* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 5 kwietnia 2026

Lucy Maud Montgomery: Emily ze Srebrnego Nowiu

Marginesy, Warszawa 2026.

Literatura

Lucy Maud Montgomery już dawno została w literaturze czwartej zdeklasowana za sprawą przemian obyczajowych i starzejących się powieściowych rozwiązań – a jednak wciąż starsze pokolenie z sentymentem wracać będzie do lektur swojego dzieciństwa. Anna Bańkowska po opowieści o rudowłosej dziewczynce wzięła się za przypomnienie innej, mniej kojarzonej powszechnie bohaterki – „Emily ze Srebrnego Nowiu” to powieść, w której autotematyzm odgrywa ważną rolę. Powtarza się kilka wątków, w tym wizja szkolnych upokorzeń czy roli fantazji w życiu dziewczynki wchodzącej dopiero w wiek nastoletni – ale Emily zdecydowanie ma więcej swobody i może skupić się na tym, co dla niej najistotniejsze w życiu. Emily osierocona przez ojczulka znajduje ukojenie w pisaniu – a ponieważ papier jest trudno dostępny, swoje myśli przelewa na stare kwity, starannie ukrywane przed surową ciotką. Pisanie listów to jeden ze sposobów na opowiedzenie, co się w życiu Emily dzieje – ale też i metoda wyciszenia silnych emocji. Emily z czasem przekonuje się coraz bardziej, że chciałaby zostać powieściopisarką albo poetką – a otoczenie wie, że nie ma sensu jej od tego odwodzić. I, jak w przypadku Ani, tak i tutaj dojrzewanie wiąże się z dostrzeganiem wcześniejszych egzaltowanych zwrotów i fraz – ale Emily to nie przeszkadza. Uczy się pisania przez ciągły trening – zarówno w ramach tworzenia, jak i w sztuce epistolografii. W zasadzie jedynym motywem funkcjonującym w tłumaczeniu jako sygnał młodego wieku autorki listów stają się coraz rzadsze błędy ortograficzne – zabieg prosty i umożliwiający sygnalizowanie naiwności w momencie, w którym listy przejmują właściwą część narracji.

W życiu Emily dzieje się wiele, a kobiety, które małą bohaterkę otaczają, przypominają jej stale o rozmaitych sztuczkach płci pięknej pozwalających postawić na swoim. Lucy Maud Montgomery odsłania w ten sposób zabiegi prowadzące do właściwego przejęcia władzy w codzienności i jest to jeden z tych tematów, które najprawdopodobniej nie pasowały do wizji lektur właściwych dla najmłodszych. Autorka puszcza oko do starszych odbiorczyń – dzieciom za to proponuje szereg wyzwań związanych raz z interpersonalnymi potyczkami (Emily przekonuje się między innymi, że fałszywa przyjaźń nie jest czymś, co należy pielęgnować, za to od prawdziwej przyjaciółki wytrzymuje się nawet najdziwniejsze obelgi), raz ze sporą adrenaliną (kiedy Emily omal nie traci życia). Jest w tej powieści zatem nie tylko umiłowanie do słów, ale też sporo dynamicznych wydarzeń. Dzisiejszych odbiorców zaskoczy na pewno motyw topienia kociąt (temat, którego nie ukrywa się przed małymi bohaterami) czy relacje między dziećmi i dorosłymi: tu Emily może wygrać dzięki swojej dumie, uporowi i wewnętrznej sile, ale są sprawy, w których nie ma szans na przekonanie opiekunki. Surowa i wymagająca, a wręcz despotyczna ciotka ma przeciwwagę w postaci siostry kochającej Emily od początku – wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak różne podejścia do wychowania i do obowiązków mają dorośli w zależności od charakterów. Lucy Maud Montgomery proponuje tu gęstą i rozmarzoną książkę – a Anna Bańkowska o niej przypomina.

Joanna Jagiełło: Wynalazek pana B.

Harperkids, Warszawa 2026.

Odkrywanie świata

Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.

William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.

„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.

sobota, 4 kwietnia 2026

Marta Górna: Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie

Agora, Warszawa 2026.

Kariera

Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.

Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.

piątek, 3 kwietnia 2026

Hiromi Kawakami: Dziwna pogoda w Tokio

Znak, Kraków 2026.

Spotkanie

W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.

czwartek, 2 kwietnia 2026

Krystian Machnik: Ostatni ludzie Czarnobyla

Notatnik Reportera.

Odwiedziny

Krystian Machnik opowiada o swojej trwającej kilka lat przygodzie z samosiołami tak, że trudno się od książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” oderwać. Nie tylko dlatego, że autor zaspokaja ciekawość i zabiera czytelników w rejony, w które prawdopodobnie sami nigdy by się nie zapuścili, ale dlatego, że łączy osobiste przeżycia z sytuacją, która wpłynęła na całe pokolenie. Reportaż dotyczący samosiołów wzrusza i wstrząśnie czytelnikami nie jeden raz, a do tego – dostarczy sporo materiału do przemyśleń.

Wszystko zaczyna się w strefie skażonej, tam, gdzie nie mogą już mieszkać ani żyć ludzie, a krótkie przebywanie jest obwarowane wieloma zastrzeżeniami. Machnik jako miłośnik urbexu wybiera się do Prypeci i Czarnobyla, żeby porobić zdjęcia w opuszczonych budynkach. Szybko przekonuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy mieszkają ludzie – najczęściej staruszkowie, którzy po wysiedleniu wrócili „na swoje”, nie potrafiąc ułożyć sobie życia gdzie indziej albo – w wyniku układów z rodzinami. Pierwszą babuszkę przypadkowo – razem z innymi zwiedzającymi zonę – ratuje przed udarem cieplnym. I tak stopniowo przekonuje się, że znacznie ważniejsze od ruin są ludzkie historie. Staje się przyszywanym wnuczkiem babuszek w zonie i coraz częściej odwiedza je, żeby zawieźć pomoc, ale i żeby spędzić z nimi trochę czasu. Babuszki karmią go na miejscu, poją bimbrem (Machnik temu zagadnieniu poświęca cały rozdział, nie zamierza udawać, że takich sytuacji nie było) i dzięki odwiedzinom chłopców z Polski czują się komuś potrzebne – zyskują sens istnienia i powód do świętowania. Z kolei sam Krystian Machnik przekonuje się kilka razy, że nawet kiedy rozwiązuje swoje problemy i zmartwienia w Polsce, wsparcie – choćby tylko telefoniczne – babuszek jest nieocenione. Zaprzyjaźnia się z kolejnymi samosiołami, martwi się o nich, troszczy i wysłuchuje indywidualnych historii – wyjątkowych, jak wszyscy, którzy wrócili do skażonej strefy. Jednocześnie opowiada o tym, jak zachować zdrowie, jak uchronić się przed promieniowaniem, jakie środki ostrożności przedsięwziąć, żeby nie skrócić sobie życia. Przedstawia opowieść o katastrofie w Czarnobylu już bez cenzury i lęku przed skandalem, pokazuje, na co byli narażeni ludzie mieszkający najbliżej. Włącza do książki szereg czarno-białych fotografii i krótkich wywiadów – rozmów z samosiołami. Ocala ich historie, a w efekcie tworzy też ich upamiętnienie na kartach tomu – wielu z nich już nie żyje, ale ostatnie lata spędzili w poczuciu, że ktoś się o nich troszczy i komuś na nich zależy. I tak Krystian Machnik doprowadza odbiorców aż do tematu wojny, która zmienia zasady dostawania się na teren zony. Pokazuje autor, czego nie uda się już uratować, co przekreślił konflikt zbrojny – i jak w takich warunkach radzą sobie samosioły. I chociaż czasami autor powtarza niektóre wstrząsające wiadomości, jakby nie chciał ich pominąć, a nie wierzył, że czytelnikom zapadły już w pamięć, chociaż zdarza mu się na jednej wypowiedzi zbudować kilka różnych miejsc w historii – to i tak ta książka jest wyjątkowa. Warto po nią sięgnąć i warto wysłuchać tych, o których świat nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć).

środa, 1 kwietnia 2026

Johan Klungel: Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem

Harperkids, Warszawa 2026.

Superbohaterowie

Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.

Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.

wtorek, 31 marca 2026

Anna Arno: Do pana kieruję moje milczenie

Znak, Kraków 2026.

Spotkania

Dla Anny Arno świat jest pełen słów. Te słowa mogą budować atmosferę i kontekst wydarzeń oraz niewydarzeń. Mogą stanowić wystarczający powód dla sięgnięcia do historii i opowiadania jej z innej perspektywy, dociekliwie, trochę plotkarsko, ale przede wszystkim – z zestawem pytań, na które nie znajdzie się odpowiedzi. „Do pana kieruję moje milczenie” to tom esejów poświęconych wielkim nazwiskom – i sytuacjom, które nie zostały dostatecznie wyeksponowane czy przeanalizowane, a czasami – które w ogóle nie zaistniały. Anna Arno przeprowadza czytelników przez gąszcz zbiegów okoliczności, wydarzeń nieoczywistych lub boleśnie dosłownych, uniemożliwia rozszyfrowywanie prawdy w obliczu potencjału literackiego i historycznoliterackiego. Zajmuje się przeglądaniem życiorysów przez lupę – tylko po to, żeby wyłuskiwać z nich to, co niedopowiedziane – i żeby sugerować czytelnikom alternatywną wersję narracji. Nieważne, czy bazującej wyłącznie na faktach, czy karmiącej się domysłami i nieistniejącymi dowodami. Liczy się siła rażenia kolejnych indywidualnych historii, sieć powiązań, która mówi wiele o wszystkich połączonych nią bohaterach – a jednocześnie nie mówi nic, bo każdy z tych bohaterów ma swoją własną opowieść, snuje relację w oderwaniu od tego, co chce widzieć Anna Arno. „Do pana kieruję moje milczenie” to książka, w której drobiazgowe analizy przeplatają się z poetyckim sposobem patrzenia na rzeczywistość oraz nierzeczywistość. Anna Arno z drobiazgów tworzy całe sceny, buduje historie spotkań i relacji, znajomości i nieznajomości – a wszystko po to, żeby uwieść czytelników, żeby wprowadzić ich w grę, która nie ma jednego rozwiązania i która wymusza skupienie oraz wyczulenie na prawdę. Kolejne scenki równie wiele mówią o ich historycznych bohaterach, co o samej autorce, dla której konkretne wydarzenia przybierają dużą rangę. Ten tom nie ma na celu uzupełniania biografii czy dziejopisarstwa – on jest po to, żeby odbiorcy mogli poczęstować się samymi historiami, gęstymi od znaczeń i przypadków. Sama autorka może dzięki temu dzielić się poglądami i podejściem do spraw uniwersalnych, wykorzystuje istniejących kiedyś ludzi do tworzenia literackich obrazków, nie zawsze zdradzających swoje cele w pierwszym odbiorze. Wszystko jest tutaj ulotne – chociaż i tak bazuje na tym, co rzeczowe i przyziemne. Być może autorka szuka przepisu na historyczne powtórzenia i inspiracje, być może zależy jej na zaszczepieniu czytelnikom w świadomości sieci powiązań, od której naprawdę dużo zależy – ale nie będzie tu żadnych jednoznacznych wyjaśnień ani podpowiedzi. Będą twórcy (i nie tylko), obserwowani z dystansu, zamienieni w obiekty analiz i ocen. Będą ludzie w chwilach kryzysów i przełomów, w chwilach, w których mogą udowodnić swoją wrażliwość i system wartości i w chwilach, które zmuszą ich do weryfikowania postaw. „Do pana kieruję moje milczenie” to zapiski wrażeń i trudnych zachwytów, próby zaakcentowania tego, co nieważne w perspektywie czasu, za to niezwykle istotne w jednym momencie. Anna Arno chce pytań, niepokojów i testowania znajomości. W końcu to ona podważa istotę międzyludzkich więzi - w mikroskali.