* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

środa, 31 stycznia 2024

David Aguilar, Ferran Aguilar: Życie z klocków. Opowieść o chłopaku, który zbudował samego siebie

Agora, Warszawa 2023.

Jedenasty palec

Trzeba było prostej pokazówki, żeby uświadomić rodzicom, że chociaż ich syn przyszedł na świat bez jednego przedramienia, może wieść normalne i satysfakcjonujące życie, a do tego – osiągać wszystko, co sobie wymarzy. Wystarczyło przedstawić im dziecko, które również nie miało jednej ręki – i które mimochodem samodzielnie zawiązało sobie but. Ferran Aguilar, który w tym momencie uwierzył, że nie ma się co załamywać i poddawać, lekcję, jaką otrzymał, przekazał swojemu synowi – Davidowi – najlepiej jak potrafił. I o tym właśnie jest „Życie z klocków”. To historia, która mogła się potoczyć w różnych kierunkach, ale rozwinęła się w sposób najbardziej nieoczekiwany. Krótka autobiograficzna refleksja dająca nadzieję wszystkim, którzy urodzili się z innymi niż normatywne ciałami – i wszystkim, którzy uważają, że istnieje coś takiego jak niepełnosprawność. David Aguilar pokazuje, że w jego przypadku to słowo nie ma żadnego sensu.

Nikomu nie brakuje jedenastego palca, znakomita większość czytelników nawet by o takim deficycie nie pomyślała – i tak właśnie czuje się chłopiec, który ciągle jest pytany, czy nie brakuje mu ręki. David swoją cielesność oswaja przeważnie śmiechem, chociaż nie brakuje w jego egzystencji momentów katastrof i problemów – kiedy łamie mu serce pewna dziewczynka w szkole, kiedy nie jest w stanie zdać do następnej klasy albo kiedy musi wymierzyć sprawiedliwość i dać nauczkę koledze, który przekroczył granice dręczenia. Bohater i autor tomu „Życie z klocków” najpierw uczy się przełamywania trudności: dowiaduje się, że może – jak inne dzieci – jeździć na rowerze (wystarczy skonstruować odpowiednie trzymadło, bo protezy Aguilar raczej nie używa), później jeździ na szkolne wycieczki i składa origami. Wiązanie butów to czynność naturalna i niewyzwalająca refleksji, ale takim zajęciem staje się też składanie modeli z klocków Lego. David Aguilar uwielbia łączyć elementy układanek, ale o wiele bardziej podoba mu się tworzenie nowych konstrukcji. Jako dziewięciolatek buduje sobie namiastkę ręki – jeszcze nieidealną i toporną, ale sprawdzającą się w zwykłych czynnościach. I chociaż protezy wciąż nie potrzebuje – bo świetnie nauczył się używać własnego ciała – to ciągle wymyśla, jak udoskonalić naiwny projekt. Z jednej strony jest tu wielkie wsparcie ze strony rodziców i ogromna bezwarunkowa miłość babci – podstawa, która daje siłę chłopakowi. Jako nastolatek David Aguilar może napsuć sporo krwi najbliższym – ale walczy o samego siebie. Z drugiej strony – jest tu dążenie do sprawdzania własnych sił: David nie boi się przełamywania granic. Realizuje śmiałe pomysły, co doprowadza go na sam szczyt. Wygłoszenie mowy na zakończenie szkoły to zaledwie jedno z wyróżnień. Lego – obiekt dziecięcych marzeń – i NASA czekają, a Ferran Aguilar – od początku własnym przykładem dający nadzieję – pomaga w informowaniu świata o wielkim i niespodziewanym sukcesie. Co ciekawe, w „Życiu z klocków” lista podziękowań jest bardzo długa (i wyliczeniowa, a nie narracyjna). Najważniejsze jednak autor zapewnia odbiorcom: uświadamia im, że rzeczywiście żadne ograniczenia nie mogą przeszkodzić w realizowaniu pasji.

Ciekawie od strony narracyjnej jest ta książka poprowadzona: autor nie tylko wprowadza spoilery, żeby przykuć uwagę czytelników, ale też posługuje się synestezyjnymi wstawkami dla pokazania własnej codzienności: prowadzą go kolory lub rozbłyski świateł – to coś, co uniezwykla jego codzienność. Podkreśla Aguilar, jak okrutni mogą być rówieśnicy (jest tu zwłaszcza jeden czarny charakter), ale też – jak wielką siłę daje przyjaźń i wspólna zabawa. Udowadnia czytelnikom, że nie wolno się poddawać w żadnej sytuacji – i dzięki temu, że sam zrealizował wielkie marzenie, funduje atrakcyjną – chociaż niezbyt długą – lekturę.

wtorek, 30 stycznia 2024

Sylvia Vanden Heede: Felek i Tola. Gdzie jest lód?

Dwie Siostry, Warszawa 2024.

Podstęp

Przeważnie jest tak, że czytanki dla najmłodszych nie zachęcają do samodzielnego czytania z prostego powodu: są o niczym i nie zaintrygują dzieci. Tymczasem trzeba czegoś z pomysłem i dynamiczną fabułą, żeby maluch zaangażował się w lekturę i sam chciał sprawdzić, co stanie się dalej. Wprawdzie motyw zakochania się też nie jest specjalnie kuszący dla kilkulatków, ale już kryminał jak najbardziej. I wykorzystuje to Sylvia Vanden Heede w siódmym tomie serii o przygodach zajączki i lisa (oraz ich przyjaciół). „Felek i Tola. Gdzie jest lód” to zestaw historii nieskomplikowanych, za to o dużym ładunku emocjonalnym – w sam raz, żeby przekonać dzieci do umysłowego wysiłku i zachęcić je do poznawania doświadczeń bohaterów. Jest tu sporo humoru, duża dawka energii i niespodzianki – wszystko po to, żeby najmłodsi jak najmocniej wgryzali się w tekst i bawili nim.

Najpierw kilka bardzo krótkich rozdziałów pełni funkcję prezentacji bohaterów: trzeba przecież zorientować się, kto jest kim i co go w tym świecie wyróżnia – idealnie sprawdzą się tutaj anegdotyczne przygody, jednorazowe i komiczne, takie, które nie wymagają specjalnej uwagi, ale mimochodem zaprzyjaźniają z bohaterami. W związku z tym dzieci, które nie czytały poprzednich tomów o Felku i Toli, nie muszą nadrabiać zaległości: zostaną od razu zaproszone do rzeczywistości bajkowej i poradzą sobie z nakreślaniem relacji między postaciami. Wszystko zmienia się już na oczach czytelników – bo do grona postaci dołącza Pinga Winga, pingwinka z odległego południa. Pinga Winga sprowadza swojego brata, a brat przynosi pewien niezwykły prezent. Teraz już akcja nabiera tempa: bo ktoś chce sprawić, żeby Pinga Winga spojrzała na niego przychylniej, a ktoś inny zawsze marzył o karierze detektywa, a jeszcze ktoś inny idealnie nadaje się do kryminalnej roboty – tylko że zaciera granice zabawy. Będzie tu bardzo dużo zaskoczeń dla maluchów, a wszystko w zdynamizowanych do maksimum rozdziałach.

Teksty są pozbawione ozdobników, to czysta esencja akcji – nie ma czasu na rozglądanie się dookoła i na przedstawianie charakterów, wszystko musi wynikać bezpośrednio z działań i stać się oczywiste dla kilkulatków od razu – fabuła opiera się w dużej mierze na dialogach, które jeszcze podkręcają tempo opowieści. Jakby tego było mało, jednym z rozwiązań graficznych jest powiększanie części słów, nadawanie im charakterystycznych emocjonalnych akcentów – zmiana wielkości wyrazów dorosłym być może utrudniłaby czytanie, dla dzieci to bodziec lekturowy, pokazanie, co w tekście jest ważne i jak bohaterowie mówią. To rozwiązanie znane od dawna w literaturze czwartej, chociaż znacznie częstsze w picture bookach. Jakby tego było mało, wzrok przyciągają grafiki The Tjong-Khinga, ilustratora, który nie boi się młodzieżowej komiksowości w tomie dla najmłodszych. Sprawia on, że bohaterowie zyskują oryginalne rysy i miny, jednoznacznie wskazujące na ich (zwłaszcza nieczyste) intencje. I to się sprawdzi: obrazki intrygują i rozśmieszają, tekst rozbawia i wzbudza ciekawość. Dzięki temu książkę można spokojnie podsunąć dzieciom właśnie po to, żeby doskonaliły na niej umiejętność czytania. Tutaj nie ma czasu na grymasy: wszystko dzieje się błyskawicznie i zawsze jest coś wartego uwagi – to rozwiązanie sprawia, że nie będzie problemu z namówieniem dzieci do lektury.

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Andrzej Friszke: Polska. Losy państwa i narodu 1939-1989

Iskry, Warszawa 2024.

Przegląd

To jest publikacja monumentalna (i powracająca na rynek), chociaż sam autor – zgodnie zresztą z konwencją – umniejsza swoje zasługi, pisząc o „skromnym” przedstawieniu losów państwa i narodu polskiego w półwieczu (trzeba przyznać, że wyjątkowo burzliwym, bo w latach 1939–1989). Andrzej Friszke przypomina, że historycy nie powinni wikłać się w politykę i podsuwać narzędzi tym, którzy wykorzystują przeszłość we własnych interpretacjach i różnych celach – stwierdza, że rolą historyka jest rejestrowanie faktów, a nie komentowanie ich – i zgodnie z tym postulatem buduje swoją opowieść. Opowieść syntetyzującą fakty, zbierającą najważniejsze momenty z przeszłości i wypraną z ocen, przynajmniej tam, gdzie jest to możliwe. „Polska. Losy państwa i narodu 1939–1989” to tom, który może być traktowany jako źródło wiedzy choćby przez studentów – natomiast niewielu odbiorców z masowego grona zdecyduje się na tak wymagającą i rozbudowaną lekturę. Przede wszystkim Andrzej Friszke rezygnuje z narracji w stylu pop. Nie będzie uwodzić czytelników fabularyzowaniem treści ani tworzeniem skryptowych notatek – tutaj znikają wyliczenia rodem z poradników kioskowych czy próby mnemotechniczne. Liczy się rzetelny opis faktów, w miarę możliwości obiektywny, co widać nawet przy wskazywaniu sprawstwa: często autor ucieka się do bezosobowych form, żeby przenieść uwagę czytelników z tego, kto stoi za danym wydarzeniem, na sam jego efekt.

Najwięcej miejsca w tym tomie – pod względem objętościowym, ale też emocjonalnym – zabierają lata 50. XX wieku. Druga wojna światowa to zagadnienie omówione dogłębnie w wielu źródłach, a autor uznaje, że należy przedstawić rzeczywistość, która istnieje jeszcze w pamięci potencjalnych odbiorców (lub ich bliskich) – stąd też konkretne decyzje narracyjne. Warto tu zauważyć, że w drugim wydaniu książki Andrzej Friszke zajmuje się między innymi weryfikowaniem (lub podawaniem aktualnych) danych liczbowych – korzysta z rozmaitych statystyk, sprawdza i uzupełnia wiadomości, skupia się na informacjach jak najbardziej mierzalnych – bo to pozwala mu na podkreślanie obiektywizmu w relacji. Oczywiście nie da się całkowicie wyeliminować z własnej twórczości osobistych poglądów – ale Friszke dba o to, żeby nie wysuwały się na pierwszy plan i nie odwracały uwagi od tekstu. Pokazuje rzeczywistość społeczną i polityczną – ta druga wydaje się oczywista w tomie historyka, ta pierwsza – niezbędna dla nakreślania kontekstu i budowania przestrzeni porozumienia z czytelnikami. Jest tu Andrzej Friszke raczej sprawozdawcą niż komentatorem – nie zatrzymuje się nad interpretacjami faktów, a szuka samych danych, przez co chwilami tom może pobrzmiewać nieco ascetycznie – to jednak nie będzie przeszkadzać w lekturze, skoro najważniejsze jest w niej przedstawianie rzeczywistości. Przeszłość w tym wypadku nie domaga się podsumowań i ustaleń – jest po prostu opowiadana, z pewnym dystansem i świadomością nadużyć, gdy staje się elementem gry politycznej. Wydawałoby się, że dzisiaj na rynku nie ma już miejsca na takie książki – na narrację pozbawioną kontaktu z czytelnikiem, nieinkrustowaną w żaden sposób. A jednak Andrzej Friszke pozwala skupić się na tym, co najważniejsze: na historii jako takiej. Historii z perspektywy jednego narodu – ale też historii, która pełna jest szarości zamiast czarno-białych ocen.

Zwykle w tego typu publikacjach zaangażowani w jakiś temat próbują odnaleźć jego rozszerzenie. Andrzej Friszke dba o to, żeby sprawiedliwie traktować kolejne dekady i nie skupiać przesadnie na wybranych – powraca tu wrażenie równowagi, odpowiednich proporcji, dzięki którym rzeczywiście można przekrojowo prześledzić najważniejsze wydarzenia z prezentowanego okresu. To może być dla części czytelników wadą – ale spore grono odbiorców uzna to za zaletę tomu. Najważniejsza jest tu jednak stonowana narracja.

niedziela, 28 stycznia 2024

Radosław Piwowarski: Lekcje seksu doktora Alzheimera

Marginesy, Warszawa 2024.

Detale

Radosław Piwowarski chce spojrzeć na miłość inaczej – bez sentymentów, bez tanich wzruszeń, za to z pewnością i przekonaniem, że każda historia, choćby najbardziej niewiarygodna, staje się w pewnych punktach podobna do historii innych ludzi, że wszystkie opowieści w pewnym momencie będą się zlewać w jedną wspólną relację dotyczącą związków międzyludzkich. Bo jest tu Helena. Kobieta, która ma już za sobą życie, nie ma o kogo walczyć i właściwie – łatwo jej ukryć się w tłumie. Nie uczy, nie mierzy się z oceniającymi spojrzeniami młodszych pokoleń, bo w oczach syna i tak będzie nijaka. Zwłaszcza że ów syn może być chory psychicznie, przejawia w każdym razie niepokojące sygnały. Za oszczędności Heleny kupuje psa do walk – Tayson jest groźny, przynajmniej dopóki się go domowo i zupełnie wbrew zamierzeniom młodego nieodpowiedzialnego właściciela nie obłaskawi. Wcale nie musi zabijać – a jeśli jest silny, to krzywdę może zrobić niechcący. Syn Heleny przekonująco udaje – albo rzeczywiście postrzega świat po swojemu. To on wpada na pomysł, że matka może hodować z nasion pewne rośliny: to przecież zadanie idealne dla emerytów z instynktem opiekuńczym. A skoro Helena nie orientuje się, jakie nasiona przychodzą zapakowane jak cukierki z Holandii – nie narobi problemów, a będzie się troszczyć o drogocenne zioło. Chłopak w tej opowieści sporo czasu spędza w szpitalu, odizolowany od bohaterów, chociaż będący cały czas siłą sprawczą i podstawowym zagrożeniem – także dla łatwowiernej i kochającej mimo wszystko matki. Ale to Adam skupia na sobie uwagę, od kiedy pojawia się na scenie życia. Adam to aktor, który lata świetności ma dawno za sobą. Teraz nikt go nie docenia, jedynie czasami na spotkaniach z młodzieżą bohater może próbować uruchomić dawny blask i olśnić słuchaczy. Na każdą okoliczność ma przygotowane odpowiednie wiersze (skąd przekonanie, że aktorzy recytują poezje – to tylko Radosław Piwowarski mógłby wyjaśnić). Zastępuje wierszami rozmowy, zastępuje wierszami refleksje i przemyślenia, zastępuje wierszami każde uczucie, jakie mogłoby się pojawić. Adam wprawdzie stara się żyć normalnie, przyjmować zaproszenia do domów kultury i działać w zawodzie – jednak pamięć płata mu figle i nie zawsze pozwala realizować zobowiązania. Helena i Adam potrzebują siebie – są tak samo (chociaż różnie) zagubieni i tak samo spragnieni obecności kogoś wyrozumiałego i odpowiedzialnego, kogoś, kto zapewni spokój, azyl i opiekę, kiedy będzie trzeba. I kogoś do seksu. Bo przecież i łóżkowo się bohaterowie ze sobą bawią, nawet jeśli nie wybija się to na pierwszy plan narracji. Bardziej istotne stają się doraźne problemy – a to z dorosłymi już dziećmi, a to z wyzwaniami codzienności. „Lekcje seksu doktora Alzheimera to opowieść o walce ze słabnącym ciałem (i z psychiką, która automatycznie neguje nieuchronne konsekwencje starzenia się) i z otoczeniem, które coraz mniej sprzyja starszym osobom. Radosław Piwowarski buduje tutaj opowieść na zasadzie mocnych scenek – stara się zrobić wrażenie na czytelnikach przez kadrowanie opowieści, nieprzejrzystą narrację i przeskoki między kolejnymi ważnymi dla fabuły sytuacjami. Jest tutaj wiele akcji, której nadaje się znaczenie nieco sztucznie i bez uzasadnienia w prawdziwej fabule – jest też wiele obserwacji bardzo przekonujących i bardzo cennych w sytuacjach damsko-męskich. Piwowarski ucieka w tej opowieści od banału za sprawą formy – w treści ów banał przełamuje odejściem od oczywistych skojarzeń. Jednak to właśnie forma najlepiej wyróżni tę powieść.

sobota, 27 stycznia 2024

Robert Kowalczyk, Dawid Krawczyk, Agata Stola: Sztuka bycia razem

Agora, Warszawa 2023.

Nastroje w domu

Robert Kowalczyk i Agata Stola, przepytywani przez Dawida Krawczyka, opowiadają o tym, jak utrzymać związek. „Sztuka bycia razem” to poradnik publikowany w tej samej serii co „Sztuka obsługi penisa” – dotyczy jednak bardziej sfery emocji i relacji z drugą osobą niż skupiania się na ciele. Autorzy przyjęli perspektywę rozmawiania o tym, z czym stykają się na co dzień w poradniach – i wśród znajomych. Opowiadają o najczęstszych błędach prowadzących do zaburzeń w komunikacji międzyludzkiej, ale też o zagrożeniach, jakie płyną z dzisiejszych nie tylko internetowych pokus. Przeprowadzają przez temat otwartych związków i sekskamerki – pokazują, co może tu być wyzwoleniem, a co początkiem kłopotów w relacji, tak, żeby odbiorcy przygotowali się na ewentualne komplikacje. Zastanawiają się nad znaczeniem pornografii, nad fantazjami seksualnymi (kiedy realizować, a kiedy pozostawić w bezpiecznej sferze własnego umysłu) i nad masturbacją – to również może stać się źródłem niepokojów u partnera – wyjaśniają zatem, kiedy uzależnienia okazują się niebezpieczne. Jednego nie zapewnią: przepisu na udany związek. To każdy musi wypracować sobie sam. Jednak rozbudowane rozmowy pozwalają odbiorcom na przyjrzenie się konkretnym relacjom i potencjalnym kryzysom. To droga do lekcji o tym, jak mówić o swoich potrzebach i kiedy akcentować własne upodobania, a kiedy skupić się na drugiej osobie. Autorzy zastanawiają się nad najczęstszymi powodami kłótni, kiedy do związku wkrada się rutyna, ale starają się też odrzucić patriarchalny sposób patrzenia na świat – sugerują czytelnikom, że stereotypy są niebezpieczne i psują relacje. W tej książce pojawi się też temat zdrady, ale może on być zaskakujący z perspektywy wielu odbiorców – niekoniecznie takich definicji czy omówień się spodziewali.

Taką książkę, chociaż forma zachęca do pobieżnego przejrzenia, warto czytać uważnie i sprawdzać kolejne informacje przemycane w rozmowach. Sporo tu wskazówek oraz uwag, które można przenieść bezpośrednio na własną codzienność – bez względu na statut czy rodzaj relacji. Ta lektura jest nie tylko socjologicznym studium: uświadamia odbiorcom, jak dzisiaj zmieniają się perspektywy par i jak obecnie konstruuje się związki, ale wytycza też pułapki i drogi do budowania jak najpełniejszych kontaktów interpersonalnych. Niemal każdy rozdział tematycznie jest strzałem w dziesiątkę – przyciągnie sporą grupę czytelników i zafunduje im zestaw refleksji nad sobą i nad bliskimi. Nie ma tu bezpośrednio wprowadzanych porad, nie ma moralizowania – każdy może ułożyć sobie życie według własnego uznania, ważne jest tylko to, żeby nie krzywdzić przy tym siebie i innych ludzi. Lektura może być zatem bardzo wartościowa – z przytaczanych opowieści da się bez większego wysiłku wyłuskiwać wskazówki dotyczące relacji z partnerem. Jeśli ktoś chciałby skryptu z poradami – musi poszukać innej książki. Jeśli jednak komuś zależy nie tylko na podpowiedziach subtelnie przygotowywanych, ale też na ciekawej i wartkiej lekturze, po „Sztukę bycia razem” sięgnąć musi. Ta książka sprawdzi się nie tylko wtedy, kiedy trzeba zażegnać kryzys, albo zrozumieć popełniane raz za razem błędy, by ustrzec się ich w przyszłości – to również barwna opowieść o nas samych i o tym, jak szukamy szczęścia w innych (dając im coś w zamian, albo… rezygnując z wzajemności). Bardzo udana publikacja, która nie przynosi oczywistych rozwiązań.

piątek, 26 stycznia 2024

Oto Bluey. Zabawy i zadania z naklejkami

Harperkids, Warszawa 2023.

Pieskie życie

Kolejna książeczka z motywami z Bluey pojawia się w serii kolorowanek i łamigłówek połączonych z tomikami z naklejkami. „Oto Bluey. Zabawy i zadania z naklejkami” to publikacja gadżetowa – towarzysząca animowanej bajce. Dzięki temu nietrudno będzie trafić do konkretnej grupy odbiorców. Ten tomik łączy w sobie zadania dla dzieci, kolorowanki (ale uwaga – wydrukowany jest na kredowym papierze, więc zwykłe ołówkowe kredki mogą się tutaj nie sprawdzić, łatwiej będzie korzystać z farbek, pisaków albo kredek świecowych) i naklejki do uzupełniania obrazków. Książeczka ma zestaw naklejek, które trzeba będzie wstawiać w odpowiednie miejsca na obrazkach, ale sporo rzeczy trzeba też dorysować, stworzyć po swojemu i według własnej wyobraźni (chociaż kierując się podpowiedziami). Taki zeszyt ćwiczeń zamienia się w prostą prezentację bohaterów z Bluey – dzieci wprawdzie raczej ich rozróżniają i są w stanie coś o ich wzajemnych relacjach powiedzieć, jednak przyda się i taka wskazówka dla tych, którzy chcą uporządkować wiadomości. Pojawiają się nawet metryczki z imionami, wiekiem i rasą bohaterów – a także rysunki pokazujące ich w codziennych zadaniach (codzienne zadania to często wyobraźniowe rozrywki, zabawy, które dzieci mogą też przenieść na swoje pomysły: w tym wypadku Bluey będzie podpowiedzią, jak pokonać nudę i co zrobić, gdy nie wiadomo, czym się zająć). Są tu też zupełnie klasyczne zadania – porównywanki, uzupełnianki, labirynty czy wyszukiwanki (także te literowe). Dzięki takim rozwiązaniom dzieci mogą trenować swoje umiejętności i przygotowywać się do szkolnych obowiązków. Wyćwiczą talent do obserwacji i logiczne myślenie. Czasami trzeba będzie użyć wyobraźni i dorysować element bez podpowiadania – to pozwoli sprawdzić kreatywność odbiorców.

Tomik „Oto Bluey” jest kierowany do kilkulatków i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie – autorzy starają się, żeby wykonywanie kolejnych zadań nie znudziło maluchów, odbiorcy mają szansę na sprawdzenie swoich możliwości w różnych typach łamigłówek – a nagrodą będzie jeszcze zabawa naklejkami, których używać można wielokrotnie (dzięki zastosowanemu rodzajowi papieru). Jeszcze bez kolorowania książeczka jest kolorowa – do pokolorowania są tylko wybrane elementy, kontury niewypełnione barwnymi plamami – ale i tak kolorowe tła urozmaicają kolorowankę. Dzieje się tu dużo, chociaż można uznać książeczkę jako prezentację bohaterów i krótkie omówienie tego, co mają do zaoferowania. Stanowi więc ta publikacja rodzaj reklamy bajki – jest kierowana przede wszystkim do jej fanów. Chodzi też o to, żeby dzieci zechciały podjąć wysiłek i wyzwanie – i żeby poświęciły czas na wypełnianie książeczki. Spędzanie tego czasu z lubianymi postaciami z kreskówki to najlepszy sposób na to, żeby dzisiaj przekonać maluchy do takiej pracy – która dawniej kojarzyła się przede wszystkim z przyjemnością i zabawą. „Oto Bluey” to tomik, który nie zaskoczy rozwiązaniami ani wprowadzanymi zabawami – ale przyda się najmłodszym, pozwoli im na rozwijanie swoich umiejętności.

czwartek, 25 stycznia 2024

Lucy Score: To, co skrywamy przed światem

Media Rodzina, Poznań 2023.

Powtórka

Kiedy Knox znalazł szczęście z Naomi, przyszła kolej na jego brata. Nash to komendant policji w Knockemout – postanowił służyć miejscowemu społeczeństwu i walczyć ze złem. Tyle że na jego wizerunku superbohatera kładzie się cieniem trauma: niedawno Nash został postrzelony, omal nie zginął. Rany w ciele się goją, gorzej z tymi w umyśle – a przecież Knox i Nash nie zostali wychowani tak, żeby szukać profesjonalnej pomocy. W związku z tym Nash zmaga się z atakami paniki i zastanawia nad tym, czy nie przyjdzie mu zmienić zawodu. Tu męskie wsparcie nie pomoże – Knox i Lucian to wspaniali przyjaciele, ale nie zrozumieją, jak otarcie się o śmierć zmienia człowieka, nawet jeśli sami wielokrotnie brali udział w mordobiciach lub poważniejszych akcjach interwencyjnych. Nash musi znaleźć sposób na powrót do normalności. Ocalić go może Lina Solavita. Kobieta niezależna, piękna i odważna. Właśnie sprowadza się do sąsiedniego mieszkania – ma w tym swój cel, o którym nie mówi (w końcu detektywi nie zdradzają swoich tajemnic) i oczywiście wpada w rytm Knockemout. Lina okazuje się ratunkiem: stopniowo oddala wszelkie lęki Nasha i sprawia, że ten powraca do żywych w każdym aspekcie (z tym seksualnym na czele: w obecności Liny czuje, że nie musi się bać impotencji, chociaż i takie myśli go wcześniej nachodziły w samotności).

Dwie narracje przeplatają się ze sobą i zamieniają w opowieść już znaną. Lucy Score wykorzystuje coś, co już się sprawdziło: ten sam układ akcentów w fabule sprawia, że czytelniczki będą czekać na dwa wstrząsy: jeden wywołany wewnętrznymi lękami bohaterów, drugi – spowodowany zagrożeniem z zewnątrz. Oba mogłyby prowadzić do rozpadu przypadkowego związku, ale tutaj o przypadkowości przecież mowy być nie może, Nash i Lina powinni być razem i widzą to wszyscy, chociaż główni bohaterowie jeszcze sobie tego faktu nie uświadamiają. Autorka trochę odwleka moment początkowego odnajdowania szczęścia w byciu razem, żeby zapewnić odbiorczyniom odrobinę niepewności, ale posługuje się wyrazistym i sprawdzonym już schematem. W tle powraca do postaci, które podbiły serca czytających: Naomi i Waylay ubarwiają bardzo historię, pojawia się też więcej osób, które już zaistniały w światku Knockemout – można „To, co skrywamy przed światem” czytać jako samodzielny tom, ale każdy zechce sprawdzić, co połączyło Knoxa i Naomi, że teraz przygotowują się oni do ślubu. Lucy Score stawia na płomienne uczucie bez przerwy wystawiane na poważne próby – ale bawi się też odchodzeniem od sentymentów: ani Nash, ani Lisa nie są gotowi na trwały związek, wydaje im się, że bezpieczniej i wygodniej jest pozostać na uboczu. To się oczywiście nie sprawdzi.

Ważnym elementem tego tomu stają się sceny erotyczne – i to przedstawiane w najdrobniejszych szczegółach. Czasami nawet kiedy bohaterowie muszą sobie coś powiedzieć, a robią to w trakcie gry wstępnej, informacje przetykane są wiadomościami na temat ich zmysłów, dotyku ciał i reakcji – tu nie ma żadnej przestrzeni na domysły i może czasami wręcz szkoda. Lucy Score wie, że czytelniczki chcą płomiennych uczuć – ale bardzo zajmuje się sferą erotyki. Oczywiście nie zabraknie tu rozwiązań rodem z filmów pornograficznych, ale to akurat tłumaczy się samą konwencją. „To, co skrywamy przed światem” pozwala na powrót do Knockemout – motyw kryminalny pojawiający się w tle ma dodać pikanterii i zmienić nudę małego miasteczka w ekscytującą przygodę. To się autorce udaje do tego stopnia, że można jej spokojnie wybaczać fabularne naiwności. I może szkoda odrobinę, że autorce zabrakło fantazji na zrezygnowanie z konwencjonalnego życiorysu postaci już po finale - ale wyjaśnia się to odpowiedzią na potrzeby większości czytelniczek.