Nowy Świat, Warszawa 2011.
Inny świat
W przewodnikach nacisk kładzie się na miejsca i przydatne dla turystów wskazówki. Odbiorcy dowiadują się, co warto zwiedzić i gdzie należy się udać – rzadko jednak mają szansę z książek poznać zwyczaje mieszkańców danego kraju czy regionu. Tymczasem przecież znajomość typowych zachowań tubylców może okazać się równie ważna co wiedza na temat godzin otwarcia kolejnego miejsca do zwiedzania. Z takiego założenia wyszły autorki tomu „Turcja. Półprzewodnik obyczajowy”, Agata Bromberek i Agata Wielgołaska, koncentrując się w swoim tekście nie na tym, co w Turcji zobaczyć warto, ale na tym, czego spodziewać się po ludziach. To książka co najmniej dla kilku grup odbiorców: dla ludzi, którzy chcieliby wyjechać do tego kraju i uniknąć nieporozumień z mieszkańcami, dla tych, którzy mają tureckich znajomych i chcą lepiej pojąć motywy ich zachowań, dla czytelników, którzy planują mieszkanie i pracę w Turcji (także dla tych skuszonych wizją pracy w warunkach „wakacyjnych”) i dla tych, którzy wprawdzie nie mają ochoty ruszać się z domu, ale szukają ciekawej lektury. „Turcja” zaspokoi ciekawość, przyniesie sporo praktycznych wskazówek, wyjaśni różnice kulturowe i najczęstsze przyczyny nieporozumień, a do tego dostarczy sympatycznej opowieści.
Dwie autorki wiadomości encyklopedyczne sprowadzają do minimum, słusznie zakładając, że szukający tradycyjnych i schematycznych przewodników mają już z czego wybierać i sięgną po inne publikacje. Skupiają się za to na opisywaniu tureckich obyczajów, odwołując się bez przerwy do własnych doświadczeń oraz do wywiadów, przeprowadzanych wśród znajomych. Posiłkują się opowieściami przyjaciół i anegdotami przekazywanymi jako plotki, by zbudować spójny obraz tureckiej mentalności.
Nałogi tureckie, poczucie wspólnoty, kultura gadania czy kulinaria. Odrobina polityki i religii. Trochę o modzie, o relacjach damsko-męskich, stosunku do służby wojskowej, o higienie, urzędach i sposobach spędzania wolnego czasu. Po krótkim podwójnym wprowadzeniu, które pełni rolę prezentacji, obie autorki przedstawiają codzienne życie w Turcji, próbując uchwycić je w jak największej liczbie szczegółów. Obalają związane z tym krajem stereotypy i starają się przełożyć zachowania czy deklaracje na polskie realia. Nie gloryfikują Turków i Turcji, ale też nie krytykują nadmiernie, usiłują wypracować wyważony obraz. Kolejne rozdziały, przygotowane bardziej jak naprawdę ciekawe gawędy niże elementy przewodnika, autorki piszą osobno i zawsze filtrują przez własne obserwacje. Uwaga: podpisane są tylko w spisie treści, warto więc czasem sprawdzać, czy nie zmieniła się narratorka-przewodniczka.
Takie podejście nie pozwala oczywiście na wyeliminowanie powtórzeń, zdarzy się więc parę razy, że jedną informacją raczeni będziemy kilkakrotnie, na szczęście w niczym to nie przeszkadza, bo cała książka ma swój bardzo przyjemny rytm. Znacznie trudniej zaakceptować błędy w dzieleniu wyrazów: zabrakło korekty komputerowego składu i pojawia się kilka stron, na których liczne efekty owego braku widnieją.
Książkę czyta się naprawdę dobrze: ma na to wpływ pewna familiarność, fakt, że autorki skłonne są do zwierzeń i dzielą się własnymi przeżyciami, w praktyce sprawdzając trafność kolejnych obyczajowych obserwacji. Lekka narracja i nastawienie na nowości i oryginalne – często egzotyczne – postawy pozwala cieszyć się lekturą. Bromberek i Wielgołaska nie próbują podlizywać się czytelnikom, ale szybko przekonają ich do siebie. Świadome obiegowych opinii na temat Turków i ich zachowań wobec turystów, tłumaczą, w co wierzyć, a czemu nie ufać. Do tego dochodzą akcenty osobiste, które sprawiają, że od książki nie chce się odrywać.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Świat. Pokaż wszystkie posty
sobota, 13 sierpnia 2011
piątek, 5 sierpnia 2011
Aneta Radziejowska, Marek Rygielski: Nowy Jork. 101 miejsc, któe musisz zobaczyć
Nowy Świat, Warszawa 2011.
Prywatny przewodnik
Z chwilą, gdy rynek wydawniczy zalewają przewodniki po różnych miejscach na świecie oraz relacje z wypraw i podróży, coraz większym uznaniem cieszyć się zaczynają… nieformalne porady znajomych i opinie ludzi, którzy właśnie wrócili z interesującego odbiorców miasta czy kraju. W efekcie czytelnicy przestają sięgać do oficjalnych publikacji, obiektywnych, ale i bezdusznych – a wybierają za to relacje mocno subiektywne. Tę konwencję postanowili wykorzystać Aneta Radziejowska i Marek Rygielski, tworząc prywatny i osobisty przewodnik po Nowym Jorku.
„Nowy Jork. 101 miejsc, które musisz zobaczyć” to lektura wymarzona dla tych, którym nie chce się przedzierać przez setki stron encyklopedycznych i mało w praktyce użytecznych informacji, a wolą skondensowane i szybkie podpowiedzi, co zobaczyć trzeba, co zobaczyć warto, co podoba się innym i dlaczego autorzy odnoszą się do Nowego Jorku z sentymentem, mieszając symbole miasta z miejscami, do których chętnie wracają. Jest tu zatem Empire State Building, ale i klub Bob Bar, jest Statua Wolności i most brookliński, ale i najbardziej nowoczesny sex shop. Muzea, kościoły, parki i sklepy, dzielnice i budynki. To, co zwiedzić trzeba i to, co przyniesie upragniony relaks. Z „Nowym Jorkiem” można odkryć miasto na nowo. Żeby na turystyczne wrażenia zostało jak najwięcej czasu, autorzy wybrali mocno skondensowaną formę opowiadania o mieście. Każdy minirozdzialik rozpoczyna się zdjęciem (przypuszczam, że w wersji czarno-białej tracą one sporo ze swojego uroku, chociaż nie wszystkie), następnie pojawia się opis miejsca, który nigdy nie zajmuje więcej niż stronę – dowiedzieć się można z niego czasem czegoś o historii, czasem o teraźniejszości. To tu autorzy uprzedzają, ostrzegają, zachęcają i przytaczają anegdoty. Pozostawiają też sporo zagadek i podsycają ciekawość, nie chcą zdradzać wszystkiego, by nie odbierać radości zwiedzającym. Dzielą się skrótowo własnymi przeżyciami i wcielają się w przewodników-przyjaciół. Na końcu każdego opisu zamieszczają informacje praktyczne: godziny otwarcia placówek, adresy i adresy stron internetowych, sposoby dotarcia, ceny biletów i wszystko, co może się przydać turystom. Informacje ogólne, zgromadzone na końcu tomu, mapy, wskazówki i kilka stron z kolorowymi fotografiami wieńczy pierwszą z książek w dobrze zapowiadającej się serii „Podróże z wyobraźnią”.
Mocną stroną książki – poza rzetelnym przygotowaniem danych i opinii o miejscach – staje się nieformalny styl narracji. Radziejowska i Rygielski w tekstach kreują się na dobrych znajomych, którzy chętnie posłużą radą i dodatkowo opowiedzą, jak wyglądało ich zetknięcie się z danym miejscem. W ten sposób mogą wzbudzić zaufanie co odważniejszych turystów i sprawić, że ich książka posłuży jako rodzaj mapy. Nie jako źródło historycznej czy geograficznej wiedzy, bo nudne i schematyczne informacje zostały stąd usunięte na rzecz żywiołowej opowieści. „Nowy Jork” zachęca do zwiedzania i odkrywania miejsc bliskich autorom między innymi dzięki nieskrępowanej radości widocznej w kolejnych historiach.
Przydałoby się jednak – i być może to zostanie naprawione w ewentualnych wznowieniach – zamieścić w książce wiadomości o autorach. Jeśli ci mają być przewodnikami, powinni wzbudzać zaufanie i przedstawić swój związek z Nowym Jorkiem. Familiarny niemal styl i kilka emoticonów nie zastąpi notek biograficznych – tego w tomie zabrakło.
Pozostaje w zasadzie tylko zanurzyć się w lekturze lub wyruszyć śladami Anety Radziejowskiej i Marka Rygielskiego w poszukiwaniu własnej trasy po Nowym Jorku.
Prywatny przewodnik
Z chwilą, gdy rynek wydawniczy zalewają przewodniki po różnych miejscach na świecie oraz relacje z wypraw i podróży, coraz większym uznaniem cieszyć się zaczynają… nieformalne porady znajomych i opinie ludzi, którzy właśnie wrócili z interesującego odbiorców miasta czy kraju. W efekcie czytelnicy przestają sięgać do oficjalnych publikacji, obiektywnych, ale i bezdusznych – a wybierają za to relacje mocno subiektywne. Tę konwencję postanowili wykorzystać Aneta Radziejowska i Marek Rygielski, tworząc prywatny i osobisty przewodnik po Nowym Jorku.
„Nowy Jork. 101 miejsc, które musisz zobaczyć” to lektura wymarzona dla tych, którym nie chce się przedzierać przez setki stron encyklopedycznych i mało w praktyce użytecznych informacji, a wolą skondensowane i szybkie podpowiedzi, co zobaczyć trzeba, co zobaczyć warto, co podoba się innym i dlaczego autorzy odnoszą się do Nowego Jorku z sentymentem, mieszając symbole miasta z miejscami, do których chętnie wracają. Jest tu zatem Empire State Building, ale i klub Bob Bar, jest Statua Wolności i most brookliński, ale i najbardziej nowoczesny sex shop. Muzea, kościoły, parki i sklepy, dzielnice i budynki. To, co zwiedzić trzeba i to, co przyniesie upragniony relaks. Z „Nowym Jorkiem” można odkryć miasto na nowo. Żeby na turystyczne wrażenia zostało jak najwięcej czasu, autorzy wybrali mocno skondensowaną formę opowiadania o mieście. Każdy minirozdzialik rozpoczyna się zdjęciem (przypuszczam, że w wersji czarno-białej tracą one sporo ze swojego uroku, chociaż nie wszystkie), następnie pojawia się opis miejsca, który nigdy nie zajmuje więcej niż stronę – dowiedzieć się można z niego czasem czegoś o historii, czasem o teraźniejszości. To tu autorzy uprzedzają, ostrzegają, zachęcają i przytaczają anegdoty. Pozostawiają też sporo zagadek i podsycają ciekawość, nie chcą zdradzać wszystkiego, by nie odbierać radości zwiedzającym. Dzielą się skrótowo własnymi przeżyciami i wcielają się w przewodników-przyjaciół. Na końcu każdego opisu zamieszczają informacje praktyczne: godziny otwarcia placówek, adresy i adresy stron internetowych, sposoby dotarcia, ceny biletów i wszystko, co może się przydać turystom. Informacje ogólne, zgromadzone na końcu tomu, mapy, wskazówki i kilka stron z kolorowymi fotografiami wieńczy pierwszą z książek w dobrze zapowiadającej się serii „Podróże z wyobraźnią”.
Mocną stroną książki – poza rzetelnym przygotowaniem danych i opinii o miejscach – staje się nieformalny styl narracji. Radziejowska i Rygielski w tekstach kreują się na dobrych znajomych, którzy chętnie posłużą radą i dodatkowo opowiedzą, jak wyglądało ich zetknięcie się z danym miejscem. W ten sposób mogą wzbudzić zaufanie co odważniejszych turystów i sprawić, że ich książka posłuży jako rodzaj mapy. Nie jako źródło historycznej czy geograficznej wiedzy, bo nudne i schematyczne informacje zostały stąd usunięte na rzecz żywiołowej opowieści. „Nowy Jork” zachęca do zwiedzania i odkrywania miejsc bliskich autorom między innymi dzięki nieskrępowanej radości widocznej w kolejnych historiach.
Przydałoby się jednak – i być może to zostanie naprawione w ewentualnych wznowieniach – zamieścić w książce wiadomości o autorach. Jeśli ci mają być przewodnikami, powinni wzbudzać zaufanie i przedstawić swój związek z Nowym Jorkiem. Familiarny niemal styl i kilka emoticonów nie zastąpi notek biograficznych – tego w tomie zabrakło.
Pozostaje w zasadzie tylko zanurzyć się w lekturze lub wyruszyć śladami Anety Radziejowskiej i Marka Rygielskiego w poszukiwaniu własnej trasy po Nowym Jorku.
piątek, 22 kwietnia 2011
Sylwia Kubryńska: Last minute
Nowy Świat, Warszawa 2011.
Wyzwanie
Czasami wystarczy bezkompromisowa narracja, by ożywić standardowy pomysł. Sylwia Kubryńska w tomie „Last minute” uruchamia scenariusz zbanalizowany i wiele razy nie tylko w literaturze powtarzany. Sposób przedstawienia historii sprawia jednak, że od tej powieści trudno się oderwać.
Agnieszka leży w szpitalu. Potworne bóle głowy uniemożliwiają jej funkcjonowanie. Opryskliwe pielęgniarki i niezbyt zaangażowani w swoją pracę lekarze – tak prezentowany jest tu personel medyczny. Agnieszka informacje o czekających ją zabiegach otrzymuje dzięki życzliwym sąsiadkom. Przez większość czasu czuje jednak w głowie ogromnego jeża – i przed bolesną teraźniejszością ucieka w retrospekcje. Próbuje zapisywać wspomnienia, nadając im odrobinę poetyckości, nieco dowcipu i trochę melancholii. Z czasem coraz częściej zapada się w świat z przeszłości, dzięki czemu czytelnicy będą mogli poznać fragmenty skomplikowanego życiorysu kobiety.
Agnieszka – zgodnie z modą na panującą w kobiecej literaturze obyczajowej – przechodzi właśnie życiowy kryzys. Nie układa się jej w życiu prywatnym i zawodowym – z depresji ma ją wyciągnąć wykupiona przez wierną przyjaciółkę Zuzę wycieczka do Tunezji. Obie panie wybierają się do Afryki z zamiarem korzystania ze słońca – i z życia. Na miejscu zderzają się natomiast z mentalnością Arabów, dla których każda turystka z Europy stanowi źródło pieniędzy – odpowiednio potraktowana powinna przynieść łatwy zarobek. Arabowie mają od dawna wypróbowane sposoby nad podrywanie turystek – Agnieszka pamięta o tym, a jednak kiedy poznaje pewnego przystojnego Araba, traci dla niego głowę. Czy to, co deklaruje jej ukochany, jest prawdą, czy dobrze opracowaną strategią? Tak naprawdę odpowiedź na to pytanie zależy wyłącznie od konwencji, jaką wybrała autorka. A jaką wybrała? Trzeba przeczytać „Last minute”.
Sylwia Kubryńska w swojej narracji łączy trzy kierunki prowadzenia opowieści. Z jednej strony nawiązuje do twórczości spod znaku młodej prozy ha!artowskiej – ale własnej historii nie traktuje jak poligonu do ascetycznych doświadczeń językowych, wzbogaca ją o fragmenty lekko oniryczne, liryczne lub enigmatyczne. Zwraca uwagę charakterystyczny szyk wyrazów, zapewniający indywidualny styl autorki. Z drugiej strony da się w „Last minute” zauważyć – przede wszystkim w komponowaniu fabuły – wpływy Katarzyny Grocholi. Trzecie nawiązanie może w kontekście dwóch pierwszych zaskakiwać – Kubryńska momentami przypomina prozę Agnieszki Osieckiej. W zależności od upodobań odbiorcy będą się w tej lekturze zatrzymywać nad nieprzezroczystym i oryginalnym stylem lub nad dość schematyczną, ratowaną przez obrazy z teraźniejszości, fabułą. Temat, który autorka porusza, bardzo trudny jest do zrealizowania w oddaleniu od banałów i kalek, schematy myślowe podsuwają gotowe rozstrzygnięcia, a to z kolei bywa niewygodne przy czytaniu i śledzeniu losów bohaterek.
Chociaż Kubryńska stara się uciec od sentymentalizmu, nie zawsze jej się to udaje. Jej postacie – zwykle dumne, niezależne i samowystarczalne – potrafią stracić głowę z powodów, które odbiorcy uznaliby za niezbyt przekonujące. Wtedy w książce odświeżające i ciekawe opisy zastępowane są przez wywody zbyt oczywiste. Na szczęście autorka lepiej czuje się w lekko zdystansowanej narracji, nie przeładowuje historii cukierkowymi emocjami. „Last minute” to propozycja zarówno dla tych, którzy szukają romansowych powieści obyczajowych, jak i dla wielbicieli barwnej prozy.
Wyzwanie
Czasami wystarczy bezkompromisowa narracja, by ożywić standardowy pomysł. Sylwia Kubryńska w tomie „Last minute” uruchamia scenariusz zbanalizowany i wiele razy nie tylko w literaturze powtarzany. Sposób przedstawienia historii sprawia jednak, że od tej powieści trudno się oderwać.
Agnieszka leży w szpitalu. Potworne bóle głowy uniemożliwiają jej funkcjonowanie. Opryskliwe pielęgniarki i niezbyt zaangażowani w swoją pracę lekarze – tak prezentowany jest tu personel medyczny. Agnieszka informacje o czekających ją zabiegach otrzymuje dzięki życzliwym sąsiadkom. Przez większość czasu czuje jednak w głowie ogromnego jeża – i przed bolesną teraźniejszością ucieka w retrospekcje. Próbuje zapisywać wspomnienia, nadając im odrobinę poetyckości, nieco dowcipu i trochę melancholii. Z czasem coraz częściej zapada się w świat z przeszłości, dzięki czemu czytelnicy będą mogli poznać fragmenty skomplikowanego życiorysu kobiety.
Agnieszka – zgodnie z modą na panującą w kobiecej literaturze obyczajowej – przechodzi właśnie życiowy kryzys. Nie układa się jej w życiu prywatnym i zawodowym – z depresji ma ją wyciągnąć wykupiona przez wierną przyjaciółkę Zuzę wycieczka do Tunezji. Obie panie wybierają się do Afryki z zamiarem korzystania ze słońca – i z życia. Na miejscu zderzają się natomiast z mentalnością Arabów, dla których każda turystka z Europy stanowi źródło pieniędzy – odpowiednio potraktowana powinna przynieść łatwy zarobek. Arabowie mają od dawna wypróbowane sposoby nad podrywanie turystek – Agnieszka pamięta o tym, a jednak kiedy poznaje pewnego przystojnego Araba, traci dla niego głowę. Czy to, co deklaruje jej ukochany, jest prawdą, czy dobrze opracowaną strategią? Tak naprawdę odpowiedź na to pytanie zależy wyłącznie od konwencji, jaką wybrała autorka. A jaką wybrała? Trzeba przeczytać „Last minute”.
Sylwia Kubryńska w swojej narracji łączy trzy kierunki prowadzenia opowieści. Z jednej strony nawiązuje do twórczości spod znaku młodej prozy ha!artowskiej – ale własnej historii nie traktuje jak poligonu do ascetycznych doświadczeń językowych, wzbogaca ją o fragmenty lekko oniryczne, liryczne lub enigmatyczne. Zwraca uwagę charakterystyczny szyk wyrazów, zapewniający indywidualny styl autorki. Z drugiej strony da się w „Last minute” zauważyć – przede wszystkim w komponowaniu fabuły – wpływy Katarzyny Grocholi. Trzecie nawiązanie może w kontekście dwóch pierwszych zaskakiwać – Kubryńska momentami przypomina prozę Agnieszki Osieckiej. W zależności od upodobań odbiorcy będą się w tej lekturze zatrzymywać nad nieprzezroczystym i oryginalnym stylem lub nad dość schematyczną, ratowaną przez obrazy z teraźniejszości, fabułą. Temat, który autorka porusza, bardzo trudny jest do zrealizowania w oddaleniu od banałów i kalek, schematy myślowe podsuwają gotowe rozstrzygnięcia, a to z kolei bywa niewygodne przy czytaniu i śledzeniu losów bohaterek.
Chociaż Kubryńska stara się uciec od sentymentalizmu, nie zawsze jej się to udaje. Jej postacie – zwykle dumne, niezależne i samowystarczalne – potrafią stracić głowę z powodów, które odbiorcy uznaliby za niezbyt przekonujące. Wtedy w książce odświeżające i ciekawe opisy zastępowane są przez wywody zbyt oczywiste. Na szczęście autorka lepiej czuje się w lekko zdystansowanej narracji, nie przeładowuje historii cukierkowymi emocjami. „Last minute” to propozycja zarówno dla tych, którzy szukają romansowych powieści obyczajowych, jak i dla wielbicieli barwnej prozy.
sobota, 9 kwietnia 2011
Anna Staszewska: Każdy by się chciał powiesić
Nowy Świat, Warszawa 2011.
Zbiór anegdot
Stylem narracji – ale nawet samym tytułem – Anna Staszewska obiecuje (przede wszystkim) odbiorczyniom lekką, trochę zwariowaną powieść obyczajową, która ma dostarczać wyłącznie rozrywki. To czytadło na jeden wieczór, szybkie i wesołe, przypadnie do gustu tym, którzy chcieliby odpocząć przy niewymagającej lekturze. Staszewskiej nie chodzi o odwzorowywanie prawdziwego życia: autorka woli mnożyć dowcipne wydarzenia, składa fabułkę z całego szeregu niepowodzeń, nieporozumień i zaskoczeń, w których centrum znajduje się Joanna.
Joanna niedługo ma wyjść za mąż po raz drugi – ale nie jest do tego kroku przekonana, swojemu partnerowi, Piotrowi, może wiele zarzucić. Nie radzi sobie z uczuciami do tego stopnia, że trafia nawet do psychiatry. Poza tym Joanna ma dzieci, oddanych przyjaciół, talent do wpadania w tarapaty i zestaw anegdot, którymi okrasza niemal każdy rozdział. Do tego dochodzą nietuzinkowe pomysły bohaterki i jej znajomych. Joanna prezentuje swoje życie – niby zwyczajne, a w rzeczywistości pełne absurdalnych wydarzeń. Sekwencje anegdotycznych zwierzeń mają rozbawić czytających – bo dla fabuły, a właściwie podstawowego pytania: co ze ślubem, nie mają w zasadzie znaczenia.
A nie mają znaczenia także dlatego, że Anna Staszewska, rozprawiając się z tematem, zaraz o nim zapomina. Może to być uznane za wadę lub poważne niedopatrzenie: co z tego, że bohaterka zamiast pierścionka zaręczynowego dostanie żywą owcę, skoro słuch o tej owcy zaginie kilka stron dalej? „Każdy by się chciał powiesić” to zbiór opowiastek luźno ze sobą powiązanych i udających fabułę – w imitowaniu życia Staszewska posunęła się chyba za daleko, imituje chaos, ale nie nadaje mu żadnych ważniejszych celów. Drugim problemem w tej książce okazuje się nieuzasadnione zdrabnianie. Średnio co stronę pojawia się „określonko”, które może przyprawiać o ból zębów – zwłaszcza że nie ma żadnego uzasadnienia. Tu „zupka”, tam „nieboraczek” – znienacka, bez uprzedzenia i kompletnie bez sensu. Niepotrzebnie te zdrobnienia rozbijają narrację i wytrącają z rytmu lektury. Trzeci zarzut dotyczy fatalnej korekty: znalazło się tu kilka błędów ortograficznych, co też denerwuje.
Anna Staszewska chce bawić – i temu podporządkowuje całą opowieść. Troski bohaterów nie mają większego znaczenia, skoro chodzi o rozrywkę czytelników. Autorka nie pozwala im na znużenie czy strach, chociaż bywa, że uruchamia dowcipy niskie. Będzie się z czego przy tej książce pośmiać, owszem – ale pośmiać praktycznie bez refleksji. Dynamizm zapewni naiwna bohaterka, kobieta, która zachowuje się chwilami jak nastolatka, a w przebłyskach zdrowego rozsądku uświadamia sobie własne błędy. Większość przykrych spraw, jakie spotykają Joannę, bierze się stąd, że bohaterka działa impulsywnie i nie potrafi przyznać się do pomyłek. Nie jest jednak bezwolną kukłą, skazaną na niefortunne zrządzenia losu, wręcz przeciwnie – sama generuje kolejne zabawne przypadki i daleka jest od przedstawiania siebie jako ofiary: to warunek niezbędny, by odbiorcy mogli czerpać przyjemność z lektury.
Wbrew wisielczej zapowiedzi z tytułu, tom „Każdy by się chciał powiesić” to zestaw historii mocno optymistycznych i zabawnych na przekór trudnej czasem rzeczywistości. Ta książka ma dodawać otuchy i wywoływać uśmiech, ma zabijać czas i dostarczać drobnej przyjemności. To czytadło, które nie powinno zmęczyć – w końcu istotne są w nim obrazki pełne humoru.
Zbiór anegdot
Stylem narracji – ale nawet samym tytułem – Anna Staszewska obiecuje (przede wszystkim) odbiorczyniom lekką, trochę zwariowaną powieść obyczajową, która ma dostarczać wyłącznie rozrywki. To czytadło na jeden wieczór, szybkie i wesołe, przypadnie do gustu tym, którzy chcieliby odpocząć przy niewymagającej lekturze. Staszewskiej nie chodzi o odwzorowywanie prawdziwego życia: autorka woli mnożyć dowcipne wydarzenia, składa fabułkę z całego szeregu niepowodzeń, nieporozumień i zaskoczeń, w których centrum znajduje się Joanna.
Joanna niedługo ma wyjść za mąż po raz drugi – ale nie jest do tego kroku przekonana, swojemu partnerowi, Piotrowi, może wiele zarzucić. Nie radzi sobie z uczuciami do tego stopnia, że trafia nawet do psychiatry. Poza tym Joanna ma dzieci, oddanych przyjaciół, talent do wpadania w tarapaty i zestaw anegdot, którymi okrasza niemal każdy rozdział. Do tego dochodzą nietuzinkowe pomysły bohaterki i jej znajomych. Joanna prezentuje swoje życie – niby zwyczajne, a w rzeczywistości pełne absurdalnych wydarzeń. Sekwencje anegdotycznych zwierzeń mają rozbawić czytających – bo dla fabuły, a właściwie podstawowego pytania: co ze ślubem, nie mają w zasadzie znaczenia.
A nie mają znaczenia także dlatego, że Anna Staszewska, rozprawiając się z tematem, zaraz o nim zapomina. Może to być uznane za wadę lub poważne niedopatrzenie: co z tego, że bohaterka zamiast pierścionka zaręczynowego dostanie żywą owcę, skoro słuch o tej owcy zaginie kilka stron dalej? „Każdy by się chciał powiesić” to zbiór opowiastek luźno ze sobą powiązanych i udających fabułę – w imitowaniu życia Staszewska posunęła się chyba za daleko, imituje chaos, ale nie nadaje mu żadnych ważniejszych celów. Drugim problemem w tej książce okazuje się nieuzasadnione zdrabnianie. Średnio co stronę pojawia się „określonko”, które może przyprawiać o ból zębów – zwłaszcza że nie ma żadnego uzasadnienia. Tu „zupka”, tam „nieboraczek” – znienacka, bez uprzedzenia i kompletnie bez sensu. Niepotrzebnie te zdrobnienia rozbijają narrację i wytrącają z rytmu lektury. Trzeci zarzut dotyczy fatalnej korekty: znalazło się tu kilka błędów ortograficznych, co też denerwuje.
Anna Staszewska chce bawić – i temu podporządkowuje całą opowieść. Troski bohaterów nie mają większego znaczenia, skoro chodzi o rozrywkę czytelników. Autorka nie pozwala im na znużenie czy strach, chociaż bywa, że uruchamia dowcipy niskie. Będzie się z czego przy tej książce pośmiać, owszem – ale pośmiać praktycznie bez refleksji. Dynamizm zapewni naiwna bohaterka, kobieta, która zachowuje się chwilami jak nastolatka, a w przebłyskach zdrowego rozsądku uświadamia sobie własne błędy. Większość przykrych spraw, jakie spotykają Joannę, bierze się stąd, że bohaterka działa impulsywnie i nie potrafi przyznać się do pomyłek. Nie jest jednak bezwolną kukłą, skazaną na niefortunne zrządzenia losu, wręcz przeciwnie – sama generuje kolejne zabawne przypadki i daleka jest od przedstawiania siebie jako ofiary: to warunek niezbędny, by odbiorcy mogli czerpać przyjemność z lektury.
Wbrew wisielczej zapowiedzi z tytułu, tom „Każdy by się chciał powiesić” to zestaw historii mocno optymistycznych i zabawnych na przekór trudnej czasem rzeczywistości. Ta książka ma dodawać otuchy i wywoływać uśmiech, ma zabijać czas i dostarczać drobnej przyjemności. To czytadło, które nie powinno zmęczyć – w końcu istotne są w nim obrazki pełne humoru.
wtorek, 28 września 2010
Andżelika Piechowiak: Koty i ich sławni ludzie
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Po prostu koci świat
Nie ma większego sensu zaczynanie tej recenzji od powtarzania obiegowych opinii o tym, że ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy, podobnie zresztą jak wymienianie stereotypowych wad i zalet kotów nie przyczyni się do lepszego omówienia publikacji wydawnictwa Nowy Świat. „Koty i ich sławni ludzie” to bowiem książka zrodzona z sympatycznego pomysłu, łącząca wielbicieli miauczących stworzeń i dla miłośników kotów przeznaczona – nie zmieni tego fakt, że autorką tomu jest Andżelika Piechowiak, jedna z aktorek młodego pokolenia, a wśród sław opowiadających o swoich pupilach znajdą się między innymi Zofia Czerwińska, Joanna Chmielewska, Grzegorz Turnau, Krystyna Sienkiewicz, Katarzyna Dowbor, Grzegorz Miecugow, Allan Starski, Zbigniew Wodecki czy Ewa Gawryluk. Na pierwszym planie pozostają tu koty – piękne i rasowe, albo zwyczajne dachowce, przygarnięte z litości, ale przez to nie mniej piękne. Wszystkie rozmowy poświęcone są kotom – z rzadka uda się gdzieś przemycić opowieść z planu. Tę hierarchię znakomicie oddaje humorystyczny tytuł książki – znani ludzie usuwają się w cień, snując barwne opowieści o zwierzakach. Na dobrą sprawę nie ma nawet znaczenia, kim są rozmówcy Andżeliki Piechowiak: każdy, kto kiedykolwiek kochał jakieś domowe zwierzę, doskonale wie, że o mądrości, przebiegłości i wyjątkowych zdolnościach pupila da się opowiadać godzinami, a dla zainteresowanych tematem wszystkie historie będą brzmiały równie atrakcyjnie. Tak też jest w przypadku tej książki.
Wywiady z „Kotów i ich sławnych ludzi” nie mogą zmęczyć, skoro dotyczą kocich indywidualności. Andżelika Piechowiak prowadzi rozmowy bardzo zgrabnie i pomysłowo, nie tylko ze znawstwem tematu (sama kocha koty, zatem z łatwością odnajduje się w odmalowywanych przez rozmówców scenach), ale i z wyczuciem interlokutorów. Swoje pytania okrasza cytatami poświęconymi kociej naturze. Wybiera zagadnienia starannie, nie posługuje się ogólnikami i widać, że rozmowy także jej sprawiają przyjemność. Wyciąga rozmówców na zwierzenia, czasem proponuje powroty do doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa. Nie prowokuje dyskusji, skoro zgadza się z większością zapraszanych do wywiadów sław, nie próbuje skierować rozmowy na wybrane przez siebie tory na siłę, jest dyskretna, ale okazuje się też świetnym katalizatorem kocich opowieści.
W kilku przypadkach postawy autorów wypowiedzi wybrzmiewają dość przewidywalnie – i niekiedy z lekką już rysą fanatyzmu. Jeśli rozgoryczenie, płynące z niezrozumienia ze strony społeczeństwa, bierze górę nad właściwymi historiami, sama rozmowa mniej będzie cieszyć – ale za to pozwoli w szerszej perspektywie na pełniejszy ogląd świata miłośników kotów. Parę razy wywiady dostarczą powodów do śmiechu, zwłaszcza u tych rozmówców, którzy mimo uwielbienia dla swoich czworonogów, są w stanie zdobyć się na dystans do tematu – co przecież nie jest zbyt łatwe. Prym wiedzie tu Wojciech Mann, który o swoim kocie mówi „futrzany kretyn” i bezlitośnie, a przecież z ironicznym przymrużeniem oka – wytyka jego wady. To idealna przeciwwaga dla rozmów z zaślepionymi właścicielami zwierząt i wyśmienity w lekturze kawałek.
Książce, niestety, zabrakło porządnej korekty – edytory tekstu nie wyłapią wszystkich błędów, zwłaszcza jeśli – a tak jest w tym wypadku – literówki przekształcają słowa w inne, istniejące w korpusie słownika języka polskiego. Także w poprawianiu przecinków Ewa Chmielewska po raz kolejny się nie sprawdziła, zamiast zasad interpunkcji stosując, z niewiadomych przyczyn, sobie tylko znane pomysły. Nie pierwszy już raz oddziela przecinkami podmioty od orzeczeń i niewielka jest szansa na to, że w końcu ktoś zwróci jej na to uwagę. Szkoda. Cała książka robi dobre wrażenie, jest porządnie wydana, zawiera nawet kilka zdjęć kotów sławnych ludzi – błędy psują efekt.
Andżelika Piechowiak połączyła tendencje do plotkarskich rozmów z wielką miłością do zwierząt – efekt godny jest uwagi, oczywiście pod warunkiem, że kocha się – lub przynajmniej lubi – koty.
Po prostu koci świat
Nie ma większego sensu zaczynanie tej recenzji od powtarzania obiegowych opinii o tym, że ludzie dzielą się na psiarzy i kociarzy, podobnie zresztą jak wymienianie stereotypowych wad i zalet kotów nie przyczyni się do lepszego omówienia publikacji wydawnictwa Nowy Świat. „Koty i ich sławni ludzie” to bowiem książka zrodzona z sympatycznego pomysłu, łącząca wielbicieli miauczących stworzeń i dla miłośników kotów przeznaczona – nie zmieni tego fakt, że autorką tomu jest Andżelika Piechowiak, jedna z aktorek młodego pokolenia, a wśród sław opowiadających o swoich pupilach znajdą się między innymi Zofia Czerwińska, Joanna Chmielewska, Grzegorz Turnau, Krystyna Sienkiewicz, Katarzyna Dowbor, Grzegorz Miecugow, Allan Starski, Zbigniew Wodecki czy Ewa Gawryluk. Na pierwszym planie pozostają tu koty – piękne i rasowe, albo zwyczajne dachowce, przygarnięte z litości, ale przez to nie mniej piękne. Wszystkie rozmowy poświęcone są kotom – z rzadka uda się gdzieś przemycić opowieść z planu. Tę hierarchię znakomicie oddaje humorystyczny tytuł książki – znani ludzie usuwają się w cień, snując barwne opowieści o zwierzakach. Na dobrą sprawę nie ma nawet znaczenia, kim są rozmówcy Andżeliki Piechowiak: każdy, kto kiedykolwiek kochał jakieś domowe zwierzę, doskonale wie, że o mądrości, przebiegłości i wyjątkowych zdolnościach pupila da się opowiadać godzinami, a dla zainteresowanych tematem wszystkie historie będą brzmiały równie atrakcyjnie. Tak też jest w przypadku tej książki.
Wywiady z „Kotów i ich sławnych ludzi” nie mogą zmęczyć, skoro dotyczą kocich indywidualności. Andżelika Piechowiak prowadzi rozmowy bardzo zgrabnie i pomysłowo, nie tylko ze znawstwem tematu (sama kocha koty, zatem z łatwością odnajduje się w odmalowywanych przez rozmówców scenach), ale i z wyczuciem interlokutorów. Swoje pytania okrasza cytatami poświęconymi kociej naturze. Wybiera zagadnienia starannie, nie posługuje się ogólnikami i widać, że rozmowy także jej sprawiają przyjemność. Wyciąga rozmówców na zwierzenia, czasem proponuje powroty do doświadczeń wyniesionych z dzieciństwa. Nie prowokuje dyskusji, skoro zgadza się z większością zapraszanych do wywiadów sław, nie próbuje skierować rozmowy na wybrane przez siebie tory na siłę, jest dyskretna, ale okazuje się też świetnym katalizatorem kocich opowieści.
W kilku przypadkach postawy autorów wypowiedzi wybrzmiewają dość przewidywalnie – i niekiedy z lekką już rysą fanatyzmu. Jeśli rozgoryczenie, płynące z niezrozumienia ze strony społeczeństwa, bierze górę nad właściwymi historiami, sama rozmowa mniej będzie cieszyć – ale za to pozwoli w szerszej perspektywie na pełniejszy ogląd świata miłośników kotów. Parę razy wywiady dostarczą powodów do śmiechu, zwłaszcza u tych rozmówców, którzy mimo uwielbienia dla swoich czworonogów, są w stanie zdobyć się na dystans do tematu – co przecież nie jest zbyt łatwe. Prym wiedzie tu Wojciech Mann, który o swoim kocie mówi „futrzany kretyn” i bezlitośnie, a przecież z ironicznym przymrużeniem oka – wytyka jego wady. To idealna przeciwwaga dla rozmów z zaślepionymi właścicielami zwierząt i wyśmienity w lekturze kawałek.
Książce, niestety, zabrakło porządnej korekty – edytory tekstu nie wyłapią wszystkich błędów, zwłaszcza jeśli – a tak jest w tym wypadku – literówki przekształcają słowa w inne, istniejące w korpusie słownika języka polskiego. Także w poprawianiu przecinków Ewa Chmielewska po raz kolejny się nie sprawdziła, zamiast zasad interpunkcji stosując, z niewiadomych przyczyn, sobie tylko znane pomysły. Nie pierwszy już raz oddziela przecinkami podmioty od orzeczeń i niewielka jest szansa na to, że w końcu ktoś zwróci jej na to uwagę. Szkoda. Cała książka robi dobre wrażenie, jest porządnie wydana, zawiera nawet kilka zdjęć kotów sławnych ludzi – błędy psują efekt.
Andżelika Piechowiak połączyła tendencje do plotkarskich rozmów z wielką miłością do zwierząt – efekt godny jest uwagi, oczywiście pod warunkiem, że kocha się – lub przynajmniej lubi – koty.
środa, 4 sierpnia 2010
Anna Maria Goławska: Włochy. Podróż na południe
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Sztuka, kuchnia i koty
Jest coś takiego w książkach Anny Marii Goławskiej, czemu trudno się oprzeć. Może to harmonijna i pełna spokoju narracja, może zamiłowanie do sztuki, kotów i dobrego jedzenia, może po prostu miłość do Włoch – faktem jest, że po arcyciekawym tomie „Toskania, Umbria i okolice” proponuje nam ta autorka kolejną historię podróżniczą, tym razem kierującą czytelników na południe Włoch. Wydany przez Nowy Świat tom staje się połączeniem przewodnika literackiego i dziennika – autorka szczególnie często odnosi się do zapisków Jarosława Iwaszkiewicza i Michała Wiszniewskiego, konfrontując spostrzeżenia tych postaci z własnymi, odległymi w czasie a przecież podobnymi pod względem doznań odczuciami. Książka „Włochy. Podróż na południe” to zestaw refleksji i notatek, wzbogaconych o wiadomości o miejscowej kulturze i zwyczajach.
Anna Maria Goławska nie przytłacza czytelników nagromadzeniem faktów. Chociaż informacji jest tu rzeczywiście bardzo dużo, nie mogą one znużyć odbiorców, bo przefiltrowane są przez nieustającą opowieść o odkrywaniu włoskiego stylu życia. Wszelkie dane okrasza autorka subiektywnymi uwagami, wiedzę o zabytkach i miejscach godnych polecenia obudowuje pamiętnikarsko-reportażową narracją. Nie oddziela przewodnikowych wskazówek od porad prywatnych, zachowuje się za to jak dobry gospodarz, szczery i wart zaufania. Goławska chętnie pisze o odwiedzanych, a czasem przypadkowo odkrywanych, miejscach, a jeszcze chętniej – o ludziach, których spotkała na swojej drodze: o tych życzliwych bratnich duszach, dzięki którym udało się znaleźć ciekawe miejsca czy tanie noclegi. Nie ma w tym tomie prób uogólniania, nie ma poszukiwań szerokiej i trafnej charakterystyki mieszkańców – dla autorki liczą się napotkane jednostki, nie truizmy i wnioski wysnuwane na szybko według innych książek.
Można tę publikację pokochać ze względu na smakowitą narrację: Goławska rozkoszuje się dziełami sztuki, perłami architektury, ale nawet zwyczajnym życiem – i swój zachwyt potrafi przekuć na równie atrakcyjną opowieść. Bez zarzutu przedstawia także doznania kulinarne: jej książka jest najlepszą zachętą do rozsmakowania się w kuchni włoskiej – choć przepisów w niej nie ma. Stosuje tu autorka sprytne zabiegi, czasem rozwodzi się nad odkrytym właśnie daniem, innym razem przenosi się myślami do własnych odczuć z daną potrawą związanych. Opisy dotyczące jedzenia są w książce równie zmysłowe, co przedstawienia architektury i sztuki. Ale Goławska znalazła motyw, który wyróżnia ją z coraz bardziej obszernej (głównie za sprawą toskanianów) półki z literaturą autobiografiującą, powiązaną z Italią: to koty. I Anna Maria Goławska, i Grzegorz Lindenberg, to miłośnicy tych futrzastych stworzeń – i do zachwytów nad dorobkiem kulturowym dołączają wciąż drobne opowiastki o spotykanych we Włoszech kotach. Są tu biedne, wychudzone i przestraszone kocie maleństwa, dokarmiane przez parę specjalnie noszonym w tym celu kocim jedzeniem, są koty rozleniwione i wygrzewające się na słońcu w starych murach. Zyskują one miejsce w reportażowej opowieści, trafiają także na zdjęcia (podobnie jak w tomie „Toskania, Umbria…” książkę zamyka zestaw fotografii) – można więc podzielać zachwyt autorki nad tymi stworzeniami.
Goławska przytacza całe mnóstwo ciekawostek, anegdot zrodzonych pod wpływem chwili i opowieści, które nadają książce lekkości. „Włochy. Podróż na południe” to subiektywny przewodnik, ale też pozycja obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy wybierają się do Italii – i dla tych, którzy wolą podróżowanie palcem po mapie przy sycącej, spokojnej lekturze.
Sztuka, kuchnia i koty
Jest coś takiego w książkach Anny Marii Goławskiej, czemu trudno się oprzeć. Może to harmonijna i pełna spokoju narracja, może zamiłowanie do sztuki, kotów i dobrego jedzenia, może po prostu miłość do Włoch – faktem jest, że po arcyciekawym tomie „Toskania, Umbria i okolice” proponuje nam ta autorka kolejną historię podróżniczą, tym razem kierującą czytelników na południe Włoch. Wydany przez Nowy Świat tom staje się połączeniem przewodnika literackiego i dziennika – autorka szczególnie często odnosi się do zapisków Jarosława Iwaszkiewicza i Michała Wiszniewskiego, konfrontując spostrzeżenia tych postaci z własnymi, odległymi w czasie a przecież podobnymi pod względem doznań odczuciami. Książka „Włochy. Podróż na południe” to zestaw refleksji i notatek, wzbogaconych o wiadomości o miejscowej kulturze i zwyczajach.
Anna Maria Goławska nie przytłacza czytelników nagromadzeniem faktów. Chociaż informacji jest tu rzeczywiście bardzo dużo, nie mogą one znużyć odbiorców, bo przefiltrowane są przez nieustającą opowieść o odkrywaniu włoskiego stylu życia. Wszelkie dane okrasza autorka subiektywnymi uwagami, wiedzę o zabytkach i miejscach godnych polecenia obudowuje pamiętnikarsko-reportażową narracją. Nie oddziela przewodnikowych wskazówek od porad prywatnych, zachowuje się za to jak dobry gospodarz, szczery i wart zaufania. Goławska chętnie pisze o odwiedzanych, a czasem przypadkowo odkrywanych, miejscach, a jeszcze chętniej – o ludziach, których spotkała na swojej drodze: o tych życzliwych bratnich duszach, dzięki którym udało się znaleźć ciekawe miejsca czy tanie noclegi. Nie ma w tym tomie prób uogólniania, nie ma poszukiwań szerokiej i trafnej charakterystyki mieszkańców – dla autorki liczą się napotkane jednostki, nie truizmy i wnioski wysnuwane na szybko według innych książek.
Można tę publikację pokochać ze względu na smakowitą narrację: Goławska rozkoszuje się dziełami sztuki, perłami architektury, ale nawet zwyczajnym życiem – i swój zachwyt potrafi przekuć na równie atrakcyjną opowieść. Bez zarzutu przedstawia także doznania kulinarne: jej książka jest najlepszą zachętą do rozsmakowania się w kuchni włoskiej – choć przepisów w niej nie ma. Stosuje tu autorka sprytne zabiegi, czasem rozwodzi się nad odkrytym właśnie daniem, innym razem przenosi się myślami do własnych odczuć z daną potrawą związanych. Opisy dotyczące jedzenia są w książce równie zmysłowe, co przedstawienia architektury i sztuki. Ale Goławska znalazła motyw, który wyróżnia ją z coraz bardziej obszernej (głównie za sprawą toskanianów) półki z literaturą autobiografiującą, powiązaną z Italią: to koty. I Anna Maria Goławska, i Grzegorz Lindenberg, to miłośnicy tych futrzastych stworzeń – i do zachwytów nad dorobkiem kulturowym dołączają wciąż drobne opowiastki o spotykanych we Włoszech kotach. Są tu biedne, wychudzone i przestraszone kocie maleństwa, dokarmiane przez parę specjalnie noszonym w tym celu kocim jedzeniem, są koty rozleniwione i wygrzewające się na słońcu w starych murach. Zyskują one miejsce w reportażowej opowieści, trafiają także na zdjęcia (podobnie jak w tomie „Toskania, Umbria…” książkę zamyka zestaw fotografii) – można więc podzielać zachwyt autorki nad tymi stworzeniami.
Goławska przytacza całe mnóstwo ciekawostek, anegdot zrodzonych pod wpływem chwili i opowieści, które nadają książce lekkości. „Włochy. Podróż na południe” to subiektywny przewodnik, ale też pozycja obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy wybierają się do Italii – i dla tych, którzy wolą podróżowanie palcem po mapie przy sycącej, spokojnej lekturze.
czwartek, 29 lipca 2010
Małgorzata Karolina Piekarska: LO-teria
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Z życia młodzieży
Kilka lat temu Małgorzata Karolina Piekarska stała się autorką książki dla młodzieży- „Klasa pani Czajki”, pomyślana początkowo jako powieść w odcinkach do jednego z czasopism, stała się wydawniczym hitem i trafiła nawet na listę lektur uzupełniających w gimnazjach. Autorka postanowiła zaprezentować dalsze losy paczki przyjaciół i w „LO-terii” kontynuuje opowieść o znanych już czytelnikom postaciach. Nie zmienia formy, bohaterów ani przesłania, jedyne co odróżnia „LO-terię” od „Klasy pani Czajki” to tło wydarzeń – liceum.
Pary, które swoje pierwsze zauroczenia przeżywały w gimnazjum, teraz, u progu dorosłości, czekają pierwsze kryzysy i nieporozumienia. Konflikty zdarzają się nawet w tych związkach, które budowane były na bazie przyjaźni – i tu Małgorzata Karolina Piekarska kreatywnie podchodzi do banalnego w gruncie rzeczy tematu. Na drodze do szczęścia stają czasem rodzice, którzy z niezrozumiałych względów sprzeciwiają się dzieciom, czasem – nowi potencjalni partnerzy. Zazdrość, brak porozumienia, zbyt bujna wyobraźnia – to wszystko utrudnia młodym ludziom cieszenie się sobą. Bywają i bardziej poważne zmartwienia – liceum to czas inicjacji seksualnej, a to pociąga za sobą inne niż do tej pory rozumienie zdrady.
Związki i międzyludzkie relacje stanowią najważniejszy motyw „LO-terii”. Nie zawsze zresztą chodzi o miłość – liczą się tu również konflikty na linii dzieci – rodzice – od najprostszych codziennych sprzeczek po sytuacje patologiczne. Sporo emocji zapewni autorka odbiorcom za sprawą zemsty i przemocy – nie ma w tej książce taryfy ulgowej dla bohaterów, kilka sytuacji znajdzie tragiczny finał, co jeszcze wzmocni wymowę historii. Tutaj odbiorców traktuje się poważnie, co objawia się rezygnacją z przesłodzonej fikcji. Jasne, że w pewnych momentach Piekarska idealizuje opowieści, na przykład przy odwzorowywaniu bardzo dojrzałych postaw nastolatków, które chcą być ze sobą, lecz przecież to także próba podpowiadania czytelnikom, jak rozwiązywać problemy i jak uczyć się wypracowywania kompromisów.
Powieść składa się z krótkich rozdziałów-odcinków, niepowiązanych ze sobą dodatkową narracją. Autorka skupia się na pojedynczych wydarzeniach, a w ramach kolejnych opowieści stosuje przeskoki czasowe, pokazując sprawy poprzedzające daną sytuację bądź jej konsekwencje. W ten sposób książka przypomina raczej zbiór połączonych ze sobą i wzajemnie zależnych opowiadań niż klasyczną powieść – co jest dobrym rozwiązaniem dla niecierpliwych czytelników. Inna sprawa, że czasem trochę brakuje rozwinięć otwartych na początku książki motywów – ale to już kwestia priorytetów autorki.
Fabularnie gęsta powieść od strony literackiej nie jest zachwycająca. To książka bardziej reportażowa, Piekarska stawia tu na przekazywanie wydarzeń, nie na ich ładne obudowywanie. Gorzej, że książce tej zabrakło korekty – jest w niej wiele literówek, zwykle złośliwych, to jest zmieniających sens wyrazu, błędów ortograficznych (łączna i rozdzielna pisownia „nie”) i interpunkcyjnych. Większość dałoby się wyeliminować po jednym uważnym przeczytaniu. Niby dynamiczna akcja odwraca uwagę od niedoskonałości formy, ale w publikacjach dla młodzieży powinno się szczególnie dbać o przestrzeganie zasad ortografii. Dwa jeszcze przyzwyczajenia autorki mogą razić – jedno to uparcie wstawiane w klauzuli zdań „się”, które brzmi nienaturalnie i zaburza akcenty zdaniowe. Drugie – „bym” zamiast „żebym” – w dialogach młodzieżowych wypada to bardzo zabawnie, jakby postacie siliły się na wygłaszanie swoich kwestii w języku literackim. Sztuczność takiego rozwiązania jest wyraźna.
Niezaprzeczalne atuty tej powieści to wielowątkowość, szybkie tempo i nastawienie na prawdziwe, niewydumane, chociaż czasem wyostrzone, problemy młodzieży. Wyćwiczona w felietonowych dyskusjach z młodymi czytelnikami Małgorzata Karolina Piekarska nie próbuje się odbiorcom podlizać, nie udaje też, że wszystkie zmartwienia wieku dojrzewania znajdą łatwe rozwiązanie. Nie uderza w tony sentymentalne ani moralizatorskie, woli sensację wydobywaną z codzienności, dzięki czemu trafi swoją książką do wszystkich młodych ludzi, którym pozwala samodzielnie myśleć.
Z życia młodzieży
Kilka lat temu Małgorzata Karolina Piekarska stała się autorką książki dla młodzieży- „Klasa pani Czajki”, pomyślana początkowo jako powieść w odcinkach do jednego z czasopism, stała się wydawniczym hitem i trafiła nawet na listę lektur uzupełniających w gimnazjach. Autorka postanowiła zaprezentować dalsze losy paczki przyjaciół i w „LO-terii” kontynuuje opowieść o znanych już czytelnikom postaciach. Nie zmienia formy, bohaterów ani przesłania, jedyne co odróżnia „LO-terię” od „Klasy pani Czajki” to tło wydarzeń – liceum.
Pary, które swoje pierwsze zauroczenia przeżywały w gimnazjum, teraz, u progu dorosłości, czekają pierwsze kryzysy i nieporozumienia. Konflikty zdarzają się nawet w tych związkach, które budowane były na bazie przyjaźni – i tu Małgorzata Karolina Piekarska kreatywnie podchodzi do banalnego w gruncie rzeczy tematu. Na drodze do szczęścia stają czasem rodzice, którzy z niezrozumiałych względów sprzeciwiają się dzieciom, czasem – nowi potencjalni partnerzy. Zazdrość, brak porozumienia, zbyt bujna wyobraźnia – to wszystko utrudnia młodym ludziom cieszenie się sobą. Bywają i bardziej poważne zmartwienia – liceum to czas inicjacji seksualnej, a to pociąga za sobą inne niż do tej pory rozumienie zdrady.
Związki i międzyludzkie relacje stanowią najważniejszy motyw „LO-terii”. Nie zawsze zresztą chodzi o miłość – liczą się tu również konflikty na linii dzieci – rodzice – od najprostszych codziennych sprzeczek po sytuacje patologiczne. Sporo emocji zapewni autorka odbiorcom za sprawą zemsty i przemocy – nie ma w tej książce taryfy ulgowej dla bohaterów, kilka sytuacji znajdzie tragiczny finał, co jeszcze wzmocni wymowę historii. Tutaj odbiorców traktuje się poważnie, co objawia się rezygnacją z przesłodzonej fikcji. Jasne, że w pewnych momentach Piekarska idealizuje opowieści, na przykład przy odwzorowywaniu bardzo dojrzałych postaw nastolatków, które chcą być ze sobą, lecz przecież to także próba podpowiadania czytelnikom, jak rozwiązywać problemy i jak uczyć się wypracowywania kompromisów.
Powieść składa się z krótkich rozdziałów-odcinków, niepowiązanych ze sobą dodatkową narracją. Autorka skupia się na pojedynczych wydarzeniach, a w ramach kolejnych opowieści stosuje przeskoki czasowe, pokazując sprawy poprzedzające daną sytuację bądź jej konsekwencje. W ten sposób książka przypomina raczej zbiór połączonych ze sobą i wzajemnie zależnych opowiadań niż klasyczną powieść – co jest dobrym rozwiązaniem dla niecierpliwych czytelników. Inna sprawa, że czasem trochę brakuje rozwinięć otwartych na początku książki motywów – ale to już kwestia priorytetów autorki.
Fabularnie gęsta powieść od strony literackiej nie jest zachwycająca. To książka bardziej reportażowa, Piekarska stawia tu na przekazywanie wydarzeń, nie na ich ładne obudowywanie. Gorzej, że książce tej zabrakło korekty – jest w niej wiele literówek, zwykle złośliwych, to jest zmieniających sens wyrazu, błędów ortograficznych (łączna i rozdzielna pisownia „nie”) i interpunkcyjnych. Większość dałoby się wyeliminować po jednym uważnym przeczytaniu. Niby dynamiczna akcja odwraca uwagę od niedoskonałości formy, ale w publikacjach dla młodzieży powinno się szczególnie dbać o przestrzeganie zasad ortografii. Dwa jeszcze przyzwyczajenia autorki mogą razić – jedno to uparcie wstawiane w klauzuli zdań „się”, które brzmi nienaturalnie i zaburza akcenty zdaniowe. Drugie – „bym” zamiast „żebym” – w dialogach młodzieżowych wypada to bardzo zabawnie, jakby postacie siliły się na wygłaszanie swoich kwestii w języku literackim. Sztuczność takiego rozwiązania jest wyraźna.
Niezaprzeczalne atuty tej powieści to wielowątkowość, szybkie tempo i nastawienie na prawdziwe, niewydumane, chociaż czasem wyostrzone, problemy młodzieży. Wyćwiczona w felietonowych dyskusjach z młodymi czytelnikami Małgorzata Karolina Piekarska nie próbuje się odbiorcom podlizać, nie udaje też, że wszystkie zmartwienia wieku dojrzewania znajdą łatwe rozwiązanie. Nie uderza w tony sentymentalne ani moralizatorskie, woli sensację wydobywaną z codzienności, dzięki czemu trafi swoją książką do wszystkich młodych ludzi, którym pozwala samodzielnie myśleć.
środa, 7 lipca 2010
Anna Janko: Wiersze z cieniem
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Ulotne słowa
Anna Janko jako poetka nie każdemu przypadnie do gustu. Jej twórczości dałoby się przyczepić etykietkę „poezja kobieca” – bez względu na reakcje, jakie to określenie wywołuje. Janko w swoich wierszach nie sili się na oryginalność treści czy formy, posługuje się charakterystycznymi schematami i pisze teksty, w których najważniejszy okazuje się ulotny nastrój, a obok niego wrażliwość (momentami aż chciałoby się napisać – nadwrażliwość), tęsknota, czułość i stała potrzeba bliskości. Na pewno nie są to wiersze pisane z pomysłem, zamykane celną puentą, wyrastające z niebanalnego spostrzeżenia i zderzające realizm z metaforami. Są te wiersze lekko pensjonarskie, grupą odbiorców na pewno zachwyconą będą nastolatki poszukujące tekstów o pięknej miłości, upoetycznione bądź stylizujące się na poetki, wielbicielki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i seriali obyczajowych. Wielbiciele lingwizmu, odważnych i zdecydowanych rozwiązań, zaskoczenia i oryginalności nie mają czego w „Wierszach z cieniem” szukać. Wszystko w porządku, jeśli stawia się znak równości między słowami poezja i wrażliwość – ale dla mnie te dwa pojęcia nie są jednak tożsame.
Anna Janko obok wierszy wolnych sięga po bardziej klasyczne formy, decyduje się na rymowane piosenki – i chociaż często budzi tym zachwyt krytyków (nie wiadomo jakimi przesłankami się w tym momencie kierujących), popada, raczej nieświadomie, w kicz. Przede wszystkim dlatego, że sięga po współbrzmienia zbanalizowane do przesady – rym „niebie – ciebie” to już grafomania, estetyczne wykroczenie, przed którym ostrzega się nawet piszącą młodzież. Janko tę parę wyrazową eksploatuje bez przerwy i do znudzenia. Nie może imponować formą utworów, jeśli od strony warsztatowej ta forma okazuje się zwyczajnie słaba, jakby sprzed epoki skamandrytów. O rymach gramatycznych nie będę już tym razem pisać – nie zawsze częstochowszczyznę da się usprawiedliwić stylizacją.
Co ciekawe, nie ma w „Wierszach z cieniem” nic, co mogłoby na dłużej przykuć uwagę, nie ma tekstów, które chciałoby się zapamiętać, nic nie próbuje nawet przeniknąć do świadomości czytelników. Ot, ulotne impresyjki, notowane pod wpływem chwili spostrzeżenia bez międzywersowej czy międzysłownej iskry. Przesycone emocjami, górnolotnością i ciągłymi odwołaniami do wielkich uczuć teksty dość szybko powszednieją, Anna Janko swoim pisaniem znieczula na to, co powinno się odbierać jako ważne – lecz chyba nie taki był jej cel. Problem w tym, że „Wiersze z cieniem” można odczytywać entuzjastycznie – albo odrzucać przez obojętność. Janko nie mówi nic nowego, nie szuka atrakcyjnych sposobów przedstawienia tego, co wypowiedziane. Ślady intertekstualności, zamiast budować intrygującą sieć międzywierszowych relacji, boleśnie przypominają o pewnej bezradności autorki, powtarzalności tematów i fraz.
Anna Janko próbuje definiować tęsknotę, notując, że „każde spotkanie to rozkwitające pożegnanie”. Przypomina, że drugi człowiek jest niezbędny do widzenia świata. Dla wymarzonego uczucia skłonna jest – jako bohaterka wierszy – do wielu metamorfoz. By wzbogacić liryczne interpersonalne podróże, wybiera oddalenie czasowe (tak jest w „Prawieczorze”), innym razem sięga po pastisze, zresztą w „Wierszach z cieniem” sporo jest różnych gatunków, efektów ciągłych poszukiwań, a może tylko literackich popisów.
Tomik „Wiersze z cieniem” równie łatwo znajdzie swoich zwolenników jak i przeciwników. Ci pierwsi docenią eteryczność utworów, nastawienie na efemeryczne doznania i ponadczasowe uczucia, wrażliwość i wysoki stopień zaangażowania emocjonalnego. To zbiorek dla tych czytelników, którzy poszukują w poezji nastrojowości, „lirycznego” klimatu i wyrażania tego, co do wyrażenia bywa naprawdę trudne. Nie należę do miłośników podobnych wierszy, lecz zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelników może być tą książką zachwyconych.
Ulotne słowa
Anna Janko jako poetka nie każdemu przypadnie do gustu. Jej twórczości dałoby się przyczepić etykietkę „poezja kobieca” – bez względu na reakcje, jakie to określenie wywołuje. Janko w swoich wierszach nie sili się na oryginalność treści czy formy, posługuje się charakterystycznymi schematami i pisze teksty, w których najważniejszy okazuje się ulotny nastrój, a obok niego wrażliwość (momentami aż chciałoby się napisać – nadwrażliwość), tęsknota, czułość i stała potrzeba bliskości. Na pewno nie są to wiersze pisane z pomysłem, zamykane celną puentą, wyrastające z niebanalnego spostrzeżenia i zderzające realizm z metaforami. Są te wiersze lekko pensjonarskie, grupą odbiorców na pewno zachwyconą będą nastolatki poszukujące tekstów o pięknej miłości, upoetycznione bądź stylizujące się na poetki, wielbicielki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i seriali obyczajowych. Wielbiciele lingwizmu, odważnych i zdecydowanych rozwiązań, zaskoczenia i oryginalności nie mają czego w „Wierszach z cieniem” szukać. Wszystko w porządku, jeśli stawia się znak równości między słowami poezja i wrażliwość – ale dla mnie te dwa pojęcia nie są jednak tożsame.
Anna Janko obok wierszy wolnych sięga po bardziej klasyczne formy, decyduje się na rymowane piosenki – i chociaż często budzi tym zachwyt krytyków (nie wiadomo jakimi przesłankami się w tym momencie kierujących), popada, raczej nieświadomie, w kicz. Przede wszystkim dlatego, że sięga po współbrzmienia zbanalizowane do przesady – rym „niebie – ciebie” to już grafomania, estetyczne wykroczenie, przed którym ostrzega się nawet piszącą młodzież. Janko tę parę wyrazową eksploatuje bez przerwy i do znudzenia. Nie może imponować formą utworów, jeśli od strony warsztatowej ta forma okazuje się zwyczajnie słaba, jakby sprzed epoki skamandrytów. O rymach gramatycznych nie będę już tym razem pisać – nie zawsze częstochowszczyznę da się usprawiedliwić stylizacją.
Co ciekawe, nie ma w „Wierszach z cieniem” nic, co mogłoby na dłużej przykuć uwagę, nie ma tekstów, które chciałoby się zapamiętać, nic nie próbuje nawet przeniknąć do świadomości czytelników. Ot, ulotne impresyjki, notowane pod wpływem chwili spostrzeżenia bez międzywersowej czy międzysłownej iskry. Przesycone emocjami, górnolotnością i ciągłymi odwołaniami do wielkich uczuć teksty dość szybko powszednieją, Anna Janko swoim pisaniem znieczula na to, co powinno się odbierać jako ważne – lecz chyba nie taki był jej cel. Problem w tym, że „Wiersze z cieniem” można odczytywać entuzjastycznie – albo odrzucać przez obojętność. Janko nie mówi nic nowego, nie szuka atrakcyjnych sposobów przedstawienia tego, co wypowiedziane. Ślady intertekstualności, zamiast budować intrygującą sieć międzywierszowych relacji, boleśnie przypominają o pewnej bezradności autorki, powtarzalności tematów i fraz.
Anna Janko próbuje definiować tęsknotę, notując, że „każde spotkanie to rozkwitające pożegnanie”. Przypomina, że drugi człowiek jest niezbędny do widzenia świata. Dla wymarzonego uczucia skłonna jest – jako bohaterka wierszy – do wielu metamorfoz. By wzbogacić liryczne interpersonalne podróże, wybiera oddalenie czasowe (tak jest w „Prawieczorze”), innym razem sięga po pastisze, zresztą w „Wierszach z cieniem” sporo jest różnych gatunków, efektów ciągłych poszukiwań, a może tylko literackich popisów.
Tomik „Wiersze z cieniem” równie łatwo znajdzie swoich zwolenników jak i przeciwników. Ci pierwsi docenią eteryczność utworów, nastawienie na efemeryczne doznania i ponadczasowe uczucia, wrażliwość i wysoki stopień zaangażowania emocjonalnego. To zbiorek dla tych czytelników, którzy poszukują w poezji nastrojowości, „lirycznego” klimatu i wyrażania tego, co do wyrażenia bywa naprawdę trudne. Nie należę do miłośników podobnych wierszy, lecz zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelników może być tą książką zachwyconych.
czwartek, 3 czerwca 2010
Joanna Szczepkowska: Dzisiaj nazywam się Charles
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Chaos kontrolowany
Na cały tomik Joannie Szczepkowskiej pomysłu zabrakło. Albo inaczej: zabrakło spoiwa, czynnika łączącego kolejne wiersze, redukującego wrażenie przypadkowości doboru tekstów. Oczywiście różnorodność jest miła ze względu na brak monotonii, ale kilkuwierszowe cykle potęgują chaos i wywołują czasami tęsknotę za uporządkowaniem zbiorku. Poszczególne składniki są bardzo smaczne – ale wymieszane razem nie stworzą pysznej sałatki. Być może taką właśnie lekturę – niespieszne spotkania z pojedynczymi utworami – zaplanowała sobie autorka. Tylko po co wtedy miniserie?
Joanna Szczepkowska proponuje odbiorcom zbiorek niejednorodny, ale ciekawy – cały czas poszukuje tu swojego pomysłu na wiersze, łączy zdobycze poezji konkretnej i figuratywnej, stawia momentami na sylwy i zapożyczenia z gatunków niepoetyckich, eksperymentuje też z długością utworów – obok lapidarnych spostrzeżeń wybiera rozbudowane opisy. Mieszają się w książce teksty impresyjne powstałe pod wpływem drobnych obserwacji – i głębokie, filozoficzne refleksje. Jest zabawa słowem i oniryczność, jest trywialność obok dramatyzmu. Część utworów wyrasta z codzienności znanej i wspólnej odbiorcom – część żywi się medialnymi doniesieniami. Joanna Szczepkowska udowadnia, że poezję wydobywać można ze wszystkiego – nie próbuje zamykać się w jednym stylu i monotonnym rytmie, stale odkrywa nowe drogi i rozwiązania.
Być może tym, co pozwoli na zespolenie tekstów z tomiku, będzie świadectwo, oparcie się na doświadczeniach i przeżyciach zapośredniczonych, bezustanne zdawanie relacji z właśnie zobaczonego – Joanna Szczepkowska stara się bowiem dostrzec niezwykłość w naturalnych wydarzeniach, a swoje wnioski przekłada na plastyczny język wierszy. Kiedy pomaga sobie układami graficznymi, tworzy teksty wizualne, odbierane nie za sprawą linearnej i „tradycyjnej” lektury, a jako narzucające się czytelnikom obrazy – szuka nowej-starej formy dla opowiedzenia banału. Chce zachwyt nad światem połączyć z olśnieniem poetyckim. Przekuwa na wiersz fragmenty zasłyszanych rozmów, zapamiętane widoki i zwyczajne przemyślenia, ale za każdym razem zaakcentować próbuje zaskakujący element przedstawianej historii. Wiersze z tomiku „Dzisiaj nazywam się Charles” są silnie puentowane, nie ma tu zabaw pozbawionych treści, fragmentów, które nie byłyby obliczone na wywołanie wstrząsu u odbiorców. Szczepkowska odkrywa nieznane w zwykłości – i w każdym tekście przemyca oryginalne, warte uwagi kwestie.
Najsłabszą dla mnie częścią zbiorku jest cykl „Dzisiaj nazywam się…” – zestaw poetyckich metamorfoz, w których mniej chodzi o dokonanie intrygujących podsumowań, a bardziej o prezentację wybranych postaci, wywodzących się z różnych światów. Tu Szczepkowska zbyt wielką wagę przywiązuje do poetyckich charakterystyk, w dodatku nie zawsze utrzymuje się w przyjętej roli, a jeden pomysł na złączenie kilku tekstów po początkowych tematycznych i formalnych rozbieżnościach zaczyna się znienacka wyczerpywać.
Silne nastawienie na odbiorcę, przekazywanie mu absurdów codzienności i niespodziewanych odkryć sprawia, że tomik ocenić można wysoko. Szczepkowska swoją poezją nie znudzi, a da czytelnikom sporo do myślenia. Wewnętrzne zdynamizowanie utworów to bowiem nie tylko wrażenie chaosu, ale również – a nawet przede wszystkim – sposób na ciągłe podsycanie ciekawości i swoistego lekturowego głodu.
Tomik został ozdobiony grafikami Joanny Szczepkowskiej: przeważnie są to szkice o różnym stopniu infantylności kreski. Zdarzają się wśród nich rysunki urzekające prostotą, zdarzają się i intrygujące a także naiwne (w negatywnym znaczeniu). W tomiku przytrafiło się – niestety – kilka literówek.
Chaos kontrolowany
Na cały tomik Joannie Szczepkowskiej pomysłu zabrakło. Albo inaczej: zabrakło spoiwa, czynnika łączącego kolejne wiersze, redukującego wrażenie przypadkowości doboru tekstów. Oczywiście różnorodność jest miła ze względu na brak monotonii, ale kilkuwierszowe cykle potęgują chaos i wywołują czasami tęsknotę za uporządkowaniem zbiorku. Poszczególne składniki są bardzo smaczne – ale wymieszane razem nie stworzą pysznej sałatki. Być może taką właśnie lekturę – niespieszne spotkania z pojedynczymi utworami – zaplanowała sobie autorka. Tylko po co wtedy miniserie?
Joanna Szczepkowska proponuje odbiorcom zbiorek niejednorodny, ale ciekawy – cały czas poszukuje tu swojego pomysłu na wiersze, łączy zdobycze poezji konkretnej i figuratywnej, stawia momentami na sylwy i zapożyczenia z gatunków niepoetyckich, eksperymentuje też z długością utworów – obok lapidarnych spostrzeżeń wybiera rozbudowane opisy. Mieszają się w książce teksty impresyjne powstałe pod wpływem drobnych obserwacji – i głębokie, filozoficzne refleksje. Jest zabawa słowem i oniryczność, jest trywialność obok dramatyzmu. Część utworów wyrasta z codzienności znanej i wspólnej odbiorcom – część żywi się medialnymi doniesieniami. Joanna Szczepkowska udowadnia, że poezję wydobywać można ze wszystkiego – nie próbuje zamykać się w jednym stylu i monotonnym rytmie, stale odkrywa nowe drogi i rozwiązania.
Być może tym, co pozwoli na zespolenie tekstów z tomiku, będzie świadectwo, oparcie się na doświadczeniach i przeżyciach zapośredniczonych, bezustanne zdawanie relacji z właśnie zobaczonego – Joanna Szczepkowska stara się bowiem dostrzec niezwykłość w naturalnych wydarzeniach, a swoje wnioski przekłada na plastyczny język wierszy. Kiedy pomaga sobie układami graficznymi, tworzy teksty wizualne, odbierane nie za sprawą linearnej i „tradycyjnej” lektury, a jako narzucające się czytelnikom obrazy – szuka nowej-starej formy dla opowiedzenia banału. Chce zachwyt nad światem połączyć z olśnieniem poetyckim. Przekuwa na wiersz fragmenty zasłyszanych rozmów, zapamiętane widoki i zwyczajne przemyślenia, ale za każdym razem zaakcentować próbuje zaskakujący element przedstawianej historii. Wiersze z tomiku „Dzisiaj nazywam się Charles” są silnie puentowane, nie ma tu zabaw pozbawionych treści, fragmentów, które nie byłyby obliczone na wywołanie wstrząsu u odbiorców. Szczepkowska odkrywa nieznane w zwykłości – i w każdym tekście przemyca oryginalne, warte uwagi kwestie.
Najsłabszą dla mnie częścią zbiorku jest cykl „Dzisiaj nazywam się…” – zestaw poetyckich metamorfoz, w których mniej chodzi o dokonanie intrygujących podsumowań, a bardziej o prezentację wybranych postaci, wywodzących się z różnych światów. Tu Szczepkowska zbyt wielką wagę przywiązuje do poetyckich charakterystyk, w dodatku nie zawsze utrzymuje się w przyjętej roli, a jeden pomysł na złączenie kilku tekstów po początkowych tematycznych i formalnych rozbieżnościach zaczyna się znienacka wyczerpywać.
Silne nastawienie na odbiorcę, przekazywanie mu absurdów codzienności i niespodziewanych odkryć sprawia, że tomik ocenić można wysoko. Szczepkowska swoją poezją nie znudzi, a da czytelnikom sporo do myślenia. Wewnętrzne zdynamizowanie utworów to bowiem nie tylko wrażenie chaosu, ale również – a nawet przede wszystkim – sposób na ciągłe podsycanie ciekawości i swoistego lekturowego głodu.
Tomik został ozdobiony grafikami Joanny Szczepkowskiej: przeważnie są to szkice o różnym stopniu infantylności kreski. Zdarzają się wśród nich rysunki urzekające prostotą, zdarzają się i intrygujące a także naiwne (w negatywnym znaczeniu). W tomiku przytrafiło się – niestety – kilka literówek.
piątek, 28 maja 2010
Ryszard Marek Groński: Szlemiel
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Psia perspektywa
Kiedy Ryszard Marek Groński jest satyrykiem czy publicystą, czyta się go dobrze. Kiedy jednak podejmuje tematy żydowskie, staje się pisarzem zaangażowanym i przez to bardzo hermetycznym – osobom nieznającym kultury żydowskiej ciężko jest przebić się przez warstwy dla autora naturalne. Wydaje się, że pisze wówczas bardziej dla Żydów niż dla nieżydowskich odbiorców – chociaż zapewne nie takie były jego zamierzenia.
Tym razem Ryszard Marek Groński zdecydował się na rezygnację z zamkniętej opowieści i stworzył historię niezwykłą, a przy tym poruszającą. Postanowił przybliżyć tematykę Holokaustu najmłodszym i „Szlemiel” to właśnie zbudowana na nietypowym pomyśle książka dla dzieci. Szlemiel jest buldogiem angielskim – i jednocześnie narratorem powieści. Należy do Joasi – małej żydowskiej dziewczynki, córki lekarza i pieśniarki – gwiazdy programów rewiowych. Wybucha wojna i nasilają się nastroje antysemickie – wkrótce rodzina wyprowadzi się do getta (w książce Grońskiego – za Mur), pies zostanie u dawnej służącej i będzie obserwował tragiczne losy Joasi, wykupionej z getta, oraz jej opiekuna – profesora. Uratuje bohaterkę przed szmalcownikami, będzie uczestniczył w „aktorskich” lekcjach zachowania się na ulicy – aż po aresztowania i próbę powrotu dziewczynki do rodziców. Szlemiel jest bardzo mądrym psem, ale wojenne realia nie zawsze może pojąć – z jednej strony staje się dla małych odbiorców przewodnikiem, kiedy wyjaśnia, czego sam się nauczył, z drugiej – porusza się po świecie, który traktuje jako znany wszystkim, nie tłumaczy od podstaw kolejnych wydarzeń. Jak na świat książkowy, powieściowy – jest to rozwiązanie spójne i sensowne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba nałożyć historię na rzeczywistość. Nie zawsze będzie to proste za sprawą nietypowej perspektywy oraz zaangażowania emocjonalnego. Psi ogląd wojennej codzienności nie może przecież przypominać zwykłych opowieści.
Groński nie stroni od pogardliwych określeń hitlerowców – pojawiają się tu „szkopy”, „bandyta z wąsikiem i jego banda” czy – w kontekście psa-narratora pasujący „Hycler” – pod tym względem „Szlemiel” przypomina powieści pisane tuż po wojnie, nie ma w nim dystansu ani spokoju, także dlatego, że bohaterowie są bezpośrednio dotknięci wydarzeniami. Autor pokazuje nienawiść, odwołując się do obrazów groźnych, należących do Niemców wilczurów. W oczach Szlemiela to one uosabiają zło okupantów.
Szlemiel uczestniczy w codziennych wydarzeniach i przejmuje uczucia swoich właścicieli – obserwuje ich nastroje i przekłada na psie relacje – obszczekuje na przykład pudla, który znalazł się w wagonie tylko dla Niemców. Ale poza tymi próbami łączenia wrażliwości bohater skupia się na obserwacjach i dźwiękach. Ryszard Marek Groński wykorzystał do budowania atmosfery skrót – „Szurgot kroków, nawoływania, przekleństwa, bieganina, rozpryskujące się kałuże błota, nagła panika”. Wydaje się że w takich momentach autor wychodzi poza standardy literatury czwartej i kieruje się w stronę poetyckiej baśniowości.
Powieść opublikowana przez Nowy Świat zwraca uwagę przede wszystkim oryginalnym ujęciem tematu – i nastawieniem na najmłodszych czytelników (świadczy o tym perspektywa, wybór młodej bohaterki, ale też między innymi duży druk i zwiększone światło między wersami). Groński nie stosuje wobec postaci taryfy ulgowej, jedynym ustępstwem z jego strony – i złagodzeniem opowieści – jest przemilczanie przyczyn cierpienia (Joasia po wyjściu z getta jest wychudzona i smutna, ale nie ma mowy o tym, co działo się za Murem) – po ten zabieg autor sięga dość często – dlatego też „Szlemiel” jest odpowiedni dla tych dzieci, które wiedzą, co działo się podczas drugiej wojny światowej. Będzie to też dobra propozycja dla tych, którzy chcieliby z dziećmi o historii porozmawiać.
Psia perspektywa
Kiedy Ryszard Marek Groński jest satyrykiem czy publicystą, czyta się go dobrze. Kiedy jednak podejmuje tematy żydowskie, staje się pisarzem zaangażowanym i przez to bardzo hermetycznym – osobom nieznającym kultury żydowskiej ciężko jest przebić się przez warstwy dla autora naturalne. Wydaje się, że pisze wówczas bardziej dla Żydów niż dla nieżydowskich odbiorców – chociaż zapewne nie takie były jego zamierzenia.
Tym razem Ryszard Marek Groński zdecydował się na rezygnację z zamkniętej opowieści i stworzył historię niezwykłą, a przy tym poruszającą. Postanowił przybliżyć tematykę Holokaustu najmłodszym i „Szlemiel” to właśnie zbudowana na nietypowym pomyśle książka dla dzieci. Szlemiel jest buldogiem angielskim – i jednocześnie narratorem powieści. Należy do Joasi – małej żydowskiej dziewczynki, córki lekarza i pieśniarki – gwiazdy programów rewiowych. Wybucha wojna i nasilają się nastroje antysemickie – wkrótce rodzina wyprowadzi się do getta (w książce Grońskiego – za Mur), pies zostanie u dawnej służącej i będzie obserwował tragiczne losy Joasi, wykupionej z getta, oraz jej opiekuna – profesora. Uratuje bohaterkę przed szmalcownikami, będzie uczestniczył w „aktorskich” lekcjach zachowania się na ulicy – aż po aresztowania i próbę powrotu dziewczynki do rodziców. Szlemiel jest bardzo mądrym psem, ale wojenne realia nie zawsze może pojąć – z jednej strony staje się dla małych odbiorców przewodnikiem, kiedy wyjaśnia, czego sam się nauczył, z drugiej – porusza się po świecie, który traktuje jako znany wszystkim, nie tłumaczy od podstaw kolejnych wydarzeń. Jak na świat książkowy, powieściowy – jest to rozwiązanie spójne i sensowne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba nałożyć historię na rzeczywistość. Nie zawsze będzie to proste za sprawą nietypowej perspektywy oraz zaangażowania emocjonalnego. Psi ogląd wojennej codzienności nie może przecież przypominać zwykłych opowieści.
Groński nie stroni od pogardliwych określeń hitlerowców – pojawiają się tu „szkopy”, „bandyta z wąsikiem i jego banda” czy – w kontekście psa-narratora pasujący „Hycler” – pod tym względem „Szlemiel” przypomina powieści pisane tuż po wojnie, nie ma w nim dystansu ani spokoju, także dlatego, że bohaterowie są bezpośrednio dotknięci wydarzeniami. Autor pokazuje nienawiść, odwołując się do obrazów groźnych, należących do Niemców wilczurów. W oczach Szlemiela to one uosabiają zło okupantów.
Szlemiel uczestniczy w codziennych wydarzeniach i przejmuje uczucia swoich właścicieli – obserwuje ich nastroje i przekłada na psie relacje – obszczekuje na przykład pudla, który znalazł się w wagonie tylko dla Niemców. Ale poza tymi próbami łączenia wrażliwości bohater skupia się na obserwacjach i dźwiękach. Ryszard Marek Groński wykorzystał do budowania atmosfery skrót – „Szurgot kroków, nawoływania, przekleństwa, bieganina, rozpryskujące się kałuże błota, nagła panika”. Wydaje się że w takich momentach autor wychodzi poza standardy literatury czwartej i kieruje się w stronę poetyckiej baśniowości.
Powieść opublikowana przez Nowy Świat zwraca uwagę przede wszystkim oryginalnym ujęciem tematu – i nastawieniem na najmłodszych czytelników (świadczy o tym perspektywa, wybór młodej bohaterki, ale też między innymi duży druk i zwiększone światło między wersami). Groński nie stosuje wobec postaci taryfy ulgowej, jedynym ustępstwem z jego strony – i złagodzeniem opowieści – jest przemilczanie przyczyn cierpienia (Joasia po wyjściu z getta jest wychudzona i smutna, ale nie ma mowy o tym, co działo się za Murem) – po ten zabieg autor sięga dość często – dlatego też „Szlemiel” jest odpowiedni dla tych dzieci, które wiedzą, co działo się podczas drugiej wojny światowej. Będzie to też dobra propozycja dla tych, którzy chcieliby z dziećmi o historii porozmawiać.
niedziela, 23 maja 2010
Wojciech Wencel: Podziemne motyle
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Świat oglądany
Niespełna trzydzieści wierszy liczy tomik Wojciecha Wencla „Podziemne motyle” – a dzieli się na trzy małe zbiorki, trzy całostki, wprowadzające czytelników w odmienne światy. Wencel staje się w „Podziemnych motylach” przede wszystkim obserwatorem, świadkiem, lecz nie uczestnikiem wydarzeń. Dystansuje się zwykle od prezentowanych sytuacji, ale jego powściągliwość emocjonalna nie sprawia, że książka może spotkać się z chłodnym odbiorem. W „Podziemnych motylach” liczy się bowiem jakość spostrzeżeń i precyzja w odmierzaniu poetyckich wzruszeń. Obrazy wywoływane przez Wencla mają – jeśli dobrze czytam tę poezję – sprawiać wrażenie klasycznych, przypominanych, chociaż nie powtórzonych. Autor oświetla tu raczej kształty z innych niż dotąd stosowane ujęć, dzięki czemu uzyskuje wrażenie oswojonej już oryginalności.
Pierwsza część tomiku składa się z kilku obrazków rodzajowych, których główne motywy czy tematy wyrosły z prostych codziennych zdarzeń („kilka minut przed dwudziestą odjeżdżamy stąd taksówką / bagażnikiem w którym mieszka foliowane szczęście / szynka banany pudełko CD-romów i butelka wódki”). Zaczyna się w tej partii rysować dramat współczesnego człowieka, skazanego na konsumpcjonizm. Zapracowany („nasze życie rozpięte na krzesłach / pod zimnym słońcem świetlówek”) everyman zasługuje na współczucie, choć sam skazał się na smutny los. Pogodzenie z rzeczywistością rządzoną przez opozycję natura-kultura następuje w wierszach z części drugiej, tu też pojawia się najbardziej zachwycająca (przynajmniej dla mnie) lapidarna, aforystyczna wręcz definicja XXI wieku. Trzecia część książki to część „czeska”, spajana odniesieniami do twórczości naszych południowych sąsiadów oraz do miejsc i różnic w językach. Momentami Wencel próbuje przechwycić czeski sposób patrzenia na świat, wprowadza do swoich wierszy element „inności” (żeby nie napisać: egzotyki), stara się w mikrokosmos wiersza wszczepić zagadnienia i wątki dotąd w naszej kulturze nieobecne.
Jednak podziały w „Podziemnych motylach” można przeprowadzić inaczej, wyodrębniając charakterystyczne grupy wierszy. Tomik Wencla silnie akcentuje religijność – znajdzie się tu wiele pejzaży z kościołem na pierwszym planie, strzępków modlitw, wierzących (lub definiowanych przez niewiarę) postaci – ale religia przejawia się nawet w odpowiednio dobieranym słownictwie. Najbardziej wyraźna okazuje się naturalnie w utartych symbolach i scenach „świątecznych”. Wencel nie stroni od obrazków ocierających się czasem o kicz, w „Podziemnych motylach” rację bytu mają również odczytywane na nowo sposoby manifestowania wiary, obłudne niekiedy deklaracje.
Wyróżnia się także w tomiku, tym razem ze względu na formę, nie na treść, garść wierszy budowanych według tradycyjnych poetyk. Wencel wybiera kilka razy klasyczny rytm i niedokładne współbrzmienia, jakby próbował upoić swoich odbiorców stylistyczną zręcznością i wyczuleniem na rymy. Tyle że szukanie tonów piosenkowych łączy się w tym zbiorku z zagęszczaniem formy kosztem przesłania, a co za tym idzie – kunsztowne rymotwórcze popisy odwracają uwagę od sensu tekstów. Zdarza się, że spod wymyślnych fraz wyziera pustka – jakby pomysł na wiersz krył się tylko w zestawianiu podobnych dźwiękowo klauzul wersów. Zdarzają się i rymowanki-perełki – na przykład bajka, która jest kolażem z rozpoznawalnych cytatów – ale to stanowczo za mało, by podziwiać Wencla za operacje na formie.
„Podziemne motyle” to propozycja dla przeciwników eksperymentów w poezji, zbiorek dla tych, którzy lubią odwołania do przeszłości i poetyckie powroty do sprawdzonych już tematów. To tomik, który zaskoczenie przyniesie może kilka razy – złożony z utworów spokojnych i stonowanych.
Świat oglądany
Niespełna trzydzieści wierszy liczy tomik Wojciecha Wencla „Podziemne motyle” – a dzieli się na trzy małe zbiorki, trzy całostki, wprowadzające czytelników w odmienne światy. Wencel staje się w „Podziemnych motylach” przede wszystkim obserwatorem, świadkiem, lecz nie uczestnikiem wydarzeń. Dystansuje się zwykle od prezentowanych sytuacji, ale jego powściągliwość emocjonalna nie sprawia, że książka może spotkać się z chłodnym odbiorem. W „Podziemnych motylach” liczy się bowiem jakość spostrzeżeń i precyzja w odmierzaniu poetyckich wzruszeń. Obrazy wywoływane przez Wencla mają – jeśli dobrze czytam tę poezję – sprawiać wrażenie klasycznych, przypominanych, chociaż nie powtórzonych. Autor oświetla tu raczej kształty z innych niż dotąd stosowane ujęć, dzięki czemu uzyskuje wrażenie oswojonej już oryginalności.
Pierwsza część tomiku składa się z kilku obrazków rodzajowych, których główne motywy czy tematy wyrosły z prostych codziennych zdarzeń („kilka minut przed dwudziestą odjeżdżamy stąd taksówką / bagażnikiem w którym mieszka foliowane szczęście / szynka banany pudełko CD-romów i butelka wódki”). Zaczyna się w tej partii rysować dramat współczesnego człowieka, skazanego na konsumpcjonizm. Zapracowany („nasze życie rozpięte na krzesłach / pod zimnym słońcem świetlówek”) everyman zasługuje na współczucie, choć sam skazał się na smutny los. Pogodzenie z rzeczywistością rządzoną przez opozycję natura-kultura następuje w wierszach z części drugiej, tu też pojawia się najbardziej zachwycająca (przynajmniej dla mnie) lapidarna, aforystyczna wręcz definicja XXI wieku. Trzecia część książki to część „czeska”, spajana odniesieniami do twórczości naszych południowych sąsiadów oraz do miejsc i różnic w językach. Momentami Wencel próbuje przechwycić czeski sposób patrzenia na świat, wprowadza do swoich wierszy element „inności” (żeby nie napisać: egzotyki), stara się w mikrokosmos wiersza wszczepić zagadnienia i wątki dotąd w naszej kulturze nieobecne.
Jednak podziały w „Podziemnych motylach” można przeprowadzić inaczej, wyodrębniając charakterystyczne grupy wierszy. Tomik Wencla silnie akcentuje religijność – znajdzie się tu wiele pejzaży z kościołem na pierwszym planie, strzępków modlitw, wierzących (lub definiowanych przez niewiarę) postaci – ale religia przejawia się nawet w odpowiednio dobieranym słownictwie. Najbardziej wyraźna okazuje się naturalnie w utartych symbolach i scenach „świątecznych”. Wencel nie stroni od obrazków ocierających się czasem o kicz, w „Podziemnych motylach” rację bytu mają również odczytywane na nowo sposoby manifestowania wiary, obłudne niekiedy deklaracje.
Wyróżnia się także w tomiku, tym razem ze względu na formę, nie na treść, garść wierszy budowanych według tradycyjnych poetyk. Wencel wybiera kilka razy klasyczny rytm i niedokładne współbrzmienia, jakby próbował upoić swoich odbiorców stylistyczną zręcznością i wyczuleniem na rymy. Tyle że szukanie tonów piosenkowych łączy się w tym zbiorku z zagęszczaniem formy kosztem przesłania, a co za tym idzie – kunsztowne rymotwórcze popisy odwracają uwagę od sensu tekstów. Zdarza się, że spod wymyślnych fraz wyziera pustka – jakby pomysł na wiersz krył się tylko w zestawianiu podobnych dźwiękowo klauzul wersów. Zdarzają się i rymowanki-perełki – na przykład bajka, która jest kolażem z rozpoznawalnych cytatów – ale to stanowczo za mało, by podziwiać Wencla za operacje na formie.
„Podziemne motyle” to propozycja dla przeciwników eksperymentów w poezji, zbiorek dla tych, którzy lubią odwołania do przeszłości i poetyckie powroty do sprawdzonych już tematów. To tomik, który zaskoczenie przyniesie może kilka razy – złożony z utworów spokojnych i stonowanych.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Izabela Szolc: Martwy punkt
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Serial na papierze
Izabela Szolc dobra jest w fabułach, mniej natomiast zachwyca od strony warstwy literackiej. W „Martwym punkcie”, drugiej powieści o przygodach policjantki Anny Hwierut, potwierdza Szolc tę tezę. Książka byłaby dobrym materiałem na scenariusz odcinka serialu kryminalnego – byłaby też ciekawym szkicem do napisania powieści: wydaje się, że autorka niepotrzebnie gubi się między atmosferą a konkretem, próbuje stworzyć klimat grozy czy – choćby – sensacyjności – ale zapomina przy tym o konieczności porządnego osadzenia kolejnych wątków fabuły w wykreowanym przez siebie świecie. W efekcie dostajemy do rąk kryminał, który nie do końca wie, co ma udawać. Jeśli do tego dodać jeszcze ducha pisarstwa Aleksandry Marininy… Izabela Szolc momentami nie wytrzymuje konkurencji z kolegami po piórze. Przez „Martwy punkt”, mimo starań autorki, przebiega się wzrokiem szybko i raczej bez emocji.
A Szolc chciałaby te emocje wzbudzać. Intrygę kryminalną osnuwa wokół morderstw dokonanych na prostytutkach. Szuka powiązań w biografiach seryjnych morderców (fragmenty takiego dzieła przeplatają się z właściwą opowieścią, mają pełnić rolę komentarza i, przy okazji, pchać do przodu śledztwo). Anna Hwierut, ciężko doświadczona przez los, próbuje się uporać z kolejnymi traumami – chorobą alkoholową ojca, zabiciem bandyty, kolegą pracy, który znęca się nad żoną, synem, odtrącającym ją i wchodzącym w czas nastoletniego buntu, zazdrością wobec nowej pracownicy policji. W tym wszystkim widać próbę uczłowieczenia bohaterki, ale Anna Hwierut, mimo starań Izabeli Szolc, nie przestaje być papierowa i bezbarwna. Sprawdziłoby się to w konwencji seriali, jakich ostatnio wiele – jak na książkę to jednak zdecydowanie za mało.
„Martwy punkt” – być może – chce po prostu ciążyć ku literackości niewyrażanej wprost, ma oddalać mimetyzm przy jednoczesnych próbach osadzenia tekstu w brutalnej i sensacyjnej rzeczywistości. Taki konflikt celów zarysowuje się w tomie i utrudnia pracę interpretatorom. Kryminał okazuje się być niezakotwiczony w konkrecie. Staje się zlepkiem scen mocno przypadkowych, widać w książce wysiłki i dążenia do sklejenia tych scen w jedną całość. Izabela Szolc urywa momentami na wpół zrealizowane pomysły, rezygnuje z charakterystyk, co potęguje jeszcze wrażenie przypadkowości.
Autorka podjęła spore ryzyko, wykorzystując intrygi rodem z peerelowskich powieści. Współczesne kryminały dotyczą raczej spraw zwyczajnych ludzi, Izabela Szolc odwraca się ponownie w stronę półświatka: na ofiary przeznacza prostytutki, pokazuje ciemną stronę codzienności – ale codzienności patologicznej, jakby takie rozwiązanie umożliwiało wprowadzanie ostrzejszych pomysłów. Inspiracje i nawiązania międzytekstowe są tylko sygnalizowane, po czym Szolc zdaje się o nich zapominać. Trudno mi rozszyfrować cel podobnych zabiegów – pozostaje wyłącznie podejrzenie o filmową, a nie literacką, wyobraźnię. Nie zaskakuje wizerunek głównej bohaterki, stworzonej niemalże według obserwacji badaczy i recenzentów. Anna Hwierut to typowa przedstawicielka władz śledczych, „uczłowieczona”, to jest niewolna od rozterek i problemów, czasem kłócąca się ze zwierzchnikami. Trochę za mało, żeby wykreować kolejnego literackiego detektywa.
Niestety, w „Martwym punkcie” nie sprawdziła się korektorka. Przepuściła kilka błędów ortograficznych pierwszego stopnia i parę literówek, nie zwróciła uwagi na parę stylistycznych niezręczności.
Na kryminał trzeba przede wszystkim mieć pomysł – Izabela Szolc ten pomysł znalazła, ale zabrakło jej dobrego wykonania. W efekcie „Martwy punkt” pozostawia niedosyt, mimo że z pewnością autorka będzie kontynuować serię połączoną osobą Anny Hwierut.
Serial na papierze
Izabela Szolc dobra jest w fabułach, mniej natomiast zachwyca od strony warstwy literackiej. W „Martwym punkcie”, drugiej powieści o przygodach policjantki Anny Hwierut, potwierdza Szolc tę tezę. Książka byłaby dobrym materiałem na scenariusz odcinka serialu kryminalnego – byłaby też ciekawym szkicem do napisania powieści: wydaje się, że autorka niepotrzebnie gubi się między atmosferą a konkretem, próbuje stworzyć klimat grozy czy – choćby – sensacyjności – ale zapomina przy tym o konieczności porządnego osadzenia kolejnych wątków fabuły w wykreowanym przez siebie świecie. W efekcie dostajemy do rąk kryminał, który nie do końca wie, co ma udawać. Jeśli do tego dodać jeszcze ducha pisarstwa Aleksandry Marininy… Izabela Szolc momentami nie wytrzymuje konkurencji z kolegami po piórze. Przez „Martwy punkt”, mimo starań autorki, przebiega się wzrokiem szybko i raczej bez emocji.
A Szolc chciałaby te emocje wzbudzać. Intrygę kryminalną osnuwa wokół morderstw dokonanych na prostytutkach. Szuka powiązań w biografiach seryjnych morderców (fragmenty takiego dzieła przeplatają się z właściwą opowieścią, mają pełnić rolę komentarza i, przy okazji, pchać do przodu śledztwo). Anna Hwierut, ciężko doświadczona przez los, próbuje się uporać z kolejnymi traumami – chorobą alkoholową ojca, zabiciem bandyty, kolegą pracy, który znęca się nad żoną, synem, odtrącającym ją i wchodzącym w czas nastoletniego buntu, zazdrością wobec nowej pracownicy policji. W tym wszystkim widać próbę uczłowieczenia bohaterki, ale Anna Hwierut, mimo starań Izabeli Szolc, nie przestaje być papierowa i bezbarwna. Sprawdziłoby się to w konwencji seriali, jakich ostatnio wiele – jak na książkę to jednak zdecydowanie za mało.
„Martwy punkt” – być może – chce po prostu ciążyć ku literackości niewyrażanej wprost, ma oddalać mimetyzm przy jednoczesnych próbach osadzenia tekstu w brutalnej i sensacyjnej rzeczywistości. Taki konflikt celów zarysowuje się w tomie i utrudnia pracę interpretatorom. Kryminał okazuje się być niezakotwiczony w konkrecie. Staje się zlepkiem scen mocno przypadkowych, widać w książce wysiłki i dążenia do sklejenia tych scen w jedną całość. Izabela Szolc urywa momentami na wpół zrealizowane pomysły, rezygnuje z charakterystyk, co potęguje jeszcze wrażenie przypadkowości.
Autorka podjęła spore ryzyko, wykorzystując intrygi rodem z peerelowskich powieści. Współczesne kryminały dotyczą raczej spraw zwyczajnych ludzi, Izabela Szolc odwraca się ponownie w stronę półświatka: na ofiary przeznacza prostytutki, pokazuje ciemną stronę codzienności – ale codzienności patologicznej, jakby takie rozwiązanie umożliwiało wprowadzanie ostrzejszych pomysłów. Inspiracje i nawiązania międzytekstowe są tylko sygnalizowane, po czym Szolc zdaje się o nich zapominać. Trudno mi rozszyfrować cel podobnych zabiegów – pozostaje wyłącznie podejrzenie o filmową, a nie literacką, wyobraźnię. Nie zaskakuje wizerunek głównej bohaterki, stworzonej niemalże według obserwacji badaczy i recenzentów. Anna Hwierut to typowa przedstawicielka władz śledczych, „uczłowieczona”, to jest niewolna od rozterek i problemów, czasem kłócąca się ze zwierzchnikami. Trochę za mało, żeby wykreować kolejnego literackiego detektywa.
Niestety, w „Martwym punkcie” nie sprawdziła się korektorka. Przepuściła kilka błędów ortograficznych pierwszego stopnia i parę literówek, nie zwróciła uwagi na parę stylistycznych niezręczności.
Na kryminał trzeba przede wszystkim mieć pomysł – Izabela Szolc ten pomysł znalazła, ale zabrakło jej dobrego wykonania. W efekcie „Martwy punkt” pozostawia niedosyt, mimo że z pewnością autorka będzie kontynuować serię połączoną osobą Anny Hwierut.
sobota, 3 kwietnia 2010
Barbara Piórkowska: Szklanka na pająki
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Magia języka
Więcej takich debiutów powieściowych by się chciało. „Szklanka na pająki” Barbary Piórkowskiej to książka dojrzała (chociaż przemyca niedojrzałe czy pełne naiwności postawy), przemyślana (chociaż cała jest jedną dłuższą dygresją na temat życia) i poetycka (nic dziwnego, skoro autorka zaistniała najpierw jako poetka). Punktem odniesienia dla Barbary Piórkowskiej wydaje się Olga Tokarczuk (i, w mniejszym stopniu, Anna Janko) – która jednak zdecydowanie przegrywa konkurencję ze świeżą i pięknie zrytmizowaną „Szklanką na pająki”. Literatura środka? Bildungsroman? Literatura małych ojczyzn? Pod tymi względami Piórkowską nietrudno będzie zaklasyfikować – jednak wyrządziłoby się jej tym sporą krzywdę. Baśniowość i symbolika wraz z poetyką snu przeplatają się tu po to, by nadać codzienności nową formę.
Opowieść poprowadzona została wokół egzystencji małej dziewczynki, Aleksandry, która na oczach czytelników dorasta i zamienia się w dorosłą kobietę, malarkę o pogmatwanych losach. Na początku kochana najmocniej przez dziadka, Aleksandra dojrzała nie potrafi poukładać sobie życia, zresztą – wpisana jest w nie od początku tajemnica: członkowie rodziny powracają co kilka pokoleń w różnych wcieleniach. Silnie zmetaforyzowaną historię trzyma w ramach obraz Gdańska. Przeszłość zarysowana tu została subtelnie, ważnych wydarzeń można się dopatrywać w drobnych strzępkach wspomnień – bo podstawę relacji stanowią przemiany, jakie zachodzą w Aleksandrze pod wpływem kolejnych, prawdziwych i wymyślonych doświadczeń. Z czasem bieg narracji odmierza rosnąca świadomość kobiecości, motyw, którego w genderowych manifestacjach niestety zabraknąć nie może.
Piórkowska najciekawsza jest wtedy, gdy zwyczajne i codzienne spostrzeżenia filtruje przez poetycką wizję świata. Kiedy na jej oczach codzienność staje się trudna do uchwycenia, migotliwa i przez rozmaite nietypowe skojarzenia mało realna. Autorka potrafi praktycznie z niczego wydobyć liryczną głębię, lub wstrząsnąć odbiorcami przez nagłe ucieleśnienie oniryzmu. W „Szklance na pająki” wszystko jest opowiedziane, skomentowane, a czasem nawet przepuszczone przez słowniki znaczeń i symboli, a przecież to książka, która nie daje o sobie zapomnieć.
Najpotężniejszą dawkę wrażeń zapewni czytelnikom język historii, sposób prowadzenia narracji, rytm, któremu nie można się oprzeć. Zupełnie jakby cała opowieść została wygłoszona na jednym oddechu. Barbara Piórkowska udowodniła czytelnikom, że nieobce są jej harmonijne, kojące frazy, zestawione z gawędą i – być może – swoistymi mitologiami początku. To właśnie za sprawą stylu „Szklanka na pająki" wyróżnia się spośród szeregu innych pozycji – bo przecież w samej fabule niczego atrakcyjnego nie ma. Mimo to książkę czyta się jak baśń, język tworzy tu magiczną i niepowtarzalną atmosferę, przynosi ukojenie, często na przekór akcji, o której opowiada. Co jakiś czas Barbara Piórkowska doprowadza do zderzenia fantazji i realności, po czym z zainteresowaniem przygląda się efektom takiego działania i sprawdza, dokąd zaprowadzi jej bohaterkę wyobraźnia. Nigdy jednak nie pozwala, by sytuacja wymknęła się jej spod kontroli: zabawa narracją będzie tu możliwa tylko dzięki stworzeniu mocnego szkieletu fabularnego.
„Szklanka na pająki” jest powieściowym debiutem, ale cech debiutu nie przejawia. To książka dobrze przemyślana, skomponowana i wolna od schematów czy pułapek. Sporo w niej doświadczeń uniwersalnych, obok przeżyć pokoleniowych znajdą się odczucia jednostki, ale i doznania właściwe niemal wszystkim czytelniczkom. Historia ciągle się rozwija, a autorka zgrabnie unika przewidywalności, dobrze panuje nad materią powieści i nie daje się ponieść językowi. To jedna z tych książek, na które warto zwrócić uwagę i w które warto się zanurzyć.
Magia języka
Więcej takich debiutów powieściowych by się chciało. „Szklanka na pająki” Barbary Piórkowskiej to książka dojrzała (chociaż przemyca niedojrzałe czy pełne naiwności postawy), przemyślana (chociaż cała jest jedną dłuższą dygresją na temat życia) i poetycka (nic dziwnego, skoro autorka zaistniała najpierw jako poetka). Punktem odniesienia dla Barbary Piórkowskiej wydaje się Olga Tokarczuk (i, w mniejszym stopniu, Anna Janko) – która jednak zdecydowanie przegrywa konkurencję ze świeżą i pięknie zrytmizowaną „Szklanką na pająki”. Literatura środka? Bildungsroman? Literatura małych ojczyzn? Pod tymi względami Piórkowską nietrudno będzie zaklasyfikować – jednak wyrządziłoby się jej tym sporą krzywdę. Baśniowość i symbolika wraz z poetyką snu przeplatają się tu po to, by nadać codzienności nową formę.
Opowieść poprowadzona została wokół egzystencji małej dziewczynki, Aleksandry, która na oczach czytelników dorasta i zamienia się w dorosłą kobietę, malarkę o pogmatwanych losach. Na początku kochana najmocniej przez dziadka, Aleksandra dojrzała nie potrafi poukładać sobie życia, zresztą – wpisana jest w nie od początku tajemnica: członkowie rodziny powracają co kilka pokoleń w różnych wcieleniach. Silnie zmetaforyzowaną historię trzyma w ramach obraz Gdańska. Przeszłość zarysowana tu została subtelnie, ważnych wydarzeń można się dopatrywać w drobnych strzępkach wspomnień – bo podstawę relacji stanowią przemiany, jakie zachodzą w Aleksandrze pod wpływem kolejnych, prawdziwych i wymyślonych doświadczeń. Z czasem bieg narracji odmierza rosnąca świadomość kobiecości, motyw, którego w genderowych manifestacjach niestety zabraknąć nie może.
Piórkowska najciekawsza jest wtedy, gdy zwyczajne i codzienne spostrzeżenia filtruje przez poetycką wizję świata. Kiedy na jej oczach codzienność staje się trudna do uchwycenia, migotliwa i przez rozmaite nietypowe skojarzenia mało realna. Autorka potrafi praktycznie z niczego wydobyć liryczną głębię, lub wstrząsnąć odbiorcami przez nagłe ucieleśnienie oniryzmu. W „Szklance na pająki” wszystko jest opowiedziane, skomentowane, a czasem nawet przepuszczone przez słowniki znaczeń i symboli, a przecież to książka, która nie daje o sobie zapomnieć.
Najpotężniejszą dawkę wrażeń zapewni czytelnikom język historii, sposób prowadzenia narracji, rytm, któremu nie można się oprzeć. Zupełnie jakby cała opowieść została wygłoszona na jednym oddechu. Barbara Piórkowska udowodniła czytelnikom, że nieobce są jej harmonijne, kojące frazy, zestawione z gawędą i – być może – swoistymi mitologiami początku. To właśnie za sprawą stylu „Szklanka na pająki" wyróżnia się spośród szeregu innych pozycji – bo przecież w samej fabule niczego atrakcyjnego nie ma. Mimo to książkę czyta się jak baśń, język tworzy tu magiczną i niepowtarzalną atmosferę, przynosi ukojenie, często na przekór akcji, o której opowiada. Co jakiś czas Barbara Piórkowska doprowadza do zderzenia fantazji i realności, po czym z zainteresowaniem przygląda się efektom takiego działania i sprawdza, dokąd zaprowadzi jej bohaterkę wyobraźnia. Nigdy jednak nie pozwala, by sytuacja wymknęła się jej spod kontroli: zabawa narracją będzie tu możliwa tylko dzięki stworzeniu mocnego szkieletu fabularnego.
„Szklanka na pająki” jest powieściowym debiutem, ale cech debiutu nie przejawia. To książka dobrze przemyślana, skomponowana i wolna od schematów czy pułapek. Sporo w niej doświadczeń uniwersalnych, obok przeżyć pokoleniowych znajdą się odczucia jednostki, ale i doznania właściwe niemal wszystkim czytelniczkom. Historia ciągle się rozwija, a autorka zgrabnie unika przewidywalności, dobrze panuje nad materią powieści i nie daje się ponieść językowi. To jedna z tych książek, na które warto zwrócić uwagę i w które warto się zanurzyć.
środa, 31 marca 2010
Hanna Karolak: Duśka. Opowieść o Darii Trafankowskiej
Nowy Świat, Warszawa 2010 (wydanie II).
Harcerka
Po raz drugi na rynek wydawniczy trafia opowieść o Darii Trafankowskiej „Duśka”. Książki Hanny Karolak nie da się zaklasyfikować jako typowej biografii (ani, tym bardziej, zestawu wspomnień). To po prostu próba uchwycenia charakteru i naturalnych dla tej akurat aktorki zachowań, wynik dążeń do zdefiniowania istoty Duśkowego sposobu na życie. Najtrafniej byłoby więc chyba określić tę pozycję jako portret.
Hanna Karolak zrezygnowała ze zwyczajowych technik prezentowania postaci. Czytelnicy nie znajdą w „Duśce” faktograficznych opisów, chronologii, uporządkowania i statyczności. Na obraz Darii Trafankowskiej składają się natomiast migawki z jej życia – Karolak przeplata ze sobą wspomnienia z czasów dzieciństwa i momenty z dorosłego życia. Przedstawia koniec małżeństwa z Waldemarem Dzikim, by za chwilę przejść do pierwszego spotkania przyszłej pary. Zupełnie nie liczy się tu drobiazgowe gromadzenie doświadczeń aktorki ani utrwalanie ich w określonym miejscu na osi czasu – chodzi raczej o w miarę precyzyjne odmalowanie tych cech, które czyniły Duśkę osobą wyjątkową. Biograficzne szczegóły jedynie ilustrują wyjściowe założenie.
W spojrzeniu Hanny Karolak, konfrontowanym jeszcze z refleksjami innych przyjaciół i bliskich artystki, Daria Trafankowska jawi się przede wszystkim jako wieczna harcerka, która nikomu nie odmawia pomocy, każdemu udzieli schronienia, o wszystkich się troszczy – najczęściej własnym kosztem, rujnując swoje zdrowie. Mogłoby to brzmieć jak peany na cześć Duśki, ale autorce książki udało się też przemycić niejednostronne oceny takiej postawy. Dążenie do doskonałości (nawet, jak chce to oceniać Krystyna Janda, do świętości, jakkolwiek patetycznie by to nie wyglądało) bywa odbierane jako przesadzone i niebezpieczne. Hanna Karolak umieszcza swoją bohaterkę w centrum mało istotnych dla ogółu wydarzeń: pokazuje Duśkę opuszczoną przez męża i troszczącą się o jego nowy związek, Duśkę, która w prezencie dostała malowany na szkle zegar, a nawet Duśkę od strony astrologii i wróżek. Nie ma tu analizowania ról (o tym, gdzie aktorka gała, mówią jedynie drobne wzmianki na marginesie codzienności), nie ma chwil, które rzeczywiście mogłyby zostać odtworzone – w ich miejsce pojawia się fabularyzowany filmik, zestaw uczuć i emocji. Dla Hanny Karolak to właśnie okazuje się ważniejsze: chce przedstawiać Duśkę zadowoloną i Duśkę cierpiącą w milczeniu, wystraszoną i szczęśliwą, zdenerwowaną i pogodną. Po to szkicuje sceny, które nie zawsze znalazłyby potwierdzenie w rzeczywistości, po to sięga po wypowiedzi innych znających Trafankowską osób.
W odróżnieniu od standardowych artystycznych portretów, nie ma w „Duśce” zbyt wielu anegdot – ich miejsce wypełniają natomiast mikroskopijne scenki ze zwyczajnej egzystencji. Sporą część książki zajmuje kwestia dziwnej, niedającej oparcia matki i pracowitego, cichego ojca, jakby podświadomie w doświadczeniach wyniesionych z rodzinnego domu widziała Karolak przyczyny późniejszych problemów Darii Trafankowskiej. Olbrzymią rolę przypisuje też rzeszom przyjaciół, lecz znów najchętniej ucieka od konkretów, operując atmosferą książki i – poczuciem zaufania.
„Duśka” nie jest portretem Darii Trafankowskiej jako aktorki, ale Darii Trafankowskiej jako osoby. Większego znaczenia nie ma też w tej historii choroba artystki i możliwość pospieszenia Duśce z pomocą – możliwość, którą bliscy Trafankowskiej wykorzystali bez wahania. Hannie Karolak zależało na tym, by utrwalić „prawdziwą” Duśkę, zatrzymać ją na kartach tej książki – co zakończyło się sukcesem, odbiorcy otrzymają żywą opowieść o aktorce, która przegrała swoją najważniejszą walkę.
Harcerka
Po raz drugi na rynek wydawniczy trafia opowieść o Darii Trafankowskiej „Duśka”. Książki Hanny Karolak nie da się zaklasyfikować jako typowej biografii (ani, tym bardziej, zestawu wspomnień). To po prostu próba uchwycenia charakteru i naturalnych dla tej akurat aktorki zachowań, wynik dążeń do zdefiniowania istoty Duśkowego sposobu na życie. Najtrafniej byłoby więc chyba określić tę pozycję jako portret.
Hanna Karolak zrezygnowała ze zwyczajowych technik prezentowania postaci. Czytelnicy nie znajdą w „Duśce” faktograficznych opisów, chronologii, uporządkowania i statyczności. Na obraz Darii Trafankowskiej składają się natomiast migawki z jej życia – Karolak przeplata ze sobą wspomnienia z czasów dzieciństwa i momenty z dorosłego życia. Przedstawia koniec małżeństwa z Waldemarem Dzikim, by za chwilę przejść do pierwszego spotkania przyszłej pary. Zupełnie nie liczy się tu drobiazgowe gromadzenie doświadczeń aktorki ani utrwalanie ich w określonym miejscu na osi czasu – chodzi raczej o w miarę precyzyjne odmalowanie tych cech, które czyniły Duśkę osobą wyjątkową. Biograficzne szczegóły jedynie ilustrują wyjściowe założenie.
W spojrzeniu Hanny Karolak, konfrontowanym jeszcze z refleksjami innych przyjaciół i bliskich artystki, Daria Trafankowska jawi się przede wszystkim jako wieczna harcerka, która nikomu nie odmawia pomocy, każdemu udzieli schronienia, o wszystkich się troszczy – najczęściej własnym kosztem, rujnując swoje zdrowie. Mogłoby to brzmieć jak peany na cześć Duśki, ale autorce książki udało się też przemycić niejednostronne oceny takiej postawy. Dążenie do doskonałości (nawet, jak chce to oceniać Krystyna Janda, do świętości, jakkolwiek patetycznie by to nie wyglądało) bywa odbierane jako przesadzone i niebezpieczne. Hanna Karolak umieszcza swoją bohaterkę w centrum mało istotnych dla ogółu wydarzeń: pokazuje Duśkę opuszczoną przez męża i troszczącą się o jego nowy związek, Duśkę, która w prezencie dostała malowany na szkle zegar, a nawet Duśkę od strony astrologii i wróżek. Nie ma tu analizowania ról (o tym, gdzie aktorka gała, mówią jedynie drobne wzmianki na marginesie codzienności), nie ma chwil, które rzeczywiście mogłyby zostać odtworzone – w ich miejsce pojawia się fabularyzowany filmik, zestaw uczuć i emocji. Dla Hanny Karolak to właśnie okazuje się ważniejsze: chce przedstawiać Duśkę zadowoloną i Duśkę cierpiącą w milczeniu, wystraszoną i szczęśliwą, zdenerwowaną i pogodną. Po to szkicuje sceny, które nie zawsze znalazłyby potwierdzenie w rzeczywistości, po to sięga po wypowiedzi innych znających Trafankowską osób.
W odróżnieniu od standardowych artystycznych portretów, nie ma w „Duśce” zbyt wielu anegdot – ich miejsce wypełniają natomiast mikroskopijne scenki ze zwyczajnej egzystencji. Sporą część książki zajmuje kwestia dziwnej, niedającej oparcia matki i pracowitego, cichego ojca, jakby podświadomie w doświadczeniach wyniesionych z rodzinnego domu widziała Karolak przyczyny późniejszych problemów Darii Trafankowskiej. Olbrzymią rolę przypisuje też rzeszom przyjaciół, lecz znów najchętniej ucieka od konkretów, operując atmosferą książki i – poczuciem zaufania.
„Duśka” nie jest portretem Darii Trafankowskiej jako aktorki, ale Darii Trafankowskiej jako osoby. Większego znaczenia nie ma też w tej historii choroba artystki i możliwość pospieszenia Duśce z pomocą – możliwość, którą bliscy Trafankowskiej wykorzystali bez wahania. Hannie Karolak zależało na tym, by utrwalić „prawdziwą” Duśkę, zatrzymać ją na kartach tej książki – co zakończyło się sukcesem, odbiorcy otrzymają żywą opowieść o aktorce, która przegrała swoją najważniejszą walkę.
piątek, 19 marca 2010
Maria Diatłowicka: Mozaika rodzinna
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Kronika rodu
Ludzie żyją coraz szybciej i coraz bardziej samotnie – mniejszą niż dawniej wagę przykładają do przeszłości, do swoich przodków i historii rodzin. Tymczasem w rodzinnych archiwach skrywać się może wiele tajemnic czy anegdot wartych upamiętnienia. Publikacja Marii Diatłowickiej jest tego najlepszym dowodem. Wbrew pozorom to wcale nie opowieść przeznaczona tylko dla bliskich autorki – losami potomków Johanna Reiffa zainteresować się mogą wielbiciele historii, dawnej kultury i obyczajowości, a także czytelnicy, których interesują procesy polonizowania się. Znajdą tu coś dla siebie nawet poszukiwacze anegdot o sławnych ludziach – z rozbudowanej rodziny wywodził się między innymi Edward Kłosiński, znany nie tylko jako drugi mąż Krystyny Jandy.
Maria Diatłowicka postanowiła przedstawić losy rodu począwszy od osiedlenia się przodków w Warszawie w XIX wieku. Prowadzi czytelników przez czasy zaborów, pokazując, jak wielka historia wpływała na decyzje zwykłych ludzi. Drugim „przystankiem” czyni Diatłowicka czasy okupacji – w dość obszernym i chyba najciekawszym w całej książce rozdziale opowiada o doświadczeniach rodziny, w której krew niemiecka mieszała się z polską. Koniec wojny przyniósł rozproszenie się członków rodu po całym kraju – autorka próbuje uporządkować ich losy ze względu na miejsce osiedlenia. Osobny rozdział poświęca sobie, zatrzymując się nad nietypowymi sposobami kształcenia, często zależnymi od polityki państwa.
Na początku Diatłowicka mozolnie odtwarza przeszłość, odgrzebuje wspomnienia i pamiątki, konfrontuje je z historycznymi publikacjami, lecz najwięcej uwagi poświęca anegdocie, romansowym opowieściom i rodzinnym przekazom. Utrwala wzruszające drobiazgi, zajmuje się warstwą obyczajową i kolejno opisuje członków rodziny, w typowe opisy biograficzne włączając znacznie ciekawsze przekazy. Rozdział o drugiej wojnie światowej jawi się najżywiej – bo utkany jest także z obserwacji samej autorki – i z licznych opowieści krewnych. Tu Diatłowicka nie musi przedstawiać tła historycznego, może sobie pozwolić na większą swobodę w narracji – i ukazuje wydarzenia z subiektywnej perspektywy. Jednostkowe świadectwa przynoszą obraz bardziej interesujący niż schematyczne, podręcznikowe opisy, a wśród sylwetek bliskich znajdują się postacie zasługujące na uwagę. Codzienne małe akty bohaterstwa – ale i poczucie humoru, pogoda ducha nawet w obliczu tragedii – to sprawia, że rozdział o wojnie czyta się tak dobrze.
Pod koniec książki jednak postawa Diatłowickiej zaczyna przybierać tony moralizatorskie – i momentami staje się trudna do zniesienia. Od początku wiadomo, że nie będziemy mieć do czynienia z obiektywnym dziełem, spojrzeniem z dystansu i bez emocji – przyjęcie tego za pewnik jest w ogóle podstawą rozpoczęcia lektury. Autorka idealizuje swoich przodków, wskazuje niemal wyłącznie ich godne podziwu cechy, portretuje jasną stronę ich osobowości. Rodzina składała się według Diatłowickiej z jednostek mądrych i dobrych, uczciwych, pracowitych, dzielnych, cnotliwych i wspaniałych, a przy tym – głęboko miłujących ojczyznę. O czarnych owcach i kłótniach nie ma tu mowy, próżno by szukać skandalików czy przykrości, zresztą sama autorka odcina się od takich zamiarów, udając wstręt do typowej dla współczesnych mediów pogoni za sensacją. Do tego można się przyzwyczaić, nikt w końcu nie zabroni pisania peanów, choćby i na cześć własnego rodu. Gorzej, że autorka w ostatnich rozdziałach przypomina sobie, że w jej rodzinie dyskusje na tematy polityczne są nieodłączną częścią spotkań – i najzwyczajniej w świecie zaczyna prezentować stanowiska wobec kolejnych rządów. Wcześniej w tomie rzuca raczej ogólnikowe hasła, krytykujące współczesne władze – wówczas jeszcze można przymknąć na to oko, mimo że trąci to banałem. Ale już wyłuszczanie poglądów na życie polityczne mogłaby sobie autorka darować – zwłaszcza że wcale za przekonujące nie da się uznać stwierdzenia, że w jej rodzinie już tak jest. Na szczęście uwagę od propagandy odciąga warstwa obyczajowa.
Troszkę błędów się w książce znalazło. „Tą” zamiast „tę” da się zrozumieć jako brak czujności korekty, uśpionej dość poprawnym, pewnym stylem autorki. Jednak do najgorszych stylistycznych potknięć należy u Diatłowickiej nadużywanie czasownika „być” – zdarzają się w książce całe akapity, w których „być” powtarza się co najmniej raz w każdym zdaniu: przydałoby się mimo wszystko trochę więcej ekwilibrystyki narracyjnej, by obok treści wciągać mogła także i forma.
Największą wadą tej publikacji będzie dla odbiorców prawdopodobnie emocjonalny stosunek Marii Diatłowickiej do wszystkich potomków Johanna Reiffa, co objawi się przesadną kategorycznością w udowadnianiu ich zalet. Najmocniejszym punktem książki stanie się natomiast całe mnóstwo anegdot i humorystycznych opowieści, składających się na mozaikę rodzinną. Dla oryginalnych (bo Diatłowicka faktycznie nie posiłkuje się obiegowymi dowcipami) zabawnych scenek warto po tę obszerną historię sięgnąć. Zadęcie polityczne w części zapisków równoważy opis obyczajowości, a losy obcej rodziny mogą okazać się dla czytelników bardzo interesujące.
Kronika rodu
Ludzie żyją coraz szybciej i coraz bardziej samotnie – mniejszą niż dawniej wagę przykładają do przeszłości, do swoich przodków i historii rodzin. Tymczasem w rodzinnych archiwach skrywać się może wiele tajemnic czy anegdot wartych upamiętnienia. Publikacja Marii Diatłowickiej jest tego najlepszym dowodem. Wbrew pozorom to wcale nie opowieść przeznaczona tylko dla bliskich autorki – losami potomków Johanna Reiffa zainteresować się mogą wielbiciele historii, dawnej kultury i obyczajowości, a także czytelnicy, których interesują procesy polonizowania się. Znajdą tu coś dla siebie nawet poszukiwacze anegdot o sławnych ludziach – z rozbudowanej rodziny wywodził się między innymi Edward Kłosiński, znany nie tylko jako drugi mąż Krystyny Jandy.
Maria Diatłowicka postanowiła przedstawić losy rodu począwszy od osiedlenia się przodków w Warszawie w XIX wieku. Prowadzi czytelników przez czasy zaborów, pokazując, jak wielka historia wpływała na decyzje zwykłych ludzi. Drugim „przystankiem” czyni Diatłowicka czasy okupacji – w dość obszernym i chyba najciekawszym w całej książce rozdziale opowiada o doświadczeniach rodziny, w której krew niemiecka mieszała się z polską. Koniec wojny przyniósł rozproszenie się członków rodu po całym kraju – autorka próbuje uporządkować ich losy ze względu na miejsce osiedlenia. Osobny rozdział poświęca sobie, zatrzymując się nad nietypowymi sposobami kształcenia, często zależnymi od polityki państwa.
Na początku Diatłowicka mozolnie odtwarza przeszłość, odgrzebuje wspomnienia i pamiątki, konfrontuje je z historycznymi publikacjami, lecz najwięcej uwagi poświęca anegdocie, romansowym opowieściom i rodzinnym przekazom. Utrwala wzruszające drobiazgi, zajmuje się warstwą obyczajową i kolejno opisuje członków rodziny, w typowe opisy biograficzne włączając znacznie ciekawsze przekazy. Rozdział o drugiej wojnie światowej jawi się najżywiej – bo utkany jest także z obserwacji samej autorki – i z licznych opowieści krewnych. Tu Diatłowicka nie musi przedstawiać tła historycznego, może sobie pozwolić na większą swobodę w narracji – i ukazuje wydarzenia z subiektywnej perspektywy. Jednostkowe świadectwa przynoszą obraz bardziej interesujący niż schematyczne, podręcznikowe opisy, a wśród sylwetek bliskich znajdują się postacie zasługujące na uwagę. Codzienne małe akty bohaterstwa – ale i poczucie humoru, pogoda ducha nawet w obliczu tragedii – to sprawia, że rozdział o wojnie czyta się tak dobrze.
Pod koniec książki jednak postawa Diatłowickiej zaczyna przybierać tony moralizatorskie – i momentami staje się trudna do zniesienia. Od początku wiadomo, że nie będziemy mieć do czynienia z obiektywnym dziełem, spojrzeniem z dystansu i bez emocji – przyjęcie tego za pewnik jest w ogóle podstawą rozpoczęcia lektury. Autorka idealizuje swoich przodków, wskazuje niemal wyłącznie ich godne podziwu cechy, portretuje jasną stronę ich osobowości. Rodzina składała się według Diatłowickiej z jednostek mądrych i dobrych, uczciwych, pracowitych, dzielnych, cnotliwych i wspaniałych, a przy tym – głęboko miłujących ojczyznę. O czarnych owcach i kłótniach nie ma tu mowy, próżno by szukać skandalików czy przykrości, zresztą sama autorka odcina się od takich zamiarów, udając wstręt do typowej dla współczesnych mediów pogoni za sensacją. Do tego można się przyzwyczaić, nikt w końcu nie zabroni pisania peanów, choćby i na cześć własnego rodu. Gorzej, że autorka w ostatnich rozdziałach przypomina sobie, że w jej rodzinie dyskusje na tematy polityczne są nieodłączną częścią spotkań – i najzwyczajniej w świecie zaczyna prezentować stanowiska wobec kolejnych rządów. Wcześniej w tomie rzuca raczej ogólnikowe hasła, krytykujące współczesne władze – wówczas jeszcze można przymknąć na to oko, mimo że trąci to banałem. Ale już wyłuszczanie poglądów na życie polityczne mogłaby sobie autorka darować – zwłaszcza że wcale za przekonujące nie da się uznać stwierdzenia, że w jej rodzinie już tak jest. Na szczęście uwagę od propagandy odciąga warstwa obyczajowa.
Troszkę błędów się w książce znalazło. „Tą” zamiast „tę” da się zrozumieć jako brak czujności korekty, uśpionej dość poprawnym, pewnym stylem autorki. Jednak do najgorszych stylistycznych potknięć należy u Diatłowickiej nadużywanie czasownika „być” – zdarzają się w książce całe akapity, w których „być” powtarza się co najmniej raz w każdym zdaniu: przydałoby się mimo wszystko trochę więcej ekwilibrystyki narracyjnej, by obok treści wciągać mogła także i forma.
Największą wadą tej publikacji będzie dla odbiorców prawdopodobnie emocjonalny stosunek Marii Diatłowickiej do wszystkich potomków Johanna Reiffa, co objawi się przesadną kategorycznością w udowadnianiu ich zalet. Najmocniejszym punktem książki stanie się natomiast całe mnóstwo anegdot i humorystycznych opowieści, składających się na mozaikę rodzinną. Dla oryginalnych (bo Diatłowicka faktycznie nie posiłkuje się obiegowymi dowcipami) zabawnych scenek warto po tę obszerną historię sięgnąć. Zadęcie polityczne w części zapisków równoważy opis obyczajowości, a losy obcej rodziny mogą okazać się dla czytelników bardzo interesujące.
piątek, 5 marca 2010
Ewa Nowacka: Heliogabal, wnuk Mezy
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Historia, szkiełko i oko
„Heliogabal, wnuk Mezy” to książka, w której Ewa Nowacka wydarzeniom z czasów starożytnych nadaje nowy wymiar, udowadniając, że wielkie namiętności i walka o władzę to motywy uniwersalne. Przy okazji wykorzystuje autorka swoją fascynację Cesarstwem Rzymskim, przez koloryt lokalny jeszcze zwiększając atrakcyjność opowieści. Nowy Świat publikuje historię ciekawą nie tylko od strony formalnej, ale także ze względu na pomysły kompozycyjne.
Ewa Nowacka oddaje w powieści głos Julii Mezie, kobiecie, która urasta do rangi faktycznej bohaterki tej książki. Wnuk Mezy, Basjanus, to chłopiec ograniczony i głupi, staje się on jedynie narzędziem dla babki, pragnącej władzy. U Nowackiej portret Heliogabala jawi się raczej dość jednoznacznie: jest zbudowany z pogardy i lekceważenia. Nic dziwnego, tak właśnie silna, despotyczna i sprytna Julia Meza postrzega wnuka-cezara. Z jej relacji wyłania się obraz młodzieńca o słabej psychice (i zniechęcającej powierzchowności, Basjanus w oczach Mezy okazuje się zwyczajnie brzydki, choć może to konsekwencja pełnej wyższości postawy babki) – na dalszy plan schodzą za to kwestie seksualnych wynaturzeń Heliogabala, mniej niż polityka liczy się w książce obyczajowość. Julia Meza przedstawia dzieje swoje (i historię rodziny) aż po śmierć Heliogabala, na którego wydała wyrok. Ewa Nowacka przeplata emocjonalne oceny swojej bohaterki raczej beznamiętnymi opisami sytuacji, przy czym operacji tych dokonuje na stosunkowo niewielkich obszarach tekstu. Fakty wydają się tu być jedynie dodatkiem do odwzorowywania uczuć Julii Mezy, to opowieść snuta z punktu widzenia kobiety fatalnej, przekonanej o słuszności swoich czynów. Meza w „Heliogabalu” zwraca uwagę na interpretację swoich zachowań i decyzji, podsuwa odbiorcom relacji słuszną – czyli własną – drogę ich odczytania, próbuje manipulować słuchaczami tak, jak manipulowała członkami rodziny.
Emocjonalna obojętność, jaką Meza prezentuje wobec najbliższych, zwłaszcza swoich córek, mocno kontrastuje z dostarczającymi adrenaliny politycznymi decyzjami. Trudno uwierzyć w wielką miłość do męża siostry, jaką Julia Meza deklaruje, jeśli sposób opowiadania o tym uczuciu przypomina do złudzenia mówienie o władzy. Te niuanse narracji mogą się uważnym odbiorcom podobać – a to przecież nie koniec zaskoczeń.
Nowacka przygotowała bowiem całą serię dokumentalnych i paradokumentalnych komentarzy i objaśnień. Opowieści Julii Mezy przetykane są fragmentami dzieł rzymskich historyków, by wprowadzić odbiorców w rzeczywistość za panowania Heliogabala i na chwilę uobiektywnić wywód – ale także… rozmowami autorki książki z kolejnymi lekarzami (pojawi się psycholog, psychiatra i endokrynolog), dodatkowe spojrzenie zapewnia jeszcze rozbudowana mocno quasi-recenzja, wypowiedź czytelniczki. Ewa Nowacka przygląda się Heliogabalowi (i tu faktycznie tytułowy bohater wychodzi na pierwszy plan) jako pacjentowi współczesnych medyków i na temat zachowań bohatera sprzed wieków przeprowadza wywiady. Próbuje sprawdzić, czy udałoby się dziś wyleczyć Basjanusa z jego przypadłości – i ustala, jaki specjalista powinien zająć się chłopcem. Literacka gra motywami zamienia się w oryginalne i atrakcyjne dla czytelników śledztwo. Lekarze-specjaliści podejmują grę, jaką proponuje Nowacka i na podstawie podsuniętych im danych próbują postawić spóźnioną o kilkanaście stuleci diagnozę – zestawienie monologu Mezy i domysłów eskulapów pokazuje możliwości twórcze, tkwiące w historii. Inaczej wybrzmiewa tu opowieść czytelniczki – to raczej propozycja interpretacji książki niż komentarz na temat jej bohaterów. Szkoda natomiast, że rozmówcy Nowackiej przedstawieni są inicjałami.
Udało się Ewie Nowackiej połączyć w „Heliogabalu” kilka narracji i kilka różnych spojrzeń na sytuację w Cesarstwie Rzymskim – ale też sukcesem okazała się próba odwzorowywania mentalności władców i obyczajowości ludzi. Dzięki ciekawym pomysłom i zgrabnej narracji, „Heliogabal, wnuk Mezy” to nie tylko powieść historyczna, ale i psychologiczna.
Historia, szkiełko i oko
„Heliogabal, wnuk Mezy” to książka, w której Ewa Nowacka wydarzeniom z czasów starożytnych nadaje nowy wymiar, udowadniając, że wielkie namiętności i walka o władzę to motywy uniwersalne. Przy okazji wykorzystuje autorka swoją fascynację Cesarstwem Rzymskim, przez koloryt lokalny jeszcze zwiększając atrakcyjność opowieści. Nowy Świat publikuje historię ciekawą nie tylko od strony formalnej, ale także ze względu na pomysły kompozycyjne.
Ewa Nowacka oddaje w powieści głos Julii Mezie, kobiecie, która urasta do rangi faktycznej bohaterki tej książki. Wnuk Mezy, Basjanus, to chłopiec ograniczony i głupi, staje się on jedynie narzędziem dla babki, pragnącej władzy. U Nowackiej portret Heliogabala jawi się raczej dość jednoznacznie: jest zbudowany z pogardy i lekceważenia. Nic dziwnego, tak właśnie silna, despotyczna i sprytna Julia Meza postrzega wnuka-cezara. Z jej relacji wyłania się obraz młodzieńca o słabej psychice (i zniechęcającej powierzchowności, Basjanus w oczach Mezy okazuje się zwyczajnie brzydki, choć może to konsekwencja pełnej wyższości postawy babki) – na dalszy plan schodzą za to kwestie seksualnych wynaturzeń Heliogabala, mniej niż polityka liczy się w książce obyczajowość. Julia Meza przedstawia dzieje swoje (i historię rodziny) aż po śmierć Heliogabala, na którego wydała wyrok. Ewa Nowacka przeplata emocjonalne oceny swojej bohaterki raczej beznamiętnymi opisami sytuacji, przy czym operacji tych dokonuje na stosunkowo niewielkich obszarach tekstu. Fakty wydają się tu być jedynie dodatkiem do odwzorowywania uczuć Julii Mezy, to opowieść snuta z punktu widzenia kobiety fatalnej, przekonanej o słuszności swoich czynów. Meza w „Heliogabalu” zwraca uwagę na interpretację swoich zachowań i decyzji, podsuwa odbiorcom relacji słuszną – czyli własną – drogę ich odczytania, próbuje manipulować słuchaczami tak, jak manipulowała członkami rodziny.
Emocjonalna obojętność, jaką Meza prezentuje wobec najbliższych, zwłaszcza swoich córek, mocno kontrastuje z dostarczającymi adrenaliny politycznymi decyzjami. Trudno uwierzyć w wielką miłość do męża siostry, jaką Julia Meza deklaruje, jeśli sposób opowiadania o tym uczuciu przypomina do złudzenia mówienie o władzy. Te niuanse narracji mogą się uważnym odbiorcom podobać – a to przecież nie koniec zaskoczeń.
Nowacka przygotowała bowiem całą serię dokumentalnych i paradokumentalnych komentarzy i objaśnień. Opowieści Julii Mezy przetykane są fragmentami dzieł rzymskich historyków, by wprowadzić odbiorców w rzeczywistość za panowania Heliogabala i na chwilę uobiektywnić wywód – ale także… rozmowami autorki książki z kolejnymi lekarzami (pojawi się psycholog, psychiatra i endokrynolog), dodatkowe spojrzenie zapewnia jeszcze rozbudowana mocno quasi-recenzja, wypowiedź czytelniczki. Ewa Nowacka przygląda się Heliogabalowi (i tu faktycznie tytułowy bohater wychodzi na pierwszy plan) jako pacjentowi współczesnych medyków i na temat zachowań bohatera sprzed wieków przeprowadza wywiady. Próbuje sprawdzić, czy udałoby się dziś wyleczyć Basjanusa z jego przypadłości – i ustala, jaki specjalista powinien zająć się chłopcem. Literacka gra motywami zamienia się w oryginalne i atrakcyjne dla czytelników śledztwo. Lekarze-specjaliści podejmują grę, jaką proponuje Nowacka i na podstawie podsuniętych im danych próbują postawić spóźnioną o kilkanaście stuleci diagnozę – zestawienie monologu Mezy i domysłów eskulapów pokazuje możliwości twórcze, tkwiące w historii. Inaczej wybrzmiewa tu opowieść czytelniczki – to raczej propozycja interpretacji książki niż komentarz na temat jej bohaterów. Szkoda natomiast, że rozmówcy Nowackiej przedstawieni są inicjałami.
Udało się Ewie Nowackiej połączyć w „Heliogabalu” kilka narracji i kilka różnych spojrzeń na sytuację w Cesarstwie Rzymskim – ale też sukcesem okazała się próba odwzorowywania mentalności władców i obyczajowości ludzi. Dzięki ciekawym pomysłom i zgrabnej narracji, „Heliogabal, wnuk Mezy” to nie tylko powieść historyczna, ale i psychologiczna.
wtorek, 23 lutego 2010
Krystyna Lubelska: Wyspa bez dostępu do morza
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Pisarz w wersji luksusowej
„Wyspa bez dostępu do morza” Krystyny Lubelskiej to literacki kolaż. Jest tu trochę z thrillera, trochę z dziewiętnastowiecznego romansu, trochę z satyry, trochę z s-f i sporo z powieści obyczajowej. Wszystkie rozwiązania, pomysły i inspiracje autorka składa w spójną całość o niespiesznym rytmie, tak, że powieść czyta się w gruncie rzeczy jak klasyczną obyczajówkę, chociaż kolejne motywy w niej zawarte kierują uwagę odbiorców w stronę jasno określonych konwencji literackich. Nie można o „Wyspie…” powiedzieć, że stworzona została z narracyjnym rozmachem, na pewno jest to jednak kawałek ciekawej prozy.
Fabuła osnuwa się wokół dwóch postaci: Aleksandra Santora, laureata literackiej Nagrody Nobla, niestarzejącego się seniora rodu, który pragnie czuwać nad doskonałością całego klanu – oraz jego wnuczki, Klary, najmniej idealnej z rodziny. Skupiona w imponującej posiadłości familia nie tworzy jednak zgodnego stadła. Nikt nie orientuje się w problemach bliskich, samotność to stały składnik egzystencji każdego członka klanu Santorów. Dokładnie zaplanowane życie nie przypomina sielanki i misterna konstrukcja zaczyna się rozsypywać, kiedy swoje plany próbuje zrealizować Karol Agat – dotąd wydawca i opiekun Ala. Utopijne wizje Santora przeciwstawia się antyutopii, totalitarnym zapędom agenta – następuje też w tym momencie przełamanie rytmu powieści obyczajowej przez wprowadzenie elementów thrillera (i) s-f. Konflikt na linii Al – Agat przecina również dość złudne nadzieje Klary, która właśnie odkrywa blaski i cienie miłości. Jej wybranek, jak ona sama, daleki jest od doskonałości, a Krystyna Lubelska wyraźnie nie chce powielać schematów z romansów, woli prezentować związek, który ma zadatki toksyczności – lecz który i tak stanie się katalizatorem akcji. W grę wejdzie potem planowanie genetyczne, a całość, choć futurystyczna, niebezpiecznie zbliża się do znanych z historii faktów.
Dla Krystyny Lubelskiej ważniejsza niż walory literackie jest sama fabuła – miejscami także opis, niepodporządkowany estetycznym wymogom. Dość długo kreśli autorka sylwetki kolejnych bohaterów, wprowadza ich na scenę powoli, jakby obawiała się, że późniejsze wydarzenia nie pozwolą na odszyfrowanie wzajemnych relacji. Włącza od początku element tajemnicy i niepewności – na jego wyjaśnienie przyjdzie czekać dość długo. Lubelska wybiera rozsmakowywanie się w akcji, nie widzi potrzeby, by zmieniać jej tempo czy modyfikować brzmienie – narracja jest płynna, ale i jednostajna, co sprawia, że powieść bardziej kieruje się w stronę obyczajową niż fantastyczną, a dylematy głównej bohaterki nie udzielają się czytelnikom.
Nie chcę czytać „Wyspy…” jak to proponuje w blurbie wydawca – jako „groteskowej satyry na świat owładnięty dążeniem do perfekcji”. Jeśli satyra, to raczej na status współczesnego pisarza (laureat Nagrody Nobla okazuje się tu przecież niemal równy bogom, z pisania od początku może utrzymać siebie i całą rodzinę, staje się też prawie celebrytą, jego życie, bardziej niż poczynania aktorów i piosenkarzy, rozpala opinię publiczną – to pisarz trafia na okładki tabloidów i budzi zainteresowanie mediów). Drugim elementem satyrycznym byłby motyw agentów i managementu – ich rzeczywistej władzy. To satyryczne spojrzenie funkcjonuje niejako na marginesie właściwej opowieści, uzupełnia rozwój akcji i ma ją – jak mi się wydaje – ubarwiać, nie wiem, czy zostanie to zauważone przez odbiorców, dla których ważniejsze okażą się raczej perypetie rodu.
Zdarzyło się Krystynie Lubelskiej kilka ładnych i rzeczywiście dość ciekawych obrazków – między innymi świat widziany i rozpoznawany tylko dzięki lustrom – znikają one jednak w całości nastawionej dość mocno na konkret. Autorka nie tworzy całkiem nowej rzeczywistości, woli modyfikować tę znaną, wprowadzając do niej kilka pomysłów, wyraźnie też wybiera skupianie się na międzyludzkich, nie zawsze skomplikowanych, relacjach – łączy swoich bohaterów określonymi i często niezmienianymi aż do końca emocjami, a kolejne wydarzenia mają jedynie podkreślać ich (emocji) charakter.
Siłą tej powieści jest jej zwyczajność. Najbardziej nieprawdopodobne wydarzenia przybierają tu postać naturalnych, nic nie może zaskoczyć. Świat fikcji, budowany na przemian z realistycznych (ludzie) i fantastycznych (wydarzenia) klocków, przyjmuje się bez większych zastrzeżeń. I to prawdziwy atut „Wyspy”.
Pisarz w wersji luksusowej
„Wyspa bez dostępu do morza” Krystyny Lubelskiej to literacki kolaż. Jest tu trochę z thrillera, trochę z dziewiętnastowiecznego romansu, trochę z satyry, trochę z s-f i sporo z powieści obyczajowej. Wszystkie rozwiązania, pomysły i inspiracje autorka składa w spójną całość o niespiesznym rytmie, tak, że powieść czyta się w gruncie rzeczy jak klasyczną obyczajówkę, chociaż kolejne motywy w niej zawarte kierują uwagę odbiorców w stronę jasno określonych konwencji literackich. Nie można o „Wyspie…” powiedzieć, że stworzona została z narracyjnym rozmachem, na pewno jest to jednak kawałek ciekawej prozy.
Fabuła osnuwa się wokół dwóch postaci: Aleksandra Santora, laureata literackiej Nagrody Nobla, niestarzejącego się seniora rodu, który pragnie czuwać nad doskonałością całego klanu – oraz jego wnuczki, Klary, najmniej idealnej z rodziny. Skupiona w imponującej posiadłości familia nie tworzy jednak zgodnego stadła. Nikt nie orientuje się w problemach bliskich, samotność to stały składnik egzystencji każdego członka klanu Santorów. Dokładnie zaplanowane życie nie przypomina sielanki i misterna konstrukcja zaczyna się rozsypywać, kiedy swoje plany próbuje zrealizować Karol Agat – dotąd wydawca i opiekun Ala. Utopijne wizje Santora przeciwstawia się antyutopii, totalitarnym zapędom agenta – następuje też w tym momencie przełamanie rytmu powieści obyczajowej przez wprowadzenie elementów thrillera (i) s-f. Konflikt na linii Al – Agat przecina również dość złudne nadzieje Klary, która właśnie odkrywa blaski i cienie miłości. Jej wybranek, jak ona sama, daleki jest od doskonałości, a Krystyna Lubelska wyraźnie nie chce powielać schematów z romansów, woli prezentować związek, który ma zadatki toksyczności – lecz który i tak stanie się katalizatorem akcji. W grę wejdzie potem planowanie genetyczne, a całość, choć futurystyczna, niebezpiecznie zbliża się do znanych z historii faktów.
Dla Krystyny Lubelskiej ważniejsza niż walory literackie jest sama fabuła – miejscami także opis, niepodporządkowany estetycznym wymogom. Dość długo kreśli autorka sylwetki kolejnych bohaterów, wprowadza ich na scenę powoli, jakby obawiała się, że późniejsze wydarzenia nie pozwolą na odszyfrowanie wzajemnych relacji. Włącza od początku element tajemnicy i niepewności – na jego wyjaśnienie przyjdzie czekać dość długo. Lubelska wybiera rozsmakowywanie się w akcji, nie widzi potrzeby, by zmieniać jej tempo czy modyfikować brzmienie – narracja jest płynna, ale i jednostajna, co sprawia, że powieść bardziej kieruje się w stronę obyczajową niż fantastyczną, a dylematy głównej bohaterki nie udzielają się czytelnikom.
Nie chcę czytać „Wyspy…” jak to proponuje w blurbie wydawca – jako „groteskowej satyry na świat owładnięty dążeniem do perfekcji”. Jeśli satyra, to raczej na status współczesnego pisarza (laureat Nagrody Nobla okazuje się tu przecież niemal równy bogom, z pisania od początku może utrzymać siebie i całą rodzinę, staje się też prawie celebrytą, jego życie, bardziej niż poczynania aktorów i piosenkarzy, rozpala opinię publiczną – to pisarz trafia na okładki tabloidów i budzi zainteresowanie mediów). Drugim elementem satyrycznym byłby motyw agentów i managementu – ich rzeczywistej władzy. To satyryczne spojrzenie funkcjonuje niejako na marginesie właściwej opowieści, uzupełnia rozwój akcji i ma ją – jak mi się wydaje – ubarwiać, nie wiem, czy zostanie to zauważone przez odbiorców, dla których ważniejsze okażą się raczej perypetie rodu.
Zdarzyło się Krystynie Lubelskiej kilka ładnych i rzeczywiście dość ciekawych obrazków – między innymi świat widziany i rozpoznawany tylko dzięki lustrom – znikają one jednak w całości nastawionej dość mocno na konkret. Autorka nie tworzy całkiem nowej rzeczywistości, woli modyfikować tę znaną, wprowadzając do niej kilka pomysłów, wyraźnie też wybiera skupianie się na międzyludzkich, nie zawsze skomplikowanych, relacjach – łączy swoich bohaterów określonymi i często niezmienianymi aż do końca emocjami, a kolejne wydarzenia mają jedynie podkreślać ich (emocji) charakter.
Siłą tej powieści jest jej zwyczajność. Najbardziej nieprawdopodobne wydarzenia przybierają tu postać naturalnych, nic nie może zaskoczyć. Świat fikcji, budowany na przemian z realistycznych (ludzie) i fantastycznych (wydarzenia) klocków, przyjmuje się bez większych zastrzeżeń. I to prawdziwy atut „Wyspy”.
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Jacek Tomasz Roczniak: Woodward. Prawdziwa historia Maksa Woodwarda
Nowy Świat, Warszawa 2010.
Realia świata fantasy
Na okładce opublikowanej przez Nowy Świat książki próżno by szukać tytułu, informacji o autorze czy blurbu. Znajduje się tam jedynie arcydokładny autoportret, wykonany ołówkiem szkic twarzy w dwóch ujęciach – i słowo „Woodward” na grzbiecie obszernego tomu. Wydawnictwo proponuje tym razem opowieść mrożącą krew w żyłach i skomponowaną na dwóch płaszczyznach – realistycznej i fantastycznej. W obrębie tych historii mieszczą się trzy narracje – do zwykłej i baśniowej dochodzi jeszcze stylizacja na archaiczność – wyrazista i celowo przerysowana, a bazująca przede wszystkim na prostych inwersjach – przenoszeniu czasowników na koniec zdania. Jacek Tomasz Roczniak posłużył się modyfikacjami w obrębie języka, by bez zbędnych wyjaśnień przenosić czytelników w różne sfery swojej relacji. Styl pełni w książce funkcję scenografii, narzuca odbiorcom określone konwencje, wprowadza ich w kolejne światy, wykreowane, co trzeba przyznać, bardzo starannie.
Ramę dla opowieści stanowią przerażające fakty – w latach 80. w Stanach miała miejsce seria prób samobójczych dokonywanych przez nastolatków – młodzi ludzie zapadali w śpiączkę, którą przedłużał im pewien starzec, John Bober Banary. Max Woodward, główny bohater tej książki, to pierwsza osoba, która wyrwała się z więzienia Banary’ego – samodzielnie wybudził się ze śpiączki. „Woodward” jest opowieścią stworzoną na podstawie zapisków Maxa oraz jego przyjaciół – Cornela Cummingsa (drugiego, któremu udało się wrócić), Mude Corri i Tonego Sheparda. To historia naznaczona tragizmem – według Cornela, Kolesia – Max znów zniknął, wybrał się, by ocalić kogoś, kto bardziej na ocalenie zasługuje – po lekturze odbiorcy nie będą mieli wątpliwości, o kogo może chodzić.
Rodzina Maxa to rodzina toksyczna – chłopak nie ma szansy na przekonanie do swoich racji despotycznego ojca, nie znajduje też oparcia w matce. Przeprowadzka do willi dziwacznego starca nie poprawia sytuacji – w końcu bohater decyduje się na rozstanie ze światem. Tymczasem pan Banary prowadzi dziwne życie. Całymi dniami przebywa w czytelniach i bibliotekach, rozszyfrowuje tajemnicze znaki i odwiedza w szpitalu dzieci, które są w śpiączce. Szalony starzec dzięki skomplikowanym systemom kamer poznaje wszystkie szczegóły z życia bohaterów – próbuje też dotrzeć do najskrytszych marzeń nastolatków. Nikt nawet nie podejrzewa, jak wykorzystuje zdobytą wiedzę.
Próba samobójcza przenosi bohaterów do Państwa Lalek – krainy sterowanej z zewnątrz przez kogoś, kto dokładnie wie, czego pragną młodzi ludzie. Zbudowana na wzór raju nierzeczywistość to miejsce, gdzie może się zdarzyć wszystko. To także ekskluzywne więzienie: nic dziwnego, że Max i kilkoro jego przyjaciół spróbują stamtąd uciec.
Jacek Tomasz Roczniak łączy ze sobą historię realistyczną i oniryczną. W Państwie Lalek nie obowiązuje znieczulenie na strach czy ból – mimo że to kraina wykreowana sztucznie, a wydarzenia rozgrywają się w umysłach postaci. W pewnym momencie pomysł na za-świat rozrasta się – wyświetlane są kolejne struktury onirycznej rzeczywistości (bez rozgraniczenia na teorię i praktykę), okazuje się, że istnieje cała sieć powiązań między światem prawdziwym a Krainą: starzec, który więzi młodych ludzi to zaledwie jeden z przedstawicieli Państwa Lalek – takich jak on jest wielu. Ucieczka ze snu będzie skomplikowana i trudna, sporo tu chwytów (fabularnych „efektów specjalnych”), które zrobią wrażenie na czytelnikach, zarówno ze względu na ich oryginalność (to jest niewymuszone wplecenie w akcję) jak i spójność. Choć książka Roczniaka liczy ponad 700 stron, czyta się ją jednym tchem – konstrukcja literackiej rzeczywistości nie ma słabych punktów, bo najmniej efektowna partia, stylizacja na archaiczność, jest tu potraktowana jako karykatura – i w ten sposób się broni.
„Woodward” to powieść drogi, historia o poznawaniu siebie, własnych słabości i przekonań. Fikcja miesza się z autentyzmem, obie te dziedziny uzupełniają się i komentują wzajemnie. Roczniak tworzy opowieść podobną do kronik Narnii, tyle że dla dorosłych – tak dobrze i w szczegółach okazuje się dopracowany jego świat. Warstwę społeczną wykorzystuje się w książce dla zwrócenia uwagi na problemy rodzin toksycznych, w których ojciec-alkoholik znęca się nad domownikami. Publicystykę na krawędzi thrillera zapewnia postać szaleńca, Banary’ego, człowieka, który marzy o zapanowaniu na umysłami dzieci. Wizje stworzone w umyśle Maxa to relacja fantasy, migawki z pozaonirycznej codzienności przynoszą partię obyczajową. Sporo tu elementów rodem z psychoanalitycznych porad, buduje zatem Jacek Tomasz Roczniak powieść, którą czytać można na wiele sposobów.
Mimo że osnuta wokół jednej zaledwie biografii (czy quasi-biografii), książka opublikowana przez Nowy Świat urzeka dynamiką. Roczniak zmienia tempa narracji, dobrze stopniuje napięcie i konstruuje fabułę tak, by znaleźli tu coś dla siebie wielbiciele fantasy, horrorów i baśni.
Realia świata fantasy
Na okładce opublikowanej przez Nowy Świat książki próżno by szukać tytułu, informacji o autorze czy blurbu. Znajduje się tam jedynie arcydokładny autoportret, wykonany ołówkiem szkic twarzy w dwóch ujęciach – i słowo „Woodward” na grzbiecie obszernego tomu. Wydawnictwo proponuje tym razem opowieść mrożącą krew w żyłach i skomponowaną na dwóch płaszczyznach – realistycznej i fantastycznej. W obrębie tych historii mieszczą się trzy narracje – do zwykłej i baśniowej dochodzi jeszcze stylizacja na archaiczność – wyrazista i celowo przerysowana, a bazująca przede wszystkim na prostych inwersjach – przenoszeniu czasowników na koniec zdania. Jacek Tomasz Roczniak posłużył się modyfikacjami w obrębie języka, by bez zbędnych wyjaśnień przenosić czytelników w różne sfery swojej relacji. Styl pełni w książce funkcję scenografii, narzuca odbiorcom określone konwencje, wprowadza ich w kolejne światy, wykreowane, co trzeba przyznać, bardzo starannie.
Ramę dla opowieści stanowią przerażające fakty – w latach 80. w Stanach miała miejsce seria prób samobójczych dokonywanych przez nastolatków – młodzi ludzie zapadali w śpiączkę, którą przedłużał im pewien starzec, John Bober Banary. Max Woodward, główny bohater tej książki, to pierwsza osoba, która wyrwała się z więzienia Banary’ego – samodzielnie wybudził się ze śpiączki. „Woodward” jest opowieścią stworzoną na podstawie zapisków Maxa oraz jego przyjaciół – Cornela Cummingsa (drugiego, któremu udało się wrócić), Mude Corri i Tonego Sheparda. To historia naznaczona tragizmem – według Cornela, Kolesia – Max znów zniknął, wybrał się, by ocalić kogoś, kto bardziej na ocalenie zasługuje – po lekturze odbiorcy nie będą mieli wątpliwości, o kogo może chodzić.
Rodzina Maxa to rodzina toksyczna – chłopak nie ma szansy na przekonanie do swoich racji despotycznego ojca, nie znajduje też oparcia w matce. Przeprowadzka do willi dziwacznego starca nie poprawia sytuacji – w końcu bohater decyduje się na rozstanie ze światem. Tymczasem pan Banary prowadzi dziwne życie. Całymi dniami przebywa w czytelniach i bibliotekach, rozszyfrowuje tajemnicze znaki i odwiedza w szpitalu dzieci, które są w śpiączce. Szalony starzec dzięki skomplikowanym systemom kamer poznaje wszystkie szczegóły z życia bohaterów – próbuje też dotrzeć do najskrytszych marzeń nastolatków. Nikt nawet nie podejrzewa, jak wykorzystuje zdobytą wiedzę.
Próba samobójcza przenosi bohaterów do Państwa Lalek – krainy sterowanej z zewnątrz przez kogoś, kto dokładnie wie, czego pragną młodzi ludzie. Zbudowana na wzór raju nierzeczywistość to miejsce, gdzie może się zdarzyć wszystko. To także ekskluzywne więzienie: nic dziwnego, że Max i kilkoro jego przyjaciół spróbują stamtąd uciec.
Jacek Tomasz Roczniak łączy ze sobą historię realistyczną i oniryczną. W Państwie Lalek nie obowiązuje znieczulenie na strach czy ból – mimo że to kraina wykreowana sztucznie, a wydarzenia rozgrywają się w umysłach postaci. W pewnym momencie pomysł na za-świat rozrasta się – wyświetlane są kolejne struktury onirycznej rzeczywistości (bez rozgraniczenia na teorię i praktykę), okazuje się, że istnieje cała sieć powiązań między światem prawdziwym a Krainą: starzec, który więzi młodych ludzi to zaledwie jeden z przedstawicieli Państwa Lalek – takich jak on jest wielu. Ucieczka ze snu będzie skomplikowana i trudna, sporo tu chwytów (fabularnych „efektów specjalnych”), które zrobią wrażenie na czytelnikach, zarówno ze względu na ich oryginalność (to jest niewymuszone wplecenie w akcję) jak i spójność. Choć książka Roczniaka liczy ponad 700 stron, czyta się ją jednym tchem – konstrukcja literackiej rzeczywistości nie ma słabych punktów, bo najmniej efektowna partia, stylizacja na archaiczność, jest tu potraktowana jako karykatura – i w ten sposób się broni.
„Woodward” to powieść drogi, historia o poznawaniu siebie, własnych słabości i przekonań. Fikcja miesza się z autentyzmem, obie te dziedziny uzupełniają się i komentują wzajemnie. Roczniak tworzy opowieść podobną do kronik Narnii, tyle że dla dorosłych – tak dobrze i w szczegółach okazuje się dopracowany jego świat. Warstwę społeczną wykorzystuje się w książce dla zwrócenia uwagi na problemy rodzin toksycznych, w których ojciec-alkoholik znęca się nad domownikami. Publicystykę na krawędzi thrillera zapewnia postać szaleńca, Banary’ego, człowieka, który marzy o zapanowaniu na umysłami dzieci. Wizje stworzone w umyśle Maxa to relacja fantasy, migawki z pozaonirycznej codzienności przynoszą partię obyczajową. Sporo tu elementów rodem z psychoanalitycznych porad, buduje zatem Jacek Tomasz Roczniak powieść, którą czytać można na wiele sposobów.
Mimo że osnuta wokół jednej zaledwie biografii (czy quasi-biografii), książka opublikowana przez Nowy Świat urzeka dynamiką. Roczniak zmienia tempa narracji, dobrze stopniuje napięcie i konstruuje fabułę tak, by znaleźli tu coś dla siebie wielbiciele fantasy, horrorów i baśni.
czwartek, 17 grudnia 2009
Agnieszka Perepeczko: Strzał w dziesiątkę czyli 10 lat młodsza w 10 dni
Nowy Świat, Warszawa 2009.
67-letnia dziewczyna
Agnieszka Perepeczko w dobie popularności kolorowych pisemek dla pań i na fali rosnącego zainteresowania postaciami znanymi zdecydowała się połączyć przyjemne z pożytecznym i przekonywać swoje czytelniczki do dbania o zdrowie oraz urodę. W formie książkowej robi to już po raz kolejny, przez „Strzał w dziesiątkę czyli 10 lat młodsza w 10 dni”. Wydany przez Nowy Świat poradnik tym razem przypomina notes – niewielki format tej publikacji oraz zamieszczone po każdym mikrorozdziale miejsca na notatki podtrzymują to wrażenie. Autorka tym razem bez ciągłego popadania w dygresje stara się rzeczowo wyjaśnić, jakie zabiegi aplikować sobie powinny panie, aby na długo zachować zdrowy i młody wygląd. Sama jest przy tym idealną reklamą rekomendowanych pomysłów, przypuszczam więc, że kilka klinik i salonów przeżyje prawdziwe oblężenie, bo czasem Perepeczko podaje adresy, telefony i strony internetowe firm, z których usług korzysta. „Przedstawię też moje ulubione zabiegi, gabinety nie tylko odnowy biologicznej, ale i endokrynologiczne, dentystyczne, kluby sportowe, a także firmy, którym ufam” – zaznacza, a przedstawienie sprowadza się nie tylko do drobiazgowego prezentowania efektów, ale i wrażeń – zmysłowych oraz estetycznych. Jednym słowem – pełny obraz.
Jawi się autorka jako osoba niezwykle zaangażowana w proces dbania o siebie, niektórzy mogą uznać, że aż do przesady – ale z bogatego zbioru podpowiedzi i wskazówek należy korzystać rozsądnie, wybierając propozycje także z uwagi na zasobność portfeli. Trzeba przyznać, że swoboda, z jaką Agnieszka Perepeczko porusza się po temacie nowinek kosmetycznych, jest imponująca – dla wielu odbiorczyń może więc stać się punktem wyjścia do pielęgnacji urody w każdym wieku.
Jednym z czynników, które do autorki przyciągają rzesze kobiet (wyłączając rolę w serialu) jest fakt, że narrację prowadzi Perepeczko w tonie lekkiego zwierzenia. Czytelniczki traktuje jak przyjaciółki, nie wywyższa się, nie próbuje im zaimponować – ma przez to większą siłę przekonywania. Kreuje się na doradczynię, przewodniczkę, ale i sąsiadkę, która fachowo skomentuje cudze wybory. Podlewa swe wywody zmysłowością często wraca do kwestii seksu, w końcu walczy także o seksowny wygląd. Staje się raz arbitrem elegancji, raz kusicielką. Odwołuje się do doświadczeń z młodości i do czasów spędzonych w Australii, przytacza diety, radzi, co zażywać na dobry sen, pisze o zaletach krioterapii i o przedłużaniu włosów, wszczepianiu złotych włókien do twarzy i szyi. Przy pomysłach autorki zwykłe spa wydaje się banalne i nieskuteczne.
W publikacji Agnieszka Perepeczko próbuje niemal podprogowo przemycić dwa komunikaty. Jeden nadaje być może na wpół świadomie – „jestem kobietą luksusową” – płynie z kart. Kobietą świadomą swoich atutów, piękna, kobiecości. Uwodzicielską, mądrą i niebezpieczną, kochającą wygodę i elegancję. Drugi komunikat wydaje się nieco bardziej banalny – to mantra o konieczności konsultowania wszystkich decyzji z lekarzem i – potrzeba kontrolowania stanu zdrowia. Nie ulega wątpliwości, że tu autorka próbuje wykorzystać swój status osoby znanej i przy okazji plotkowania o urodzie niejako wpłynąć na mentalność kobiet, które po tę pozycję sięgną. Wiadomo – apele w prasie czy telewizji są manipulowane przez kampanie społeczne, tu, w poradniku bardzo osobistym, wśród rozważania tajników pięknego wyglądu, znajdzie się miejsce także na kampanię innego rodzaju. Jeśli w ten sposób Agnieszce Perepeczko uda się czytelniczki przekonać do regularnych wizyt u lekarza, to można uznać, że jej poradnik odniósł sukces.
Rozdziały przegradzane są upozowanymi, wystylizowanymi zdjęciami ze specjalnej sesji autorki – wydaje się, że fotografie mają także czytelniczkom przypominać, iż każda z nich przy pewnym wysiłku może emanować kobiecością, jak autorka, 67-letnia dziewczyna.
67-letnia dziewczyna
Agnieszka Perepeczko w dobie popularności kolorowych pisemek dla pań i na fali rosnącego zainteresowania postaciami znanymi zdecydowała się połączyć przyjemne z pożytecznym i przekonywać swoje czytelniczki do dbania o zdrowie oraz urodę. W formie książkowej robi to już po raz kolejny, przez „Strzał w dziesiątkę czyli 10 lat młodsza w 10 dni”. Wydany przez Nowy Świat poradnik tym razem przypomina notes – niewielki format tej publikacji oraz zamieszczone po każdym mikrorozdziale miejsca na notatki podtrzymują to wrażenie. Autorka tym razem bez ciągłego popadania w dygresje stara się rzeczowo wyjaśnić, jakie zabiegi aplikować sobie powinny panie, aby na długo zachować zdrowy i młody wygląd. Sama jest przy tym idealną reklamą rekomendowanych pomysłów, przypuszczam więc, że kilka klinik i salonów przeżyje prawdziwe oblężenie, bo czasem Perepeczko podaje adresy, telefony i strony internetowe firm, z których usług korzysta. „Przedstawię też moje ulubione zabiegi, gabinety nie tylko odnowy biologicznej, ale i endokrynologiczne, dentystyczne, kluby sportowe, a także firmy, którym ufam” – zaznacza, a przedstawienie sprowadza się nie tylko do drobiazgowego prezentowania efektów, ale i wrażeń – zmysłowych oraz estetycznych. Jednym słowem – pełny obraz.
Jawi się autorka jako osoba niezwykle zaangażowana w proces dbania o siebie, niektórzy mogą uznać, że aż do przesady – ale z bogatego zbioru podpowiedzi i wskazówek należy korzystać rozsądnie, wybierając propozycje także z uwagi na zasobność portfeli. Trzeba przyznać, że swoboda, z jaką Agnieszka Perepeczko porusza się po temacie nowinek kosmetycznych, jest imponująca – dla wielu odbiorczyń może więc stać się punktem wyjścia do pielęgnacji urody w każdym wieku.
Jednym z czynników, które do autorki przyciągają rzesze kobiet (wyłączając rolę w serialu) jest fakt, że narrację prowadzi Perepeczko w tonie lekkiego zwierzenia. Czytelniczki traktuje jak przyjaciółki, nie wywyższa się, nie próbuje im zaimponować – ma przez to większą siłę przekonywania. Kreuje się na doradczynię, przewodniczkę, ale i sąsiadkę, która fachowo skomentuje cudze wybory. Podlewa swe wywody zmysłowością często wraca do kwestii seksu, w końcu walczy także o seksowny wygląd. Staje się raz arbitrem elegancji, raz kusicielką. Odwołuje się do doświadczeń z młodości i do czasów spędzonych w Australii, przytacza diety, radzi, co zażywać na dobry sen, pisze o zaletach krioterapii i o przedłużaniu włosów, wszczepianiu złotych włókien do twarzy i szyi. Przy pomysłach autorki zwykłe spa wydaje się banalne i nieskuteczne.
W publikacji Agnieszka Perepeczko próbuje niemal podprogowo przemycić dwa komunikaty. Jeden nadaje być może na wpół świadomie – „jestem kobietą luksusową” – płynie z kart. Kobietą świadomą swoich atutów, piękna, kobiecości. Uwodzicielską, mądrą i niebezpieczną, kochającą wygodę i elegancję. Drugi komunikat wydaje się nieco bardziej banalny – to mantra o konieczności konsultowania wszystkich decyzji z lekarzem i – potrzeba kontrolowania stanu zdrowia. Nie ulega wątpliwości, że tu autorka próbuje wykorzystać swój status osoby znanej i przy okazji plotkowania o urodzie niejako wpłynąć na mentalność kobiet, które po tę pozycję sięgną. Wiadomo – apele w prasie czy telewizji są manipulowane przez kampanie społeczne, tu, w poradniku bardzo osobistym, wśród rozważania tajników pięknego wyglądu, znajdzie się miejsce także na kampanię innego rodzaju. Jeśli w ten sposób Agnieszce Perepeczko uda się czytelniczki przekonać do regularnych wizyt u lekarza, to można uznać, że jej poradnik odniósł sukces.
Rozdziały przegradzane są upozowanymi, wystylizowanymi zdjęciami ze specjalnej sesji autorki – wydaje się, że fotografie mają także czytelniczkom przypominać, iż każda z nich przy pewnym wysiłku może emanować kobiecością, jak autorka, 67-letnia dziewczyna.
poniedziałek, 30 listopada 2009
Krzysztof Beśka: Fabryka frajerów
Nowy Świat, Warszawa 2009.
Na rozkaz
Gloryfikacja przeszłości? Bildungsroman? Zbiór anegdot, zespolonych sprawną narracją w jedną całość? Powieść „Fabryka frajerów” Krzysztofa Beśki nie daje się łatwo zaklasyfikować, chociaż z pozoru nie należy do lektur trudnych. Oscyluje jednak między beletrystyką a literaturą rozrachunkową, przesiąknięta jest – poza lekko sentymentalnymi wynurzeniami – także ostrą oceną dawnych czasów. Na pytanie po co Krzysztof Beśka nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Tym lepiej, szereg niewyszukanych rozwiązań niespodziewanie otwiera przed czytelnikami nowe możliwości interpretacji. Znakomite czytadło zyskuje przez to głębię.
Do liceum wojskowego (które przygotowuje uczniów do kontynuowania nauki w wyższym szkolnictwie wojskowym) zapisują się chłopcy spragnieni przygody, samodzielności (mieszkać trzeba przecież w internacie) i swobód. Szkoła wojskowa zapewnia na pozór wszystko to, co urzeka nastolatków – jak się jednak okaże, pełna jest również absurdalnych rozkazów, bezsensownych przepisów i głupoty. U schyłku lat 80. XX wieku placówka ta przypomina siedlisko najbardziej idiotycznych pomysłów rodem z M.A.S.H.a, „Paragrafu 22” czy historii Szwejka w wersji młodzieżowej (chociaż Krzysztof Beśka nie tworzy w konwencji literatury czwartej, współczesne publikacje z tego zakresu przewyższają „Fabrykę frajerów” pod względem poziomu brutalności). Okazją do dokonania bilansu zysków i strat staje się przypadkowe spotkanie po latach. Zbiór skrupulatnie odnotowanych wspomnień (bohater Beśki sprawia wrażenie, jakby czytał własny pamiętnik a nie – snuł gawędę, tak idealnie jest tu wszystko skomponowane i dopracowane) przerywa pełne goryczy pytanie o sens dawnych wysiłków. Wyobrażenia o sukcesie sprowadzone zostały do ponurej rzeczywistości – udziału w misjach pokojowych, w najlepszym razie. Nie wszystkim uczniom liceum wojskowego się powiodło, nie wszyscy mogą mówić o szczęściu, A przecież byli kiedyś młodzi, radośni i pełni ideałów.
Krzysztof Beśka bardzo ładnie przeprowadza swoich bohaterów przez kolejne etapy dojrzewania. Pokazuje, jak z młodych chłopców wyrastają inteligentni ludzie, odmalowuje kształtowanie się systemu wartości i próbę wejścia w dorosłość. Nie zajmuje się wyłącznie głównym bohaterem-narratorem, Krzyśkiem Bekiem, także jego kolegów portretuje w rozmaitych sytuacjach. Mamy tu więc cały szereg dziecinnych wręcz psot, niewinnych zabaw dobrych w gruncie rzeczy chłopaków – aż po walkę o prawo do własnych poglądów (tu na pierwszy plan wysuwa się protest przeciwko zbyt daleko posuniętej sekularyzacji). Pojawia się historia pięknej miłości i świadomie podjęta decyzja o „pierwszym razie”. Do zamkniętego przecież świata bohaterów przenikają coraz częściej informacje społeczno-polityczne. Ich wpływ na dorastanie postaci również Beśka przedstawia interesująco. Kształtowanie się charakterów młodych ludzi w specyficznych warunkach stanowi jeden z ładniejszych punktów powieści.
Beśka nadaje swojemu narratorowi cechy humanisty – z czasem Krzysiek będzie bardziej skłonny do filozofowania, zacznie szukać literackich powiązań i intertekstualnych skojarzeń, a co najważniejsze – zrodzi się w nim pytanie o sens. Chłopak nie będzie bezkrytycznie traktować otoczenia, nauczy się wyciągać wnioski z doświadczeń. Nie zabije w sobie idealizmu, chociaż zlikwiduje naiwność. W „Fabryce frajerów” proces dojrzewania i kształtowania się charakteru – tak przecież w literaturze częsty – jest zrealizowany znakomicie, przez co książkę dobrze się czyta. Krzysztof Beśka płynnie prowadzi narrację, umiejętnie buduje dramaturgię tekstu i sprawia, że jego najnowszą powieść można odbierać, przykładając do niej różne schematy interpretacyjne – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Na rozkaz
Gloryfikacja przeszłości? Bildungsroman? Zbiór anegdot, zespolonych sprawną narracją w jedną całość? Powieść „Fabryka frajerów” Krzysztofa Beśki nie daje się łatwo zaklasyfikować, chociaż z pozoru nie należy do lektur trudnych. Oscyluje jednak między beletrystyką a literaturą rozrachunkową, przesiąknięta jest – poza lekko sentymentalnymi wynurzeniami – także ostrą oceną dawnych czasów. Na pytanie po co Krzysztof Beśka nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Tym lepiej, szereg niewyszukanych rozwiązań niespodziewanie otwiera przed czytelnikami nowe możliwości interpretacji. Znakomite czytadło zyskuje przez to głębię.
Do liceum wojskowego (które przygotowuje uczniów do kontynuowania nauki w wyższym szkolnictwie wojskowym) zapisują się chłopcy spragnieni przygody, samodzielności (mieszkać trzeba przecież w internacie) i swobód. Szkoła wojskowa zapewnia na pozór wszystko to, co urzeka nastolatków – jak się jednak okaże, pełna jest również absurdalnych rozkazów, bezsensownych przepisów i głupoty. U schyłku lat 80. XX wieku placówka ta przypomina siedlisko najbardziej idiotycznych pomysłów rodem z M.A.S.H.a, „Paragrafu 22” czy historii Szwejka w wersji młodzieżowej (chociaż Krzysztof Beśka nie tworzy w konwencji literatury czwartej, współczesne publikacje z tego zakresu przewyższają „Fabrykę frajerów” pod względem poziomu brutalności). Okazją do dokonania bilansu zysków i strat staje się przypadkowe spotkanie po latach. Zbiór skrupulatnie odnotowanych wspomnień (bohater Beśki sprawia wrażenie, jakby czytał własny pamiętnik a nie – snuł gawędę, tak idealnie jest tu wszystko skomponowane i dopracowane) przerywa pełne goryczy pytanie o sens dawnych wysiłków. Wyobrażenia o sukcesie sprowadzone zostały do ponurej rzeczywistości – udziału w misjach pokojowych, w najlepszym razie. Nie wszystkim uczniom liceum wojskowego się powiodło, nie wszyscy mogą mówić o szczęściu, A przecież byli kiedyś młodzi, radośni i pełni ideałów.
Krzysztof Beśka bardzo ładnie przeprowadza swoich bohaterów przez kolejne etapy dojrzewania. Pokazuje, jak z młodych chłopców wyrastają inteligentni ludzie, odmalowuje kształtowanie się systemu wartości i próbę wejścia w dorosłość. Nie zajmuje się wyłącznie głównym bohaterem-narratorem, Krzyśkiem Bekiem, także jego kolegów portretuje w rozmaitych sytuacjach. Mamy tu więc cały szereg dziecinnych wręcz psot, niewinnych zabaw dobrych w gruncie rzeczy chłopaków – aż po walkę o prawo do własnych poglądów (tu na pierwszy plan wysuwa się protest przeciwko zbyt daleko posuniętej sekularyzacji). Pojawia się historia pięknej miłości i świadomie podjęta decyzja o „pierwszym razie”. Do zamkniętego przecież świata bohaterów przenikają coraz częściej informacje społeczno-polityczne. Ich wpływ na dorastanie postaci również Beśka przedstawia interesująco. Kształtowanie się charakterów młodych ludzi w specyficznych warunkach stanowi jeden z ładniejszych punktów powieści.
Beśka nadaje swojemu narratorowi cechy humanisty – z czasem Krzysiek będzie bardziej skłonny do filozofowania, zacznie szukać literackich powiązań i intertekstualnych skojarzeń, a co najważniejsze – zrodzi się w nim pytanie o sens. Chłopak nie będzie bezkrytycznie traktować otoczenia, nauczy się wyciągać wnioski z doświadczeń. Nie zabije w sobie idealizmu, chociaż zlikwiduje naiwność. W „Fabryce frajerów” proces dojrzewania i kształtowania się charakteru – tak przecież w literaturze częsty – jest zrealizowany znakomicie, przez co książkę dobrze się czyta. Krzysztof Beśka płynnie prowadzi narrację, umiejętnie buduje dramaturgię tekstu i sprawia, że jego najnowszą powieść można odbierać, przykładając do niej różne schematy interpretacyjne – każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






