Kropka, Warszawa 2024.
Kształty
Powraca na rynek Marion Deuchars – i to w wielkim stylu. „Narysuj to. Ćwiczenia artystyczne na odblokowanie wyobraźni” to publikacja wyjątkowa – i wartościowa zwłaszcza w czasach, w których wszechobecność elektronicznych gadżetów skutecznie zabija kreatywność. Chociaż tomik przeznaczony jest dla młodych odbiorców, warto przekonać do niego i starszych – bo im także przydadzą się techniki odblokowywania wyobraźni przy okazji dobrej zabawy. Autorka stawia na swobodne tworzenie. Wprowadza w tomiku serie: między innymi pokazuje, jak narysować różne zwierzęta: lisa, tygrysa, śpiącego psa albo kota – wychodząc od barwnych plam, które następnie wzbogaca się o drobne szczegóły. Sugeruje zabawę kształtami i gryzmołami: można na przykład dorysowywać sylwetki ludzkie do bazgrołów, by zmienić ich wymowę. Dorysowywania będzie zresztą sporo: można stworzyć kogoś, kto pasuje do prezentowanych łap i ogonów, albo do oczu – ale można też całkowicie samodzielnie działać, na przykład wypełnić postacią (małą) jajko – a następnie przedstawić bohatera, który już dorósł. Punktem wyjścia do tworzenia dla Marion Deuchars raz będzie fragment obrazka, to znowu – samo tło do uzupełnienia przez określone w poleceniu sytuacje. Autorka nie podpowiada zbyt wiele: coś małego ma gonić coś dużego pod górę – i to wszystko, całą historię stworzyć muszą już samodzielnie dzieci, podpowiedzią jest jedynie namalowane wzgórze. Nie ma tu ograniczeń, nie ma złych rozwiązań, wszystko da się przerobić na kreatywną plastyczną zabawę. Marion Deuchars wie, że wystarczy impuls, żeby dzieci poczuły magię tworzenia – a kiedy to się stanie, może być spokojna – z pewnością będą wypełniać kolejne strony tomiku bez wytchnienia. Tu bowiem można poczuć się współtwórcą książeczki – a to dla dzieci ma często olbrzymie znaczenie. „Narysuj to” to książka dla każdego – wcale nie trzeba mieć plastycznego talentu ani wiary we własne możliwości, autorka nie dąży do tego, żeby obrazki, które powstaną, były piękne, a – żeby dawały rozrywkę i radość twórcom. Przypomina, jak dobrze jest bazgrać i rysować rzeczy pozbawione większego sensu i celu, przywraca dzieciom zadowolenie z pracy, która nie ma być oceniana czy porównywana z dziełami innych – a może zapewnić wolność artystycznego wyrażania. Podążanie za poleceniami autorki to dopiero początek zabawy – bo tę można kontynuować, proponując własne wariacje kolejnych ćwiczeń. Tu rzeczywiście da się wykorzystywać przypadkowo stworzone kształty albo przerabiać nudne wzorki na całe obrazkowe przygody. Marion Deuchars przywraca kreatywności miejsce w codziennym życiu. Zachęca do eksperymentowania i do traktowania ilustracji jako punktu wyjścia do własnych prac. Dzieci będą usatysfakcjonowane i ucieszone możliwością dodawania czegoś do prawdziwej książki – ale nauczą się też, jak kreatywnie podchodzić do rysowania, korzystania z przyborów plastycznych (nieprzypadkowo autorka zachęca do używania białego markera olejowego albo wyciętego z kartki elementu obrazka, żeby wypełniać plamę koloru bielą – to zadanie pozwala przedefiniować dotychczasowe podejście do ilustrowania. Jest tu wiele propozycji, z których dzieci mogą skorzystać – i które mogą przenieść na własne doświadczenia plastyczne. Marion Deuchars po raz kolejny przypomina, po co się tworzy – i zaprasza do takiej zabawy. Ale ta propozycja cenna jest nie tylko z powodu lekcji rysowania: przydaje się właśnie do rozwijania wyobraźni, co zresztą zostało wykorzystane już w założeniu tomiku. Rzeczywiście zadania, które Deuchars stosuje w książce, często mogą stać się podstawą ćwiczeń na kreatywność. To coś, co zaprocentuje w przyszłości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 14 marca 2024
środa, 13 marca 2024
Derek Scally: Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem
Czarne, Wołowiec 2024.
Milczenie
Z milczenia wzięła się ta książka i z nieumiejętności rozliczania się z dawnymi podłościami. Derek Scally wie jedno: że jeśli jakiś temat zamiatany jest pod dywan, z czasem wychynie – i być może doprowadzi do eksplozji. Nie chce już milczeć, przerobił wszystkie fazy przeżywania traumy, a teraz zabiera głos – nie po to, żeby opowiedzieć się po jednej ze stron, ale po to, żeby zapewnić czytelnikom przegląd zjawisk, na które nie może być zgody. Rzecz dotyczy Irlandii – bo to tu się urodził Scally – jednak może odnosić się do wielu miejsc na całym świecie. Bo skandale związane z funkcjonowaniem kościoła katolickiego to motyw, który coraz częściej przestaje być tabuizowany. „Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem” to reportaż – a właściwie cykl reportaży powiązanych wspólnym tematem. Autor uświadamia odbiorcom, że Irlandia to nie tylko święty Patryk – i że rola kleru w codzienności miejscowych maleje. A maleje nie bez powodu, skoro na jaw wychodzą kolejne przestępstwa, przez całe dekady starannie tuszowane. Wśród zagadnień, którym przygląda się Derek Scally, jest pedofilia oraz pralnie magdalenek – miejsca, w których między innymi kobiety samotne czy ofiary gwałtów zmuszane były do pracy za darmo (i traktowane jak więźniarki). Jest tu przemoc w stosunku do podopiecznych, okrucieństwo wobec sierot i całe mnóstwo sytuacji, które w cywilizowanym świecie nie mogą się zdarzać. Derek Scally unika tu oskarżeń i nie dopuszcza do głosu emocji – a skoro beznamiętnie relacjonuje krzywdę tych, którzy nie byli w stanie się obronić – zyskuje potężną siłę. Chociaż na temat wynaturzeń w środowiskach kościelnych powstało już niemało publikacji, Derek Scally dodaje kolejną – rozliczenie z religijnością (a właściwie jego podskórnymi niegodziwościami) w Irlandii.
Informuje o sposobach przekazywania odkrytych wiadomości społeczeństwu i o reakcjach po latach. Sprawdza, jak duchowni próbują zadośćuczynić za grzechy swojej wspólnoty (bo przecież nie jest tak, że wszyscy są źli i zdeprawowani: cierpi całe mnóstwo dobrych księży i zakonnic), jak wygląda dyskurs wybierany przez nich i jak mierzą się z kolejnymi doniesieniami. Analizuje kolejne przypadki – sprawy z przeszłości, które po latach doczekały się ujawnienia, które muszą zostać skomentowane choćby po to, żeby wykluczyć podobne skandale w przyszłości. Od tego procesu nie ma już odwrotu: trudno będzie duchownym odbudować zaufanie społeczeństwa, nie dziwi odwracanie się od wiary (a na pewno jej kościelnej oprawy). Derek Scally portretuje odwrót Irlandii od religijności – wyjaśnia początki tego nurtu i sugeruje jego przyszłość. A jednocześnie oddaje głos pokrzywdzonym i wysłuchuje, co mają do powiedzenia obie strony. Nie wskazuje winnych z nazwisk – raczej zależy mu na zaprezentowaniu zasady niż na piętnowaniu kogokolwiek. Ostrożnie przechodzi przez ludzkie krzywdy: w tej książce nie wzbudza się skandali a rozlicza z przeszłością, już beznamiętnie. Trudne kwestie należy omawiać z szacunkiem i delikatnością – tego tu nie zabraknie. Derek Scally uświadamia odbiorcom (nie tylko irlandzkim…), nad jakimi sprawami trudno przejść do porządku dziennego – chce wywoływać refleksję nad przestrzeganiem praw człowieka i uniemożliwić jakiejkolwiek grupie społecznej znęcanie się nad innymi ludźmi. Po tej lekturze stanie się jasne, dlaczego rozdział kościoła od państwa to doskonałe rozwiązanie. Derek Scally wykonuje ogromną pracę w zakresie zdobywania wiadomości i przedstawiania ich w atrakcyjny dla czytelników sposób: przeplata informacje bezpośrednimi wypowiedziami, uwagami usłyszanymi od rozmówców, a czasem i własnymi spostrzeżeniami z procesu gromadzenia danych. Nie pomija detali, umiejętnie akcentuje to, co niezbędne dla najlepszego zrozumienia tematu. Bada niełatwe zagadnienia, ale robi to z wyczuciem, zwłaszcza z poszanowaniem tych, którzy już swoje wycierpieli. „Najlepsi katolicy pod słońcem” to książka rozliczeniowa, jest w niej sporo tematów, które pozwalają z różnych stron naświetlić motyw nadużyć ze strony zwierzchników kościoła – Irlandia staje się tu tylko tłem: niegdyś miejscem o silnej pozycji księży.
Milczenie
Z milczenia wzięła się ta książka i z nieumiejętności rozliczania się z dawnymi podłościami. Derek Scally wie jedno: że jeśli jakiś temat zamiatany jest pod dywan, z czasem wychynie – i być może doprowadzi do eksplozji. Nie chce już milczeć, przerobił wszystkie fazy przeżywania traumy, a teraz zabiera głos – nie po to, żeby opowiedzieć się po jednej ze stron, ale po to, żeby zapewnić czytelnikom przegląd zjawisk, na które nie może być zgody. Rzecz dotyczy Irlandii – bo to tu się urodził Scally – jednak może odnosić się do wielu miejsc na całym świecie. Bo skandale związane z funkcjonowaniem kościoła katolickiego to motyw, który coraz częściej przestaje być tabuizowany. „Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem” to reportaż – a właściwie cykl reportaży powiązanych wspólnym tematem. Autor uświadamia odbiorcom, że Irlandia to nie tylko święty Patryk – i że rola kleru w codzienności miejscowych maleje. A maleje nie bez powodu, skoro na jaw wychodzą kolejne przestępstwa, przez całe dekady starannie tuszowane. Wśród zagadnień, którym przygląda się Derek Scally, jest pedofilia oraz pralnie magdalenek – miejsca, w których między innymi kobiety samotne czy ofiary gwałtów zmuszane były do pracy za darmo (i traktowane jak więźniarki). Jest tu przemoc w stosunku do podopiecznych, okrucieństwo wobec sierot i całe mnóstwo sytuacji, które w cywilizowanym świecie nie mogą się zdarzać. Derek Scally unika tu oskarżeń i nie dopuszcza do głosu emocji – a skoro beznamiętnie relacjonuje krzywdę tych, którzy nie byli w stanie się obronić – zyskuje potężną siłę. Chociaż na temat wynaturzeń w środowiskach kościelnych powstało już niemało publikacji, Derek Scally dodaje kolejną – rozliczenie z religijnością (a właściwie jego podskórnymi niegodziwościami) w Irlandii.
Informuje o sposobach przekazywania odkrytych wiadomości społeczeństwu i o reakcjach po latach. Sprawdza, jak duchowni próbują zadośćuczynić za grzechy swojej wspólnoty (bo przecież nie jest tak, że wszyscy są źli i zdeprawowani: cierpi całe mnóstwo dobrych księży i zakonnic), jak wygląda dyskurs wybierany przez nich i jak mierzą się z kolejnymi doniesieniami. Analizuje kolejne przypadki – sprawy z przeszłości, które po latach doczekały się ujawnienia, które muszą zostać skomentowane choćby po to, żeby wykluczyć podobne skandale w przyszłości. Od tego procesu nie ma już odwrotu: trudno będzie duchownym odbudować zaufanie społeczeństwa, nie dziwi odwracanie się od wiary (a na pewno jej kościelnej oprawy). Derek Scally portretuje odwrót Irlandii od religijności – wyjaśnia początki tego nurtu i sugeruje jego przyszłość. A jednocześnie oddaje głos pokrzywdzonym i wysłuchuje, co mają do powiedzenia obie strony. Nie wskazuje winnych z nazwisk – raczej zależy mu na zaprezentowaniu zasady niż na piętnowaniu kogokolwiek. Ostrożnie przechodzi przez ludzkie krzywdy: w tej książce nie wzbudza się skandali a rozlicza z przeszłością, już beznamiętnie. Trudne kwestie należy omawiać z szacunkiem i delikatnością – tego tu nie zabraknie. Derek Scally uświadamia odbiorcom (nie tylko irlandzkim…), nad jakimi sprawami trudno przejść do porządku dziennego – chce wywoływać refleksję nad przestrzeganiem praw człowieka i uniemożliwić jakiejkolwiek grupie społecznej znęcanie się nad innymi ludźmi. Po tej lekturze stanie się jasne, dlaczego rozdział kościoła od państwa to doskonałe rozwiązanie. Derek Scally wykonuje ogromną pracę w zakresie zdobywania wiadomości i przedstawiania ich w atrakcyjny dla czytelników sposób: przeplata informacje bezpośrednimi wypowiedziami, uwagami usłyszanymi od rozmówców, a czasem i własnymi spostrzeżeniami z procesu gromadzenia danych. Nie pomija detali, umiejętnie akcentuje to, co niezbędne dla najlepszego zrozumienia tematu. Bada niełatwe zagadnienia, ale robi to z wyczuciem, zwłaszcza z poszanowaniem tych, którzy już swoje wycierpieli. „Najlepsi katolicy pod słońcem” to książka rozliczeniowa, jest w niej sporo tematów, które pozwalają z różnych stron naświetlić motyw nadużyć ze strony zwierzchników kościoła – Irlandia staje się tu tylko tłem: niegdyś miejscem o silnej pozycji księży.
wtorek, 12 marca 2024
Avery Neal: Dlaczego czuję się nieszczęśliwa, skoro on jest taki wspaniały? Książka o gaslightingu
Rebis, Poznań 2024.
Przemoc
Najpierw nazywało się to toksycznym związkiem, później narcystyczną osobowością partnera, teraz doczekało się nazwy gaslighting i jako taki termin powraca w psychologicznych poradnikach – niezależnie jednak od kwestii nazewniczych książka „Dlaczego czuję się nieszczęśliwa, skoro on jest taki wspaniały?” jest obowiązkową lekturą dla wszystkich tkwiących w związkach przemocowych. Avery Neal idealnie rozpracowała temat i przedstawiła tyle czytelnych przykładów, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jeśli sytuacja ich dotyczy (charakterystyczną cechą bycia w toksycznym związku jest niedopuszczanie do siebie świadomości, że jest źle, a może być tylko gorzej i najlepsze, co można dla siebie zrobić, to uciekać jak najszybciej). Ten poradnik jest wstrząsający – jeśli ktoś temat przerobił na własnej skórze. Będzie zatem lekturą trudną, ale też bardzo wartościową, bo Avery Neal nie poprzestaje na pokazaniu schematów i ostrzeganiu przed nimi – wyjaśnia też, co zrobić, żeby wyplątać się z toksycznej relacji i jak poradzić sobie po rozstaniu. Zapewnia zatem niezbędne wsparcie i opiekę – a ponieważ długo przygotowuje grunt i rzeczowo oraz bardzo szczegółowo naświetla sytuacje, w których ujawnia się ciemna strona egzystencji partnera – można jej uwierzyć.
Przede wszystkim autorka przypomina o różnych przejawach i odcieniach przemocy. Skupia się na tym, żeby czytelniczki zrozumiały, że nie tylko fizyczna krzywda może być jako przemoc kategoryzowana – podkreśla własne odczucia i reakcje organizmu (czasem nawet nieuświadamiane), pokazuje, jakie spustoszenie w psychice wywołuje przemoc w związku. Tłumaczy, dlaczego nie ma sensu wycofywanie się i ustępowanie (podobnie zresztą jak awantury i próby tłumaczenia) – wszelkie strategie, które przyjmują ofiary, zanim zrozumieją, że nie ma o co walczyć. Co prawda czasami zdarzają jej się wskazówki niekoniecznie trafne (jak próba rozbrojenia sytuacji poczuciem humoru), ale takie jednozdaniowe wstawki nie doprowadzą już do katastrofy. Tu liczy się zadbanie o siebie – i tego autorka uczy. Wyjaśnia, jak rozpoznać przemoc w różnych jej rodzajach, jak przygotować się na odejście i co może spotkać kobietę, która uciekła od przemocowego partnera (rzadko zdarza się cud i to on odchodzi). Przekonuje też, że warto rozmawiać z córkami i przygotowywać je na to, że mogą spotkać w życiu kogoś takiego – istotne jest, żeby nie miały w sobie przyzwolenia na przemoc. Tylko praca nad całymi pokoleniami będzie mogła doprowadzić do ratunku dla kobiet. „Dlaczego czuję się nieszczęśliwa, skoro on jest taki wspaniały? Książka o gaslightingu” to w podstawowej warstwie narracji opowieść o tym, jak kobiety stają się ofiarami we własnych domach – w relacjach z mężem lub ukochanym. Jednak można to spokojnie przełożyć również na stosunki z innymi ludźmi, autorka bezbłędnie rozpracowuje schematy działania i analizuje je. Rozkłada na czynniki pierwsze, po czym przedstawia przekonujące, bardzo wymowne przykłady (które tylko odbiorcom z zewnątrz wydadzą się przesadzone – do czasu, bo pojawiają się tu również kierowane do nich komentarze). Fakt, że osoby, które nie znalazły się nigdy w toksycznym związku, mogą się dziwić na wieść o bezsensownym przywiązaniu i trwaniu w złej relacji – jednak to zjawisko znane i niestety wciąż jeszcze bagatelizowane, tymczasem prowadzić może do bardzo groźnych sytuacji - i o skrajnościach Avery Neal też pisze. Przydatna jest ta książka i bardzo cenna, powinna trafić do każdej kobiety, która ma problem ze stawianiem granic i reagowaniem na złośliwości partnera.
Przemoc
Najpierw nazywało się to toksycznym związkiem, później narcystyczną osobowością partnera, teraz doczekało się nazwy gaslighting i jako taki termin powraca w psychologicznych poradnikach – niezależnie jednak od kwestii nazewniczych książka „Dlaczego czuję się nieszczęśliwa, skoro on jest taki wspaniały?” jest obowiązkową lekturą dla wszystkich tkwiących w związkach przemocowych. Avery Neal idealnie rozpracowała temat i przedstawiła tyle czytelnych przykładów, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jeśli sytuacja ich dotyczy (charakterystyczną cechą bycia w toksycznym związku jest niedopuszczanie do siebie świadomości, że jest źle, a może być tylko gorzej i najlepsze, co można dla siebie zrobić, to uciekać jak najszybciej). Ten poradnik jest wstrząsający – jeśli ktoś temat przerobił na własnej skórze. Będzie zatem lekturą trudną, ale też bardzo wartościową, bo Avery Neal nie poprzestaje na pokazaniu schematów i ostrzeganiu przed nimi – wyjaśnia też, co zrobić, żeby wyplątać się z toksycznej relacji i jak poradzić sobie po rozstaniu. Zapewnia zatem niezbędne wsparcie i opiekę – a ponieważ długo przygotowuje grunt i rzeczowo oraz bardzo szczegółowo naświetla sytuacje, w których ujawnia się ciemna strona egzystencji partnera – można jej uwierzyć.
Przede wszystkim autorka przypomina o różnych przejawach i odcieniach przemocy. Skupia się na tym, żeby czytelniczki zrozumiały, że nie tylko fizyczna krzywda może być jako przemoc kategoryzowana – podkreśla własne odczucia i reakcje organizmu (czasem nawet nieuświadamiane), pokazuje, jakie spustoszenie w psychice wywołuje przemoc w związku. Tłumaczy, dlaczego nie ma sensu wycofywanie się i ustępowanie (podobnie zresztą jak awantury i próby tłumaczenia) – wszelkie strategie, które przyjmują ofiary, zanim zrozumieją, że nie ma o co walczyć. Co prawda czasami zdarzają jej się wskazówki niekoniecznie trafne (jak próba rozbrojenia sytuacji poczuciem humoru), ale takie jednozdaniowe wstawki nie doprowadzą już do katastrofy. Tu liczy się zadbanie o siebie – i tego autorka uczy. Wyjaśnia, jak rozpoznać przemoc w różnych jej rodzajach, jak przygotować się na odejście i co może spotkać kobietę, która uciekła od przemocowego partnera (rzadko zdarza się cud i to on odchodzi). Przekonuje też, że warto rozmawiać z córkami i przygotowywać je na to, że mogą spotkać w życiu kogoś takiego – istotne jest, żeby nie miały w sobie przyzwolenia na przemoc. Tylko praca nad całymi pokoleniami będzie mogła doprowadzić do ratunku dla kobiet. „Dlaczego czuję się nieszczęśliwa, skoro on jest taki wspaniały? Książka o gaslightingu” to w podstawowej warstwie narracji opowieść o tym, jak kobiety stają się ofiarami we własnych domach – w relacjach z mężem lub ukochanym. Jednak można to spokojnie przełożyć również na stosunki z innymi ludźmi, autorka bezbłędnie rozpracowuje schematy działania i analizuje je. Rozkłada na czynniki pierwsze, po czym przedstawia przekonujące, bardzo wymowne przykłady (które tylko odbiorcom z zewnątrz wydadzą się przesadzone – do czasu, bo pojawiają się tu również kierowane do nich komentarze). Fakt, że osoby, które nie znalazły się nigdy w toksycznym związku, mogą się dziwić na wieść o bezsensownym przywiązaniu i trwaniu w złej relacji – jednak to zjawisko znane i niestety wciąż jeszcze bagatelizowane, tymczasem prowadzić może do bardzo groźnych sytuacji - i o skrajnościach Avery Neal też pisze. Przydatna jest ta książka i bardzo cenna, powinna trafić do każdej kobiety, która ma problem ze stawianiem granic i reagowaniem na złośliwości partnera.
poniedziałek, 11 marca 2024
Jon Chad: Wulkany. Ogień i życie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2024.
Ogrzewanie
Naukomiks, który proponuje Jon Chad, jest tym razem bardzo fabularny – akcent pada nie tyle na wiadomości o wulkanach, a na doświadczenia ludzi z przyszłości. Bo nie tak odległe przyszłe pokolenie bardzo cierpi. Ziemia zamarzła, a nieliczne grupki ludzi, które przetrwały zlodowacenie, poruszają się po świecie na lodocyklach i plądrują dawne domy, sklepy i inne pozostałości po cywilizacjach. Muszą to robić, niezależnie od emocji, jakie ten fakt w nich wywołuje: tylko w ten sposób można zdobyć materiał na opał. Każdy musi dostarczyć odpowiednią ilość składników, które można będzie zamienić na ciepło – i nawet jeśli przedmioty, które dla kogoś dawniej miały wartość sentymentalną, zapewnią tylko kilkadziesiąt sekund ciepła – są niezbędne, żeby przetrwać. Aurora doskonale o tym wie. Jest młodą badaczką, która razem ze swoim rodzeństwem realizuje te zadania. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy bohaterka w opuszczonej bibliotece znajduje książkę o wulkanach. Żeby nie niszczyć dorobku dawnych pokoleń, książki przed spaleniem są skanowane – dzięki temu da się ocalić ich zawartość, a jednocześnie zyskać źródło ciepła. I to książka o wulkanach zmienia nastawienie bohaterki. Aurora zaczyna rozumieć, że palenie wszystkiego zapewni tylko chwilowe rozwiązanie problemu – ale trzeba znaleźć źródło ciepła alternatywne do słońca, które przestało grzać. Zaczyna się zastanawiać nad przydatnością wulkanów w tej dziedzinie – i swoimi przypuszczeniami oraz wyjaśnieniami katuje wręcz towarzyszy podróży. Nawet jeśli jej pomysły wydają się szalone, warto im się przyjrzeć – nie ma nic do stracenia. Aurora nie szczędzi wyjaśnień na temat rodzajów wulkanów, tworzenia się magmy i ruchów skorupy ziemskiej. A wszystko po to, żeby udowodnić, że jej wizje wcale nie są zwariowane – i chociaż poprzednicy już to rozwiązanie odrzucili, być może po prostu nie przeanalizowali dokładnie wszystkich możliwości.
Wulkany zaczynają wyrastać na głównego bohatera tomiku – i coraz bardziej fascynować, po prostu udziela się czytelnikom energia i entuzjazm Aurory – nie da się czytać tej książki bez zaangażowania. To komiks, w którym nauka ma pozwolić na przetrwanie, stawka jest zatem bardzo wysoka, a rzadko w popularnonaukowych opowieściach obecne są aż takie emocje. „Wulkany. Ogień i życie” to jednak przedstawienie sytuacji wyjątkowej – i w wyjątkowy sposób. Nie liczy się tutaj po prostu relacjonowanie stanu badań, liczy się odkrywanie i próba przeprowadzenia śledztwa: czy jest możliwe wykorzystanie wulkanu jako źródła ciepła (jeśli weźmie się pod uwagę jego niszczycielską siłę). To zagadka, którą Aurora musi jak najszybciej rozwiązać – sama przeciw wszystkim. Jon Chad znalazł sposób na to, jak barwnie i ciekawie opowiedzieć o tym, co wykracza poza podstawową wiedzę odbiorców – jest w stanie zaintrygować i wciągnąć w proekologiczne rozważania. Bo przecież katastrofa klimatyczna to nie jest nieprawdopodobny scenariusz – jeśli ludzie się nie opamiętają, mogą skończyć jak bohaterowie tej historii, albo zafundować podobny scenariusz nieodległym przyszłym pokoleniom. Chad nie tylko dostarcza rozrywki i wiedzy – przekonuje pod pierwszą warstwą narracji, że warto zastanowić się nad przyszłością i doceniać to, co daje planeta. Ta książka zafascynuje nie tylko małych odkrywców zawsze ciekawych świata, zapewni sporo wrażeń wszystkim młodym czytelnikom – dobrze, że pojawia się na rynku, powinna znaleźć się w każdej biblioteczce.
Ogrzewanie
Naukomiks, który proponuje Jon Chad, jest tym razem bardzo fabularny – akcent pada nie tyle na wiadomości o wulkanach, a na doświadczenia ludzi z przyszłości. Bo nie tak odległe przyszłe pokolenie bardzo cierpi. Ziemia zamarzła, a nieliczne grupki ludzi, które przetrwały zlodowacenie, poruszają się po świecie na lodocyklach i plądrują dawne domy, sklepy i inne pozostałości po cywilizacjach. Muszą to robić, niezależnie od emocji, jakie ten fakt w nich wywołuje: tylko w ten sposób można zdobyć materiał na opał. Każdy musi dostarczyć odpowiednią ilość składników, które można będzie zamienić na ciepło – i nawet jeśli przedmioty, które dla kogoś dawniej miały wartość sentymentalną, zapewnią tylko kilkadziesiąt sekund ciepła – są niezbędne, żeby przetrwać. Aurora doskonale o tym wie. Jest młodą badaczką, która razem ze swoim rodzeństwem realizuje te zadania. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy bohaterka w opuszczonej bibliotece znajduje książkę o wulkanach. Żeby nie niszczyć dorobku dawnych pokoleń, książki przed spaleniem są skanowane – dzięki temu da się ocalić ich zawartość, a jednocześnie zyskać źródło ciepła. I to książka o wulkanach zmienia nastawienie bohaterki. Aurora zaczyna rozumieć, że palenie wszystkiego zapewni tylko chwilowe rozwiązanie problemu – ale trzeba znaleźć źródło ciepła alternatywne do słońca, które przestało grzać. Zaczyna się zastanawiać nad przydatnością wulkanów w tej dziedzinie – i swoimi przypuszczeniami oraz wyjaśnieniami katuje wręcz towarzyszy podróży. Nawet jeśli jej pomysły wydają się szalone, warto im się przyjrzeć – nie ma nic do stracenia. Aurora nie szczędzi wyjaśnień na temat rodzajów wulkanów, tworzenia się magmy i ruchów skorupy ziemskiej. A wszystko po to, żeby udowodnić, że jej wizje wcale nie są zwariowane – i chociaż poprzednicy już to rozwiązanie odrzucili, być może po prostu nie przeanalizowali dokładnie wszystkich możliwości.
Wulkany zaczynają wyrastać na głównego bohatera tomiku – i coraz bardziej fascynować, po prostu udziela się czytelnikom energia i entuzjazm Aurory – nie da się czytać tej książki bez zaangażowania. To komiks, w którym nauka ma pozwolić na przetrwanie, stawka jest zatem bardzo wysoka, a rzadko w popularnonaukowych opowieściach obecne są aż takie emocje. „Wulkany. Ogień i życie” to jednak przedstawienie sytuacji wyjątkowej – i w wyjątkowy sposób. Nie liczy się tutaj po prostu relacjonowanie stanu badań, liczy się odkrywanie i próba przeprowadzenia śledztwa: czy jest możliwe wykorzystanie wulkanu jako źródła ciepła (jeśli weźmie się pod uwagę jego niszczycielską siłę). To zagadka, którą Aurora musi jak najszybciej rozwiązać – sama przeciw wszystkim. Jon Chad znalazł sposób na to, jak barwnie i ciekawie opowiedzieć o tym, co wykracza poza podstawową wiedzę odbiorców – jest w stanie zaintrygować i wciągnąć w proekologiczne rozważania. Bo przecież katastrofa klimatyczna to nie jest nieprawdopodobny scenariusz – jeśli ludzie się nie opamiętają, mogą skończyć jak bohaterowie tej historii, albo zafundować podobny scenariusz nieodległym przyszłym pokoleniom. Chad nie tylko dostarcza rozrywki i wiedzy – przekonuje pod pierwszą warstwą narracji, że warto zastanowić się nad przyszłością i doceniać to, co daje planeta. Ta książka zafascynuje nie tylko małych odkrywców zawsze ciekawych świata, zapewni sporo wrażeń wszystkim młodym czytelnikom – dobrze, że pojawia się na rynku, powinna znaleźć się w każdej biblioteczce.
niedziela, 10 marca 2024
Michael Schulman: Oscarowe wojny
Marginesy, Warszawa 2024.
Sława za zakrętem
Tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, splendor i reklama, nie ma mowy o spokoju. „Oscarowe wojny” Michaela Schulmana to przyjrzenie się historii amerykańskiej Akademii Filmowej z jej blaskami i cieniami (ale przede wszystkim z cieniami, bo to właśnie porażki i skandale przyciągną odbiorców do lektury). Obszerna, żeby nie powiedzieć monumentalna publikacja przynosi przegląd gal, ale i kulisy przyznawania Oscarów od początku pomysłu na taką nagrodę. Autor nie jest zainteresowany podsycaniem legend – jeśli jakieś wydarzenie pozbawione zostało narracyjnej efektownej otoczki, przedstawia je w takiej właśnie formie, tak jest choćby z nazwą statuetki. Z czasem przekonuje się Michael Schulman, że podążanie po prostu za kolejnymi galami nie byłoby zbyt atrakcyjne dla czytelników – i stawia na to, co stanowi odejście od normy albo zapowiedź zmian. Założycielskim kwestiom poświęca sporo miejsca – ale to ważne, żeby pokazać, skąd Oscary się wzięły i jak wyglądał kres kina niemego – istotny dla kreowania kolejnych gwiazd. Z takich to motywów autor wychodzi po to, żeby finalnie wylądować przy problemach z ogłaszaniem nagród dla „La la landu” i „Moonlight”. Po drodze przyjrzy się między innymi kwestii (nie)obecności osób o innym niż biały kolorze skóry (i próbach naprawiania tego faktu) oraz mniejszościom (szeroko pojętym) – Akademia dąży do tego, żeby za sprawą poprawności politycznej nie można jej było niczego zarzucić. Jednak rzeczywistość wyprzedza zmiany i wciąż wychodzą na jaw kolejne ograniczenia jej członków – uniemożliwiające wydawanie obiektywnych opinii. Co ciekawe, Oscary w takim ujęciu schodzą na dalszy plan, bardziej liczy się to, co wewnątrz grupy. Osobne zagadnienie zapewniają też przygotowania filmów – Michael Schulman podąża za wybranymi reżyserami i sprawdza, jakie trudności musieli oni przezwyciężać, kiedy próbowali zawalczyć o nagrody. Tak widzowie poznają między innymi kulisy filmu „Szczęki”. Perypetie wewnątrz zespołów filmowych czy postawy reżyserów przekonanych o własnej nieomylności to również interesujący trop, który w tomie się pojawia. Bywa, że dla opowieści o skandalu lub problemie Michael Schulman zapomina na dłuższą chwilę o samych Oscarach – wiadomo jednak, że wróci do zagadnienia przy okazji kolejnej gali. Radzi sobie z burzliwą narracją bez trudu, stawia po prostu na tematyzowanie zagadnień i na przejrzyste z perspektywy zwykłych czytelników komentarze – dzięki takiemu zachowaniu „Oscarowe wojny” mogą czytać nie tylko filmoznawcy, ale także szeroka – masowa – publiczność pasjonująca się motywem filmów wszech czasów. Każdy, kto chce przekonać się, jak wygląda przyznawanie Oscarów od kuchni, może w tej książce sprawdzić rozmaite perypetie i przyczyny konkretnych decyzji.
Michael Schulman pisze bardzo dobrze, reportażowo i ciekawie dla masowej publiczności. Wie, że wielu czytelników nie zadowala się śledzeniem Oscarowych nocy – i do nich przede wszystkim się kieruje ze swoją historią. Przybliża spory wycinek rzeczywistości Akademii Filmowej i pozostawia odbiorcom rozstrzyganie, czy jej istnienie ma jeszcze dzisiaj sens – i czy sprawdziło się na przestrzeni lat. Pomaga inaczej spojrzeć na same nagrody, które wprawdzie wpływają później na wybory kinomanów, ale nie zawsze wydają się najlepszym rozwiązaniem.
Sława za zakrętem
Tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, splendor i reklama, nie ma mowy o spokoju. „Oscarowe wojny” Michaela Schulmana to przyjrzenie się historii amerykańskiej Akademii Filmowej z jej blaskami i cieniami (ale przede wszystkim z cieniami, bo to właśnie porażki i skandale przyciągną odbiorców do lektury). Obszerna, żeby nie powiedzieć monumentalna publikacja przynosi przegląd gal, ale i kulisy przyznawania Oscarów od początku pomysłu na taką nagrodę. Autor nie jest zainteresowany podsycaniem legend – jeśli jakieś wydarzenie pozbawione zostało narracyjnej efektownej otoczki, przedstawia je w takiej właśnie formie, tak jest choćby z nazwą statuetki. Z czasem przekonuje się Michael Schulman, że podążanie po prostu za kolejnymi galami nie byłoby zbyt atrakcyjne dla czytelników – i stawia na to, co stanowi odejście od normy albo zapowiedź zmian. Założycielskim kwestiom poświęca sporo miejsca – ale to ważne, żeby pokazać, skąd Oscary się wzięły i jak wyglądał kres kina niemego – istotny dla kreowania kolejnych gwiazd. Z takich to motywów autor wychodzi po to, żeby finalnie wylądować przy problemach z ogłaszaniem nagród dla „La la landu” i „Moonlight”. Po drodze przyjrzy się między innymi kwestii (nie)obecności osób o innym niż biały kolorze skóry (i próbach naprawiania tego faktu) oraz mniejszościom (szeroko pojętym) – Akademia dąży do tego, żeby za sprawą poprawności politycznej nie można jej było niczego zarzucić. Jednak rzeczywistość wyprzedza zmiany i wciąż wychodzą na jaw kolejne ograniczenia jej członków – uniemożliwiające wydawanie obiektywnych opinii. Co ciekawe, Oscary w takim ujęciu schodzą na dalszy plan, bardziej liczy się to, co wewnątrz grupy. Osobne zagadnienie zapewniają też przygotowania filmów – Michael Schulman podąża za wybranymi reżyserami i sprawdza, jakie trudności musieli oni przezwyciężać, kiedy próbowali zawalczyć o nagrody. Tak widzowie poznają między innymi kulisy filmu „Szczęki”. Perypetie wewnątrz zespołów filmowych czy postawy reżyserów przekonanych o własnej nieomylności to również interesujący trop, który w tomie się pojawia. Bywa, że dla opowieści o skandalu lub problemie Michael Schulman zapomina na dłuższą chwilę o samych Oscarach – wiadomo jednak, że wróci do zagadnienia przy okazji kolejnej gali. Radzi sobie z burzliwą narracją bez trudu, stawia po prostu na tematyzowanie zagadnień i na przejrzyste z perspektywy zwykłych czytelników komentarze – dzięki takiemu zachowaniu „Oscarowe wojny” mogą czytać nie tylko filmoznawcy, ale także szeroka – masowa – publiczność pasjonująca się motywem filmów wszech czasów. Każdy, kto chce przekonać się, jak wygląda przyznawanie Oscarów od kuchni, może w tej książce sprawdzić rozmaite perypetie i przyczyny konkretnych decyzji.
Michael Schulman pisze bardzo dobrze, reportażowo i ciekawie dla masowej publiczności. Wie, że wielu czytelników nie zadowala się śledzeniem Oscarowych nocy – i do nich przede wszystkim się kieruje ze swoją historią. Przybliża spory wycinek rzeczywistości Akademii Filmowej i pozostawia odbiorcom rozstrzyganie, czy jej istnienie ma jeszcze dzisiaj sens – i czy sprawdziło się na przestrzeni lat. Pomaga inaczej spojrzeć na same nagrody, które wprawdzie wpływają później na wybory kinomanów, ale nie zawsze wydają się najlepszym rozwiązaniem.
sobota, 9 marca 2024
Seth Enoka: Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików
Helion, Gliwice 2024.
Schronienie
Coraz więcej codziennych aktywności przenosi się do sieci – warto zatem zastanowić się nad bezpieczeństwem. Seth Enoka prowadzi odbiorców przez meandry zabezpieczeń (a właściwie „wprowadzenie do podstaw” z zakresu bezpieczeństwa w małych – domowych albo firmowych systemach komputerowych. Stanowczo zabrania podejścia „przecież nie mają mi czego ukraść” – i to jedyny ukłon w stronę standardowych zachowań zwykłych użytkowników sieci. Autor nie ma czasu na rozważania na temat dzisiejszych zagrożeń, wychodzi z założenia, że czytelnicy jego tomu dorośli już do wiedzy, czym są wirusy, a czym ataki ramsomware, że przestrzegają najłatwiej dostępnych zabezpieczeń (i na przykład zakrywają kamerki w urządzeniach w nie wyposażonych). Prowadzi teraz o krok dalej: tłumaczy, jak zabezpieczyć sieć w domu (lub małej firmie) i jak nie dopuścić do wycieku danych. „Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików” to książka niewielka objętościowo, ale mocno skondensowana – nie ma tutaj rozbudowanych tekstowych rozważań, liczą się wyłącznie konkrety i wskazówki. Edukację przeprowadza Seth Enoka tak, by lektura kolejnych rozdziałów wiązała się z kolejnymi stopniami wtajemniczenia w ramach cyberbezpieczeństwa – do wyjątków należeć może rozdział o kopiach zapasowych. Wybiera określone środowisko, programy i narzędzia, których będzie używać, żeby móc budować zestawy porad – wszystko opisuje w pierwszych stronach i do czytelników należy wybór, czy będą podążać za nim i wykorzystywać między innymi Ubuntu jako system, który stanowi podstawę działania (tutaj), czy zdecydują się na własne ścieżki i wtedy będą jedynie posiłkować się kolejnymi uwagami. Jest to możliwe: autor zaznacza, że można spotkać się z podobnymi rozwiązaniami w przypadku korzystania z innych niż wybrane przez niego elementów. Chce jednak uniknąć wyraźnie rozwarstwiania narracji i nieprecyzyjności opisów – zależy mu na przejrzystości i komunikatywności, te cele osiąga bez przeszkód.
Każdy temat – każdy element bezpieczeństwa w lokalnej sieci – wyzwala dwa mechanizmy działania. Po pierwsze, Seth Enoka upewnia się, że każdy z odbiorców zrozumie zestaw wprowadzanych pojęć oraz to, dlaczego ważne jest, by zabezpieczyć dany element domowej sieci. Stosuje definicje, albo przynajmniej tłumaczy, co do czego służy – niby nic, a dzięki takiemu zabiegowi z książki skorzystać mogą nawet laicy, dla których do tej pory informatyczne terminy były kompletnie nieczytelne. Następnie nastawia się na działanie: w rozbitych na punkty poradach wyjaśnia krok po kroku, co należy zrobić, żeby osiągnąć zamierzony efekt. I to strzał w dziesiątkę: czytelnicy bez trudu poradzą sobie z konfigurowaniem sprzętu, instalowaniem (lub nie) oprogramowania i z zabezpieczaniem sieci przed atakami z zewnątrz – nieważna jest istota samych ataków, liczy się bezpieczeństwo użytkowników lokalnej sieci. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, a jeśli gdzieś możliwe są inne niż zaznaczone przez autora rozwiązania, Seth Enoka z pewnością o nich wspomni. W związku z tym do poradnika można podejść z niewielką praktyką w dziedzinie IT – i dać sobie radę z realizowaniem tych podpowiedzi. Seth Enoka zwraca też uwagę na coś dzisiaj jeszcze często pomijane w dyskusjach nad bezpieczeństwem: internet rzeczy. Przypomina, że na złośliwe ataki narażone są nie tylko komputery, laptopy i smartfony, ale także inteligentne odkurzacze czy… żarówki w domu. Uczy, jak zabezpieczyć całą sieć i jak nie zgubić się w gąszczu programów. Pisze precyzyjnie, jasno i bez fajerwerków stylistycznych – więc trafi do każdego, kto potrzebuje rzeczowych uwag.
Schronienie
Coraz więcej codziennych aktywności przenosi się do sieci – warto zatem zastanowić się nad bezpieczeństwem. Seth Enoka prowadzi odbiorców przez meandry zabezpieczeń (a właściwie „wprowadzenie do podstaw” z zakresu bezpieczeństwa w małych – domowych albo firmowych systemach komputerowych. Stanowczo zabrania podejścia „przecież nie mają mi czego ukraść” – i to jedyny ukłon w stronę standardowych zachowań zwykłych użytkowników sieci. Autor nie ma czasu na rozważania na temat dzisiejszych zagrożeń, wychodzi z założenia, że czytelnicy jego tomu dorośli już do wiedzy, czym są wirusy, a czym ataki ramsomware, że przestrzegają najłatwiej dostępnych zabezpieczeń (i na przykład zakrywają kamerki w urządzeniach w nie wyposażonych). Prowadzi teraz o krok dalej: tłumaczy, jak zabezpieczyć sieć w domu (lub małej firmie) i jak nie dopuścić do wycieku danych. „Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików” to książka niewielka objętościowo, ale mocno skondensowana – nie ma tutaj rozbudowanych tekstowych rozważań, liczą się wyłącznie konkrety i wskazówki. Edukację przeprowadza Seth Enoka tak, by lektura kolejnych rozdziałów wiązała się z kolejnymi stopniami wtajemniczenia w ramach cyberbezpieczeństwa – do wyjątków należeć może rozdział o kopiach zapasowych. Wybiera określone środowisko, programy i narzędzia, których będzie używać, żeby móc budować zestawy porad – wszystko opisuje w pierwszych stronach i do czytelników należy wybór, czy będą podążać za nim i wykorzystywać między innymi Ubuntu jako system, który stanowi podstawę działania (tutaj), czy zdecydują się na własne ścieżki i wtedy będą jedynie posiłkować się kolejnymi uwagami. Jest to możliwe: autor zaznacza, że można spotkać się z podobnymi rozwiązaniami w przypadku korzystania z innych niż wybrane przez niego elementów. Chce jednak uniknąć wyraźnie rozwarstwiania narracji i nieprecyzyjności opisów – zależy mu na przejrzystości i komunikatywności, te cele osiąga bez przeszkód.
Każdy temat – każdy element bezpieczeństwa w lokalnej sieci – wyzwala dwa mechanizmy działania. Po pierwsze, Seth Enoka upewnia się, że każdy z odbiorców zrozumie zestaw wprowadzanych pojęć oraz to, dlaczego ważne jest, by zabezpieczyć dany element domowej sieci. Stosuje definicje, albo przynajmniej tłumaczy, co do czego służy – niby nic, a dzięki takiemu zabiegowi z książki skorzystać mogą nawet laicy, dla których do tej pory informatyczne terminy były kompletnie nieczytelne. Następnie nastawia się na działanie: w rozbitych na punkty poradach wyjaśnia krok po kroku, co należy zrobić, żeby osiągnąć zamierzony efekt. I to strzał w dziesiątkę: czytelnicy bez trudu poradzą sobie z konfigurowaniem sprzętu, instalowaniem (lub nie) oprogramowania i z zabezpieczaniem sieci przed atakami z zewnątrz – nieważna jest istota samych ataków, liczy się bezpieczeństwo użytkowników lokalnej sieci. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, a jeśli gdzieś możliwe są inne niż zaznaczone przez autora rozwiązania, Seth Enoka z pewnością o nich wspomni. W związku z tym do poradnika można podejść z niewielką praktyką w dziedzinie IT – i dać sobie radę z realizowaniem tych podpowiedzi. Seth Enoka zwraca też uwagę na coś dzisiaj jeszcze często pomijane w dyskusjach nad bezpieczeństwem: internet rzeczy. Przypomina, że na złośliwe ataki narażone są nie tylko komputery, laptopy i smartfony, ale także inteligentne odkurzacze czy… żarówki w domu. Uczy, jak zabezpieczyć całą sieć i jak nie zgubić się w gąszczu programów. Pisze precyzyjnie, jasno i bez fajerwerków stylistycznych – więc trafi do każdego, kto potrzebuje rzeczowych uwag.
piątek, 8 marca 2024
My Little Pony. Uroczystość. Moja czytanka
Harperkids, Warszawa 2024.
Odznaczenie
W życiu każdego kucyka jest taki wyjątkowy dzień. Najpierw to moment, w którym na boku pojawia się znamię: to symbol unikatowych umiejętności, talentów albo cech, które zamieniają się niemal w supermoc i w pewien sposób definiują bohaterkę w lokalnej społeczności. Nawet jeśli kucyki martwią się, że nie uda im się odkryć własnych atutów, znamię przyjdzie z czasem, pojawi się w odpowiedzi na jakieś ważne zadanie albo reakcję w odpowiednim momencie. Niektóre bohaterki dopiero w momencie pojawienia się znaczka przekonują się, w czym są naprawdę dobre – albo jak mogą być postrzegane. Wszystkie kucyki, które już weszły w posiadanie znamienia – bajkowy odpowiednik dojrzewania – mogą przedstawić swoje talenty na specjalnym pokazie. Wiosenne Święto Znaczka to uroczystość odbywająca się w pałacu i połączona z prezentacją umiejętności – każdy może udowodnić, że na znaczek zasłużył. To okazja do świętowania i radości, wszyscy bardzo się cieszą i kibicują sobie nawzajem, wszyscy też potrzebują rytuału przejścia, żeby podkreślić znaczenie znamienia. Wszyscy… tylko Misty ma z tym pewien problem. Zbliża się kolejne święto, wszystkie przyjaciółki Misty są podekscytowane, że oto mała klaczka dołączy do ich grona – do grona tych, które mają już na ciele znaczek – dołączy oficjalnie, bo przecież znamię już się pojawiło i nie zniknie. Potrzeba jeszcze odpowiedniej oprawy dla podkreślenia tego faktu. Podekscytowane kucyki po kolei opowiadają sobie, jak zapracowały na swoje znaczki – każda z bohaterek skrótowo opowiada o swoich doświadczeniach, co staje się dość tendencyjnym z perspektywy dorosłych przeglądem odpowiednich zachowań i oczekiwanych reakcji – każdy kucyk może udowodnić swoją przydatność czy dobre wychowanie – każdy sprawdził się w chwili próby i każdy swoim zachowaniem w zasadzie dał dobry przykład odbiorcom spoza bajkowego świata. Ten przegląd ideałów i wzorów do naśladowania zmienia się trochę za sprawą Misty. Bohaterka wie, że powinna z pozostałymi kucykami cieszyć się nadchodzącym świętem, tymczasem… paraliżuje ją strach. Okazuje się, że nie było wyjątków, żaden kucyk w historii nie wyłamał się przed prezentacją – każdy poradził sobie z wystąpieniem przed licznym gronem innych. Im bliżej wielkiego święta, tym gorzej czuje się jednak Misty, motywowana przez koleżanki. Trema wręcz paraliżuje bohaterkę – i całkowicie uniemożliwia cieszenie się z nadchodzącej uroczystości. „Uroczystość” to krótkie opowiadanie do samodzielnego czytania przez małe fanki My Little Pony – książeczka, w której nie trzeba zbytnio się wysilać, żeby nadążyć za fabułą, raczej statyczna ze względu na przyjętą formę i kompozycję szkatułkową: przygotowania do święta zdominowały tu opowieści o poprzednich sukcesach przyjaciółek Misty, to wystarcza do zbudowania klimatu. Autorom potrzebne jest tylko podkreślenie niepewności i zagubienia, tremy i strachu przed publicznymi wystąpieniami w wykonaniu głównej bohaterki. Misty ma pokazywać dzieciom, że zupełnie normalne jest odczuwanie lęku i niechęć do prezentowania się na gali – niektórzy wolą po prostu pozostać w cieniu i dla nich świętowanie oznacza coś zupełnie innego niż uroczyste odznaczenia czy prezentacje talentów. Cała opowieść przygotowana została tak, żeby mali czytelnicy zrozumieli, że nie ma nic złego w różnicach i w podejściu do określonych spraw. Najlepsze przesłanie tomiku kryje się w zachowaniu grupy przyjaciółek Misty – kiedy dowiadują się, na czym polega problem bohaterki, znajdują idealne rozwiązanie, które pozwoli zachować spokój i jednocześnie odpowiednio uczcić przejście do grona kucyków ze znaczkiem na boku.
Odznaczenie
W życiu każdego kucyka jest taki wyjątkowy dzień. Najpierw to moment, w którym na boku pojawia się znamię: to symbol unikatowych umiejętności, talentów albo cech, które zamieniają się niemal w supermoc i w pewien sposób definiują bohaterkę w lokalnej społeczności. Nawet jeśli kucyki martwią się, że nie uda im się odkryć własnych atutów, znamię przyjdzie z czasem, pojawi się w odpowiedzi na jakieś ważne zadanie albo reakcję w odpowiednim momencie. Niektóre bohaterki dopiero w momencie pojawienia się znaczka przekonują się, w czym są naprawdę dobre – albo jak mogą być postrzegane. Wszystkie kucyki, które już weszły w posiadanie znamienia – bajkowy odpowiednik dojrzewania – mogą przedstawić swoje talenty na specjalnym pokazie. Wiosenne Święto Znaczka to uroczystość odbywająca się w pałacu i połączona z prezentacją umiejętności – każdy może udowodnić, że na znaczek zasłużył. To okazja do świętowania i radości, wszyscy bardzo się cieszą i kibicują sobie nawzajem, wszyscy też potrzebują rytuału przejścia, żeby podkreślić znaczenie znamienia. Wszyscy… tylko Misty ma z tym pewien problem. Zbliża się kolejne święto, wszystkie przyjaciółki Misty są podekscytowane, że oto mała klaczka dołączy do ich grona – do grona tych, które mają już na ciele znaczek – dołączy oficjalnie, bo przecież znamię już się pojawiło i nie zniknie. Potrzeba jeszcze odpowiedniej oprawy dla podkreślenia tego faktu. Podekscytowane kucyki po kolei opowiadają sobie, jak zapracowały na swoje znaczki – każda z bohaterek skrótowo opowiada o swoich doświadczeniach, co staje się dość tendencyjnym z perspektywy dorosłych przeglądem odpowiednich zachowań i oczekiwanych reakcji – każdy kucyk może udowodnić swoją przydatność czy dobre wychowanie – każdy sprawdził się w chwili próby i każdy swoim zachowaniem w zasadzie dał dobry przykład odbiorcom spoza bajkowego świata. Ten przegląd ideałów i wzorów do naśladowania zmienia się trochę za sprawą Misty. Bohaterka wie, że powinna z pozostałymi kucykami cieszyć się nadchodzącym świętem, tymczasem… paraliżuje ją strach. Okazuje się, że nie było wyjątków, żaden kucyk w historii nie wyłamał się przed prezentacją – każdy poradził sobie z wystąpieniem przed licznym gronem innych. Im bliżej wielkiego święta, tym gorzej czuje się jednak Misty, motywowana przez koleżanki. Trema wręcz paraliżuje bohaterkę – i całkowicie uniemożliwia cieszenie się z nadchodzącej uroczystości. „Uroczystość” to krótkie opowiadanie do samodzielnego czytania przez małe fanki My Little Pony – książeczka, w której nie trzeba zbytnio się wysilać, żeby nadążyć za fabułą, raczej statyczna ze względu na przyjętą formę i kompozycję szkatułkową: przygotowania do święta zdominowały tu opowieści o poprzednich sukcesach przyjaciółek Misty, to wystarcza do zbudowania klimatu. Autorom potrzebne jest tylko podkreślenie niepewności i zagubienia, tremy i strachu przed publicznymi wystąpieniami w wykonaniu głównej bohaterki. Misty ma pokazywać dzieciom, że zupełnie normalne jest odczuwanie lęku i niechęć do prezentowania się na gali – niektórzy wolą po prostu pozostać w cieniu i dla nich świętowanie oznacza coś zupełnie innego niż uroczyste odznaczenia czy prezentacje talentów. Cała opowieść przygotowana została tak, żeby mali czytelnicy zrozumieli, że nie ma nic złego w różnicach i w podejściu do określonych spraw. Najlepsze przesłanie tomiku kryje się w zachowaniu grupy przyjaciółek Misty – kiedy dowiadują się, na czym polega problem bohaterki, znajdują idealne rozwiązanie, które pozwoli zachować spokój i jednocześnie odpowiednio uczcić przejście do grona kucyków ze znaczkiem na boku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






