* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmoznawstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmoznawstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 czerwca 2024

Quentin Tarantino: Spekulacje o kinie

Marginesy, Warszawa 2024.

Czytanie kina

Skąd Quentin Tarantino wie tyle o kinie – wyjaśnia sam, w eseju, w którym pokazuje, jak jako mały chłopiec chodził na kolejne seanse dla dorosłych ze swoją mamą. Stopniowo nasiąkał tym wszystkim, co potrzebne, żeby stać się znawcą kina – i zaszczepiał w sobie pasję do filmów. I chociaż dzisiaj Quentina Tarantino wszyscy kojarzą jako reżysera, ma on naprawdę dużo do powiedzenia o filmach – i z pewnością swoimi uwagami wzbogaci stan wiedzy kinomanów oraz filmoznawców. Jego „Spekulacje o kinie” to lektura porywająca, intrygująca i miejscami drapieżna – ale jest w tym wszystkim umiejętność poprowadzenia głębokich analiz i przedstawiania ich w atrakcyjny sposób czytelnikom. Quentin Tarantino ogląda filmy, zestawia odbiór po latach z pierwszymi, naiwnymi reakcjami – z czasem potrafi też spojrzeć całościowo na dorobek reżysera albo umieścić wybrany wątek w kontekście i przeprowadzić jego diachroniczną genezę. W efekcie „Spekulacje o kinie” to książka, od której trudno się oderwać – i która pokaże inny sposób patrzenia na filmy. Ten tom składa się z tematycznych esejów różnego rodzaju, nie zawsze są to opowieści poświęcone wybranemu tytułowi, częściej autor wybiera gawędy i swobodne (pozornie) strumienie myśli, dzieli się z czytelnikami swoimi odkryciami i fascynacjami, jest w tym precyzyjny i szczery do bólu – zdarza się, że wystawia druzgocące recenzje, ale nie ośmieszanie innych czy wytykanie błędów jest jego celem, a dobro filmów samych w sobie. Tarantino może powiedzieć czytelnikom, jak zmieniłyby się ich ulubione filmy, gdyby rolę przyjął inny aktor, albo gdyby za reżyserię wziął się ten, który pierwotnie miał to zrobić – przedstawia alternatywne wersje kinowych obrazów i robi to bardzo przekonująco. Do tego podejmuje bez przerwy dialog z twórcami – wie, na co ich stać i kiedy kopiują własne pomysły, a kiedy nawiązują do innych. Z perspektywy czasu może też analizować i komentować momenty przełomowe, sceny, które zmieniły kino na zawsze. I takie spojrzenie w „Spekulacjach o kinie” spotyka się ciągle. Autor zamienia się we wnikliwego komentatora, specjalistę od filmowej kuchni – dzieli się z odbiorcami wszystkim, co sam odkrył, zapewnia im wyjaśnienia co bardziej zawiłych struktur i sprawia, że nagle budowa filmu okazuje się oczywista. Nie stroni od dowcipów i od ciętego języka – zdarza się mu dosadnie podsumowywać spostrzeżenia i dawać upust emocjom. Te eseje mają też wymiar komiczny (przekona się o tym każdy przerażony, że filmy dla dorosłych wpływają na psychikę dziecka: Tarantino przyznaje się do najtrudniejszej sceny ze swoich najmłodszych kinowych lat), autor dba o puenty i wie, jaka jest ich rola w tekstach. Unika schematyczności – nie pozwala sobie na powtarzalność w stylach czy konstrukcjach kolejnych esejów, zawsze wie, co chce przekazać i dlaczego to robi. Dzięki temu „Spekulacje o kinie” z jednej strony są wartościową lekturą dla wszystkich szukających rozrywki i wytchnienia, z drugiej – zestawem bardzo przydatnych narzędzi dla fachowców. Jest to książka, która wciąga nie tylko ze względu na przedstawiane tu tytuły.

niedziela, 10 marca 2024

Michael Schulman: Oscarowe wojny

Marginesy, Warszawa 2024.

Sława za zakrętem

Tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, splendor i reklama, nie ma mowy o spokoju. „Oscarowe wojny” Michaela Schulmana to przyjrzenie się historii amerykańskiej Akademii Filmowej z jej blaskami i cieniami (ale przede wszystkim z cieniami, bo to właśnie porażki i skandale przyciągną odbiorców do lektury). Obszerna, żeby nie powiedzieć monumentalna publikacja przynosi przegląd gal, ale i kulisy przyznawania Oscarów od początku pomysłu na taką nagrodę. Autor nie jest zainteresowany podsycaniem legend – jeśli jakieś wydarzenie pozbawione zostało narracyjnej efektownej otoczki, przedstawia je w takiej właśnie formie, tak jest choćby z nazwą statuetki. Z czasem przekonuje się Michael Schulman, że podążanie po prostu za kolejnymi galami nie byłoby zbyt atrakcyjne dla czytelników – i stawia na to, co stanowi odejście od normy albo zapowiedź zmian. Założycielskim kwestiom poświęca sporo miejsca – ale to ważne, żeby pokazać, skąd Oscary się wzięły i jak wyglądał kres kina niemego – istotny dla kreowania kolejnych gwiazd. Z takich to motywów autor wychodzi po to, żeby finalnie wylądować przy problemach z ogłaszaniem nagród dla „La la landu” i „Moonlight”. Po drodze przyjrzy się między innymi kwestii (nie)obecności osób o innym niż biały kolorze skóry (i próbach naprawiania tego faktu) oraz mniejszościom (szeroko pojętym) – Akademia dąży do tego, żeby za sprawą poprawności politycznej nie można jej było niczego zarzucić. Jednak rzeczywistość wyprzedza zmiany i wciąż wychodzą na jaw kolejne ograniczenia jej członków – uniemożliwiające wydawanie obiektywnych opinii. Co ciekawe, Oscary w takim ujęciu schodzą na dalszy plan, bardziej liczy się to, co wewnątrz grupy. Osobne zagadnienie zapewniają też przygotowania filmów – Michael Schulman podąża za wybranymi reżyserami i sprawdza, jakie trudności musieli oni przezwyciężać, kiedy próbowali zawalczyć o nagrody. Tak widzowie poznają między innymi kulisy filmu „Szczęki”. Perypetie wewnątrz zespołów filmowych czy postawy reżyserów przekonanych o własnej nieomylności to również interesujący trop, który w tomie się pojawia. Bywa, że dla opowieści o skandalu lub problemie Michael Schulman zapomina na dłuższą chwilę o samych Oscarach – wiadomo jednak, że wróci do zagadnienia przy okazji kolejnej gali. Radzi sobie z burzliwą narracją bez trudu, stawia po prostu na tematyzowanie zagadnień i na przejrzyste z perspektywy zwykłych czytelników komentarze – dzięki takiemu zachowaniu „Oscarowe wojny” mogą czytać nie tylko filmoznawcy, ale także szeroka – masowa – publiczność pasjonująca się motywem filmów wszech czasów. Każdy, kto chce przekonać się, jak wygląda przyznawanie Oscarów od kuchni, może w tej książce sprawdzić rozmaite perypetie i przyczyny konkretnych decyzji.

Michael Schulman pisze bardzo dobrze, reportażowo i ciekawie dla masowej publiczności. Wie, że wielu czytelników nie zadowala się śledzeniem Oscarowych nocy – i do nich przede wszystkim się kieruje ze swoją historią. Przybliża spory wycinek rzeczywistości Akademii Filmowej i pozostawia odbiorcom rozstrzyganie, czy jej istnienie ma jeszcze dzisiaj sens – i czy sprawdziło się na przestrzeni lat. Pomaga inaczej spojrzeć na same nagrody, które wprawdzie wpływają później na wybory kinomanów, ale nie zawsze wydają się najlepszym rozwiązaniem.

wtorek, 15 października 2019

Piotr Czerkawski: Drżące kadry. Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u

Czarne, Wołowiec 2019.

Jak to dawniej się tworzyło

Bierze Piotr Czerkawski pod lupę specyfikę robienia filmów w PRL-u – rozmawia z reżyserami (uznanymi i znanymi, wśród jego rozmówców znajdują się Jerzy Hoffman, Kazimierz Kutz, Jerzy Gruza, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi, Janusz Zaorski czy Marek Piwowski) i wypytuje o to, jak im się tworzyło w czasach, które – w opinii powszechnej – nie sprzyjały tworzeniu. Do każdego z rozmówców podchodzi indywidualnie, czasami będzie zajmować się bardziej wspomnieniami z dzieciństwa i próbą pokazania korzeni danego reżysera, czasami od razu przechodzi do rzeczy i przygląda się karierze. Lubi zajrzeć w przeszłość, do młodości i pomysłów niebanalnych, żeby pokazać, że jego rozmówcy mieli sporą wyobraźnię i odwagę – nie bali się ekstremalnych rozwiązań, albo – zaskakiwali otoczenie. Sięga do biografii, potrzebne mu są ciekawostki z życia, żeby miał jak poprowadzić rozmowę. Innym razem wybiera drogę filmową i zajmuje się samymi obrazami – zastanawia się nad wyzwaniami i trudami, nad przyjęciem filmu i nad reakcjami publiczności. Dom – studia – praca na planie – to tematy, które najczęściej powracają w pytaniach.

Piotr Czerkawski nie chce wybijać się na pierwszy plan jako autor wyszukanych pytań i kwestii, które zbijają z tropu nawet najbardziej wprawionych w udzielaniu wywiadów. Pyta prosto (czasem nawet wręcz banalnie) i świadomy, co zainteresować może czytelników. Wyciąga na światło dzienne rozmaite smaczki, a kiedy ma barwnego rozmówcę (jak w przypadku Kazimierza Kutza, z którym rozmawiał na kilka miesięcy przed śmiercią reżysera) – pozwala mu po prostu opowiadać i tylko podtrzymuje rozmowę. To dla czytelników oznacza, że nie znajdą uporządkowanych danych czy życiorysowych faktów – raczej zestaw wspomnień i refleksji luźno powracających. Nie będzie zagłębiania się w zasady powstawania kolejnych filmów – ale drobiazgi z planu jak najbardziej. Czerkawski nie prowadzi rozmów według jednego schematu, trudno zatem pokazywać czynniki spajające książkę, albo szukać szkieletu konstrukcyjnego – tu każda rozmowa ma swoją własną wewnętrzną dynamikę i nie da się zderzać kolejnych wywiadów ze sobą. Jedno, od czego Czerkawski ucieka, to widmo szarości PRL-u. Niby wiadomo, jakie były warunki tworzenia, ale autor nie zamierza obsesyjnie do nich nawiązywać, woli sprawdzać, jak się reżyserom tworzyło – i z jakimi problemami się zderzali – bo te niekoniecznie wypływały z systemu.

Jednak ów wewnętrzny „chaos” czy może po prostu brak uporządkowania jest też w lekturze największym mankamentem – nie wiadomo bliżej, dlaczego Czerkawski zdecydował się na taką książkę i co chce odbiorcom przez nią udowodnić – proponuje ciekawostkę, uzupełnienie wiadomości filmowo-biograficznych, a nie pełną opowieść o reżyserii w czasach PRL-u. Raczej trudno wskazać zatem jednoznacznie grono odbiorców, które mogłoby sięgać po ten tom – częściej trafi się na niego z przypadku niż z zapotrzebowania.

piątek, 26 kwietnia 2019

Historia kina. Red. naukowa: Philip Kemp

Arkady, Warszawa 2019.

O filmach najważniejszych

Ta książka jest tak samo potrzebna jak niemożliwa do stworzenia w monumentalnym kształcie. Wiadomo, że autorzy musieli mnóstwo odrzucić, wiadomo, że odbiorcy nie znajdą tutaj wszystkich ulubionych filmów – ale zyskają ważne podstawy, przegląd tematów, charakterystycznych scen czy ulubionych reżyserskich rozwiązań. To encyklopedia, książka, której nie czyta się jednym tchem – ale którą zawsze warto mieć pod ręką, żeby sprawdzać, porównywać i poznawać nowe szczegóły. Jest to publikacja cenna ze względu na zawartość – może dlatego wydana została na kredowym papierze i w twardej oprawie, w połączeniu z objętością zapewnia jej to sporą wagę. Autorom udało się jeszcze zmieścić tu mnóstwo materiałów zdjęciowych i graficznych: kadrów z filmów czy plakatów, osi czasu, na których zaznaczają ważne punkty, przełomy i nowości… Kosztem staje się bardzo mały druk, męczący wzrok na dłuższą metę – i przybliżający jeszcze w aspekcie edytorskim skojarzenia z encyklopedią.

Przemyślana jest ta publikacja w strukturze, zresztą trudno się dziwić: to książka przygotowywana przez różnych autorów. Dzięki temu, że mają do wypełnienia konkretny schemat, nie będzie tu stylistycznych przeskoków, zawsze wiadomo, czego można się spodziewać. Teksty są rzetelne, pełne konkretów – nie ma w nich miejsca na interpretacje ani na poszukiwanie znaczeń, liczą się fakty a nie artyzm – nieuchwytny powód oglądania filmów. Opowieści o kolejnych obrazach porządkowane są za sprawą chronologii, a później – tematów, zwykle przełomowych lub charakterystycznych dla czasów. Tematem może być nowy gatunek (lub modyfikacja istniejącego) albo lubiany w fabule wątek, obecność charakterystycznych aktorek czy… kreskówka. Początek nowego rozdziału oznacza ciekawe wprowadzenie, komentarz obejmujący zjawiska i wybory autorów, odwołania i odniesienia. To tekst przygotowujący do dalszej lektury, ale sam w sobie wartościowy, naświetlający kontekst. Później przychodzi czas na prezentację wybranego filmu (albo filmów). To streszczenie fabuły i wyjaśnienie jej znaczenia w kulturze. Sylwetka reżysera (opcjonalnie) i… rozpisane najważniejsze rzeczy w zestawieniu z kadrami. To pozwala błyskawicznie zorientować się w istotnych kwestiach filmowych. Wiadomości są tu skondensowane i przemyślane, autorzy nie zostali wybrani przypadkowo – dysponują dużą wiedzą i swobodnie poruszają się po swoich zagadnieniach. Funkcjonują jako autorytety – i zarażają pasją. Wybierane są tu tematy intrygujące – raz gatunki z popkultury, raz – kino z różnych stron świata. Niektóre obrazy należą do stale obecnych w świadomości widzów, to filmy, które każdy zna – i do których chętnie się wraca. Ale można potraktować też książkę jako przewodnik, wytyczanie tytułów, które poznać się powinno. „Historia kina” to kompendium, książka od początku obmyślona tak, żeby zmieścić jak najwięcej wiadomości. Da się ją potraktować jako zestaw inspiracji, ale przede wszystkim to niezbędnik dla odbiorców ceniących sobie dobre kino. Na szczęście i filmy ambitne, i „kultowe” masówki opracowywane są tu z takim samym zaangażowaniem, nie ma bagatelizowania motywów. To opracowanie zwraca na siebie uwagę dokładnością, starannością w realizowaniu tematów. Olbrzymia książka spodoba się kinomanom, z pewnością wzbogaci ich wiedzę. Sięgać do niej można przy okazji oglądania ważnych dzieł – albo dla rozczytywania rozwiązań.

sobota, 10 lutego 2018

Julia Popkiewicz: Casting. Pierwsze spotkanie aktor - reżyser

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2017.

Przed rolą

Julia Popkiewicz zna temat castingów od strony praktycznej. I gdyby poprzestała na prowadzeniu warsztatów czy wykładach dla zainteresowanych, prawdopodobnie robiłaby furorę wśród słuchaczy. Ale wzięła się za spisanie swojej wiedzy, a tu już doświadczenie nie wystarczy. Trzeba jeszcze warsztatu pisarskiego albo chociaż bezwzględnego redaktora. Mimo że „Casting” wiele cennych informacji zawiera i może stanowić skrypt dla adeptów aktorstwa (a nawet naturszczyków marzących o pracy przed kamerami), napisany jest bardzo źle. I to na wielu etapach, począwszy od naiwności w narracji aż po rażące błędy stylistyczne i gramatyczne (o fatalnej ortografii i interpunkcji nie wspominając). Autorka wychodzi z założenia, że może pisać tak, jakby mówiła – nie dostrzega różnic między stylem pisanym a mówionym, dokładnie widać to, kiedy spisuje wypowiedź z filmiku. W efekcie czytelników poszukujących konkretów razić będą fatyczne wstawki, wszelkiego rodzaju wypełniacze ciszy, którymi Popkiewicz przesyca tekst. Ich usunięcie w procesie redakcji skróciłoby tom o co najmniej połowę i wymagałoby przejścia na fachowy, bezemocjonalny styl. Na to jednak nikt się nie zdecydował i w efekcie Julia Popkiewicz autorytetu sobie książką nie zbuduje, nawet jeśli sprawdza się jako reżyser obsady.

Wielka szkoda, że niedbała forma przysłania treść, bo taka książka była na rynku potrzebna – to zestaw praktycznych porad dla aktorów przygotowujących się do udziału w castingu. Autorka pokazuje, jakich błędów unikać, jakie zachowania przekreślają szansę na angaż, a na co można sobie pozwolić w kontakcie z ekipą filmową. Uczy przygotowywania portfolio, ale i wpaja podstawowe zasady zachowania się przed kamerą. Tłumaczy, jak dobiera się aktorów do wizji reżysera i co może pierwsze decyzje zmienić. Nakreśla zasady współpracy z agentami. Podpowiada, gdzie zdobywać doświadczenie i jak kierować swoją karierą, żeby nie wpaść w pułapki. Ze znawstwem porusza się po świecie szołbiznesu (chociaż czasami rażą manieryczne sformułowania typu „w reż. Małgośki Szumowskiej”) i wprowadza do niego odbiorców. Przygotowuje poglądowe zdjęcia oraz wyciągi wiadomości w formie wypunktowanych notatek. Nie zapomina i o drugiej stronie – o osobach przeprowadzających casting i pośredniczących między aktorem a reżyserem. Objaśnia role na planie filmowym i znaczenie poszczególnych jego elementów (wielką wagę przywiązuje do podziału zadań i formy, widać w tym echa akademickiego podejścia, jakby w ten sposób uogólnianie stało się prawomocne). Nie ulega wątpliwości, że od strony praktycznej tom może się przydać – przygotować, dodać otuchy i zredukować stres przed ubieganiem się o wymarzoną rolę.

Swojej wiedzy i doświadczenia Julia Popkiewicz nie umie jednak sprzedać. Fatalna jakość tekstu odbiera chęć śledzenia go. Nie można przytaczać konkretnych sytuacji z własnej pracy, jeśli nie umie się ich spuentować. Autorka zwyczajnie męczy stylem pisania, wiarą w to, że wystarczy zanotować wygłaszane opowieści, by powstała pełnowymiarowa książka. Aż dziwne, że doskonałe wydawnictwo wypuszcza na rynek tak niedopracowany produkt. Korektę za notoryczne przecinki między podmiotem i orzeczeniem w zdaniu trzeba by przenieść do podstawówki, i to na kilka lat. Chyba że tej korekty w ogóle nie było…

środa, 31 stycznia 2018

Marek Hendrykowski: Aktor i aktorstwo filmowe

Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2017.

Gra

Chociaż tom „Aktor i aktorstwo filmowe” został wydany jako publikacja naukowa – i ukazuje się w serii filmoznawczej – spostrzeżeń Marka Hendrykowskiego nie można nazwać studiami ani przedstawiać świadomym tematu odbiorcom jako pozycji odkrywczej. Autor stawia raczej na ogólnikowość, proste uwagi, zamykane w krótkich, niemal internetowo-felietonowych notatkach. Niewiele sam odkrywa, najczęściej zwyczajnie referuje prace innych, nie konfrontując wyczytanych wiadomości z obfitą przecież bibliografią przedmiotu. Wybiórczość w sięganiu po lektury i w doborze tez sprawiają, że na takiej pozycji skorzystają zwyczajni czytelnicy, odbiorcy niezwiązani ze środowiskiem aktorskim. Zwykłym czytelnikom Hendrykowski uświadamia szereg ciekawostek wiążących się a to z charyzmą aktora („aurą”, jak określa to autor), a to z aktorami charakterystycznymi lub naturszczykami, z motywem gwiazdorstwa i kultu gwiazd. Czasami zaskakuje przejściem do przeszłości: referuje między innymi spostrzeżenia Jerzego Ziomka sprzed pół wieku, zajmuje się też aktorstwem socrealizmu – czyli tym, co dzisiejszym odbiorcom niekoniecznie wyda się warte uwagi. Sięga zresztą do klasyki nie tylko z opracowań, ale i samych filmów – opisuje aktorów już sklasyczniałych, rozczytanych – jakby unikał prezentowania własnych opinii i wiążącego się z tym ryzyka błędu. Czytelników przyciągnąć może pisaniem o nagości i „sex appealu”, ale rozdziały, które są najbardziej tu wartościowe, są jednocześnie najbardziej rozbudowane, a dotyczą kolejno: aktorskiego ansamblu, fenomenologii spojrzenia i aktora jako cyfrowej marionety.

I tu pojawia się właśnie motyw ograniczający zasięg odbiorców, chociaż wydawałoby się to paradoksalne, bo zamiast do specjalistów, kieruje się Hendrykowski do masowej publiczności. Gdyby pisał dla studentów, adeptów aktorstwa czy ludzi związanych z branżą, musiałby zaoferować większy stopień szczegółowości, zagłębienie się w temat. Jeśli tylko przebiega wybrane składniki, nie poświęcając im zbyt dużo czasu, nie przekona czytelników do przemyśleń na temat istoty aktorstwa, nie zapewni wtajemniczonym wystarczającej do sięgnięcia po lekturę motywacji. Tymczasem większą część tomu zajmują szkice ultrakrótkie, pozwalające wyłącznie na zarysowanie tematu wartego uwagi – a nie na rozczytanie go, nie mówiąc o jakichkolwiek głębszych analizach. Jeśli doda się do tego brak odkrywczości, czy niechęć autora do wprowadzania własnych sądów, nie ma punktu zaczepienia dla fachowców. Wiele razy Hendrykowski zaczyna temat, wydaje się, że poprowadzi odbiorców do oryginalnego komentarza – ale po pobieżnym przejrzeniu podstawowych skojarzeń autor zamyka rozdział, a z nim i motyw. Kiedy tylko pisze dłuższy tekst, kiedy powołuje się na więcej niż jedno źródło – automatycznie proponuje bardziej atrakcyjne szkice. Pisze stosunkowo prosto, nie używa specjalistycznego słownictwa (a strukturalizm już się odbiorcom powinien wystarczająco oswoić, by nie sprawiał problemów w lekturze).

„Aktor i aktorstwo filmowe” to nie próba uporządkowania tematów wiążących się z prezentowaniem ról, a zbiór skojarzeń opracowywanych na wzór internetowych artykułów. Autor zamiast kompendium wiedzy o filmowym odgałęzieniu aktorstwa zabiera się za omawianie dość przypadkowego zestawu wątków – bez nadrzędnej idei, bez konstrukcji, która trzymałaby całość w ryzach. Tom Hendrykowskiego to dobry wstęp do zainteresowania się aktorstwem od strony teoretycznej – pierwszym tropem kolejnych poszukiwań będzie zamieszczona tu wybiórcza bibliografia. Dalej już zarażeni bakcylem aktorstwa będą musieli radzić sobie sami. I raczej nie będą mieli z tym większych problemów.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Grzegorz Rogowski: Skazane na zapomnienie. Polskie aktorki filmowe na emigracji

Muza SA, Warszawa 2017.

Sława bez pamięci

Podwójnie Grzegorz Rogowski oddala bohaterki tej książki od rzeczywistości znanej czytelnikom. Dystans czasowy i terytorialny nakłada się u niego na zniknięcie ze świadomości społecznej. Bo prezentowane w tomie „Skazane na zapomnienie” nazwiska w większości przypadków nic odbiorcom nie powiedzą, lub – powiedzą bardzo mało. Autor nie sięga do popularnych przedwojennych filmów, które do dzisiaj cieszą się uznaniem kinomanów, a jeśli już – wyłuskuje z nich postacie epizodyczne, dalszoplanowe. Artystki, które może i miały pomysł na pokierowanie własną karierą, ale przez drugą wojnę światową nie mogły w pełni realizować planów. Są tu postacie, które uważny widz wypatrzy we wskazanych produkcjach, są i takie, które zniknęły z pola widzenia za sprawą zaginionych kopii filmów – wtedy jedynym świadectwem ich działalności przed kamerami stają się recenzje i komentarze krytyków. Grzegorz Rogowski nie kieruje się tutaj popularnością ani determinacją aktorek, wybiera sylwetki ze względu na trudne koleje losu: najpierw wielkie nadzieje i wykorzystywanie nadarzających się okazji, walka o bycie dostrzeżoną i wybraną. Później – kilka filmów, które można już wpisać do artystycznego życiorysu, żeby rozstać się z etykietką amatorki. Jeszcze później – druga wojna światowa, emigracja, nowe otoczenie i całkowite przekreślenie dotychczasowego dorobku oraz możliwości kontynuowania kariery. Bo niezależnie od traktowania przedwojennej Warszawy jako „polskiego Hollywood”, prawa zagranicznych rynków są bezlitosne. Ten schemat powtarza się w prawie każdym szkicu, mimo że konkrety różnią ich bohaterki.

Są tu postacie, z którymi filmy nie zachowały się do dzisiejszych czasów, są twarze wyłonione przez prasę w konkursie „fotogenicznych”, są tancerki. Są artystki, które krytyki ani publiczności nie zachwycały grą, ale samym ciałem, figurą, pozaaktorskimi umiejętnościami. Jedne po filmowym debiucie otrzymywały natychmiast następne propozycje, inne długo musiały udowadniać swoją wartość. Rogowski tropi ich marzenia i szanse oraz zawiedzione nadzieje. Kiedy konfrontuje rzeczywistość z pomysłami na samorozwój wie, że i tak za chwilę wojna wszystko zmieni. Na emigracji artystki zajmują się bardziej życiem rodzinnym, rezygnują z kariery, a tym samym skazują się na zapomnienie – autor pokonuje więc dalekie dystanse, żeby u źródeł dowiadywać się o ich losach i prywatnych historiach. Przeważnie większość informacji uzyskuje od dzieci, buduje więc całe rodzinne relacje.

Ważnym elementem tomu jest bogaty w anegdoty, niestety z konieczności skrótowy, wstęp Michała Pieńkowskiego. Ten autor przedstawia czytelnikom niezbędne konteksty – warunki, jakie musiały spełniać przyszłe aktorki, żeby trafić na ekrany. Wskazuje drogi działania, możliwości stojące przed artystkami, prawdopodobne scenariusze. Stara się udowodnić, że przed kamery trafiały dziewczyny, które naprawdę mocno tego chciały i były gotowe na rozmaite poświęcenia, a do tego bardzo cierpliwe. To wprowadzenie ciekawie nakreśla sytuację w kinie dwudziestolecia międzywojennego (zresztą zasadami produkcji, promocji i dystrybucji obrazów filmowych autor też się zajął, by odbiorcy widzieli temat w szerszym kontekście). Tom – obszerny – wypełniony został również fotosami, artystycznymi zdjęciami aktorek, by utrwalić wieść o ich istnieniu wśród dzisiejszych czytelników i pokazać im, jak kapryśna bywa sława (lub – jak przewrotny los).

sobota, 3 grudnia 2016

Andrzej Klim: Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL

PWN, Warszawa 2016.

Anegdoty

Kto narzeka, że w polskiej kinematografii dzieje się źle, że nie ma co oglądać i w ogóle sytuacja jest koszmarna, ten z reguły chętnie powraca do filmów z czasów PRL-u, by w nich znaleźć pocieszenie. W związku z tym popularnością wciąż cieszą się opracowania dotyczące dawnych kinowych fabuł. „Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL” to publikacja, która gromadzi ciekawostki dotyczące najbardziej znanych i kojarzonych (żeby nie powtarzać: „kultowych”) produkcji. Andrzej Klim nie stosuje sztywnych ram i powtórzeń rozwiązań – streszczenia fabuły przytacza wtedy, gdy jest to potrzebne, czasami skupia się na wyborach obsadowych, innym razem na perypetiach z montażem czy rekwizytami. Kinomani mogą zatem poznać sekrety twórców – lub je sobie przypomnieć, bo część historii już dawno funkcjonuje w świadomości społecznej i stanowi podstawową wiedzę na temat produkcji.

10 filmów to 10 szkiców napisanych tak, by zaspokoić ciekawość dzisiejszego odbiorcy, ale też uświadomić mu, z jakimi problemami borykali się twórcy. W „Seksmisji” mowa o rozbieranych scenach i przypadkowych gapiach, w „Misiu” kłopot z zaopatrzeniem w wędliny. W „Nocach i dniach” ważne było przełamanie tremy aktora. Dalej: montaże, obiektywne trudności, niesnaski, obmyślanie choreografii do scen erotycznych, relacje na planie, imprezy, silne charaktery i konflikty, twórcze rozwiązywanie problemów, improwizacje, które trafiały do filmów, utarczki, obsadowe roszady, decyzje podejmowane wbrew sobie dla dobra produkcji (i odwrotnie). Reżyserzy, operatorzy, aktorzy. Wszystko to w zestawieniu z obrazami, które dzisiejsi odbiorcy (jeszcze) znają na pamięć. Andrzej Klim wcale nie stara się stworzyć pełnych opisów filmów – może odnosić się do pojedynczych spraw czy fragmentów dialogów, kompletnie ignorując wymowę całości. Nie jest od streszczania dzieł filmowych, proponuje – w ramach dodatku do oglądania – garść historii z minionej epoki. To dla prawdziwych fanów dobre uzupełnienie rozrywki, nawet mimo tego że sporą część faktów znają. Klim wprawdzie nie odkrywa tu Ameryki, ale pozwala zgromadzić w jednym miejscu filmowe ciekawostki. Do tego wpisuje się swoją publikacją w modne serie poświęcone czasom PRL-u – kontynuuje bardzo udany cykl.

Szkice z „Tak się kręciło” są lekkie w tonie, mimo że bogate w informacje. Mogą posłużyć rozrywce lub stanowić dopowiedzenia do biografii cenionych aktorów. Przypominają też produkcje, z którymi warto się zapoznać, bo tworzą filmowy kanon. Andrzej Klim korzysta z „plotkarskiego” brzmienia, stawia na dobre anegdoty i uzupełnia je jeszcze o konteksty z planu. Czasami zwraca uwagę na mniej kojarzone scenki, innym razem odwołuje się do tych najważniejszych. Potrafi pisać swobodnie i z pasją, a wybór tematu i sposób jego potraktowania zapewni mu szereg fanów. Zresztą Klim już dał się poznać jako ciekawy autor rozumiejący PRL ze wszystkimi dziwactwami czy absurdami.

To, co dzieje się na ekranie i co widzą kamery – to jedno. Klim sprawdza, co z planu zapamiętali aktorzy, jaka atmosfera panowała przy kręceniu poszczególnych scen. Pozwala odbiorcom niemal uczestniczyć w danych wydarzeniach, a przy okazji też pomaga zrozumieć, na czym polegał fenomen kolejnych produkcji. Przywołuje komedie i dramaty, niemożliwe do zrealizowania pomysły reżyserów i przypadki, które odbiły się na produkcjach. Pisze smakowicie – trafi swoją publikacją i do fanów filmów, i do fanów PRL-u. „Tak się kręciło” to książka dla poszukiwaczy anegdot, zapewnia dawkę humoru, ale i lekko sentymentalne spojrzenie na filmy do dzisiaj cytowane. Andrzej Klim jest tym razem przewodnikiem po filmowej codzienności – kolekcjonuje co ciekawsze przygody i umie o nich opowiadać odbiorcom spragnionym nie tyle sensacji – co zabawy.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Nono Dragović, Katarzyna Dragović: Reżyseria filmu reklamowego

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2012.

Esencja reklamy

Z treścią tego podręcznika powinien zapoznać się każdy początkujący filmowiec, nie tylko odbiorca zainteresowany reżyserowaniem filmów reklamowych. Trudno jednak byłoby z sześćsetstronicowej „Reżyserii filmu reklamowego” robić notatki – treść została maksymalnie skondensowana, a często przyjmuje formę uporządkowanych i przejrzystych punktów. CO pewien czas pojawiają się krótkie anegdoty z planów, a także – zwłaszcza na początku – wypowiedzi największych autorytetów (lub indywidualistów) z branży. Nono Dragović i Katarzyna Dragović dzielą się pracą i narracją, co oznacza, że w tekście bez uprzedzenia zmieniać się będzie „wykładowca”. W pierwszym momencie to trochę wybija z rytmu lektury, ale potem przestaje mieć znaczenie.

Autorzy chcą w tomie napisać o wszystkim, co związane z tworzeniem reklam od strony techniczno-filmowej, jednocześnie rozwiać wątpliwości początkujących oraz zupełnych laików, ale i dać parę wskazówek osobom dobrze orientującym się w temacie. Taka postawa może spotkać się z krytyką – ale zwłaszcza pierwsza grupa odbiorców sporo na lekturze może skorzystać, bo „Reżyseria filmu reklamowego” to również rodzaj przewodnika po świecie niedostępnym przeciętnemu zjadaczowi chleba. Od nieśmiertelnego pytania, jak zacząć – czyli jak wejść w świat filmu reklamowego – rozpoczynają autorzy. Podpowiadają, co i jak przygotować, ale też rozwiewają złudzenia, zdradzając częste praktyki agencji reklamowych. W ten sposób dość szybko rozwiewa się nadzieja na zarobienie szybko dużych i łatwych pieniędzy. Autorzy zresztą chętnie prezentują najczarniejsze z możliwych scenariuszy – nie żeby odstraszyć przypadkowych odbiorców, ale by móc w pełni ukazać specyfikę zawodu.

Tom składa się z dwóch nierównych objętościowo, ale zbliżonych wagowo części. W pierwszej mówi się o reklamie z perspektywy dyrektora kreatywnego, w drugiej temat zmienia się na bardziej ogólny: nie chodzi już tak bardzo o samą reklamę, a o podstawowe zasady reżyserowania filmów. Tu znajdzie się między innymi bardzo szczegółowa i specjalistyczna analiza kolorów, motyw pracy ze światłem i dźwiękiem, porady, jak pracować z aktorami oraz amatorami na planie, jak unikać pułapek w „trudnych” scenach. Czytelnicy poznają też podstawowe zasady montażu, rodzaje ujęć, możliwe perspektywy filmowania czy komponowania kadrów. Do ciekawostek należy opowieść o tworzeniu animacji komputerowej na przykładzie dobrze znanej reklamy. Autorzy zwracają uwagę na rozmaite przeszkody i przestrzegają przed błędnymi decyzjami, które podjąć może reżyser. Przez cały czas także odnoszą się do oceny pracy z perspektywy agencji reklamowej: uczą, jak się zachować w kontakcie z klientem oraz – co zrobić, by uniknąć przykrych niespodzianek po zakończeniu zdjęć. Można by jeszcze długo wyliczać, co znajduje się wśród tematów w tej części tomu – ale każde zdanie ma tu wartość, każde przyda się czytelnikom. Oczywiste jest, że przy ogromnej rozpiętości tematów nie ma możliwości potraktowania każdego z nich dogłębnie – ale Nono Dragović i Katarzyna Dragović wyłuskują najważniejsze informacje i kondensują je w przystępnych wyliczeniach. Ich porady są fachowe i trafiają w sedno – jeśli chodzi o warsztatowe podstawy. Autorzy nie podają jednak przepisu na dobrą reklamę – to nie ich zadanie. Wręczają odbiorcom narzędzia, z którymi można przystąpić do pracy – oraz wskazują drogę w świecie filmów reklamowych – a to dla chcących zrealizować swoje marzenia o pracy w reklamie nieoceniona pomoc. Pierwsza – krótsza – część książki pozwala zorientować się w tej dziedzinie twórczości. Zawiera szereg pytań, które pomogą w wymyślaniu reklamy, wzór harmonogramu i kosztorysu, wyjaśnienia, kto jest kim, a wreszcie pokazuje kolejne etapy produkcji reklamy. Ważne będą i przykłady – okrzyki reżysera, próbki shootingboardów, rysunki i zdjęcia planów scenograficznych itp.

Ale na tym nie kończy się tom. Ciekawą lekturą będzie analiza prac studentów: pojawiają się tu dwa pomysły na reklamy: opisy, scenariusze, shootingboardy aż wreszcie – wybrane kadry ze zrealizowanych obrazów. Do tego dołączona została wymiana maili między studentką i wykładowcą – dobrze widać tu celne spostrzeżenia, pytania, które każdy twórca powinien umieć sobie zadawać, wskazówki i przydatne podpowiedzi. Całość uzupełnia jeszcze spis osób, które spotkać można na planie filmowym, a także słowniczek pojęć. Książka jest przydatna i ciekawa, nie ma w niej marnowania czasu czytelników czy powielania treści. Autorzy pamiętają, dla kogo piszą – i też potrafią rozwiać wszelkie wątpliwości zanim takie się pojawią. Tom ma tylko jedną wadę – niezbyt istotną w obliczu merytorycznych wiadomości, ale jednak trzeba ją odnotować – słabą korektę. Widać to zwłaszcza w swobodnym traktowaniu myślników i łączników – zdarzają się też literówki. Prawdopodobnie większość odbiorców, do których książka jest kierowana, nie zwróci na to uwagi – co nie zmienia faktu, że wyczulonych na poprawność tekstu miejscami błędy rozdrażnią.

Książka jest bogato ilustrowana, a rysunki i zdjęcia pełnią tu rolę przykładów albo dopowiedzeń do tekstu. Nie ma natomiast wrażenia, że grafika sztucznie rozdmuchuje objętość – to istotna pomoc i nieodłączna część wywodów. Wywodów logicznych i interesujących. Oby jak najwięcej takich publikacji.

niedziela, 9 września 2012

Barbara Giza: Stawiński i wojna. Reprezentacja doświadczenia jako podróż autobiograficzna

Trio, Warszawa 2012.

Analizy filmów

Wydaje się, że Barbara Giza twórczość Jerzego Stefana Stawińskiego poznała i odczytała tak dokładnie, że tylko krok dzieli ją od wpadnięcia w sidła rutyny. Przeszła już wstępną fascynację, ale jeszcze nie ma wybierania wygodnych schematów; naukowy styl wiąże się tu z rzetelnością i bezemocjonalnością – chociaż trochę szkoda, że pozostał wstęp zgodny z akademickimi wymogami. We wprowadzeniu niepotrzebnie – z punktu widzenia zwykłego przeciętnego czytelnika – zanurza się Giza w gąszczu definicji pojęć, których intuicyjny odbiór tak naprawdę pokrywa się z literaturoznawczymi konkluzjami. Daje się też w tym wstępie zauważyć kontrastujący nieco z późniejszymi wywodami styl, będący pochodną języka Nycza. Zresztą, wpatrzona w Nycza autorka do niego odwołuje się częściej niż to konieczne. Całość początku sprawia wrażenie nieco asekuracyjnej postawy, jakby Giza usiłowała przekonać odbiorców za wszelką cenę, że w odczytywaniu utworów Stawińskiego podejście biografizujące jest niezbędne. Później proporcje się zmieniają i mimo że egzystencja twórcy stanowi szkielet konstrukcji scenariuszy (więc i pośrednio – całej pracy o Stawińskim), usuwa się nieco w cień przy szczegółowym omawianiu kolejnych fabuł.

Właściwa część tomu „Stawiński i wojna” to próba uporządkowania dzieł twórcy według trzech etapów podróży autobiograficznej. Giza chce odczytywać filmy najpierw przez pryzmat dojrzewania, potem – poszukiwania własnego miejsca na ziemi, reszcie procesu osiadania w już znalezionym miejscu. Jednocześnie w optykę jej zainteresowań wdziera się wojna i tak naprawdę to ona nadaje ton całemu opracowaniu: mimo starań autorki, by dokonać przekładu filmów na życie, udaje się przedstawienie ewolucji spojrzenia Stawińskiego na wojnę.

Autorka przyjmuje rytm pisania, który znającym scenariusze i teksty Stawińskiego wyda się naturalny: przytacza filmy powstałe w omawianym okresie twórczości i dość szczegółowo je omawia. Chwilę później przypomina o tezach książki, by spróbować odszukać w filmowych bohaterach ślady doświadczeń Stawińskiego. Deklaruje wprawdzie na początku, że przedmiotem jej zainteresowania będzie przecięcie osi literatury i filmu – jednak przy odczytywaniu kolejnych wątków mniej zajmuje się poetyką czy stylem mówienia o postaciach, za to koncentruje się na wydarzeniach i punktach wspólnych w życiorysach postaci oraz autora scenariuszy. W ten sposób w rzeczywistości tropi ślady autobiograficzne w filmach Stawińskiego, ale niekoniecznie wpada na odkrywcze interpretacje czy nowe możliwości odczytań. Właściwie przez nagromadzenie faktów i wskazanie podobieństw między realiami i fikcją, daje podstawy do budowania późniejszych interpretacji: proponuje rzetelne streszczenie i podbudowę dla pisarskich wyborów Stawińskiego.

Dość szybko natomiast gubi się w tomie literatura, chyba że uznać za nią przytaczane fragmenty utworów porównywanych ze scenariuszami. Jest za to bogato reprezentowana sfera metatekstowa, wypowiedzi o tworzeniu czy opinie krytyków to dobry punkt wyjścia w odczytywaniu tej twórczości według innego niż autobiograficzny klucza. Na uwagę zasługuje dogłębna znajomość dokumentów, docieranie do trudno dostępnych źródeł i włączanie ich do opowieści o Stawińskim. Warto też pochylić się nad marginesowymi wtrąceniami o reakcjach bohatera tomu na krytykę czy mechanizmy rządzące przemysłem filmowym. „Stawiński i wojna” to nie zbiór streszczeń, ale rzetelnych analiz dzieł twórcy nie dość docenianego.

środa, 21 września 2011

Mark Simon: Storyboard. Ruch w sztuce filmowej

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2010.

Film w rysunkach

Przeciętny widz o storyboardach dowiaduje się zwykle przy okazji oglądania reportaży z planu filmowego: przebitki na rysunkowe wersje kolejnych ujęć zawsze przykuwają wzrok, budzą ciekawość i są atrakcyjne dla każdego. W przybliżeniu tego zjawiska pomóc może na przykład podręcznik „Storyboard. Ruch w sztuce filmowej” – książka kierowana do specjalistów i pisana pod kątem przydatności dla tych, którzy tworzeniem filmów zajmują się zawodowo – ale mimo tego także zwykli czytelnicy sporo ciekawostek tu dla siebie znajdą, bo tom Wydawnictwa Wojciech Marzec, podobnie jak i same storyboardy, jest pomysłowo opracowany i miejscami zaskakujący.

Książka porusza tematy związane z pracą storyboardzistów, ale nie dotyczy wyłącznie warsztatu: autor, Mark Simon, podpowiada także, w jaki sposób organizować sobie pracę i na co zwracać uwagę przy przyjmowaniu zleceń. Znajdą się tu zatem części interesujące dla wszystkich, ale i partie dla ściśle określonych grup odbiorców. Mark Simon, sam zajmujący się storyboardingiem, zdradza kulisy zawodu i porządkuje wiadomości na ten temat. Do absolutnych podstaw należy omówienie narzędzi pracy rysowników, kilka słów Simon poświęca perspektywie i podstawom rysunku (jednak po pełne omówienie tego motywu, podstawowego w końcu, odsyła czytelników do książek o rysowaniu i na kursy rysunku, słusznie stwierdzając, że storyboardzista powinien już umieć wykonywać i szybkie szkice, i szczegółowe ilustracje). Skupia się też Simon na porozumieniu storyboardzisty i reżysera, pokazuje ich zadania i wyjaśnia, w których elementach powinni współpracować. Sporo wskazówek dotyczy technicznych aspektów: uwzględniania „filmowości” na rysunkach – zaznaczania ruchu kamery, rodzajów ujęć. Pisze nawet o tym, w jaki sposób planować sceny, by jak najlepiej odwzorować uczucia bohaterów i nastroje opowieści. Od filmu przechodzi do ilustracji, zatrzymuje się na kolorowaniu rysunków. Co ważne, uwzględnia także Simon kwestię powielania (czy drukowania) storyboardów: zwraca uwagę na to, by przy korzystaniu z określonych rodzajów kopiarek nie stosować niektórych technik rysowania czy malowania. Nie zabraknie i sztuczek z szybszym rysowaniem i korzystaniem z wszelkiego rodzaju ułatwiaczy.

Poza tym w książce znajdują się wskazówki dotyczące zawodu. Simon uczy, jak tworzyć CV (różniące się bardzo od tego, co proponuje się przeważnie w szkołach). Pisze o tym, kto potrzebuje storyboardzistów, sugeruje ścieżki rozwoju, podejmuje też temat wynagrodzenia i praw autorskich. Tom zamykają obszerne wywiady ze specjalistami-storyboardzistami, z których to tekstów początkujący storyboardziści zapewne wyciągną ważne dla siebie wnioski. Oczywiście cała książka pełna jest przykładowych paneli.

Ale znalazło się tu parę błędów: w tłumaczeniu („bułka z masłem” jako wyraz… zachwytu), w korekcie („wymarz” zamiast „wymaż”) i w podpisie pod storyboardem: powtórzony zestaw paneli ma… różnych autorów, w dodatku pod jednym podpisany jest autor książki. Kilka rysunków niepotrzebnie się powtarza, jednak i tak „Storyboard” pozostaje źródłem ważnych informacji i ciekawostek, dotyczących mało popularnego zawodu. Kulisy powstawania storyboardów (a pośrednio i kulisy powstawania filmów) to temat atrakcyjny dla wielu odbiorców, a książka Marka Simona najpełniej ten temat prezentuje.

środa, 14 września 2011

Robin U. Russin, William Missouri Downs: Jak napisać scenariusz filmowy

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2011 (wydanie VI)

Sztuka pisania sztuk

Niewiele jest poradników, które czyta się z wypiekami na twarzy; mało która pozycja jest w stanie wzbudzać takie emocje jak tom „Jak napisać scenariusz filmowy”, którego już szóste wydanie pojawiło się na rynku za sprawą Wydawnictwa Wojciech Marzec. Ta czterystustronicowa książka powinna być biblią dla scenarzystów (bez względu na stopień ich zaawansowania i doświadczenie w zawodzie), przydaje się wszystkim tworzącym, bo poza tym, że porządkuje zasady konstruowania opowieści, uczy spojrzenia na fabułę, bohaterów czy dramaturgię, to jeszcze przedstawia od strony technicznej rzecz najtrudniejszą – skracanie gotowego tekstu. Autorzy, Robin U. Russin oraz William Missouri Downs, nie odnieśli wprawdzie oszałamiającego sukcesu, ale po pierwsze, jak piszą we wstępie, zarabiają scenariuszami na życie, po drugie, potrafią przekazywać wiedzę rzetelnie, nie pomijając nawet tych drobiazgów, które w innych poradnikach zostały zepchnięte na margines. Dziś popularnością cieszą się kierowane do masowego odbiorcy publikacje utrzymane w retoryce sukcesu, proponujące gotowe schematy lub zbyt ogólnikowe wskazówki, z których nic dobrego wyniknąć nie może. W tomie „Jak napisać scenariusz filmowy” nie ma obietnic fortuny łatwej do zdobycia ani szablonów pisania. Jest za to mowa o żmudnej, często zniechęcającej i bardzo ciężkiej pracy: tworzenie scenariuszy (i potem sprzedawanie ich w USA, choć dla nas to bardziej ciekawostka) wiąże się z wyrzeczeniami, cierpliwością i uporem. Po lekturze można nawet odczuć ulgę, jeśli nie ma się zamiaru wybierać tego zawodu. Dla zdecydowanych natomiast to dzieło nieocenione, kompletne i arcyciekawe.

Russin i Downs tłumaczą, jak należy formatować scenariusz (przy okazji wyjaśniając, jakie błędy zdradzają debiutantów). Nie pozwalają nawet na odrobinę swobody, określają wielkość marginesów i odległość konkretnych elementów tekstu od siebie. Ale przecież to mimo wszystko mniej istotne niż rozdziały, które następują potem. Autorzy omawiają zasady budowania filmowego świata, prawdopodobieństwa bohaterów, sprawdzania szczegółów i czerpania wiedzy na temat tworzonej rzeczywistości. Wgryzają się w każdy temat bardzo głęboko. Nie przedstawiają recepty na scenariusz idealny za to rozpracowują każdy element filmowej opowieści. Podpowiadają jak (i dlaczego) zaimponować recenzentowi. Podsuwają też rozwiązania, które pozwolą ulepszyć tekst, zwiększyć jego dynamikę i uczynić całość bardziej intrygującą. Poza uwagami do pracy twórczej czy kreatywności potencjalnych odbiorców znajdą się w tej książce i ułatwiacze codziennych zadań – choćby tablica z fiszkami, porządkująca fabułę. Co składa się na poszczególne gatunki, czym różni się dialog filmowy od realistycznego, jak tropić i eliminować wypełniacze tekstu… Czterysta stron zagęszczonych wskazówek, z których każda trafia w sedno. Nie ma tu czystej teorii, autorzy posiłkują się przykładami z prac studentów, ale też i fragmentami filmów, by dobrze zilustrować wywody. Choć książka zakorzeniona jest w realiach amerykańskiego rynku, rdzeń jej pozostaje uniwersalny.

Ta książka składa się z olśnień i porad nie do przecenienia, z przebłysków genialności i z informacji, bez których przy pisaniu obejść się nie można – ale pierwsze, co przychodzi na myśl przy ocenianiu „Jak napisać scenariusz filmowy” to rzetelność i systematyczność w analizowaniu kolejnych elementów dzieła. Nie ma tu miejsca na chaos i nieprzemyślane uwagi, tom jest skondensowany do granic możliwości i dopracowany w każdym szczególe (mimo że korekta przepuściła między innymi trochę wyrazów bez znaków diakrytycznych – nie zwraca się na to uwagi, tak absorbuje treść). Aktorzy znaleźli nawet miejsce na zaproponowanie alternatywy dla scenarzystów: przypominają o serialach telewizyjnych (i precyzyjnie wyliczają różnice między odcinkami serialu i filmami pełnometrażowymi) oraz o sztukach teatralnych.
Do ostatniej strony nie można się od tej książki oderwać: nawet kiedy rzecz dotyczy wiadomości z realiów amerykańskich, przyjemnie śledzi się konkretne podpowiedzi i sygnały przezorności autorów, cieszy wnoszony do lektury spokój i ład. A w dodatku zwyczajnie dobrze się tę pozycję czyta.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Christopher Vogler: Podróż autora. Struktury mityczne dla scenarzystów i pisarzy

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2010 (wyd. II).

Księga wtajemniczenia

Ta książka powinna być wydana jako Księga: magiczny rekwizyt, oprawiony w skórę, dostępny tylko nielicznym, tym, którzy mają kompetencje odpowiednie do wykorzystania zawartych w tomie wskazówek. Chociaż z wyglądu nie jest filmowa czy baśniowa, nie przypomina ksiąg mędrców z filmów i bajek, wystarczy do „Podróży autora” zajrzeć, by poczuć się jak odkrywca. Na niespełna pięciuset stronach Christopher Vogler roztacza bowiem wielką opowieść o konstrukcjach (filmowych i książkowych), przykuwających niezawodnie uwagę odbiorców. Staje się przewodnikiem, który ułatwia poruszanie się po świecie fabuł i proponuje analizowanie emocjonujących scenariuszy, aby ułatwić pracę scenarzystom i pisarzom. Ale mimo że książka adresowana jest do środowiska twórców, skorzystają z niej również zwykli czytelnicy, którzy mają ochotę poznać mechanizmy sprawnych opowieści.

Christopher Vogler już samym doświadczeniem przekonuje, że warto mu zaufać: współpracował między innymi z wytwórnią Disneya czy Paramount – a do jego wskazówek stosowali się twórcy z Hollywood. W dość obszernych przedmowach, wprowadzeniach i zaproszeniach do lektury autor tłumaczy się ze swoich inspiracji i odkryć – oraz z fascynacji pracą Josepha Campbella, który odkrył Wyprawę Bohatera. Tę część tomu nasyca akcentami osobistymi, odpowiada na zarzuty, rozwiewa wątpliwości, wyjaśnia zasady konstrukcji książki i odwołuje się do własnych obserwacji czy osiągnięć. Budzi coraz większe zainteresowanie właściwą częścią opowieści przez odsłanianie tajników jej powstawania. Idealnie wprowadza odbiorców w świat fantazji, sprowadzony do powtarzalnych schematów i struktur uchwyconych w dwóch płaszczyznach: kreacji bohatera oraz rozwoju akcji.

Przejście do tych elementów nie będzie w lekturze bolesne, Vogler bowiem, mimo rzeczowego i wolnego od niepotrzebnych dywagacji podejścia, roztacza w narracji aurę tajemniczości czy magiczności. Zdradza czytelnikom sekrety udanej fabuły, zasady komponowania urzekających obrazów i budowania napięcia – a to brzmi, jakby wtajemniczał uczniów w świat dostępny jedynie wybranym. Zresztą, chociaż jeden z zarzutów odnosi się do możliwości produkowania scenariuszy taśmowo według przygotowanego szablonu, książki Voglera nie da się traktować jako matrycy czy trampoliny do stworzenia kasowego przeboju. Jego wskazówki pomogą raczej tym, którzy mają pomysł na fabułę: umożliwią wówczas jej oczyszczenie ze zbędnych partii, nadanie dynamiki czy porównanie z oczekiwaniami współczesnych widzów. Vogler rozbija na części pierwsze samą opowieść i od tej pory omawiać będzie kolejne etapy akcji (części Wyprawy Bohatera) oraz archetypy, charaktery, jakie bohater może na swojej drodze spotkać. Zanurzanie się w świecie fantazji połączone jest z klimatycznym opowiadaniem o rolach kolejnych postaci i emocjach, jakie można w ten sposób wywołać. Autor odwołuje się do znanych fabuł i tłumaczy wybrane rozwiązania. Analizuje a nie syntetyzuje – więc czytelnicy otrzymają zbiór klocków, elementów, z których sami będą musieli złożyć sensowną budowlę. Chociaż Vogler stara się podsuwać kreatywne rozwiązania, stopień ogólności jego uwag jest dość wysoki: to wyzwanie dla leniwych i szukających gotowej recepty na arcydzieło, a przy tym i zabezpieczenie przed masowymi odtwórczymi produkcjami. W tej części tomu rozdziały kończą się pytaniami, które mają pomóc w refleksji nad własnym utworem bądź w lepszym zrozumieniu wskazówek Voglera. To również ćwiczenia utrwalające przywoływane schematy i rozwijające wyobraźnię.

Podróż nie kończy się z opisaniem ostatniego elementu wędrówki. Vogler pokazuje w praktyce, jak funkcjonuje zaprezentowany przez niego szkielet konstrukcyjny na przykładzie kilku filmowych hitów (m.in. „Titanica” czy „Króla Lwa”, do którego autor ma najbardziej osobisty stosunek). W „Dodatkach” mieści się natomiast kilka uwag celnych, a niepasujących do pomysłu książki – aż po krótką wzmiankę o tym, jak reakcje fizjologiczne mogą pomóc w odkryciu dobrych dróg rozwoju fabuły.

„Podróż autora” to książka apetyczna nie tylko dlatego, że obiecuje prezentowanie sekretów twórców (i obietnicy dotrzymuje), ale również ze względu na wewnętrzne zdyscyplinowanie w połączeniu z lekkością stylu. Przejrzysty układ pozwala bez trudu zorientować się w spostrzeżeniach autora i z łatwością odnaleźć się w schematach konstrukcyjnych opowieści zrodzonych w wyobraźni. Do tego dochodzi jeszcze zindywidualizowanie tonu: Vogler bez przerwy odnosi się do swoich odczuć i obserwacji, komentuje doświadczenia i przybliża tajniki warsztatu najlepszych scenarzystów i pisarzy. Roztacza przed odbiorcami światy atrakcyjne i alternatywne, będące na wyciągnięcie ręki. „Podróż autora” kusi i uwodzi nie bez powodu. To jeden z lepszych poradników dla tworzących, jaki można spotkać na rynku wydawniczym.

środa, 27 lipca 2011

Blain Brown: Światło w filmie (wyd. 2)

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2011.

Precyzja na planie

Podręcznik „Światło w filmie” Blaina Browna to książka, która do niczego nie przyda się laikom i amatorom, za to dla kształcących się w kierunku pracy w charakterze operatora światła to publikacja niezastąpiona. Może także przydać się w pracy reżyserom – by ci dowiedzieli się, jak porozumiewać się z ekipą od oświetlenia na planie. Przede wszystkim jednak przygotowuje do wykorzystywania różnych źródeł światła i zapewnia solidną porcję wiedzy. Autor nie zajmuje się zdradzaniem szczegółów z warsztatu filmowca, za to dokładnie przygląda się pracy tych, o których zwykle podczas oglądania gotowej produkcji odbiorcy zapominają. Wtajemnicza adeptów sztuki oświetlania planu w specyfikę zawodu kompleksowo – odwołując się nawet do komunikacji przy zdjęciach. Fachowe wskazówki dzieli natomiast na różne dziedziny – kompozycja tomu jest bardzo spójna i pozbawiona elementów przypadkowych, natomiast tematyka kolejnych działów zdradza, jak szeroką wiedzę (i z jak różnych specjalizacji) posiadać musi oświetleniowiec.

Brown rozpoczyna książkę klasycznie, przedstawiając skrótowo historię oświetlenia w filmie – i chociaż zawarte w tym fragmencie informacje trudno byłoby zastosować w praktyce, stanowią one rodzaj płynnego wprowadzenia do opisu charakterystycznych i stosowanych dzisiaj źródeł światła. Autor prezentuje często wykorzystywane typy lamp i kilka rodzajów reflektorów, skupiając się na specyfice ich użytkowania. Zwraca na przykład uwagę na zastosowania tych źródeł światła (zderzając ich możliwości ze spotykanymi zwykle na planie potrzebami reżyserów), ostrzega też przed ewentualnymi wadami. Momentami zamienia się wręcz w doradcę, bardziej doświadczonego kolegę po fachu, który objaśnia, co zrobić, gdy określony rodzaj lamp nie chce z jakiegoś powodu działać – podana przez niego lista czynności sprawdzających usterkę pozwoli na szybkie naprawienie elementu planu oświetleniowego. Zresztą Brown kładzie duży nacisk na tempo działań, świadomy kosztów produkcji filmowych. Nie dziwi zatem sposób rozwiązania kolejnej partii – poświęconej podstawom oświetlenia ludzi i scen. Autor przywołuje serie pytań, które mają pomóc w dobrym zorientowaniu się w planowanych ujęciach, dość skrótowo ujmuje zagadnienia związane z oświetlaniem ludzi (ten temat rozwijany jest przecież do znudzenia w książkach poświęconych fotografii portretowej, nie ma zatem potrzeby dublowania go), wybiera za to kilka charakterystycznych motywów, które mogłyby sprawić trudność w reżyserowaniu światła – między innymi nocne spotkania przy ognisku czy ujęcie z małą lampką w kadrze. Podpowiada triki, które mogą ułatwić pracę – oraz dobre sposoby rozplanowania scen. Część odbiorców może uważać, że ta partia jest zbyt krótka – ale przecież byłoby niemożliwe rozpisanie i objaśnienie wszystkich „świetlnych” obrazów, a praca oświetleniowca uzależniona jest nie tylko od reżyserskiej wizji, ale i od możliwości technicznych, co zostawia spore pole do improwizacji.

Trzy następne części książki dotyczą spraw najtrudniejszych, lecz pozwalają zrezygnować z generującej błędy pracy intuicyjnej. Dotyczą kolejno realizacji obrazu (tu kluczowa okazuje się kwestia różnic między oświetleniem dla filmu i wideo), ekspozycji (poza wartością przysłony pojawi się między innymi kwestia czułości błony filmowej, obróbki chemicznej czy określania ekspozycji, pracy z miernikami światła itp.), wreszcie tematu teorii i kontroli barw: tu po raz kolejny powrócić muszą wiadomości z fizyki, podporządkowane pracy filmowców – mierniki koloru, temperatura barwowa światła, balans koloru i praca z filtrami (to ostatnie w szczątkowym zakresie). Brown przechodzi potem do opowiadania o elektryczności – to rozdział najsilniej przesycony rozmaitymi ostrzeżeniami i przestrogami – podstawą jest w końcu bezpieczeństwo pracy. Dopiero po ustaleniu podstaw powraca do „właściwego” jakby się wydawało zagadnienia – najpierw przywołuje zestaw elementów pomocniczych w modyfikowaniu światła i przedstawia ich prawidłowe mocowanie, wreszcie dochodzi do prezentowania zadań członków ekipy oświetleniowej. Wymienia nie tylko ich zadania, ale i narzędzia, które ci powinni przy sobie mieć. Dodatkowo stara się cały czas przewidywać sytuacje na planie (radzi na przykład, co przynieść również, kiedy zostaniemy poproszeni przez mistrza oświetlenia o konkretną rzecz, by zaoszczędzić sobie czasu). Całość wieńczy czysto techniczny przegląd lamp i opraw oraz nieoceniony z punktu widzenia oświetleniowca zbiór podpowiedzi, jak radzić sobie z efektami migotania czy jak tworzyć specjalne efekty świetlne.

Blain Brown przez cały czas ma na uwadze przydatność podręcznika w praktyce, stąd duża ilość wskazówek, schematów działania czy komentarzy wziętych wprost z pracy na planie filmowym. Autor nie wybiera suchej teorii, da się zauważyć, że pasjonuje się tematem, a jednocześnie potrafi z punktu widzenia fachowca ocenić, co mniej doświadczonym pracownikom sprawi trudność. Parę razy pozwala sobie nawet na mrugnięcie okiem do odbiorców, co nadaje lekkości poszczególnym fragmentom. Książka jest bogato ilustrowana, dzięki czemu czytelnicy mogą obejrzeć omawiane źródła światła czy zapoznać się z wybranymi filmowymi scenami i schematami oświetlenia dla nich. Ten podręcznik rozwiewa wiele wątpliwości, jakie pojawić się mogą podczas pracy, a jednocześnie świetnie przygotowuje do wejścia na plan.

sobota, 16 lipca 2011

Warren Buckland: Reżyseria: Steven Spielberg. Warsztat filmowy we współczesnym Hollywood

Wydawnictwo Wojciech Marzec, Warszawa 2011.

Na części pierwsze

Publikacje specjalistyczne przeznaczone są dla wąskiego grona odbiorców i z rzadka mają szansę zaistnieć w masowej świadomości społeczeństwa. Obawy przed hermetycznym językiem, niezrozumiałą treścią lub po prostu nieatrakcyjną tematyką skazują na niszowość wiele intrygujących książek. Mam nadzieję, że tego losu nie podzieli tom „Reżyseria: Steven Spielberg. Warsztat filmowy we współczesnym Hollywood”. Wydawnictwo Wojciech Marzec wypuściło na rynek pozycję, która powinna być lekturą obowiązkową nie tylko dla wielbicieli twórczości Spielberga, dla filmowców i krytyków filmowych, ale także dla tych wszystkich, których interesuje odpowiedź na pytanie, jak robione jest współczesne wysokobudżetowe kino i jakich sztuczek może użyć reżyser, by opowiedzieć widzowi historię, w którą ten uwierzy.

„Czegokolwiek byśmy nie szukali w filmach Spielberga, na pewno znajdziemy jedno – dobrze opowiedzianą historię” – tym zdaniem Warren Buckland żegna się z czytelnikami, których ze znawstwem i dużą swobodą pisania oprowadza po możliwościach, jakie daje narracja za pomocą kamery. Autor nikogo nie rzuca na głęboką wodę: wprowadza w temat stopniowo, rozpoczynając od krótkiej charakterystyki filmu wysokobudżetowego, a tym samym całej machiny produkcyjnej w Hollywood (pojawi się tu trochę wiadomości, które przeciętnego czytelnika zaciekawić muszą): kiedy już wciągnie odbiorców w opowieść, pokaże, że potrafi naukowy wywód zamienić w gęstą od treści gawędę, przyjdzie czas na odrobinę teorii. I tu Buckland nie zawodzi: z ogromnej literatury przedmiotu wydobywa bowiem tylko to, co najcenniejsze, najcelniejsze i w późniejszych analizach niezbędne. Przedstawia możliwe ruchy kamery i sposoby prezentowania historii za pomocą wymownych obrazów. Tę część mogą z powodzeniem wykorzystywać nawet twórcy amatorskich filmów. Przypuszczalnie nawet ci czytelnicy, którzy z pracą z kamerą nie mają nic wspólnego, chętnie prześledzą ów rozdział, by móc znajdować odpowiednie opcje filmowania w ulubionych produkcjach. Całości dopełnia krótki komentarz dotyczący zjawisk pomijanych zwykle lub niedostrzeganych przez krytyków. W ten sposób Buckland przygotowuje odbiorców do analizy wybranych filmów Spielberga. Opisuje wybrane sceny z uwzględnieniem ruchu kamery, cięć i montażu, wyjaśnia, jakie efekty reżyser dzięki temu uzyskał. Bywa, że rozpoczyna od pozafilmowych inspiracji, zresztą pomysł na konstrukcję książki objaśnia dokładnie, nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do sensu żmudnej pracy.

Chociaż Warren Buckland opiera się tylko na kilku filmach Spielberga, potrafi opowiedzieć o pracy z nimi związanej tak, że jednocześnie zaspokaja ciekawość „poznawczą” i skłania do własnych poszukiwań, dając do nich dobre podstawy. Zwraca uwagę nie na przesłania filmów, a na metody wywoływania rozmaitych emocji – odkrywa zatem techniki manipulowania odbiorcami, a to zawsze przyciąga do lektury. Jest w swoich opisach rzetelny i rzeczowy, nie ocenia i nie wartościuje prac Spielberga, nie namawia też do bezkrytycznego zachwytu nad jego dziełami. Pokazuje za to warsztat reżysera, umiejętnie podsycając ciekawość czytelników. Lekkie pióro sprawia, że książkę czyta się naprawdę dobrze, a przyjęta perspektywa przewodnika-tłumacza umożliwia zorientowanie się w temacie nawet laikom. W dodatku Buckland doskonale wie, czego chce, jest świadomy celu, w jakim pisze książkę i ani na moment nie pozwala sobie na oderwanie od głównego motywu opowieści. Dyscyplina myślowa w połączeniu z niemal publicystycznym stylem to prawdziwa rzadkość w książkach naukowych. Buckland tymczasem oddziela nawet cytatowe ozdobniki od komentarzy – w ogóle bardzo mocno porządkuje tom. Trudno oderwać się od tej publikacji – a doznania lekturowe wspomaga jeszcze jakość wydania.

„Reżyseria: Steven Spielberg” to książka, której zachwalać nie trzeba – kto do niej zajrzy, ten nie porzuci już lektury, dopóki nie dotrze do ostatniej strony.