zapewnia wystarczająco dużo wstrząsów, żeby można było z tego utkać bardzo długą i gęstą od wrażeń powieść. „Sekret Heleny” nie jest zwyczajną obyczajówką: to książka, która czerpie z różnych gatunków, jest migotliwa i niedookreślona, momentami może nieco zbyt tendencyjna, ale i tak atrakcyjna z perspektywy czytelniczek.
Dawna miłość
Alex nie może się zdefiniować. Nie wie, kim jest, nie potrafi się odnaleźć, a przez to też nie może dogadać się z bliskimi. Sytuację w jego wypadku komplikuje fakt, że najwyraźniej matka coś przed nim ukrywa. Nastoletni chłopak wietrzy tajemnicę, wie, że jest niedaleko jej odkrycia, ale nie ma jeszcze pojęcia, w jaki sposób dotrzeć do prawdy. Prowadzi pamiętnik, żeby uporządkować własne emocje, spisuje to, co dla niego istotne. Po latach Alex powraca do tamtych notatek, odczytuje je na nowo – dzięki czemu czytelnicy mogą się przekonać, co go ukształtowało i za jakimi wartościami chłopak podążał. Potrzebne jest mu wsparcie i spojrzenie z zewnątrz, zwłaszcza że niecodzienna sytuacja wywraca do góry nogami całe jego życie, jakie by nie było. Wszystko przez sekret Heleny. Helena – szczęśliwa żona i matka – wybiera się z bliskimi na Cypr, do pensjonatu Pandora (i nazwa w tym przypadku jest znacząca). W Pandorze powracają do niej dawne przeżycia. Najpierw bohaterka trafia na mężczyznę, w którym niegdyś była zakochana, a później... musi powrócić pamięcią do najtrudniejszych chwil, tak, żeby nie doprowadzić do zniszczenia całej rodziny. Kiedyś Helena kłamała, żeby ocalić bliskich. Teraz nie może już dłużej kłamać, a rodzina oczekuje wyjaśnień. Ujawnienie prawdy wiele zmieni, nie da się pozostać przy dawnych porządkach: zbyt dużo przesłanek już wyszło na jaw.
W „Sekrecie Heleny” akcja najbardziej rozwija się w przeszłość, przechodzi do sytuacji sprzed lat, bo tam też wydarzyło się najwięcej – teraz tylko pojawiają się konsekwencje dawnych doświadczeń. Helena przeżyła wielką miłość, ale popełniła też kilka błędów, które do dzisiaj nie dają jej spokoju. Dla czytelników niejasne będzie właściwie tylko jedno: dlaczego ta kobieta była w stanie tak długo odgrywać rolę, którą sobie wybrała – i grać z bliskimi bez stresu, że kłamstwo ujrzy światło dzienne. Helena wydaje się oazą spokoju, ostoją i wsparciem dla najbliższych. Daje wszystkim ciepło, pielęgnuje domowe ognisko – i gdyby nie pewien wakacyjny bodziec – nie musiałaby w ogóle tej wygodnej dla siebie sytuacji zmieniać. Ale też Lucinda Riley niekoniecznie zwraca uwagę na przekonujące charaktery czy reakcje. Bardziej liczy się dla autorki dobro powieści niż prawdziwość postaci, a to już motyw, który nie zawsze zwolenników znajduje. Dopasowuje bowiem Riley charaktery do potrzeb fabularnych, nie dba o „życiowość”. To mankament. Z drugiej strony jednak autorka dostarcza odbiorczyniom – bo to panie najchętniej będą po „Sekret Heleny” sięgać – narrację w stylu dawnych wielkich powieści. Tu liczą się przede wszystkim uczucia. Ożywa w książce miłość Heleny, zadawniona relacja: romans, który nie miał szans na przetrwanie. Pojawia się motyw chcianych i niechcianych dzieci, sytuacje, przed jakimi stają młode dziewczyny nieprzygotowane jeszcze na samodzielne i samotne wychowywanie potomstwa. To prowadzi zatem do możliwości wywołania dyskusji na temat relacji międzypokoleniowych. Riley zajmuje się też podwalinami związku. Pyta o granice szczerości, o możliwość dogadania się z partnerem i o zaufanie. Pobyt na Cyprze to weryfikacja wyznawanych poglądów, próba zmiany rozkładu sił – wymuszona niejako przez przypadkowe spotkanie. Lucinda Riley nie potrzebuje tu sensacyjnej akcji w teraźniejszości: przeszłość zapewnia wystarczająco dużo wstrząsów, żeby można było z tego utkać bardzo długą i gęstą od wrażeń powieść. „Sekret Heleny” nie jest zwyczajną obyczajówką: to książka, która czerpie z różnych gatunków, jest migotliwa i niedookreślona, momentami może nieco zbyt tendencyjna, ale i tak atrakcyjna z perspektywy czytelniczek.
piątek, 26 lipca 2019
Penelope Bloom: Jej wisienki
Albatros, Warszawa 2019.
Romans na talerzu
Nie jest to najlepszy z możliwych tytułów (podobnie jak poprzedni w tej serii…), ale na amerykańskim rynku powieści popularnych mógł się sprawdzić. „Jej wisienki” to nie literatura pornograficzna, a prosty romans baśniowy, dla mniej wymagających czytelniczek. Hailey to młoda kobieta, której wszyscy – zwłaszcza siostra i najlepszy przyjaciel – dokuczają z racji rzekomego staropanieństwa. Bohaterka nie potrafi znaleźć sobie faceta, ale też nie stara się o to: z nikim się nie umawia, nie flirtuje, całym jej światem jest mała cukiernia i kolejne wypieki. Bliscy próbują nawet sprowokować Hailey do działania, zakładając się z nią: kobieta musi podjąć niezobowiązującą rozmowę z jednym z klientów. Traf chce, że akurat wpada mu w oko: mężczyzna podejmuje grę i dość szybko przechodzi z neutralnych tematów na mocno dwuznaczne. Ale w tej powieści nie ma mowy o molestowaniu albo o niestosowności podobnych dialogów: w końcu Hailey chce iść na randkę z nieznajomym i całkiem odpowiada jej zainteresowanie, nieważne jak okazywane. Relacja rozwija się bardzo szybko, zresztą cała książka jest dość krótka, a przecież muszą się zmieścić w niej elementy obowiązkowe: rozczarowanie nową miłością i baśniowy finał.
Penelope Bloom posługuje się schematami charakterystycznymi dla romansów z kultury popularnej, wiadomo, jak potoczy się akcja – skoro w dodatku zapowiada się taki bieg zdarzeń od samego początku. Nie ma czasu na dylematy, nie ma miejsca na poszukiwanie właściwego mężczyzny: jedyny, który się pojawi i zwróci na bohaterkę uwagę, jest automatycznie tym jedynym i na całe życie, na namiętność odpowiada się namiętnością. Penelope Bloom próbuje jeszcze modyfikować akcję: na pierwszą randkę umawia bohaterów na tajemniczej imprezie, sugeruje, że sytuacja może się rozwinąć szybciej, niż ktokolwiek by przypuszczał. Do tego potrzebna jest ogromna naiwność postaci: Hailey – jako kobieta bez doświadczenia w prawdziwych związkach – ma do tego prawo. Traci dla niej głowę donżuan – ale i tutaj autorka pozbawia go wątpliwości na temat przyszłości związku. Stan zakochania utrzymuje się i pozwala postaciom na dokonywanie dowolnych głupstw: nikt nie będzie przecież oceniać prawdopodobieństwa, skoro czytelniczki oczekują po prostu historii miłosnej. Wbrew obawom związanym z tytułem (i pikantnym żartom, na jakie pozwalają sobie bliscy bohaterki i ona sama), aluzji erotycznych nie eksponuje autorka przesadnie. Owszem, sprawia, że parę razy zbyt wyraźnie postacie dadzą sobie do zrozumienia, co jest dla nich ważne, ale nie zamieni się to w powieść erotyczną, pozostanie prostym komediowym romansem – na szczęście. Bloom sama sobie przekreśla możliwość dotarcia do bardziej ambitnych czytelniczek – które szukałyby czytadła na jeden raz. Jednak ma szansę zwrócić na siebie uwagę odbiorczyń literatury masowej i tych, które potrzebują odrobiny pikanterii. W treści, chociaż jest schematyczna do bólu i nie zafunduje odbiorcom psychologicznie dopracowanych postaci, błędów nie popełnia, prowadzi zwyczajną narrację, czasami podbarwioną drobnym żartem. „Jej wisienki” zatem to lektura nieambitna, ale też – nie odpychająca.
Romans na talerzu
Nie jest to najlepszy z możliwych tytułów (podobnie jak poprzedni w tej serii…), ale na amerykańskim rynku powieści popularnych mógł się sprawdzić. „Jej wisienki” to nie literatura pornograficzna, a prosty romans baśniowy, dla mniej wymagających czytelniczek. Hailey to młoda kobieta, której wszyscy – zwłaszcza siostra i najlepszy przyjaciel – dokuczają z racji rzekomego staropanieństwa. Bohaterka nie potrafi znaleźć sobie faceta, ale też nie stara się o to: z nikim się nie umawia, nie flirtuje, całym jej światem jest mała cukiernia i kolejne wypieki. Bliscy próbują nawet sprowokować Hailey do działania, zakładając się z nią: kobieta musi podjąć niezobowiązującą rozmowę z jednym z klientów. Traf chce, że akurat wpada mu w oko: mężczyzna podejmuje grę i dość szybko przechodzi z neutralnych tematów na mocno dwuznaczne. Ale w tej powieści nie ma mowy o molestowaniu albo o niestosowności podobnych dialogów: w końcu Hailey chce iść na randkę z nieznajomym i całkiem odpowiada jej zainteresowanie, nieważne jak okazywane. Relacja rozwija się bardzo szybko, zresztą cała książka jest dość krótka, a przecież muszą się zmieścić w niej elementy obowiązkowe: rozczarowanie nową miłością i baśniowy finał.
Penelope Bloom posługuje się schematami charakterystycznymi dla romansów z kultury popularnej, wiadomo, jak potoczy się akcja – skoro w dodatku zapowiada się taki bieg zdarzeń od samego początku. Nie ma czasu na dylematy, nie ma miejsca na poszukiwanie właściwego mężczyzny: jedyny, który się pojawi i zwróci na bohaterkę uwagę, jest automatycznie tym jedynym i na całe życie, na namiętność odpowiada się namiętnością. Penelope Bloom próbuje jeszcze modyfikować akcję: na pierwszą randkę umawia bohaterów na tajemniczej imprezie, sugeruje, że sytuacja może się rozwinąć szybciej, niż ktokolwiek by przypuszczał. Do tego potrzebna jest ogromna naiwność postaci: Hailey – jako kobieta bez doświadczenia w prawdziwych związkach – ma do tego prawo. Traci dla niej głowę donżuan – ale i tutaj autorka pozbawia go wątpliwości na temat przyszłości związku. Stan zakochania utrzymuje się i pozwala postaciom na dokonywanie dowolnych głupstw: nikt nie będzie przecież oceniać prawdopodobieństwa, skoro czytelniczki oczekują po prostu historii miłosnej. Wbrew obawom związanym z tytułem (i pikantnym żartom, na jakie pozwalają sobie bliscy bohaterki i ona sama), aluzji erotycznych nie eksponuje autorka przesadnie. Owszem, sprawia, że parę razy zbyt wyraźnie postacie dadzą sobie do zrozumienia, co jest dla nich ważne, ale nie zamieni się to w powieść erotyczną, pozostanie prostym komediowym romansem – na szczęście. Bloom sama sobie przekreśla możliwość dotarcia do bardziej ambitnych czytelniczek – które szukałyby czytadła na jeden raz. Jednak ma szansę zwrócić na siebie uwagę odbiorczyń literatury masowej i tych, które potrzebują odrobiny pikanterii. W treści, chociaż jest schematyczna do bólu i nie zafunduje odbiorcom psychologicznie dopracowanych postaci, błędów nie popełnia, prowadzi zwyczajną narrację, czasami podbarwioną drobnym żartem. „Jej wisienki” zatem to lektura nieambitna, ale też – nie odpychająca.
niedziela, 21 lipca 2019
Hendrik Groen: Żyj i pozwól żyć
Albatros, Warszawa 2019.
Sposób na problemy
Arthur nie ma nic do stracenia. Z żoną oddalili się od siebie, dawna kochanka nie ma zamiaru odgrzewać starej znajomości, w pracy – w dziale papieru toaletowego – mężczyzny też już nie chcą. Jedyną odskocznią od problemów mogą być partyjki golfa z przyjaciółmi, ale to można by robić w każdych warunkach i każdych okolicznościach, niekoniecznie tak bardzo przygnębiających. Arthur przechodzi kryzys – nieważne, związany z wiekiem czy okolicznościami, blisko mu do wpadnięcia w depresję, a na pewno – w przedłużający się stan melancholii. I wtedy, gdy jest u kresu wytrzymałości psychicznej, trafia na pomysł idealny. Gdyby tak wszyscy myśleli, że umarł – mógłby zacząć życie gdzie indziej. Na przykład w domu przyjaciela we Włoszech. I tak mężczyzna nabiera wigoru, snując wizje życia-po-życiu. Odzyskuje sens istnienia, a do tego – radość z posiadanego sekretu. Żona domyśla się, że dzieje się coś niezwykłego – ale nie zostanie wtajemniczona.
„Żyj i pozwól żyć” to powieść, która wykorzystuje mocno czarny humor oraz absurd. Tak mocno skupia się na tych dwóch elementach Hendrik Groen, że kompletnie nie zastanawia się nad psychologią postaci. Tu liczy się wyłącznie możliwość zrealizowania planu, który w zwyczajnych warunkach nie miałby szans powodzenia. Arthur nie obmyśla dokładnie każdego etapu przemiany, nie analizuje też swoich szans. Bez bilansu zysków i strat trudno mu otrzymać całościowy ogląd sytuacji, ale to niepotrzebne – bohater zamienia się niemal w dziecko na drodze do skarbu, rezygnuje z ocen innych i angażuje się bez reszty w organizowanie przyszłości. Powieść od razu nabiera tempa i lekkości, staje się zabawna – zwłaszcza że czytelnicy mają przez cały czas wrażenie nieprawdziwości akcji i mogą skupić się na czystej rozrywce. Oswaja też autor strach przed śmiercią, zwłaszcza kiedy sugeruje, że głupio byłoby zginąć naprawdę tuż przed realizacją genialnego planu. Arthur po metamorfozie daje się lubić – a to niezbędne, żeby zaakceptować jego oszustwo (i nielojalność wobec żony). Do narracji tego bohatera autor dodaje jeszcze obrazki z perspektywy małżonki: kobieta nie daje po sobie poznać, ile rzeczy widzi i odgaduje, zapewnia jednak postawę mądrej żony, której już absolutnie nic nie zaskoczy. W ten sposób Groen podbija jeszcze humor książki. Niewymuszone żarty sprawdzają się tutaj i pozwalają na dowolne konstruowanie fabuły – i tak liczy się pomysł (trochę szkoda, że autor nie wpada jeszcze na błyskotliwe podsumowanie, przydałoby się – jako ukoronowanie historii). Wiadomo, że ta książka ma potencjał i może podbić rynek, przede wszystkim dzięki odejściu od schematów. Nie nudzi, a cieszy – a to już sporo.
Zapewnia Hendrik Groen przyzwoitą rozrywkę, powieść „Żyj i pozwól żyć” całkiem się udała – a ponieważ ten autor ma już wypracowaną pozycję na rynku, może tylko zdobywać nowych czytelników. Nawiązuje swoją książką choćby do „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”, ale nie w warstwie szkieletowej historii: upraszcza sporo, jednak za sprawą dobrego pomysłu i brawurowej momentami realizacji wiele się mu wybacza. „Żyj i pozwól żyć” to propozycja dla tych, którzy chcą wybić się z rutyny.
Sposób na problemy
Arthur nie ma nic do stracenia. Z żoną oddalili się od siebie, dawna kochanka nie ma zamiaru odgrzewać starej znajomości, w pracy – w dziale papieru toaletowego – mężczyzny też już nie chcą. Jedyną odskocznią od problemów mogą być partyjki golfa z przyjaciółmi, ale to można by robić w każdych warunkach i każdych okolicznościach, niekoniecznie tak bardzo przygnębiających. Arthur przechodzi kryzys – nieważne, związany z wiekiem czy okolicznościami, blisko mu do wpadnięcia w depresję, a na pewno – w przedłużający się stan melancholii. I wtedy, gdy jest u kresu wytrzymałości psychicznej, trafia na pomysł idealny. Gdyby tak wszyscy myśleli, że umarł – mógłby zacząć życie gdzie indziej. Na przykład w domu przyjaciela we Włoszech. I tak mężczyzna nabiera wigoru, snując wizje życia-po-życiu. Odzyskuje sens istnienia, a do tego – radość z posiadanego sekretu. Żona domyśla się, że dzieje się coś niezwykłego – ale nie zostanie wtajemniczona.
„Żyj i pozwól żyć” to powieść, która wykorzystuje mocno czarny humor oraz absurd. Tak mocno skupia się na tych dwóch elementach Hendrik Groen, że kompletnie nie zastanawia się nad psychologią postaci. Tu liczy się wyłącznie możliwość zrealizowania planu, który w zwyczajnych warunkach nie miałby szans powodzenia. Arthur nie obmyśla dokładnie każdego etapu przemiany, nie analizuje też swoich szans. Bez bilansu zysków i strat trudno mu otrzymać całościowy ogląd sytuacji, ale to niepotrzebne – bohater zamienia się niemal w dziecko na drodze do skarbu, rezygnuje z ocen innych i angażuje się bez reszty w organizowanie przyszłości. Powieść od razu nabiera tempa i lekkości, staje się zabawna – zwłaszcza że czytelnicy mają przez cały czas wrażenie nieprawdziwości akcji i mogą skupić się na czystej rozrywce. Oswaja też autor strach przed śmiercią, zwłaszcza kiedy sugeruje, że głupio byłoby zginąć naprawdę tuż przed realizacją genialnego planu. Arthur po metamorfozie daje się lubić – a to niezbędne, żeby zaakceptować jego oszustwo (i nielojalność wobec żony). Do narracji tego bohatera autor dodaje jeszcze obrazki z perspektywy małżonki: kobieta nie daje po sobie poznać, ile rzeczy widzi i odgaduje, zapewnia jednak postawę mądrej żony, której już absolutnie nic nie zaskoczy. W ten sposób Groen podbija jeszcze humor książki. Niewymuszone żarty sprawdzają się tutaj i pozwalają na dowolne konstruowanie fabuły – i tak liczy się pomysł (trochę szkoda, że autor nie wpada jeszcze na błyskotliwe podsumowanie, przydałoby się – jako ukoronowanie historii). Wiadomo, że ta książka ma potencjał i może podbić rynek, przede wszystkim dzięki odejściu od schematów. Nie nudzi, a cieszy – a to już sporo.
Zapewnia Hendrik Groen przyzwoitą rozrywkę, powieść „Żyj i pozwól żyć” całkiem się udała – a ponieważ ten autor ma już wypracowaną pozycję na rynku, może tylko zdobywać nowych czytelników. Nawiązuje swoją książką choćby do „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”, ale nie w warstwie szkieletowej historii: upraszcza sporo, jednak za sprawą dobrego pomysłu i brawurowej momentami realizacji wiele się mu wybacza. „Żyj i pozwól żyć” to propozycja dla tych, którzy chcą wybić się z rutyny.
piątek, 15 marca 2019
Jordi Sierra i Fabra: Sześć dni w grudniu
Albatros, Warszawa 2019.
Śledztwo na spółkę
Z jednej strony były inspektor policji, człowiek bystry i porządny, praworządny i godny zaufania. Miquel to postać właściwie kryształowa, ideał jeśli chodzi o śledczego. Nie dość, że potrafi doskonale dedukować, to jeszcze nie boi się brudnej roboty. Może przed wojną miałby jakieś skrupuły (akcja toczy się w 1949 roku), ale po wojnie, kiedy chodzi o nielegalny wywóz dzieł sztuki zrabowanych przez Niemców, pozbawia się zahamowań. Staje się bezwzględny i hołduje zasadzie, że cel uświęca środki. Lenin z kolei to kompletne przeciwieństwo Miquela: prosty uliczny cwaniaczek, drobny złodziejaszek, który na dodatek jest w czepku urodzony, bo chociaż prowokuje rozmaite przykre niespodzianki, wychodzi z nich cało. Lenin da się lubić, w gruncie rzeczy to sympatyczny i niepozbawiony poczucia humoru człowiek, ojciec dwojga rozbrykanych maluchów. Tych dwóch bohaterów Jordi Sierra i Fabra łączy na czas opowieści trochę przez wzgląd na przeszłość. Przed laty Lenin dopuszczał się drobnych występków, a Miquel wsadzał go do aresztu. Teraz jednak Lenin kradnie pewną teczkę i to pociąga za sobą tak poważne niebezpieczeństwo, że zagrożony jest i złodziejaszek, i cała jego rodzina. Dlatego wszyscy na pewien czas przeprowadzają się do Miquela i jego pięknej żony. Dzieciaki zapewniają byłemu inspektorowi sporo rozrywki (ale i frustracji), a Lenin nie wie, kiedy zamilknąć. Żony bawią się tą sytuacją i aż dziw bierze, że bohaterom udaje się jeszcze w przerwach od życia osobistego prowadzić jakieś śledztwo. A muszą – w końcu nie wolno dopuścić do tego, żeby Niemcy bogacili się na skradzionych obrazach. W dodatku strata boli tu podwójnie, bo to atak na kulturę i cały kraj. Motywacja zatem – niezależnie od liczby trupów w otoczeniu – wydaje się silna, pcha do działania. Lenin wyzwala bieg wydarzeń kradzieżą feralnej teczki. Miquel nie chce dać się wyprzedzić w śledztwie komisarzowi, z którym prowadzi niemal prywatną rywalizację. Chociaż i tak uwaga odbiorców ciągle będzie schodzić z kryminału na obyczajówkę. W warstwie sensacyjnej autor jest tradycjonalistą, nikogo niczym nie zaskoczy. Za to w sferze międzyludzkich relacji okazuje się mistrzem (także w obserwacjach prostych postaci). W ogóle nie komplikuje przesadnie rytmu narracji, widać za to, że dobrze czuje się w drobnych żarcikach, które padają w dialogach, sprawdza się też jako portrecista. Kiedy zajmuje się przekomarzaniami Miquela i Lenina albo kiedy włącza do opowieści postawy żony tego pierwszego – mocno działa na wyobraźnię czytelników. Ubarwia tę relację na różne sposoby i dostarcza odbiorcom nie tylko rozrywki intelektualnej w postaci analizowanego śledztwa – również szeregu scenek komicznych a nieznaczących dla fabuły. Pełno tu smaczków, zwłaszcza w zestawieniu kontrastów – Miquel i Lenin to źródło nieustającej uciechy.
Jordi Sierra i Fabra proponuje czytelnikom kryminał z bardzo rozłożystą częścią obyczajową i to jest mu potrzebne, żeby tchnąć życie w bohaterów z przeszłości. Dystans czasowy nie ma tu żadnego znaczenia, skoro zrozumiałe i ponadczasowe są emocje bohaterów oraz ich dążenia. Dba i o kryminalną intrygę, wojna pozwala tu uzasadnić część motywacji. W samych charakterach postaci się raczej nie odzwierciedla, autor czasami tylko napomyka o nieodległej dramatycznie przeszłości, ale nie będzie nikogo męczyć nadmiarem faktów. Traktuje wydarzenia jak materiał z historii przygodowej, bez konieczności obciążania fabuły głębokimi przesłaniami dla czytelników. Jest autorem, który trzyma się konwencji masowej powieści rozrywkowej, a dzięki warstwie humorystycznej bardziej zapada w pamięć.
Śledztwo na spółkę
Z jednej strony były inspektor policji, człowiek bystry i porządny, praworządny i godny zaufania. Miquel to postać właściwie kryształowa, ideał jeśli chodzi o śledczego. Nie dość, że potrafi doskonale dedukować, to jeszcze nie boi się brudnej roboty. Może przed wojną miałby jakieś skrupuły (akcja toczy się w 1949 roku), ale po wojnie, kiedy chodzi o nielegalny wywóz dzieł sztuki zrabowanych przez Niemców, pozbawia się zahamowań. Staje się bezwzględny i hołduje zasadzie, że cel uświęca środki. Lenin z kolei to kompletne przeciwieństwo Miquela: prosty uliczny cwaniaczek, drobny złodziejaszek, który na dodatek jest w czepku urodzony, bo chociaż prowokuje rozmaite przykre niespodzianki, wychodzi z nich cało. Lenin da się lubić, w gruncie rzeczy to sympatyczny i niepozbawiony poczucia humoru człowiek, ojciec dwojga rozbrykanych maluchów. Tych dwóch bohaterów Jordi Sierra i Fabra łączy na czas opowieści trochę przez wzgląd na przeszłość. Przed laty Lenin dopuszczał się drobnych występków, a Miquel wsadzał go do aresztu. Teraz jednak Lenin kradnie pewną teczkę i to pociąga za sobą tak poważne niebezpieczeństwo, że zagrożony jest i złodziejaszek, i cała jego rodzina. Dlatego wszyscy na pewien czas przeprowadzają się do Miquela i jego pięknej żony. Dzieciaki zapewniają byłemu inspektorowi sporo rozrywki (ale i frustracji), a Lenin nie wie, kiedy zamilknąć. Żony bawią się tą sytuacją i aż dziw bierze, że bohaterom udaje się jeszcze w przerwach od życia osobistego prowadzić jakieś śledztwo. A muszą – w końcu nie wolno dopuścić do tego, żeby Niemcy bogacili się na skradzionych obrazach. W dodatku strata boli tu podwójnie, bo to atak na kulturę i cały kraj. Motywacja zatem – niezależnie od liczby trupów w otoczeniu – wydaje się silna, pcha do działania. Lenin wyzwala bieg wydarzeń kradzieżą feralnej teczki. Miquel nie chce dać się wyprzedzić w śledztwie komisarzowi, z którym prowadzi niemal prywatną rywalizację. Chociaż i tak uwaga odbiorców ciągle będzie schodzić z kryminału na obyczajówkę. W warstwie sensacyjnej autor jest tradycjonalistą, nikogo niczym nie zaskoczy. Za to w sferze międzyludzkich relacji okazuje się mistrzem (także w obserwacjach prostych postaci). W ogóle nie komplikuje przesadnie rytmu narracji, widać za to, że dobrze czuje się w drobnych żarcikach, które padają w dialogach, sprawdza się też jako portrecista. Kiedy zajmuje się przekomarzaniami Miquela i Lenina albo kiedy włącza do opowieści postawy żony tego pierwszego – mocno działa na wyobraźnię czytelników. Ubarwia tę relację na różne sposoby i dostarcza odbiorcom nie tylko rozrywki intelektualnej w postaci analizowanego śledztwa – również szeregu scenek komicznych a nieznaczących dla fabuły. Pełno tu smaczków, zwłaszcza w zestawieniu kontrastów – Miquel i Lenin to źródło nieustającej uciechy.
Jordi Sierra i Fabra proponuje czytelnikom kryminał z bardzo rozłożystą częścią obyczajową i to jest mu potrzebne, żeby tchnąć życie w bohaterów z przeszłości. Dystans czasowy nie ma tu żadnego znaczenia, skoro zrozumiałe i ponadczasowe są emocje bohaterów oraz ich dążenia. Dba i o kryminalną intrygę, wojna pozwala tu uzasadnić część motywacji. W samych charakterach postaci się raczej nie odzwierciedla, autor czasami tylko napomyka o nieodległej dramatycznie przeszłości, ale nie będzie nikogo męczyć nadmiarem faktów. Traktuje wydarzenia jak materiał z historii przygodowej, bez konieczności obciążania fabuły głębokimi przesłaniami dla czytelników. Jest autorem, który trzyma się konwencji masowej powieści rozrywkowej, a dzięki warstwie humorystycznej bardziej zapada w pamięć.
wtorek, 12 marca 2019
Imogen Hermes Gowar: Syrena i pani Hancock
Albatros, Warszawa 2019.
Tajemnica morza
Kobiety świadczące usługi seksualne (ale i znacznie bardziej kojarzone z wyższymi sferami – szeroko pojęte “towarzyskie”) mają dość nudne życie. Nie są to prostytutki wystające na ulicach, wulgarne i wabiące klientów wątpliwymi wdziękami. Pozostają pod opieką szefowej, która dba o to, by nie brakowało im na co dzień niczego, by prezentowały dobre maniery i ogładę właściwą damie. Mogą snuć śmiałe plany dotyczące zamążpójścia - nauczyły się przecież wystarczającej ilości sztuczek, żeby omotać każdego upatrzonego mężczyznę. Mają dach nad głową i niemal luksusowe warunki pracy. Nie mogą narzekać. Wśród pań do towarzystwa jest Angelica, wyjątkowo inteligentna i sprytna kurtyzana. Ona nie boi się marzyć, a śmiałe pomysły niemal natychmiast wciela w życie. I dzięki temu nudzi się jeszcze mniej niż koleżanki. To Angelica postanawia podbić serce pana Hancocka. Ten mężczyzna nie wyróżniałby się z tłumu niczym. Ot, zwyczajny starszy pan, wdowiec, który czasami przypomina sobie dramat sprzed piętnastu lat – zdarza mu się myśleć o martwym chłopcu, synu, jakiego wydała na świat jego żona. Pan Hancock nie podejmuje zbędnego ryzyka, zachowuje nienaganne maniery i nigdy nikomu nie szkodzi. To nie bywalec domów uciech, więc na pierwszy rzut oka wydaje się, że Angelica nie będzie dla niego dobrą partią. Nawet fakt, że ona zainteresowałaby się panem Hancockiem budzi wątpliwości. Tyle że wszystko zmienia syrena. Przyjaciel pana Hancocka wyławia podczas dalekomorskiego rejsu taką istotę. Martwa i niewiarygodnie brzydka z ustami złożonymi jak do krzyku – osobliwy to prezent i sam pan Hancock na pewno nie wymyśliłby, do czego ma mu to służyć. Bohater nie docenia jednak ciekawości gawiedzi. Tłumy ludzi zapłacą każde pieniądze, byle tylko się rozerwać - a oglądanie dziwactwa mieści się w bezrefleksyjnym spędzaniu czasu. Szybko pan Hancock może się wzbogacić, a jako właściciel syreny definiuje się zupełnie inaczej niż samotny wdowiec. Zmienia się zatem układ sił - i to coś nie do przewidzenia. Pojawia się też pytanie, ile syren trafić może w ręce jednego człowieka.
“Syrena i pani Hancock” to długa powieść, która bardzo udanie imituje dziewiętnastowieczne narracje. Akcja rozgrywa się, żeby było ciekawiej, w wieku osiemnastym. Nie ma może zbyt rozbudowanej fabuły czy biegu wydarzeń, rozrasta się za to poziom emocji. Postacie wymyślane są w najdrobniejszych szczegółach, przekonujące w charakterach – i w konsekwencji także w reakcjach. Nawet jeśli stawiane są przed wyzwaniami z gatunku niezwykłych, absurdalnych albo niezbyt tendencyjnych wybierają drogę, która odbiorcom wyda się najbardziej w tym momencie uzasadniona. Ocena motywacji świadczy tu o dobrym wyczuciu autorki - świadomym układaniu powieściowego świata. W takim wypadku nawet przy absurdalnym katalizatorze akcji można ulec złudzeniu prawdziwości historii. W dodatku Imogen Hermes Gowar wcale nie musi podawać detali z kontekstu, wystarczy, że przyjrzy się dwóm otoczeniom, z jednej strony zainteresuje się panem Hancockiem, z drugiej – towarzystwem Angeliki. Dzięki tym cyklom tematycznym stworzy się niejako automatycznie opowieść z nieistniejącego tła. Jest w tej książce cały czas obecna ironia, gra z odbiorcami, którzy traktują powieściową rzeczywistość jak dowód klasycyzującej wyobraźni. Syrena jako wyzwalacz opowieści otwiera też pole szerokich interpretacji. Jednak w książce ważną rolę odgrywa rozrywka. “Syrena i pani Hancock” to historia oryginalna, jej atuty to pomysł i dobra realizacja - odejście od schematów dzisiejszych obyczajówek bez szarżowania.
Tajemnica morza
Kobiety świadczące usługi seksualne (ale i znacznie bardziej kojarzone z wyższymi sferami – szeroko pojęte “towarzyskie”) mają dość nudne życie. Nie są to prostytutki wystające na ulicach, wulgarne i wabiące klientów wątpliwymi wdziękami. Pozostają pod opieką szefowej, która dba o to, by nie brakowało im na co dzień niczego, by prezentowały dobre maniery i ogładę właściwą damie. Mogą snuć śmiałe plany dotyczące zamążpójścia - nauczyły się przecież wystarczającej ilości sztuczek, żeby omotać każdego upatrzonego mężczyznę. Mają dach nad głową i niemal luksusowe warunki pracy. Nie mogą narzekać. Wśród pań do towarzystwa jest Angelica, wyjątkowo inteligentna i sprytna kurtyzana. Ona nie boi się marzyć, a śmiałe pomysły niemal natychmiast wciela w życie. I dzięki temu nudzi się jeszcze mniej niż koleżanki. To Angelica postanawia podbić serce pana Hancocka. Ten mężczyzna nie wyróżniałby się z tłumu niczym. Ot, zwyczajny starszy pan, wdowiec, który czasami przypomina sobie dramat sprzed piętnastu lat – zdarza mu się myśleć o martwym chłopcu, synu, jakiego wydała na świat jego żona. Pan Hancock nie podejmuje zbędnego ryzyka, zachowuje nienaganne maniery i nigdy nikomu nie szkodzi. To nie bywalec domów uciech, więc na pierwszy rzut oka wydaje się, że Angelica nie będzie dla niego dobrą partią. Nawet fakt, że ona zainteresowałaby się panem Hancockiem budzi wątpliwości. Tyle że wszystko zmienia syrena. Przyjaciel pana Hancocka wyławia podczas dalekomorskiego rejsu taką istotę. Martwa i niewiarygodnie brzydka z ustami złożonymi jak do krzyku – osobliwy to prezent i sam pan Hancock na pewno nie wymyśliłby, do czego ma mu to służyć. Bohater nie docenia jednak ciekawości gawiedzi. Tłumy ludzi zapłacą każde pieniądze, byle tylko się rozerwać - a oglądanie dziwactwa mieści się w bezrefleksyjnym spędzaniu czasu. Szybko pan Hancock może się wzbogacić, a jako właściciel syreny definiuje się zupełnie inaczej niż samotny wdowiec. Zmienia się zatem układ sił - i to coś nie do przewidzenia. Pojawia się też pytanie, ile syren trafić może w ręce jednego człowieka.
“Syrena i pani Hancock” to długa powieść, która bardzo udanie imituje dziewiętnastowieczne narracje. Akcja rozgrywa się, żeby było ciekawiej, w wieku osiemnastym. Nie ma może zbyt rozbudowanej fabuły czy biegu wydarzeń, rozrasta się za to poziom emocji. Postacie wymyślane są w najdrobniejszych szczegółach, przekonujące w charakterach – i w konsekwencji także w reakcjach. Nawet jeśli stawiane są przed wyzwaniami z gatunku niezwykłych, absurdalnych albo niezbyt tendencyjnych wybierają drogę, która odbiorcom wyda się najbardziej w tym momencie uzasadniona. Ocena motywacji świadczy tu o dobrym wyczuciu autorki - świadomym układaniu powieściowego świata. W takim wypadku nawet przy absurdalnym katalizatorze akcji można ulec złudzeniu prawdziwości historii. W dodatku Imogen Hermes Gowar wcale nie musi podawać detali z kontekstu, wystarczy, że przyjrzy się dwóm otoczeniom, z jednej strony zainteresuje się panem Hancockiem, z drugiej – towarzystwem Angeliki. Dzięki tym cyklom tematycznym stworzy się niejako automatycznie opowieść z nieistniejącego tła. Jest w tej książce cały czas obecna ironia, gra z odbiorcami, którzy traktują powieściową rzeczywistość jak dowód klasycyzującej wyobraźni. Syrena jako wyzwalacz opowieści otwiera też pole szerokich interpretacji. Jednak w książce ważną rolę odgrywa rozrywka. “Syrena i pani Hancock” to historia oryginalna, jej atuty to pomysł i dobra realizacja - odejście od schematów dzisiejszych obyczajówek bez szarżowania.
poniedziałek, 25 lutego 2019
Ian McEwan: W imię dziecka
Albatros, Warszawa 2019 (wydanie II).
Trudne decyzje
Ian McEwan przyzwyczaił się do tego, że grą na emocjach czytelników trafia w konsekwencji na listy bestsellerów. A skoro tak – zaczął pisać schematycznie. „W imię dziecka” to powieść krótka, ale zbyt wyraźnie widać w niej szwy, te miejsca, które obliczane są na wstrząsy i mają prowokować odbiorców do myślenia, do stawiania się w sytuacji bohaterów albo proponowania własnych ocen. Takie sytuacje w tomie „W imię dziecka” są trzy, z czego dwie stanowią oś fabularną, a jedna – wzmiankę. Obliczone to jest raczej na tanie wzruszenia i proste skandale – zbyt proste, żeby satysfakcjonowały. Niby autor kieruje się do masowej publiczności, ale mógłby mieć na uwadze to, że podobne sztuczki łatwo rozszyfrować. Tutaj sam sobie szkodzi jednokierunkowością wysiłków, przynajmniej jeśli chodzi o zabawy w Pana Boga właściwe lekarzom.
Krzywda dziecka to samograj uczuciowy. Fiona to sędzia – wzywana czasem do rozstrzygania sporów, których rozstrzygnąć nie sposób. Takim dylematem staje się kwestia rozdzielenia braci syjamskich. Jeden nie przeżyje bez drugiego, pierwszy nie przeżyje, jeśli będzie musiał pracować za dwa organizmy. Tylko czy za naturę mogą decydować ludzie? Jak wybrać mniejsze zło, jeśli ceną jest śmierć co najmniej jednego z niewinnych dzieci? W przypadku nastolatka, którego sprawą zajmuje się również Fiona – chodzi o coś innego. Tutaj transfuzja krwi uratowałaby zdrowie i życie chłopaka, ale to syn świadków Jehowy i religia zabrania jemu oraz jego rodzicom takich ingerencji w organizm. Można wybrać wiarę w godzinie próby i pozostać przy wyznawanych wartościach, przetestować ich sens (lub bezsens), albo odrzucić nakazy „boskie” i postąpić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Decyzję trzeba jednak podjąć jak najszybciej, bo choroba nie zaczeka. Nastolatek, chociaż jeszcze nie może sam o sobie decydować, potrafi przecież włączyć się w dyskusję dorosłych i sprawdzić, jakie argumenty padają ze strony rodziców, a jakie – ze strony lekarzy. Fiona z kolei wysłuchuje logicznych lub emocjonalnych wywodów i zestawia je ze sobą. W literaturze to publicystyka, bardzo nużący – mimo ogromu uczuć – fragment powieści. O wiele bardziej próbuje autor skusić czytelników wstępnym życiowym dylematem kobiety. Oto Jack, mąż Fiony, oznajmia, że nie jest szczęśliwy, ale nie zamierza odchodzić od żony. Pragnie za to ożywczego romansu, po którym grzecznie wróci do domu. Ale i ten wątek – dość niezwykły, będący przełamaniem schematu – traktuje autor jak okazję do żonglowania stanowiskami. Jack nie próbuje zrozumieć emocjonalnych reakcji Fiony, Fiona nie stara się pojąć motywacji Jacka. Sam autor przypomina sobie o tym problemie po długim czasie – ale wtedy już nie nabuduje takiego nastroju jak na wejściu w historię. Staje się jasne, że sam pomysł na wzburzenie czytelników nie wystarczy, trzeba jeszcze realizacji, a w ramach tej realizacji – również pewnej wrażliwości. Autor zachowuje się tak, jakby od czytelników oczekiwał empatii w stosunku do bohaterów, ale jednocześnie chciał, żeby taki efekt zrobił się sam, bez jego starań. Podsuwa powody reakcji pożądanych – ale do nich nie przekonuje i to okazuje się mankamentem nie do przejścia w lekturze. Powieść staje się po prostu schematyczna i beznamiętna, wbrew wyjściowym założeniom.
Trudne decyzje
Ian McEwan przyzwyczaił się do tego, że grą na emocjach czytelników trafia w konsekwencji na listy bestsellerów. A skoro tak – zaczął pisać schematycznie. „W imię dziecka” to powieść krótka, ale zbyt wyraźnie widać w niej szwy, te miejsca, które obliczane są na wstrząsy i mają prowokować odbiorców do myślenia, do stawiania się w sytuacji bohaterów albo proponowania własnych ocen. Takie sytuacje w tomie „W imię dziecka” są trzy, z czego dwie stanowią oś fabularną, a jedna – wzmiankę. Obliczone to jest raczej na tanie wzruszenia i proste skandale – zbyt proste, żeby satysfakcjonowały. Niby autor kieruje się do masowej publiczności, ale mógłby mieć na uwadze to, że podobne sztuczki łatwo rozszyfrować. Tutaj sam sobie szkodzi jednokierunkowością wysiłków, przynajmniej jeśli chodzi o zabawy w Pana Boga właściwe lekarzom.
Krzywda dziecka to samograj uczuciowy. Fiona to sędzia – wzywana czasem do rozstrzygania sporów, których rozstrzygnąć nie sposób. Takim dylematem staje się kwestia rozdzielenia braci syjamskich. Jeden nie przeżyje bez drugiego, pierwszy nie przeżyje, jeśli będzie musiał pracować za dwa organizmy. Tylko czy za naturę mogą decydować ludzie? Jak wybrać mniejsze zło, jeśli ceną jest śmierć co najmniej jednego z niewinnych dzieci? W przypadku nastolatka, którego sprawą zajmuje się również Fiona – chodzi o coś innego. Tutaj transfuzja krwi uratowałaby zdrowie i życie chłopaka, ale to syn świadków Jehowy i religia zabrania jemu oraz jego rodzicom takich ingerencji w organizm. Można wybrać wiarę w godzinie próby i pozostać przy wyznawanych wartościach, przetestować ich sens (lub bezsens), albo odrzucić nakazy „boskie” i postąpić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Decyzję trzeba jednak podjąć jak najszybciej, bo choroba nie zaczeka. Nastolatek, chociaż jeszcze nie może sam o sobie decydować, potrafi przecież włączyć się w dyskusję dorosłych i sprawdzić, jakie argumenty padają ze strony rodziców, a jakie – ze strony lekarzy. Fiona z kolei wysłuchuje logicznych lub emocjonalnych wywodów i zestawia je ze sobą. W literaturze to publicystyka, bardzo nużący – mimo ogromu uczuć – fragment powieści. O wiele bardziej próbuje autor skusić czytelników wstępnym życiowym dylematem kobiety. Oto Jack, mąż Fiony, oznajmia, że nie jest szczęśliwy, ale nie zamierza odchodzić od żony. Pragnie za to ożywczego romansu, po którym grzecznie wróci do domu. Ale i ten wątek – dość niezwykły, będący przełamaniem schematu – traktuje autor jak okazję do żonglowania stanowiskami. Jack nie próbuje zrozumieć emocjonalnych reakcji Fiony, Fiona nie stara się pojąć motywacji Jacka. Sam autor przypomina sobie o tym problemie po długim czasie – ale wtedy już nie nabuduje takiego nastroju jak na wejściu w historię. Staje się jasne, że sam pomysł na wzburzenie czytelników nie wystarczy, trzeba jeszcze realizacji, a w ramach tej realizacji – również pewnej wrażliwości. Autor zachowuje się tak, jakby od czytelników oczekiwał empatii w stosunku do bohaterów, ale jednocześnie chciał, żeby taki efekt zrobił się sam, bez jego starań. Podsuwa powody reakcji pożądanych – ale do nich nie przekonuje i to okazuje się mankamentem nie do przejścia w lekturze. Powieść staje się po prostu schematyczna i beznamiętna, wbrew wyjściowym założeniom.
środa, 14 lutego 2018
R. J. Palacio: Cudowny chłopak. Wszyscy jesteśmy wyjątkowi
Albatros, Warszawa 2018.
Zrozumieć
Ta historia w wersji powieści dla dorosłych i młodzieży szybko stała się bestsellerem, bo bez względu na skłonność do odrzucania tego, co inne, społeczeństwa uwielbiają „wrażliwe” narracje o ludzkiej krzywdzie i odrzuceniu. Nie znaczy to wprawdzie, że zmieniają schematy myślenia i rezygnują z ostracyzmu jako formy wyrażania poglądów – ale w lekturze zyskują nadzieję na poprawę losu. „Cudowny chłopak” jest inny – ma zniekształconą twarz, co wystarcza, żeby pozostałe dzieci od niego stroniły. W powieści R. J. Palacio pokazuje, jak maluch o nietypowym i budzącym grozę wyglądzie znajduje mimo wszystko przyjaciół – i jakie znaczenie ma to dla niego. Historyjka obrazkowa kierowana do ostatniej grupy odbiorców to uproszczenie do maksimum przekazu. Właściwie stworzona jest od nowa, bo chodzi o to, by wyeksponować przesłanie, a nie budować całą fabułę. Na akcję klasyczną nie ma tu miejsca – w picture booku na strony trafiają tylko pojedyncze zdania, bez szans na rozwinięcie. Wszystko rozgrywać się musi w warstwie emocji – i tu dopiero widać związek z bestsellerową powieścią. Palacio wywołuje maksymalnie silne uczucia odbiorców, porusza ich wrażliwość i zmusza do zastanowienia się nad sytuacją „innego” – małego chłopca, który przecież czuje, myśli i słyszy okrutne uwagi wygłaszane pod swoim adresem. Sytuacja bohatera byłaby niełatwa dla wielu dorosłych, a przecież „cudowny chłopak” ma na razie kilka lat. Niezależnie od tego, jak bardzo chroniliby go rodzice, chłopiec musi wyjść do ludzi i stawić czoła problemom.
Kiedy drwiny stają się nie do zniesienia, mały bohater zakłada kask astronauty, by choć trochę osłonić się przed nienawistnymi spojrzeniami. Taki sam kask ma dla swojego psa, jedynego powiernika zmartwień. W kasku ucieka w świat wyobraźni – na inną planetę. Tu wszyscy są „inni”, więc odmienność nikogo nie dziwi ani nie prowokuje. Z daleka od Ziemi łatwiej pojąć to, co dziecku powtarzają rodzice: że każdy jest cudem. Cudowny chłopak próbuje nauczyć akceptacji i wzajemnego szacunku: co z tego, że nie wygląda jak inne dzieci, skoro i te „inne dzieci” zawsze czymś się wyróżniają: kolorem skóry, włosów, okularami… Palacio pokazuje to na prostych ilustracjach. Przekaz jest tu oczywisty, mali odbiorcy nie będą długo się zastanawiać nad przesłaniami dla siebie. Za to po takiej lekturze powinni długo pamiętać, jak łatwo skrzywdzić rugą osobę. Na pewno jedna książka nie wyeliminuje problemu – za to przyda się jako wsparcie w procesie wychowawczym. „Cudowny chłopak. Wszyscy jesteśmy wyjątkowi” to tomik opierający się na symbolach (bohater na rysunkach nie ma twarzy, tylko jedno oko – ale nie budzi tym odrazy i nie straszy odbiorców podczas lektury), uczący empatii i wrażliwości. Warto podsunąć go dzieciom – zwłaszcza że to kilkulatki bywają najbardziej okrutne w stosunku do swoich kolegów wyróżniających się z tłumu. Taki tomik może też pomóc w zainicjowaniu rozmowy z pociechą. Uczy otwartości i pokazuje, że fizyczna odmienność nie chroni przed krzywdą. „Cudowny chłopak: jako dodatek do dorosłej wersji książki sprawdza się idealnie. I w tej formie R. J. Palacio będzie wzruszać.
Zrozumieć
Ta historia w wersji powieści dla dorosłych i młodzieży szybko stała się bestsellerem, bo bez względu na skłonność do odrzucania tego, co inne, społeczeństwa uwielbiają „wrażliwe” narracje o ludzkiej krzywdzie i odrzuceniu. Nie znaczy to wprawdzie, że zmieniają schematy myślenia i rezygnują z ostracyzmu jako formy wyrażania poglądów – ale w lekturze zyskują nadzieję na poprawę losu. „Cudowny chłopak” jest inny – ma zniekształconą twarz, co wystarcza, żeby pozostałe dzieci od niego stroniły. W powieści R. J. Palacio pokazuje, jak maluch o nietypowym i budzącym grozę wyglądzie znajduje mimo wszystko przyjaciół – i jakie znaczenie ma to dla niego. Historyjka obrazkowa kierowana do ostatniej grupy odbiorców to uproszczenie do maksimum przekazu. Właściwie stworzona jest od nowa, bo chodzi o to, by wyeksponować przesłanie, a nie budować całą fabułę. Na akcję klasyczną nie ma tu miejsca – w picture booku na strony trafiają tylko pojedyncze zdania, bez szans na rozwinięcie. Wszystko rozgrywać się musi w warstwie emocji – i tu dopiero widać związek z bestsellerową powieścią. Palacio wywołuje maksymalnie silne uczucia odbiorców, porusza ich wrażliwość i zmusza do zastanowienia się nad sytuacją „innego” – małego chłopca, który przecież czuje, myśli i słyszy okrutne uwagi wygłaszane pod swoim adresem. Sytuacja bohatera byłaby niełatwa dla wielu dorosłych, a przecież „cudowny chłopak” ma na razie kilka lat. Niezależnie od tego, jak bardzo chroniliby go rodzice, chłopiec musi wyjść do ludzi i stawić czoła problemom.
Kiedy drwiny stają się nie do zniesienia, mały bohater zakłada kask astronauty, by choć trochę osłonić się przed nienawistnymi spojrzeniami. Taki sam kask ma dla swojego psa, jedynego powiernika zmartwień. W kasku ucieka w świat wyobraźni – na inną planetę. Tu wszyscy są „inni”, więc odmienność nikogo nie dziwi ani nie prowokuje. Z daleka od Ziemi łatwiej pojąć to, co dziecku powtarzają rodzice: że każdy jest cudem. Cudowny chłopak próbuje nauczyć akceptacji i wzajemnego szacunku: co z tego, że nie wygląda jak inne dzieci, skoro i te „inne dzieci” zawsze czymś się wyróżniają: kolorem skóry, włosów, okularami… Palacio pokazuje to na prostych ilustracjach. Przekaz jest tu oczywisty, mali odbiorcy nie będą długo się zastanawiać nad przesłaniami dla siebie. Za to po takiej lekturze powinni długo pamiętać, jak łatwo skrzywdzić rugą osobę. Na pewno jedna książka nie wyeliminuje problemu – za to przyda się jako wsparcie w procesie wychowawczym. „Cudowny chłopak. Wszyscy jesteśmy wyjątkowi” to tomik opierający się na symbolach (bohater na rysunkach nie ma twarzy, tylko jedno oko – ale nie budzi tym odrazy i nie straszy odbiorców podczas lektury), uczący empatii i wrażliwości. Warto podsunąć go dzieciom – zwłaszcza że to kilkulatki bywają najbardziej okrutne w stosunku do swoich kolegów wyróżniających się z tłumu. Taki tomik może też pomóc w zainicjowaniu rozmowy z pociechą. Uczy otwartości i pokazuje, że fizyczna odmienność nie chroni przed krzywdą. „Cudowny chłopak: jako dodatek do dorosłej wersji książki sprawdza się idealnie. I w tej formie R. J. Palacio będzie wzruszać.
sobota, 6 sierpnia 2016
Phaedra Patrick: Osobliwe szczęście Arthura Peppera
Albatros, Warszawa 2016.
Przejście żałoby
Po czterdziestu latach udanego małżeństwa Arthur Pepper został wdowcem. Zbliża się do swoich siedemdziesiątych urodzin i przepracował już prawie rok żałoby. Pocieszenia szuka w rutynie i bardzo przestrzega codziennych rytuałów, zupełnie za to nie ceni spontaniczności. Wszystko zmienia się, gdy zabiera się do porządkowania rzeczy po Miriam i trafia na bransoletkę z kilkoma zawieszkami. Nigdy nie widział, żeby żona ją nosiła, nie miał nawet pojęcia o istnieniu cennego przedmiotu. Słusznie przypuszcza, że bransoletka ma swoją historię. Próbuje odkryć pochodzenie poszczególnych zawieszek, a ślad prowadzi go między innymi do posiadłości z tygrysami czy do galerii sztuki, spędza noce w obcych miejscach i spotyka ludzi, których raczej by nie poznał, gdyby nie zaczął działać. Stopniowo odkrywa przeszłość Miriam z czasów, gdy jeszcze nie była jego żoną – i fakty, o których nie mówiła (pozowanie nago czy bycie muzą dla poety). Z każdą zawieszką zdobywa nowe informacje. A kiedy jest już gotowy na zmiany, dowiaduje się też czegoś ważnego o swoich dzieciach, którym miał za złe, że nie przyjechały nawet na pogrzeb. Stopniowo odbudowuje więzi rodzinne i wychodzi z samotności.
„Osobliwe szczęście Arthura Peppera” to książka, którą można pokochać, mimo że zbudowana jest na wygodnym (i lubianym przez speców od pisania kreatywnego) wątku odhaczania kolejnych punktów z listy. Listą jest tu bransoletka z zawieszkami, a los sprawia, że Arthur Pepper łamigłówkę rozwiązuje we właściwej kolejności, to jest w kolejności, która zapewnia mu najlepszy rozkład akcentów dramatycznych. Nic nie wskazuje na to, z której strony powinien zacząć szukać tropów przeszłości, tymczasem działa tu łańcuch przyczynowo-skutkowy: rozwiązanie jednej zagadki pozwala odkryć źródło do następnego klucza, zaburzenie tej kolejności oznaczałoby już tylko porażki. Pot tym jednym względem „Osobliwe szczęście Arthura Peppera” jest nieco naiwne. Ale ten tom został napisany tak, że można na to przymknąć oko i cieszyć się samą akcją. To historia o wychodzeniu z żałoby, ostatecznym pożegnaniu, ale i rozpoczynaniu nowego życia – bardzo pogodna mimo motywu samotności, tęsknoty czy cierpienia. Arthur Pepper stroni od ludzi i na początku boi się nowości. Starzeje się, bo nie chce wychodzić do innych i odtrąca ich pomoc. Kiedy jednak zyskuje dobrą motywację do działania, przekonuje się o bezsenności obaw. Na oczach czytelników zamienia się ze zniedołężniałego starca w człowieka w sile wieku, zdolnego nawet do szaleństw zwyczajowo przypisanych młodości, a to już wielki i dający nadzieję skok.
Jest ta powieść napisana atrakcyjnie dla odbiorców. Phaedra Patrick omija fabularne pułapki dzięki wybraniu innych niż typowe postaci. Sięga po bohaterów, którzy w dzisiejszej literaturze popularnej, jeśli już gdzieś istnieją, to na marginesach dynamicznych historii. I zapewnia im zestaw przygód o wiele bardziej zwariowanych niż w przypadku poczytnych historii. To, że Arthur Pepper przeżywa teraz rzeczy, o których nawet by nie pomyślał, zostało idealnie umotywowane: jego żona w przeszłości również tego dokonała, doświadczanie jest potrzebne dla zrozumienia. Trudno sobie wyobrazić piękniejsze pożegnanie, ale i lepszy start. Arthur Pepper to kolejny bohater, który udowadnia, że wbrew kultowi młodości na szaleństwa zawsze jest czas, a ograniczenia stawia człowiekowi nie wiek tylko jego własny umysł. Do tej opowieści można zaglądać często – po dawkę humoru i optymizmu, po inspirację i motywację do zmian, ale też po to, by dobrze się bawić przy czytaniu. Phaedra Patrick opowiada historię, jakich wciąż mało, bez kompleksów i uciekania się do tanich sentymentalnych sztuczek. Powołuje do istnienia bohatera, z którym po prostu chce się wyruszyć w świat i zdobywać coraz to nowe doświadczenia.
Przejście żałoby
Po czterdziestu latach udanego małżeństwa Arthur Pepper został wdowcem. Zbliża się do swoich siedemdziesiątych urodzin i przepracował już prawie rok żałoby. Pocieszenia szuka w rutynie i bardzo przestrzega codziennych rytuałów, zupełnie za to nie ceni spontaniczności. Wszystko zmienia się, gdy zabiera się do porządkowania rzeczy po Miriam i trafia na bransoletkę z kilkoma zawieszkami. Nigdy nie widział, żeby żona ją nosiła, nie miał nawet pojęcia o istnieniu cennego przedmiotu. Słusznie przypuszcza, że bransoletka ma swoją historię. Próbuje odkryć pochodzenie poszczególnych zawieszek, a ślad prowadzi go między innymi do posiadłości z tygrysami czy do galerii sztuki, spędza noce w obcych miejscach i spotyka ludzi, których raczej by nie poznał, gdyby nie zaczął działać. Stopniowo odkrywa przeszłość Miriam z czasów, gdy jeszcze nie była jego żoną – i fakty, o których nie mówiła (pozowanie nago czy bycie muzą dla poety). Z każdą zawieszką zdobywa nowe informacje. A kiedy jest już gotowy na zmiany, dowiaduje się też czegoś ważnego o swoich dzieciach, którym miał za złe, że nie przyjechały nawet na pogrzeb. Stopniowo odbudowuje więzi rodzinne i wychodzi z samotności.
„Osobliwe szczęście Arthura Peppera” to książka, którą można pokochać, mimo że zbudowana jest na wygodnym (i lubianym przez speców od pisania kreatywnego) wątku odhaczania kolejnych punktów z listy. Listą jest tu bransoletka z zawieszkami, a los sprawia, że Arthur Pepper łamigłówkę rozwiązuje we właściwej kolejności, to jest w kolejności, która zapewnia mu najlepszy rozkład akcentów dramatycznych. Nic nie wskazuje na to, z której strony powinien zacząć szukać tropów przeszłości, tymczasem działa tu łańcuch przyczynowo-skutkowy: rozwiązanie jednej zagadki pozwala odkryć źródło do następnego klucza, zaburzenie tej kolejności oznaczałoby już tylko porażki. Pot tym jednym względem „Osobliwe szczęście Arthura Peppera” jest nieco naiwne. Ale ten tom został napisany tak, że można na to przymknąć oko i cieszyć się samą akcją. To historia o wychodzeniu z żałoby, ostatecznym pożegnaniu, ale i rozpoczynaniu nowego życia – bardzo pogodna mimo motywu samotności, tęsknoty czy cierpienia. Arthur Pepper stroni od ludzi i na początku boi się nowości. Starzeje się, bo nie chce wychodzić do innych i odtrąca ich pomoc. Kiedy jednak zyskuje dobrą motywację do działania, przekonuje się o bezsenności obaw. Na oczach czytelników zamienia się ze zniedołężniałego starca w człowieka w sile wieku, zdolnego nawet do szaleństw zwyczajowo przypisanych młodości, a to już wielki i dający nadzieję skok.
Jest ta powieść napisana atrakcyjnie dla odbiorców. Phaedra Patrick omija fabularne pułapki dzięki wybraniu innych niż typowe postaci. Sięga po bohaterów, którzy w dzisiejszej literaturze popularnej, jeśli już gdzieś istnieją, to na marginesach dynamicznych historii. I zapewnia im zestaw przygód o wiele bardziej zwariowanych niż w przypadku poczytnych historii. To, że Arthur Pepper przeżywa teraz rzeczy, o których nawet by nie pomyślał, zostało idealnie umotywowane: jego żona w przeszłości również tego dokonała, doświadczanie jest potrzebne dla zrozumienia. Trudno sobie wyobrazić piękniejsze pożegnanie, ale i lepszy start. Arthur Pepper to kolejny bohater, który udowadnia, że wbrew kultowi młodości na szaleństwa zawsze jest czas, a ograniczenia stawia człowiekowi nie wiek tylko jego własny umysł. Do tej opowieści można zaglądać często – po dawkę humoru i optymizmu, po inspirację i motywację do zmian, ale też po to, by dobrze się bawić przy czytaniu. Phaedra Patrick opowiada historię, jakich wciąż mało, bez kompleksów i uciekania się do tanich sentymentalnych sztuczek. Powołuje do istnienia bohatera, z którym po prostu chce się wyruszyć w świat i zdobywać coraz to nowe doświadczenia.
wtorek, 29 marca 2016
Tomasz Bułhak: Tata w budowie. Felietony o tym, jak być ojcem i zwariować (ze szczęścia)
Albatros, Warszawa 2016.
Oko taty
Tomasz Bułhak nie jest pierwszym piszącym ojcem, wbrew temu, co pisze we wstępie, to właśnie świeżo upieczeni ojcowie lepiej odnajdują się na rynku księgarskim i są liczniej reprezentowani. „Tata w budowie” rzuca więc wyzwanie mamusiom-testerkom, swoją konkurencję widzi w parentingowych blogach mam – i to od nich próbuje się zdystansować, prezentując przygody maleńkiej Zu.
O ile blogujące mamy wolą się rozpływać w zachwytach nad zdolnościami dzieci, roztkliwiać i rozczulać, o tyle ojcowie na ich miejscu wybierają tony prześmiewcze. Przedtem zapiskami imponowali między innymi Leszek K. Talko czy Paweł Klimczak (znany jako Wawrzyniec Prusky). Bułhakowi będzie ciężko osiągnąć ich poziom ironii. Tom „Tata w budowie”, bardzo porządnie wydany, zawiera szereg podstawowych obserwacji faceta, który stał się ojcem i nie daje się zwariować, za to nieustannie bawi się pomysłowością niemowlęcia w urozmaicaniu codziennych czynności. Autor nie zamierza eksponować nad miarę siebie i swoich dokonań w dziedzinie opieki nad dzieckiem, inicjatywę – co w tym wypadku oznacza twórcze inspiracje – zostawia maluchowi. Zu zapewnia mu rozrywkę, jakiej dotąd nie doświadczał. Ale wśród jej zachowań nie ma nic niezwykłego: dziecko uwielbia oglądać pranie kręcące się w pralce, fascynuje się zapaloną lampą czy szafą w pokoju. Nocami zajmuje większą część łóżka, przy przewijaniu kopie rodziców po twarzach, miewa swoje humory i z niezrozumiałego powodu może nagle przejść kryzys emocjonalny. Bułhak znajduje też miejsce na prezentowanie nowych pokładów kreatywności – gdy szybko trzeba przewinąć dziecko, a ma się do dyspozycji tylko bagażnik samochodu jako przewijak, gdy nie ma w pobliżu kawiarni, w której obsługa podgrzałaby mleko… Autor przekonuje do ograniczania liczby gadżetów, podpowiada, że warto wykorzystywać rzeczy otrzymane po dzieciach znajomych, a większość „niezbędnych” ułatwiaczy życia można bez żalu wyrzucić. Zachęca do normalności i tu stanowi przeciwwagę dla rozhisteryzowanych często mamuś reklamujących na swoich blogach kolejne wygody.
Najważniejsza wydaje się tu relacja z dzieckiem. Tomasz Bułhak stara się zrozumieć Zu od pierwszych chwil jej życia. Zdaje sobie sprawę z różnic między interpretacjami otoczenia a rzeczywistymi potrzebami niemowlaka (nie uśmiech a wyraz ulgi po wypróżnieniu się), szanuje indywidualizm pociechy i próbuje pozostawiać jej możliwość wyboru nawet w pierwszych miesiącach życia. Poleca wyłącznie to, co sam sprawdził i wykorzystuje w codzienności, odradza podążanie za modą. Jest wystarczająco zafascynowany dzieckiem, ale bez tłamszenia jego osobowości. W efekcie zachwyca się także zwykłymi sytuacjami (jeśli ja cię nie widzę, to ty nie widzisz mnie), a jego siłą będzie ton felietonów. Bo autor nie prowadzi pojedynczych tematycznych obserwacji – do niektórych po pewnym czasie wraca, inne traktuje jak wyimki z poradników parentingowych. To wprowadza swoisty chaos, a i przyjemnie urozmaica tom.
„Tata w budowie” to zestaw tekstów, których istnienie uzasadnia humor. Bułhak wprawdzie nie wyzwala kaskad śmiechu jak Talko czy Prusky, ale od czasu do czasu udaje mu się błysnąć puentą czy dowcipnym komentarzem do rzeczywistości. Kusi rodzinnym ciepłem w nowym stylu – wizją związku, w którym rodzice po równo dzielą się obowiązkami w opiece nad dzieckiem. Konfliktów ani zmęczenia tu nie ma, Bułhak proponuje bardziej idealizowaną wersję egzystencji. Nikt nie ma mu tego za złe, skoro „Tataw budowie” przynosi rozrywkę. To tom o rodzicielstwie – o wyzwaniach i blaskach, jakie wyzwalają odpowiedzialność za nowego członka rodziny. Dla tych, którzy mają dzieci, tom nie będzie brzmieć zbyt odkrywczo, tym, którzy do rodzicielstwa się przygotowują, podsunie zdrowy dystans do niektórych spraw. Ilustracje Marii Apoleiki nadają tomowi satyrycznego charakteru (a cała oprawa graficzna – większej objętości). W ten sposób książka może konkurować z blogiem.
Oko taty
Tomasz Bułhak nie jest pierwszym piszącym ojcem, wbrew temu, co pisze we wstępie, to właśnie świeżo upieczeni ojcowie lepiej odnajdują się na rynku księgarskim i są liczniej reprezentowani. „Tata w budowie” rzuca więc wyzwanie mamusiom-testerkom, swoją konkurencję widzi w parentingowych blogach mam – i to od nich próbuje się zdystansować, prezentując przygody maleńkiej Zu.
O ile blogujące mamy wolą się rozpływać w zachwytach nad zdolnościami dzieci, roztkliwiać i rozczulać, o tyle ojcowie na ich miejscu wybierają tony prześmiewcze. Przedtem zapiskami imponowali między innymi Leszek K. Talko czy Paweł Klimczak (znany jako Wawrzyniec Prusky). Bułhakowi będzie ciężko osiągnąć ich poziom ironii. Tom „Tata w budowie”, bardzo porządnie wydany, zawiera szereg podstawowych obserwacji faceta, który stał się ojcem i nie daje się zwariować, za to nieustannie bawi się pomysłowością niemowlęcia w urozmaicaniu codziennych czynności. Autor nie zamierza eksponować nad miarę siebie i swoich dokonań w dziedzinie opieki nad dzieckiem, inicjatywę – co w tym wypadku oznacza twórcze inspiracje – zostawia maluchowi. Zu zapewnia mu rozrywkę, jakiej dotąd nie doświadczał. Ale wśród jej zachowań nie ma nic niezwykłego: dziecko uwielbia oglądać pranie kręcące się w pralce, fascynuje się zapaloną lampą czy szafą w pokoju. Nocami zajmuje większą część łóżka, przy przewijaniu kopie rodziców po twarzach, miewa swoje humory i z niezrozumiałego powodu może nagle przejść kryzys emocjonalny. Bułhak znajduje też miejsce na prezentowanie nowych pokładów kreatywności – gdy szybko trzeba przewinąć dziecko, a ma się do dyspozycji tylko bagażnik samochodu jako przewijak, gdy nie ma w pobliżu kawiarni, w której obsługa podgrzałaby mleko… Autor przekonuje do ograniczania liczby gadżetów, podpowiada, że warto wykorzystywać rzeczy otrzymane po dzieciach znajomych, a większość „niezbędnych” ułatwiaczy życia można bez żalu wyrzucić. Zachęca do normalności i tu stanowi przeciwwagę dla rozhisteryzowanych często mamuś reklamujących na swoich blogach kolejne wygody.
Najważniejsza wydaje się tu relacja z dzieckiem. Tomasz Bułhak stara się zrozumieć Zu od pierwszych chwil jej życia. Zdaje sobie sprawę z różnic między interpretacjami otoczenia a rzeczywistymi potrzebami niemowlaka (nie uśmiech a wyraz ulgi po wypróżnieniu się), szanuje indywidualizm pociechy i próbuje pozostawiać jej możliwość wyboru nawet w pierwszych miesiącach życia. Poleca wyłącznie to, co sam sprawdził i wykorzystuje w codzienności, odradza podążanie za modą. Jest wystarczająco zafascynowany dzieckiem, ale bez tłamszenia jego osobowości. W efekcie zachwyca się także zwykłymi sytuacjami (jeśli ja cię nie widzę, to ty nie widzisz mnie), a jego siłą będzie ton felietonów. Bo autor nie prowadzi pojedynczych tematycznych obserwacji – do niektórych po pewnym czasie wraca, inne traktuje jak wyimki z poradników parentingowych. To wprowadza swoisty chaos, a i przyjemnie urozmaica tom.
„Tata w budowie” to zestaw tekstów, których istnienie uzasadnia humor. Bułhak wprawdzie nie wyzwala kaskad śmiechu jak Talko czy Prusky, ale od czasu do czasu udaje mu się błysnąć puentą czy dowcipnym komentarzem do rzeczywistości. Kusi rodzinnym ciepłem w nowym stylu – wizją związku, w którym rodzice po równo dzielą się obowiązkami w opiece nad dzieckiem. Konfliktów ani zmęczenia tu nie ma, Bułhak proponuje bardziej idealizowaną wersję egzystencji. Nikt nie ma mu tego za złe, skoro „Tataw budowie” przynosi rozrywkę. To tom o rodzicielstwie – o wyzwaniach i blaskach, jakie wyzwalają odpowiedzialność za nowego członka rodziny. Dla tych, którzy mają dzieci, tom nie będzie brzmieć zbyt odkrywczo, tym, którzy do rodzicielstwa się przygotowują, podsunie zdrowy dystans do niektórych spraw. Ilustracje Marii Apoleiki nadają tomowi satyrycznego charakteru (a cała oprawa graficzna – większej objętości). W ten sposób książka może konkurować z blogiem.
niedziela, 15 listopada 2015
Nick Hornby: Funny girl
Albatros, Warszawa 2015.
Świat komedii
Nick Hornby chce w powieści zapewnić bohaterom przynajmniej szczęście. Zupełnie na przekór środowisku i zwyczajom. Puszcza wodze fantazji, którą wzbogaca jeszcze o faktografię (materiał zdjęciowy, reprint okładki książki jednego z bohaterów czy biogramy postaci). Wszystko, żeby pokazać, że cuda się zdarzają. Wystarczy tylko determinacja i odwaga. Tych cech nie brakuje Barbarze. Kobieta bierze udział w konkursie piękności, wygrywa go i… rezygnuje z przyjęcia tytułu. Chce się wyrwać ze swojego miasteczka, a takie wyróżnienie skazałoby ją na co najmniej rok wegetacji w rodzinnych stronach. Przeraża ją brak perspektyw, ale i szans na realizację pragnień. Barbara marzy o byciu aktorką komediową. Chciałaby rozśmieszać ludzi, a ma nie tylko poczucie humoru, ale i świadomość komizmu – wie, jak podkreślać celne puenty, potrafi odróżnić oryginalne żarty od banalnych stereotypowych skojarzeń. To oczywiście nie wystarczy, do rozwijania wrodzonego talentu potrzebna jest scena. I dlatego Barbara musi uciec.
Nawet agent Barbary nie wierzy w nią. Planuje wykorzystać ładną dziewczynę jako ozdobnik, hostessę w bikini i złotej farbie. Zmienia jej też imię i nazwisko. Barbara jednak wciąż wierzy w siebie, chodzi na przesłuchania i w końcu trafia na producentów dawnego radiowego hitu. Ich obecne pomysły nie są nawet cieniem dawnej świetności, ale bohaterka podsuwa kilka twórczych wskazówek i szybko staje się gwiazdą Teatru Komedii.
Nic Hornby w „Funny girl” śmiech czyni tematem, ale nie narzędziem. Frustracja pary scenarzystów przenosi się też na autora – można powtarzać wiele zarzutów, którymi operuje Barbara już na początku, wobec dawnych idoli. W końcu jednak trzeba przyjąć, że Hornby nie zamierza bawić się w komika. Najwyraźniej nie czuje się dobrze w tej roli, może co najwyżej podrzucić kilka kwestii do stand-upu, ale też nie przebije się ze względu na zbyt oczywiste skojarzenia. Widać dokładnie miejsca obliczone na wywołanie śmiechu – to między innymi małżeńskie problemy jednego z twórców serialu (jego współpracownik jest homoseksualistą, obu mężczyznom tym trudniej więc znaleźć w motywacjach Barbary na scenie szczerość). Komiczna ma być też potęga dziewczyny z prowincji, która nagle wnosi do pracy świeżość i kasowe pomysły. Do tego dochodzi pozycja przegranego z definicji męża (pantoflarza), któremu to stereotypowi usiłuje przeciwstawić się odtwarzający go aktor. Nick Hornby najlepiej czuje się w prezentowaniu frustracji i braku umiejętności, najbardziej przekonujący jest przy goryczy i rozczarowaniach. Całe kulisy przygotowań serialu plasują się na drugim biegunie, przeciwległym do komizmu. „Funny girl” ma ton i tempo powieści roboczej, to jest ukazującej wydarzenia nieznane widzom. W ten sposób może autor uwypuklić problemy zawodowych komików i skutki wypalenia w pracy – a to nie są tematy uważane za lekkie i komediowe.
„Funny girl” to opowieść, która pod kątem zakulisowych faktów ma być bardzo precyzyjna. Autor nie pomija pełnych zwątpienia rozmów (często to właśnie takimi dyskusjami wypełnia czas), a przekonanie o sile pomysłów Barbary daje poznać jedynie z drugiej ręki, za sprawą fragmentów recenzji czy opinii zachwyconych widzów i dziennikarzy. Jednostronność z perspektywy widza i słuchacza dawałaby się łatwo wytłumaczyć, w jednostronności z perspektywy twórcy brakuje czegoś ważnego. Doświadczenia Barbary przypominają o codziennych wyzwaniach i pułapkach. Hornby osnuwa swoją powieść na sprzeczności między tym, jak jest i tym, jak być powinno. Zmusza czytelników i bohaterów do weryfikowania pochopnych ocen, ale sam nie wychodzi poza bezpieczny i oczywisty kontrast.
Świat komedii
Nick Hornby chce w powieści zapewnić bohaterom przynajmniej szczęście. Zupełnie na przekór środowisku i zwyczajom. Puszcza wodze fantazji, którą wzbogaca jeszcze o faktografię (materiał zdjęciowy, reprint okładki książki jednego z bohaterów czy biogramy postaci). Wszystko, żeby pokazać, że cuda się zdarzają. Wystarczy tylko determinacja i odwaga. Tych cech nie brakuje Barbarze. Kobieta bierze udział w konkursie piękności, wygrywa go i… rezygnuje z przyjęcia tytułu. Chce się wyrwać ze swojego miasteczka, a takie wyróżnienie skazałoby ją na co najmniej rok wegetacji w rodzinnych stronach. Przeraża ją brak perspektyw, ale i szans na realizację pragnień. Barbara marzy o byciu aktorką komediową. Chciałaby rozśmieszać ludzi, a ma nie tylko poczucie humoru, ale i świadomość komizmu – wie, jak podkreślać celne puenty, potrafi odróżnić oryginalne żarty od banalnych stereotypowych skojarzeń. To oczywiście nie wystarczy, do rozwijania wrodzonego talentu potrzebna jest scena. I dlatego Barbara musi uciec.
Nawet agent Barbary nie wierzy w nią. Planuje wykorzystać ładną dziewczynę jako ozdobnik, hostessę w bikini i złotej farbie. Zmienia jej też imię i nazwisko. Barbara jednak wciąż wierzy w siebie, chodzi na przesłuchania i w końcu trafia na producentów dawnego radiowego hitu. Ich obecne pomysły nie są nawet cieniem dawnej świetności, ale bohaterka podsuwa kilka twórczych wskazówek i szybko staje się gwiazdą Teatru Komedii.
Nic Hornby w „Funny girl” śmiech czyni tematem, ale nie narzędziem. Frustracja pary scenarzystów przenosi się też na autora – można powtarzać wiele zarzutów, którymi operuje Barbara już na początku, wobec dawnych idoli. W końcu jednak trzeba przyjąć, że Hornby nie zamierza bawić się w komika. Najwyraźniej nie czuje się dobrze w tej roli, może co najwyżej podrzucić kilka kwestii do stand-upu, ale też nie przebije się ze względu na zbyt oczywiste skojarzenia. Widać dokładnie miejsca obliczone na wywołanie śmiechu – to między innymi małżeńskie problemy jednego z twórców serialu (jego współpracownik jest homoseksualistą, obu mężczyznom tym trudniej więc znaleźć w motywacjach Barbary na scenie szczerość). Komiczna ma być też potęga dziewczyny z prowincji, która nagle wnosi do pracy świeżość i kasowe pomysły. Do tego dochodzi pozycja przegranego z definicji męża (pantoflarza), któremu to stereotypowi usiłuje przeciwstawić się odtwarzający go aktor. Nick Hornby najlepiej czuje się w prezentowaniu frustracji i braku umiejętności, najbardziej przekonujący jest przy goryczy i rozczarowaniach. Całe kulisy przygotowań serialu plasują się na drugim biegunie, przeciwległym do komizmu. „Funny girl” ma ton i tempo powieści roboczej, to jest ukazującej wydarzenia nieznane widzom. W ten sposób może autor uwypuklić problemy zawodowych komików i skutki wypalenia w pracy – a to nie są tematy uważane za lekkie i komediowe.
„Funny girl” to opowieść, która pod kątem zakulisowych faktów ma być bardzo precyzyjna. Autor nie pomija pełnych zwątpienia rozmów (często to właśnie takimi dyskusjami wypełnia czas), a przekonanie o sile pomysłów Barbary daje poznać jedynie z drugiej ręki, za sprawą fragmentów recenzji czy opinii zachwyconych widzów i dziennikarzy. Jednostronność z perspektywy widza i słuchacza dawałaby się łatwo wytłumaczyć, w jednostronności z perspektywy twórcy brakuje czegoś ważnego. Doświadczenia Barbary przypominają o codziennych wyzwaniach i pułapkach. Hornby osnuwa swoją powieść na sprzeczności między tym, jak jest i tym, jak być powinno. Zmusza czytelników i bohaterów do weryfikowania pochopnych ocen, ale sam nie wychodzi poza bezpieczny i oczywisty kontrast.
niedziela, 29 marca 2015
Annalena McAfee: Skandal!
Albatros, Warszawa 2015.
Walka
W „Skandalu” dziennikarskie brudy wiążą się z niemal zegarmistrzowską precyzją opisów. Annalena McAfee czuje się w obowiązku uzasadniać satyryczne oskarżenia rzucane w przedstawicielki dzisiejszych mediów, więc bardzo szczegółowo rozrysowuje kolejne scenki i sytuacje – nawet jeśli dla przebiegu całej fabuły mają marginalne znaczenie. Czytelnicy „Skandalu” uczestniczyć więc będą w kolegiach i zebraniach redakcyjnych, a także w spotkaniach towarzyskich o różnym stopniu zażyłości uczestników – żeby powoli wyłuskiwać coś, co od początku brzmi znajomo i rozwija się w oczekiwanym kierunku mimo kilku niespodzianek.
„Skandal” to trochę drwina z brukowców i tabloidów, tęsknota za dawnym „prawdziwym” dziennikarstwem bliższym literatury niż magla. Pojawia się tu kozioł ofiarny, Tamara Sim. Tamara wymyśla „sensacyjne” tematy do każdego wydania plotkarskiej gazety – interesują ją rzekome ciąże gwiazd, niedoskonałości ich urody i relacje: wszystko, co mogłoby wywołać sensację mas. Tamara łowi takie tematy i jest niestrudzoną tropicielką skandali w dzisiejszej wersji. Swoje „dziennikarstwo” ogranicza do niedyskretnych i sugestywnych podpisów pod zdjęciami. Jest uosobieniem tego wszystkiego, czego nie znosi się w tabloidach – a w dodatku niespecjalnie zauważa bezsensowność swoich działań. Jest też Honor – staruszka, która przed laty stała się legendą dziennikarstwa. Reporterka wojenna, odważna i hołdująca prawdziwym wartościom. Na tekstach Honor studenci uczą się dziennikarstwa. Sama kobieta usiłuje ratować swój budżet, wydając książki z dawnymi artykułami. W promocji ma jej pomóc wywiad w prasie. I chociaż Honor nie znosi opowiadać o sobie, musi zgodzić się na spotkanie z dziennikarką. Z Tamarą.
„Skandal” opiera się na kontrastowym zestawieniu dwóch skrajnych podejść do etyki i dziennikarskiej rzetelności. Tamarę interesują pikantne plotki i intymne zwierzenia, Honor usiłuje ocalić własne sekrety. Chociaż Tamara jest głupiutka, a Honor bardzo inteligentna, wojenka, którą ze sobą toczą, wydaje się bardzo wyrównana – także ze względu na przemiany obyczajowe i upodobania czytelników. Annalena McAfee pokazuje, jak drapieżne są dzisiejsze media i naświetla różnice między dawną i obecną mentalnością reporterów. To ciekawe zestawienie, nawet jeśli w samej powieści wypada raczej moralizująco i przewidywalnie. Autorka prowadzi odbiorców do skomplikowanego tematu etyki dziennikarskiej – unika łatwych ocen i stopniowo odkrywa też ciężar, z którym przez długie lata męczyła się Honor.
Satyra objawia się tu przede wszystkim w wyjaskrawionym obrazie świata mediów. McAfee szuka filmowych scenek (to jest wyrazistych, żeby sprawdziły się także wśród niewyrobionej publiczności, ale i jednokierunkowych), stosuje łatwe do rozszyfrowania zabiegi. Postawy bohaterek wzbogaca jedynie o niemożliwe do odgadnięcia sekrety – gdyby nie to, ze „Skandalu” wyczytywałoby się tylko gorycz i tęsknotę za obiektywizmem. Ta autorka, bezwzględna wobec brukowców, dość przenikliwie odmalowuje bezduszną rywalizację na rynku mediów. Wszelkie zarzuty ukrywa w pomyśle na rozwój akcji – okazuje się, że „Skandal” służy jej jako arena ocen. A przecież konfrontacja dwóch postaci wystarczyłaby zaledwie na proste opowiadanie. McAfee daje odbiorcom jednak rozbudowane wizje wnętrz redakcji oraz struktury obowiązujące w kolorowych magazynach. Wszystko to przedstawia boleśnie przekonująco i zarazem okrutnie. Zna jednak realia i wie, że tylko skandal będzie w stanie wzbudzić zainteresowanie znudzonych odbiorców.
Walka
W „Skandalu” dziennikarskie brudy wiążą się z niemal zegarmistrzowską precyzją opisów. Annalena McAfee czuje się w obowiązku uzasadniać satyryczne oskarżenia rzucane w przedstawicielki dzisiejszych mediów, więc bardzo szczegółowo rozrysowuje kolejne scenki i sytuacje – nawet jeśli dla przebiegu całej fabuły mają marginalne znaczenie. Czytelnicy „Skandalu” uczestniczyć więc będą w kolegiach i zebraniach redakcyjnych, a także w spotkaniach towarzyskich o różnym stopniu zażyłości uczestników – żeby powoli wyłuskiwać coś, co od początku brzmi znajomo i rozwija się w oczekiwanym kierunku mimo kilku niespodzianek.
„Skandal” to trochę drwina z brukowców i tabloidów, tęsknota za dawnym „prawdziwym” dziennikarstwem bliższym literatury niż magla. Pojawia się tu kozioł ofiarny, Tamara Sim. Tamara wymyśla „sensacyjne” tematy do każdego wydania plotkarskiej gazety – interesują ją rzekome ciąże gwiazd, niedoskonałości ich urody i relacje: wszystko, co mogłoby wywołać sensację mas. Tamara łowi takie tematy i jest niestrudzoną tropicielką skandali w dzisiejszej wersji. Swoje „dziennikarstwo” ogranicza do niedyskretnych i sugestywnych podpisów pod zdjęciami. Jest uosobieniem tego wszystkiego, czego nie znosi się w tabloidach – a w dodatku niespecjalnie zauważa bezsensowność swoich działań. Jest też Honor – staruszka, która przed laty stała się legendą dziennikarstwa. Reporterka wojenna, odważna i hołdująca prawdziwym wartościom. Na tekstach Honor studenci uczą się dziennikarstwa. Sama kobieta usiłuje ratować swój budżet, wydając książki z dawnymi artykułami. W promocji ma jej pomóc wywiad w prasie. I chociaż Honor nie znosi opowiadać o sobie, musi zgodzić się na spotkanie z dziennikarką. Z Tamarą.
„Skandal” opiera się na kontrastowym zestawieniu dwóch skrajnych podejść do etyki i dziennikarskiej rzetelności. Tamarę interesują pikantne plotki i intymne zwierzenia, Honor usiłuje ocalić własne sekrety. Chociaż Tamara jest głupiutka, a Honor bardzo inteligentna, wojenka, którą ze sobą toczą, wydaje się bardzo wyrównana – także ze względu na przemiany obyczajowe i upodobania czytelników. Annalena McAfee pokazuje, jak drapieżne są dzisiejsze media i naświetla różnice między dawną i obecną mentalnością reporterów. To ciekawe zestawienie, nawet jeśli w samej powieści wypada raczej moralizująco i przewidywalnie. Autorka prowadzi odbiorców do skomplikowanego tematu etyki dziennikarskiej – unika łatwych ocen i stopniowo odkrywa też ciężar, z którym przez długie lata męczyła się Honor.
Satyra objawia się tu przede wszystkim w wyjaskrawionym obrazie świata mediów. McAfee szuka filmowych scenek (to jest wyrazistych, żeby sprawdziły się także wśród niewyrobionej publiczności, ale i jednokierunkowych), stosuje łatwe do rozszyfrowania zabiegi. Postawy bohaterek wzbogaca jedynie o niemożliwe do odgadnięcia sekrety – gdyby nie to, ze „Skandalu” wyczytywałoby się tylko gorycz i tęsknotę za obiektywizmem. Ta autorka, bezwzględna wobec brukowców, dość przenikliwie odmalowuje bezduszną rywalizację na rynku mediów. Wszelkie zarzuty ukrywa w pomyśle na rozwój akcji – okazuje się, że „Skandal” służy jej jako arena ocen. A przecież konfrontacja dwóch postaci wystarczyłaby zaledwie na proste opowiadanie. McAfee daje odbiorcom jednak rozbudowane wizje wnętrz redakcji oraz struktury obowiązujące w kolorowych magazynach. Wszystko to przedstawia boleśnie przekonująco i zarazem okrutnie. Zna jednak realia i wie, że tylko skandal będzie w stanie wzbudzić zainteresowanie znudzonych odbiorców.
środa, 11 marca 2015
Laurie Frankel: Atlas miłości
Albatros, Warszawa 2015.
Przyjaźń i poświęcenie
Na niezwykły model rodziny i płynące z tego nieporozumienia decyduje się Laurie Frankel w „Atlasie miłości”. Jej pomysł na przebieg wydarzeń jest świeży i sam w sobie zajmujący – a jeszcze autorka obudowuje go przekonującymi charakterystykami postaci. Janey, Jill i Katie to trzy doktorantki (badaczki literatury) różniące się od siebie wszystkim. Kiedy postanawiają dla wygody i oszczędności zamieszkać razem, nie wiedzą jeszcze, w jakim kierunku rozwinie się ich przyjaźń. Zwłaszcza że Jill zachodzi w niechcianą ciążę i nie zamierza wiązać się z młodszym od siebie chłopakiem (także nie pałającym chęcią do założenia rodziny), a Katie rygorystycznie przestrzega nakazów swojej religii i chciałaby „nawracać” każdego potencjalnego partnera. Trzy dziewczyny czasami dzielą się obowiązkami na uczelni – w domu zawsze mogą liczyć na siebie nawzajem i powoli stają się rodziną. Kiedy na świat przychodzi Atlas, dla bohaterek to „wspólny” syn – do czasu, kiedy coś zaczyna się psuć.
Janey, która prowadzi narrację w „Atlasie miłości”, zajmuje się również wykładaniem teorii literatury. Chociaż studia doktoranckie są kompletnie oderwane od zwyczajnego życia, Janey wciąż doszukuje się analogii pomiędzy prawami teoretycznoliterackimi a praktyką codzienności. Z poświęceniem gotuje dla przyjaciółek, opiekuje się Atlasem i stara się doradzać nieco zagubionej Katie. Do rodziny przyjaciółek dołącza też własnych bliskich, zapomina jednak o tym, że powinna skupić się na poszukiwaniu własnego szczęścia zamiast dostosowywać się do przynoszonych przez los sytuacji. Frankel sprawdza, jak długo może trwać krzywdzący układ – i co będzie oznaczać dla bohaterek.
Ożywia i tak oryginalną fabułę obecnością szeregu nietuzinkowych postaci. Jest tu – w bliskim kręgu przyjaciół – para gejów pragnąca wspólnie wychowywać dziecko, jest zdeklarowana feministka, jest babcia, która zdąży przed odejściem pożegnać się z najbliższymi bez niepotrzebnych sentymentów. Otoczenie Janey bogate jest w ludzi o silnych osobowościach, ponadprzeciętnym poczuciu humoru oraz nieszablonowych poglądach. Wszystkich łączy autorka więzią przyjaźni lub porozumienia – a przecież nie oznacza to rezygnacji z kłopotów.
Janey zgrabnie wplata do swojego wywodu rozważania na temat planu semestralnego i samej tematyki zajęć ze studentami. Wprowadza odbiorców w swoje życie zawodowe (podlegające nieustannej krytyce) równie chętnie jak w prywatne perypetie. Z czasem sytuacja w domu doktorantek mocno się zagęszcza i wyzwala pytania o granice poświęceń w imię przyjaźni. Mały Atlas, wokół którego rozgrywają się wydarzenia, nawet nie wie, że stał się przyczyną niewyobrażalnego konfliktu.
„Atlas miłości” to powieść, w której codzienność brzmi niezwykle – bo nie wiąże się z serią stereotypów czy odwołań do normalności. Tu bohaterki budują sobie własną normalność, niezależną od tradycji, ale wiedza o tym, jak być powinno, żeby wszyscy czuli się szczęśliwi i akceptowani, nie wystarcza do zapanowania nad chaosem. Laurie Frankel zapewnia czytelnikom po pierwsze szereg odkrywczych wydarzeń, po drugie – zestaw prześmiewczych obrazków z kariery młodych pracownic naukowych. Cała książka skonstruowana jest z dbałością o kompozycyjne szczegóły, ale też z autotematycznym podkreślaniem reguł rządzących dobrą opowieścią. Autorka nie sięga tutaj po fabularne schematy, lubi za to testować wyraziste charakterystyki swoich postaci. „Atlas miłości” to wyzwanie dla obyczajówek – nowe spojrzenie na temat domu, rodziny i poczucia obowiązku. Do tego Frankel dorzuca jeszcze szereg poważnych przeciwności losu, a i pytań o międzyludzkie relacje. Taka opowieść może funkcjonować jako melodia przyszłości i ostrzeżenie – lub też jako lekka lektura o niespodziewanym przebiegu.
Przyjaźń i poświęcenie
Na niezwykły model rodziny i płynące z tego nieporozumienia decyduje się Laurie Frankel w „Atlasie miłości”. Jej pomysł na przebieg wydarzeń jest świeży i sam w sobie zajmujący – a jeszcze autorka obudowuje go przekonującymi charakterystykami postaci. Janey, Jill i Katie to trzy doktorantki (badaczki literatury) różniące się od siebie wszystkim. Kiedy postanawiają dla wygody i oszczędności zamieszkać razem, nie wiedzą jeszcze, w jakim kierunku rozwinie się ich przyjaźń. Zwłaszcza że Jill zachodzi w niechcianą ciążę i nie zamierza wiązać się z młodszym od siebie chłopakiem (także nie pałającym chęcią do założenia rodziny), a Katie rygorystycznie przestrzega nakazów swojej religii i chciałaby „nawracać” każdego potencjalnego partnera. Trzy dziewczyny czasami dzielą się obowiązkami na uczelni – w domu zawsze mogą liczyć na siebie nawzajem i powoli stają się rodziną. Kiedy na świat przychodzi Atlas, dla bohaterek to „wspólny” syn – do czasu, kiedy coś zaczyna się psuć.
Janey, która prowadzi narrację w „Atlasie miłości”, zajmuje się również wykładaniem teorii literatury. Chociaż studia doktoranckie są kompletnie oderwane od zwyczajnego życia, Janey wciąż doszukuje się analogii pomiędzy prawami teoretycznoliterackimi a praktyką codzienności. Z poświęceniem gotuje dla przyjaciółek, opiekuje się Atlasem i stara się doradzać nieco zagubionej Katie. Do rodziny przyjaciółek dołącza też własnych bliskich, zapomina jednak o tym, że powinna skupić się na poszukiwaniu własnego szczęścia zamiast dostosowywać się do przynoszonych przez los sytuacji. Frankel sprawdza, jak długo może trwać krzywdzący układ – i co będzie oznaczać dla bohaterek.
Ożywia i tak oryginalną fabułę obecnością szeregu nietuzinkowych postaci. Jest tu – w bliskim kręgu przyjaciół – para gejów pragnąca wspólnie wychowywać dziecko, jest zdeklarowana feministka, jest babcia, która zdąży przed odejściem pożegnać się z najbliższymi bez niepotrzebnych sentymentów. Otoczenie Janey bogate jest w ludzi o silnych osobowościach, ponadprzeciętnym poczuciu humoru oraz nieszablonowych poglądach. Wszystkich łączy autorka więzią przyjaźni lub porozumienia – a przecież nie oznacza to rezygnacji z kłopotów.
Janey zgrabnie wplata do swojego wywodu rozważania na temat planu semestralnego i samej tematyki zajęć ze studentami. Wprowadza odbiorców w swoje życie zawodowe (podlegające nieustannej krytyce) równie chętnie jak w prywatne perypetie. Z czasem sytuacja w domu doktorantek mocno się zagęszcza i wyzwala pytania o granice poświęceń w imię przyjaźni. Mały Atlas, wokół którego rozgrywają się wydarzenia, nawet nie wie, że stał się przyczyną niewyobrażalnego konfliktu.
„Atlas miłości” to powieść, w której codzienność brzmi niezwykle – bo nie wiąże się z serią stereotypów czy odwołań do normalności. Tu bohaterki budują sobie własną normalność, niezależną od tradycji, ale wiedza o tym, jak być powinno, żeby wszyscy czuli się szczęśliwi i akceptowani, nie wystarcza do zapanowania nad chaosem. Laurie Frankel zapewnia czytelnikom po pierwsze szereg odkrywczych wydarzeń, po drugie – zestaw prześmiewczych obrazków z kariery młodych pracownic naukowych. Cała książka skonstruowana jest z dbałością o kompozycyjne szczegóły, ale też z autotematycznym podkreślaniem reguł rządzących dobrą opowieścią. Autorka nie sięga tutaj po fabularne schematy, lubi za to testować wyraziste charakterystyki swoich postaci. „Atlas miłości” to wyzwanie dla obyczajówek – nowe spojrzenie na temat domu, rodziny i poczucia obowiązku. Do tego Frankel dorzuca jeszcze szereg poważnych przeciwności losu, a i pytań o międzyludzkie relacje. Taka opowieść może funkcjonować jako melodia przyszłości i ostrzeżenie – lub też jako lekka lektura o niespodziewanym przebiegu.
czwartek, 26 lutego 2015
Hilary Reyl: Lekcje francuskiego
Albatros, Warszawa 2015.
Pozory
W tej powieści odwieczne uczuciowe schematy zderzają się z rzekomą postępowością i otwarciem. „Lekcje francuskiego” to jednocześnie lekcje międzykulturowych oraz damskich intryg. Szczerość nie jest tu zjawiskiem częstym ani pożądanym, liczy się za to zachowywanie pozorów. Kate jest Amerykanką o francuskich korzeniach. Pod koniec lat 80. XX wieku trafia jej się okazja wyjazdu do Paryża. Ma zostać asystentką Lydii, oryginalnej artystki. Lydia rzekomo oczekuje kogoś, kto zająłby się jej interesami i umiał odpowiednio ocenić jej prace, a nawet służyć inspiracją. Kate, która zajmuje się także rysowaniem, wydaje się idealną kandydatką na to stanowisko. Mieszkając z rodziną Lydii, przekonuje się, że należy do niższej warstwy społeczeństwa. Wkracza w obcy sobie świat fałszu, obłudy i udawania szczęścia.
Kate szybko przekonuje się, że jej zadania mają niewiele wspólnego z początkową umową. Zajmuje się bardzo przyziemnymi sprawami, zamienia się prawie w pokojówkę, choć równocześnie wymaga się od niej uczestniczenia w życiu kulturalnym domu. Przez salon Lydii przewijają się wielcy pisarze – od bohemy nie da się uciec. Kate ma też wgląd w to, co dzieje się w sercach domowników. Wie o wiarołomnych mężach, oszukiwanych żonach i perfidnych kochankach. W tę grę sama zresztą wpasowuje się bardzo szybko – wpada w oko (z wzajemnością) chłopakowi córki chlebodawców. Od niego dowiaduje się, że może bez wyrzutów sumienia zaangażować się w obiecujący związek. Tyle że po powrocie do paryskiego domu ma pocieszać porzuconą dziewczynę.
Hilary Reyl w „Lekcjach francuskiego” skupia się przede wszystkim na obnażaniu sztuczności i kreśleniu skomplikowanych (chociaż banalnych) relacji między domownikami. Książka jest gęsta od oficjalnych dyskusji, bo na prawdomówność niewielu może sobie pozwolić. Kate wydaje się jedyną naiwną – czyli niepotrzebnie pełną ufności – wszyscy inni zdają sobie sprawę z ograniczeń, jakie przynosi konwencja. Autorka do tego stopnia zajmuje się relacjami, że w zasadzie odsuwa na dalszy plan fabułę. „Lekcja francuskiego”, mimo że obszerne i starannie dopracowane pod względem narracyjnym, nie mają wciągającej akcji – trudno za taką uznać salonowe intrygi i kłamstwa, które wcale nie muszą wychodzić na jaw. Reyl posługuje się bardzo krótkimi rozdziałami – w rozmowach dochodzi do oczekiwanej puenty i natychmiast przenosi akcję w inny kąt. Nie wprowadza to jednak ani chaosu, ani wrażenia pośpiechu – ta autorka lubi delektować się atmosferą Paryża, a już uczuciowe niesnaski stają się jej żywiołem.
Plusem jest w tej książce wysmakowana narracja. Hilary Reyl z powodzeniem próbuje nadać międzyludzkim konfliktom i krzywdom elegancką oprawę. W „Lekcjach francuskiego” posługuje się zatem starannym językiem, pasującym do fasady wyższych sfer. Nie ma tu raczej snobizmu, jest za to uduchowiona humanistyka, w ramach której dobrze sprawdzają się i natchnione dyskusje o sztuce, i teatrzyki odgrywane na co dzień przed innymi. „Lekcje francuskiego” są również zderzeniem oczekiwań z rzeczywistością. Autorka stroni od idealizowania uczuć, wszystko staje się u niej kwestią chłodnych kalkulacji i umów lub założeń. Kate, wrzucona w niegościnne – choć kiedyś wymarzone – środowisko, musi poradzić sobie z kolejnymi wyzwaniami i nie zapominać o własnych potrzebach. W tej powieści sercowe rozterki okazują się powodem do prowadzenia towarzyskiej gry – pomagają też odejść od romansowych fabuł i schematów. Reyl zapewnia czytelniczkom historię mocno osadzoną w słowach: w wygłaszanych przez bohaterów nieprawdach.
Pozory
W tej powieści odwieczne uczuciowe schematy zderzają się z rzekomą postępowością i otwarciem. „Lekcje francuskiego” to jednocześnie lekcje międzykulturowych oraz damskich intryg. Szczerość nie jest tu zjawiskiem częstym ani pożądanym, liczy się za to zachowywanie pozorów. Kate jest Amerykanką o francuskich korzeniach. Pod koniec lat 80. XX wieku trafia jej się okazja wyjazdu do Paryża. Ma zostać asystentką Lydii, oryginalnej artystki. Lydia rzekomo oczekuje kogoś, kto zająłby się jej interesami i umiał odpowiednio ocenić jej prace, a nawet służyć inspiracją. Kate, która zajmuje się także rysowaniem, wydaje się idealną kandydatką na to stanowisko. Mieszkając z rodziną Lydii, przekonuje się, że należy do niższej warstwy społeczeństwa. Wkracza w obcy sobie świat fałszu, obłudy i udawania szczęścia.
Kate szybko przekonuje się, że jej zadania mają niewiele wspólnego z początkową umową. Zajmuje się bardzo przyziemnymi sprawami, zamienia się prawie w pokojówkę, choć równocześnie wymaga się od niej uczestniczenia w życiu kulturalnym domu. Przez salon Lydii przewijają się wielcy pisarze – od bohemy nie da się uciec. Kate ma też wgląd w to, co dzieje się w sercach domowników. Wie o wiarołomnych mężach, oszukiwanych żonach i perfidnych kochankach. W tę grę sama zresztą wpasowuje się bardzo szybko – wpada w oko (z wzajemnością) chłopakowi córki chlebodawców. Od niego dowiaduje się, że może bez wyrzutów sumienia zaangażować się w obiecujący związek. Tyle że po powrocie do paryskiego domu ma pocieszać porzuconą dziewczynę.
Hilary Reyl w „Lekcjach francuskiego” skupia się przede wszystkim na obnażaniu sztuczności i kreśleniu skomplikowanych (chociaż banalnych) relacji między domownikami. Książka jest gęsta od oficjalnych dyskusji, bo na prawdomówność niewielu może sobie pozwolić. Kate wydaje się jedyną naiwną – czyli niepotrzebnie pełną ufności – wszyscy inni zdają sobie sprawę z ograniczeń, jakie przynosi konwencja. Autorka do tego stopnia zajmuje się relacjami, że w zasadzie odsuwa na dalszy plan fabułę. „Lekcja francuskiego”, mimo że obszerne i starannie dopracowane pod względem narracyjnym, nie mają wciągającej akcji – trudno za taką uznać salonowe intrygi i kłamstwa, które wcale nie muszą wychodzić na jaw. Reyl posługuje się bardzo krótkimi rozdziałami – w rozmowach dochodzi do oczekiwanej puenty i natychmiast przenosi akcję w inny kąt. Nie wprowadza to jednak ani chaosu, ani wrażenia pośpiechu – ta autorka lubi delektować się atmosferą Paryża, a już uczuciowe niesnaski stają się jej żywiołem.
Plusem jest w tej książce wysmakowana narracja. Hilary Reyl z powodzeniem próbuje nadać międzyludzkim konfliktom i krzywdom elegancką oprawę. W „Lekcjach francuskiego” posługuje się zatem starannym językiem, pasującym do fasady wyższych sfer. Nie ma tu raczej snobizmu, jest za to uduchowiona humanistyka, w ramach której dobrze sprawdzają się i natchnione dyskusje o sztuce, i teatrzyki odgrywane na co dzień przed innymi. „Lekcje francuskiego” są również zderzeniem oczekiwań z rzeczywistością. Autorka stroni od idealizowania uczuć, wszystko staje się u niej kwestią chłodnych kalkulacji i umów lub założeń. Kate, wrzucona w niegościnne – choć kiedyś wymarzone – środowisko, musi poradzić sobie z kolejnymi wyzwaniami i nie zapominać o własnych potrzebach. W tej powieści sercowe rozterki okazują się powodem do prowadzenia towarzyskiej gry – pomagają też odejść od romansowych fabuł i schematów. Reyl zapewnia czytelniczkom historię mocno osadzoną w słowach: w wygłaszanych przez bohaterów nieprawdach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






